About Agnieszka Krygier-Łączkowska

Autor nie uzupełnił żadnych szczegółów
So far Agnieszka Krygier-Łączkowska has created 250 blog entries.

Kronika szamotulskiego liceum w czasach stalinowskich

Budynek liceum w 1950 r., zdjęcie z kroniki szkolnej


Fragmenty kroniki szkolnej z lat 1950-63


Zdjęcia z lat szkolnych w szamotulskim liceum, 1.poł. lat 50. XX w.

udostępnił Jan Kulczak


Z prof. Konradem Roszczakiem

Z prof. Ewą Budzyńską (Krygier)

Z prof. Stefanem Pawelą

Z prof. Gabrielą Tomaszek

Na boisku szkolnym, w tle budynek szpitala przy ul. Sukienniczej

Na boisku przy ul. Sportowej

W parku Sobieskiego

Obowiązkowa praca uczniów klas przedmaturalnych (10.) w brygadzie Służby Polsce przez miesiąc wakacji – PGR Komarowo koło Goleniowa (pomoc przy żniwach, przerywanie buraków cukrowych itp.), 1954 r.

Kronika szamotulskiego liceum w czasach stalinowskich


W archiwum szamotulskiego liceum ogólnokształcącego znajduje się bardzo interesująca kronika z lat 1950-1963. Od reformy szkolnictwa w roku 1948/49, kiedy to zlikwidowano czteroletnie gimnazja i dwuletnie licea, a na ich miejsce utworzono czteroletnie licea, placówka nosiła oficjalną nazwę Państwowa Szkoła Ogólnokształcąca Stopnia Licealnego w Szamotułach. W tym okresie przestano używać imienia patrona szkoły – ks. Piotra Skargi. W 1957 r. do nazwy dodano numer 54.

Kronika stanowi interesujący dokument nie tylko ówczesnej szkoły, ale także szerzej – tamtych czasów. Wybraliśmy z niej fragmenty związane z życiem społeczno-politycznym, tekst wzbogaciliśmy skanami stron kroniki oraz zdjęciami z archiwum Jana Kulczaka – ucznia szkoły z 1. połowy lat 50.

Warto także sięgnąć do wspomnień Ewy Budzyńskiej-Krygier, które opublikowaliśmy w 2018 r.: http://regionszamotulski.pl/w-szamotulskich-szkolach-1945-51/.


1949/1950

Coraz wyraźniej szkoła nasza wkracza na nowe tory, staje się prawdziwą kuźnią socjalizmu. Świadczy o tym chociażby to, że w ostatnim czasie wzrósł znacznie procent młodzieży robotniczo-chłopskiej. Gruntownej przemianie uległy metody nauczania stosowane przez grono nauczycielskie. Profesorowie dążą do wyrobienia w uczniach naukowego, marksistowskiego poglądu na świat, uczą ich socjalistycznego stosunku do pracy i własności, zrozumienia dla pracy planowej, zaszczepiają w uczniach zasady socjalistycznej dyscypliny.


Zbliżające się święto klasy robotniczej odbiło się szerokim echem wśród uczniów naszej szkoły. W celu uczczenia go podjęliśmy szereg zobowiązań. Poszczególne klasy we własnym zakresie dokonały naprawy sprzętu, dekoracji sal, a istniejące na terenie szkoły organizacje wykonały transparenty i emblematy, które młodzież niosła w czasie uroczystego pochodu pierwszomajowego. Uczniowie gimnazjum wzięli udział w akademii młodzieżowej zorganizowanej w dniu 1 Maja.



7 stycznia 1950 r. – uroczystości 30-lecia szkoły. Tak to się jeszcze wtedy wszystko łączyło: portret Bolesława Bieruta i Konstantego Rokossowskiego (ministra Obrony Narodowej i marszałka Polski) i emblematy organizacji o ideologii komunistycznej (Związku Młodzieży Polskiej, Służby Polsce, Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej) z wiszącym powyżej krzyżem. Zdjęcie z kroniki szkoły


ZMP* – to dobry duch naszej szkoły. On nadaje ton szkole, kieruje młodzieżą zorganizowaną i niezorganizowaną, czuwa nad pracą kółek naukowych, organizuje kółka samokształceniowe. Z jego inicjatywy cała szkoła brała udział w akcji przeciwstonkowej i pomagała przy budowie nawierzchni na trasie Szamotuły – Baborówko.

[*ZMP – Związek Młodzieży Polskiej, organizacja ideowo-polityczna, powołana w 1948 r., działająca na wzór radzieckiego Komsomołu; zlikwidowana po Październiku 1956. Jest jednym z symboli stalinizmu.]


Dzień bez nauczycieli…

W dniu 13 maja profesorowie brali udział w powiatowej konferencji ZNP [Związku Nauczycielstwa Polskiego – przyp. red.]. Uczniowie samorzutnie zorganizowali dyrektora, którym został przewodniczący szkolnego koła ZMP – kol. Modzelewski. Kilku uczniów czuwało nad porządkiem na korytarzach i na dziedzińcu.

Młodzież poważnie ustosunkowała się do swych młodych przełożonych, dzięki czemu w całej szkole panował wzorowy porządek. Pod kierunkiem starszych kolegów odbywały sie na auli lekcje śpiewu, na boisku gry i ćwiczenia, poszczególne organizacje przeprowadziły zebrania.

W dniu tym młodzież zdała egzamin, wykazując, że jest zdolna do samodzielnego rządzenia się.


W marcu i w maju br. [1950] zaszły na terenie szkoły niemile wypadki. Aresztowano kilku uczniów*, którzy – jak się okazało – byli członkami antypaństwowych związków terrorystycznych. Grono profesorskie i młodzież surowo potępiła działalność tych kolegów. Wypadek ten spowodował wzmocnienie czujności ze strony nauczycieli, uczniów i rodziców i wykazał niezbicie, że tylko poprzez bezkompromisową walkę można wychować budowniczych socjalizmu.

[*W Szamotułach pod koniec lat 40. i na początku 50. działało kilka młodzieżowych grup oporu: „Grupa Andrzejewskiego”, „Jutrzenka”, „RSS” oraz „Błękitni Rycerze”. Informacja z kroniki dotyczy aresztowań członków dwóch pierwszych organizacji; członkowie dwóch kolejnych zostali zatrzymani w 1952 r. Zasądzono wobec nich kilkuletnie wyroki (zazwyczaj wychodzili z więzienia wcześniej), uczniowie liceum zostali wydaleni ze szkoły.]


Z prof. Stanisławą Kulmaczewską


1950/1951

Celem podniesienia poziomu nauki wprowadzono „piątki” samokształceniowe, w których dzięki pracy kolektywnej słabsi uczniowie poprawiają wyniki swej pracy.

Nie zapomniano i o pracy oświatowo-kulturalnej. Wspólnie z TPPR [Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej – przyp. red.] ZMP urządził w listopadzie konkurs na najlepsze wygłoszenie wiersza Broniewskiego „Pokłon Rewolucji Październikowej”. Zwycięzcą konkursu był Krutki.


W kwietniu 1951 roku ZMP-owcy prowadzą lekcje!

16 IV 1951, godz. 8 rano. Drzwi pokoju nauczycielskiego otwierają się i grono młodych ludzi ubranych w ZMP-owskie koszule sunie poważnie po korytarzu gmachu szkolnego. Każdy z nich dzierży olbrzymi dziennik. Drzwi klas otwierają się. „Dzień dobry, panie profesorze”. Dziś ZMP-owcy zastępują profesorów będących na konferencji. Podjęli ten czyn, aby nie zmarnować dnia szkolnego. Z zadania wywiązali się znakomicie.


Wydarzenia z areny międzynarodowej znajdowały również swój oddźwięk w naszej szkole. 17 maja br. cała szkoła złożyła podpisy na Karcie Plebiscytu Pokoju. W czerwcu podpisaliśmy Narodową Pożyczkę Rozwoju Sił Polski, dorzucając swe drobne oszczędności do skarbca narodowego.

W szkole odbył się pobór do brygad. Gromada chłopców uda się w dniu 3 lipca do Nowej Huty.


Na boisku szkolnym, w tle budynek szpitala przy ul. Sukienniczej


1951/52

Wielu kolegów wróciło z 55 brygady SP*, która pracowała przy budowie Nowej Huty i odznaczyła się wybitnymi osiągnięciami w pracy, będąc stale na 1. miejscu w województwie krakowskim i na 2. w Polsce.

[*SP – Powszechna Organizacja „Służba Polsce”, organizacja paramilitarna, ideologicznie kierowana przez ZMP, a organizacyjnie podporządkowana wojsku; działała w latach 1948-55. Jednostkami organizacyjnymi były brygady, bataliony, hufce i drużyny. Członkowie brali udział m.in. w odbudowie Warszawy i budowie Nowej Huty. Przynależność do tej organizacji była dla uczniów obowiązkowa.]


W parku Sobieskiego – ulubione miejsce spacerów uczniów szamotulskiego liceum w tamtych czasach


1953/54

Z inicjatywy ZS ZMP [Zarząd Szkolny Związku Młodzieży Polskiej – przyp. red.], którego przewodniczącym został kol. Krysztofiak, zaprowadzono u nas apele poranne. Odtąd codziennie przed lekcjami rozbrzmiewa na dziedzińcu szkolnym hymn ŚFMD śpiewany młodymi, silnymi głosami. Na apelu jest przeprowadzana prasówka. Wygląda to w ten sposób, że prowadzący apel wywołuje kilku uczniów, ci następnie opowiadają wszystkim o wydarzeniach z Polski i ze świata.


Miesiąc październik. Bardzo często w godzinach popołudniowych stawał koło gmachu szkoły traktor z przyczepką. Wskakiwali do niego uczniowie naszej szkoły; dziewczynki z kolorowymi chusteczkami na głowie i często w spodniach.

Traktor ruszał – czy to do Gałowa, czy Szczepankowa, czy też Jastrowa, albo do jeszcze innej miejscowości – na wykopki. Bierzemy czynny udział w pracy wykopkowej.

Jak możemy, tak pomagamy sąsiednim PGR-om i spółdzielniom produkcyjnym. Niechaj nasza praca, nasza pomoc przy wybieraniu ziemniaków będą jedną z cegieł budujących gmach Nowej Polski.


W parku Sobieskiego – tego zachowania nauczyciele by nie pochwalili


Dobrą pracę przejawia w tym roku organizacja ZMP. W związku z bliskim końcem roku szkolnego podjęła ona prace zmierzające do dobrego wykorzystania wakacji przez uczniów. Każdy z nas wziął na siebie jakieś określone zadanie, które w czasie wakacji wypełni. Jedni postanowili wziąć udział w zwalczaniu stonki, inni zgłosili się do brygad rolnych SP bądź też jako wychowawcy kolonii.

Dla tych, którzy chcieliby poznać ziemię ojczystą, jej ludzi, jej zabytki Zarząd Szkolny zorganizował 17-dniową wycieczkę kolarską „Wędrujemy po rodzinnym kraju”. Wezmą w niej udział między innymi: kol. Krysztofiak, Nowak, Białasik T., Bańczyk, Francuzik, Kulczak. Obiecali oni, [że] po powrocie z wycieczki – kiedy znowu zbierzemy się razem w szkole – opowiedzą nam o swoich wrażeniach.


W czasie wycieczki rowerowej  „Wędrujemy po rodzinnym kraju”, 1954 r. Zdjęcie z kroniki szkolnej


1954/55

We wrześniu Szamotuły obchodziły wielkie święto. Przyjechali do nas goście z Warszawy – radzieccy budowniczowie Pałacu Kultury i Nauki. W świetlicy Olejarni odbyło się uroczyste przywitanie budowniczych. Wśród oklasków zebranych przedstawicieli społeczeństwa szamotulskiego witali gości, wręczając im skromne upominki. W imieniu uczniów liceum powitała budowniczych kol. Kraszewska Ewa z klasy XI. Gości było trzech: inż. Suworow, młody chłopak – spawacz i dziewczyna. Inż. Suworow w serdecznych słowach podziękował za miłe przyjęcie i opowiedział nam o budowie Pałacu Kultury.


Rok 1955 przebiegał pod znakiem przygotowań do wyborów do Rad Narodowych. Włączyliśmy się również w te prace. Z ramienia Powiatowego Komitetu Frontu Narodowego prowadziliśmy akcję agitacyjno-propagandową w mieście. Chodziliśmy po domach, sprawdzając, czy wszyscy obywatele są umieszczeni na listach wyborczych, sprzedawaliśmy broszurki propagandowe, pomagaliśmy w samych wyborach. […]


W parku Sobieskiego – na wesoło


1955/56

W okresie wakacji [1955] Warszawa gościła niezwykłych gości. W stolicy Polski, sercu naszej Ojczyzny, najlepsi młodzi patrioci ze wszystkich kontynentów, przedstawiciele wszystkich ras i wyznań zamanifestowali swe braterskie uczucia. W Warszawie odbywał się Światowy Festiwal Studentów i Młodzieży. Z naszej szkoły delegatami byli: kol. Bekasiak Teresa, kol. Jakubowska Danuta, kol. Bukowska Barbara i kol. Kierończyk Antoni.

Koledzy ci, zaraz po rozpoczęciu roku szkolnego, dzielili się z nami swymi wrażeniami z pobytu w stolicy.


Dumą nowo obranego Zarządu Szkolnego ZMP, który zaraz po wyborach zabrał się do pracy, są osiągnięcia na polu pracy kulturalnej i oświatowej, i pracy z harcerstwem.

Szkolny Zespół Artystyczny znany jest ze swych występów nie tylko na terenie szkoły, ale także oklaskiwany na wszystkich akademiach powiatowych w zakładach pracy.

Przewodniczki harcerskie z naszego koła ZMP kierują pracą OH* we wszystkich szkołach podstawowych na terenie Szamotuł.

Cieszymy się szczególnie z tego, że na terenie województwa nasza szkoła posiada najwięcej przewodników pracujących w harcerstwie.

Koleżanki i koledzy pracują chętnie i dobrze. Opiekunowie drużyn są z ich pracy bardzo zadowoleni.

A my… cieszymy się, że to może przyszli wychowawcy młodzieży.

[*OH – Organizacja Harcerska, utworzona w 1951 r. przy Związku Młodzieży Polskiej; wcześniej władze zlikwidowały Związek Harcerstwa Polskiego]


Zdjęcie maturalne – 1956 r. W 1. rzędzie od lewej nauczyciele: Gabriela Tomaszek, Marian Wawrzyniak, Aldona Grabarczyk, Adam Braniewicz, Ewa Budzyńska, Stefan Pawela, Elwira Dobkowicz, Konrad Roszczak, Helena Witkowska


1956/57

Polski Październik. W dniach od 18 do 21 października br. odbyło się  VIII Plenum Partii. Do Biura Politycznego wybrano Władysława Gomułkę, Logę-Sowińskiego i Mariana Spychalskiego, którzy od 1949 r. byli więzieni wskutek fałszywych oskarżeń minionego okresu. Jesteśmy przekonani, że nowe kierownictwo partii wyprowadzi nas z obecnych trudności gospodarczych i politycznych.

A oto słowa Władysława Gomułki:

„Nagromadziło się w Polsce wiele zła, nieprawości i bolesnych rozczarowań. Wierzę głęboko, że lata te minęły bezpowrotnie”.

Cały naród, robotnicy, chłopi, inteligencja, młodzież, wszyscy stanęli obok swego przywódcy. Patrzymy z ufnością i nadzieją w przyszłość. Byliśmy świadkami wielkich historycznych dni. Dni, w których została wypowiedziana nieubłagana walka krzywdzie, bezprawiu i zakłamaniu.

Będziemy uczyli się prawdy i tylko prawdy.


Młodzieżowa organizacja polityczna i wychowawcza, jaką była czy miała być organizacja Związek Młodzieży Polskiej, nie zdała egzaminu w skali nie tylko powiatu czy województwa, ale nawet kraju. Organizację rozwiązano. na jej miejsce powstał nowy związek – ZHP.

Opiekunką szkolnej drużyny żeńskiej jest p. prof. Ewa Budzyńska, a opiekunem drużyny męskiej – p. prof. Konrad Roszczak. Nowe harcerstwo czerpie wzory z dawnej organizacji. Znowu po latach słyszymy słowa komendy wyruszających na biwak harcerzy, znowu na dziedzińcu szkolnym rozlega się dziarskie i gromkie „czuwaj”. Z radością i ożywieniem słuchamy starych harcerskich piosenek.


Spotkanie rocznika maturalnego 1955 z okazji 30-lecia matury


Opracowała Agnieszka Krygier-Łączkowska

Kronika szamotulskiego liceum w czasach stalinowskich2020-03-13T15:48:41+00:00

Strona główna – marzec 2020


DAWNE SZAMOTUŁY

Projekt rozbudowy Szamotuł z 1933 r.

Wielkie Szamotuły

W 1933 r. „Gazeta Szamotulska” opublikowała cykl artykułów poświęconych projektowi rozbudowy Szamotuł (nr 88-92), zatytułowany Szamotuły w przyszłości. Artykuły połączyliśmy w jednym tekście i zamieszczamy z niewielkimi zmianami (skrócono głównie artykuł z numeru 88 − prezentujący rozbudowę miasta w okresie po odzyskaniu niepodległości). Jak zatem 90 lat temu wyobrażano sobie rozwój Szamotuł? Warto zapoznać się z tym materiałem i porównać ze stanem współczesnym.

***

Cztery kościoły, siedem szkół, liczne parki i boiska, tereny wystawowe i rozrywkowe, stadion, szpital centralny, hale targowe…

Takie i inne projekty na przyszłość przewiduje plan rozbudowy miasta Szamotuł, opracowany przez radcę E. Chmielewskiego, świeżo zatwierdzony przez Dyrekcję Robót Publicznych przy Urzędzie Wojewódzkim.

