About Agnieszka Krygier-Łączkowska

Autor nie uzupełnił żadnych szczegółów
So far Agnieszka Krygier-Łączkowska has created 237 blog entries.

Majątek Szamotuły-Zamek w okresie międzywojennym. Kariera i upadek porucznika Cezarego Matuszewskiego

Agnieszka Krygier-Łączkowska i Wojciech Musiał

Kariera i upadek porucznika Cezarego Matuszewskiego

Majątek Szamotuły-Zamek w okresie międzywojennym

Fragment mapy z końca lat 20. XX w.

Baszta Halszki – 1932. Zdjęcie Polona.

Z prasy szamotulskiej

„Gazeta Szamotulska” 1924, nr 31

„Gazeta Szamotulska” 1924, nr 65

„Gazeta Szamotulska” 1924 nr 37

„Gazeta Szamotulska” 1924, nr 128

„Gazeta Szamotulska” 1924, nr 55

„Gazeta Szamotulska” 1928, nr 101

„Gazeta Szamotulska” 1923, nr 44

„Gazeta Szamotulska” 1926, nr 43

„Gazeta Szamotulska” 1928, nr 103

„Gazeta Szamotulska” 1924, nr 81

„Gazeta Szamotulska” 1933, nr 135

„Gazeta Szamotulska” 1936, nr 103


Z Archiwum Państwowego w Poznaniu

Jednostka: Czynsze dzierżawne majątku państwowego Szamotuły-Zamek

W chwili odzyskania przez Polskę niepodległości majątek szamotulski pod nazwą Szamotuły-Zamek (Samter-Schloss) był własnością saksońskiej książęcej rodziny Coburg-Gotha. To ta sama rodzina, z której wywodzi się królowa Elżbieta II. Majątek szamotulski w 1862 r. kupił Ernest II, starszy brat Alberta – męża brytyjskiej królowej Wiktorii (w czasie 1. wojny światowej ta linia rodziny zmieniła nazwisko na Windsor). W skład majątku wchodziły: zamek szamotulski wraz z otaczającym go folwarkiem (gorzelnia, spichlerze, stajnie, chlewnia, obory, warsztaty i inne budynki przy ul. Zamkowej – do narożnika z dzisiejszą ul. Nowowiejskiego) oraz dalsze folwarki: Świdlin (na południe od ówczesnego miasta Szamotuły), Mutowo, Łowiza (Ludwikowo), a także Dołęga I i Dołęga II (na północ od Sycyna, w powiecie obornickim) – w sumie około 1209 ha, w tym 41,6 ha lasu. Coburgowie byli również właścicielami innych majątków w okolicy: Kaźmierza, Brodziszewa czy Komorowa. Rzadko przyjeżdżali w te strony, a ich majątki były wydzierżawiane. Od 1907 r. domenę Szamotuły-Zamek dzierżawił Niemiec Alfred Hartmann.


Zamek w Szamotułach w latach 20. XX w. – obraz (nazwisko autora nieczytelne), w: Opis Warsztatów Rolnych w powiecie szamotulskim (Wielkopolska) dla wycieczek P.W.K., Szamotuły 1929. Źródło: Polona


W podpisanym w czerwcu 1919 r. w Wersalu traktacie pokojowym zwycięskich państw koalicyjnych z Niemcami znalazł się artykuł (nr 256) dotyczący przejęcia – znajdujących się w granicach innych państw – majątków, które należały wcześniej do państwa niemieckiego, oraz prywatnych majątków niemieckich rodzin panujących („osób pochodzenia królewskiego”). Upaństwowienie majątku szamotulskiego napotkało trudności. Spierano się o interpretację ostatniego sformułowania, wzmianki o tym, że sprawa odwoławcza ma być przedmiotem zainteresowania Trybunału Rozjemczego w Paryżu, pojawiały się jeszcze w dokumentach z 1931 r.

Komisaryczna administracja polska przez Wydział Dóbr Państwowych została ustanowiona w kwietniu 1920 r., a sąd w Szamotułach przepisał majątek na rzecz Skarbu Państwa 29 grudnia 1920 r. Natychmiast zaczęli zgłaszać się chętni do jego dzierżawy – w całości lub części. Do czerwca 1921 r. w majątku pozostawał Albert Hartmann, który liczył na nowy kontrakt (umowa zawarta z nim przez poprzedniego właściciela miała obowiązywać aż do 1926 r.). Do porozumienia z Hartmannem jednak nie doszło i nakazano mu opuszczenie majątku w terminie do 1 lipca 1921 r. Dawny dzierżawca z rodziną wyjechał z Polski do Niemiec.


Fragment ostatniej strony kontraktu dzierżawy. Źródło: Archiwum Państwowe w Poznaniu, jednostka: Kaucja majątku państwowego Szamotuły-Zamek


Z kilku chętnych na wydzierżawienie całości majątku wybrano Cezarego Matuszewskiego, wówczas 31-latka, uczestnika powstania wielkopolskiego i wojny polsko-bolszewickiej, który po jej zakończeniu – jako porucznik 55. Pułku Piechoty – stacjonował w Krotoszynie i pełnił funkcję komendanta Powiatowej Komendy Uzupełnień. W Szamotułach zjawił się prawdopodobnie w czerwcu, o czym świadczą ogłoszenia z prasy:

„Uczciwej panienki do prowadzenia książkowości i prowadzenia korespondencji na większy majątek poszukuje od zaraz lub 1.7. Matuszewski, porucznik, Szamotuły, Dworcowa u p. Bytnerowicza. Osobiste przedstawienie konieczne”; „Wzywam wszystkich, którzy posiadają klucz do parku mego o natychmiastowy zwrót jego. Wstęp do parku dozwolony tylko za mojem osobistem zezwoleniem, Cezary Matuszewski Szamotuły-Zamek”; „Wszystkich poddzierżawców użytkujących parcele należące do majętności Szamotuły-Zamek wzywam do osobistego przybycia wraz z kontraktami w przeciągu 5 dni. Niestawienie się pociąga bezwzględny zakaz dalszego użytkowania i sekwestry ziemiopłodów. Cezary Matuszewski, dzierżawca domeny Szamotuły-Zamek”.


Salon w stylu Ludwika XVI, z makatami japońskimi i perskimi dywanami, z perspektywą na salonik i pokój jadalny. Po lewej stronie szafa Boulle’owska, grupy porcelanowych figurek z Sevres i Miśni. Źródło: Złota księga ziemiaństwa polskiego poświęcona kulturze i wytwórczości rolnej, red. Stanisław Sas-Lityński, t.: Wielkopolska, Warszawa-Poznań 1929.


Ostateczny kontrakt na dzierżawę całości majątku podpisano z Matuszewskim dopiero w lipcu 1922 r.; początkowo miał on obowiązywać do końca czerwca 1938 r. Matuszewski mianowany został też sołtysem obszaru dworskiego Szamotuły-Zamek. Szybko zaangażował się w życie społeczne miasta i powiatu, pełnił wiele funkcji, wspierał finansowo rozmaite przedsięwzięcia i był członkiem komitetów honorowych z okazji różnych uroczystości.

Z pełnionych przez Cezarego Matuszewskiego funkcji można tu wymienić następujące: prezes powiatowy Wielkopolskiego Towarzystwa Kółek Rolniczych, prezes Rady Nadzorczej Banku Ludowego, członek Rady Nadzorczej „Rolnika”, przewodniczący Tymczasowego Komitetu zbytu trzody chlewnej na Wielkopolskę, członek zarządu Związku Polskich Plantatorów Buraków Cukrowych przy Cukrowni w Szamotułach, prezes jednego z kół oraz członek zarządu obwodu powiatowego Ligi Obrony Powietrznej Państwa, prezes powiatowy Federacji Związków Polskich Obrońców Ojczyzny i Związku Obrony Kresów Zachodnich, prezes Komitetu Lokalnego Funduszu Szkolnictwa Polskiego Zagranicą. Życie społeczne Szamotuł w tamtym czasie było niezwykle bogate, a wiele osób angażowało się w działalność przeróżnych organizacji – Cezary Matuszewski nie był pod tym względem wyjątkiem. W 1930 r. premier Walery Sławek przyznał mu Srebrny Krzyż Zasługi; w uzasadnieniu wymieniono „zasługi położone dla powstania wielkopolskiego oraz na polu pracy społecznej”.


Sala jadalna w stylu gdańskim, z portretami Bacciarellego i Pruszkowskiego oraz francuskimi gobelinami. Źródło: Złota księga ziemiaństwa polskiego


W zamku, który w 1922 r. został przebudowany i odremontowany, Cezary Matuszewski podejmował wielu oficjalnych gości, na przykład w czerwcu 1924 r. – zarząd Stowarzyszenia Burmistrzów Wielkopolski, a we wrześniu 1929 r. – gości przybyłych na uroczystość odsłonięcia pomnika Powstańca.

W Złotej księdze ziemiaństwa polskiego z 1929 r. opublikowano kilka zdjęć zamku i tak opisano cenniejsze elementy jego wyposażenia: „Wewnętrzne urządzenie zamku jest stylowe i gustowne. Jest tu kolekcja starych perskich dywanów, japońskich makat i francuskich gobelinów, sewrskiej, miśnieńskiej i wiedeńskiej porcelany, szafy Boulle’owskie (szczególnie cenna jedna z XVII wieku) [meble w stylu Ludwika XIV z bogatymi zdobieniami z różnych materiałów]. Liczne obrazy mistrzów polskich i zagranicznych, portrety pędzla Bacciarelli’ego, Pruszkowskiego i innych, wreszcie stare rodzinne hafty z XVII wieku, wykonane przez Stadnicką, odziedziczone przez Annę Marję z Stadnickich Matuszewską”.

Cezary Matuszewski ożenił się już w czasach pobytu w Szamotułach – w kwietniu 1926 r. Pan młody miał wówczas 36 lat, a jego żona – hrabianka Stadnicka herbu Drużyna – była o połowę młodsza. Małżeństwo prawdopodobnie dość szybko się rozpadło, a Anna Maria ponownie wyszła za mąż.


Hol zamkowy. Źródło: Złota księga ziemiaństwa polskiego


W latach 20. Matuszewskiemu w gospodarstwie wiodło się dobrze. Czasami prosił o kilkunastodniowe odroczenie terminu płaconego w systemie kwartalnym czynszu dzierżawnego, kilka razy były na niego donosy, nawet do samego Ministerstwa Rolnictwa i Dóbr Państwowych. Przeprowadzone kontrole nie wykazały jednak niczego niepokojącego. W jednym z poufnych pism starosta Bronisław Ruczyński nazywał Matuszewskiego „człowiekiem energicznym, inteligentnym, ofiarnym, dobrym Polakiem” i – tak to się w tamtych czasach łączyło – „zaciętym wrogiem Niemców i Żydów”.

