About Agnieszka Krygier-Łączkowska

Autor nie uzupełnił żadnych szczegółów
So far Agnieszka Krygier-Łączkowska has created 225 blog entries.

Ewa Krygier, Dom kobiet

Ewa Krygier

Dom kobiet

Po wielu latach małżeństwa mąż powiedział mi, że kiedy braliśmy ślub i gdy syn i córka byli jeszcze mali, był przekonany, iż niedługo umrze. A ja – wspierana przez mamę i babcię – sama ich wychowam. Skąd takie (wręcz samobójcze!) przypuszczenia? Otóż mąż doskonale znał historię mojej rodziny, jako chłopiec, a później młody mężczyzna często u nas bywał, a mama i babcia bardzo lubiły wspominać dawne czasy.

Rzeczywiście, moja prababcia, babcia i mama wcześnie owdowiały. Powody stosunkowo wczesnego odejścia ich mężów były różne. Babcia i mama same wychowywały dzieci, zawsze wspierane przez swoje matki. Były to więc typowo „babskie” domy, w których walczyło się o przetrwanie, ale w których również funkcjonowało coś takiego, jak „pamięć pokoleniowa”, czynnik niezwykle mocno spajający dawne wielopokoleniowe rodziny. Kobiety łatwiej niż mężczyźni zapamiętywały różne (często zabawne) historie, lubiły je opowiadać. Może w ten sposób próbowały odwracać uwagę od nierzadko trudnej i smutnej rzeczywistości?

Moją prababcię, nazywaną przeze mnie „małą babcią”, Marię Janikową z domu Jezierską, pamiętam jak przez mgłę. Gdy została wdową, zamieszkała w Poznaniu razem z córką Jadwigą. O wiele lat przeżyła swojego męża Adama. Zmarła, kiedy miała ok. 90 lat. Urodziła troje dzieci, męża straciła chyba wtedy, gdy one już opuściły dom w Dakowach Suchych. Przeniosła się wtedy do tej córki, która najbardziej potrzebowała wsparcia. Jej córki: Jadwiga Kędzierska (moja babcia) i Zofia Janikówna (wieloletnia nauczycielka Szkoły Podstawowej im. Marii Konopnickiej w Szamotułach) często i bardzo serdecznie ją wspominały. Swojego męża poznała w czasie, gdy oboje przebywali w majątku hrabiego Bolesława Potockiego w Dakowach Mokrych. Adam Janik objął funkcję zarządcy majątku, w którym mieszkała też Maria Jezierska (była „panienką przy dworze”, gdzie przygotowywała się do dorosłego życia). Ich małżeństwo wywróżył… pies. Był taki zwyczaj, że panny w określonym dniu (ponoć w wieczór andrzejkowy) wybiegały przed dom i słuchały: z której strony zaszczekał pies, stamtąd miał się zjawić przyszły małżonek. Prababcia nie zdążyła otworzyć drzwi, gdy w sieni skoczył na nią pies. A więc mąż był już na miejscu!

Inna opowieść wyjaśnia, dlaczego prababcia żyła o wiele dłużej niż jej mąż. Podobno pradziadek lubił dobrze zjeść, mawiał: „Lepiej niech się zepsuje brzucho (!) niż te święte dary”. Natomiast według jego żony nigdy nie należy jeść „do sytości”, po odejściu od stołu trzeba zostawić trochę „wolnego miejsca w żołądku”. Może to było powodem długowieczności prababci i tego, że pradziadek umarł dużo wcześniej „rażony apopleksją”?

Z opowieści córek wyłania się postać bardzo ciepłej, serdeczniej osoby, która w domu w Dakowach Suchych (tam razem z mężem zamieszkali) pełniła rolę „szyi”, podczas kiedy jej mąż był oczywiście „głową”. Była bardzo dzielna, gdy miała już przeszło 80 lat, złamała nogę w biodrze. Przez kilka tygodni leżała nieruchomo w łóżku, po czym – przesuwając przed sobą stołek – nauczyła się ponownie chodzić, naturalnie z laseczką.


Maria Janikowa z domu Jezierska ( w środku zdjęcia), po lewej Łucja z domu Mazer (żona Ludwika Janika) z córką Bożeną (Rucińską), po prawej – Zofia Janikówna, stoi Jadwiga Kędzierska z domu Janik z córką Haliną (Kędzierską)


Szczególne miejsce w moich wspomnieniach zajmuje babcia Jadwiga Kędzierska. Nie spotkałam chyba człowieka, który tak mało jak ona uwagę zwracał na własne potrzeby, a zawsze służył innym, szczególnie najbliższym. Miała ogromne poczucie humoru, godny zazdrości dystans do siebie, złote serce i niezwykłe zdolności manualne. Była moją matką chrzestną, do niej najchętniej zwracałam się z moimi problemami. W pewnym momencie mama musiała przejąć rolę ojca, a wtedy babcia Jadzia świetnie ją zastępowała.

Wiem, że jej siostra ukończyła studium nauczycielskie, brat szkołę budowlaną w Berlinie. Gdzie i czego się uczyła babcia, nie wiem. Pisała bardzo poprawnie, świetnie liczyła, nie popełniała błędów językowych, chociaż w jej języku było dużo germanizmów, które weszły do gwary poznańskiej (np. ryczka). Babcia lubiła za to wspominać zabawne historyjki ze swojego życia. Kiedy przyjechała do Poznania, została kasjerką w dużym sklepie ze słodyczami przy placu Wolności. Właściciel powiedział, że może ich zjeść tyle, ile chce, ale nie wolno nic wynosić do domu. Pierwszego dnia babcia próbowała wszystkiego, dziwiła się tylko, że pozostałe pracownice w ogóle nie sięgają po te cuda. One tylko się śmiały i mówiły: „Porozmawiamy jutro”. Gdy nastało „jutro”, babcia do nich dołączyła. Często z dumą przytaczała zdanie swojego szefa: „Dlaczego tylko Janikównie zawsze zgadza się kasa?” A były to przecież czasy, gdy kasjerki pracowały metodą „Spuszczam 7, 3 w rozumie” (określenie Jacka Fedorowicza).

Na początku XX w. wyszła za mąż za Teodora Kędzierskiego, „przedstawiciela handlowego”, który z racji wykonywanego zawodu często bywał poza domem. Od 1908 r. (rok urodzin mojej mamy – jedynaczki) czekały na niego 3 kobiety! Dziadkowie Kędzierscy idealnie do siebie pasowali: mieli podobne podejście do życia, dystans do siebie samych i poczucie humoru. Babcia wspominała ze śmiechem, jak to na ślub i wesele syna przyjechała ze (Śremu? Środy?) jej przyszła teściowa i cały czas płakała! Dziadek odprowadził ją na dworzec, a po powrocie powtórzył ze śmiechem jej zdanie: „Nie dość, że wziąłeś za żonę biedną dziewczynę, to jeszcze z krzywymi nogami”. Bardzo się z tego śmiali. Nie wyobrażam sobie mojego ojca lub męża powtarzających nam takie stwierdzenie. Widocznie dziadek Teodor był pewien, że babcię po prostu rozśmieszy.


Jadwiga z domu Janik (1883-1976) i Teodor (ok. 1880-1916) Kędzierscy, zdjęcia z ok. 1905 r.


Spokojne, pogodne lata wkrótce się skończyły. Wybuchła I wojna światowa, dziadek został wcielony do armii pruskiej i wysłany na front zachodni, gdzie ciężko zachorował na serce. Przywieziono go do Poznania, umieszczono w lazarecie. Babcia dyżurowała przy nim dzień i noc, a małą Halinką opiekowała się jej babcia – Marysia. Któregoś dnia babcia Jadzia na chwilę wyszła do domu, gdy wróciła, zastała puste łóżko, a pielęgniarka obojętnym głosem poinformowała ją, że „ten pacjent” leży już w kostnicy, a ona szykuje miejsce dla następnego żołnierza. Wtedy babcia zemdlała i osunęła się na ziemię. Był to chyba jedyny w jej życiu przypadek. Mieszkałam później z babcią wiele lat, wiele przeżyłyśmy. Nawet w czasie powstania warszawskiego była spokojna, opanowana, robiła wszystko, żebyśmy oboje z bratem (ja lat 11, brat – 6) nie wpadli w panikę.

Babcia Jadzia po śmierci męża musiała szybko wrócić do rzeczywistości, bo została jedyną żywicielką i głową kobiecej rodziny. Matka prowadziła dom, córka Halina się uczyła, a ona podjęła pracę zawodową. Została szefową kancelarii działacza PSL-Piast prof. Franciszka Michałkiewicza, który skupił wokół siebie członków partii i wydawał czasopismo („Piast Wielkopolski” – może jakiś dodatek do ogólnopolskiego tygodnika). Pensja babci była kiepska, dostawała ją nieregularnie, bo wpływy do kasy partii były mizerne. Po skończeniu szkoły moja mama dołączyła do zespołu gazety, utrzymywała kontakty z dziećmi prenumeratorów, pisała jakieś teksty jako „ciocia Halinka”. Babcia Jadzia musiała dorabiać: zorganizowała więc w domu przy ul. Kwiatowej stołówkę, wydawała przy pomocy prababci smaczne obiady. Wynajmowała też chyba jeden z pokoi.


Halina Kędzierska z matką Jadwigą, ok. 1926 r.


Kiedyś w redakcji zjawił się młody, wysoki student prawa Zygmunt Budzyński, który przyjechał do Poznania ze wsi położonej w pobliżu Brześcia Kujawskiego. W Guźlinie jako najstarszy syn miał objąć gospodarstwo, największe we wsi i świetnie prosperujące. Ubłagał jednak rodziców, żeby pozwolili mu studiować, a on zobowiązał się zrezygnować ze spadku i sam na siebie zapracować. Podjął więc współpracę z czasopismem PSL Piasta. Od razu wpadła mu w oko energiczna brunetka, młodsza od niego o 8 lat. Szybko zdobył serce dziewczyny i sympatię jej matki. Chciał wynająć pokój u babci, ale ona, chociaż nie była szczególnie pruderyjna, wolała ograniczyć jego wizyty przy ul. Kwiatowej do stołowania go. Po kilku latach, gdy ów młodzieniec skończył studia, podjął pracę sędziego w Sądzie Grodzkim we Wronkach. Chyba rzadko spotkać można tak dobrany, zaprzyjaźniony duet teściowej i zięcia. Do końca jego życia pozostawał dla babci Jadzi wzorem cnót wszelakich, a w chwilach drobnych sporów córki z zięciem na ogół stawała po jego stronie!

Kiedy wracam myślami do wspomnień babci i mamy, przypominam sobie postać Stanisława Mikołajczyka, który swoją polityczną karierę zaczynał właśnie w poznańskim biurze PSL Piast. Jak wiadomo, po latach został na krótko wicepremierem powojennego rządu. Wtedy jednak przyjechał ze wsi do Poznania i pod czujnym okiem babci Jadzi obracał koperty „na lewą stronę” i je sklejał, aby mogły wrócić do obiegu, a trochę pieniędzy pozostawało w kasie. Stołował się również u babci Jadzi. Kiedy po wizycie w Moskwie w r. 1945 zjawił się w Polsce i został wicepremierem, a my przebywaliśmy w Krakowie, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, czekaliśmy na powrót tatusia z oflagu, a w zburzonej Warszawie nie mieliśmy czego szukać, babcia napisała do Stanisława Mikołajczyka list z prośbą o jakąkolwiek pomoc, nie doczekała się jednak żadnej reakcji. Mnie i moim najbliższym adresat tego listu chyba już na zawsze będzie się kojarzył z klejeniem kopert!

Maria Janik z domu Jezierska (ok. 1855-1938), zdjęcie z ok. 1880 r.

Adam Janik (1849-ok. 1905)

Dzieci Marii i Adama Janików: Jadwiga (ur. 1883), Ludwik i Zofia (ur. 1885 r.)

Jadwiga Kędzierska z córką Haliną, ok. 1916 r.

Halina Kędzierska, ok. 1918 r.

Halina Kędzierska, ok. 1926 r.

Halina Budzyńska z Ewą, 1934 r., Wronki

Halina Budzyńska z Ewą, ok. 1937 r., Poznań

Jadwiga Kędzierska, Józef Budzyński (ojciec Zygmunta), Zofia Janikówna, 1938 r., Poznań

Zofia Janikówna z Ewą, 1938 r., Poznań

Halina Budzyńska z Ewą i Krzysiem, początek 1939 r., Warszawa

Halina Budzyńska z Krzysiem, 1942 r., taras domu w Warszawie

Halina Budzyńska z dziećmi, 1942/43, Warszawa

Halina Budzyńska z Krzysiem, 1942/43, Warszawa

Halina Budzyńska, 1945 r.

Jadwiga Kędzierska, 1946 r.

Halina Budzyńska, 1947 r.

Halina Budzyńska, ok. 1970 r.


Moi rodzice pobrali się w 1930 roku, mama przeniosła się do Wronek. Tam ja się urodziłam, w 1935 r. przenieśliśmy się do Poznania, gdzie z kolei w 1938 r. urodził się mój brat. Tak więc stosunek sił męsko-damskich wynosił 2:2. Krótko przed wojną ojciec służbowo przeniesiony został do Warszawy. Razem z nami przeprowadziła się babcia Jadzia. Ostatnie przedwojenne wakacje spędziła u nas siostra babci Zofia Janikówna ze swoją przyjaciółką, również nauczycielką, Stefanią Jancówną. Wybuchła wojna i nie zdążyły wrócić do Szamotuł. Tatuś w sierpniu 1939 r. został zmobilizowany, 3 września znalazł się w niewoli niemieckiej. I tak w naszym mieszkaniu przy ul. Brzozowej znalazło się 5 kobiet i 1 „mężczyzna” – nie mający jeszcze roku Krzyś. Zgodnie z poleceniem ministerstwa sprawiedliwości uciekliśmy do Dubna w województwie wołyńskim, a w kwietniu 1940 r. udało się nam wrócić do Warszawy.


Halina z domu Kędzierska (1908-1997) i Zygmunt (1900-1946) Budzyńscy z Ewą, ok. 1937 r., Poznań


Trzeba było jakoś sobie radzić i dzieciom stworzyć w miarę bezpieczny (o ile to w ogóle było możliwe) dom. Mama i p. Stefa znalazły pracę: mama w biurze spółdzielni mleczarsko-jajczarskiej (codziennie przynosiła do domu stosy jakichś materiałów, które pomagał jej segregować nasz sąsiad, bo mama miała o istocie swojej pracy dość blade pojęcie), pani Stefa przy jakimś biurze prowadziła stołówkę. Babcia zajmowała się gospodarstwem domowym, zawsze prawie z niczego udawało się jej wyczarować jakąś potrawę, tak że mimo wszelkich trudności nigdy z bratem nie byliśmy głodni, nawet w czasie powstania, które spędziliśmy w piwnicach kilku domów. Ciocia Zosia opiekowała się Krzysiem, a ze mną przerabiała materiał pierwszych klas szkoły podstawowej.

