About Agnieszka Krygier-Łączkowska

Autor nie uzupełnił żadnych szczegółów
So far Agnieszka Krygier-Łączkowska has created 340 blog entries.

Aktualności – styczeń 2022

Capella Samotulinus wprowadziła szamotulan w nowy rok

9 stycznia w szamotulskim kinie odbył się niezwykle udany koncert orkiestry kameralnej Capella Samotulinus, prowadzonej przez Remigiusza Skorwidera. Sala wypełniona była po brzegi, a ci, którym nie udało się zdobyć biletów, mogli śledzić relację online.

Koncert zatytułowany był „Perły Dunaju”, w jego programie znalazły się m.in. utwory Straussów, Montiego i Lehara. Jako solistki wystąpiły Marcelina Dera (skrzypce) i Agnieszka Halicka (śpiew).

O dobry nastrój, oprócz samej orkiestry, zadbał prowadzący koncert Piotr Witoń.

Zdjęcia SzOK


Wielkopolska każdego dnia

W styczniu zapraszamy do obejrzenia odcinków, w których znajdą Państwo, m. in., informacje o drukarni Józefa Kawalera (3.01), Xavierze Scharwence (6.01), Ludwiku Mycielskim (6.01), Janie z Szamotuł (9.01), Mariannie Orlik (14.01), młynie firmy Bracia Koerpel (15.01), chórze Lutnia (17.01), Annie Łubieńskiej (21.01), Romanie Mayu (24.01), Eliaszu Arystowie (26.01) i Cyrylu Sroczyńskim (27.01).

Link do programu: https://poznan.tvp.pl/55640115/wielkopolska-kazdego-dnia.



STYCZEŃ 2022


Imprezy i koncerty


Najbliższe



Minione


KINO

Aktualności – styczeń 20222022-01-16T15:38:55+01:00

Hubert Odwrot spełnia swe marzenia

Hubert Odwrot spełnia swe marzenia

Spełniliście w 2021 r. jakieś swoje marzenie? Hubert Odwrot, szamotulanin z pochodzenia, przebiegł kolejne maratony na kilku kontynentach, napisał i wydał książkę pt. „Obieganie świata”. Bieganie i podróże od kilkunastu lat są jego stylem życia.

Po maturze w Liceum Ogólnokształcącym w Szamotułach studiował historię na UAM. Rozpoczął pracę jako nauczyciel w jednej ze szkół w Trzciance, wkrótce jednak postanowił zmienić branżę. Lata 90. były czasem, kiedy w różnego rodzaju firmach czy rodzących się korporacjach chętnie zatrudniano historyków z wykształcenia, uważano bowiem, że jeśli ktoś dobrze opanował historię, nauczy się wszystkiego. Hubert Odwrot został menedżerem w branży budowlanej.


Po maratonie na Florydzie, styczeń 2020 r.


Najpierw bieganie pojawiło się jako sposób na odreagowanie stresów zawodowych. Bardzo szybko zauważył, że to najlepsze oczyszczenie głowy. 13 lat temu wpadł na pomysł przebiegnięcia maratonu w Poznaniu. Nie miał doświadczenia, nie było wtedy tylu poradników dla biegaczy, czy to w formie książkowej, czy w Internecie.

Po pierwszym maratonie doszedł do wniosku, że to nie może być koniec przygody. Nastąpiły kolejne: w Paryżu, Frankfurcie, na Bornholmie, w Bośni i Hercegowinie… Wtedy Hubert miał już pomysł na przebiegnięcie – o  ile zdrowie pozwoli – 100 maratonów. Potem idea ta została jeszcze doprecyzowana: maraton w każdym kraju europejskim (dotąd w 27) i na wszystkich kontynentach! Stąd wyprawy – na przykład – do Marrakeszu w Maroko, Vancouvcer w Kanadzie, Rio de Janeiro w Brazylii, Sydney w Australii, Dubaju w Emiratach Arabskich, Da Nang w Wietnamie. Śmieje się, że została mu jeszcze Antarktyda. Odbywają się tam dwa maratony rocznie, ale wyprawa ta leży raczej poza zasięgiem możliwości finansowych rodziny Odwrotów. Bo z pasją Huberta utożsamia się żona Anna, która na trasie wspiera męża technicznie, a po biegu razem przez kilka dni intensywnie zwiedzają dany kraj.


To zdjęcie z 2015 r. trafiło na okładkę książki Huberta Odwrota Obieganie świata, Zermatt Marathon, Mistrzostwa Świata w Maratonie Górskim


Najlepszy wynik Hubert Odwrot osiągnął w styczniu 2020 r. podczas maratonu na Florydzie – 2 godz. 58 minut, miał wówczas 48 lat. Do każdego maratonu przygotowuje się od 8 do 14 tygodni, co nie znaczy, że poza tym okresem nie biega. Najtrudniej – oczywiście – jest wyjść z domu. Codziennie przebiega od 10 do 12 km. To taka „porcja”, żeby utrzymać dobrą formę i zresetować się psychicznie. Od kilku lat Hubert Odwrot przewodniczy nieformalnemu klubowi biegaczy Team 3:33 – to ludzie różnych zawodów, którzy razem wyruszają na wyprawy i wzajemnie się wspierają, na początku grudnia wrócili np. z Kolumbii. Dla Huberta był to 74. maraton.

Pasja biegania zmieniła jego widzenie świata. Zetknął się z kompletnie różnymi obliczami islamu, najpierw w Maroko – kraju wielkich kontrastów kulturowych i ekonomicznych, potem w Omanie, gdzie islam zdecydowanie różni się od tego znanego nam z mediów, i w Emiratach Arabskich – świecie blichtru i bogactwa. Oglądał przestrzenie, na których silne piętno odcisnęły stosunkowo niedawne wojny, jak Sarajewo czy Wietnam. Zauroczyła go Australia i bardzo chciałby tam jeszcze wrócić. Za jedno z najpiękniejszych miejsc, które widział, uznaje Tanzanię – to przestrzeń dawnej, prawdziwej Afryki.


W Nairobii, 2017 r.


Każdą z wypraw planują z co najmniej kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Po przyjeździe do danego kraju najpierw jest start w maratonie, to ważne, bo przejście na miejscowe jedzenie, do którego nie jest się przyzwyczajonym, mocno osłabia organizm. Od czasu do czasu Hubert biega też maratony górskie, to biegi zajmujące około 7-8 godzin.

Książka pierwotnie miała powstać dopiero po 100 maratonach. Przyszła jednak pandemia, która najpierw całkowicie zatrzymała, a potem poważnie ograniczyła życie biegowe – imprez jest teraz dużo mniej, wprowadzane są niższe niż dawniej limity liczby uczestników. Hubert Odwrot pomyślał więc, że to najlepszy czas na napisanie książki. Nie jest to fachowa literatura dla biegaczy, bardziej zapis dziejów pewnej przygody, lektura dla tych, którzy pragną zwiedzić świat i potrzebują swego rodzaju świadectwa i zarazem podbudowy historyczno-geograficznej.


Helsinki, kilka godzin biegu w ulewie


Maraton to indywidualna długotrwała walka z własnymi słabościami. To równocześnie sport bardzo społeczny, bo biegacze wzajemnie się wspierają. Odkąd Hubert Odwrot dużo jeździ po świecie, można go uznać za swego rodzaju ambasadora naszego kraju w sporcie biegowym. Często zresztą zabiera ze sobą flagi – flagę polską, a jeszcze częściej inną, do której bardzo jest przywiązany jako historyk i po prostu Wielkopolanin – flagę Powstania Wielkopolskiego.

Agnieszka Krygier-Łączkowska


W Miami na Florydzie

Hubert Odwrot spełnia swe marzenia2021-12-31T10:38:37+01:00

Stulecie urodzin Janiny Foltynowej

O Janinie Foltynowej – w stulecie urodzin

100 lat temu – 27 grudnia 1921 r. – przyszła na świat Janina Foltyn z domu Judek, obdarzona wielką charyzmą znawczyni i propagatorka folkloru szamotulskiego. Była osobą o silnym charakterze, umiejącą pokonywać trudności, mówiła, że coś stworzyć lub zepsuć nie jest łatwo, ale utrzymać – to jest dopiero sztuka!

Urodziła się w rodzinie Kazimierza Judka (z zawodu szewca) i Stanisławy z domu Tecław w domu przy ul. Lipowej 9, była najstarsza z czterech sióstr. Kontakt z pieśniami, tańcami i obrzędami regionu szamotulskiego Janina miała od najmłodszych lat, ponieważ jej mama upinała czepce i wieńce weselne, często zabierała z sobą córkę na te uroczystości. Przed wojną przez jakiś czas Janina Judek tańczyła w szkolnym zespole prowadzonym przez Stanisławę Koputową. 

W czasie okupacji ojciec został wysłany na roboty przymusowe do Niemiec, jak dowiedziała się później rodzina, został aresztowany i zmarł na gestapo 18.02.1942 r. Od momentu wywiezienia ojca to na Janinę spadł obowiązek utrzymania domu. Pracowała wówczas w sklepie odzieżowym Jana Stelmaszyka (Rynek 27).

19 VIII 1945 r. Janina Judek wyszła za mąż za Mariana Foltyna (1920-1989), z zawodu brukarza. Tzw. portret zaręczynowy Janiny i Mariana wisi dziś w domu córki Urszuli Ćwirlej (ur. 1946), ich zdjęcie ślubne jest w posiadaniu syna Jerzego Foltyna (ur. 1950). Małżonkowie mieszkali najpierw w domu przy pl. Sienkiewicza 20. W tamtych latach w budynku usytuowano siedzibę miejskiego radiowęzła. Później przenieśli się na al. 1 Maja, a w 1964 r. zamieszkali we własnym domu przy ul. Wiśniowej.


Portret zaręczynowy Janiny Judek i Mariana Foltyna, 1945 r. Zdjęcie udostępniła Urszula Ćwirlej


Z inicjatywy Eleonory Jasiewicz, nauczycielki, córki legendarnego przedwojennego burmistrza Konstantego Scholla, a zarazem siostry pierwszego powojennego starosty, Józefa Scholla, zaledwie kilkanaście dni po zakończeniu niemieckiej okupacji (12.02.1945 r.) rozpoczęły się spotkania grupy miłośników pieśni i tańca regionu szamotulskiego – najpierw chętni przychodzili do mieszkania Janiny Judek, a potem rozpoczęto próby w Sali Sundmanna, najpierw jeszcze przy śpiewie, ponieważ nie było akompaniatorów. Była to początkowo grupa kilkunastoosobowa, która postawiła sobie zadanie – występ dla przebywających w Szamotułach żołnierzy. Do pierwszego dużego występu doszło krótko po zakończeniu wojny – 16 maja 1945 r. w Sali Sundmanna. Jak później wspominano, wzięły w nim udział ówczesne władze miasta i powiatu, przedstawiciele Rejonowej Komendy Uzupełnień i stacjonujących w Szamotułach wojsk radzieckich, a także mieszkańcy miasta. Miesiąc później ta sama grupa wystąpiła przed wojewodą Feliksem Widym-Wirskim, który przyjechał do Szamotuł podziękować mieszkańcom za chleb, dowożony do Poznania jeszcze w czasie trwania działań wojennych. Oba występy bardzo się publiczności spodobały, kończyły je liczne bisy.


Zespół z Janiną Foltynową w 1946 r. Zdjęcie z archiwum Zespołu Folklorystycznego „Szamotuły”


Przez co najmniej kilkanaście lat grupa Janiny Foltynowej używała nazwy Zespół Pieśni i Tańca Ligi Przyjaciół Żołnierza. Córka pani Janiny wspomina, jak w 1955 r. zespół otrzymał zaproszenie na V Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów w Warszawie, gdzie miał występować przez 3 dni. Po tym czasie zamiast szamotulan, do miasta dotarł… telegram z informacją, że występy tak się spodobały, że przedłużono je na kolejne dni (w sumie dwa tygodnie). Zespół zaczął otrzymywać nagrody, np. w 1957 r. w czasie Dni Szamotuł zaprezentował program „Taneczny obrzęd podkoziołka”, nagrodzony w czasie ogólnokrajowych eliminacji.

Kilka lat wcześniej, w 1950 r., Janina Foltynowa przygotowała pierwszą po wojnie inscenizację Wesela szamotulskiego – widowiska, do którego wracała jeszcze potem wielokrotnie. Ważna dla niej była inscenizacja z czerwca 1956 r., zaprezentowana podczas obchodów 500-lecia Szamotuł. Filmowego nagrania widowiska na kasetę dokonał Pałac Kultury w Poznaniu w 1992 r. Widowisko przedstawiano też z okazji jubileuszów zespołu: w maju 1975 r. występ odbył się przed Zamkiem Górków, a maju 1995 r. w hali Wacław (więcej o historii Wesela szamotulskiego w artykule http://regionszamotulski.pl/wesele-szamotulskie/).


W czasie Centralnych Dożynek w Warszawie, 1967 r. Zdjęcie z archiwum Zespołu Folklorystycznego „Szamotuły”


Należy pamiętać, że nie był to jedyny zespół folklorystyczny działający po wojnie w Szamotułach i okolicy; przede wszystkim wymienić tu trzeba grupę wybitnej regionalistki o pokolenie starszej od Janiny Foltynowej – Stanisławy Koputowej z domu Lech (1892-1959) czy szczególnie ważną dla folkloru muzycznego działalność kapeli braci Orlików.

Od lat 60. zespół folklorystyczny kierowany przez Janinę Foltynową, teraz już pod nazwą „Szamotuły” odnosił coraz większe sukcesy – bardzo dużo koncertował, zdobywał nagrody w ogólnopolskich konkursach, występował w wielu krajach. Jesienią 1970 r. zespół wraz z Janiną Foltynowa pojawił się na planie znakomitej komedii Tadeusza Chmielewskiego Nie lubię poniedziałku w reżyserii Tadeusza Chmielewskiego (1927-2016), twórcy m.in. bardzo popularnych komedii Jak rozpętałem II wojnę światową (1969) i Gdzie jest generał (1963). Zespół prowadzony przez Janinę Foltyn został wybrany przez filmowców spośród najlepszych grup folklorystycznych, które latem tego roku brały udział w zgrupowaniu przed dożynkami. Film miał premierę w 1971 r.


W czasie realizacji filmu Nie lubię poniedziałku, 1970 r. Oprócz Janiny Foltynowej są na tym  zdjęciu aktorzy grający w filmie, regionalista Romuald Krygier i zespół „Szamotuły”. Zdjęcie – własność Agnieszka Krygier-Łączkowska


Sama pani Janina w latach 1968-1980 pracowała jako instruktor przy realizowaniu programu artystycznego kolejnych Dożynek Centralnych. Kierowała nie tylko zespołem „Szamotuły”, ale również zespołami w Pamiątkowie, Baborówku, Gałowie, Dusznikach, Lubaszu, a nawet w odległej Chociczy. W samych Szamotułach prowadziła jeszcze zespoły szkolne: w Liceum Ogólnokształcącym i Technikum Rolniczym oraz grupę folklorystyczną przy Domu Dziecka.

Wykonywała stroje szamotulskie: czepki, kryzy, obszycia chust, zajmowała się też ich renowacją. Otrzymała wiele nagród indywidualnych, z najważniejszą w środowisku znawców folkloru – Nagrodę im. Oskara Kolberga (1994). Była wspaniałą choreografką i znakomitą tancerką cenioną przez znawców folkloru. Jej popisowym tańcem był „Polka kulawa”.

Zespół folklorystyczny stanowił bardzo ważną część życia Janiny Foltynowej. To w zespole córka Urszula poznała swojego przyszłego męża – Edmunda Ćwirleja (1934-1994), świetnego odtwórcę roli Faktora w Weselu szamotulskim i długoletniego prezesa zespołu. Swoich przyszłych małżonków w zespole poznało ponad 50 innych par (licząc tylko do 1995 r.). W „Szamotułach” tańczył też syn i synowa oraz troje wnuków: Agnieszka Ćwirlej, Anna i Maciej Foltynowie.


Wesele szamotulskie, lata 80. Z przodu troje wnuków Janiny Foltynowej. Zdjęcie z archiwum Zespołu Folklorystycznego „Szamotuły”


Janinę Foltynową, popularną „Babcię”, cechowała niezwykła siła charakteru. Wymagała od innych, ale przede wszystkim od siebie. Radziła sobie w każdej sytuacji, nie do zniesienia była dla niej bezczynność. Kiedy ze względu na cukrzycę doszło u niej do amputacji części nogi, trudno jej było wytrzymać czas do założenia protezy, ale problemu nie stanowił już wyjazd z protezą na występy zespołu do Brazylii! A miała już wtedy prawie 83 lata.

Zmarła 30 kwietnia 2008 r. i spoczęła na szamotulskim cmentarzu. Janinę Foltynową, zgodnie z jej wolą, pochowano w stroju szamotulskim. W posiadaniu rodziny pozostał jednak inny, prywatny strój pani Janiny. Niektóre jego elementy (np. jedwabnica) mają ponad 100 lat, inne wykonała sama właścicielka. Z inicjatywy syna Jerzego Foltyna ten strój w 100-lecie urodzin Janiny Foltyn trafił do Muzeum – Zamku Górków. W czasie uroczystości z udziałem władz miasta i powiatu burmistrz Włodzimierz Kaczmarek przekazał na ręce rodziny przyznaną Janinie Foltynowej statuetkę „Wieża”. Należy dodać, że po raz pierwszy nagroda ta została przyznana pośmiertnie.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Janina Foltynowa, lata 60.

Zespół prowadzony przez Janinę Foltyn przy Liceum Ogólnokształcącym w Szamotułach, połowa lat 60. Na zdjęciu uczniowie: Urszula Foltyn, Jolanta Kaczmarek, Wojciech Balcerowiak, Mirosława Bartoszewska, Barbara Sadecka, Henryka Madej, Gabriela Skrzypczak, Edward Sundman, Ryszard Jeżyński, Michał Linda, Maciej Cieciora, Zygmunt Brzeziński. Zdjęcie – własność Liceum im. ks. Piotra Skargi w Szamotułach.

W czasie realizacji filmu Nie lubię poniedziałku z aktorami Mitchellem Kowallem i Lechem Ordonem, regionalistą Romualdem Krygierem i członkami zespołu szamotulskiego. Zdjęcie – własność Agnieszka Krygier-Łączkowska

Lata 70. Zdjęcie z archiwum Zespołu Folklorystycznego „Szamotuły”

Pocztówka, lata 80.

Podczas Centralnych Dożynek w Szamotułach, 1986 r.

Początek lat 90. Zdjęcie z publikacji Urszuli Ćwirlej, 50 lat Zespołu Folklorystycznego „Szamotuły”, Szamotuły 1995

W czasie Międzynarodowego Festiwalu Folkloru w Turcji, 2007 r. Od lewej – choreograf zespołu z Korei, Janina Foltynowa, Aleksandra Słomińska (długoletnia opiekunka zespołu z ramienia Szamotulskiego Ośrodka Kultury), Roman Lembicz. Własność zdjęcia – Aleksandra Słomińska

Od 2018 r. imię Janiny Foltynowej nosi rondo przy zbiegu ulic Lipowej, Kolarskiej i św. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego w Szamotułach.

