Aleksander Trąbczyński – Wspomnienia z szamotulskiego liceum

Aleksander Trąbczyński

Wspomnienie absolwenta Państwowego Liceum nr 54 im. Piotra Skargi, ucznia w latach 1971-1975

Moja „buda”

Zwane „budą”, jak wiele innych polskich liceów, szamotulskie LO nr 54 im. Piotra Skargi zaistniało w moim życiu na długo przed tym, jak zostałem jego uczniem. Jako najmłodsze, piąte dziecko średnio licznej inteligenckiej rodziny, dla której edukacja dzieci była jednym z podstawowych, a może najważniejszym z priorytetów, chcąc nie chcąc, nasiąkałem wszystkim, co rodzeństwo ze swoich szkół przynosiło.

Moje siostry Małgorzata i Barbara rozpoczęły naukę w 54 LO, gdy ja zaczynałem podstawówkę. Ich sukcesy i kłopoty, mundurki, fryzury, wypracowania, wspólne z ojcem odrabianie zadań z matematyki, rozmowy o nauczycielach, a właściwie  o „profesorach” – to był jeden z intensywnych kolorów świata, w którym rosłem. Także ich towarzystwo, które się pojawiało w naszym otwartym domu, organizowane przez dziewczyny „fajfy” – spotkania z kolegami, prawdziwymi czy potencjalnymi sympatiami moich sióstr, podczas których niechętnie zajmowałem się swoimi, mniej ciekawymi dziecięcymi sprawami, wydawały mi się niezwykle atrakcyjne i jakoś w oczywisty sposób związane z nauką w 54 LO.



Gdy więc kończyłem wreszcie szkołę podstawową, a moje rodzeństwo, w tym troje jego absolwentów, było już na studiach, jasny był  wybór „budy” na miejsce dalszej edukacji – byłem dobrym uczniem, nawet prymusem, i zamiar studiów po maturze nie  budził wątpliwości. Miałem nawet już wybrany kierunek – tak jak Małgosia i obecna żona, wówczas sympatia brata Macieja – Alicja, chciałem zostać chemikiem. Dodatkową motywacją było zorganizowanie właśnie wówczas w szamotulskim liceum klasy sportowej – z poszerzonym programem wychowania fizycznego. Sprawność, szybkość w biegu zawsze mi imponowały, zresztą ojciec dbał o to, często – zwłaszcza na wakacjach – podejmując wspólne z nami sportowe aktywności. Cieszyłem się, że udało mi się zakwalifikować do wybranej grupy tych najsprawniejszych. Choć powstawała również klasa matematyczna i może rozsądniejsze byłoby aplikowanie do niej, zwłaszcza że w podstawówce uczestniczyłem w olimpiadzie matematycznej i planowałem „ścisłe” studia, prestiż, jaki dawał sport, przeważył.



Droga z domu [przy Sportowej 13] do „budy” [przy ul. Skargi] nie zabierała więcej niż 10 minut. Przez cztery lata pokonywałem ją na pewno ponad tysiąc razy. Każdy z kolejno mijanych wtedy domów niesie wspomnienia. Nowy, kanciasty, z płaskim dachem dom pana Zygmunta Starzonka, który miał warsztat mechaniki samochodowej dwie posesje dalej, zbudowany na tzw. plantach, którymi biegałem do przedszkola i podstawówki, był miejscem niemiłej przygody, która przesądziła o tym, że nie palę papierosów.

Potem dom p.p. Rembowskich; zacni państwo, kupowaliśmy u nich jajka, nosiliśmy im resztki warzyw, bo hodowali bobry czy nutrie… potem zaraz stary dom pp. Starzonków; wraz z p. Zygmuntem i jego synami Krzychem i Irkiem, mieszkała tam ciocia Józia i opiekowała się panami, bo żona pana Zygmunta, Wanda, wyjechała do NRF do rodziny, tam pracowała i przysyłała dewizy na budowę. Nie wróciła do Polski.

Dalej – dom pp. Cyprowskich – Zdzichu był moim kolegą w podstawówce, razem zaczynaliśmy muzykowanie – on uczył się gry na akordeonie, a miał także jakiś rodzaj „klawisza” – nie pamiętam marki (Vermona? Weltmeister?), ale pamiętam, że jeszcze w ósmej klasie próbowaliśmy, on na owym „klawiszu”, a ja na ściągniętej z szafy gitarze „Defil”, którą na 16. urodziny dostała Małgorzata, grać Dom wschodzącego słońca grupy The Animals. Zdzichu miał ładną mamę, ojca „złotą rączkę” i dwoje rodzeństwa – młodszego brata Witka i siostrę, którą słabo pamiętam. Pierwsze rozmowy o dziewczynach też prowadziłem ze Zdzichem. Chodził do 54 LO do klasy B…

Potem był dom na rogu Sportowej i Dzierżyńskiego – tam także znajomi, nie pamiętam nazwiska; przechodziłem przez ulicę, a na przeciwległym rogu dom pp. Gieremków, ich syn był ode mnie młodszy, bardzo wygadany z kabaretowym talentem – fajnie mówił monologi „Sołtysa Kierdziołka” i „Walerego Watróbki”. Nie wiem, co porabia. Jego rodzice napełniali naboje do syfonów, a my czasem przygotowywaliśmy je dla nich w dosyć paskudnym procesie z użyciem starej pralki ,,Frania” i kwasu solnego.

Dalej zaułek przy mleczarni, przez skwer po lewej na rogu Dworcowej mieszkali Bzdręgowie – Rysiek – zdolny nasz rówieśnik, chodził ze Zdzichem do klasy B; a także pełna werwy Ewa Kaźmierczak, której ojciec, pseudo „Myca”, był trenerem drużyny siatkówki. Jednak do „budy” szedłem ścieżką w prawo skos – koło kiosku „Ruchu” naprzeciw prezydium, koło banku, sklepu mięsnego i meblarni. Po drugiej stronie Dworcowej – sklep GS, dalej „klasztorek”, a naprzeciw niego stara willa, gdzie z ul. Lipowej przeprowadzili się wujostwo Nojmanowie. I sąsiednia willa, gdzie mieszkali Jęczmykowie; przyjaciel mojego brata Andrzej i Hania, ich ojciec był dyrektorem młyna i myśliwym. Sklep, wówczas chyba kwiaciarnia, naprzeciw pomnika Wacława z Szamotuł. Ulica do młyna nr 2. Most na Samie, poczta z czerwonej cegły i tuż za nią w prawo przez podwórze ścieżka już do bocznej furtki liceum. Zwykle otwarta, zazwyczaj wchodziłem nią tuż przed ósmą i po czarnych nasączonych oliwą schodach, skacząc po dwa stopnie, biegłem do naszej klasy, na pierwszym piętrze pierwsze drzwi po prawej…



Nasi profesorowie… Bardzo barwne grono. Wychowawcą był śp. „Pachol” – matematyk profesor Władysław Paśka, trochę się zacinający, zgrywający surowego, ale ciepły, dowcipny i bardzo naszej klasie oddany. Bronił nas na radach. Nie czuliśmy wielkiego respektu, ale też nie wchodziliśmy mu zanadto na głowę – chyba że pamięć mnie zawodzi.

Jeśli chodzi o respekt, to byli profesorowie płci obojga, którzy zasłużenie wzbudzali znacznie większy. Pani profesor Teodozja Bąkowa, wymagająca, inteligentnie uszczypliwa, potrafiła naprawdę surowo i dotkliwie, acz zwykle sprawiedliwie, kwitować słowem i oceną nasze niedostatki. Podobnie pani profesor Ewa Krygierowa – świetna polonistka, dowcipna, ironiczna, ceniąca indywidualność, a najbardziej „ponadobowiązkowe” osiągnięcia i wypowiedzi swoich uczniów. Prowadziła bardzo konkretne i świetnie opowiadane lekcje. Pamiętam jej wsparcie i uznanie dla Wieśka Sierszulskiego z Wronek, kolegi z aspiracjami poetyckimi, dziś męża naszej koleżanki Darii Budych, który pisał pracę o „Ferdydurke” – dla mnie Gombrowicz wtedy był białą plamą, zrozumiałem, o czym mówili, jakieś piętnaście lat później już w teatrze.



Państwo Fludrowie: Bronisław – fizyk i Irena – geografka, on przeinteligentny, wyniosły, trochę zniecierpliwiony, cierpiący z powodu tempa przyswajania przez nas tajników jego dyscypliny, jego żona najczęściej pobłażliwie uśmiechnięta, czerwonowłosa, pełna temperamentu, trochę zwariowana…

Dyrektor Krzyśko – dziarski historyk, spokojny pan. Chyba „słusznie” zaangażowany, ale nie indoktrynował nas zbytnio. Obie panie rusycystki – prof. Skoracka i prof. Szaniawska też nie przesadzały, naprawdę lubiły rosyjski język, wiersze i piosenki, i nie opowiadały nam bajek o cudach „dzieciątka Lenin”.

Pani prof. Irena Krawczyk – jej ciepło, spokój i wyrozumiałość, dla mnie tym większa, że deklarowałem „chemiczną” przyszłość, no i byłem uczniem szamotulskiego Społecznego Ogniska Muzycznego, które stworzył jej mąż Stefan, muzyk, pedagog, dyrygent i organizator – pasjonat życia muzycznego; owoce jego pracy zbieramy do dziś. Jego pomysły – przejęcie dla Ogniska, potem Szkoły Muzycznej budynku po Komendzie MO i budowa sali koncertowej to fundament szamotulskiej muzycznej edukacji. A ja i mój kolega z klasy Heniu Marczuk byliśmy pierwszymi uczniami w jego klasie gitary, jeszcze w budynku obecnego SZOK.

Któż jeszcze – prof. Konrad Roszczak, jowialny i sympatyczny, uczył PO (przysposobienie obronne, przyp. AT); jego legendę znałem wcześniej, był wychowawcą mojej siostry Basi. 



No i ówczesne moje pedagogiczne „spécialité de la maison”, wuefiści państwo Zielińscy; zwłaszcza Bohdan, kiedyś najlepszy w powiecie lekkoatleta – płotkarz, bardzo sympatyczny, ale wymagający. Nie odpuszczał nam, za co czuję wdzięczność do dziś. Gdyby nie porządnie przykręcona mi przez niego śruba na pierwszym zimowym obozie we Wronkach, nigdy bym się nie dowiedział, ile mogę „na raz” przebiec po lesie kilometrów – „mała zabawa biegowa” liczyła ich chyba ze 12…

Nie byłem wcale sportowym prymusem. W niemal każdej dyscyplinie (poza szachami i brydżem) koledzy – mistrzowie miasta, powiatu, byli o klasę lepsi. Moim sukcesem była gra w siatkówkę w szkolnej drużynie, a potem także w drużynie „Sparty” Szamotuły. Tam tym bardziej nie byłem liderem, ale w kadrze na niektóre mecze się łapałem. W sprintach, skokach, rzutach, piłce nożnej czy koszykówce już nie. Tu wszyscy koledzy – Andrzej Pieprzyk i Irek Nowak, Staszek Pikusa na 400 m, a w sprintach i skokach Leszek Tomczak, Krzysiek Konieczny, Janusz Kram, Piotrek Nowak, Wojtek Gajewski, Romek Pomianowski, Zbychu Stroński – byli bardziej utalentowani, może także inaczej zdeterminowani.

Moja siła to była nauka – łatwo zapamiętywałem i chętnie zgłaszałem się do odpowiedzi, więc oceny miałem bardzo dobre – tu liderowałem. Razem z Radkiem Pisulą, z którym potem rywalizowałem o  typowanie na studia.



Ale koledzy to była zdecydowanie mniej atrakcyjna część naszej klasy. Dziewczyny – to była nasza duma i przedmiot uwagi. Marzena Brzeźniak, moja kuzynka, i Ela Turek – bardzo sprawne, zgrabne – nasze lekkoatletki nr 1, świetna siatkarka, pięknooka szatynka Hania Grafka – od dziecka sąsiadka przez „planty”; Halinka Kriger i Dorota Duszyńska – drobniejsze, przezgrabne, o wiele bardziej od nas wytrzymałe; Małgosia Waszak – miła i mądra koleżanka od przedszkola, świetnie radziła sobie także na boisku i na bieżni; jej brat był kolegą, może i sympatią mojej siostry Małgosi, do dziś się trzymamy razem; Daria Budych – ładna siostra mojej bratowej, Grażyna Magdziarek – siatkarka o ekscytująco bujnej figurze i szelmowskim uśmiechu z 36 zębów, czarnowłosa, smagła Bogusia Orlik, Ela Turlejska, Halinka Kaczmarek, przeurocza Basia Ackermann, no i złoto, skromna, ale charakterna – Bogusia Osowska. W równoległych klasach też… Hania Grzegorzewska, Marysia Przybylska, silna grupa „wroniecka”… A w wyższych klasach – Halina Zmitrukiewicz, Marysia Ciszek, Teresa Szymkowiak – sympatie z przerw i z harcerstwa. Tyle urody i temperamentu…



Jak to się stało, że moją szkolną pierwszą miłością stała się dziewczyna z młodszej klasy? Chyba zaważyło to, że chłopaki w ogóle wolniej dojrzewają od dziewczyn, a nasze koleżanki zerkały w stronę starszych kolegów, niektóre tak skutecznie, że do dziś trwają w powstałych wtedy związkach; ja dojrzałem do decyzji o „chodzeniu” z dziewczyną dopiero w drugiej klasie. Ale wybrałem, albo dałem się wybrać, inteligentnej, dowcipnej i bardzo zgrabnej Irce Ciesielskiej – miała siostrę bliźniaczkę Ewę, były o rok ode mnie niżej, oczywiście grały w siatkówkę; ale grywaliśmy także w brydża z moimi rodzicami i z Maciejem i Alicją; uwielbiała powieści Joanny Chmielewskiej, miała wuja „Francypała”, poznańskiego lekarza, i babcię – panią Kurpisz, która lata wcześniej uczyła moje siostry gry na fortepianie. Iśka lubiła długie spacery i była odważna w słowie i w czynie.



Byliśmy niemal wszyscy harcerzami, wielu z nas instruktorami; choć trzeba powiedzieć, że nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę, czym była powołana po 1968 roku Harcerska Służba Polsce Socjalistycznej i skąd wzięli się nagle na naszych letnich obozach pionierzy z bratniej Czechosłowacji. Najbardziej pamiętną imprezą z udziałem szkolnej drużyny, nazwanej arcyoryginalnie, jak mi się wtedy wydawało, „KOT”, czyli Konny Omnibus Turystyczny, był Rajd Świętokrzyski w 1974 roku. Pamiętam, że grałem już na gitarze, napisałem na melodię The Banks of Ohio, ściągniętą z płyty Joan Baez, której słuchałem na okrągło, rodzaj hymnu, który nas wśród innych harcerskich drużyn jakoś wyróżniał. Rajd był wielką przygodą, trzydniowa trasa ze Skarżyska-Kamiennej do kieleckiej Kadzielni dla niektórych z nas była wędrówką w dorosłość, taką, jak ją wtedy rozumieliśmy… Wcale nie najważniejsze było zwycięstwo w konkursie na najlepszą potrawę naszej trasy rajdu, makaron z pomidorowym sosem, który żywcem przeniosłem na ten konkurs z rodzinnego domu…



Nie potrafię dziś inaczej uchwycić tego, co w samej szkole było tak szczególnego – chyba to, że była zawsze, że 54 LO kończyli nasi rodzice, rodzeństwo, krewni i pedagodzy,  że to liceum, w zgodnej, wszystkim wiadomej opinii, najlepiej w powiecie przygotowywało do egzaminów na studia – a były wtedy egzaminy co się zowie, prawdziwe egzaminy wstępne; gdy więc nie zostałem „wytypowany” na studia, to mogłem sobie śmiało powiedzieć: „trudno, OK, to sobie zdam” – i tak się rzeczywiście stało.

I na łódzką politechnikę, i do szkoły muzycznej, potem do filmówki zdawałem bez kompleksów, dobrze wyposażony i ufny w swoją wiedzę; choć nie zdziwi starszych, gdy powiem, że jeszcze na studiach wierzyłem, że Związek Radziecki walczy o pokój i sprawiedliwość na świecie. Gdy po 1976 roku poznałem łódzkich „korowców”, ich opowieści o śledzeniu przez „bezpiekę”, podsłuchach i donosach brałem za konfabulacje i zadawanie szyku… Trzeba było jeszcze kolejnych pięciu lat, żebym przy okazji pracy nad przedstawieniem Oskarżony Czerwiec 56 przejrzał… Cóż, taki był czas i taka była szkoła. Nie byłem dość dociekliwy…

Za te wszystkie kolory, które do dziś przebijają spod patyny mojej ponad sześćdziesiątki, za to czteroletnie intensywne nimi nasiąkanie, za spokojne w Twoich murach dojrzewanie do wyfrunięcia w świat, jestem Ci, „budo”, Jubilatko-Stulatko, ogromnie wdzięczny.


Aleksander Trąbczyński – Wspomnienia z szamotulskiego liceum2020-02-18T23:43:40+00:00

Fabryka powozów i wozów Michała Dorny

Szamotuły w okresie międzywojennym

Fabryka powozów i wozów Michała Dorny

Mój dziadek Michał Musiał (1897-1976) w 1921 r. rozpoczął naukę zawodu kowala w Szamotułach, w warsztacie produkującym powozy. Mieścił się on przy ul. Dworcowej 11 (obecnie to tył zabudowań UMiG, Starostwa i sklepu Komfort) i należał on do kołodzieja Michała Dorny. Nauka zawodu, a potem praca mojego dziadka w tej firmie trwała do 1930 r.

W „Gazecie Szamotulskiej” z lat 1926-27 r. znajdują się liczne ogłoszenia-reklamy opisujące wspomniany zakład jako: „Fabryka powozów i wozów, z własnym kołodziejstwem, kowalstwem i lakiernictwem, w Szamotułach najstarsze i najpoważniejsze przedsiębiorstwo tego rodzaju. Michał Dorna, warsztaty ul. Kościelna 9 i ul. Dworcowa”.


Michał Dorna urodził się w 1876 r. w Kępie pod Szamotułami, jego rodzicami byli Jan i Wiktoria z domu Pracyn. W Szamotułach osiedlił się w 1901 r., już jako mistrz kołodziejski. W tym samym roku ożenił się z Franciszką z domu Spychałą, urodzoną w 1878 r. w Gałowie (zm. 1945).





Z opublikowanego po śmierci w 1935 r. krótkiego wspomnienia o Michale Dornie wynika, że był on aktywny w okresie odzyskiwania przez Wielkopolskę Niepodległości: należał do szamotulskiej Rady Żołnierzy, a następnie Straży Ludowej i „był jednym z tych, którzy na rozkaz Głównej Komendy aresztowali wyższych dygnitarzy niemieckich w Szamotułach, jako odwet za aresztowania obywateli polskich przez Niemców” („Gazeta Szamotulska” 1935, nr 86). Działał w wielu polskich organizacjach i stowarzyszeniach, między innymi w Kurkowym Bractwie Strzeleckim i Towarzystwie Gimnastycznym „Sokół”. Był założycielem i honorowym członkiem szamotulskiego cechu kołodziejskiego. Wspominany był jako „człowiek spokojny, gorliwy katolik i dzielny patriota”.

Małżeństwo doczekało się siedmiorga dzieci – 4 synów: Ludwika (1902-1963), Stanisława (1904-1971), Edmunda (?-1973) i Czesława (1920-2008) oraz 3 córek: Marianny (1906-1985), Wiktorii (po mężu Kowalskiej, 1907-2007) i Zofii (1912-1986).



W kwietniu 1927 r. Michał Dorna wydzierżawił zakład przy ul. Kościelnej 9 (dziś nr 17). Na kilka lat – do 1930 r. – przeniósł się tam wówczas swoją firmę miedziano-kotlarską Stefan Rebelka (od 1930 r. zakład Rebelki działał przy jego domu – Garncarska 6, dziś nr 13).

Prawdopodobnie Dorna chciał wówczas bardziej rozwinąć swoją działalność w jednym miejscu – przy Dworcowej. W numerze „Gazety Szamotulskiej” z połowy maja 1927 r. znajduje się ogłoszenie, że mistrz kołodziejski Michał Dorna zamierza w swej posiadłości przy ul. Dworcowej 11 zainstalować i uruchomić parową lokomobilę do napędu maszyn w warsztatach kołodziejskich, zaś ewentualni przeciwnicy tego projektu mogą w urzędzie policyjnym zapoznać się z planami i opisami.


Pracownicy M. Dorny, wrzesień 1925 r.


W 1928 r. zakład Michała Dorny zaczyna przeżywać kryzys. W prasie lokalnej zanikają, dotąd liczne, reklamy jego firmy, pojawia się natomiast ogłoszenie o przymusowej licytacji dwóch należących do niego powozów. Działalność firmy w 1. połowie lat 30. została znacznie ograniczona, ale nadal trwa. W 1933 r. jako osoba prowadząca wymieniany jest najstarszy syn Ludwik, a zakres działalności określany jest jako „parowa obróbka drzewa i tartak, budowa wozów i powozów”. Drugi z synów – Stanisław, mistrz siodlarski, prowadził w tym czasie swój własny zakład przy Kościelnej 9; zajmował się wyrobem tapczanów, leżanek, materacy i wszelkich wyrobów skórzanych. Najmłodszy syn Dornów – Czesław w momencie śmierci ojca jeszcze się kształcił. Po wojnie pracował jako nauczyciel wychowania fizycznego w szamotulskich szkołach podstawowych nr 1 i 2, a później przeniósł się do Piły, gdzie – między innymi – trenował bokserów. Nauczycielką była także jego starsza siostra Wiktoria Kowalska, absolwentka szamotulskiego Gimnazjum im. ks. Piotra Skargi (matura 1927), członkini Akademickiego Koła Szamotulan, która w macierzystej szkole po wojnie uczyła biologii i geografii (1945-52).

