About Agnieszka Krygier-Łączkowska

Autor nie uzupełnił żadnych szczegółów
So far Agnieszka Krygier-Łączkowska has created 330 blog entries.

Michał Musiał – powstaniec wielkopolski

Wojciech Musiał

90 lat temu pobrali się Michał Musiał i Katarzyna z domu Nowak

Mój dziadek powstaniec

W dniu 18 listopada 1892 r. w Szamotułach zawarli związek małżeński: robotnik Wojciech Musiał, ur. 11 kwietnia 1870 r. w Kopaninie, zamieszkały w Kaźmierzu, syn zmarłego w Górze robotnika Stanisława i mieszkającej aktualnie w Kiączynie jego żony Marianny z domu Bosa, oraz panna służąca (Dienstmagd) Marianna Nowak, urodzona 13 grudnia 1872 r. w Ostrolesiu koło Szamotuł, zamieszkała obecnie w Chlewiskach koło Kaźmierza, córka zamieszkałego i zmarłego w Jastrowie robotnika dniówkowego (najemnika) Andrzeja Nowaka oraz jego żony Marianny z domu Przybył, zamieszkałej obecnie w Chlewiskach.

Wojciech i Marianna – moi pradziadkowie – zamieszkali w Chlewiskach, gdzie na świat przyszło pięcioro ich dzieci – 3 synów i dwie córki: w dniu 9 grudnia 1893 r. urodziła się Wiktoria, która zmarła w Chlewiskach trzy dni później, 9 kwietnia 1895 r. – Wojciech, 23 września 1897 r. – Michał (mój dziadek), 17 lutego 1900 r. – Józefa (zmarła w Chlewiskach w wieku półtora roku), a 9 lipca 1902 r. –Wincenty


Chlewiska – dwór, zabudowania gospodarcze i kapliczka. Zdjęcia współczesne Andrzej Bednarski


Chlewiska znajdują się ok. 3 km od Kaźmierza. Od 1805 r. dziedzicem Chlewisk był Chryzostom Niegolewski, mieszkający przeważnie w Młodasku. Majątek składał się z folwarku Chlewiska i Brzezna oraz 11 gospodarstw włościańskich (10 zaciężnych – w tym dworskiego owczarza i 1 rolne). W 1826 r. włościanie wystąpili do dziedzica o zwolnienie ich z pańszczyzny, na co dziedzic przystał. W 1865 r. klucz dóbr bytyńskich (w tym Chlewiska) kupił od Niegolewskich Bronisław Gąsiorowski. Ponieważ mieszkał stale w Paryżu, majątek przepisał na swą jedyną córkę Helenę Gąsiorowską. Chociaż była osobą ułomną – kulała, osobiście doglądała prac w gospodarstwie. W 1908 r., na krótko przed śmiercią, przekazała klucz bytyński w ręce Niegolewskich, a szczególnie na rzecz małoletniego Zygmunta z Niegolewa [majątek w Bytyniu objął Andrzej Niegolewski – przyp. red.]. W 1891 r. zniesiono gminę Chlewiska drogą wykupienia gospodarstw. Na początku lat 30. XX w. dzierżawcą folwarku Chlewiska był kpt. rezerwy Frydrychowicz. Na krańcu wsi, przy drodze do Radzyn, znajdował się niewielki (1 morga) gminny cmentarz wiejski („Gazeta Szamotulska” 1932).

Pomiędzy sierpniem 1902 r. a wrześniem 1903 r. Musiałowie przenieśli się do majątku w Niemieczkowie koło Popówka. Tam Wojciech Musiał uzyskał stanowisko włodarza, ponieważ w kolejnych dokumentach określany jest jako wójt (Vogt). Z księgi meldunkowej Popówka (1870-1902) wynika, że przeprowadzka nastąpiła 1 kwietnia 1903 r.

W dniu 17 września 1903 r. w USC Popówko wójt Wojciech Musiał zgłosił, że dnia 14 września 1903 r. w Niemieczkowie jego żona, Marianna z domu Nowak zamieszkała wraz z nim, urodziła syna Stanisława. Z karty meldunkowej wynika, że Stanisław zdobył później zawód kołodzieja (czyżby uczył się zawodu wraz z bratem Michałem w szamotulskim zakładzie Dorny?), a w 1926 r. przeniósł się z Szamotuł do Poznania. Zmarł dnia 1 października 1928 r., najprawdopodobniej w Poznaniu.


Dawny szpital diakonis w Szamotułach przy pl. Sienkiewicza, po II wojnie światowej przez wiele lat mieścił się tam sąd. Budynek z lewej strony był pierwotnie pastorówką. Na górze fragment pocztówki z początku XX w. Poniżej zdjęcia Andrzeja Bednarskiego z 2010 r.


W Niemieczkowie Wojciech Musiał (starszy) poważnie zachorował (zapalenie płuc) i został umieszczony w szpitalu diakonis w Szamotułach (obecnie jest to dawny budynek sądu przy placu Sienkiewicza). 13 marca 1905 r. w USC Szamotuły stawiła się diakonisa Jadwiga Schneider i poinformowała, że tego samego dnia o godz. 11.30 we wspomnianym szpitalu zmarł zamieszkały w Niemieczkowie wójt Wojciech Musiał.

Wdowa Marianna Musiał po śmierci męża wraz z dziećmi pozostała w Niemieczkowie. Po czterech latach ponownie wyszła za mąż – 18 czerwca 1909 r. zawarła związek małżeński z robotnikiem Kazimierzem Maciejem Ludkiem, urodzonym 10 lutego 1882 r. w Jastrowie koło Szamotuł, zamieszkałym w Niemieczkowie, a przebywającym wcześniej w Oberhausen w Nadrenii, synem robotnika Michała Ludka, zamieszkałego w Niemieczkowie, oraz zmarłej w Górze jego żony Franciszki z domu Nowak. W księdze meldunkowej Niemieczkowa widnieje wpis, iż przybył na stałe z Oberhausen i zameldował się 30 czerwca 1909 r. Ze związku Kazimierza i Marianny urodziły się dzieci: w 1910 r. – Józef, a w 1912 r. – Jakub (obaj przyszli na świat w Niemieczkowie).


Michał Musiał wcielony do armii niemieckiej, 1916 r.


W sierpniu 1914 r. wybuchła I Wojna Światowa. W tym samym roku lub w roku następnym Kazimierz Ludek otrzymał powołanie do wojska niemieckiego. Walczył na froncie rosyjskim w Królewskim Pruskim 37 Regimencie Piechoty Landwehry. 8 sierpnia 1915 r. urzędnik USC Niemieczkowo sporządził akt zgonu nr 47 informujący, iż komendantura tej jednostki zawiadomiła, że Wehrmann (szeregowy) 9 kompanii Kazimierz Maciej Ludek, lat 33 i 9 dni, zamieszkały ostatnio w Niemieczkowie, w dniu 19 maja 1915 r. poległ „na polu chwały” pod miejscowością Tychów. Na podstawie, m.in., szlaku bojowego wymienionego regimentu można ustalić, że chodzi tu o Tychów leżący około 20 km na północ od Piotrkowa Trybunalskiego. Miejsce pochówku Kazimierza Ludka pozostaje dotychczas nieznane.

W 1914 lub 1915 do wojska powołany został także Wojciech Musiał, syn zmarłego wójta Wojciecha i Marianny z domu Nowak. W zbiorach rodzinnych zachowała się kartka pocztowa – fotografia, datowana w Neuruppin niedaleko Berlina w dniu 26 września 1915 r. Znajdowały się tam koszary, w których stacjonowała jego jednostka wojskowa. Tradycja rodzinna przekazuje, że podczas walk na froncie, w trakcie przechodzenia przez cmentarz, ciężko ranił go pocisk i urwał nogę. Formacja z Neuruppin uczestniczyła wówczas w tzw. podwójnej bitwie nad rzeką Aisne w północno-wschodniej Francji. 31 maja 1917 r. urzędnik USC Niemieczkowo sporządził akt zgonu nr 35, z którego wynika, że Zapasowy Batalion Regimentu Piechoty nr 24 w Neuruppin zawiadomił, iż Musketier (szeregowy) Wojciech Musiał z 3 kompanii Inf. Rgt 24, lat 22 i 15 dni, ostatnio zamieszkały w Niemieczkowie, o godz. 4.00 rano dnia 24 kwietnia 1917 r. z powodu otrzymanych na polu bitwy ran zmarł w rezerwowym lazarecie III w Saarbrücken (południowo-zachodnia część Niemiec). Pochowany został na tamtejszym cmentarzu głównym (Hauptfriedhof) w grobie nr 237.


Michał Musiał podczas szkolenia wojskowego, 1916 r. Na zdjęciu powyżej stoi pierwszy z lewej, na zdjęciu poniżej drugi z lewej.


W Niemieczkowie wraz z matką oraz młodszymi braćmi pozostał Michał Musiał. Z jego życiorysu sporządzonego na potrzeby szamotulskiego ZBoWiD-u oraz z przekazów rodzinnych wynika, że w Niemieczkowie ukończył 4-klasową szkołę powszechną, a następnie pracował w miejscowym majątku, m. in. wózkiem zaprzężonym w kucyka przewoził do szamotulskiej mleczarni mleko z udoju.

W 1916 r. został powołany do wojska cesarskiego. Początkowe przeszkolenie przechodził w Poznaniu, gdzie przydzielono go do kompanii karabinów maszynowych. Na jednej z zachowanych fotografii stoi w mundurze wyjściowym wraz z innymi żołnierzami za kulomiotem. Na innej fotografii widać go w towarzystwie kolegów w umocnieniach ziemnych, na odwrocie można przeczytać, że jest to pamiątka z kampanii 1916 r. pod Dineburgiem (obecnie to południowa Łotwa). Jest także zapisek, iż strzelec (Schutze) Michał Musiał wchodził w skład MGK (kompania karabinów maszynowych) 335 Inf. Rgt. Jednostka ta w ramach 84 Dywizji Piechoty w okresie 30.07.16-30.06.17 r. na froncie rosyjskim toczyła walki pozycyjne w rejonie rzek Olszanki, Krewijanki i Berezyny, a potem – m.in. – nad Serweczem, Szczarą i Niemnem. Na początku stycznia 1918 r. została przeniesiona na front zachodni i walczyła m. in. w rejonie Verdun, Noyon, Antwerpii – do listopada 1918 r. Od 12.11.1918 r. rozpoczęła odwrót z zajętych terenów.


Michał Musiał pod Dyneburgiem (drugi z lewej), 1916 r.


Michał Musiał wrócił w rodzinne strony. W dniu 27 grudnia 1918 r. w Poznaniu rozpoczęło się Powstanie Wielkopolskie. Z dokumentu życiorysu Michała Musiała wynika, że w okresie 28.12.1918-06.01.1919 r. wchodził w skład 47 kompanii ciężkich karabinów maszynowych w Poznaniu, po czym od 6 stycznia 1919 do 18 lutego 1919 r. należał do szamotulskiej kompanii powstańczej pod dowództwem por. Matuszewskiego (czyżby por. Antoniego Matuszewskiego?) i walczył pod Wronkami oraz na powstańczym froncie noteckim. Następnie brał udział w walkach pod Lwowem i został odznaczony pamiątkową odznaką za obronę tego miasta. Walczył także w wojnie polsko-bolszewickiej, podczas której – jak przekazuje tradycja rodzinna – pełnił służbę przy sterowcach. Zdemobilizowany został w 1921 r. w stopniu kaprala aeronautyki.

Być może Michał Musiał służył w poznańskim batalionie balonowym. Początki 1 Batalionu Balonowego sięgają roku 1919, kiedy to w Poznaniu sformowano pierwsze pododdziały wojsk aeronautycznych. Zimą 1919/1920 zorganizowano je w grupy aeronautyczne. W związku z trwającą wojną polsko-bolszewicką grupy te skierowano w 1920 r. na front, gdzie przemianowane zostały na bataliony aeronautyczne. Grupa aeronautyczna składała się z dwóch kompanii balonów obserwacyjnych o stanie: 6 oficerów oraz 187 podoficerów i szeregowych każda. Etatowe wyposażenie kompanii stanowiły 2 powłoki balonowe, 2 dźwigarki, 19 samochodów ciężarowych, 2 samochody osobowe, radio, kuchnia i 6 przeciwlotniczych ciężkich karabinów maszynowych oraz polowa wytwórnia wodoru. Jednym z oficerów rezerwy batalionu balonowego w Toruniu był por. rez. Cezary Matuszewski, w latach dwudziestych i na początku trzydziestych XX w. dzierżawca majątku Szamotuły-Zamek.


Pracownicy zakładu Michała Dorny, ok. 1925 r. (więcej o firmie w artykule http://regionszamotulski.pl/fabryka-powozow-i-wozow-michala-dorny/)


W 1921 r. Michał Musiał podjął naukę zawodu kowala w Szamotułach w warsztacie produkującym powozy. Firma należała do Michała Dorny, a mieściła się przy ul. Dworcowej 11 (obecnie to tył zabudowań UMiG, Starostwa i sklepu Komfort). Nauka zawodu oraz praca w firmie Dorny trwała do 1930 r.

W 1930 r. Michał Musiał rozpoczął pracę w szamotulskiej cukrowni, początkowo jako stróż (dyrektor zakładu wymagał, aby tego typu pracownik był po wojsku). Po około 2 latach zatrudniony został w przyzakładowej kuźni, gdzie dokonywano napraw narzędzi, podkuwano konie itp. W cukrowni pracował aż do dnia 29 września 1962 r. kiedy to odszedł na emeryturę. Dniu 1 maja 1955 r. wyróżniony został pamiątkowym dyplomem za „nienaganną i nieprzerwaną 25-letnią pracę w przemyśle cukrowniczym”. W latach 1937-1938 kierownictwo cukrowni przekształciło pierwotny warsztat w zakład kowalsko-ślusarski o charakterze także usługowym, mający zatrudniać docelowo około 15 osób. Po opublikowaniu w miejscowej prasie informacji o planowanym przekształceniu podniosły się protesty szamotulskich rzemieślników argumentujących, że nowy warsztat odbierze im ich dochody oraz obniży poziom usług ślusarskich w mieście. Protest nie został jednak uwzględniony.


Zdjęcie ślubne i akt ślubu Michała Musiała i Katarzyny z domu Nowak


W dniu 10 października 1931 r. (sobota, była wtedy piękna, słoneczna pogoda) w Szamotułach czeladnik kowalski Michał Musiał, zamieszkały w Szamotułach przy ul. Poznańskiej 15, zawarł związek małżeński z panną służącą Katarzyną Nowak, zamieszkałą Szamotuły-Zamek, córką włodarza (zarządcy rolnego) Michała Nowaka i Katarzyny z domu Grupa, urodzoną 14 listopada 1907 r. w Szamotułach.

