Antoni Mańczak – uczeń z Szamotuł, ofiara Auschwitz

Antoni Mańczak – uczeń z Szamotuł, ofiara obozu koncentracyjnego w Auschwitz

W 1940 r. Antoni Mańczak został uwięziony w obozie w Auschwitz, skąd już nie wrócił. Ze zdjęć patrzy na nas szczupły chłopak: w mundurze ucznia szamotulskiego Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi stoi obok mamy i siostry, a zimą z kolegami jeździ na sankach w Wielonku. Jego historię próbują odtworzyć siostrzenica Maria Sroka z domu Paszkowska i jej syn Maciej.

Antoni był jednym z pięciorga dzieci Wincentego Mańczaka (1890-1958), mistrza rzeźnickiego, i Anny z domu Najdek (1891-1961). Urodził się 21 maja 1920 r. w Pamiątkowie, skąd pochodziła jego mama i gdzie małżonkowie mieszkali przez pierwsze lata po ślubie. W 1929 r. Mańczakowie kupili dom w Szamotułach przy dzisiejszej ul. Poznańskiej 18 (dawniej nr 7). Wincenty w podwórzu miał zakład masarski, a gotowe wyroby sprzedawał we własnym sklepie. W latach trzydziestych  kupił też 40-hektarowe gospodarstwo w Kępie i sam hodował zwierzęta na mięso.


Antoni Mańczak (w mundurze Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi w Szamotułach) z mamą Anną i siostrą Joanną Paszkowską


Antoni uczył się w Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi, w 1940 r. miał zdawać maturę. Był człowiekiem wrażliwym, bardzo lubił konie, wspólnie z rodzicami planował, że po szkole zajmie się prowadzeniem rodzinnego gospodarstwa.

W lutym 1940 r. starszemu bratu Antoniego – Stanisławowi oraz jego kolegom udało się przejść przez zieloną granicę na Węgry i w kwietniu dołączyć do polskiego wojska we Francji (por. artykuł http://regionszamotulski.pl/wojenne-drogi-stanislawa-manczaka/). Antoni również postanowił spróbować przedostać się na Zachód. Niestety, przy próbie przekroczenia granicy on i jego koledzy (wśród nich Czesław Kwiatkowski) zostali złapani przez Niemców i osadzeni w więzieniu w Tarnowie.


Antoni Mańczak z kolegami w Wielonku, 9.12.1938 r. Z lewej strony Sylwester Sławski (jego ojciec Marceli zginął w 1940 r. w Dachau), z prawej Kryspin Krzymień.

O aresztowaniu brata najpierw dowiedziała się jego starsza siostra Joanna Paszkowska, w styczniu 1940 r. wraz z mężem i córką wysiedlona z Poznania do Generalnego Gubernatorstwa. To do nich, do Julianowa w powiecie opatowskim (obecnie woj. świętokrzyskie), pod koniec września 1940 r. dotarła kartka pocztowa podpisana przez „Życzliwą N.”. Z informacji tam zawartych wynikało, że Antoni został aresztowany i na adres Polskiego Czerwonego Krzyża w Tarnowie można mu wysłać ciepłą odzież i jedzenie. Przygotowana paczka dotarła do adresata pod koniec października. Kolejne wiadomości o losach Antoniego były już tragiczne.


Kartka pocztowa przysłana siostrze Antoniego Mańczaka – informacja o uwięzieniu Antoniego (informacje podane nie wprost). Nadawcą była nieznana kobieta.


14 marca 1941 r. Joanna i Henryk Paszkowscy otrzymali przesyłkę z obozu w Auschwitz – urnę z prochami Antoniego Mańczaka i kilka dokumentów. Na kartoniku dołączonym do urny był numer obozowy: 6181, a na dokumencie z informacjami o rzeczach pozostałych w obozie po Antonim widniała jego data śmierci – 4 stycznia 1941 r. Urodzona kilka miesięcy później córka Joanny i Henryka Paszkowskich Maria otrzymała drugie imię po zmarłym wuju: Antonina.

Urnę z prochami Antoniego siostra i szwagier przywieźli po wojnie do Szamotuł. Najpierw stanęła ona w grobowcu zaprzyjaźnionej z Mańczakami rodziny Sundmannów. Kiedy w 1958 r. zmarł Wincenty Mańczak, matka Antoniego włożyła urnę do trumny. Ojciec i syn pochowani zostali razem – w rodzinnym grobie na cmentarzu w Szamotułach.

Po wojnie rodzina Mańczaków dowiedziała się, że w obozie w Auschwitz zginął też Czesław Kwiatkowski, z którym Antoni próbował przekroczyć granicę, inny kolega, któremu udało się przeżyć obóz, przekazał informację, że Antoni zginął z głodu, zimna i wycieńczenia ciężką pracą. Upadł – prowadzony wraz z innymi więźniami do pracy – i został dobity.


Karton z adresem Henryka Paszkowskiego – dołączony do urny z prochami Antoniego Mańczaka


Czy 80 lat po śmierci Antoniego Mańczaka można dowiedzieć się czegoś więcej o jego losach? Archiwum Narodowe w Krakowie w 2021 r. – na prośbę rodziny – przesłało wersję cyfrową dokumentu Niemieckiego Zakładu Karnego w Krakowie, z której wynika, że Antoni Mańczak trafił tam 11 września 1940 r. z Gestapo w Krakowie, a 11 grudnia wywieziony został do Auschwitz. Biuro do Spraw byłych Więźniów Archiwum Muzeum Auschwitz-Birkenau potwierdziło, że transport 62 więźniów z Tarnowa dotarł do obozu koncentracyjnego dzień później, a więźniowie otrzymali numery od 6176 do 6237. Dotąd znano 15 nazwisk tych osób, dzięki informacjom dostarczonym przez rodzinę Antoniego Mańczaka do numeru 6181 dopisano jego i mię i nazwisko. Nic więcej nie wiadomo, ponieważ Niemcy zniszczyli około 90 % dokumentów obozu Auschwitz-Birkenau.

Dla rodziny każda taka, nawet drobna, informacja jest bardzo ważna. A poszukiwania są swego rodzaju hołdem złożonym Antoniemu, chłopakowi, który w momencie śmierci nie miał jeszcze ukończonych 21 lat, dopiero wkraczał w dorosłe życie, miał zdawać maturę i hodować konie…

Agnieszka Krygier-Łączkowska

zdjęcia i dokumenty udostępniła Maria Sroka z domu Paszkowska

tekst został napisany w styczniu 2022 r.

Szamotuły, ul. Poznańska 18, dom rodzinny Mańczaków. W zwieńczeniu inicjały W.M. i data 1929 – Wincenty Mańczak, rok kupna domu.

Sodalicja Mariańska, oddział szkolny chłopców. Antoni Mańczak siedzi 1. z prawej, obok ks. prefekta Antoniego Szudy. siedzi jego starszy brat Stanisław, w górnym rzędzie na środku Jan Mańczak

Karta więźnia – Niemiecki Obóz Karny w Tarnowie. Znajduje się tam informacja, o tym, że Antoni Mańczak przywieziony został 11.09.1940 r., do Tarnowa trafił z Gestapo w Krakowie, a 11.12.1940 wywieziony został do Auschwitz.
Dokument z Archiwum Narodowego w Krakowie, udostępniony rodzinie w 2021 r.

Potwierdzenie dostarczenia paczki Antoniemu Mańczakowi

Numer obozowy Antoniego Mańczaka. Kartonik doczepiony do urny z prochami, przysłanej rodzinie z Auschwitz w marcu 1941 r.

Na dokumencie z informacją o rzeczach pozostawionych przez Antoniego Mańczaka wpisano datę śmierci – 4.1.1941 r. (dokument przysłany razem z urną). Zły rok urodzin

Numer obozowy 6181 – Antoni Mańczak. Nazwiska większości więźniów nie są znane.
Dokument udostępniony przez Biuro do Spraw byłych Więźniów Archiwum Muzeum Auschwitz-Birkenau w 2021 r.

Grób rodziny Mańczaków na cmentarzu w Szamotułach. Zdjęcie – Grobonet

Antoni Mańczak – uczeń z Szamotuł, ofiara Auschwitz2025-10-04T14:26:16+02:00

Dzieciństwo przed ekranem telewizora

Telewizja mojego dzieciństwa

Ten widoczny na zdjęciu Rubin 102 w połowie lat 60. (z tego czasu pochodzi to zdjęcie) stał w mieszkaniu w jednym z bloków przy ul. Obornickiej w Szamotułach. Wyprodukowany na przełomie lat 50. i 60. w Związku Radzieckim sześcienny Rubin, zamknięty w eleganckiej drewnianej skrzyneczce, stał się własnością mojego taty jeszcze w jego czasach kawalerskich. Ponieważ telewizorów w Szamotułach było wtedy niewiele, na wspólne oglądanie wybranych programów, zwłaszcza sportowych, do mieszkania taty schodziło się wiele osób.

Bo telewizor skupiał wokół siebie ludzi. Razem oglądało się filmy, seriale, programy sportowe i rozrywkowe – oglądało się, żyło się nimi i na ich temat rozmawiano. W liście, który napisał mój tata do mamy do szpitala dzień po moich narodzinach (innych możliwości kontaktu nie było), między innymi, znalazło się sformułowanie „Belfegorem okazał się…” „Kto to ten Belfegor?” – zapytałam kiedyś rodziców. „A, taki serial, który wtedy wszyscy oglądali”. Dziś nie mam najmniejszego problemu, żeby to zweryfikować. Chodziło o francuski 4-odcinkowy serial z piękną Juliette Gréco „Belfegor, czyli upiór w Luwrze”.

Wybór programów był ograniczony. Przez wiele lat istniał przecież jeden kanał, codzienna emisja programu drugiego rozpoczęła się dopiero w 1974 r. Wtedy w moim domu od kilku lat był już Beryl 102, telewizor polskiej produkcji, jeszcze czarno-biały. Później przyszedł czas na słynny Rubin 714p (marka radziecka, model produkowany w Polsce), kolorowy kolos o wadze blisko 60 kg. Moi rodzice kupili go w 1976 r., krótko przed igrzyskami olimpijskimi w Montrealu. Ponoć mitem jest, że telewizory te stawały w płomieniach, ja jednak dałabym sobie rękę uciąć, że doszło do tego po sąsiedzku – w świetlicy szamotulskiej straży pożarnej!

Co pamiętam z tamtych czasów? Najwcześniejsze wspomnienia to dobranocki: „Jacek i Agatka” (rozmowy pacynek – na białą rękawiczkę nałożona główka z piłeczki pingpongowej), „Przygody gąski Balbinki” (ze śmiesznie mówiącym jej kolegą – kurczakiem Ptysiem), jak przez mgłę pamiętam „Misia z okienka”. To wszystko oglądałam jeszcze na widocznym na zdjęciu Rubinie. Lata 70. to już kreskówki. Najpierw polskie: „Bolek i Lolek” (którego lubiliście bardziej?), „Reksio”, „Porwanie Baltazara Gąbki” (ze słynnym czarnym charakterem – Szpiegiem z Krainy Deszczowców i jego okrzykiem „Karramba”), „Zaczarowany ołówek”, „Miś Uszatek” (i jego „klapnięte uszko”), „Przygody misia Colargola”, „Przygody kota Filemona” (i Bonifacego), „Mały pingwin Pik-Pok”, „Dziwne przygody Koziołka Matołka”, „Pomysłowy Dobromir”, „Proszę słonia”, „Ferdynand wspaniały” – mnóstwo wspaniałych bajek! Do tego trzeba jeszcze dodać czechosłowackie kreskówki: „Przygody rozbójnika Rumcajsa”, „Krecik” („Ah jo!”), „Bajki z mchu i paproci”, „Psi żywot” i radziecką: „Wilk i Zając” („Nu pagadi!”). Ile wspomnień, ile różnych emocji! A potem jeszcze na ekranie zagościła „Pszczółka Maja” (Internet podpowiada: produkcja austriacko-japońsko-zachodnioniemiecka), z niezapomnianą piosenką w wykonaniu Zbigniewa Wodeckiego. Ale to już był sam koniec mojego dzieciństwa.

W latach 70. stopniowo mój telewizyjny świat poszerzał się i rozrastał. W poniedziałki towarzyszył mi „Zwierzyniec” z ciekawymi opowieściami Michała Sumińskiego i zestawem amerykańskich kreskówek. W czwartki warto było obejrzeć „Ekran z bratkiem”. To w ramach tego programu zapoczątkowany został ruch „Niewidzialna ręka”, zachęcający do anonimowej bezinteresownej pomocy innym („Niewidzialna ręka to także ty!”). Trudno było nie podziwiać niezwykłej pomysłowości Adama Słodowego, prowadzącego kącik dla majsterkowiczów „Zrób to sam”. Na koniec gratka – odcinek serialu młodzieżowego, np. „Stawiam na Tolka Banana”, „Szaleństwo Majki Skowron”, „Pan Samochodzik i templariusze”, „Podróż za jeden uśmiech”, „Wakacje z duchami” (tekst z tego serialu: „Przebacz mi, Brunhildo” usłyszałam ostatnio w reklamie, jako dziecko można mnie było straszyć tymi słowami, więcej – bałam się nawet muzyki z tego filmu!). Były też seriale zagraniczne, chociażby mój ulubiony „Zorro” (któż nie naśladował sierżanta Garcii, popychającego innych brzuchem!). Jakoś mniej lubiłam piątkowy program „Pora na Telesfora”– rozmowy z lalką pacynką wyobrażającą smoka (pamiętam, jak do Telesfora dołączył młodszy smok Teodor), w latach późniejszych – w podobnej formule – realizowano „Piątek z Pankracym”. W niedzielę – wiadomo – trzeba było wstać przed godziną dziewiątą, bo wtedy zaczynał się „Teleranek” – program, który dziś nazwano by kultowym. Jego symbolem był pojawiający się w czołówce kogut, przez krótki czas żywy, później animowany. „Dzień, w którym nie było Teleranka” – to synonim 13 grudnia 1981 r., kiedy to od rana – co godzinę – telewizja nadawała przemówienie Wojciecha Jaruzelskiego, informujące o wprowadzeniu stanu wojennego.

Z rodziną oglądałam powtórki „Czterech pancernych” i „Stawki większej niż życie” (ich telewizyjnych premier nie mogę pamiętać; słabo przypominam sobie dziecięcy telewizyjny „Klub pancernych”) i inne seriale tamtych czasów, na przykład „Czarne chmury”, „Czterdziestolatka”, „Daleko od szosy” (kto pamięta Bronkę plującą pestkami?), „Polskie drogi”, „Lalkę”. Wysoki poziom aktorstwa, piękna muzyka.