Upadek świetnie rozwijającej się dekadę wcześniej firmy nastąpił w 1937 r., kiedy to na przetarg przymusowy wystawiono na wniosek Powiatowej kasy Komunalnej w Szamotułach całą posiadłość przy ul. Dworcowej 11: dom mieszkalny z ogrodem, szopę, kuźnię, budynek lokomobili, halę maszyn, tartak, lakiernię i tapicernię („Dziennik Poznański” 1937, nr 296).



Zakład Parowej Obróbki Drewna Ludwika Dorny działał do 1. połowy lat 50., kiedy to podzielił los innych szamotulskich firm: Fabryki Maszyn Braci Gielniak, Kotlarni Stefana Rebelki czy Zakładu Naprawy Maszyn Rolniczych Bolesława Zawadzkiego. Przestały one istnieć na skutek różnego typu restrykcji finansowo-administracyjnych ówczesnych władz.

***

Michał Musiał często wspominał swoją pierwszą pracę i opowiadał na jej temat anegdoty:

 W Szamotułach przy ul. Dworcowej  znajdował się warsztat – powozownia należący do p. Dorny. Przy warsztacie tym była też kuźnia, w której uczyłem się zawodu kowala na początku lat dwudziestych. Wcześniej byłem na wojnie, potem w powstaniu i pod Lwowem i nie miałem czasu na naukę.  Pracowało nas tam 12 osób. Na obiady gotowane przez żonę właściciela  chodziliśmy do domu Dornów.  Za warsztatem rosła lebioda, gdzie też wszyscy chodziliśmy „za potrzebą”. Pewnego dnia, jak zwykle bardzo głodni, poszliśmy na obiad. Gospodyni podała zupę wyglądającą jak szczawiowa, ale okazało się, że ugotowała ją z lebiody zerwanej przy warsztacie, właśnie w „tym” miejscu.  Nagle wszyscy stwierdzili, że tak właściwie to nam się nie chce jeść…

Pewnego dnia jak zwykle pracowałem młotem. Do kuźni weszły jakieś nieznane mi paniusie. Dla żartu postanowiłem je przestraszyć. Wyjąłem z paleniska gorący metal, położyłem na kowadle, zasłoniłem ręką i poplułem na nie. Następnie silnie uderzyłem młotem w żelazo. Zrobił się wielki huk, posypały iskry. Paniusie wystraszyły się i uciekły…

W zakładzie tym było więcej takich jak ja pracowników, którzy mieszkali na stancji u Dornów, w pobliżu warsztatu. Co sobotę chodziliśmy na zabawy do sali Sundmanna przy ul. Poznańskiej. Tuż przy scenie mieliśmy stolik, który zawsze zajmowaliśmy, a przy którym nikt inny nie ważył się usiąść. Gdy wchodziliśmy na salę, to zawsze jeden z nas już od wejścia   rzucał „cylinderek” pod stół na znak, że zajmujemy to miejsce, a po sali rozchodził się pomruk niezadowolenia. Ale z kowalami nikt nie chciał zaczynać…

Wojciech Musiał

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Fabryka powozów i wozów Michała Dorny2020-02-13T13:38:08+00:00

Henryk Ludek, Okupacyjne dzieciństwo w Szamotułach

Henryk Ludek

Okupacyjne dzieciństwo w Szamotułach

Do dnia wybuchu wojny mieszkaliśmy w czterorodzinnym domu należącym do starostwa w Szamotułach, gdyż ojciec pracował w rejonie dróg podległym starostwu i było to mieszkanie służbowe. Dom stał na tyłach budynku obecnego banku Santander przy ul. Dworcowej [dziś nr 27].


Pracownicy Zarządu Drogowego przy Starostwie Powiatowym w Szamotułach, lata 30. XX w.


Zaraz na początku września 1939 r. ojciec dostał polecenie odprowadzenia w kierunku Warszawy walca drogowego, którym jeździł w pracy. Do Szamotuł powrócił dopiero po około pół roku. My zaś, to jest mama i brat, ruszyliśmy jak wielu uciekinierów na wschód kraju. Pod Kutnem moja rodzina, będąc w kolumnie uciekinierów, dostała się pod ostrzał Niemców. Wskutek wielkiego zamieszania brat Kaziu, mający wówczas 3 lata, odłączył się i zaginął. Matka podjęła poszukiwania i odnalazła go  dopiero po kilku godzinach.

Po pewnym czasie powróciliśmy do domu, ale ponieważ przyległy budynek zajęli Niemcy, dostaliśmy mieszkanie na narożniku ulicy Lipowej i Obornickiej [Lipowa 1], obok domu należącego do rodziny Rzepniewskich, którzy przed wojną posiadali w tym miejscu ziemię − 103 hektary.


Starostwo Powiatowe (landratura) w 1. połowie lat 40. XX w. Zdjęcie Fotopolska


W czasie okupacji matka z nieznanych mi powodów wieziona była około miesiąca czasu w siedzibie Gestapo przy ul. Dworcowej [wspomniany budynek banku przy Dworcowej 27] i o mało nie trafiła do obozu. Nie wiem, jaka była przyczyna aresztowania, ale mama zawsze mówiła to, co myślała i nie bała niczego. Jednakże nas ostrzegała, abyśmy uważali na Niemców w tym, co mówimy i robimy. Już po wojnie jakiś mieszkaniec Szamotuł przyszedł do niej do domu przepraszać za to, co się stało, twierdząc, że został do tego zmuszony. Być może miało to związek z aresztowaniem.

31 stycznia 1943 r. w wieku 33 lat zmarł nasz ojciec – Józef. Nie wiem do dzisiaj, gdzie ojciec zmarł ani z jakiej przyczyny, matka nigdy na ten temat nie chciała nic mówić. Jego brat Michał wykuł później własnoręcznie ozdobny łańcuch żelazny biegnący wokół grobu.


W czasie okupacji w tym budynku mieściła się siedziba Gestapo. Zdjęcie z lat 60. XX w., album Miejskiej Rady Narodowej. Fotografia reprodukcyjna Ireneusz Walerjańczyk


W czasie okupacji często bawiliśmy się nad Samą, na tyłach obecnego InBagu, na znajdującym się tam wówczas boisku. Natomiast w miejscu, gdzie obecnie znajduje się plac przed sklepem „Zrób To Sam”, równolegle do ul. Nowowiejskiego, znajdowała się niemiecka stajnia na ok. 20 koni. Nie raz zdarzało się, że wraz z bratem oprowadzaliśmy te konie, za co czasem dostawaliśmy skibkę chleba.

W czasie wojny gospodarstwo Zamek dostał Niemiec nazwiskiem Hartmann [prawdopodobnie potomek dzierżawcy z lat 1907-21]. Potrafił strzelać do Polaków jak do wróbli. W ten sposób zranił mieszkającą na ul. Nowowiejskiego dziewczynę imieniem Wikcia.


Helena Ludek z synami, lata 40. XX w.


W dniu 26 stycznia 1945 r. wieczorem siedzieliśmy w piwnicy domu, gdzie mieszkaliśmy. W piwnicy tej siedzieli chyba wszyscy mieszkańcy kamienicy, a zwłaszcza kobiety i dziewczyny. W pewnym momencie ktoś zapukał do drzwi. Do środka weszło 4 żołnierzy radzieckich. Spytali, czy mamy spirytus. Nikt nie miał alkoholu i dlatego matka poczęstowała ich kawą lub herbatą. Wypili, pokręcili się jeszcze i wyszli.

Będąc jeszcze w piwnicy, usłyszeliśmy jeden głośny wystrzał armatni. To strzelono z niemieckiego czołgu, który znajdował się w rejonie mostu na ul. Poznańskiej. Pocisk trafił w dach domu u wylotu ul. Wronieckiej na Rynek, tam gdzie dziś jest Rossmann. Był to nieduży parterowy dom, ze spadzistym dachem. Pamiętam jak następnego dnia chodziliśmy oglądać dziurę w dachu, którą spowodował wybuch pocisku. Mieszkający tam p. [Władysław} Kałka wskutek tego stracił rękę.

Most na ul. Poznańskiej w obecnej postaci został pozostawiony dobrze po wojnie, wtedy był jeszcze drewniany. Po przejeździe niemieckich czołgów był już niestabilny i się kołysał.

Pamiętam zabitych niemieckich żołnierzy. Dwóch leżało przed budynkiem dawnej szkoły zawodowej na ul. Kołłątaja (w tym miejscu teraz jest trawnik i krzewy), inny leżał na samym Rynku, przy zegarze. Zwłoki znajdowały się w tych miejscach może 2-3 dni i były systematycznie odzierane z wyposażenia, butów itp. Później ktoś ich pozbierał.


Budynek sądu w Szamotułach w czasie niemieckiej okupacji, dzisiejsza al 1 Maja. Zdjęcie Fotopolska


Pamiętam też, że klasztorze w czasie okupacji Niemcy zrobili magazyn alkoholu. Wraz z bratem pewnego dnia, już po wyzwoleniu, poszliśmy tam. Kościół nie był zabezpieczony i można było bez problemu wejść do środka. Zabraliśmy skrzynkę butelek z winem, które na sankach przywieźliśmy do domu.

Pamiętam również pożar budynku sądu w Szamotułach [28?.01.1945 r.].

Byłem wtedy dzieckiem i wiele szczegółów zatarło się w pamięci…

Wspomnień wysłuchał i spisał Wojciech Musiał

Henryk Ludek, Okupacyjne dzieciństwo w Szamotułach2020-01-27T16:22:39+00:00

Tajne nauczanie

Tajne nauczanie w okresie niemieckiej okupacji

Jesienią 1939 r. Związek Nauczycielstwa Polskiego przekształcił się w Tajną Organizację Nauczycielską. W ramach struktur państwa podziemnego powstał Departament Oświaty i Kultury. Często byli to ci sami ludzie. Pamiętać jednak należy, że w realizacji tajnego – polskiego – nauczania w okresie niemieckiej okupacji rolę ważniejszą od wszelkich struktur organizacyjnych odgrywał pojedynczy nauczyciel, rozpoczynający – w porozumieniu z rodzicami dziecka – działania, które mógł przypłacić życiem.

Takich nauczycieli, którzy okupację spędzili w naszym powiecie i tu podjęli tajne nauczanie, było co najmniej kilkunastu. Również kilkunastu nauczycieli z Szamotuł i regionu zajęło się tajnym nauczaniem w Poznaniu, w miejscowościach Generalnego Gubernatorstwa i obozach jenieckich.

W samych Szamotułach działali: Eleonora Jasiewiczowa z domu Scholl (1909-1980), Bronisława Jasiewiczówna (1898-1967), Wiktoria Babczyńska (1898-1971), Wacław Pruszkowski (1906-1993), Antonina Nowicka (1891-ok. 1950), Monika Kuszewska-Dąbrowska i Bronisława Fasińska. Eleonora Jasiewicz uczyła dzieci, odkąd w 1941 r. zamieszkała w Szamotułach, zajęcia – w małych grupach lub indywidualne (w sumie dla 36 dzieci) – odbywały się w niewielkim pokoju w domu przy ul. Kościelnej 10. Od lat 30. pracowała ona najpierw w szamotulskich szkołach powszechnych, a później – do wybuchu wojny – w Obrzycku. Przedwojennymi nauczycielkami szamotulskich szkół powszechnych były Bronisława Jasiewiczówna (szwagierka Eleonory) i Wiktoria Babczyńska, które lekcji udzielały prawdopodobnie w mieszkaniu przy ul. Ratuszowej. Przy ul. Szerokiej (dziś Braci Czeskich) raz w tygodniu prowadziła lekcje dla małej grupy dzieci (4-5) dawna kierowniczka szkoły im. Marii Konopnickiej – Antonina Nowicka. Przez cały okres okupacji, 5 razy w tygodniu, w dwóch różnych mieszkaniach przy ul. Poznańskiej grupę w sumie 25 dzieci uczyła konspiracyjnie także Monika Kuszewska (po mężu Dąbrowska). Po kilku uczniów mieli także Bronisława Fasińska i Wacław Pruszkowski – przedwojenny kierownik szkoły w Piotrkówku.

W innych miejscowościach powiatu działali, między innymi, Florian Kołpowski (Jastrowo), Jan Perz (Obrzycko i Kobylniki), Janina Tobisowa i Emilia Czurówna (Kaźmierz), Joanna Sałacińska-Drecka (Wronki), Jan Sławiński i Aniela Mumot (Pniewy).


Nauczyciele szamotulskich szkół powszechnych, zima 1929 r. W tajne nauczanie w okresie okupacji zaangażowały się, miedzy innymi, widoczne na tej fotografii Bronisława Jasiewicz (w środkowym rzędzie 3. z lewej) i kierowniczka szkoły im. Marii Konopnickiej – Antonina Nowicka (w pierwszym rzędzie 4. od lewej). Zdjęcie należało do Johanny Bohm – Niemki, która pracowała w klasach dla dzieci niemieckich w szamotulskich szkołach (2. z lewej w pierwszym rzędzie), w czasie okupacji zdecydowanie poparła III Rzeszę, ale jej postawa nie do końca była jednoznaczna (na niektórych Polaków donosiła, ale czasem też pomagała). W ostatnim rzędzie 2. od prawej stoi Stanisław Zgaiński (1907-1944) – nauczyciel, artysta, komendant obwodu AK we Wronkach, aresztowany zmarł w obozie w Gross-Rosen.


Od kwietnia 1940 roku mali Polacy uczyli się w utworzonej przez władze okupacyjne szkole (Deutsche Schule für Polnische Kinder), która najpierw mieściła się w dawnej Strzelnicy nad Jeziorkiem (dzisiejsza ul. Wojska Polskiego), a potem w budynku przy ul. Kapłańskiej. W lipcu 1944 roku szkoła w ogóle zaprzestała działalności. Poziom nauczania był niski, dzieci miały zapoznać się z podstawami języka niemieckiego w mowie i piśmie oraz nauczyć się działań matematycznych. Lekcje często wypadały, ponieważ dzieci wysyłane były – pod opieką niemieckich nauczycieli – do różnego typu sezonowych prac. Edukacja Polaków kończyła się w 14. roku życia, dzieci w tym wieku zobowiązane były do cięższych prac, często ponad siły i za niewielkim wynagrodzeniem.

Nauczyciele-Polacy, którzy w czasie okupacji pozostali na tych terenach, byli zatrudniani w urzędach niemieckich lub kierowani przez Arbeitsamt do różnego rodzaju prac fizycznych, np. w cukrowni, w okolicznych gospodarstwach lub do posług w rodzinach niemieckich. Jednym z problemów, z którym poradzić musieli sobie chcący potajemnie uczyć polskie dzieci, był zatem brak czasu. Nauka dotyczyła pisania i czytania po polsku, historii Polski i matematyki. Jak wspominała Eleonora Jasiewiczowa, poważnym problemem był też brak podręczników i innych materiałów, z których można by korzystać w czasie edukacji. Jeśli jakieś zeszyty i książki były wykorzystywane w czasie konspiracyjnych lekcji, dzieci przynosiły je ukryte starannie pod płaszczami, w bańkach na mleko, w koszach między zakupami lub przykryte trawą.


Nauczyciele Szkoły Powszechnej im. Marii Konopnickiej w 1935 r. – zdjęcie z kroniki szkoły. Stoją: Lisówna, Jesionkówna, Wiktoria Babczyńska, Marta Kaniowa, Stefania Jońcówna, Wincenty Kania. Siedzą: Zofia Janikówna, Bronisława Jasiewiczówna, Antonina Nowicka, ks. prefekt Nowicki, Skórnicka.


Na początku lat 60. Eleonora Jasiewicz spisała krótkie wspomnienia, które zostały opublikowane w wydawnictwie zbiorowym pt. Almanach szamotulski. Przytoczymy je niemal w całości.

 „Szkoła” przy ulicy Kościelnej 10. Wspomnienie

Od roku 1941 mieszkałam w Szamotułach w domu przy ul. Kościelnej 10. Mały, jednopiętrowy dom o dwóch klatkach schodowych, wypełniony był po brzegi. Do rodzin, mieszkających tam już przed wojną, dokwaterowano rodziny wyrzucone przez Niemców ze swoich mieszkań. Moja rodzina zamieszkała w kuchence życzliwie odstąpionej przez panią Wilkową. Okna tego maleńkiego pomieszczenia, szerokiego na 2 m, długiego na 7 m, wychodziły na podwórze. Tam, na ławce ustawionej pod naszym oknem, gromadzili się w letnie wieczory mieszkańcy domu. Rozmowy trwały niekiedy do późnej nocy. Tematów do-starczały często tragiczne przeżycia okupacyjne. Czuliśmy się swobodnie, gdyż wszyscy mieszkańcy domu byli Polakami. Prawie każda rodzina mieszkająca w naszym domu miała dzieci w wieku szkolnym. Było nie do pomyślenia, aby dzieci te były pozbawione nauki. Jako jedyna nauczycielka w domu czułam się odpowiedzialna za nauczenie ich czytania i pisania po polsku. I tak zaczęło się tajne nauczanie.


Eleonora Jasiewicz z dziećmi: Danutą i Zbigniewem w okresie okupacji. Zdjęcie prywatne


Przychodziły na lekcje dzieci w różnym wieku i z różnych środowisk; było ich w czasie mojego nauczania około 36. W trudnych, warunkach niewoli niemieckiej, kiedy nauczanie po polsku było surowo karane i groziło wysłaniem do obozu koncentracyjnego, nie można było myśleć o gromadzeniu większej liczby dzieci na raz. Dzieci musiały przychodzić pojedynczo. Lekcje nie mogły odbywać się codziennie. Zmuszona przez Arbeitsamt chodziłam bowiem do najrozmaitszych prac. Przez jakiś czas pracowałam w polu u Hartmanna, później na posługach u Niemców. Do lżejszych prac należało kręcenie papierowych sznurków i tkanie pasów ze szmat. Pracę tę wykonywało się w domu i wówczas miałam nieco więcej czasu. Bardzo wiele kobiet polskich było zmuszanych do podobnych prac. W ten sposób musiały pracować nawet kobiety stare i chore. Okupant skrupulatnie dbał o to, aby wykorzystać każdą parę polskich rąk.


Budynek Szkoły Powszechnej im. Stanisława Staszica w czasie okupacji został zamieniony na Biuro Pracy – Arbeitsamt. Zdjęcie z ok. 1940 r. Źródło: Widoki powiatu szamotulskiego na starych pocztówkach 1898-1945, Szamotuły 2016.


Ze względu więc na brak czasu, a także dla większego bezpieczeństwa, zorganizowałam sobie pracę w ten sposób, że każde dziecko miało zeszyt, w którym notowałam szczegółowy plan pracy na okres dwóch tygodni. Po tym czasie dziecko przychodziło do mnie na lekcję, na której kontrolowałam przyswojenie zadanego materiału i wyjaśniałam trudniejsze jego fragmenty. Tego rodzaju system mógł. przynosić pewne wyniki tylko przy dużej opiece ze strony rodziców. Opieka ta zresztą w warunkach okupacji, kiedy wszyscy zdawaliśmy sobie dobrze sprawę z tego, na co się narażamy, była wprost wyjątkowa. Także dzieci rozumiały niezwykłość sytuacji i ich podejście do nauki było bardzo poważne, powiedziałabym — dojrzałe. Częściej na lekcje przychodziły dzieci, przerabiające program 1. klasy i dzieci, mieszkające w bliskim sąsiedztwie.

Duże kłopoty były z książkami. W ogromnej cenie były stare podręczniki. W wielu przypadkach trzeba było korzystać z nie przystosowanych do nauki książek, które przynosiły dzieci z domu. W tych specjalnych warunkach trudno było myśleć o systematycznym przerabianiu materiału programowego. Oczywiście, na pierwszy plan wysuwało się nauczenie dzieci czytania i pisania po polsku, a także przyswojenie im podstawowych wiadomości z historii Polski. Nauka okupacyjna pozwoliła dzieciom, które ją pobierały, zdać w okresie powojennym egzamin do wyższych klas szkół podstawowych.

Na terenie Szamotuł nie byłam jedyną nauczycielką, która w okresie wojny uczyła dzieci w języku polskim. Robiła to także moja szwagierka, Bronisława Jasiewiczówna, pani [Wiktoria] Babczyńska i wielu jeszcze innych nauczycieli, mieszkających tutaj w okresie okupacji.

Dużo się ostatnio pisze i mówi na temat zbrojnego oporu Polaków w Kongresówce [Generalnym Gubernatorstwie] przeciwko okupantowi. Warunki naszego życia uniemożliwiały tę formę walki. Na ziemiach Wielkopolski było zbyt wielu Niemców i ich nadzór był bardzo silny. Poważną część wielkopolskiej inteligencji wywieziono do Guberni, a wielu młodych ludzi zabrano na roboty do Niemiec. Nie spowodowało to zupełnie zaprzestania walki z okupantem, a jednym z przejawów oporu, obok różnych form sabotażu gospodarczego, było niewątpliwie tajne nauczanie.


Nauczyciele Gimnazjum i liceum im. ks. Piotra Skargi w 2. połowie lat 30. XX w. Nauczycielami zaangażowani w tajne nauczanie byli: Kazimierz Beik (siedzi 4. od lewej), Władysław Pokorny (stoi 4. od lewej), Stefan Pawela (stoi 5. od lewej), Andrzej Hanyż (stoi 1. z prawej); na tofografii jest też prawdopodobnie Franciszek Wojterski. Zdjęcie – własność Andrzej J. Nowak.


