About Agnieszka Krygier-Łączkowska

Autor nie uzupełnił żadnych szczegółów
So far Agnieszka Krygier-Łączkowska has created 368 blog entries.

Mieczysław Kwilecki z Oporowa

Mieczysław Kwilecki – zasłużony dla Wielkopolski pan na Oporowie

W Oporowie w powiecie szamotulskim przez 63 lata żył i działał hrabia Mieczysław Kwilecki – bardzo zasłużony dla Wielkopolski – „pan z wyglądu i zachowania”. Przez 30 lat był dyrektorem Hotelu Bazar w Poznaniu, w Teatrze Polskim miał swoją lożę ale jego pasją było Oporowo i gospodarstwo wiejskie. Dziś po kwitnącym majątku Mieczysława Kwileckiego, położonym 4 km od Ostroroga, pozostał opuszczony pałac, zabudowania folwarczne i resztki parku dworskiego.

W kościele parafialnym w Ostrorogu, który przebudował jego pradziadek Adam Kwilecki, znajduje się tablica, którą w 1918 roku ‒ po śmierci Mieczysława hrabiego Kwileckiego ‒ ufundowali urzędnicy majętności Oporowo. Hrabia nie doczekał odzyskania przez Polskę niepodległości. Do 1939 roku dzisiejsza ulica Wroniecka w Ostrorogu nazywała się ulicą Kwileckich. Wiodła z miasteczka do majątków tej zasłużonej wielkopolskiej rodziny.

Z lewej: Adam Kwilecki – pierwszy właściciel Oporowa – pradziad Mieczysława Kwileckiego. Z prawej: Izabela von Tauffkirchen zu Guttemberg und Englburg, żona Hektora Kwileckiego – matka Mieczysława, Fundatorka Kościoła w Licheniu, który stał się miejscem pielgrzymek (portret wisi w Galerii piękności w Zamku Nymphenburg pod Monachium, zdjęcie udostępnił Michał Kwilecki).

Informacje o rodzinie Kwileckich oraz zdjęcia z ich rodzinnego archiwum zgromadził Michał Dachtera – administrator profilu Ostroróg na Kartach Historii na Facebooku, pasjonat historii Ostroroga i okolicy, który zaproponował wspólne napisanie tego tekstu.

Cofnijmy się zatem do połowy XIX wieku, kiedy do Oporowa przyjeżdża Mieczysław Kwilecki – prawnuk Adama Klemensa Kwileckiego, który w 1774 roku (jeszcze przed II rozbiorem Polski i przyłączeniem Wielkopolski do Prus) kupił Oporowo z Bobulczynem od Kalkrentów.

W połowie XIX wieku Oporowo jest folwarkiem Dobrojewa, z zarządcą, który mieszka w niewielkim podniszczonym domu. Zaletą jest bliskość stacji kolejowej w Szamotułach. Pewnie dlatego tu właśnie postanawia osiąść i gospodarować Mieczysław Kwilecki, urodzony w roku 1833 w Malińcu koło Konina, syn Hektora (1800 – 1843) i Marii Izabelli hr. Tauffkirchen und Laterano, damy dworu bawarskiego (1807 – 1855).

Mieczysław Kwilecki około roku 1863 i około 1900 r.

W 1855 roku stanął w Oporowie nowy parterowy dwór, ze skrzydłem przylegającym od wschodu. Dwa lata później Mieczysław Kwilecki się ożenił z Marią Nepomuceną Julią Mańkowską herbu Zaremba z Rudek. Panna młoda była córką Teodora Mańkowskiego, a po kądzieli wnuczką generała Jana Henryka Dąbrowskiego. Jej mama Bogusława z Dąbrowskich była córką generała (por. tekst o rodzinie Mańkowskich z Rudek  http://regionszamotulski.pl/mankowscy-i-potworowscy-w-rudkach/, http://regionszamotulski.pl/palac-w-rudkach/).

Ślub młodej pary odbył się 29 września 1857 roku o godzinie 19.00 w kościele św. Małgorzaty w Poznaniu. Młodych małżonków błogosławił arcybiskup Leon Przyłuski. Miodowy tydzień młoda para spędziła w poznańskim hotelu Bazar. Rodzinni kronikarze odnotowali przyjazd Mieczysławowej Kwileckiej do Oporowa, gdzie nikt nie był przygotowany na jej powitanie. „Wszędzie było ciemno, w kuchni jedynie dymiąca lampa naftowa, sam dom był niewielki, po trzy okna z każdej strony, kilka drzew owocowych oraz domy robotników w ruinie” – takie  było pierwsze wrażenie hrabiny Kwileckiej.

Trzeba było wracać do Poznania, gdzie Kwileccy przeczekali remonty oporowskiego pałacu. W Poznaniu dwa lata po ślubie urodził się pierwszy syn Hektor. Kolejne dzieci, z wyjątkiem Kazimierza (1863 r.), urodzonego w Paryżu, i Anny, urodzonej w Poznaniu (1875 r.), przyszły na świat w Oporowie: Władysław (1860 r.), Jadwiga (1861 r.), Maria (1870 r.) oraz Julia (1877 r.).

Tablica w kościele parafialnym w Ostrorogu

Hrabina Maria z Mańkowskich Kwilecka z córką Jadwigą urodzoną w roku 1861 w Oporowie

Maria z Mańkowskich Kwilecka około 1863 r.

Mieczysław Kwilecki w latach 80. XIX w.

Mieczysław Kwilecki w Oporowie: z żoną Marią (1895 r.) i na terenie gospodarstwa (ok. 1900 r.)

Mieczysław Kwilecki spędzał dużo czasu w Poznaniu, ale „jego pasją było gospodarstwo wiejskie” – pisze Andrzej Kwilecki w cytowanej już książce Wielkopolskie rodziny ziemiańskie. Kiedy Mieczysław przejmował majątek (1000 ha ziemi i 700 ha lasu), do Oporowa należał Bobulczyn. Wkrótce dokupił 700 ha na Kluczewie. Kiedy w 1863 roku zmarł bezpotomnie jego brat Kazimierz, odziedziczył po nim Siedlnicę w powiecie wschowskim. Po śmierci brata Władysława przejął ogromny klucz gosławicki wraz z Malińcem, w którym się urodził. W sumie było to 6 000 ha. Kolejne 6000 ha kupił na licytacji majątku Grodziec w powiecie konińskim. Były tam liczne folwarki: Janów, Królików, Łagiewniki, Lipice i Lądek. W skład majątku wchodziły browar, cegielnia, gorzelnia, młyn wodny, parowy oraz wiatrak. Grodziec był własnością wdowy Bielińskiej i znajdował się w fatalnym stanie z uwagi na nałożoną kontrybucję – 163 tys. rubli srebrem – za pomoc, której wdowa udzieliła powstańcom styczniowym. Kwilecki miał kupić majątek, by ten nie przeszedł w obce, czyli pruskie, ręce. Po zakupie majątku w Grodźcu Kwilecki pozwolił byłym właścicielkom mieszkać w starym pałacu. Posyłał im nawet jedzenia i wspierał w inny sposób. Bielińskie miały zatrudnić się w pałacu, bo „miały dużo długów”.

Mając tak duży majątek z pałacami w Malińcu i Grodźcu, gdzie obok starego pałacu był też nowy, Kwilecki na rodową siedzibę wybrał sobie Oporowo, które ‒ jak pisał Andrzej Kwilecki ‒ „nie było ładnie położone, brakowało jeziora, a do własnych lasów było daleko”.

Pałac w Oporowie – ok. 1910-1912

W 1877 roku postanowił rozbudować istniejący budynek w Oporowie. Zatrudnił wybitnego polskiego architekta Zygmunta Gorgolewskiego, którego dziełem życia był Teatr Wielki we Lwowie. W Wielkopolsce według jego projektu zbudowano pałac Twardowscy w Kobylnikach (por. artykuł  http://regionszamotulski.pl/milosc-w-palacu-w-kobylnikach/ ). Projekt Gorgolewskiego realizował Marian Cybulski z Poznania. W ciągu krótkiego czasu powstał w Oporowie piętrowy wysoko podpiwniczony pałac z użytkowym poddaszem o powierzchni ponad 1000 metrów kwadratowych (więcej o pałacu w artykule http://regionszamotulski.pl/palac-w-oporowie/).

Przed pałacem, od strony wschodniej, zbudowano stajnię i oficynę rozdzielone bramą wjazdową, a na północ od pałacu wzniesiono trzykondygnacyjny spichlerz, prawdopodobnie według projektu Zygmunta Gorgolewskiego oraz nieco później kuźnię i gorzelnię.

Los był łaskawy dla Mieczysława Kwileckiego. W 1883 roku po bezpotomnej śmierci swojego stryja Arsena, powstańca listopadowego, odziedziczył on rodzinny Kwilcz, który słynął z urody. Zwano go ze względu na położenie „Szwajcarią kwilecką”. Jednak nie przeniósł się do Kwilcza, a ogromnym majątkiem zarządzał z Oporowa.

I robił to świetnie. Może dlatego, że w młodości studiował w Paryżu ekonomię i agronomię, gdzie uczył się nowoczesnego gospodarowania? Był nowatorem. Jako jeden z pierwszych  stosował dreny na polach, wprowadził też nawozy sztuczne oraz mechaniczną uprawę.

Oporowo słynęło z zarodowej hodowli bydła holenderskiego oraz owiec, najpierw odmiany negretti, a później rambouillet, za co hrabia otrzymał liczne nagrody na wystawach europejskich i amerykańskich. Za owce i wełnę otrzymał złoty medal w Wiedniu i w Berlinie.