Fascynował mnie czwartkowy Teatr Sensacji „Kobra” (pamiętacie charakterystyczną czołówkę z wężem?). Lubiłam różne programy o wartościach edukacyjnych: „W starym kinie” Stanisława Janickiego, „Z kamerą wśród zwierząt” Hanny i Antoniego Gucwińskich, „Piórkiem i węglem” prof. Wiktora Zina i teleturniej „Wielka gra” (pamiętam jeszcze scenografię, gdy zawodnicy odpowiadali zamknięci w specjalnej kabinie). No i „Sonda” – znakomity program popularnonaukowy Zdzisława Kamińskiego i Andrzeja Kurka. To już pod koniec szkoły podstawowej.

I jeszcze sport. Pierwszym wydarzeniem sportowym, które zapamiętam z transmisji telewizyjnych, były Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej w 1974 r. (pamiętacie otwarcie imprezy i występ Maryli Rodowicz z piosenką „Futbol”?). A jaki krzyk i tupanie rozlegało się w całym bloku po każdej bramce zdobytej przez Polaków!

Czy dużo spędzaliśmy czasu w dzieciństwie przed tymi naszymi „pierwszymi telewizorami”? Niektórym wydawało się wtedy, że tak, twierdzono, że jesteśmy pierwszym pokoleniem „wychowanym przed telewizorem”. Ale telewizja wtedy rzeczywiście wychowywała. Indoktrynowała również, to prawda. Jak każde narzędzie komunikacyjne wykorzystywana była przez odbiorców i dobrze, i źle. Z dzisiejszej perspektywy widać jednak, jak wiele było w dawnej telewizji programów wartościowych, z iloma ciekawymi osobowościami telewizyjnymi mieliśmy jako młodzi ludzie do czynienia.

Wspomnienie tamtych telewizyjnych, PRL-owskich czasów jest jednym z łączników naszego pokolenia.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, luty 2025 r.

Dzieciństwo przed ekranem telewizora2025-08-08T14:34:03+02:00

Marek Bieniecki i jego rodzice w powstaniu warszawskim

Losy rodziny Bienieckich

Powstanie warszawskie zmieniło wszystko

Marek Bieniecki, wieloletni nauczyciel szamotulskich szkół i trener, w momencie wybuchu powstania warszawskiego miał zaledwie 9 miesięcy. Nie może tego pamiętać, ale w życiu jego rodziny był to czas tragiczny.

Razem z rodzicami kilka tygodni spędził w piwnicach domu na Marymoncie, przy ul. Horyńskiej 11. Budynek został zbombardowany, a ludziom, którzy siedzieli w piwnicach, pozostała tylko modlitwa. Mama – Jadwiga z domu Kaszkowiak (1911-1988) na skutek stresu straciła pokarm. Kiedy ojciec Marka, Jan Bieniecki (1905-1945), wyruszał w poszukiwaniu mleka dla dziecka, nie było wiadomo, czy uda mu się jeszcze wrócić do rodziny. Jadwiga wspominała widok eleganckiej pani w futrze, która wykrawała kawałki mięsa z martwego konia.

Jadwiga pochodziła z Wielkopolski, przyszła na świat w Wartosławiu. Jan urodził się w Warszawie, jego rodzice byli właścicielami dużego gospodarstwa ogrodniczego na obrzeżach Warszawy, a on sam prowadził warsztat szklarski przy ul. Marszałkowskiej. Jadwiga przyjechała do Warszawy pod koniec lat 20., pracowała w szpitalu jako pomoc pielęgniarska. To tam przy jakiejś okazji poznała Jana. Młodzi zakochali się i mimo tego, że rodzice Jana ze względów majątkowych nie byli zachwyceni tym związkiem, pobrali się jeszcze przed wojną.


Z lewej: Jadwiga Bieniecka ze znajomą, w wózku syn Marek, Warszawa, 1944 r., krótko przed powstaniem warszawskim; z prawej: Marek Bieniecki, Warszawa, 1944 r.


W czasie powstania Bienieccy uniknęli losu ponad pięciuset Polaków z sąsiednich ulic Marymontu, którzy zostali rozstrzelani po zdobyciu tych terenów przez Niemców. Wehrmacht i rosyjskojęzyczni kolaboranci zabijali cywili (w tym kobiety i dzieci), a także rannych powstańców, którzy trafili do niewoli.

Jan Bieniecki został aresztowany 13 września 1944 r. Policja Bezpieczeństwa (SiPo) skierowała go do – jak to określono – więzienia prewencyjnego, w tym przypadku do obozu koncentracyjnego w Auschwitz (znalazł się tam 17 września). Otrzymał tam status więźnia politycznego (czerwony trójkąt) i numer obozowy 198703. Informacja o miejscu przetrzymywania Jana Bienieckiego trafiła do żony, która do końca życia była przekonana, że właśnie Auschwitz było miejscem śmierci męża.


Legitymacja pracownicza Jana Bienieckiego z okresu okupacji


Jadwidze udało się uniknąć aresztowania. Pomógł jej w tym granatowy policjant, który najpierw powiedział, że zostanie rozdzielona z dzieckiem, a potem – najwyraźniej tknięty współczuciem – kazał jej uciekać między wozy. Wiosną 1945 r. Jadwiga z Markiem dotarli do Podrzewia koło Dusznik – miejsca zamieszkania siostry Heleny.

Do Warszawy wracać nie chciała, postanowiła przenieść się na tereny włączone po II wojnie do Polski. Na jakiś czas Marka zostawiła u siostry i wyjechała na Wybrzeże. Po znalezieniu pracy w Kołobrzegu wróciła po syna. Pracowała w Przedsiębiorstwie Połowów i Usług Rybackich „Barka”. Po szkole podstawowej Marek uczył się w Zasadniczej Szkole Zawodowej, a potem – w wieku 17 lat – przeniósł się do Gdańska, gdzie uczęszczał do technikum budowlanego.

Od zawsze lubił sport, w związku z czym po maturze postanowił kształcić się w studium nauczycielskim na kierunku wychowanie fizyczne i rozpoczął pracę nauczyciela w jednej z gdańskich szkół podstawowych. Tytuł magistra uzyskał później na poznańskiej Akademii Wychowania Fizycznego.


Z lewej: Jadwiga Bieniecka z synem Markiem, Podrzewie 1945 r.; z prawej: zdjęcie ślubne Haliny Hanki Starkowskiej i Marka Bienieckiego, 1964 r.


Co roku w wakacje Marek Bieniecki odwiedzał w Podrzewiu ciocię Helenę i jej męża – Marcelego Frąckowiaka, dawnego żołnierza armii Andersa. W czasie jednej z wizyt wybrał się do Dusznik na zabawę taneczną zorganizowaną z okazji ważnego w tamtych czasach święta – 22 Lipca. Na tej zabawie poznał Halinę Starkowską, nazywaną przez bliskich Hanką. Hanka uczyła się wówczas w liceum w Pniewach, a do Dusznik przyjechała w odwiedziny do koleżanki. Oboje byli bardzo młodzi: Marek miał 18 lat, a Hanka 16. Pobrali się dwa lata później – w 1964 r. – w Brodach Poznańskich. Co roku 22 lipca odwiedzają Duszniki, w 2022 r. od dnia ich poznania minęło 59 lat.

Kiedy trzeba było podjąć decyzję, gdzie zamieszkają po ślubie, wybrali Wartosław – miejscowość, gdzie od 1963 r. jako nauczycielka pracowała Hanka. Marek Bieniecki znalazł się w ten sposób w miejscu urodzenia swojej mamy Jadwigi. Sukcesy sportowe jego uczniów spowodowały, że dostrzeżono go na poziomie powiatowym i zaproponowano pracę w Szamotułach. Przez 15 lat uczył wychowania fizycznego w Szkole Podstawowej nr 3, a później – aż do emerytury – w Liceum Ogólnokształcącym.

Halina Bieniecka uczyła w szkołach podstawowych nr 2 i 3 oraz w Liceum Ogólnokształcącym i Studium Nauczycielskim. Ukończyła politologię na UAM, a na studiach podyplomowych filozofię i religioznawstwo. Przez pierwsze lata pracy w Szamotułach Bienieccy mieszkali na poddaszu Szkoły Podstawowej nr 1. Małżeństwo doczekało się dwojga dzieci: Jacka i Katarzyny oraz pięciorga wnuków.


Marek i Halina Bienieccy na terenie dawnego obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie, maj 2022 r.


Dokładniejsze informacje o losie Jana Bienieckiego rodzina otrzymała dopiero w 2009 r. Międzynarodowe Biuro Poszukiwań Czerwonego Krzyża przesłało im wówczas wyciąg z dokumentów oraz ich kopie. Okazało się, że Jan Bieniecki po niecałych dwóch miesiącach przetrzymywania w Auschwitz został przewieziony do Buchenwaldu. Musiał być w dobrym stanie fizycznym, bo przydzielono go najpierw do Komanda Ohrdruf, wykonującego prace ziemne przy – nigdy nieukończonej – podziemnej instalacji Sztabu Generalnego Wehrmachtu, a także instalacji wyrzutni dla broni V. 12 stycznia 1945 r. przeniesiono go do obozu głównego w Buchenwaldzie. Informacja od niego stamtąd już do żony nie dotarła. Nie dowiedziała się też, że 19 marca Jan Bieniecki zmarł, a jako przyczynę wpisano do dokumentacji „ropowicę lewej ręki” i „zakażenie krwi”. Cztery tygodnie później, 11 kwietnia 1945 r., obóz wyzwoliła amerykańska 3 Armia.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 26 lipca 2022 r.

Jadwiga Bieniecka z domu Kaszkowiak (1911-1988)

Marek Bieniecki z najlepszymi sportowcami z rocznika absolwentów 1981 r. (Szkoła Podstawowa nr 3 w Szamotułach)

Marek Bieniecki na zawodach sportowych z uczniami Szkoły Podstawowej nr 3 w Szamotułach, lata 70. XX w.

Karta Jana Bienieckiego z obozu koncentracyjnego w Auschwitz

Dokumenty z obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie

Wyciąg z dokumentów Międzynarodowego Biura Poszukiwań

Tabliczka pamiątkowa, zawieziona przez Marka Bienieckiego do Buchenwaldu, 2022 r.

Marek Bieniecki i jego rodzice w powstaniu warszawskim2025-08-08T15:05:08+02:00

Stanisław i Anna Tymowie – rodzina szamotulskich rzemieślników

Stanisław i Anna Tymowie – rodzina szamotulskich rzemieślników

Ona szyła stroje nie tylko dla szamotulanek, ponoć niektóre klientki przyjeżdżały specjalnie z Berlina, on wykonywał najładniejsze buty w Szamotułach. Przestawiamy – oto Maria z domu Jankowiak (1874-1961) i Stanisław (1871-1941) Tymowie.

Stanisław Tym pochodził spod Murowanej Gośliny i początkowo pracował jako młynarz. W młodości stracił żonę, która zmarła w połogu, oraz nowo narodzone dziecko. W czasach służby w armii pruskiej zaprzyjaźnił się z szewcem Jankowiakiem z Wronek. Kiedy ze względów zdrowotnych, z powodu astmy, musiał szukać nowego zajęcia, pomógł mu właśnie ten wroniecki szewc. Nie tylko nauczył Stanisława Tyma własnego zawodu, ale poznał go ze swoją siostrą Marią (1874-1961), z którą wkrótce Stanisław się ożenił. Ślub odbył się we Wronkach w 1899 r.


W środku – kamienica przy Rynku w Szamotułach, w której mieszkała rodzina Tymów. Pocztówka z lat 1905-1918, Szamotuły na dawnej pocztówce, Szamotuły 2000.


Tymowie zamieszkali w Szamotułach przy Rynku, w pobliżu ul. Piotra Skargi (dziś Rynek 33). To tu – aż do wybuchu II wojny światowej – wiedli spokojne życie. Na świat przyszło pięcioro ich dzieci: trzy córki i dwóch synów. Najstarsza była Ludwika (1900-1994), później po mężu Czerwińska, żona Edmunda (1894-1969), kupca, w czasie niemieckiej okupacji więźnia obozów koncentracyjnych w Dachau i Mauthausen-Gusen. Synowie: Stefan i Roman w dorosłym życiu zostali księgowymi, Stefan pracował w zakładach fajansu w Chodzieży, a Roman (1907-1971) był głównym księgowym w szamotulskich młynach. Średnia córka we wczesnym dzieciństwie zmarła na dyfteryt. Najmłodsza córka Anna (1915-2005), urodziła się, gdy jej ojciec przebywał na froncie I wojny światowej. W kwietniu 1939 r. Anna wyszła za mąż za Mieczysława Zielińskiego (1907-2000), pracownika ubezpieczalni, a po wojnie – Banku Rolnego i Powiatowego Związku Gminnych Spółdzielni.


Maria z domu Jankowiak i Stanisław Tymowie z dziećmi: Ludwiką, Stefanem i Romanem, ok. 1910 r.


Marię Tym dziś określono by jako „bizneswoman”. Była mistrzynią krawiectwa, miała liczne grono klientek, dodatkowo kształciła uczennice, w pewnym okresie miała ich aż 16! Stanisław szył piękne i wygodne buty. Długotrwały pobyt w okopach w czasie I wojny światowej pogłębił jego chorobę. Szył jedną parę butów w miesiącu, zajmował się domem, często gotował. Rodzina Tymów miała panią, która u nich sprzątała, inna osoba przychodziła robić pranie.

Stanisław Tym działał w Kurkowym Bractwie Strzeleckim – organizacji założonej w Szamotułach w 1649 r., za czasów króla Jana Kazimierza. Należeć mogli do niej zamożniejsi obywatele, głównie kupcy i rzemieślnicy. Dwukrotnie: w 1922 i 1935 r. Stanisław Tym został królem strzeleckim. Długoletnim prezesem szamotulskiego Bractwa był teść Ludwiki, córki Stanisława, Franciszek Czerwiński.


Z lewej: Maria z domu Jankowiak Tym – mistrzyni krawiectwa (warto zwrócić uwagę na aplikacje przy sukni i wąską talię), ok. 1920 r.; z prawej: Stanisław Tym, mistrz szewski, król kurkowy w Szamotułach w latach 1922 i 1935.


W czasie okupacji Tymowie musieli opuścić swoje mieszkanie przy Rynku, zamieszkali w domu przy Kościelnej (na rogu ul. Szkolnej). Maria, wspierana przez córkę Annę, nadal utrzymywała się z szycia, nowe stroje zamawiały u niej wtedy Niemki, bo Polek nie było na nie stać. Kiedy panował głód, w ramach zapłaty przynosiły swojej krawcowej kosze z jedzeniem.

W lutym lub marcu 1945 r. Maria Tymowa (jej mąż już nie żył) razem z córką Anną, zięciem i ich dziećmi przeniosła się na ul. Sądową, przemianowaną wkrótce na al. 1 Maja. Zamieszkali w jednym z wybudowanych podczas okupacji niewielkich bloków, przeznaczonych na mieszkania dla niemieckich urzędników, głównie sądowych. Jak na tamte czasy były to mieszkania nowoczesne i przestronne. Mieszkający tam wcześniej Niemcy byli dobrze sytuowani, na półkach mieli dzieła Goethego, a na ścianach pejzaże. Jedynie skórzane kanapy były poprzecinane nożami, bo zanim rodzina Zielińskich z Marią Tym się tam przenieśli, krótko stacjonowali w tych domach żołnierze radzieccy i widocznie czegoś w meblach szukali.      