Przedwojenni nauczyciele z powiatu szamotulskiego – jak już wspomniano – w tajne nauczanie angażowali się również w innych miejscach, w których znaleźli się w czasie okupacji. Wiadomo o tego typu działalności pięciu nauczycieli Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi w Szamotułach. Dyrektor Kazimierz Beik (1886-1966) był jednym z organizatorów tajnego nauczania w Poznaniu. Andrzej Hanyż (1901-1973), dawny powstaniec wielkopolski, nauczyciel historii i geografii w szamotulskim gimnazjum, wziął udział w wojnie obronnej i dostał się do niewoli. Większość okupacji przebywał w oflagu VII A w Murnau. Pracował w stworzonym przez jeńców dla i innych jeńców Gimnazjum dla Dorosłych, w którym uczył nie tylko języka niemieckiego i filozofii, ale także przedmiotów zakazanych przez władze niemieckie: historii i geografii. Trzej inni nauczyciele szamotulskiego gimnazjum – Stefan Pawela (1904-1964), Władysław Pokorny (1893-1968) i Franciszek Wojterski (1893-1942) jeszcze w 1939 roku zostali wywiezieni przez Niemców do Jędrzejowa w Kieleckiem, gdzie zaangażowali się w tajne nauczanie na poziomie gimnazjalnym. Stefan Pawela w latach 1940-45 uczył tam łaciny, polskiego, niemieckiego oraz historii, a Władysław Pokorny – fizyki.  Franciszek Wojterski, przedwojenny nauczyciel francuskiego, niemieckiego i historii, do pracy w tajnym gimnazjum w Jędrzejowie zgłosił się jako jeden z pierwszych, jeszcze w grudniu 1939 roku. Za swoją działalność zapłacił najwyższą cenę. Prowadzony przez niego i trzy inne nauczycielki komplety zostały wykryte przez Niemców 6 lutego 1942. Franciszek Wojterski znalazł się najpierw w więzieniu w Kielcach, a następnie w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Zamęczony pracą ponad siły, biciem i chorobą, zmarł w sierpniu 1942 roku. Z Szamotuł pochodziła i w tutejszym gimnazjum uzyskała świadectwo dojrzałości Maria Straszewska z domu Przybylska (1914-1980), córka szamotulskiego organisty. Po ukończeniu Uniwersytetu Poznańskiego pracowała w prywatnym gimnazjum i liceum w Dęblinie i tam w latach 1940-44 prowadziła tajne nauczanie. Po wojnie wróciła do rodzinnego miasta i w latach 1945-64 w Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi (późniejszym Liceum Ogólnokształcącym) uczyła biologii i geografii.


Maria Straszewska z domu Przybylska z uczniami Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi (rocznik maturalny 1949). Zdjęcie własność Hanna Lisiak-Góźdź


Jan Niedźwiedź – przedwojenny nauczyciel szkoły im. Stanisława Staszica, a po wojnie także wieloletni nauczyciel i kierownik szamotulskiej Zasadniczej Szkoły Zawodowej, w latach 1942-45 zaangażował się w tajne nauczanie w Poznaniu, gdzie w tym czasie pracował jako szlifierz w zakładach Hipolita Cegielskiego. W okresie powojennym z szamotulskimi szkołami związali swoje losy Stanisław Tokarz (1902-1981; kierownik Szkoły Podstawowej nr 2 w latach 1949-1969) oraz jego żona Helena, którzy w czasie okupacji prowadzili tajne nauczania w Makowie Podhalańskim i Szczawnicy. Konrad Wojciechowski (1916-87), późniejszy wieloletni kierownik szkoły w Koźlu, prowadził tajne nauczanie na poziomie gimnazjalnym w powiecie pruszkowskim.


Stanisław Tokarz przestał pełnić funkcję kierownika szkoły w 1968 r. Zdjęcie z kroniki Szkoły Podstawowej nr 2. Na zdjęciu – oprócz S. Tokarza – są również trzy nauczycielki: Maria Bernady, Anna Człapka i Maria Sierant.


Z innych nauczycieli, w różny sposób związanych z regionem szamotulskim, którzy zaangażowali się w tajne nauczanie w Generalnym Gubernatorstwie, można wymienić: Anielę Kasprzak (działalność w Masłowie na Kielecczyźnie), Stanisława Zegana (Przybysławice w pow. miechowskim, dzisiaj woj. małopolskie), Henrykę Lisiak (okolice Lubartowa na Lubelszczyźnie), Stanisława Jęchorka (Uście Solne koło Bochni) oraz Pelagię i Seweryna Łączkowskich (Warka w województwie mazowieckim).

Po latach Konrad Wojciechowski, wyraźnie z przykrością, stwierdził: „Młodzież wówczas chętniej się uczyła niż dzisiaj, gdy mamy takie wspaniałe szkoły”.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Bibliografia:

Człapka Anna, w: Związek Nauczycielstwa Polskiego na Ziemi Szamotulskiej w 100-lecie jego powstania, red. Teodozja Bąk, Szamotuły 2005, s. 29-46.

Jasiewicz Eleonora, „Szkoła” przy ulicy Kościelnej nr 10. Wspomnienie, w: Almanach szamotulski, 1961, s. 108-110.

Kronika Szkoły Powszechnej im. Marii Konopnickiej.

Krygier Romuald, Wpisani w dzieje Ziemi Szamotulskiej, Szamotuły 1998.

Michalski Stanisław, Tajne nauczanie w Wielkopolsce w okresie okupacji hitlerowskiej, Poznań 1968, s. 36-40.

Tajne nauczanie2019-12-30T12:29:48+00:00

Ewa Krygier, Dom kobiet

Ewa Krygier

Dom kobiet

Po wielu latach małżeństwa mąż powiedział mi, że kiedy braliśmy ślub i gdy syn i córka byli jeszcze mali, był przekonany, iż niedługo umrze. A ja – wspierana przez mamę i babcię – sama ich wychowam. Skąd takie (wręcz samobójcze!) przypuszczenia? Otóż mąż doskonale znał historię mojej rodziny, jako chłopiec, a później młody mężczyzna często u nas bywał, a mama i babcia bardzo lubiły wspominać dawne czasy.

Rzeczywiście, moja prababcia, babcia i mama wcześnie owdowiały. Powody stosunkowo wczesnego odejścia ich mężów były różne. Babcia i mama same wychowywały dzieci, zawsze wspierane przez swoje matki. Były to więc typowo „babskie” domy, w których walczyło się o przetrwanie, ale w których również funkcjonowało coś takiego, jak „pamięć pokoleniowa”, czynnik niezwykle mocno spajający dawne wielopokoleniowe rodziny. Kobiety łatwiej niż mężczyźni zapamiętywały różne (często zabawne) historie, lubiły je opowiadać. Może w ten sposób próbowały odwracać uwagę od nierzadko trudnej i smutnej rzeczywistości?

Moją prababcię, nazywaną przeze mnie „małą babcią”, Marię Janikową z domu Jezierską, pamiętam jak przez mgłę. Gdy została wdową, zamieszkała w Poznaniu razem z córką Jadwigą. O wiele lat przeżyła swojego męża Adama. Zmarła, kiedy miała ok. 90 lat. Urodziła troje dzieci, męża straciła chyba wtedy, gdy one już opuściły dom w Dakowach Suchych. Przeniosła się wtedy do tej córki, która najbardziej potrzebowała wsparcia. Jej córki: Jadwiga Kędzierska (moja babcia) i Zofia Janikówna (wieloletnia nauczycielka Szkoły Podstawowej im. Marii Konopnickiej w Szamotułach) często i bardzo serdecznie ją wspominały. Swojego męża poznała w czasie, gdy oboje przebywali w majątku hrabiego Bolesława Potockiego w Dakowach Mokrych. Adam Janik objął funkcję zarządcy majątku, w którym mieszkała też Maria Jezierska (była „panienką przy dworze”, gdzie przygotowywała się do dorosłego życia). Ich małżeństwo wywróżył… pies. Był taki zwyczaj, że panny w określonym dniu (ponoć w wieczór andrzejkowy) wybiegały przed dom i słuchały: z której strony zaszczekał pies, stamtąd miał się zjawić przyszły małżonek. Prababcia nie zdążyła otworzyć drzwi, gdy w sieni skoczył na nią pies. A więc mąż był już na miejscu!

Inna opowieść wyjaśnia, dlaczego prababcia żyła o wiele dłużej niż jej mąż. Podobno pradziadek lubił dobrze zjeść, mawiał: „Lepiej niech się zepsuje brzucho (!) niż te święte dary”. Natomiast według jego żony nigdy nie należy jeść „do sytości”, po odejściu od stołu trzeba zostawić trochę „wolnego miejsca w żołądku”. Może to było powodem długowieczności prababci i tego, że pradziadek umarł dużo wcześniej „rażony apopleksją”?

Z opowieści córek wyłania się postać bardzo ciepłej, serdeczniej osoby, która w domu w Dakowach Suchych (tam razem z mężem zamieszkali) pełniła rolę „szyi”, podczas kiedy jej mąż był oczywiście „głową”. Była bardzo dzielna, gdy miała już przeszło 80 lat, złamała nogę w biodrze. Przez kilka tygodni leżała nieruchomo w łóżku, po czym – przesuwając przed sobą stołek – nauczyła się ponownie chodzić, naturalnie z laseczką.


Maria Janikowa z domu Jezierska ( w środku zdjęcia), po lewej Łucja z domu Mazer (żona Ludwika Janika) z córką Bożeną (Rucińską), po prawej – Zofia Janikówna, stoi Jadwiga Kędzierska z domu Janik z córką Haliną (Kędzierską)


Szczególne miejsce w moich wspomnieniach zajmuje babcia Jadwiga Kędzierska. Nie spotkałam chyba człowieka, który tak mało jak ona uwagę zwracał na własne potrzeby, a zawsze służył innym, szczególnie najbliższym. Miała ogromne poczucie humoru, godny zazdrości dystans do siebie, złote serce i niezwykłe zdolności manualne. Była moją matką chrzestną, do niej najchętniej zwracałam się z moimi problemami. W pewnym momencie mama musiała przejąć rolę ojca, a wtedy babcia Jadzia świetnie ją zastępowała.

Wiem, że jej siostra ukończyła studium nauczycielskie, brat szkołę budowlaną w Berlinie. Gdzie i czego się uczyła babcia, nie wiem. Pisała bardzo poprawnie, świetnie liczyła, nie popełniała błędów językowych, chociaż w jej języku było dużo germanizmów, które weszły do gwary poznańskiej (np. ryczka). Babcia lubiła za to wspominać zabawne historyjki ze swojego życia. Kiedy przyjechała do Poznania, została kasjerką w dużym sklepie ze słodyczami przy placu Wolności. Właściciel powiedział, że może ich zjeść tyle, ile chce, ale nie wolno nic wynosić do domu. Pierwszego dnia babcia próbowała wszystkiego, dziwiła się tylko, że pozostałe pracownice w ogóle nie sięgają po te cuda. One tylko się śmiały i mówiły: „Porozmawiamy jutro”. Gdy nastało „jutro”, babcia do nich dołączyła. Często z dumą przytaczała zdanie swojego szefa: „Dlaczego tylko Janikównie zawsze zgadza się kasa?” A były to przecież czasy, gdy kasjerki pracowały metodą „Spuszczam 7, 3 w rozumie” (określenie Jacka Fedorowicza).

Na początku XX w. wyszła za mąż za Teodora Kędzierskiego, „przedstawiciela handlowego”, który z racji wykonywanego zawodu często bywał poza domem. Od 1908 r. (rok urodzin mojej mamy – jedynaczki) czekały na niego 3 kobiety! Dziadkowie Kędzierscy idealnie do siebie pasowali: mieli podobne podejście do życia, dystans do siebie samych i poczucie humoru. Babcia wspominała ze śmiechem, jak to na ślub i wesele syna przyjechała ze (Śremu? Środy?) jej przyszła teściowa i cały czas płakała! Dziadek odprowadził ją na dworzec, a po powrocie powtórzył ze śmiechem jej zdanie: „Nie dość, że wziąłeś za żonę biedną dziewczynę, to jeszcze z krzywymi nogami”. Bardzo się z tego śmiali. Nie wyobrażam sobie mojego ojca lub męża powtarzających nam takie stwierdzenie. Widocznie dziadek Teodor był pewien, że babcię po prostu rozśmieszy.


Jadwiga z domu Janik (1883-1976) i Teodor (ok. 1880-1916) Kędzierscy, zdjęcia z ok. 1905 r.


Spokojne, pogodne lata wkrótce się skończyły. Wybuchła I wojna światowa, dziadek został wcielony do armii pruskiej i wysłany na front zachodni, gdzie ciężko zachorował na serce. Przywieziono go do Poznania, umieszczono w lazarecie. Babcia dyżurowała przy nim dzień i noc, a małą Halinką opiekowała się jej babcia – Marysia. Któregoś dnia babcia Jadzia na chwilę wyszła do domu, gdy wróciła, zastała puste łóżko, a pielęgniarka obojętnym głosem poinformowała ją, że „ten pacjent” leży już w kostnicy, a ona szykuje miejsce dla następnego żołnierza. Wtedy babcia zemdlała i osunęła się na ziemię. Był to chyba jedyny w jej życiu przypadek. Mieszkałam później z babcią wiele lat, wiele przeżyłyśmy. Nawet w czasie powstania warszawskiego była spokojna, opanowana, robiła wszystko, żebyśmy oboje z bratem (ja lat 11, brat – 6) nie wpadli w panikę.

Babcia Jadzia po śmierci męża musiała szybko wrócić do rzeczywistości, bo została jedyną żywicielką i głową kobiecej rodziny. Matka prowadziła dom, córka Halina się uczyła, a ona podjęła pracę zawodową. Została szefową kancelarii działacza PSL-Piast prof. Franciszka Michałkiewicza, który skupił wokół siebie członków partii i wydawał czasopismo („Piast Wielkopolski” – może jakiś dodatek do ogólnopolskiego tygodnika). Pensja babci była kiepska, dostawała ją nieregularnie, bo wpływy do kasy partii były mizerne. Po skończeniu szkoły moja mama dołączyła do zespołu gazety, utrzymywała kontakty z dziećmi prenumeratorów, pisała jakieś teksty jako „ciocia Halinka”. Babcia Jadzia musiała dorabiać: zorganizowała więc w domu przy ul. Kwiatowej stołówkę, wydawała przy pomocy prababci smaczne obiady. Wynajmowała też chyba jeden z pokoi.


Halina Kędzierska z matką Jadwigą, ok. 1926 r.


Kiedyś w redakcji zjawił się młody, wysoki student prawa Zygmunt Budzyński, który przyjechał do Poznania ze wsi położonej w pobliżu Brześcia Kujawskiego. W Guźlinie jako najstarszy syn miał objąć gospodarstwo, największe we wsi i świetnie prosperujące. Ubłagał jednak rodziców, żeby pozwolili mu studiować, a on zobowiązał się zrezygnować ze spadku i sam na siebie zapracować. Podjął więc współpracę z czasopismem PSL Piasta. Od razu wpadła mu w oko energiczna brunetka, młodsza od niego o 8 lat. Szybko zdobył serce dziewczyny i sympatię jej matki. Chciał wynająć pokój u babci, ale ona, chociaż nie była szczególnie pruderyjna, wolała ograniczyć jego wizyty przy ul. Kwiatowej do stołowania go. Po kilku latach, gdy ów młodzieniec skończył studia, podjął pracę sędziego w Sądzie Grodzkim we Wronkach. Chyba rzadko spotkać można tak dobrany, zaprzyjaźniony duet teściowej i zięcia. Do końca jego życia pozostawał dla babci Jadzi wzorem cnót wszelakich, a w chwilach drobnych sporów córki z zięciem na ogół stawała po jego stronie!

Kiedy wracam myślami do wspomnień babci i mamy, przypominam sobie postać Stanisława Mikołajczyka, który swoją polityczną karierę zaczynał właśnie w poznańskim biurze PSL Piast. Jak wiadomo, po latach został na krótko wicepremierem powojennego rządu. Wtedy jednak przyjechał ze wsi do Poznania i pod czujnym okiem babci Jadzi obracał koperty „na lewą stronę” i je sklejał, aby mogły wrócić do obiegu, a trochę pieniędzy pozostawało w kasie. Stołował się również u babci Jadzi. Kiedy po wizycie w Moskwie w r. 1945 zjawił się w Polsce i został wicepremierem, a my przebywaliśmy w Krakowie, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, czekaliśmy na powrót tatusia z oflagu, a w zburzonej Warszawie nie mieliśmy czego szukać, babcia napisała do Stanisława Mikołajczyka list z prośbą o jakąkolwiek pomoc, nie doczekała się jednak żadnej reakcji. Mnie i moim najbliższym adresat tego listu chyba już na zawsze będzie się kojarzył z klejeniem kopert!

Maria Janik z domu Jezierska (ok. 1855-1938), zdjęcie z ok. 1880 r.

Adam Janik (1849-ok. 1905)

Dzieci Marii i Adama Janików: Jadwiga (ur. 1883), Ludwik i Zofia (ur. 1885 r.)

Jadwiga Kędzierska z córką Haliną, ok. 1916 r.

Halina Kędzierska, ok. 1918 r.

Halina Kędzierska, ok. 1926 r.

Halina Budzyńska z Ewą, 1934 r., Wronki

Halina Budzyńska z Ewą, ok. 1937 r., Poznań

Jadwiga Kędzierska, Józef Budzyński (ojciec Zygmunta), Zofia Janikówna, 1938 r., Poznań

Zofia Janikówna z Ewą, 1938 r., Poznań

Halina Budzyńska z Ewą i Krzysiem, początek 1939 r., Warszawa

Halina Budzyńska z Krzysiem, 1942 r., taras domu w Warszawie

Halina Budzyńska z dziećmi, 1942/43, Warszawa

Halina Budzyńska z Krzysiem, 1942/43, Warszawa

Halina Budzyńska, 1945 r.

Jadwiga Kędzierska, 1946 r.

Halina Budzyńska, 1947 r.

Halina Budzyńska, ok. 1970 r.


Moi rodzice pobrali się w 1930 roku, mama przeniosła się do Wronek. Tam ja się urodziłam, w 1935 r. przenieśliśmy się do Poznania, gdzie z kolei w 1938 r. urodził się mój brat. Tak więc stosunek sił męsko-damskich wynosił 2:2. Krótko przed wojną ojciec służbowo przeniesiony został do Warszawy. Razem z nami przeprowadziła się babcia Jadzia. Ostatnie przedwojenne wakacje spędziła u nas siostra babci Zofia Janikówna ze swoją przyjaciółką, również nauczycielką, Stefanią Jancówną. Wybuchła wojna i nie zdążyły wrócić do Szamotuł. Tatuś w sierpniu 1939 r. został zmobilizowany, 3 września znalazł się w niewoli niemieckiej. I tak w naszym mieszkaniu przy ul. Brzozowej znalazło się 5 kobiet i 1 „mężczyzna” – nie mający jeszcze roku Krzyś. Zgodnie z poleceniem ministerstwa sprawiedliwości uciekliśmy do Dubna w województwie wołyńskim, a w kwietniu 1940 r. udało się nam wrócić do Warszawy.


Halina z domu Kędzierska (1908-1997) i Zygmunt (1900-1946) Budzyńscy z Ewą, ok. 1937 r., Poznań


Trzeba było jakoś sobie radzić i dzieciom stworzyć w miarę bezpieczny (o ile to w ogóle było możliwe) dom. Mama i p. Stefa znalazły pracę: mama w biurze spółdzielni mleczarsko-jajczarskiej (codziennie przynosiła do domu stosy jakichś materiałów, które pomagał jej segregować nasz sąsiad, bo mama miała o istocie swojej pracy dość blade pojęcie), pani Stefa przy jakimś biurze prowadziła stołówkę. Babcia zajmowała się gospodarstwem domowym, zawsze prawie z niczego udawało się jej wyczarować jakąś potrawę, tak że mimo wszelkich trudności nigdy z bratem nie byliśmy głodni, nawet w czasie powstania, które spędziliśmy w piwnicach kilku domów. Ciocia Zosia opiekowała się Krzysiem, a ze mną przerabiała materiał pierwszych klas szkoły podstawowej.

Wszystkie 4 nasze opiekunki robiły, co się dało, żeby odcinać nas od potworności wojny (czego nie dało się w czasie powstania warszawskiego, które na Starówce miało przebieg wyjątkowo okrutny), zdobywały pieniądze na utrzymanie, karmiły nas, sprowadzały znajomych lekarzy, gdy zaszła taka potrzeba. Dbały o to, żebyśmy zimą nie marzli (w czasie wojny nie działały kaloryfery, więc mama zdobyła gdzieś tzw. „kozy”: szklarz wycinał kółka w szybach, tamtędy wyprowadzało się od piecyków na zewnątrz rury i ogrzewało niektóre pokoje). Często wyłączano światło, paliło się świece, lampy naftowe, ale mama najchętniej kupowała tzw. „karbidówki”. Kształtem przypominały stojące lampy elektryczne, miały ładne klosze, ich światło przypominało elektryczne. Ich mankamentem było to, że w czasie palenia się karbid trochę brzydko pachniał. Najgorsze było to, że nie można ich było gasić. I w tym przypadku niezawodna okazała się babcia, która prawie zawsze wkładała do lampy odpowiednią ilość karbidu, w przeciwnym razie lampa – albo gasła, zanim zdążyliśmy się położyć, albo musiała „dopalić się” zamknięta w łazience. Popołudniami i wieczorami dużo się rozmawiało, wspominało czasy przedwojenne, snuło się plany na przyszłość.