Strój Janiny Foltyn przekazany do Muzeum – Zamku Górków

Stulecie urodzin Janiny Foltynowej2021-12-28T17:43:55+01:00

Antoni Dehmel we wspomnieniach syna Bogdana

Wspomnienia Bogdana Dehmela

Nazwisko Dehmel jest – oczywiście – niemieckie, tak z pisowni, jak i z wymowy z racji wydłużającego niemieckiego „h”. Takie nazwisko nosił również jeden z niemieckich pisarzy imieniem Richard, żyjący na przełomie XIX i XX w. To nazwisko było jakby cieniutką błonką na korzeniach mego rodu, bo ich rdzeń, a także wyrosłe z nich drzewo, pozostaje do głębi polskie.

Antoni Dehmel, mój ojciec, urodził się 4 czerwca 1877 r. w Poznaniu. Moim dziadkiem, a ojcem Antoniego, był Adam, urodzony w 1845 r. w Świątnikach niedaleko Rogalina, a zmarły w kwietniu 1880 r., z zawodu budowniczy. Jego żoną była Rozalia z domu Cypricka, urodzona w 1854 r. Poznaniu, a zmarła w 1879 r. Z tej rodziny pozostał tylko mój ojciec, gdyż młodszy jego brat urodził się w lipcu 1879 r. i zmarł miesiąc później. Mego ojca, wówczas dwuletniego sierotę, przyjęli do swego domu Wojciech i Michalina Kostrzewscy, mieszkający nieopodal pl. Kolegiackiego przy ul. Za Bramką. Ojciec ukończył Gimnazjum Realne Bergera przy ul. Strzeleckiej, przechodząc od oktawy do primy [numeracja klas ośmioklasowego gimnazjum: najniższa klasa ósma (oktawa), najwyższa – pierwsza (prima)].


Dawne Gimnazjum Realne Bergera w Poznaniu, ul. Strzelecka. ok. 1910 r. Była to pierwsza poznańska szkoła tego typu, stworzona przez niemieckiego przemysłowca i kupca Gotthilfa Bergera, który przekazał miastu 50 tysięcy talarów na budowę szkoły, zastrzegając, że mają do niej chodzić zarówno niemieccy, jak i polscy uczniowie. W szkołach realnych kładziono nacisk na przedmioty przydatne w późniejszej pracy w kupiectwie i przemyśle. Źródło zdjęcia: Fotopolska


Z początkiem lat 1900 razem z przybranymi rodzicami przeniósł się do Koźmina Wielkopolskiego i rozpoczął pracę w handlu. Wkrótce, bo już w 1905 r., został członkiem kierownictwa miejscowego „Rolnika” – polskiej spółdzielni rolniczo-handlowej. Niebawem umarł ojczym, a żona i pasierb pozostali w kupionym po przybyciu do Koźmina dworku o łamanym polskim dachu i kolumnach przy podjeździe. Była to, pochodząca z czasów króla Stanisława Leszczyńskiego, tzw. rezydencja kawaleryjska, położona niedaleko koźmińskiego zamku – dziedzictwa Górków i Przyjemskich.

W 1907 r. Antoni ożenił się z Weroniką Szczepecką, córką kupca kolonialnego Józefa i Marianny z domu Kręgielskiej. Młodzi poznali się w chórze parafialnym, którego próby odbywały się w Bibliotece Czytelni Ludowych. Proboszczem koźmińskiej fary był wówczas prałat ks. Stanisław Łukomski, późniejszy biskup łomżyński. Antoni znajdował też czas i chęć na pracę w Towarzystwie Gimnastycznym „Sokół”, był w nim członkiem okręgu ostrowskiego. Pamiętam, że w tzw. odświętnym pokoju za narzutą nad leżanką przechowywano sztandar „Sokoła”. Ze ślubu zachowały się oryginalne telegramy gratulacyjne pełne polskiej treści – niemało nabiedził się „Postbeamter”, aby polskie słowa pisać z niemiecka.


Antoni Dehmel na fotografiach z 1902 r. i 1912 r.


W 1909 r. urodził się pierwszy syn, któremu nadano imię „Jarogniew”. Miało to głęboki sens. Było wybiegiem niepozwalającym na napisanie w dokumencie urodzenia imienia w niemieckim tłumaczeniu. Chodziło o zachowanie polskiego czy słowiańskiego brzmienia, co przy niemieckim nazwisku nie było w polskim środowisku bez znaczenia. Stąd moje imię brzmi „Bogdan”, a dla zachowania tradycji moja córka to „Ludomira” [ur. 1946], a syn „Jaromir” [ur. 1948]. W czasie okupacji niemało nasłuchałem się uwag, skąd przy niemieckim nazwisku takie imię.

A i nazwisko stwarzało kłopoty. Przy wystawianiu po wojnie dowodu osobistego też chciano zmienić jego pisownię i odrzucić nieme „h” lub zmienić je na „j”, czy wreszcie całkowicie pominąć. Nie godziłem się na to, bo z takim nazwiskiem moi rodzice zawsze byli Polakami. Z takim nazwiskiem w 1910 r. mój ojciec wraz ze szwagrem Antonim przez zieloną granicę koło Mysłowic, gdzie zbiegały się granice trzech zaborów w tzw. „Dreikaiserecke”, przedarli się do Krakowa na uroczystości odsłonięcia pomnika Grunwaldzkiego. Z takim nazwiskiem mój brat Jarogniew we wrześniu 1939 r. zginął bez śladu pod Lwowem jako porucznik wojsk łączności.


Przed nieistniejącym domem w Koźminie. Weronika Dehmel z mamą Marianną Szczepecką i dziećmi, ok. 1921 r.


Urodziłem się w 1911 r., w 1914 r. przyszła na świat siostra Zofia. W 1917 r. zostałem uczniem szkoły powszechnej w Koźminie – Katolische Schule zu Koschmin. Nauczycielką pierwszej klasy była Freulein Knop, a kierownikiem szkoły Schulinspektor Koralewski, który znalazł się w Koźminie po słynnym strajku dzieci wrzesińskich. Nieraz z kolegami dostawaliśmy w łapy za polską mowę.

Przyszedł czas pierwszej wojny światowej. Bracia mojej matki – Szczepeccy, jak „Bartki Zwycięzcy”, poszli z woli Wilhelma II na front. Antek zdobył postrzał w łopatkę, Wiktor został zasypany przy wybuchu granatu, ale go odgrzebano i obaj poszli na tyły. Władek z przestrzeloną szczęką znalazł się we francuskiej niewoli i w 1920 r. – po pobycie w obozie w Le Puy-en-Velay – wrócił do domu.

Gdy nie wiodło się boszom pod Verdun, nad Sommą czy Marną, w 1916 r. powołano także mojego ojca do tzw. Landsturmu, a ponieważ chorował, zwolniono go po pobycie w szpitalu. Otrzymał jednak jeden warunek: nie ma powrotu do Koźmina!


Legitymacja posła na Sejm Dzielnicowy, grudzień 1918 r.


I tak zaczęła się wędrówka naszej rodziny. Najpierw – w 1918 r. – był Krzywiń w powiecie kościańskim i nadal praca w tamtejszym „Rolniku”, no i oczywiście polskie kontakty. Stąd udział ojca w delegacji powiatowej na Sejm Dzielnicowy w Poznaniu. Ze względu na konieczność nauki synów w styczniu 1919 r. rozpoczął pracę w „Rolniku” w Środzie, a w sierpniu tego samego roku przeniósł się do Poznania.

Najpierw przez ponad rok był zatrudniony w Banku Zbożowym SA, gdzie kierował handlem i księgowością. W październiku 1920 r. przeszedł do Poznańskiego Związku Ziemian SA. Sprawował tam kolejno funkcje szefa księgowości, prokurenta i wicedyrektora. Jego specjalnością stały się prace bilansowe.

Po redukcji i krótkim okresie bezrobocia wrócił do pracy w spółdzielczości i do końca 1929 r. pracował jako rewizor ksiąg handlowych w Związku Spółdzielni Zarobkowych i Gospodarczych – w tzw. Patronacie. Z polecenia tego Związku od stycznia 1930 r. objął stanowisko członka zarządu Rolnika. Jego zadaniem było uporządkowanie stanu finansowego i organizacyjnego tej spółdzielni. Na tym stanowisku pracował do kwietnia 1933 r., kiedy to nastąpiła likwidacja przedsiębiorstwa. W ówczesnym ogólnym kryzysie Patronat nie znalazł dla niego innego miejsca pracy.


Antoni Dehmel z innymi członkami „Sokoła”, ok. 1918 r.


W tej sytuacji przeniósł się do Kórnika, gdzie objął stanowisko głównego księgowego w Zakładach Fundacji Kórnickiej, stworzonej przez ofiarność hr. Zamoyskiego. W styczniu 1935 r. warunki pracy znowu uległy pogorszeniu. I tu znowu zabrakło miejsca dla poznaniaków. Przyszli inni, między innymi brat ówczesnego prezydenta Ignacego Mościckiego.

Na szczęście przypomniał sobie o nim Patronat i skierował go na podupadłą placówkę, jaką był wówczas Bank Ludowy w Szamotułach. Pracował tam od marca 1935 r. do wybuchu wojny, najpierw jako lustrator, a potem dyrektor.

W czasie okupacji ojciec, usunięty z banku, pracował jako biuralista w niemieckiej spółdzielni rolniczej Ein- Und Verkausverain in Samter. Te lata to także pogorszenie się stanu jego zdrowia, na co wpływ wywarła konfiskata mieszkania z umeblowaniem i ciągłe zmiany lokum na coraz to gorsze. Zmarł w sierpniu 1945 r. i spoczął na cmentarzu w Szamotułach.


Rodzeństwo Dehmelów w latach gimnazjalnych


Nasz ojciec zrobił dla nas bardzo wiele: dał nam wykształcenie, nauczył pracy nie tylko dla siebie, uczył nas kochać swoją Ojczyznę. Bardzo ważne stało się dla niego harcerstwo, z którym zetknął się w roku 1922, kiedy to mój brat Jarogniew wstąpił do 16 Poznańskiej Drużyny Harcerzy im. gen. Józefa Bema. Z inicjatywy mojego ojca w roku 1926 zawiązało się Koło Przyjaciół Harcerzy przy 16-tce. Do pracy w Kole przyciągnął wielu spośród rodziców harcerzy: Gąsiorowskich, Milewskich, Elbanowskich, Szanców i wielu innych. Rozwinęło ono szeroką działalność, szczególnie w zakresie pomocy materialnej na rzecz organizowania akcji letnich.

Ideologia harcerska pociągnęła go tak dalece, że poddał się kolejno próbom harcerskim, aż do uzyskania stopnia harcerza Rzeczpospolitej. Jako inicjator tzw. zastępu Mamutów brał udział w obozach, uzyskał też wiele sprawności. Był zapalonym amatorem fotografem, wykonał bardzo dużo zdjęć z naszych obozów. Swój okres czynnej pracy harcerskiej zakończył w 1933 r. na skutek wyjazdu z Poznania, ale zawsze pozostał wielkim sympatykiem tej organizacji.

Z nim poznawaliśmy nasz kraj. Pieszo z Torunia do Kartuz, po drodze nadwiślańskie stare polskie grody, potem Gdynia budowana przez inż. Eugeniusza Kwiatkowskiego. Widzieliśmy pierwszy pełnomorski statek SS Kentucky, który w sierpniu 1923 r. zawinął do tego pierwszego w pełni naszego portu morskiego. Dalej była wędrówka z Kępna do Żywca, było i Wilno, i hen daleko nad Dniestr za Lwów. Różne jednak były moje odczucia co do polskości wschodnich rubieży międzywojennej Polski. I te, których doznałem na Pokuciu, i te, które odniosłem, gdy w 1938 r. za pracą znalazłem się w Brześciu nad Bugiem.


Antoni Dehmel z żoną Weroniką i córką Zofią w czasie okupacji w Szamotułach, 1943 r.


Rozalia z Cypryckich i Adam Dehmelowie – rodzice Antoniego, przed 1879 r.

Weronika Dehmel z domu Szczepecka (1885-1961)

Antoni Dehmel z braćmi żony: Antonim i Władysławem Szczepeckimi, ok. 1912 r.

Antoni Dehmel w mundurze Landsturmu, 1915 r.

Bogdan i Jarogniew Dehmelowie, ok. 1915 r.

Szkoła w Koźminie, na zdjęciu Jarogniew lub Bogdan

W Koźminie. Marianna Szczepecka (w środku zdjecia) z córkami Martą i Weroniką Dehmel oraz dziećmi Weroniki: Bogdanem, Zofią i Jarogniewem, ok. 1916 r.

Książeczka harcerska Antoniego Dehmela, lata 20. XX w.

Antoni Dehmel jako harcerz, 1929 r.

Bogdan, Zofia i Jarogniew Dehmelowie w czasie wypraw turystycznych po Polsce, 1923 r.

Gdynia, 1923 r.

Weronika Dehmel z dziećmi, 2. połowa lat 20. XX w.

Antoni Dehmel w czasie wędrówki w górach, połowa lat 20. XX w.

Weronika i Antoni Dehmelowie z córką Zofią, Szamotuły 1936 r.

Po ukończeniu gimnazjum humanistycznego im. I.J. Paderewskiego w latach 1933-34 odbyłem obowiązkową służbę wojskową w 57 Pułku Piechoty i 58 Pułku Piechoty – w podchorążówce i w pułku. Po przejściu do cywila zacząłem studiować chemię na Uniwersytecie Poznańskim, dojeżdżając do Poznania z Szamotuł. Studia przerwałem w związku z dużymi wydatkami rodziców związanymi z nauką starszego brata na Politechnice Gdańskiej.

Trochę pracowałem, za przyczyną Zygmunta Langa – kolegi z drużyny harcerskiej, w Komendzie Chorągwi, w Wydziale Obozów i Turystyki. Potem zaproponowano mi wyjazd do Brześcia nad Bugiem, gdzie major Józef Ratajczak, też harcerz, potrzebował ludzi do pracy w tamtejszej Komendzie Chorągwi, oferując zarazem posadę w Wojewódzkim Biurze Funduszu Pracy. Zdecydowałem się przyjąć tę propozycję także dlatego, żeby zejść z garnuszka rodziny. Pojechałem tam w maju 1938 r., posadę objąłem, a w Komendzie trafiłem na takie wzajemne rozrabianie, że po pół roku pożegnałem to bractwo.

Pracę miałem dobrą – jako inspektor zatrudnienia bezrobotnych na robotach wojskowych w Małaszewicach i poligonie brzeskim, finansowanych częściowo przez Wojskowe Biuro Funduszu Pracy. Na początku 1938 r. otrzymałem nominację na podporucznika rezerwy, a pod koniec tego samego roku odbyłem ćwiczenia oficerskie podczas niefortunnej wyprawy na Zaolzie.  


Bogdan Dehmel (pierwszy z prawej) w czasie ćwiczeń wojskowych, 1936 r.


W styczniu 1939 r. ze względu na zmianę miejsca zamieszkania z Poznania na Brześć nad Bugiem odebrano mi kartę mobilizacyjną w celu zamiany przydziału służbowego z 58 Pułku Piechoty na 82 Pułk Piechoty w Brześciu nad Bugiem. Zmiana ta jednak z nieznanych mi przyczyn nie doszła do skutku przed wrześniem 1939 r., a moje zgłoszenie się do Rejonowej Komendy Uzupełnień w Brześciu spełzło na niczym, bowiem w dniu 2 września 1939 r. RKU się ewakuowało i nikt nie interesował się takimi jak ja „luzakami”.

W sierpniu 1939 r., w porze narastających zagrożeń, ożeniłem się z Poznanianką – Jadwigą z domu Szczepańską. Moja żona była córką Bolesława, mistrza kowalskiego pracującego w warsztatach kolejowych w Poznaniu, członka POW i powstańca wielkopolskiego, oraz Moniki z domu Grzesik – Ślązaczki. Przyszła na świat w Berlinie, gdzie przez jakiś czas pracował jej ojciec.


Bogdan Dehmel z Jadwigą Szczepańską, późniejszą żoną


W Brześciu zjawili się Rosjanie. Mój sąsiad, pracownik elektrowni, pociągnął mnie tam do pracy, oczywiście w charakterze robotnika. Zacząłem od układania kabli, a z czasem wyszedłem i na słupy, by zakładać przewody. Awansowałem dalej na montera licznikowego, a wreszcie na inkasenta. Nauczyłem się mówić i pisać po rosyjsku. Życie było niełatwe, wyprzedałem prawie całe wyposażenie domu. W 1941 r. liczyłem się z tym, że możemy być wywiezieni na Wschód.

Na szczęście nowy konflikt [atak Niemiec na ZSRR] zażegnał to zagrożenie i zaczął się nowy czas. Pozostałem w elektrowni, a znajomość niemieckiego awansowała mnie na kierownika kancelarii i tłumacza. Było już trochę lepiej, bo i żona, też znająca język, podjęła pracę tłumaczki.

W maju 1944 r. przedostałem się do Generalnego Gubernatorstwa. Obawiałem się, że zostanę oskarżony o sabotaż w związku z uszkodzeniem zasilania energetycznego szpitala wojskowego, choć w rzeczywistości doszło do niego podczas ćwiczeń strzeleckich niemieckich oddziałów. Zamieszkałem u wujostwa w Częstochowie, wysiedlonych tam tylko z podręcznymi zawiniątkami. Wcześniej schroniła się u nich – jako pomoc domowa – moja siostra Zofia, która chciała uniknąć wywiezienia do Rzeszy. W Częstochowie pracowałem również w tamtejszej elektrowni. Okres pracy w Brześciu to czas ciągłego przeszkadzania okupantowi przez „prywatne” włączanie do sieci wielu domów mieszkalnych rozmyślnie wyłączonych, by zapewnić dostateczną ilość energii placówkom niemieckim. W Częstochowie zajmowałem się rozdziałem artykułów żywnościowych i przemysłowych na tzw. „Bezugscheiny” oraz wystawiałem zaświadczenia o zatrudnieniu, chroniące przed wywozem do Rzeszy, nie zawsze osobom zatrudnionym w elektrowni.


Bogdan Dehmel przy planach bazy Gminnej Spółdzielni w Szamotułach, początek lat 70.


W połowie marca 1945 r. wróciłem z żoną do Szamotuł, by zacząć niemal nowe życie. Pracę podjąłem w starostwie, a po pół roku, wzorem ojca, zatrudniłem się w „Rolniku” w Szamotułach, wchłoniętym w 1948 r. przez spółdzielczość „Samopomocy Chłopskiej”. Zaczynałem jako praktykant, a skończyłem w roku 1976 jako prezes zarządu Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” w Szamotułach i po siedemnastoletnim pełnieniu tej funkcji.