Z tego czasu pochodzi następująca historyjka:

Michał Musiał: Było to krótko przed moim ślubem, wszyscy o tym wiedzieli, że żenię się. Przez nasze mieszkanie przechodziło się do kolejnego pokoju zajmowanego przez pewną kobietę. Jednego dnia siedzieliśmy przy stole, a ona weszła do pokoju, aby udać się do siebie. Zaraz po jej przejściu, na naszych oczach, firana w oknie sama z siebie zaczęła opadać na podłogę, odczepiając się po kolei z żabek. Innego dnia w domu leżały rozpięte na szpilkach koronki. Nagle okazało się, że – w nie wiadomo w jaki sposób – zostały one stamtąd zdjęte, położone w innym miejscu, a szpilki ułożone obok siebie pod łóżkiem. Gdybym tego nie widział, to nie uwierzyłbym. Pytałem potem kogoś, kto znał się na tych dziwnych sprawach, co to jest. Powiedział mi, że w ten sposób ta kobieta objawia zazdrość, iż to nie ona bierze ślub.

Katarzyna Musiał z domu Nowak uczyła się w szkole powszechnej w Gaju Małym. Następnie – do 22 roku życia – pracowała w rolnictwie w majątkach w Karolinie i Szamotuły-Zamek, a później przez 2 lata jako pomoc domowa u żydowskiej rodziny Gersmanów, posiadającej „skład wyrobów żelaznych” w Szamotułach, w kamienicy przy Rynku (późniejszy budynek PKO, Rynek 17). Po wyjściu za mąż już do pracy zawodowej nie wróciła i zajmowała się prowadzeniem domu.


Dom, w którym na terenie folwarku Szamotuły – Zamek mieszkała rodzina Nowaków. Tam najprawdopodobniej odbyło się wesele Michała i Katarzyny.


Michał i Katarzyna Musiałowie zamieszkali w Szamotułach przy ul. Garncarskiej 11. W tym mieszkaniu w 1932 r. urodził się syn Zygmunt, a w 1935 r. – Stefan. Pomiędzy sierpniem 1935 r. a końcem stycznia 1936 r. Musiałowie przenieśli się do mieszkania czynszowego na parterze kamienicy w Szamotułach przy ul. Lipowej 6.

Po wybuchu II wojny światowej Michał Musiał nadal pracował w szamotulskiej cukrowni, a jego żona zajmowała się domem, czasem wykonywała prace zlecone przez okupanta, np. sadzenie drzew przy moście na ul. Poznańskiej, kopanie stawu przy strudze za szkołą nr 1, prace na okolicznych łąkach itp. Z nieznanych powodów (możliwe przymusowe przesiedlenie) rodzina przeniosła się w inne miejsce, tj. na Hindenburgstrasse nr 7 – lokal w podwórzu od ul. Wąskiej (Hindenburgstrasse to obecna ul. Wroniecka, stary dom nie istnieje, zastąpiony nowszym budynkiem).

Zaraz na początku wojny Michał Musiał przekazał swej teściowej dokumenty świadczące o jego udziale w powstaniu oraz odznaczenia. Rzeczy te zostały zabezpieczone w butelce (?) i ukryte pod posadzką chlewu przyzamkowego gospodarstwa, którego właścicielem był Niemiec Hartmann, a włodarzem teść Michał Nowak. Teściowa jednak, w obawie przed odnalezieniem przez Niemców, wszystko wydobyła i zniszczyła.

Katarzyna Musiał – rekwirowanie odzieży: Po wybuchu wojny ze Związkiem Radzieckim na terenach zajętych przez Niemców zimą 1941/42 r. rozpoczęło się zbieranie ciepłej odzieży dla wojska. Pewnego dnia w Szamotułach, chyba w niedzielę, ul. Poznańską szedł Jakub Ludek. Ubrany był w płaszcz z futrzanym kołnierzem. Podeszło do niego dwóch Niemców, którzy bez słowa zdarli z niego płaszcz i odeszli. Ludek rozpłakał się i wrócił do domu. W tym samym okresie niemieccy żołnierze przeszukiwali domy w Szamotułach w poszukiwaniu ciepłych okryć. Weszli do mieszkania zajmowanego przez nas, które mieściło się przy ul. Wronieckiej od podwórza obok piekarni. Byli to jeszcze młodzi i niedoświadczeni żołnierze. Ja miałam wtedy futrzaną mufkę w rękach. Trzymałam ją na widoku, ale zawiniętą całkowicie w ręcznik. Gdy spytali, czy mamy ciepłe rzeczy, pokazałam na mieszkanie i powiedziałam po niemiecku: to wszystko co posiadam. Ponieważ mieszkanie było ubogo wyposażone, rozejrzeli się, nie szukali, tylko poszli dalej.


Na górze Katarzyna i Michał Musiałowie z synami Zygmuntem i Stefanem. Na dole – miejsce na tyłach ul. Wronieckiej, gdzie stał dom, w którym w czasie wojny mieszkała rodzina Musiałów.


W styczniu 1945 r. kowal Michał Musiał, zamieszkały przy ul. Hindenburgstrasse 7, zgłosił, że jego żona Katarzyna Musiał w swym mieszkaniu urodziła syna Bogdana (to mój ojciec). Chrzciny „zakrapiane” były alkoholem „zdobytym” przez Michała w poniemieckim magazynie, urządzonym w budynku dawnego klasztoru przy ul. Dworcowej. Wkrótce potem rodzina powróciła do poprzedniego miejsca zamieszkania, czyli na ul. Lipową 6, przemianowaną następnie na ul. Marchlewskiego. Przez jakiś czas zamieszkiwali w tej kamienicy na parterze, na prawo przy schodach, a potem na drugim piętrze pod ówczesnym numerem mieszkania 8.

W 1955 r. Michał Musiał, jako pracownik cukrowni szamotulskiej, otrzymał przydział na działkę nr 8 na terenie Pracowniczego Ogrodu Działkowego im. Bolesława Chrobrego w Szamotułach przy ul. Sportowej. Pierwotnie działki składały się tylko z dwóch pierwszych rzędów od ulicy i powstały w miejscu, gdzie wybierano piasek na potrzeby budowlane. Ubytki gruntu uzupełniano ziemią przywożoną wózkiem ręcznym z terenu cukrowni, a pozostałą po płukaniu buraków (co ciekawe, w „Gazecie Szamotulskiej” z około połowy 1930 r. znajduje się zarządzenie burmistrza Kontantego Scholla zabraniające wybierania ziemi na terenie Świdlina przy boisku i składania w tym miejscu śmieci). Z czasem postawił tam niewielką murowaną altankę, w latach późniejszych rozbudowaną, zaś ogrody powiększały się o kolejne działki. We wrześniu 1961 r. jego działka uzyskała 95 punktów i była jedną z najlepiej zagospodarowanych i utrzymanych działek w Ogrodzie, za co otrzymał dyplom. W zapiskach z 1962 r. figurował jako członek komisji rozjemczej. W 1963 r. Michał Musiał – członek komisji rozjemczej – został m. in. wytypowany do odznaki z okazji Dnia Działkowca.

Michał Musiał z dniem 29 września 1962 r. przeszedł na emeryturę („rentę starczą” – jak to wtedy pisano). Nie był już zdrowy, jego lekarzem był doktor Z., ponoć postrach niektórych pacjentów. Dziadek wiedział dobrze, które lekarstwa mu służą i gdy lekarz nie chciał ich przepisać, potrafił walnąć laską w biurko i uzyskać potrzebną receptę… W latach sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych, w czasach kłopotów aprowizacyjnych, niejednokrotnie wstawał o godz. 2.00-3.00 w nocy, aby zająć miejsce w kolejce do sklepu mięsnego przy ul. Poznańskiej. Zachowała się w pamięci rodziny anegdota, jak to dziadek w nocy przyszedł jako pierwszy pod sklep, a ponieważ było zimno, schował się w wejściu do kamienicy obok. Siedział na schodach w zupełnych ciemnościach, gdy weszła z ulicy do korytarza jakaś kobieta… i została przez dziadka skutecznie przestraszona.


Dyplom Michała Musiała


W latach sześćdziesiątych, jako były powstaniec wielkopolski, wstąpił do miejscowego koła ZBoWiD. Wkrótce zorientował się, jak wielu jego znajomych podawało się za powstańców – kombatantów, a faktycznie nie uczestniczyli w walkach, jedynie stali na warcie z kijem w ręce przed RKU. Rekomendowany (wprowadzony) został przez poręczającego Wincentego Wojciechowskiego, zamieszkałego w Szamotułach przy ul. Braci Czeskich, uzyskał legitymację nr 9098. Wobec braku dokumentacji potwierdzającej udział w walkach przyjęcie następowało najczęściej na podstawie oświadczenia własnego, popartego świadectwem innego kombatanta, często na zasadzie wzajemności.

W dokumentach ZBoWiD zauważyć też można rzecz charakterystyczną dla tamtych czasów: w przebiegu służby podał, że uczestniczył w Powstaniu do 18 lutego 1919 r. a potem został przeniesiony do „innej formacji”. Milczeniem pominięto fakt walk na froncie rosyjskim, pod Lwowem i udział w wojnie polsko-bolszewickiej.


Na górze – zebranie członków szamotulskiego oddziału ZBoWiD (Michał Musiał siedzi trzeci od lewej). Na dole – Michał Musiał i jego odznaczenia


Na mocy uchwały Rady Państwa z 22.12.1969 r. Michał Musiał odznaczony został Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym, wręczonym w roku 1970. W 1972 r., na mocy Uchwały Rady Państwa nr W.4/72 z dnia 24.02.1972 r. wszystkich żyjących powstańców awansowano na stopień podporucznika. Uroczystość państwowa z tym związana odbyła się wiosną lub latem na szamotulskim Rynku, naprzeciwko biblioteki publicznej i zgromadziła licznych jeszcze wówczas byłych powstańców oraz mieszkańców miasta. Około roku 1975 Michał Musiał odznaczony został Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Zmarł w Szamotułach, w swoim mieszkaniu, 4 listopada 1976 r. Jego żona Katarzyna zmarła niecały rok później – 22 października 1977 r. Oboje zostali pochowani na szamotulskim cmentarzu.

Michał Musiał – powstaniec wielkopolski2021-10-14T10:58:40+02:00

Balon nad Szamotułami – wspomnienie Andrzeja J. Nowaka

Andrzej J. Nowak

Balon nad Szamotułami

Moi koledzy „z podwórka” i ja zajmowaliśmy się w latach szkolnych modelarstwem. Budowaliśmy z różnych materiałów modele żaglowców, okrętów, samolotów i balonów. Konstruowaliśmy modele kilkustopniowych rakiet z silnikami na paliwo stałe, którym był czarny proch „produkowany” z saletry amonowej, siarki i węgla drzewnego w… kuchni mojej babci. Materiały do produkcji tego paliwa można było kupić bez przeszkód w drogerii na narożniku Rynku i ul. Dworcowej. Kolorowe gumowe baloniki napełnialiśmy wodorem uzyskiwanym w reakcji kwasu solnego ze ściankami blachy cynkowej. Jednak baloniki to nie balony. Kilka lat wcześniej przed próbą pokazaną na fotografiach przeprowadziliśmy zakończone powodzeniem wypuszczenie balonu na ogrzane powietrze z balkonu naszego domu przy Rynku (nr 6).



Był rok 1960, może 1961, jeszcze czasy podstawówki.. Chcieliśmy zbudować konstrukcję podobną do stworzonej przez braci Montgolfier, którzy w 1782 roku zbudowali z papieru balon na ogrzane powietrze i wypuścili go z przydomowego ogródka. Z kilkudziesięciu arkuszy cienkiej papierowej bibułki kupionej w sklepiku panien Tomaszewskich [później przez lata kiosk „Ruchu” po schodkach], skleiliśmy kilkumetrowej wysokości balon. Na balkonie mojego mieszkania, od strony podwórza, na drugim piętrze, rozpaliliśmy w cynowym wiadrze ogień. Gorącym powietrzem z tego „ogniska” napełniliśmy balon. Trzymał go na wędce nad ogniem Antek Żuromski, stojący na dachu oficyny naszego domu.



To przedsięwzięcie balonowe okazało się spektakularnym sukcesem. Balon pięknie wzniósł się w powietrze na wysokość kilkudziesięciu metrów. Przeleciał nad dachem naszego domu i zawisł majestatycznie nad Rynkiem. Był to moment powrotu z pracy wielu szamotulan. Pojawienie się dużego, czerwonego balonu nad Rynkiem wywołało sensację i zbiegowisko.

Po pewnym czasie ciepłe powietrze wypełniające balon wystygło i balon zaczął powoli opadać. Rozgorączkowało to tłum obserwatorów, interweniowała milicja. Balon zawisł na rynnie w narożniku kamienicy Ciesielczyków (Rynek 1). Żeby go zdjąć, wezwano straż pożarną z drabiną. Trzeba tu wspomnieć, że w tym czasie „siły wrogie naszemu ludowemu ustrojowi”, kiedy wiały sprzyjające zachodnie wiatry, wysyłały z terenu NRF (tak się wtedy mówiło) do Polski balony z ulotkami krytykującymi naszą siermiężną rzeczywistość i ustrój.

Następnego dnia mój Ojciec spotkał swojego przyjaciele Juranda Kurczewskiego. Doktor opowiedział mu, jaki to niezwykły balon pojawił się nad szamotulskim Rynkiem. Spekulował, ile koszul z pięknego czerwonego jedwabiu mógłby sobie uszyć, gdyby taki balon wylądował u niego w ogrodzie…



Już jako licealiści, latem 1965 roku, postanowiliśmy przebić wcześniejsze osiągnięcie konstrukcyjne. Postanowiliśmy zbudować balon większy od poprzedniego. Wraz ze Stachem Żuromskim opracowałem jego projekt. W budowie pomagali nam Jarek Dehmel, Antek Żuromski i Krzychu Szut. Aby zmontować w warunkach domowych tak dużą konstrukcję, trzeba było otworzyć na przestrzał drzwi usytuowanych w amfiladzie trzech pokojów mieszkania państwa Żuromskich, dzięki czemu uzyskaliśmy niezbędną do budowy balonu przestrzeń. Zużyliśmy 140 arkuszy, tym razem żółtej, bibułki.

Nie chcieliśmy powtórzyć wcześniejszego zamieszania i kłopotów spowodowanych startem balonu, postanowiliśmy więc wypuścić go w powietrze na Piaszczychach. Poligonem startowym była piaszczysta polanka na skraju lasku. Przy starcie asystował nam Marek Tokarski (na zdjęciach z papierosem!). młodszy kolega z sąsiedniego podwórka. Niestety, mimo wielu wysiłków, start się nie powiódł. Wiał zbyt silny wiatr, który uniemożliwiał napełnienie balonu rozgrzanym powietrzem. Fotografie dobrze to pokazują. Rozczarowanie było duże.