Halina Budzyńska z Ewą, 1943, taras domu w Warszawie


W czasie wojny w Warszawie ukrywało się wiele osób, również przez nasze mieszkanie przewinęło się wielu uciekinierów – szczególnie z Wielkopolski. Najdłużej mieszkał u nas kuzyn mamy występujący oficjalnie pod nazwiskiem Antoni Tankowski. Naprawdę nazywał się Alfred Taczak, uciekł z Bydgoszczy, ponieważ tam w każdej chwili mógł zostać aresztowany. Przed wojną pracował jako sędzia, ale jeszcze bardziej niebezpieczne było jego nazwisko – był bratankiem gen. Taczaka, przywódcy powstania wielkopolskiego w jego początkowym okresie. Najbliższa kuzynka babci, również Janikówna, była żoną brata generała.

Wujek gdzieś pracował, trochę pewno konspirował. Ja zapamiętałam jego walkę z pierwszymi objawami łysiny. Kiedyś pod wieczór nasze kobiety razem z wujkiem Alfredem zebrały się przy łóżeczku Krzysia, który już wykąpany bawił się jakimś autkiem i zdawało się, że kompletnie nie interesuje się rozmową dorosłych. Wujek siedział blisko niego, a cztery panie dyskutowały na temat stosowanego przez niego środka na porost włosów. Nie zapamiętałam, co która z nich mówiła, ale znałam je na tyle dobrze, że mogę z dużą dozą prawdopodobieństwa  wyobrazić sobie ich reakcje: mama, która lubiła mówić ludziom to, czego oczekiwali, z pewnością twierdziła, że widać zdecydowaną poprawę; babcia śmiała się i twierdziła, że łysi mężczyźni zawsze jej się  podobali; ciocia Zosia pewnie była lekko zgorszona tym, że wujek w czasie wojny zajmuje się tak błahą sprawą i na pewno mu to wypominała; pani Stefa pewno tylko coś mu wyraźnie pomrukiwała, bo z jednej strony przypominała naszą mamę (lubiła prawić komplementy), z drugiej strony była zapatrzona w ciocię Zosię i nie chciała jej się narazić. Niespodziewanie rozmowę przerwał chyba 4-letni wtedy Krzyś, który stanął na nóżkach, wychylił się z łóżeczka, poklepał wujka po głowie i, zanosząc się śmiechem, zawołał: „Łysek z pokładu Idy”. Zapadła cisza, a potem wszyscy zaczęli się śmiać. I tak można powiedzieć, że mój brat intelektualnie znokautował najbardziej znanego bohatera baśni Andersena. Ten krzyknął: „Król jest nagi”, co było „oczywistą oczywistością”, a Krzyś wykazał się znajomością tytułu opowiadania Morcinka i umiał go zastosować jako metaforę.


Halina Budzyńska z Ewą i Krzysiem, wiosna 1944 r., Ogrody Zamkowe w Warszawie


Po powstaniu warszawskim drogi naszych kobiet powoli zaczęły się rozchodzić. Pani Stefa, która nie zdążyła 1 sierpnia wrócić do domu przed godziną W, trafiła do obozu pracy, skąd po wojnie przyjechała prosto do Szamotuł. Po kilku miesiącach (byliśmy wtedy w Krakowie) wyruszyła do Szamotuł ciocia Zosia. Obie podjęły pracę w szkole im. M. Konopnickiej. Pozostała nasza czwórka dołączyła do nich w listopadzie 1945 r. I znów w szóstkę zamieszkaliśmy – ty razem w Szamotułach przy ul. Dworcowej. Ten „babski dom” miał funkcjonować przez kilka tygodni, a ja z mamą, babcią i bratem szykowałam się do przeprowadzki do Gorzowa Wlkp. Tatuś wrócił z Zachodu pierwszym transportem, ze Szczecina dotarł do Szamotuł (Warszawa ze względu na bezpieczeństwo raczej nie wchodziła w grę). Koledzy z Sądu Okręgowego w Poznaniu załatwili mu pracę i mieszkanie na Ziemiach Zachodnich. Niestety, w lutym 1946 r. zginął śmiercią tragiczną, a mama i babcia postanowiły, że zostajemy w Szamotułach.

I tak zaczął funkcjonować nasz „babiniec” – tym razem w 2 pokojach zamieszkało 5 osób płci żeńskiej i 1 siedmioletni „mężczyzna”. 38-letnia mama pozostała głową rodziny. Od razu przystąpiła do szukania pracy. Najpierw została kierowniczką stołówki Młynów, funkcjonującej w budynku przy ul. Dworcowej naprzeciw kościoła św. Krzyża. Wydawano tam również jakieś „deputaty”. Później mama pracowała aż do emerytury w księgowości Zakładów Młynarskich. Przez jakiś czas prowadziła również świetlicę dla dzieci pracowników młynów, z Poznania przyjeżdżała instruktorka tańca, wystawiano jasełka. Nikt mamie za to nie płacił. Była lubiana przez pracowników młynów, nieraz interweniowała w ich sprawach u dyr. Braunka, a później dyr. Jęczmyka. Byłą życzliwa ludziom, ale też trochę naiwna i łatwowierna. Kiedyś przyszła do niej zapłakana młoda pracownica, która – jak twierdziła – została niesłusznie zwolniona. Mama, nie drążąc sprawy, nie sprawdzając powodu zwolnienia, pobiegła do dyrektora Jęczmyka. Opowiadała potem, że dyrektor wyraźnie się ucieszył na jej widok, jakby się jej spodziewał. Wysłuchał obrończej mowy mamy, która twierdziła, że na pewno chodziło o jakiś drobiazg. Wtedy wyjawił powód zwolnienia: otóż dziewczynę na nocnej zmianie zauważyli młynarze, gdy stertę zboża potraktowała jako WC. Mama speszona wyszła z gabinetu, a na korytarzu gonił ją śmiech dyrektora.

Cała ta społeczna działalność mamy wynikała na pewno z potrzeby serca, ale miała chyba także inny cel. Nadeszły czasy stalinowskie, wyciągano ludziom różne rzekome „przestępstwa” z przedwojennych lat. Ja szykowałam się na studia. Mamie zależało na tym, żeby kojarzono mnie z nią – przodownicą pracy i działaczką społeczną, żeby zatrzeć ślady ojca, który zrobił autentyczną karierę w Polsce przedwojennej, wojnę spędził w oflagu, podejrzanie szybko wrócił do Kraju, a po wojnie zginął w trochę niejasnych, jak sądził np. nasz wuj, okolicznościach. Może ktoś „pomógł” mu spaść z pomostu do Noteci? W moim domu takiej okoliczności nie brano pod uwagę, jedynie mama dziwiła się, dlaczego tak ostrożny z natury człowiek znalazł się na samym brzegu pomostu.


Jasełka wystawiane w świetlicy przy Młynach, ok. 1948 r.


Mama i babcia robiły co mogły, żebyśmy z bratem nie czuli się inni, ubożsi niż otoczenie, bo w Szamotułach zaczynaliśmy właściwie od zera, a mama niewiele zarabiała. Kiedyś, gdy brat był uczniem liceum, na radzie pedagogicznej rozpatrywano sprawę przyznania mu stypendium. Odezwał się wtedy „czynnik społeczny” – jego kolega z klasy, który stwierdził, że często u Budzyńskich bywa, ale nie zauważył biedy. Uratował brata nasz sąsiad – nauczyciel Bolesław Szczerkowski, który powiedział, że objawem „biedy” nie musi być brud i ogólne zaniedbanie.

Babcia obracała w ręce każdy grosz zarobiony przez mamę, która co miesiąc brała tzw. chwilówkę, to znaczy kiedy około 10 dni przed kolejną wypłatą kończyły się pieniądze, brała z kasy zapomogowo-pożyczkowej pożyczkę (nieoprocentowaną!) i spłacała ją, gdy dostawała następną pensję. Tak więc „karuzela” obracała się bez przerwy. Może dzięki tym doświadczeniom przez całe życie byłam wrogiem brania pożyczek i zaciągania kredytów. Do dziś, kiedy otrzymuję telefoniczną ofertę lub słyszę, że coś „wygrałam” (chociaż nie grałam), natychmiast odkładam słuchawkę.

Nasze kobiety były twarde, odporne na przeciwności losu, pewne, że zawsze jest jakieś wyjście. Nas, dzieci, nie obciążały kłopotami finansowymi, my zresztą nie mieliśmy jakichś szczególnych wymagań, potrafiliśmy cieszyć się  drobiazgami. Poza tym mama i babcia były osobami pogodnymi, łatwo nawiązywały kontakty z ludźmi, lubiły śmiać się i żartować. Mama zakładała, że jakoś damy sobie radę, a babcia zakasywała rękawy i brała się do roboty. Do dziś obie są wspominane: babcia przez najstarsze szamotulanki, mama również przez nieco młodsze, które pamiętają ją jako „elegancką starszą panią ze starannie ułożonym kokiem, ciepłą, serdeczną i zawsze uśmiechniętą”.


Halina Budzyńska (2. od lewej) Jadwiga Kędzierska (4. z lewej) z Ewą i Krzysiem oraz Edmundem i Ludwiką Czerwińskimi. Przy świetlicy dla dzieci pracowników Młynów w Szamotułach, ok. 1948 r.


Do tej samej klasy co ja chodziła dziewczyna bardzo zdolna, nad wiek dojrzała, która wraz z siostrą wychowywana byłą przez samotną matkę. Gdy byłyśmy w klasie maturalnej, w jej domu toczyły się dyskusje, czy może iść na studia dzienne czy finansowo dadzą radę. Ostatecznie podjęła studia i ukończyła je celująco! Moja sytuacja materialna była podobna, ale nigdy w domu nie mówiło się o tym. Dopiero z perspektywy wielu lat zdałam sobie sprawę z tego, że decyzja o moim trafieniu na studia dzienne była bardzo odważna. Zresztą, raczej podświadomie, starałam się jak najmniej obciążać kasę rodzinną: przez kilka lat codziennie dojeżdżałam do Poznania i zabierałam „wałówkę” na cały dzień, wyjątkowo wpadałam do baru mlecznego, bo tam było najtaniej. Również 4 lata po mnie w 1956 r.  – brat podjął studia. Wtedy było już trochę łatwiej. Czasy mocno się zmieniły, pochodzenie mniej interesowało władzę, a poza tym do wspólnej kasy zaczęła wpływać moja pensja.

Warto tu wspomnieć jeszcze jeden fakt. Otóż mama po podjęciu pracy w młynach na wszelki wypadek zapisała się do PPS – partia kojarzyła jej się z Piłsudskim i innymi wybitnymi postaciami początku XX w. Dzieci rosły, może myślała, że dzięki temu będą bezpieczniejsze w ludowej ojczyźnie? Bardzo przeżyła moment „zlania się” PPS z PPR. Bała się jednak występować z PZPR, bo mogłoby to zaszkodzić – przede wszystkim – dzieciom. Wytrzymała parę lat, a gdy nastąpiła pierwsza fala „odwilży”, wystosowała list do Podstawowej Organizacji Partyjnej z prośbą o skreślenie. Działacze partyjni w młynach musieli być wyjątkowo porządnymi ludźmi, bo przystali na jej prośbę, śmiali się, że „Budzyńskiej przestała odpowiadać ideologia partii, bo córka właśnie kończy studia”. Mama musiała być pewna, że nie zaszkodzi w ten sposób bratu, który przecież niedługo potem ruszył na studia. W przeciwnym razie pewno by w tej partii tkwiła przez kolejnych kilka lat. Partyjni działacze w młynach mieli chyba dość beztroski stosunek do marksizmu-leninizmu. W czasie jednego z pochodów 1-majowych na czele grupy postawili starszego młynarza – „przodownika pracy”, przepasanego szarfą z liczbą „170%” . Kiedy nasza mama spytała, jak obliczyli ten procent, ze śmiechem stwierdzili, że właśnie skończył 70 lat, dlatego ta liczba!

I tak toczyło się życie mojej mamy, babci, prababci. Przeżywały tragedie, dramaty, niedogodności, ale po każdym upadku szybko się podnosiły, postępowały zgodnie z zawołaniem W. Młynarskiego: „róbmy swoje”. Zawsze najważniejsze były dla nich dzieci. Dla dzieci i wnuków zrobiłyby wszystko!

Życie w wielopokoleniowej rodzinie było dla mnie czymś tak oczywistym, że kiedy staraliśmy się z mężem o mieszkanie, wiadomo było, że razem z nami zamieszkają mama i babcia, a mężowi nawet nie przyszło do głowy przeciwko temu się zbuntować.

Ewa Krygier z domu Budzyńska – w Szamotułach miała spędzić kilka tygodni 1945 roku, tragedia rodzinna zdecydowała, że została tu na całe życie. Żałuje, że nie została nauczycielką matematyki, bo wtedy miałaby więcej czasu na czytanie książek.

Ponad 40 lat uczyła języka polskiego w szamotulskim Liceum Ogólnokształcącym.

Ewa Krygier, Dom kobiet2019-11-08T13:40:11+00:00

Romuald Krygier, Szkoła w GG, koniec okupacji i powrót do Szamotuł

Romuald Krygier

Dzieciństwo wojenne – część 2.

Szkoła w GG, koniec okupacji hitlerowskiej i powrót do Szamotuł

 

Szkoła dla polskich dzieci w Generalnym Gubernatorstwie

Po przyjeździe do Włoszczowy Rodzice zaraz zapisali mnie do szkoły powszechnej. Budynek szkolny był już zajęty przez Niemców i użytkowany jako szpital. Uczęszczałem wówczas do 7-klasowej Polskiej Publicznej Szkoły Powszechnej. Nadzór nad nią sprawowali Niemcy, uczyli nauczyciele polscy. Do końca wojny ukończyłem w niej 4 klasy. Lekcje odbywały się w różnych punktach miasta. Klasy szkolne zlokalizowane były przede wszystkim w mieszkalnych lokalach prywatnych. Przypominam sobie, że uczyłem się w 4 punktach miasta: najpierw w uliczce z tyłu naszego domu, później na rogu ulicy blisko poczty (może ul. Pocztowej?) i w 2 izbach położonych w różnych punktach przy ul. Częstochowskiej.

Utkwiły mi w pamięci, zresztą niezbyt wyraziście, sylwetki niektórych nauczycieli: Stanisława Domańska-Kozakowa, Stanisława Kotapkówna, Witold Sacharz, Piotr Bartosz, Jan Stępień, zwany „Gorylem”. Kierownikiem szkoły był Henryk Czeczot. Religii uczył nas miejscowy proboszcz ksiądz kanonik Kazimierz Bialik. Oświatowe władze okupacyjne dążyły do tego, aby dzieci polskie niezbyt dużo umiały. Uczono nas tylko tyle, abyśmy umieli czytać ich zarządzenia, ogłoszenia i plakaty propagandowe, nieco pisać i podpisywać się, liczyć do 100, coś zaśpiewać i gimnastykować się.

W roku szkolnym 1940/41 uczęszczałem do klasy pierwszej. Lekcje przeważnie miały charakter zabawowy. Niewiele wiedzy wtłoczono nam wtedy do głów. Opuściłem 21 dni lekcyjnych – często byłem przeziębiony, chory na grypę lub anginę albo miałem rozstrój żołądka. W klasie drugiej uczono mnie religii, języka polskiego, arytmetyki z geometrią, rysunków, zajęć praktycznych, śpiewu i miałem ćwiczenia cielesne. Na obu świadectwach szkolnych z klas I i II moje nazwisko widniało jako Krieger. Nie wiem, czy uważano mnie za Niemca, czy też spolszczonego szkiebra. Interwencja Rodziców w tej sprawie spowodowała, że na następnych świadectwach pisownia mojego nazwiska była prawidłowa. W roku szkolnym 1942/43 uczęszczałem do klasy trzeciej. W programie nauki – obok 7 poprzednich przedmiotów – pojawiła się przyroda. W klasie czwartej program nauki został ograniczony tylko do 4 przedmiotów: religii, języka polskiego, rachunków i przyrody. Pozbawiono nas wówczas nawet gimnastyki. Na czterech świadectwach ze sprawowania otrzymałem stopnie bardzo dobre. Moją wiedzę oceniano na stopnie bardzo dobre i dobre. Odnotowano na nich także, iż jestem wyznania rzymskokatolickiego.

W szkole nie uczono nas literatury polskiej, historii, geografii, usunięto wszystkie wiadomości o Polsce, informacje z przyrody były bardzo skąpe. Hitlerowcy nie chcieli mieć pod bokiem mądrych dzieci polskich, bo w przyszłości — według ich założeń —miały spełniać rolę „ciemnych niewolników”. Gubernator Generalnego Gubernatorstwa Hans Frank w jednym ze swoich przemówień stwierdził: „Polakom należy zostawić tylko takie możliwości kształcenia się, które okażą im beznadziejność ich położenia narodowego”. W roku szkolnym 1944/45 rozpocząłem naukę w klasie piątej. Nie dokończyłem jej, ponieważ przerwano z nami lekcje na początku stycznia 1945 r. w związku ze zbliżającym się radziecko-niemieckim frontem wojennym. W mojej klasie było mniej więcej po połowie dziewcząt i chłopców. Dyscyplina chłopaków pozostawiała wiele do życzenia. Ks. kanonik bił po łapach specjalną gumą w kształcie osełki do ostrzenia noży, S. Kotapkówna na lekcjach śpiewu „kropiła” smyczkiem od skrzypiec, pozostali nauczyciele nie rozstawali się z trzcinkami, którymi „dawali łapę”. Czasami zdarzało się, że po większym wybryku delikwent dostawał lanie po wypiętym tyłku. Wielkim wisusem była jedna z dziewcząt, która częściej dostawała lanie po tyłku niż najwięksi dranie płci męskiej. Raz dostała nawet na goły tyłek.


Dzieci pierwszokomunijne z ks. kan. Bialikiem, 1942 r.


Poziom nauki w klasie był średni. Uczniowie dość często przychodzili do szkoły bez przygotowania, bez odrobionych zadań pisemnych. Najczęściej tłumaczyli się (lub kłamali) pomocą w pracy rodzicom, zabawianiem młodszego rodzeństwa, noszeniem wody do prania, rąbaniem drewna opałowego, noszeniem szyszek i suchych liści do opalania mieszkania, zrywaniem trawy do karmienia królików itp. Uczeń, który nie umiał zadanej lekcji z religii, „dostawał łapę” wspomnianą gumową „osełką”, ks. kanonik kładł na jego głowę swoją dużą dłoń, rozłożonymi palcami ściskał ją i powtarzał kilkakrotnie: „Ach, ty poganinie”. Najgroźniejszym nauczycielem był „Goryl” – Jan Stępień, nauczyciel gimnastyki. W czasie lekcji ciągle chodził z groźną miną, dużo i głośno krzyczał, często używał trzcinki, zachęcając do prawidłowych ćwiczeń. Jego trzcinka padała na ciało ucznia w różne miejsca. Po lekcji u niektórych było można zauważyć siniaki lub zadrapania. Jego krzyk trudno było znieść. Brzmiał on jeszcze długo, po lekcjach, w moich uszach. Traktowałem go jako osobistego wroga nr 1. Nauczycielka S. Kotapka uczyła mnie m.in. śpiewu i rysunków. Śpiewała sama jako tako, ale na skrzypcach niezbyt dobrze grała, raczej rzępoliła. Uczyła piosenek nijakich, chyba dlatego, że nie chciała narazić się okupacyjnym władzom oświatowym jakąś piosenką o zabarwieniu patriotycznym.

Do nauki nie mieliśmy żadnych podręczników. Uczyliśmy się z czasopisma szkolnego – miesięcznika „Ster”, wydawanego przez władze oświatowe Generalnego Gubernatorstwa. „Ster” był redagowany przez renegata i kolaboranta doktora Feliksa Burdeckiego. Później – obok „Steru” – ukazywał się „Mały Ster” dla uczniów młodszych klas. Czasopisma te stanowiły więc specyficzne podręczniki szkolne do nauczania wszystkich przedmiotów. Zawierały infantylne opowiadania i wierszyki, teksty obojętne wychowawczo lub popularyzujące sławnych Niemców. Na podstawie niektórych materiałów dzieci miały wbijać do swych głów niemieckie nazwy nadawane przez okupanta polskim miejscowościom. Przyjaźniłem się z Michałem Czeczotem, synem kierownika szkoły. Często bywałem w domu jego rodziców. Szczególnie latem bawiłem się z nim i kilku naszymi rówieśnikami. Miejscem zabaw był przede wszystkim duży przydomowy ogród.


Uczniowie szkoły we Włoszczowie, w ostatnim rzędzie Romek Krygier


Pan Henryk Czeczot uczył nas potajemnie, głównie przekazywał nam treści zakazane w szkole. Kiedyś do mieszkania Czeczotów wtargnęli niemieccy żandarmi. Nie wiem, jaki był powód ich najścia. Ostrzeżeni przez panią Czeczotową zdołaliśmy niemal błyskawicznie schować zeszyty i przybory szkolne do środka dużego rozkładanego stołu. Mimo tego jeden z żandarmów okaleczonym językiem polskim dopytywał się, czy aby tu nie odbywają się tajne lekcje. Kierownik Czeczot stanowczo zaprzeczył temu i oświadczył, że dzieci przyszły się pobawić, ponieważ syn ma dużo zabawek i różnych gier. Przy żandarmach udawałem, że z jakimś kolegą gram w Piotrusia. Od tego czasu tajne nauczanie u państwa Czeczotów odbywało się rzadziej i małymi grupkami.

Poza Michałem Czeczotem miałem jeszcze kilku dobrych kolegów. Do ich grona zaliczałem wówczas Jurka i Janka Jęczkowskich, Jasia Sobiaka, Jacka i Stefana Zabłockich (ojciec ich był poznańskim adwokatem), braci Szymankiewiczów (Zenon jest znanym regionalistą i historykiem Wielkopolski; lubię szczególnie jego książkę: Spadochrony nad okupowaną Wielkopolską, Poznań 1979), Kazia Kowalewskiego. Wszyscy (oprócz Czeczota) pochodzili z rodzin wysiedlonych z Wielkopolski. Z wielodzietnej rodziny włoszczowskiej pochodzili Rysiek Kaczmarski oraz Staszek Filipowski. W ogrodzie rodziny Kaczmarskich na przedmieściu Włoszczowy zajadałem się nasionami słoneczników, a w domu – przyniesionym i ugotowanym bobem. Z Kaziem „Pytką” wymieniałem znaczki pocztowe i guziki, przede wszystkim od polskich i niemieckich mundurów wojskowych.