Stanisław i Maria Tymowie spoczywają na szamotulskim cmentarzu.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Zdjęcia i informacje przekazały wnuki: Maria Osińska, Wielisława Wawrzyniak i Tomasz Zieliński.


Szamotuły, 24.07.2022

Stanisław i Anna Tymowie – rodzina szamotulskich rzemieślników2025-08-08T16:30:24+02:00

Bracia Marcin i Franciszek Trojankowie

Bracia Marcin i Franz Trojankowie

Dziwne i pogmatwane są losy Polaków, Wielkopolan, nawet w tej samej rodzinie. Prześledźmy to na przykładzie dwóch braci, z których jeden będzie wielkim polskim patriotą a drugi stanie się patriotą niemieckim. To zresztą spowoduje, że zerwą ze sobą braterskie więzi i po 1938 r. już się nie zobaczą… Dopiero wiele lat po ich śmierci (Marcin zmarł w 1955 r., Franciszek w 1957) dwa odłamy rodziny nawiążą kontakt i stworzą więź, która trwa do dziś!

Obaj bracia przyszli na świat w czasach zaboru pruskiego w dość licznej rodzinie rolników z Chełmna i Konina pod Pniewami (wówczas Pinne). Marcin urodził się 9 października 1886 r., a Franciszek tego samego dnia, ale 5 lat później. Ich matką była Agnieszka z domu Skrzypczak (1859-1897), a ojcem Marcin Trojanek (1859-1938). Po śmierci matki i ponownym ożenku ojca dzieci z pierwszego małżeństwa zaczynają swe dorosłe samodzielne życie poza domem rodzinnym.

Pierwszy będzie Marcin, który w 1904 r. pojedzie do Westfalii do Langenbochum koło Recklinghausen, gdzie będzie pracować w kopalni jako górnik i w tej profesji dojdzie do stanowiska sztygara. Franciszek przyjedzie do Marcina, a ten weźmie go do swojej brygady, najpierw jako pomocnika i ucznia elektryka w kopalni. Podobnie będzie z siostrami Marcina; starsza Józefa i młodsze Celina (Cecylia) i Stanisława (Stasi), które początkowo będą zatrudnione w kopalni przy sortowaniu węgla, w szatni i pralni dla górników. Pracują wszyscy bardzo ciężko, ale bez większych urazów, o które w kopalni w tamtych czasach nie było trudno.

Układają sobie życie, gdyż na myśl im nie przyszło, że wojna, która wybuchnie 1 sierpnia 1914 r., w ostatecznym rozrachunku doprowadzi do rozpadu Cesarstwa Niemiec i do powstania w 1918 r. obok wielu innych państw niepodległej Polski. Józefa wyjdzie za mąż za poznanego jeszcze w Pniewach Stanisława Lisa z Goraju koło Międzychodu i wyjedzie do Mainz (Moguncji), podobnie będzie ze Stanisławą i Cecylią-Celiną, które pójdą swoimi drogami.

Franciszek – Franz, jak będą wszyscy mówić do niego, a i on wolał, gdy tak na niego wołano i tak ma we wszystkich niemieckich dokumentach, jest świadkiem na ślubie Marcina z Władysławą z domu Melonek. 11 listopada 1910 r. w Langenbochum i Recklinghausen na ich ślubie były wszystkie siostry, przyjechał też ich ojciec z macochą Agnieszką. Marcin i Agnieszka już zostaną w Niemczech, zamieszkają w Düsseldorfie obok Franza, który przeniesie się tam z Langenbochum, tam umrą i zostaną pochowani (1938 i 1958).


Ślub Marcina Trojanka i Władysławy z domu Melonek, 1910 r.


Franz będzie pracować w fabryce produkującej maszyny, broń i amunicję oraz silniki dla armii niemieckiej. Armia ta gwałtownie się zbroi, gdyż trwają przygotowania do wojny – tak naprawdę to Niemcy marzyły, by pokonać europejskie potęgi kolonialne i odebrać im kolonie w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Franz jest za wojną, uczy się francuskiego i włoskiego. Gdy w 1915 r. wstąpi do armii, będzie równolegle tłumaczem w 10 kompanii 69 regimentu piechoty i muszkieterem. W wojsku czuje się jak ryba w wodzie, jest odważny, walczy na froncie francuskim, w Afryce, w Europie Wschodniej (Warmia i Mazury), zostaje dwukrotnie ranny: raz we Francji i drugi raz na froncie włoskim.

W lutym 1915 r., czyli już w czasie I wojny światowej, w Düsseldorfie Franz bierze ślub ze starszą od niego o dwa lata Antonią Anną Beder z Blesen (Bledzewa koło Międzyrzecza) i 14 października 1915 r. zostaje ojcem Heleny Antoniny, w rodzinie nazywanej Leni.

Militarne fascynacje Franza irytują Marcina, który jako górnik jest chroniony przed pójściem do wojska, gdyż armia niemiecka bardzo potrzebuje surowców na prowadzenie wojny. Marcin pracuje, a Franciszek walczy, jest pod urokiem wojny i militarnych zapędów Niemiec, Gdy się spotkają, starszy brat przypomina mu, gdy się spotkają, że jest Polakiem. Franz jednak już wybrał. Za swoją odwagę na polach bitew 25 listopada 1916 r. (to okres zwycięstw Niemiec) otrzymuje Krzyż Żelazny II klasy, z czego jest bardzo dumny. Nie bardzo rozumie, dlaczego Marcin nie wyraża entuzjazmu z tego powodu i dlaczego swoim dzieciom nadaje patriotyczne, polskie imiona; Aleksander, Bolesław, Wanda i Teresa.


Franz Trojanek w mundurze niemieckiego piechura, 1916 r. oraz z żoną Antonią Anną Beder i córką Heleną, Düsseldorf 1924 r.


Franz dziwi się, że Marcin, choć ma doskonałą pozycję zawodową i ekonomiczną w Niemczech, gdy ledwo Polska odzyskuje niepodległość, zawozi rodzinę do Szamotuł, gdzie kupuje spory kawał ziemi, buduje dom, a sam jeździ do Francji i Niemiec, by zarabiać na wydatki związane z tą budową i utrzymaniem rodziny. We Francji w latach 1922-23 i 1931 pracuje jako górnik w kopalni Marles (Mines de Marles) w Lens, jest też członkiem Związków Zawodowych Górników we Francji.

Praktycznie bracia zrywają kontakty. W 1928 r. żona Franza umiera, a wdowiec po roku bierze ślub z Anną Otylią Münchberg z Blesen, która będzie wychowywać Leni i wspólne dziecko z Franzem – syna Hansa, urodzonego w Dusseldorfie 10 listopada 1930 r. Natomiast Marcin mieszka w Szamotułach, tutaj wraz z żoną Władysławą wychowują dzieci na dobrych Polaków. Gdy w 1938 roku umiera w Düsseldorfie ich ojciec, Marcin przyjedzie z Polski na jego pogrzeb i to będzie ostatnie spotkanie Marcina z Franzem (Franciszkiem).

Franciszek, inwalida wojenny, był zatrudniony jako pracownik cywilny w fabryce zbrojeniowej w Düsseldorfie. W czasie II wojny światowej przymusowo pracowało tam wiele osób z krajów okupowanych, m.in. Polacy, Francuzi, Włosi, Grecy. Ponieważ Franz biegle posługiwał się biegle językiem niemieckim, francuskim i włoskim, reprezentował jako tłumacz władze fabryki wobec tych robotników przymusowych. Wiadomo też, że jako specjalista energetyk i tłumacz jeździł po okupowanej Europie z ekipami, które na miejscu naprawiały wyprodukowane w Düsseldorfie urządzenia. Być może również bywał na terenie okupowanej Polski, na pewno był kilka razy w Bledzewie (ale miasto należało wtedy do Niemiec i dopiero po Jałcie i Poczdamie stało się polskim Bledzewem), gdzie odwiedzał swojego syna Hansa, który właśnie do Bledzewa – jako miasta niezagrożonego nalotami – został przeniesiony z Düsseldorfu wraz z całą szkołą. Hans uczył się w Bledzewie aż do 1944 r., kiedy to w sytuacji zbliżającego się frontu, w obawie przed dostaniem się w ręce Armii Czerwonej, woleli wrócić do Düsseldorfu i trafić do stref okupacyjnych państw zachodnich.


Krzyż Żelazny i Ausweis (potwierdzenia nadania orderu), 1916 r.


Wydawało się, że może Franciszek przyjedzie do Polski w 1955 r., gdy w wyniku pylicy umarł Marcin. Okazało się jednak, że obawiał się możliwości aresztowania jako obywatel Niemiec Zachodnich. Zmarł w 1958 r. w Düsseldorfie i tam został pochowany obok swoich rodziców.

W 2005 r. Hans z żoną Ilse wznawiają kontakty z rodziną w Polsce, spotykają się z potomkami Marcina na uroczystości jubileuszu 50-lecia swojego ślubu. Do Burgbergu 13 października 2006 r. pojechali Trojankowie z Polski: Grzegorz (wnuk Marcina) i Mateusz (prawnuk). Od tej pory kontakty są bardzo bliskie, po śmierci Leni (1964), Ilse (2018) i Hansa (2021) utrzymują je ich dzieci i wnuki. Efektem tego jest przekazanie dokumentów i pamiątek po rodzinie Franciszka do Polski. Wśród wielu pamiątek jest Krzyż Żelazny oraz patent potwierdzający jego otrzymanie.

Grzegorz Trojanek

Szamotuły, 24.07.2022

Rodzice: Marcin i Agnieszka z domu Skrzypczak, Pniewy, 1896 r.

Siedzą od lewej: Franciszek i Marcin Trojankowie, stoi ich znajomy, Recklinghausen, 1909 r.

Franciszek w armii pruskiej, 10 kompania 69 Regimentu Piechoty, 1916 r.

Krzyż Żelazny Franza Trojanka

Kartoteka Marcina Trojanka, potwierdzająca jego członkostwo we francuskich związkach zawodowych w kopalni w Marles, 1922 r.

Wehrpass (przydział wojskowy) Franza Trojanka z 9 marca 1943 r.

Paszport Anny Trojanek – drugiej żony Franza, 1944 r.

Franz Trojanek  z drugą żoną Anną Cecylią Münchberg, 1951 r., Düsseldorf

Bracia Marcin i Franciszek Trojankowie2025-08-18T10:55:59+02:00

Bracia Kąkolowie – piłkarze złotej ery szamotulskiej Sparty

Bracia Kąkolowie – piłkarze złotej ery szamotulskiej „Sparty”

„Było nas trzech, w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel”. W nich krew płynęła ta sama, bo przecież byli braćmi, a kiedy powstał ten utwór, na początku lat osiemdziesiątych, ich drogi już się nieco rozchodziły. Kilka lat wcześniej cel każdego był ten sam – umieścić piłkę w siatce bramki przeciwnika „Sparty” Szamotuły. Bracia Kąkolowie: Paweł, Wojciech i Zenon.

Tak naprawdę dzieci Mariana Kąkola i Ireny z domu Krysztofiak było siedmioro: Aleksandra (ur. 1950), Paweł (ur. 1951), Wojciech (ur. 1953), Danuta (ur. 1954), Zenon (ur. 1955), Halina (1957) i Eugeniusz (ur. 1959). Najpierw mieszkali w domu dziadków przy ul. Zielonej, później przenieśli się na osiedle bloków przy Sportowej, do domu wybudowanego przez olejarnię, gdzie zatrudniony był Marian Kąkol.

Dziewięć osób w dwóch pokojach na poddaszu, 40 metrów kwadratowych i piece kaflowe. Tak się wtedy żyło. Najtrudniej było zimą, kiedy ojciec chciał odespać nockę, a do jego dzieci stale wpadał któryś z rówieśników. Ale od wczesnej wiosny do późnej jesieni w domu siedziało się mało. Przy Zielonej grało się na ulicy, gdzie ruch był wtedy niewielki, albo w lasku – wystarczyły słupy, które stanowiły bramkę. Najważniejsze było jedno: mieć piłkę. Radość z gry była niesamowita! Po przeprowadzce na Sportową już niemal wychowywali się na boisku.


Ok. 1974 r., stoją od lewej : Marian Kurowski, Bogdan Kochański, Henryk Magdziarek, Tadeusz Kalotka, Wojciech Kąkol, Roman Gierczyński, Wacław Brzoska, Władysław Szmyt, Jacek Vidura, Tadeusz Proszyk, Zenon Kąkol


W szkole grali w tenisa stołowego, siatkówkę, koszykówkę, a przygodę ze „Spartą” zaczynali w wieku 10 lat – od trampkarzy, przez juniorów – do seniorów. W pewnym okresie w szamotulskim klubie na boisku pojawiała się cała trójka, wszyscy na pomocy lub ataku.

Pierwszy – jako najstarszy – zaczął trenować w „Sparcie” Paweł Kąkol. Związany był z nią przez ponad 20 lat jako zawodnik (z przerwą w czasie służby wojskowej, kiedy to skierowano go do gry w „Grunwaldzie” Poznań), a potem był jej trenerem. Trenował też inne drużyny: „Kłos” Gałowo (wówczas grający pod nazwą „Orkan”), „Pogoń” Lwówek i „Orzeł” Słopanowo. Wojtek przeszedł drogę od trampkarzy w „Sparcie”, przez III ligę siatkarzy, wrócił do drużyny seniorskiej „Sparty”, potem – pod koniec lat 70. – spędził dwa lata w poznańskiej „Olimpii” i znów grał w „Sparcie”. Jako trener pracował z „Wartą” Obrzycko i „Kłosem” Gałowo. Zenek w okresie służby wojskowej tak jak Paweł trafił do „Grunwaldu”, w 1. połowie lat 80. grał też w „Warcie” Poznań. Tam zresztą dwa razy w czasie meczu złamano mu nogę. Najmłodszy braci, Eugeniusz, miał wadę serca, zaczynał od tenisa stołowego, ale później też grał w piłkę w Gałowie i w naszej „Sparcie”. Nie był to już jednak czas największych sukcesów klubu.