Wszystkie 4 nasze opiekunki robiły, co się dało, żeby odcinać nas od potworności wojny (czego nie dało się w czasie powstania warszawskiego, które na Starówce miało przebieg wyjątkowo okrutny), zdobywały pieniądze na utrzymanie, karmiły nas, sprowadzały znajomych lekarzy, gdy zaszła taka potrzeba. Dbały o to, żebyśmy zimą nie marzli (w czasie wojny nie działały kaloryfery, więc mama zdobyła gdzieś tzw. „kozy”: szklarz wycinał kółka w szybach, tamtędy wyprowadzało się od piecyków na zewnątrz rury i ogrzewało niektóre pokoje). Często wyłączano światło, paliło się świece, lampy naftowe, ale mama najchętniej kupowała tzw. „karbidówki”. Kształtem przypominały stojące lampy elektryczne, miały ładne klosze, ich światło przypominało elektryczne. Ich mankamentem było to, że w czasie palenia się karbid trochę brzydko pachniał. Najgorsze było to, że nie można ich było gasić. I w tym przypadku niezawodna okazała się babcia, która prawie zawsze wkładała do lampy odpowiednią ilość karbidu, w przeciwnym razie lampa – albo gasła, zanim zdążyliśmy się położyć, albo musiała „dopalić się” zamknięta w łazience. Popołudniami i wieczorami dużo się rozmawiało, wspominało czasy przedwojenne, snuło się plany na przyszłość.


Halina Budzyńska z Ewą, 1943, taras domu w Warszawie


W czasie wojny w Warszawie ukrywało się wiele osób, również przez nasze mieszkanie przewinęło się wielu uciekinierów – szczególnie z Wielkopolski. Najdłużej mieszkał u nas kuzyn mamy występujący oficjalnie pod nazwiskiem Antoni Tankowski. Naprawdę nazywał się Alfred Taczak, uciekł z Bydgoszczy, ponieważ tam w każdej chwili mógł zostać aresztowany. Przed wojną pracował jako sędzia, ale jeszcze bardziej niebezpieczne było jego nazwisko – był bratankiem gen. Taczaka, przywódcy powstania wielkopolskiego w jego początkowym okresie. Najbliższa kuzynka babci, również Janikówna, była żoną brata generała.

Wujek gdzieś pracował, trochę pewno konspirował. Ja zapamiętałam jego walkę z pierwszymi objawami łysiny. Kiedyś pod wieczór nasze kobiety razem z wujkiem Alfredem zebrały się przy łóżeczku Krzysia, który już wykąpany bawił się jakimś autkiem i zdawało się, że kompletnie nie interesuje się rozmową dorosłych. Wujek siedział blisko niego, a cztery panie dyskutowały na temat stosowanego przez niego środka na porost włosów. Nie zapamiętałam, co która z nich mówiła, ale znałam je na tyle dobrze, że mogę z dużą dozą prawdopodobieństwa  wyobrazić sobie ich reakcje: mama, która lubiła mówić ludziom to, czego oczekiwali, z pewnością twierdziła, że widać zdecydowaną poprawę; babcia śmiała się i twierdziła, że łysi mężczyźni zawsze jej się  podobali; ciocia Zosia pewnie była lekko zgorszona tym, że wujek w czasie wojny zajmuje się tak błahą sprawą i na pewno mu to wypominała; pani Stefa pewno tylko coś mu wyraźnie pomrukiwała, bo z jednej strony przypominała naszą mamę (lubiła prawić komplementy), z drugiej strony była zapatrzona w ciocię Zosię i nie chciała jej się narazić. Niespodziewanie rozmowę przerwał chyba 4-letni wtedy Krzyś, który stanął na nóżkach, wychylił się z łóżeczka, poklepał wujka po głowie i, zanosząc się śmiechem, zawołał: „Łysek z pokładu Idy”. Zapadła cisza, a potem wszyscy zaczęli się śmiać. I tak można powiedzieć, że mój brat intelektualnie znokautował najbardziej znanego bohatera baśni Andersena. Ten krzyknął: „Król jest nagi”, co było „oczywistą oczywistością”, a Krzyś wykazał się znajomością tytułu opowiadania Morcinka i umiał go zastosować jako metaforę.


Halina Budzyńska z Ewą i Krzysiem, wiosna 1944 r., Ogrody Zamkowe w Warszawie


Po powstaniu warszawskim drogi naszych kobiet powoli zaczęły się rozchodzić. Pani Stefa, która nie zdążyła 1 sierpnia wrócić do domu przed godziną W, trafiła do obozu pracy, skąd po wojnie przyjechała prosto do Szamotuł. Po kilku miesiącach (byliśmy wtedy w Krakowie) wyruszyła do Szamotuł ciocia Zosia. Obie podjęły pracę w szkole im. M. Konopnickiej. Pozostała nasza czwórka dołączyła do nich w listopadzie 1945 r. I znów w szóstkę zamieszkaliśmy – ty razem w Szamotułach przy ul. Dworcowej. Ten „babski dom” miał funkcjonować przez kilka tygodni, a ja z mamą, babcią i bratem szykowałam się do przeprowadzki do Gorzowa Wlkp. Tatuś wrócił z Zachodu pierwszym transportem, ze Szczecina dotarł do Szamotuł (Warszawa ze względu na bezpieczeństwo raczej nie wchodziła w grę). Koledzy z Sądu Okręgowego w Poznaniu załatwili mu pracę i mieszkanie na Ziemiach Zachodnich. Niestety, w lutym 1946 r. zginął śmiercią tragiczną, a mama i babcia postanowiły, że zostajemy w Szamotułach.

I tak zaczął funkcjonować nasz „babiniec” – tym razem w 2 pokojach zamieszkało 5 osób płci żeńskiej i 1 siedmioletni „mężczyzna”. 38-letnia mama pozostała głową rodziny. Od razu przystąpiła do szukania pracy. Najpierw została kierowniczką stołówki Młynów, funkcjonującej w budynku przy ul. Dworcowej naprzeciw kościoła św. Krzyża. Wydawano tam również jakieś „deputaty”. Później mama pracowała aż do emerytury w księgowości Zakładów Młynarskich. Przez jakiś czas prowadziła również świetlicę dla dzieci pracowników młynów, z Poznania przyjeżdżała instruktorka tańca, wystawiano jasełka. Nikt mamie za to nie płacił. Była lubiana przez pracowników młynów, nieraz interweniowała w ich sprawach u dyr. Braunka, a później dyr. Jęczmyka. Byłą życzliwa ludziom, ale też trochę naiwna i łatwowierna. Kiedyś przyszła do niej zapłakana młoda pracownica, która – jak twierdziła – została niesłusznie zwolniona. Mama, nie drążąc sprawy, nie sprawdzając powodu zwolnienia, pobiegła do dyrektora Jęczmyka. Opowiadała potem, że dyrektor wyraźnie się ucieszył na jej widok, jakby się jej spodziewał. Wysłuchał obrończej mowy mamy, która twierdziła, że na pewno chodziło o jakiś drobiazg. Wtedy wyjawił powód zwolnienia: otóż dziewczynę na nocnej zmianie zauważyli młynarze, gdy stertę zboża potraktowała jako WC. Mama speszona wyszła z gabinetu, a na korytarzu gonił ją śmiech dyrektora.

Cała ta społeczna działalność mamy wynikała na pewno z potrzeby serca, ale miała chyba także inny cel. Nadeszły czasy stalinowskie, wyciągano ludziom różne rzekome „przestępstwa” z przedwojennych lat. Ja szykowałam się na studia. Mamie zależało na tym, żeby kojarzono mnie z nią – przodownicą pracy i działaczką społeczną, żeby zatrzeć ślady ojca, który zrobił autentyczną karierę w Polsce przedwojennej, wojnę spędził w oflagu, podejrzanie szybko wrócił do Kraju, a po wojnie zginął w trochę niejasnych, jak sądził np. nasz wuj, okolicznościach. Może ktoś „pomógł” mu spaść z pomostu do Noteci? W moim domu takiej okoliczności nie brano pod uwagę, jedynie mama dziwiła się, dlaczego tak ostrożny z natury człowiek znalazł się na samym brzegu pomostu.


Jasełka wystawiane w świetlicy przy Młynach, ok. 1948 r.


Mama i babcia robiły co mogły, żebyśmy z bratem nie czuli się inni, ubożsi niż otoczenie, bo w Szamotułach zaczynaliśmy właściwie od zera, a mama niewiele zarabiała. Kiedyś, gdy brat był uczniem liceum, na radzie pedagogicznej rozpatrywano sprawę przyznania mu stypendium. Odezwał się wtedy „czynnik społeczny” – jego kolega z klasy, który stwierdził, że często u Budzyńskich bywa, ale nie zauważył biedy. Uratował brata nasz sąsiad – nauczyciel Bolesław Szczerkowski, który powiedział, że objawem „biedy” nie musi być brud i ogólne zaniedbanie.

Babcia obracała w ręce każdy grosz zarobiony przez mamę, która co miesiąc brała tzw. chwilówkę, to znaczy kiedy około 10 dni przed kolejną wypłatą kończyły się pieniądze, brała z kasy zapomogowo-pożyczkowej pożyczkę (nieoprocentowaną!) i spłacała ją, gdy dostawała następną pensję. Tak więc „karuzela” obracała się bez przerwy. Może dzięki tym doświadczeniom przez całe życie byłam wrogiem brania pożyczek i zaciągania kredytów. Do dziś, kiedy otrzymuję telefoniczną ofertę lub słyszę, że coś „wygrałam” (chociaż nie grałam), natychmiast odkładam słuchawkę.

Nasze kobiety były twarde, odporne na przeciwności losu, pewne, że zawsze jest jakieś wyjście. Nas, dzieci, nie obciążały kłopotami finansowymi, my zresztą nie mieliśmy jakichś szczególnych wymagań, potrafiliśmy cieszyć się  drobiazgami. Poza tym mama i babcia były osobami pogodnymi, łatwo nawiązywały kontakty z ludźmi, lubiły śmiać się i żartować. Mama zakładała, że jakoś damy sobie radę, a babcia zakasywała rękawy i brała się do roboty. Do dziś obie są wspominane: babcia przez najstarsze szamotulanki, mama również przez nieco młodsze, które pamiętają ją jako „elegancką starszą panią ze starannie ułożonym kokiem, ciepłą, serdeczną i zawsze uśmiechniętą”.


Halina Budzyńska (2. od lewej) Jadwiga Kędzierska (4. z lewej) z Ewą i Krzysiem oraz Edmundem i Ludwiką Czerwińskimi. Przy świetlicy dla dzieci pracowników Młynów w Szamotułach, ok. 1948 r.


Do tej samej klasy co ja chodziła dziewczyna bardzo zdolna, nad wiek dojrzała, która wraz z siostrą wychowywana byłą przez samotną matkę. Gdy byłyśmy w klasie maturalnej, w jej domu toczyły się dyskusje, czy może iść na studia dzienne czy finansowo dadzą radę. Ostatecznie podjęła studia i ukończyła je celująco! Moja sytuacja materialna była podobna, ale nigdy w domu nie mówiło się o tym. Dopiero z perspektywy wielu lat zdałam sobie sprawę z tego, że decyzja o moim trafieniu na studia dzienne była bardzo odważna. Zresztą, raczej podświadomie, starałam się jak najmniej obciążać kasę rodzinną: przez kilka lat codziennie dojeżdżałam do Poznania i zabierałam „wałówkę” na cały dzień, wyjątkowo wpadałam do baru mlecznego, bo tam było najtaniej. Również 4 lata po mnie w 1956 r.  – brat podjął studia. Wtedy było już trochę łatwiej. Czasy mocno się zmieniły, pochodzenie mniej interesowało władzę, a poza tym do wspólnej kasy zaczęła wpływać moja pensja.

Warto tu wspomnieć jeszcze jeden fakt. Otóż mama po podjęciu pracy w młynach na wszelki wypadek zapisała się do PPS – partia kojarzyła jej się z Piłsudskim i innymi wybitnymi postaciami początku XX w. Dzieci rosły, może myślała, że dzięki temu będą bezpieczniejsze w ludowej ojczyźnie? Bardzo przeżyła moment „zlania się” PPS z PPR. Bała się jednak występować z PZPR, bo mogłoby to zaszkodzić – przede wszystkim – dzieciom. Wytrzymała parę lat, a gdy nastąpiła pierwsza fala „odwilży”, wystosowała list do Podstawowej Organizacji Partyjnej z prośbą o skreślenie. Działacze partyjni w młynach musieli być wyjątkowo porządnymi ludźmi, bo przystali na jej prośbę, śmiali się, że „Budzyńskiej przestała odpowiadać ideologia partii, bo córka właśnie kończy studia”. Mama musiała być pewna, że nie zaszkodzi w ten sposób bratu, który przecież niedługo potem ruszył na studia. W przeciwnym razie pewno by w tej partii tkwiła przez kolejnych kilka lat. Partyjni działacze w młynach mieli chyba dość beztroski stosunek do marksizmu-leninizmu. W czasie jednego z pochodów 1-majowych na czele grupy postawili starszego młynarza – „przodownika pracy”, przepasanego szarfą z liczbą „170%” . Kiedy nasza mama spytała, jak obliczyli ten procent, ze śmiechem stwierdzili, że właśnie skończył 70 lat, dlatego ta liczba!

I tak toczyło się życie mojej mamy, babci, prababci. Przeżywały tragedie, dramaty, niedogodności, ale po każdym upadku szybko się podnosiły, postępowały zgodnie z zawołaniem W. Młynarskiego: „róbmy swoje”. Zawsze najważniejsze były dla nich dzieci. Dla dzieci i wnuków zrobiłyby wszystko!

Życie w wielopokoleniowej rodzinie było dla mnie czymś tak oczywistym, że kiedy staraliśmy się z mężem o mieszkanie, wiadomo było, że razem z nami zamieszkają mama i babcia, a mężowi nawet nie przyszło do głowy przeciwko temu się zbuntować.

Ewa Krygier z domu Budzyńska – w Szamotułach miała spędzić kilka tygodni 1945 roku, tragedia rodzinna zdecydowała, że została tu na całe życie. Żałuje, że nie została nauczycielką matematyki, bo wtedy miałaby więcej czasu na czytanie książek.

Ponad 40 lat uczyła języka polskiego w szamotulskim Liceum Ogólnokształcącym.

Ewa Krygier, Dom kobiet2019-11-08T13:40:11+00:00

Aktualności – listopad 2019

LISTOPAD

IMPREZY I KONCERTY

Trwające


Najbliższe

10 listopada 2019 r., godz. 19.00, kino „Halszka”


Minione

godz. 10.00, kino „Halszka”


KINO

Pamiętamy, bo przybywa nam dawności…

Pamiętamy, bo przybywa nam dawności – bardzo interesujący projekt poświęcony m.in. trzem związanym z Szamotułami artystom-nauczycielom: Wacławowi Masłowskiemu, Marianowi Schwartzowi i Stanisławowi Zgaińskiemu przygotowało szamotulskie liceum (Zespół Szkół nr 1). Opracowano wydawnictwo (prezentujemy tu jego okładkę), w budynku szkoły można obejrzeć wystawę wspomnianych twórców, odbył się też poświęcony im wykład Anny Król z Muzeum – Zamku Górków (dla studentów Uniwersytetu Trzeciego Wieku).