Ministrantura

W połowie 1942 r. m.in. z Jasiem Sobiakiem przystąpiłem do I Komunii Św. Poczęstunek dla gości przypominał wielką ucztę, która odbyła się w mieszkaniu rodziny Sobiaków. Brały w niej udział całe rodziny wysiedlonych szamotulan. Wkrótce po I Komunii Św. na cmentarzu przykościelnym byłem bierzmowany przez jakiegoś biskupa kieleckiego. Byłem wtedy rozkojarzony i często zmieniałem miejsce stania. Dlatego nie wiem, kto wystąpił w roli moich rodziców. Na trzecie imię dostałem św. Antoniego. Przez jakiś czas koledzy za mną wołali: „Antoni myszy goni”.

Po bierzmowaniu zostałem ministrantem. W kościele bardzo lubiłem przyglądać się odsłanianiu i zasłanianiu obrazu Matki Bożej w głównym ołtarzu. Niezbyt dobrze służyłem do Mszy św., ponieważ źle dzwoniłem, spóźniając się w stosunku do swego partnera. W czasie kazań ministranci opierali się o balaski i cicho rozmawiali z dziewczętami, które stały po ich drugiej stronie. Pewnego razu tak się rozgadaliśmy, że nie spostrzegliśmy się, że rozmawiamy zbyt głośno. Proboszcz – kanonik Kazimierz Bialik z ambony musiał nas strofować. Wstyd na cały kościół!


Rodzina Krygierów w dniu 1. komunii Romka: rodzice Czesława i Kazimierz, Zofia (siostra Kazimierza), dzieci: Jurek, Andrzej i Romek, 1942 r.


W ogrodzie proboszcza rosło wiele drzew owocowych. Dlatego, kiedy pojawiły się na nich dojrzałe i dorodne owoce, ministranci blisko murowanego płotu chętnie rozżarzali węgiel drzewny do okadzenia trybularzem (kadzielnicą). Niby przypadkowo wiewaczka urywała się i wpadała do „księżowskiego” ogrodu. Był powód, aby wchodzić po nią do ogrodu, przy okazji narwać trochę gruszek, jabłek i śliwek. Kiedy w czasie jednej spowiedzi przyznałem się kanonikowi, że rwałem i jadłem owoce z jego ogrodu, ten wychylił się z konfesjonału i wytargał mnie za uszy.

Proboszcz czasami zapraszał swych ministrantów na plebanię i częstował słodyczami. Był to rodzaj ekwiwalentu za naszą „pracę społeczną” w kościele. Przy okazji wikariusz ks. Witold Pastuszko pokazywał nam swoje liczne zbiory znaczków pocztowych. Od trzech pokoleń był zapalonym filatelistą – znaczki przed nim zbierali jego wujek i wujka wuj. Ks. Pastuszko miał dwie czarne szafy pełne albumów ze znaczkami pocztowymi. Zbiór ks. Pastuszki był nie do wycenienia, wart – być może – kilka milionów przedwojennych polskich złotych.



Pierwsza część wspomnień wojennych Romualda Krygiera:

http://regionszamotulski.pl/dziecinstwo-wojenne-z-szamotul-do-wloszczowy/


Czesława i Kazimierz Krygierowie, 1942 r.

Romek Krygier w dniu 1. komunii św.

Romek Krygier i Jaś Sobiak

Książeczka do nabożeństwa – prezent podarowany Romkowi przez rodzinę Sobiaków

Kościół i rynek we Włoszczowie w czasie wojny

Zdjęcie zrobione w czasie bierzmowania Romka

Ołtarz główny w kościele Wniebowzięcia NMP we Włoszczowie, współczesny wygląd. W ołtarzu obraz Matki Bożej z Dzieciątkem oraz klęczącymi postaciami świętych: Joachima i Józefa

Ewa i Romuald Krygierowie przed kościołem we Włoszczowie, 2000 r.

Niedzielne spacery za miasto

Rodzina Krygierów

Krygierowie i inne zaprzyjaźnione rodziny (w czasie okupacji szamotulanie we Włoszczowie i nieodległym Jędrzejowie raczej trzymali się razem)

Romek i Andrzej Krygierowie

Romek z kolegą

Czesława Krygier z domu Górecka



Działka i wycieczki za miasto

Prawie na skraju miasta nasza rodzina miała ogródek – działkę. Uprawialiśmy na niej różne warzywa i trochę ziemniaków. W naszym ogródku uczyłem się przyrody, miałem możność przyjrzeć się wegetacji różnych roślin, a szczególnie chwastów, z którymi walka była wprost beznadziejna. Obserwowałem także rozwój różnych szkodników i motyli. Fascynował mnie przede wszystkim proces powstawania i rozwoju motyli. Najpierw przyglądałem się larwom – gąsienicom, później poczwarkom pokrytym kokonem i wykluwaniu się z nich motyli. Był czas, że kolekcjonowałem motyle, które urzekały mnie swą wielobarwnością.

We wrześniu lub październiku 1944 r. na naszej działce i sąsiednich pojawili się jeńcy – żołnierze polscy znad Oki. Kopali tu rowy strzeleckie – okopy obronne. Zyskałem ich sympatię, często przychodząc tu i przyglądając się ich pracy. Nie mogłem wtedy tylko zrozumieć, że żołnierze polscy mówią „z ruska”. Nie przeszkadzało mi to w pogawędkach. Przy kopaniu rowów jeńcy wydobywali z ziemi buraki, marchew i kartofle. Moja Mama gotowała z nich pożywne zupy, które jeńcom kilkakrotnie zanosiłem w wiadrze. Jedli je chętnie i łapczywie z talerzy, które także przynosiłem.

W pobliżu naszej działki, obok kilku willi, rosły drzewa morwowe. Dotychczas nie zetknąłem się z takimi drzewami i ich owocami. Kwitły ładnie, choć ich kwiaty były niepozorne, w kotkach. Owoce morwy były białe lub wiśniowe, mięsiste, z drobnymi pestkami, bardzo słodkie, podobne do jeżyn. Zajadałem się nimi dość często. Stanowiły one dla mnie „cymes”, delicje. Na liściach morwy można było zobaczyć liczne gąsienice jedwabników. Chyba część tych gąsienic przywędrowała także do naszego ogródka. Znajdowałem je przede wszystkim na liściach kapusty – obok gąsienic bielika kapustnika.

Przez cały okres okupacji hitlerowskiej w porach letnich, prawie co niedzielę, organizowaliśmy wycieczki piesze do wsi Kózki – w kierunku południowo-zachodnim od Włoszczowy, w kierunku wsi Czarnca, znanej jako miejsce urodzin hetmana polskiego koronnego Stefana Czarnieckiego (1599-1665). Udawaliśmy się tam całą rodziną i ze znajomymi rodzinami wysiedlonymi z Wielkopolski, szczególnie z Szamotuł i Poznania. Nasze wyprawy kierowały się przeważnie do zaprzyjaźnionego z nami kolejarza, Zenona Gładkiego. Obok jego domu rozkładaliśmy koce, tu jedliśmy jaja na twardo i suchy prowiant. Starsi opalali się, wypoczywali po trudach minionego tygodnia, młodzi bawili się piłkami, hasali po pobliskim lesie. Chętnie bawiłem się z synem p. Gładkiego, który zawsze chodził boso, skóra pod stopami była gruba i twarda jak podeszwy butów. Kiedyś nadepnął na pinezkę, która wbiła się w stopę; nawet nie poczuł bólu.

Atrakcją dla mnie i moich braci były odwiedziny Janusza Wiatrolika – leśniczego z podwłoszczowskich lasów. Był on kuzynem Mojej Mamy. Nasz dom odwiedzał z wielkim hałasem i szumem, nie pukał, a walił w drzwi wejściowe do kuchni i od progu krzyczał: „Jest Czecha?!” Wiatrolik przyjeżdżał do Włoszczowy małą, dwukołową (z gumy) powózką. Często korzystałem z jego pozwolenia i jeździłem dwukółką po bocznych uliczkach miasta. Każdy z braci, kiedy zobaczył blisko naszego domu stojącą bryczkę, przybiegał do mieszkania i informował Rodziców, że Wiatrolik stoi na Rynku (ten niedługo potem zjawiał się u nas). Był to człowiek wesoły, zawsze uśmiechnięty i życzliwy. Ja i moi bracia Wiatrolikiem nazywaliśmy jego konia.


Czesława i Kazimierz Krygierowie w czasie niedzielnego spaceru za miasto, ok. 1943 r.


Koniec okupacji hitlerowskiej i nowa rzeczywistość

Na początku stycznia 1945 r. mojego Ojca – w mieszkaniu, w godzinach wieczornych – odwiedził wyższy rangą oficer niemiecki, wysoki, barczysty i przystojny mężczyzna. Wypytywał Ojca o różne włoszczowskie sprawy. Szczególnie interesował się lokalizacją starostwa, Zarządu Miejskiego, siedzibą Gestapo i żandarmerii oraz innych ważnych urzędów niemieckich. Wszystkie uzyskane informacje skrzętnie notował, a równocześnie nanosił na przygotowany wcześniej szkic planu Włoszczowy. Ojciec zdziwiony był nieco, że oficer w tych sprawach nie udał się do jakiegoś niemieckiego urzędu. Ten oświadczył, że dopiero wieczorem dotarł do Włoszczowy i jest tu incognito.

16 stycznia, dzień po wyzwoleniu miasta, oficer ten ponownie zjawił się u Ojca, ale już jako wyższy oficer… radziecki. Jego sylwetka utkwiła mi w pamięci na całe życie. Ubrany był w biały kożuszek przewiązany paskiem, na głowie miał wysoką baranią czapkę, na nogach – wysokie filcowe białe buty. Po polsku powiedział Ojcu, że jest oficerem radzieckiego wywiadu, że kilka dni temu był tu na rozpoznaniu terenu. Oficer ten, jak sam powiedział, pochodził z rodu bojarów ruskich, jego rodzinę wymordowano w 1917 r., pozostała część rodziny została rozstrzelana w czasie masowych mordów stalinowskich w połowie lat trzydziestych. Oficer był człowiekiem wszechstronnie wykształconym, znał kilka języków obcych. Na pożegnanie zostawił Ojcu trochę papierosów i cygar.

Włoszczowa została wyzwolona w nocy z 14 na 15 stycznia 1945 r. Niemcy planowali, jak to wynikało z dokumentów znalezionych później w Starostwie, 15 stycznia rozstrzelać kilkuset mieszkańców Włoszczowy, a miasto spalić. Przyspieszone działania wojsk radzieckich zniweczyły te plany. Niemcy od początku stycznia masowo uciekali z miasta i przez miasto. Ucieczkę utrudniały przygotowane przez Niemców barykady przeciwczołgowe (wkopane w chodniki po cztery grube pale drewniane, między które wsunięto poziomo poprzez ulice także grube bele – po kilka, jedna na drugiej). Hitlerowcy sami sobie nieświadomie przygotowali to utrudnienie i udręczenie. Uciekający Niemcy barykady te klęli, na czym świat stoi.

Żołnierze radzieccy późno wieczorem 14 stycznia dotarli do Włoszczowy, przed miastem (blisko cmentarza) na środku drogi ustawili jeden czołg i z niego strzelali nad miastem do uciekających Niemców. W okolicy Włoszczowy, a także w samym mieście, poległo wielu żołnierzy niemieckich. Porzucili oni na Rynku i kilku ulicach dużo broni i amunicji. Niektórzy Polacy jak hieny ściągali z trupów niemieckich, co tylko się dało. Szczególnie grabiono buty. Straszny był widok zabitego żołnierza niemieckiego, leżącego goło na śniegu, zbroczonego krwią, często już rozszarpanego przez zgłodniałe psy. Z zabitych koni ludzie wycinali co lepsze kawały mięsa. Pamiętam, jak tłumy mieszkańców wdarły się do budynku Starostwa, niszczyły tam wszelkie ślady niemieckości i wykradały to wszystko, co zaraz można było wynieść. Niektórzy ludzie wracali więc do swych domów z karniszami do firanek, z muszlami klozetowymi i umywalkami, z wannami na głowach i ramionach, z krzesłami i taboretami itp. Takie obrazy utkwiły mi w pamięci z pierwszych dni wyzwolenia miasta, tak rodziła się ludowa rzeczpospolita włoszczowska, na czele władz której stanął burmistrz Jan Kotulski – obywatel tego miasta.

Kilka dni po wyzwoleniu przez Włoszczowę przeciągały liczne kolumny żołnierzy niemieckich. Mieszkańcy miasta tworzyli milczące i groźne szpalery. Twarze niedawnych zwycięzców nie były już butne. Szli powoli, obszarpani, zarośnięci, brudni, śmierdzący. Przedstawiali obraz nędzy i rozpaczy. W tych chwilach trochę było mi ich żal. (dlaczego?).


Zabawy chłopięce, tyłem stoi Romek Krygier, ok. 1944 r.


Wolność rozumiałem wtedy zbyt dosłownie. Najwspanialsze dziecięce zabawy polegały wówczas na rozbrajaniu amunicji, paleniu prochu i strzelaniu „z klucza” amunicją karabinową. Z kolegami organizowałem wspaniałe fajerwerki. Polegały one na tym, że w jakimś dołku kładliśmy dużo różnej amunicji, do której doprowadzaliśmy na bezpieczną odległość długie lonty. Poprzez podpalone lonty ogień docierał do amunicji i następował duży wybuch. Pociski karabinowe, kawałki amunicji czołgowej i działowej spadały wokół nas. Cud, że nikt wtedy z nas nie został zabity! Jako dzieciaki byliśmy beztroscy, nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że narażamy się na wielkie niebezpieczeństwo. Bardziej groźne mogły być skutki rozpalanych ognisk na materiałach wybuchowych. Po bolesnej dla nas interwencji Milicji Obywatelskiej zaprzestaliśmy tego rodzaju zabaw (z żalem!). Władze miejscowe zresztą nakazały zebrać pozostałe „militaria” niemieckie i odtąd te „atrakcje” z konieczności przestały nas bawić.

Żołnierze radzieccy niekiedy zachodzili do naszego domu. Jednemu z nich „na siłę” musiałem sprzedać cały zapas zeszytów szkolnych, za które zapłacił mi nowymi, nieznanymi banknotami polskimi. Atrakcyjnym dla nich towarem były zegarki — „czasy”. Niektórzy od Polaków chętnie je kupowali, inni w ordynarny i bezczelny sposób je po prostu zabierali. Wtedy o żołnierzach radzieckich krążyło wiele złośliwych anegdot. Np. żołnierz radziecki pyta w polu rolnika, która jest godzina. Ten wbija w ziemię łopatę i mówi, że jest około 11.15, gdyż tak wskazuje na ziemi cień uchwytu łopaty. Człowiek radziecki zabiera ten nieco dziwny „czas” i ucieka, gdzie pieprz rośnie. Do znajomego zegarmistrza Ludwika Flanca przyszedł żołnierz radziecki z dużym stojącym zegarem (komuś „buchnął”). Domagał się, aby ten zrobił mu z przyniesionego zegara kilka zegarków na rękę (autentyczne!). Przyłożył swój zegarek do dużej tarczy i odmierzył na niej kilka razy. Chyba myślał, że tak jak z rozwałkowanego ciasta wykrawa się ciasteczka, tak z tarczy zegarowej można wykroić kilka zegarków. Po zrobieniu zegarków zegarmistrz może zatrzymać sobie resztę materiałów jako zapłatę.

Mój starszy brat Jurek, po ukończeniu VII klasy szkoły powszechnej, został uczniem fotografa Romana Ulatowskiego, pochodzącego z Wielkopolski. Żołnierze radzieccy chętnie robili sobie zdjęcia, które wysyłali potem do rodzin. Lubili się fotografować z butelką wódki w prawej ręce i odkrytą do ramienia ręką lewą, na której często było po kilka zegarków. Jeden z ludzi radzieckich zrobił kiedyś wielką awanturę Ulatowskiemu o to, że zegarek przy łokciu na zdjęciu został częściowo „obcięty”.

Powrót do Szamotuł

W moich wspomnieniach z okresu okupacji hitlerowskiej mało miejsca poświęciłem Mamie Czesi i Cioci Zosi, a przecież obie były organizatorkami naszego codziennego życia. Bracia – Jurek i Andrzej (małe dziecię, na początku 1945 r. miał dopiero 6 lat!) chodzili własnymi ścieżkami. Jurek lubił fotografować jakimś podłym aparatem, budował ołtarzyki, ja sklepiki, a Andrzej (wówczas Jędruś) raczej przyglądał się temu, co robią bracia. Aktywny był w okresie przedgwiazdkowym, kiedy kleił z kolorowego papieru łańcuchy na choinkę. Każdy z naszej trójki braci, gdyby pisał swoje wspomnienia z tego czasu, zapisałby coś innego, co utrwaliło się w jego pamięci, bo przecież punkt widzenia zależy m.in. od punktu obserwacji.

Z wysiedlenia cała rodzina Krygierów powróciła do Szamotuł w Palmową Niedzielę 1945 r. Z Włoszczowy wracaliśmy wynajętym m.in. przez Rodziców i innych wysiedlonych wagonem towarowym. Podróż trwała kilka dni. Nasz wagon często stał na bocznicach kolejowych w różnych miejscowościach. Przyczepiano go do wielu składów pociągów towarowych, jadących w kierunku Poznania. Wreszcie dotarliśmy do stolicy Wielkopolski. Utrwaliły mi się na zawsze takie obrazy: morze gruzów, dymy ze zgliszcz „gryzące” w oczy i gardło, budowane przez żołnierzy radzieckich i jeńców niemieckich szerokie tory kolejowe. Szczęśliwie dotarliśmy do Szamotuł, miasta już zazielenionego i pełnego słońca.

Spisane w 1999 r.


Romuald Krygier (1933-2009)

Dr etnografii, autor wielu publikacji o tematyce regionalnej, bibliotekarz

Współtwórca i wieloletni prezes Towarzystwa Kultury Ziemi Szamotulskiej

Romuald Krygier, Szkoła w GG, koniec okupacji i powrót do Szamotuł2019-10-02T20:10:15+00:00

Romuald Krygier, Dzieciństwo wojenne – z Szamotuł do Włoszczowy


Czesława Krygier (1904-1972) z domu Górecka w młodości

Kazimierz Krygier (1896-1963) w młodości

Czesława Krygier w czasie okupacji

Kazimierz Krygier w czasie okupacji

Romek i Jurek Krygierowie, w wózku najmłodszy brat Andrzej, 1938 r.

Romuald Krygier

Dzieciństwo wojenne

Teraz jest wojna, kto handluje, ten żyje…

(część 1. wspomnień)

 Z Szamotuł do Włoszczowy

7 września 1939 r. Niemcy zajęli Szamotuły – moje rodzinne miasto. 16 września głuchy huk wstrząsnął miastem – to pomnik Powstańca Wielkopolskiego przy ul. Dworcowej został wysadzony w powietrze (więcej o pomniku w artykule http://regionszamotulski.pl/pomnik-powstania-wielkopolskiego/). Wieczorem tego dnia łuna ognia oświetliła Szamotuły – hitlerowcy podpalili żydowską bożnicę przy ul. Szerokiej. Szamotulanie nie tracili jednak nadziei nawet wtedy, kiedy 27 września wieczorem rozdzwoniły się kościelne dzwony „z niemieckiego rozkazu, na Polski zgon…”. Nastała czarna noc okupacji hitlerowskiej.

Mój Ojciec Kazimierz Krygier jako powstaniec wielkopolski był zakładnikiem hitlerowskim w październiku 1939 r. Przebywał po kilkanaście dni w więzieniach w Szamotułach i we Wronkach. 13 października na szamotulskim Rynku pluton egzekucyjny żandarmerii niemieckiej rozstrzelał pięciu mieszkańców Otorowa za rzekome „demonstracyjne podkreślanie polskości” tej podszamotulskiej wsi (zrywanie hitlerowskich flag ze swastyką, wywieszanie biało-czerwonych). Mój Ojciec jako zakładnik obecny był przy tej egzekucji. Po jej zakończeniu Ojciec wraz z innymi zakładnikami, m.in. z Janem Jęczkowskim – seniorem i Janem Galińskim, na szamotulski cmentarz parafialny przewozili na wózku zwłoki rozstrzelanych. Zakładnicy musieli wykopać groby i pochować przywiezione zwłoki.


Zdjęcie z egzekucji 5 mieszkańców Otorowa, Rynek w Szamotułach (więcej o tym wydarzeniu we wspomnieniach http://regionszamotulski.pl/wojenne-losy-kwiatkowskich-z-otorowa/)


Hitlerowcy naszą rodzinę wysiedlili 6 listopada 1939 r. (była to pierwsza akcja wysiedleń w Szamotułach). Do naszego mieszkania przyszło kilku typów z Schutzpolizei. Kierujący akcją oficer powiedział Rodzicom, że daje im do dyspozycji jedną godzinę na spakowanie niezbędnych rzeczy. Cały dobytek, jaki udało nam się spakować, został wyniesiony do sąsiadki p. Kuleszanki. Były to duże toboły – rzeczy spakowane w prześcieradła. Pamiętam, jak oficer niemiecki, zaraz po pierwszym wejściu do mieszkania, zabrał dużą kasetę Ojca, zawierającą pieniądze polskie, dolary, biżuterię i inne kosztowności. Kazał Ojcu przeliczyć złotówki i połowę z nich pozwolił sobie zabrać. Sam zabrał kasetę z pozostałą zawartością. Widziałem później, jak ją niósł na ulicy, kołysząc uchwytem. Do dziś mam w oczach naszą kuchnię, wysprzątaną dokładnie przez Ciocię Zosię, która nie wiem po co, umyła pedantycznie piec kuchenny. Czyżby liczyła się z tym, że do niej powróci niebawem?