W cytowanej wcześniej „Złotej Księdze Ziemiaństwa Polskiego” przedstawiono strukturę upraw w majątku Szamotuły-Zamek: buraki cukrowe – 135 ha, inne okopowe – 110 ha, pszenica – 110 ha, żyto – 150 ha, jęczmień – 100 ha, groch – 40 ha, koniczyna – 25 ha, inne – 90 ha. Buraki odstawiano do cukrowni w Szamotułach, buraki przerabiano we własnej gorzelni (do 62 tys. litrów rocznie), mleko odstawiano do szamotulskiej mleczarni (220 tys. litrów). Hodowano krowy (80 dojnych, w tym 45 zarodowych), świnie (70 macior, produkcja 800 sztuk tuczników rocznie) i owce (250 sztuk rasy Merinos-Precoce).


Widok podwórza zamkowego. Mur powstał ok. 1922 r. Źródło: Złota księga ziemiaństwa polskiego


W zabudowaniach gospodarczych przy zamku doszło do dwóch dużych pożarów. W czasie pierwszego, w lipcu 1924 r., spalił się długi budynek (stodoła, spichlerz i stajnia) przy ulicy od strony pl. Sienkiewicza. Jak się okazało, ogień zaprószyło 5-letnie dziecko. Kolejny pożar nastąpił w drugiej połowie listopada 1933 r. Całkowicie spaliła się wówczas wzorcowa obora po przeciwnej stronie podwórza, na szczęście w porę udało się wyprowadzić zwierzęta. Tym razem przyczyną pożaru był nieszczelny komin, z którego iskry wydostały się na pełne słomy poddasze. Dokładną relację z obu tych wydarzeń zamieściła „Gazeta Szamotulska” [zamieszczamy obok]. Warto się z nimi zapoznać, gdyż pokazują one problemy, z jakimi borykała się wówczas szamotulska straż pożarna.

Władze Szamotuł – od momentu, gdy wiadomo było, że majątek przejmie państwo polskie – starały się o włączenie do miasta terenów z nim sąsiadujących. Burmistrz miasta – Konstanty Scholl – początkowo sądził, że majątek zostanie rozparcelowany i zgłosił wniosek o przekazanie obiektów przyzamkowych: zabudowań gospodarczych, w których mogłoby powstać jakieś przedsiębiorstwo, i parku, który chciano uczynić miejscem dostępnym dla wszystkich mieszkańców. Majątek nie został jednak zlikwidowany i wymienione obiekty nadal stanowiły jego centrum.


Zamek w Szamotułach od strony parku, 1932 r. Zdjęcie Polona


Drugim miejscem, które musiało zainteresować włodarzy Szamotuł, był folwark Świdlin (inne stosowane nazwy to Świdliny i Świdlina). Te rozległe tereny, podzielone na wiele odrębnych działek, stykały się z południowymi granicami Szamotuł, a współcześnie całkowicie leżą w obrębie miasta. Do folwarku należały sto lat temu tereny przy Wojska Polskiego (ówczesna nazwa: Strzelecka) w pobliżu wodociągów i po przeciwnej stronie ulicy – przy Jeziorku. To były także tereny położone w okolicach ul. Bolesława Chrobrego (w nazewnictwie w tych okolicach przetrwała ul. Świdlińska). Do Świdlina należał także obszar od dworca kolejowego na wschód, okolice późniejszej ul. Sportowej i między Sportową i Lipową. Teren ten był w tym okresie niezwykle istotny dla rozwoju miasta. Władze Szamotuł na początku 1921 r. myślały o kupnie folwarku Świdlin, kiedy jednak okazało się, że majątek nie podlega likwidacji, tylko zostaje wydzierżawiony, tę jego część – na początku 1923 r. – poddzierżawiono na 10 lat.

Od 1923 r. władze Szamotuł starały się, aby na stałe stacjonował tu większy oddział kawalerii. W 1924 r. część folwarku Świdlin została na ten cel przekazana władzom wojskowym. Mniej więcej na miejscu dzisiejszego os. Przyjaźni miały powstać domy dla wojskowych i ich rodzin, a dalej w kierunku Kępy miał być umiejscowiony plac ćwiczeń. Realizację tych planów odsuwano z roku na rok i ostatecznie do niej nie doszło. Obszar dawnego folwarku stał się własnością miasta 1 października 1927 r. i przeznaczony został na jego rozbudowę.

Już wcześniej – za zgodą Matuszewskiego – władze miejskie dokonywały na tym terenie pewnych inwestycji. Najpierw – jeszcze w 1923 r. – powstał stadion, później – na początku 1927 r. oddano do użytku przy ul. Chrobrego Przytulisko dla Starców i Kalek, przebudowane z dawnej murowanej stajni (dziś znajduje się tam sanepid). W tym samym czasie przy Chrobrego za Jeziorkiem powstało targowisko z domem zarządcy i restauracją. Już po likwidacji folwarku, pod koniec 1927 r., na terenie za wodociągami w kierunku torów kolejowych wydzielono ogródki działkowe.


Źródło: „Przewodnik Katolicki” 1927, nr 17


Gospodarstwo wielokrotnie przedstawiane było w miejscowej prasie jako wzór do naśladowania, ale… w lutym 1931 r. anonimowa osoba napisała donos do Ministerstwa Rolnictwa, informując, że robotnicy folwarczni od pół roku nie otrzymali wynagrodzenia, a ci, którzy upominają się o zapłatę, straszeni są zwolnieniem z pracy. Dodatkowo sam zaś Matuszewski miał trwonić pieniądze na bale i alkohol. Ministerstwo skierowało korespondencję do wojewody, a ten do starosty szamotulskiego. Starosta zlecił miejscowej policji (komendantowi powiatowemu komisarzowi Stanisławowi Skąpskiemu) przeprowadzenie w tej sprawie „poufnego śledztwa”. Wykazało ono, że robotnicy rolni rzeczywiście nie otrzymują od 6 miesięcy wynagrodzenia, są zastraszeni przez zarządcę i nie przydzielono im węgla na zimę. Z tego powodu dochodziło nawet do wypadków rąbania na opał, na przykład, płotów. Potwierdzenia nie znalazł jednak zarzut rozrzutności Cezarego Matuszewskiego, w odpowiedzi przesłanej staroście zaznaczono nawet, że ze względu na panujący kryzys gospodarczy jest on bardzo oszczędny.

Ostatecznie Matuszewski został w 1934 r. przedterminowo usunięty z dzierżawy. 12 października tego roku doszło do licytacji zastawy majątku. Opublikowany w prasie lokalnej wykaz robi wrażenie. Na liście znalazł się inwentarz żywy (47 koni i źrebaków, 74 krów jałowic i cieląt, 60 koni, 67 krów i jałowic, 188 świń, 30 owiec), maszyny i narzędzia gospodarcze, tzw. inwentarz martwy (2 pługi parowe, młockarnia, bukownik, lokomobile, żniwiarki, kosiarki, dryle, siewniki, opielacze, kultywator, czyszczarka do zapędu prądem elektrycznym), wyposażenie gorzelni: kotły parowe, zbiorniki, aparaty miernicze, pompy, urządzenie elektryczne z akumulatorami, urządzenie do ogrzewania parowego, a także narzędzia ślusarskie, inwentarz do prowadzenia ogrodnictwa, rośliny doniczkowe, kwiaty oraz pojazdy (karety, powozy, breki, uprzęże, motor elektryczny, wozy, 2 samochody osobowe: Alfa Romeo i Fiat). Co więcej, na liście umieszczono prawdopodobnie kompletne wyposażenie zamku: meble (w tym salon w stylu Ludwika XVI, szafę Boulle’owska z XVII w., bibliotekę), obrazy, portrety, figury z porcelany saskiej, zegary, lampy, fortepian i harmonium, dywany perskie, makaty, gobeliny, kilimy, firany, kotary, rogi, zastawy i srebro stołowe, porcelanę, kryształy, szkła, świeczniki, radioodbiornik, szafy żelazne, maszynę do pisania, pościel, a nawet około 5 tys. sztuk cegiełek parkietu dębowego.

Szamotulska kariera Cezarego Matuszewskiego skończyła się dość gwałtownie. O jego dalszych losach wiemy niewiele. Po przejściu do rezerwy w 1922 r. został przydzielony do Batalionu Balonowego (najpierw w Poznaniu, a potem w Toruniu). Prawdopodobnie bezpośrednio przed wojną zmieniono mu przydział na 4. Pułk Lotniczy w Toruniu. Brał udział w wojnie obronnej 1939 r. i dostał się do niewoli niemieckiej. Najpierw został osadzony w obozie jenieckim w Woldenbergu (dziś Dobiegniew), a następnie w Murnau.


Rodzina Nowaków, Szamotuły, 1937-38. Drugi od prawej – Michał Nowak, ur. 1875 w Siemiątkowie k. Szamotuł, zm. w 1942 – Szamotuły-Zamek; jeden z włodarzy majątku Szamotuły-Zamek, pradziadek Wojciecha Musiała.


Z zachowanej dokumentacji – korespondencji z Dyrekcją Lasów Państwowych, która w tym czasie nadzorowała majątki państwowe, wynika, że gospodarstwo przejęte w 1934 r. było mocno zdewastowane i dopiero po dwóch latach przywrócono je do jako takiego stanu. Z wykazów wynika, że Cezary Matuszewski zalegał z należnościami ponad 47 osobom, w tym np. włodarzowi (jednemu z trzech) Michałowi Nowakowi – ponad 800 zł. Z tego dokumentu dowiadujemy się również, jakie zawody wykonywali zatrudnieni w majątku ludzie: włodarz, ogrodnik, mechanik, stelmach, kowal, stangret, fornal, stolarz, ręczniak, stróż, polowy, mleczarek, zaciągowy, szwajcar i inne osoby z obsługi osobistej: kasjerka, służący, kucharz.

Część zobowiązań (30% należności zaległych) w latach 1934-35 spłacili dyr. Tomaszewski i hr. Michał Mycielski. Z reszty należności pracownicy zrezygnowali, podpisując odpowiednią cesję. Sprawa była na tyle głośna, że została opisana w ogólnopolskiej gazecie „Robotnik” (organie PPS) z marca 1936 r. Artykuł nosił tytuł Szlachetczyzna w majątkach państwowych.

We wrześniu 1936 r., dzięki usilnym staraniom prezesa Zarządu Głównego Związku Robotników Rolnych i Leśnych oraz kierownika miejscowego biura tego związku Jana Ciupki, doszło jednak do całkowitej wypłaty zaległych należności przysługujących robotnikom majątku Zamek i folwarku Mutowo, powstałych jeszcze za rządów Cezarego Matuszewskiego. W ciągu dwóch dni wypłacono w sumie kwotę 33 900 zł. Robotnicy przyjmowali pieniądze ze łzami w oczach. Relacjonujący to wydarzenie dziennikarz „Gazety Szamotulskiej” wyraził nadzieję, że – otrzymawszy pieniądze – u miejscowych kupców uregulują swoje zadłużenie, sięgające łącznie około 10 tys. zł.