Osobnym działaniem w ramach projektu było przedstawienie szkolnej grupy Piotrelle pt. „W przededniu”, zaprezentowane w ostatni czwartek na scenie kina „Halszka” (premiera odbyła się w czerwcu na deskach Sceny Trzeciej Teatru Nowego w Poznaniu), a przygotowany pod opieką artystyczną Sebastiana Greka – aktora Teatru Nowego. Spektakl poruszał problem ksenofobii i złego rozumienia patriotyzmu – tę tematykę zaproponowali sami uczniowie. Autorami projektu są nauczyciele: Wiesława i Bogdan Araszkiewiczowie, Beata Jankowiak i Natalia Szulc.

Projekt został dofinansowany ze środków Programu Wieloletniego Niepodległa na lata 2017-2022 w ramach Programu Dotacyjnego „Koalicje dla Niepodległej”.

Okładka publikacji – kolaż prac Wacława Masłowskiego (akwarela – Kościół św. Krzyża w Szamotułach), Stanisława Zgaińskiego (drzeworyt barwny – „Szamotulacy”) oraz Mariana Schwartza (linoryt – Zaułek w Obrzycku).



Wyróżnienie dla Piotra Mańczaka

Za to zdjęcie szamotulskiego rzemieślnika Alojzego Starosty Piotr Mańczak otrzymał wyróżnienie specjalne w 3. edycji konkursu O! ZNAKI PRACY – serdecznie gratulujemy! Na konkurs wpłynęło ok. 600 prac wielu autorów. Wśród nich było wielu profesjonalnych fotografów i absolwentów Akademii Sztuk Pięknych; nasz Piotr nie zajmuje się fotografią zawodowo, ale nie mamy wątpliwości – jest artystą. Zdjęcie (wykonane ok. 2006 r.) pochodzi z serii SZAMOTULANIE21, ukończonej w tym roku. I jeszcze jedno zdanie o bohaterze zdjęcia. Alojzy Starosta (1934-2016) przez wiele lat prowadził zakład szewski przy ul. Dworcowej 31, jak pisze Piotr Mańczak, był to „schowany w podwórzu drewniany domek z niezwykłym klimatem i samym właścicielem, który godzinami opowiadał o tajnikach naprawy, a jednocześnie o podłej jakości dzisiejszego obuwia”.

Zachęcamy do obejrzenia wszystkich zdjęć składających się na projekt

http://regionszamotulski.pl/piotr-manczak-projekt-fotograficzny-szamotulanie21/



Weekendowy spacer

Pałace w Kobylnikach i w Obrzycku (Zielonejgórze) i Kobylnikach – w obu miejscach jest pięknie, więc sami musicie Państwo zdecydować, dokąd wybrać się na spacer. Korzystajmy z uroków jesieni!

Kobylniki: Pałac zaprojektował Zygmunt Gorgolewski (1845-1903), uważany za jednego z najwybitniejszych polskich architektów końca XIX wieku. Pochodził spod Środy, studiował architekturę w Berlinie. Zaprojektował wiele budynków na terenie Niemiec i znajdującej się pod zaborem pruskim Wielkopolski (m.i, pałac w Oporowie), a pod koniec życia ze względów patriotycznych przeniósł się do Lwowa, aby w cieszącej się autonomią Galicji móc zapewnić polskie wychowanie dzieciom (we Lwowie zrealizowano jego najbardziej znane dzieło ‒ Teatr Wielki, dawniej Miejski). Pałac w Kobylnikach ma charakter neorenesansowy, powstał w 1886 roku na zlecenie ordynata Tadeusza Twardowskiego. Budowla jest dość okazała, ma skomplikowaną bryłę i dach. Elewacje wykonano z cegły, a obramowania z tynku i piaskowca. W dolnej części wieży umieszczono tablicę z herbem Twardowskich i datą budowy. We wnętrzach zachowały się sztukaterie i kominki. Od lat 90. XX w. mieści się tam hotel i restauracja.

Obrzycko: Willę, zbudowaną tą w latach 20. XIX w. dla linii obrzyckich Raczyńskich, rozbudował Atanazy Raczyński, twórca ordynacji obrzyckiej, młodszy brat zasłużonego dla Wielkopolski Edwarda (do budynku dodano wówczas dwa piętra). Kolejne przebudowy nastąpiły na początku XX w: wzniesiono wówczas kwadratową wieżę i parterową sień z głównym wejściem, dodano ornamenty na fasadzie. Do 1945 roku pałac był własnością tzw. kurlandzkiej linii rodu Raczyńskich. Obecnie mieści się tam Dom Pracy Twórczej UAM.

Zdjęcia Łukasz Wlazik (SzamoDron).



Remont dachu kolegiaty sprzed lat 30

W latach 1979-80 przeprowadzono prace remontowe dachu i elekacji szamotulskiej bazyliki kolegiackiej. Niestety, nie wszystko się wówczas udało.

Wymieniono zmurszałe cegły, naprawiono drewnianą konstrukcję dachu (nad nawą Matki Bożej wymieniono ją w całości). Nad nawą główną położono zupełnie nową dachówkę, nad bocznymi – przełożono starą dachówkę. Co wówczas nie wyszło? Otóż dachówka okazała się bardzo złej jakości i po 17 latach trzeba było położyć zupełnie nową. W niestaranny sposób zamurowano też wybity w czasie remontu otwór w fasadzie wschodniej (widoczny na zdjęciu), do dziś to miejsce wygląda bardzo źle. Na fotografii widać też pozostałości wiązu Marysieńki – drzewa, które podania kojarzyły z królem Janem III Sobieskim (miał je zasadzić lub odpoczywać w jego cieniu).

Zdjęcia nadesłał Bogusław Jądrzyk.



Spacer z Historią – 26 października

Spacer z Historią (po raz 3.) – była piękna pogoda i liczne grono wspaniałych uczestników (50 osób)! Wspaniałych, bo zainteresowanych historiami, które chcieliśmy im opowiedzieć, i bardzo wytrzymałych (a spacer rzeczywiście był długi, bo kończyliśmy jeszcze omawianie miejsc, które „wypadły” z poprzedniego spotkania, skróconego ze względu na deszcz). Łukasz Bernady i Agnieszka Krygier-Łączkowska opowiedzieli historie związane z trzema pomnikami usytuowanymi przy ul. Dworcowej, a potem weszliśmy do kościoła św. Krzyża i budynku poklasztornego. Ostatnim miejscem zwiedzania były krypty pod kościołem. Treści było mnóstwo, więc tu tylko drobny komentarz dla tych, których z nami nie było.

Most na Samie stanowił niegdyś granicę miasta, za którą swoją siedzibę-zamek wznieśli właściciele miasta – Świdwowie Szamotulscy. Powstał on na początku XV w., to najprawdopodobniej tam powstał najstarszy pisany po polsku list miłosny, zachowany w rękopisie Marcina z Międzyrzecza. Kiedy w 2. połowie XV w. miasto i inne części majątku zostały podzielone między dwóch braci z rodu Świdwów Szamotulskich, zrodziła się potrzeba budowy 2. siedziby – tzw. zamku północnego, przebudowanego już na początku XVI w. przez kolejnych właścicieli tej połowy miasta – Górków. W następnym stuleciu majątek szamotulski znalazł się w jednym ręku i starszy, prawdopodobnie mocno podupadły, zamek południowy (Świdwów) przestał być potrzebny. W związku z tym ówczesny właściciel Jan Korzbok Łącki w 1675 r. przekazał zamek wraz z sąsiednim terenem zakonnikom – franciszkanom reformatom, którzy zamieszkali w Szamotułach już w roku następnym. Kościół św. Krzyża został konsekrowany w 1699 r., a murowany klasztor był gotowy w 1725 r. Po likwidacji zakonu przez władze pruskie w 1. poł. XIX w. kościół stał się własnością parafii kolegiackiej, jednak używany był bardzo rzadko. Druga parafia szamotulska powstała ostatecznie w 1972 r. W budynku poklasztornym w XIX w. przejściowo mieściła się szkoła, przez 100 lat stacjonowało wojsko, a od końca lat 40. XX w. do początku XXI w. znajdowały się mieszkania. W tej chwili budynek stoi pusty, są jednak plany jego zagospodarowania.

Kolejne spacery już wiosną!

Zdjęcia ze spaceru – Piotr Mańczak.



Święto Zmarłych – cmentarz w Szamotułach

Ponadstuletnie anioły czuwają na cmentarzu w Szamotułach. Cmentarz powstał w 1831 r., wcześniej zmarłych grzebano przy kościele kolegiackim i kościele św. Ducha na dawnym Przedmieściu Poznańskim (teren obok krzyża i głazu ku czci ks. Jerzego Popiełuszki). Wiele starych grobów już nie istnieje, także niektórych zasłużonych osób, np. Romana Łopińskiego, polonisty, nauczyciela miejscowej Szkoły Rolniczej (Landwirstschaftsschule), który pierwszy – jeszcze w latach 80. XIX w. – zaczął opracowywać historią naszego miasta. Wiadomo, że na cmentarzu spoczęło kilku powstańców listopadowych i kilkunastu styczniowych (zachował się grób Michała Micewicza, zm. w 1927 r.). Do dziś istnieje też grobowiec Maińskich (dziś Witkowiaków), w którym pochowano  Franciszka Lewandowskiego (1804-1886) – Polaka, który był burmistrzem Szamotuł od 1836 r. (po nim władze pruskie na to stanowisko powoływały już wyłącznie Niemców). Ważnymi miejscami cmentarza są: kwatera powstańców i żołnierzy (z grobem podpułkownika Maksymiliana Ciężkiego), zbiorowa mogiła jedenastu Polaków rozstrzelanych 13.12.1939 r. przy ul. Franciszkańskiej oraz groby szamotulskich proboszczów w alejce od bramy głównej. Dzisiejszy cmentarz był kilka razy poszerzany, w 2012 r. poświęcono nową część po przeciwnej stronie ul. Targowej.

Te dwa piękne zabytkowe anioły stoją po dwóch stronach alejki prowadzącej od bramy głównej. Oba groby należą do przedstawicieli tej samej rodziny – Rejerów, figury pochodzą z ok. 1905 r.

Zdjęcia Jerzy Walkowiak.



Złote gody, czyli 50. rocznica ślubu

Maria i Józef Rybarczykowie przeżyli razem 55 lat, a swój jubileusz 50-lecia obchodzili w 1950 r. Józef Rybarczyk (1876-1955) całe swoje dorosłe życie był związany z szamotulskimi wodociągami. Po służbie w wojsku zaborcy wrócił do rodzinnego miasta. W 1900 roku ożenił się z Marią z domu Hetman (1877-1958). Jego domem rodzinnym stał się budynek na terenie zakładu: 3 pokoje z kuchnią, na strychu pomieszczenia gospodarcze. Tam wychowywały się jego dzieci: syn Władysław (1901-1991) i trzy córki: Cecylia (po mężu Zawadzka, 1907-1998), Marta (po mężu Kulczak, 1902-1973) i Leokadia (po mężu Ignasiak, 1909-1995). To w domu na terenie wodociągów odbywały się wesela córek, teren przy wieży ciśnień był naturalnym miejscem spacerów. Za maszynownią (pompownią) znajdował się sad i pasieka. Józef Rybarczyk był zapalonym pszczelarzem, działał w przedwojennym Bractwie Kurkowym i stowarzyszeniu cyklistów (kołowników). W czasie II wojny rodzina Rybarczyków została wysiedlona z mieszkania, a sam Józef pozbawiony stanowiska kierownika. Zajął je Niemiec Giese, który traktował Józefa Rybarczyka jako prawą rękę, wybronił go nawet przed wywiezieniem do obozu, gdy przypadkiem natrafiono na zakopaną przez Rybarczyka skrzynkę z bronią. W 1943 roku Giese został powołany do armii, a Józef Rybarczyk wrócił na dawne stanowisko. Z funkcji kierownika odwołano go ze względów politycznych w 1950 roku, kiedy to za przygotowywanie ulotek o ‒ jak to wtedy określano ‒ „treściach antypaństwowychˮ aresztowano i skazano jego wnuka Mariana Zawadzkiego (w 1952 r. za działalność konspiracyjną skazano też dwóch innych wnuków: Edwarda Rybarczyka i Edmunda Zawadzkiego). Do śmierci Józef Rybarczyk mieszkał w pokoju na terenie wodociągów.

Na zdjęciu obok Marii I Józefa siedzi ks. Franciszek Forecki – proboszcz szamotulskiej parafii w latach 1946-67, z drugiej strony – małżeństwo Kuczyńskich (Michał Kuczyński był przedwojennym kierownikiem Rzeźni Miejskiej).

Zdjęcie z archiwum rodzinnego Jana Kulczaka


Aktualności – listopad 20192019-11-10T21:58:08+00:00

Andrzej J. Nowak – Norman Sherran w poszukiwaniu korzeni

Andrzej J. Nowak

Norman Sherran – poszukiwanie korzeni

Od kilkunastu lat tworzę „puzzle”. Nazwałem tak krótkie (czasem nieco dłuższe) luźne, niezobowiązujące zapiski i rysunki. Są to opisy miejsc, ludzi, sytuacji – anegdoty i refleksje. Nie tworzą one, jak dotąd, jakiegoś pełnego obrazu. Jednak poszczególne kawałki układają się w większe fragmenty, które kiedyś, być może, będą złożone w całość. Zapisuję je pod wpływem chwili z pamięci. Czasem wspomagam pamięć notatkami, zapiskami z kalendarzy, szkicami, rysunkami i fotografiami.

Oczywiście,  „puzzle” zawierają wątki osobiste.


Normana poznałem w czasach początków naszej ustrojowej transformacji, po wyborach parlamentarnych 1989 roku. Radośnie otworzyliśmy się wtedy na świat. Zaczęliśmy wyjeżdżać za granicę. Polska stała się interesującym partnerem dla zagranicznych inwestorów. Norman Sherran, inżynier i biznesmen ze Stanów Zjednoczonych, przyjechał do Poznania jako wiceprezydent Tishman Construction Corporation z Nowego Jorku. Firma była zainteresowana realizacją inwestycji komercyjnych w Poznaniu na terenie, gdzie dzisiaj ciągle jeszcze buduje się zespół biurowców „Andersia” (w Poznaniu się nie powiodło, ale w Warszawie i Krakowie Tishman zrealizował wiele dużych projektów).

Podczas luźnej rozmowy, w przerwie oficjalnego spotkania, Norman wspomniał, że jego rodzina pochodzi z Polski, konkretnie – z Wielkopolski. Pradziadek zaś urodził się w Szamotułach! Od razu, jako krajanie, poczuliśmy do siebie sympatię. Powiedział, że to są chwilowo wstępne informacje i że zajmuje się teraz ustalaniem szczegółów. Oczywiście zadeklarowałem pomoc. I tak się rozpoczęła nasza wieloletnia znajomość. Zauważyłem, że korzenie jego rodziny tkwią zapewne w podpoznańskim Swarzędzu. Świadczy o tym nazwisko rodowe Schwersenz, którym posługiwali się jego przodkowie (Swarzędz w języku niemieckim – Schwersenz).