Majątek w Oporowie odwiedzały wycieczki rolników z Niemiec, a wielu młodych ludzi chciało od Kwileckiego w Oporowie uczyć się gospodarowania. Córka Maria Żółtowska w swoim pamiętniku napisała, że „życiową pasją ojca było gospodarstwo wiejskie, na czym znał się bardzo dobrze”. Oporowo było na liście majątków odwiedzanych przez wycieczki rolników z innych części Polski i z Niemiec.

„Z Dobrojewa pojechałyśmy do Oporowa, położonego w pobliżu majątku innych Kwileckich (Dobrojewo należy do Stefana Kwileckiego, Oporowo do Mieczysława). Tutaj oprowadzono nas po podwórzu, pokazując niespotykane gdzie indziej w Wielkopolsce budynki gospodarcze z prasowanej cegły ze sklepieniami na szynach, podpartymi żelaznymi filarami. […] W znanej szeroko oporowskiej oborze obejrzałyśmy kilkadziesiąt wspaniale utrzymanych krów holenderek” (fragment książki Marianna i Róże. Życie codzienne w Wielkopolsce w latach 1890-1914 z tradycji rodzinnej, Poznań 2008; autorki: Janina Fedorowicz i Joanna Konopińska).

Pan na Oporowie był jednym z najbogatszych mieszkańców Prowincji Poznańskiej. Jego majątek szacowano na 1 750 000 marek. Dniówka robotnika w Poznaniu wynosiła od 1 do 3 marek, a obiad w poznańskiej restauracji kosztował 1 markę. Nie bez powodu Mieczysław Kwilecki zyskał przydomek „Wielki”.

Mieczysław Kwilecki przed pałacem w Oporowie, ok. 1916

Ale nie tylko gospodarowanie go zajmowało. W historii Wielkopolski II połowy XIX wieku zapisał się jako społecznik, działacz polityczny i społeczny. W kręgu ziemian wyróżniał się wyglądem i zachowaniem.

Każdy przyjazd Mieczysława bryczką lub karetą do Bazaru w Poznaniu, gromadził licznie obserwującą go gawiedź. Był wysoki, przystojny, z imponującymi bokobrodami, zawsze starannie ubrany, do późnego wieku trzymał się prosto, zachowywał się z godnością. Uchodził w Poznańskiem za wielkiego pana. Był znany z dowcipnych wypowiedzi, ciętych ripost, które potem sobie powtarzano – napisał o swoim przodku Andrzej Kwilecki w książce Wielkopolskie rody ziemiańskie.

Oporowo i Bobulczyn około 1913 r.

Mieczysław Kwilecki w Oporowie, ok. 1903

Mieczysław Kwilecki, ok. 1910

Mieczysław Kwilecki pełnił wiele funkcji w życiu publicznym. Maria Strzałko w Materiałach do dziejów rezydencji w Polsce podkreśla, że można go zaliczyć do grona bardziej zasłużonych dla Wielkopolski osób. Wśród zasług wylicza zakup broni dla powstańców roku 1863, za co ukarano go 3-miesięcznym więzieniem, wystąpienia w obronie spraw narodowych w Izbie Panów Sejmu Pruskiego, do której został wydelegowany przez innych właścicieli ziemskich.

Przez 50 lat Kwilecki działał w Towarzystwie Pomocy Naukowej, gdzie też był prezesem. Od założenia „Dziennika Poznańskiego” w 1859 r., aż do swojej śmierci był prezesem Rady Nadzorczej Towarzystwa Akcyjnego „Dziennik Poznański”. Był jednym z założycieli Towarzystwa Oświaty Ludowej. Działał w Centralnym Towarzystwie Gospodarczym.

W Historii Wielkiej Księstwa Poznańskiego Stefan Karwowski napisał, że „Mieczysław Kwilecki poświęcił się służbie publicznej, a prawością charakteru i nadzwyczajną uprzejmością i usłużnością zjednywał sobie serca współobywateli”.

Działał też na niwie gospodarczej. W 1870 roku zorganizował wystawę rolniczą w Szamotułach. Był jednym z inicjatorów budowy cukrowni w Szamotułach oraz syropiarni i mączkami we Wronkach. W 1870 roku założył bank „Bank Rolniczo-Przemysłowy Kwilecki, Potocki i Spółka”, który był jednym z największych polskich banków w zaborze pruskim. W trudnych czasach Mieczysław wspierał bank własnymi środkami.

W 1872 r. brał udział w założeniu Banku Włościańskiego, w którym aż do śmierci był członkiem rady nadzorczej. Od 1901 r. był honorowym członkiem zarządu Centralnego Towarzystwa Gospodarczego. Mieczysław był również wiceprzewodniczącym okręgu poznańskiego Związku Producentów Okowity w Niemczech (1898-1914).

Jego synowie, Hektor i Kazimierz, zostali nakłonieni przez ojca do „szukania nafty w Galicji”, gdzie uzyskali oni prawo do eksploatacji nafty i wosku ziemnego na obszarze 800 ha w okolicach Rymanowa. Akcja zakończyła się w 1889 roku powołaniem Towarzystwa Akcyjnego z Hektorem Kwileckim w zarządzie i jego bratem Kazimierzem w radzie nadzorczej.

Bazar Poznański

W Oporowie prowadzono dom otwarty. Nierzadko gościli tu znani ludzie. Wielu z nich chciało poznać Marię, wnuczkę bohatera narodowego generała Jana Henryka Dąbrowskiego – twórcy Legionów Polskich.

Na pewno często do Oporowa przyjeżdżali krewni z pobliskiego Dobrojewa, gdzie gospodarował Stefan Kwilecki – stryjeczny brat Mieczysława, ożeniony z Barbarą Mańkowską – siostrą Marii Kwileckiej. Łączyło ich podwójne pokrewieństwo i wielka zażyłość (więcej o Kwileckich z Dobrojewa można przeczytać w artykułach: http://regionszamotulski.pl/palac-w-dobrojewie/, http://regionszamotulski.pl/barbara-kwilecka-dzialaczka-narodowa-i-spoleczna/, http://regionszamotulski.pl/szkola-hrabiny-barbary-kwileckiej-w-dobrojewie/).

Mieczysław Kwilecki dużo czasu spędzał w mieście Poznaniu. Kiedy w 1875 roku, po wielkich staraniach,  poznaniacy budowali Teatr Polski, był jednym z jego fundatorów. Do końca życia miał własną lożę w teatrze, gdzie bywał z żoną Marią na przedstawieniach.

Przez 30 z górą lat był Mieczysław Kwilecki dyrektorem administracyjnym hotelu Bazar w Poznaniu, a przez kolejnych 9 lat ‒ przewodniczącym rady nadzorczej. A wiemy, że Bazar był miejscem, gdzie spotykali się Polacy, służący sprawie polskości pracą organiczną. Kwileccy podczas pobytu w Poznaniu zawsze zatrzymywali się w Bazarze.

Maria Kwilecka w Oporowie, ok. 1920 r.

Za czasów Mieczysława i Maria Kwileckich Oporowo było też centrum życia kulturalnego, literackiego, naukowego i muzycznego, o czym możemy przeczytać w Złotej księdze ziemiaństwa polskiego (1929). Działo się tak głównie za sprawą Marii – żony Mieczysława. Była to osoba niezwykle światła, bardzo dobrze wykształcona, o szerokich zainteresowaniach.

Urodziła się w Źrenicy 28 grudnia 1837 roku jako córka Bogusławy Bogumiły Dąbrowskiej herbu własnego, autorki słynnych Pamiętników, wierszy, artykułów i kilku sztuk teatralnych oraz Teodora Mańkowskiego herbu Zaremba – ziemianina i założyciela domów handlowych. Około 1850 r. roku Maria wraz z rodzicami i rodzeństwem, przeprowadziła się do majątku Rudki koło Ostroroga, który Mańkowscy przejęli po spokrewnionych z nimi Cieleckich. W 1855 roku rozegrał się rodzinny dramat. W trakcie burzy Teodor Mańkowski został stratowany w Poznaniu przez własnego konia, zmarł krótko po tym zdarzeniu w Rudkach, gdzie podobno został pochowany.

Po matce Bogusławie Mańkowskiej Maria odziedziczyła zainteresowanie literaturą, napisała i wydała dwukrotnie Powiastki ludowe. W Oporowie był zwyczaj codziennego czytania literatury i prasy, a dzieci Mieczysławostwa znały wszystkie utwory swojej babci Bogusławy.

Dobrojewo po styczniu 1900, a przed listopadem 1910 – na zdjęciu – na dole Franciszek Maria Kwilecki, na górze z wąsami i bokobrodami – Mieczysław Kwilecki; ksiądz pośrodku to dziekan Sypniewski z Ostroroga, Pani w czerni w środkowym rzędzie to Barbara Kwilecka z Mańkowskich wdowa po Stefanie Kwileckim, matka siedzącego powyżej też Stefana (właściciela Jankowic), siostra Marii z Mańkowskich Mieczysławowej Kwileckiej. Zdjęcie udostępnił Michał Kwilecki.


Maria i Mieczysław Kwileccy – 1907 r., złote gody

W oporowskiem pałacu bywali artyści, m.in. Julian Fałat – jeden z najwybitniejszych polskich akwarelistów, przedstawiciel realizmu i impresjonistycznego pejzażu, Marceli Krajewski (malarz, powstaniec styczniowy) czy Władysław Żeleński (kompozytor, pianista). To do jego piosenki Szło dziecię z fujarką słowa napisała Maria z Mańkowskich Kwilecka – żona Mieczysława Kwileckiego.