[…]


Pocztówka z 1907 r. Źródło: Powiat szamotulski na dawnej pocztówce (1897-1945), Szamotuły 2002.


Na przedmieściu obrzyckiem

Rozbudowa przyszłych Szamotuł przewidziana jest w kształcie koła, z centrum w samym Rynku. Koło będzie nieco wydłużone w dwóch kierunkach, mianowicie w pobliżu toru, wiodącego do Wronek, i w pobliżu toru poznańskiego, mniej więcej przy budce dróżnika kolejowego na wprost Kępy.

Zacznijmy przechadzkę po wielkich Szamotułach. Idziemy więc ul. Obrzycką [1], od placu Sienkiewicza. Obok cmentarza żydowskiego idzie jedna z bocznych ulic, która łączy się wprost z obecnie istniejącą ulicą, wiodącą z terenu zamkowskiego do ul. Nowowiejskiej [2] Ulica ta na prawo [precyzyjniej: na zachód – przyp. red.] (nazwijmy ją ulicą Maksa Rabesa, znanego malarza z Szamotuł) przejdzie obok byłego Urzędu Skarbowego przez ulicę Sądową [3], i złączy się z ulicą Cmentarną, która również będzie wyprostowana i nie pójdzie obok sądu i więzienia, raczej wysunięta będzie nieco na prawo [4].

Druga boczna ulica ciągnąć się będzie w pobliżu obecnie istniejącej, tuż przy nowo wzniesionym budynku mieszkalnym. Następna boczna ulica projektowana jest poprzez obecny wjazd do zakładów graficznych J. Kawalera [5] obok cegielni w górę wiaduktem kolejowym. Drugi wiadukt kolejowy znajdować się będzie na tej samej ulicy, wiodącej ponad torem kolejowym do Ostroroga [6]. My wracajmy do ul. Obrzyckiej. Nowa ulica (nazwijmy ją ul. Graficzną) będzie miała połączenie wprost z drogą, wiodącą do Szczuczyna, by później połączyć się znowu, z drogą, wiodącą do Piotrkówek.

Gdy skierujemy się głębiej ul. Obrzycką, znajdziemy znowu boczną ulicę, ciągnącą się na prawo i na lewo. Ta ulica ciągnąć się będzie obok obecnego lasku zamkowskiego [7].

Objaśnienia
1.Obecnie ul. Powstańców Wielkopolskich. Jeszcze w 1933 r. nazwę ulicy Obrzyckiej zmieniono na Edmunda Calliera, w 1945 r. – na Bohaterów (w związku z umiejscowionym przy tej ulicy pomnikiem wdzięczności żołnierzom radzieckim), w 1957 r. nadano nazwę funkcjonującą do dziś.
2. Obecnie ul. Feliksa Nowowiejskiego (od 1946 r.). Nowa Wieś była osadą podmiejską, rozpoczynającą się u zbiegu ulic Poznańskiej, Lipowej i Obornickiej.
3. Obecnie al. 1 Maja (od ok. 1946 r.). Urząd Skarbowy w latach 1928-33 mieścił się  budynku naprzeciwko sądu (dziś nr 12); od 1933 była to siedziba komendy powiatowej Policji Państwowej.
4. Por. dzisiejszy przebieg ul. Targowej.
5. Zakłady graficzne Józefa Kawalera mieściły się przy ul. Obrzyckiej 11 (dziś Powstańców Wlkp. 39). Kawaler do Szamotuł przeniósł firmę z Oberhausen, gdzie działała od 1906 r. Była to bardzo ważna firma międzywojennych Szamotuł. W 1950 r. zakład został odebrany rodzinie Kawalerów i upaństwowiony. Firma powróciła w 1992 r. jako Szamotulska Drukarnia im. Józefa Kawalera (siedziba dawnego zakładu już nie istnieje).
6. Drugi wiadukt nad torem do Ostroroga – pomyłka w opisie. Tor ten biegnie po drugiej stronie ul. Ostrorogskiej (równolegle do niej), do której dochodziłaby projektowana ulica.
7. Por. dzisiejsza ul. Leśna.

Czytaj dalej

Szamotuły na dawnej pocztówce

Piękna pocztówka z Szamotuł, której nie ma w żadnym z wydanych albumów. Data na stemplu pocztowym: 7.08.1903 r. W tym czasie w Szamotułach nie było jeszcze wodociągów i wieży ciśnień, za Jeziorkiem widać budynek Strzelnicy i cukrownię. Ciekawie wygląda ul. Dworcowa widziana z wysokości ul. 3 Maja (wówczas ta ul. nosiła niemiecką nazwę Hartmannstrasse).



Kolejna pocztówka, podobnie jak poprzednia znaleziona przez nas na aukcji internetowej, też nie była dotąd publikowana. Są na niej dwa budynki, które już nie istnieją. Pierwszy z lewej to nie poczta, tylko dawny sąd, a w głębi po lewej wejście na teren więzienia (zdjęcie od dzisiejszej al. 1 Maja). Drugi budynek to elektrownia przy Nowowiejskiego (wówczas to była jeszcze Nowa Wieś pod Szamotułami), z prawej strony widać istniejący do dziś budynek (nr 4). Na dole pocztówki – oczywiście – budynek dworca kolejowego. Gmach sądu został oddany do użytku w 1874 r., w niejasnych okolicznościach spłonął 28 styczna 1945 r. Budynek więzienia powstał prawdopodobnie kilkanaście lat wcześniej. Budynek elektrowni  pochodzi z 1904 r. Stempel na pocztówce pochodzi z 1916 r., musiała być zatem wydana pomiędzy 1904 a 1916 r.



I jeszcze jeden unikat. Warto spojrzeć na dawną mleczarnię – ten zakład wyjątkowo pojawiał się na szamotulskich pocztówkach (cukrownia przedstawiana była wielokrotnie). Spółka mleczarska została zawiązana w Szamotułach w 1888 r., na cel jej działalności wzniesiono budynek przy dzisiejszej ul. 3 Maja (na początku XX w. wyposażony był w silnik parowy i elektryczną instalację oświetleniową). W latach 90. zakład zamknięto, a obiekt przeznaczono na cele handlowe. Zlikwidowano charakterystyczną rampę w szczycie budynku, pozostał tylko komin. Po lewej stronie od budynku – ul. Kręta, którą można było dojść do Młyńskiej w pobliżu młyna. Pocztówka pochodzi z okresu 1906-1918.


8 marca – Dzień Kobiet

Piękne (do dziś) szamotulanki – Irka Karpińska (Irena Krawczyńska) i Wiesia Zielińska (Wielisława Wawrzyniak) zaprezentowały się w 1963 r. w programie artystycznym uroczystości zorganizowanej w szamotulskim Liceum Ogólnokształcącym właśnie z okazji Dnia Kobiet. Tak opisano ich występ w szkolnej kronice: „Uwagę zwróciła zwłaszcza piosenka włoska Mamma interpretowana przez Irkę Karpińską, która okazała się wszechstronnie utalentowaną, recytując również wiersz. Rewelacyjną okazała się także Wiesia Zielińska, która wręcz porwała salę najnowszymi przebojami: Cztery mile za piec oraz Nie płacz, kiedy odjadę. Nawiasem mówiąc, uznana została za najlepszą wykonawczynię wieczoru”. Irena Krawczyńska i Wielisława Wawrzyniak od wielu lat mieszkają w Poznaniu, chętnie jednak odwiedzają miasto rodzinne i dawną szkołę.




Wspomnienia

Witold Mikołajczak

Ludwik Mycielski – zapomniany bohater powstania listopadowego

Ludwik Mycielski był synem Stanisława Mycielskiego (ur. 1743 r. w Nowej Wsi pod Wronkami, zm. 1813 w Poznaniu), działacza niepodległościowego i pułkownika wojsk napoleońskich, oraz Anny z Mielżyńskich (ur. 1767 r. w Gołańczy, zm. 1840 w Poznaniu). Badacze podają różne daty urodzenia Ludwika, najbardziej prawdopodobna − 1797 rok, miejsce − Kobylepole (dziś część Poznania). Kształcił się wraz z bratem bliźniakiem Michałem w Metz we Francji.

Następnie wstąpił do armii Księstwa Warszawskiego, w której dosłużył się stopnia porucznika. Brał udział w wojnie 1812 roku, podczas której dostał się do niewoli pod Słonimem. Uwolniony został dzięki interwencji następcy tronu szwedzkiego J. B. Bernadottego. W latach 1815-1817 służył w armii Królestwa Polskiego. Ze względu na zły stan zdrowia złożył dymisję i zamieszkał w majątku Gorzyce pod Kościanem.


Ludwik Mycielski – litografia. Źrodło: Polona


W 1822 roku ożenił się z Elżbietą Mielżyńską, w 1826 roku − po śmierci teścia Stanisława − osiadł w majątku żony w Wydawach pod Poniecem. Miał dwóch synów: Stanisława i Michała oraz trzy córki: Annę, Elżbietę i Marię.

Na wieść o wybuchu powstania wyruszył do Warszawy, by jako ochotnik wstąpić do armii. Brał udział w bitwie pod Dobrem 17 lutego, Wawrem − 19 lutego i w walkach o Olszynkę Grochowską − 20 i 25 lutego 1831 roku. W trakcie tej ostatniej bitwy poległ.

Czytaj dalej

Region

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Tekla Kwilecka i krzyż z Binina

W lipcu 1862 roku przed sądem w Szamotułach toczyła się sprawa przeciwko hrabinie Tekli Kwileckiej z Dobrojewa oraz jej rządcy Walentemu Janasowi. Oskarżeni zostali oni  o „opór stawiany władzy rządowej”. Za sformułowaniem tym kryła się sprawa umieszczenia przy drodze w Bininie drewnianego krzyża pomalowanego biało-czerwono.

Tekla Kwilecka w Dobrojewie zamieszkała w listopadzie 1932 roku, po ślubie z Leonardem Kwileckim. Był on synem Klemensa i jego najbliższej kuzynki Anieli – jedynej córki Adama Kwileckiego, który w latach 90. XVIII w. wzniósł dobrojewski pałac, spalony i zburzony w okresie okupacji hitlerowskiej (por. artykuły http://regionszamotulski.pl/palac-w-dobrojewie/ i http://regionszamotulski.pl/dobrojewo-historia/).


Krzyż w Bininie – wygląd współczesny. Zdjęcie Andrzej Bednarski


Tekla pochodziła z rodziny Sieroszewskich herbu Nabram (rodzice Kazimierz i Anna z domu Swinarska), przyszła na świat 16 września 1807 roku w Kakawie (Kaliskie). Jej przyszły mąż – Leonard Kwilecki wziął udział w powstaniu listopadowym, walczył pod dowództwem gen. Giorolamo Ramorino − Włocha zwerbowanego do służby w wojskach powstańczych. Według przekazów Leonard zabrał do powstania konie ze stadniny w Dobrojewie (por. http://regionszamotulski.pl/stadnina-w-dobrojewie/).

Leonard Kwilecki zmarł w 1844 r. po długiej chorobie. Tekla przez wiele lat troskliwie opiekowała się mężem, na nią spadło wychowanie dzieci i troska o rozległy majątek. Małżeństwo doczekało się trojga dzieci. Najstarsza był Wanda (1834-1912), która w 1855 r. poślubiła Władysława Niegolewskiego (1819-1885) − doktora prawa, działacza niepodległościowego, posła na sejm pruski, współzałożyciela Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, a zarazem syna Andrzeja Niegolewskiego − ziemianina, bohatera szarży pod Samosierrą (1808). Spadkobiercą majątku, tzw. Dobrojewszczyzny, został Stefan Kwilecki (1839-1900), który w 1866 roku ożenił się z Barbarą z Mańkowskich (1845-1910), panną z nieodległych Rudek (por. http://regionszamotulski.pl/barbara-kwilecka-dzialaczka-narodowa-i-spoleczna/). Syn Klemens, najmłodsze dziecko Tekli i Leonarda, zmarł w wieku 12 lat.

Czytaj dalej


Monika Kijek: Wszystko zawdzięczam Wronkom!

2019 rok był dla Moniki Kijek przełomowy. Ukończyła Wyższą Szkołę Muzyczną w Gdańsku na jedynym w Polsce kierunku musicalowym, zagrała Fionę w teatrze w Niemczech i została partnerem biznesowym Studia Piosenki „Metro”.

Zaprzyjaźnić się z chorobą

Zawsze była perfekcjonistką. Jak mówi, musi pracować nad tym, żeby ta cecha nie ograniczała jej życia swoimi negatywnymi konsekwencjami. Dobre przygotowanie do różnych zadań, pragnienie osiągnięcia jak najlepszego wyniku − to jedno, ale trzeba też być przygotowanym na zmiany, stale próbować, nie zrażając się chwilowymi porażkami, po prostu być twórczym.

Monika uczyła się w szkole podstawowej we Wronkach i tutejszym gimnazjum. Wyniki miała bardzo dobre i bez trudu dostała się do poznańskiego Liceum Marii Magdaleny. Po raz pierwszy usłyszała wtedy: nie. Na wybranej drodze zatrzymali ją rodzice, którzy chcieli, aby dalej uczyła się we Wronkach. Kilka lat wcześniej, kiedy miała 11 lat, wykryto u niej cukrzycę. Rodzice nie chcieli, aby córka całe dni spędzała poza domem, żeby męczyły ją dojazdy do szkoły. Została więc uczennicą liceum w Zespole Szkół nr 1 im. Powstańców Wielkopolskich, czyli tzw. Szkole na Leśnej.


Czytaj dalej

Strona główna – marzec 20202020-03-08T20:26:13+00:00

Aktualności – marzec 2020

MARZEC

Autor plakatu – Damian Kłaczkiewicz


IMPREZY I KONCERTY

Trwające

Muzeum – Zamek Górków nieczynne dla zwiedzających do odwołania


Najbliższe

Wszystkie imprezy zostały odwołane


Minione


KINO

Kino nieczynne do 25 marca

Przyszła wiosna

Początek wiosny to oczywiście także topienie marzanny. Publikujemy zdjęcia uczniów Szkoły Podstawowej nr 3 w Szamotułach (połowa lat 70.; jak tu pusto nad Samą przy ul. Zamkowej). Najpierw były przemówienia pożegnalne pod adresem zimy (np. w imieniu ptaszków czy dzikiej zwierzyny), potem wrzucenie kukły do rzeki, a na koniec wprowadzenie symbolu wiosny – przystrojonej gałęzi („Gaiczek zielony, pięknie przystrojony”).


Świetna komedia z szamotulskim motywem

Zostańcie w domu i obejrzyjcie w Internecie film „Nie lubię poniedziałku” (https://www.cda.pl/video/315325401) z udziałem szamotulskiego zespołu folklorystycznego. W komedii Tadeusza Chmielewskiego pojawia się – m.in. – znów aktualny wątek braku papieru toaletowego.

Zespół prowadzony przez Janinę Foltynową został wybrany przez filmowców spośród najlepszych grup folklorystycznych, które w 1970 r. brały udział w zgrupowaniu przed dożynkami. Zdjęcia realizowano we wrześniu tego roku, a film miał premierę w sierpniu 1971 r. Szamotulan można oglądać w scenach na lotnisku, w restauracji i w czasie uroczystości otwarcia szkoły. Tadeusz Chmielewski (1927-2016) wyreżyserował również inne bardzo popularne komedie, np. „Jak rozpętałem II wojnę światową” (1969) i „Gdzie jest generał” (1963). Na dołączonym tu kadrze widać – oprócz Janiny Foltyn – Annę Czerniak, Edmunda Ćwirleja, Teresę Cichałę (z domu Leję), Ludwika Wojciechowskiego i Tadeusza Kłosa.



Św. Józefa – obchody imienin marszałka Piłsudskiego

Zostańcie w domu i czytajcie! 19 marca wypadały imieniny Józefa Piłsudskiego – przeczytajcie, jak w latach 1927-35 świętowano je w Szamotułach http://regionszamotulski.pl/obchody-imienin-marszalka-jozefa-pilsudskiego/.

Zamieszczone tu zdjęcia zrobiono w czasie obchodów imienin marszałka w 1935 r. (defilada przez pomnikiem Powstańca, ul. Dworcowa), na zdjęciach są uczniowie Gimnazjum im. ks. Piotra Skargi w mundurach z przysposobienia wojskowego. Zdjęcia – własność Barbara Piekarzewska.



Stroje szamotulskie na znaczkach pocztowych

Znaczki Poczty Polskiej ze strojami szamotulskimi wiele osób zna, a niektórzy z naszych Czytelników nawet mają je w domu. W ostatnim czasie udało nam się odnaleźć zdjęcie koperty wydanej z okazji wejścia do obiegu seriii „Polskie stroje ludowe”  – 18.12.1959 r. Technika wykonania znaczków – staloryt i rotograwiura (rodzaj druku wklęsłego). W pierwszej emisji serii ukazały się także znaczki ze strojami rzeszowskimi, kurpiowskimi, góralskimi i śląskimi (5 par), w drugiej emisji z maja 1960 r. – kolejnych 5 par. Wszystkie znaczki miały dwie wersje – ząbkowaną i nieząbkowaną.



Święto Kobiet

Do życzeń dla wszystkich Pań dołączamy prace malarskie szamotulanina Cezarego Rajperta.

Pisze on: Kobiety uwielbiam (malować), bo nikt tak nie patrzy jak one. W oczach kobiet szukam duszy. Wnętrze, którego nie da się pokazać rysunkiem, jest najbardziej ujmujące… Próbuję, żałując, że nie jestem poetą.