Zaintrygowała mnie szczególnie informacja, że pradziad Simon Schwersenz urodził się w Szamotułach. Odwołałem się do pamięci mojej Mamy Barbary Nowakowej. Poprosiłem, by zrobiła spis rodzin żydowskich mieszkających przed wojną w Szamotułach. Mama doskonale pamiętała nazwiska mieszkańców z okresu międzywojennego. W spisie nie ma nazwiska Schwersenz.


Nazwiska przedwojennych żydowskich mieszkańców Szamotuł (Barbara Nowakowa, 13.10.1995 r.)


Odpisy aktów urodzin, małżeństw i zgonów przodków Normana uzyskane z Urzędów Stanu Cywilnego pozwoliły na ustalenie szczegółów. W XIX i na początku XX wieku rodzina Schwersenzów mieszkała w Chludowie, gdzie urodzony w 1827 r. w Szamotułach, pradziadek Simon (Szymon) prowadził gospodę. Zmarł w Berlinie w 1921 r. (żył 94 lata!). Prababka Ernestyna, z domu Lowenthal, zmarła w Poznaniu w 1900 r. W Chludowie urodził się w 1863 r. dziadek Normana Adolph. Babka Charlotte, z domu Glassmann, pochodziła z Wronek. Urodziła się w 1878 r. Jej ojciec, Isaac (Izaak) i bracia, mieli we Wronkach piekarnię. Ojciec Arno, jego siostra i trzej bracia, również urodzili się w Chludowie w pierwszym dziesięcioleciu XX w.

Po I wojnie światowej rodzina Schwersenzów przeniosła się do Berlina, a potem do Stanów Zjednoczonych i Izraela. Część rodziny, która nie opuściła Niemiec przed wybuchem II wojny światowej, zginęła w 1943 r. w obozach zagłady Auschwitz i Teresinie (Theresienstadt). Amerykańska część rodziny zmieniła trudne w wymowie pisowni i pisowni nazwisko Schwersenz na Sherran. Rodzina w Izraelu, używa nazwiska Sharon.


We Wronkach, 19.10.1995 r. Od lewej: Debie Sherran (żona Normana), Paweł Stryczyński, Norman i Arye Sharon, żona Arye.


Jesienią 1995 r. Norman przysłał wiadomość, że jego przyrodni brat Arye, który mieszka w Izraelu, przyjedzie do niego w październiku w odwiedziny (Norman prowadził wtedy inwestycję w Warszawie). Zaplanował, że w przyjadą na kilka dni do Poznania. Zorganizowałem dla nich odwiedziny w Chludowie, Wronkach i w Szamotułach.

W Chludowie zlokalizowaliśmy, jak nam się wydawało, budynek gospody, którą prowadziła rodzina Schwersenzów. We Wronkach, korzystając z pomocy mojego dobrego kolegi z klasy licealnej – Pawła Stryczyńskiego (niestety, już nieżyjącego ) – domy, w których mieszkała i prowadziła piekarnię rodzina Glassmannów. W Szamotułach pokazałem im miejsce, gdzie do czasów II wojny światowej był cmentarz żydowski (kirkut) i to, co po nim pozostało –  fragmenty muru – ogrodzenia cmentarza. Chciałem, by zwiedzili to miejsce w „stylu japońskim” – z okien samochodu. Poprosili jednak, by się zatrzymać i wejść na teren. I tak zrobiliśmy. To, co potem się stało, jest dla mnie do dziś przygnębiającym wspomnieniem. Weszliśmy na tyły dawnego żydowskiego domu przedpogrzebowego i tam za szopą, pod murem, w zasypanych jesiennymi liśćmi zaroślach, natrafiliśmy na fragmenty rozbitych żydowskich płyt nagrobnych (macew). Moi goście ze łzami w oczach odkrywali kolejne kawałki tablic z hebrajskimi i niemieckimi napisami (pisanymi alfabetem gotyckim). Czyścili je gołymi dłońmi, usiłowali odczytać nazwiska. Miejsce pochówku zmarłych jest w judaizmie miejscem wyjątkowym, świętym a tu… Byłem poruszony i zażenowany.

Rozbita macewa. Napis wykonany pismem gotyckim: Siegfried Holländer


Aby „uratować” choć trochę  sytuację,  zaproponowałem, że wejdziemy po drodze  do Muzeum – Zamek Górków i powiadomimy pracowników tej placówki o naszych znaleziskach. Zapewniłem, że potrafią się oni nimi właściwie zaopiekować.

Po przekazaniu informacji o znalezionych macewach dowiedzieliśmy się, że ostatnio zostały przekazane do muzeum ciekawe judaika odkryte podczas rozbiórki budynku szkoły żydowskiej (chederu). Nie są jeszcze eksponowane, ale możemy je zobaczyć. Goście bardzo się ucieszyli, licząc na to, że może natrafią na jakieś zapiski o szamotulskich Schwersenzach. Z wielkim zainteresowaniem przejrzeliśmy te dokumenty. Arye przeczytał fragment tekstu hebrajskiego, używając tradycyjnego wskaźnika Gadu), którym Żydzi posługują się podczas czytania Tory (wskaźnik nie tylko ułatwia śledzenie kolejnych wersów, ale zapobiega bezpośredniemu kontaktowi czytającego ze świętym tekstem). Ciekawe spotkanie w biurach muzeum załagodziło wcześniejsze smutne doświadczenie. Goście wyjechali z Szamotuł zadowoleni i bardzo wzruszeni.

To jesienne doświadczenie spowodowało, że zacząłem bardziej niż do tej pory interesować się wielokulturową historią mojego rodzinnego miasta.


Studiowanie zapisków szkolnych  w biurze Muzeum – Zamek  Górków

Czytanie tekstu hebrajskiego. W dłoni Arye wskaźnik – jad


Od dawna interesuję się historią szamotulskich domów. Zbieram informacje o nich – stare rysunki, projekty i fotografie. Przy okazji dowiaduję się dużo o ich dawnych mieszkańcach. Podczas przeglądania starych projektów domów położonych przy ulicy Breitestrasse (noszącej obecnie nazwę Braci Czeskich) natrafiłem na projekt domu, należącego w 1909 r. do Arrona Abrahama. Projekt wykonał Henryk Wysocki – murarz i mistrz ciesielski z Szamotuł.



Ciekawe są poprawki na rysunku prostej elewacji, których zażądał zatwierdzający projekt poznański architekt Oskar Hoffmann (1850-1916). Poprawki, naniesione ołówkiem, oddają ducha panującego w tym czasie w Europie nowego stylu – secesji (art nouveau).



Tak wyglądał ten dom 10 lat temu. Został przebudowany. Dziś jego elewacja jest starannie odnowiona i czysta. Nie pozostało w nim jednak, niestety, nic z uroku projektu wykonanego 100 lat temu…

W dokumentach budowlanych posesji, na której został zbudowany, odnalazłem dokument urzędowy skierowany do jednego z lokatorów w 1908 r., handlarza, Simona Schwersenza, a także jego własnoręczny podpis!



W 2007 roku spotkałem się z Normanem i jego żoną Debie w Nowym Jorku. Zjedliśmy obiad w restauracji na Manhattanie. Przekazałem im kopie odnalezionych dokumentów. Byli bardzo szczęśliwi. Do dziś utrzymujemy kontakt. Co roku, od ponad dwudziestu lat, dostaję od nich życzenia z okazji Świąt i Nowego Roku (Happy Holidays!).



Andrzej J. Nowak

Urodzony w Szamotułach. Architekt, którego wiele projektów zrealizowano za granicą. Dawny wieloletni główny architekt wojewódzki, jeden ze współzałożycieli Stowarzyszenia Wychowanków Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi.

Andrzej J. Nowak – Norman Sherran w poszukiwaniu korzeni2019-11-07T20:41:01+00:00

Awejosa – gwarowa nazwa i podanie ludowe

Tekst z czasopisma gimnazjalnego „Z Grodu Halszki” (1933 r.)

Awejosa (Podanie ludowe)

Kiedy Pan Bóg stwłerzył świat, to chciał go upiynkszyć kwiatkami i inszym zielym. Stwłerzył tedy paznogiytki i morcinek, slumianki i bez, łerginje, pińderyńde, laseczki i rozmaite insze, co nie wiada już, jak sie pozywajom. I zaczuł je lubrykować. Kaczepyszczki polubrykowat na bestro, gołumbki na ciemno-jasno, kapeluny na filjetewo, a insze jeszcze inacy, albo tyż pobilił całkiem na bioło.

Chodzi se tak od jednygo do drugiygo kwiatuszka i pyndzlym mojto, oż mu od ruchania rynka skarpła. Na szczyńście kwiatków już wiele nie buło. Uradował sie łegrómnie Pan Bóg, bo tyż już i w gornku dużo lubryki, nie mioł. Wystawił tedy wszyściuchne kwiotki na słyńce, żeby połebsychały i poszed sobie dali. Oż wyhycnyło skunsiś coś maluśkiygo, złymaga jakoś, łyntek niewielki — niewiada, czy kwiotek, czy zielsko, bo nie polubrykowane – i dyrdo za Panem Bogiem.

Obejrzoł sie Pan Bóg i spoglundo, coby to zaś buło, a tu tyn krępieć pado: „A wej jo sa!” Zdziwiuł się Pan Bóg. Zrobiuło Mu sie markotno, że zaboczył o tym kwiotku. A tyn nomięci: „Panie Boże, może bydzie w młostku ździebluchno lubryki? Jo tyż chce być tako jak insze!” Zajrzoł Pan Bóg do gornyszka; był już próżny. Dynko jyno ździebko było łobrechtane, jasną, jak niebo lubryką. Nabroł ji na pyndzelek i posmarowoł skrzywdzune ziele i tak duń pado: „Łobewrotny jezdeś jak żoden. Za to ci sum nadum imie; na ziemi byndą cie pozywali: awejosa”. I odtund rośnie awejosa na rowach i wygunach, a kwiotuszki mo jasne jak niebo.

W botanice znana jest „awejosa” pod nazwą podróżnika lub cykorii.

Zofia Konopińska

A, wej, jo sa! – Popatrz, jestem tutaj!


Objaśnienia podane przez autorkę tekstu:

paznogiytki, morcinek, slumianki, łerginje, kacze pyszczki – kwiaty ogrodowe

pińderyńde – szalej trujący

nie wiada – nie wiadomo

lubrykować – malować

bestro – pstro

gołumbki – bławatki

ciemno jasno – ciemnoniebiesko

kapeluny – łopian

mojto – rusza, macha

skarpła – zdrętwiała

lubryka – farba

złymaga – połamaniec

łyntek – łodyżka

dyrdo – biegnie

krępieć – pogardliwa nazwa małej osoby lub rzeczy

markotno – żal

zaboczył – zapomniał

nomięci – żali się

w młostku – w garnku kamiennym

dynko – dno

łobrechtane – pomazane

jasna – niebieska

łobewrotny – sprytny

Awejosa – gwarowa nazwa i podanie ludowe2019-10-24T15:11:52+00:00

Dawne Szamotuły – zdarzenia losowe z lat 1634-1752

Notatki z księgi zgonów parafii kolegiackiej w Szamotułach

Zdarzenia losowe z lat 1634-1752

AD 1677, 20 miesiąca lipca o godzinie 10, pokazał się ogień w ulicy Poznańskiej, gdzie zgoła całe miasto Szamotuły przez pożar ognia w perzynę poszło, osobliwie koło ratusza domy wszystkie zgorzały, samemu ratuszowi nie przepuszczając ogień. Rezydencja proboszczowska i dziekańska kaznodzieja rannego. Także i szpital Świętego Ducha z kaplicą Świętej Barbary, probostwo i domek komorniczy. Także dwie części w Rynku na wschód od ulicy Żydowskiej i Szewskiej, dwie bramy, jedna drewniana od wschodu, druga murowana idąc ku zamkowi przez konflagrację [pożar] spłonęły (spisał Wirobowski – ksiądz)

AD 1634, w kwietniu w sam czas południowy całe miasto Szamotuły z przedmieściami i …duchownych, tak dalece, że sam został tylko ratusz i koło niego domostwa.

AD 1684, po święcie świętych apostołów Szymona y Judy, o godzinie trzeciej w noc na ulicy Kapłańskiej pokazał się ogień, gdzie 56 domostw zgorzało, z stayniami, chlewami, z wielką szkodą ludzi.

AD 1698, 14 lipca, Nasamczas wielkie deszcze spadły, które zalały wszystkie ogrody circumcirca [dookoła] miasta, a nie tylko tu w Szamotułach, ale też kędy indziej. Drogość napotym była wielka.

AD 1710, w sam dzień nawiedzenia Matki Najświętszej, o godzinie pierwszej po południu…, nie wiedzieć skąd się pokazał ogień w samym Rynku vulgo w Budach, z którego pożaru więcej nad 50 domów zgorzało na wschód w Rynku y koło Ratusza u długą wieżą (?)… i ulica Poznańska

AD 1715, w Wigilią Świąteczną wpółtrzeciej godziny po południu w samym Rynku między domami Gurowskiego (Guzowskiego?) et ogrodem Mielcarka, a polem Piotra Słoniewicza znaczny pokazał się ogień naprzeciwko Ratuszowi gdzie wszystko w Rynku zgorzały domostwa y dwie ulice ku Ojcom Reformatom, ulica (?) Browary, ulica Duchowna y połowica ulicy Żydowskiej ku zamkowi idąc, ulica także połowica sama tylko została Kołodziei y domek B? imć księdza altarzysty Wojciecha Pastorowicza.

AD 1716, na Nowej Wsi kmiecia imieniem Piszczałka… natenczas czeladź (?) Imć księdza proboszcza szamotulskiego zgorzał.

AD 1717, w sam dzień świętego Wojciecha, sławetny pan Mathaeusz Jągrowski z kilku domami miejskimi zgorzał.

AD 1718, w sam dzień Zwiastowania Najświętszej Matki pokazał się ogień przy bużnicy żydowskiej, gdzie się domów żydowskich spaliło 24, chrześcijańskich 14.

AD 1732, w sam dzień świętego Józefa, którego trafił się… zapaliły się sadze w zamku, wielkim strachem, bo w ten dzień miał być tam chleb pieczony.

AD 1734, w dzień Wniebowzięcia Najświętszej Matki o godzinie wtorej uderzył piorun w wieżę kościoła świętego Ducha, którą zapaliwszy in parte..i na ganku dla kaplic… wystawionym Chrystusowi i Matce Jego… znacznie poruszył.

AD 1747, na Targowisku pokazał się ogień z okazyi tarcia lnu z rana nade dniem około święta Przeniesienia Świętego Stanisława i jedno się tylko zapaliło domostwo sławetnego Józefa Kowalskiego.

AD 1748, w wigilię Assumphonis (?)…około jedenastej z noc uderzył piorun w Kościół Kolegiacki, gdzie puściwszy się dachówką do Kościoła, znaczną uczynił szkodę na Wielkim Ołtarzu obrusy popaliwszy. Tegoż roku 28.X. item uderzył piorun, ale tylko signum zostawił w dachu w dachówce

AD 1749, pokazał się ogień na Targowisku, który się wziął z domu małym komorniczym przy folwarku… Kowalskiego, od folwarku sławetnego Andrzeja Wyrwińskiego, spaliwszy stodołę napakowaną zbożem wspomnianemu Wyrwińskiemu, szkody drugim lub pobliskim stodołom nie uczyniwszy szkody.