Zdjęcia udostępnili Andrzej J. Nowak i Jaromir Dehmel

Balon nad Szamotułami – wspomnienie Andrzeja J. Nowaka2021-10-11T23:31:51+02:00

O kilku szamotulskich domach na wschodniej pierzei szamotulskiego Rynku opowiada Władysław Paszke

Władysław Paszke – z listu do redakcji

Kilka domów na wschodniej pierzei szamotulskiego Rynku – wspomnienie sprzed II wojny światowej

Do kogo należało 5 domów na szamotulskim Rynku przed wojną – pomiędzy ulicami Poznańską i Krótką? W zakładach istniejących na podwórzach dwóch z nich wytwarzano produkty, które ówcześni szamotulanie jadali na piątkowe – postne – obiady. Władysław Paszke pamięta to dokładnie, bo w jednej z kamienic, w 1932 r., przyszedł na świat i mieszkał przez wiele lat.

Zacznijmy od budynku na rogu Poznańskiej: „Właścicielem był Maksymilian Kroschel, który miał też w tym domu duży elegancki sklep towarów kolonialnych i win. Sklep, z dużymi oknami wystawowymi i wejściem po środku, zajmował cały parter budynku. Kiedy byłem chłopcem, wydawało mi się tam, że jestem na dużej sali, a nie w sklepie, jak na przykład w przytulnym sklepie Walentego Przybylaka [dwa domy dalej]”.


Fragment pocztówki z ok. 1900 r. Wcześniejszą historię dwóch zaznaczonych domów oraz z informacje na temat ich właścicieli sprzed I wojny światowej przedstawił w swoim artykule Andrzej J. Nowak (http://regionszamotulski.pl/andrzej-nowak-szamotulscy-hollaendrowie/).


Kolejny budynek (Rynek 24) była to „własność pana Aleksandra Pastuszaka, który też posiadał zakład olejarski produkujący olej lniany, rydzowy i makowy. Miał też młyn śrutowy, a zboże rolnicy dostarczali wozami zaprzężonymi w konie. Dojazd do młyna śrutowego był od ul. Sukienniczej. W każdy czwartek i piątek pan Pastuszak przy zorganizowanym stoisku przed swoim domem w białym kitlu sprzedawał olej. W piątek dużo osób przestrzegało postu, dlatego kupowali olej, do tego cebulka czerwona, ziemniaki i obiad gotowy. W tym domu na parterze po prawej stronie był też skład kolonialny spółdzielczy «Zgoda»”.

Sąsiedni dom (Rynek 25) to „własność pana Walentego Przybylaka. Na parterze były dwa sklepy: po lewej skład kolonialny Walentego Przybylaka, a po prawej sklep rzeźnicki prowadzony przez Władysława Kmiotka. W każdy czwartek pan Kmiotek wyrabiał kaszanki i bułczanki, po których gotowaniu w wodzie pozostawała tak zwana kiszczonka (w gwarze: kiszczónka). Ludzie z blaszanymi dzbankami – kankami przychodzili po kiszczonkę do zakładu rzeźnickiego od strony ul. Sukienniczej (sam zakład mieścił się w podwórzu). Do kiszczonki dodawało się ziemniaki, czyli pyry – to też był obiad, który jadło się w piątki”.


Wycinek z „Głosu Wielkopolskiego” – koniec lat 80. lub początek lat 90. XX w.


Kolejny budynek – nr 26 – jest najbliższy sercu Władysława Paszke: „W tej kamienicy – dawniej to był nr 19 – urodziłem się 18 kwietnia 1932 r., a w przyjściu na ten Boży Świat pomagała mi akuszerka – położna pani Władysława Witajewska. Dom był własnością pani Marii Bączyk, która posiadała majątek w Grabówcu, a jej zięciem był Antoni Sudmann. Pani Maria Bączykowa była moją Matką Chrzestną. Na parterze tego domu, po prawej, znajdował się zakład fryzjerski damsko-męski, którego właścicielem był Niemiec Bertold Grunwald. Pochodził on z Piotrkówka, gdzie jego rodzice posiadali gospodarstwo rolne. W czasie II wojny światowej zakład był dostępny tylko dla Niemców: «Nur für Deutsche». Drugi sklep to skład bławatów i materiałów krawieckich – właścicielki: Patanka – Wącholska, choć właściwie prowadziły go trzy siostry. Ta kamienica – tak dostojna i piękna – ukazywana była na różnych pocztówkach i rysunkach”.

Władysław Paszke odnalazł fragment poświęcony tej kamienicy w książce Ryszarda Ćwirleja pt. Jedyne wyjście (wydanej w 2015 r.): „Szamotulski Rynek pod pewnym względem przypomina poznański. Także i tu środek zabudowany był kamieniczkami. Oczywiście nie takimi jak poznańskie. Szamotulskie domy nie były zabytkowymi perłami architektury, ale zwykłymi jedno- lub dwupiętrowymi domami, które powstały pod koniec XIX i na początku XX wieku. Kilka z nich odnowiono w ostatnim czasie, ale większość mogłaby spokojnie zagrać w filmie opowiadającym o latach sześćdziesiątych. Jego uwagę przyciągnęła jedna z nich. Właściciel musiał być albo daltonistą, albo raczej człowiekiem o niezbyt wyrobionym guście artystycznym, bo front budynku pomalował paskudną niebieską farbą. Brodziak [bohater książki, dawny milicjant] z niedowierzaniem pokręcił głową. To na pewno nie był zabytek, bo żaden konserwator zabytków nie zgodziłby się na takie oszpecenie fasady. Harmonijna bryła budynku została spaskudzona i niestety nie dało się na nią nie patrzeć, bo ohyda przyciągała wzrok”.


Władysława Paschke (1899-1994) na balkonie kamienicy nr 26, 1992 r.


I ostatni dom przed ul. Krótką (Rynek 27): „był własnością pana Jana Stelmaszyka, na parterze mieściły się dwa sklepy. Z prawej skład żelaza, właściciel – Strzyżewski, z lewej – konfekcja męska, sklep prowadzony przez Jana Stelmaszyka. W tym ostatnim sklepie pracowała jako uczeń – sprzedawca Janina Foltyn (nazwisko panieńskie: Judek, 1921-2008), znawczyni folkloru szamotulskiego”.

Serdecznie dziękujemy Panu Władysławowi Paszke za to, że podzielił się nami tymi wspomnieniami. A „niebieski dom” na Rynku? Teraz nie wzbudza już kontrowersji, może dlatego, że z upływem czasu odcień farby się zmienił i kamienica wygląda zupełnie dobrze, zwłaszcza na tle innych, zaniedbanych.

Wycinek prasowy z „Głosu Wielkopolskiego” z końca lat 80. lub początku lat 90. XX w., pocztówkę z 1971 r. i fotografię z 1992 r. nadesłał Władysław Paszke.






Pocztówki z przełomu lat 60. i 70. XX w. i z początku lat 80. O sklepach, które mieściły się tam w okresie PRL-u można przeczytać w artykule Agnieszki Krygier-Łączkowskiej http://regionszamotulski.pl/szamotulskie-sklepy-w-prl-u/ .




Kamienica Rynek 26, 2017 r. Zdjęcie ze strony Fotopolska

W najgorszym stanie jest obecnie kamienica na rogu ul. Poznańskiej, od wielu lat budynek niezamieszkały, na parterze działa sklep. Zdjęcie Marta Szymankiewicz, 2017 r.

Zdjęcie Piotr Mańczak

O kilku szamotulskich domach na wschodniej pierzei szamotulskiego Rynku opowiada Władysław Paszke2021-10-06T19:27:56+02:00

Trzy śluby przodków – Trojankowie i Kowalewscy

O swoich przodkach opowiada Grzegorz Trojanek

Śluby dziadków i rodziców – Trojankowie i Kowalewscy

I. Marcin i Władysława Trojankowie – dziadkowie ze strony ojca



Marcin Trojanek i Władysława z domu Melonek pobrali się 11 listopada 1910 r. w Westfalii, a po odzyskaniu przez Polską niepodległości zamieszkali w Szamotułach.

Marcin Trojanek urodził się 9.10.1886 r. w Chełmnie k. Pniew (w rodzinie Marcina − rolnika), a Władysława Melonek przyszła na świat 21.05.1889 r. w pobliskim Niewierzu (w rodzinie rolnika Michała, który zajmował się też leczeniem ludzi i zwierząt). Ślub odbył się w Reklinghausen w Westfalii, gdzie Marcin pracował w kopalni węgla kamiennego w Langenbochum. W uroczystości uczestniczyli siostry i brat Marcina: Józefa, Cecylia, Stanisława i Franciszek, których Marcin ściągnął do Langenbochum z rodzinnego Chełmna. Na ślub przyjechał również ojciec Marcina − Marcin z drugą żoną Agnieszką, którzy zostali w Niemczech już do końca życia i spoczęli na cmentarzach w Dortmundzie i Meinz.

Władysława miała siedmioro rodzeństwa, kilkoro z nich uczestniczyło w jej ślubie. Na stałe poza Polską osiedliła się siostra Celina, która najpierw zamieszkała w Niemczech, a następnie wyjechała do Francji, gdzie wyszła za mąż za Stanisława Śmierzchalskiego (mieszkali w Lille, a później w Paryżu u syna). Pozostałe rodzeństwo wróciło po odzyskaniu niepodległości do Polski, osiedliło się w Pniewach, Szamotułach, Wrocławiu, Kiekrzu, Tarnowie Podgórnym i Poznaniu.

Marcin i Władysława po ślubie zamieszkali we własnym domu w Langenbochum. Marcin pracował w kopalni, a Władysława w ochronce dla polskich dzieci z rodzin górniczych. W Langenbochum przyszło na świat troje ich dzieci: Aleksander (ur. 11.02.1912 r., zm. 12.07.1978 r. w Szamotułach), Bolesław (ur. 5.09.1913 r., zm. 3.10.1921 r. w Szamotułach, przyczyną śmierci prawdopodobnie była ostra białaczka) i Wanda (ur. 20.01.1917 r., zm. 19.02.2006 r. w Szamotułach).

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości Marcin i Władysława Trojankowie wrócili do Polski. Kupili spory kawał ziemi w Szamotułach przy dzisiejszej ulicy Zielonej, tam też postawili swój dom. Początkowo Marcin wyjeżdżał do pracy w niemieckich kopalniach, a żona wychowywała dzieci i zajmowała się gospodarstwem (tę część Szamotuł nazywano wówczas Osiedlem). W dniu 28.07.1927 r. w Szamotułach urodziło się ostatnie dziecko Marcina i Władysławy − Teresa (1928-2007).

Po ostatecznym powrocie z Niemiec Marcin pracował w mleczarni w Szamotułach (ul. 3 Maja, dzisiaj sklep Biedronka). Na Zielonej miał około 50 uli, piękny ogród i sad, psy, koty i przydomową szklarnię z warzywami. Marcin, mimo że w kopalni nabawił się choroby płuc − pylicy, do końca życia palił cygara; chodził w kapeluszu i nosił spodnie na szelkach.

Córka Wanda całe dorosłe życie przepracowała w laboratorium w szamotulskiej olejarni, w roku 1936 r. wyszła za mąż za Stanisława Najderka (1911-1939), który był chorążym w 8 batalionie saperskim i zginął pod Kutnem w czasie bitwy nad Bzurą we wrześniu 1939 r. (mieli jedynego syna Jerzego, ur. 1937 r., zm. 1998 r. w Poznaniu). Aleksander Trojanek w 1940 r. ożenił się z Anielą Kowalewską; mieli czterech synów.  Córka Teresa w 1949 r. wyszła za Henryka Budycha (1921-1994), mieszkała wraz z rodzicami w domu na Osiedlu. Pracowała w Drukarni u Kawalera, a jej mąż − w Zakładzie Energetycznym w Szamotułach. Na piętrze, do czasu wybudowania własnego domu przy ul. Powstańców Wlkp., mieszkała też córka Wanda (wdowa) z synem Jerzym.

Marcin Trojanek zmarł w wieku 69 lat 10.04.1955 r. w Szamotułach, pochowany został na cmentarzu parafialnym wraz synem Bolesławem. Jego żona Władysława zmarła 28.04.1981 r. w Szamotułach w wieku 92 lat w wyniku grypy(!).


II. Marcin i Marianna Kowalewscy – dziadkowie ze strony matki



Marcin Kowalewski (1896-1926) i Marianna z domu Marciniak (1896-1970) pobrali się 2 marca 1919 r. w szamotulskim kościele św. Stanisława Biskupa, czyli dzisiejszej bazylice kolegiackiej. Marcin ubrany był w galowy strój ułański, a Marianna w tzw. strój wiejski (ludowy). Świadkami ślubu byli: Jakub Kowalewski ze Słopanowa i Antoni Marciniak z Szamotuł. Przyjęcie ślubne odbyło się w domu Marciniaków w Kępie i − jak wspominała Marianna − było skromne, bo dopiero co skończyła się wojna i nastąpiło zawieszenie broni w powstaniu wielkopolskim, a w rodzącym się państwie polskim było po prostu bardzo biednie.

Po ślubie małżonkowie zamieszkali przy ul. Nowowiejskiej (obecnie Nowowiejskiego), w 1920 r. na świat przyszła ich jedyna córka Aniela (zm. 2001). Widywali się jednak rzadko, gdyż Marcin – jako wojskowy – kwaterował w Grudziądzu lub w Gnieźnie, walczył też w wojnie polsko-bolszewickiej. W konsekwencji odniesionych ran zmarł 14.04.1926 r. w szpitalu wojskowym w Gnieźnie i tam został pochowany.

Marianna, jako wdowa po wojskowym, miała dość wysoką rentę, dzięki czemu – razem z dwiema siostrami Anną i Franciszką – wybudowała dom, również przy ul. Nowowiejskiej (nr 27). W miarę dostatnie życie skończyło się w czasach niemieckiej okupacji. Pozbawiona środków do życia pracowała w szpitalu jako sanitariuszka. W czasie wojny przepadły pamiątki po Marcinie: mundur, szabla, czako, zdjęcia i dokumenty, które – w obawie przed Niemcami – zniszczył jeden z członków rodziny. Materialnie Mariannie było ciężko także po wojnie. Do końca życia mieszkała z córką i jej mężem Aleksandrem Trojankiem, w ostatnich latach przy ul. 22 Lipca (obecnie 11 Listopada). Była bardzo wierząca, udzielała w ruchu Żywego Różańca. Zmarła w szpitalu w Poznaniu 21.12.1970 r.