„Sparta”, 1975 r. przed meczem z „Pogonią” Szczecin (wygranym przez szamotulan 2:0). Stoją od lewej : Henryk Magdziarek, Wojciech Kąkol, Bogdan Kochański, Tadeusz Kalotka, Roman Maćkowiak, Tadeusz Baraniak, Ryszard Starosta, Roman Gierczyński, Hieronim Piechota, dolny rząd : Marian Kurowski, Wacław Brzoska, Zenon Kąkol, Bogdan Białasik, Andrzej Owsiany, Jacek Vidura, Piotr Juś


W Szamotułach od wiosny do jesieni trenowało się na stadionie lub drugim boisku przy ul. Sportowej. Młodsze roczniki zawodników pomagały Stanisławowi Kurowskiemu – opiekunowi obiektu, a od 2012 r. jego patronowi. Czasem trzeba było coś pomalować, czasem ściąć i zgrabić trawę lub podlać nawierzchnię boiska. Zimą treningi odbywały się w salach gimnastycznych szkół podstawowych nr 1 i 3. Nie było siłowni, trenerzy zarządzali tzw. ćwiczenia stacyjne. Był problem ze strojami sportowymi i butami. Kiedy trener pierwszej drużyny w połowie lat 70. zdobył dla zawodników adidasy, wszyscy byli zachwyceni. Zwykle grali w popularnych w tamtych czasach „wałbrzychach”, od których mieli rany na nogach.   

Najlepszy okres w historii klubu przypadł na lata 1974-1979. Na mecze „Sparty” przychodziły tłumy kibiców, mnie – uczennicę pierwszych klas szkoły podstawowej – zabierał tam tata. I to właśnie Pawła, Wojtka i Zenka Kąkolów zapamiętałam najbardziej – trzech braci, trochę jak w baśniach. Dwaj blondyni i brunet, dłuższe włosy – taka była wtedy moda. Takie same fryzury nosili wówczas choćby reprezentanci Polski, też grający na pomocy i ataku: Kazimierz Deyna, Robert Gadocha czy Andrzej Szarmach. Ich mecze też świetnie pamiętam. Kiedy padała bramka strzelona przez polską reprezentację, w całym bloku przy ul. Obornickiej było słychać pełen radości krzyk i tupanie nogami!


Autokary klubowe


„Sparta” grała wtedy na trzecim poziomie rozgrywek ligowych, a trenerem pierwszej drużyny był Łucjan Gojny (ur. 1938). Pochodził z Górnego Śląska, jako zawodnik grał na pozycji obrońcy, najpierw w „Górniku” Radlin, potem w szczecińskiej „Pogoni”, poznańskim „Lechu”, „Unii” Racibórz i „Olimpii” Poznań, skąd w sezonie 1970/71 przeszedł do „Sparty” wraz z kilkoma zawodnikami i objął pierwszy zespół. Miał duży wpływ na świetną atmosferę w zespole, dużo rozmawiał z zawodnikami. Jak wspominają Kąkolowie, drużyna była jak rodzina, nie trzech, lecz piętnastu braci. Dużo zależało też od kapitana „Sparty”, Mariana Kurowskiego (ur. 1949), syna Stanisława, późniejszego jej długoletniego trenera (1978-1989), a następnie szkoleniowca, m.in., „Amiki” i „Lecha”. Z działaczy tamtych czasów szczególnie ciepło wspominają prezesa Stefana Mizgalskiego (1935-1994) – wspaniałego organizatora i niezwykle sympatycznego człowieka.

Polska miała wówczas „Orły” Kazimierza Górskiego, Szamotuły – naszą „Spartę”. Najważniejszym sukcesem tamtych lat była gra w barażach o wejście do II ligi. Po zwycięstwie w swojej grupie w Lidze Okręgowej zawodnicy „Sparty” klubowym autobusem marki Jelcz, czyli słynnym „ogórkiem”, pojechali na 6-tygodniowy intensywny obóz przygotowawczy do Chodzieży. Znaleźli się w jednej grupie z „Górnikiem” Wałbrzych, „Unią” Racibórz i „Górnikiem” Knurów. Przeciwnicy – kluby o dużo większym doświadczeniu i budżecie – sądzili, że „Sparta” będzie w tych meczach będzie tylko „dostarczycielem punktów”. Tak się nie stało – w czasie starć z „Unią” Racibórz i „Górnikiem” Knurów szamotulanie raz zwyciężyli, raz przegrali, za każdym razem były to starcia równego z równym. Poza ich zasięgiem był „Górnik” Wałbrzych. Pierwszy mecz, w Szamotułach, zawodnicy „Sparty” przegrali 1:2, ale liczyli na rewanż. W meczu rozgrywanym na wyjeździe rywal zdobył dwie bramki więcej (4:2), w wielu sytuacjach szamotulanie dopatrzyli się jednak faworyzowania potężniejszego gospodarza. To „Górnik” Wałbrzych awansował do II ligi, a po kolejnym sezonie grał już w I lidze – wówczas najwyższej. Pod koniec lat 90. oldboye „Sparty” spotkali się w Szamotułach z oldboyami z Wałbrzycha. Dowiedzieli się wówczas, że „Górnik” w 1976 r. miał bank informacji o zawodnikach „Sparty” – coś, o czym szamotulanie mogli tylko marzyć. Ze starcia oldboyów wyszli wówczas zwycięsko.


„Sparta” przed meczem z reprezentacją młodzieżową Kuby, 1979 r. Stoją od lewej Roman Maćkowiak, Henryk Magdziarek, Marian Drewniak, Wojciech Kąkol, Tadeusz Baraniak, Piotr Juś, Zenon Kąkol, Włodzimierz Stasiak, Marek Pawłowicz, dolny rząd: Krzysztof Franke, Marian Kurowski, Bogdan Białasik, Paweł Kąkol, Paweł Stuper, Ireneusz Tomkowiak.

Do II ligi „Sparta” w 1976 r. nie weszła, ale trafiła wówczas do nowo powstałej ligi międzywojewódzkiej (III ligi). Najlepiej radziła w niej sobie przez dwa pierwsze sezony, później grała ze zmiennym szczęściem – zaliczała spadki do okręgówki i kolejne awanse do III ligi (ostatni raz grała w niej w sezonie 1988/1989).

Bracia Kąkolowie wspominają kolegów z drużyny – oprócz kapitana i późniejszego trenera Mariana Kurowskiego, także (nazwiska w kolejności alfabetycznej): Jerzego Bajdzińskiego, Tadeusza Baraniaka, Bogdana Białasika, Wacława Brzoskę, Krzysztofa Frankego, Romana Gierczyńskiego, Piotra Jusia, Tadeusza Kalotkę, Bogdana Kochańskiego, Romana Maćkowiaka, Henryka Magdziarka, Hieronima Piechotę, Tadeusza Proszyka, Zdzisława Siąkowskiego i Jacka Vidurę, – kilku z nich już nie żyje. W Niemczech mieszka ich dawny trener Łucjan Gojny, który zachował Szamotuły w serdecznej pamięci. Niektórzy dawni zawodnicy utrzymują z nim kontakt.


Oldboye „Sparty”, ok. 1998 r. 5. od prawej stoi dawny trener Łucjan Gojny


W latach 1972-1996 „Sparta” była MZKS-em, czyli Międzyzakładowym Klubem Sportowym. Jak wspominają bracia Kąkolowie, zawodnicy mieli etaty w szamotulskich zakładach, w sezonie piłkarskim pracowali tam jednak cztery godziny dziennie, a potem trenowali, a kiedy awansowali do III ligi, zajmowali się już jedynie treningami. Później, po rozstaniu ze „Spartą”, wrócili do szamotulskich firm. Paweł Kąkol pracował w Spółdzielni Transportu Wiejskiego, potem w Produkcyjno-Usługowej Spółdzielni Pracy, a następnie prowadził własną działalność gospodarczą – zajmował się szkoleniami BHP. Wojciech był zatrudniony w olejarni, a potem w firmie ADM, a Zenon – w Zakładzie Gospodarki Komunalnej. Obecnie wszyscy są już na emeryturach, rosną im wnuki, a z bujnych czupryn zostało niewiele.      

Z dawnymi kolegami drużyny spotykają się co kilka miesięcy, aby powspominać, pooglądać stare zdjęcia. Kibice (i kibicki!) też ich wspominają, nie tylko w roku 100-lecia szamotulskiego klubu.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 23.05.2022

Paweł Kąkol (z piłką) i inni trampkarze „Sparty”

Paweł i Wojciech Kąkolowie

Zenek Kąkol

Na stadionie „Sparty”, z lewej strony Zenek Kąkol

Zenek Kąkol w akcji na stadionie w Szamotułach

Spotkanie „Sparty” w klubie „Ad Acta” w Szamotułach, ok. 1975 r. Pierwszy z lewej Stanisław Kurowski, trzeci Marian Kurowski, czwarty Jerzy Musiał

Spotkanie w klubie „Ad Acta” w Szamotułach, ok. 1975 r. Od lewej: Wojciech Kąkol, Jerzy Bajdziński, Zenon Kąkol i Stanisław Wojciechowski

Stefan Mizgalski, prezes „Sparty” w latach 1971-1978, z prawej Halina Gmur, I sekretarz Komitetu Miejsko-Gminnego PZPR i przewodnicząca Rady Narodowej Miasta i Gminy Szamotuły w latach 1975-1981

Wojciech i Zenon Kąkolowie

Zawodnicy „Sparty” podczas obozu zimowego, na 1. planie Wojciech Kąkol

Paweł Kąkol na obozie zimowym

Na obozie zimowym

Wojciech i Zenon Kąkolowie w czasie zimowego treningu

Oldboye „Sparty”, 1986 r. Od prawej kierownik drużyny Marian Konieczny, prezes klubu Przemysław Matysiak i wiceprezes Ryszard Mataj

Bracia Kąkolowie – piłkarze złotej ery szamotulskiej Sparty2025-08-17T14:51:41+02:00

Wiktor Dullin – znakomity lekarz, legendarny dyrektor szpitala w Szamotułach

Wiktor Dullin – legendarny lekarz szamotulan

Uważał, że chirurg powinien umieć wykonać każdy zabieg. Od zespolenia czy nastawienia złamanych kości, przez usunięcie wyrostka robaczkowego czy operacje narządów kobiecych, aż do wyrwania zęba i wyjęcia ciała obcego z oka. Dr Wiktor Dullin, pierwszy powojenny dyrektor szamotulskiego szpitala, to człowiek legenda. Opowiedziała o nim córka Katarzyna Płoszyńska-Kośmicka.

Wiktor Dullin nie był biologicznym ojcem pani Katarzyny, był jednak jedynym, jakiego znała. Przyszła na świat w Poznaniu w 1937 r., do wybuchu II wojny światowej razem z rodzicami: Filomeną z domu Maciejewską (1909-1970) i Janem Płoszyńskimi (1896-1939), mieszkała w Wągrowcu. Ojciec, z zawodu kupiec, został rozstrzelany przez Niemców 9 września 1939 r. Mama z trojgiem dzieci: dwuletnią Kasią, starszym od niej o sześć lat Michałem (1931-2009) i najstarszym Krzysiem (1929-1942) zostali wysiedleni do Generalnego Gubernatorstwa. Tam, w Jędrzejowie koło Kielc, Filomena Płoszyńska poznała Wiktora Dullina, lekarza wysiedlonego w tamte strony z Poznania. Pobrali się 3 października 1942 r. W 1943 r. na świat przyszła ich córka Elżbieta (zm. 2000 r.), najmłodszy syn, Piotr (1948-2018), urodził się już w Szamotułach.  


Rodzina Dullinów w Mrowinie, 1910 r. Aniela Dullin z domu Krzywańska i Antoni Dullinowie z dziećmi (od lewej): Antoniną, Edmundem, Wiktorem, Elżbietą i Ireną. Ze zbiorów Sylwii Dullin (córki Edmunda).


Z rodziny nauczycielskiej na medycynę

Wiktor Dullin przyszedł na świat 20 grudnia 1905 r. w Mrowinie, zaledwie kilkanaście kilometrów od Szamotuł – miasta, gdzie pracował potem przez ćwierć wieku. Jego ojciec, Antoni, przez wiele lat pełnił tam funkcję kierownika szkoły. Uczyły się w niej dzieci polskie wyznania katolickiego nie tylko z samego Mrowina, ale także z Cerekwicy, Przybrody i Krzyszkowa. Na początku XX w., w sytuacji zaostrzania się działań germanizacyjnych w szkołach, zrezygnował ze stanowiska kierownika, które objął przysłany do Mrowina Niemiec. Do końca I wojny światowej Dullinowie mieszkali w Mrowinie, od roku urodzin Wiktora – w nowym, istniejącym do dziś, budynku szkolnym z czerwonej cegły, zbudowanym po pożarze poprzedniej szkoły.

Antoni Dullin i jego żona Aniela z domu Krzywańska mieli pięcioro dzieci – córki:  Antoninę, Irenę i Elżbietę oraz synów: Edmunda i najmłodszego w rodzinie Wiktora. W 1919 r. rodzina przeniosła się do Inowrocławia. Antoni Dullin uczył tam w Gimnazjum Męskim, któremu w 1926 r. nadano imię jej wybitnego wychowanka Jana Kasprowicza. Seminarium nauczycielskie ukończyło też dwoje jego dzieci: Edmund oraz Elżbieta. Edmund do II wojny światowej uczył w szkole w Chełmży, Elżbieta zmarła przedwcześnie na dyfteryt, którym zaraziła się od swojej uczennicy.

Wiktor Dullin zdał maturę w gimnazjum, w którym uczył jego ojciec. Ukończył, według dzisiejszej terminologii, profil klasyczny, czyli dobrze poznał nie tylko łacinę (jak w gimnazjach humanistycznych), ale także grekę.


W Inowrocławiu przed willą Antoniego Dullina przy ul. Solankowej, ok. 1920 r. Wiktor Dullin z siostrą Ireną (pierwsza z lewej) i bratową Eleonorą z domu Czechak. Zdjęcie ze zbiorów Sylwii Dullin.


Doktor medycyny w międzywojennym Poznaniu

W 1924 r. Wiktor Dullin rozpoczął studia na wydziale lekarskim Uniwersytetu Poznańskiego, był na roku z inną lekarką, która po wojnie związała swoje losy z Szamotułami – dr Ireną Krzywoszyńską. Studia ukończył w 1929 r., należał do ostatniego rocznika studentów medycyny, który po ukończeniu studiów uzyskał tytuł doktora wszech nauk medycznych, od tego momentu tytuł doktora medycyny stał się stopniem naukowym, wymagającym przygotowania i obrony rozprawy naukowej.

Rozpoczął pracę w III Klinice Chirurgii w Szpitalu Miejskim przy ul. Szkolnej w Poznaniu. Równocześnie w Zakładzie Anatomii Patologii doszedł do stanowiska starszego asystenta, co było związane z realizowaną przez niego specjalizacją. W 1935 r. kierownik kliniki upoważnił go do samodzielnego kierowania oddziałem chirurgicznym, co porównać można do dzisiejszego II stopnia specjalizacji.   

Z szamotulskim szpitalem, czyli Zakładem św. Józefa sióstr Służebniczek Maryi (pełna nazwa: Zgromadzenie Sióstr Służebniczek Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny), Wiktor Dullin miał po raz pierwszy kontakt krótko przed wojną. W związku z nieobecnością ordynatora szpitala, doktora Antoniego Nowickiego, poproszono kierownika poznańskiej kliniki przy ul. Szkolnej o przysłanie zastępstwa. Kierownik wybrał wówczas właśnie Wiktora Dullina, który dzięki temu mógł poznać warunki pracy w Szamotułach, zyskał też w tym czasie zaufanie kierujących szpitalem sióstr Służebniczek Maryi.