AD 1751, 10 października, w nocy o godzinie dziesiątej w noc, w dzień piątkowy znalazł się ogień w synagodze żydowskiej y tesz samą… była by wielka szkoda gdyby nasze chrystyanstwo przybieżało, bo Żydzi… swego bronić nie chcieli, lubo byli przymuszeni.

AD 1752, w sam dzień świętej Łucyi w jarmark o godzinie siódmej w kierunku(?) jadąc do Poznania z miasta z rana pokazał się ogień… u Kwiczuliny y dom cały zgorzał, sąsiedzki zaś dom pana Stanisława Szuszczyńskiego … został, ale bez wierzchu, prócz… szkody, które mieli ludzie rzeczy wynosząc y dachy dla bezpieczeństwa odzierając. Mathias Piechocki kustosz kolegiaty szamotulskiej.

Ad 1756, w dzień wtorkowe świąteczny na środę, uderzył piorun wieżę kościele WW. Ojców Reformatów w samą gałkę, która ja świeca pomalinku taki coraz bardziej, a potym się wiatrem rozdęła, palić z wielkim strachem poczęła, bo cały ogień na klasztor wiatr obrócił, tylko broniąc mocno i zlewając wieżę podcięło. Bartholomeus Wyrwinski.

AD 1757, w samą niedzielę świąteczną z rana o godzinie trzeciej wielka fala, straszna burza przypadła w gradem, deszczem y wiatrem bardzo wielkim, która z dnia uczyniła noc y strach wielki, bo zdało się, że wszystkie domostwa, budynki i drzewa śmiały się walić z wielkiego szturmu grzmotu piorunów y bliska świt(?) a deszczu, który jak cebrami lał, że wszystkich zatopi ludzi i żyjące stworzenia, ta fala pewnie z półtora tylko kwadransa, wiele ruiny w budynkach, szkody w polach, zbożach, ogrodach, sadach, borach i inwentarzach uczyniła. Tu nowo postawiona wieża w roku przeszłym przez piorunowy ogień spalona WW. OO. Reformatów zrucona cała, u Fary naszej okna wytłuczone, dachówka zrujnowana, zboża wszystkie zbite z piaskiem zmieszane, żyta, owsy, rychłe jęczmiony i grochy, które więcej nie powstały. Jęczmiony siane pospływały jedne, drugie zatopione wymokły. Ogrody zatopione, drzewka pozytkniece z liścia i owoców obite, insze powywracane zostały. Ludzi z całej nieledwo parafii szamotulskiej płacz i wyrzekania w ten dzień słyszeć i widzieć było, którzy z rykiem i łzami do kościoła kolegiackiego bardzo… przestraszeni, a bardziej zasmuceni przybyli. Bartłomiej Wyrwiński scholastyk kolegiaty szamotulskiej.


Inne źródła historyczne wspominają o jeszcze innej klęsce żywiołowej tamtego czasu – powodziach. Szamotuły zostały dotknięte silnymi powodziami w latach 1724 i 1725. Kościół kolegiacki został zalany na wysokość ok. 1 m, po mieście pływało się łódkami. Najprawdopodobniej kilka lat po tych wydarzeniach na rynku ustawiono figurę św. Jana Nepomucena, uznawanego za patrona chroniącego przed powodziami i wzburzonymi wodami. Jan Nepomucen żył w wieku XIV (1350-1393), ale dopiero w XVIII w. został beatyfikowany (1721) i kanonizowany (1729), co zbiegło się w czasie z powodziami w Szamotułach. Figura św. Nepomucena została zniszczona przez Niemców jesienią 1939 r.

Tekst dokumentu – za autorem indeksacji Henrykiem Krzyżanem – udostępnił Wojciech Musiał

Informacje o wymienianych w tekście dokumentu obiektach i miejscach

Ratusz – w dawnych wiekach znajdował się w rynku, trudno ustalić jego lokalizację; budynek przy dzisiejszej ul. Ratuszowej powstał w 2. poł. XIX w.

Szpital św. Ducha – na tzw. przedmieściu poznańskim (dzisiejsza ul. Poznańska za mostem) w XV w. powstał kościół św. Ducha (z wieżą, rozebrany na pocz. XIX w.), a przy nim szpital (bardziej przytułek dla osób starszych i chorych; działał do 2. połowy XIX w.) oraz cmentarz; jako miejsce wskazuje się okolice dzisiejszego krzyża i kamienia upamiętniającego bł. ks. Jerzego Popiełuszkę.

Kaplica św. Barbary – powstała w XVII w., trudno wskazać jej dokładną lokalizację, znajdowała się ona również na przedmieściu poznańskim lub przy ul. Sukienniczej (miejsce późniejszego szpitala sióstr – budynek z kaplicą szpitalną)

Bramy – w Szamotułach były 3 bramy miejskie: w okolicach mostów przy ul. Poznańskiej, Dworcowej oraz przy Wronieckiej (przetrwała do XIX w., znajdowała się za dojściem do Wronieckiej ul. Garncarskiej)

Ul. Żydowska – później zwana Szeroką, a od 2. połowy lat 50. XX w. – Braci Czeskich

Synagoga (bóżnica) – przy ul. Żydowskiej (Braci Czeskich)

Zamek – w tym okresie w Szamotułach istniał już tylko jeden zamek, tzw. zamek Górków

Nowa Wieś – przedmieście w okolicach dzisiejszego zbiegu ulic Lipowej, Obornickiej i Nowowiejskiego (dawniej była to Nowowiejska)

Targowisko – przedmieście, okolice dzisiejszego pl. Sienkiewicza

Kościół ojców Reformatów – kościół św. Krzyża, wzniesiony na miejscu zamku Świdwów (teren pod budowę kościoła i klasztoru franciszkanów reformatów oraz fundusze na ten cel w 1675 r. przekazał Jan Korzbok Łącki)

Fara – kościół św. Stanisława, kolegiata (dzisiejsza bazylika kolegiacka); nazwa fara przysługuje pierwszemu (najstarszemu) kościołowi w mieście

Objaśnienia – na podstawie prac Piotra Nowaka – Agnieszka Krygier-Łączkowska

Dawne Szamotuły – zdarzenia losowe z lat 1634-17522019-10-21T14:27:23+00:00

Waldemar Wierzba, Poznanioki na Rynku wew Szamotułach

Waldemar Wierzba

POZNANIOKI NA RYNKU WEW SZAMOTUŁACH

Wiara, co się wew tym blubraniu przetwiyro:

Ta sama co przód (http://regionszamotulski.pl/waldemar-wierzba-poznanioki-na-dworcu-wew-szamotulach/)

WUJA CZECHU, echt poznaniok; chłop, a nie ramiąszko
CIOTKA MANIA, ta co mo pomiyńszkanie na Winogradach i giery, że łe jery!
GENAS, jeji synol (tyn co fliski kładzie)
WUJAS BINIU ZES SZAMOTUŁ, co mo pomiyńszkanie w Rynku
CIOTKA SEFERYNA, ślubno wujasa Binia, siora ciotki Mani (jagby sie chtó pytoł: to pomiyńszkanie wew Rynku jes na nióm, nie na wujasa)

Do tegó JARAS ZEZ ŁOGRODOWY, co we kapelindrze ujyżdżo na kufcie, artycha jakigó świat nie widzioł. Ale ón ino tak przepryśnie.

Zdjęcia Andrzej Bednarski

Wujas Biniu stanół tym swojym klakotym na Rynku. Poczekali my, oż sie przestanie rylotać i my wyśli na dwór. Wujas sie wytrajtoł na sóm kóniec. I godo:

– Suchejcie, wiaruchna, nie byde łod razu łodkluczoł kufra, dzie mocie te swoje retynta. Chodźcie, rozprostujymy so sztrelugi, nie.

Ciotka Seferyna łod razu rozdarła kalafe, że óna upiekła słodkie i mómy zaro iś na placek na młodziach zez rambambarym i dobróm kawe. (Dostaa, tej, tanio kupić rychtycznóm moke! Sómsiod przywióz zez Raichu. Ón tam tero robi za elekstryka.)

Ale wujas Biniu zez rułom godo: – Ady, matka, cicho bydź. Słodkie giyrków nie dóstanie, a zaś sie cołkiym ściymni i my nic nie bydymy widzieli. Pódymy so po nogach na przechodzke.

Ciotka sznupe zamkła, chocioż jak tak to óna mo te jadake, nie! Ale tyż wiy, że jag wujas ty swoji ruły dóstanie, to lepi cicho być, bo za chwiółke może mieć rue weg, a wtedy, wiara, to nolepi zgolać dzie wew kierzki abo wew jakómsi gaske. Bo wujas Biniol, to jes chłop a nie ramiąszko!…    

– To sie wiara łobkryńćcie i szpycnijcie, wej sa – na te chate! To jes jak to pozywajóm – Łognisko. – Godo wujas i kryńci wuncha.

– Tej, ale fajno nie!… Godo ciotka Mania i oż chyco do góry na tych swojych papciach na korach. A spódnik ji nie fyro, bo ta pierunizna ino takie obcisłe spódniki zakłodo, co nie fyrajóm. Nó óna może, bo jes szlank jag diaski. Byś nie powiedzioł, że óna mo już tyle lot.

– Co miołym powiedzieć, nie skłamać… – godo wujas Beniu. – Aha! Tóm chate zbudowali jeszczy za Niymca wew 1835 roku. Tutej Poloki mogły so godać i myśleć po swojymu. Wew tyj chacie buła kupa polskiych łorganizacji. Tutej buło kasyno łobywatelskie, Towarzystwo Zbieraczów Starożytności Krajowych… Ale to sie Szkiebróm nie widziało. Ło nie!… Dugo nie trwało i te pieruny jaśniste zrobiuły szlus zes tymi polskiymi łorganizacjami. To ci buło dzieś tak wew 1846 roku.

– Może bez to powstanie krakoskie dóstały fefra. Bo wiedziały, że Galuny to Galuny, ale jak już Poznanioki sie zbioróm cuzamyn do kupy i na niych ruszóm, to nie bydzie co zbiyrać – wtróńciuła ciotka – Seferyna. Óna tyż gupio nie jes i mo godane.

– Jo nie wiym. Może – godo wujas. Tak czy inacy te chate zaś kupiuły Mamelsdorfy, nie. I óne tutej zrobiuły hotel. Tyn hotel pozywali de Gielda, nie. Wew tym hotelu to ci sie zatrzymywała kupa różny wiary zes cołkiygo świata. Nó musiaa. Bo to ci tak kiedyś nie buło jag dzisiej, że ci pierun tag ino roz przefyrnie nad Szmotułami i nad Rynkiym wew samolocie, jag leci zez Berlina dó Warszawy. Ło nie!…

– Ciotka Mania zapómniaa o chycaniu, ło swojym spódniku i papciach na korach i sie przestaa kramować. Pape roztwarła i sucho. My szyscy suchómy jag wujas godo. Ón sie na szyskiym zno. A już wiynkszygó niż łón szpeca łod Szamotuł to ze świycóm szukać!

– Jag nie buło samolotów ani kolei, to wiara jyżdżaa dyliżansami, co je ciyngnyły śrupy. I taki, tej, dyliżans przyjyżdżoł tutej na Rynek pod hotel. Wiara sie musia opłechtać, spucnóńć cóś dobrygó. Przespaa sie i na drugi dziń jachaa dali. A nie roz – jag ji sie widziało wew Szamotułach – to so robiuła duższóm przerwe. I miyńszkaa wew tym hotelu.

– Tej, wujas, zobo!… – Sie drze Genas i pokazuje pazuróm – dyliżans!…

– Dzie dyliżans?!…

– No wej!… Wyjachoł ze Szkolny!… A kucier wew kapelindrze!…

– Nó ty szplinie! Gupi gupku gupkowaty!… Nie szyderuj sobie!… To jes Jaras ze Łogrodowy na swoji kufcie. Wej, co ón tam wew pazurze trzymie!… Widzisz?!…

– Nó widze. Łobraz.

– No łobraz! Ale jaki?!… Nie jakieś mazoły jak to tero te gupki wystwiajóm po galeriach, że to nie wiysz dzie przodek a dzie spodek. Porzómy olejny łobraz jak sie noleży. Jaras to jes artycha jak sie patrzy!… I jak sie patrzy to łod razu widać, że artycha. Powiydz, czy nie.

– No ja – godo Ciotka Mania i już so coś tam przy spódniku pazurom majstruje, że niby za dugi. Widziaam podobnygó roz kiedyś wew Krakowie, ale nigdzie wiency takich ni ma. Ino u nos na Rynku i wew Krakowie pod Barónami.

– Jaras na kufcie przeprys ino tag roz bez Rynek, ale szysko wiara poczuła tyn szwung, bo jachoł artycha, co niym Rynek łoddycha. 

Wujas chwiułke poszpycowoł za niym i znowyk zaczón godać: – Tyn hotel tutej buł do czasu jag Poznanioki Szkiebrów wygónióły wew łosiymnastym roku.

– Tej, mamula, ty możesz mieć prowde – godo wujas do swoji ślubny. Jak sie już Poznanioki wzieny za wygónianie, to wygóniuły ażeby! A nie że so dały naluchać. Zrobiuły takóm, tej, kalaraje, że Szkiebry zgolały oż miło! Jak ino  Szkiebry zgoluły, to przejyła gó polsko parafia i łod razu wew tyj chacie znowy zaczły urzyndować polskie społeczne łorganizacje. Wtedy zaczyli godać na te chate – Łognisko. Tu buł tyż zakład, co robiuł fotegrafki wiarze, co sie przychodziuła łodbiyrać i robiuł tyż fotegrafki Szamotuł. I zes tych fotegrafek robiuł szamotulskie kartki pocztowe. Bo wiara wtedy jeszczy wysyłała kartki normalnóm pocztóm i pisaa jag człowiek do człowieka, normalnie po ludzku, cołkiemi zdaniami, a nie jak teroz: Cze, love, pozdro, Dżesika. Żeby chocioż Wikta, Pela, Ańdzia… ale Dżesika?!…  Łe jeryniu kochany świynty!… Rozgardyjo!…

Płetym tutej buł urzund stanu cywilnygó, dzie te Dżesiki zes tymi Arielami zakłodali famuły. A niech jym tam, byle zakłodały i byle coroz wiency sie rodziuło Szamotuloków, nie!…

A nojważniejsze, że wew tyj chacie jes Bibloteka, wew który Waldzinek Wiyrzba – stary blubrok – ło nos tero cóś tam wiarze blubro. Jagby tyj chaty i tyj bibloteki wew tyj chacie nie buło, to ón by ci ło nos ni mioł dzie blubrać. Szplin jedyn!…

– Ciotke Manie siekło – jaki Waldzinek? To dzie my sóm?

– No u niegó durch wew glacy.

– I ta chata tyż? – Sie pyto ciotka. – I moje giery i twoje wunchy, i tyn Rynek, i Szamotuły?

– No ja – godo wuja. Ale sie nic nie bój, to szysko jes u niego wew dyńce, bo ón to szysko kocho.