Niemcy przedtem zabrali sklep Rodziców – „Skład towarów krótkich” [pasmanterię], z umeblowaniem i towarem (przy ul. Wronieckiej 31). Wyprowadzono nas z mieszkania na ulicę, przed dom przy Kościelnej 1 i kazano iść sobie w siną dal. Poszliśmy do domu Genowefy Błaszykowej (była Niemką, przed wojną wyszła za mąż za Polaka), która mieszkała blisko naszego domu, przy ul. Józefa Piłsudskiego 30 (dawniej i obecnie Wroniecka). U Błaszykowej dzierżawiliśmy mieszkanie do 1935 r. Jako stara nasza znajoma przygarnęła nas, dając nam w swoim mieszkaniu do dyspozycji jeden duży pokój. Tam początkowo mieszkaliśmy w piątkę, potem w czwórkę (Ciocia Zosia — siostra Ojca, ja i dwaj bracia: Jurek i Andrzej) do jesieni 1940 r.


Jurek i Romek Krygierowie, ok. 1937 r.


Matka, kiedy Ojciec przestał być zakładnikiem, po wysiedleniu, wyjechała z Nim w końcu listopada 1939 r. do Warszawy. Tam Rodzice zamieszkali wraz z kilkoma rodzinami z Szamotuł w jednym dużym mieszkaniu. W Warszawie żyli z pokątnego handlu. Od czasu do czasu przysyłali nam trochę żywności przez poznanego niemieckiego kolejarza, życzliwego Polakom. Z wiadomościami od Rodziców, z prowiantem i pieniędzmi przyjeżdżała do nas także z Warszawy znajoma Rodziców z Szamotuł – Halina Skoracka. Miała wtedy fałszywe dokumenty, zmienione nazwisko i imię (jakie, nie pamiętam). Była świetnie ucharakteryzowana, nie można było jej w ogóle poznać. Przypominam sobie, że wówczas nosiła czarne okulary, a oczy jej przesłaniała czarna woalka. Jedynie głos był znajomy.

Nieco później za chlebem Rodzice pojechali do Jędrzejowa. Tam spotkali Leonarda Bogajewicza – przemysłowca z Pniew, który był Freuhanderem (komisarzem, powiernikiem, nadzorcą), z upoważnienia władzy niemieckiej, sklepów pożydowskich na okręg jędrzejowski. L. Bogajewicz skierował Rodziców do Włoszczowy. Ojciec początkowo pracował w sklepie galanteryjnym, położonym blisko naszego mieszkania przy Rynku 9. Ekspedientką była Elżbieta Friske, córka wysiedlonych z Szamocina. Przed wojną właścicielem tego sklepu był Żyd – Icek Lajchter. Po jakimś czasie Ojca przeniesiono do sklepu takiej samej branży, także przy Rynku, na narożniku koło kościoła. Właścicielem tego sklepu był kiedyś Żyd – Aron Lajchter, chyba brat Icka lub kuzyn.

Rodzice po otrzymaniu mieszkania pożydowskiego i wyposażeniu go w prymitywne meble całą naszą czwórkę ściągnęli do Włoszczowy w październiku 1940 r.

Pożydowskie mieszkanie i getto

Miasto zrobiło na mnie niezbyt korzystne wrażenie: było szare i brudne. Ponad połowę mieszkańców stanowili Żydzi. Mieszkaliśmy, jak już wspomniałem, w mieszkaniu pożydowskim. Przy każdych drzwiach znajdowała się mezuza, czyli zwój pergaminu z napisaną odręcznie modlitwą – dwoma fragmentami z Biblii. Zwoje te były umieszczone jakby w futerałach przybitych skośnie do futryn. Dowiedziałem się, że pobożni Żydzi, przechodząc przez drzwi, dotykali mezuzę palcami, które następnie przykładali do ust. Czynili tak zwłaszcza przy wychodzeniu z domu. Mezuzę uważało się wówczas powszechnie za rodzaj talizmanu, strzegącego domu przed złem. Często wyjmowałem te pergaminy i z nudów bawiłem się nimi. Robiłem z nich łódeczki, kwiatki, ptaszki i samolociki. Ciocia, będąca osobą bardzo przesądną, zabraniała mi tych zabaw, ostrzegała przed nieszczęściem. Nic to nie pomagało.

Niekiedy jadłem żydowską macę. Jest to przaśny chleb, spożywany w czasie świąt Paschy. W czasie okupacji hitlerowskiej włoszczowscy Żydzi (nie wiem, czy wszyscy) jedli mace cały rok. Kształtem przypominały duże naleśniki, tylko były dość twarde. Łamało się je jak wafle. Smakiem przypominały suchary wojskowe. Dostawałem je od kolegów żydowskich. Niektórzy znajomi rodziców odradzali mi ich jedzenia, ponieważ powtarzali dość obiegową opinię, że do pieczenia mac Żydzi używali krwi niemowląt.


Okolice kościoła we Włoszczowie, czas po zajęciu miasta przez Niemców (1939 r.)


Żydzi bronili się przed rekwirowaniem mąki przez hitlerowców w ten sposób, że mieszali ją z wodą i z powstałej papki robili kuleczki, które na blaszkach od placka wysuszali w gorących piekarnikach. Przed użyciem kulek, które przechowywano w torebkach lub słojach, rozkruszano je i używano jak mąkę. Niemcy tego podejrzanego artykułu spożywczego nie konfiskowali.

We Włoszczowie na początku lipca 1940 r. utworzono żydowskie getto, które zlikwidowano we wrześniu 1942 r. Jego mieszkańcy pracowali w pobliskich kamieniołomach i przy melioracji łąk. Hitlerowcy podczas likwidacji getta rozstrzelali ponad 100 osób, pozostałych jego mieszkańców wywieziono do niemieckiego ośrodka masowej zagłady w Treblince.


Mieszkańcy Włoszczowy na początku okupacji


W getcie miałem kolegów. Przedostawałem się do nich poprzez ruchome deski w szczelnym płocie. Nie bawiłem się z nimi inaczej jak w sklep, handel. Często też z nimi naprawdę handlowałem. Był to głównie handel wymienny. Wymieniałem z nimi stare monety, ładne guziki, znaczki pocztowe, widokówki, jakieś obrazki, różne małe pudełka. W getcie obserwowałem Żydów modlących się, chodzących w chałatach i myckach. Niekiedy Ojciec późnym wieczorem wysyłał mnie do getta. Przynosiłem stamtąd różne towary, przede wszystkim męskie kapelusze, które Ojciec sprzedawał spod lady w pożydowskim sklepie galanteryjnym, w którym pracował. Pewnego razu, po wyjściu z getta przez dziurę w płocie, natknąłem się na patrol żandarmerii. Jeden z żandarmów pomacał niesiony przeze mnie worek z kapeluszami i stwierdził (tyle zrozumiałem), że to jest szaber. Obaj roześmiali się głośno. Kontrolujący żandarm machnął jednak ręką i puścił mnie wolno (uciekałem z duszą na ramieniu; byłem wówczas małym i chudym dziewięciolatkiem!). Przypominam sobie, że Żydzi w getcie mieli do czynienia z własną policją żydowską – z pałkami, z polską policją granatową – z karabinami, niemiecką żandarmerią – z pistoletami automatycznymi. Porządku jakiś czas pilnowali także żołnierze ukraińscy, tzw. własowcy.

Zdjęcia z Włoszczowy w czasach okupacji (Fotopolska)

Romek i Jurek Krygierowie, ok. 1940 r.

Romek Krygier z kolegą, 1943 lub 1944 r.

Handel

Od kolegi Kazia nauczyłem się gotować pastę do butów, którą sprzedawałem chłopom stojącym z furmankami na Rynku. Pastę gotowałem z następujących składników: resztek „prawdziwej” czarnej pasty, sadzy ze spalonego papieru, wosku ze świec, mleka i wody. Po ugotowaniu, rozlaniu i zastygnięciu pasta prezentowała się wspaniale. Później jednak okazywało się, że woda oddzielała się pod spodem, na wierzchu był czarny wosk. Przy naciśnięciu górnej warstwy bokami wypływała woda. Po kilku awanturach, jakie urządzili mi kupujący chłopi, zaprzestałem „produkcji” pasty do butów. Chłopom na Rynku sprzedawałem także światełka odblaskowe do wozów. Byłem wtedy ich włoszczowskim monopolistą. W jednym sklepie z tzw. artykułami żelaznymi wykupywałem całą dostawę światełek, o czym dowiadywałem się od znajomych Rodziców, którzy prowadzili ten sklep (Jan Jęczkowski i Franciszek Sobiak). Światełka te kupowałem po złotówce, a sprzedawałem po cztery lub pięć złotych.

Latem ze starszym bratem Jurkiem zbieraliśmy i suszyliśmy zioła, np. babkę szeroko- i wąskolistną, bylicę piołun, dziurawiec zwyczajny, krwawnik pospolity, kwiat lipy, liście mięty, podbiał pospolity, pokrzywę zwyczajną. Sprzedawaliśmy je w punkcie skupu, w którym nas instruowano, jakie zioła zbierać, gdzie najczęściej rosną, jak je suszyć. Dostawaliśmy również ulotki z rysunkami i objaśnieniami ziół. Sprzedaż suszonych ziół była bardzo opłacalna.

W okresie jesiennym handlowałem jabłkami, które skupowałem od okolicznych sadowników. Jako handlarz jabłek byłem domokrążcą. Sprzedawałem je głównie rodzinom wysiedlonym z Wielkopolski. Najpierw zbierałem zamówienia na jabłka, potem dostarczałem je bezpośrednio od sadowników. Od Kazia kupiłem prymitywną szlifierkę, na której ostrzyłem noże i nożyczki, nie tylko dla swego domu i nie tylko za darmo. Opuszczając Włoszczowę w 1945 r., rozstałem się z wielkim żalem z moją ukochaną szlifierką. Ojciec po prostu wystawił ją na podwórze i ktoś sobie ją zabrał. W wolnych od nauki, zabawy i handlowania chwilach zajmowałem się m.in. zelowaniem butów. Kupowałem w specjalnych torebkach skrawki skóry podeszwowej i flekowałem nimi buty wszystkich domowników.


Rodzina Krygierów w mieszkaniu we Włoszczowie: Zofia Krygier (siostra Kazimierza), Kazimierz i Czesława Krygierowie, z tyłu synowie: Jurek, Andrzej i Romek. Boże Narodzenie 1942 lub 43


Lubiłem kupować tzw. odciągane (chude) mleko. Szedłem po nie dość wcześnie, ponieważ sprzedaż mleka była ograniczona. Wtedy utrwalił się taki zwyczaj, że nie ludzie stawali w kolejce, tworzyły ją natomiast ustawione kanki, dzbanki, garnki i wiaderka. Często wybuchały awantury, ponieważ nieuczciwi ludzie, którzy przychodzili później, przestawiali naczynia do mleka, wciskając swoje do kolejki, bliżej wydającego mleko okienka. Zanim przywieziono mleko, bawiłem się z chłopakami w grę z monetami uderzanymi o ścianę. Jeśli moja moneta znalazła się w zasięgu monety przeciwnika i mogłem ją dotknąć rozwartymi palcami swojej dłoni, moneta taka stawała się moją własnością. Często także grałem w Piotrusia i kartami w oczko na pieniądze. Udawało mi się czasami wygrywać spore kwoty. Pod koniec 1944 r. w mleczarni został zatrudniony syn znajomych. Wówczas zmieniłem trasę chodzenia po mleko. W mleczarni synowi znajomych pomagałem niekiedy kręcić korbą centryfugi i odciągać od mleka śmietanę.

Chodzić po mleko i handlować czym się dało, mogłem tylko dlatego, że do szkoły uczęszczałem na ogół w godzinach południowo-popołudniowych. W okresie jesiennym zaopatrywałem rodzinę w ziemniaki. Po wykopkach chodziłem po polach i zbierałem pozostałe tam ziemniaki. Z kolegami czasami w polu rozpalaliśmy ogniska, w których piekliśmy ziemniaki. Pieczone kartofle bardzo lubiłem, szczególnie te ich części spieczone – pod łupiną. W mieście polowałem także na wozy wiozące „pyrki”. Z przepełnionych wozów niekiedy spadały ich większe ilości, a ja je skrzętnie zbierałem. Rodzice hodowali przeważnie od 30 do 40 królików, których mięso stanowiło dla nas podstawę wyżywienia. Ze starszym bratem byłem zobowiązany dostarczać paszę dla „królasów”. Trawę rwaliśmy na łąkach poza miastem. Po siano z workami chodziliśmy na Podzamcze, do dużego folwarku, którym kierował znajomy Rodziców – Franciszek Winiarski.

Partyzanci, hitlerowcy i niebezpieczna ciekawość

W latach 1943-1944 nasiliły się nocne wyprawy partyzantów do miasta. Włoszczowa leżała w centrum lasów, każda droga wychodząca z miasta przechodziła – po kilku kilometrach – przez lasy, w których roiło się od partyzantów różnych orientacji. Partyzanci rozbijali głównie sklepy spożywcze, choć także z artykułami bławatniczymi [tkaninami], galanteryjnymi i pasmanteryjnymi. W czasie ich nocnego pobytu w mieście „była Polska”.

Pewnego razu, zimą, nocną porą partyzanci przystawili drabinę do balkonu mieszkania burmistrza Leona von Rybińskiego przy Rynku. Wyciągnęli go z mieszkania, rozebrali do naga, położyli na porzucony na środku Rynku nagrobek z cmentarza żydowskiego i na nim sprawili mu ciężkie lanie. Pobity Rybiński musiał śpiewać: „Jeszcze Polska nie zginęła”. Wkrótce po tym wydarzeniu burmistrz opuścił Włoszczowę. Wsławił się w mieście m.in. tym, że chodniki Rynku – zamiast płytkami – kazał wyłożyć nagrobkami z cmentarza żydowskiego.

W nocy z 18 na 19 lipca 1943 r. Włoszczowa została całkowicie opanowana przez oddziały Armii Krajowej. 18 marca i 25 lipca 1944 r. odbyły się tu akcje oddziału AK „Marcina”. 6 czerwca i 27 listopada 1944 r. we Włoszczowie swe zasadzki zorganizował oddział Armii Ludowej „Garbatego”. Za różne akcje partyzantów często konsekwencje ponosiła miejscowa ludność. Niektórzy mieszkańcy dostawali się do istniejącego tu aresztu żandarmerii, który utworzono już pod koniec września 1939 r. Z tego aresztu więźniów wywożono głównie do obozów koncentracyjnych. Po przeprowadzonych śledztwach ponad 250 osób zostało rozstrzelanych. 31 października 1943 r. na cmentarzu żydowskim we Włoszczowie zamordowano około 100 kobiet i mężczyzn. Dzień ten nazwano „krwawą niedzielą”. Szczególnie pamiętam ich duży pogrzeb. Wśród rozstrzelanych Polaków był syn znajomych Rodziców – 20-letni Czesław Friske, brat Elżbiety. Ciała chowano w surowych drewnianych trumnach. Był to dzień żałoby i płaczu.


Romek Krygier (z prawej) z kolegami we Włoszczowie


Hitlerowcy stosowali również inne represje, np. w czasie rewizji mieszkań zabierali wszystko, co im się podobało. Strzelaniny zdarzały się także w ciągu dnia, kiedy Niemcy stwierdzili obecność partyzantów w mieście. Pewnego razu przyglądałem się takiej strzelaninie, stojąc na progu naszego domu. Hitlerowcy i partyzanci ostrzeliwali się wzajemnie, kryjąc się za narożnikowe domy Rynku. Pociski z pistoletów świstały mi koło uszu. Łatwo wtedy mogłem zginąć. Ojciec, zorientowawszy się, że nie ma mnie w mieszkaniu, korytarzem frontowego domu podszedł do progu, skąd wciągnął mnie siłą do domu. Dostałem wówczas po portkach potworne lanie. Ojciec krzyczał, że mnie zabije, jeśli przedtem nie zginę od przypadkowej kuli. Niezdrowa moja ciekawość, nie tylko w tym wypadku, doprowadzała mojego Ojca do szału, do białej gorączki.

Kiedyś biegałem po Rynku w czasie, kiedy niemieccy żołnierze zgarniali ludzi do jakichś robót lub do wywózki – może do obozów koncentracyjnych? Do mnie dobiegło dwóch szkopów i jeden z nich chwycił mnie mocno za prawą rękę, aby mnie gdzieś odprowadzić. Zacząłem potwornie krzyczeć i beczeć jak baran odzierany ze skóry. Próbowałem wyrwać się szwabowi, ale ten nie puszczał. Zrozpaczony, pełen strachu, ugryzłem Niemca w rękę powyżej dłoni. W ten sposób uwolniłem się i zacząłem uciekać. Szkop dobiegł do mnie i swym ciężkim żołnierskim buciorem kopnął mnie w kość ogonową (do dziś w czasie zmieniającej się pogody czuję ból w tej okolicy!). Po chwili usłyszałem repetowanie karabinu. Strach spowodował, że uciekałem bardzo szybko. Jako dziecko czasu wojny już wiedziałem, że należy „wiać wężykiem”. Nie biegłem w kierunku domu, tylko boczną uliczką do uliczki przebiegającej z tyłu za naszym domem. Ojciec znowu był zmuszony spuścić mi tęgie lanie.

W lecie 1944 r. hitlerowcy, spodziewając się przesunięcia frontu na zachód, szykowali się do obrony. W okolicy Włoszczowy nakazali Polakom kopać rowy strzeleckie i przeciwczołgowe. W niedzielne ranki ogłaszali zbiórki ludzi do kopania rowów poprzez bicie w małe dzwony, znajdujące się na narożnikach Rynku. Kilka razy pojechałem z Matką, podstawioną na Rynku ciężarówką, kopać rowy przeciwczołgowe, ponieważ w tym czasie Ojciec ciężko chorował. Za kilkugodzinną pracę Niemcy płacili wszystkim „okopowiczom” ohydnymi papierosami, po 10 sztuk na twarz.


Rodzina Krygierów w dniu 1. komunii Romka (1943 r.): Jurek, Czesława, Kazimierz i Zofia, z przodu Andrzej i Romek


Ojciec pracował we Włoszczowie w pożydowskich sklepach galanteryjnych (pisałem o tym już wcześniej). Niemcy do sklepów pożydowskich angażowali wysiedlonych Polaków z Wielkopolski, ponieważ ci znali język niemiecki. W drugim z kolei sklepie Ojciec pracował wspólnie z mieszkańcem Szamotuł, kupcem Kazimierzem Starczewskim, przedwojennym właścicielem sklepu odzieżowego i bławatów na narożniku ul. Kościelnej i ul. Wronieckiej. Część towarów sprzedawano Polakom na specjalne bony – znaczki. Wieczorami, przy karbidówce, cała nasza rodzina siadała do ich naklejania na duże arkusze papieru. Ojciec z tymi bonami dokonywał jakichś manipulacji, nie wiem tylko, na czym one polegały. Czasami bony już naklejone odklejaliśmy (klej był podły!) i przenosiliśmy na inne arkusze.

Zdarzało się, że – szczególnie w 1944 r. – do sklepu przychodzili wyżsi oficerowie niemieccy i domagali się sprzedaży guzików wojskowych z polskimi orzełkami (zapasy przedwojenne). Ojciec za każdym razem twierdził, że takich guzików w sklepie nie ma. Wówczas ci informowali, że wiedzą o pewnych zapasach takich guzików w sklepie. W czasie nieobecności innych klientów oficerowie rozpinali swe niemieckie mundury i pokazywali, że pod spodem mieli polskie mundury wojskowe. Byli to ludzie z lasu. Sprzedaż guzików następowała wówczas od razu. Ojciec czasami myślał, czy nie były to prowokacje niemieckie. Ojciec ze swoim współpracownikiem, po wyczerpaniu zapasu tych guzików, upozorował włamanie do sklepu. Bał się konsekwencji ze strony Niemców. Po „włamaniu” mógł tłumaczyć się, że polskie guziki wojskowe zginęły w czasie rabunku. Sprawa jakoś rozeszła się po kościach.


Czesława i Kazimierz Krygierowie w czasie niedzielnego spaceru za miasto, ok. 1942 r.


Od 1944 r. nasiliła się propaganda hitlerowska, eksponująca liczne zwycięstwa niemieckie na wszystkich frontach. Pamiętam kolorowe afisze (plakaty), na których widniały wielkie liczby zdobytej na żołnierzach radzieckich broni i amunicji. Wyczuwało się już wówczas dużą nerwowość wśród fryców. Zorganizowali oni blisko naszego domu małą szkółkę podoficerską. Po pewnym czasie Niemcy chcieli do niej werbować młodych Polaków. Dlatego w oknie wystawowym blisko położonego sklepu umieścili wielką planszę z orłem polskim na … czarnym tle. Nie wiem, czy ta zachęta wpłynęła na werbunek Polaków do Wehrmachtu.

W lecie 1944 r. na podwłoszczowską łąkę przypadkowo spadła bomba, która jednak nie wybuchła, tylko zaryła się w ziemię. W leju bomby powstała mała górka. Tłum ciekawskich zbiegł się oglądać to „cudo”. Naturalnie, nie mogło tu zabraknąć również mnie. W pewnym momencie skoczyłem na bombę i zacząłem po niej skakać. Ludzie w popłochu odskoczyli od tego miejsca, bali się eksplozji bomby. Pod moim adresem poleciały brzydkie i niewybredne słowa. Z tłumu wyskoczył jakiś mężczyzna i ściągnął mnie z tej niebezpiecznej górki. Odbyło się publiczne bicie. Kilku ludzi lało mnie bez opamiętania. Zaprowadzono mnie do domu i tu odbyła się dodatkowa „lana” egzekucja.