Szpital w Szamotułach w okresie okupacji (pocztówka ze zbiorów Jaromira Dehmela) i współcześnie (zdjęcie Jan Kulczak, 2019 r.)


Dyrektor szpitala w powiatowym mieście

W czasie okupacji Wiktor Dullin prowadził praktykę lekarza ogólnego w Jędrzejowie i jako lekarz pracował na kolei. Dzięki temu w lutym 1945 r., gdy przez Wielkopolskę przeszedł już front, mógł załatwić wagon, który z Jędrzejowa zabrał nie tylko rodzinę Dullinów, ale także wiele innych rodzin, pochodzących – między innymi – z Poznania i Pniew.

Otrzymał wówczas dwie propozycje pracy. Mógł albo pozostać w Poznaniu i prowadzić  klinikę chirurgiczną, albo zostać ordynatorem (dyrektorem medycznym) szpitala w Szamotułach. Stanowisko ordynatora w Szamotułach było nieobsadzone, ponieważ w 1941 r. zmarł dr Antoni Nowicki. Wiktor Dullin zdecydował się przyjąć propozycję sióstr zakonnych z Szamotuł. Jeszcze w lutym 1945 r. objął nowe obowiązki, a w marcu dołączyła do niego rodzina. Najpierw zamieszkali w szpitalu, a po kilku miesiącach władze zakwaterowały  Dullinów w willi rodziny Koerplów przy ul. Dworcowej.

W 1948 r. Wiktor Dullin z rodziną przeniósł się na al. 1 Maja, do pięknej willi z początku XX w. na narożniku z ul. Wiosny Ludów (dziś al. 1 Maja 36). W 1971 r. od spadkobierców doktora Dullina kupiło ten budynek miasto, w 1977 r. uruchomiono w nim przedszkole „Jaś Wędrowniczek”.



Willa, którą w 1948 r. od Bolesława Górskiego kupił Wiktor Dullin – niezrealizowany projekt dobudowy ogrodu zimowego z 1930 r. (ze zbiorów Andrzeja J. Nowaka). Dawną ul. Sądową w 1945 r. przemianowano na al. 1 Maja, a ul. Henryka Wysockiego w 1950 r. przemianowano na Wiosny Ludów.


Początkowo Wiktor Dullin opiekował się stroną medyczną całości szpitala, zarazem był ordynatorem oddziału chirurgicznego i ginekologiczno-położniczego. Oddziałem wewnętrznym kierował Franciszek Kociński (1900-1959, w Szamotułach od 1928 r.), a oddziałem dziecięcym i zakaźnym – Zenon Włoch (w Szamotułach od 1934 r.).

Należało najpierw uzupełnić niemal cały sprzęt medyczny i bieliznę pościelową, które na początku stycznia 1945 r. wywieziono w czasie ewakuacji szpitala i jego niemieckich pacjentów. W czasie okupacji w kaplicy szpitalnej niemiecki zarząd placówki umieścił pracownię rentgenowską, trzeba więc było kaplicę wyremontować i ponownie poświęcić. Uroczystość, na którą przybył arcybiskup Walenty Dymek, odbyła się 12 kwietnia 1946 r. Ołtarz i rzeźby wykonał szamotulski artysta Ignacy Pikusa, a dyrektor Dullin ofiarował umieszczony w ołtarzu obraz Najświętszego Serca Pana Jezusa. W 1948 r. szpital dysponował w sumie 150 łóżkami.


Legitymacja służbowa Wiktora Dullina, 1946 r. (własność Barbara Płoszyńska-Kośmicka)


Sytuacja placówki zmieniła się zasadniczo w 1949 r. 21 września Rada Ministrów podjęła uchwałę o przejęciu na własność przez samorząd terytorialny niektórych szpitali Polskiego Czerwonego Krzyża, Towarzystwa Ochrony Zdrowia Ludności Żydowskiej oraz prowadzonych przez kongregacje, związki, stowarzyszenia religijne i fundacje. W grupie tych placówek medycznych znalazł się szamotulski Szpital św. Józefa. 1 października odebrano obiekty szpitalne Zgromadzeniu Sióstr Służebniczek Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny i przekazano je władzom powiatu. Zgromadzenie, które wzniosło budynki szpitalne i kierowało placówką od 1897 r., nie otrzymało żadnej finansowej rekompensaty. Po złożonym przez siostry odwołaniu pozostawiono im kaplicę, mieszkanie w starym budynku, domek w podwórzu oraz część pomieszczeń gospodarczych i ogród. 

Zmieniono również nazwę placówki – dawny Szpital św. Józefa stał się Szpitalem Powiatowym, potem nadano mu imię Ludwika Józefa Bierkowskiego (1801-1860), zasłużonego polskiego lekarza, chirurga, twórcy polskiej ortopedii, profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego i powstańca listopadowego. Z czasem, z nieznanych przyczyn, postać patrona zaczęto w nazwie pomijać. Kierownictwo administracyjne szpitala objął Władysław Wojciechowski, a po nim Jezierski.


Wnętrze kaplicy szpitalnej po remoncie w 1946 r., w ołtarzu obraz ofiarowany przez Wiktora Dullina (archiwum Służebniczek Niepokalanego Poczęcia NMP w Szamotułach)


Siostry zakonne stopniowo były z pracy zwalniane i zastępowane przez świecki personel. Najdłużej pracowały te, które zatrudnione były w laboratoriach, pracowniach szpitalnych i na sali operacyjnej. Wiktor Dullin szczególnie cenił siostrę Tyburcję, mającą bardzo duże doświadczenie medyczne. Jak wspomina pani Katarzyna Płoszyńska-Kośmicka, kiedy do domu doktora Dullina telefonował któryś z młodych lekarzy z informacją, że pacjent wymaga operacji, doktor ubierał się powoli, kiedy jednak dzwoniła siostra Tyburcja, strój wyjściowy zakładał na piżamę, bo wiedział, że rzeczywiście potrzebna jest natychmiastowa interwencja chirurgiczna. Przeprowadzał trudne operacje ginekologiczne, przyjeżdżano do niego z  odległych miast, bo miał własną skuteczną metodę operacji żylaków. Do dziś szamotulanie wspominają, jak ratował ich życie i zdrowie.

Funkcję dyrektora szpitala Wiktor Dullin sprawował w trudnych czasach. Piotr Nowak w książce Szamotuły. Dzieje miasta zamieścił informację, że za przyzwoleniem dyrektora prowadzono na terenie szpitala działalność duszpasterską, a komunia udzielana była chorym poza wyznaczonymi godzinami. Kiedy doktor Genowefa Abłażej, ordynator oddziału ginekologiczno-położniczego w latach 50., nie chciała przeprowadzać aborcji, zalegalizowanej przez ustawę z 1956 r., Wiktor Dullin zachował się lojalnie wobec swojej podwładnej i poszukał innego rozwiązania – pacjentki były przewożone do szpitala w Obornikach. Niestety, sprawę jedna z nich ujawniła w gazecie i władze wyższego szczebla zwolniły lekarkę, która następne lata spędziła na misjach w Ugandzie i do Szamotuł już nie powróciła.


Lekarze szamotulskiego szpitala, w środku siedzi dyrektor Wiktor Dullin, 1962 r. (zdjęcie – własność Alicja Adamska). Obok dr. Dullina siedzą Włodzimierz Galus i Barbara Fiszer; stoją od lewej: Jan Mańczak, Bronisław Fiszer, Zbigniew Kozłowski, Jan Leszek Adamski, Marian Kubiak, [?] Burwagen – kierownik szpitalnej apteki.


Pod okiem Wiktora Dullina doświadczenie zdobywali kolejni szamotulscy chirurdzy. Jego zastępcą na oddziale chirurgicznym był Bronisław Fiszer, pracowali z nim wieloletni lekarze szamotulskiego szpitala: Marian Kubiak i Leszek Stasiak.

Anna Handschuh wspomina staż, który odbyła w szamotulskim szpitalu pod okiem doktora Dullina. Dyrektor umiał stworzyć niezwykłą atmosferę pracy. Nie było w niej napięcia, młodzi lekarze mogli się wszystkiego nauczyć, nie wstydząc się przyznać, że czegoś nie wiedzą czy jeszcze nie potrafią. Nigdy się nie pogniewał, gdy w czasie dyżuru obudzono go – jak się okazało – zupełnie niepotrzebnie. Jako szef nie ingerował w rzeczy mało istotne. Doktor Dullin był traktowany jako niezwykły autorytet i nie był to autorytet budowany przez zachowywanie dystansu wobec innych. Odnosił się do innych osób z wielkim szacunkiem i był życzliwie zainteresowany sprawami życia swoich współpracowników. Cechowało go bardzo duże poczucie humoru, sypał anegdotami z czasów młodości i miał swoje powiedzonka – nie do powtórzenia w tym artykule!  Do osób, z którymi odbywał dyżury, mówił: „Zrobimy swoje, a potem przychodzisz do mnie i gramy w makao”. Pisał bardzo niewyraźnie – miał prawdziwie „doktorski” charakter pisma. Czasem sam nie mógł przeczytać tego, co napisał i pytał wtedy innych lekarzy: „Co ja tu właściwie napisałem?”     

Przez cały okres pracy ordynatora na chirurgii Wiktor Dullin pozostawał w bliskim kontakcie z profesorem Romanem Drewsem (1908-1977), jednym z najwybitniejszych polskich chirurgów. Z grona lekarzy tej specjalności pracujących w Wielkopolsce poza Poznaniem prof. Drews najwyżej oceniał dwóch: doktora Antoniego Paula ze Śremu i właśnie doktora Wiktora Dullina.


Ogłoszenie w książce Ludwika Gomolca Szamotuły. Gród Halszki, 1956 r.


W Szamotułach przez wiele lat pełnił funkcję radnego. Sam bezpartyjny, akceptował, kiedy – aby ułatwić sobie życie – do PZPR-u wstępowali młodzi lekarze. Znał się na muzyce, malarstwie, bardzo dużo czytał. Pani Katarzyna Płoszyńska-Kośmicka opowiada, że kiedy uczyła się w szamotulskim liceum, ojciec lubił czasami przyjść do jej klasy na lekcje łaciny (rodzice mieli wtedy taką możliwość). Siadał w ostatniej ławce i nie umiał powstrzymać się przed podpowiadaniem. Tak się akurat składało, że tuż przed nim ławkę zajmowała klasowa konkurentka córki. W domu, aby dzieci mogły uchwycić właściwy rytm poezji łacińskiej, ćwiczył z  nimi głośne czytanie. Lubił grać w brydża, na brydżowych spotkaniach bywali u niego między innymi Edmund i Janina Kruppikowie z Obrzycka, Barbara i Walerian Łączkowscy, a z młodszego pokolenia Anna i Roman Handschuhowie.

W 1965 r. Wiktor Dullin doznał pierwszego wylewu. Mimo rehabilitacji pozostała trochę niewyraźna mowa, trudności z chodzeniem i niedowład ręki. Trudno mu było się pogodzić z tym, że musi się pożegnać ze swoją pasją – chirurgią. Przez kilka lat był zatrudniony w komisji lekarskiej do spraw inwalidztwa i zatrudnienia w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych. 23 czerwca 1970 r. nastąpił kolejny wylew. Karetka odwiozła go do kliniki neurologii do Poznania, jednak życia Wiktora Dullina nie udało się już uratować. Niecałe trzy miesiące wcześniej, 9 kwietnia, na serce zmarła jego żona – Filomena. Oboje spoczywają na cmentarzu na poznańskim Górczynie.


Dawna willa doktora Dullina, od 1977 r. przedszkole. Zdjęcie Piotr Mańczak, 2022 r.


Kolejne pokolenia

Z potomków Wiktora Dullina nikt już nie mieszka w Szamotułach. Najstarszy w rodzinie syn – Michał Płoszyński – po maturze zdanej w szamotulskim liceum w 1950 r. studiował na Wydziale Tłuszczów Syntetycznych Politechniki Gdańskiej. Później przeniósł się do Wrocławia, doktorat obronił na Politechnice Wrocławskiej, a habilitował się w Wyższej Szkole Rolniczej. Był specjalistą w dziedzinie biochemii i fizjologii roślin, przez wiele lat pracował naukowo w Instytucie Uprawy, Nawożenia i Gleboznawstwa – najpierw w Laskowicach pod Wrocławiem, a później – już jako profesor – w Puławach.

Studia rolnicze i pracę naukową wybrali również Elżbieta Dullin-Potkańska i Piotr Dullin. Oboje ukończyli Akademię Rolniczą w Poznaniu, tam również się doktoryzowali. Piotr Dullin pracował w Katedrze Biochemii i Biotechnologii, wyjeżdżał na staże do Stanów Zjednoczonych i Szwajcarii.

Z medycyną związała swoje losy tylko moja rozmówczyni – Katarzyna Płoszyńska-Kośmicka. W 1959 r. ukończyła poznańską Akademię Medyczną, staż lekarski odbyła w szpitalu w Szamotułach i pracowała w nieistniejącym obecnie szpitalu kolejowym w Poznaniu przy ul. Orzeszkowej. Ukończyła specjalizację z zakresu medycyny kolejowej. Lekarzem został także jej mąż Bogumił Kośmicki (1935-1997), kolega z tego samego rocznika w szamotulskim liceum, brat bliźniak Zdzisława (1935-2018), profesora Politechniki Poznańskiej. Po ślubie w 1966 r. małżonkowie zamieszkali w Szczecinie. Pani Katarzyna pracowała w Zarządzie Służby Zdrowia Pomorskiej Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych i prowadziła gabinet zakładowy, mąż po doktoracie był zatrudniony w Zakładzie Fizjologii Akademii Medycznej, a następnie kierował laboratorium w szpitalu kolejowym w Szczecinie. Lekarzem jest również ich syn Jeremi Kośmicki, psychiatra i psychoterapeuta, w trakcie studiów na Wydziale Lekarskim Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego jest obecnie wnuk Michał. To już czwarte pokolenie medyków.   

W Szamotułach pozostały wspomnienia o doktorze Dullinie – świetnym specjaliście, pogodnym, dowcipnym i dobrym człowieku.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 04.04.2022

Wiktor Dullin – znakomity lekarz, legendarny dyrektor szpitala w Szamotułach2025-08-18T20:46:05+02:00

Wojenne drogi Stanisława Mańczaka

Stanisław Mańczak (1918-2000)

„Najważniejsze, że człowiek wyszedł z tego wszystkiego w jednym kawałku”

Czasem, żeby walczyć o wolność Ojczyzny, trzeba do niej wrócić, a czasem trzeba z niej wyjechać. Stanisław Mańczak (1918- 2000) na początku niemiecko-sowieckiej okupacji przeszedł przez zieloną granicę i dołączył do polskich żołnierzy we Francji. Jego droga wojenna była bardzo długa i nie doprowadziła do Polski. Po demobilizacji pozostał w Anglii, a rodzinę w Szamotułach odwiedził dopiero w latach 70. XX w.