Szamotulskie śluby

Leokadia z domu Rybarczyk (1909-1995)  i Władysław Ignasiak (1906-1978) pobrali się w 1934 r. w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia (26.12) w szamotulskiej kolegiacie. Wesele odbyło się w domu rodzinnym Leokadii – na terenie wodociągów, których kierownikiem, przez ponad 40 lat, był ojciec – Józef Rybarczyk. W okresie międzywojennym oboje działali w Towarzystwie Gimnastycznym „Sokół”, Władysław był mistrzem malarskim i pracował w Meblarni w Szamotułach, Leokadia prowadziła dom. Małżeństwo doczekało sie czworga dzieci: Henryka (ur. 1935), Barbary (po mężu Trojanowskiej, ur. 1937), Andrzeja (ur. 1941) i Marii (po mężu Maciołek, ur. 1949). Pasją Władysława Ignasiaka była fotografia (jeszcze w czasach służby wojskowej wykonywał zdjęcia na lotnisku Ławica), kochał ogród i pszczelarstwo, prowadził przydomowe gospodarstwo. Leokadia lubiła rękodzieło (haftowała, szydełkowała, szyła; w końcu lat 20. wspólnie z siostrami prezentowały swoje wyroby na szamotulskich wystawach), grała na skrzypcach i kolekcjonowała etykiety zapałczane. Zdjęcia udostępnił Jan Kulczak.

Więcej – http://regionszamotulski.pl/szamotulskie-sluby/



Kobylniki i Lwów

Co łączy pałac w Kobylnikach z Teatrem Wielkim we Lwowie? Osoba architekta – Zygmunta Gorgolewskiego, jednego z najwybitniejszych polskich twórców w tej dziedzinie końca XIX w. Pałac w Kobylnikach ma charakter neorenesansowy, powstał w 1886 roku na zlecenie ordynata Tadeusza Twardowskiego. Na spacer po parku wokół pałacu zapraszamy z autorem zdjęć – jest nim Tomasz Kotus.



W Szamotułach upamiętniono Żołnierzy Wyklętych

Tegoroczne obchody Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych rozpoczęły się w piątek, 28 lutego, turniejem tenisa stołowego dla uczniów szkół średnich, który odbył się w Zespole Szkół nr 1 w Szamotułach.

Główne uroczystości przypadły na niedzielę 1 marca. Inicjatorami i organizatorami byli: Wielkopolskiego Stowarzyszenie Pamięci Armii Krajowej – Koło w Szamotułach oraz Szamotulskie Gniazdo Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Uroczystości zostały objęte patronatem Burmistrza Miasta i Gminy Szamotuły Włodzimierza Kaczmarka oraz Starosty Powiatu Szamotulskiego Beaty Hanyżak.

Od roku 2011 dzień 1 marca jest okazją do upamiętnienia żołnierzy zbrojnego podziemia niepodległościowego walczących z aparatem reżimu komunistycznego o suwerenną i niepodległą Polskę. Należy wspomnieć, że tego typu uroczystości odbyły się w Szamotułach już po raz dziesiąty. Tegoroczne obchody Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych zostały połączone z poświęceniem sztandaru Szamotulskiego Gniazda Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”.

O godz. 13.15 w Bazylice Mniejszej została odprawiona msza święta w rycie trydenckim w intencji Żołnierzy Wyklętych, zmarłych druhów TG „Sokół” w Szamotułach oraz pomordowanych przez reżim komunistyczny. Podczas uroczystości poświęcony został sztandar „Sokoła”. Następnie oficjalne delegacje złożyły wiązanki kwiatów pod Głazem Pamięci znajdującym się przy świątyni.

O godz. 15.00 w Muzeum – Zamek Górków odbyła się dalsza część uroczystości patriotycznych. Historię Żołnierzy Wyklętych przedstawiła prezes szamotulskiego koła WSPAK Katarzyna Okraska. W imieniu władz samorządowych głos zabrała Maria Przybylska, zwracając szczególną wagę na wartości, którymi kierowali się Żołnierze Niezłomni. Następnie prezes Szamotulskiego Gniazda TG „Sokół” w Szamotułach Sławomir Hazak przedstawił historię sokolich sztandarów oraz najważniejsze idee wyznawane przez członków stowarzyszenia. Bardzo ważnym momentem uroczystości było wręczenie statuetki „Sokoła” ks. kanonikowi kapitanowi Bogdanowi Kończakowi w dowód uznania za krzewienie wiary katolickiej, wartości patriotycznych oraz upowszechnianie wzorców pracy organicznej. Zasłużony żołnierz Armii Krajowej, Powstaniec Warszawski ze wzruszeniem opowiadał o swoich wojennych przeżyciach. Następnie o charakterze sokolich stowarzyszeń mówił prezes Towarzystw Gimnastycznych w Polsce Damian Małecki. Uczestnicy uroczystości mieli okazję obejrzeć film dokumentalny o Żołnierzu Wyklętym, generale w stanie spoczynku Janie Podhorskim oraz wysłuchać koncert pieśni patriotycznych w wykonaniu Izabeli i Radosława Klauze.

Piotr Gotowy


Aktualności – marzec 20202020-03-22T14:11:43+00:00

Tekla Kwilecka i krzyż z Binina

Stefan Kwilecki – syn Tekli Kwileckiej, ok. 1890 r.

Barbara z Mańkowskich Kwilecka z jednym z synów, ok. 1874 – synowa i wnuk Tekli Kwileckiej

Wanda z Kwileckich Niegolewska – córka Tekli Kwileckiej. Źródło: Maria Bruchnalska, Ciche bohaterki. Udział kobiet w powstaniu styczniowym, 1932

Władysław Maurycy Niegolewski – zięć Tekli Kwileckiej

Krzyż w Bininie. Zdjęcie Andrzej Bednarski

Emilia Sczaniecka (1804-1896), zdjęcie z lat 60. XIX w. Źródło – Polona

Bibianna Moraczewska (1811-1877), zdjęcie z lat 60. XIX w. Źródło: Maria Bruchnalska, Ciche bohaterki. Udział kobiet w powstaniu styczniowym, 1932

„Dziennik Poznański” 1894 nr 149

Statut Towarzystwa Pomocy Naukowej dla Dziewcząt – organizacja działała do 1939 r. Wersja statutu opublikowana w 1930 r. Źródło – Polona

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Tekla Kwilecka i krzyż z Binina

W lipcu 1862 roku przed sądem w Szamotułach toczyła się sprawa przeciwko hrabinie Tekli Kwileckiej z Dobrojewa oraz jej rządcy Walentemu Janasowi. Oskarżeni zostali oni  o „opór stawiany władzy rządowej”. Za sformułowaniem tym kryła się sprawa umieszczenia przy drodze w Bininie drewnianego krzyża pomalowanego biało-czerwono.

Tekla Kwilecka w Dobrojewie zamieszkała w listopadzie 1932 roku, po ślubie z Leonardem Kwileckim. Był on synem Klemensa i jego najbliższej kuzynki Anieli – jedynej córki Adama Kwileckiego, który w latach 90. XVIII w. wzniósł dobrojewski pałac, spalony i zburzony w okresie okupacji hitlerowskiej (por. artykuły http://regionszamotulski.pl/palac-w-dobrojewie/ i http://regionszamotulski.pl/dobrojewo-historia/).


Zespół pałacowy w Dobrojewie, ok. 1912 r.


Tekla pochodziła z rodziny Sieroszewskich herbu Nabram (rodzice Kazimierz i Anna z domu Swinarska), przyszła na świat 16 września 1807 roku w Kakawie (Kaliskie). Jej przyszły mąż – Leonard Kwilecki wziął udział w powstaniu listopadowym, walczył pod dowództwem gen. Giorolamo Ramorino − Włocha zwerbowanego do służby w wojskach powstańczych. Według przekazów Leonard zabrał do powstania konie ze stadniny w Dobrojewie (por. http://regionszamotulski.pl/stadnina-w-dobrojewie/).

Leonard Kwilecki zmarł w 1844 r. po długiej chorobie. Tekla przez wiele lat troskliwie opiekowała się mężem, na nią spadło wychowanie dzieci i troska o rozległy majątek. Małżeństwo doczekało się trojga dzieci. Najstarsza był Wanda (1834-1912), która w 1855 r. poślubiła Władysława Niegolewskiego (1819-1885) − doktora prawa, działacza niepodległościowego, posła na sejm pruski, współzałożyciela Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, a zarazem syna Andrzeja Niegolewskiego − ziemianina, bohatera szarży pod Samosierrą (1808). Spadkobiercą majątku, tzw. Dobrojewszczyzny, został Stefan Kwilecki (1839-1900), który w 1866 roku ożenił się z Barbarą z Mańkowskich (1845-1910), panną z nieodległych Rudek (por. http://regionszamotulski.pl/barbara-kwilecka-dzialaczka-narodowa-i-spoleczna/). Syn Klemens, najmłodsze dziecko Tekli i Leonarda, zmarł w wieku 12 lat.


Pałac w Dobrojewie na pocztówkach z ok. 1910 r.


Pierwsze zachowane informacje związane z działalnością narodowo-społeczną Tekli Kwileckiej dotyczą Wiosny Ludów w Wielkopolsce. Razem, między innymi, z Emilią Sczaniecką i Bibianną Moraczewską, weszła w skład − powołanej 24 marca 1848 roku − Dyrekcji Opieki nad Rannymi. Zakładała szpitale, wizytowała je, sama opatrywała rannych w walkach, starała się też o pomoc tym, którzy zostali uwięzieni. Na cele tej działalności przekazała rodowe srebra.

Krzyż w Bininie

W 1861 roku w Warszawie doszło do wielkich manifestacji patriotycznych, w czasie których domagano się zagwarantowania przez władze praw obywatelskich i przeprowadzenia reform społecznych. 27 lutego i 8 kwietnia wojsko rosyjskie otworzyło ogień do demonstrantów. Masakry wstrząsnęły Polakami, nie tylko w zaborze rosyjskim.

Właśnie po tych wydarzeniach, jak pisał autor artykułu z „Dziennika Poznańskiego” (lipiec 1862, nr 179), w różnych częściach powiatu szamotulskiego w grudniu 1861 roku ustawiono krzyże ku czci ofiar poległych Polaków. Jeden z nich stanął z inicjatywy Tekli Kwileckiej w Bininie, przy skrzyżowaniu dróg z Dobrojewa i z Ostroroga: „Krzyż ten jest z obrobionego drzewa, w wyższej części biały z obwódką pąsową, w dolnej zaś części czerwony z białą obwódką pomalowany, i nie ma na sobie krucyfiksu [figury Jezusa], tylko jak inne krzyże żelazną koronę cierniową”. Z polecenia zarządcy Dobrojewa – Walentego Janasa wykonał go czeladnik stolarski z Wielonka – Walenty Fijak. Prokuratura oskarżyła hrabinę Kwilecką i Walentego Janasa o „karygodny opór przeciw władzy rządowej” i ustawienie „znaku mogącego publiczną spokojność naruszyć”. Trzeba jednak dodać, że ani sąd w Szamotułach, ani poznański sąd apelacyjny nie uznało tego czynu za karygodny i wniosek prokuratury oddaliły, a proces z dnia 21 lipca 1862 roku odbył się na rozkaz najwyższego trybunału w Berlinie. Prokurator chciał zasądzenia od hrabiny Kwileckiej kary 25 talarów, a od Walentego Janasa – 3 talarów (lub 3 dni więzienia).


Krzyż w Bininie – wygląd współczesny. Zdjęcie Andrzej Bednarski


Tekla Kwilecka zjawiła się na procesie razem z zięciem Władysławem Niegolewskim − dr. prawa. Niegolewski chciał podjąć się obrony teściowej, najpierw jednak próbował przekonać sąd do tego, żeby obrady toczyły się w języku polskim, argumentując, że najważniejszy jest oskarżony, który musi dokładnie rozumieć proces, a hrabina Kwilecka „ani nawet słowa po niemiecku nie rozumie”. Kiedy sąd ogłosił, że postępowanie będzie się toczyło po niemiecku, Tekla Kwilecka uznała, że w takim razie woli być sądzona zaocznie i razem z Władysławem Niegolewskim opuścili posiedzenie.

Mowę obrończą − po niemiecku − wygłosił radca Szuman, formalnie będący obrońcą Walentego Janasa. Korespondent „Dziennika Poznańskiego” obszernie zrelacjonował to wystąpienie. Obrońca wniósł on o uniewinnienie obojga oskarżonych. Najpierw, używając sformułowań nieco patetycznych, nakreślił tło wydarzeń:

„Na krańcach wschodnich Europy żył od lat tysiąca naród, który nigdy nie zapragnął cudzego, spokojnie orał swe ziemie, nie prowadził wojen zaborczych, który krew swych najlepszych synów poświęcał za spokój Zachodu, by ludy inne bez obawy przed tą nawałą barbarzyńskich hord spokojnie pielęgnować mogły sztuki i nauki. I na ten nieszczęśliwy naród i na to nieszczęśliwe państwo zła przyszła godzina, kiedy sąsiedzi, z których niejednemu byt był uratował, nań uderzyli i go rozebrali. I otóż niemal sto lat od tej nieszczęśliwej chwili minęło, i jak złe, samo w sobie ma zarodki złego, skutki i owoce tego czynu rosną i krzewią się aż po nasze lata”.


Rosyjska armia strzela do polskich patriotów w Warszawie, 8.04.1861 r. Ilustracja inspirowana obrazem (Tony Robert-Fleury).


Dalej obrońca przedstawiał wydarzenia, które rozegrały się w 1861 roku w Warszawie: „Po jednej stronie garstka klęczącego i modlącego się ludu, który ze łzami w oczach ręce podnosił do nieba i błagał Boga i Bogarodzicę, by się nad nim ulitowali, po drugiej stronie tysiące wściekłych wojowników, knutem, szablą, bagnetem i kulą garstkę tę rozpędzający. Krwią wojsko moskiewskie naznaczyło dni one na ulicach Warszawy, krwawymi głoskami zapisała historia dni te i imiona ofiar w rocznikach swoich”.

Następnie odnosił się do krzyży, które stawiano w związku z warszawskimi wydarzeniami i pytał retorycznie: „I cóż za dziw, i cóż za zbrodnia, jeśli współbracia ich dni te i ofiary w sercach swych zapisali, cóż by była za zbrodnia, chociażby im na pamiątkę oraz jako ofiarę i modlitwę dla Boga, żeby ich od podobnych dni zachował, stawili krzyże, krzyże, które jak wiadomo, w świecie katolickim są znakami modlitwy, podziękowania lub ofiary?”

W ostatniej części swojego wystąpienia radca Szuman udowadniał, że krzyże nie są znakami zakazanymi, gdyż nie wzbudzają „rozruchu”, a skłaniają do modlitwy. Jeśli związać je z wydarzeniami w Warszawie, może to być modlitwa w intencji obrony przed „olbrzymem rosyjskim”. Krzyże nie mają zatem żadnego związku politycznego z Prusami, a ich kolor biały i czerwony − jak dowodził obrońca − są kolorami kościelnymi od wieków stosowanymi w dekoracjach krzyży.

Ostatecznie sąd uniewinnił oskarżonych, wskazując, że krzyże nie są znakami zabronionymi i choć krzyż w Bininie stoi już od kilku miesięcy, nie doszło do zakłócenia spokoju publicznego.


Bitwa pod Ignacewem – obraz Juliusza Kossaka


Walka i praca organiczna

Pół roku po procesie, który toczył się przed sądem w Szamotułach, w zaborze rosyjskim doszło do wybuchu powstania.

Tekla Kwilecka, działając w Kółku Pań Wielkopolskich, znów zabiegała o udzielenie pomocy powstańcom. Broń dla powstania w Belgii kupował jej syn Stefan, a potem − poszukiwany przez policję pruską − ukrywał się przez kilka miesięcy. Przez granicę między zaborami przedostał się natomiast zięć Władysław Niegolewski. Na początku maja w bitwie pod Ignacewem został ranny i wrócił do Wielkopolski, gdzie − oskarżony o zdradę stanu − odbył karę w wiezieniu w Głogowie. W działania narodowowyzwoleńcze zaangażowała się w tym czasie również córka Tekli Kwileckiej, a żona Władysława Kwileckiego – Wanda. Jeszcze przed powstaniem potajemnie − razem ze Sczaniecką, Moraczewską i Jarochowską − szkoliła przyszłe sanitariuszki, a potem sama pomagała rannym na polach bitwy i w szpitalach. Po powrocie do Wielkopolski wspierała uwięzionych polskich patriotów.

W 1864 roku Tekla Kwilecka po raz kolejny stanęła przed sądem w Szamotułach. Tym razem zarzucano jej zbieranie składek na rzecz Polaków więzionych w więzieniu w Moabicie, jednak i tym razem udało jej się uzyskać wyrok uniewinniający. Zamieszkała w Poznaniu, gdzie zajęła się pracą na rzecz oświaty dziewcząt i działalnością charytatywną.  

W 1871 r. − po raz kolejny działając wspólnie z Emilią Sczaniecką i Bibianną Moraczewską − założyła Towarzystwo Pomocy Naukowej dla Dziewcząt, które wspierało edukację zawodową niezamożnych młodych kobiet. Tekla Kwilecka do śmierci należała do dyrekcji tej organizacji. Na krótko przed śmiercią w polskiej prasie poznańskiej ukazała się podpisana przez nią odezwa wzywająca do zbierania składek na oświatę ludową, aby w ten sposób upamiętnić setną rocznicę rozbiorów Polski.

Zmarła 2 lipca 1894 r. w Poznaniu, pochowana została w grobach rodzinnych w Kwilczu.