III. Aleksander i Aniela Trojankowie – rodzice



Aleksander Trojanek i Aniela z domu Kowalewska pobrali się 1 września 1940 r. w Szamotułach. Aleksander urodził się w Langenbochum w Niemczech (1912 r.), ale dorastał już w Szamotułach i tu spędził całe dorosłe życie. Zdobył nowoczesny − jak na tamte czasy − zawód. Po szkole podstawowej uczył się w Elektrowni Miejskiej, w 1926 r. zdał egzamin mistrzowski elektromechanika. Kilka lat później zdobył kwalifikacje kinooperatora. Były to jeszcze czasy kina niemego i łatwopalnych taśm filmowych, kursy dla kinooperatorów odbywały się w Poznaniu i kończyły egzaminem państwowym. W ciągu dnia Aleksander Trojanek pracował w elektrowni, a wieczorami − w kinie Józefa Kowandego „Promień” (zwanym też teatrem świetlnym) przy ul. Garncarskiej (dziś mieści się tam laboratorium analityczne). Działał też jako ochotnik w Straży Pożarnej, w Towarzystwie Oświatowym, Teatrze Amatorskim, Towarzystwie Gimnastycznym „Sokół” oraz w harcerstwie. W 1934 r. został powołany do służby w Wojsku Polskim, po powrocie z poznańskich „pancerniaków” nadal pracował w elektrowni, a popołudniami w dzisiejszym kinie „Halszka”. Pływał, lubił wycieczki rowerowe i motocyklowe. Być może ta aktywność w wielu miejscach sprawiła, że około 1935 r. poznał Anielkę Kowalewską.

Po wybuchu II wojny światowej Aleksander Trojanek na krótko znalazł się w obozie przejściowym w Żabikowie, a po powrocie do Szamotuł władze okupacyjne zobowiązały go do dalszej pracy w elektrowni i kinie. W 1940 r. uzyskał zgodę na ślub z Anielą Kowalewską. Do kościoła kolegiackiego młoda para szła pieszo, a przyjęcie weselne trwało tylko do godziny 22.00 i odbyło się przy zaciemnionych oknach w mieszkaniu tzw. czerwonej kamienicy przy ul. Nowowiejskiej (dziś Nowowiejskiego 7). Aniela wraz z matką Marianną (ojciec, powstaniec wielkopolski i ułan WP, nie żył od 1926 r.) zostały wcześniej wysiedlone z własnego domu, też przy ul. Nowowiejskiej. Kiedy w lutym 1945 r. Trojankowie z teściową wrócili do rodzinnego domu, zastali go ograbionego z wszelkich wartościowszych sprzętów, w tym z mebli, które Aniela dostała od koleżanek i kolegów z fabryki mebli Koerpla. Po wojnie Aleksander pracował w tej samej firmie − teraz już pod nazwą Zakład Energetyczny. Do emerytury kierował nim Edmund Kaniewski, Aleksander przez wiele lat był jego najbliższym współpracownikiem. W latach 40. i 50. odbywała się elektryfikacja szamotulskich wsi i osiedli. Podłączenie prądu było wielkim świętem dla całej wsi, zabawa trwała najczęściej do białego rana!

Aniela i Aleksander dochowali się czterech synów: Tadeusza (ur. 1941), Zbigniewa (ur. 1945), Grzegorza (ur. 1949) i Wojciecha (ur. 1952). Życie małżonków było pracowite, żona zajmowała się wychowywaniem i wykształceniem dzieci, Aleksander − pracą w Zakładzie Energetycznym i budową domu na Osiedlu przy ul. Obornickiej, w tzw. Spółdzielni Domków Jednorodzinnych (tam rodzina zamieszkała w 1963 r.). Po 1956 r. Aleksander Trojanek był radnym Rady Miejskiej. Oboje małżonkowie spoczywają na cmentarzu w Szamotułach; Aleksander zmarł w 1978 r., a Aniela w 2001 r.

Zdjęcia i informacje udostępnił Grzegorz Trojanek

Trzy śluby przodków – Trojankowie i Kowalewscy2021-10-02T00:01:04+02:00

Strona główna – październik 2021


DAWNE SZAMOTUŁY

Nowa książka historyczna o Szamotułach

Jaka była historia kaplicy Domu Dziecka w Szamotułach i jak zmieniało się jej wnętrze? – to tylko jedno z wielu zagadnień, z którym możemy się zapoznać w najnowszej książce, której autorem jest dr Piotr Nowak. Nosi ona tytuł Kto by przyjął jedno takie dziecię… Posługa Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi w Szamotułach 1920-2020 i można ją kupić w Muzeum – Zamku Górków. Autorowi serdecznie gratulujemy kolejnej publikacji książkowej związanej z historią Szamotuł!

Powstała w końcu 1921 r. kaplica do II wojny światowej znajdowała się w innym miejscu niż obecnie – na parterze w głównej części budynku. Początkowo, jak pisze Piotr Nowak, była to kaplica Świętej Rodziny i taki obraz umieszczono w centralnej części ołtarza. Pierwszy duży remont przeprowadzono w 1927 r. W oknach pojawiły się witraże, wstawiono nowy ołtarz z rzeźbami postaci Świętej Rodziny.  Polichromie namalował wówczas Wacław Masłowski – wówczas nauczyciel szamotulskiego gimnazjum. Masłowski – twórca akwareli, obrazów olejnych i rzeźb – oprócz kaplicy Domu Dziecka wykonał wystrój innych reprezentacyjnych pomieszczeń w Szamotułach, m.in. ozdobił Salę Sundmanna, aulę gimnazjum, hol starostwa czy „Złotą salę” ówczesnego hotelu „Eldorado”. W latach 30. w ołtarzu umieszczono figurę Najświętszej Maryi Panny, a po bokach ołtarza – na postumentach – figury aniołów ze świecami.


Z lewej – kaplica w 1926 r., z prawej – po remoncie w 1928 r.


Jesienią 1939 r. siostry, mając świadomość, że wkrótce władze okupacyjne nakażą im opuszczenie domu w Szamotułach, oddały obrazy i inne sprzęty do przechowania w kościele kolegiackim. Po wojnie odnaleziono już tylko monstrancję, reszta została zniszczona lub rozgrabiona. Po powrocie w 1945 r. siostry urządziły tymczasową kaplicę w pokoju gościnnym, a następnie – w 1946 r. – kaplicę usytuowano w dzisiejszym pomieszczeniu, w dawnej sali gimnastycznej. Wyposażenie kaplicy stanowiły sprzęty ze zlikwidowanych domów zakonnych na Kresach Wschodnich, na przykład – przywiezione ze Lwowa – ołtarz Serca Jezusowego, figurę św. Józefa i fisharmonię. W 1954 r. w ołtarzu umieszczono figurę Matki Bożej Niepokalanie Poczętej. Figura Serca Jezusowego stanęła w ołtarzu ponownie w 1963 r. W tym roku kaplicy nadano charakter publiczny – jest to kaplica Najświętszego Serca Jezusowego.

Wygląd jej wnętrza zmieniał się jeszcze kilkakrotnie (w 1965 r., w 1968 r. – wówczas wstawiono nowy ołtarz eucharystyczny). Modernizacja wnętrza nastąpiła w 1989 r. Usunięto wtedy dawny ołtarz, w centrum – na ścianie pod witrażem – zawieszono krzyż, a po bokach obrazy przedstawiające scenę Zwiastowania NMP i rozmowy Jezusa z dziećmi. Jeszcze później (w 2002 i 2005 r.) po obu stronach ołtarza postawiono drewniane rzeźby św. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego i św. Jana Pawła II (prace Mariana Glugli z Zakopanego).


Na górze z lewej – 1958 r., z prawej – 1968 r. Na dole – kaplica w 2021 r.


Książka Piotra Nowaka składa się z 4 rozdziałów: 1. Charakterystyka zgromadzenia i placówki w Szamotułach, 2. Budynki i podstawy materialne placówki, 3. Działalność sióstr w Szamotułach, 4. Ważniejsze wydarzenia z życia placówki. Na naszym portalu z pewnością będziemy do niej sięgać wielokrotnie!


Region

Krzyż w środku lasu

Jest taki krzyż w głębi lasu – świadectwo miłości ojca do zmarłego dziecka. Miejsce – to okolice osady Klemensowo koło Ostroroga, ojciec – hrabia Stefan Kwilecki z Dobrojewa (1839-1900), dziecko – Jan Kanty Kwilecki (1867-1882), pierworodny syn Stefana i Barbary z Mańkowskich (1845-1910).

Na krzyżu oprócz daty śmierci Jasia widnieje napis: „Na pamiątkę października 1881 r.”. 9 miesięcy przed śmiercią 14-letni wówczas syn Stefana Kwileckiego w tej części lasu upolował zwierzynę, ojciec – miłośnik polowań – był zapewne z niego bardzo dumny. Na cokole umieszczono datę napis: „postawił ojciec w 1884 r.” Jan Kanty był drugim synem, którego pochowali Kwileccy – w wieku dziecięcym zmarł Mieczysław (1873-1874). Kolejni trzej zmarli jako stosunkowo młodzi ludzie, jeszcze za życia matki Barbary.   



Las należał do majątku Dobrojewo, Klemensowo oraz Forestowo i Stefanowo były osadami leśnymi założonymi przez rodzinę Kwileckich. Do dziś w Klemensowie istnieje leśniczówka, powstała w końcu XIX w. z inicjatywy Stefana Kwileckiego.

Aby dotrzeć do miejsca, w którym stoi krzyż, trzeba minąć kapliczkę w Wielonku i na rozwidleniu dróg wybrać polną drogę lekko biegnącą po skosie w prawo. Po przekroczeniu granicy lasu skręcamy w prawo (prosto jedzie się do leśniczówki). Dalej samochodem już jechać nie wolno. Droga, przy której stoi krzyż, to trzecia odnoga w prawo, po drodze mijamy dwie ambony. Dołączamy fragment mapy z 1940 r. z zaznaczonym krzyżem.

Zdjęcia współczesne – Andrzej Bednarski



Wspomnienia

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Halina Karpińska – spotkanie w setne urodziny

Idąc na spotkanie z przedwojenną absolwentką Liceum im. ks. Piotra Skargi, nie przypuszczałam, że teraz – w 2021 r. – dane mi będzie porozmawiać z osobą, która podczas niemieckiej okupacji w Generalnym Gubernatorstwie prowadziła tajne nauczanie – przez pięć dni w tygodniu odbywała komplety w 3 miejscach, a wieczorami dwa dni w tygodniu w leśniczówce douczała partyzantów. Nie urodziła się w Szamotułach i od wielu lat mieszka w Poznaniu, jednak to tu spędziła najpiękniejsze lata i czuje się szamotulanką. Halina Karpińska z domu Pokorna (dawniej mówiono: Pokornianka) 26 sierpnia skończyła 100 lat.

Władysław Pokorny (1893-1968), ojciec Haliny, był nauczycielem.  Po maturze w Poznaniu został skierowany do pracy w szkole wiejskiej w Galewie niedaleko Koźmina (obecnie Galew należy do powiatu pleszewskiego). Tam poznał swoją przyszłą żonę – Mieczysławę z domu Sowińską (1900-1990). Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości uzupełnił wykształcenie we Lwowie i jako nauczyciela fizyki i chemii wysłano go do Koźmina. Od 1923 r. do likwidacji szkoły w 1932 r. uczył w tamtejszym Państwowym Seminarium Nauczycielskim Męskim. Małżonkowie mieli troje dzieci, wszystkie na świat przyszły właśnie w Koźminie: najstarsza Ludmiła urodziła się w 1920 r., Halina w 1921 r. i Tadeusz w 1925 r.


Rodzina Pokornych w czasie niemieckiej okupacji w Jędrzejowie: rodzice – Mieczysława i Władysław oraz dzieci – Halina, Tadeusz i Ludmiła


Pani Halina zdążyła zdać maturę jeszcze przed wybuchem wojny, gdyż naukę rozpoczęła jako sześciolatka, razem ze starszą siostrą. Żartuje, że nigdy nie zaszła wyżej niż do czwartej klasy. Najpierw chodziła 4 lata do seminaryjnej szkoły ćwiczeń w Koźminie, potem rok dojeżdżały z siostrą do gimnazjum w Krotoszynie. W 1932 r. rodzina Pokornych przeniosła się do Szamotuł. Halina i Ludmiła jeszcze przez rok kontynuowały naukę w gimnazjum. W 1933 r. nastąpiła reforma szkolnictwa (tzw. reforma jędrzejewiczowska), która zakładała, że przed gimnazjum uczniowie kształcą się 6 lat w szkole powszechnej. Pokornianki ukończyły właśnie szósty rok nauki, więc zaczęły edukację w nowym typie gimnazjum (klasy I-IV), po którym zdawało się tzw. małą maturę. Potem kolejne dwa lata nauka w liceum profilowanym i matura.

Rocznik, w którym uczyła się Halina, zdawał maturę tzw. nowego typu. Szamotulskie liceum było szkołą typu humanistycznego, na maturze obowiązkowo zdawało się język polski i francuski, historię i naukę o społeczeństwie – ze wszystkich tych przedmiotów odbywał się egzamin pisemny i ustny. W klasie pani Haliny było 22 uczniów, dwóch nie zostało dopuszczonych do matury, dwóch jej nie zdało.


Czytaj dalej

Atanazy Raczyński – postać kontrowersyjna

Atanazemu Raczyńskiemu (1788-1874) – twórcy ordynacji obrzyckiej – rodacy nie mogli darować jego postawy zdystansowania wobec polskości, krytyki polskich powstań narodowych i kariery w pruskiej dyplomacji, a Niemcy uważali go za kogoś obcego i gorszego, chociaż – trzeba to przyznać – w niemieckich kręgach artystycznych jego pozycja była bardzo wysoka.


Federico de Madrazo y Kuntz, Portret Atanazego hr. Raczyńskiego, 1850 r., Muzeum Narodowe w Poznaniu, własność Fundacji Raczyńskich


Był z jednej strony człowiekiem o duszy romantyka, z drugiej – tradycjonalistą, monarchistą i zwolennikiem porządku. Podobnie jak starszy brat Edward uzyskał gruntowne wykształcenie i kochał sztukę. Edward interesował się głównie literaturą i architekturą, zaś Atanazy – malarstwem (sam malował dla przyjemności, głównie w czasie licznych podróży). Przede wszystkim jednak hrabia Atanazy Raczyński był zasłużonym mecenasem i kolekcjonerem malarstwa. Inaczej niż brat Edward nie myślał o ochronie polskiego dziedzictwa – interesowało go malarstwo europejskie. Początkowo kupował głównie dzieła włoskiego renesansu, później zaczął wspierać twórczość współczesnych twórców niemieckich (rzadziej francuskich). Zgromadził w sumie 156 obrazów: 92 było pracami współczesnych malarzy, a 64 – dziełami dawnych mistrzów. O interesującej historii tej kolekcji z pewnością jeszcze napiszemy.