Najwybitniejszym gościem, który odwiedził Oporowo, był Ignacy Jan Paderewski – wielki artysta, którego przyjazd do Poznania w grudniu 1918 roku dał impuls do wybuchu powstania wielkopolskiego. Wizyta u Kwileckich miała miejsce 28 lat wcześniej. Maria Kwilecka, pod wpływem listu swej ciotki z Drezna, która zachwyciła się młodziutkim pianistą z Polski, postanowiła wysłać do mistrza Paderewskiego zaproszenie na koncerty do Poznania i na gościnę do Oporowa. Po kilku dniach przyszła odpowiedź. W lutym 1890 roku Ignacy Jan Paderewski przyjechał do Oporowa, gdzie przebywał blisko trzy dni i zagrał dwa spontaniczne koncerty dla domowników.

Ignacy Jan Paderewski – portret z 1890 r., dzieło holenderskiego malarza Lawrence’a Alma-Tademy

A oto relacja córki Kwileckich z pobytu Paderewskiego w Oporowie:

Pierwsze wrażenie dziwne: […] mała drobna figurka, mizerny, potargany, długie włosy w lokach zwichrzonych koloru marchwi. Czy to poza na artystę, na oryginalność? Rozmowa łatwa, od razu interesująca. Ożywiał się, przeistaczał, oczy modre jak akwamaryna blasku nabierały. Dużo wypoczywał w swoim pokoju. Chodził z papą po ogrodzie, podwórzu. Mówił, że dawno już jeździ i znużony jest, wdzięczny za oklaski, ale fatygujące dodawać nadprogramowe kawałki, gdy się już samym programem wyczerpanym, przed koncertem ma zawsze wielką tremę i od południa nic nie je, że nie zdarzyło mu się jeszcze być tak przyjętym do rodziny i do domu. Rozczulał się ciszą wiejską. Mówił, że to prawdziwe wakacje dla niego […] Z sąsiedztwa nikogo się nie uwiadomiło, bo Paderewski pragnął wypoczynku, jeżeli to z Dobrojewa stryjostwo może na kolację raz zjechali. Czy Hektor dojechał, nie pamiętam, możliwe. Fortepian stał zamknięty. Pamiętam 2 kolacje i wieczory. Pierwszego wieczora po kolacji i herbacie ogólna rozmowa. Pewnie koło 10. Mam mu mówi: „Niech się pan nie krępuje nami, niech pan, jak będzie chciał wypocząć, idzie spać, nic się dziwić nie będziemy, niech się pan czuje całkiem jak u siebie w domu”. Na to on: „Ten zamknięty fortepian mnie zaciekawia, wolno otworzyć, parę klawiszy uderzyć…” Stojąc, wziął parę akordów, powiedział, że miły głos, siadł i z dwie godziny grał – ja usiadłam w narożniku na najdalszej kanapie. Czas mi prędko przeszedł – muzyka to była inna, jak wszystko, co dotąd słyszałam, to były jakby chóry anielskie, chwilami znowu jak wojskowa cała kapela, to znowu kościelna. […] Nie do pojęcia, że spod jego cienkich i, zdawało się, słabych palców wychodziły tony tak silne głębokie, a niekiedy delikatne […] i to z tego czarnego pudła, na którym zwykle bębnili i mnie czasem prawie do łez doprowadzali […] Nazajutrz pytał mnie, czy mnie nie znudził, powtórzyłam mu, że to po raz pierwszy raz w życiu, co z przyjemnością słucham fortepiany […] Drugi wieczór wcześniej zaczął grać […], bo już nazajutrz po obiedzie jechaliśmy do Poznania, a wieczorem już miał być koncert. Korzystając ze zjazdu, były dwa bale dobroczynne […] Jednego wieczoru, pewnie ostatniego, może być, że Paderewski nocnym pociągiem wyjeżdżał, po kolacji bazarowej byliśmy z Paderewskim zaproszeni do pani Potworowskiej na herbatę, fortepian otwarty i bez wielkiego zaproszenia Mistrz zaczął grać, nie tracąc czasu na żadne ceregiele. […] Tak minęły prędko te dni poświęcone muzyce. Na fortepianie w Oporowie olejną farbą białą wypisało się datę, kiedy to na nim grał mistrz. Później w parę lat dopisało się datę bytności Wł. Żeleńskiego. Było zaprojektowane wprawić płytkę metalową z wyrytymi napisami, ale do tego nie doszło.

Maria Kwilecka spotkała się z Paderewskim jeszcze w 1918 r., gdy ten przyjechał do Poznania.

W 1919 roku, czyli rok po śmierci Mieczysława Kwileckiego, w Oporowie gościł wraz ze swym pułkiem, wtedy jeszcze podpułkownik Władysław Anders. Wtedy w Oporowie mieszkała najmłodsza córka Kwileckich – Julia, która studiowała malarstwo w Krakowie i Paryżu i  wyszła za mąż za wybitnego rzeźbiarza – Ludwika de Puget (więcej o tym artyście w artykule http://regionszamotulski.pl/rozowa-kukulka-czyli-poznanskie-losy-ludwika-pugeta/).

Mieczysław Kwilecki, ok. 1916 r. Dobiesław Kwilecki – wnuk Mieczysława, ostatni właściciel Oporowa

W 1907 i 1917 roku Mieczysław i Maria uroczyście obchodzili swoje kolejne rocznice ślubu: 50. i 60. Po śmierci Mieczysława w 1918 roku Oporowo (wraz z folwarkami) oraz Kwilcz (wraz z folwarkami) przejął wnuk Dobiesław – syn przedwcześnie zmarłego syna Kwileckich Hektora. Maria Kwilecka przeżyła swojego małżonka o 6 lat. Zmarła w maju roku 1924 w Oporowie.

W 1919 roku, czyli rok po śmierci Mieczysława Kwileckiego, w Oporowie gościł wraz ze swym pułkiem Władysław Anders, wtedy jeszcze podpułkownik. W Oporowie mieszkała wówczas najmłodsza córka Kwileckich – Julia, która studiowała malarstwo w Krakowie i Paryżu i   wyszła za mąż za wybitnego rzeźbiarza – Ludwika de Puget. Ważnym wydarzeniem dla rodziny był też ślub Marii de Puget, córki Julii, a wnuczki Marii i Mieczysława Kwileckich, z hrabią Stefanem Żółtowskim 2 sierpnia 1924 roku w kościele parafialnym w Ostrorogu. Ślubu młodej parze udzielał ks. dr Włodzimierz Sypniewski.

Majątek w Oporowie był w rękach rodziny Kwileckich do 1939 roku. Dobiesław Kwilecki, ostatni właściciel Oporowa, został aresztowany przez NKWD, przeszedł przez obóz w Kozielsku, a po amnestii odbył z grupą Polaków wędrówkę pieszą przez ZSRR. Zmarł w Kazachstanie w 1942 roku. Po wojnie Oporowo podzieliło los innych ziemiańskich dóbr. W pałacu mieściła się szkoła podstawowa dla dzieci z Oporowa i Bobulczyna, biuro PGR i kaplica.

W 2007 roku należący do Skarbu Państwa pałac ‒ świetne dzieło Zygmunta Gorgolewskiego i Mieczysława Kwileckiego zniszczył pożar.

Irena Kuczyńska i Michał Dachtera

Szamotuły, 05.04.2018

Ignacy Jan Paderewski – portret pióra Louisa Frédérica Schützenbergera, 1889

Uroczystości weselne Julii Kwileckiej (córki Mieczysława i Marii z Mańkowskich) i Ludwika Pugeta, 12.08.1902 r. w Oporowie

W Oporowie, ok. 1910 r. Mieczysław Kwilecki z rodziną. Zaręczyny Zuli Kwileckiej z Feliksem Sobańskim.

Oporowo, maj 1919 r. Postój Piętnastego Pułku Ułanów Wielkopolskich. Z lewej siedzi Maria Kwilecka, żona – Mieczysława, stoi z lewej ppłk Roman Pasławski, w środku ppor. Stefan Stablewski i z prawej, wtedy ppłk, Władysław Anders – dowódca pułku. Fotografia pochodzi z książki Andrzeja Kwileckiego Kwilcz i inne majątki Kwileckich na przestrzeni wieków.

Julia z Kwileckich de Puget z synem Jackiem – portret Olgi Boznańskiej

„Gazeta Szamotulska” 1924 r. – relacja ze ślubu Marii de Puget

Szkoła Podstawowa w Oporowie

Zdjęcia archiwalne ze zbiorów rodziny Kwileckich, Biblioteki Narodowej Polona, Narodowego Archiwum Cyfrowego, UMiG Ostroróg, profilu Ostroróg na Kartach Historii na portalu Facebook (od internautów), z prywatnych zbiorów Michała Dachtery i z publikacji Andrzeja Kwileckiego.

Zdjęcie pałacu 2018 r. – Michał Dachtera

Irena Kuczyńska z domu Leśna

Urodzona w Ostrorogu, absolwentka szamotulskiego liceum (1967).

Emerytowana nauczycielka języka rosyjskiego w pleszewskim liceum, dziennikarka, blogerka (http://irenakuczynska.pl/).

Mieczysław Kwilecki z Oporowa2025-09-04T11:20:22+02:00

Aktualności – kwiecień 2018

Wkrótce kolejna edycja konkursu „Szamotuły – miejsce dla talentów”

Marcelina Olejnik, czyli poezja w głosie



Marcelina Olejnik zwycieżyła w konkursie „Szamotuły ‒ miejsce dla talentów” w 2016 roku. Do śpiewania zachęcił ją Paweł Bączkowski, u którego uczyła się gry na gitarze i z którym współpracuje do dziś. Marcelina śpiewała w szamotulskich chórach Alla Breve i Cantabile. Gry na instrumentach klawiszowych uczyła się u Wojciecha Nojmana w Szamotulskim Ośrodku Kultury. W tej chwili studiuje psychologię na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, a swój śpiew doskonali w Prywatnym Policealnym Studium Sztuki Wokalnej w Poznaniu. Po raz pierwszy usłyszeliśmy o niej, kiedy – jako uczennica szkoły podstawowej – została nagrodzona w organizowanym we Wronkach konkursie literackim. Uznanie jury zdobyły wówczas jej dziecięce wiersze. Naszym zdaniem tę poetycką wrażliwość słychać w jej śpiewie. Marcelina kocha muzykę, tańczy, lubi grać w tenisa. W Szamotułach jej ulubionym miejscem jest park Zamkowy.