Waldemar Wierzba – polonista, regionalista, redaktor i miłośnik gwary poznańskiej. Autor wielu publikacji propagujących gwarę; należą do nich m.in. Słownik gwary poznańskiej. Z naszego na polski, z polskiego na nasze, Przykazania PoznaniakaAle szport, tej!… żarty gwarą.


Waldemar Wierzba, Poznanioki na Rynku wew Szamotułach2019-10-15T12:32:34+00:00

Podszamotulskie krajobrazy w obiektywie Tymka Lendziona


W obiektywie Tymoteusza Lendziona

Podszamotulskie krajobrazy


Autor zdjęć o sobie:

Urodziłem się i dorastałem na Śląsku, a dokładniej w Katowicach. 16 lat temu posłuchałem głosu  serca i przeniosłem się do Szamotuł, a od 14 lat mieszkam w Gałowie. Fotografią zająłem się kilka lat temu za sprawą Tomka Koryla i sekcji fotograficznej w SZOK-u. Od tego czasu staram się pokazać piękno i tajemniczość otaczającego świata, a zwłaszcza najbliższej okolicy, fotografując krajobrazy. Więcej czasu poświęcam też zdjęciom portretowym.

Więcej zdjęć na : https://www.facebook.com/tymek.lendzion

Zdjęcia zostały wykonane w okolicach: Gałowa, Szamotuł, Przyborówka, Przyborowa, Brodziszewa, Radzyn, Kopaniny, Sokolnik Wielkich, Piaskowa, Obrzycka i Stobnicy.


Podszamotulskie krajobrazy w obiektywie Tymka Lendziona2019-10-09T23:18:13+00:00

Waldemar Wierzba, Poznanioki na dworcu wew Szamotułach

Zdjęcia Fotopolska

Waldemar Wierzba

POZNANIOKI NA DWORCU WEW SZAMOTUŁACH

Wiara co sie wew tym blubraniu przetwiyro:

WUJA CZECHU, echt poznaniok; chłop, a nie ramiąszko
CIOTKA MANIA, ta co mo pomiyńszkanie na Winogradach i giery, że łe jery!
GENAS, jeji synol (tyn co fliski kładzie)
WUJAS BINIU ZES SZAMOTUŁ, co mo pomiyńszkanie w Rynku
CIOTKA SEFERYNA, ślubno wujasa Binia, siora ciotki Mani (jagby sie chtó pytoł: to pomiyńszkanie wew Rynku jes na nióm, nie na wujasa)

Wuja Czechu, Ciotka Mania i Genas wysiodajóm na dworcu wew Szamotułach zez bany. Wuja zes Genasym rugajóm rajzetasze, a ciotka wew pazurze aby trzymie tytke zez szkarupkami łod joj na twardo, co je wuja Czechu  i Genas spucli wew banie, jag  jachali dó Szamotuł.

Tej, wiara, normalnie, nie idzie spiłować zes tegó wuji Czecha. Bo ile jest zes tegó Poznanio dó Szamotuł? No rzut beretym, nie. Aby sie wsiuńdzie, zaro trza wysiodać. Ani sie porzómnie człowiek nie zdunży uczplić. Ale wuja Czechu nie!… Ón ledwó sie wkantoli dó bany, zaro musi so łobrać jajo zes szkarupki, płosolić, płopieprzyć i dó tegó klapśtula aby ze samym masłym, ale, tej, grubo, jag błotym, nie. Jak se tegó nie spucnie i kawóm zes stodoły, co jóm ciotka wew termosie trzymie, nie popije, to ón nie uwożo, że jachoł banóm.

A tyn Geniu, to drugi taki sóm szplin jag wuja. Ino ciotka mo aby ciut fersztandu wew tyj swłoji glacy. Żeby nie łóna, to by mówie wóm, wiara, tej, normalnie wuja Czechu zez Genasym dojachali dó Szczecina, zamiast wysiejś wew Szamotułach, nie. Nó bo by te jaja żarli i rżnyli wew tysiunca i by zapomnieli wysiejś. I by my dzisiej musieli blubrać ło Szczecinie, nie. A to by sie nóm cheba nie widziało. Bo dzie Szczecinowi do Szamotuł?!…

Jag ino sie wtrajtali dó bany na Głównym, to jym łod razu ciotka godaa, że za Rokietnicóm jes Kiekrz zez Ławicóm, ino że na łodwyrtke jak sie jedzie dó a nie zes Szamotuł, nie. Ale to już buło dó wuji i dó Genasa za trudne.

Jeszczy porzómnie nie zdunżyli wysiejś… Sie patrzóm, wej, a tutej leeci dó  niych ciotka Seferyna, a sie za nióm trajto wujas Biniu. Ryfe mo jakómsiś, tej, nie za specjalnóm. Obrómblany, tej, jag nie wiym. Musiaa mu ciotka ło cóś dać oremus.

– Łejery, kłochany, świynty!… O małe co by my nie zdunżyli, bez tegó Binia. Szczyńdzi bateryjki dó zygara i loto ci tej, co po fiułke dó łokna szpycnóńć na tyn zygor na Rynku, taki fifny, co stoji tam na rogu koo PZU. Ale łón mo kurzypatrz i jak słóńce nie świci za dobrze, to ci źle czyto godziny. Żebym jo sama dziesiej nie kiłka, to by my jeszczy siedzieli u sie wew jadalce, a nie sie witali zez wami na dworcu. I byście musieli sie tośtać bez cołkóm Dworcowóm i Średnióm zez tymi rajzetaszami. To jes ale hektar!

Ciotka Seferyna dała so kalafki zez ciotkóm Manióm, zez wują Czechym i zez Genasym i zaroz potym wsiadła na wujasa Binia: –Tata, bierz te rajzetasze i wetkej dó kufra. Ale przód podjedź mi tu bliży tóm swojóm karytóm!

– Już lete mamula! I wujas leci dó tegó swojygó mesia łokularnika. Łodpolo. Podjyżdżdżo. Rajzetasze do kufra wtyko. Zaś szysko sie wiara katoli dó środka i cuzamen jadóm na Rynek. Karyta cołko sie ryloce. Wunchy wujasa Binia tyż mu lotajóm ko kluki. No zaro mu łodlecóm – tak trzyńsie. Dobrze, że my te jaja na twardo spucli, bo by sie tero same łobrały ze szkarupek!…

Waldemar Wierzba – polonista, regionalista, redaktor i miłośnik gwary poznańskiej. Autor wielu publikacji propagujących gwarę; należą do nich m.in. Słownik gwary poznańskiej. Z naszego na polski, z polskiego na nasze, Przykazania PoznaniakaAle szport, tej!… żarty gwarą.


Waldemar Wierzba, Poznanioki na dworcu wew Szamotułach2019-10-08T14:51:45+00:00

Romuald Krygier, Szkoła w GG, koniec okupacji i powrót do Szamotuł

Romuald Krygier

Dzieciństwo wojenne – część 2.

Szkoła w GG, koniec okupacji hitlerowskiej i powrót do Szamotuł

 

Szkoła dla polskich dzieci w Generalnym Gubernatorstwie

Po przyjeździe do Włoszczowy Rodzice zaraz zapisali mnie do szkoły powszechnej. Budynek szkolny był już zajęty przez Niemców i użytkowany jako szpital. Uczęszczałem wówczas do 7-klasowej Polskiej Publicznej Szkoły Powszechnej. Nadzór nad nią sprawowali Niemcy, uczyli nauczyciele polscy. Do końca wojny ukończyłem w niej 4 klasy. Lekcje odbywały się w różnych punktach miasta. Klasy szkolne zlokalizowane były przede wszystkim w mieszkalnych lokalach prywatnych. Przypominam sobie, że uczyłem się w 4 punktach miasta: najpierw w uliczce z tyłu naszego domu, później na rogu ulicy blisko poczty (może ul. Pocztowej?) i w 2 izbach położonych w różnych punktach przy ul. Częstochowskiej.

Utkwiły mi w pamięci, zresztą niezbyt wyraziście, sylwetki niektórych nauczycieli: Stanisława Domańska-Kozakowa, Stanisława Kotapkówna, Witold Sacharz, Piotr Bartosz, Jan Stępień, zwany „Gorylem”. Kierownikiem szkoły był Henryk Czeczot. Religii uczył nas miejscowy proboszcz ksiądz kanonik Kazimierz Bialik. Oświatowe władze okupacyjne dążyły do tego, aby dzieci polskie niezbyt dużo umiały. Uczono nas tylko tyle, abyśmy umieli czytać ich zarządzenia, ogłoszenia i plakaty propagandowe, nieco pisać i podpisywać się, liczyć do 100, coś zaśpiewać i gimnastykować się.

W roku szkolnym 1940/41 uczęszczałem do klasy pierwszej. Lekcje przeważnie miały charakter zabawowy. Niewiele wiedzy wtłoczono nam wtedy do głów. Opuściłem 21 dni lekcyjnych – często byłem przeziębiony, chory na grypę lub anginę albo miałem rozstrój żołądka. W klasie drugiej uczono mnie religii, języka polskiego, arytmetyki z geometrią, rysunków, zajęć praktycznych, śpiewu i miałem ćwiczenia cielesne. Na obu świadectwach szkolnych z klas I i II moje nazwisko widniało jako Krieger. Nie wiem, czy uważano mnie za Niemca, czy też spolszczonego szkiebra. Interwencja Rodziców w tej sprawie spowodowała, że na następnych świadectwach pisownia mojego nazwiska była prawidłowa. W roku szkolnym 1942/43 uczęszczałem do klasy trzeciej. W programie nauki – obok 7 poprzednich przedmiotów – pojawiła się przyroda. W klasie czwartej program nauki został ograniczony tylko do 4 przedmiotów: religii, języka polskiego, rachunków i przyrody. Pozbawiono nas wówczas nawet gimnastyki. Na czterech świadectwach ze sprawowania otrzymałem stopnie bardzo dobre. Moją wiedzę oceniano na stopnie bardzo dobre i dobre. Odnotowano na nich także, iż jestem wyznania rzymskokatolickiego.

W szkole nie uczono nas literatury polskiej, historii, geografii, usunięto wszystkie wiadomości o Polsce, informacje z przyrody były bardzo skąpe. Hitlerowcy nie chcieli mieć pod bokiem mądrych dzieci polskich, bo w przyszłości — według ich założeń —miały spełniać rolę „ciemnych niewolników”. Gubernator Generalnego Gubernatorstwa Hans Frank w jednym ze swoich przemówień stwierdził: „Polakom należy zostawić tylko takie możliwości kształcenia się, które okażą im beznadziejność ich położenia narodowego”. W roku szkolnym 1944/45 rozpocząłem naukę w klasie piątej. Nie dokończyłem jej, ponieważ przerwano z nami lekcje na początku stycznia 1945 r. w związku ze zbliżającym się radziecko-niemieckim frontem wojennym. W mojej klasie było mniej więcej po połowie dziewcząt i chłopców. Dyscyplina chłopaków pozostawiała wiele do życzenia. Ks. kanonik bił po łapach specjalną gumą w kształcie osełki do ostrzenia noży, S. Kotapkówna na lekcjach śpiewu „kropiła” smyczkiem od skrzypiec, pozostali nauczyciele nie rozstawali się z trzcinkami, którymi „dawali łapę”. Czasami zdarzało się, że po większym wybryku delikwent dostawał lanie po wypiętym tyłku. Wielkim wisusem była jedna z dziewcząt, która częściej dostawała lanie po tyłku niż najwięksi dranie płci męskiej. Raz dostała nawet na goły tyłek.


Dzieci pierwszokomunijne z ks. kan. Bialikiem, 1942 r.


Poziom nauki w klasie był średni. Uczniowie dość często przychodzili do szkoły bez przygotowania, bez odrobionych zadań pisemnych. Najczęściej tłumaczyli się (lub kłamali) pomocą w pracy rodzicom, zabawianiem młodszego rodzeństwa, noszeniem wody do prania, rąbaniem drewna opałowego, noszeniem szyszek i suchych liści do opalania mieszkania, zrywaniem trawy do karmienia królików itp. Uczeń, który nie umiał zadanej lekcji z religii, „dostawał łapę” wspomnianą gumową „osełką”, ks. kanonik kładł na jego głowę swoją dużą dłoń, rozłożonymi palcami ściskał ją i powtarzał kilkakrotnie: „Ach, ty poganinie”. Najgroźniejszym nauczycielem był „Goryl” – Jan Stępień, nauczyciel gimnastyki. W czasie lekcji ciągle chodził z groźną miną, dużo i głośno krzyczał, często używał trzcinki, zachęcając do prawidłowych ćwiczeń. Jego trzcinka padała na ciało ucznia w różne miejsca. Po lekcji u niektórych było można zauważyć siniaki lub zadrapania. Jego krzyk trudno było znieść. Brzmiał on jeszcze długo, po lekcjach, w moich uszach. Traktowałem go jako osobistego wroga nr 1. Nauczycielka S. Kotapka uczyła mnie m.in. śpiewu i rysunków. Śpiewała sama jako tako, ale na skrzypcach niezbyt dobrze grała, raczej rzępoliła. Uczyła piosenek nijakich, chyba dlatego, że nie chciała narazić się okupacyjnym władzom oświatowym jakąś piosenką o zabarwieniu patriotycznym.

Do nauki nie mieliśmy żadnych podręczników. Uczyliśmy się z czasopisma szkolnego – miesięcznika „Ster”, wydawanego przez władze oświatowe Generalnego Gubernatorstwa. „Ster” był redagowany przez renegata i kolaboranta doktora Feliksa Burdeckiego. Później – obok „Steru” – ukazywał się „Mały Ster” dla uczniów młodszych klas. Czasopisma te stanowiły więc specyficzne podręczniki szkolne do nauczania wszystkich przedmiotów. Zawierały infantylne opowiadania i wierszyki, teksty obojętne wychowawczo lub popularyzujące sławnych Niemców. Na podstawie niektórych materiałów dzieci miały wbijać do swych głów niemieckie nazwy nadawane przez okupanta polskim miejscowościom. Przyjaźniłem się z Michałem Czeczotem, synem kierownika szkoły. Często bywałem w domu jego rodziców. Szczególnie latem bawiłem się z nim i kilku naszymi rówieśnikami. Miejscem zabaw był przede wszystkim duży przydomowy ogród.


Uczniowie szkoły we Włoszczowie, w ostatnim rzędzie Romek Krygier


Pan Henryk Czeczot uczył nas potajemnie, głównie przekazywał nam treści zakazane w szkole. Kiedyś do mieszkania Czeczotów wtargnęli niemieccy żandarmi. Nie wiem, jaki był powód ich najścia. Ostrzeżeni przez panią Czeczotową zdołaliśmy niemal błyskawicznie schować zeszyty i przybory szkolne do środka dużego rozkładanego stołu. Mimo tego jeden z żandarmów okaleczonym językiem polskim dopytywał się, czy aby tu nie odbywają się tajne lekcje. Kierownik Czeczot stanowczo zaprzeczył temu i oświadczył, że dzieci przyszły się pobawić, ponieważ syn ma dużo zabawek i różnych gier. Przy żandarmach udawałem, że z jakimś kolegą gram w Piotrusia. Od tego czasu tajne nauczanie u państwa Czeczotów odbywało się rzadziej i małymi grupkami.