We Włoszczowie mieszkało kilkoro kolaborantów tzw. Volksdeutschów. Z Chodzieży przywędrowała tu rodzina Krügerów, która niezbyt dobrze zapisała się w pamięci mieszkańców Włoszczowy. Zbieżność w brzmieniu naszych nazwisk powodowała, że Niemcy często nas ze sobą mylili. Rodzice z trudem musieli tłumaczyć odrębność naszych nazwisk, ich pisownię, określać nasze pochodzenie i miejscowość, skąd tu przybyliśmy. Odwiedzali nas też ludzie z lasu. Także im trzeba było tłumaczyć tę pomyłkę. Po oswobodzeniu Włoszczowy Ojciec w tej sprawie był kilkakrotnie wzywany do ludzi „Garbatego”, do nowych władz polskich. Z tego wynika, że trudny i tak żywot okupacyjny oraz zaraz powojenny komplikowało nasze nazwisko. Wśród dzieci krążyła wtedy parafraza znanego wiersza – katechizmu dla dzieci Władysława Bełzy:

Kto ty jesteś? Volksdeutsch cwany.
Jaki znak twój? Krzyż złamany.
Kto cię zrodził? Zawierucha.
Co cię czeka? Gałąź sucha.

c.d.n.

Spisane w 1999 r.

Rynek i kościół we Włoszczowie w czasie wojny, zdjęcie z albumu Krygierów

Czesława i Kazimierz Krygierowie przed domem we Włoszczowie, 1943 r.

Czesława Krygier z Andrzejem


Spacer po Włoszczowie – 2000 r.

Romuald Krygier z żoną Ewą przed kościołem we Włoszczowie

Na Rynku – na tyłach tego domu Krygierowie mieszkali w czasie okupacji

Przed wejściem do mieszkania z jego obecnym lokatorem

Na tę łąkę w 1944 r. spadła bomba

Jedna z pierzei rynku we Włoszczowie

Romuald Krygier (1933-2009)

Dr etnografii, autor wielu publikacji o tematyce regionalnej, bibliotekarz

Współtwórca i wieloletni prezes Towarzystwa Kultury Ziemi Szamotulskiej

Romuald Krygier, Dzieciństwo wojenne – z Szamotuł do Włoszczowy2019-10-01T15:51:29+00:00

Adolf Roepke – fotograf szamotulan w czasach zaborów

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Adolf Roepke – fotograf szamotulan w czasach zaborów

Fotografie z napisem u dołu „Atelier A. Roepke” i adresem z pewnością można znaleźć w wielu albumach ze zdjęciami szamotulan z początku XX wieku. Bo też zakład fotograficzny Adolfa Roepkego był przez ponad ćwierć wieku prawdopodobnie jedynym miejscem, w którym mieszkańcy Szamotuł i okolic mogli się sfotografować.

Adolf Roepke nie był pierwszym fotografem, który miał swój zakład w Szamotułach. W zbiorach krakowskiego Muzeum Fotografii odnalazłam kilka zdjęć dwóch autorów, przy nazwisku których widnieje miejsce: Samter (Szamotuły). Są to P. Gull i Emil Müller. Zdjęcia datowane są orientacyjnie na ostatnią dekadę XIX w., brak też dokładnego adresu zakładu. Istnieje prawdopodobieństwo, że któryś z tych zakładów (a być może był to jeden zakład, który przechodził z rąk do rąk) przejął właśnie Adolf Roepke, który zamieszkał w Szamotułach ok. 1895 roku.

Historii Adolfa Roepkego i jego rodziny nie poznałabym, gdyby nie odezwała się do mnie jego prawnuczka – Angela Felińska z Poznania.

Adolf Roepke przeniósł się do Szamotuł z Friedebergu, czyli dzisiejszych Strzelec Krajeńskich. Na zdjęciach powstałych w latach 1895-1900 widnieją dwa adresy: Friedeberg, Richtstrasse 88 (dziś Strzelce Krajeńskie, ul. Bolesława Chrobrego)  i Samter, Bahnhofstrasse 39 (Szamotuły, ul. Dworcowa). Wynika z tego, że przez pierwsze lata pobytu w Szamotułach Adolf Roepke utrzymywał dwa zakłady: nowy w Szamotułach i dawny w Strzelcach Krajeńskich. Na zdjęciach powstałych ok. 1902 roku jest już tylko jeden napis: Samter i nowa lokalizacja zakładu: Neustadt 111 (Nowe Miasto, czyli dzisiejszy pl. Sienkiewicza). Na początku XX w. Adolf Roepke działał także we Wronkach – na zdjęciach znów pojawia się podwójna lokalizacja firmy. Najdłużej – od ok. 1905 r. – zakład mieścił się przy Töpferstrasse 6 (dziś Garncarska 13). W tym miejscu zamieszkała też rodzina fotografa.


Anneliese Roepke, ok. 1899 r. i z braćmi Albertem i Erichem, ok. 1901 r.


Adolf był z pochodzenia Niemcem i ewangelikiem. Ożenił się jednak – jak to wówczas często bywało – z Polką i katoliczką – Alwiną z domu Fautler. Alwina (1863-1958) urodziła się w Birnbaum, czyli w Międzychodzie. Młodzi pobrali się w 1884 r. w okolicach Frankfurtu. Na zdjęciach widać, że Alwina była bardzo piękną kobietą. Małżeństwo doczekało się trojga dzieci: dwóch synów i córki. Najstarszy był Albert, potem Anneliese (później nazywana Anelizą i Anną, 1898-1974) i Erich (1900-1986). Dwójka młodszych urodziła się już w Szamotułach. Wszystkie dzieci kształciły się w miejscowej szkole, tak jak ojciec zostały ewangelikami. W zachowanym pamiętniku Anelizy z wpisami kolegów z lat 1909-12 znaleźć można nazwiska dzieci wielu znanych w tamtym czasie szamotulan, są Niemcy, Polacy i Żydzi. Aneliza opowiadała wnuczce, że chodziła do szkoły razem z dziećmi różnych wyznań, a pastor, ksiądz katolicki i rabin przychodzili i na lekcje religii zabierali uczniów – każdy swoją grupkę. Albert i Erich po ukończeniu szkoły wyjechali dalej się kształcić w głębi Niemiec, obaj zostali inżynierami i nie powrócili już do Szamotuł.

W domu Angeli Felińskiej znajduje się także puchar – nagroda zdobyta przez pradziadka Adolfa w zorganizowanych w Szamotułach zawodach strzeleckich. Przez długie lata przechowywana była moneta, prawdopodobnie denar z czasów Władysława IV. W czasie kopania kanalizacji w Szamotułach znaleziono garnek z tymi monetami i mieszkańcy mogli je kupić. Niestety, jakiś czas temu denar poszedł na oględziny do rzeczoznawcy i już nie wrócił do właścicieli.


Zwykle najmniej zdjęć ma sam fotograf. Prawdopodobnie jedyne zachowane zdjęcie Adolfa Roepkego. Razem z nim na fotografii są żona Alwina i dzieci. Ok. 1903-1904.


W latach 1. wojny światowej Adolfowi Roepkemu przydzielono zadania związane z łącznością, zajmował się gołębiami, które wykorzystywane były przez armię niemiecką do przenoszenia wiadomości, a nawet przymocowywano do nich miniaparaty fotograficzne. W tej pracy pomagała mu córka Aneliza. Zmarł krótko przed zakończeniem wojny – 12 lipca 1918 r. Pochowany został prawdopodobnie na cmentarzu ewangelickim w Szamotułach przy pl. Kościelnym (Sienkiewicza), zlikwidowanym po 2. wojnie światowej. Alwina Roepke przez 3 lata prowadziła jeszcze zakład fotograficzny po mężu.

Informacje o kolejnych właścicielach można znaleźć w prasie. „Dziennik Powiatu Szamotulskiego” z 14 lipca 1921 roku zamieścił ogłoszenie, w języku polskim i niemieckim, o przejęciu zakładu przez Nowackiego i Porawskiego, nazywających siebie „długoletnimi fachowcami”, którzy będą się starali „ku ogólnemu zadowoleniu wszelkie prace wykonać” i proszą, aby „zaufanie byłej firmy na nich przenieść”. Trudno powiedzieć, czy jakość pracy była gorsza, czy zaufanie mniejsze niż wobec poprzednika, pewne jest natomiast, że już po roku zakład objął kolejny właściciel, a właściwie właścicielka – Zofia Brzezińska z domu Matuszewska – żona szamotulskiego witrażysty Michała Brzezińskiego, którego prace – wystawione w 1929 r. na Powszechnej Wystawie Krajowej – chwalił sam prezydent Ignacy Mościcki. Brzezińscy w budynku na Garncarskiej prowadzili oba zakłady: fotograficzny i witrażowniczy, a na początku lat 30. przenieśli je do nowego budynku przy Kościelnej 11 (dziś 13). Zdjęcia wykonywane w Szamotułach w okresie międzywojennym mają zwykle właśnie charakterystyczny odcisk „Foto Z. Brzezińska Szamotuły”.


Dom przy ul. Garncarskiej w Szamotułach – miejsce zamieszkania rodziny Roepków i zakład fotograficzny Adolfa


Wróćmy jednak do rodziny Adolfa Roepkego. Sprzedaż zakładu przez wdowę po nim wiązała się z wyprowadzką z Szamotuł. Właśnie w 1921 r, 28.06, Aneliza wyszła za mąż za Aleksandra Brodniewicza (1888-1933) z Sierakowa. Sama z rodziny mieszanej niemiecko-polskiej i ewangeliczka poślubiła Polaka, powstańca wielkopolskiego i katolika. Pochodzenie nie miało tu jednak większego znaczenia, bo Aleksander – kapitan Wojska Polskiego – bez trudu uzyskał zgodę władz zwierzchnich na ślub. Mąż Anelizy był kuzynem ks. Narcyza Putza, dawnego wikariusza szamotulskiej parafii kolegiackiej (1903-13), w czasie II wojny zamęczonego w obozie koncentracyjnym w Dachau i w 1999 r. ogłoszonego przez Jana Pawła II błogosławionym. Po ślubie młodzi zamieszkali w Poznaniu, razem z Alwiną, która po jakimś czasie przeniosła się do Niemiec do najmłodszego syna.

Aneliza z sentymentem wspominała Szamotuły. To było miasto jej dzieciństwa i młodości. Z niektórymi koleżankami z czasów szkolnych utrzymywała kontakty przez długie lata. W szamotulskim „Jeziórku” uczyła się pływać podtrzymywana na wędce, z rodzicami i rodzeństwem jeździła na majówki do Gałowa i Gaju Małego. Jeśli na początku października było jeszcze ciepło, swoje urodziny wyprawiała na dworze, w ogrodzie. Stykał się z nim sad, z którego owoce mama ofiarowywała w prezencie innym ludziom. Mieli kota, odprowadzającego Anelizę aż do dworca. I widocznego na fotografiach psa, który – gdy klient atelier nie zdjął kapelusza – na rzuconą przez Adolfa uwagę „Panu jest chyba gorąco” skakał wysoko i zrzucał nakrycie z głowy delikwenta.


Anneliese Roepke z psem, ok. 1920 r.


Wspominała, jak razem z rówieśnikami – jako duch – straszyła ludzi na ulicy i w pobliskim parku, w prześcieradle i z głową w wydrążonej dyni. Chodziła też na szkolne bale przebierańców. Na jednym z nich w stroju dziewczęcym wystąpił jej starszy brat Albert. Wpadł w oko jednemu z nauczycieli, który adorował go w czasie całej zabawy i miał potem z tego powodu duże nieprzyjemności.

Wspominała, jak w jej domu komentowano bicie dzwonów przy kolegiacie. Kiedy odbywał się pogrzeb jakiegoś zamożnego mieszkańca Szamotuł, odzywał się duży dzwon, który swoim niskim tonem rozgłaszał: „Miał – dał – miał – dał”. Kiedy chowano jakiegoś biedniejszego szamotulanina, słychać było mniejszy dzwon, który wyższym głosem jakby powtarzał: „Nie miał – nie dał – nie miał – nie dał”.  Opowiadała też o wielkim drzewie rosnącym przy kolegiacie – były to czasy kiedy był to najpotężniejszy wiąz w całej Wielkopolsce. W jej wersji opowieści drzewo nie było kojarzone z postacią króla Jana III Sobieskiego, lecz z Napoleonem Bonaparte, który miał ukryć się w konarach drzewa.

Kiedy w latach 50. i 60. Aneliza przyjeżdżała z wnuczką Andżelą do Szamotuł, wiele osób mówiło jej na ulicy: „dzień dobry”. Prawdopodobnie w starszym wieku upodobniła się do swojej matki Alwiny, a tę szamotulanie dobrze pamiętali.


Aneliza i Aleksander Brodnieiczowie z córką Gizelą, ok. 1930 r.


Inne fotografie wykonane w Atelier A. Roepkego


Z lewej – zdjęcie ślubne Franciszki i Bronisława Napierałów, 1906 r. (własność Jan Kulczak). Z prawej – nieznana rodzina (zdjęcie z aukcji internetowej)

Z lewej – zdjęcie dziewczynki w stroju komunijnym, ok. 1895-1900 (Muzeum  Fotografii w Krakowie). Z prawej – nieznane z nazwiska matka i córka, ok. 1900-1905 (zdjęcie z aukcji internetowej)

Z lewej Edward Karpiński (por. http://regionszamotulski.pl/rodzina-karpinskich/, zdjęcie – właśność Irena Krawczyńska). Z prawej – nieznane dzieci (zdjęcie z aukcji internetowej).

Z lewej – rodzina Rybarczyków: Władysław i Marta (w strojach komunijnych) z rodzicami Marią i Józefem oraz z młodszymi siostrami – Cecylią i Leokadią, 1912 r. (własność Jan Kulczak). Z prawej – nieznana para (zdjęcie z aukcji internetowej).

Zdjęcia innych szamotulskich fotografów (ok. 1885-1895)

Źródła fotografii powyżej – Muzeum Fotografii w Krakowie


Rewers fotografii z zakładu Adolfa Roepkego


Rodzina Adolfa Roepkego

Alwina Roepke w młodości (ok. 1885 r.)

Alwina Roepke, przed 1920 r.

Albert Roepke, ok. 1920 r.

1. strona pamiętnika Annelisy, 1909 r.

Anneliese, ok. 1915 r.

Anneliese Roepke, ok. 1920 r.

Anneliese Roepke, ok. 1920 r.

Aneliza i Aleksander Brodniewiczowie, 1. połowa lat 20. XX w.

Fragment ekspozycji w baszcie Halszki. Zdjęcie – Klub i Sekcja Fotograficzna SzOK


Zdjęcia rodzinne udostępniła Angela Felińska

Adolf Roepke – fotograf szamotulan w czasach zaborów2019-09-18T10:15:54+00:00

Bolesław Szczerkowski – nauczyciel i harcerz

Bolesław Szczerkowski (1906-1976)

Nauczyciel i harcerz

Dzieciństwo spędził w Poznaniu, ale całe swoje dorosłe życie związał z Ziemią Szamotulską. W jego rodzinie wiele osób wybierało zawód nauczyciela, on sam pracował kolejno w szkołach w Bobulczynie, Niewierzu, Dusznikach i w Szamotułach. Dłużej niż nauczycielem, bo od dzieciństwa, był harcerzem.

Jako nauczyciel pracował dziadek Bolesława Leon Szczerkowski (1842-1905), który przez ostatnie 25 lat swojego życia był kierownikiem szkoły elementarnej w Biezdrowie. W przekazie rodzinnym zachowała się informacja o karze, jaką władze szkolne nałożyły na Leona za zbyt opieszałe wprowadzanie przepisu o nauczaniu religii w języku niemieckim. Odebrano mu wówczas tzw. dodatek wschodni (Ostmarkzulage), jednak do końca jego życia uczniowie tej szkoły odmawiali pacierz i uczyli się religii po polsku.

Leon Szczerkowski i jego żona Nepomucena z domu Trojanowska (1844-1927) mieli dziewięcioro dzieci. Najstarszy był Bolesław (1870-1917), który poślubił Zofię z domu Ryster (1871-1953). Prawdopodobnie znali się od dzieciństwa, bo Wojciech Ryster (1844-1911) – ojciec Zofii – był kierownikiem szkoły w nieodległej od Biezdrowa Nowej Wsi.


Zdjęcie wykonane w Biezdrowie przed 1905 r. W środku Leon i Nepomucena Szczerkowscy


Bolesław i Zofia doczekali się ośmiorga dzieci, z czego troje zmarło we wczesnym dzieciństwie. Najmłodszy syn imię otrzymał po ojcu. Przed 1. wojną zamieszkali w Poznaniu. Bolesław-senior był kupcem i restauratorem, prowadził dwie restauracje: przy ul. Wronieckiej i w środkowej części Starego Rynku, w pobliżu pomnika św. Jana Nepomucena, w miejscu, gdzie dziś znajduje się Galeria Miejska Arsenał. Po przedwczesnej śmierci męża Zofia utrzymywała rodzinę z wynajmu pokoi i wydawania obiadów.

Naukę Bolesław rozpoczął jeszcze w szkole niemieckiej – w 1913 roku. Zachowały się jego świadectwa z tamtych czasów. Klasy numerowano wówczas odwrotnie: zaczynano więc naukę w szkole elementarnej w klasie 7., kończono w klasie 1. Przez pierwsze 4 lata nauki Bolesław Szczerkowski uczęszczał do Comeniuschule zu Polen, a następnie do Allerheiligenschule. Rok szkolny kończył się wówczas przed świętami wielkanocnymi, stąd w liście, wysłanym z Francji z frontu 1. wojny, najstarszy brat Edmund życzył Bolesiowi, żeby „na Wielkanoc został przesadzony”, czyli przeszedł do następnej klasy. Ojciec Bolesław nie doczekał niepodległości Polski, a Edmund wrócił z wojny ciężko chory i wkrótce zmarł. Naukę w Poznaniu Bolesław-syn kończył już w polskiej szkole Wszystkich Świętych (1921 r.). Podjął decyzję o dalszej nauce w Państwowym Seminarium Nauczycielskim Męskim w Rogoźnie, w którym w 1926 uzyskał świadectwo dojrzałości.


Bolesław i Zofia Szczerkowscy z dziećmi – ok. 1915 r. Od lewej Elżbieta (1902-1989), Edmund (1896-1920), Bolesław (1906-1976), Edward (1904-1999) i Henryk (1898-1973).


Jeszcze w czasach nauki w Poznaniu Bolesław Szczerkowski związał się z harcerstwem, na najstarszym zdjęciu, gdzie widać go w mundurze, ma około jedenastu lat. Pierwsze funkcje pełnił w Rogoźnie. Jeszcze w 1. połowie lat 20. zaczął  jeździć na obozy i zloty, najpierw jako uczestnik, drużynowy, potem jako organizator. Został instruktorem ZHP i w 1933 roku uzyskał stopień harcmistrza. Społecznie pełnił funkcję komendanta hufca w Szamotułach. W albumie zachowały się zdjęcia Bolesława Szczerkowskiego z wielkiego zlotu harcerstwa w Spale z okazji 25-lecia harcerstwa w Polsce. Odbył się on w lipcu 1935 roku na terenie rezydencji prezydenta RP Ignacego Mościckiego, a prezydent uczestniczył w inauguracji. W zlocie wzięło udział 25 tysięcy osób, wśród nich skauci z zagranicy, a nawet sześciu weteranów powstania styczniowego!


W mundurze instruktorskim – 1933 r. i na obozie harcerskim w Sierakowie – 1938 r.


Ukończenie seminarium nauczycielskiego dawało uprawnienia „do pełnienia obowiązków tymczasowego nauczyciela w szkołach powszechnych”. Pierwszym miejscem pracy Bolesława Szczerkowskiego była jednoklasowa szkoła w Bobulczynie. Był tam jedynym nauczycielem, więc zarazem kierownikiem. Jak wynika z zachowanego zdjęcia, w szkole w Bobulczynie uczyło się ponad sześćdziesięciu uczniów, zapewne podzielonych na dwa oddziały. W Bobulczynie Bolesław Szczerkowski zamieszkał razem z matką – Mateczką, jak nazywał ją w listach i prowadzonym w czasie wojny dzienniku.

W 1930 roku został przeniesiony do pracy w trzyklasowej szkole w Niewierzu, a w 1932 roku do siedmioklasowej szkoły w Dusznikach. We wrześniu 1939 roku miał po raz kolejny zmienić miejsce zamieszkania i pracy. Tym razem miały to być Szamotuły i Szkoła Powszechna im. Stanisława Staszica. Wybuch wojny odsunął to w czasie.


Bolesław Szczerkowski z uczniami szkoły w Bobulczynie, 1928 r.


W okresie międzywojennym – podobnie jak współcześnie – nauczyciele stale musieli się kształcić i podnosić swoje kwalifikacje. Aby zostać tzw. stałym nauczycielem, należało zdać egzamin praktyczny, Bolesław Szczerkowski zaliczył go w Czarnkowie w 1932 roku. W 1938 roku ukończył roczny Państwowy Wyższy Kurs Nauczycielski w Poznaniu. Egzaminy, które zdawał, świadczą o wybranej przez niego specjalizacji: śpiew i wychowanie fizyczne. W przyszłości zamierzał także uczyć religii, w kwietniu 1939 roku uzyskał podpisaną przez arcybiskupa poznańskiego i gnieźnieńskiego misję kanoniczną, czyli upoważnienie do prowadzenia szkolnej katechizacji. Oprócz tego w okresie międzywojennym ukończył kurs narciarski i piłki ręcznej (pod tym pojęciem rozumiano siatkówkę, koszykówkę oraz szczypiorniaka, czyli dzisiejszą piłkę ręczną).