Marcelinie życzymy wielu sukcesów, a wszystkich zapraszamy do słuchania utworów w jej wykonaniu.




13 kwietnia – Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej


Kazimierz Baraniecki, Stanisław Owsiany, Tadeusz Hoffmann


Stanisław Owsiany (1888-1940) ‒ jeden z tych, którzy na zawsze zostali w lesie katyńskim. W 1921 r. zamieszkał w Szamotułach i prowadził tu praktykę lekarską. Urodził się w powiecie kościańskim, za udział w strajku przeciwko germanizacji szkolnictwa został usunięty z gimnazjum w Krotoszynie. Studiował medycynę w Lipsku. Brał udział w I wojnie światowej, powstaniu wielkopolskim. W 1919 r. został kapitanem, służył w wojsku w latach 19919-1920, głównie w szpitalach wojskowych. W Szamotułach działał społecznie: w Towarzystwie Gimnastycznym „Sokół” (przez wiele lat był prezesem zarządu szamotulskiego „Sokoła”), w Towarzystwie Powstańców i Wojaków, pełnił honorową funkcję wiceburmistrza miasta, przez kilka lat był prezesem Rady Nadzorczej Kasy Pożyczkowej w Szamotułach, w 1939 r. przewodniczył Komitetowi Ufundowania Broni dla Armii Związku Powstańców Wielkopolskich Powiatu Szamotulskiego. Brał udział w wojnie obronnej w 1939 r., dostał się do niewoli sowieckiej i został internowany w Kozielsku, zginął w lesie koło Katynia. W powstaniu warszawskim zginęła jego córka Lidia, sanitariuszka AK, przed wojną uczennica Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi.

Ofiarami zbrodni katyńskiej byli również: Kazimierz Baraniecki (ur. 1900) – kierownik szkoły w Podrzewiu, Witold Dewojno – handlowiec, kpt. Kazimierz Bak (ur. 1901) – zawodowy wojskowy, Jan Gieremek (ur. 1899) – restaurator, Tadeusz Hoffmann (ur. 1915) – student.



Wacław z Szamotuł w rodzinnym mieście. Wspaniały wielkopiątkowy koncert

Koncert pt. Lamentationes zapowiadał się ciekawie przede wszystkim ze względu na umieszczenie w programie prawykonania zrekonstruowanych fragmentów kompozycji Wacława Szamotulczyka do słów starotestamentowych Trenów Jeremiasza (więcej pisaliśmy o tym w tekście  http://regionszamotulski.pl/aktualnosci-marzec-2018/ ).

W Szamotułach mogliśmy podziwiać wykonawców najwyższej światowej klasy: Marka Lewona, autora rekonstrukcji Lamentacji, w czasie koncertu grającego na renesansowej lutni, oraz Agnieszkę Budzińską-Bennett, znawczynię muzyki dawnej, harfistkę i wokalistkę, która wystąpiła w roli dyrygenta istniejącego zaledwie od kilku lat, ale już uznanego w środowisku muzycznym zespołu Cracow Singers. W programie koncertu znalazły się niemal wszystkie zachowane utwory Wacława z Szamotuł i kilka innych kompozycji twórców z tej samej epoki. Pięknie zabrzmiały dwie pieśni Wacława wykonane z akompaniamentem lutni.


Agnieszka Budzińska-Bennett planuje wspólnie z zespołem Cracow Singers nagranie wszystkich zachowanych dzieł Wacława, w tym zrekonstruowanej części Lamentacji. Artystka napisała w programie koncertu, że w tym ostatnim utworze „Szamotulczyk płynnie łączy różnorodne prądy stylistyczne swego czasu i po raz kolejny udowadnia swój talent i doskonałe opanowanie rzemiosła kompozytorskiego”.

W kościele Świętego Krzyża licznie zgromadziła się publiczność, oprócz mieszkańców Szamotuł było obecnych sporo osób, które specjalnie przyjechały do naszego miasta na ten koncert. Publiczność zgotowała artystom owację, a sami wykonawcy byli zadowoleni z dobrej akustyki wnętrza oraz z samej organizacji imprezy, którą zajął się Szamotulski Ośrodek Kultury.


WESOŁYCH ŚWIĄT!



Pocztówka sprzed 80 lat, zaprojektowana przez Barbarę Tymińską-Łączkowską (1914-2008), która po ślubie zamieszkała w Szamotułach. W domu Barbary i Waleriana Łączkowskich święta chrześcijańskie były obchodzone w dwóch terminach, bo Barbara pochodziła znad Dniepru i była prawosławna. Ukończyła poznańską Szkołę Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego, uprawiała grafikę użytkową. Towarzystwo Czytelni Ludowych wydało 45 pocztówek według projektu Barbary Tymińskiej z okazji świąt i imienin.


Groby Pańskie

Tak wyglądały tegoroczne groby w szamotulskich kościołach: bazylice kolegiackiej i kościele Świętego Krzyża. Są to miejsca adoracji Najświętszego Sakramentu od nabożeństwa Wielkiego Piątku do Wigilii Paschalnej. Często ich wystrój wiąże się z aktualnymi problemami społecznymi. W tym roku w wielu kościołach, także w bazylice w Szamotułach, pojawiały się odniesienia patriotyczne – w związku z 100. rocznicą odzyskania niepodległości. Zdjęcia Maciej Borowczak



II Turniej Poetycki o Pierścień Halszki rozstrzygnięty!

29 marca odbył się turniej poetycki organizowany przez Bibliotekę Publiczną Miasta i Gminy Szamotuły. Każdy z autorów prezentował swój tekst, warsztaty literackie dla twórców poprowadził poeta Jerzy Grupiński, pomysłodawca turnieju. Nagroda główną otrzymała Małgorzata Szczęsna za utwór M=W, nagrodę specjalna jury – Aldona Latosik i Magdalena Sowińska-Kaczmarek, a wyróżnienia: za tematykę regionalną – Krzysztof Balcerowiak, dla młodego twórcy – Krzysztof Międza, za prezentację wiersza – Zygmunt Dekiert. Nagrodę publiczności zdobyła Marta Marczak. Gratulujemy wszystkim uczestnikom i organizatorom.


Zdjęcia – Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Szamotuły


Tradycja czyli Pokaz Stołów Wielkanocnych

25 marca, w Niedzielę Palmową, odbył się w Szamotułach Pokaz Stołów Wielkanocnych. Impreza odbyła się po raz siedemnasty, więc ma już w naszym mieście tradycję. Ale w niej samej chodzi o tradycję w innym znaczeniu: o wielkanocne potrawy, przygotowywane według dawnych przepisów, przekazywane z pokolenia na pokolenie tradycje malowania pisanek i przygotowywania palm. Impreza to także możliwość kupna świątecznego rękodzieła, między innymi ozdób, koszyków, ceramiki, ręcznie robionych koronek. Towarzyszy temu rozstrzygnięcie konkursów na najładniejszą pisankę i palmę. Nie obyło się też bez pokazów tradycyjnych śpiewów, tańców i zabaw. W tym roku oprócz Zespołu Folklorystycznego „Szamotuły” wystąpiła kapela dudziarska oraz „Jaromi zez Ekom”. W pokazie uczestniczyły sołectwa z Krzeszkowic, Koźla, Myszkowa, Otorowa, Pamiątkowa, Piaskowa, Przecławia i Szczuczyna oraz z Zespół Szkół nr 2 w Szamotułach.


Zdjęcia Aleksandra Słomińska – SzOK

Szamotuły, 01.04.2018

KWIECIEŃ 2018

IMPREZY I KONCERTY


Trwające



Minione


3.04 godz. 18, Napoleon-Cafe w Szamotułach
Dochód z koncertu w całości przekazany zostanie na Zespół Szkół Specjalnych im. Jana Brzechwy w Szamotułach.
Bilety – cegiełki dostępne w Napoleon-Cafe w Szamotułach (10zł)

12.04 godz. 18.00 – Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Szamotuły

22.04 godz. 19.00 – kino HALSZKA

Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Szamotuły


KINO

Aktualności – kwiecień 20182025-01-30T14:22:46+01:00

Wielkopolskie smaki dzieciństwa

Smaki dzieciństwa: ślepe ryby z myrdyrdą, gzik z pyrkami, plyndze z faryną, ajntopf

Kiedy byłam małą dziewczynką, jeszcze żyło pokolenie, które pamiętało czasy zaboru pruskiego trwającego ponad 100 lat. Mieszkając w państwie niemieckim, Wielkopolanie mimo woli przejmowali kulinarne nowinki  od Niemców. I nadawali im swoje własne, spolszczone nazwy. Pozostały one dotąd w wielkopolskiej gwarze.

Ale może zacznę od ziemniaków, chociaż w latach 50. XX wieku, a na ten czas przypadło moje dzieciństwo, w Wielkopolsce nazywano je raczej z niemiecka kartoflami, kartofelkami albo z poznańska pyrami lub pyrkami, pyreczkami, pyruszkami. Ziemniaki, które w połowie XIX wieku stały się pruskim warzywem prawie narodowym, pokochali też mieszkańcy Poznańskiego. Gospodynie wyczarowywały z ziemniaków wiele potraw. Nie było obiadu bez kartofelków.