W 1934 r. dzierżawcą majątku Szamotuły-Zamek został Michał Mycielski z Gałowa – praprawnuk Stanisława Mycielskiego i jego żony Anny z domu Mielżyńskiej, która w 1837 r. – w przymusowej sytuacji po powstaniu listopadowym – sprzedała te dobra. Mycielscy po niemal dokładnie stu latach powrócili zatem do szamotulskiego zamku.

Majątek Szamotuły-Zamek w okresie międzywojennym. Kariera i upadek porucznika Cezarego Matuszewskiego2020-01-14T21:24:41+00:00

Aktualności – styczeń 2020

STYCZEŃ

IMPREZY I KONCERTY

Trwające


Najbliższe

9 stycznia 2020 r., godz. 18.00, Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy

30 stycznia, 2020 r., godz. 18.00, Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy


KINO

Takie zimy możemy tylko powspominać

To zima 1979 r. Szkoły organizowały kuligi (jeżdżono za wozem konnym lub traktorem, także ruchliwą dziś ul. Zamkową), w wielu miejscach miasta wylewano sztuczne lodowiska. Zdjęcia wykonano przy Szkole Podstawowej nr 3 (widać na nich nauczycielki Marię Kostrzyńskąi Irenę Pytel).



Ostroróg z lotu ptaka

Ostroróg – na tych zdjęciach, które rok temu wykonał Łukasz Wlazik (Szamodron), dobrze widać miejsce, gdzie znajdował się zamek! Chodzi tu o dawną wyspę na Jeziorze Wielkim (dziś to półwysep). Pierwsza zachowana wzmianka o Ostrorogu dotyczy właśnie wydarzeń w budowli tam się znajdującej (najprawdopodobniej było nieduży drewniany obiekt łączący funkcje obronne i mieszkalne – fortalicjum) – w lutym 1383 r. w czasie tzw. wojny Grzymalitów z Nałęczami, czyli wojny domowej rodów wielkopolskich, schronił się tam Sędziwój Świdwa – właściciel Szamotuł (z rodu Nałęczów), kronika Janka z Czarnkowa wymienia imię Dzierżka Grocholi – ówczesnego właściciela tej niewielkiej twierdzy. W XV w. wznosił się tam znacznie potężniejszy zamek, zbudowany na wielkich głazach i palach, 3-piętrowy, częściowo murowany, wyższe części kamienno-drewniane. Został on zburzony w XVIII w. przez ówczesnego właściciela Ostroroga. W czasie badań archeologicznych przeprowadzonych w latach 60. XX w. odkryto tam ślady jeszcze wcześniejszej osady – z IX-X w.



Motywy haftu szamotulskiego na współczesnych kartkach i ozdobach świątecznych – to nam się podoba!

Milena Kolat-Rzepecka od ponad 10 lat tworzy różnego typu rękodzieło, stale poznaje nowe techniki, ale sięga też do tradycji (np. rok temu zainteresowała się dawnymi ozdobami choinkowymi ze słomy i bubuły). Swoimi umiejętnościami dzieli się na różnego typu warsztatach, prowadzi też blog. Najłatwiej znaleźć ją na FB Niepowtarzalna Kartka Milena Kolat-Rzepecka – polecamy! Wykorzystany tu motyw z haftu na tiulu w okresie międzywojennym utrwalił Stanisław Zgaiński (1907-1944) – z wykształcenia nauczyciel, człowiek wielu zainteresowań i talentów: malarz, grafik, muzyk, badacz folkloru, współtwórca widowiska scenicznego Wesele szamotulskie, do którego zebrał i opracował muzykę.



Aktualności – styczeń 20202020-01-04T23:25:48+00:00

Obrzycko nad Wartą w obiektywie Marcina Draba

W obiekrywie Marcina Draba

Obrzycko nad Wartą


Marcin Drab tak pisze o swojej fotograficznej pasji:

Fotografia jest nieodłącznym elementem mojego życia od wielu lat. Najważniejsi dla mnie są ludzie i to im poświęcam niemal całkowicie swój fotograficzny czas. Najpiękniejsze w fotografii jest to, że za każdym człowiekiem kryje się historia. Aparat fotograficzny jest narzędziem, które pomaga mi przekazać tę historię innym. Przez całe swoje dorosłe życie staram się zrozumieć otaczający mnie świat, czy to w mojej miejscowości, czy klika godzin lotu od rodzimego kraju. Cały czas poszukuję nowych inspiracji i pracuje nad swoim warsztatem.

Zapraszamy także na 

http://marcindrab.pl


Obrzycko nad Wartą w obiektywie Marcina Draba2019-12-31T14:10:45+00:00

Tajne nauczanie

Tajne nauczanie w okresie niemieckiej okupacji

Jesienią 1939 r. Związek Nauczycielstwa Polskiego przekształcił się w Tajną Organizację Nauczycielską. W ramach struktur państwa podziemnego powstał Departament Oświaty i Kultury. Często byli to ci sami ludzie. Pamiętać jednak należy, że w realizacji tajnego – polskiego – nauczania w okresie niemieckiej okupacji rolę ważniejszą od wszelkich struktur organizacyjnych odgrywał pojedynczy nauczyciel, rozpoczynający – w porozumieniu z rodzicami dziecka – działania, które mógł przypłacić życiem.

Takich nauczycieli, którzy okupację spędzili w naszym powiecie i tu podjęli tajne nauczanie, było co najmniej kilkunastu. Również kilkunastu nauczycieli z Szamotuł i regionu zajęło się tajnym nauczaniem w Poznaniu, w miejscowościach Generalnego Gubernatorstwa i obozach jenieckich.

W samych Szamotułach działali: Eleonora Jasiewiczowa z domu Scholl (1909-1980), Bronisława Jasiewiczówna (1898-1967), Wiktoria Babczyńska (1898-1971), Wacław Pruszkowski (1906-1993), Antonina Nowicka (1891-ok. 1950), Monika Kuszewska-Dąbrowska i Bronisława Fasińska. Eleonora Jasiewicz uczyła dzieci, odkąd w 1941 r. zamieszkała w Szamotułach, zajęcia – w małych grupach lub indywidualne (w sumie dla 36 dzieci) – odbywały się w niewielkim pokoju w domu przy ul. Kościelnej 10. Od lat 30. pracowała ona najpierw w szamotulskich szkołach powszechnych, a później – do wybuchu wojny – w Obrzycku. Przedwojennymi nauczycielkami szamotulskich szkół powszechnych były Bronisława Jasiewiczówna (szwagierka Eleonory) i Wiktoria Babczyńska, które lekcji udzielały prawdopodobnie w mieszkaniu przy ul. Ratuszowej. Przy ul. Szerokiej (dziś Braci Czeskich) raz w tygodniu prowadziła lekcje dla małej grupy dzieci (4-5) dawna kierowniczka szkoły im. Marii Konopnickiej – Antonina Nowicka. Przez cały okres okupacji, 5 razy w tygodniu, w dwóch różnych mieszkaniach przy ul. Poznańskiej grupę w sumie 25 dzieci uczyła konspiracyjnie także Monika Kuszewska (po mężu Dąbrowska). Po kilku uczniów mieli także Bronisława Fasińska i Wacław Pruszkowski – przedwojenny kierownik szkoły w Piotrkówku.

W innych miejscowościach powiatu działali, między innymi, Florian Kołpowski (Jastrowo), Jan Perz (Obrzycko i Kobylniki), Janina Tobisowa i Emilia Czurówna (Kaźmierz), Joanna Sałacińska-Drecka (Wronki), Jan Sławiński i Aniela Mumot (Pniewy).


Nauczyciele szamotulskich szkół powszechnych, zima 1929 r. W tajne nauczanie w okresie okupacji zaangażowały się, miedzy innymi, widoczne na tej fotografii Bronisława Jasiewicz (w środkowym rzędzie 3. z lewej) i kierowniczka szkoły im. Marii Konopnickiej – Antonina Nowicka (w pierwszym rzędzie 4. od lewej). Zdjęcie należało do Johanny Bohm – Niemki, która pracowała w klasach dla dzieci niemieckich w szamotulskich szkołach (2. z lewej w pierwszym rzędzie), w czasie okupacji zdecydowanie poparła III Rzeszę, ale jej postawa nie do końca była jednoznaczna (na niektórych Polaków donosiła, ale czasem też pomagała). W ostatnim rzędzie 2. od prawej stoi Stanisław Zgaiński (1907-1944) – nauczyciel, artysta, komendant obwodu AK we Wronkach, aresztowany zmarł w obozie w Gross-Rosen.


Od kwietnia 1940 roku mali Polacy uczyli się w utworzonej przez władze okupacyjne szkole (Deutsche Schule für Polnische Kinder), która najpierw mieściła się w dawnej Strzelnicy nad Jeziorkiem (dzisiejsza ul. Wojska Polskiego), a potem w budynku przy ul. Kapłańskiej. W lipcu 1944 roku szkoła w ogóle zaprzestała działalności. Poziom nauczania był niski, dzieci miały zapoznać się z podstawami języka niemieckiego w mowie i piśmie oraz nauczyć się działań matematycznych. Lekcje często wypadały, ponieważ dzieci wysyłane były – pod opieką niemieckich nauczycieli – do różnego typu sezonowych prac. Edukacja Polaków kończyła się w 14. roku życia, dzieci w tym wieku zobowiązane były do cięższych prac, często ponad siły i za niewielkim wynagrodzeniem.

Nauczyciele-Polacy, którzy w czasie okupacji pozostali na tych terenach, byli zatrudniani w urzędach niemieckich lub kierowani przez Arbeitsamt do różnego rodzaju prac fizycznych, np. w cukrowni, w okolicznych gospodarstwach lub do posług w rodzinach niemieckich. Jednym z problemów, z którym poradzić musieli sobie chcący potajemnie uczyć polskie dzieci, był zatem brak czasu. Nauka dotyczyła pisania i czytania po polsku, historii Polski i matematyki. Jak wspominała Eleonora Jasiewiczowa, poważnym problemem był też brak podręczników i innych materiałów, z których można by korzystać w czasie edukacji. Jeśli jakieś zeszyty i książki były wykorzystywane w czasie konspiracyjnych lekcji, dzieci przynosiły je ukryte starannie pod płaszczami, w bańkach na mleko, w koszach między zakupami lub przykryte trawą.