Prawie cały czas mojej pracy w Gminnej Spółdzielni poświęciłem na budowę bazy magazynowej i handlowej, przebrnąwszy jakoś szczęśliwie przez wszystkie ekonomiczne, polityczne i społeczne pomysły minionej ery, a także wszystkie reorganizacje.

Bogdan Dehmel


Szamotuły, kamienica, w której mieszkała rodzina Dehmelów (Rynek 7). W czasie procesji Bożego Ciała, krótko przed II wojną światową.

Książeczka wojskowa Jarogniewa Dehmela, nieznana ręka wpisała do niej „poległ pro patria [za ojczyznę], Lwów 13 września 1939 r. Okoliczności śmierci i miejsce pochówku nie są znane. Książeczkę ktoś w czasie okupacji przysłał do rodziny Dehmelów w Szamotułach.

Jubileusz 100-lecia Banków Spółdzielczych, za stołem prezydialnym Bogdan Dehmel, obok Marian Dobkowicz. szamotuły, 1966 r.

Wyjazd pracowników Banku Spółdzielczego nad morze

Szamotuły, na górce koło cmentarza z modelem szybowca, ok. 1959 r. Od lewej: Antoni Żuromski, Andrzej J. Nowak, Jaromir Dehmel

Przed wyprawą motocyklową, 1965 r. Przy skuterze „Osa” stoi Jaromir Dehmel, za kultowym motocyklem tamtych czasów SHL 175 stoją Krzysztof Szut, Andrzej J. Nowak i Stanisław Żuromski.

Zdjęcia udostępnili Ludomira Kieliba, Jaromir Dehmel i Andrzej J. Nowak

***

Bogdan Dehmel zmarł w 1990 r. Praca w Gminnej Spółdzielni była, jak wspominają jego dzieci, ważną częścią jego życia. Spółdzielnia miała wiele sklepów w okolicznych wsiach, w samych Szamotułach w 1972 r. dysponowała dwoma magazynami zbożowymi, masarnią, piekarnią, 6 punktami skupu i 7 sklepami. Bogdan Dehmel był dumny ze stworzonej za czasów jego prezesury bazy przy ul. Rzecznej. Na emeryturze pracował jeszcze na pół etatu jako doradca prezesa GS, przez wiele lat był członkiem Rady Nadzorczej Banku Spółdzielczego.

Z czasów młodości pozostała mu miłość do wycieczek, bardzo też lubił opowiadać o dawnych wędrówkach po kraju. Dzieci Bogdana Dehmela konsekwentnie do dziś mówią o ojcu „Bohun” – to jego pseudonim z czasów harcerstwa. Dużo czytał, zbierał znaczki i był członkiem Polskiego Związku Filatelistycznego. Działał również w Klubie Motorowym i uczestniczył w organizowanych na stadionie próbach sprawnościowych. Miał przedwojenny polski motocykl SHL, który – jak wspomina Andrzej J. Nowak, szkolny kolega Jaromira i sąsiad z kamienicy Rynek 6, nieustannie rozkręcał „na czynniki pierwsze” i regulował przed garażem na podwórzu banku. Podobny los spotykał potem nowiutki skuter marki „Osa”, który zastąpił starą SHL-kę. 

Największą jego pasją było modelarstwo. Zaczął od kartonowych modeli wycinanych z popularnego wówczas miesięcznika „Mały Modelarz”. Mebelki dla lalek, które wykonał dla córki Ludomiry, rodzina przekazała do muzeum. Syn Jaromir przejął po ojcu zamiłowanie do modelarstwa i przechowuje zrobiony przez „Bohuna” wiatrak, ciężarówkę do ciągnięcia na sznurku oraz kolejkę. Na emeryturze Bogdan Dehmel zainteresował się genealogią.

Żona Bogdana Jadwiga przed wojną pracowała w Banku Kwilecki-Potocki, w czasach szamotulskich przez jakiś czas była zatrudniona w olejarni. Lubiła haft i szydełkowanie. Zmarła 7 lat przed mężem – w 1983 r.

Bogdan i Jadwiga Dehmelowie, a także Antoni i Weronika spoczywają na cmentarzu w Szamotułach.

Antoni Dehmel we wspomnieniach syna Bogdana2021-12-23T12:14:13+01:00

Strona główna – grudzień 2021


DAWNE SZAMOTUŁY

Trwa remont płyty szamotulskiego Rynku. Zdjęciaz 30.10.2021 r. – Łukasz Wlazik


Jak to z tym brukiem było?

Na prośbę czytelników, obserwujących rewitalizację Rynku w Szamotułach, zamieszczamy kilka informacji o jego nawierzchni.

Na pocztówkach i zdjęciach z początku XX w. widać, że Rynek był wybrukowany. Nie była to jednak jeszcze regularna granitowa kostka, lecz kamień polny, czyli tzw. kocie łby. Z Indagandy, dokumentu sporządzonego dla miast, które po II rozbiorze Polski trafiły pod władzę pruską, wynika, że w 1793 r. taki bruk leżał na wszystkich drogach ówczesnych Szamotuł (dziś to ścisłe centrum z Rynkiem i sąsiednimi ulicami). Remonty tych bruków trzeba było regularnie przeprowadzać, w okresie międzywojennym władze miasta sezonowo zatrudniały do tego typu prac osoby bezrobotne.


Z lewej – wejście na Rynek od strony ul. Wronieckiej – widoczny polny bruk. Z prawej Rynek na początku lat 60. XX w. – od strony zachodniej kostka granitowa, dalej bruk polny.


Większy remont Rynku i sąsiadujących z nim ulic przeprowadzono w latach 1919-25, wszystkie ulice zostały przebrukowane, uzupełniono też chodniki. Szamotulskie chodniki, co widać na najstarszych pocztówkach z przełomu XIX i XX w., były to duże kamienne płyty po bokach z mniejszymi kamieniami polnymi. Do dziś taki chodnik zachował się częściowo na ul. Wronieckiej (po lewej stronie za ul. Kościelną), szkoda, że w innych miejscach zastąpiły go betonowe płytki chodnikowe lub betonowa kostka (tzw. pozbruk).

Granitowa kostka pojawiła się na szamotulskim Rynku w końcu lat 50. XX w. Niektórzy szamotulanie wspominają, jak układali ją szamotulscy brukarze: Marian Foltyn (mąż Janiny), Stanisław Paszke i Wacław Wituchowski. Kostka nie objęła jednak całego Rynku, zaczynała się po północnej stronie przed zegarem, biegła po zachodniej stronie do ul. Dworcowej, na reszcie powierzchni nadal leżał bruk z kamienia polnego. Do 1962 r. na Rynku działał targ: kramy stawały po stronie wschodniej, a wozy konne w okolicach zegara, w tamtym roku przeniesiono go na miejsce po dawnej synagodze. W latach 70. na pozostałej części Rynku – północnej i wschodniej – stary bruk zastąpiono częściowo kostką granitową, a na reszcie położono betonowe sześciokątne bloczki – trylinkę.


Zdjęcia z końca października 2021 – po zdjęciu kostki widać warstwę bruku polnego.


W czasie trwającego od początku października tego roku remontu granitowa kostka stopniowo jest zdejmowana, jednak na Rynek ma powrócić. W niektórych miejscach widać, że kładziono ją na wcześniejszej warstwie bruku z kamienia polnego (popatrzcie na zdjęcia). Nas najbardziej poruszył widok starego bruku polnego przy murze, gdzie rozstrzelano pięciu mieszkańców Otorowa. To właśnie tamten bruk był świadkiem ich egzekucji.


Region

Cmentarz kalwiński w Orzeszkowie koło Kwilcza – to miejsce warto odwiedzić!

Na cmentarzu w Orzeszkowie pochowanych jest kilka osób związanych z powiatem szamotulskim. Przede wszystkim trzeba wymienić Adama i Zygmunta Kurnatowskich (herbu Łodzia) z Pożarowa, spoczęła też tutaj – zmarła w Oporowie – Franciszka Persoy (1800-1886), jak głosi napis: „Cudzoziemka / poświęciła / od 1820 roku / życie swe familii / Jenerałowej / Dąbrowskiej”.

Adam Kurnatowski (1733-1818) został przedstawiony w inskrypcji łacińskiej jako „najlepszy człowiek, obywatel, ojciec, przez wszystkich opłakiwany”. Pełnił funkcję deputowanego trybunału piotrkowskiego, był nie tylko właścicielem wspomnianego już Pożarowa, ale także Chalina, Charcic i samego Orzeszkowa, gdzie pełnił funkcję seniora zboru.



Kontrowersyjną postacią był Zygmunt Aleksander Kurnatowski, syn Adama i Elżbiety Anny z Unrugów (to też kalwińska rodzina), urodzony w Pożarowie w 1778 r. Na kamiennym krzyżu umieszczono tylko jego imię i nazwisko, rok śmierci oraz informację: „Generał wojsk polskich”. Karierę wojskową Zygmunt Kurnatowski rozpoczął w armii pruskiej, podczas powstania wielkopolskiego w 1806 r. wstąpił – do powstającego u boku Napoleona – wojska polskiego (pułku kawalerii „Dzieci Poznańskich”). To właśnie w czasach napoleońskich dosłużył się stopnia generała, otrzymał Virtuti Militari (1808) i Legię Honorową (1809, 1813). Walczył – m.in. – pod Gdańskiem i Frydlandem (1807), Raszynem, Ostrówkiem i Baranowem (1809), odznaczył się w bitwie pod Lipskiem (1813). W czasie kampanii francuskiej w 1814 r. dowodził brygadą kawalerii polskiej, poprowadził wówczas zwycięską szarżę jazdy polskiej pod Saint-Dizier nad Marną. W czasie pożegnania Napoleona z armią otrzymał od niego w prezencie złoty zegarek. W czasach napoleońskich Kurnatowski postrzegany był jako odważny patriota.

Następnie dowodził 1 Pułkiem Strzelców Konnych Gwardii – jednostką Armii powstałego po kongresie wiedeńskim Królestwa Polskiego. W latach przed wybuchem powstania ujawniło się bezwzględne oblicze Zygmunta Kurnatowskiego. Był członkiem Sądu Wojskowego, który m.in. skazał Walerego Łukasińskiego, całkowicie podporządkował się księciu Konstantemu (bratu cara) i został jego zaufanym człowiekiem.        

Był zdecydowanym przeciwnikiem powstania listopadowego. Stanął u boku księcia Konstantego, na stronę rosyjską przeciągnął jeden z polskich pułków, a nawet walczył przeciwko powstańcom w Warszawie, za co – kilka dni później – ledwo uniknął samosądu warszawiaków. Musiał wtedy złożyć przysięgę, że nigdy nie wystąpi przeciwko Polakom. Po upadku powstania na krótko wrócił do armii rosyjskiej, a następnie przeszedł na emeryturę. Pełnił różne funkcje publiczne, zajmował się również działalnością charytatywną. Zygmunt Kurnatowski zmarł w Warszawie w 1858 roku, gdzie na polecenie cara urządzono mu uroczysty pogrzeb. Następnie szczątki przeniesiono na cmentarz w Orzeszkowie.



Pałac w Pożarowie wzniesiono właśnie za czasów Zygmunta Aleksandra Kurnatowskiego, a jego syn Stanisław (1823-1912), obiekt rozbudował. Sam Stanisław w 1889 r. przeszedł na katolicyzm, został ochrzczony w kościele w Biezdrowie i tam spoczął w – zbudowanej w końcu XIX w. – rodzinnej krypcie.

Adam i Zygmunt Aleksander Kurnatowscy spoczęli na cmentarzu w Orzeszkowie w pojedynczych grobach. Znajduje się tam również, odnowiony w 2019 r., nagrobek architektoniczny w formie ażurowej ściany, w którym spoczywa, m.in., Apolinary Kurnatowski z Chalina (1802-1868) – wnuk Adama i bratanek Zygmunta. W przeciwieństwie do stryja Zygmunta w 1830 r. przyłączył się do powstańców i walczył w bitwach o Olszynkę Grochowską, pod Wawrem, Ostrołęką i Nurem. W 1846 r. został aresztowany w związku z udziałem w przygotowaniach do kolejnego powstania i był sądzony w procesie berlińskim, a w 1848 r. walczył w Wiośnie Ludów w Wielkopolsce.



Franciszka Persoy (1800-1886) urodziła się w Szwajcarii. W 1820 r. związała swe losy z rodziną Barbary z Chłapowskich, wdowy po gen. Janie Henryku Dąbrowskim. Była opiekunką jej dzieci: Bogusławy (1814-1901) i Bronisława (1815-1882). Należy domniemywać, że w połowie XIX w., kiedy Bogusława i jej mąż Teodor Mańkowski kupili Rudki koło Ostroroga, osiedliła się tam razem z nimi. Franciszka Persoy zmarła w Oporowie – majątku Mieczysława i Marii z Mańkowskich (córki Bogusławy i Teodora) Kwileckich. Jej nagrobek na cmentarzu w Orzeszkowie czeka na renowację.

Zdjęcia z cmentarza w Orzeszkowie – Paweł Cieliczko i Agnieszka Krygier-Łączkowska


Wspomnienia

Szamotulscy rzemieślnicy z ul. Kościelnej

Kuźnia, magiel, prężenie firan, krawiec, fabryka powozów, stolarnia – świat szamotulskich rzemieślników z ul. Kościelnej 19 i 17 już nie istnieje. Tak opowiada o nim Bogusław Jądrzyk.

„Moja przygoda z podwórkiem, a właściwie z całym życiem tamtejszego świata, które według mnie toczyło się przy Kościelnej 19, zaczęła się już w grudniową noc 1969 roku… A tak naprawdę, to zaczęła się jakieś dwa i pół roku później, kiedy zacząłem jako tako biegać na swoich dość tłustych nóżkach. Na podwórko państwa Janke daleko nie miałem, bo wystarczyło tylko wybiec z naprzeciw położonej bramy, będącej tylnym wyjściem Poznańskiej 11. Wystarczyło tylko wybiec z bramy jednego tajemniczego świata i niemal na wprost, wpaść do zaczarowanej krainy, gdzie Stanisław Janke (głowa rodu), oporządzał konie, zaopatrując je w podkowy i wyrabiał wiele innych nieprawdopodobnych przedmiotów, wykorzystując jedynie rozżarzone węgle, kawał metalu i traktował to młotkiem na kowadle. Pan Stanisław pokrzykiwał często swoim tubalnym głosem na trzech synów: Ryszarda, Michała i Mariana. Każdy z nich miał w ręku złoto, czarodziejskie umiejętności… Lubiłem siadać na grubej rurze stojącej na środku placu, do której przywiązywano konie. Nad nią rosła grusza dająca pyszne owoce. Z tyłkiem na rurze, a oparty o drzewo – patrzyłem, pytałem, dużo gadałem, czasem byłem przeganiany, ale czasem też byłem pomocny….. I wiecie co? To był najpiękniejszy czas w moim dzieciństwie…

Ale to nie wszystko! Na tym samym podwórku znajdował się magiel, prowadzony przez żonę pana Stanisława. Moją rolą w maglu było przekładanie drewnianych wałków pod „lokomotywą”, prostującą przyniesione przez ludzi pościele, ręczniki i inne podobne. Mam wrażenie, że kiedyś bardziej niż dzisiaj dbano o domy.



Rodzina Janke zamieszkiwała parter domu, którego datę budowy (1904 rok) obwieszcza kuta metalowa chorągiew na dachu. Zaś na pierwszym piętrze mieściła się pracownia krawiecka pana Kołacza, którego pamiętam zawsze w szerokich spodniach na szelkach i z centymetrem przewieszonym przez szyję. Ileż on mi spodni połatał… Pani Kołacz, drobna kobiecina w przeciwieństwie do swego męża, „prężyła firany”, czyli robiła coś, o czym dzisiejsze „gospodynie domowe” nie mają pojęcia. Mieli syna Piotra, zawsze skrupulatnego i dokładnego, do dziś jest członkiem klubu twórców „Łyni”.

Ten zaczarowany świat krawca z piętra i kowala z parteru, był moim dziecięcym uniwersytetem, bo nauczył mnie wielu przydatnych umiejętności. Tam pan Strzelecki (rodzina z Janke i Kołaczami) nauczył mnie naprawiać silnik od „Komarka”, dzięki czemu byłem niezależny. U kowala panował ciągły ruch, niezależnie od tego, czy był to dzień targowy, czy nie. Wtedy transport, na przykład węgla, odbywał się wozami konnymi, więc najznamienitsze tuzy tego fachu bywały niemal co drugi dzień na serwisie „końskiego ogumienia”. Panowie Kędziora, Cieciora i inni, i zawsze gdzieś tam pojawiała się kwaterka rozmownej wody.

O kunszcie kowalskim rodziny Janke niech świadczą ich wyroby na szamotulskim zamku, jak metalowe drzwi, kraty. Słowem – wszystko, co z metalu. Nie otrzymali i nie wzięli za to ani jednej złotówki! Krzyż, który upamiętnia datę i miejsce koronacji obrazu Szamotuł Pani, stojący przed cmentarzem, jest ostatnim dziełem nieżyjącego już Michała Janke, przed którym odeszli jego tata i brat Marian (cudowny facet). Pozostał jeszcze i niech długo żyje Ryszard.



Podwórze obok, pod numerem Kościelna 17, stoi jeszcze dom państwa Dornów, mój drugi uniwerek umiejętności. Dawno temu znajdowała się tutaj wytwórnia powozów, coś na wzór pniewskiej powozowni Bogajewiczów. Starsza już wtedy pani Dorna zamieszkiwała parter budynku od lewej strony, a poza nią mieszkały tam jeszcze trzy rodziny. Kto pamięta nazwisko Sałata? Legendarny kierownik szamotulskiego LOK, prawie każdy musiał tam wylądować, jeśli chciał mieć prawo jazdy….

Podwórze numeru 17 również pełne było czarów dla takiego „grubaska”, jakim wtedy byłem. Po prawej stronie placu znajdował się zakład ślusarski, w którym wytwarzano między innymi piece centralnego ogrzewania, a prowadziła go spółka Mrówka-Hanyżak. Na samym dole, bo podwórze opadało ku dołowi, urzędował jeden z dwóch stolarzy przy Kościelnej – pan Szulc. Mężczyzna drobnej dość budowy w porównaniu z innymi rzemieślnikami i jeszcze jedno go wyróżniało. W przeciwieństwie do pozostałych, którzy regularnie się wzajemnie odwiedzali, aby „wymienić się doświadczeniami” przy szklance wódeczki, pan Szulc chyba nigdy podczas takich spotkań nie wziął kropli do ust.

Wszystko to już nieodwracalnie miniona epoka. Epoka człowieka, szacunku i prawdziwego bycia, którą zastąpił dzisiejszy erzac!