Ściana ratusza w Obrzycku, zdjęcie Fotopolska


W 1825 r. Atanazy Raczyński, chcąc uchronić potężny majątek rodzinny przed podziałami, stworzył ordynację obrzycką, której każdorazowym dziedzicem miał być najstarszy męski potomek właściciela – ordynata (zasada majoratu). Po bezpotomnej śmierci syna Atanazego – Karola spadkobiercami zostali Raczyńscy z linii kurlandzkiej. Na zachodniej elewacji ratusza w Obrzycku znajduje się kamienna tablica z herbem Raczyńskich – Nałęcz, upamiętniająca założenie ordynacji, a w południową elewację tego samego budynku wmurowano renesansowe obramienie okna pochodzące z klasztoru w Batalha w Portugalii, zakupione przez Atanazego w 1843 r. (obecnie w środku obramienia znajduje się witraż z herbem Obrzycka).


Ściana ratusza w Obrzycku, zdjęcie Fotopolska


Siedzibą ordynacji był Gaj Mały. W 1845 r. Atanazy Raczyński do wcześniejszego dworu dobudował kolejne budynki (do następnej rozbudowy doszło na początku lat 60. XIX w.), w jednym z nich umieścił galerię portretów przodków. Dziś portrety te, w tym kilka samego Atanazego Raczyńskiego, można podziwiać w prawym skrzydle pałacu w Rogalinie. W latach 1948-2015 w budynku dawnej galerii w Gaju Małym mieściła się kaplica filialna szamotulskiej parafii Matki Bożej Pocieszenia i św. Stanisława Biskupa – kaplica Chrystusa Króla Wszechświata.


Pałac w Gaju Małym. W budynku po lewej stronie mieściła się galeria obrazów. Zdjęcia Andrzej Bednarski


DAWNE SZAMOTUŁY


Jaz na szamotulskim Jeziorku (Jeziórku)

Okazuje się, że obiekt o 125-letniej historii przez ostatnie lata nie miał właściciela, a przecież ma istotne znaczenie dla całej okolicy. Powstanie jazu, budowli utrzymującej stały poziom wody w Jeziorku, przez które przepływa Sama, ściśle związane było z uruchomieniem szamotulskiej cukrowni (1895 r.). Woda z tego zbiornika wodnego była wykorzystywana do spławiania, czyli przemieszczania buraków cukrowych specjalnymi kanałami, i ich czyszczenia. Od czasu do czasu pracownicy cukrowni oczyszczali jaz, ich zadaniem była też kontrola poziomu wody w Jeziorku. Kiedy zbytnio się obniżył, jechali nad Jez. Lusowskie, skąd wypływa Sama, i spuszczali więcej wody do rzeki.

Po likwidacji Cukrowni „Szamotuły” nikt nie przejął na własność jazu, dopiero w ostatnim czasie sprawę tę chce uregulować Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie. Gdyby jaz pękł, z Jeziórka wypłynęłoby zbyt wody, co mogłoby doprowadzić do osunięcia się tzw. łącznika, czyli drogi pomiędzy ulicami Wojska Polskiego i Bolesława Chrobrego, częściowo wybudowanej na terenie Jeziorka.

Zdjęcia z 2018 r. – Tymoteusz Lendzion



Region

Ciekawostka historyczna



Zmusić do ślubu na drodze sądowej? – to dziś niemożliwe. Miłość, rozczarowanie, zazdrość są jednak na pewno ponadczasowe. Źródło: Słownik historyczno-geograficzny ziem polskich w średniowieczu


Strona główna – październik 20212021-10-10T22:16:07+02:00

Aktualności – październik 2021

Spacer z Historią – po raz kolejny

W sobotę, 9 października, spotkaliśmy się w licznym gronie ponad 70 uczestników, aby zwiedzić szamotulski kościół św. Krzyża, klasztor i krypty. Z zachowanej kroniki reformatów szamotulskich wyraźnie wynika, że dzisiejszy kościół powstał z przebudowy (przystosowania) dawnego zamku Świdwów Szamotulskich – powstałego na początku XV w. Wcześniej Szamotulscy mieli swe siedziby w Starych Szamotułach (w pobliżu Samy, okolice dzisiejszego Mutowa) i fortalicium, czyli niewielką budowlę obronną, na Osówce (przy drodze do Gałowa). To prawdopodobnie w zamku Świdwów powstał najstarszy zachowany pisany po polsku list miłosny, zamieszczony w 1429 r. w rękopisie podręcznika retoryki Marcina z Międzyrzecza. Po podziale miasta między dwie gałęzie Świdwów Szamotulskich w 2. połowie XV zrodziła się potrzeba budowy drugiego – północnego – zamku (dzisiejszego Zamku Górków – rozbudował go Łukasz II Górka, następca Szamotulskich w północnej części miasta).

W 1. połowie XVII w. majątek szamotulski znalazł się w jednym ręku i starszy, mocno podupadły, zamek południowy (Świdwów) przestał być potrzebny. Ówczesny właściciel – Jan Korzbok Łącki w 1675 r. przekazał zamek wraz z sąsiednim terenem zakonnikom – franciszkanom reformatom, ich konwent powołano w Szamotułach już w roku następnym. Wzbudziło to bardzo dużo emocji wśród księży kolegiackich, którzy poczuli się zagrożeni. Źle oceniali oni osobę młodego właściciela miasta (poprzez małżeństwo z Ludwiką Kostkówną wszedł w posiadanie tego majątku zaledwie kilka lat wcześniej), obawiali się, że ich kościół podupadnie, a nawet, że zabrany im zostanie obraz Matki Bożej Szamotulskiej (Matki Bożej Pocieszenia „Szamotuł Pani”), uznany przez komisję biskupa za cudowny i umieszczony w kolegiacie w 1666 r. Po kilku latach konflikt ten został jednak zażegnany.

Kościół, wówczas pw. św. Krzyża i św. Jana Chrzciciela, został konsekrowany w 1699 r. Nowy murowany klasztor był gotowy w 1725 r., pieniądze na jego budowę przekazała Zofia z Krakowskich Rokossowska (jej portret oraz portret Jana Korzbok Łąckiego – jako głównych fundatorów – wisiał później w klasztornym refektarzu); zakonnicy sami wytwarzali cegły na budowę. Dzisiejsze rokokowe wyposażenie kościoła pochodzi z końca lat 50. XVIII w., wykonał je Józef Eglauer z Rawicza. Powstanie ołtarzy i innych sprzętów było związane z decyzją przełożonych prowincji wielkopolskiej, którzy postanowili ujednolicić wyposażenie swoich świątyń, wskazali wspólny sposób zaaranżowania przestrzeni kościołów, a nawet rodzaj drewna i sposób wykończenia. Podobieństwa te dostrzeżemy, kiedy odwiedzamy inne kościoły franciszkanów reformatów (np. kościół na Śródce w Poznaniu, obecnie należący do kościoła polskokatolickiego).

Szamotulscy franciszkanie reformaci utrzymywali się z ofiar oraz z pracy: uprawiali ogród, mieli sad, piekli chleb, łowili ryby, piekli chleb i warzyli piwo. W 1793 r. w klasztorze mieszkało 20 zakonników. Zaborcy zmierzali do likwidacji zakonów; w Szamotułach ostatni franciszkanin reformata zmarł w 1832 r., a ustawy kasacyjne uchwalono ostatecznie w 1839 r. Kościół stał się wówczas własnością parafii kolegiackiej, jednak używany był bardzo rzadko (w okresie międzywojennym jako tak zwany kościół szkolny Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi). Od 2. połowy lat 30. XIX w. w budynku klasztoru przez 100 lat stacjonowało wojsko, znajdowała się tam komenda uzupełnień. Przejściowo – na parterze – mieściła się też szkoła.

Po II wojnie światowej kościół przez wiele lat był zamknięty, uruchomiono go dopiero po 1963 r. Druga parafia szamotulska powstała ostatecznie w 1972 r. Po II wojnie światowej (aż do początku XXI w.) w budynku poklasztornym znajdowały się mieszkania. Później przez kilka lat organizowane były tam wystawy Ośrodka Formacji Duchowej Sztuka i Myśl, latem w wirydarzu odbywały się koncerty.

W 2020 r. − po ponad 180 latach − do kościoła św. Krzyża wrócili franciszkanie, którzy objęli też parafię. O tym, jakie mają plany remontowe, opowiedział nam w czasie sobotniego spaceru o. Tyberiusz Nitkiewicz OFM. Najważniejsze jest w tej chwili osuszenie murów budynku klasztornego (odkopano już część fundamentów), w przyszłości franciszkanie będą chcieli przeznaczyć go (przynajmniej częściowo) np. na przedszkole prowadzone przez siostry zakonne lub hospicjum. Aby do tego doszło, potrzebne są bardzo duże środki finansowe.

Uczestnicy spotkania mogli wejść również do dawnych krypt kościelnych, gdzie oprócz zakonników chowano obywateli ziemskich, nie tylko z naszych okolic. Osobno, w pierwszej części krypty stoją trumny kilku członków rodziny Żółtowskich, zasłużonej dla szamotulskiego klasztoru.

Dziękujemy wszystkim, którzy przyjęli nasze zaproszenie. Osobne podziękowania kierujemy do Ojców Franciszkanów – gospodarzy tego miejsca.

Relacja fotograficzna – Robert Kołdyka, relacja filmowa – Ryszard Kurczewski.





15. rok działalności rozpoczął szamotulski Uniwersytet Trzeciego Wieku

Kolejny rok akademicki rozpoczął Uniwersytet Trzeciego Wieku w Szamotułach, prowadzony przez Stowarzyszenie Wychowanków Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi. Szamotulski UTW działa od 2008 r. i zrzesza ponad 200 członków.

Funkcję honorowego rektora UTW od roku pełni prof. dr hab. Krzysztof Wronecki, z pochodzenia szamotulanin, kardiolog, kardiochirurg i historyk medycyny, wieloletni pracownik uczelni we Wrocławiu i Opolu. Prof. Wronecki nie tylko otworzył nowy rok akademicki, ale wygłosił także wykład inauguracyjny poświęcony historii różnych epidemii w dziejach ludzkości.

Plany UTW na ten rok są – jak zwykle – bogate: cotygodniowe wykłady dla wszystkich studentów, lektoraty, seminaria wyjazdowe, warsztaty plastyczne, z pisania ikon i rękodzieła, różne typy zajęć ruchowych. Zarząd Stowarzyszenia Wychowanków, na czele z dr Agnieszką Krygier-Łączkowską, planuje również nowe typy zajęć.

W ramach uroczystości inauguracyjnej odbył się również krótki koncert, w którym wystąpili młodzi artyści: Julianna Sroka-Kierończyk i Krzysztof Łączkowski.



Wyścig wygrał wyścig…, to znaczy konkurs

W konkursie „Na długim czasie”, zorganizowanym przez istniejący od ponad trzydziestu lat i cieszący się dużą popularnością magazyn „Foto-Kurier” zwyciężyło zdjęcie, którego autorem jest Piotr Mańczak. Fotografia powstała na peronie szamotulskiego dworca PKP. Jury wybrało ją spośród bardzo licznych kadrów z najrozmaitszych zakątków świata.

Szamotulski fotografik znany jest z tworzenia bardzo przemyślanych, czasem wręcz konceptualnych, zdjęć. Od czasu do czasu wykonuje jednak takie, które trudno od początku do końca zaplanować, bo mające charakter reportażu. Tak też miało być tym razem – Piotr Mańczak wybrał się na remontowany dworzec, aby zilustrować zachodzące tam zmiany. „Ta konkretna scena zrodziła się impulsowo. Widząc zbliżający się pociąg, postanowiłem wykonać dynamiczne ujęcie oddające ruch. Nie było czasu na wkręcanie filtra czy statyw, ale parkan oddzielający torowisko od ciągu dla pieszych był doskonałym stabilizatorem i jeszcze ciekawiej rozdzielał kadr. Zdążyłem jeszcze maksymalnie obniżyć czułość ISO i domknąć przesłonę do f16, co dało wystarczająco długi czas naświetlania dla osiągnięcia oczekiwanego efektu. Wtedy los się do mnie szeroko uśmiechnął, gdyż pojawiła się postać biegnącej pasażerki, która znakomicie dopełniła prawą część kadru. Wszystko to trwało mniej niż pół minuty” – skomentował powstanie fotografii Piotr Mańczak na łamach „Foto-Kuriera”.

Serdecznie gratulujemy!

Polecamy wpisy fotograficzne tego autora na naszym portalu, strona Okiem obiektywu.



Edmund Callier

Karta z kalendarza. 2 października 1833 r. w Szamotułach urodził się Edmund Callier. Jego patriotycznym polskim wychowaniem zajęła się matka – Salomea z Krajewskich, ojciec – Fryderyk Callier, potomek francuskich hugenotów, krótko pracował w Szamotułach jako sekretarz powiatowy. Callierowie mieszkali w Szamotułach w nieistniejącym dziś domu przy pl. Sienkiewicza (wylot ul. Powstańców Wlkp.).

Życiorys Edmunda Calliera mógłby stać się scenariuszem filmu akcji. Od dzieciństwa marzył o przygodach wojennych, wstąpił do Legii Cudzoziemskiej, walczył w wojnie krymskiej, po wybuchu powstania styczniowego w Środzie Wlkp. sformował własny oddział, z którym przekroczył granicę zaborów, przez kilka miesięcy pełnił funkcję głównego dowódcy powstania na Mazowszu, jego strategia zmiany miejsc oddziału i drobnych potyczek okazywała się skuteczna. Po powstaniu – skazany w procesie berlińskim – rok był więziony w twierdzy w Grudziądzu. Wrócił do Poznania i zajął się działalnością publicystyczną i wydawniczą. Napisał wiele prac historyczno-geograficznych, w tym monografię Ostroroga. Zmarł w 1893 r.

W 1933 r. Szamotuły świętowały stulecie urodzin płk. Edmunda Calliera. Delegacja szamotulan odwiedziła jego grób na, zlikwidowanym krótko po II wojnie światowej, cmentarzu świętomarcińskim i złożyła wiązankę kwiatów „wyhodowanych na ziemi, na której i on, jak owe kwiaty, wypieszczony został troską matczynego serca” („Gazeta Szamotulska” 1933, nr 116). W delegacji znaleźli się przedstawiciele Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego, uczniowie obu szkół powszechnych i gimnazjum. Na jej czele stanął przewodniczący Akademickiego Koła Szamotulan – Krzymień.