Nauczyciele Szkoły Powszechnej im. Marii Konopnickiej w 1935 r. – zdjęcie z kroniki szkoły. Stoją: Lisówna, Jesionkówna, Wiktoria Babczyńska, Marta Kaniowa, Stefania Jońcówna, Wincenty Kania. Siedzą: Zofia Janikówna, Bronisława Jasiewiczówna, Antonina Nowicka, ks. prefekt Nowicki, Skórnicka.


Na początku lat 60. Eleonora Jasiewicz spisała krótkie wspomnienia, które zostały opublikowane w wydawnictwie zbiorowym pt. Almanach szamotulski. Przytoczymy je niemal w całości.

 „Szkoła” przy ulicy Kościelnej 10. Wspomnienie

Od roku 1941 mieszkałam w Szamotułach w domu przy ul. Kościelnej 10. Mały, jednopiętrowy dom o dwóch klatkach schodowych, wypełniony był po brzegi. Do rodzin, mieszkających tam już przed wojną, dokwaterowano rodziny wyrzucone przez Niemców ze swoich mieszkań. Moja rodzina zamieszkała w kuchence życzliwie odstąpionej przez panią Wilkową. Okna tego maleńkiego pomieszczenia, szerokiego na 2 m, długiego na 7 m, wychodziły na podwórze. Tam, na ławce ustawionej pod naszym oknem, gromadzili się w letnie wieczory mieszkańcy domu. Rozmowy trwały niekiedy do późnej nocy. Tematów do-starczały często tragiczne przeżycia okupacyjne. Czuliśmy się swobodnie, gdyż wszyscy mieszkańcy domu byli Polakami. Prawie każda rodzina mieszkająca w naszym domu miała dzieci w wieku szkolnym. Było nie do pomyślenia, aby dzieci te były pozbawione nauki. Jako jedyna nauczycielka w domu czułam się odpowiedzialna za nauczenie ich czytania i pisania po polsku. I tak zaczęło się tajne nauczanie.


Eleonora Jasiewicz z dziećmi: Danutą i Zbigniewem w okresie okupacji. Zdjęcie prywatne


Przychodziły na lekcje dzieci w różnym wieku i z różnych środowisk; było ich w czasie mojego nauczania około 36. W trudnych, warunkach niewoli niemieckiej, kiedy nauczanie po polsku było surowo karane i groziło wysłaniem do obozu koncentracyjnego, nie można było myśleć o gromadzeniu większej liczby dzieci na raz. Dzieci musiały przychodzić pojedynczo. Lekcje nie mogły odbywać się codziennie. Zmuszona przez Arbeitsamt chodziłam bowiem do najrozmaitszych prac. Przez jakiś czas pracowałam w polu u Hartmanna, później na posługach u Niemców. Do lżejszych prac należało kręcenie papierowych sznurków i tkanie pasów ze szmat. Pracę tę wykonywało się w domu i wówczas miałam nieco więcej czasu. Bardzo wiele kobiet polskich było zmuszanych do podobnych prac. W ten sposób musiały pracować nawet kobiety stare i chore. Okupant skrupulatnie dbał o to, aby wykorzystać każdą parę polskich rąk.


Budynek Szkoły Powszechnej im. Stanisława Staszica w czasie okupacji został zamieniony na Biuro Pracy – Arbeitsamt. Zdjęcie z ok. 1940 r. Źródło: Widoki powiatu szamotulskiego na starych pocztówkach 1898-1945, Szamotuły 2016.


Ze względu więc na brak czasu, a także dla większego bezpieczeństwa, zorganizowałam sobie pracę w ten sposób, że każde dziecko miało zeszyt, w którym notowałam szczegółowy plan pracy na okres dwóch tygodni. Po tym czasie dziecko przychodziło do mnie na lekcję, na której kontrolowałam przyswojenie zadanego materiału i wyjaśniałam trudniejsze jego fragmenty. Tego rodzaju system mógł. przynosić pewne wyniki tylko przy dużej opiece ze strony rodziców. Opieka ta zresztą w warunkach okupacji, kiedy wszyscy zdawaliśmy sobie dobrze sprawę z tego, na co się narażamy, była wprost wyjątkowa. Także dzieci rozumiały niezwykłość sytuacji i ich podejście do nauki było bardzo poważne, powiedziałabym — dojrzałe. Częściej na lekcje przychodziły dzieci, przerabiające program 1. klasy i dzieci, mieszkające w bliskim sąsiedztwie.

Duże kłopoty były z książkami. W ogromnej cenie były stare podręczniki. W wielu przypadkach trzeba było korzystać z nie przystosowanych do nauki książek, które przynosiły dzieci z domu. W tych specjalnych warunkach trudno było myśleć o systematycznym przerabianiu materiału programowego. Oczywiście, na pierwszy plan wysuwało się nauczenie dzieci czytania i pisania po polsku, a także przyswojenie im podstawowych wiadomości z historii Polski. Nauka okupacyjna pozwoliła dzieciom, które ją pobierały, zdać w okresie powojennym egzamin do wyższych klas szkół podstawowych.

Na terenie Szamotuł nie byłam jedyną nauczycielką, która w okresie wojny uczyła dzieci w języku polskim. Robiła to także moja szwagierka, Bronisława Jasiewiczówna, pani [Wiktoria] Babczyńska i wielu jeszcze innych nauczycieli, mieszkających tutaj w okresie okupacji.

Dużo się ostatnio pisze i mówi na temat zbrojnego oporu Polaków w Kongresówce [Generalnym Gubernatorstwie] przeciwko okupantowi. Warunki naszego życia uniemożliwiały tę formę walki. Na ziemiach Wielkopolski było zbyt wielu Niemców i ich nadzór był bardzo silny. Poważną część wielkopolskiej inteligencji wywieziono do Guberni, a wielu młodych ludzi zabrano na roboty do Niemiec. Nie spowodowało to zupełnie zaprzestania walki z okupantem, a jednym z przejawów oporu, obok różnych form sabotażu gospodarczego, było niewątpliwie tajne nauczanie.


Nauczyciele Gimnazjum i liceum im. ks. Piotra Skargi w 2. połowie lat 30. XX w. Nauczycielami zaangażowani w tajne nauczanie byli: Kazimierz Beik (siedzi 4. od lewej), Władysław Pokorny (stoi 4. od lewej), Stefan Pawela (stoi 5. od lewej), Andrzej Hanyż (stoi 1. z prawej); na tofografii jest też prawdopodobnie Franciszek Wojterski. Zdjęcie – własność Andrzej J. Nowak.


Przedwojenni nauczyciele z powiatu szamotulskiego – jak już wspomniano – w tajne nauczanie angażowali się również w innych miejscach, w których znaleźli się w czasie okupacji. Wiadomo o tego typu działalności pięciu nauczycieli Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi w Szamotułach. Dyrektor Kazimierz Beik (1886-1966) był jednym z organizatorów tajnego nauczania w Poznaniu. Andrzej Hanyż (1901-1973), dawny powstaniec wielkopolski, nauczyciel historii i geografii w szamotulskim gimnazjum, wziął udział w wojnie obronnej i dostał się do niewoli. Większość okupacji przebywał w oflagu VII A w Murnau. Pracował w stworzonym przez jeńców dla i innych jeńców Gimnazjum dla Dorosłych, w którym uczył nie tylko języka niemieckiego i filozofii, ale także przedmiotów zakazanych przez władze niemieckie: historii i geografii. Trzej inni nauczyciele szamotulskiego gimnazjum – Stefan Pawela (1904-1964), Władysław Pokorny (1893-1968) i Franciszek Wojterski (1893-1942) jeszcze w 1939 roku zostali wywiezieni przez Niemców do Jędrzejowa w Kieleckiem, gdzie zaangażowali się w tajne nauczanie na poziomie gimnazjalnym. Stefan Pawela w latach 1940-45 uczył tam łaciny, polskiego, niemieckiego oraz historii, a Władysław Pokorny – fizyki.  Franciszek Wojterski, przedwojenny nauczyciel francuskiego, niemieckiego i historii, do pracy w tajnym gimnazjum w Jędrzejowie zgłosił się jako jeden z pierwszych, jeszcze w grudniu 1939 roku. Za swoją działalność zapłacił najwyższą cenę. Prowadzony przez niego i trzy inne nauczycielki komplety zostały wykryte przez Niemców 6 lutego 1942. Franciszek Wojterski znalazł się najpierw w więzieniu w Kielcach, a następnie w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Zamęczony pracą ponad siły, biciem i chorobą, zmarł w sierpniu 1942 roku. Z Szamotuł pochodziła i w tutejszym gimnazjum uzyskała świadectwo dojrzałości Maria Straszewska z domu Przybylska (1914-1980), córka szamotulskiego organisty. Po ukończeniu Uniwersytetu Poznańskiego pracowała w prywatnym gimnazjum i liceum w Dęblinie i tam w latach 1940-44 prowadziła tajne nauczanie. Po wojnie wróciła do rodzinnego miasta i w latach 1945-64 w Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi (późniejszym Liceum Ogólnokształcącym) uczyła biologii i geografii.


Maria Straszewska z domu Przybylska z uczniami Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi (rocznik maturalny 1949). Zdjęcie własność Hanna Lisiak-Góźdź


Jan Niedźwiedź – przedwojenny nauczyciel szkoły im. Stanisława Staszica, a po wojnie także wieloletni nauczyciel i kierownik szamotulskiej Zasadniczej Szkoły Zawodowej, w latach 1942-45 zaangażował się w tajne nauczanie w Poznaniu, gdzie w tym czasie pracował jako szlifierz w zakładach Hipolita Cegielskiego. W okresie powojennym z szamotulskimi szkołami związali swoje losy Stanisław Tokarz (1902-1981; kierownik Szkoły Podstawowej nr 2 w latach 1949-1969) oraz jego żona Helena, którzy w czasie okupacji prowadzili tajne nauczania w Makowie Podhalańskim i Szczawnicy. Konrad Wojciechowski (1916-87), późniejszy wieloletni kierownik szkoły w Koźlu, prowadził tajne nauczanie na poziomie gimnazjalnym w powiecie pruszkowskim.


Stanisław Tokarz przestał pełnić funkcję kierownika szkoły w 1968 r. Zdjęcie z kroniki Szkoły Podstawowej nr 2. Na zdjęciu – oprócz S. Tokarza – są również trzy nauczycielki: Maria Bernady, Anna Człapka i Maria Sierant.


Z innych nauczycieli, w różny sposób związanych z regionem szamotulskim, którzy zaangażowali się w tajne nauczanie w Generalnym Gubernatorstwie, można wymienić: Anielę Kasprzak (działalność w Masłowie na Kielecczyźnie), Stanisława Zegana (Przybysławice w pow. miechowskim, dzisiaj woj. małopolskie), Henrykę Lisiak (okolice Lubartowa na Lubelszczyźnie), Stanisława Jęchorka (Uście Solne koło Bochni) oraz Pelagię i Seweryna Łączkowskich (Warka w województwie mazowieckim).