Poza Michałem Czeczotem miałem jeszcze kilku dobrych kolegów. Do ich grona zaliczałem wówczas Jurka i Janka Jęczkowskich, Jasia Sobiaka, Jacka i Stefana Zabłockich (ojciec ich był poznańskim adwokatem), braci Szymankiewiczów (Zenon jest znanym regionalistą i historykiem Wielkopolski; lubię szczególnie jego książkę: Spadochrony nad okupowaną Wielkopolską, Poznań 1979), Kazia Kowalewskiego. Wszyscy (oprócz Czeczota) pochodzili z rodzin wysiedlonych z Wielkopolski. Z wielodzietnej rodziny włoszczowskiej pochodzili Rysiek Kaczmarski oraz Staszek Filipowski. W ogrodzie rodziny Kaczmarskich na przedmieściu Włoszczowy zajadałem się nasionami słoneczników, a w domu – przyniesionym i ugotowanym bobem. Z Kaziem „Pytką” wymieniałem znaczki pocztowe i guziki, przede wszystkim od polskich i niemieckich mundurów wojskowych.

Ministrantura

W połowie 1942 r. m.in. z Jasiem Sobiakiem przystąpiłem do I Komunii Św. Poczęstunek dla gości przypominał wielką ucztę, która odbyła się w mieszkaniu rodziny Sobiaków. Brały w niej udział całe rodziny wysiedlonych szamotulan. Wkrótce po I Komunii Św. na cmentarzu przykościelnym byłem bierzmowany przez jakiegoś biskupa kieleckiego. Byłem wtedy rozkojarzony i często zmieniałem miejsce stania. Dlatego nie wiem, kto wystąpił w roli moich rodziców. Na trzecie imię dostałem św. Antoniego. Przez jakiś czas koledzy za mną wołali: „Antoni myszy goni”.

Po bierzmowaniu zostałem ministrantem. W kościele bardzo lubiłem przyglądać się odsłanianiu i zasłanianiu obrazu Matki Bożej w głównym ołtarzu. Niezbyt dobrze służyłem do Mszy św., ponieważ źle dzwoniłem, spóźniając się w stosunku do swego partnera. W czasie kazań ministranci opierali się o balaski i cicho rozmawiali z dziewczętami, które stały po ich drugiej stronie. Pewnego razu tak się rozgadaliśmy, że nie spostrzegliśmy się, że rozmawiamy zbyt głośno. Proboszcz – kanonik Kazimierz Bialik z ambony musiał nas strofować. Wstyd na cały kościół!


Rodzina Krygierów w dniu 1. komunii Romka: rodzice Czesława i Kazimierz, Zofia (siostra Kazimierza), dzieci: Jurek, Andrzej i Romek, 1942 r.


W ogrodzie proboszcza rosło wiele drzew owocowych. Dlatego, kiedy pojawiły się na nich dojrzałe i dorodne owoce, ministranci blisko murowanego płotu chętnie rozżarzali węgiel drzewny do okadzenia trybularzem (kadzielnicą). Niby przypadkowo wiewaczka urywała się i wpadała do „księżowskiego” ogrodu. Był powód, aby wchodzić po nią do ogrodu, przy okazji narwać trochę gruszek, jabłek i śliwek. Kiedy w czasie jednej spowiedzi przyznałem się kanonikowi, że rwałem i jadłem owoce z jego ogrodu, ten wychylił się z konfesjonału i wytargał mnie za uszy.

Proboszcz czasami zapraszał swych ministrantów na plebanię i częstował słodyczami. Był to rodzaj ekwiwalentu za naszą „pracę społeczną” w kościele. Przy okazji wikariusz ks. Witold Pastuszko pokazywał nam swoje liczne zbiory znaczków pocztowych. Od trzech pokoleń był zapalonym filatelistą – znaczki przed nim zbierali jego wujek i wujka wuj. Ks. Pastuszko miał dwie czarne szafy pełne albumów ze znaczkami pocztowymi. Zbiór ks. Pastuszki był nie do wycenienia, wart – być może – kilka milionów przedwojennych polskich złotych.



Pierwsza część wspomnień wojennych Romualda Krygiera:

http://regionszamotulski.pl/dziecinstwo-wojenne-z-szamotul-do-wloszczowy/


Czesława i Kazimierz Krygierowie, 1942 r.

Romek Krygier w dniu 1. komunii św.

Romek Krygier i Jaś Sobiak

Książeczka do nabożeństwa – prezent podarowany Romkowi przez rodzinę Sobiaków

Kościół i rynek we Włoszczowie w czasie wojny

Zdjęcie zrobione w czasie bierzmowania Romka

Ołtarz główny w kościele Wniebowzięcia NMP we Włoszczowie, współczesny wygląd. W ołtarzu obraz Matki Bożej z Dzieciątkem oraz klęczącymi postaciami świętych: Joachima i Józefa

Ewa i Romuald Krygierowie przed kościołem we Włoszczowie, 2000 r.

Niedzielne spacery za miasto

Rodzina Krygierów

Krygierowie i inne zaprzyjaźnione rodziny (w czasie okupacji szamotulanie we Włoszczowie i nieodległym Jędrzejowie raczej trzymali się razem)

Romek i Andrzej Krygierowie

Romek z kolegą

Czesława Krygier z domu Górecka



Działka i wycieczki za miasto

Prawie na skraju miasta nasza rodzina miała ogródek – działkę. Uprawialiśmy na niej różne warzywa i trochę ziemniaków. W naszym ogródku uczyłem się przyrody, miałem możność przyjrzeć się wegetacji różnych roślin, a szczególnie chwastów, z którymi walka była wprost beznadziejna. Obserwowałem także rozwój różnych szkodników i motyli. Fascynował mnie przede wszystkim proces powstawania i rozwoju motyli. Najpierw przyglądałem się larwom – gąsienicom, później poczwarkom pokrytym kokonem i wykluwaniu się z nich motyli. Był czas, że kolekcjonowałem motyle, które urzekały mnie swą wielobarwnością.

We wrześniu lub październiku 1944 r. na naszej działce i sąsiednich pojawili się jeńcy – żołnierze polscy znad Oki. Kopali tu rowy strzeleckie – okopy obronne. Zyskałem ich sympatię, często przychodząc tu i przyglądając się ich pracy. Nie mogłem wtedy tylko zrozumieć, że żołnierze polscy mówią „z ruska”. Nie przeszkadzało mi to w pogawędkach. Przy kopaniu rowów jeńcy wydobywali z ziemi buraki, marchew i kartofle. Moja Mama gotowała z nich pożywne zupy, które jeńcom kilkakrotnie zanosiłem w wiadrze. Jedli je chętnie i łapczywie z talerzy, które także przynosiłem.

W pobliżu naszej działki, obok kilku willi, rosły drzewa morwowe. Dotychczas nie zetknąłem się z takimi drzewami i ich owocami. Kwitły ładnie, choć ich kwiaty były niepozorne, w kotkach. Owoce morwy były białe lub wiśniowe, mięsiste, z drobnymi pestkami, bardzo słodkie, podobne do jeżyn. Zajadałem się nimi dość często. Stanowiły one dla mnie „cymes”, delicje. Na liściach morwy można było zobaczyć liczne gąsienice jedwabników. Chyba część tych gąsienic przywędrowała także do naszego ogródka. Znajdowałem je przede wszystkim na liściach kapusty – obok gąsienic bielika kapustnika.

Przez cały okres okupacji hitlerowskiej w porach letnich, prawie co niedzielę, organizowaliśmy wycieczki piesze do wsi Kózki – w kierunku południowo-zachodnim od Włoszczowy, w kierunku wsi Czarnca, znanej jako miejsce urodzin hetmana polskiego koronnego Stefana Czarnieckiego (1599-1665). Udawaliśmy się tam całą rodziną i ze znajomymi rodzinami wysiedlonymi z Wielkopolski, szczególnie z Szamotuł i Poznania. Nasze wyprawy kierowały się przeważnie do zaprzyjaźnionego z nami kolejarza, Zenona Gładkiego. Obok jego domu rozkładaliśmy koce, tu jedliśmy jaja na twardo i suchy prowiant. Starsi opalali się, wypoczywali po trudach minionego tygodnia, młodzi bawili się piłkami, hasali po pobliskim lesie. Chętnie bawiłem się z synem p. Gładkiego, który zawsze chodził boso, skóra pod stopami była gruba i twarda jak podeszwy butów. Kiedyś nadepnął na pinezkę, która wbiła się w stopę; nawet nie poczuł bólu.

Atrakcją dla mnie i moich braci były odwiedziny Janusza Wiatrolika – leśniczego z podwłoszczowskich lasów. Był on kuzynem Mojej Mamy. Nasz dom odwiedzał z wielkim hałasem i szumem, nie pukał, a walił w drzwi wejściowe do kuchni i od progu krzyczał: „Jest Czecha?!” Wiatrolik przyjeżdżał do Włoszczowy małą, dwukołową (z gumy) powózką. Często korzystałem z jego pozwolenia i jeździłem dwukółką po bocznych uliczkach miasta. Każdy z braci, kiedy zobaczył blisko naszego domu stojącą bryczkę, przybiegał do mieszkania i informował Rodziców, że Wiatrolik stoi na Rynku (ten niedługo potem zjawiał się u nas). Był to człowiek wesoły, zawsze uśmiechnięty i życzliwy. Ja i moi bracia Wiatrolikiem nazywaliśmy jego konia.


Czesława i Kazimierz Krygierowie w czasie niedzielnego spaceru za miasto, ok. 1943 r.


Koniec okupacji hitlerowskiej i nowa rzeczywistość

Na początku stycznia 1945 r. mojego Ojca – w mieszkaniu, w godzinach wieczornych – odwiedził wyższy rangą oficer niemiecki, wysoki, barczysty i przystojny mężczyzna. Wypytywał Ojca o różne włoszczowskie sprawy. Szczególnie interesował się lokalizacją starostwa, Zarządu Miejskiego, siedzibą Gestapo i żandarmerii oraz innych ważnych urzędów niemieckich. Wszystkie uzyskane informacje skrzętnie notował, a równocześnie nanosił na przygotowany wcześniej szkic planu Włoszczowy. Ojciec zdziwiony był nieco, że oficer w tych sprawach nie udał się do jakiegoś niemieckiego urzędu. Ten oświadczył, że dopiero wieczorem dotarł do Włoszczowy i jest tu incognito.

16 stycznia, dzień po wyzwoleniu miasta, oficer ten ponownie zjawił się u Ojca, ale już jako wyższy oficer… radziecki. Jego sylwetka utkwiła mi w pamięci na całe życie. Ubrany był w biały kożuszek przewiązany paskiem, na głowie miał wysoką baranią czapkę, na nogach – wysokie filcowe białe buty. Po polsku powiedział Ojcu, że jest oficerem radzieckiego wywiadu, że kilka dni temu był tu na rozpoznaniu terenu. Oficer ten, jak sam powiedział, pochodził z rodu bojarów ruskich, jego rodzinę wymordowano w 1917 r., pozostała część rodziny została rozstrzelana w czasie masowych mordów stalinowskich w połowie lat trzydziestych. Oficer był człowiekiem wszechstronnie wykształconym, znał kilka języków obcych. Na pożegnanie zostawił Ojcu trochę papierosów i cygar.

Włoszczowa została wyzwolona w nocy z 14 na 15 stycznia 1945 r. Niemcy planowali, jak to wynikało z dokumentów znalezionych później w Starostwie, 15 stycznia rozstrzelać kilkuset mieszkańców Włoszczowy, a miasto spalić. Przyspieszone działania wojsk radzieckich zniweczyły te plany. Niemcy od początku stycznia masowo uciekali z miasta i przez miasto. Ucieczkę utrudniały przygotowane przez Niemców barykady przeciwczołgowe (wkopane w chodniki po cztery grube pale drewniane, między które wsunięto poziomo poprzez ulice także grube bele – po kilka, jedna na drugiej). Hitlerowcy sami sobie nieświadomie przygotowali to utrudnienie i udręczenie. Uciekający Niemcy barykady te klęli, na czym świat stoi.

Żołnierze radzieccy późno wieczorem 14 stycznia dotarli do Włoszczowy, przed miastem (blisko cmentarza) na środku drogi ustawili jeden czołg i z niego strzelali nad miastem do uciekających Niemców. W okolicy Włoszczowy, a także w samym mieście, poległo wielu żołnierzy niemieckich. Porzucili oni na Rynku i kilku ulicach dużo broni i amunicji. Niektórzy Polacy jak hieny ściągali z trupów niemieckich, co tylko się dało. Szczególnie grabiono buty. Straszny był widok zabitego żołnierza niemieckiego, leżącego goło na śniegu, zbroczonego krwią, często już rozszarpanego przez zgłodniałe psy. Z zabitych koni ludzie wycinali co lepsze kawały mięsa. Pamiętam, jak tłumy mieszkańców wdarły się do budynku Starostwa, niszczyły tam wszelkie ślady niemieckości i wykradały to wszystko, co zaraz można było wynieść. Niektórzy ludzie wracali więc do swych domów z karniszami do firanek, z muszlami klozetowymi i umywalkami, z wannami na głowach i ramionach, z krzesłami i taboretami itp. Takie obrazy utkwiły mi w pamięci z pierwszych dni wyzwolenia miasta, tak rodziła się ludowa rzeczpospolita włoszczowska, na czele władz której stanął burmistrz Jan Kotulski – obywatel tego miasta.

Kilka dni po wyzwoleniu przez Włoszczowę przeciągały liczne kolumny żołnierzy niemieckich. Mieszkańcy miasta tworzyli milczące i groźne szpalery. Twarze niedawnych zwycięzców nie były już butne. Szli powoli, obszarpani, zarośnięci, brudni, śmierdzący. Przedstawiali obraz nędzy i rozpaczy. W tych chwilach trochę było mi ich żal. (dlaczego?).


Zabawy chłopięce, tyłem stoi Romek Krygier, ok. 1944 r.


Wolność rozumiałem wtedy zbyt dosłownie. Najwspanialsze dziecięce zabawy polegały wówczas na rozbrajaniu amunicji, paleniu prochu i strzelaniu „z klucza” amunicją karabinową. Z kolegami organizowałem wspaniałe fajerwerki. Polegały one na tym, że w jakimś dołku kładliśmy dużo różnej amunicji, do której doprowadzaliśmy na bezpieczną odległość długie lonty. Poprzez podpalone lonty ogień docierał do amunicji i następował duży wybuch. Pociski karabinowe, kawałki amunicji czołgowej i działowej spadały wokół nas. Cud, że nikt wtedy z nas nie został zabity! Jako dzieciaki byliśmy beztroscy, nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że narażamy się na wielkie niebezpieczeństwo. Bardziej groźne mogły być skutki rozpalanych ognisk na materiałach wybuchowych. Po bolesnej dla nas interwencji Milicji Obywatelskiej zaprzestaliśmy tego rodzaju zabaw (z żalem!). Władze miejscowe zresztą nakazały zebrać pozostałe „militaria” niemieckie i odtąd te „atrakcje” z konieczności przestały nas bawić.