Bogusław Jądrzyk

Zdjęcia Andrzej Bednarski



DAWNE SZAMOTUŁY

Szamotuły na dawnej pocztówce

Jak zawsze namawiamy do przyjrzenia się różnym szczegółom starej pocztówki! Oprócz ulic (po niemiecku: Strasse) w dawnych Szamotułach w środku miasta były też uliczki lub ścieżki (Gasse). Nazwa jednej z nich jest widoczna na tej pocztówce: Krumme Gasse, czyli Krzywa. Oprócz niej mieliśmy także uliczki w środku Rynku: Marktgasse (Rynkowa), Mittelgasse (Średnia, choć pewnie właściwiej byłoby: Środkowa), Schulgasse (Szkolna) i Enge Gasse (Wąska). Na pocztówce widoczna jest też nazwa: Klosterstrasse, czyli Klasztorna. Do połowy lat 20. XX w. nazywano tak odcinek dzisiejszej ul. Dworcowej od Rynku do kościoła św. Krzyża.

Prezentowana poniżej pocztówka powstała w okresie po 1905 r., a przed 1919 r. Właśnie w 1905 r. z rąk niemieckich wykupił kamienicę po prawej stronie (dziś Dworcowa 6) Jan Bak, z zawodu krawiec (na wieszaku przed kamienicą wiszą ubrania, a nad furtką wisi szyld zakładu: nożyce krawieckie. Dziś na domu znajduje się skromna tabliczka poświęcona pamięci Tadeusza Baka (1920-1997, syn Jana), zasłużonego regionalisty i miłośnika turystyki. W tym samym domu w 1868 r. przyszedł na świat Max Rabes, znany malarz niemiecki, profesor Berlińskiej Akademii Sztuk Pięknych, którego ojciec przez pewien czas pracował w Szamotułach jako urzędnik.

Po drugiej stronie widoczny jest sklep (po wielkopolsku to „skład”, bo „sklepem” u nas była „piwnica”) W. Metelskiego – artykuły papiernicze i tytoniowe. W 1. połowie lat 20. XX w.  Wacław Metelski kupił dom na rogu Rynku i ul. Poznańskiej i uruchomił w nim „Dom towarowy”. Nie przetrwał on długo, w okresie bezpośrednio przed wojną właścicielem wspomnianej kamienicy był Maksymilian Kroschel, który prowadził tam sklep kolonialny (spożywczy). Nieduży sklepik papierniczy prowadziła wtedy nadal mama Wacława – Anna Metelska z domu Nerger.

Nie istnieje już, zburzony na przełomie lat 80. I 90. XX w. dom po lewej stronie, za ul. Krzywą. Od wielu lat jest tam parking.

Pocztówka ze zbiorów Biblioteki Uniwersyteckiej w Poznaniu.  



Region

Płk Wincenty Skarżyński (Skarzyński)

W Sokolnikach Wielkich przez 21 lat mieszkał kapitan z czasów powstania, hiszpański pułkownik, obdarzony dodatkowo najwyższym arystokratycznym tytułem granda? Jego grób znajduje się na cmentarzu przy kościele w Kaźmierzu.

Wincenty Skarżyński (Skarzyński) herbu Bończa urodził się 22 stycznia 1806 r. w Szczepankowie koło Łomży (woj. podlaskie), jego rodzicami byli Stanisław Skarżyński i Ewa z domu Rembelińska. W 1826 r. ukończył studia na wydziale administracji Uniwersytetu Warszawskiego.


Grób na cmentarzu przy kościele w Kaźmierzu. Pod herbem Bończa odznaczenia wojskowe, które otrzymał Wincenty Skarżyński. Zdjęcie Andrzej Bednarski


Po wybuchu powstania – już w grudniu 1830 r. – włączył się w działania niepodległościowe. Najpierw został członkiem akademickiej gwardii honorowej – paramilitarnej organizacji studentów UW, która zajmowała się – między innymi – ochroną ważnych punktów Warszawy. Następnie wstąpił do 1 Pułku Jazdy Mazurów, z którym walczył aż do końca powstania, od marca 1831 w stopniu kapitana.

Dwukrotnie został ranny: w czasie bitwy pod Białołęką (24.02.1831) i w czasie potyczki pod Trzebuszą (1.05.1831). Prawdopodobnie właśnie za udział w tej ostatniej walce otrzymał Virtuti Militari. W połowie września 1831 r. korpus, w którym służył, przekroczył granicę z Galicją i złożył broń. Ceną udziału w powstaniu była dla Wincentego utrata całego majątku i konieczność emigracji.



We Francji związał się z obozem politycznym księcia Adama Czartoryskiego (Hotelem Lambert). W Paryżu pracował w Banku Polskim Ludwika Jelskiego, działał w Towarzystwie Literackim i założonym przez Józefa Bema Towarzystwie Politechnicznym.

W latach 1836-1844 Wincenty Skarżyński przebywał w Hiszpanii. Jego pobyt tam ściśle wiązał się z koncepcją stworzenia tam zalążka polskiej armii, która później miałaby walczyć o niepodległość ojczyzny. Najpierw jednak zadaniem polskich oddziałów miało być wsparcie hiszpańskich sił rządowych w czasie tzw. pierwszej wojny karlistowskiej.


Portret królowej Izabeli II Hiszpańskiej, 1844 r.


Wojna ta rozpoczęła się po śmierci króla Ferdynanda VII, który – nie mając męskiego potomka – wyznaczył na swoją następczynię córkę Izabelę (początkowo jako nieletnia była ona zastępowana przez matkę). Po wybuchu powstania na pomoc siłom wiernym Izabeli pospieszyli ochotnicy z Anglii oraz francuska Legia Cudzoziemska, w składzie której znajdowali się Polacy – weterani powstania listopadowego.

Polscy legioniści walczyli już od września 1834 r. Wincenty Skarżyński dołączył do nich w kwietniu 1836 r., kiedy wstąpił do formowanego wówczas odrębnego Pułku Ułanów Polskich. W 2 połowie 1837 r. wraz z innymi polskimi oficerami odłączył się od Legii i wstąpił do nowego pułku kawalerii – Pułku Guido, a potem znalazł się w Pułku Lusitania. Do końca wojny (w 1840 r.) Skarżyński brał udział w wielu bitwach i mniejszych potyczkach.

Na służbie hiszpańskiej pozostał jeszcze do 1844 r., między innymi ochraniając królową Izabelę (według jednej z koncepcji tytuł granda otrzymał za uratowanie królowej w sytuacji zagrożenia jej życia).


Krzyż z Sokolnik Wielkich. Zdjęcie Andrzej Bednarski


W połowie lat 40. XIX w. Wincenty Skarżyński poślubił Antoninę z domu Weltz, wdowę po wuju Rajmundzie Rembelińskim. Miał się w niej kochać od czasów młodości. W 1846 r. Skarżyńscy kupili majątek w Sokolnikach Wielkich koło Kaźmierza. Do dziś przetrwał w Sokolnikach Wielkich krzyż ufundowany przez Skarżyńskich jako wotum za powrót do ojczyzny. Jest to wykonana z piaskowca neogotycka rzeźba, w jej górnej części o kształcie równoramiennym (krzyż grecki) umieszczono wizerunek Matki Bożej z Dzieciątkiem, wzorowany na obrazie Rafaela Santi.

W latach pobytu w Sokolnikach Wincenty Skarżyński nie tylko zajmował się pracami gospodarczymi w majątku, lecz także angażował się w prace polskich organizacji działających w Poznaniu. Był członkiem Banku Rolniczo-Przemysłowego, Towarzystwa Pomocy Naukowej, rady parafii św. Marcina i organizacji charytatywnych. Uczestniczył w posiedzeniach Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. W 1867 r. sprzedał majątek w Sokolnikach Wielkich Janowi Mierzyńskiemu – tak jak i on dawnemu powstańcowi listopadowemu, właścicielowi Lipnicy. Sprzedaż ta najprawdopodobniej była związana z chorobą żony. Antonina Skarżyńska zmarła rok później i pochowana została w Kaźmierzu. Wincenty często jeździł z Poznania na jej grób. W czasie jednej z tych podróży – w ósmą rocznicę śmierci żony – poważnie się przeziębił. Rozwinęła się z tego choroba, w wyniku której zmarł 29 września 1876 r., niespełna 45 lat od wybuchu powstania listopadowego.

Tekst na podstawie artykułu Jerzego Ramotowskiego, „Studia Łomżyńskie” tom 23, Łomża 2012.


DAWNE SZAMOTUŁY

Anegdoty z życia dawnej szamotulskiej elity

(proboszcz i lekarze)

Lubicie Państwo anegdoty? Mamy dziś trzy opowieści dotyczące lat 50. XX w. i początku lat 60. Ich bohaterami są ks. Franciszek Forecki (proboszcz w latach 1946-1967) i Michał Sitowski (lekarz pracujący w Szamotułach od 1945 r.). Spisał je ostatnio syn doktora Sitowskiego, również Michał.

*

Kazania księdza Foreckiego były na pewno mądre, ale podobno przydługawe i dla przeciętnego słuchacza nieco nudne. Znam to z relacji, bo wtedy dla mnie wszystkie kazania były za mądre. Mój ojciec, który oczywiście leczył proboszcza, chwalił się, że ze względów zdrowotnych zabronił mu na rok głoszenia kazań. Ojciec lubił podbarwiać anegdoty i twierdził, że ludzie przychodzili mu dziękować.

*

Młody lekarz stażysta doktor X. usłyszał pewnego dnia od swoich starszych kolegów i mentorów – doktora Y. i mojego Ojca:

– Chcesz iść na plebanię do księdza?

– Pewnie, a co?

– Noga go podobno boli.

Poszli we trzech. Konsylium szybko orzekło, że proboszczowi nic nie jest. Uradowany pacjent wyjął z szafy wino „Jeruzalem”. Efekt był taki, że doktor Y. – wychodząc – spadł ze schodów i sam uszkodził nogę.

Na drugi dzień nie przyszedł do pracy, więc X. odwiedził go w domu. Zastał panią doktorową troskliwie robiącą mężowi okłady na bolącą nogę.

– No widzisz, poślizgnął się na sali operacyjnej!

X., nie dostrzegając rozpaczliwych znaków, jakie dawał mu doktor Y. zza pleców żony, wypalił:

– Na jakiej sali?! Przecież spadł ze schodów na plebanii, jak byliśmy wczoraj i piliśmy wino Jeru…

Troskliwa opieka zakończyła się gwałtownie.

Ojciec mój raczej na msze nie chodził. W uproszczeniu twierdził, że Boga widzi w przyrodzie, w człowieku i nie musi przestrzegać przykazań kościelnych, które wymyślili ludzie. Któregoś roku, po długich namowach, Matka wyciągnęła go do kościoła w Niedzielę Palmową. Mama siadywała w takiej ławce blisko ołtarza, do której najwygodniej było dojść przez zakrystię. W drzwiach zakrystii spotkali księdza proboszcza.

– Dzisiaj przyszliście do kościoła?! Jest czytanie Męki Pańskiej. Dwadzieścia minut stania!!!

Ojciec odwrócił się na pięcie i pod ramię z księdzem poszli na plebanię na kawę.

A Mama?… Mama weszła do kościoła.

Strona główna – grudzień 20212021-12-05T20:14:09+01:00

Aktualności – grudzień 2021

O Janinie Foltynowej – w stulecie urodzin

100 lat temu – 27 grudnia 1921 r. – przyszła na świat Janina Foltyn z domu Judek, obdarzona wielką charyzmą znawczyni i propagatorka folkloru szamotulskiego. Była osobą o silnym charakterze, umiejącą pokonywać trudności, mówiła, że coś stworzyć lub zepsuć nie jest łatwo, ale utrzymać – to jest dopiero sztuka!

Z inicjatywy rodziny prywatny strój regionalny Janiny Foltyn trafił do Muzeum – Zamku Górków. W czasie uroczystości z udziałem władz miasta i powiatu burmistrz Włodzimierz Kaczmarek przekazał na ręce rodziny przyznaną Janinie Foltynowej statuetkę „Wieża”. Należy dodać, że po raz pierwszy nagroda ta została przyznana pośmiertnie.

Zapraszamy do lektury wspomnienia o Janinie Foltyn, które zamieściliśmy na naszej stronie (http://regionszamotulski.pl/stulecie-urodzin-janiny-foltynowej/)

Zdjęcie statuetki ze strony Szamotuły.pl



Hubert Odwrot spełnia swe marzenia

Na koniec roku proponujemy Państwu artykuł o Hubercie Odwrocie, szamotulaninie z pochodzenia, który w tym roku napisał i wydał książkę pt. Obieganie świata i przebiegł kilka kolejnych maratonów w swoim życiu. Ostatni, z początku grudnia, odbył się w Kolumbii i był 74. maratonem Huberta.

Całość artykułu pod linkiem (http://regionszamotulski.pl/hubert-odwrot-spelnia-swe-marzenia/)



Pomnik Powstańca Wielkopolskiego w Szamotułach zostanie odbudowany!

27 grudnia w czasie obchodów Narodowego Dnia Zwycięskiego Powstania Wielkopolskiego w Szamotułach zapowiedział to wojewoda wielkopolski Michał Zieliński.

Przypominamy bogato ilustrowany artykuł poświęcony dziejom monumentu, odsłoniętego w 1929 r., a zniszczonego przez Niemców we wrześniu 1939 r. Było to dzieło znanego rzeźbiarza Marcina Rożka (1885-1944). Pomnik stał w tym samym miejscu co głaz pamiątkowy, ustawiony w 60. rocznicę powstania (na jego tablicach jest kilka błędów). Cieszymy się z tej inicjatywy! Zapraszamy również do obejrzenia relacji filmowej z obchodów Narodowego Dnia Zwycięskiego Powstania Wielkopolskiego, którą przygotował Ryszard Kurczewski.


13 grudnia – by czas nie zatarł pamięci o wydarzeniach sprzed lat: 82 lata temu w Szamotułach, 40 lat temu w całej Polsce.

Zginęli, bo byli Polakami. Do publicznej egzekucji doszło 13 grudnia 1939 r. przy ul. Franciszkańskiej. Była to zemsta za postrzelenie niemieckiego żołnierza, do którego doszło jeszcze w listopadzie w Gałowie. Winę zrzucono na Polaków, chociaż w rzeczywistości Niemca przypadkowo zranił kolega. Początkowo aresztowano hrabinę Zofię Mycielską i 10 innych pracowników jej majątku, po kilku dniach – na skutek interwencji Kurta Sondermanna (niemieckiego ziemianina z Przyborówka) – wszystkich zwolniono. Z Berlina przyszedł jednak rozkaz, że – w odwecie na Polakach – musi nastąpić egzekucja. U władz niemieckich interweniował jeszcze wówczas szamotulski proboszcz – ks. Bolesław Kaźmierski, na nic to się jednak nie zdało. Niemcy wytypowali 10 Polaków przetrzymywanych wówczas w szamotulskim więzieniu (według innych źródeł w areszcie Gestapo przy ul. Dworcowej).  Byli to: Adam Zeuschner (czeladnik stolarski), Jan Szymkowiak (robotnik), Wojciech Sydor (rolnik), Tomasz Czyż (rolnik), Wincenty Pociecha (rolnik, zięć Tomasza Czyża), Feliks Ludek (robotnik), Jan Kaczmarek (rolnik), Franciszek Kaczmarek (pilarz), Brunon Korpik (stolarz), Jan Brzoski (rolnik). Pochodzili z różnych miejscowości naszego regionu: Szamotuł, Pniew, Otorowa, Wronek i Piłki.

13 grudnia w godzinach popołudniowych Niemcy zagrodzili ul. Dworcową, zgarnęli ludzi wychodzących z pracy w pobliskiej fabryce mebli i ustawili ich jako świadków przy wylocie ul. Franciszkańskiej. Polaków rozstrzelano w dwóch grupach: po pięciu. Niemiec w mundurze oficerskim podchodził po kolei do ofiar egzekucji i z parabellum strzelał im w głowę dla pewności, że nie żyją. Wtedy zginął najstarszy – Tomasz Czyż, rolnik z Otorowa, który chwilę przed egzekucją zemdlał.

Zwłoki zabrano wozem konnym i zakopano we wspólnym grobie na cmentarzu w Szamotułach, na prawo od alei proboszczów. Krótko po wojnie władze miasta zadecydowały o ekshumacji. Ciała wydobywali jeńcy niemieccy. Szczątki umieszczono w oddzielnych trumnach i w tym samym miejscu pochowano ponownie.

13 grudnia 1981 r. zmienił życie milionów Polaków. W ten niedzielny biały poranek przez Szamotuły w kierunku Obornik jechały kolumny wojska, a msze św. kończono odśpiewaniem „Boże, coś Polskę” z ostatnim wersem „Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie”. Zamknięto siedzibę „Solidarności” na rogu Poznańskiej (Rewolucji Październikowej) i Sukienniczej, od czasu do czasu w mieście pojawiały ręcznie lub powielaczowo wykonywane ulotki czy afisze. Szamotulanie uczestniczyli w organizowanych w Poznaniu protestach i tzw. antypochodach.

Ośrodek internowania dla działaczy „Solidarności” z ówczesnego województwa pilskiego znajdował się we wronieckim więzieniu. Nieznana jest dokładna lista ofiar stanu wojennego w Polsce – od kilkudziesięciu do ponad stu osób. Symbolem oporu wobec władzy stało się wówczas noszenie przypiętego do swetra czy klapy marynarki opornika (rezystora).

Z okazji 40. rocznicy wprowadzenia stanu wojennego TVP wyemitowała film Babilon. Raport o stanie wojennym na podstawie książki Marka Nowakowskiego. Producentem wykonawczym i autorem muzyki do filmu był pochodzący z Szamotuł Piotr Mikołajczak (https://vod.tvp.pl/video/babilon-raport-o-stanie-wojennym,babilon-raport-o-stanie-wojennym,57241550).

Zdjęcia Andrzej Bednarski



3 grudnia 1939 r. – początek fali wysiedleń Polaków z Wielkopolski

Kartka z kalendarza. 3 grudnia 1939 r. było 15 stopni mrozu. Niemcy dawali Polakom kwadrans na opuszczenie domu. Wysiedlenia z Wielkopolski – Kraju Warty do Generalnego Gubernatorstwa – doświadczyło go wielu naszych przodków, w tym dziadkowie Ireny Kuczyńskiej, mieszkańcy Binina koło Ostroroga. Zapraszamy do lektury tekstu, to nowość na naszej stronie!

(http://regionszamotulski.pl/wyrzuceni-z-domow-przed-bozym-narodzeniem/)



Wielkopolska każdego dnia

Od września na antenie TVP 3 Poznań pojawia się codzienny program historyczny prezentujący postaci, wydarzenia, fakty i ciekawostki z historii Wielkopolski. Program przedstawia wydarzenia wielkie i oczywiste oraz drobne i zupełnie zapomniane, a także ciekawostki, archiwalne zdjęcia, komentarze ekspertów.