Po latach Konrad Wojciechowski, wyraźnie z przykrością, stwierdził: „Młodzież wówczas chętniej się uczyła niż dzisiaj, gdy mamy takie wspaniałe szkoły”.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Bibliografia:

Człapka Anna, w: Związek Nauczycielstwa Polskiego na Ziemi Szamotulskiej w 100-lecie jego powstania, red. Teodozja Bąk, Szamotuły 2005, s. 29-46.

Jasiewicz Eleonora, „Szkoła” przy ulicy Kościelnej nr 10. Wspomnienie, w: Almanach szamotulski, 1961, s. 108-110.

Kronika Szkoły Powszechnej im. Marii Konopnickiej.

Krygier Romuald, Wpisani w dzieje Ziemi Szamotulskiej, Szamotuły 1998.

Michalski Stanisław, Tajne nauczanie w Wielkopolsce w okresie okupacji hitlerowskiej, Poznań 1968, s. 36-40.

Tajne nauczanie2019-12-30T12:29:48+00:00

Kościół św. Krzyża w Szamotułach w obiektywie Andrzeja Bednarskiego


W obiektywie Andrzeja Bednarskiego

Kościół św. Krzyża w Szamotułach

W 1675 r. właściciel Szamotuł Jan Korzbok Łącki przekazał dawny Zamek Świdwów wraz z sąsiednim terenem zakonnikom – franciszkanom reformatom, którzy zamieszkali w Szamotułach już w roku następnym. Kościół św. Krzyża został konsekrowany w 1699 r., a murowany klasztor był gotowy w 1725 r. Po likwidacji zakonu przez władze pruskie w 1. poł. XIX w. kościół stał się własnością parafii kolegiackiej, jednak używany był bardzo rzadko. Druga parafia szamotulska powstała ostatecznie w 1972 r.

Kościół został wybudowany w stylu barokowym, ma jedną nawę. Wyposażenie kościoła w stylu rokokowym wykonał w 1759 r. zespół pod kierunkiem pochodzącego z Rawicza snycerza Józefa Eglauera.


Kościół św. Krzyża w Szamotułach w obiektywie Andrzeja Bednarskiego2019-12-18T21:54:48+00:00

W czasie okupacji. Szamotuły i prace przymusowe w Nojewie – wspomnienia Heleny Kurkiewicz

Wspomnienia Heleny Kurkiewicz (z domu Łuczak)

W czasie okupacji. Szamotuły i prace przymusowe w Nojewie

(zebrał i opracował Wojciech Musiał)


Wojna

Latem 1939 r., nie pamiętam dokładnie, w którym miesiącu, na Rynku szamotulskim odbyło się wręczenie broni zakupionej ze składek mieszkańców dla wojska oraz odbyła się msza polowa dla żołnierzy i mieszkańców miasta. Po mszy nastąpiła defilada żołnierzy przez Rynek. Zaraz po żniwach, krótko przed wybuchem wojny, na polach za Szczuczynem, stacjonowała lotnicza jednostka wojskowa wraz z samolotami. Było tam 6-7 dużych wojskowych samolotów pomalowanych na zielono, ochranianych przez wojsko. Pamiętam, że poszłam tam z koleżankami popatrzeć, ale żołnierze nie pozwalali podejść blisko. Jeszcze przed 1 września żołnierze ci przenieśli się w inne miejsce.

Przekazanie broni Szamotulskiemu Batalionowi Obrony Narodowej

Obejrzyjcie kilka ujęć filmowych z przedwojennych Szamotuł (uwaga – dźwięk nagrany z opóźnieniem). Uroczystość przekazania broni Szamotulskiemu Batalionowi Obrony Narodowej odbyła się na Rynku przy krzyżu 2 lipca 1939 r. (w czołówce podano złą datę). Już wkrótce na naszym portalu będzie można przeczytać tekst o Szamotułach w przededniu wojny (źródło youtube.com, kanał Pathe 1939).Przypominamy, że nie jest to jedyny film, na którym można zobaczyć Szamotuły z okresu międzywojennego. Powstały prawdopodobnie w 1927 r. film oraz komentarz do niego znajdziecie pod linkiem http://regionszamotulski.pl/pierwszy-film-krecony-w-szamotulach/.

Opublikowany przez Region szamotulski – portal kulturalno-historyczny Środa, 29 sierpnia 2018

2 lipca 1939 r. na Rynku w Szamotułach. Więcej o uroczystości przekazania broni w artykule http://regionszamotulski.pl/zanim-wybuchla-ii-wojna-wojna-swiatowa/


Latem 1939 r. coraz więcej mówiło się w mieście o nadchodzącej wojnie. My nie kupowaliśmy gazet i nie mieliśmy radia, bo byliśmy zbyt biedni, ale w sąsiednim domu, w piwnicy było mieszkanie, gdzie ktoś miał radio i słuchaliśmy go, gdy były otwarte okna. Dlatego czasami słyszeliśmy coś na ten temat, ale byliśmy wtedy jeszcze dziećmi i nie interesowało nas to zbytnio. Ludzie nie wierzyli, że do wojny naprawdę dojdzie, i dlatego nikt z miasta nie uciekał. Jednakże mój ojciec powiedział kiedyś, że prędzej czy później zostaniemy napadnięciu przez Niemców, którzy będą chcieli odebrać te ziemie, które kiedyś stracili. Pewnego dnia, pod wieczór, niebo było wyjątkowo mocno czerwone, a chmury ułożyły się na kształt krzyża. Ojciec zobaczył to i stwierdził, że to znak, iż wojna na pewno wybuchnie…

Dopiero 31 sierpnia z miasta zaczęli uciekać pierwsi mieszkańcy. Wśród ludzi zaczęły krążyć pogłoski, że Niemcy będą aresztować mężczyzn i dlatego wielu z nich uciekło z miasta. O mającej zacząć się następnego dnia szkole nikt chyba nie myślał.


Pozostałości domu, w którym przed wojną mieszkała rodzina Łuczaków, ul. Garncarska. Zdjęcie Jan Kulczak


1 września 1939 r. o wybuchu wojny dowiedzieliśmy się od innych mieszkańców miasta. Wielu mieszkańców ruszyło do ucieczki: pieszo, wozami konnymi, a bogatsi samochodami, których nie zarekwirowało wojsko – w kierunku Poznania. Nad miastem było widać lecące na wschód niemieckie samoloty. Ojciec z dużą grupą mężczyzn, bojąc się aresztowania, wyjechał z miasta wraz z kolegą Antkiem Przybylakiem. Jechali we dwóch na jednym rowerze, bo ojciec swojego pojazdu nie miał. Opowiadał już po powrocie do domu, że w tej grupie dotarli aż pod Kutno. Dalej nie pojechali, bo tereny te zajęli już Niemcy. Położyli się spać w szopie albo stodole i rankiem zostali obudzeni przez niemieckich żołnierzy. Ci zebrali ich i ustawili pod ścianą aby rozstrzelać. Wtedy ojciec odezwał się po niemiecku (a mówił bardzo dobrze w tym języku) i wyjaśnił, kim są i skąd przyjechali, po czym żołnierze pozwolili im wracać do domu.

1 września wieczorem przyszedł do nas do domu brat Antka Przybylaka i powiedział, abyśmy uciekali z Szamotuł. Przybylakowie mieszkali blisko nas, przy ul. Szerokiej. Już po zmierzchu matka załadowała nas pięcioro dzieci na wóz i przykryła pierzynami, po czym wyjechaliśmy z miasta wozem Przybylaka, który dotychczas pracował w firmie Wyrembelskiego z Szamotuł i rozwoził towary po okolicy, aż do Sierakowa. Prócz nas jechali na tym wozie sam Przybylak, jego matka i babcia. Pamiętam, że my – dzieci – nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co się dzieje i nawet byliśmy zadowoleni z takiej podróży. Wyjechaliśmy z miasta przez Rynek, ul. Dworcową i Chrobrego. Droga z Szamotuł do Poznania pełna już była uciekinierów. W takiej dużej grupie dotarliśmy do Pamiątkowa, tam zjechaliśmy z szosy w lewo i przenocowaliśmy wraz z wieloma innymi osobami w stodole jednego gospodarza. Gdy następnego dnia wcześnie rano ktoś powiedział, że tereny na wschód od Poznania są już zajęte przez Niemców, Przybylak stwierdził, że nie ma co jechać dalej i wróciliśmy do Szamotuł. Tego samego dnia, tj. 2 września, byliśmy już z powrotem w domu. W drodze powrotnej widzieliśmy, jak szosą szły duże grupy więźniów z więzienia we Wronkach i w Szamotułach. Łatwo było ich poznać, bo szli ubrani w odzież więzienną i nikt ich nie eskortował. Ludzie bali się tych ludzi, ale minęliśmy ich, a oni sami zachowywali się spokojnie. Pamiętam, że jeszcze w tym czasie wszystkie mosty na Samie były w całości, jednakże wkrótce zostały przez wojsko zniszczone.

Po powrocie do domu poszłam do szkoły, aby zorientować się, co z lekcjami. Budynek był otwarty, ale dyżurowała w nim tylko jedna nauczycielka. Powiedziała mi, że szkoły nie będzie.


Żołnierze niemieccy na Rynku w Szamotułach. Zdjęcie Fotopolska


Kilka dni potem do miasta wkroczyli hitlerowcy. Ja tego nie widziałam, bo siedziałam w domu, tak jak inni. Ludzie w niepewności czekali, co będzie dalej. Ojca wtedy jeszcze nie było, bo powrócił do Szamotuł znacznie później. Ulice były puste, wszyscy siedzieli pozamykani ze strachu w domach, a i sklepy też były nieczynne. Przypomina mi się, że krótko po ich wkroczeniu, na Rynku spędzono mieszkańców i w języku polskim wydano pierwsze zarządzenia oraz nakazano posłuszeństwo nowym władzom.

Gdy zaczęliśmy wychodzić w końcu z domów, po mieście kręciły się już niemieckie patrole, a na słupach ogłoszeniowych pojawiły się po polsku plakaty z poleceniem oddania posiadanych radioodbiorników. Punkt przyjęć odbiorników wyznaczono w budynku magistratu przy ul. Ratuszowej i ludzie ustawili się w kolejce, aby zdać aparaty radiowe. Ktoś z moich znajomych powiedział, że paru niemieckich żołnierzy krótko po wkroczeniu do miasta wjechało nawet na koniach do środka kolegiaty. Wyszło też polecenie o konieczności meldowania się (nie pamiętam, czy przed wojną istniał obowiązek meldunkowy). Nawet 14-15-latki i wszyscy dorośli meldowali się na policji niemieckiej, która znajdowała się wtedy w budynku „Ogniska” na Rynku. Tam wydawano dokument tożsamości w formie sporej książeczki koloru brązowego z odciskiem palca. Wprowadzono też zakaz wychodzenia na ulice po godzinie 20.00. Na wielu domach, w których mieszkali przed wojną Niemcy, wisiały hitlerowskie flagi, nawet u takich osób, których przedtem nikt nie podejrzewał o niemieckie pochodzenie.