Stanisław Mańczak przyszedł na świat pomiędzy dwoma wydarzeniami historycznymi: krótko po zakończeniu działań na frontach I wojny światowej i przed wybuchem powstania wielkopolskiego – 13 listopada 1918 r. Jego rodzice: Wincenty Mańczak (1890-1958) i Anna z domu Najdek (1891-1961) pobrali się 5 lat wcześniej w kościele w Cerekwicy. Małżonkowie zamieszkali w Pamiątkowie, skąd pochodziła Anna, i tam na świat przyszło ich pięcioro dzieci – 2 córki i 3 synów: Joanna (później po mężu Paszkowska, 1914-1995), Maria (po mężu Kmicikiewicz, 1916-1979), Stanisław, Antoni (1920-1941) i Jan (1921-1990).


Wycinek z prasy, ok. 1936 r. Na dole szkolna drużyna siatkówki: Zbigniew Leja, Jan Pikut, Marian Jankowiak, Andrzej Kosicki, Antoni Błażewski, Stanisław Mańczak


Wincenty Mańczak był mistrzem rzeźnickim. W 1929 r. Mańczakowie zdecydowali się przenieść do Szamotuł. Rzeźnictwo w Szamotułach na rynku prowadził już brat Wincentego – Stanisław (obecnie Rynek 38), a sam Wincenty kupił dom przy ul. Poznańskiej 7 (dziś nr 18). W podwórzu miał zakład masarski, a gotowe wyroby jego żona z najstarszą córką sprzedawały we własnym sklepie. W 1934 r. Mańczakowie kupili też 40-hektarowe gospodarstwo w Kępie pod Szamotułami, zajmowali się uprawą roli i sami hodowali zwierzęta na mięso.

Stanisław ukończył Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi w Szamotułach, maturę zdał w 1938 r. Jak pokazują zdjęcia z lat szkolnych, był harcerzem, uprawiał sport – biegi i grał w szkolnej drużynie koszykówki, a także należał do Sodalicji Mariańskiej – stowarzyszenia religijno-społecznego, które miało swoje struktury w szkołach. Po maturze, jesienią 1938 r., rozpoczął obowiązkową służbę wojskową w Mazowieckiej Szkole Podchorążych Rezerwy Artylerii im. gen. Józefa Bema w Zambrowie (dziś woj. podlaskie), po kilku miesiącach zgłosił się do służby zawodowej.


Na obozie harcerskim, Stanisław Mańczak siedzi na górze po prawej stronie


O tym, aby zostać żołnierzem zawodowym, myślał już znacznie wcześniej. Taka droga odpowiadała jego charakterowi – obowiązkowości i uporządkowaniu. W listach do siostry pisał, że coraz lepiej radzi sobie z jazdą konną. Po ogłoszeniu mobilizacji w sierpniu 1939 r. kadeci i kadra szkoły nie zostali wcieleni do jednostek frontowych, lecz ewakuowani na – zdawało się – bezpieczniejszy teren do Włodzimierza Wołyńskiego. Po ataku Związku Radzieckiego na Polskę uczniowie i kadra znaleźli się w niewoli.   

Stanisławowi Mańczakowi udało się uciec z jadącego na wschód transportu i przez Lublin, Warszawę i Wrocław wrócił do Wielkopolski. To był jednak dopiero początek drogi, którą opisał w zamieszczonym poniżej liście do sióstr i ich dzieci z 1996 r. Nie jest do końca jasne, kiedy dokładnie przeszedł przez zieloną granicę na Węgry. W liście wskazał, że nastąpiło to w lutym 1940 r., jednak w dokumencie wydanym przez Konsulat Polski w Ungvarze (obecnie Użhorod, Ukraina) można przeczytać, że Stanisław Mańczak „zmuszony był 19 listopada 1939 przejść na terytorium Węgier na skutek działań wojennych w Polsce”. Czy wydano mu dokument ze wsteczną datą, czy też w spisanej po latach relacji pomylił miesiące – nie wiadomo.

We wrześniu 1940 r., wzorem Stanisława, przez zieloną granicę próbował się przedostać jego młodszy brat Antoni. Niestety, został aresztowany, trafił najpierw na Gestapo do Krakowa, następnie do więzienia w Tarnowie. 11 grudnia 1940 r. wywieziono go w grupie 62 więźniów do obozu koncentracyjnego w Oświęcimia, gdzie zmarł 4 stycznia 1941 r.

Stanisław Mańczak z Węgier wyruszył międzynarodowym pociągiem do Francji, gdzie wstąpił do polskiej jednostki wojskowej (kwiecień 1940 r.), po rozbiciu Francji przez Hitlera został ewakuowany drogą morską do Anglii (czerwiec 1940 r.) i przez około półtora roku służył w artylerii na wybrzeżu Szkocji.


Sodalicja Mariańska, oddział szkolny chłopców. Stanisław Mańczak siedzi obok ks. prefekta Antoniego Szudy. 1. z prawej siedzi Antoni Mańczak, w górnym rzędzie na środku Jan Mańczak


Jego dalsze losy wojenne związane były z Armią Andersa, początkowo działającą pod nazwą Polskie Siły Zbrojne w ZSRR, stworzoną po rozpoczęciu wojny niemiecko-radzieckiej i porozumieniu polskiego rządu na emigracji z władzami radzieckimi. W styczniu 1942 r. Stanisław Mańczak został wysłany wraz z grupą Polaków konwojem z Glasgow do Murmańska, aby pomóc w organizacji polskiej armii. Ten odcinek swojej wojennej wędrówki uznał po latach za szczególnie niebezpieczny. Czekała go jeszcze droga z północy na południe ZSRR. Na miejsce formowania jednostki, na wschód od Morza Kaspijskiego, dotarł pociągiem. Była to wieś Kermine (obecnie Nawoi, Uzbekistan), w której tworzona była 7 Dywizja Piechoty pod dowództwem gen. Zygmunta Szyszko-Bohusza.

W swojej listownej relacji Stanisław Mańczak popełnił błąd, pisząc, że ewakuacja polskiej armii ze Związku Radzieckiego nastąpiła po ujawnieniu przez Niemców zbrodni katyńskiej. W sytuacji zmniejszenia racji żywnościowych dla polskiego wojska i wstrzymania dalszej rekrutacji gen. Anders doprowadził do ewakuacji jednostek, część armii opuściła ZSRR wiosną 1942 r., reszta – latem 1942 r. Ewakuacja odbywała się pociągami do Krasnowodzka, portu nad Morzem Kaspijskim, a następnie statkami do portu Pahlevi w Iranie.  

Do połowy 1943 r. Stanisław Mańczak, w składzie wojsk nazywanych teraz Armią Polską na Wschodzie, przebywał w Iraku. Jak wspominał, przechodził wówczas liczne szkolenia, z tamtego czasu pochodzi jego prawo jazdy na pojazdy wojskowe. Dalsza droga wiodła przez Palestynę i Egipt. Podczas pobytu w Palestynie Stanisław Mańczak został przydzielony do 5 Pułku Artylerii Lekkiej, w 5 Dywizji Kresowej. Armia Andersa stanowiła już wówczas 2 Korpus Polski, działający początkowo w składzie 9 Armii Brytyjskiej, a następnie 8. W końcu 1943 r. żołnierzy zaczęto przewozić statkami z Port Saidu w Egipcie do Tarentu, portu na południu Włoch.  


Stanisław Mańczak w 1938 r.


Z wydarzeń kampanii włoskiej Stanisław Mańczak wymienia – oprócz najważniejszego, okupionego wielkimi stratami zdobycia Monte Cassino – wcześniejszy chrzest bojowy w okolicach Foggii, a po bitwie o Monte Cassino szlak bojowy wzdłuż Morza Adriatyckiego, aż do Bolonii. Po zawieszeniu broni w kwietniu 1945 r. Mańczak służył na południu Włoch w Centrum Wyszkolenia Wojsk Pancernych jako instruktor artylerii samobieżnej.

Jak większość polskich oficerów nie zdecydował się na powrót do kraju i do sierpnia 1947 r. pozostał w składzie wojsk brytyjskich stacjonujących we Włoszech. W lutym 1947 r. Włochy podpisały traktat pokojowy z państwami alianckimi, pół roku później żołnierze brytyjscy, wśród nich 2 Korpus Polski, zostali przetransportowani do Szkocji. Demobilizacja nastąpiła w środkowej Anglii. O odznaczeniach wojskowych, które otrzymał, Stanisław Mańczak pisał z dużą skromnością, umniejszając swoje zasługi. 


Zaświadczenie wydane przez polskiego konsula na Węgrzech


Drugiego listu, opisującego bardziej szczegółowo losy powojenne, już nie zdążył napisać. Z dokumentów wynika, że chciał zostać zawodowym oficerem w armii brytyjskiej, jednak do tego nie doszło. Wiadomo, że pracował jako księgowy w zakładach ceramicznych w Stoke-on-Trent w środkowej Anglii. Ożenił się z Angielką o imieniu Nora – wdową z trojgiem dzieci, własnego potomstwa się nie doczekał.

W 1947 r. rodzinie Mańczaków odebrano gospodarstwo w Kępie pod Szamotułami. Była to decyzja niezgodna z ówczesnym prawem, ponieważ reforma rolna z 1944 r. zakładała parcelację gospodarstw powyżej 50 ha. Wincenty Mańczak został jednak uznany za kułaka i pod lufami karabinów wykopano go (dosłownie!) z gospodarstwa. Firma rzeźnicka i sklep zostały zamknięte, straciły bowiem swoje zaplecze produkcyjne, a dodatkowo władze tępiły wszelkie prywatne placówki usługowe i handlowe. Mańczakowie zostali bez środków do życia. W tej sytuacji Stanisław, podobnie jak siostry, starał się wspierać rodziców finansowo. Po pewnym czasie ci poprosili go jednak, aby się z nimi nie kontaktował – wszelkie związki z zagranicą, nawet te rodzinne, w czasach stalinowskich mogły stać się podstawą oskarżenia o szpiegostwo.


Legitymacja Armii Polskiej we Francji, 1940 r.


Do Polski Stanisław Mańczak przyjechał w odwiedziny dwukrotnie, po raz pierwszy dopiero w połowie lat siedemdziesiątych, już jako obywatel Wielkiej Brytanii. Nie chciał wówczas opowiadać o swoich wojennych losach. W 1995 r., kiedy był już wdowcem, siostrzenica, Maria Sroka z domu Paszkowska, zapytała go w liście, czy nie chciałby osiedlić się w Polsce i zamieszkać w dawnym rodzinnym domu, wśród bliskich. Wujek odpowiedział, że bardzo go ta propozycja wzruszyła, ale nie zdecydował się wrócić do kraju, nie wiedział, jak wyglądałaby tu wypłata jego emerytury, był już wtedy mocno schorowany i nie mógł przerwać leczenia.   

Zmarł 28 września 2000 r. w Stoke-on-Trent i tam został pochowany. Jego imię upamiętniono na tablicy rodzinnego grobu na cmentarzu w Szamotułach. Odznaczenia i ordery wojskowe trafiły do rodziny w Polsce.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

***

Szamotuły, ul. Poznańska 18, dom rodzinny Mańczaków. W zwieńczeniu inicjały W.M. i data 1929 – Wincenty Mańczak, rok kupna domu.

Anna Mańczak z domu Najdek (1891-1961) z córką Joanną, 1915 r.

Wincenty Mańczak (1890-1958) jako król kurkowy, 1929 r.

Anna Mańczak przed II wojną światową

Anna Mańczak z dziećmi: Joanną i Antonim, ok. 1937 r.

Siostry Stanisława – Joanna i Maria w latach szkolnych

Stanisław Mańczak (stoi 2. od lewej) z innymi harcerzami z Szamotuł, obóz w Wiśle, 1933 r.


Stanisław Mańczak w czasach gimnazjalno-licealnych

Stanisław Mańczak w czasie zawodów sportowych

Stanisław Mańczak (na górze po lewej) z koleżankami i kolegami ze szkoły

Stanisław Mańczak (stoi 5. z lewej) na zdjęciu maturalnym – Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi w Szamotułach. W środku zdjęcia siedzi dyr. Kazimierz Beik.

Pozdrowienia od uczestników spotkania w 40-lecie matury, 1978 r.

Fragment rękopisu publikowanego poniżej listu Stanisława Mańczaka, wrzesień 1996 r.

Szlak armii gen. Andersa: Związek Radziecki – Włochy




Legitymacja i Krzyż Monte Cassino

Zaświadczenie o przyznaniu odznaczeń

Gwiazda za Wojnę 1939-1945

Gwiazda Italii

Zgłoszenie do służby w Armii Brytyjskiej, 1947 r.

Zaświadczenie o zakończeniu służby, 1947 r.

Nekrolog Antoniego Błażewskiego, „Słowo Szamotuł” nr 28 (listopad 1996)

Świadectwo zgonu, 2000 r.


Zdjęcia rodzinne i dokumenty udostępniła Maria Sroka z domu Paszkowska

13 września, 1996 r.

Moi Drodzy!

Właśnie wróciłem ze szpitala, gdzie odwiedziłem mojego kolegę z czasów szkolnych w Szamotułach. To jest Antoni Błażewski, z którym razem przeszliśmy zieloną granicę. Jego ojciec był wicedyrektorem w cukrowni szamotulskiej. Jest on bardzo poważnie chory, jego życie wisi na cienkim włosku. Ma raka wątroby. Więc piszę ten list, nim moja kolejka przyjdzie. Największa moja słabość to pisanie listów.

Przypuszczam, że wiadomo Wam, że pod koniec września 1939 r. dostałem się do niewoli bolszewickiej, gdzie jakoś cudownie spotkałem się z moim kuzynem – Antkiem Mańczakiem [synem Stanisława Mańczaka, brata Wincentego] z Rynku szamotulskiego. Po paru dniach bolszewicy zamknęli nas w wagonach towarowych i z Kowla ruszyliśmy na wschód Rosji. Jakoś udało nam się wyłamać parę desek i w czasie biegu wyskoczyliśmy z tego pociągu.

Po kilku dniach, ukrywając się przed bolszewikami i Ukraińcami, dostaliśmy się do Lublina, gdzie spotkaliśmy Lindę z Szamotuł. On zdaje się po wojnie był taksówkarzem w Szamotułach. Linda miał jakiś stary autobus, więc zajechaliśmy do Warszawy, a z Warszawy do Poznania pociągiem przez Wrocław, gdyż mosty były zerwane koło Kutna i Koła.


Legitymacja wojskowa wydana w Wielkiej Brytanii, 1940 r.