W grudniu komentarze Agnieszki Krygier-Łączkowskiej, dotyczące postaci i wydarzeń z historii Ziemi Szamotulskiej, pojawią się w odcinkach z następujących dni: 2 XII – powrót do Szamotuł płyty Andrzeja Szamotulskiego, 3 XII – Andrzej Górka, 5 XII – Stefan Maćkowiak, 8 XII – Konstanty Scholl, 9 XII – Aleksander Hollaender, 12 XII – Franciszek Orlik, 13 XII – egzekucja przy ul. Franciszkańskiej, 17 XII – wysiedlenia z powiatu szamotulskiego, 27 XII – spotkanie szamotulan z Ignacym Paderewskim, 27 XII – Leonard Kubiak, 28 XII – wiec powstańczy w Szamotułach.

Programy można oglądać także w Internecie (https://poznan.tvp.pl/55640115/wielkopolska-kazdego-dnia).



GRUDZIEŃ 2021


Imprezy i koncerty


Minione



KINO

Aktualności – grudzień 20212022-01-01T22:48:01+01:00

Wyrzuceni z domów przed Bożym Narodzeniem

Irena Kuczyńska

Wyrzuceni z domów przed Bożym Narodzeniem

3 grudnia 1939 roku w Wielkopolsce rozpoczęły się wysiedlenia Polaków do Generalnego Gubernatorstwa. Wśród tysięcy wysiedlonych byli moi dziadkowie Anna i Michał Leśni, którzy wtedy mieszkali w Bininie koło Ostroroga.

Były to  jedne z pierwszych wysiedleń z Wielkopolski, którą okupanci po zajęciu Polski, włączyli do Rzeszy i nazwali Krajem Warty. Były czymś, czego nikt się nie spodziewał, o czym nikt wcześniej nie słyszał. Na miejsce wysiedlonych sprowadzano Niemców z III Rzeszy i z krajów nadbałtyckich, tzw. szwarcmerów. Wysiedlani musieli wszystko zostawić swoim następcom. Mogli zabrać tylko niewielki bagaż i trochę pieniędzy.

Decyzję o masowych wysiedleniach Polaków z Wielkopolski podjął namiestnik Rzeszy Arthur Greiser, który uznał Polaków za „element niegodny do włączenia w społeczeństwo niemieckie”. W pierwszej kolejności wysiedlano z Kraju Warty do Generalnego Gubernatorstwa Żydów oraz Polaków – ziemian i przedsiębiorców, którym bez rekompensat odbierano majątki. O wysiedleniu Polaków decydowała profesja, majątek, działalność publiczna, przynależność do organizacji społecznych, ale też wpływ na to mieli miejscowi Niemcy, niechętnie nastawieni do Polaków, którymi często byli sąsiedzi.


Rodzina Leśnych w czasie wysiedlenia, Jędrzejów


Mieszkańców powiatu szamotulskiego wysiedlano kilkakrotnie. Podczas pierwszej akcji deportacyjnej, od 3 do 17 grudnia  1939 r., wywieziono 1186 osób, z czego większość deportowano w okolice Jędrzejowa i na Lubelszczyznę. W pierwszym okresie wywózki Polacy mogli zabrać po 200 zł, a Żydzi po 100 zł na osobę.

Pierwszą akcją wysiedleńczą 3 grudnia 1939 roku okupanci objęli około 160 rodzin z ziemi szamotulskiej. W tym byli rodzice mojego Taty. W chwili wybuchu wojny byli  sami. Mieli po 50 lat. Starszy syn Michał – mój Tata, po klęsce pod Bzurą, przebywał w niewoli niemieckiej. Córka Wanda już przed wojną wyjechała na Śląsk, gdzie wyszła za mąż. Edmund – z zawodu rzeźnik, pracował poza domem. Do rodziców w Jędrzejowie dołączył później.

Informację o wywózce rodziny Michała Leśnego, jako jednej z pierwszych, odnalazł w kronice szkoły w Bininie Michał Dachtera – regionalista, twórca profilu Ostroróg na kartach historii na FB. Ucieszyłam się. Miałam jakiś punkt zaczepienia. Okruchy faktów o wysiedleniu dziadków znałam z opowiadań Babci. Ale nie zdążyłam dopytać o szczegóły. Miałam 14 lat, kiedy w 1964 roku zmarła.


Grób rodziny Leśnych na cmentarzu w Ostrorogu


Wiedziałam, że w Jędrzejowie, w Wigilię 1941 roku, zmarł najmłodszy syn dziadków Edmund. Został tam jego grób, kiedy w 1945 roku dziadkowie przyjechali do Ostroroga.  Imię Edmunda zostało  upamiętnione na rodzinnym grobie Leśnych na cmentarzu w Ostrorogu. Wiedziałam też, że w tym samym transporcie byli wysiedleni państwo Rychczyńscy z Ostroroga z kilkutygodniową córką Ludwiką. Podobno przeżyła, pojona w więzieniu we Wronkach wodą z cukrem. Taką informację miała moja Mama od swojej teściowej. W tym samym transporcie były też siostry Kazimiera i Helena Nowakówny  z Ostroroga, których rodzice zmarli przed wojną.

Już na miejscu, w Jędrzejowie, moi dziadkowie spotkali też wysiedlonego z Kaźmierza (pow. szamotulski) Kazimierza Nowackiego z czworgiem dzieci – brata mojej babci Józefy. I to ich wspomnienia, opublikowane w wydawnictwach, do których dotarłam, pomogły mi chociaż trochę poznać  tragedię, jaką przeżyli moi dziadkowie, wysiedleni z domu w Bininie w niedzielę 3 grudnia 1939 roku.


Strona z kroniki szkoły w Bininie


Była to pierwsza niedziela Adwentu. Bardzo mroźna (-15 st. C). Nikt się nie spodziewał, że rano zapukają do drzwi esesmani, żandarmi z psami. I dadzą tylko 15 minut na opuszczenie ciepłego domu z węzełkiem w ręku. Można było zabrać trochę odzieży i trochę jedzenia. Dzieci płakały, często wyrywane z łóżek. Zdarzało się, że  ludzie wychodzili tak, jak stali. Lepsze rzeczy Niemcy im wyszarpywali. Wszystko miało zostać dla następców.  Pozostawione mienie prawie natychmiast zajmowali  Niemcy.

Wypędzeni szli do punktu zbornego, stamtąd do ciężkiego więzienia we Wronkach, traktowani tak, jak skazańcy – w zamkniętych, zimnych celach, o głodzie, bez elementarnych warunków higienicznych. Władza więzienia, w obawie przed wybuchem epidemii, zdecydowała się na transport osadzonych.

8 grudnia 1939, kiedy na dworze było -29 stopni, pędzono Polaków z więzienia na rampę kolejową we Wronkach, gdzie czekały bydlęce wagony. Rozpoczął się kolejny etap gehenny. Po kilku dniach pociąg zatrzymał się w Jędrzejowie w Generalnym Gubernatorstwie, gdzie trzeba było organizować sobie życie.


Więzienie we Wronkach, 1940 r. Źródło: Fotopolska


Tak wspominała swoją codzienność  Kazimiera Woźniak z domu Nowak, która razem ze starszą siostrą Heleną, została wysiedlona z Ostroroga, razem z moimi dziadkami. Spisała to dziennikarka „Dnia Szamotulskiego” Paulina Śliwa:

„3 grudnia 1939 roku niemieccy żandarmi wpadli do domu sióstr, powiedzieli, że ojciec (Powstaniec Wielkopolski) miał broń, zrobili rewizję i wywieźli je, wraz z innymi rodzinami z Ostroroga (i Binina – dop. I.K.) do więzienia we Wronkach. Warunki w więzieniu były koszmarne, więźniowie dostawali jeden posiłek dziennie – bardzo słoną zupę – którą z trudem się jadło i po której odczuwało się wielkie pragnienie.

8 grudnia wygnano Polaków z więzienia i pędzono, pod batami, do dworca kolejowego, a następnie załadowano ich w bydlęce wagony. Podróż bez pożywienia i w wielkim mrozie, trwała dwie doby. Dla dziewczynek – które zostały bez rodziców i bliskich osób – podróż ta była kolejną traumą.

10 grudnia pociąg dojechał do Jędrzejowa (znajdującego się w Generalnym Gubernatorstwie). Nie wszyscy tę podróż przetrzymali, ci którzy przeżyli, mieli odmrożone części ciała.

Siostry Nowakówny zakwaterowano w pomieszczeniu po sklepiku, prawdopodobnie po wypędzonych Żydach, które było puste, nieogrzane, z wybitą szybą. Ciężko potem pracowały w kuchni „Sonderdienst” (niemieckiej policji pomocniczej)”.


Władysław Pokorny – nauczyciel Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi z rodziną w czasie wysiedlenia w Jędrzejowie. Więcej w artykule: http://regionszamotulski.pl/halina-karpinska-spotkanie-w-setne-urodziny/


A tak mieszkanka Kaźmierza wspominała wysiedlenie do Jędrzejowa w okolicznościowym  wydawnictwie:

„Zawieziono nas do Wronek do więzienia, w którym byliśmy przeszło tydzień. Rano dozorca powiedział, że mamy przygotować się do transportu. Zostawił dwa bochenki chleba i jeden dzbanek kawy. Na dworcu stał długi pociąg do transportu bydła, wagony były puste. Kobiety osobno i mężczyźni osobno. Najpierw wieźli nas do Kutna – tam staliśmy pół dnia. Z Kutna do Łodzi – tam znowu długi postój, z Łodzi do Częstochowy – znowu pociąg stał na bocznicy, z Częstochowy do Kielc, z Kielc do Jędrzejowa.

Ta podróż trwała prawie tydzień. Było zimno, nie podano nam kropli wody. Miałam dwie córki i byłam w ciąży. Dzieci zaczęły gorączkować – w Jędrzejowie była już zima i wielki śnieg. Na dworcu stały sanie i nas rozwozili na kwatery. Dostaliśmy izbę po Żydach – był w niej mały piecyk, stół i ława. Nie było żadnego legowiska. Mąż postarał się o słomę i tak na tej słomie położyliśmy się”.


Wysiedlenia z Kraju Warty z 1939 r. Źródło: domena publiczna


Podobnie okoliczności  wysiedlenia zapamiętał kuzyn mojej mamy Wojciech Nowacki (zmarły w październiku 2020 roku) – syn Kazimierza Nowackiego z Kaźmierza, wysiedlonego z rodziną 3 grudnia 1939 roku do Jędrzejowa.

„To było po mszy świętej, jedliśmy obiad i w tym czasie przyszli gestapowcy, dali nam 10 minut na wyjście. Mama miała taki pojemnik, jak to mówili biksę z cukrem i w ten cukier władowała chyba z 15 jaj. Do tego wzięła poduszkę, koc. Drugą poduchę wyrwał jej Niemiec i wrzucił pomiędzy dwa obrazy, jak to kiedyś były nad łóżkami. Tak że w zasadzie w tym szoku i strachu nie zabraliśmy nic.

Wyszliśmy tak, jak staliśmy: mama, ojciec i czworo dzieci. Pędzili nas pod karabinami na dworzec, tam załadowali do pociągu i pociągiem przewieźli do Wronek. W więzieniu we Wronkach byliśmy rozdzieleni. Ojciec osobno, matka z nami osobno. Przez cały czas nie wiedzieliśmy, co się dzieje z ojcem. Spotkaliśmy się dopiero na peronie we Wronkach.

Stamtąd nas tydzień wieźli w bydlęcych wagonach, gdzie było trochę słomy na podłodze i dwa wiadra na potrzeby fizjologiczne, i to wszystko, do Jędrzejowa. Tam ojciec dostał polecenie, że w ciągu 48 godzin ma poszukać sobie pracy i się zameldować. Ojciec, z zawodu kowal, dostał pracę na kolei i tam pracował jako maszynista przez całe 6 lat, do 1945 r.”


Wysiedlenia z Szamotuł w 1940 r. Źródło: Muzeum – Zamek Górków w Szamotułach


Nie dowiedziałam się, dlaczego na liście osób do wywózki był mój dziadek Michał Leśny z żoną. Być może dlatego, że prowadził w Bininie wymianę mąki i takie miejsce pracy i życia było potrzebne dla Niemca? A może dlatego, że był aktywnym członkiem „Sokoła”? Wiem, że w Jędrzejowie na wysiedleniu przebywała też siostrzenica babci Jadwiga Francuzowa z  mężem Adolfem i dziećmi Stasią i Jędrkiem z Chodzieży. Pamiątką z tego jest zamieszczone wyżej zdjęcie. Są jeszcze gdzieś zdjęcia z pogrzebu 24-letniego wujka Edmunda w grudniu 1941 roku. To wszystko.

Z przekazów rodzinnych wiem, że Edmund miał zapalenie „ślepej kiszki”. Trafił do miejscowego szpitala przed samymi świętami Bożego Narodzenia 1941 roku. Operację przeżył. Ale przyszedł jakiś stan zapalny i 24 grudnia 1941 roku zmarł. Mój Tata, który przebywał na przymusowych robotach w III Rzeszy, na pogrzeb nie zdążył. Przyjechał później pocieszać swoich rodziców.

Czym się zajmowali moi dziadkowie w Jędrzejowie, tego nie wiem. Mój dziadek, jako inwalida z I wojny światowej, był kulawy i do ciężkiej pracy fizycznej się nie nadawał. Być może prowadzili mały sklepik albo knajpkę, gdzie babcia sama gotowała?  Tak mówiła pani Kazimiera Woźniak, kiedy kilka lat temu spotkałyśmy się w Ostrorogu na cmentarzu. Żałuję dzisiaj, że tych pytań nie zadałam więcej… Te okruszki wspomnień zebrałam dla dzieci i wnuków. Może kiedyś się tym zainteresują. Może poszukają historii przodków w archiwach. Daję im kilka zdań inspiracji na dobry początek.


Jędrzejów w okresie niemieckiej okupacji. Źródło: Fotopolska


Po wojnie dziadkowie Anna i Michał Leśni przyjechali już nie do Binina, ale do Ostroroga, gdzie mój przedsiębiorczy dziadek wraz z bardzo pracowitą żoną, założyli niewielką restaurację. Przetrwała do 1953 roku, kiedy  to nowi władcy Polski zabrali się za niszczenie prywatnych biznesików. Po dwóch latach dziadek zmarł.

Źródła:

  1. Sylwia Zagórska, Urnental. Okupacyjne losy mieszkańców gminy Kaźmierz, „Obserwator Kaźmierski”, bezpłatny biuletyn Gminy Kaźmierz 4/2017.
  2. Łucja Zielke, Maria Rutowska, Wysiedlenia ludności polskiej z Kraju Warty do Generalnego Gubernatorstwa 1939-1941.
  3. Paulina Śliwa, „To był szok…”, „Dzień Szamotulski”, 1 VIII 2012.
  4. Kronika szkolna wsi Binino pow. szamotulski.

Irena Kuczyńska z domu Leśna

Urodzona w Ostrorogu, absolwentka szamotulskiego liceum (1967).

Emerytowana nauczycielka języka rosyjskiego w pleszewskim liceum, dziennikarka, blogerka (http://irenakuczynska.pl/).

Wyrzuceni z domów przed Bożym Narodzeniem2021-12-04T16:23:02+01:00

Pułkownik Andrzej Niegolewski – szwoleżer Napoleona

Witold Mikołajczak

Pułkownik Andrzej Niegolewski – szwoleżer Napoleona

W krypcie zasłużonych Wielkopolan na wzgórzu św. Wojciecha w Poznaniu spoczywają prochy pułkownika Andrzeja Niegolewskiego. Czym zasłużył się ten napoleoński oficer, że w 1923 roku Wielkopolanie przenieśli jego szczątki na „Poznańską Skałkę”?

Andrzej Niegolewski urodził się w Bytyniu 12 listopada 1787 roku jako syn Felicjana Niegolewskiego herbu Grzymała i Magdaleny z Potockich. W listopadzie 1806 roku wstąpił do gwardii honorowej utworzonej z inicjatywy gen. Jana Henryka Dąbrowskiego, aby uroczyście powitać cesarza Napoleona Bonaparte. Jako pierwsi do Wielkopolski wkroczyli żołnierze francuscy z III korpusu marszałka Ludwika Davouta, pogromcy armii pruskiej. Kiedy marszałek zameldował Napoleonowi przez adiutanta, że rozbił 64-tysięczną armię księcia Brunszwiku (mając zaledwie 29 tys. żołnierzy), Bonaparte stwierdził z niedowierzaniem: „twój marszałek widzi podwójnie”, robiąc aluzję do okularów które nosił waleczny Burgundczyk.


Pałac w Bytyniu. Zdjęcie Andrzej Bednarski


Do spotkania z cesarzem doszło 27 listopada 1806 roku w Bytyniu, skąd po krótkim powitaniu eskortowano go do Poznania. W stolicy Wielkopolski spędził kilka dni, podczas których zwiedzał okolicę. Koło wsi Urbanie orszak cesarski utknął pomiędzy rozlewiskami. Wtedy jeden z naszych gwardzistów, Dezydery Chłapowski, znalazł przejście pomiędzy błotami i zakrzyknął, że Polak przejdzie wszędzie. Cesarz zwrócił wtedy uwagę na rezolutnego młodziana, co dało początek jego wojskowej karierze. Czasami nawet błoto może przyczynić się do kariery.

Nim Napoleon opuścił Poznań, awansował wszystkich polskich gwardzistów na stopnie oficerskie. Tym sposobem Andrzej Niegolewski został podporucznikiem w 5 pułku jazdy. Brał udział w ciężkiej kampanii zimowej na Pomorzu, przy oblężeniu Tczewa i Gdańska. W tym czasie z inicjatywy Wincentego Krasińskiego cesarz wydał rozkaz o sformowaniu ochotniczego pułku szwoleżerów. W jego składzie mieli znaleźć się przedstawiciele polskich rodzin ziemiańskich. Początkowo każdy miał wyekwipować się na własny koszt, później ten wymóg uległ zmianie. Zaciąg do pułku szedł bardzo szybko, jednak gdy okazało się, że ma dołączyć do gwardii i pełnić służbę z dala od kraju, wielu oficerów złożyło dymisję. Nasz bohater, niezrażony perspektywą służby z dala od ojczyzny, pozostał w pułku jako dowódca plutonu w 7 kompanii 3 szwadronu.


Traktat francusko-rosyjski w Tylży został podpisany na tratwie zacumowanej na środku Niemna. Napoleon wita cara Aleksandra I. Obraz Adolfa Roehna z 1807 r.


U boku Napoleona

Po pokoju w Tylży (7 i 9 lipca 1807) Francja Napoleona dominowała w Europie. Tylko Anglia nie zaakceptowała tego stanu i flota angielska zaatakowała okręty sprzymierzonej z Francją Danii, niszcząc je w Kopenhadze. W odpowiedzi Napoleon postanowił zająć Portugalię – sojuszniczkę Anglii.