W prasie poznańskiej żegnano ją w ten sposób: „Całe życie śp. Tekli zasadzało się na pielęgnowaniu tych dwóch cnót, coraz rzadszych w naszych czasach: miłości i poświęcenia. Była to też jedna z tych prawie już legendarnych matron polskich, które wziąwszy sobie za dewizę zdanie: „módl się i pracuj” ściśle ich przestrzegały w swym życiu na dobro kraju i pożytek bliźnich”.

Tekla Kwilecka i krzyż z Binina2020-03-03T19:22:20+00:00

Ludwik Mycielski – zapomniany bohater powstania listopadowego


Witold Mikołajczak

Ludwik Mycielski – zapomniany bohater powstania listopadowego

Ludwik Mycielski był synem Stanisława Mycielskiego (ur. 1743 r. w Nowej Wsi pod Wronkami, zm. 1813 w Poznaniu), działacza niepodległościowego i pułkownika wojsk napoleońskich, oraz Anny z Mielżyńskich (ur. 1767 r. w Gołańczy, zm. 1840 w Poznaniu). Badacze podają różne daty urodzenia Ludwika, najbardziej prawdopodobna − 1797 rok, miejsce − Kobylepole (dziś część Poznania). Kształcił się wraz z bratem bliźniakiem Michałem w Metz we Francji.

Następnie wstąpił do armii Księstwa Warszawskiego, w której dosłużył się stopnia porucznika. Brał udział w wojnie 1812 roku, podczas której dostał się do niewoli pod Słonimem. Uwolniony został dzięki interwencji następcy tronu szwedzkiego J. B. Bernadottego. W latach 1815-1817 służył w armii Królestwa Polskiego. Ze względu na zły stan zdrowia złożył dymisję i zamieszkał w majątku Gorzyce pod Kościanem.


Ludwik Mycielski – litografia. Źrodło: Polona


W 1822 roku ożenił się z Elżbietą Mielżyńską, w 1826 roku − po śmierci teścia Stanisława − osiadł w majątku żony w Wydawach pod Poniecem. Miał dwóch synów: Stanisława i Michała oraz trzy córki: Annę, Elżbietę i Marię.

Na wieść o wybuchu powstania wyruszył do Warszawy, by jako ochotnik wstąpić do armii. Brał udział w bitwie pod Dobrem 17 lutego, Wawrem − 19 lutego i w walkach o Olszynkę Grochowską − 20 i 25 lutego 1831 roku. W trakcie tej ostatniej bitwy poległ.


Bitwa pod Grochowem – obraz Bogdana Willewaldego z ok. 1850 r.


Gen. Ignacy Prądzyński pisał o ostatnim swoim spotkaniu z Ludwikiem Mycielskim, do którego doszło, kiedy przed świtem z rozkazu gen. Józefa Chłopickiego objeżdżał polskie pozycje w olszynie. Przyrzekli sobie, że gdyby któryś z nich zginął, to ten, który przeżyje, zaopiekuje się rodziną poległego.

Śmierć Mycielskiego podczas bitwy 25 lutego tak opisuje Stanisław Barzykowski:

Bogusławski swoich czwartaków wiedzie. Obok Bogusławskiego widać jakąś figurę w mundurze, żołnierza prostego… Był to Mycielski, obywatel zamożny z Księstwa Poznańskiego, mąż uwielbiany od nadobnej żony, ojciec szczęśliwy pięciorga dziatwy. Na odgłos powstania, jakby o wszystkim zapomniał, wszystkiego się wyrzekł, sercu nakazał milczeć, i pośpieszył, gdzie ojczyzna wzywa. Nie szukał rang i stopni, tylko za ojczyznę walczyć pragnął, z jej odwiecznym wrogiem bić się żądał. Wszedł jako prosty żołnierz do pułku czwartego, którego reputacja była mu zaręczeniem, że do najtrudniejszych spraw wojennych użytym będzie. Kolumny nasze śmiałym krokiem naprzód postępują, artyleria nieprzyjacielska na wzgórzach Kawęczyna ustawiona, rzęsisty sypie ogień i przystęp do lasu wzbronić usiłuje. Lecz nadaremne usiłowanie, nasi nie zachwiani posuwają się. Piechota nieprzyjacielska występuje na początek lasu i ogniem rotowym [ogień w szyku trzyszeregowym; każdy szereg strzelał kolejno, 1. − przyklękając, 2. i 3. na stojąco − przyp. red.] ich przyjmuje. Skrzynecki nie kazał odpowiadać, strzału dawać, „naprzód”, zawołał, „naprzód,” powtórzył Bogusławski i kolumna maszeruje. Mycielski ranny w rękę, jest to pierwsza jego rana, drugą ręką chustę spokojnie z szyi zdejmuje, ranę nią opatruje i dalej do boju śpieszy. Już nasi przybyli i smugów rowów i olszyny dosięgają. Mordercza walka wszczyna się, wpierają się wzajemnie i wypierają. Trzykroć nasi się wdzierają i trzykroć cofać się muszą. Mycielski po raz drugi ranny w nogę oddziera kawał podszewki od munduru, opatruje nią ranę i do boju wraca. Skrzynecki wyniosły wzrostem, wyniosły i męstwem, podnosi się jak sztandar wśród swoich i silnym głosem woła: „na bagnety”. „Na bagnety” powtarza waleczny Bogusławski, i olszyna bagnetami się jeży. Nieprzyjaciel już oprzeć się nie może, trupami zaściela pobojowisko i w nieporządku z lasu uchodzi. Polacy są panami lewej strony olszyny. Mycielskiego trzecia kula w pierś uderza, pada wtedy i jak bohater śmiercią kończy”.

Tak przedstawił okoliczności śmierci historyk powstania i członek Rządu Narodowego Stanisław Barzykowski. Czy rzeczywiście w tej fazie bitwy zginął nasz bohater? Autor tej relacji uczestniczył w bitwie, jednakże przebywał przy sztabie naczelnego wodza gen. Michała Radziwiłła, około 2 km od olszynki, w pałacyku, do dziś istniejącym. To właśnie w nim toczy się akcja Warszawianki Stanisława Wyspiańskiego, który w swojej sztuce wspomina o śmierci gen. Żymirskiego i jakimś dzielnym oficerze.


Olszynka Grochowska, Czwartacy – obraz Wojciecha Kossaka z 1928 r.


Aby spróbować ustalić okoliczności śmierci Ludwika Mycielskiego, trzeba odtworzyć ogólny przebieg walki tego dnia.

Olszynka Grochowska była niewielkim laskiem, długim na około 1,7 km, i przeciętym dwoma potężnymi rowami melioracyjnymi. Jak pisał gen. Prądzyński, rowy te nadawały pozycji wielkiej mocy, gdyż ograniczały możliwości manewru artylerii rosyjskiej i jeździe. W stosunku do obu rowów lasek ten biegł pod skosem. Południowa część olszyny znajdowała się pomiędzy obu rowami, natomiast północna jej część prawie cała znajdowała się po zachodniej stronie wewnętrznego rowu, była zatem znacznie cofnięta w stosunku do południowej części.

Takie jej usytuowanie było przyczyną wielu nieścisłości w relacjach pamiętnikarskich. Gdy w trzecim natarciu Rosjanie wyparli Polaków z północnej części olszyny, wielu uczestników bitwy było przekonanych, że cały lasek opanowali Rosjanie. Doszło nawet do tego, że ppłk Józef Święcicki zarzucił pułkowi grenadierów tchórzostwo, gdy ten nie natarł na południową część olszynki podczas kontrnatarcia brygady gen. Bogusławskiego. Tymczasem 2 pułk strzelców pieszych i 7 pułk piechoty liniowej zdołały utrzymać jej południową część i interwencja pułku grenadierów nie była konieczna.



Z innych relacji wynika, że odbicie północnej części olszynki odbyło się bardzo szybko. Tylko nacierający na lewym skrzydle 4 pułk strzelców pieszych na czele z gen. Franciszkiem Żymirskim, nacierając na wzgórza pod Kawęczynem, gdzie znajdowała się potężna bateria artylerii rosyjskiej, poniósł znaczne straty. W natarciu tym gen. Żymirskiemu kula armatnia urwała rękę, co było przyczyną jego śmierci.

Zasadniczy bój o olszynkę nastąpił podczas kolejnego − czwartego natarcia, gdy na ten niewielki lasek uderzyło 25 do 27 batalionów rosyjskich. Na czwartaków uderzyła wtedy brygada karabinierów z 2 dywizji grenadierów. Dowodził nią słynny z odwagi gen. Freigrant, który prawdopodobnie ruszył do natarcia szybciej, chcąc zyskać sławę pogromcy czwartaków. To prawdopodobnie dopiero w tej dramatycznej walce poległ Ludwik Mycielski.

Barzykowski tak ją opisał:

Pułk czwarty w miejscu na nią czeka, chce co prędzej zmierzyć się z owym wyborowym wojskiem cara, aby okazać, kto lepiej bagnetem władać potrafi. Z obydwu stron strzały jeszcze nie padły, bez grzmotów chmury do siebie się zbliżają, cichość ponura przepowiada wielką burzę. Dopiero gdy na pięćdziesiąt kroków do siebie się zbliżyły, raptem ogień rotowy się sypnął, jak grad rzęsisty kule padły. Bogusławski obiega swoją dziatwę i woła: „do oficerów strzelaj, zwolna mierz, w sam łeb pal; chciałeś rewolucji, teraz dobrze zabijaj, bo jak nie zwyciężymy będzie bieda”. Żołnierz zna głos swego dowódcy i wiernie go spełnia. Już rosyjski generał, naczelnik brygady ranny, już pułkownicy i szefowie batalionów z pola schodzą, brygada przerzedza się, wiele żołnierza traci, chwieje się na końcu tył podaje. Nie okryła się ona chwałą, gdyż ani jednego pułku polskiego przełamać nie mogła.



Michał Mycielski (1797-1849) – brat bliźniak Ludwika. Generał Wojska Polskiego, uczestnik walk napoleońskich, w latach 1824-29 adiutant księcia Konstantego, w czasie powstania listopadowego adiutant gen. Chłopickiego, po upadku powstania na emigracji we Francji. Litografia, źródło: Polona

Następnie czwartacy pomogli 8 pułkowi wyrzucić za rów zewnętrzny bataliony rosyjskie z VI korpusu litewskiego. Nie mniej dramatyczna walka podczas czwartego natarcia Rosjan rozegrała się w południowej jej części. Rosyjska 3 dywizja, wsparta pułkiem białostockim, dosłownie zalała południową część lasku, wypierając z niego 2 pułk strzelców pieszych.

Wtedy do kontrataku rusza pułk grenadierów, na czele poszczególnych batalionów stają: Chłopicki, u którego boku walczył jako adiutant Michał Mycielski (brat bliźniak Ludwika), Prądzyński i Milberg. Najpierw odrzucono brygadę, która obeszła olszynkę od południa. Następnie Prądzyński skierował swój batalion na południową część lasku, a 2 pułk strzelców pieszych zaatakował Rosjan od frontu. Bataliony rosyjskie w panice opuszczają południową część olszynki i próbują zorganizować opór w oparciu o rezerwową brygadę 3 dywizji w rejonie rowu zewnętrznego.


Chłopicki ze sztabem pod Olszynką – obraz Wojciecha Kossaka z 1914 r.


Chłopicki chce wykorzystać panikę w armii rosyjskiej i wysyła rozkaz gen. Tomaszowi Łubieńskiemu, by szarżował dwiema brygadami jazdy. Prawdopodobnie chciał, aby Łubieński zabrał rosyjskie działa ustawione w klinie pomiędzy szosą brzeską a starym traktem stanisławowskim. Ten jednak odmawia i szansa pozbawienia Rosjan znacznej części artylerii zostaje utracona. Niestety, również gen. Jan Krukowiecki, pobiwszy Rosjan pod Białołęką, stoi bezczynnie, ignorując rozkazy Chłopickiego. Tych dwóch generałów zmarnowało wysiłek całej armii polskiej.

Większość pamiętnikarzy zgodnie twierdzi, że armia Iwana Dybicza mogła zostać pobita, gdyby nie zranienie Chłopickiego i zła wola wymienionych generałów.


Bohaterska śmierć Ludwika Mycielskiego – grafika francuska z połowy XIX w. Źródło: Polona


Po bitwie w w „Kurierze Polskim” opublikowano obszerny nekrolog poświęcony Ludwikowi Mycielskiemu. Oto jego treść:

„Kto nad wszystko kochał Ojczyznę i wszystko dla niej poświęcił, kto w jej obronie bohaterską poległ śmiercią, ten zasługuje na wdzięczność narodu i publiczne uwielbienie…Te same cnoty, nieograniczony patriotyzm i poświęcenie się dla Ojczyzny, okazał Ludwik hrabia Mycielski, obywatel Księstwa Poznańskiego, porucznik 4 pułku piechoty liniowej. Zaledwie promień zajaśniał swobody, zaledwie odgłos wolności wydobył się z polskich piersi, Ludwik Mycielski na te święte hasło żegna na zawsze ukochaną żonę i dzieci, zostawia cały majątek na grabież rządu, sprawie naszej nieprzychylnego, zgoła wszystkiego odstępuje, aby stanąć w szeregach uciemiężonej Polski… Ostatnie chwile tego męża, tego obrońcy wolności, równie są świetne jak jego patriotyczne uczucia… W bitwach w dniach 19 i 20 lutego stoczonych przewodniczył tyralierom, które chociaż po dwa razy zmieniano, Mycielski jednak niezmordowany żołnierz, zawsze był z nimi i męstwem swoim zagrzewał ich do wytrwałego boju; należał do wszystkich ataków, jakie w tych bitwach przez pułk 4 uczynione były i dał dowody nieustraszonej waleczności. Nadeszła pamiętna walka w dniu 25 lutego 1831 roku, na polach Grochowa. Była to już ostatnia dla Ludwika Mycielskiego; wytrwał godnie pod gromami dział nieprzyjacielskich, a na koniec w morderczym ataku na olszynę szedł na czele mężnych z karabinem w ręku; mimo odniesionych i otwartych ran nie chciał nawet na usilne prośby kolegów ustąpić z boju na jedną chwilę, broczył we krwi, bo jej dla Ojczyzny nie żałował, bo jeszcze miał siłę władać orężem, którym pragnął jak największą liczbę wrogów naszych wytępić. W tej morderczej bitwie kilka kul przeszyło mężne piersi nieodżałowanego Ludwika Mycielskiego… Korpus oficerów 4 ppl [pułku piechoty liniowej], chcąc uczcić pamięć cnót i waleczności poległego rycerza, imię jego i poświęcenie dla Ojczyzny do wiadomości współrodaków podaje”.

W następnym numerze tej samej gazety została umieszczona wzmianka: „Słychać, że bohaterski pułk 4 liniowy, chce zabalsamować serce Ludwika Mycielskiego i zamieścić u sztandaru pułkowego”.


Pomnik upamiętniający poległych w bitwie pod Grochowem. Warszawa Praga-Południe, u zbiegu ul. Szerokiej i Traczy. Zdjęcie Adrian Grycuk


Jak wiadomo, wkrótce powstanie upadło i gdyby nie pamiętnikarze, uczestnicy bitwy pod Grochowem, pamięć o Ludwiku Mycielskim by zaginęła. Z miast tylko Warszawa uczciła jego pamięć nazwą jednej z ulic. Natomiast rodzinna Wielkopolska całkowicie o nim zapomniała. Nie ma ulicy w rodzinnym Poznaniu, Kościanie, Gostyniu czy Szamotułach lub Gałowie, które jeszcze przed 1939 roku należało do jego rodziny.

Podobno Wojciech Kossak upamiętnił obu bliźniaków na słynnym obrazie Obrona Olszynki Grochowskiej. Tak twierdzi benedyktyn o. Ludwik Mycielski. Oryginał obrazu z 1887 roku, zakupiony przez rodzinę Mycielskich, spłonął jednak w Boryniczach podczas pierwszej wojny światowej. Kopia namalowana przez artystę w 1928 roku różni się w szczegółach od obrazu z roku 1887, dlatego trudno tę opinię potwierdzić.


Aleja Chwały – Głaz pamięci braci Mycielskich, Warszawa, ul. Traczy. Zdjęcie Józef Wieczorek


Anna Mycielska w powstaniu listopadowym oprócz Ludwika straciła jeszcze dwóch synów. Franciszek Mycielski poległ w słynnej szarży pułku jazdy poznańskiej pod Rajgrodem, zginął także Józef Gajewski − syn z pierwszego małżeństwa. W 1837 roku sprzedała majątek Szamotuły-Zamek, aby zapłacić kary finansowe, jakie rząd pruski nałożył na uczestników powstania. Musiała też wspomóc syna gen. Michała Mycielskiego, który w drodze na emigrację do Francji został okradziony.

Warto by uczcić pamięć rodziny Mycielskich, a szczególnie Ludwika, który wykazał się tak niezwykłym patriotyzmem. Również następne pokolenia Mycielskich przelewały krew w powstaniu styczniowym (kolejny Ludwik Mycielski poległ w październiku 1863 r. pod Lublinem) lub dawały przykład na polu gospodarczym w pracy organicznej.


Portret pośmiertny Anny z Mielżyńskich Mycielskiej – litografia. Źródło: Polona.


Witold Mikołajczak

Historyk, absolwent UAM, nauczyciel, od 1990 r. mieszka w Szamotułach.

Autor 4 książek: Grunwald 1410. Bitwa, która przeszła do legendy (2010); Grunwald 1410. O krok od klęski (wyd. rozszerz. 2015); Wojny polsko-krzyżackie (2009) i Grochów 1831. Niedokończona bitwa (2014).

Na nowo interpretuje pewne wydarzenia i źródła historyczne, lubi polemikę.