Pewnego dnia nad Rynkiem nisko przeleciał samolot, z którego zrzucono jakieś ulotki. Innego z kolei dnia przy sklepie Mazurkiewicza na Rynku Niemcy rozrzucili na ulicy cukierki. Polskie dzieciaki natychmiast rzuciły się, aby je pozbierać, a obecni tam Niemcy robili im zdjęcia.


Żołnierze niemieccy na boisku przy Szkole Podst. nr 1. Zdjęcie Fotopolska


W pierwszych miesiącach wojny miejscowi Niemcy – ci byli najgorsi – bardzo rozpanoszyli się, a mieszkało ich wielu w mieście i okolicznych wsiach (Śmiłowo, Szczepankowo). Ich synowie wstąpili do Hitlerjugend. Chodzili po mieście grupami, zaczepiali młodszych, gonili po ulicach i bili, pluli w twarz starszym Polakom. Znali miejscowych i wiedzieli, które dziecko jest z polskiej rodziny. Dlatego nie wychodziliśmy za daleko od domu, tylko kręciliśmy się w obrębie najbliższych ulic. Po pewnym czasie trochę się to uspokoiło. Jednak Niemców w mieście stale przybywało, w miejsce wywożonych na wschód rodzin polskich. Na przykład dom na rogu ul. Wronieckiej i Braci Czeskich, należący przed wojną do Żyda, został zajęty w całości przez Niemców.

Zanim mosty zostały prowizorycznie odbudowane, to trudno było z miasta się wydostać, a w ogóle nie można było wyjechać wozem. Aby przejść na drugą stronę rzeki, trzeba było zejść na brzeg, a potem przejść po kamieniach rozrzuconych po dnie. Gdy wyjeżdżałam na roboty w 1941 r., to mosty nie miały obecnej postaci.


Miejsce egzekucji z 13.12. 1939 r., ul. Franciszkańska. Zdjęcie Andrzej Bednarski


Rozstrzelania i spalenie synagogi

W grudniu 1939 r., pewnego dnia w godzinach popołudniowych Niemcy rozstawili się na ul. Dworcowej. Wszystkich wychodzących z pracy w pobliskiej meblarni zagarnęli i ustawili przed wlotem na ul. Franciszkańską. Wśród nich był Stanisław Kurkiewicz, pracujący wtedy w meblarni. Następnie przywieźli z szamotulskiego więzienia jakichś 10 ludzi i tam na miejscu ich rozstrzelali. Zwłoki zabrali wozem konnym i zakopali w wspólnym grobie na cmentarzu w Szamotułach, na prawo od alei proboszczów. Krótko po wojnie rozstrzelanych ekshumowano, a robili to przetrzymywani w Szamotułach jeńcy niemieccy. Ciała pokładziono do oddzielnych trumien i w tym samym miejscu ponownie pochowano. Nie widziałam tej egzekucji osobiście, ale słyszałam opowiadania innych osób, w tym Stanisława Kurkiewicza.

Mieszkańców Otorowa rozstrzelano z kolei na Rynku i byłam tego naocznym świadkiem. Był to piątek, dzień targowy, a handel tego typu odbywał się wówczas na Rynku. Wyszłam z domu i doszłam obecną ul. Braci Czeskich do Rynku. Byli już tam niemieccy żołnierze, którzy spędzali ludzi prawą i lewą stroną w jedno miejsce, w pobliże wylotu ul. Dworcowej, aby oglądali egzekucję. Ja stałam zaraz przy sklepie obuwniczym Bata i wszystko widziałam. Przyjechał samochód, z którego wysiedli żołnierze niemieccy. Około godz. 12.00 przewieziono na platformie konnej otorowian, ustawiono pod murem na Rynku i rozstrzelano. Ludzie ci posadzeni byli o napad na niemieckich obywateli i wywieszenie w Otorowie polskiej flagi. Zastrzelonych złożono na tej samej platformie i zawieziono na cmentarz, ale nikomu z Polaków nie pozwolono iść za wozem. Trwało to wszystko bardzo krótko, może 15-20 minut.


Egzekucja na Rynku w Szamotułach, 13.10.1939 r. Zdjęcie wykonane tuż przed rozstrzelaniem Polaków z Otorowa. Źródło – aukcja [!] internetowa


Do szamotulskiego więzienia zwożono różnych ludzi, których następnie nocami wywożono do Lasów Kobylnickich na egzekucje. Mieszkańcy Kobylnik słyszeli nocami strzały, ale wszyscy bali się i nikt tego nie widział.

Pamiętam, że przy ul. Szczuczyńskiej, po prawej stronie skrzyżowania z ul. Zamkową, stały niskie baraki, w których mieszkali niewolnicy do przymusowych robót, ale nie wiem, kim oni byli. Pracowali na polach należących do Zamku i do Szczuczyna, gdyż pola zaczynały się zaraz za nimi. Obecnej zabudowy miejskiej wtedy tam jeszcze nie było.


Synagoga przy ul. Szerokiej (obecnie ul. Braci Czeskich). Pocztówka z początku XX w.


Na ul. Szerokiej, czyli obecnie Braci Czeskich, tam gdzie potem był targ, znajdowała się żydowska bożnica. Był to wolnostojący, duży, masywny budynek, w tylnej części ogrodzony wysokim murem. Obok synagogi, w domu na prawo od niej, mieszkał człowiek nazwiskiem Skowroński posługujący w bożnicy, u którego również zapalałam w soboty ogień w piecach. W 1939 r., dokładnej daty nie pamiętam, Niemcy bożnicę podpalili. Przypominam sobie, że była już późna jesień, a ojciec pracował w tym czasie na kampanii cukrowniczej. Wrócił wieczorem do domu i chciał zobaczyć, co się stało, bo zauważył dym i blask ognia oraz usłyszał hałas. Mieszkaliśmy przecież tuż obok. Wyszedł na zewnątrz, a było już ciemno. Jakiś Niemiec w mundurze, na którego natknął się na ulicy, spytał go, co tu robi. Ojciec powiedział, że zobaczył ogień i dym i chciał zorientować się, co się stało. Niemiec kazał mu wracać do siebie, nie wychodzić i zgasić lampę. Powiedział też, że bożnicę podpalili sami Żydzi. W czasie pożaru straż pożarna nie gasiła płonącego obiektu, ale polewała wodą domy obok, czyli Ubezpieczalnię i dom p. Rebelki przy ul. Garncarskiej, aby ochronić je przed przeniesieniem ognia. Potem ludzie mówili, że w środku synagogi był jakiś piec albo kociołek z żarem w celu ogrzewania budynku, do którego Niemcy wrzucili materiał wybuchowy. Wypalone mury zostały następnie zwalone na ziemię; mam nawet zdjęcie zrobione na ruinach.


Helena Łuczak przy ruinach synagogi, 1940 r. Zdjęcie prywatne


W tym czasie już Żydów w Szamotułach nie było. Jak pamiętam, chyba już w październiku 1939 r., do każdego mieszkania zajmowanego przez żydowskie rodziny wchodziło po czterech Niemców, którzy dawali im 15 minut na spakowanie się i zabranie tylko drobnych rzeczy. Potem podjeżdżała ciężarówka, na którą kazano im wsiadać i wszystkich odwożono na dworzec kolejowy.

Prace przymusowe

Przed wezwaniem na roboty nie pracowałam nigdzie zawodowo, nie miałam zresztą żadnego wyuczonego zawodu. Latem 1939 r. ukończyłam naukę w szkole podstawowej. W czasie okupacji, latem i jesienią 1940 r., zajmowałam się dzieckiem – synkiem kobiety, której nazwiska obecnie nie pamiętam. Wiem, że miała na imię Janina i pracowała jako pokojówka w niemieckim urzędzie, tam gdzie jest obecnie starostwo. Przed wojną mieszkała ona wraz z matką na ul. Garncarskiej u Ulichów, a potem już z mężem, który był malarzem, na Rynku. Gdy wybuchła wojna został powołany do wojska i w 1940 r. jeszcze go nie było z powrotem. Pamiętam, że przeżył wojnę i wrócił do domu, a jego rodzice mieszkali na ul. Ogrodowej. Matka Janiny, czyli babcia dziecka, też pracowała w tym samym budynku jako kucharka. Czasami przychodziłam z dzieckiem do niej na obiad. Kuchnia znajdowała się wtedy w piwnicy z wejściem od podwórza Na jednym zdjęciu zrobionym przy wejściu do kuchni jestem z dzieckiem i tymi kobietami. Nie pamiętam, jaki niemiecki urząd tam się mieścił, ale w pobliżu widywałam Niemców w czarnych mundurach i wiem, że mieli tu również swoje mieszkania.


Helena Łuczak (1. z lewej) na schodach przy obecnym Starostwie, 1940 r. Zdjęcie prywatne


Chyba w listopadzie 1940 roku moja starsza siostra Maria dostała wezwanie do Arbeitsamtu. Ojciec poszedł do tego urzędu, bo nie chciał jej oddawać do pracy. Poprosił o pozostawienie jej w domu, aby mogła opiekować się młodszym rodzeństwem. Powiedział urzędnikowi, że ma jeszcze mnie i ja mogę pierwsza pojechać na roboty. Po Bożym Narodzeniu 1940 r. otrzymałam z urzędu pracy wezwanie do stawienia się w Arbeitsamt, który mieścił się na parterze szkoły podstawowej na ul. Staszica w Szamotułach. Pamiętam, że w urzędzie tym pracowali nie tylko Niemcy, ale także Polacy.

Po przyjściu na miejsce dostałam już gotowe skierowanie na prace przymusowe wypisane po niemiecku, do gospodarstwa Baldinów w Nojewie koło Pniew – po niemiecku Neutal. Zgodnie z tym nakazem miałam tam stawić się w ciągu 7 dni od dnia otrzymania skierowania. Znajomy kolejarz wyjaśnił mamie, że można tam z Szamotuł dojechać pociągiem. Wzięłam potrzebne rzeczy i odzież, kupiłam bilet i pojechałam do Nojewa pociągiem odchodzącym z Szamotuł o godz. 15.30. Pamiętam, że tego dnia był silny mróz i sporo śniegu. Wysiadłam na dworcu w Nojewie i na peronie rozpłakałam się. Byłam w obcym miejscu, nie znałam tu nikogo i nie wiedziałam, gdzie iść. Podszedł wtedy do mnie jakiś Niemiec, nazwiskiem chyba Szulc, który najpierw zwrócił się do mnie coś po niemiecku. Gdy odrzekłam, że nie rozumiem, po polsku spytał, co tu robię i kogo szukam. Pokazałam mu kartę skierowania. Przeczytał i zaprowadził mnie w rejon kościoła, po czym powiedział, że mam iść prosto, a potem na skrzyżowaniu skręcić w lewo. Doszłam na miejsce i stanęłam przed bramą, bo posesja otoczona była ładnym płotem. Po chwili wyszła przed dom gospodyni, pani Baldin i spytała mnie, co tu robię. Pokazałam ponownie skierowanie. Kazała wejść do środka, a jej mąż na mój widok tylko się uśmiechnął.