Niepowtarzalny smak miały kartofle w mundurkach, czyli gotowane z łupiną, podawane w piątek np. do śledzi w śmietanie, albo odsmażane ze słoninką – podawane z pyszną maślanką  czy zsiadłym mlekiem. W czasie Wielkiego Postu jadano je z olejem lnianym. Smakowite bywało ziemniaczane purée, czyli „deptane (lub krychane) pyrki” ze słoninką i cebulką.  Do tego sadzone jajeczko, wiosną sałata albo mizeria.



W niedzielę musiały być kartofle z sosem. Było oczywiście mięso, czasem świeże z kury, kaczki, perliczki, królika, ale najczęściej ze słoika, bo do słoików po świniobiciu trafiało mięso, kości, kiełbasy, kaszanki, salcesony, skwarki mielone, a nawet galart, czyli „zimne nóżki”. W latach 50. w sklepach mięsa raczej nie można było kupić. Przynajmniej w małym miasteczku, jakim był Ostroróg.

Ale wracam do sosu, takiego zawiesistego, który był niedzielnym przysmakiem do kartofli. Sposób na zawiesiste sosy wzbogacane mąką, przywiozły z sobą żony osadników z Bambergu, którzy osiedlali się w Poznaniu i pod Poznaniem już w XVIII wieku.

Z surowych tartych kartofli robiło się szare kluski i plyndze.  Kluski z tartych surowych kartofli nazywano też szarymi kluskami lub żelaznymi kluskami, ze względu na kolor. Uwielbialiśmy je jako dzieci. Utarte na tarce ziemniaki, odciśnięte, połączone z mąką i jajkiem, nabierało się łyżką i wrzucało na wrzątek. Do tego smażony boczek albo słoninka wędzona, gotowana kwaszona kapusta i … niebo w gębie.

Plyndze to placki ziemniaczane – czyli danie na piątek. Ciasto robione tak samo o jak na żelazne kluski, tylko nie gotowane, a smażone na oleju, czy może na smalcu? Tego dokładnie nie pamiętam. Za to ich smak pamiętam. Posypane cukrem lub „faryną” – tak w niektórych domach moich kolegów mówiono na cukier.

Były też kluchy z gotowanych kartofli, do których dodawano mąkę i jajko. Po wyrobieniu ciasta, kulano wałeczek, a potem na ukos lub z niemiecka „na szagę” cięto kluseczki zwane „szagówkami” , które trafiały do wrzątku. Po wypłynięciu jadło się je albo z sosem, który pozostał od niedzielnego obiadu mięsnego, albo na słodko, albo z boczusiem, cebulką podsmażaną i gotowaną kiszoną kapustą.

Gotowana kiszona kapusta była w domu na okrągło. Kraszona smalcem, z dodatkiem skórki od wędzonego boczku, była jadana w różnych zestawach albo dodawana do zupy jarzynowej, kartoflanki, krupniku, fasolowej czy grochowej.

Kartofle jadło się też z polewką – aksamitną smaczną zupą z maślanki albo zsiadłego mleka. Do wrzącej wody wlewało się mąkę rozbełtaną w zimnej wodzie i do tego dolewało się maślankę, zsiadłe mleko, śmietanę kwaśną. Ale to wszystko było pełnowartościowe ‒ z mleka od własnej krowy, a w naszym przypadku z mleka kupowanego u sąsiadów.

Gotowane kartofle łączono także  z „kiszczonką”. Była to woda, w której w czasie świniobicia gotowały się kaszanki, bułczanki (też wielkopolski specjał). Starsi się tym zajadali.

No i przebój  poznańskiej kuchni, czyli gzik z pyrkami. Gzik czy gziczek to nic innego jak sos śmietanowo-twarogowy wzbogacony cebulką, szczypiorkiem, koperkiem. Z gorącymi kartoflami w mundurkach był naprawdę przysmakiem

Poznańska kuchnia to zupy i to z kartoflami. Najpopularniejsza była kartoflanką, która pojawiała się na stole co najmniej raz w tygodniu. Czasem gotowana na mięsie, jeśli było to po świniobiciu, częściej na wędzonym boczku albo na skórce od boczku wędzonego. W kartoflance była marchewka, cebula, pietruszka, seler – te warzywa, które dało się przechować w piwnicy czy w kopcu.

Zdarzała się kartoflanka bez mięsa, wzbogacana śmietaną, wtedy nazywano ją po prostu „ślepe ryby”. Ale jeśli gospodyni zrobiła zasmażkę, czyli myrdyrdę, wtedy były to „ślepe ryby z myrdyrdą”. Owa myrdyrda to nic innego jak podsmażona na patelni wędzona słoninka z cebulką, posypana mąką, rozprowadzona wodą i wlana do ugotowanej już zupy. Ziemniaki w „śleperybach” musiały być rozgotowane na miazgę. Do tej zupy dokładano chętnie kiszoną kapustę, ugotowaną. Danie było sycące i naprawdę smakowite.

Podczas gdy „ślepe ryby” były zupą na co dzień, to na niedzielę musiał być rosół, który  przeniosły do Poznańskiego żony niemieckich osadników. Rosół z kury z makaronem (oczywiście robionym w domu, bo gotowych makaronów nie było) albo lanymi kluseczkami, jeśli w kościele była procesja, a w sobotę nie zdążyła mama lub babcia zrobić makaronu. Ale były też kluseczki z kaszki manny. Gotowało się kaszkę na wodzie, na bardzo gęsto. Wylewało się na płaski talerz i kroiło w kwadraciki. Pychota!

Pomidorowej z resztek rosołu w poniedziałek nie było. Dlaczego? W latach 50. pomidory były tylko w lecie, kiedy owocowały w ogródku.  Z czasem zaczęto je wekować (słowo „weka” – niemieckie – tak jak zwyczaj  robienia przetworów w słoikach, który przyszedł z Niemiec). Ale pomidorowa zrobiła się popularna dopiero w latach 60. kiedy „Pomona” w Międzychodzie zaczęła robić przecier z pomidorów kupowanych od rolników.

Kiedy późnym latem urosły kaczki, nastawał czas czerniny – kolejnej zupy, która jest wielkopolskim daniem. Czernina to zupa z kaczej krwi, jadana z makaronem lub z ziemniakami. Kaczka pieczona najczęściej z dodatkiem buraczków, które też trzeba było przechować w piwnicy.

I na koniec przebój kuchni poznańskiej sprzed pół wieku – „ajntopf”   (ein Topf  po niemiecku) – czyli „jeden garnek” – danie jednogarnkowe. „Ajntopfy” były rozmaite. Gotowane na mięsach, na kościach, na boczku wędzonym lub skórkach od boczku, na kiełbasie. Zawsze z warzywami. W lecie ze słodką kapustą, z kalarepką, groszkiem, zimą z kwaśną kapustą, przeważnie z kartoflami, grochem, fasolą. Czasem ze śmietanką, kiedy indziej z zasmażką, czyli wspomnianą już myrdyrdą.

Do „ajntopfa” nadawało się wszystko, co gospodyni miała w spiżarni albo w ogródku czy w zimie w piwnicy. Lodówek przecież nie było. Jeśli był „ajntopf”, to zawsze do tego był  kawał chleba i na deser kompot, w moim domu obowiązkowy po każdym obiedzie.

W piwnicy stały rzędy słoi z kompotami i innymi przetworami, piklami, ogórkami, marchwią na sałatkę, fasolą szparagową, kapustą kiszoną, marynatą z korbola. Korbol to poznańska nazwa dyni. A kompot z korbola to był smakołyk prawdziwy. Bo kompotu z „angrystu” czy „świętojanków” za bardzo się nie lubiło. Był za kwaśny.

Chociaż w moim domu się „kwaśnych jaj”, zwanych inaczej „pierdutami”, nie gotowało, to były one w domach moich koleżanek.  Dlatego muszę o nich wspomnieć. Kwaśne jaja jedzone w szarym albo białym sosie, robiło się, wrzucając surowe jajko na wrzącą wodę z octem. Błyskawicznie się ścinało.

Jeśli rzecz o jajach, to muszę wspomnieć poznańską jajecznicę. Przygotowane do jajecznicy jajka roztrzepywało się trzepaczką w garnuszku, dolewało się mleka i dodawało mąki. Potem wlewało się to na gorący tłuszcz, mieszało się, dosypywało szczypiorku i puchata, pyszna jajecznica była gotowa do jedzenia, oczywiście z kartofelkami albo z chlebkiem. Taką jajecznicę uwielbiał mój dziadek Wincenty, który w młodości pracował w Westfalii i prawdopodobnie tam poznał jej smak.

W kuchni mojej babci Anny (rocznik 1888) i Józefki (rocznik 1901) królowały potrawy, które wymieniłam. Nie było barszczu czerwonego (był zabielany), pierogów, naleśników. Te dania trafiły do Wielkopolski w czasie wielkiej wędrówki ludów po 1945 roku. I powoli wzbogacały menu.

Irena Kuczyńska

Szamotuły, 27.03.2018

Zdjęcie Narodowe Archiwum Cyfrowe

Trzy ostatnie zdjęcia – Marcin Rurarz

Irena Kuczyńska z domu Leśna

Urodzona w Ostrorogu, absolwentka szamotulskiego liceum (1967).

Emerytowana nauczycielka języka rosyjskiego w pleszewskim liceum, dziennikarka, blogerka (http://irenakuczynska.pl/).

Wielkopolskie smaki dzieciństwa2025-01-04T11:45:12+01:00

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Wielkanoc, Bach i kokardy

Obrazki z przeszłości, część 10.