Aby móc to zrobić, musiał uzyskać zgodę Hiszpanii na przemarsz wojsk francuskich przez jej terytorium. W tym czasie formalnie krajem rządził Karol IV z dynastii Burbonów. Ponieważ rządzenie państwem zupełnie go nie interesowało, faktyczną władzę sprawował kochanek królowej Manuel Godoy. Bonaparte, widząc degrengoladę rodziny królewskiej, postanowił pozbawić ją władzy, a na tronie Hiszpanii osadzić swego brata Józefa. Dla osiągnięcia tego celu wezwał Karola IV i jego syna Ferdynanda VII do Bajon i uwięził, a do Hiszpanii wysłał 80 tys. żołnierzy.

Hiszpanie na wieść o uwięzieniu rodziny królewskiej rozpoczęli powstanie. Z wojsk polskich jako pierwsza na ziemi hiszpańskiej stanęła Legia Nadwiślańska płk. Józefa Chłopickiego. Natomiast pułk szwoleżerów był wysyłany poszczególnymi szwadronami. Szwadron trzeci, w którym służył Niegolewski, wyruszył do Francji w styczniu 1808 roku. Przegląd 3 szwadronu, jakiego dokonał Napoleon, nie wypadł zbyt udanie. Na szczęście honor jazdy polskiej uratował pułk ułanów nadwiślańskich. Jego kadrę stanowili żołnierze pułku ułanów legionowych doskonale znający regulaminy francuskie i swoje rzemiosło.


Napoleon Bonaparte (fragment portretu Andrei Appianiego z 1805 r.)


Początkowo wojska Napoleona szybko opanowały północną część kraju i zajęły Madryt. Kłopoty zaczęły się, gdy wysłano z Toledo do Andaluzji liczący 19 600 żołnierzy korpus gen. Duponta. Jego zadaniem było dotarcie do Kadyksu i uwolnienie resztek floty francuskiej, która schroniła się w tym porcie po klęsce pod Trafalgarem. Zdobyto i zrabowano jedno z bogatszych miast Hiszpanii, Kordowę, co definitywnie przyczyniło się do antyfrancuskiego powstania. Korpus gen. Duponta został osaczony i zmuszony do kapitulacji pod Baylen 22 lipca 1808 roku. Również niepowodzeniem zakończyła się wyprawa marsz. Monceya na Walencję. To spowodowało przerwanie pierwszego oblężenia Saragossy, gdzie krwawiła Legia Nadwiślańska. Brytyjczycy, którzy lądowali w tym czasie w Portugalii, zmusili do kapitulacji liczący 22 tys. żołnierzy korpus gen. Junota.

Napoleon wydał rozkaz wycofania wojsk na linię rzeki Ebro i oczekiwania na posiłki. Na tej rubieży cesarz skoncentrował 202 tys. żołnierzy i 10 listopada rozbił pod Gamonal armię Estremadury stanowiącej centrum wojsk hiszpańskich. Likwidacją wojsk wschodniego skrzydła miał zająć się marsz. Moncey, który pobił Hiszpanów pod Tudelą. Zachodnie skrzydło, które stanowiła armia gen. Blake’a, rozbił marsz. Soult pod Espinosą i kontynuował marsz na Santander.

Sam cesarz na czele 36 tys. żołnierzy ruszył na Madryt i dotarł w pobliże przełęczy Somosierra, znajdującej się w łańcuchu górskim Guadarama. Dolina i przecinająca ją droga z Burgos do Madrytu zostały obsadzone przez armię gen. Benito San Juana, liczącą około 13 tys. żołnierzy i posiadającą 16 armat. Siły te były zbyt słabe, aby zatrzymać Napoleona, ale dowódca hiszpański liczył, że wkrótce nadejdą wojska angielskie i wydatnie wzmocnią jego armię. Według najnowszych ustaleń historyków hiszpańskich Don Benito San Juan rozmieścił artylerię następująco: na drodze blisko mostku przerzuconego przez strumień stała jedna armata, a za nią w niewielkiej odległości pierwsza bateria złożona z sześciu armat, osłoniętych parapetem (ziemnym nasypem ze ściętym płasko stożkiem), za tą baterią w odległości 700 m, na zakręcie drogi, stała druga bateria złożona z 2 armat, kolejne 700 m dalej – trzecia bateria, również licząca dwie armaty, za nią w odległości 500 m na samej przełęczy, niczym wiśnia na torcie, stała czwarta bateria złożona z 5 armat.


Bitwa pod Somosierrą, obraz z 1810 r. Malarz – Louis-François Lejeune – nigdy nie był w wąwozie Somosierry, ale jego dzieło dobrze oddaje realia.


Dostęp do doliny otwierał niewielki mostek przerzucony przez górski strumień. Tylko pierwsza bateria była w stanie ostrzeliwać rejon mostku, blokując wejście do doliny. Jest to o tyle istotne, że długo trwał spór historyków o treść rozkazu Napoleona, czy Polacy mieli zdobyć tylko pierwszą baterię, czy wszystkie cztery. Jak stwierdził prof. Robert Bielecki w książce Somosierra, Polacy mieli zdobyć tylko pierwszą baterię. Po obu stronach drogi prowadzącej doliną na przełęcz Somosierry zajęła stanowiska milicja – razem około 1000 żołnierzy. Na zboczach górskich otaczających dolinę rozlokowano ochotników z Madrytu i Sewilli w sile około 2 tysięcy. Pozycje piechoty hiszpańskiej były rozmieszczone po obu stronach drogi, „amfiteatralnie”, czyli pod skosem frontem w kierunku drogi, co pozwalało prowadzić ogień krzyżowy. Na całej długości droga wznosiła się ku górze aż do przełęczy, mając kilka zakrętów, a obok niej najpierw po wschodniej, a poniżej trzeciej baterii po zachodniej stronie płynął strumień.

Jako pierwsza pod Somosierrą pojawiła się dywizja jazdy gen. Lassalle’a, który dzięki dezerterom z armii hiszpańskiej dość dobrze rozpoznał ugrupowanie wojsk przeciwnika. W dniu 29 listopada przybył cesarz i po przeprowadzeniu rekonesansu postanowił opanować przełęcz siłami dwóch dywizji piechoty. Po otrzymaniu informacji o cofaniu się Hiszpanów w kierunku Segovii Napoleon postanowił przyspieszyć atak. Nie czekając na dywizję gen. Vilatte’a, wydał rozkaz marsz. Victorowi uderzenia na przełęcz już o świcie 30 listopada. Zmiana planu dotyczyła pułku szwoleżerów, który był w składzie korpusu Victora i wszedł w skład grupy gen. Lebruna. Nie bardzo wiedząc na skutek gęstej mgły, czy Hiszpanie nadal obsadzają dolinę, czy korzystając z osłony nocy wycofali się, Napoleon wydał rozkaz wysłania rekonesansu celem wzięcia jeńca. Na dowódcę rekonesansu wyznaczono Andrzeja Niegolewskiego jako najmłodszego oficera w pułku.


Andrzej Niegolewski w młodości. Ilustracja na podstawie współczesnego portretu. Źródło: August Sokołowski, Dzieje porozbiorowe narodu polskiego, t. 1, Warszawa 1904.


Nasz bohater dobrał sobie kilkunastu najdzielniejszych żołnierzy i ruszył jeszcze przed świtem w stronę nieprzyjaciela. Minął dwie wioski i w trzeciej natknął się na hiszpańską piechotę. Doszło do strzelaniny, w wyniku której jeden szwoleżer, Paweł Wiśniewski, dostał się do niewoli. Rekonesans kończył się więc fatalnie dla Niegolewskiego, bo zamiast zdobyć jeńca, sam stracił żołnierza. Kiedy pluton cofał się ku swoim, dopędził go szwoleżer Józef Poniński, znany z dużej krzepy, z wymarzonym jeńcem. Zadanie zostało wykonane, chociaż ze względu na stratę Wiśniewskiego nie było czym się chwalić.

W tym czasie na skutek gęstej mgły Napoleon wysłał na rozpoznanie półszwadron strzelców konnych. Gdy zbliżyli się do mostku, padły strzały z pierwszej baterii. Dowódca mjr de Segur i kilku szaserów zostało rannych, reszta wycofała się do Cerezo de Abajo, by czym prędzej wydostać się z zasięgu ognia. Pociski armatnie zaczęły spadać również w miejscu, gdzie stał cesarz, zabijając jednego szasera. Ponieważ artyleria francuska nie była w stanie uciszyć hiszpańskich dział, Napoleon wydał rozkaz do ataku. Pierwsi zaatakowali woltyżerowie z 96 pułku, lecz ponosząc znaczne straty, zostali odparci. Wtedy na prawo od drogi został rzucony do natarcia 9 pułk a na lewo 24. Jednakże i to natarcie zaległo w ogniu hiszpańskiej piechoty.

Około godz. 10.30 powrócił z rekonesansu Niegolewski. Napoleon, rozdrażniony oporem, na jaki napotkała piechota, rozkazuje, aby na hiszpańską baterię uderzył 3 szwadron szwoleżerów. Rozkaz mjr. Janowi Kozietulskiemu, który w tym dniu dowodził szwadronem, przekazał gen. Montbrun. Kozietulski, nie czekając, aż dołączy do szwadronu Niegolewski z patrolem, sformował szwadron w kolumnę czwórkową do ataku i podał komendę: „Marsz kłusem”. Do hiszpańskiej baterii było blisko kilometr, aby ją zdobyć, muszą sforsować wąski kamienny mostek. Jedna salwa w momencie jego przekraczania mogła spowodować, że trupy koni i ludzi zablokują drogę do baterii.

Pierwsza salwa zatrzymuje szwadron jeszcze przed mostkiem. Kozietulski i Dziewanowski przywracają jednak porządek i prowadzą dalej szarżę, przekraczając szczęśliwie mostek. Gdy pada mocno spóźniona druga salwa, są już blisko hiszpańskiej baterii. Wtedy Kozietulski woła: „Naprzód bracia, aby do armat” i wkrótce pada wraz z koniem. Pluton Krzyżanowskiego wpada na baterię, rąbiąc kanonierów i piechurów.


Jan Kozietulski (1778-1821) i Tomasz Łubieński (1784-1870) – portrety


Pozostanie na zdobytej baterii grozi ogniem z drugiej baterii, dlatego szwadron kontynuuje szarżę. W tym momencie do szwadronu dołączył Niegolewski ze swoim plutonem. Zdecydował się uczestniczyć w szarży, kiedy tylko zobaczył z dala, że trzeci szwadron rusza do ataku. Nie zdołał go dopędzić przed pierwszą baterią, ale kiedy znalazł się już w pobliżu zdobytych dział, pociągnął za sobą kilku szwoleżerów, którzy schronili się obok drogi. „Panie poruczniku, panie poruczniku, nie jeździj tam, bo mocno strzelają” – woła doń Kulesza z 7 kompanii. Kiedy jednak zobaczył, że Niegolewski pędzi i że przyłączają się do niego ci, którzy nie dotarli do pierwszej baterii, sam także dołącza do nich.

Dziewanowski i Krzyżanowski prowadzą szwoleżerów na drugą baterię. Droga wiedzie coraz bardziej ku górze i nim Polacy dopadają do drugiej baterii, pada salwa która zabija Krzyżanowskiego. Szwadron atakuje dalej na czele z kpt. Janem Dziewanowskim, dowódcą 3 kompanii. To on bierze drugą baterię resztką plutonów Krzyżanowskiego i Rudowskiego, wycinając lub rozpraszając kanonierów. Szwadron pędzi dalej, nie zatrzymując się na zdobytej baterii. Trzecia bateria, jeszcze wyżej stojąca, ma czas na przyjęcie Polaków ogniem. Salwa, którą oddaje, powoduje największe straty. Ginie por. Rowicki, kapitan Jan Dziewanowski zostaje śmiertelnie ranny. Przyczyną tak dużych strat i załamania się szarży trzeciego szwadronu jako całości, było prawie równoczesne oddanie salw z trzeciej i czwartej baterii. Największą część szwadronu udaje się skupić ppor. Benedyktowi Zielonce i ppor. Szeptyckiemu w rejonie mostku przy trzeciej baterii, gdzie doczekali się wsparcia przez oddział Łubieńskiego.


Szarża w wąwozie Somosierry, szturm na baterię armat. Obraz Wojciecha Kossaka 1807 r.


Tymczasem Andrzej Niegolewski, nie oglądając się za siebie, kontynuował szarżę na czwartą baterię. Moment zdobycia czwartej baterii tak opisał w swoich wspomnieniach: „lubo Dziewanowski leżał zwalony z konia, resztki szwadronu nie zatrzymując się, ale tym samym pędem zdobyły i czwartą baterię. Na widok piechoty hiszpańskiej zbierającej się koło budynku po lewej stronie gościńca wstrzymałem konia w miejscu. Dotąd bowiem, nie zatrzymując się ani nie oglądając za siebie, pędziłem z okrzykiem «Vive Imperator». Postrzegłszy przy sobie kilku szwoleżerów, a za sobą wachmistrza Sokołowskiego na kulawym koniu, zawołałem: «Gdzie nasi?» Sokołowski odpowiada: «Wyginęli». Wielu legło istotnie, drudzy konie potracili, inni rozpierzchli się na prawo i lewo”.

Hiszpanie ochłonęli i widząc, jak mała garstka Polaków opanowała czwartą baterię, zbierają się, aby ją odbić. Ranny koń pada pod Niegolewskim, przygniatając mu nogę, przez co jest unieruchomiony. Hiszpanie dopadają do niego i zadają 9 pchnięć bagnetami, potem otrzymuje cios pałaszem w głowę. Udaje zabitego, ratując w ten sposób życie. Na szczęście nadszedł oddział Łubieńskiego ścigający uciekającego wroga. Posuwający się za nim woltyżerzy z 96 pułku dotarli do baterii i uwolnili naszego bohatera spod konia, przenosząc pod czwartą baterię, a por. Villenevve, z którym był zaprzyjaźniony, podał mu manierkę z winem. Wkrótce nadjechał dowódca kawalerii gwardii marsz. Besseries. Zbliżył się do rannego Polaka i rzekł: „Młody człowieku cesarz widział piękną szarżę lekkokonnych. Potrafi z pewnością docenić waszą brawurę”. Niegolewski przekonany, że rany, które otrzymał, są śmiertelne, rzekł z trudem, wskazując na działa: „ Monseigneur, umieram, oto armaty, które zdobyłem. Powiedz o tym cesarzowi”. Wynik szarży 3 szwadronu był imponujący, cała armia don Benito San Juana, po utracie dział, poszła w rozsypkę. Wkrótce jednak wokół tej wspaniałej szarży rozpoczęły się spory.


Panorama Somosierra – nieukończony obraz cykloramiczny autorstwa Wojciecha Kossaka i Michała Wywiórskiego, mający przedstawiać różne etapy bitwy pod Somosierrą (1899-1900)


Spory o Somosierrę

Jeden z historyków trafnie kiedyś stwierdził, że nikt tak nie kłamie jak biuletyny wielkiej armii, redagowane osobiście przez Napoleona. Cesarz podyktował 13 biuletyn Armii Hiszpanii, w którym zawarł własną wersję tego, co wydarzyło się 30 listopada w wąwozie Somosierra.

„Dywizja licząca 13 tys. ludzi rezerwowej armii hiszpańskiej broniła przejścia przez góry. Nieprzyjaciel sądził, że nie można go przełamać na tej pozycji. Ufortyfikował przełęcz, którą Hiszpanie nazywają Puerto, i umieścił tam 16 dział. Zaczęła się strzelanina i armatnia kanonada. Szarża, jaką gen. Montbrun wykonał na czele polskich szwoleżerów, przesądziła losy bitwy. Była to szarża wspaniała, a pułk okrył się chwałą i wykazał, że jest godzien należeć do cesarskiej gwardii(…). Ośmiu polskich szwoleżerów zginęło na armatach, a szesnastu zostało rannych. Wśród tych ostatnich kapitan Dziewanowski został tak ciężko ranny, że jego stan jest beznadziejny. Major Segur, wachmistrz domu cesarskiego, szarżował pomiędzy Polakami i otrzymał kilka ran, z których jedna jest dosyć groźna”.

Jak widać z przytoczonego fragmentu, „polityka historyczna” to nie wymysł współczesnych polityków. Opierając się na biuletynach, Napoleona francuski historyk i polityk Adolf Thiers upowszechnił tę wersję w swojej pracy Historia Konsulatu i Cesarstwa, dodając od siebie, że pierwsza szarża Polaków się załamała, a szwadron pierzchnął haniebnie i dopiero druga szarża prowadzona przez gen. Montbruna doprowadziła do sukcesu. Ponadto polscy szwoleżerowie mieli być pijani podczas szarży, stąd wzięło się powiedzenie wśród Francuzów „pijany jak Polak”. Z powodu tych nieścisłości nasz bohater rozpoczął intensywną korespondencję z Thiersem, mając wsparcie płk. Pierra Dautancourta, żądając sprostowania wszystkich fałszerstw. Rozpoczęło to spór o Somosierrę na dwóch polach:

  1. polsko – francuskim, o to, czy wymienieni w 13 biuletynie oficerowie francuscy rzeczywiście brali udział w szarży,
  2. polsko – polskim, czy armaty w wąwozie Somosierra zdobyte zostały w wyniku pierwszej szarży przeprowadzonej przez 3 szwadron, czy była potrzebna druga szarża, przeprowadzona przez mjr. Tomasza Łubieńskiego, na czele szaserów francuskich i pozostałych 1 i 2 szwadronów pułku szwoleżerów?

O ile sprawa rzekomego udziału oficerów francuskich w szarży była zwykłym kłamstwem, o czym wiedzieli wszyscy uczestnicy bitwy, o tyle drugie pole konfliktu było bardziej skomplikowane. Na tym tle doszło do sporu Andrzeja Niegolewskiego z Tomaszem Łubieńskim, lansowanym w listach do przyjaciół na głównego bohatera szarży przez swoją żonę Konstancję z Ossolińskich ( nie mylić z Konstancją z Bojanowskich Łubieńską, Wielkopolanką, przyjaciółką Mickiewicza).


Z lewej: nieistniejący pomnik poświęcony szwoleżerom poległym pod Somosierrą, wzniesiony w Niegolewie przez Zygmunta Niegolewskiego (syna Andrzeja) w 1874 r., zniszczony przez Niemców w czasie okupacji w 1940 r. (źródło: Fotopolska). Z prawej: romantyczna wizja szarży pod Somosierrą, obraz Piotra Michałowskiego z ok. 1837 r.


Niegolewski tak o tym pisze: „Łubieński utrzymywał, że za trzecim szwadronem on z pierwszym szwadronem szarżował i baterię Hiszpanom odebrał. Ja jemu na to powiedziałem, że jeśli szarżą na baterie i odbieranie armaty, przy których nie masz kanonierów, to przyznaję, gdyż 3 szwadron kanonierów hiszpańskich był częścią porąbał, częścią do ucieczki zmusił. Jak Łubieński zaś twierdził, że ja o tym sądzić nie mogę, gdyż leżałem na placu ranny bez przytomności, ja jemu zaś, że Hiszpanie na inne szwadrony pułku szwoleżerów, którzy po trzecim szwadronie na baterie pod Somosierra szarżowali nie granatami, nie kartaczami, lecz karmelkami zapewne strzelać musieli, kiedy oprócz tych co z trzeciego szwadronu polegli i ranni byli, żaden żołnierz ani oficer innego szwadronu nie był zabity ani ranny”.