Na obozie harcerskim, lata 30.


Bolesław i Zofia z domu Ryster, ok. 1895 r.

Stary Rynek w Poznaniu. W kamienicy za figurą św. Jana Nepomucena mieściła się restauracja Bolesława Szczerkowskiego (na szyldzie widnieje jego nazwisko). Dziś w tym miejscu znajduje się galeria Arsenał. Źródło pocztówki – Fotopolska.eu

Pierwsze świadectwo szkolne Bolesława Szczerkowskiego – 1914 r. W tamtych czasach każde świadectwo dziecka były podpisywane przez rodziców

Pierwsze zdjęcie Bolesława Szczerkowskiego w mundurze, 1917 r.

Drużyna harcerska, do której należał Bolesław Szczerkowski, początek lat 20. XX w.

Prezydent Ignacy Mościcki na zlocie harcerskim w Spale – 1935 r. Zdjęcie z albumu Bolesława Szczerkowskiego

Z matką przed szkołą w Bobulczynie, 1926-1930. Do garnituru przypięty krzyż harcerski

Jako komendant hufca w Szamotułach w czasie defilady, ul. Dworcowa, poł. lat 30.

W Zakopanem, 1936 r.


W mundurze oficerskim – krótko przed wojną

Karta mobilizacyjna – 26.05.1939 r.

W niewoli niemieckiej – Murnau, grudzień 1939 r.

Murnau, koncert poświęcony twórczości Jana Kochanowskiego. W chórze Bolesław Szczerkowski (2. z prawej)

Życzenia, które jeńcy obozu w Murnau przesyłali sobie wzajemnie

Legitymacja byłego jeńca wojennego – 1945 r.

Nieśmiertelnik Bolesława Szczerkowskiego z oflagu w Murnau. Nieśmiertelniki pomagały identyfikować żołnierza w razie jego śmierci lub zranienia. W wypadku śmierci blaszkę łamano, jedną część pozostawiano przy zwłokach, drugą odsyłano do rodziny.

W Szamotułach, ok. 1975 r.

Ostatnie zdjęcie Bolesława Szczerkowskiego, sierpień 1976 r.


Wspomnienie harcmistrza Jerzego Kmieciaka


Zdjęcia i materiały historyczne udostępniła Danuta Szczerkowska.

W okresie międzywojennym absolwenci szkół średnich i studiów odbywali roczną służbę wojskową, na którą składała się nauka w szkole podchorążych rezerwy, zakończona egzaminem, oraz praktyka dowódcza w jednostce wojskowej. Bolesław Szczerkowski przebywał w Szkole Podchorążych Rezerwy Piechoty nr 7 w Śremie (1928/29). Potem kilka razy uczestniczył w ćwiczeniach wojskowych i w 1931 roku został mianowany podporucznikiem rezerwy. W maju 1939 roku został przydzielony do Kompanii Pniewy Szamotulskiego Batalionu Obrony Narodowej.

Szamotulski Batalion Obrony Narodowej razem z siedmioma innymi wchodził w skład Poznańskiej Brygady Obrony Narodowej, utworzonej w kwietniu 1939 roku. Do jednostek tego typu powoływano rezerwistów starszych roczników (1900-1910), część z nich miała za sobą udział w powstaniu wielkopolskim, wojnie polsko-bolszewickiej, a niektórzy nawet w 1. wojnie światowej. Bolesławowi Szczerkowskiemu powierzono funkcję dowódcy 3. plutonu Kompanii Pniewy. Dowódcą batalionu był kpt. Stanisław Steczkowski.


Legitymacja Kompanii Pniewy Szamotulskiego Batalionu Obrony Narodowej


Ważnym dniem dla batalionu był 2 lipca 1939 roku, kiedy to na Rynku w Szamotułach odbyła się uroczystość zaprzysiężenia żołnierzy oraz przekazania broni zakupionej z pieniędzy zebranych przez społeczeństwo regionu. Była to uroczystość patriotyczna z udziałem władz wojskowych z gen. Edmundem Knoll-Kownackim, cywilnych, powstańców, przedstawicieli organizacji. Przy ołtarzu usytuowanym na Rynku obok krzyża została odprawiona msza św., a broń poświęcono. Filmowe migawki z tego wydarzenia obejrzeć można w przedwojennej Polskiej Kronice Filmowej.


Przekazanie broni Szamotulskiemu Batalionowi Obrony Narodowej

Obejrzyjcie kilka ujęć filmowych z przedwojennych Szamotuł (uwaga – dźwięk nagrany z opóźnieniem). Uroczystość przekazania broni Szamotulskiemu Batalionowi Obrony Narodowej odbyła się na Rynku przy krzyżu 2 lipca 1939 r. (w czołówce podano złą datę). Już wkrótce na naszym portalu będzie można przeczytać tekst o Szamotułach w przededniu wojny (źródło youtube.com, kanał Pathe 1939).Przypominamy, że nie jest to jedyny film, na którym można zobaczyć Szamotuły z okresu międzywojennego. Powstały prawdopodobnie w 1927 r. film oraz komentarz do niego znajdziecie pod linkiem http://regionszamotulski.pl/pierwszy-film-krecony-w-szamotulach/.

Opublikowany przez Region szamotulski – portal kulturalno-historyczny Środa, 29 sierpnia 2018


W połowie sierpnia (16-21) 1939 roku odbyło się kilkudniowe zgrupowanie całego batalionu na terenie między Jez. Kierskim i Lusowskim. Był to obszar, który przydzielono batalionowi do obrony na wypadek wojny. Bolesława Szczerkowskiego widać na zdjęciu zrobionym w tym czasie wśród żołnierzy plutonu, którym dowodził. 23 sierpnia ogłoszono alarm mobilizacyjny. Bolesław Szczerkowski – razem z Kompanią Pniewy – wyruszył na wcześniej przydzielone pozycje 24 sierpnia. Od tego dnia przebywał ze swoim plutonem w okolicy Batorowa i tam zastał go wybuch wojny.

Szamotulski Batalion ON rozpoczął wojnę w składzie 14. Dywizji Piechoty, jednej z dużych jednostek Armii „Poznań”, dowodzonej przez gen. Tadeusza Kutrzebę. 3 września batalion otrzymał rozkaz wycofania się z zajętych pozycji na linię obrony nad Bzurą. Bolesław Szczerkowski zanotował w swoim dzienniku miejscowości, przez które posuwał się batalion: Poznań (tu dopisał „zbombardowany”), Swarzędz („uciekinierzy”), Kostrzyn, Nekla, Anastazewo – do Skulska (7.09), dalej: Sompolno, Babiak, Przedecz, Chodecz i Łanięta (14.09). To właśnie w lesie w okolicach tej miejscowości 15 września Kompania Pniewy, z plutonem dowodzonym przez Szczerkowskiego, stoczyła swoją pierwszą walkę z nieprzyjacielem. W kolejnych dniach trwało dalsze wycofywanie batalionu na wschód: przez Suserz, Lwówek, Sanniki, Aleksandrów w kierunku Iłowa – miejscowości położonej w pobliżu Wisły, na północny-zachód od Sochaczewa. Pod datą 18 września Bolesław Szczerkowski zanotował: „Nad ranem zamieszanie – niewola”. Podobny los spotkał innych żołnierzy Szamotulskiego Batalionu Obrony Narodowej, większość z nich trafiła do niewoli w dniach 18-20 września.


Pluton Duszniki Kompanii Pniewy na ćwiczeniach w sierpniu 1939 r.


Pobyt w niewoli Bolesława Szczerkowskiego trwał do 29 kwietnia 1945, kiedy to w dzienniku zanotował: „Od rana wolni od Niemców”. Obóz jeniecki VII A w Murnau na południu Niemiec tego właśnie dnia wyzwoliły wojska amerykańskie. Bolesław Szczerkowski przebywał w Murnau od grudnia 1939 roku, otrzymał numer jeniecki 1158; wcześniej krótko był przetrzymywany w obozie VII B w Eichstädt. 

Jeńcy oflagów nie pracowali, martwili się o los najbliższych i o przyszłość ojczyzny. Nie musieli każdego dnia walczyć o przetrwanie, jednak ich sytuacja psychiczna była trudna. Musieli wypełnić sobie czymś czas. Bolesław Szczerkowski zaangażował się w działalność stworzonego przez jeńców chóru, od czasu do czasu chodził na różnego typu wykłady, ukończył dwa kursy metodyczne dla nauczycieli i uczył się gramatyki języka niemieckiego. Te ostatnie zajęcia prowadził Andrzej Hanyż – przedwojenny nauczyciel historii i geografii w Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi w Szamotułach, regionalista, autor wydanej krótko przed wojną książki Ziemia Szamotulska w walce o wolność 1793-1939. Dochód z niej zasilił fundusz, z którego kupiono broń przekazaną Szamotulskiemu Batalionowi Obrony Narodowej. Od początku pobytu w Murnau Bolesław Szczerkowski działał także w tajnym kręgu starszoharcerskim.


Wraz z innymi oficerami w Murnau


Jeńcom obozu w Murnau doskwierała ciasnota i głód. Bolesław Szczerkowski bardzo cieszył się z każdej nadesłanej paczki żywnościowej i niemal z każdego listu (bo niektóre, jak notował, zawierały „smutne wiadomości”). Listy i paczki żywnościowe regularnie przysyłała do obozu – jak ją nazywał – „pani Helena”, czyli Helena Kaźmierczak, późniejsza żona, którą poznał jako koleżankę swojej siostry Elżbiety (por. tekst http://regionszamotulski.pl/helena-szczerkowska-wspomnienia-z-mlodosci/).

Po wyzwoleniu obozu Bolesław Szczerkowski zaangażował się w pracę w Ośrodku Polskim w Murnau, gdzie został kierownikiem zbiórki i rozdziału żywności. Przez kilka miesięcy uczył też w stworzonej tam szkole powszechnej dla polskich dzieci. 11 września pierwszym transportem wrócił do Polski.


W czasie chrzcin młodszej córki Danuty – 1949 r. W górnym rzędzie od lewej: Henryk Szczerkowski, Franciszek Kaźmierczak, Bolesław Szczerkowski, Krystyna Starosta z domu Szczerkowska,  Waldy Michalski, Edward Szczerkowski, Marian Kaźmierczak i Henryk Kaźmierczak. W dolnym rzędzie: Elżbieta Rosa z domu Szczerkowska, Helena Szczerkowska (żona Bolesława) z córką Elżbietą, Zofia Szczerkowska (matka), Maria Szczerkowska, Czesława Kaźmierczak i Gabrysia Szczerkowska (córka Edwarda i Marii).


Pracę zaczął w szkole, w której miał uczyć od września 1939 roku – w Szkole Podstawowej nr 1 (w latach 1949-51 pełni funkcję kierownika szkoły). Dodatkowo uczył także w szkołach średnich (Państwowym Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi i Publicznej Średniej Szkole Zawodowej) wychowania fizycznego i przysposobienia wojskowego. Od 1952 roku uczył w Szkole Podstawowej nr 3, w latach 1961-70 był zastępcą kierownika tej szkoły. Ukończył kolejne kursy i szkolenia nakazane przez nowe władze. W pracy nauczyciela w okresie powojennym miał dwie przerwy. Pierwszą w latach 1951-52, kiedy pełnił funkcję przewodniczącego Prezydium Miejskiej Rady Narodowej, drugą w latach 1957-61, gdy był etatowym komendantem hufca ZHP w Szamotułach.

To praca harcerska dawała mu najwięcej radości i satysfakcji. Pierwsze obozy po wojnie organizował już w 1946 roku. Jak napisali we wspomnieniu przygotowanym z okazji 80-lecia ZHP w Szamotułach Aniela i Jerzy Kmieciakowie oraz Katarzyna Grążka, „daje młodym ludziom po latach wojny radość życia, radość tworzenia, uczy widzieć wokół siebie dobro” (poznański dodatek „Gazety Wyborczej” z 28.11.2003 r. ). W 1949 roku Związek Harcerstwa Polskiego został zlikwidowany, a jego struktury wcielono do Związku Młodzieży Polskiej. Kiedy w końcu 1956 roku reaktywowano ZHP, Bolesław Szczerkowski całym sercem angażuje się w szkolenie nowych drużynowych i zastępowych, tworzenie drużyn, organizowanie wyjazdów i imprez harcerskich. Harcerstwo na Ziemi Szamotulskiej działało wówczas bardzo prężnie.  W latach 1974-75 Bolesław Szczerkowski pomagał w procedurze nadania szamotulskiemu hufcowi ZHP imienia Armii Poznań. Zbierał dokumenty i je opracowywał, był współautorem przygotowanego z tej okazji biuletynu. „Dziś ludzie, którzy go znali, mówią, że z jego postaci emanowała serdeczność i skromność, był i jest dla nich niekwestionowanym autorytetem” – napisano w cytowanym już wspomnieniu. W 2004 roku na budynku Szkoły Podstawowej nr 3 w Szamotułach odsłonięto tablicę poświęconą pamięci druha Bolesława Szczerkowskiego.

Jego działaniami można by obdzielić kilka życiorysów. Na emeryturze prowadził Klub Seniora, był prezesem ogniska nauczycieli-emerytów, kierownikiem klubu Związku Nauczycielstwa Polskiego, nadal działał w wielu organizacjach społecznych i … udzielał lekcji skrzypiec. Jego instrument do dziś wisi na ścianie w pokoju córki Danuty.  Zmarł nagle, krótko po swoich 70. urodzinach.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Bolesław Szczerkowski – nauczyciel i harcerz2019-09-18T10:21:12+00:00

Marian Różański

Marian Różański (1934-2001)

Człowiek z aparatem fotograficznym

Dla syna Rafała ojciec fotografował od zawsze. Najbardziej cenił sobie zdjęcia przyrody, choć ówczesne aparaty fotograficzne miały małe możliwości zrobienia dobrego zdjęcia szczegółów natury. Zostały wyjątkowe albumy rodzinne – swego rodzaju kroniki życia rodziny i przyrody.

Marian Różański z synem Rafałem, 1967 r.

Z córką Danutą, 1970 r.

Z córką, 1971 r.

Żona, dzieci i teściowie, 1967 r.

Z Rafałem, 1972 r.

Plakat wystawy, 1966 r.

Fragment strony z albumu rodzinnego, 1975 r.

1977 r.

1977 r.

1977 r.

1977 r.

Zdjęcia rodzinne udostępnił Rafał Różański

Rodzicami Mariana byli Helena z domu Kowalewska (1908-1981) i Władysław Różański (1907-1978). Przez długie lata mieszkali w Szamotułach przy ul. Nowowiejskiego, ale Marian urodził się jeszcze w Piotrkówku – rodzinnej miejscowości Kowalewskich. Bracia Heleny – Marcin i Stanisław brali udział w powstaniu wielkopolskim (więcej na ich temat w artykule http://regionszamotulski.pl/marcin-kowalewski/). Siostra Heleny – Wiktoria wyszła za mąż za inżyniera Stanisława Łysiaka, zamieszkali w Warszawie. Z tego małżeństwa urodził się popularny pisarz i felietonista Waldemar, który akcję swej wydanej w 1980 roku powieści Szachista, osadził w Szamotułach. Wówczas Marian – najbliższy kuzyn autora – wykonał kilkanaście zdjęć do książki. Ojciec Mariana – Władysław z zawodu był szewcem, ale pracował w szamotulskiej olejarni.


1966 r.


Być może praca ojca zainspirowała Mariana – po ukończeniu Szkoły Podstawowej  nr 1 – do podjęcia nauki w technikum tłuszczowym, najpierw w Gdańsku, a potem w Szopienicach, gdzie szkoła została przeniesiona (dziś to Zespół Szkół Przemysłu Spożywczego w granicach Katowic). Służbę wojskową odbył w Chorzowie, w czasach szkolnych i w wojsku trenował lekką atletykę i wielokrotnie startował w zawodach sportowych. Przez kilka lat pracował w Brzegu koło Wrocławia w Nadodrzańskich Zakładach Przemysłu Tłuszczowego.

W 1958 roku ożenił się w Szamotułach z Marią z domu Barańską (1933-2016), małżonkowie doczekali się dwojga dzieci: Danuty (ur. 1959)  i Rafała (ur. 1965). Od 1960 roku do przejścia na rentę w 1991 roku pracował (z kilkuletnią przerwą) w szamotulskim oddziale Związku Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” przy ul. Dworcowej 24; dziś mieszczą się tam biura UMiG. Mieszkał blisko od tego miejsca, przy Wojska Polskiego 3, w tzw. bloku cukrowniczym (z tym szamotulskim zakładem pracy był związany teść Mariana). Jak to bywało w tamtych czasach, Różańscy jako młode małżeństwo zamieszkali razem z rodzicami żony – Ludwikiem (1907-1984) i Pelagią (1908-1982) Barańskimi.


Rodzina Różańskich mieszkała w bloku po prawej stronie (Wojska Polskiego 3). Miasto udekorowane w związku z peregrynacją kopii obrazu Matki Bożej Częstochowskiej, lipiec 1977 r.


Życie Mariana Różańskiego nie ograniczało się jednak do tych dwóch nieodległych miejsc. Po pierwsze: był miłośnikiem fotografii. Nie chodziło mu tylko o to, żeby samemu robić dobre zdjęcia. Postrzegał fotografowanie jako pewien styl życia i uczył go innych. Prowadził kółko fotograficzne dla dzieci i młodzieży w Domu Kultury. Swoich podopiecznych traktował jak partnerów, zabierał na wycieczki piesze lub rowerowe i uczył ich fotografowania w plenerze. Sam często fotografował na ślubach i weselach, syn Rafał wspomina, jak zdjęcia z wesel suszyły się w pokoju na dywanie. Przyjaźnił się z innymi szamotulskimi miłośnikami fotografii, m.in. z Januszem Piszczołą i  Ireneuszem Walerjańczykiem.


1971 r.


W latach 60. i 70. zorganizował kilkadziesiąt wystaw fotograficznych w Szamotułach, np. „Przyroda i my”, „Obiektywem po mieście”, „Bursztynowa osada” – z wykopalisk nad Jez. Bytyńskim, „Na wędkarskich ścieżkach”. Ostatnia wystawa, na której zaprezentowano jego zdjęcia, odbyła się już kilka lat po śmierci, była to wspólna z innymi szamotulskimi fotografami wystawa w Muzeum – Zamku Górków. Przez wiele lat pełnił funkcję prezesa Klubu Fotografiki, z jego inicjatywy powstał w Szamotułach Klub Kolorowych Przeźroczy. Mało kto wie dzisiaj, że Marian Różański był pierwszym kierownikiem Powiatowego Domu Kultury (1966-1968). Cały nowo wybudowany przy ul. Dworcowej obiekt nazywano Domem Młodzieży, oprócz PDK-u miały tam swą siedzibę organizacje młodzieżowe. 


Wystawa fotograficzna przed domem kultury, 1975 r.


Po drugie: kochał przyrodę. Lubił obserwować przemiany w naturze, spacery i wycieczki na rowerach. Ulubionymi miejscami jego wypraw rowerowych były Lasy Lipnickie i Kobylnickie: tzw. trzy mostki, groby Twardowskich oraz przełom Warty w pobliżu Sycyna. Lubił także łowić ryby i przez kilka lat działał w Związku Wędkarskim. Pasją łowienia ryb zaraził go syn Rafał, który w wolnych chwilach lubił łowić na pobliskim „Jeziórku”, a z ojcem razem wyjeżdżali nad Wartę i nieodległe jeziora.      


Wycieczka z dziećmi do Sycyna i Kobylnik, 1972 r.


Po trzecie: był harcerzem. Rafał Różański pamięta zdjęcie ojca w mundurze harcerskim jeszcze z 1946 roku. W pracę szamotulskiego hufca ZHP bardziej zaangażował się na początku lat 70.,  wielokrotnie wspierał instruktorów na zlotach i obozach harcerskich (m.in. w Jeleńcu koło Sierakowa), wygłaszał dowcipne gawędy o przyrodzie, dzięki niemu powstawały bogato ilustrowane zdjęciami kroniki harcerskie. Działał też w Towarzystwie Kultury Ziemi Szamotulskiej.


1977 r.


Po czwarte: był dziennikarzem z krwi i kości. Współpracę z lokalną prasą rozpoczął jeszcze jako uczeń szkoły średniej. Po przeniesieniu do Szamotuł swoje teksty i zdjęcia wysyłał do „Gazety Poznańskiej”, przez kilkanaście lat był korespondentem „Głosu Wielkopolskiego”. Jego zdjęcia zamieszczały też pisma „Przyroda Polska”, „Las Polski” i „Pszczelarstwo”. Od 1988 roku związał się z prasą regionalną i … złapał wiatr w żagle. Od 1992 roku był członkiem redakcji tygodnika (najpierw dwutygodnika) „Gazeta Szamotulska”. Można go było spotkać jako fotografa na miejskich uroczystościach i imprezach, pisał na bardzo różne tematy: o społecznych bolączkach, o zabytkach miasta, bardzo lubił spotykać się z ludźmi i przeprowadzać z nimi wywiady. Prowadził kilka rubryk: „Spacerkiem po Szamotułach”, „Podpatrzone, podsłuchane”, „Z ukosa”, podpisywał się często inicjałami mr, jako Zyta i Kos.

Miał duże poczucie humoru i nie wchodził w konflikty. Po prostu lubił ludzi, a ludzie lubili jego.

Agnieszka Krygier-Łączkowska


Zawsze z humorem. Fragment rodzinnego albumu, na dole informacja o usunięciu zęba

Marian Różański2019-09-18T11:47:51+00:00