W lutym 1940 r. z kilku kolegami postanowiliśmy uciec z Polski, aby dostać się do Francji. W tej grupie byli Antoni Błażewski i jego brat Stachu. Po pewnych niepowodzeniach jakoś udało nam się dostać na Węgry, szliśmy na nartach tylko w nocy, odpoczywaliśmy w ciągu dnia pod świerkami. Po trzech dniach marszu z Sanoka dostaliśmy się na Węgrzech do miasta Ungvar (dzisiaj nazywa się Użhorod) [na obszarze Rusi Zakarpackiej, zajętej przez Węgry w 1938 r., obecnie Ukraina, blisko granicy ze ukraińsko-słowackiej], gdzie znajdował się tymczasowy polski konsulat, specjalnie dla pomocy tym, którzy uciekali z Polski. Tutaj wyrobili nam paszporty i wysłali nas do Budapesztu.

Po kilku dniach odpoczynku wyruszyliśmy międzynarodowym pociągiem z Budapesztu, przez Jugosławię (Zagrzeb i Lubljanę), Włochy (Triest, Wenecję, Weronę, Mediolan i Turyn; Włochy nie były jeszcze oficjalnie w stanie wojny), do Francji – Lyonu.

Na początku kwietnia 1940 r. znalazłem się w mieście Niort w zachodniej Francji blisko La Rochelle, gdzie organizowały się nowe polskie jednostki wojskowe i zapoznawano się z uzbrojeniem francuskim. Niedługo to trwało, gdyż w maju Hitler zaatakował Francję i wszystko rozbite zostało w drzazgi. W czerwcu podczas bombardowania załadowałem się na angielski okręt w La Rochelle i po 3 dniach znalazłem się w Anglii w Rymonth.

Po kilku dniach zawieźli nas do Szkocji, tam z obozu do obozu – ostatecznie znalazłem się z Dundee na wschodnim wybrzeżu Szkocji, gdzie wreszcie zostaliśmy zreorganizowani i uzbrojeni. Tutaj nic się szczególnie nie działo. Trochę bombardowania, czekaliśmy na wybrzeżu z działami na [niemiecką] inwazję.


Zaświadczenie o badaniu lekarskim, 1942 r.


W 1941 r., kiedy Hitler zaatakował bolszewików, generał Sikorski i Stalin zawarli umowę na zwolnienie Polaków, których bolszewicy trzymali w różnych łagrach, aby utworzyć polskie wojsko mające walczyć po stronie bolszewików.

1 stycznia 1942 r. zostałem wysłany z Glasgow w Szkocji do Murmańska w Rosji, aby pomóc w organizacji tego polskiego wojska w Rosji. Było nas około 12 młodziaków. Myślałem, że zginę, bo bardzo dużo okrętów było torpedowanych przez Niemców. Płynęliśmy w wielkim konwoju około 40 okrętów pod osłoną angielskiej marynarki wojennej na zachód od Islandii i później na północ od tej wyspy i dalej na wschód wzdłuż wybrzeża Grenlandii do Murmańska. Zimą to Morze Arktyczne jest bardzo niespokojne, no i temperatura około -40 stopni. Około 8 okrętów zostało zatopionych przez okręty podwodne, ale po 6 tygodniach wpłynęliśmy do Murmańska w jednym kawałku.


Polskie Siły Zbrojne w ZSRR, 1942 r. Zdjęcie domena publiczna


To polskie wojsko tworzyło się na wschód od Morza Kaspijskiego, więc czekała nas podróż przez całą Rosję, od Murmańska aż do Krasnowodzka, do małej wioski Kermine. Trwała około 6 tygodni, gdyż linie kolejowe były zajęte przez transporty wojskowe na front i wywożące całe fabryki na wschód – za Ural. Jechaliśmy do Moskwy przez Wołogdę na linii z Archangielska, gdyż Leningrad [dziś Petersburg] był oblężony. Z Moskwy przez Kujbyszew do Taszkientu, Samarkandy, Buchary i do tej wioski Kermine.

Tutaj spędziliśmy strasznych kilka miesięcy. Ludzie, którzy tu przybywali, byli bardzo wynędzniali, z rozmaitymi chorobami, niezdolni do niczego, brakowało żywności, lekarstw nie było w ogóle. Bardzo dużo ludzi umarło.

Jak sprawa Katynia wyszła na jaw [por. komentarz wyżej], generał Sikorski zerwał umowę ze Stalinem i postanowił, że przejdziemy na Środkowy Wschód, do Persji i Iraku, aby uratować to, co zostało. Po 4 miesiącach załadowaliśmy się w Krasnowodzku na okręt i przepłynęliśmy do Persji. Stamtąd transportami motorowymi – przez Hamadan – do Iraku, do obozu w Kirkuk. Pod dowództwem angielskim, przy dobrym wyżywieniu i lekarskiej pomocy, umundurowani, zaczęliśmy wszyscy wyglądać jak żołnierze.

Po miesiącu pojechałem pociągiem z Kirkuk przez Bagdad do Basry, gdzie znajdowała się wielka składnica motorowa. Przydzielono nam dużo ciężarówek i z powrotem – już drogą – pojechaliśmy do obozu w Kirkuk. Mieliśmy tam dużo szkoleń w prowadzeniu pojazdów motorowych, bo całe wojsko było zmotoryzowane, a my – Polacy – nie byliśmy motorowo wykształceni.


Prawo jazdy wojskowe, 1943 r.


W połowie 1943 r. przesunięto nas do Palestyny, w okolice Gazy i Berszeby. Tu znowu czekało nas dużo ćwiczeń i manewrów, już jako 2 Korpus Polski. Ja byłem w 5 Pułku Artylerii, w 5 Dywizji Kresowej. Z Palestyny pod koniec 1943 r. dotarliśmy przez pustynię Synaj do Egiptu, gdzie stacjonowaliśmy koło El Kantara. Tutaj otrzymaliśmy nowe wyposażenie w sprzęt wojenny i byliśmy gotowi pójść na front.

Na początku 1944 r., załadowani na okręty w Port Saidzie, popłynęliśmy do Włoch do Taranto [Tarentu]. W marcu przeszliśmy chrzest ogniowy na stosunkowo spokojnym odcinku frontu koło Foggii. Pod koniec kwietnia cały Korpus Polski został przesunięty na odcinek frontu pod Monte Cassino.

11 maja dokładnie o godzinie 11 wieczorem około 2 000 dział otworzyło ogień, no i piekło się zaczęło. Ostatecznie po kilku dniach zdobyliśmy Monte Cassino, ale po bardzo wielkich stratach.

Po [bitwie o] Monte Cassino polskie wojska zostały przesunięte na wybrzeże Adriatyku koło Termoli. Cały nasz udział w kampanii włoskiej koncentrował się wzdłuż tego wybrzeża: przez Pescarę, Ascoli Piceno, Ankonę, Pesaro, wkoło San Marino (neutralnego państwa), Rimini, Forli, aż do Bolonii, gdzie w końcu kwietnia 1945 r. zawarto zawieszenie broni.

Zostałem wówczas przeniesiony na południe Włoch do Gallipoli (południowy wschód od Tatanto [Tarentu]) do Centrum Wyszkolenia Wojsk Pancernych jako instruktor artylerii samobieżnej – to takie działo zamontowane na podwoziach czołgowych. Część żołnierzy zdecydowała się wrócić do Polski, reszta została we Włoszech na okupacji [w składzie sił okupacyjnych].


Stanisław Mańczak w okresie walki w 2 Korpusie Polskim


W połowie sierpnia 1947 r. załadowaliśmy się na okręty w Neapolu i po paru dniach wpłynęliśmy do Glasgow. Potem przewieziono nas do miasta Leek koło Stoke-on-Trent. Tutaj zostałem zdemobilizowany i zacząłem życie cywilne, wpierw w Macclesfield, a później w Stoke-on-Trent w fabryce ceramicznej jako buchalter aż do emerytury.

Można by o tym okresie wojennym pisać książki (…). Najważniejsze, że człowiek wyszedł z tego wszystkiego w jednym kawałku.

Spotkałem paru szamotulaków w czasie tego okresu, ale o tym może coś napiszę później, gdyż pisanie tego listu bardzo mnie wymęczyło umysłowo. Z przerwami pisałem ten list przez 3 dni.

Właśnie otrzymałem telefon od córki Antoniego Błażewskiego, że on zmarł. Byliśmy z tego samego rocznika 1918.

Jak się wojna zaczęła, byłem plutonowym podchorążym artylerii i skończyłem tę wojnę jako kapitan artylerii. Odznaczeń się trochę uzbierało, nie wiem, ile to warte, gdyż uważam, że dawali to z rozdzielnika. Mam 10 rozmaitych odznaczeń. Otrzymałem Krzyż Walecznych, Krzyż Zasługi z Mieczami, Krzyż Monte Cassino i rozmaite inne medale polskie i także angielskie. (…)

Mam nadzieję, że czytanie tego listu nie sprawi Wam dużo trudności. Jakoś po tylu latach nieużywania polskiego języka człowiekowi brakuje wielu słów, no i ortografia jest niepewna.

Może powiadomicie kolegów Błażewskiego o jego śmierci. Mam na myśli Jana Hoffmanna, Mariana Żuromskiego, może jest kilku innych, którzy jeszcze żyją. On był kapitanem obserwatorem w bombowcach.

Spodziewam się, że trzymacie się w zdrowiu i że życie jest teraz łatwiejsze bez tej komuny.

Pozdrowienia i uściski dla wszystkich

Wujek Stachu


***

O innym szamotulaninie – żołnierzu 2 Korpusu Polskiego można przeczytać w artykule

Szamotuły, 18.03.2022

Wojenne drogi Stanisława Mańczaka2025-08-17T21:19:45+02:00

Pierwsze dzieło muzyczne Philippa Scharwenki

Pierwsze dzieło muzyczne Philippa Scharwenki

Z okazji przypadającej 16 lutego rocznicy urodzin Philippa Scharwenki (1847-1917), urodzonego Szamotułach niemieckiego kompozytora i pedagoga o polskich korzeniach, prezentujemy – po raz pierwszy w języku polskim – jego wspomnienie o tym, jak skomponował swój pierwszy utwór muzyczny. Zapraszamy do lektury!

Komentarz

Philipp Scharwenka (1847–1917) i Xaver Scharwenka (1850–1924) zrobili w końcu XIX wieku karierę muzyczną. Trafili na belińskie salony, założyli szkołę muzyczną, a ich kompozycje od kilku lat wracają do łask na całym świecie. Ojcem braci był niemiecki architekt Wilhelm Scharwenka, a matką Polka, córka zamożnego młynarza z Ruksa pod Szamotułami, Apolonia Golisz. Jak wyznał Xaver, talent muzyczny przejęli po swoich polskich przodkach: matka grała na fortepianie, dziadek Antoni Golisz i jego dzieci często muzykowali w domu w Ruksie. Młodzi Scharwenkowie wcześnie złapali muzycznego bakcyla, a ich talent w tym kierunku dostrzegła matka. W późniejszej twórczości obu braci znajdziemy wiele utworów, w których wyraźnie słychać rytmy polskich tańców narodowych – oberków, kujawiaków, mazurów i polonezów.


Szamotuły. W domu pod dzisiejszym adresem Rynek 6 rodzina Scharwenków mieszkała przez kilka lat.


Philipp, choć starszy od Xavera, był mniej od niego przebojowy, bardziej skryty, introwertyczny. Przez to pozostawał w cieniu błyskotliwego brata i w gruncie rzeczy niewiele o nim wiemy. Był obdarzony talentem graficznym, zilustrował nawet książkę swojego przyjaciela Aleksandra Moszkowskiego Anton Notenquetscher. Pozostawił ponad 120 kompozycji muzycznych i nieliczne teksty. Jednym z nich jest wspomnienie o tym, jak stworzył swój pierwszy utwór, pierwsze opus. Angielski tekst opublikowano w czasopiśmie „The Etude” w lipcu 1902 roku. Redakcja tego amerykańskiego magazynu „dla nauczycieli, studentów i miłośników muzyki”, który ukazywał się aż do 1957 roku, zwróciła się na przełomie wieków XIX i XX do współczesnych kompozytorów z prośbą, by rozwinęli temat My opus I (Moje pierwsze opus). O dziwo, w przeciwieństwie do kolegów po muzycznym piórze, którzy zamykali swoje wypowiedzi w dwóch, trzech zdaniach, Philipp Scharwenka zdobył się na obszerniejsze, jednostronicowe wspomnienie. Jak wyznaje, jego pierwszy utwór powstał w latach 60. XIX wieku, po przeprowadzce rodziny z Szamotuł do Poznania, gdzie obaj bracia zaczęli uczęszczać do gimnazjum. Philipp przedstawia niezbyt sprzyjającą muzykowaniu atmosferę „prowincjonalego” Poznania, narzeka na brak kompetentnych nauczycieli, ukazuje nastroje wśród młodzieży spragnionej kontaktu z muzyką. Objawia się przy okazji jako człowiek obdarzony humorem i skłonnością do autoironii.


Bracia Scharwenkowie: Philipp (zdjęcie z 1898 r.) i Xaver (1889 r.)


Philipp Scharwenka

Moje pierwsze opus

Mam opowiedzieć o moim pierwszym utworze. Ażeby to zrobić, muszę się cofnąć do II wojny punickiej, która w moich wspomnieniach ściśle się z tym pierwszym dziełem wiąże.

Było to w Poznaniu, na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku [chodzi o wiek XIX – ŁB] – brzmi to bardzo historycznie! Niemal ukończyłem naukę w gimnazjum, ale uczniem bywałem tylko rano. Popołudnia spędzaliśmy w zupełnie inny sposób. Nauka gry na fortepianie, co naturalne w naszym prowincjonalnym mieście, spoczywała w rękach kilku Rycerzy Sztywnego Nadgarstka i w konsekwencji służyła za przewodnik, jak grać nie należy. Według mej wiedzy, nie było w Poznaniu w tym czasie nauczyciela, który byłby w stanie udzielić instrukcji w zakresie harmonii i innych nauk muzycznych niezbędnych do komponowania. Jeśli nam, młodym, prawie całkowicie odmówiono możliwości poważnego i naukowego studiowania muzyki, to tym silniej rozwijała się wśród nas „wolna sztuka”.


Okładka magazynu „The Etude”, w którym zamieszczono wspomnienie Ph. Scharwenki, lipiec 1902 r.


Nie brakowało okazji do słuchania muzyki i prawie każdego dnia w jakimś miejscu zbierało się grono uzdolnionej muzycznie młodzieży, uczniów gimnazjum i młodszych członków miejscowej orkiestry wojskowej, dającej co tydzień koncerty symfoniczne. Mieliśmy na nich swoje stałe miejsca. Mój brat Xaver, którego niezwykły talent muzyczny zwrócił już uwagę w Poznaniu, był zawsze w centrum tego kręgu i jako jedyny potrafił grać na tyle dobrze, aby móc nam przybliżać muzykę dotąd nieznaną, jak również wspierać w uprawianiu kameralistyki. W przerwach krytykowaliśmy utwory i dyskutowaliśmy o wszystkich szczegółach, co miało przynajmniej tę zaletę, że poznaliśmy dużo muzyki i uzyskaliśmy wgląd w strukturę oraz układ i wartości tematów kompozycji.