Daromiła Wąsowska-Tomawska

WIELKANOC, BACH I KOKARDY


SZAMOTULSKIE ŚWIĘTE DRZEWO

Przed pruskim pościgiem

ucieka chowa się w parku

u dziedzica Gałowa

na najwyższym konarze

najlichszej gałęzi

powstaniec Wiosny Ludów

miastowy stolarz

Antoni Śramkiewicz

Przylepiony

uczepiony liścia i nieba

Ślubuje i obiecuje

I stoi krzyż

na Rynku

Na tym samym drzewie

Bóg i człowiek


Mieszkamy przy Rynku. Ojciec Teodor zachorował. Nie stanie dzisiaj w oknie przy górnym balkonie z widokiem prosto na krzyż. Pomodli się w łóżku. Mama mówi do męża „Dorciuˮ, czasem „Teośˮ – ładnie. Nie podnosi głowy z poduszki. Wielka, potężna grypa. Dzisiaj jest Wielkanoc. Oprócz modlitwy jest specjalna muzyka. Ta przez wielkie M., więc Fugi Jana Sebastiana Bacha i jakby w corocznej tradycji … pacjent z bolącym zębem (gabinet dentystyczny jest w pokoju obok). Przyszedł i mówi, że nie wyjdzie, bo tylko ojciec itd. „Musisz coś zrobić” ‒ ledwo szepce do mnie tata. „Mam przecież dziesięć lat, a ten pan taki duży” ‒ odpowiadam i boję się. Pomogłam mu. Ząb przestał boleć, a ja mam ochotę zemdleć. Pan mnie ściska, całuje i życzy zdrowia. Już wiem, co będę w życiu robiła.


Od lewej Leontyna Wąsowska, Bogusz Wąsowski, Teodor Wąsowski, poniżej Maria Wąsowska-Grajkowska i Daromiła Wąsowska-Tomawska, 1947 r.


LIST DO JANA SEBASTIANA BACHA

W mym rodzinnym domu

pamiętam – wielka grypa ojca

chyba w dziesiątą moją Wielkanoc

Pańska Kantata i potem Fuga

Krzyk pacjenta

Więc ja z lusterkiem w ręku

wysoko na palcach

przy jego bolącym zębie

I tak już zostać musiało

Sztuczne fugi pomiędzy zębami

i te prawdziwe

wciąż zawieszone

jakby czas

nie drgnął


Idę na pierwsze lekcje muzyki do znakomitego szamotulskiego organisty, pana Jana Bukowskiego. Mieszka tuż obok kościoła. Mam osiem lat. Dzisiaj niedziela. Znów jesteśmy rodzinnie na sumie w gotyckiej Kolegiacie, by oprócz modlitwy wysłuchać pięknej organowej gry i doskonałego potężnego chóru prowadzonego przez tego muzyka. Prawdziwy koncert, chór i ta muzyka unoszą gotycką wieżę i nasze odczucia. Po wyjeździe mojego nauczyciela z Szamotuł do Gorzowa Wielkopolskiego kontynuuję naukę na fortepianie u pani Haliny Górskiej.

Są święta, ale i też dni zwyczajne. Jesteśmy z siostrą Marysią ubierane przez cioteczkę Pelę. W czasie wojny ciocia pracuje przy kopaniu rowów. Choruje i przeżywa tylko dwadzieścia osiem lat. Opiekują się nią moi rodzice, nami ‒ trojgiem dzieci ‒ również ona. Cioteczka dziedziczy pedanterię po swej matce, a naszej babci Maryni. We włosy wpina nam szeroką, ukrochmaloną, wyprasowaną kokardę, ściągniętą szpangą – klamrą. Chodzimy jak wymodelowane. Dzieci z nas się chyba śmieją.

SZAMOTULSKIE KASZTANY

Znów śni mi się

kraina Samy

Pękatych soczystych kasztanów

Piaskownica nasze kokardy

i brylantowy lok brata

Cioteczka Pela

z gazetą na ławce

w antyfonie na dwa chóry

suchotniczego kaszlu

darowanego z okopów

i omdlałym szeleście pobłysku

parkowego cienia

Kto z nas wtedy rozumie

Nic nie wie o pieśni

że zapachnie zbutwiały liść

kasztanu


Na tyłach Szkoły Podstawowej nr 2 jest nasz kasztanowy park, piaskownica i ławka. Chodzę do tej szkoły. Dziewczynki mają obowiązek wplatania do włosów wstążki. Jest „koleżanka kokardzianka”, która przez radiowęzeł szkolny codziennie zapowiada, jaki kolor założyć następnego dnia. W dzień powszedni zakładamy granatowe, w święta ‒ czerwone lub niebieskie. Co kilka dni piorę i prasuję biały kołnierzyk. Przypinam go na guziczkach do granatowego fartuszka szkolnego. Jego fason nie jest obowiązujący, jednak aż do klasy maturalnej właśnie takie fartuszki nosimy.

OPOWIEŚĆ PRZY RYNKU

Pani Ewie Budzyńskiej-Krygier

mojej licealnej polonistce

Znów w gotyckiej Kolegiacie

przed obliczem Szamotuł Pani

Ona pobłogosławi przed bitwą

pod Wiedniem

i pocieszy strapionych

rozstrzelanych na Rynku

za swą polskość

W miejscu Ratusza kamienice

brukowane uliczki

pełne westchnień

stuku obcasów

Po tych łbach wilgotnych

ze starej szkoły idzie

pierwszą kaligrafią i cyfrą

uśmiechem i przyjaźnią

pani Zofia Janikówna

Obok swym autorytetem

licealni profesorowie

i rodzice z prawdą o miłości

Po lekcjach cukierki malinki

i malowane nimi usta

Też skąd i od kogo

te pierścionki ze słomy?

I Wacław z Szamotuł

z przesłaniem w swej pieśni

„Jam jest pasterz dobry”



Szamotuły, 25.03.2018

Wschodnia strona rynku w Szamotułach, początek lat 60. XX w. Zdjęcie Fotopolska

Po prawej stronie, na rogu rynku i ul. Poznańskiej, dom, w którym mieszkała rodzina Wąsowskich. Zdjęcie współczesne – Cezary Rajpert

Gabinet dentystyczny Teodora Wąsowskiego

Wizyta u kolegi dentysty Mackiewicza we Wronkach (Tadeusz Hancyk, gospodarz, Teodor Wąsowski)

Organy w kościele św. Stanisława w Szamotułach, zdjęcie po 1952 r. Instrument był używany do lat 80.

Klasa IV b Szkoły Podstawowej nr 2 z wychowawczynią Zofią Janikówną

Zofia Janik (1885-1958)


Daromiła Wąsowska-Tomawska

Urodzona w Szamotułach, absolwentka miejscowegoo liceum. Po ojcu – znanym szamotulskim dentyście – odziedziczyła zawód i zamiłowanie do muzyki klasycznej.

Mieszka w Pobiedziskach koło Poznania. Prezes i współzałożycielka Salonu Artystycznego im. Jackowskich. Poetka.

http://regionszamotulski.pl/daromila-wasowska-tomawska/

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Wielkanoc, Bach i kokardy2025-01-04T11:46:11+01:00

Szamotulskie kolaże Tomasza Ławniczaka

„Dawniej i dziś” – szamotulskie kolaże Tomasza Ławniczaka

Tomasz Ławniczak tak pisze o swojej fotograficznej pasji: Przygodę z fotografią rozpocząłem  z podarowanym przez ojca aparatem „Smiena 2”, a moją  pierwszą lustrzanką był kultowy „Zenith”. Od początku samodzielnie wywoływałem filmy i obrabiałem zdjęcia. Dzisiaj, w dobie fotografii cyfrowej, mogę realizować  różnorodne projekty w wielu dziedzinach – począwszy od krajobrazów, poprzez fotografię makro, portrety, czy tworzenie kolaży z serii „dawniej i dziś”.

Rynek

Rynek

Rynek

Rynek

Rynek

Rynek

ul. Piotra Skargi

ul. Sukiennicza/ul. Piotra Skargi

ul. Sukiennicza

ul. Kapłańska

ul. Ratuszowa

ul. Dworcowa

ul. Dworcowa

ul. Młyńska

Meblarnia, ul. Dworcowa

ul. Kościelna

ul. Braci Czeskich

ul. Braci Czeskich

ul. Garncarska

ul. Braci Czeskich (budynek od Garncarskiej)

Baszta Halszki od strony parku Zamkowego

ul. Wroniecka

pl. Henryka Sienkiewicza

pl. Sienkiewicza

al. 1 Maja

ul. Prosta

ul. Wiosenna

ul. Targowa – droga na Piaszczychy (Pioszczychy)

ul. Targowa – droga na Piaszczychy (Pioszczychy)

Piaszczychy (Pioszczychy)

ul. Ogrodowa

ul. Zamkowa

ul. Zielona

ul. Zielona

ul. Leśna

ul. Szczuczyńska

ul. Szczuczyńska

ul. Zamkowa

ul. Feliksa Nowowiejskiego

ul. Spółdzielcza

ul. Spółdzielcza

ul. Feliksa Nowowiejskiego

Dawny dworzec PKS, obecnie Inbag

budynek przy ul. Poznańskiej (od tyłu)

ul. Obornicka

ul. Kiszewska

ul. Rolna

al. Jana Pawła II

ul. Pogodna

ul. Świętego Stanisława

ul. 3 Maja

ul. 3 Maja

ul. 3 Maja

Szamotuły, 24.03.2018

ul. Łąkowa

Szamotulskie kolaże Tomasza Ławniczaka2025-01-07T12:52:39+01:00

Ostroróg i Ostróg – nazwy

Nazwy Ostroróg i Ostróg

Dość często z ust mieszkańców Szamotuł i innych okolicznych miejscowości słyszy się zdanie, że w szamotulskiej baszcie mieszkała Halszka z … Ostroroga. Przyczyną tej pomyłki jest fakt, że położony około dziesięciu kilometrów od Szamotuł Ostroróg, siedziba rodu Ostrorogów, jest Wielkopolanom dobrze znany, natomiast mało osób pamięta o istnieniu miasta, którego nazwa brzmi podobnie ‒ o położonym na Wołyniu Ostrogu, od wielkopolskiego Ostroroga oddalonym o blisko 900 km.