Ludwik Mycielski – zapomniany bohater powstania listopadowego2020-02-25T00:30:54+00:00

Aktualności – luty 2020

LUTY

IMPREZY I KONCERTY

Trwające

Wystawa prac prof. Grzegorza Ratajczyka, Muzeum-Zamek Górków (Spichlerz)


Minione


KINO

Z historii szamotulskiego harcerstwa


Idzi Świtała (1877-1928) był działaczem patriotycznym, pracował jako dziennikarz polskich pism, prowadził praktykę dentystyczną, w 1908 r. został deputowanym do sejmu pruskiego, gdzie wielokrotnie bronił praw Polaków. Działał w Lidze Narodowej i powstałym w 1902 r. stowarzyszeniu Eleusis, które miało duży wpływ ideowy na kształtujące się później harcerstwo. Przez ponad dekadę mieszkał w Szamotułach, ok. 1919 r. przeniósł się do Bydgoszczy. Ożenił się ze Stefanią z domu Poturalską, małżeństwo miało czworo dzieci. W Szamotułach do dziś mieszkają ich potomkowie.


Monika Kijek – talent z Wronek

Monika Kijek, pochodząca z Wronek młoda aktorka, może być inspiracją dla wielu osób – realizuje swoje marzenia mimo towarzyszącej jej od dzieciństwa choroby. Ubiegły rok był dla niej przełomowy: ukończyła Wyższą Szkołę Muzyczną w Gdańsku na jedynym w Polsce kierunku musicalowym, zagrała Fionę w teatrze w Niemczech i została partnerem biznesowym Studia Piosenki „Metro”. Jak sama mówi, wszystko, co ma, zawdzięcza rodzinnemu miastu. Zapraszamy do przeczytania całości artykułu!

http://regionszamotulski.pl/monika-kijek-aktorka-z-wronek/

Zdjęcie Agnieszka Teska



Spotkanie Wielkopolskiego Stowarzyszenia Pamięci Armii Krajowej

18 lutego w sali koncertowej Muzeum – Zamek Górków odbyło się pierwsze w tym roku spotkanie dla członków i sympatyków szamotulskiego koła WSPAK. Na wstępie opiekun koła Piotr Gotowy zaznaczył, że rok 2019 i 2020 to bardzo ważne daty roczne dla stowarzyszenia. W ubiegłym roku minęła 15 rocznica powstania organizacji jako Towarzystwo Przyjaciół Armii Krajowej. 22 czerwca 2010 r. TPAK stało się kołem Wielkopolskiego Stowarzyszenia Pamięci Armii Krajowej z siedzibą w Poznaniu.

Spotkanie było dobrym momentem, aby podziękować inicjatorce powstania pierwszej tego typu organizacji w Wielkopolsce, a drugiej w Polsce, wieloletniej kustosz szamotulskiego muzeum – Elżbiecie Ratajczak. Słowa uznania zostały skierowane również w stronę wieloletniej opiekunki młodzieży podczas wielu wyjazdów i uroczystości, emerytowanej nauczycielki historii z Zespołu Szkół nr 2 w Szamotułach – Hannie Rys.

Następnie prezes szamotulskiego koła WSPAK, licealistka Katarzyna Okraska, oraz wiceprezes koła, uczeń technikum Mikołaj Janas, przedstawili sprawozdanie z działalności stowarzyszenia za rok 2019. Co roku do największych przedsięwzięć szamotulskiego koła WSPAK należy organizacja uroczystości z okazji Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych w Szamotułach, wyjazdów na Dni Ułana do Poznania czy zorganizowanie Rajdu do Grobów Pomordowanych w Lasach Kobylnickich. Nie byłoby tych inicjatyw, gdyby nie wsparcie finansowe i patronackie ze strony władz gminnych i powiatowych. Młodzi członkowie WSPAK organizują, współorganizują i biorą udział w wielu innych uroczystościach upamiętniających żołnierzy Armii Krajowej i nie tylko.

W drugiej części spotkania uczniowie z kilku szamotulskich szkół mieli okazję wysłuchać wspomnień z czasów okupacji Aleksandry Pruszkowskiej, która mimo sędziwego wieku przez ponad godzinę opowiadała o losach swojej rodziny podczas II wojny światowej.

WSPAK – koło Szamotuły



Historia – nauczycielką życia?

Bitwa stoczona w okolicach Piotrkówka pod Szamotułami zmieniła losy naszego miasta. Wojenne zniszczenia sprawiły najprawdopodobniej, że zdecydowano się na powtórną lokację – w dzisiejszym miejscu.

http://regionszamotulski.pl/bitwa-pod-szamotulami-1383/)



Walentynki

Może ktoś z Państwa znajdzie w tym liście natchnienie? Powstał on w Szamotułach w 1. połowie XV wieku, czyli ponad sto lat przed dziełami Mikołaja Reja! Przypominamy artykuł, w którym znajdziecie sam tekst listu z wyjaśnieniem trudniejszych językowo fragmentów oraz z komentarzem.

http://regionszamotulski.pl/pierwszy-list-milosny/



107. urodziny Heleny Szczerkowskiej

10 lutego składamy życzenia naszej szamotulskiej Seniorce – Helenie Szczerkowskiej, która kończy 107 lat, i przypominamy tekst jej poświęcony! Pani Helena przyszła na świat przed 1. wojną światową. Po 2. wojnie wyszła za mąż za Bolesława Szczerkowskiego – nauczyciela i instruktora harcerskiego. Ma dwie córki, troje wnuków i prawnuczkę. Pani Heleno, życzymy zdrowia, pogody ducha, wielu miłych chwil w gronie rodziny i przyjaciół. Dziękujemy, że mogliśmy wejść do świata Pani wspomnień!

http://regionszamotulski.pl/helena-szczerkowska-wspomnienia-z-mlodosci/



Most w Brączewie czeka na szansę

Dawny most kolejowy nad Wartą (Brączewo-Stobnica) sfotografował niedawno Tomasz Kotus. Most powstał w latach 1909-1910, ma ponad 244 m, bardzo ciekawą rzadką konstrukcję i interesującą historię. Był dwukrotnie wysadzany – na szczęście nieskutecznie – w czasie II wojny światowej – najpierw przez wojsko polskie (na początku września 1939 r.), potem przez wycofujących się Niemców (w styczniu 1945 r.). Przewozy pasażerskie na linii nr 381 (Oborniki wlkp. – Wronki) zawieszono w 1991 r. Czekamy na rewitalizację tego zabytkowego obiektu – od strony Obornik dociera do niego ścieżka rowerowa uruchomiona w październiku 2018 r., trzeba ją poprowadzić dalej – aż do Wronek. Na szczęście są osoby, które w tej sprawie działają.



Szamotulski chór kościelny

Chór Kościelny im. Wacława z Szamotuł działał pod kierunkiem Andrzeja Przybylskiego – organisty w latach 1914-39. Kształcił się on pod kierunkiem znanego muzykologa ks. Józefa Surzyńskiego. Był uważany za wirtuoza, zajmował pierwsze miejsca na konkursach organowych. Posługę organisty w kolegiacie szamotulskiej i tutejszy instrument cenił sobie tak bardzo, że dwukrotnie zrezygnował z proponowanej mu pracy w Poznaniu – w kościele Najświętszego Serca Jezusowego i św. Marcina (w artykule z „Tygodnika Parafii Szamotulskiej” podkreślano, że posada w Poznaniu byłaby dla Przybylskiego nie tylko bardziej zaszczytna, ale i wygodniejsza ze względów życiowych, bo tam kształciły się jego dzieci). Józef Preuss – długoletni prezes szamotulskiej „Lutni” i zasłużony regionalista – po jednym koncertów organowych w Poznaniu, jak odnotowała prasa, powiedział: „Przyjedźcie do Szamotuł. Jak wam Przybylski zagra na naszych organach, to dopiero zobaczycie, co to są organy!” Na początku okupacji Andrzej Przybylski zachorował, zginął prawdopodobnie w styczniu 1940 r., zagazowany przez Niemców wraz z innymi pacjentami szpitala w Kościanie.

Zdjęcie z 2. połowy lat 30. XX w. udostępniła Urszula Dudzik.



Aktualności – luty 20202020-03-07T22:21:14+00:00

Aleksander Trąbczyński – Wspomnienia z szamotulskiego liceum

Aleksander Trąbczyński

Wspomnienie absolwenta Państwowego Liceum nr 54 im. Piotra Skargi, ucznia w latach 1971-1975

Moja „buda”

Zwane „budą”, jak wiele innych polskich liceów, szamotulskie LO nr 54 im. Piotra Skargi zaistniało w moim życiu na długo przed tym, jak zostałem jego uczniem. Jako najmłodsze, piąte dziecko średnio licznej inteligenckiej rodziny, dla której edukacja dzieci była jednym z podstawowych, a może najważniejszym z priorytetów, chcąc nie chcąc, nasiąkałem wszystkim, co rodzeństwo ze swoich szkół przynosiło.

Moje siostry Małgorzata i Barbara rozpoczęły naukę w 54 LO, gdy ja zaczynałem podstawówkę. Ich sukcesy i kłopoty, mundurki, fryzury, wypracowania, wspólne z ojcem odrabianie zadań z matematyki, rozmowy o nauczycielach, a właściwie  o „profesorach” – to był jeden z intensywnych kolorów świata, w którym rosłem. Także ich towarzystwo, które się pojawiało w naszym otwartym domu, organizowane przez dziewczyny „fajfy” – spotkania z kolegami, prawdziwymi czy potencjalnymi sympatiami moich sióstr, podczas których niechętnie zajmowałem się swoimi, mniej ciekawymi dziecięcymi sprawami, wydawały mi się niezwykle atrakcyjne i jakoś w oczywisty sposób związane z nauką w 54 LO.



Gdy więc kończyłem wreszcie szkołę podstawową, a moje rodzeństwo, w tym troje jego absolwentów, było już na studiach, jasny był  wybór „budy” na miejsce dalszej edukacji – byłem dobrym uczniem, nawet prymusem, i zamiar studiów po maturze nie  budził wątpliwości. Miałem nawet już wybrany kierunek – tak jak Małgosia i obecna żona, wówczas sympatia brata Macieja – Alicja, chciałem zostać chemikiem. Dodatkową motywacją było zorganizowanie właśnie wówczas w szamotulskim liceum klasy sportowej – z poszerzonym programem wychowania fizycznego. Sprawność, szybkość w biegu zawsze mi imponowały, zresztą ojciec dbał o to, często – zwłaszcza na wakacjach – podejmując wspólne z nami sportowe aktywności. Cieszyłem się, że udało mi się zakwalifikować do wybranej grupy tych najsprawniejszych. Choć powstawała również klasa matematyczna i może rozsądniejsze byłoby aplikowanie do niej, zwłaszcza że w podstawówce uczestniczyłem w olimpiadzie matematycznej i planowałem „ścisłe” studia, prestiż, jaki dawał sport, przeważył.



Droga z domu [przy Sportowej 13] do „budy” [przy ul. Skargi] nie zabierała więcej niż 10 minut. Przez cztery lata pokonywałem ją na pewno ponad tysiąc razy. Każdy z kolejno mijanych wtedy domów niesie wspomnienia. Nowy, kanciasty, z płaskim dachem dom pana Zygmunta Starzonka, który miał warsztat mechaniki samochodowej dwie posesje dalej, zbudowany na tzw. plantach, którymi biegałem do przedszkola i podstawówki, był miejscem niemiłej przygody, która przesądziła o tym, że nie palę papierosów.

Potem dom p.p. Rembowskich; zacni państwo, kupowaliśmy u nich jajka, nosiliśmy im resztki warzyw, bo hodowali bobry czy nutrie… potem zaraz stary dom pp. Starzonków; wraz z p. Zygmuntem i jego synami Krzychem i Irkiem, mieszkała tam ciocia Józia i opiekowała się panami, bo żona pana Zygmunta, Wanda, wyjechała do NRF do rodziny, tam pracowała i przysyłała dewizy na budowę. Nie wróciła do Polski.

Dalej – dom pp. Cyprowskich – Zdzichu był moim kolegą w podstawówce, razem zaczynaliśmy muzykowanie – on uczył się gry na akordeonie, a miał także jakiś rodzaj „klawisza” – nie pamiętam marki (Vermona? Weltmeister?), ale pamiętam, że jeszcze w ósmej klasie próbowaliśmy, on na owym „klawiszu”, a ja na ściągniętej z szafy gitarze „Defil”, którą na 16. urodziny dostała Małgorzata, grać Dom wschodzącego słońca grupy The Animals. Zdzichu miał ładną mamę, ojca „złotą rączkę” i dwoje rodzeństwa – młodszego brata Witka i siostrę, którą słabo pamiętam. Pierwsze rozmowy o dziewczynach też prowadziłem ze Zdzichem. Chodził do 54 LO do klasy B…

Potem był dom na rogu Sportowej i Dzierżyńskiego – tam także znajomi, nie pamiętam nazwiska; przechodziłem przez ulicę, a na przeciwległym rogu dom pp. Gieremków, ich syn był ode mnie młodszy, bardzo wygadany z kabaretowym talentem – fajnie mówił monologi „Sołtysa Kierdziołka” i „Walerego Watróbki”. Nie wiem, co porabia. Jego rodzice napełniali naboje do syfonów, a my czasem przygotowywaliśmy je dla nich w dosyć paskudnym procesie z użyciem starej pralki ,,Frania” i kwasu solnego.

Dalej zaułek przy mleczarni, przez skwer po lewej na rogu Dworcowej mieszkali Bzdręgowie – Rysiek – zdolny nasz rówieśnik, chodził ze Zdzichem do klasy B; a także pełna werwy Ewa Kaźmierczak, której ojciec, pseudo „Myca”, był trenerem drużyny siatkówki. Jednak do „budy” szedłem ścieżką w prawo skos – koło kiosku „Ruchu” naprzeciw prezydium, koło banku, sklepu mięsnego i meblarni. Po drugiej stronie Dworcowej – sklep GS, dalej „klasztorek”, a naprzeciw niego stara willa, gdzie z ul. Lipowej przeprowadzili się wujostwo Nojmanowie. I sąsiednia willa, gdzie mieszkali Jęczmykowie; przyjaciel mojego brata Andrzej i Hania, ich ojciec był dyrektorem młyna i myśliwym. Sklep, wówczas chyba kwiaciarnia, naprzeciw pomnika Wacława z Szamotuł. Ulica do młyna nr 2. Most na Samie, poczta z czerwonej cegły i tuż za nią w prawo przez podwórze ścieżka już do bocznej furtki liceum. Zwykle otwarta, zazwyczaj wchodziłem nią tuż przed ósmą i po czarnych nasączonych oliwą schodach, skacząc po dwa stopnie, biegłem do naszej klasy, na pierwszym piętrze pierwsze drzwi po prawej…



Nasi profesorowie… Bardzo barwne grono. Wychowawcą był śp. „Pachol” – matematyk profesor Władysław Paśka, trochę się zacinający, zgrywający surowego, ale ciepły, dowcipny i bardzo naszej klasie oddany. Bronił nas na radach. Nie czuliśmy wielkiego respektu, ale też nie wchodziliśmy mu zanadto na głowę – chyba że pamięć mnie zawodzi.

Jeśli chodzi o respekt, to byli profesorowie płci obojga, którzy zasłużenie wzbudzali znacznie większy. Pani profesor Teodozja Bąkowa, wymagająca, inteligentnie uszczypliwa, potrafiła naprawdę surowo i dotkliwie, acz zwykle sprawiedliwie, kwitować słowem i oceną nasze niedostatki. Podobnie pani profesor Ewa Krygierowa – świetna polonistka, dowcipna, ironiczna, ceniąca indywidualność, a najbardziej „ponadobowiązkowe” osiągnięcia i wypowiedzi swoich uczniów. Prowadziła bardzo konkretne i świetnie opowiadane lekcje. Pamiętam jej wsparcie i uznanie dla Wieśka Sierszulskiego z Wronek, kolegi z aspiracjami poetyckimi, dziś męża naszej koleżanki Darii Budych, który pisał pracę o „Ferdydurke” – dla mnie Gombrowicz wtedy był białą plamą, zrozumiałem, o czym mówili, jakieś piętnaście lat później już w teatrze.



Państwo Fludrowie: Bronisław – fizyk i Irena – geografka, on przeinteligentny, wyniosły, trochę zniecierpliwiony, cierpiący z powodu tempa przyswajania przez nas tajników jego dyscypliny, jego żona najczęściej pobłażliwie uśmiechnięta, czerwonowłosa, pełna temperamentu, trochę zwariowana…

Dyrektor Krzyśko – dziarski historyk, spokojny pan. Chyba „słusznie” zaangażowany, ale nie indoktrynował nas zbytnio. Obie panie rusycystki – prof. Skoracka i prof. Szaniawska też nie przesadzały, naprawdę lubiły rosyjski język, wiersze i piosenki, i nie opowiadały nam bajek o cudach „dzieciątka Lenin”.

Pani prof. Irena Krawczyk – jej ciepło, spokój i wyrozumiałość, dla mnie tym większa, że deklarowałem „chemiczną” przyszłość, no i byłem uczniem szamotulskiego Społecznego Ogniska Muzycznego, które stworzył jej mąż Stefan, muzyk, pedagog, dyrygent i organizator – pasjonat życia muzycznego; owoce jego pracy zbieramy do dziś. Jego pomysły – przejęcie dla Ogniska, potem Szkoły Muzycznej budynku po Komendzie MO i budowa sali koncertowej to fundament szamotulskiej muzycznej edukacji. A ja i mój kolega z klasy Heniu Marczuk byliśmy pierwszymi uczniami w jego klasie gitary, jeszcze w budynku obecnego SZOK.

Któż jeszcze – prof. Konrad Roszczak, jowialny i sympatyczny, uczył PO (przysposobienie obronne, przyp. AT); jego legendę znałem wcześniej, był wychowawcą mojej siostry Basi. 