Zgodnie z wykazem strat pułku szwoleżerów z tego dnia w pozostałych szwadronach poległo pięciu szwoleżerów. Dlatego w tej kwestii nasz bohater mijał się z prawdą. Nie oznacza to jednak, że ta piątka szwoleżerów zginęła podczas zdobywania armat. Mogli zginąć podczas pościgu za uciekającą piechotą hiszpańską. Ponadto trzeba pamiętać, że dwa najlepsze pułki hiszpańskie podczas walk o wąwóz były na nabożeństwie Te Deum z okazji rzekomego zwycięstwa nad Francuzami. Przy ich rozbijaniu również mogło polec kilku żołnierzy, jak przyjaciel Niegolewskiego. To, że hiszpańscy kanonierzy nie zdążyli ponownie odpalić armat, jest bez wątpienia zasługą Niegolewskiego i wachmistrza Sokołowskiego. Było w tym czasie normą, że Hiszpanie walczyli do momentu, aż nie stracili armat. Gdy je tracili, z reguły rzucali się do ucieczki, tak było pod Epilą, gdzie płk Chłopicki, mając 1300 żołnierzy rozpędził 8000 Hiszpanów, jak również w wielu innych bitwach. Natomiast co się tyczy „pana Tomasza”, jak z ironią tytułuje Łubieńskiego Marian Brandys, to zamiast na obiedzie u Skrzyneckiego, gdzie podczas powstania listopadowego dyskutowano na temat Somosierry, powinien stanąć przed sądem wojennym. Kilka dni wcześniej bowiem, podczas bitwy pod Grochowem, nie wykonał szarży na rosyjskie armaty. Pomimo kilkakrotnych rozkazów gen. Chłopickiego i faktu, że rosyjscy kanonierzy armaty swe „odbieżali”, czyli opuścili. Łubieński miał szansę dokonać o wiele większego czynu 25 lutego 1831 r., ale niestety „zardzewiał”.

Ponieważ ubywało z czasem uczestników szarży pod Somosierrą – najpierw zmarł w szpitalu dla obłąkanych Kozietulski, a później odchodzili inni bohaterowie bitwy, Andrzej Niegolewski postanowił napisać wspomnienia z tej wojny. Polemizuje w nich z por. Benedyktem Zielonką, który w swojej relacji napisał, że na trzeciej baterii szarża trzeciego szwadronu się załamała i większość szwoleżerów skupiła się koło mostku, szukając schronienia przed ogniem hiszpańskiej piechoty. Nie ulega wątpliwości, że nasz „lew” fantazjuje, twierdząc, że szarża jego szwadronu przebiegała gładko i bez problemu opanowano wszystkie cztery baterie. Również historia o tym, że Napoleon, gdy ranny leżał przy czwartej baterii, przypiął mu swój krzyż Legii Honorowej, nie znajduje potwierdzenia w źródłach. Co prawda Dezydery Chłapowski pisze, że gdy spotkał go w Madrycie, jeszcze w bandażach, mówił mu, że otrzymał od cesarza Legię Honorową, to jednak prof. Bielecki poddaje to w wątpliwość, wskazując, że stosowny dyplom został wydany dopiero w lutym 1809 roku.


Scena spod Somosierry, której najprawdopodobniej nie było. Napoleon przypina Andrzejowi Niegolewskiemu krzyż Legii Honorowej. „Tygodnik Ilustrowany” 1860 nr 55.


Wracając do sporu z por. Benedyktem Zielonką, który stanowczo zaprzecza, aby 3 szwadron zdobył 4. baterię, można wywnioskować, że poza Niegolewskim i Sokołowskim nikt więcej nie dotarł do 4. baterii. Gdyby 40 szwoleżerów wspierało „naszego Don Kichota”, a taką liczbę podaje prof. Robert Bielecki, to z pewnością któryś z nich potwierdziłby wersję Niegolewskiego, a Zielonka nie upierał się przy swoim zdaniu. Dlatego zdobycie 4. baterii należy przypisać Niegolewskiemu i Sokołowskiemu. Jeżeli prawdziwa jest informacja, że było jeszcze kilku szwoleżerów, to widząc, w jak niebezpiecznej sytuacji się znaleźli, mając przed sobą artylerzystów hiszpańskich, a za sobą kilka tysięcy uciekających piechurów, z których spora część uciekała drogą odcinając im odwrót, szybko cofnęli się z powrotem do kolegów, by nie dostać się do niewoli Hiszpanów.

Na koniec należy zwrócić uwagę, że Niegolewski został skłuty bagnetami przez uciekającą piechotę, a nie artylerzystów, którzy takiej broni nie posiadali. Armaty te więcej nie przemówiły i Łubieński nie musiał na nie powtórnie szarżować, jak twierdzi krakowski historyk, tylko prowadził pościg za uchodzącym nieprzyjacielem. Po wyleczeniu się z ran dalsza służba u boku Napoleona ograniczała się do roli oficera ordynansowego, którą pan Andrzej pełnił z wielkim poświęceniem. Bez wątpienia był całkowicie oddany cesarzowi, o czym świadczy fakt potępienia przez niego Dezyderego Chłapowskiego, gdy ten w 1813 roku złożył dymisję. W historii pułku zapisał się obok takich postaci jak: płk Jan Kozietulski, kpt. Jan Dziewanowski czy inny Wielkopolanin – gen. Paweł Jerzmanowski. Ten ostatni dowodził szwadronem Elby oraz przednią strażą podczas ucieczki Bonapartego z Elby i wziął udział ze swoim szwadronem w bitwie pod Waterloo, co uwiecznił reżyser Sergiej Bondarczuk w swoim filmie z 1970 roku. Jest paradoksem historii, że osoba Napoleona cieszy się największym zainteresowaniem nie we Francji, tylko w Rosji i Polsce. Bez wątpienia przyczyniła się do tego literatura piękna, a zwłaszcza powieść Lwa Tołstoja Wojna i pokój, wielokrotnie ekranizowana.


Bitwa pod Somosierrą – obraz Horacego Verneta


Legenda Somosierry

Jako pierwszy zaczął tworzyć legendę Somosierry dowódca pułku Wincenty Krasiński, zamawiając obraz u słynnego francuskiego malarza Verneta. W kraju jego raport wydrukowała 28 stycznia 1809 roku „Gazeta Poznańska” jako pierwszą informację o szarży w kraju. Ponieważ kazał namalować siebie na czele pułku po szarży, wywołało to dezaprobatę oficerów.

W literaturze beletrystycznej wyczyny szwoleżerów utrwalił Wacław Gąsiorowski w powieściach: Huragan i Szwoleżerowie gwardii. Poetka Maria Konopnicka napisała słowa do popularnej piosenki „A czyjeż to imię rozlega się sławą”. Nad legendą Somosierry również pochylili się znani malarze: Piotr Michałowski, January Suchodolski oraz Wojciech Kossak, który namalował panoramę bitwy.

Filmowcy: Andrzej Wajda w filmie Popioły zamiast ułanów nadwiślańskich pokazał szarżę pod Somosierrą, a autorzy serialu Wielkie bitwy polskie poświęcili jeden z odcinków Somosierze, w którym Niegolewskiego zagrał Franciszek Pieczka. W filmie tym (dostępny w Internecie) prof. A. Zahorski dokładnie omawia, dlaczego ta szarża była tak wielkim wyczynem.

Marian Brandys przedstawił losy szwoleżerów w czasie epoki napoleońskiej i po jej zakończeniu w cyklu esejów: Kozietulski i inni oraz Koniec świata szwoleżerów. Znany literat nielitościwie pokpiwa sobie z peruki, jaką nosił nasz bohater. W kawalerii II Rzeczypospolitej tradycję pułku szwoleżerów kultywowały trzy pułki jazdy. Wtedy powstała słynna piosenka „Więc pijmy wino, szwoleżerowie”.


Andrzej Niegolewski w okresie powstania listopadowego i w latach 50. XIX w.


Życie prywatne i działalność publiczna

Po powrocie do Polski Andrzej Niegolewski zamieszkał w Niegolewie, a po ślubie z Anną Krzyżanowską w jej majątku Włościjewki koło Śremu. Małżonkowie mieli dziesięcioro dzieci. W 1827 roku wszedł do poznańskiego sejmu prowincjonalnego jako reprezentant stanu rycerskiego z powiatów Buk i Oborniki. Stawał w obronie języka polskiego, domagając się przywrócenia go jako wykładowego we wszystkich szkołach Wielkiego Księstwa Poznańskiego.

Jeszcze raz chwycił za broń podczas powstania listopadowego, dowodząc 1 pułkiem jazdy sandomierskiej. Aby go należycie wyekwipować, nie szczędził własnych pieniędzy. Walczył na jego czele w bitwie pod Iganiami. Jak wszyscy ziemianie, którzy wzięli udział w powstaniu, z wyroku sądu pruskiego odsiedział 4 miesiące w twierdzy Koźle i zapłacił grzywnę w wysokości 1500 talarów.

Do życia publicznego powrócił w 1840 roku, atakując Edwarda Flottwella za jego antypolską politykę. W 1843 roku domagał się zorganizowania przy szkołach referatów złożonych z przedstawicieli społeczeństwa oraz uzasadniał petycję dotyczącą założenia uniwersytetu w Poznaniu. W 1847 roku wziął udział w obradach połączonego sejmu w Berlinie, gdzie należał do głównych autorów petycji o przywrócenie języka polskiego w szkołach i urzędach Wielkiego Księstwa Poznańskiego. W czasie Wiosny Ludów w Wielkopolsce 1848 doradzał uderzenie na cytadelę poznańską, domagając się od gen. Colomba ustąpienia z miasta. Wkrótce potem udał się do Berlina na drugą sesję sejmu połączonego, gdzie miał wystąpić przeciwko gwałtom pruskim w Poznańskiem. Na zebraniu przedwyborczym w Lwówku 25 kwietnia 1848 roku został napadnięty i pobity przez niemieckich oraz żydowskich mieszczan. Nie czując się bezpiecznie, wyjechał do Berlina, skąd powrócił do siebie latem, po pacyfikacji kraju.

Ostatnie lata życia poświęcił na publikowanie swoich wspomnień, w których zaciekle polemizował z innymi uczestnikami bitwy. W roku 1856 odmówił przyjęcia urzędowego zaproszenia na sesję sejmową, ponieważ była zredagowana po niemiecku. Na tym tle wydał dwujęzyczną broszurę pt. Wola królewska i jej wykonanie w Wielkim Księstwie Poznańskim. Warto zwrócić uwagę, że twardo bronił praw do posługiwania się językiem polskim w życiu publicznym, widząc w jego rugowaniu celową politykę Niemców, której ukoronowaniem będzie ustawa kagańcowa z 1908 roku.

Zmarł w Poznaniu 18 lutego 1857 roku, zaś pochowany został w grobowcu rodzinnym w Buku. W 1923 roku zwłoki jego uroczyście przeniesiono do krypty zasłużonych Wielkopolan, w kościele św. Wojciecha. Pozostawił synów: Władysława, Kazimierza i Zygmunta, oraz córki: Felicję, Leokadię, Magdalenę, Emilię i Jadwigę.


Strona tytułowa wspomnień Andrzeja Niegolewskiego (źródło: Polona) i trumna z jego szczątkami w Krypcie Zasłużonych Wielkopolan w podziemiach kościoła św. Wojciecha w Poznaniu.


Największym wyzwaniem dla Polaków mieszkających w zaborze pruskim była obrona ziemi przed wykupem i walka o język polski w szkole i urzędach, by chronić polskich chłopów i młodzież przed germanizacją. Na tym polu Andrzej Niegolewski i jego następcy znakomicie wpisali się w etos pracy organicznej w Wielkopolsce. Wspieranie polskich czasopism, wydawanie polskich książek czy zakładanie czytelni ludowych, uczenie polskiej historii to był oręż bezbronnych. Wspomnienia o chwale oręża polskiego w czasach napoleońskich napawały dumą kolejne pokolenia Polaków. Polskie rody ziemiańskie w Wielkim Księstwie Poznańskim i kościół katolicki były ostoją polskości. Doskonale zdawali sobie z tego sprawę kanclerze Bismarck i Bülow. Dlatego pierwszy rozpoczął kulturkampf, a drugi przygotowywał ustawy o możliwości wywłaszczania przez państwo wielkich majątków ziemskich. Na szczęście junkrzy pruscy, obawiając się, że ta ustawa może uderzyć również w nich, zablokowali ją w parlamencie.

Czego nie zrobili Niemcy, to przeprowadziły władze komunistyczne po 1945 roku. W wyniku reformy rolnej ziemiaństwo jako grupa społeczna przestało istnieć. Potomkowie Andrzeja Niegolewskiego i innych rodów zasilili szeregi polskiej inteligencji lub udali się na emigrację. Wielkopolska i Poznań szczególnie na tych przemianach społecznych ucierpiały. Ziemiaństwo wielkopolskie finansowało wysoką kulturę. Byli też, jak stwierdził Jerzy Waldorff, jej odbiorcami. Dlatego pomimo niewoli koncertowali w Poznaniu najwybitniejsi artyści: Chopin, Paganini, Wieniawski czy Jan Ignacy Paderewski. Wspierali Adama Mickiewicza i innych pisarzy, nawet gdy nie byli fanami wieszcza, jak Chłapowski, rozumiejąc, że tworzą rzeczy ponadczasowe i wzbogacające polską kulturę. Dziś pozostały po nich piękne pałace z przylegającymi parkami jak ten naszego bohatera w Bytyniu.                                            

Witold Mikołajczak

Historyk, absolwent UAM, nauczyciel, od 1990 r. mieszka w Szamotułach.

Autor 4 książek: Grunwald 1410. Bitwa, która przeszła do legendy (2010); Grunwald 1410. O krok od klęski (wyd. rozszerz. 2015); Wojny polsko-krzyżackie (2009) i Grochów 1831. Niedokończona bitwa (2014).

Na nowo interpretuje pewne wydarzenia i źródła historyczne, lubi polemikę.

Pułkownik Andrzej Niegolewski – szwoleżer Napoleona2022-01-03T19:58:24+01:00

Aktualności – listopad 2021

Kartka z kalendarza – sprowadzanie szczątków Maksymiliana Ciężkiego do rodzinnego miasta (23.11.2008 r.)

23 listopada 2008 r. Szamotuły uczciły ppłk. Maksymiliana Ciężkiego (1898-1951), szamotulanina, polskiego bohatera, który po wojnie nie mógł wrócić do kraju, bo – jako ważnej postaci przedwojennego wywiadu wojskowego – groziła mu tu śmierć. Ostatnie lata życia mieszkał w Kornwalii (płd.-zach. Anglia), aby przeżyć, pracował przy krosnach. Władze nie pozwoliły na to, aby dołączyła do niego pozostała w Polsce rodzina, żona – w obawie zdrowie Maksymiliana – nie przekazała mu informacji o śmierci dwóch synów. Został pochowany w miejscowości Tywardreath w Kornwalii.

Jego drugi pogrzeb odbył się w rodzinnych Szamotułach 13 lat temu. Najpierw odprawiono uroczystą mszą w kościele kolegiackim, a następnie szczątki ppłk. Maksymiliana Ciężkiego złożono w kwaterze powstańców i żołnierzy. W uroczystościach wzięli udział, między innymi, wicemarszałek Senatu Marek Ziółkowski, marszałek województwa Marek Woźniak i wojewoda wielkopolski Piotr Florek. Tego samego dnia przy ul. Dworcowej odsłonięto pomnik poświęcony Maksymilianowi Ciężkiemu, autorstwa Arlety Eiben, artystki z Szamotuł. Jest to wykonany z brązu odlew, umieszczony na podstawie z piaskowca.

Maksymilian Ciężki – szamotulski harcerz, powstaniec wielkopolski – pierwsze doświadczenia kryptologa i radiowca zdobył w czasie wojny polsko-bolszewickiej. Ciężki zrewolucjonizował podejście do kryptologii, zaproponował bowiem, aby do pracy nad odczytywaniem nowych szyfrów zaprosić matematyków, a nie – jak dotąd – lingwistów. W 1929 r. był jednym z wykładowców kursu dla przyszłych kryptologów, w którym brali udział 3 młodzi matematycy: Marian Rejewski, Jerzy Różycki i Henryk Zygalski, którzy kilka lat później złamali szyfr niemieckiej maszyny Enigma.

Do złamania kodu Enigmy nawiązuje w swej symbolice szamotulski pomnik ku czci ppłk. Maksymiliana Ciężkiego. Pusta przestrzeń między dwoma płaszczyznami, które mają stanowić nawiązanie do skrzydeł husarskich, ma kształt klucza. W jego dolnej części znajdują się litery, z lewej to fragment tekstu zakodowanego, a z prawej – po rozszyfrowaniu.

Zdjęcia z 2008 r. i 2021 r. (na górze) – Piotr Mańczak



Pożegnanie Jana Kulczaka 

19 listopada zmarł nagle Jan Kulczak (ur. 1937) – żegnamy go z wielkim żalem! Będzie nam Pana bardzo brakować, Panie Janie. Dziękujemy za wszystkie piękne fotografie, wspomnienia, komentarze! Dziękujemy, że był Pan tu z nami i dla nas. Rodzinie składamy wyrazy głębokiego współczucia.

Jan Kulczak urodził się w Szamotułach w domu na terenie wodociągów, których kierownikiem był jego dziadek. To wieża ciśnień była jego ulubionym obiektem, martwił się jej dzisiejszym stanem, wielokrotnie fotografował. Zdjęcia robił od lat 60., miał ich ogromnie bogaty zbiór. Ukończył szamotulskie liceum. Zawodowo związany był z branżą ubezpieczeń, specjalizował się w ubezpieczeniach majątkowych (w tej dziedzinie prowadził szkolenia, a także wykłady i ćwiczenia na Akademii Ekonomicznej). Na emeryturze dużo podróżował i zwiedzał. Od wielu lat mieszkał w Poznaniu, w Szamotułach przez jakiś czas przewodniczył oddziałowi TKKF, działał w PTTK i towarzystwie Kultury Ziemi Szamotulskiej, był przewodnikiem i społecznym opiekunem zabytków.

Pan Jan często witał się z nami na FB i żegnał zdjęciami wschodów i zachodów słońca podziwianych z okien swojego mieszkania w bloku w pobliżu ronda Rataje. Trudno uwierzyć, że nie zobaczymy już Jego nowych fotografii.