W tych kolokwiach najbardziej wyróżniał się mój kolega z klasy, Below, późniejszy lekarz. Swoją wyższość krytyczną popierał nigdy nie udowodnionym w pełni twierdzeniem, że jego nauczyciel gry na fortepianie rozumie harmonię i daje mu od czasu do czasu zajrzeć za kurtynę tej tak tajemniczej dla nas sztuki. To on też pierwszy przeszedł od reprodukcji do produkcji i zaskoczył mnie pewnego dnia partyturą… części kwartetu smyczkowego. Od razu poczułem potrzebę, by mu pokazać, że inni też mogą zrobić to samo, a może nawet go przewyższyć. Wcześniej ograniczałem się do tworzenia różnych szkiców, które nigdy nie doczekały się realizacji z powodu braku znajomości techniki kompozytorskiej. Ale teraz musiałem wziąć się do pracy.


Strona magazynu „The Etude” ze wspomnieniem Ph. Scharwenki


Dzień i noc kontemplowane „Opus” wbijało mi się w głowę. Komponowałem w domu, w czasie wolnym, na lekcjach w szkole, a przede wszystkim na lekcji historii, w czasie nauczycielskiego wykładu. Zeszyt dzieliłem na dwie równe części; pierwsza połowa służyła mi do notowania, konspektów, ćwiczeń, zadań matematycznych i innych prac związanych z życiem szkolnym, druga połowa zaś była zapisana pięciolinią i przyjmowała me muzyczne natchnienia. I podczas gdy z nauczycielskiej katedry płynął wykład o drugiej wojnie punickiej we wszystkich jej fazach, ja, symulując gorliwe notowanie, oddawałem się twórczym rozmyślaniom i zapisywałem je w nutach w „Księdze II”. Minęło kilka tygodni, a zarówno druga wojna punicka, jak i moje dzieło dobiegły końca. To, co wymyśliłem, było ni mniej, ni więcej tylko symfonią w trzech częściach – nie na orkiestrę, ale w opracowaniu na cztery ręce na fortepian.

I oto nadszedł dzień, kiedy dzieło zostało wykonane w naszym domu. Xaver wziął partię primo, ja – secondo. Brzmiało to dla nas bardzo pięknie jak na pierwszy utwór. Od tej pory byłem najbardziej znanym kompozytorem w mojej sekcji w gimnazjum. Jednak dobrzy rodzice przeżyli mniejszą radość, gdy po następnych egzaminach otrzymałem promocję wszelako pod warunkiem, że… zdam poprawkę z historii.

Komentarz i tłumaczenie tekstu

Łukasz Bernady

*

Ilustracja muzyczna – utwór Phipippa Scharwenki nawiązujący do polskich melodii ludowych 

Szamotuły, 16.02.2022

Pierwsze dzieło muzyczne Philippa Scharwenki2025-01-03T10:58:41+01:00

Stulecie urodzin Janiny Foltynowej

O Janinie Foltynowej – w stulecie urodzin

100 lat temu – 27 grudnia 1921 r. – przyszła na świat Janina Foltyn z domu Judek, obdarzona wielką charyzmą znawczyni i propagatorka folkloru szamotulskiego. Była osobą o silnym charakterze, umiejącą pokonywać trudności, mówiła, że coś stworzyć lub zepsuć nie jest łatwo, ale utrzymać – to jest dopiero sztuka!

Urodziła się w rodzinie Kazimierza Judka (z zawodu szewca) i Stanisławy z domu Tecław w domu przy ul. Lipowej 9, była najstarsza z czterech sióstr. Kontakt z pieśniami, tańcami i obrzędami regionu szamotulskiego Janina miała od najmłodszych lat, ponieważ jej mama upinała czepce i wieńce weselne, często zabierała z sobą córkę na te uroczystości. Przed wojną przez jakiś czas Janina Judek tańczyła w szkolnym zespole prowadzonym przez Stanisławę Koputową. 

W czasie okupacji ojciec został wysłany na roboty przymusowe do Niemiec, jak dowiedziała się później rodzina, został aresztowany i zmarł na gestapo 18.02.1942 r. Od momentu wywiezienia ojca to na Janinę spadł obowiązek utrzymania domu. Pracowała wówczas w sklepie odzieżowym Jana Stelmaszyka (Rynek 27).

19 VIII 1945 r. Janina Judek wyszła za mąż za Mariana Foltyna (1920-1989), z zawodu brukarza. Tzw. portret zaręczynowy Janiny i Mariana wisi dziś w domu córki Urszuli Ćwirlej (ur. 1946), ich zdjęcie ślubne jest w posiadaniu syna Jerzego Foltyna (ur. 1950). Małżonkowie mieszkali najpierw w domu przy pl. Sienkiewicza 20. W tamtych latach w budynku usytuowano siedzibę miejskiego radiowęzła. Później przenieśli się na al. 1 Maja, a w 1964 r. zamieszkali we własnym domu przy ul. Wiśniowej.


Portret zaręczynowy Janiny Judek i Mariana Foltyna, 1945 r. Zdjęcie udostępniła Urszula Ćwirlej


Z inicjatywy Eleonory Jasiewicz, nauczycielki, córki legendarnego przedwojennego burmistrza Konstantego Scholla, a zarazem siostry pierwszego powojennego starosty, Józefa Scholla, zaledwie kilkanaście dni po zakończeniu niemieckiej okupacji (12.02.1945 r.) rozpoczęły się spotkania grupy miłośników pieśni i tańca regionu szamotulskiego – najpierw chętni przychodzili do mieszkania Janiny Judek, a potem rozpoczęto próby w Sali Sundmanna, najpierw jeszcze przy śpiewie, ponieważ nie było akompaniatorów. Była to początkowo grupa kilkunastoosobowa, która postawiła sobie zadanie – występ dla przebywających w Szamotułach żołnierzy. Do pierwszego dużego występu doszło krótko po zakończeniu wojny – 16 maja 1945 r. w Sali Sundmanna. Jak później wspominano, wzięły w nim udział ówczesne władze miasta i powiatu, przedstawiciele Rejonowej Komendy Uzupełnień i stacjonujących w Szamotułach wojsk radzieckich, a także mieszkańcy miasta. Miesiąc później ta sama grupa wystąpiła przed wojewodą Feliksem Widym-Wirskim, który przyjechał do Szamotuł podziękować mieszkańcom za chleb, dowożony do Poznania jeszcze w czasie trwania działań wojennych. Oba występy bardzo się publiczności spodobały, kończyły je liczne bisy.


Zespół z Janiną Foltynową w 1946 r. Zdjęcie z archiwum Zespołu Folklorystycznego „Szamotuły”


Przez co najmniej kilkanaście lat grupa Janiny Foltynowej używała nazwy Zespół Pieśni i Tańca Ligi Przyjaciół Żołnierza. Córka pani Janiny wspomina, jak w 1955 r. zespół otrzymał zaproszenie na V Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów w Warszawie, gdzie miał występować przez 3 dni. Po tym czasie zamiast szamotulan, do miasta dotarł… telegram z informacją, że występy tak się spodobały, że przedłużono je na kolejne dni (w sumie dwa tygodnie). Zespół zaczął otrzymywać nagrody, np. w 1957 r. w czasie Dni Szamotuł zaprezentował program „Taneczny obrzęd podkoziołka”, nagrodzony w czasie ogólnokrajowych eliminacji.

Kilka lat wcześniej, w 1950 r., Janina Foltynowa przygotowała pierwszą po wojnie inscenizację Wesela szamotulskiego – widowiska, do którego wracała jeszcze potem wielokrotnie. Ważna dla niej była inscenizacja z czerwca 1956 r., zaprezentowana podczas obchodów 500-lecia Szamotuł. Filmowego nagrania widowiska na kasetę dokonał Pałac Kultury w Poznaniu w 1992 r. Widowisko przedstawiano też z okazji jubileuszów zespołu: w maju 1975 r. występ odbył się przed Zamkiem Górków, a maju 1995 r. w hali Wacław (więcej o historii Wesela szamotulskiego w artykule http://regionszamotulski.pl/wesele-szamotulskie/).


W czasie Centralnych Dożynek w Warszawie, 1967 r. Zdjęcie z archiwum Zespołu Folklorystycznego „Szamotuły”


Należy pamiętać, że nie był to jedyny zespół folklorystyczny działający po wojnie w Szamotułach i okolicy; przede wszystkim wymienić tu trzeba grupę wybitnej regionalistki o pokolenie starszej od Janiny Foltynowej – Stanisławy Koputowej z domu Lech (1892-1959) czy szczególnie ważną dla folkloru muzycznego działalność kapeli braci Orlików.

Od lat 60. zespół folklorystyczny kierowany przez Janinę Foltynową, teraz już pod nazwą „Szamotuły” odnosił coraz większe sukcesy – bardzo dużo koncertował, zdobywał nagrody w ogólnopolskich konkursach, występował w wielu krajach. Jesienią 1970 r. zespół wraz z Janiną Foltynowa pojawił się na planie znakomitej komedii Tadeusza Chmielewskiego Nie lubię poniedziałku w reżyserii Tadeusza Chmielewskiego (1927-2016), twórcy m.in. bardzo popularnych komedii Jak rozpętałem II wojnę światową (1969) i Gdzie jest generał (1963). Zespół prowadzony przez Janinę Foltyn został wybrany przez filmowców spośród najlepszych grup folklorystycznych, które latem tego roku brały udział w zgrupowaniu przed dożynkami. Film miał premierę w 1971 r.


W czasie realizacji filmu Nie lubię poniedziałku, 1970 r. Oprócz Janiny Foltynowej są na tym  zdjęciu aktorzy grający w filmie, regionalista Romuald Krygier i zespół „Szamotuły”. Zdjęcie – własność Agnieszka Krygier-Łączkowska


Sama pani Janina w latach 1968-1980 pracowała jako instruktor przy realizowaniu programu artystycznego kolejnych Dożynek Centralnych. Kierowała nie tylko zespołem „Szamotuły”, ale również zespołami w Pamiątkowie, Baborówku, Gałowie, Dusznikach, Lubaszu, a nawet w odległej Chociczy. W samych Szamotułach prowadziła jeszcze zespoły szkolne: w Liceum Ogólnokształcącym i Technikum Rolniczym oraz grupę folklorystyczną przy Domu Dziecka.

Wykonywała stroje szamotulskie: czepki, kryzy, obszycia chust, zajmowała się też ich renowacją. Otrzymała wiele nagród indywidualnych, z najważniejszą w środowisku znawców folkloru – Nagrodę im. Oskara Kolberga (1994). Była wspaniałą choreografką i znakomitą tancerką cenioną przez znawców folkloru. Jej popisowym tańcem był „Polka kulawa”.

Zespół folklorystyczny stanowił bardzo ważną część życia Janiny Foltynowej. To w zespole córka Urszula poznała swojego przyszłego męża – Edmunda Ćwirleja (1934-1994), świetnego odtwórcę roli Faktora w Weselu szamotulskim i długoletniego prezesa zespołu. Swoich przyszłych małżonków w zespole poznało ponad 50 innych par (licząc tylko do 1995 r.). W „Szamotułach” tańczył też syn i synowa oraz troje wnuków: Agnieszka Ćwirlej, Anna i Maciej Foltynowie.


Wesele szamotulskie, lata 80. Z przodu troje wnuków Janiny Foltynowej. Zdjęcie z archiwum Zespołu Folklorystycznego „Szamotuły”


Janinę Foltynową, popularną „Babcię”, cechowała niezwykła siła charakteru. Wymagała od innych, ale przede wszystkim od siebie. Radziła sobie w każdej sytuacji, nie do zniesienia była dla niej bezczynność. Kiedy ze względu na cukrzycę doszło u niej do amputacji części nogi, trudno jej było wytrzymać czas do założenia protezy, ale problemu nie stanowił już wyjazd z protezą na występy zespołu do Brazylii! A miała już wtedy prawie 83 lata.

Zmarła 30 kwietnia 2008 r. i spoczęła na szamotulskim cmentarzu. Janinę Foltynową, zgodnie z jej wolą, pochowano w stroju szamotulskim. W posiadaniu rodziny pozostał jednak inny, prywatny strój pani Janiny. Niektóre jego elementy (np. jedwabnica) mają ponad 100 lat, inne wykonała sama właścicielka. Z inicjatywy syna Jerzego Foltyna ten strój w 100-lecie urodzin Janiny Foltyn trafił do Muzeum – Zamku Górków. W czasie uroczystości z udziałem władz miasta i powiatu burmistrz Włodzimierz Kaczmarek przekazał na ręce rodziny przyznaną Janinie Foltynowej statuetkę „Wieża”. Należy dodać, że po raz pierwszy nagroda ta została przyznana pośmiertnie.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 28.12.2021

Janina Foltynowa, lata 60.

Zespół prowadzony przez Janinę Foltyn przy Liceum Ogólnokształcącym w Szamotułach, połowa lat 60. Na zdjęciu uczniowie: Urszula Foltyn, Jolanta Kaczmarek, Wojciech Balcerowiak, Mirosława Bartoszewska, Barbara Sadecka, Henryka Madej, Gabriela Skrzypczak, Edward Sundman, Ryszard Jeżyński, Michał Linda, Maciej Cieciora, Zygmunt Brzeziński. Zdjęcie – własność Liceum im. ks. Piotra Skargi w Szamotułach.

W czasie realizacji filmu Nie lubię poniedziałku z aktorami Mitchellem Kowallem i Lechem Ordonem, regionalistą Romualdem Krygierem i członkami zespołu szamotulskiego. Zdjęcie – własność Agnieszka Krygier-Łączkowska

Lata 70. Zdjęcie z archiwum Zespołu Folklorystycznego „Szamotuły”

Pocztówka, lata 80.

Podczas Centralnych Dożynek w Szamotułach, 1986 r.

Początek lat 90. Zdjęcie z publikacji Urszuli Ćwirlej, 50 lat Zespołu Folklorystycznego „Szamotuły”, Szamotuły 1995

W czasie Międzynarodowego Festiwalu Folkloru w Turcji, 2007 r. Od lewej – choreograf zespołu z Korei, Janina Foltynowa, Aleksandra Słomińska (długoletnia opiekunka zespołu z ramienia Szamotulskiego Ośrodka Kultury), Roman Lembicz. Własność zdjęcia – Aleksandra Słomińska

Od 2018 r. imię Janiny Foltynowej nosi rondo przy zbiegu ulic Lipowej, Kolarskiej i św. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego w Szamotułach.

Strój Janiny Foltyn przekazany do Muzeum – Zamku Górków

Stulecie urodzin Janiny Foltynowej2025-01-03T10:59:56+01:00
Go to Top