Podczas uroczystego posiedzenia oddziału Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego w sali hotelu „Eldorado” (ul. Dworcowa) referaty poświęcone Callierowi wygłosili: Andrzej Hanyż (nauczyciel Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi) oraz Tadeusz Dutkiewicz (sędzia i regionalista). Uroczystość poświęconą Callierowi zorganizowano również w Gimnazjum i Liceum. Postanowiono przemianować dotychczasową ul. Obrzycką na ul. Calliera (obecnie ul. Powstańców Wielkopolskich).

Po likwidacji cmentarza świętomarcińskiego szczątki Edmunda Calliera  przeniesiono na Cmentarz Zasłużonych Wielkopolan. W tym samym grobie spoczywają jego matka Salomea (1812-1888) i brat Oskar (1846-1929), powstaniec styczniowy, działacz społeczny, profesor gimnazjalny, autor słowników językowych.

Źródła zdjęć: „Kurier Poznański” 1933 (za: Cyfrowe Lapidarium Poznania), Jan Kulczak, Biblioteka Narodowa



Wielkopolska na każdy dzień

Od września na antenie TVP 3 Poznań pojawia się codzienny program historyczny prezentujący postaci, wydarzenia, fakty i ciekawostki z historii Wielkopolski. Program przedstawia wydarzenia wielkie i oczywiste oraz drobne i zupełnie zapomniane, a także ciekawostki, archiwalne zdjęcia, komentarze ekspertów.

W październiku komentarze Agnieszki Krygier-Łączkowskiej, dotyczące postaci i wydarzeń z historii Ziemi Szamotulskiej, pojawią się w odcinkach z następujących dni: 2. – Edmund Callier, 4. – Franciszek Kwilecki, 5. – śmierć Konstantego Scholla, 12 – egzekucja mieszkańców Otorowa, 14. – Łukasz II Górka, 19. – Irena Szewińska na Samsung Półmaraton Szamotuły, 20. – Janusz Grabiański, 21. – Wincenty Świdwa Szamotulski, 24. – wizyta Tadeusza Mazowieckiego w Szamotułach, 31. – Barbara z Mańkowskich Kwilecka

Programy można oglądać także w Internecie (https://poznan.tvp.pl/55640115/wielkopolska-kazdego-dnia).



PAŹDZIERNIK 2021


Imprezy i koncerty

Najbliższe



Minione



KINO

Aktualności – październik 20212021-10-17T22:09:33+02:00

„Na straganie” – niezwykła seria plakatów Damiana Kłaczkiewicza

Na straganie – niezwykła seria plakatów Damiana Kłaczkiewicza

Prezentowane plakaty szamotulskiego grafika, autora plakatów wielokrotnie nagradzanych na międzynarodowych wystawach, powstały w ciągu kilku miesięcy: pod koniec 2021 i na początku 2021 r.

Na co dzień plakaty tego autora możemy oglądać na ulicach Szamotuł, Damian Kłaczkiewicz od kilku lat jest bowiem pracownikiem Szamotulskiego Ośrodka Kultury i graficznie opracowuje informacje o wszystkich organizowanych przez SzOK imprezach (na naszym portalu na podstronie Aktualności). Jako artysta wypowiada się wielokrotnie na tematy społeczne, polityczne, zagadnienia związane z ekologią i inne. Specjalnie na nasz portal przygotował serię plakatów Halszka 2020.

„Na straganie” – niezwykła seria plakatów Damiana Kłaczkiewicza2021-09-26T19:26:04+02:00

Koronacja obrazu Matki Bożej Pocieszenia „Szamotuł Pani” w zapiskach prymasa Stefana Wyszyńskiego

Koronacja obrazu Matki Bożej Pocieszenia „Szamotuł Pani” w zapiskach ks. prymasa Stefana Wyszyńskiego

O tym, że w dzienniku ks. prymasa kardynała Stefana Wyszyńskiego znalazły się uwagi o wizycie w Szamotułach na uroczystościach koronacji obrazu Matki Bożej Pocieszenia, wspomniał w czasie tegorocznych uroczystości odpustowych ks. prymas Wojciech Polak. Udało mi się dotrzeć do tekstu znajdującego się w Archiwum Archidiecezjalnym w Gnieźnie.

Kardynał Wyszyński, od niedawna błogosławiony Kościoła katolickiego, odwiedził Szamotuły 20 września 1970 r. Po porannej mszy św. w kaplicy domowej rezydencji prymasowskiej w Gnieźnie wyruszył samochodem do Poznania, gdzie razem z arcybiskupem Antonim Baraniakiem odwiedził w szpitalu biskupa Lucjana Bernackiego, gnieźnieńskiego biskupa pomocniczego.

Podróż do Szamotuł przebiegała spokojnie do Cerekwicy, czyli do granicy dekanatu szamotulskiego. Od tego miejsca wzdłuż całej trasy do Szamotuł stały tłumy ludzi, drogę przyozdobiono flagami i girlandami z kwiatów, postawiono kilkadziesiąt bram powitalnych.


Powitanie prymasa Stefana Wyszyńskiego przez prałata Albina Jakubczaka, szamotulskiego proboszcza


Kolumna samochodów (zdaniem prymasa Wyszyńskiego było ich ponad 200!) przyjechała na szamotulski rynek z opóźnieniem. Na zdjęciach widać, jak prymasa, arcybiskupa Baraniaka i innych biskupów witał tam ks. prałat Albin Jakubczak, proboszcz – wówczas jeszcze jedynej – szamotulskiej parafii. W swoich zapiskach kard. Wyszyński wymienił nazwiska wszystkich obecnych na uroczystościach biskupów; byli to: Edmund Nowicki (Gdańsk),  Marian Sikorski (Płock), Tadeusz Etter i Franciszek Jedwabski (biskupi pomocniczy z Poznania) oraz Jan Czerniak (biskup pomocniczy gnieźnieński) i Jerzy Stroba (wówczas biskup pomocniczy gorzowski).

Procesja z rynku do kościoła posuwała się bardzo wolno, gdyż – jak zapisał prymas – „nie było gdzie nogi postawić – ubi igam pedem meum”. Dużo ludzi stało na dachach. Prymas podziwiał dekoracje kamienic: wieńce z kwiatów oraz flagi, także biało-żółte, czyli papieskie. Dla osób, które pamiętają chociażby późniejsze przyjazdy do Polski papieży, dekorowanie domów czy ulic tymi flagami jest czymś normalnym. Z zapisków prymasa Wyszyńskiego wynika jednak, że ówczesne władze niechętnie patrzyły na obecność flag papieskich w przestrzeni publicznej. W Szamotułach jednak obyło się „bez mandatu karnego”.


Tłumy na uroczystości koronacyjnej


Uroczystość koronacyjna na łące między kościołem a cmentarzem rozpoczęła się, jak zanotował prymas, o 12.05 i trwała 3 godziny. Na tle cmentarza stanęła „wielka estrada”, a nad ołtarzem umieszczono obraz Matki Bożej. „Uroczystość ma bogaty program, zwłaszcza śpiewy”, historię obrazu przedstawił arcybiskup Baraniak. Kazanie prymasa miało charakter improwizowany: „rodzi się w trakcie wsłuchiwania się w przebieg przemówień i śpiewów”. Prymas ocenił je jednym słowem: „Wyszło”. W samym akcie koronacji – oprócz kardynała Wyszyńskiego – uczestniczyli arcybiskup Baraniak i biskup Nowicki.

Na kardynale Wyszyńskim wrażenie zrobiły tłumy obecne na uroczystości, sztandary i piękna zieleń. Odnotował jednak, że chwilami przeszkadzały pociągi (zapisał z błędem: „biegnące na Piłę”).


Pierwszy z lewej biskup Edmund Nowicki, 2. – arcybiskup Antoni Baraniak, 4. – prymas kardynał Stefan Wyszyński


Po zakończeniu uroczystości procesja przeszła do kościoła: „Wracamy do wspaniałej Kolegiaty Szamotulskiej. Olbrzymi gmach, o przepięknej architekturze, ogromnej przestrzeni, pełen zabytków”. Obraz wystawiono w głównym ołtarzu i odbyły się jeszcze krótkie modlitwy – „hołd dla ukoronowanej Matki”.

Ostatnim elementem wizyty prymasa w Szamotułach był obiad, który odbył się pod namiotem nakrytym „nylonowymi workami na saletrę”. Worki te, jak zapisał prymas Wyszyński, stanowiły „dar robotników z fabryki”. Prymas dodał jeszcze: „Czy «beatum scelus»?” [błogosławiona wina], sugerując w ten sposób, że – dla dobrych celów – mogły one zostać pozyskane nie do końca legalnie. 

Na koniec podkreślił, że w Szamotułach wszystko było świetnie zorganizowane i w uroczystości zaangażowane było całe miasto: „Aż do przesady”.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Prawo do publikacji całości zapisków ma wydawca kolejnych tomów dziennika Pro memoria. Dotąd (do 2021 r.) ukazało się 9 części, najnowszy zawiera teksty z 1962 r.; w sumie ukaże się 27 tomów.

Zdjęcia udostępnione przez Zbigniewa Dobaka i Wojciecha Musiała oraz ze strony FotoSzamotuły.

Prymas Stefan Wyszyński i proboszcz Albin Jakubczak

Prymas Stefan Wyszyński i arcybiskup poznański Antoni Baraniak w procesji z rynku na miejsce koronacji

Procesja na ul. Wronieckiej (wówczas gen. Karola Świerczewskiego). Obok prymasa Wyszyńskiego (z lewej) – późniejszy prymas Józef Glemp

W czasie aktu koronacji. Od lewej: arcybiskup Antoni Baraniak, prymas Stefan Wyszyński i biskup Edmund Nowicki

Nałożenie koron na obraz Matki Bożej Pocieszenia

Błogosławieństwo biskupów

Po koronacji w kościele obraz wyeksponowano w ołtarzu głównym

Ołtarz koronacyjny, nabożeństwo już bez udziału biskupów

Nabożeństwo wieczorne

Koronacja obrazu Matki Bożej Pocieszenia „Szamotuł Pani” w zapiskach prymasa Stefana Wyszyńskiego2021-09-25T22:47:26+02:00

Aktualności – wrzesień 2021

Spacer z Historią – to już trzeci rok spotkań

W sobotę, 18 września odbył się nasz kolejny Spacer z Historią – wróciliśmy do bazyliki kolegiackiej, którą zwiedzaliśmy we wrześniu 2019 r., w czasie pierwszego spaceru. Liczna grupa uczestników spotkania zapoznała się z historią kościoła, wzniesionego w tym miejscu w 2. połowie XIV w. (sama parafia szamotulska powstała dużo wcześniej, najstarsza zachowania wzmianka o niej pochodzi z 1298 r., ale wiązała się ona ze Starymi Szamotułami i nieistniejącym dziś kościołem św. Marcina). Część najstarsza budowli to dzisiejsze prezbiterium, pierwotnie kościół był jednonawowy, przebudowa i rozbudowa świątyni nastąpiła w XV w. Dziś jest to bazylika kolegiacka i zarazem sanktuarium. Tytuł kolegiaty przysługuje kościołowi w związku z istnieniem przy nim kapituły kanoników (w Szamotułach ustanowiono ją w 1542 r.; dziś to godność honorowa, nadawana przez biskupa (szamotulskiemu kościół ponownie otrzymał ją w 2000 r.). Tytuł bazyliki mniejszej nadawany jest ważnym kościołom przez papieża, szamotulska świątynia nosi go od 2014 r. Istnienie sanktuarium wiąże się z kultem Matki Bożej Pocieszenia („Szamotuł Pani”), zatwierdzonym w 1666 r. Kościół można również nazywać farą, ponieważ był to pierwszy kościół miejski (powstały po lokacji miasta w pobliżu rynku, wcześniejszy kościół św. Marcina powstał dla wsi Szamotuły – później Stare Szamotuły).

Wewnątrz świątyni trzeba zwrócić uwagę na kilka bardzo cennych obiektów: gotycki krucyfiks z belki tęczowej (datowany na lata 1370-1390), spiżową płytę nagrobną Andrzeja Szamotulskiego (powstałą ok. 1505 r. w Norymberdze w zakładzie odlewniczym Vischerów) oraz renesansowy nagrobek Jakuba Rokossowskiego (z 1580 r., dzieło włoskiego rzeźbiarza Hieronima Canavesiego). Od 1666 r. w kościele znajduje się obraz Matki Bożej, ikona w typie Matki Bożej Kazańskiej. Niedostępne są dziś dawne krypty, w których – jak wynika z zapisów kościelnych – w przeszłości pochowano co najmniej 300 osób.

Uczestnicy spotkania wysłuchali również związanych z kościołem podań ludowych.

Po kościele oprowadzali Piotr Nowak i Agnieszka Krygier-Łączkowska, podania przedstawił Łukasz Bernady, a o kryptach i przykościelnym cmentarzu opowiedział Wojciech Musiał.

Dziękujemy wszystkim, którzy przyjęli nasze zaproszenie! Do zobaczenia na kolejnym spacerze, który planujemy już w październiku.

Zdjęcia Robert Kołdyka – bardzo dziękujemy.



Jakżem jechoł do Szamotuł – I Przegląd Folkloru i Twórczości Ziemi Szamotulskiej

Przy Muzeum – Zamku Górków 18-19 września odbył się I Przegląd Folkloru i Twórczości Ziemi Szamotulskiej ,,Jakżem jechoł do Szamotuł” z udziałem solistów i zespołów z całej Wielkopolski. Celem przeglądu było pokazanie bogactwa i różnorodności szamotulskiego folkloru, jego popularyzacja, integracja i promocja zespołów oraz wymiana doświadczeń, także za przyczyną warsztatów z zakresu tańca i muzyki szamotulskiej.

Komisja konkursowa w składzie: Maciej Sierpiński – przewodniczący, Piotr Kulka i Tomasz Kuźniak po sobotnich przesłuchaniach konkursowych wyłoniła laureatów i wyróżnionych wykonawców z Wielkopolski.

W kategorii ZESPOŁY Z PROGRAMEM OPRACOWANYM SCENICZNIE jury przyznało: tytuł Laureata dla Zespołu Tańca Ludowego „Swojacy”, II nagrodę ex aequo dla Zespołu Pieśni i Tańca „Kębłowo” oraz Zespołu Tańca Ludowego Cybinka-Grodzisk, III nagrodę dla Zespołu Tańca Ludowego „Gniezno” (I nagrody nie przyznano).