No i ówczesne moje pedagogiczne „spécialité de la maison”, wuefiści państwo Zielińscy; zwłaszcza Bohdan, kiedyś najlepszy w powiecie lekkoatleta – płotkarz, bardzo sympatyczny, ale wymagający. Nie odpuszczał nam, za co czuję wdzięczność do dziś. Gdyby nie porządnie przykręcona mi przez niego śruba na pierwszym zimowym obozie we Wronkach, nigdy bym się nie dowiedział, ile mogę „na raz” przebiec po lesie kilometrów – „mała zabawa biegowa” liczyła ich chyba ze 12…

Nie byłem wcale sportowym prymusem. W niemal każdej dyscyplinie (poza szachami i brydżem) koledzy – mistrzowie miasta, powiatu, byli o klasę lepsi. Moim sukcesem była gra w siatkówkę w szkolnej drużynie, a potem także w drużynie „Sparty” Szamotuły. Tam tym bardziej nie byłem liderem, ale w kadrze na niektóre mecze się łapałem. W sprintach, skokach, rzutach, piłce nożnej czy koszykówce już nie. Tu wszyscy koledzy – Andrzej Pieprzyk i Irek Nowak, Staszek Pikusa na 400 m, a w sprintach i skokach Leszek Tomczak, Krzysiek Konieczny, Janusz Kram, Piotrek Nowak, Wojtek Gajewski, Romek Pomianowski, Zbychu Stroński – byli bardziej utalentowani, może także inaczej zdeterminowani.

Moja siła to była nauka – łatwo zapamiętywałem i chętnie zgłaszałem się do odpowiedzi, więc oceny miałem bardzo dobre – tu liderowałem. Razem z Radkiem Pisulą, z którym potem rywalizowałem o  typowanie na studia.



Ale koledzy to była zdecydowanie mniej atrakcyjna część naszej klasy. Dziewczyny – to była nasza duma i przedmiot uwagi. Marzena Brzeźniak, moja kuzynka, i Ela Turek – bardzo sprawne, zgrabne – nasze lekkoatletki nr 1, świetna siatkarka, pięknooka szatynka Hania Grafka – od dziecka sąsiadka przez „planty”; Halinka Kriger i Dorota Duszyńska – drobniejsze, przezgrabne, o wiele bardziej od nas wytrzymałe; Małgosia Waszak – miła i mądra koleżanka od przedszkola, świetnie radziła sobie także na boisku i na bieżni; jej brat był kolegą, może i sympatią mojej siostry Małgosi, do dziś się trzymamy razem; Daria Budych – ładna siostra mojej bratowej, Grażyna Magdziarek – siatkarka o ekscytująco bujnej figurze i szelmowskim uśmiechu z 36 zębów, czarnowłosa, smagła Bogusia Orlik, Ela Turlejska, Halinka Kaczmarek, przeurocza Basia Ackermann, no i złoto, skromna, ale charakterna – Bogusia Osowska. W równoległych klasach też… Hania Grzegorzewska, Marysia Przybylska, silna grupa „wroniecka”… A w wyższych klasach – Halina Zmitrukiewicz, Marysia Ciszek, Teresa Szymkowiak – sympatie z przerw i z harcerstwa. Tyle urody i temperamentu…



Jak to się stało, że moją szkolną pierwszą miłością stała się dziewczyna z młodszej klasy? Chyba zaważyło to, że chłopaki w ogóle wolniej dojrzewają od dziewczyn, a nasze koleżanki zerkały w stronę starszych kolegów, niektóre tak skutecznie, że do dziś trwają w powstałych wtedy związkach; ja dojrzałem do decyzji o „chodzeniu” z dziewczyną dopiero w drugiej klasie. Ale wybrałem, albo dałem się wybrać, inteligentnej, dowcipnej i bardzo zgrabnej Irce Ciesielskiej – miała siostrę bliźniaczkę Ewę, były o rok ode mnie niżej, oczywiście grały w siatkówkę; ale grywaliśmy także w brydża z moimi rodzicami i z Maciejem i Alicją; uwielbiała powieści Joanny Chmielewskiej, miała wuja „Francypała”, poznańskiego lekarza, i babcię – panią Kurpisz, która lata wcześniej uczyła moje siostry gry na fortepianie. Iśka lubiła długie spacery i była odważna w słowie i w czynie.



Byliśmy niemal wszyscy harcerzami, wielu z nas instruktorami; choć trzeba powiedzieć, że nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę, czym była powołana po 1968 roku Harcerska Służba Polsce Socjalistycznej i skąd wzięli się nagle na naszych letnich obozach pionierzy z bratniej Czechosłowacji. Najbardziej pamiętną imprezą z udziałem szkolnej drużyny, nazwanej arcyoryginalnie, jak mi się wtedy wydawało, „KOT”, czyli Konny Omnibus Turystyczny, był Rajd Świętokrzyski w 1974 roku. Pamiętam, że grałem już na gitarze, napisałem na melodię The Banks of Ohio, ściągniętą z płyty Joan Baez, której słuchałem na okrągło, rodzaj hymnu, który nas wśród innych harcerskich drużyn jakoś wyróżniał. Rajd był wielką przygodą, trzydniowa trasa ze Skarżyska-Kamiennej do kieleckiej Kadzielni dla niektórych z nas była wędrówką w dorosłość, taką, jak ją wtedy rozumieliśmy… Wcale nie najważniejsze było zwycięstwo w konkursie na najlepszą potrawę naszej trasy rajdu, makaron z pomidorowym sosem, który żywcem przeniosłem na ten konkurs z rodzinnego domu…



Nie potrafię dziś inaczej uchwycić tego, co w samej szkole było tak szczególnego – chyba to, że była zawsze, że 54 LO kończyli nasi rodzice, rodzeństwo, krewni i pedagodzy,  że to liceum, w zgodnej, wszystkim wiadomej opinii, najlepiej w powiecie przygotowywało do egzaminów na studia – a były wtedy egzaminy co się zowie, prawdziwe egzaminy wstępne; gdy więc nie zostałem „wytypowany” na studia, to mogłem sobie śmiało powiedzieć: „trudno, OK, to sobie zdam” – i tak się rzeczywiście stało.

I na łódzką politechnikę, i do szkoły muzycznej, potem do filmówki zdawałem bez kompleksów, dobrze wyposażony i ufny w swoją wiedzę; choć nie zdziwi starszych, gdy powiem, że jeszcze na studiach wierzyłem, że Związek Radziecki walczy o pokój i sprawiedliwość na świecie. Gdy po 1976 roku poznałem łódzkich „korowców”, ich opowieści o śledzeniu przez „bezpiekę”, podsłuchach i donosach brałem za konfabulacje i zadawanie szyku… Trzeba było jeszcze kolejnych pięciu lat, żebym przy okazji pracy nad przedstawieniem Oskarżony Czerwiec 56 przejrzał… Cóż, taki był czas i taka była szkoła. Nie byłem dość dociekliwy…

Za te wszystkie kolory, które do dziś przebijają spod patyny mojej ponad sześćdziesiątki, za to czteroletnie intensywne nimi nasiąkanie, za spokojne w Twoich murach dojrzewanie do wyfrunięcia w świat, jestem Ci, „budo”, Jubilatko-Stulatko, ogromnie wdzięczny.


Aleksander Trąbczyński – Wspomnienia z szamotulskiego liceum2020-02-18T23:43:40+00:00

Fabryka powozów i wozów Michała Dorny

Szamotuły w okresie międzywojennym

Fabryka powozów i wozów Michała Dorny

Mój dziadek Michał Musiał (1897-1976) w 1921 r. rozpoczął naukę zawodu kowala w Szamotułach, w warsztacie produkującym powozy. Mieścił się on przy ul. Dworcowej 11 (obecnie to tył zabudowań UMiG, Starostwa i sklepu Komfort) i należał on do kołodzieja Michała Dorny. Nauka zawodu, a potem praca mojego dziadka w tej firmie trwała do 1930 r.

W „Gazecie Szamotulskiej” z lat 1926-27 r. znajdują się liczne ogłoszenia-reklamy opisujące wspomniany zakład jako: „Fabryka powozów i wozów, z własnym kołodziejstwem, kowalstwem i lakiernictwem, w Szamotułach najstarsze i najpoważniejsze przedsiębiorstwo tego rodzaju. Michał Dorna, warsztaty ul. Kościelna 9 i ul. Dworcowa”.


Michał Dorna urodził się w 1876 r. w Kępie pod Szamotułami, jego rodzicami byli Jan i Wiktoria z domu Pracyn. W Szamotułach osiedlił się w 1901 r., już jako mistrz kołodziejski. W tym samym roku ożenił się z Franciszką z domu Spychałą, urodzoną w 1878 r. w Gałowie (zm. 1945).





Z opublikowanego po śmierci w 1935 r. krótkiego wspomnienia o Michale Dornie wynika, że był on aktywny w okresie odzyskiwania przez Wielkopolskę Niepodległości: należał do szamotulskiej Rady Żołnierzy, a następnie Straży Ludowej i „był jednym z tych, którzy na rozkaz Głównej Komendy aresztowali wyższych dygnitarzy niemieckich w Szamotułach, jako odwet za aresztowania obywateli polskich przez Niemców” („Gazeta Szamotulska” 1935, nr 86). Działał w wielu polskich organizacjach i stowarzyszeniach, między innymi w Kurkowym Bractwie Strzeleckim i Towarzystwie Gimnastycznym „Sokół”. Był założycielem i honorowym członkiem szamotulskiego cechu kołodziejskiego. Wspominany był jako „człowiek spokojny, gorliwy katolik i dzielny patriota”.

Małżeństwo doczekało się siedmiorga dzieci – 4 synów: Ludwika (1902-1963), Stanisława (1904-1971), Edmunda (?-1973) i Czesława (1920-2008) oraz 3 córek: Marianny (1906-1985), Wiktorii (po mężu Kowalskiej, 1907-2007) i Zofii (1912-1986).



W kwietniu 1927 r. Michał Dorna wydzierżawił zakład przy ul. Kościelnej 9 (dziś nr 17). Na kilka lat – do 1930 r. – przeniósł się tam wówczas swoją firmę miedziano-kotlarską Stefan Rebelka (od 1930 r. zakład Rebelki działał przy jego domu – Garncarska 6, dziś nr 13).

Prawdopodobnie Dorna chciał wówczas bardziej rozwinąć swoją działalność w jednym miejscu – przy Dworcowej. W numerze „Gazety Szamotulskiej” z połowy maja 1927 r. znajduje się ogłoszenie, że mistrz kołodziejski Michał Dorna zamierza w swej posiadłości przy ul. Dworcowej 11 zainstalować i uruchomić parową lokomobilę do napędu maszyn w warsztatach kołodziejskich, zaś ewentualni przeciwnicy tego projektu mogą w urzędzie policyjnym zapoznać się z planami i opisami.


Pracownicy M. Dorny, wrzesień 1925 r.


W 1928 r. zakład Michała Dorny zaczyna przeżywać kryzys. W prasie lokalnej zanikają, dotąd liczne, reklamy jego firmy, pojawia się natomiast ogłoszenie o przymusowej licytacji dwóch należących do niego powozów. Działalność firmy w 1. połowie lat 30. została znacznie ograniczona, ale nadal trwa. W 1933 r. jako osoba prowadząca wymieniany jest najstarszy syn Ludwik, a zakres działalności określany jest jako „parowa obróbka drzewa i tartak, budowa wozów i powozów”. Drugi z synów – Stanisław, mistrz siodlarski, prowadził w tym czasie swój własny zakład przy Kościelnej 9; zajmował się wyrobem tapczanów, leżanek, materacy i wszelkich wyrobów skórzanych. Najmłodszy syn Dornów – Czesław w momencie śmierci ojca jeszcze się kształcił. Po wojnie pracował jako nauczyciel wychowania fizycznego w szamotulskich szkołach podstawowych nr 1 i 2, a później przeniósł się do Piły, gdzie – między innymi – trenował bokserów. Nauczycielką była także jego starsza siostra Wiktoria Kowalska, absolwentka szamotulskiego Gimnazjum im. ks. Piotra Skargi (matura 1927), członkini Akademickiego Koła Szamotulan, która w macierzystej szkole po wojnie uczyła biologii i geografii (1945-52).

Upadek świetnie rozwijającej się dekadę wcześniej firmy nastąpił w 1937 r., kiedy to na przetarg przymusowy wystawiono na wniosek Powiatowej kasy Komunalnej w Szamotułach całą posiadłość przy ul. Dworcowej 11: dom mieszkalny z ogrodem, szopę, kuźnię, budynek lokomobili, halę maszyn, tartak, lakiernię i tapicernię („Dziennik Poznański” 1937, nr 296).



Zakład Parowej Obróbki Drewna Ludwika Dorny działał do 1. połowy lat 50., kiedy to podzielił los innych szamotulskich firm: Fabryki Maszyn Braci Gielniak, Kotlarni Stefana Rebelki czy Zakładu Naprawy Maszyn Rolniczych Bolesława Zawadzkiego. Przestały one istnieć na skutek różnego typu restrykcji finansowo-administracyjnych ówczesnych władz.

***

Michał Musiał często wspominał swoją pierwszą pracę i opowiadał na jej temat anegdoty:

 W Szamotułach przy ul. Dworcowej  znajdował się warsztat – powozownia należący do p. Dorny. Przy warsztacie tym była też kuźnia, w której uczyłem się zawodu kowala na początku lat dwudziestych. Wcześniej byłem na wojnie, potem w powstaniu i pod Lwowem i nie miałem czasu na naukę.  Pracowało nas tam 12 osób. Na obiady gotowane przez żonę właściciela  chodziliśmy do domu Dornów.  Za warsztatem rosła lebioda, gdzie też wszyscy chodziliśmy „za potrzebą”. Pewnego dnia, jak zwykle bardzo głodni, poszliśmy na obiad. Gospodyni podała zupę wyglądającą jak szczawiowa, ale okazało się, że ugotowała ją z lebiody zerwanej przy warsztacie, właśnie w „tym” miejscu.  Nagle wszyscy stwierdzili, że tak właściwie to nam się nie chce jeść…

Pewnego dnia jak zwykle pracowałem młotem. Do kuźni weszły jakieś nieznane mi paniusie. Dla żartu postanowiłem je przestraszyć. Wyjąłem z paleniska gorący metal, położyłem na kowadle, zasłoniłem ręką i poplułem na nie. Następnie silnie uderzyłem młotem w żelazo. Zrobił się wielki huk, posypały iskry. Paniusie wystraszyły się i uciekły…

W zakładzie tym było więcej takich jak ja pracowników, którzy mieszkali na stancji u Dornów, w pobliżu warsztatu. Co sobotę chodziliśmy na zabawy do sali Sundmanna przy ul. Poznańskiej. Tuż przy scenie mieliśmy stolik, który zawsze zajmowaliśmy, a przy którym nikt inny nie ważył się usiąść. Gdy wchodziliśmy na salę, to zawsze jeden z nas już od wejścia   rzucał „cylinderek” pod stół na znak, że zajmujemy to miejsce, a po sali rozchodził się pomruk niezadowolenia. Ale z kowalami nikt nie chciał zaczynać…

Wojciech Musiał

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Fabryka powozów i wozów Michała Dorny2020-02-13T13:38:08+00:00

Monika Kijek – aktorka z Wronek


Monika Kijek: Wszystko zawdzięczam Wronkom!

2019 rok był dla Moniki Kijek przełomowy. Ukończyła Wyższą Szkołę Muzyczną w Gdańsku na jedynym w Polsce kierunku musicalowym, zagrała Fionę w teatrze w Niemczech i została partnerem biznesowym Studia Piosenki „Metro”.

Jako Fiona w musicalu „Shrek”

W obiektywie Agnieszki Teski – 2015 r.

W przedstawieniu „Pani Prezesowa” – grudzień 2019 r. Zdjęcia Wroniecki Ośrodek Kultury

Zaprzyjaźnić się z chorobą

Zawsze była perfekcjonistką. Jak mówi, musi pracować nad tym, żeby ta cecha nie ograniczała jej życia swoimi negatywnymi konsekwencjami. Dobre przygotowanie do różnych zadań, pragnienie osiągnięcia jak najlepszego wyniku − to jedno, ale trzeba też być przygotowanym na zmiany, stale próbować, nie zrażając się chwilowymi porażkami, po prostu być twórczym.

Monika uczyła się w szkole podstawowej we Wronkach i tutejszym gimnazjum. Wyniki miała bardzo dobre i bez trudu dostała się do poznańskiego Liceum Marii Magdaleny. Po raz pierwszy usłyszała wtedy: nie. Na wybranej drodze zatrzymali ją rodzice, którzy chcieli, aby dalej uczyła się we Wronkach. Kilka lat wcześniej, kiedy miała 11 lat, wykryto u niej cukrzycę. Rodzice nie chcieli, aby córka całe dni spędzała poza domem, żeby męczyły ją dojazdy do szkoły. Została więc uczennicą liceum w Zespole Szkół nr 1 im. Powstańców Wielkopolskich, czyli tzw. Szkole na Leśnej.

Monika Kijek docenia lata spędzone w tej szkole. Tam miała początek jej miłość do teatru i przyjaźnie, które trwają do dziś. Wszystko dzięki „Odgrywanym Kapslom” − teatrowi prowadzonemu przez Ilonę Fudali − polonistkę i reżyserkę. Działający od 1998 r. zespół od samego początku wystawiał duże, kilkuaktowe spektakle, choć miał jeszcze wówczas charakter typowo szkolny. Obecnie „Odgrywane Kapsle” stanowią sekcję Wronieckiego Ośrodka Kultury i grają w nim osoby w różnym wieku. Monika Kijek od czasów szkoły gra niemal w każdym spektaklu; pod koniec 2019 r. wystąpiła w głównej roli w „Pani Prezesowej” − francuskiej farsie Maurice’a Hennequina i Pierre’a Vebera. Nie tylko grała gwiazdę operetki, która uwikłana została w ciąg zabawnych zdarzeń. Po prostu była gwiazdą tego przedstawienia, którego ważną częścią były piosenki śpiewane do wykonywanej na żywo muzyki.