Żołnierze radzieccy niekiedy zachodzili do naszego domu. Jednemu z nich „na siłę” musiałem sprzedać cały zapas zeszytów szkolnych, za które zapłacił mi nowymi, nieznanymi banknotami polskimi. Atrakcyjnym dla nich towarem były zegarki — „czasy”. Niektórzy od Polaków chętnie je kupowali, inni w ordynarny i bezczelny sposób je po prostu zabierali. Wtedy o żołnierzach radzieckich krążyło wiele złośliwych anegdot. Np. żołnierz radziecki pyta w polu rolnika, która jest godzina. Ten wbija w ziemię łopatę i mówi, że jest około 11.15, gdyż tak wskazuje na ziemi cień uchwytu łopaty. Człowiek radziecki zabiera ten nieco dziwny „czas” i ucieka, gdzie pieprz rośnie. Do znajomego zegarmistrza Ludwika Flanca przyszedł żołnierz radziecki z dużym stojącym zegarem (komuś „buchnął”). Domagał się, aby ten zrobił mu z przyniesionego zegara kilka zegarków na rękę (autentyczne!). Przyłożył swój zegarek do dużej tarczy i odmierzył na niej kilka razy. Chyba myślał, że tak jak z rozwałkowanego ciasta wykrawa się ciasteczka, tak z tarczy zegarowej można wykroić kilka zegarków. Po zrobieniu zegarków zegarmistrz może zatrzymać sobie resztę materiałów jako zapłatę.

Mój starszy brat Jurek, po ukończeniu VII klasy szkoły powszechnej, został uczniem fotografa Romana Ulatowskiego, pochodzącego z Wielkopolski. Żołnierze radzieccy chętnie robili sobie zdjęcia, które wysyłali potem do rodzin. Lubili się fotografować z butelką wódki w prawej ręce i odkrytą do ramienia ręką lewą, na której często było po kilka zegarków. Jeden z ludzi radzieckich zrobił kiedyś wielką awanturę Ulatowskiemu o to, że zegarek przy łokciu na zdjęciu został częściowo „obcięty”.

Powrót do Szamotuł

W moich wspomnieniach z okresu okupacji hitlerowskiej mało miejsca poświęciłem Mamie Czesi i Cioci Zosi, a przecież obie były organizatorkami naszego codziennego życia. Bracia – Jurek i Andrzej (małe dziecię, na początku 1945 r. miał dopiero 6 lat!) chodzili własnymi ścieżkami. Jurek lubił fotografować jakimś podłym aparatem, budował ołtarzyki, ja sklepiki, a Andrzej (wówczas Jędruś) raczej przyglądał się temu, co robią bracia. Aktywny był w okresie przedgwiazdkowym, kiedy kleił z kolorowego papieru łańcuchy na choinkę. Każdy z naszej trójki braci, gdyby pisał swoje wspomnienia z tego czasu, zapisałby coś innego, co utrwaliło się w jego pamięci, bo przecież punkt widzenia zależy m.in. od punktu obserwacji.

Z wysiedlenia cała rodzina Krygierów powróciła do Szamotuł w Palmową Niedzielę 1945 r. Z Włoszczowy wracaliśmy wynajętym m.in. przez Rodziców i innych wysiedlonych wagonem towarowym. Podróż trwała kilka dni. Nasz wagon często stał na bocznicach kolejowych w różnych miejscowościach. Przyczepiano go do wielu składów pociągów towarowych, jadących w kierunku Poznania. Wreszcie dotarliśmy do stolicy Wielkopolski. Utrwaliły mi się na zawsze takie obrazy: morze gruzów, dymy ze zgliszcz „gryzące” w oczy i gardło, budowane przez żołnierzy radzieckich i jeńców niemieckich szerokie tory kolejowe. Szczęśliwie dotarliśmy do Szamotuł, miasta już zazielenionego i pełnego słońca.

Spisane w 1999 r.


Romuald Krygier (1933-2009)

Dr etnografii, autor wielu publikacji o tematyce regionalnej, bibliotekarz

Współtwórca i wieloletni prezes Towarzystwa Kultury Ziemi Szamotulskiej

Romuald Krygier, Szkoła w GG, koniec okupacji i powrót do Szamotuł2019-10-02T20:10:15+00:00

Aktualności – październik 2019

PAŹDZIERNIK

IMPREZY I KONCERTY


Minione


KINO

DKF – 3.10.2019, godz. 19.00, kino Halszka

Miejsca, których w Szamotułach już nie ma. Strzelnica przy ul. Wojska Polskiego

Niektórzy z pewnością pamiętają ten budynek w tle – mieściła się tam świetlica. Bractwo Strzeleckie w Szamotułach ma bardzo długą tradycję, powstało bowiem – jak to napisano na bramie – w 1649 r., za czasów króla Jana Kazimierza. Budynek przy szamotulskim Jeziorku (obok drogi do Gałowa, nazwanej później ul. Strzelecką) powstał ok. 1858 r. Do Bractwa należeli zamożniejsi obywatele miasta, głównie kupcy i rzemieślnicy. W okresie międzywojennym Strzelnica (sala budynku i ogród przy nim) odgrywała ważną rolę w życiu mieszkańców miasta. Odbywały się tam spotkania, koncerty, zabawy taneczne, mieściła się też restauracja. Było to popularne miejsce „zabaw latowych” – zabaw ludowych z różnymi konkurencjami i tańcami oraz loterii, z których dochód przeznaczano na jakiś szczytny cel. Znajdowała się tam także wypożyczalnia łódek: „piękne jezioro wraz z łódkami zaprasza każdego do przejażdżki po malowniczej toni” – zachęcała „Gazeta Szamotulska” w 1929 r. Dwa lata wcześniej obiekt przeszedł remont. Bractwo Strzeleckie organizowało strzelania o tytuł króla kurkowego – co roku w Zielone Świątki, a także z okazji 3 Maja, na zakończenie żniw i w rocznicę wybuchu powstania wielkopolskiego.

Zdjęcie z okresu międzywojennego – po 1928 r. Źródło – aukcje internetowe



Meble z przedwojennej szamotulskiej fabryki mebli Bracia Koerpel

Koelne odnalezione na akukcji internetowej zdjęcie przedstawia meble wyprodukowane w Szamotułach w okresie międzywojennym w zakładzie pod nazwą Bracia Koerpel. W takim otoczeniu posiłki przygotowywano nie tylko w Polsce, bo duża cześć produkcji przeznaczona była na eksport. W końcu XIX w. bracia Karl i Max Koerpel uruchomili młyn parowy przy ul. Dworcowej, obok niego ok. 1905 r. wybudowali nowy budynek, w którym umieścili fabrykę mebli. Do II wojny produkowano w niej głównie właśnie meble kuchenne. W 1927 r. kolejne pokolenie – Herbert i Julius Koerpel (kuzynowie) wznieśli bardzo nowoczesny (na tamte czasy) młyn przy ul. Bolesława Chrobrego, a dawny budynek młyna przy Dworcowej wszedł w skład fabryki mebli.

Po wojnie oba zakłady odebrano właścicielom, co było niezgodne nawet z niesprawiedliwą ustawą nacjonalizacyjną, bo firma zatrudniała mniejszą liczbę pracowników niż określono to w nowym komunistycznym prawie. Szamotulską meblarnię (tej nazwy na co dzień używano) rozbudowano, najpierw działała samodzielnie, później – jako jeden z zakładów Wielkopolskich Fabryk Mebli z siedzibą w Obornikach. Zakład działał do 2003 r., budynki rozebrano w 2019 r. Również w tym roku zniknął z powierzchni ziemi przedwojenny młyn przy ul. Chrobrego. Po wielkich dziełach rodziny Koerplów w Szamotułach nie ma już śladu, pozostały wspomnienia kilku pokoleń szamotulan.



Nad bazyliką kolegiacką w Szamotułach o zachodzie słońca.

Na zdjęciu widoczny jest krzyż, wiatrowskaz i zwieńczenie sygnaturki, czyli małej wieży, w wypadku naszego kościoła nad prezbiterium, czyli na szczycie fasady wschodniej (sygnaturki były sytuowane także nad skrzyżowaniem naw). Umieszczano w nich najmniejszy dzwon, również nazywany sygnaturką. Bardzo często chowano tam także dokumenty związane z fundacją kościoła, jako świadectwo dla przyszłych pokoleń. Data na wiatrowskazie nie wiąże się, oczywiście, z powstaniem świątyni. Najstarsza zachowana wzmianka o kościele pochodzi z 1423 r., powstał on najprawdopodobniej w 2. połowie XIV w., a w XV w. został przebudowany. Zdjęcie Łukasz Wlazik (SzamoDron).



2. Spacer z Historią – Rynek

W sobotę 5 października – w strugach deszczu – odbył się nasz 2. Spacer z Historią. Dziękujemy wszystkim, którzy w tak niekorzystnych warunkach byli z nami – to aż ponad 30 osób, naprawdę podziwiamy Państwa chęć poznania historii Szamotuł! Głównym tematem naszej, skróconej nieco, wyprawy był szamotulski Rynek – do zdjęć naszych parasoli dołączamy więc fotografię, której autorem jest Piotr Mańczak.

Kilka zdań dla tych, którzy nie zdołali dotrzeć. Miasto Szamotuły najprawdopodobniej nie miało murów, ponieważ rynek i sąsiadujące z nim ulice były chronione przez naturalne granice w postaciu wód: od południa i wschodu (dzisiejsza Dworcowa i Poznańska) – rzeka Sama, od północy (Wroniecka) – struga, która potem przechodząca w fosę, od zachodu – mokradła (współcześnie mocno osuszone). Z przekazów wiadomo o trzech bramach miejskich: przed mostami na Dworcowej i Poznańskiej oraz na Wronieckiej na wysokości kamienicy, gdzie dziś jest apteka, a kiedyś kawiarnia Pod Basztą.

Wysłuchaliśmy historii kilku kamienic (np. domu, w którym mieszkała niemiecko-polska rodzina Scharwenków; synowie Xaver i Philipp byli wybitnymi kompozytorami, ciągle bardziej znanymi w Niemczech miż w Polsce), zniszczonego na początku niemieckiej okupacji pomnika św. Jana Nepomucena, który stanął na rynku po powodzi 1725 r., oraz krzyża, którego początek wiąże się z osobą szamotulskiego stolarza uciekającego przed pruskim wojskiem w okresie Wiosny Ludów (z tą historią można się zapoznać w artykule http://regionszamotulski.pl/krzyz-na-rynku-w-szamotulach/). Spotkanie prowadzili: Piotr Nowak, Łukasz Bernady i Agnieszka Krygier-Łączkowska.

Zapraszamy na kolejny spacer – 26.10.2019 r. Wtedy już na pewno wejdziemy do kościoła św. Krzyża i zabudowań poklasztornych, wcześniej jednak wysłuchamy innych historii związanych z tą częścią miasta. O godz. 12.00 spotkajmy się przy pomniku Maksymiliana Ciężkiego. Mamy nadzieję, że pogoda będzie lepsza.

Więcej zdjęć Szamotuł autorstwa Piotra Mańczaka http://regionszamotulski.pl/szamotuly-nieszablonowo-w-obiektywie-piotra-manczaka/.



Szamotulscy nauczyciele Szkoły Powszechnej nr 1

Prezentowane zdjęcie z 1929 r. należało do Johanny Bohm – Niemki, która pracowała w klasach dla dzieci niemieckich w szamotulskich szkołach. Na odwrocie jest notatka sporządzona przez właścicielkę, można z niej odczytać nazwiska poszczególnych nauczycieli. Stoją z tyłu (od lewej): Elimer, Szubszyński, Dolski, (Stanisław) Zgaiński, Typ; w środkowym rzędzie: Jankowski, Pstyka, (Eleonora) Jasiewicz, Kluge, Jonć, (Maria) Kania, Bartecki; z przodu: Schuster, (Johanna) Bohm, Wankowicz, (Antonina) Nowicka, (Leon) Gierszewski, (Maria) Zwierzyńska, Janek, Lis.

Szkoła przy ul. Staszica działała wówczas zaledwie od kilku miesięcy – od września 1928 r. Początkowo umieszczono w niej klasy żeńskie, a chłopcy uczyli się w budynku przy ul. Kapłańskiej, jednak już po dwóch miesiącach dokonano zamiany. W listopadzie obu szkołom nadano też oficjalnie patronów i nazwy: Publiczna Męska Szkoła Powszechna im. Stanisława Staszica oraz Publiczna Żeńska Szkoła Powszechna im. Marii Konopnickiej. Kierownikiem szkoły przy ul. Staszica został wówczas (do 1936 r.) widoczny na zdjęciu w dolnym rzędzie Leon Gierszewski, wcześniej – od 1924 r. – pełnił tę funkcję w szkole przy ul. Kapłańskiej. Kierownictwo szkoły żeńskiej w lutym 1929 r. objęła widoczna także na zdjęciu Antonina Nowicka (na stanowisku pozostała do 1947 r.). Warto zwrócić uwagę także na Stanisława Zgaińskiego (1907-1944) – nauczyciela, artystę, żołnierza AK, o którym wielokrotnie pisaliśmy na portalu.

Do 1927 r. działała szkoła dla dzieci niemieckich obok kościoła ewangelickiego (pl. Sienkiewicza, dziś nr 20 – siedziba Ośrodka Pomocy Społecznej), po jej zamknięciu uczniowie niemieccy zostali umieszczeni w szkole przy ul. Kapłańskiej, gdzie stworzono dla nich osobny oddział. Uczyła w nim właśnie Johanna Bohm, która początkowo zajmowała mieszkanie na górze szkoły, a po przeniesieniu oddziału do nowej szkoły przy ul. Staszica wynajęła pokój u rodziny Koniecznych w domu blisko szkoły (zdjęcie pozostało właśnie w tej rodzinie – więcej w artykule http://regionszamotulski.pl/maruszka-pod-okupacyjnym-niebem-szamotul/).

I ostatnia ciekawostka. Obok nazwisk nauczycieli Johanna Bohm napisała jeszcze: „Im strengen Winter 1929, -36º” – taka właśnie była tamta zima w Szamotułach (napisaliśmy o niej w artykule http://regionszamotulski.pl/zima-1929/).



30 września – Dzień Chłopca

W 1983 r. w szamotulskim Liceum Ogólnokształcącym (wówczas im. gen. Jarosława Dąbrowskiego) po raz pierwszy odbyły się z tej okazji Wybory Mistera Szkoły – impreza z przymrużeniem oka, bo nie o urodę kandydatów (przedstawicieli poszczególnych klas) tu w gruncie rzeczy chodziło, ale o wykonanie różnych zabawnych konkurencji. Oceny dokonywało żeńskie jury. W 1983 r. zwyciężył Grzegorz Heckert, koronę wręczyła mu Marianna Sobisiak – wówczas wicedyrektor szkoły. Na drugim zdjęciu widać duże emocjonalne zaangażowanie w imprezę żeńskiej części grona pedagogicznego. Od lewej siedzą: Stefania Jęczkowska, Barbara Borowiec, Irena Fludrowa, N.N., Teodozja Bąkowa, Iwona Rebelka, Maria Szaniawska i Jadwiga Skoracka, za nimi Rafał Pisula.


Aktualności – październik 20192019-11-08T16:12:29+00:00