W kategorii ZESPOŁY DZIECIĘCE: tytuł Laureata otrzymał Zespół Tańca Ludowego „Swojacy”, a I nagroda ex aequo trafiła do Zespołu Regionalnego „Słoneczka” z Przedszkola nr 5 oraz Grupy „Słoneczka” z Przedszkola nr 4 w Szamotułach.

W kategorii ZESPOŁY ŚPIEWACZE jury przyznało: tytuł Laureata Zespołowi Śpiewaczemu „Dąbrowianki”, II nagrodę ex aequo Zespołowi Śpiewaczemu „Lutogniewiacy” oraz Stowarzyszeniu Kulturalnemu „Podrzewianka” z Podrzewia (I nagrody nie przyznano).

W kategorii SOLIŚCI: I nagrodę ex aequo przyznano Annie Czerniak oraz Lechowi Owczarkowi, a II nagrodę Krystynie Melczak (tytułu laureata nie przyznano).

W kategorii GAWĘDZIARZE GWAROWI jury przyznało: tytuł Laureata Zofii Bembniście i Marii Domanieckiej oraz I nagrodę Jakubowi Celebuckiemu.

W kategorii SOLIŚCI INSTRUMENTALIŚCI tytuł Laureata otrzymał Czarek Bednarczyk.

Ogłoszenie wyników i wręczenie nagród odbyło się w niedzielę. Suma przyznanych nagród wyniosła 13,5 tysiąca złotych. Siedmioro z nagrodzonych wykonawców Przeglądu wystąpiło w konkursie galowym. Poza konkursem, w sobotę, zaprezentowała się Kapela Dudziarska Szamotulskiego Ośrodka Kultury. Program koncertowy urozmaiciły najmłodsi członkowie Zespołu Folklorystycznego „Szamotuły” prezentując zabawy i dawny folklor podwórkowy. Starsi członkowie „Szamotuł” wykonali tańce i przyśpiewki szamotulskie. Zwieńczeniem dwudniowego wydarzenia było sceniczna odsłona „Tradycji weselnych z Szamotuł i okolic” – widowisko „Wesele szamotulskie” w wykonaniu zespołu – współgospodarzy wydarzenia.



Małgorzata Braunek jako Oleńka Billewiczówna

Kartka z kalendarza. 2 września 1974 r. odbyła się premiera filmu „Potop”, w roli Oleńki wystąpiła urodzona w Szamotułach Małgorzata Braunek (1947-2014). W związku z tym filmem aktorka odwiedziła Szamotuły, spotkanie z nią odbyło się w kinie „Halszka”.

Przyszła aktorka urodziła się w Szamotułach, lecz mieszkała tam tylko jako małe dziecko. Jej ojciec Władysław po wojnie był dyrektorem szamotulskich młynów, wkrótce rodzina przeniosła się do Leszna, potem do Bytomia, a stamtąd do Warszawy. W związku z pracą ojca Małgorzacie długo towarzyszyło przezwisko „Młynarka”.

Władysława Braunka nie ominęły represje czasów stalinowskich. Przed wojną był oficerem kawalerii, rotmistrzem Wojska Polskiego, po kampanii wrześniowej znalazł się w oflagu w Woldenbergu, gdzie prowadził teatr. Kiedy po wojnie odmówił wstąpienia do Ludowego Wojska Polskiego, został aresztowany i trafił do więzienia we Wronkach.

Spotkanie w szamotulskim kinie tak wspomina Ewa Krygier: „Bilety na premierę «Potopu» trudno było zdobyć, bo wiadomo było, że ma w niej wziąć udział Małgorzata Braunek. Widzowie byli lekko zdezorientowani, bo sądzili, że zobaczą aktorkę przed rozpoczęciem projekcji, a tymczasem na ekranie pojawiły się początkowe kadry filmu – czyżby nie dojechała?. Dopiero w momencie, w którym po raz pierwszy zobaczyli postać Oleńki Billewiczówny, projekcję przerwano i na scenie pojawiła się oczekiwana bohaterka, serdecznie witana przez zgromadzonych. O ile pamiętam, miała na sobie długą granatową suknię. Powiedziała kilkanaście sympatycznych zdań i akcja filmu potoczyła się dalej”.

Polscy widzowie, którzy znali Małgorzatę Braunek z ról trudnych współczesnych dziewcząt, na wieść, kto wystąpi jako Oleńka w filmie Jerzego Hoffmanna, zaczęli protestować: pisano listy do prasy, aktorka dostawała anonimy. W jednej z późniejszych rozmów wyznała: „Początkowo śmieszyła mnie ta nagonka, ale w końcu zaczęła boleć. Pomyślałam: dlaczego ktoś ma prawo oceniać moje predyspozycje, zanim cokolwiek się wydarzy. Jeżeli wcześniej miałam wątpliwości, to w tym momencie przeważyły ambicje”.

Kadry z filmu „Potop Redivivus” 1974/2014 (Repozytorium Filmowe Filmoteki Narodowej) oraz magazyn ilustrowany „Film” 1973 r.



Wielkopolska na każdy dzień

Od września na antenie TVP 3 Poznań pojawia się codzienny program historyczny prezentujący postaci, wydarzenia, fakty i ciekawostki z historii Wielkopolski. Program przedstawia wydarzenia wielkie i oczywiste oraz drobne i zupełnie zapomniane, a także ciekawostki, archiwalne zdjęcia, komentarze ekspertów.

W kolejnych miesiącach komentarze do wydarzeń i postaci związanych z regionem szamotulskim będzie prezentować dr Agnieszka Krygier-Łączkowska.

Programy można oglądać także w Internecie (https://poznan.tvp.pl/55640115/wielkopolska-kazdego-dnia) (odcinki z dni 2, 3, 4, 8, 10, 12, 18, 20, 21 i 24 września)


WRZESIEŃ 2021


Imprezy i koncerty

Najbliższe



Minione









KINO

Aktualności – wrzesień 20212021-10-01T18:38:28+02:00

Halina Karpińska – spotkanie w setne urodziny

Halina Karpińska – spotkanie w setne urodziny

Idąc na spotkanie z przedwojenną absolwentką Liceum im. ks. Piotra Skargi, nie przypuszczałam, że teraz – w 2021 r. – dane mi będzie porozmawiać z osobą, która podczas niemieckiej okupacji w Generalnym Gubernatorstwie prowadziła tajne nauczanie – przez pięć dni w tygodniu odbywała komplety w 3 miejscach, a wieczorami dwa dni w tygodniu w leśniczówce douczała partyzantów. Nie urodziła się w Szamotułach i od wielu lat mieszka w Poznaniu, jednak to tu spędziła najpiękniejsze lata i czuje się szamotulanką. Halina Karpińska z domu Pokorna (dawniej mówiono: Pokornianka) 26 sierpnia skończyła 100 lat.

Władysław Pokorny (1893-1968), ojciec Haliny, był nauczycielem.  Po maturze w Poznaniu został skierowany do pracy w szkole wiejskiej w Galewie niedaleko Koźmina (obecnie Galew należy do powiatu pleszewskiego). Tam poznał swoją przyszłą żonę – Mieczysławę z domu Sowińską (1900-1990). Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości uzupełnił wykształcenie we Lwowie i jako nauczyciela fizyki i chemii wysłano go do Koźmina. Od 1923 r. do likwidacji szkoły w 1932 r. uczył w tamtejszym Państwowym Seminarium Nauczycielskim Męskim. Małżonkowie mieli troje dzieci, wszystkie na świat przyszły właśnie w Koźminie: najstarsza Ludmiła urodziła się w 1920 r., Halina w 1921 r. i Tadeusz w 1925 r.


Państwowe Seminarium Nauczycielskie Męskie (przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości: Königliche Evangelische Lehrerseminar) w Koźminie Wielkopolskim oraz Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi (wcześniej Landwirtschaftschule) – w tych szkołach Władysław Pokorny pracował najdłużej. Zdjęcia z okresu 1920-1935 (Koźmin) oraz 1905-1918 (Szamotuły). Źródło: Fotopolska oraz Szamotuły na dawnej pocztówce


Pani Halina zdążyła zdać maturę jeszcze przed wybuchem wojny, gdyż naukę rozpoczęła jako sześciolatka, razem ze starszą siostrą. Żartuje, że nigdy nie zaszła wyżej niż do czwartej klasy. Najpierw chodziła 4 lata do seminaryjnej szkoły ćwiczeń w Koźminie, potem rok dojeżdżały z siostrą do gimnazjum w Krotoszynie. W 1932 r. rodzina Pokornych przeniosła się do Szamotuł. Halina i Ludmiła jeszcze przez rok kontynuowały naukę w gimnazjum. W 1933 r. nastąpiła reforma szkolnictwa (tzw. reforma jędrzejewiczowska), która zakładała, że przed gimnazjum uczniowie kształcą się 6 lat w szkole powszechnej. Pokornianki ukończyły właśnie szósty rok nauki, więc zaczęły edukację w nowym typie gimnazjum (klasy I-IV), po którym zdawało się tzw. małą maturę. Potem kolejne dwa lata nauka w liceum profilowanym i matura.

Rocznik, w którym uczyła się Halina, zdawał maturę tzw. nowego typu. Szamotulskie liceum było szkołą typu humanistycznego, na maturze obowiązkowo zdawało się język polski i francuski, historię i naukę o społeczeństwie – ze wszystkich tych przedmiotów odbywał się egzamin pisemny i ustny. W klasie pani Haliny było 22 uczniów, dwóch nie zostało dopuszczonych do matury, dwóch jej nie zdało.


Halina Pokornianka (na 1. fotografii z lewej, na 2. – w środku) z licealnymi koleżankami, 28.11.1937 r.


Pani Halina wspomina swoją szkołę. Na co dzień dziewczęta chodziły w czarnych fartuchach z białym kołnierzykiem, na głowach nosiły berety, na nogach brązowe buty i grube pończochy. Chłopcy do szkoły przychodzili w granatowych ubraniach, na co dzień, także poza szkołą, nosili czapki z daszkiem. Obowiązkowo do stroju, jak przez kilkadziesiąt następnych lat, musiała być przyszyta tarcza. W szamotulskim Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi była to tarcza z czerwonym tłem i niebieskim napisem: „790”, bo taki numer nosiła wówczas szkoła. Uczniowie mieli też stroje galowe. Na strój dziewcząt składała się bluza z kołnierzem i plisowana spódnica za kolana, na ubiór chłopców garnitury z wypustkami przy spodniach i na czapkach; gimnazjaliści – mieli je w kolorze niebieskim, licealiści – amarantowe.

Wspomina też swoich nauczycieli. Funkcję wychowawcy, jak nazywano dawniej: opiekuna klasy, pełnił Andrzej Hanyż (1901-1973). Dziś określono by go jako nauczyciela – pasjonata. W szamotulskim gimnazjum od 1926 r. uczył historii, geografii, nauki o społeczeństwie, a później także przysposobienia wojskowego. Prowadził Kółko Historyczno-Literackie, był opiekunem szkolnego koła Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego i Męskiej Drużyny Harcerskiej im. Bolesława Chrobrego. Rozumiał, że młodość ma swoje prawa, i swoim wychowankom mówił: „Rozrabiajcie, ale nie dajcie się złapać”. Pod jego opieką działał też szkolny zespół folklorystyczny. Pani Halina wspomina zjazd folklorystycznych zespołów licealnych, w którym uczestniczyła w 1938 r. we Lwowie. Po raz pierwszy mogła wówczas podziwiać Panoramę racławicką. Rok później, latem 1939, razem z dwiema szkolnymi koleżankami: Aleksandrą Głowacką i Anną Górską była w tym samym mieście na miesięcznym szkoleniu Pomocniczej Służby Wojskowej. Przed południem dziewczęta uczestniczyły w wykładach, a po południu – co drugi dzień –  chodziły do rotundy w lwowskim Parku Stryjskim, aby oglądać dzieło Styki i Kossaka. Panorama racławicka wystawiona we Wrocławiu nie zrobiła już na niej takiego wrażenia.


Halina Pokornianka (3. z lewej) ze szkolnym zespołem folklorystycznym we Lwowie, maj 1938 r. Pierwszy z lewej stoi nauczyciel Andrzej Hanyż.


Na lekcjach języka polskiego, prowadzonych przez zakochanego w literaturze romantycznej prof. Wiktora Fabiana, na pamięć uczyli się wielu wierszy Mickiewicza i Słowackiego. Bardzo ciekawe były lekcje z ks. Antonim Szudą z wykładami na temat dziejów Kościoła. Pani Halina najbardziej ceniła matematyka – Eliasza Arystowa (1874-1953). Ten Rosjanin z pochodzenia, a Polak z wyboru, uczył w gimnazjum i liceum w Szamotułach przez blisko 30 lat i był uznawany za świetnego dydaktyka. Rozwiązywanie zadań sprawiało Halinie dużą przyjemność i robiła to bardzo sprawnie, więc w czasie sprawdzianów liczyła zadania także dla przyjaciół z innych grup. Po jakimś czasie profesor Arystow zorientował się w tym i kiedy tylko skończyła pisać swój sprawdzian, kazał jej wychodzić z sali. Po wojnie powitał ją słowami: „Moja ulubiona matematyczka!”.

10 czerwca 1939 r. nastąpiło rozdanie świadectw maturalnych, a wieczorem bal w Sali Sundmanna przy ul. Poznańskiej. Na tę pierwszą uroczystość absolwentki przyszły jeszcze w szkolnych mundurkach, a wieczorem bawiły się już w sukniach długich do ziemi. Prof. Hanyż wspaniale poprowadził poloneza, zabawa była bardzo udana i trwała do rana. Dodać jednak trzeba, że każda z absolwentek musiała pojawić się na balu pod opieką swojej mamy, co więcej – matki siedziały z córkami przy stolikach!


Przedwojenni nauczyciele Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi. W środku zdjęcia siedzi Kazimierz Beik (1886-1966), dyrektor szkoły w latach 1924-1949 (z przerwą wojenną); 2. od prawej siedzi Eliasz Arystow (1874-1953) – nauczyciel matematyki. Stoją (m.in.) : 1. z prawej Andrzej Hanyż (1901-1973) – nauczyciel historii i geografii; 5. od lewej – Stefan Pawela (1904-1964), łacinnik, dyrektor w latach 1955-64; 4. z lewej – Władysław Pokorny (1893-1968), nauczyciel fizyki i chemii; 2. z lewej – Henryk Nowak (1909-2000) – nauczyciel wychowania fizycznego („ćwiczeń cielesnych”); 3 z lewej – Stanisław Owsiany (1888-1940), lekarz szkolny.