Cukrzyca przeszkodziła jej tylko w jednym występie – w czasie konkursu recytatorskiego w czasach szkolnych. Usłyszała wtedy od swojego nauczyciela słowa przeprosin: „Nie powinienem wysyłać cię na ten konkurs, przecież nie jesteś zdrowa”. Monika jednak postanowiła wówczas coś zupełnie innego: „Nie będzie choroba niszczyć moich marzeń o scenie”. Na swojej drodze spotkała lekarza, który pokazał jej, że cukrzyca może ją wiele nauczyć. Dzięki chorobie stała się bardziej zorganizowana, odpowiedzialna i dojrzała. Nigdy więcej nie zasłabła na scenie.



Kiedy mówić: „tak”, kiedy: „nie”

Rodzice sądzili, że Monika zwiąże swoją przyszłość z medycyną. Wybrała kierunek „analityka medyczna” na Wydziale Farmacji i została przyjęta. Jednak sama powiedziała wtedy: „Nie, chcę spróbować innej drogi”.

Postanowiła przygotować się do egzaminów do szkoły teatralnej. Przez rok uczyła się w Lart Studio − prywatnej szkole aktorskiej w Krakowie. To był dla Moniki czas pięknego rozwoju: poznawanie swoich nowych możliwości, regularne wizyty w teatrach i legendarnych miejscach związanych z krakowską bohemą. To także poznanie brudnej strony artystycznego życia i uświadomienia sobie: w to chcę wchodzić − to nie należy do świata moich wartości.

Monika Kijek pomyślała też o sprawdzeniu się w dziedzinie wokalnej. Od piątego roku życia śpiewała w chórku kościelnym, w 2013 r. postanowiła wystartować w 3. edycji niezwykle popularnego wówczas talent show X Factor. Doszła daleko, bo odpadła tuż przed odcinkami na żywo, ale usłyszała wiele bardzo dobrych opinii o swoich umiejętnościach wokalnych.

Zdecydowała się zdawać egzaminy do kilku szkół aktorskich, jednak wszędzie słyszała: „Nie ciebie szukamy”. W szkole krakowskiej znalazła się tuż pod listą przyjętych, był to czas wyczerpujący emocjonalnie i fizycznie. Po niepowodzeniach musiała zadać sobie pytanie, co robić dalej: zaufać swojej intuicji, dalej próbować sił na scenie, czy zrezygnować i poszukać innej drogi.



Wróciła do Wronek i zatrudniła się w pizzerii. Postanowiła dać sobie czas. We wrześniu zadzwoniła do niej koleżanka i powiedziała, że Akademia Muzyczna w Gdańsku prowadzi dodatkową rekrutację na wydział wokalno-aktorski. Monika na nic się nie nastawiała, poza tym wiadomo było, że komisja w pierwszym naborze przyjęła 5 dziewcząt i teraz przede wszystkim szuka chłopaków.

Tym razem jednak się udało i Monika Kijek została jedną z 10 … dziewcząt na roku. Musiała w ciągu semestru nadrobić braki z podstaw teorii muzyki, gdyż nie kształciła się wcześniej w szkole muzycznej. Znalazła nowe przyjaźnie, dużo się nauczyła, ale przeżyła też sporo rozczarowań. Spodobał jej się − na przykład − dubbing. Dziś można ją usłyszeć w niewielkich rolach w serialu „Wiedźmin”, choć kiedyś usłyszała, że dubbing to coś, z czym powinna dać sobie spokój. Nic nie jest jej dane, stale musi walczyć, pokonywać własne ograniczenia. I uczy się pokory.

W ostatnich latach stale była w rozjazdach. Występowała, między innymi, na deskach Teatru Nowego w Poznaniu, Teatru Palladium w Warszawie, Opery Bałtyckiej i Teatru na Plaży w Sopocie. Cennym doświadczeniem była rola w musicalu „Shrek”, zrealizowanym w teatrze Uckermärkische Bühnen w niemieckim Schwedt. Wystąpiła w kilku rolach, w tym nastoletniej Fiony. Ta pierwsza premiera Moniki Kijek poza Polską była dla niej sporym wyzwaniem (nauka niemieckiej fonetyki), ale sprawiła jej bardzo wiele radości. Później odbyły się dwa koncerty dyplomowe, podczas których zaprezentowała w sumie 30 utworów, i obrona pracy magisterskiej na temat wpływu filmów Disneya na musical na Brodwayu.



Działo się tyle, że pomyślała o potrzebie stabilizacji. W listopadzie 2019 r. uzyskała certyfikat Studia Piosenki „Metro” w Warszawie − projektu edukacyjnego teatru muzycznego Studio Buffo, prowadzonego przez Janusza Józefowicza i Janusza Stokłosę. Dzięki temu mogła wystartować jako osoba prowadząca Studio Piosenki „Metro” w Poznaniu. Ucząc na warsztatach wokalno-aktorskich, między innymi we Wronkach i w Szamotułach, odkryła wielką przyjemność dzielenia się swoimi umiejętnościami z młodymi ludźmi, którzy chcą podążać drogą podobną do tej, którą wybrała ona sama. Zajęcia odbywają się w różnych grupach wiekowych, a najlepsi będą mieli możność zagrania w musicalu.

Nie oznacza to jednak, że Monika Kijek rezygnuje z własnej drogi artystycznej. Będzie nadal uczestniczyć w castingach, na pewno nie zrezygnuje z grania, bo scena jest miejscem, które kocha.

Szuka prawdy w sztuce i jest po prostu prawdziwym człowiekiem. Od dłuższego czasu działa jako wolontariuszka organizacji Red Noses International. Jako clown odwiedza dzieci w szpitalach, daje im radość, pomaga zapomnieć o chorobie i lęku. Ta działalność też jest dla niej czymś ważnym.


Z Januszem Józefowiczem i Januszem Stokłosą – Studio Piosenki „Metro” w Warszawie, listopad 2019 r.


Ukształtowało ją rodzinne miasto

Na początku 2020 r. Monika Kijek otrzymała wyróżnienie „Duma Wronek”. Jak sama mówi, wszystko, co ma, zawdzięcza rodzinnemu miastu. Tu się przecież wszystko zaczęło… To, co dostała, stara − choć w części − oddawać Wronkom w czasie przedstawień, koncertów i warsztatów. Wie, że cokolwiek by się stało, będą z nią rodzice i przyjaciele. Lubi tu wracać. Teraz, gdy zamieszkała w Poznaniu, będzie mogła przyjeżdżać jeszcze częściej.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Monika Kijek – aktorka z Wronek2020-02-11T00:45:30+00:00

Projekt rozbudowy Szamotuł z 1933 r.

Projekt rozbudowy Szamotuł z 1933 r.

Wielkie Szamotuły

W 1933 r. „Gazeta Szamotulska” opublikowała cykl artykułów poświęconych projektowi rozbudowy Szamotuł (nr 88-92), zatytułowany Szamotuły w przyszłości. Artykuły połączyliśmy w jednym tekście i zamieszczamy z niewielkimi zmianami (skrócono głównie artykuł z numeru 88 − prezentujący rozbudowę miasta w okresie po odzyskaniu niepodległości). Jak zatem 90 lat temu wyobrażano sobie rozwój Szamotuł? Warto zapoznać się z tym materiałem i porównać ze stanem współczesnym.

***


Pocztówka z 1907 r. Źródło: Powiat szamotulski na dawnej pocztówce (1897-1945), Szamotuły 2002.


Cztery kościoły, siedem szkół, liczne parki i boiska, tereny wystawowe i rozrywkowe, stadion, szpital centralny, hale targowe…

Takie i inne projekty na przyszłość przewiduje plan rozbudowy miasta Szamotuł, opracowany przez radcę E. Chmielewskiego, świeżo zatwierdzony przez Dyrekcję Robót Publicznych przy Urzędzie Wojewódzkim.

[…]

Źródła: 1. plan  Szamotuł z 1906 r. z późniejszymi zmianami (przygotowany przez firmę Heinricha Schevena w związku z budową sieci wodociągowej), Muzeum-Zamek Górków; 2. plan Szamotuł z 2016 r. (Pietruska & Mierkiewicz, Wydawnictwo i Bank Geoinformacji Sp. z o.o.;  http://www.szamotuly.pl/pl/plan-miasta.html

Na przedmieściu obrzyckiem

Rozbudowa przyszłych Szamotuł przewidziana jest w kształcie koła, z centrum w samym Rynku. Koło będzie nieco wydłużone w dwóch kierunkach, mianowicie w pobliżu toru, wiodącego do Wronek, i w pobliżu toru poznańskiego, mniej więcej przy budce dróżnika kolejowego na wprost Kępy.

Zacznijmy przechadzkę po wielkich Szamotułach.

Idziemy więc ul. Obrzycką [1], od placu Sienkiewicza. Obok cmentarza żydowskiego idzie jedna z bocznych ulic, która łączy się wprost z obecnie istniejącą ulicą, wiodącą z terenu zamkowskiego do ul. Nowowiejskiej [2] Ulica ta na prawo [precyzyjniej: na zachód – przyp. red.] (nazwijmy ją ulicą Maksa Rabesa, znanego malarza z Szamotuł) przejdzie obok byłego Urzędu Skarbowego przez ulicę Sądową [3], i złączy się z ulicą Cmentarną, która również będzie wyprostowana i nie pójdzie obok sądu i więzienia, raczej wysunięta będzie nieco na prawo [4].

Druga boczna ulica ciągnąć się będzie w pobliżu obecnie istniejącej, tuż przy nowo wzniesionym budynku mieszkalnym. Następna boczna ulica projektowana jest poprzez obecny wjazd do zakładów graficznych J. Kawalera [5] obok cegielni w górę wiaduktem kolejowym. Drugi wiadukt kolejowy znajdować się będzie na tej samej ulicy, wiodącej ponad torem kolejowym do Ostroroga [6]. My wracajmy do ul. Obrzyckiej.

Nowa ulica (nazwijmy ją ul. Graficzną) będzie miała połączenie wprost z drogą, wiodącą do Szczuczyna, by później połączyć się znowu, z drogą, wiodącą do Piotrkówek.

Gdy skierujemy się głębiej ul. Obrzycką, znajdziemy znowu boczną ulicę, ciągnącą się na prawo i na lewo. Ta ulica ciągnąć się będzie obok obecnego lasku zamkowskiego [7].


Wjazd do drukarni od dzisiejszej ul. Powstańców Wlkp. Obok dom rodziny Kawalerów. Źródło: Maria Kuzioła, Wyszykowanie, Szamotuły 2018.


Objaśnienia

1.Obecnie ul. Powstańców Wielkopolskich. Jeszcze w 1933 r. nazwę ulicy Obrzyckiej zmieniono na Edmunda Calliera, w 1945 r. – na Bohaterów (w związku z umiejscowionym przy tej ulicy pomnikiem wdzięczności żołnierzom radzieckim), w 1957 r. nadano nazwę funkcjonującą do dziś.

2. Obecnie ul. Feliksa Nowowiejskiego (od 1946 r.). Nowa Wieś była osadą podmiejską, rozpoczynającą się u zbiegu ulic Poznańskiej, Lipowej i Obornickiej.

3. Obecnie al. 1 Maja (od ok. 1946 r.). Urząd Skarbowy w latach 1928-33 mieścił się  budynku naprzeciwko sądu (dziś nr 12); od 1933 była to siedziba komendy powiatowej Policji Państwowej.

4. Por. dzisiejszy przebieg ul. Targowej.

5. Zakłady graficzne Józefa Kawalera mieściły się przy ul. Obrzyckiej 11 (dziś Powstańców Wlkp. 39). Kawaler do Szamotuł przeniósł firmę z Oberhausen, gdzie działała od 1906 r. Była to bardzo ważna firma międzywojennych Szamotuł. W 1950 r. zakład został odebrany rodzinie Kawalerów i upaństwowiony. Firma powróciła w 1992 r. jako Szamotulska Drukarnia im. Józefa Kawalera (siedziba dawnego zakładu już nie istnieje). Por. http://regionszamotulski.pl/firmy-w-szamotulach-w-okresie-miedzywojennym-wystawa/.

6. Drugi wiadukt nad torem do Ostroroga – pomyłka w opisie. Tor ten biegnie po drugiej stronie ul. Ostrorogskiej (równolegle do niej), do której dochodziłaby projektowana ulica.

7. Por. dzisiejsza ul. Leśna.

Tuż przy lasku wznosić się będzie nowy kościół katolicki, w obramowaniu wielkiego parku. Zapewne las będzie częścią składową tego parku. Do nowego kościoła prowadzić będzie piękna wielka, nowoczesna ulica z placu Sienkiewicza obok domu pastora poprzez cmentarz ewangelicki i żydowski [8], samym środkiem pomiędzy ul. Obrzycką a drogą Szczuczyńską.

Piękność tej ulicy wyobrazimy sobie, jeżeli dodamy, że sama jezdnia wynosić będzie 12 m szerokości. O co projektodawcy chodziło przez wystawienie kościoła przy lasku zamkowskim, aż tak wysoko wysuniętego na północ? Dlaczego projektodawca nie wystawił kościoła w Mały Gaju? Prosta rzecz! Projektodawcy chodziło o wielkie Szamotuły. Przez wystawienie kościoła rozbudują się Szamotuły nie tylko przed kościołem, ale także za kościołem. I wtedy istnieje możliwość, że… Mały Gaj będzie przedmieściem Szamotuł. Można się w tem miejscu śmiać, serdecznie i długo. Ale przecież to jest tylko projekt, projekt może fantastyczny, tak samo fantastyczny, jaką dawniej uchodziła niejedna powieść J. Vernego.

A teraz przejdźmy przez. ul. Obrzycką i udajmy się ul. Graficzną — jak nazwaliśmy ad hoc ulicę, mającą być przeprowadzoną obok zakładów J. Kawalera. Ulicą tą dostaniemy się na teren obok cegielni [9]. Tutaj ma być wybudowany nowoczesny gmach szkoły powszechnej, (połowa gmachu dla chłopców, a druga połowa dla dziewcząt). Stawek cegielniany będzie zasypany, a na miejsce jego powstanie boisko, także do użytku szkoły.

[…]

8. Cmentarze ewangelicki i żydowski ostatecznie zlikwidowano pod koniec lat 50. XX w. w czasie budowy dzisiejszego Zespołu Szkół nr 2 (internatu, budynku szkolnego i boiska). Por. http://regionszamotulski.pl/andrzej-j-nowak-norman-sherran-w-poszukiwaniu-korzeni/. Dawna pastorówka to budynek przy pl. Sienkiewicza nr 14.

9. Przy ul. Wiosny Ludów od 1872 r. firmę budowlaną z tartakiem i cegielnią prowadził Henryk Wysocki (od 1924 r. ulicę tę nazwano właśnie ul. Henryka Wysockiego. W okresie międzywojennym właściciele firmy się zmieniali.

Zamek i przedmieście obornickie

Teraz skierujemy się z pl. Sienkiewicza […] przez ulicę Wroniecką do ul. Garncarskiej. Na wprost ulicy Szerokiej [10] dojdziemy do wielkiej bramy prowadzącej na tereny wystawowe. Tereny te znajdują się obecnie przy Zamku i w parku zamkowskim. Na przyszłość przewiduje się urządzenie tu wystaw rolniczych, przemysłowych i ogrodniczych. Takich wystaw Szamotuły nie pamiętają, więc i gdyby obecnie urządzono wystawę na przykład „Przemysł rolniczy ziemi szamotulskiej”, byłoby to dla grodu naszego atrakcją nie lada.

A co będzie z basztą, która znajduje się przecież na tych terenach? Pomysłowy projektodawca uczynił z baszty muzeum regionalne. Tak! Muzeum Ziemi Szamotulskiej! Są to marzenia wszystkich gorących regionalistów, a więc także oddziału Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Realizacja tego projektu nie potrzebuje być obliczona na lat 10 czy 20. Muzeum moglibyśmy utworzyć w najbliższej przyszłości. Trzeba byłoby tylko zrobić jeden i drugi dobrze umotywowany wniosek do rządu (szczególnie do Ministerstwa Reform Rolnych), a także wejść w serdeczny kontakt z dzierżawcą Zamku, panem porucznikiem Matuszewskim, któremu dobrej woli nigdy nie braknie, gdy chodzi o rzecz ważną [11].

[…]


Zamek w Szamotułach w latach 20. XX w. – obraz (nazwisko autora nieczytelne), w: Opis Warsztatów Rolnych w powiecie szamotulskim (Wielkopolska) dla wycieczek P.W.K., Szamotuły 1929. Źródło: Polona


10. Obecnie ul. Braci Czeskich (od 1956 r.)

11. Cezary Matuszewski był dzierżawcą majątku Szamotuły-Zamek w latach 1921-1934. Por. artykuł http://regionszamotulski.pl/majatek-szamotuly-zamek-w-okresie-miedzywojennym-kariera-i-upadek-porucznika-cezarego-matuszewskiego/.

Teren w stronę Szczuczyna przeznaczony jest na tereny rozrywkowe, które graniczyć się będą z drogą szczuczyńską, drogą Piotrkówka i promenadą okrężną (ciągnącą się wokół Szamotuł).