Podsumowanie IX edycji konkursu na haft i koronkę

Do konkursu przystąpiło 35 uczestników, którzy zgłosili łącznie 196 prac. Tegoroczną edycję od poprzednich odróżnia wprowadzenie odrębnej kategorii – haftu szamotulskiego. Naszą intencją jest jak najszersze promowanie dziedzictwa kulturowego ziemi szamotulskiej. Wierne odwzorowywanie haftu na tiulu czy motywów, które znamy z grafik Stanisława Zgaińskiego, to dla nas ważny punkt konkursu i wystawy. Na tegorocznej wystawie pojawiły się dwa piękne czepki mężatek autorstwa Mirosławy Wachowiak i Jana Wachowiaka oraz wiernie odtworzone na płótnie motywy haftu szamotulskiego przez Helenę Prokopczyk. Efekt warsztatów „Urodzeni w czepku”, jakie pod koniec ubiegłego roku prowadziła Halina Krupińska, najstarsza hafciarka ludowa regionu, mistrz tradycji (to ona od kilkudziesięciu lat tworzy czepki i kryzy dla szamotulskiego Zespołu Folklorystycznego), pokazały na wystawie dwie szamotulanki: Agata Dobak i Milena Buda. Były to ich pierwsze prace wykonane na bawełnianym tiulu.

W pozostałych kategoriach podziwiać mogliśmy bogactwo form i technik. Pojawiła się przepiękna snutka golińska, frywolitka, wykonane w różnych technikach szydełkowe formy, bardzo oryginalne koronki irlandzkie i rumuńskie, hafty płaskie: od uroczych małych tamborków dekoracyjnych, po piękne duże obrusy z motywem pałuckim czy ludowy strój krajeński; hafty krzyżykowe i niezwykle misterna koronka klockowa – także w nowej konkursowej kategorii. Talent, pomysłowość i jakość wykonania prac budzą podziw.

Jury stanęło więc przed niełatwym zadaniem wyłonienia zwycięskich prac i postanowiło przyznać następujące nagrody i wyróżnienia:
– w kategorii Haft szamotulski: I nagroda – Jan Wachowiak, III nagroda – Helena Prokopczyk (II nagrody nie przyznano),
– w kategorii Haft: I nagroda – Krystyna Ługiewicz, II nagroda – Maria Gruchała, III nagroda – Irena Zielińska,
– w kategorii Koronka: I nagroda – Wiesława Kotarba, II nagroda – Zofia Tecław, III nagroda – Renata Adamczyk.
– w kategorii Koronka klockowa: I nagroda – Jadwiga Śliwa, II nagroda – Beata Babiarz, III nagroda – Maria Sikorska.
Wyróżnienia z nagrodą rzeczową otrzymały:
– w kategorii Haft szamotulski: Mirosława Wachowiak, Milena Buda i Agata Dobak,
– w kategorii Haft: Elżbieta Brzezińska i Teresa Kruczyńska,
– w kategorii Koronka: Irena Nogalska i Daniela Sobkowiak,
– za Snutkę golińską uhonorowano Beatę Szymczak, a za Frywolitkę Teresę Musiał.
Wernisaż wystawy IX edycji konkursu na haft i koronkę 2021 odbył się 17 listopada w Szamotulskim Ośrodku Kultury. Nagrody i wyróżnienia wręczył dyrektor, Piotr Michalak gratulując wszystkim uczestniczkom i uczestnikowi konkursu, podkreślając, że na uwagę zasługują wszystkie prace. Wyrażając podziw dla talentu i pasji, zaprosił do udziału w przyszłorocznym jubileuszowym wydarzeniu. Wystawa będzie dostępna do piątku 19 listopada. Ekspozycję przygotowała Milena Kolat-Rzepecka.
SzOK



Spacer z Historią po raz pierwszy po szamotulskim cmentarzu

Cmentarz w Szamotułach – w sobotę, 23 października, odbył się ostatni tegoroczny Spacer z Historią. Było słońce, deszcz, pojawiła się nawet tęcza! Cieszymy się, bo grupa mieszkańców zainteresowanych historią miasta wciąż rośnie, choć nie brakuje i stałych bywalców naszych spacerów.

Najpierw w opowieści o cmentarzu pojawiły się wątki ogólne, związane z powstaniem tego miejsca. Cmentarz na wzgórzu poza ówczesnym miastem wytyczono w latach 20. XIX w., pierwszych zmarłych – ofiary cholery pochowano tam w 1831 r. Wcześniej nieduże cmentarze funkcjonowały przy szamotulskich kościołach: św. Marcina w Starych Szamotułach, kolegiacie św. Stanisława Biskupa, kościele św. Ducha przy ul. Poznańskiej i kościele św. Krzyża. W obrębie dzisiejszego cmentarza, prawdopodobnie na prawo od alei prowadzącej od bramy, znajdowała się kaplica św. Mikołaja; pierwsza informacja o niej pochodzi z XVI w., rozebrana w połowie XVIII w. Cmentarz wielokrotnie był powiększany.

Po cmentarzu oprowadzać można na wiele różnych sposobów. Można iść śladami dawnych właścicieli ziemskich, kapłanów, samorządowców, nauczycieli, regionalistów… Poprowadziliśmy zgromadzonych według naszego uznania, będziemy do pomysłu pewnie wracać i ulepszać sposób prezentacji.

Szliśmy szlakiem rozpoczynającym się przy grobie ks. Wincentego Taszarskiego (1809-1859) – pierwszego proboszcza szamotulskiego pochowanego na tym cmentarzu. Później zatrzymaliśmy się przy grobowcu rodziny Zapałowskich – Dutkiewiczów – Witkowiaków i grobie ks. Walentego Kryzana (1864-1912). Dużo czasu spędziliśmy w alei proboszczowskiej przy grobach księży: Tertuliana Wilczewskiego (1841-1907), Bolesława Kaźmierskiego (1879-1945), Franciszka Foreckiego (1891-1972), Albina Jakubczaka (1907-1978) i Franciszka Nowackiego (1907-1978). Następnie alejką przy grobowcu Foltynów – Ćwirlejów (tu oczywiście trzeba było wspomnieć Janinę Foltynową), wcześniej należącym do Hammerlingów,  przeszliśmy do mogiły Polaków rozstrzelanych w czasie ulicznej egzekucji przy ul. Franciszkańskiej. Następnie stanęliśmy przy dwóch okazałych grobowcach: w pierwszym spoczywa rodzina Miękwiczów (m.in. kierownik katolickiej szkoły elementarnej z początku XX w.), w drugim Kościelscy – właściciele ziemscy ze Śmiłowa. Zanim doszliśmy do kwatery powstańczej, zatrzymywaliśmy się przy grobach Kazimierza Beika (1886-1966) – dyrektora Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi, Henryka Ciężkiego (1885-1963) – kościelnego, który w czasie okupacji uchronił obraz Matki Bożej Pocieszenia przed rabunkiem, Konstantego Scholla (1874-1930) – pierwszego burmistrza w niepodległej Polsce, rodziny Madalińskich – właścicieli Kluczewa koło Ostroroga i Michałą Micewicza (1841-1927) – powstańca styczniowego. Na szlaku naszej wędrówki wspominaliśmy też rodzinę Orlików (przy grobach Franciszka oraz Władysława i Marianny), ks. Henryka Szklarka-Trzcielskiego (1908-2010) – powstańca warszawskiego, Józefa Preussa (1891-1953 i innych regionalistów – Tadeusza Baka i Romualda Krygiera) i Józefa Kawalera (1881-1938) – właściciela szamotulskiej drukarni.

Prelegentami byli Piotr Nowak, Łukasz Bernady i Agnieszka Krygier-Łączkowska. Spacer kończyliśmy prawie o zmroku, obiecujemy zaprosić na kolejne w 2022 r. Nowe pomysły już są!

Zdjęcia Robert Kołdyka i Piotr Mańczak



Wielkopolska każdego dnia

Od września na antenie TVP 3 Poznań pojawia się codzienny program historyczny prezentujący postaci, wydarzenia, fakty i ciekawostki z historii Wielkopolski. Program przedstawia wydarzenia wielkie i oczywiste oraz drobne i zupełnie zapomniane, a także ciekawostki, archiwalne zdjęcia, komentarze ekspertów.

W listopadzie komentarze Agnieszki Krygier-Łączkowskiej, dotyczące postaci i wydarzeń z historii Ziemi Szamotulskiej, pojawią się w odcinkach z następujących dni: 5 XI – Irena Krzywoszyńska, 11 XI – Maria Wicherkiewiczowa, 12 XI – Władysław Mazurkiewicz, 16 XI – Akiva Baruch Posner, 19 XI – Halszka z Ostroga, 20 XI – Wesele szamotulskie, 21 XI – Henryk Nowak, 23 XI – Maksymilian Ciężki, 27 XI – powitanie Napoleona, 29 XI – udział szamotulan w powstaniu listopadowym, 30 XI – Andrzej Niegolewski – bohater spod Somosierry.

Programy można oglądać także w Internecie (https://poznan.tvp.pl/55640115/wielkopolska-kazdego-dnia).

LISTOPAD 2021


Imprezy i koncerty


Minione



KINO

Aktualności – listopad 20212021-12-05T14:12:57+01:00

Upamiętnienie cmentarza żydowskiego w Szamotułach

Upamiętnienie cmentarza żydowskiego w Szamotułach

Żyli tym miastem…


Najstarsze zachowane informacje o Żydach z Szamotuł pochodzą z początku XV w., w II połowie XVI w. istniała już ulica Żydowska (później Szeroka, obecnie Braci Czeskich), co świadczy o sporej grupie mieszkańców wyznania mojżeszowego.

Nie wiadomo, gdzie znajdowało się pierwsze miejsce pochówku tej grupy szamotulan. Cmentarz na rogu dzisiejszych ulic Powstańców Wielkopolskich i Zamkowej powstał prawdopodobnie w pierwszej połowie XVIII w. Przy ul. Powstańców Wielkopolskich (dawnej ul. Obrzyckiej) znajdował się dom przedpogrzebowy oraz wozownia. Od strony ul. Zamkowej zachował się fragment muru stanowiącego dawną granicę między cmentarzem żydowskim i ewangelickim, do którego wchodziło się od strony pl. Sienkiewicza, obok budynku pastorówki.   


Wycinek planu Szamotuł z 1906 r. z późniejszymi zmianami (przygotowany przez firmę Heinricha Schevena w związku z budową sieci wodociągowej), Muzeum-Zamek Górków. W górnej części na zielono zaznaczono cmentarz żydowski i ewangelicki.


Procentowo najwięcej ludności żydowskiej mieszkało w Szamotułach w I połowie  XIX w., kiedy to w pewnym okresie liczba Żydów przekroczyła liczbę Polaków. W drugiej połowie XIX w. − ze względów gospodarczych − rozpoczął się odpływ ludności żydowskiej w głąb Niemiec.

Na przełomie XIX i XX w. żydowscy mieszkańcy Szamotuł w znacznym stopniu przyczynili się do rozwoju gospodarczego miasta. Można tu wymienić stworzone przez nich zakłady: młyn i meblarnię braci Koerpel, młyn Israela Gorzelańczyka i olejarnię Moritza Nathana .

W Szamotułach urodzili się, m.in., Alexander Hollaender (1898-1986), znany w świecie biolog i biofizyk (od lat 20. XX w. mieszkał w USA), a także Akiva Baruch Posner (1890-1962) – rabin, badacz pism i historii społeczności żydowskiej, także w powiecie szamotulskim (mieszkał w Niemczech, po dojściu nazistów do władzy wyjechał do Jerozolimy).


Odnalezienie macew na dawnym cmentarzu żydowskim w Szamotułach, 1995 r. Zdjęcia Andrzej J. Nowak (więcej w artykule http://regionszamotulski.pl/andrzej-j-nowak-norman-sherran-w-poszukiwaniu-korzeni/)


Na początku lat 20. XX w. wielu Żydów opuściło Szamotuły. Nie odnaleźli się w rzeczywistości państwa polskiego i wybrali obywatelstwo niemieckie, co umożliwiły im postanowienia Traktatu Wersalskiego. Nowym miejscem ich zamieszkania były głównie dwa miasta: Berlin i Wrocław. Niewielka grupa ludności żydowskiej pozostała na miejscu; w 1931 r. było to 86 osób (1% mieszkańców miasta), w 1939 r. – mniej niż 100 osób.

7 listopada 1939 r. 88 szamotulskich Żydów zostało wywiezionych z powiatu szamotulskiego do Buku, gdzie w miejscowej synagodze, szkole i magazynie przetrzymywano około 450 osób z kilku powiatów. Ze względu na złe warunki sanitarne w obozie wybuchł tyfus. Po miesiącu ludzie ci zostali przewiezieni pociągiem do Grodziska, a stamtąd pieszo przeszli do obozu w Młyniewie. Po niedługim czasie przetransportowano ich w okolice Warszawy. Stamtąd trafili najpierw do gett w różnych miejscowościach, a potem do obozów zagłady.


Nazwiska przedwojennych żydowskich mieszkańców Szamotuł (spisała z pamięci Barbara Nowakowa, 13.10.1995 r.). Udostępnił Andrzej J. Nowak.


Z Żydów, którzy mieszkali do 1939 r. w Szamotułach, w czasie wojny zginęli,  m.in., kupiec Yaakov Feldman (ur. 1909), Lenka (ur. 1886) i Alex (ur. 1880) Gersmanowie – właściciele sklepu żelaznego na Rynku, Moritz Goldbarth (ur. 1861, z zawodu piekarz) i jego żona Mina Goldbarth z domu Gratz (ur. 1860), Malka Gutman, pięć osób z rodziny Hollaendrów: Elise z domu Ravicher (ur. 1874), Salomon (ur. 1909), jego żona Lotte z domu Levental, Gertruda (ur. 1916) i Walter (ur. 1917), Arthur (ur. 1872) i Johanna (ur. 1874) Lewinowie, Tauba (ur. 1910) i Szmuel (ur. 1909) Najmanowie, Berta Ryczke (ur. 1901), Ida Shaike z domu Reis (inormacje za Yad Vashem).

Nie zachowała się szamotulska synagoga. Budynek z 1853 r., wzniesiony na miejscu wcześniejszej synagogi, znajdował się na dzisiejszym placu przy skrzyżowaniu Braci Czeskich i Garncarskiej. Jesienią 1939 r. Niemcy podpalili go, a następnie zburzyli.  


Wyżej – wycinek planu Szamotuł z okresu 1940-1944. Groby znajdowały się w prawej części, czyli tam, gdzie dziś stoją budynki szkolne). Niżej – kształt cmentarza wpisany orientacyjnie w mapę Google, 2019 r. (prawdopodobnie cmentarz sięgał częściowo pod dzisiejszą ul. Zamkową). Udostępnił Andrzej J. Nowak.


W czasie niemieckiej okupacji rozpoczęło się niszczenie cmentarza żydowskiego. Niemcy wykorzystywali nagrobki – macewy do umocnień brzegów rzek pod mostami. Wiadomo, że umieszczono je w okolicach mostów przy ul. 3 Maja i przy Sportowej. Potłuczone fragmenty macew i nagrobków z cmentarza ewangelickiego, już w czasach PRL-u, przeznaczono na  podbudowę nawierzchni ulicy Wiosny Ludów.

Dzieła ostatecznego zniszczenia cmentarza dokonano w 2. połowie lat 50. XX w. W latach 1955-1957 na miejscu grobów stanął internat Szkoły Rolniczej, a w latach 1966-1970 – główny budynek szkoły przy Szczuczyńskiej 3. Nie wiadomo, co zrobiono wówczas z wydobytymi w czasie budowy szczątkami ludzkimi. Całe macewy lub ich fragmenty znaleźć można było na terenie Szamotuł jeszcze w latach 90. XX w. (Andrzej J. Nowak opisał, jak kilka z nich przy dawnym murze kirkutu odnalazł w 1995 r.). Z czasem pozostałości macew i innych przedmiotów związanych ze społecznością szamotulskich Żydów zaczęło gromadzić miejscowe muzeum (wiele z nich można obejrzeć na ekspozycji).  


Na górze dawny dom przedpogrzebowy, ul. Powstańców Wlkp. Widać, tu styk murów dwóch cmentarzy: żydowskiego (otynkowany) i ewangelickiego (z czerwonej cegły). Niżej – tabliczka na domu przedpogrzebowym i tablica przy ul. 3 Maja, odsłonięta w 2016 r. (zdjęcie Andrzej Bednarski)


19 października 2021 r. odbyła się uroczystość upamiętnienia dawnego cmentarza żydowskiego. Przy ul. Zamkowej, obok budynku internatu Zespołu Szkół nr 2 im. Stanisława Staszica, stanął kamień kształtem przypominający macewę z mosiężną tablicą w dwóch językach i kodem QR, odsyłającym do szerszej charakterystyki nekropolii na portalu prowadzonym przez Narodowy Instytut Dziedzictwa (zabytek.pl). W nawierzchni obok umieszczono cztery macewy ocalałe z szamotulskiego cmentarza.

Oznakowanie dawnych cmentarzy żydowskich to akcja realizowana na terenie całego kraju. Prowadzi ją Narodowy Instytut Dziedzictwa i Muzeum Żydów Polskich „Polin” wraz z lokalnymi partnerami. W przypadku Szamotuł partnerami, którzy na miejscu przygotowali pamiątkowy kamień oraz samą uroczystość, były Muzeum – Zamek Górków oraz Zespół Szkół nr 2. W uroczystości wzięli udział, miedzy innymi, Zygmunt Stępiński – dyrektor Muzeum Historii Żydów Polskich „Polin”, Anna Czerwińska-Walczak – zastępca dyrektora Narodowego Instytutu Dziedzictwa, Alicja Kobus – przewodnicząca Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Poznaniu, Beata Hanyżak – starosta powiatu szamotulskiego oraz dyrektorzy instytucji – partnerów przedsięwzięcia: Michał Kruszona i Zygmunt Sługocki. Psalm 23 oraz modlitwę za zmarłych wygłosił rabin Icchak Rapaport. Prezentacja oznakowania dawnego cmentarza żydowskiego w Szamotułach była pierwszą tego typu uroczystością w Wielkopolsce.


Przemawiają kolejno: Alicja Kobus, Anna Czerwińska-Walczak, Zygmunt Kępiński i Beata Hanyżak. Rabin Icchak Rapaport odmawia modlitwę za zmarłych. Zdjęcia z uroczystości 19.10.2021 r. – Kamil Malinowski.

Szary mur stanowił granicę z cmentarzem ewangelickim.


Warto przytoczyć słowa, które w trakcie uroczystości na cmentarzu żydowskim wypowiedziała Alicja Kobus:

„To miejsce spoczynku mieszkańców Szamotuł. Oni budowali to miasto, żyli tym miastem, pracowali dla tego miasta i z wyznawcami wszystkich innych religii współtworzyli dziedzictwo, które dzisiaj posiadamy”.

Agnieszka Krygier-Łączkowska


Społeczności żydowskiej poświęciliśmy jeden ze Spacerów z Historią – sierpień 2020 r.

Upamiętnienie cmentarza żydowskiego w Szamotułach2021-10-21T19:15:29+02:00
Go to Top