Rodzina Pokornych mieszkała na parterze domu przy pl. Sienkiewicza (obecny adres al. 1 Maja 2, wówczas pl. Sienkiewicza 5). Przedwojenni nauczyciele dobrze zarabiali, Pokorni mieszkali w pięciopokojowym mieszkaniu, mama zajmowała się wychowaniem dzieci, w prowadzeniu domu wspierała ją gosposia, a duże prania robiła praczka. Na piętrze nad nimi mieszkała również nauczycielska rodzina Kaniów, a w domu po przeciwnej stronie ulicy – kolega z pracy Władysława Pokornego Stefan Pawela (1904-1964), łacinnik i późniejszy dyrektor szamotulskiego liceum.

Pani Halina lubiła promenadę wokół cmentarza. Kiedyś była to popularna trasa. Często chodziła tam z rodzicami i rodzeństwem na wieczorne spacery, bo ojciec… pełnił tam dyżury. Regulamin szkoły zabraniał uczniom przebywania na ulicy (bez opieki rodziców) po godzinie 20, a latem po 21. Nauczyciele musieli to sprawdzać i przekazywać informacje dyrekcji. Pani Halina mówi, że byli tacy pedagodzy, którzy rzeczywiście to robili, jednak jej ojciec, kiedy z daleka widział jakiegoś ucznia idącego ulicą o nieodpowiedniej godzinie, zaraz skręcał w bok i nigdy nie dochodziło do konfrontacji. Władysław Pokorny uczył w szamotulskim gimnazjum chemii i fizyki, a także prowadził kółko chemiczne. Ponieważ w szkole uczyły się jego dzieci, zyskał przezwisko „Tata”, które przetrwało do końca jego pracy w Szamotułach.


Szkolenie wojskowe we Lwowie, sierpień 1939 r. Halina Pokornianka stoi w 2. rzędzie od góry.


Ze szkolenia wojskowego we Lwowie Halina wróciła do Szamotuł w dniu swoich 18. urodzin. W pociągach było dużo wojska, bo trwała już mobilizacja, jednak do końca nie wierzono, że wojna wybuchnie. W końcu sierpnia Władysław Pokorny został wysłany służbowo na tereny, zdawało się, niezagrożone, za linię Wisły. Nauczycielom z miejscowości położonych niedaleko granicy niemieckiej Związek Nauczycielstwa Polskiego wyznaczył punkt zborny w Puławach. Najbliżsi planowali się z nim spotkać w okolicach Puław, razem z kilkoma innymi rodzinami nauczycielskimi dotarli pociągiem do Warszawy, dalej do Puław i Końskowoli. Kiedy okazało się, że Polskę zaatakowali także Rosjanie, postanowili wrócić do Szamotuł. Krótko potem do Szamotuł wrócił także Władysław.

8 grudnia 1939 r. w Szamotułach i wielu innych miejscowościach w okolicy Niemcy zatrzymali wielu przedstawicieli elit: ziemian, działaczy społecznych, inteligencję. Najpierw przewieziono ich do więzienia we Wronkach, a następnie wysłano pociągami do Generalnego Gubernatorstwa. Władysław i Mieczysława Pokorni trafili do Jędrzejowa na Kielecczyźnie. Ponieważ oboje kształcili się jeszcze w szkołach pod zaborem pruskim i bardzo dobrze znali język niemiecki, znaleźli zatrudnienie jako tłumacze – Władysław w magistracie, a jego żona w tzw. sejmiku. Jeszcze w końcu 1939 r. dołączyło do nich dwoje dzieci: Halina i Tadeusz, a w późniejszym czasie także najstarsza Ludmiła.   


Rodzina Pokornych w czasie niemieckiej okupacji w Jędrzejowie: rodzice – Mieczysława i Władysław oraz dzieci – Halina, Tadeusz i Ludmiła. Ludmiła Pokornianka (1920-1987) po wojnie ukończyła Państwową Wyższą Szkołę Plastyczną w Poznaniu, pracowała jako projektantka i malarka w zakładach ceramicznych. Jej nazwisko wymienia się w gronie najwybitniejszych artystów projektantów ceramiki okresu PRL-u. Narzeczony Ludmiły, Tadeusz Hoffmann, został zamordowany w Charkowie w 1940 r. (więcej w artykule http://regionszamotulski.pl/tadeusz-hoffmann-student-z-szamotul-i-zbrodnia-katynska/). Tadeusz Pokorny ukończył Politechnikę Wrocławską.


Rodzina Pokornych zamieszkała u zamożnej żydowskiej rodziny Horowitzów (pisowni nazwiska pani Halina nie jest pewna), którzy – na polecenie Niemców – odstąpili im dwa pokoje. W początkowym okresie okupacji byli oni dużym wsparciem dla Pokornych, pomagali odnaleźć się w nowej rzeczywistości, dzielili się jedzeniem. Ich najstarszy syn poległ jako polski oficer we wrześniu 1939 r., córka z mężem uciekli na Wschód i zaginął po nich ślad, najmłodszego syna – Samuela ukryli na wsi. W 1940 r. w Niemcy utworzyli w Jędrzejowie getto. Teraz to Mieczysława Pokorna starała się im pomagać i zanosiła do getta jedzenie. Jesienią 1942 r. Żydów z Jędrzejowa wywieziono do obozu w Treblince.  

W Jędrzejowie Pokorni zawarli znajomość z prof. Tadeuszem Konopińskim (1894-1965), dyrektorem Wielkopolskiej Izby Rolniczej. Zyskał on rozgłos w 1929 r., kiedy sukcesem okazała się zorganizowana przez niego ekspozycja polskiego rolnictwa na Powszechnej Wystawy Krajowej w Poznaniu. Tadeusz Konopiński przedostał się do Generalnego Gubernatorstwa, ponieważ obawiał się, że na terenach wcielonych do Rzeszy – jako przedstawiciel wielkopolskiej elity i powstaniec wielkopolski – może być prześladowany. Rozpoczął pracę w izbie rolniczej w Jędrzejowie, natomiast wysiedlone z majątku pod Jarocinem jego żona i córki wydzierżawiły majątek Słowik pod Kielcami.


Otwarcie jednej z wystaw w  czasie Powszechnej Wystawy Krajowej, 1929 r. 1. z lewej stoi Tadeusz Konopiński, 2. z prawej – prezydent Poznania Cyryl Ratajski. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe


Kiedy Tadeusz Konopiński dowiedział się, że Halina Pokornianka jest już po maturze, zaproponował jej prowadzenie tajnych kompletów przygotowujących do egzaminu dojrzałości. W każdym tygodniu dziewczyna jeździła na pięć dni do Słowika i w trzech różnych domach prywatnych uczyła 5-6-osobowe grupki młodzieży. Dwa razy w tygodniu wieczorami chodziła do nieodległej leśniczówki, gdzie prowadziła lekcje dla partyzantów. W soboty i niedziele w Jędrzejowie do matury przygotowywała jeszcze pojedyncze osoby, w nauczaniu łaciny pomagał jej Stefan Pawela, również z rodziną wywieziony z Szamotuł do Generalnego Gubernatorstwa. Pojedyncze osoby fizyki uczył również Władysław Pokorny.

Halina nie tylko sama została członkiem Armii Krajowej, ale wciągnęła do niej także młodszego brata. Tadeusz, w Jędrzejowie pracujący w biurze tartaku, uciekł z domu i wstąpił do partyzantki. Po jakimś czasie pobytu w lesie poważnie się rozchorował i mama przywiozła go z powrotem do Jędrzejowa. W 1944 r., krótko przed powstaniem warszawskim, odbyły się egzaminy maturalne podopiecznych Haliny. Do Słowika przyjechali wówczas członkowie zewnętrznej komisji, którzy je przeprowadzili. Wszyscy zdali – wspomina z dumą pani Halina.


Halina Pokornianka z uczennicami i uczniami z tajnych kompletów, 1944 r.


Po powstaniu do Kielc przyjechało wielu przedwojennych wykładowców uniwersyteckich, którzy wzmocnili działającą tam filię tajnego Uniwersytetu Ziem Zachodnich, powstałą w 1943 r. z inicjatywy prof. Konopińskiego. Pozwoliło to na uruchomienie nowych kierunków studiów, w tym medycyny i chemii. Naukę na tym ostatnim kierunku rozpoczęła Halina Pokornianka.

Na podstawie wydanego zaświadczenia zaliczono jej po wojnie pierwszy rok studiów na Uniwersytecie Poznańskim. Na roku studiowało wówczas 8-9 osób. Pani Halina wspomina studenckie praktyki w cukrowniach i obiady dla studentów za złotówkę. Studenci chemii mieli w tym czasie problemy ze zdobyciem odczynników, a w budynku szamotulskiego liceum Niemcy pozostawili ich w nadmiarze w stosunku do potrzeb szkolnej dydaktyki. Halina otrzymane od ojca – nauczyciela chemii środki woziła pociągiem. Mówi, że było to bardzo niebezpieczne, ale w tamtych czasach jakoś nikt o tym nie myślał. Przeżyli już przecież tyle niebezpiecznych sytuacji!


Bolesław Karpiński (2. od prawej), przyszły mąż Haliny Pokornianki, z rodziną, 1937 r. Więcej można przeczytać w artykule http://regionszamotulski.pl/rodzina-karpinskich/

Z lewej: Halina Pokornianka z rodzicami i rodzeństwem w czasie okupacji w Jędrzejowie. Z prawej: Halina i Bolesław Karpińscy, zdjęcie ślubne, Szamotuły, 1947 r.


Pracę magisterską obroniła w 1949 r., już jako Halina Karpińska i mama rocznego Marka. Bolesław Karpiński (1921-1976) był jej kolegą z licealnej klasy i mieszkał również przy pl. Sienkiewicza (dziś nr 4), przed wojną nic ich jednak jeszcze nie łączyło. Kiedy spotkali się w 1945 r., zaczęli sobie opowiadać, co przeżyli w ciągu ostatnich lat. A że do opowiedzenia mieli dużo, umawiali się na kolejne spacery i tak zrodziła się ich miłość. Bolesław był człowiekiem bardzo inteligentnym, w 1951 r. skończył medycynę, odbył praktyki w szamotulskim szpitalu i był świetnie zapowiadającym się lekarzem. Tuż przed rozpoczęciem pracy zawodowej ujawniła się u niego poważna choroba autoimmunologiczna – SM (stwardnienie rozsiane). Jako lekarz Bolesław Karpiński był świadomy tego, co go czeka, zwłaszcza że akurat tą chorobą zajmował się w jednej ze swoich prac pisanych na studiach. W tamtych czasach nie było leków powstrzymujących chorobę, ale przez wiele lat Halina i Bolesław szukali na całym świecie eksperymentalnych metod leczenia. Bolesław wierzył w postęp medycyny i czekał na nowy lek, choroba jednak szybko postępowała.

W 1954 r. przyszło na świat drugie dziecko Haliny i Bolesława – Lidia. Syn Marek studiował na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza i Politechnice Poznańskiej, od wielu lat jest profesorem informatyki na uniwersytecie w Bonn. Do 1981 r. pracował w Polskiej Akademii Nauk, od czasu do czasu wyjeżdżał też na stypendia zagraniczne i wykłady na uczelniach Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych. Kiedy rozpoczął się stan wojenny, przebywał na wykładach w Edynburgu. Dalszy pobyt na Zachodzie umożliwili prof. Karpińskiemu Niemcy, którzy zaproponowali mu kontrakt w Bonn. Lidia Karpińska-Jazdon – tak jak ojciec – ukończyła medycynę, jest specjalistą z zakresu pulmonologii, przez wiele lat pracowała jako ordynator w szpitalu przy ul. Szamarzewskiego w Poznaniu – dzisiejszym Wielkopolskim Centrum Pulmonologii i Torakochirurgii.    


Z lewej: Halina i Bolesław Karpińscy, 1947 r. Z prawej: Halina Karpińska z dziećmi: Markiem i Lidką, 1956 r.

Kiedy przy pl. Sienkiewicza mieszkała rodzina Pokornych, stał tam kościół ewangelicki. Pocztówki z ok. 1915 r. Źródło: Biblioteka UAM


Halina była zatrudniona w laboratorium analitycznym w Zakładach Hipolita Cegielskiego, dodatkowo uczyła w dwuletniej szkole techników analitycznych. Pracowała bardzo dużo, aby móc utrzymać rodzinę, wspierali ją rodzice, bez których – jak mówi – by sobie nie poradziła. W 1956 r. Karpińscy i Pokorni przenieśli się razem do Poznania, gdzie przy ul. Gostyńskiej kupili nieduży dom z ogrodem. Władysław Pokorny jeszcze przez dwa lata pracował jako nauczyciel w Liceum Ogólnokształcącym nr 1 w Poznaniu, a potem przeszedł na emeryturę. Dużo pomagał w opiece nad zięciem, sam przygotowywał mu posiłki.

Bolesław Karpiński wiele lat był osobą leżącą, zmarł w 1976 r. dokładnie w swoje 55. urodziny. Ostatnią dekadę życia spędził w szpitalu w Gnieźnie, gdzie dyrektorem był jego kolega ze studiów. Sam podjął taką decyzję, aby odciążyć rodzinę i aby dzieci nie oglądały jego stanu. Najbliżsi często go odwiedzali, na końcu miał duże problemy z mówieniem, ale bardzo chciał słuchać opowieści o tym, co dzieje się u innych.  


Halina Karpińska z Andrzejem J. Nowakiem, członkiem zarządu Stowarzyszenia Wychowanków Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi – spotkanie przy placku ze śliwkami – specjalności pani Haliny. Z Antonim Żuromskim w czasie spotkania z okazji 95-lecia Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi. Halina Karpińska, najstarsza absolwentka szkoły, była honorowym gościem uroczystości w 2014 r. Zdjęcia udostępnił Andrzej J. Nowak


Pani Hala była w przeszłości bardzo dzielną kobietą. I wtedy, gdy jeździła do podkieleckiego Słowika, aby uczyć młodzież, i potem, gdy ciężko pracowała na utrzymanie rodziny, zajmowała się chorym mężem i wychowywała dzieci. Dziś też jest dzielna. Nadal chce być samodzielna, mieszka sama, odwiedzana przez najbliższych: dzieci, troje wnuków i sześcioro prawnuków. Pierze, gotuje obiady. – Ale piec już przestałam – dodaje jakby z poczuciem winy. Niestety, nie może już grać w brydża, co bardzo lubiła. Z jej kółka brydżowego została już tylko jedna, sporo lat młodsza, koleżanka, a młodzi grać w brydża nie chcą. Trzy razy w tygodniu schodzi ze swojego trzeciego piętra i razem z opiekunką idą na dłuższy spacer. Lubi rozwiązywać sudoku, „bo to gra, przy której trzeba myśleć”. I uwielbia książki. W każdym miesiącu czyta co najmniej trzy. Nic, tylko podziwiać!

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Halina Karpińska – spotkanie w setne urodziny2021-09-18T19:35:23+02:00
Go to Top