Z terenów rozrywkowych przechodzimy ulicą Rabesa do końca ulicy Nowowiejskiej. Ten teren ciągnący się stąd do ul. św. Stanisława i 3 Maja, nazwijmy dla orientacji przedmieściem obornickiem.

Przy końcu ulicy Nowowiejskiej po prawej stronie mieścić się będzie nowe boisko sportowe, a przy niem znowu szkoła powszechna, otoczona wokół morzem zieleni. Jest to już druga szkoła powszechna wzniesiona przez projektodawcę.

Promenadą okrężną dostaniemy się na kraniec miasta i koniec ul. Obornickiej. Tu, po dwu stronach szerokiej jezdni (12-metrowej) ciągnąć się będą bogate w zieleń promenady, kryjące poza koronami drzew z lewej strony wielki nowoczesny szpital centralny, a z prawej obszerne budynki administracyjne szpitala. Szpital ten nie będzie wcale konkurencją dla zakładu św. Józefa, którego szpital dla miasta w obecnem stanie jest aż nadto wystarczający. Ale dla przyszłych wielkich Szamotuł Zakład św. Józefa [12] będzie tem, czem wobec znacznego przyrostu dzieci byłaby dziś jedyna szkoła przy ul. Kapłańskiej.


Zakład św. Józefa, 1930-39. Źródło: Szamotuły na dawnej pocztówce (1898-1939), Szamotuły 2000.


12. Zakład św. Józefa – w 1894 r. siostry ze zgromadzenia Służebniczek Maryi zbudowały przy ul. Sukienniczej własny dom zakonny, w którym prowadziły ochronkę, pokoje dla sierot i lazaret (szpital). Początkowo mieściło się w nim 20 łóżek dla chorych. W latach 1929-30 do niewielkiego szpitala dobudowano nowy gmach.

Gdy skierujemy kroki swoje w stronę centrum miasta, znajdziemy w połowie drogi od centralnego szpitala do ul. Nowowiejskiej obszerne Hale Targowe, wznoszące się po obu stronach ulicy − promenady (mniej więcej za obecnemi zabudowaniami). O takich halach dla siebie myśli od lat kilku Poznań i projektu takiego nie może zrealizować. Nie znaczy to, by Szamotuły nie umiały, albo nie byłyby w możności scentralizować ruch targowy. Jest to raczej mniej fantastyczne od np. projektu wybudowania centralnego szpitala.

Tereny wystawowe kończyć się będą przy ulicy nazwanej przez nas imieniem Rabesa (Szamotuły – dwór).

Plac, mieszczący się przy zbiegu ulic: Obornickiej, Nowowiejskiej, Lipowej i Poznańskiej (obok hotelu p. Sundmanna), ma być utworzony w regularny czworokąt przez wycięcie częściowo narożników ulic. Likwidacji miałby ulec także budynek narożnikowy własność p. Juśki [13], a także częściowo przebudowie hotel Sundmanna [14]. Projekt ten nie tylko dzisiaj, ale w przyszłości będzie trudny do wykonania. Właściciele tych kamienic na pewno sprzeciwią się projektowi (mogli to zresztą uczynić przed zatwierdzeniem planu przez władze wojewódzkie), gdyż nie będą chcieli niszczyć budynków kilkupiętrowych.


Baraki, okres 1. wojny światowej. Źródło: Widoki Powiatu szamotulskiego na starych pocztówkach (1898-1945), Szamotuły 2016.


13. Ul. Lipowa 1.

14. Ul. Poznańska 22. Hotel oraz sala widowiskowa (największa w mieście) powstały na początku XX w. W sali Sundmanna odbywały się różnego typu uroczystości, przedstawienia i koncerty (jeszcze do końca lat 60. XX w.). Od 1921 r. do 2. wojny mieściło się tam także kino „Monopol” (początkowo działające nieregularnie).

Ulicą Lipową (uchodzącą obecnie za najludniejszą i największą ulicę Szamotuł) dostaniemy się na narożnik ulicy 3 Maja. Naturalnie ulica Lipowa będzie zupełnie zabudowana budynkami mieszkalnemi. Ul. 3 Maja łączyć się będzie wprost z ulicą św. Stanisława, więc i tu małe domki narożnikowe ulegną w przyszłości likwidacji. Baraków, czyli tzw. „Wesołego miasteczka”, ukrywającego się wstydliwie za nowym dwupiętrowym gmachem, nie będzie [15]. Na miejsce ich planowane są piękne wille.

Ulica św. Stanisława będzie przedłużona i łagodnym łukiem w lewo złączy się przy halach targowych z ulicą Obornicką. W połowie ulicy św. Stanisława stanie Dom Ludowy. Będzie to gmach z salami do zebrań i przedstawień, pokoje do obrad zarządów organizacyj, czytelnie gazet i książek, ubikacje do gier pokojowych itp. Będzie to prawdziwy dom oświaty!

15. Baraki pomiędzy ul. Gąsawską i św. Stanisława powstały w okresie 1. wojny światowej, przeznaczone były dla rannych żołnierzy, podobnie jak budynek dzisiejszego Domu Dziecka (zbudowanego w 1912 r. jako powiatowy dom dla sierot po żołnierzach). W latach 20. baraki zostały zaadaptowane na mieszkania. Ostatni tego typu budynek stał do połowy lat 70. XX w.

W dzielnicy przemysłowej

Z przedmieścia obornickiego przejdźmy się ulicą 3 Maja do ulicy Chrobrego. […]

Wiemy już z dawnych wiadomości, że obok młyna braci Koerpel powstanie w niezadługiej przyszłości gmach fabryczny meblarni Koerpel. Obecna meblarnia przy ul. Dworcowej przeniesiona zostanie do nowego gmachu, który będzie zapewne drugim „drapaczem chmur” w Szamotułach [16].

Teren w głębi, za młynem, obok tak zwanej parowozowni, na szerokości od toru do ul. Chrobrego przeznaczony jest na place kolejowe (na rozmaite składnice materiałów kolejowych) i budynki mieszkalne dla rodzin kolejarzy.


„Drapacze chmur” – młyny firmy Bracia Koerpel, zdjęcie z okresu 2. wojny światowej. Fotopolska


16. Młyn parowy braci Koerplów (Karola i Maxa) zaczął działać na przełomie XIX i XX w. przy ul. Dworcowej. W 1905 został rozbudowany, a obok powstał zakład produkujący meble. Na początku 1928 r. uruchomiono nowy – bardzo nowoczesny na tamte czasy – młyn przy ul. Bolesława Chrobrego (inwestycja następnego pokolenia – kuzynów Herberta i Juliusa). W 1933 r. zapowiadano także budowę nowej meblarni, także przy ul. Chrobrego, jednak do inwestycji nie doszło. Por. http://regionszamotulski.pl/firmy-w-szamotulach-w-okresie-miedzywojennym-wystawa/.

Niemałą sensacją jest projekt wybudowania linii kolejowej do Obornik. Linia ta według projektu ma biec w kierunku Poznania, a za pierwszą budką dróżnika kolejowego skieruje się na prawo [precyzyjniej: na wschód − przyp. red.], pójdzie za terenami wojskowemi do Kępy. Wioska Kępa będzie pierwszą stacją kolejową tej linii.

Od tej linii pójdą liczne bocznice na tereny wojskowe i na tak zwaną dzielnicę przemysłową. Zanim omówimy ten teren, zatrzymajmy się na chwilę przy terenach wojskowych.

Tereny te ciągną się tuż przy torze kolejowym do obecnej ulicy Koszarowej (naprzeciw dworca osobowego) [17], obejmują boisko sportowe i graniczą się niemal z ul. 3 Maja, a na północno-zachodzie z ul. Lipową. Na wschodzie sięgają granic Kępy [18].

Boisko będzie tu zupełnie zniesione [19]. Sportowcy znajdą w przyszłości odpowiednie locum na kilku innych boiskach, a także na wielkim stadionie, o którym napiszemy w następnym odcinku.

Co Ministerstwo Spraw Wojskowych zamierza z tym terenem uczynić, oficjalnie nic nam nie wiadomo. Pewne jest atoli to, że i te pola nie będą leżały odłogiem i zostaną zabudowane.


„Gazeta Szamotulska” 1933, nr 60.


17. Ul. Koszarowa – odcinek dzisiejszej ul. Stanisława Staszica (pomiędzy Dworcową i Sportową).

18. O planach sprowadzenia do Szamotuł w latach 20. XX w. jednostki wojskowej – por. http://regionszamotulski.pl/majatek-szamotuly-zamek-w-okresie-miedzywojennym-kariera-i-upadek-porucznika-cezarego-matuszewskiego/.

19. Boisko powstało w 1923 r. W tym samym czasie zbudowano także prowadzącą do niego ul. Sportową.

Z terenów wojskowych przechodzimy na tereny przeznaczone pod budowę specjalnej dzielnicy przemysłowej. Projektuje się tę dzielnicę pomiędzy ulicą Gąsawską do ulicy Lipowej (po obu stronach ulicy, poza budynki Łączkowskiego [20], aż do toru kolejowego Szamotuły − Oborniki). Przyszłych wielkich Szamotuł dzielnica przemysłowa będzie chlubą i jednem z pierwszych źródeł dochodów.

Dziś co prawda poza fabryką maszyn braci Gielniak [21] − no i poza wiatrakiem przy ulicy Gąsawskiej − żadnego innego przemysłu nie ma. Troską jednakże władz miejskich w przyszłości będzie skierowanie wielkiego przemysłu w tę właśnie okolicę.

Zależeć również to będzie od prywatnej inicjatywy, która − śmiemy wierzyć − po ominięciu nas kryzysu gospodarczego, stanie na właściwym poziomie.

Obecnie odległa od centrum Kępa będzie w skutek tego przedmieściem Szamotuł. Jesteśmy optymistami i twierdzimy, że Kępa będzie dla przyszłych Szamotuł tem, czem dla Poznania są obecnie Jeżyce. A śmiejemy się serdecznie z kronik sprzed trzydziestu laty, które głosiły, że na pożar przy Starym Rynku przybyła także straż pożarna nawet z odległych Jeżyc.

20. Dziś Lipowa nr 29.

21. Lipowa nr 21 (dawniej nr 15).

Przedmieście Świdlina

Chociaż teren opisywany nie ogranicza się jedynie do dawnej Świdliny (dziś jeszcze u starszych ludzi tak jest pozwana okolica przy ulicy Chrobrego i przy ul. Strzeleckiej), lecz także obejmuje teren południowy do tak zwanych parcel przy ulicy Jastrowskiej i Ostrorogskiej, to jednakże dla orientacji tylko nazywamy tę część miasta przedmieściem Świdliną [22]. A więc zacznijmy od ulicy Chrobrego. Na granicy miasta, w kierunku Piaskowa, naprzeciwko dwóch ostatnich budynków mieszkalnych przy ul. Chrobrego, znajduje się teren, który jest przeznaczony na wielki cmentarz grzebalny [23].

Stąd, aleją okrężną dojdziemy do nowego boiska (trzeciego z rzędu), otoczonego wokoło bogatą zielenią.

Niedaleko boiska, za Przytuliskiem [24], dostaniemy się do nowego kościoła katolickiego (na lekkim wzniesieniu). Ulic do kościoła prowadzić będzie kilka. Każda z nich będzie okraszona obficie zielenią. Postawienie tu kościoła będzie nowym przyczynkiem do rozwoju i rozbudowy miasta przed i za kościołem, aż do Piaskowa. Istnieje więc i tu możliwość, że w takim stanie Piaskowo będzie również wcielone do wielkich Szamotuł.


Przytulisko. Źródło: Marian Seidel, Powiat Szamotulski. Podręcznik do nauki geografji dla szkół powszechnych powiatu, Szamotuły 1929.


22. Więcej o folwarku Świdlin (Świdlina, Świdliny) w artykule http://regionszamotulski.pl/majatek-szamotuly-zamek-w-okresie-miedzywojennym-kariera-i-upadek-porucznika-cezarego-matuszewskiego/.

23. Inwestycję tę zaczęto realizować w 1939 r. Na zaplanowanym terenie dokonano kilku pochówków, jednak w czasie okupacji miejsce zostało zlikwidowane.

24. Przytulisko dla Starców i Kalek powstało w przebudowanej dawnej stajni folwarku Świdlin przy ul. Bolesława Chrobrego (dziś nr 8). Uruchomiono je na początku 1928 r.

Opodal projektowanej budowy kościoła znajduje się − jak wiadomo − wielka dolina Samy z dwoma większemi wzgórzami. Tutaj, nieco w kierunku Piaskowa, projektodawca naznaczył w planie rozbudowy także pływalnię i plażę.

Tego u nas istotnie brak, bo jeziorko przy „Strzelnicy” [25] (żartobliwie nazywane z powodu błota „radioaktywne”) jest tego bardzo kiepską namiastką. Może zresztą myśl budowy pływalni nasunęli projektodawcy ci, którzy za terenami cukrowni kąpią się w samowolnie pogłębionej i poszerzonej Samie i plażują na jej brzegach. Ale jest tu zdaje się czysta, bieżąca woda, czego jeziorko ma bardzo mało.

Pierwsze wzgórze, Osówka, jak obecnie, tak i później otoczone będzie pieczołowitą ochroną konserwatora państwowego, bez którego wiedzy nie wolno tu żadnych robót czynić [26]. Według podań w dawnych wiekach, na tem wzgórzu istniał zamek możnych Świdwów, otoczony naokoło fosą. Ślady po fosie są dziś jeszcze mocno wyraźne. […] Na drugim wzgórzu, tuż przy ulicy Strzeleckiej [27] wybudowana będzie znowu trzecia z rzędu nowa szkoła powszechna.

O ul. Strzeleckiej warto nadmienić, że od toru kolejowego przeprowadzona będzie na ukos, wprost do ul. 3 Maja. Obecna część ulicy, prowadząca obok starostwa, będzie zniesiona. […]

W kierunku do parcel istnieje kilka strug, które są dopływami Samy. Przy strugach tych (oczywiście oczyszczonych i splanowanych) będą planty.


Przy wieży ciśnień. 1. z prawej Józef Rybarczyk – długoletni kierownik szamotulskich wodociągów. Por. http://regionszamotulski.pl/szamotulska-wieza-cisnien/. Zdjęcie z przełomu lat 20. i 30. XX w. udostępnił Jan Kulczak.


25. Strzelnica – budynek przy szamotulskim Jeziorku (obok drogi do Gałowa) powstał ok. 1858 r., samo Bractwo Strzeleckie w Szamotułach sięga tradycjami 1649 r. W okresie międzywojennym Strzelnica (sala budynku i ogród przy nim) odgrywała ważną rolę w życiu mieszkańców miasta. Odbywały się tam spotkania, koncerty, zabawy taneczne, mieściła się też restauracja. Było to popularne miejsce „zabaw latowych” – zabaw ludowych z różnymi konkurencjami i tańcami oraz loterii, z których dochód przeznaczano na jakiś szczytny cel. Znajdowała się tam także wypożyczalnia łódek.

26. Osówka – stożkowate grodzisko na terenie między Szamotułami a Gałowem (po lewej stronie od szosy, w głębi). W czasie badań w 1973 r. wiek niewielkiego grodu i osady określono na 2. połowę XIV w. (najprawdopodobniej rezydował tam Sędziwój Świdwa, zm. 1403) Jeszcze w latach 70. grodzisko zostało zniszczone w czasie prac budowlanych prowadzonych w cukrowni.

27. Obecnie ul. Wojska Polskiego (od 1956); w latach 1950-56 – Bohaterów Stalingradu.

Gdy skierujemy się aleja okrężną z ul. Strzeleckiej, poprzez tor kolejowy, wiodący do Ostroroga, znajdziemy się w trójkącie pomiędzy jednym i drugim torem. Tu wybudowany będzie wielki stadion sportowy, z którym w porównaniu obecne boisko będzie małym placykiem. Projektodawca pragnie, by stadion ten nie ustępował stadionowi sportowemu w Poznaniu (przy Błoniach Wildeckich).

Jeśli przejdziemy przez tor wroniecki, dostaniemy się na tereny sportowo-zabawowe. Łatwo sobie zapamiętać, ze tereny te znajdują się pomiędzy torem wronieckim, ul. Cmentarną [27] a ul. Sądową.

Na koniec omówimy jeszcze jeden projekt, odnoszący sie do terenów kościelnych przy kolegiacie.

Plan przewiduje, naokoło kolegiaty, zniesienie murów, okalających teren kolegiaty, a przeprowadzenie kilku ulic. Mianowicie mała dróżka, prowadząca z parku Sobieskiego obok kolegiaty ma być rozszerzona i nie będzie się kończyć przy bramie kościelnej, lecz ciągnąć się będzie przez ogrody do ul. Sądowej, równolegle nieomal z ulicą Kapłańską.

Ulica Kościelna poprowadzić ma przez teren kościelny do uliczki przy łąkach, a stąd wprost do końca ulicy Cmentarnej przy przejeździe kolejowym przez obecny cmentarz. A więc do zbudowania tej drogi będzie trzeba koniecznie wnieść mocny i szeroki nasyp, dość wysoki, żeby być na równym poziomie z ulicą Kościelna i ulicą Cmentarną. Na planie nie widzimy tej części cmentarza, która jest pomiędzy planowaną ulicą a torem kolejowym. Po prostu projektodawca łatwym sposobem nieboszczyków wyniósł nie wiadomo dokąd.

Ten projekt spośród wszystkich innych jest bodaj najmniej realnym. […]


Opracowała Agnieszka Krygier-Łączkowska

28. Obecnie ul. Targowa.


W objaśnieniach wykorzystano informacje zawarte w pracy Piotra Nowaka, Szamotuły. Dzieje miasta (w druku).

Projekt rozbudowy Szamotuł z 1933 r.2020-02-06T10:01:53+00:00