Kościół ewangelicki i pastorówka w Nojewie. Pocztówka z lat 1900-1915. Zdjęcie Fotopolska


Gospodarstwo należało do rodziny Niemca, Ryszarda Baldina – mającego chyba ponad 50 lat, który mieszkał tam od dawna. W Nojewie, na lewo od kościoła, a w bok od drogi do Zajączkowa niedaleko lasu mieli wybudowany w 1928 r. dom. Na ścianie szczytowej była taka data i pani Baldin powiedziała, że właśnie wtedy ukończono budowę. Prócz gospodarza mieszkała tam jego żona Helena, w wieku ok. 45-50 lat. Potem dowiedziałam się także, że jedna jego siostra, nieznana mi z imienia i nazwiska, mieszkała na gospodarstwie w Otorowie, a w pobliżu domu Baldinów znajdowało się gospodarstwo należące do ok. 70-letniej matki Ryszarda, gdzie mieszkał także kolejny jej syn. Druga siostra gospodarza mieszkała na Śląsku i miała za męża SS-manna, który przyjeżdżał do Nojewa wraz z rodziną w odwiedziny, ubrany w czarny mundur. Zjawiali się oni najczęściej latem, na tydzień, wraz z dwiema córkami i zachowywali się wobec Polaków dobrze. Tylko te ich córki czasem ze mnie się śmiały. Brat Ryszarda Baldina imieniem Otto był na poczcie w Nojewie listonoszem. Mając już ponad 30 lat, dostał powołanie do wojska i walczył na froncie wschodnim. Robiłam z wełny ciepłe rękawice i skarpety, które potem Helena Baldin mu wysyłała. Na wschodzie, chyba w 1944 r., zginął. Pamiętam dzień, jak Ryszard Baldin dostał pisemne powiadomienie o śmierci brata; bardzo z tego powodu rozpaczał. Był taki zwyczaj w Nojewie, że gdy przyszła wiadomość, iż zginął ktoś z miejscowych lub mieszkańców okolicznych wsi, to dzwonił nojewski dzwon. W tamtych latach dzwonił często.

Wydaje mi się, że Nojewo to była rodzinna miejscowość Heleny Baldin. Niejednokrotnie na polecenie gospodyni chodziłam na dość duży niemiecki cmentarz znajdujący się na lewo od drogi głównej do Pniew, gdzie znajdował się grób rodziców Baldinowej, aby go oczyścić i uporządkować. Pamiętam, że ich nagrobek wykonany był chyba z lastriko, z dużą płytą z nazwiskami zmarłych. Nie pamiętam jednak ani imion, ani nazwiska tych osób.


Pozostałości cmentarza ewangelickiego w Nojewie, 2019 r. Zdjęcie Andrzej Bednarski


Jeden z pokoi w domu zajmował brat Heleny Baldin – Wilhelm, na którego mówiliśmy Wiluś. Miał on wówczas ok. 45 lat i większość czasu spędzał w łóżku. Wołali go jedynie do prostej roboty, najczęściej we żniwa, do układania snopków albo pilnowania krów. Gospodyni osobiście nosiła mu do pokoju jedzenie, strzygła go, goliła – ale rzadko. Wyglądał na zaniedbanego i ja osobiście się go bałam. Gdy czasem za mną wszedł do piwnicy, to gospodyni natychmiast wolała go do siebie. Mówił dobrze po polsku i najczęściej rozmawiał z parobkiem Edmundem. Był lekko upośledzony umysłowo, a także miał dziwnie zniekształcone dłonie i palce.

Ich jedyny syn Walter (rocznik 1922 lub 1923) należał w czasie okupacji do Hitlerjugend, chodził czasami w ich mundurze. Urodził się w Nojewie, tam uczęszczał do szkoły oraz do miejscowego kościoła ewangelickiego – widziałam zdjęcia z jego konfirmacji. Miał wielu kolegów z polskich okolicznych rodzin. W wieku 18 lat został powołany do wojska, gdzie został pilotem bombowca. Jego jednostka wojskowa znajdowała się w okolicy Berlina, ale był też we Francji. Pamiętam, że z Francji napisał do rodziców list informujący, że wszystko z nim w porządku i to powiedziała mi gospodyni.

Ja osobiście podczas pobytu u nich nie czułam zagrożenia życia, nikt z policji niemieckiej albo sołtys nas nie kontrolował, czy jesteśmy na miejscu. Bywało różnie, dobrze i gorzej, ale ogólnie było do wytrzymania


Dawny dom Baldinów w Nojewie, stan z 2013 r. Zdjęcie prywatne


Ryszard Baldin rozumiał polską mowę, ale języka polskiego prawie nie używał. Czasem Helena Baldin krzyczała na nas, a my mówiliśmy do siebie, że jest wściekła, bo pewnie Niemcy znów oberwali na froncie. Baldinowie po jakimś czasie mego pobytu w Nojewie zaproponowali, abym została żoną Waltera. Przyjechali nawet w tym celu do Szamotuł do matki i nakłaniali ją, aby podpisała volkslistę, czego nie zrobiła. Miałam także i ja podpisać volkslistę, ale nie zgodziłam się. Wtedy gospodyni ze złości sprała mnie.

We wsi było wielu niemieckich gospodarzy, którzy podobnie jak Baldinowie żyli tutaj jeszcze przed wojną. Sołtysem był gospodarz nazwiskiem Materna – starszy wówczas mężczyzna. W Nojewie mieszkała również polska rodzina Baranków, która zajmowała dom przy drodze prowadzącej od kościoła w kierunku na Zajączkowo. Niemcy w 1940 r. wysiedlili część z nich, tj. rodziców (matka zmarła w obozie dla Polaków) gdzieś w okolice Warszawy, a dom i gospodarstwo przydzielono przyjezdnemu Niemcowi nazwiskiem Schulz. Wówczas 7-letnia Stanisława Baranek została uratowana i ukryta u Polaków mieszkających w Psarskiem. Z kolei Janina Baranek, która pozostała na miejscu i pracowała przymusowo na rzecz niemieckiego gospodarza, została kiedyś dotkliwie pobita przez właściciela jednego z gospodarstw, który był chyba w SS za to, że spotkała się z jakimś chłopakiem. Ten SS-man nienawidził Polaków i bardzo źle się do nich odnosił. Miał on duże gospodarstwo i przynajmniej dwóch polskich parobków. Mieszkał zaraz obok sołtysa i rządził całą wsią. Chodził ubrany w czarny mundur i dojeżdżał do pracy do Pniew. Pamiętam, że przyszedł kiedyś do Baldinów i chciał, abym pracowała na jego gospodarstwie, tj. on chciał mnie do pracy, a swego parobka-dziewczynę zamierzał dać w zamian moim gospodarzom. Pani Baldin jednakże się na to nie zgodziła. W Nojewie pozostali również bracia: Władek, Józef, Stefan i Czesław Barankowie, którzy zostali rozdzieleni do prac na gospodarstwach Niemców. Władek pracował u jednego gospodarza, a Józef u jego brata.


Pola pod Nojewem. Zdjęcie Andrzej Bednarski


W 1941 r. Ryszard Baldin podczas jednej z wizyt w Szamotułach spytał się mojej matki, czy wówczas mój 12-letni brat Władysław mógłby pracować u niego na gospodarstwie przy pasaniu krów. Matka się zgodziła i w ten sposób Władek trafił do Nojewa. Przypominam sobie, że przywiózł go pociągiem nasz ojciec. W cieplejszym czasie pasał na łąkach bydło, a zimą zajmował się jego oporządzaniem. Gdy pasał krowy, to przebywał na pastwisku blisko domu niemal całe dnie. Jedynie w niedziele krów nie wypędzano na łąkę, tylko karmiono je m.in. łubinem. Mieszkałam wraz z bratem w małym pokoju na strychu, ale zaraz po przyjeździe, w styczniu 1941 r., zamieszkiwałam w kuchni, bo gospodarze w międzyczasie szykowali mi pokój na strychu. Wtedy to Baldinowie wieczorami pozwalali mi przychodzić do ich pokoju, gdzie był duży piec kaflowy, i częstowali ciastkami.

Pamiętam, że jako parobek od koni pracował u nich Edmund Kwaśny z Zajączkowa. Mieszkał w piwnicy domu i był ode mnie starszy o około 2 lata. Antek Hoffmann z Szamotuł (mieszkał przy ul. Ogrodowej) był już w Nojewie przed moim przyjazdem i pracował na innym gospodarstwie niemieckim. W styczniu 1945 r. wraz ze swoimi gospodarzami pojechał wozem do Międzyrzecza i potem powrócił do Szamotuł.


Helena Łuczak z rodziną Łochowiczów w Nojewie. Zdjęcie prywatne


W domu Baldinów, w pokoju na strychu, mieszkało małżeństwo Łochowiczów. Ci Łochowicze pochodzili z Rogoźna i przybyli do Nojewa w 1942 lub 1943 r. Mieli 2 synów, 2 córki i w Nojewie urodził im się jeszcze jeden syn. Wtedy to na chrzciny przyjechała z Gdańska-Wrzeszcza siostra Łochowiczowej i była u nas kilka dni. Łochowicz przed wojną był listonoszem, a w Nojewie Niemcy wykorzystywali go do prac drogowych. Jak i dlaczego tam trafili, tego nie pamiętam, ale nie mieszkali za darmo, tylko mieszkanie od gospodarzy wynajmowali. Po pewnym czasie przenieśli się do domu niemieckiego mieszczącego się przy rozwidleniu dróg prowadzących do naszego gospodarstwa i do Zajączkowa, gdyż musieli zrobić miejsce dla krewnych gospodyni przybyłych z Berlina. Ponieważ często pracowałam w kuchni, to miałam niemal nieograniczony dostęp do żywności. Jak mogłam, to Łochowiczom podrzuciłam w piwnicy trochę ziemniaków albo zaniosłam coś do jedzenia, jak już się od Baldinów wyprowadzili. W tym domu na rozwidleniu prócz Łochowiczów mieszkała również pani Hoły z synem i trzema córkami. Jej mąż był przed wojną strażnikiem na granicy i w czasie okupacji podobno przebywał w obozie. Po wojnie Łochowicze przenieśli się w okolice Wronek, albo do samego miasta. Kiedyś na targu w Szamotułach spotkałam panią Łochowicz i ona mi to powiedziała. Natomiast ich syn Konrad zamieszkał w Szamotułach.