Zdjęcie – Ostroróg na kartach historii (https://www.facebook.com/HistoriaOstrorog/ )

Zdjęcie – fotopolska.eu

Ostróg, dziś znajdujący się w granicach Ukrainy, a przed II wojną światową należący do Polski, w średniowieczu stanowił siedzibę rodu ruskich kniaziów, którzy od nazwy grodu zwani byli Ostrogskimi. Dla współczesnego użytkownika języka polskiego nazwa Ostróg jest raczej niezrozumiała, ponieważ w dzisiejszej polszczyźnie nie występuje rzeczownik ostróg. Wyraz ten, wywodzący się z języka staroruskiego (pochodzi od czasownika strogat), funkcjonował w języku polskim przez wieki, odnotowały go jeszcze słowniki z pierwszej połowy XX wieku.  Oto, jakie miał znaczenia: 1. płot, ściana z zaostrzonych pali, inaczej palisada lub ostrokół, 2. zamek obronny, 3. baszta, warownia, 4. więzienie. Możemy się domyślać, że pierwotnym znaczeniem słowa było znaczenie pierwsze. Ponieważ palisady (ostrogi) używane były jako fortyfikacje, ten sam wyraz zaczęto odnosić do wszelkich budowli obronnych (niekoniecznie posiadających drewniane palisady), a w związku z tym, że w późniejszych wiekach twierdze zamieniano często na więzienia, słowo ostróg nabrało kolejnego znaczenia – 'więzienie’.

Nazwa miasta Ostróg, wspomnianego po raz pierwszy w staroruskich kronikach (zwanych latopisami) pod rokiem 1100, mogłaby pochodzić od wyrazu ostróg w znaczeniu pierwszym, drugim lub trzecim (znaczenie czwarte jest późniejsze). W dokumentach historycznych sprzed XIV wieku brak jednak jakiejkolwiek wzmianki o istnieniu zamku w Ostrogu, stąd należy wykluczyć związek nazwy z drugim i trzecim znaczeniem wyrazu ostróg. Bardzo prawdopodobne jest, że we wcześniejszych wiekach obronę przed najazdem stanowiła palisada, ściana z zaostrzonych pali, czyli ostróg. Nazwa miasta należy więc do tak zwanych nazw kulturowych, ponieważ wiąże się z wytworem ludzkiej działalności. Ostrożany, Ostrożnica, Ostrożyce to inne nazwy miejscowości, które wywodzą się od rzeczownika ostróg i wyrazów z nim spokrewnionych. Nazwę Ostróg nosi również część Raciborza.

Nazwa Ostroróg w ciągu wieków nie uległa zmianie, jedyna zmiana pojawiła się w samym brzmieniu wyrazu: ó wymawiane było niegdyś jak długie o, mniej więcej od XVI wieku coraz bardziej upodabnia się do u. Z punktu widzenia słowotwórstwa ( to znaczy analizując, w jaki sposób wyraz został utworzony) ostroróg to wyraz złożony: człon pierwszy to przymiotnik ostry, człon drugi ‒ rzeczownik róg, oba człony łączy element -o- . W podobny sposób powstały liczne wyrazy języka polskiego, na przykład ostrosłup, żywopłot, krzywonos, całokształt.

Problem, jaki nasuwa się w związku z nazwą Ostroroga, to określenie, czy najpierw Ostrorogiem nazywany był gród lub zamek, a dopiero później pochodzący stąd ród nazwał się Ostrorogami, czy też pierwotna była nazwa rodu, a wtórna nazwa miejscowa. Kronika Janka z Czarnkowa, w której pod rokiem 1383 odnaleźć można pierwszą wzmiankę o Ostrorogu, nie rozstrzyga tej kwestii. Janko z Czarnkowa podaje, że Ostroróg stanowił wówczas obronną siedzibę Dzierżka Grocholi przezwiskiem Ostroróg z rodu Nałęczów. Jak widać, już w tej pierwszej wzmiance wyraz Ostroróg pojawia się i jako nazwa miejscowa (gród, być może zamek), i jako nazwa osobowa (przezwisko).

Karol i Zofia Zierhofferowie, autorzy interesującej książki Nazwy miast Wielkopolski, skłaniają się ku temu, że pierwotna jest nazwa miejscowa. Jeśli przyjąć, że nazwa Ostroróg odnosiła się najpierw do zamku, najprawdopodobniej w jakiś sposób wiązała się z jego wyglądem, na przykład ostro zakończonymi basztami lub ostrokołem, czyli palisadą z zaostrzonych pali. Byłaby to więc również nazwa kulturowa.

Możliwe jest zatem, że obie nazwy miast: Ostroga na Wołyniu i Ostroroga w Wielkopolsce łączy nie tylko podobne brzmienie, ale także pochodzenie. W obu bowiem nazwach mogło pojawić się odniesienie do drewnianej palisady, służącej do obrony grodu i jego mieszkańców przed atakiem z zewnątrz. Jest to jednak tylko jedna z kilku interpretacji.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 20.03.2018

Zdjęcie – Ostroróg na kartach historii (https://www.facebook.com/HistoriaOstrorog/ )

Zdjęcie – fotopolska.eu

Ostroróg i Ostróg – nazwy2025-01-05T13:03:29+01:00

Quiz – 10 miejsc powiatu szamotulskiego

Quiz miesiąca

Powiat szamotulski w obiektywie Andrzeja Bednarskiego (zdjęcia z 2008 r.).


Najpierw trzeba ze spokojem obejrzeć zdjęcia, a następnie rozwiązać zamieszczony poniżej quiz.

Życzymy dobrej zabawy i zachęcamy do zwiedzania Ziemi Szamotulskiej!




Powodzenia!

10 miejsc na Ziemi Szamotulskiej


Quiz – 10 miejsc powiatu szamotulskiego2018-03-15T13:13:44+01:00

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Dziupla, bąk i Sama

Obrazki z przeszłości, część 9.


Daromiła Wąsowska-Tomawska

DZIUPLA, BĄK I SAMA


Czasami wiosna jest już ciepła. W Święta Wielkanocne zakładam białe kolanówki i tenisówki. Często smaruję je pastą do zębów, specjalnym proszkiem rozpuszczalnym w wodzie lub białą szkolną kredą. Zawsze muszą być czyste. Sukienki, czy krochmalone marszczone spódnice, trudno wyprasować. Miałam taką w duże czerwone maki. Łatwiej wpiąć we włosy kokardę, a brata Bogusia uczesać w fantazyjnego loka.

Wszystko przygotowane do wyjazdu na piknik. Kilka szamotulskich zaprzyjaźnionych rodzin wyjeżdża dużą ciężarówką nad jezioro do Zaniemyśla. Inne koleżanki jadą nad morze. My siedzimy na rozłożonych na trawie kocach, wśród gwaru i śmiechu innych dzieci. Potem biegamy i szukamy kryjówek. Znajdujemy w pobliskim lesie olbrzymie drzewo z wydrążoną dziurą – dziuplą. Bogusz pierwszy się do niej wciska, my – w połowie zadowolone – staramy się jakoś uśmiechać do stojącego z aparatem fotograficznym taty. Wypożyczona łódka obwozi nasze kokardy po wodzie jeziora. Wszyscy szczęśliwi i osmagani „innym słońcem” (jak to morskie), wracamy wieczorem do domu.


W Zaniemyślu – Leontyna Wąsowska i jej dzieci: Daromiła, Maria i Bogusz (1944-2016)


W domu wymyślamy różne zabawy. Nikt się nie nudzi, mimo że nie ma telewizora, komórek i gier komputerowych. Brat goni za „kołem”. Jest to koło od roweru pozbawione szprych. W ręce trzyma wygięty, dopasowany do obręczy haczyk. Puszcza koło w ruch i haczykiem prowadzi je po ulicach szamotulskiego Rynku. Robi się hałas tartego o siebie metalu. Jeden z kolegów kupuje w sklepie u pana Sucharskiego przy Rynku wystruganego z drzewa bąka osadzonego na gwoździu. Zakręca go ręcznie na chodniku i popędza grubym sznurem przyczepionym do kija. Goni za bąkiem, ile ma sił w nogach.

Inni grają w cymbergaja. Na prostym stole rysują dwie bramki. Pomiędzy nimi leży drobna moneta. Każdy z dwóch graczy ma swój pieniążek. Przesuwa go grzbietem grzebienia, do bramki przeciwnika musi wbić nim – jak piłkę – ten trzeci pieniążek.

Ja spotykam się dzisiaj u koleżanki z klasy na jej podwórku. Rzucamy do siebie z dużej odległości piłkę. Aż dudnią nasze wątłe klatki piersiowe. Żadna z nas nie chce wypuścić piłki z rąk. Gra jest bardzo zacięta, nawet zawzięta, często kończy się remisem. Ogród Hani sięga rzeki Samy. Gonimy się. Dotknięty rozkłada w poprzek ręce i czeka na „wybawienieˮ ‒ odklepanie, by mógł dalej gonić. Tak uwolniony dotknięciem kolegi, wpada do rzeki nasz brat Bogusz. Mokry, kończy naszą dalszą zabawę. Dziewczynki skaczą jeszcze na skakance, inne w wyrysowane kredą na chodniku – klasy.

NAD SAMĄ

Biegnę znów przez most
nad Samą w tenisówkach
w kokardzie z nutami
na lekcje do pani Górskiej
a potem pod mostek
przy torach
Tam jeszcze pachnie młoda trawa
i stokrotka wciąż bieli
Jasiu − ciuchcia gwiżdże
dwa wagony na węgiel
jak pudełka szyte klejone z pocztówek
diabliki chochły amorki
i pierścionek ze słomy
Już się zmierzcha pieśnią Wacława
i tylko nad Samą
tuła się jeszcze jeden wiersz

Trzeba jeszcze odrobić lekcje, poćwiczyć na pianinie. Jakie te dni są krótkie. Na dobranoc dzieci całują w rękę rodziców i dziadków. Wychodząc do szkoły, czynimy to samo.


Szamotuły, 12.03.2018

Od lewej Leontyna Wąsowska, Bogusz Wąsowski, Teodor Wąsowski, poniżej Maria Wąsowska-Grajkowska i Daromiła Wąsowska-Tomawska, 1947 r.

Leontyna i Teodor Wąsowscy z Daromiłą i Boguszem

Dom, w którym mieszkali Wąsowscy, Rynek, narożnik ul. Poznańskiej. Zadjęcie Marta Szymankiewicz

Most na Samie przy ul. Dworcowej. Zdjęcie Marta Szymankiewicz

Dom w pobliżu dworca – miejsce lekcji muzycznych. Zdjęcie Marta Szymankiewicz

Zdjęcia na górze: Jerzy Walkowiak i Ryszard Smulkowski

Daromiła Wąsowska-Tomawska

Urodzona w Szamotułach, absolwentka miejscowegoo liceum. Po ojcu – znanym szamotulskim dentyście – odziedziczyła zawód i zamiłowanie do muzyki klasycznej.

Mieszka w Pobiedziskach koło Poznania. Prezes i współzałożycielka Salonu Artystycznego im. Jackowskich. Poetka.

http://regionszamotulski.pl/daromila-wasowska-tomawska/

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Dziupla, bąk i Sama2025-01-04T11:47:17+01:00

Kapliczki w obiektywie Ireneusza Walerjańczyka

Przydrożne kapliczki, figury i krzyże w obiektywie Ireneusza Walerjańczyka

(projekt będzie kontynuowany)

Powiat szamotulski


Zapraszamy do obejrzenia serii zdjęć przydrożnych kapliczek z naszego regionu. Kapliczki, w formie małego domku lub słupa z umieszczoną na nim figurą, stawiano w celach dziękczynnych, przy źródłach uznawanych za lecznicze, upamiętniały miejsca jakichś wydarzeń historycznych lub tragedii. Do dziś są miejscem wspólnych modlitw, zwłaszcza nabożeństw majowych. Odzwierciedlają gust ich twórców i opiekunów. Dla społeczności lokalnej są miejscem ważnym. Widać, że ktoś o nie dba, sprząta, sadzi lub przynosi kwiaty. Są nieodłącznym elementem polskiego krajobrazu…


Gaj Mały – kapliczka Matki Bożej

Gaj Mały – kapliczka Matki Bożej

Gaj Mały – figura Serca Jezusowego

Baborówko – kapliczka Matki Bożej

Gąsawy – figura Serca Jezusowego

Jastrowo – kapliczka św. Walentego

Kąsinowo – figura Matki Bożej

Gałowo – kapliczka Matki Bożej

Grzebienisko – grota Matki Bożej

Kąsinowo – figura Jezusa

Myszkowo – figura Jezusa

Kąsionowo – figura św. Nepomucena

Lipnica – figura Serca Jezusowego

Kępa – kapliczka Matki Bożej

Pamiątkowo – figura św. Wawrzyńca i Matki Bożej

Lipnica Bociany – kapliczka Serca Jezusowego

Pamiątkowo – figura Serca Jezusowego

Piaskowo – figura Matki Bożej

Słopanowo – figura Matki Bożej

Szamotuły – figura Matki Bożej przy kościele św. Krzyża

Piotrkówko – figura Serca Jezusowego

Przecław – krzyż

Przyborówko – kapliczka Matki Bożej

Szczuczyn – kapliczka Serca Jezusowego

Śmiłowo – kapliczka Matki Bożej

Szamotuły, 09.03.2018

Witoldzin – figura Serca Jezusowego

Kapliczki w obiektywie Ireneusza Walerjańczyka2025-01-07T12:55:00+01:00

Dawna poczta w Szamotułach

Dawna poczta w Szamotułach

Korespondencję i przesyłki ‒ także w Szamotułach ‒ dostarczano, zanim powstała jakakolwiek poczta, czyli specjalna instytucja tym się zajmująca. W Szamotułach datowany był przecież najstarszy zachowany napisany po polsku list miłosny z połowy XV wieku (por. http://regionszamotulski.pl/pierwszy-list-milosny/). W tamtych czasach wiadomości i przesyłki przewozili konni posłańcy.

W Szamotułach mamy dwa obiekty pocztowe z czasów zaborów: budynek dawnej poczty konnej przy placu Sienkiewicza i budynek z ul. Dworcowej, stanowiący siedzibę urzędu pocztowego do dziś.


Zdjęcia: Widoki Powiatu Szamotulskiego na starych pocztówkach 1898-1945, Szamotuły 2016 (pocztówka z lat 1905-1915) i  Andrzej Bednarski (2008)

Zdjęcia: Widoki Powiatu Szamotulskiego na starych pocztówkach 1898-1945, Szamotuły 2016 (pocztówka z lat 1910-1919) i  Andrzej Bednarski (2008)


Ponieważ ludzie chcieli coraz więcej podróżować, to właśnie poczta wprowadziła płatne przewozy osób. Odbywały się one dyliżansami na stałych trasach i według ustalonego rozkładu jazdy. Dyliżanse pocztowe były pojazdami zamkniętymi, mogącymi przewieźć od dziewięciu do trzynastu osób. Ciągnęło je od czterech do ośmiu koni. Z przodu siedział woźnica, a obok niego konduktor. Na niektórych trasach obie funkcje pełniła ta sama osoba.

W utworzonym w 1818 roku powiecie szamotulskim stacje dyliżansów znajdowały się, oprócz Szamotuł, w Gaju Wielkim, Bytyniu, Pniewach, Obrzycku i we Wronkach. Znaczenie tzw. poczty osobowej spadło w momencie uruchomienia linii kolejowej, co w naszym mieście nastąpiło w 1848 roku. Wcześniej, aby dojechać publicznym transportem do Poznania, trzeba było właśnie skorzystać z dyliżansu, który z Szamotuł wyjeżdżał drogą przez Kaźmierz do  jedynej utwardzonej w powiecie drogi ‒ traktu Poznań – Berlin. W Gaju Wielkim następowała przesiadka i dalsza podróż do stolicy ówczesnej Prowincji Poznańskiej. Tak jeździły dyliżanse. Inne podróże z Szamotuł do Poznania odbywały się nieutwardzoną drogą od szamotulskiego Rynku ul. Poznańską, dalej w kierunku Kępy, przez Baborówko, Pamiątkowo, Przecławek, Rokietnicę i Kiekrz, czyli tak jak dziś często jeżdżą rowerzyści.

Budynek dawnej poczty przy placu Sienkiewicza powstał około połowy XIX wieku. Tę część dzisiejszych Szamotuł nazywano wtedy Nowym Miastem, a sam plac ‒ placem Kościelnym, od znajdującego się tam kościoła ewangelickiego. W latach 70. XX wieku budynek poddano generalnemu remontowi. Fasada pozostała bez zmian, natomiast kilkanaście lat temu z tyłu dobudowano jedną kondygnację. Na tyłach budynku znajdowały się stajnie, z których do dziś pozostał niewielki fragment murów. Jeszcze kilkanaście lat temu były tam również pozostałości poideł dla koni. Do stajni dojeżdżało się wąską uliczką od strony dzisiejszej alei 1 Maja.

Drugi istniejący do dziś budynek poczty powstał w 1883 roku przy ówczesnej ul. Klasztornej, a dzisiejszej Dworcowej. Wygląd budynku koresponduje z wyglądem innych powstałych w tamtym czasie ceglanych gmachów z elementami w stylu neogotyckim. Są to, na przykład, dawna szkoła parafialna z ul. Kapłańskiej (czyli dzisiejsza Szkoła Podstawowa nr 2), dawna pastorówka i szpital diakonisek przy pl. Sienkiewicza (czyli budynki, w których od 2. połowy lat 40. XX w. do 2008 r. mieściły się sąd i prokuratura). W 1872 roku funkcjonował już w Szamotułach telegraf, a pomiędzy 1898 a 1905 rokiem powstała centrala telefoniczna. W 1910 roku dobudowano, widoczne na starych fotografiach, skrzydło, które zakłóciło symetrię budynku. Przetrwało ono do dużego remontu budynku w latach 2000-2001.

Agnieszka Krygier-Łączkowska


Zdjęcia: Widoki Powiatu Szamotulskiego na starych pocztówkach 1898-1945, Szamotuły 2016 (pocztówki z lat 1913 i 1939-1944)

Dawny budynek poczty konnej, pl. Sienkiewicza – 2018 r.


Zdjęcia Agnieszka Krygier-Łączkowska


Poczta, ul. Dworcowa

Zdjęcia Andrzej Bednarski

Dawna poczta w Szamotułach2019-09-18T21:24:13+02:00
Go to Top