Przez pierwsze dwa tygodnie po przybyciu do Nojewa gospodyni uczyła mnie nowych obowiązków, np. karmienia świń, dojenia krów. Zajmowaliśmy się pracą w polu i przy zwierzętach, m.in. codziennie, 2-3 razy, trzeba było wydoić krowy. Dlatego też każdego dnia wstawałam o piątej rano do dojenia, gdyż już krótko po godzinie szóstej, mleko w kanie musiało być odstawione na stojak znajdujący się na krzyżówce. Stamtąd wraz z innymi kanami zabierał je codziennie inny gospodarz i odwoził do mleczarni w Pniewach. Mleko było objęte obowiązkowymi dostawami i gospodarze dla siebie mogli zachować tylko 1-2 litry dziennie. Puste kany po zlaniu odwoził ten sam rolnik i zostawiał na stojakach. Gotowałam też dla rodziny, o ile nie miałam wyznaczonej pracy w polu. Pamiętam, jak sama musiałam wybrać na polu wszystkie ziemniaki wykopane maszynowo przez gospodarza. Chodziłam też na łąkę, aby drewnianymi widłami przegarniać suszące się siano. Pokosy były wtedy w roku dwa i wykonywali je gospodarz, Łochowicz i Edmund.


Helena karmi kury, Nojewo. Zdjęcie prywatne


Gospodarstwo Baldinów miało ok. 40 hektarów ziemi, dodatkowe 20 ha było gruntami kościelnymi, które uprawiał R. Baldin. W oborze stało 12 krów, 4 konie, świnie, owce, które osobiście strzygła gospodyni i dużo różnego drobiu. Przy domu był ogród warzywny i staw dla kaczek. Mam zdjęcie, jak karmię kury na podwórzu, zrobione przez Waltera. Na podwórzu było też urządzenie zwane maneżem, gdzie koń przywiązany do drąga chodził wkoło, a urządzenie to napędzało młockarnię i sieczkarnię w oborze. Obok były doły do kiszenia łubinu. Gospodarstwa pilnował duży czarny pies, przywiązany do sporej budy wypełnionej słomą. Ziemia nie była najlepsza, dlatego też na jesień Baldin siał żyto, na wiosnę mieszankę: owies i jęczmień. Nie siał pszenicy i buraków, tylko ćwikłę.

Za swoją pracę miałam jakieś pieniądze; gospodyni wyliczyła mi wynagrodzenie w wysokości 20 marek na miesiąc, ale nie dostawałam ich do ręki, tylko dysponowała nimi gospodyni i za nie kupowała potrzebne mi rzeczy. Raz dostałam gotówkę na leczenie u dentysty – Polaka w Pniewach, ale tam musiałam dotrzeć pieszo. Pamiętam, że ten dentysta miał gabinet przed Rynkiem od strony drogi z Nojewa, w dużym, białym domu. Z powrotem przyjechałam natomiast na rowerze. Ponieważ krótko przedtem Baldinowie kupili w Pniewach rower, ale w częściach, zostawili go do złożenia w jakimś warsztacie zatrudniającym Polaków. Od gospodyni dostałam kartkę zezwalającą mi na odbiór złożonego pojazdu i powrót nim do domu. Przez czas robót w Pniewach byłam tylko dwa razy – po rower i zimą na saniach z gospodarzem na zakupach. Baldinka wypisała mi wtedy na kartce po polsku, co mam kupić. Chodziliśmy w Pniewach po sklepach, w których pracowali przeważnie Polacy i wybierałam nakazane rzeczy, za które płacił jednakże pan Baldin. Parę razy gospodyni kupiła materiał na ubrania dla mnie, z którego krawcowa w Nojewie uszyła mi sukienkę, inną uszyła mi sama Helena, a bluzkę i spódniczkę pani Łochowicz.


Dworzec kolejowy w Nojewie, 1905-1915. Zdjęcie Fotopolska


Zanim ojciec został wysłany na roboty na Ukrainę, to kilka razy odwiedzał mnie w Nojewie. Przyjeżdżał pociągiem w niedzielę ok. godz. 8.30 i wyjeżdżał również pociągiem ok. 15.30. Gospodarz chętnie z nim rozmawiał, bo ojciec bardzo dobrze mówił po niemiecku. Nawet razem popijali sobie wino. Ryszard Baldin podczas mego pobytu w Nojewie kilkakrotnie przyjeżdżał rowerem do Szamotuł i przywoził matce słoninę, mąkę, chleb, jabłka itp., o czym dowiedziałam się potem od mamy. Latem 1944 r. poprosił ją o pomoc w żniwach. Mama przyjechała wtedy na tydzień do Nojewa do pracy (jest jedno zdjęcie z tego czasu) i specjalnie w tym celu dostała wolne w młynie, gdzie jeszcze wtedy pracowała. Ale pod koniec 1944 r. za próbę wyniesienia 2 kg mąki została na posterunku policji niemieckiej pobita i zwolniona z pracy.

Raz na pół roku otrzymywałam dłuższą, 2-3 dniową przepustkę, dzięki której mogłam przyjechać na rowerze pani Baldin do Szamotuł w odwiedziny. Czasami w niedziele rano, gospodyni pozwalała mi jechać do domu i wrócić przed zmierzchem, ale dopiero po obrobieniu zwierząt. Dostawałam wtedy przepustkę, tj. odręcznie napisaną przez któregoś z gospodarzy kartkę, którą mogłam się okazać w przypadku kontroli i to wystarczało. Pamiętam, że podczas jednej z takich wizyt w domu moja siostra Maria opowiedziała mi, jak to Helena Bączkowska odmówiła wykonania jakiegoś zarządzenia niemieckiego i za karę publicznie zgolono jej włosy.


Szamotuły, karne strzyżenie dwóch Polek – Bogackiej i Bączkowskiej. Zdjęcia z książki Ziemia Szamotulska w walce, cierpieniu – i wolności. 1 IX 1939-27 I 1945, red. Wojciech Próchnicki, Szamotuły 1946


W 1943 r. latem, w czasie żniw dostałam przepustkę do domu. Była to niedziela i miałam wrócić tego samego dnia do godz. 21.30. Ja jednakże zostałam do poniedziałku, bo w Szamotułach poszłam do fryzjera. Wróciłam pociągiem o 15.30. Na podwórzu natrafiłam na gospodarza, który zwoził wozem zboże i bardzo zdenerwował się moją nieobecnością. Nawrzeszczał na mnie i kilka razy uderzył mnie batem po głowie. Zobaczył to Walter i powiedział ojcu, aby tego nie robił. Wieczorem gospodarz się uspokoił i nawet mnie za to przeprosił. O ile dobrze pamiętam, późną jesienią 1943 r. dostałam przepustkę, a będąc w Szamotułach, zrobiłam sobie u fotografa zdjęcie.

Na drogę do domu dostawałam zawsze od gospodyni parę marek. Miałam na sobie płaszcz, który dała uszyć dla mnie mama, oraz czapkę ze sztucznej wełny. Tę wełnę pozyskiwało się w ciekawy sposób: mama pracowała wtedy w młynie przy szyciu i naprawie worków do mąki. Worki te były zrobione z włókien białych i beżowych. Należało rozpruć worek i wyjąć białe włókna, a następnie przerobić je na drutach. Oczywiście robiło się to ukradkiem i w tajemnicy przed Niemcami. Kiedyś gospodyni spytała mnie skąd mam taką ładną czapkę – odpowiedziałam, że kupiła mi ją mama. Z takiej wełny robiło się także swetry, rękawice, skarpety. Ja miałam sweter zrobiony opisaną metodą przez panią Hołową. Ukrywałam go przed Baldinami w piecu kaflowym, w pokoju zajmowanym przez Willego, który przylegał bezpośrednio do kuchni i dlatego nie palono tam w piecu. Edmund natomiast praktycznie co niedzielę mógł iść do domu, miał zresztą niedaleko i zabierał wtedy swoje rzeczy do prania (moją odzież prała Niemka). Na co dzień nie wolno nam było wychodzić dalej jak na granicę wsi.

Pewnego razu zimą dostałam dłuższą przepustkę do domu. Była to niedziela. Około godz. 6.00 gospodarz podwiózł mnie kawałek saniami, po czym poszłam na dworzec w Nojewie, ale okazało się, że pociąg do Szamotuł nie jechał. Nie chciałam wracać do gospodarstwa, bo miałam 3 dni wolnego. Poszłam więc pieszo do domu i dotarłam do Szamotuł około południa. Gdy zobaczył mnie ojciec, który wtedy jeszcze był na miejscu, bardzo się zdziwił, bo o tej godzinie nie było żadnego pociągu z tamtego kierunku, więc powiedziałam, że przyszłam pieszo. Droga była dla mnie wtedy bardzo trudna, gdyż na nodze miałam wówczas głęboką i bolesną ranę, paprzącą się, którą gospodyni smarowała specjalnie kupioną dla mnie maścią. Po drodze widziałam polskich parobków u niemieckich gospodarzy, jak odśnieżali drogi w każdej po kolei wsi. Miałam wrócić w środę pociągiem o 15.30. Tego dnia gospodarz czekał na mnie na dworcu z saniami, ale pociąg się spóźnił i wróciłam do Baldinów z dworca w Nojewie na piechotę. Powiedziałam im, że poszłam do Szamotuł pieszo, na co Ryszard Baldin stwierdził, że mogłam przecież wrócić, a on podwiózłby mnie do Ostroroga lasami, skąd było bliżej.


Dawny dworzec kolejowy w Nojewie przed remontem. Zdjęcie Andrzej Bednarski


Podczas przepustek, będąc w Szamotułach, spotykałam się czasem z Anielą Najder (zmarłą w wieku 16-17 lat w czasie okupacji) i jej bratem Janem, chodziliśmy wtedy po mieście. Zresztą moich znajomych było już wtedy na miejscu bardzo niewielu, bo reszta została wywieziona przez Niemców na roboty. W ciągu tych kilku lat pobytu w Nojewie dostałam raz zgodę, aby iść pieszo w niedzielę do kościoła w Otorowie, który był jedynym czynnym kościołem w okolicy i gdzie przychodzili ludzie z Szamotuł. Na ogół w niedziele miałam wolne od godz. 14.00 do 18.00, o ile nie dostałam jakiejś roboty. W tym czasie spotykaliśmy się na wsi z innymi polskimi pracownikami, najczęściej z młodymi Barankami. Siadywaliśmy na przydrożnym rowie albo chodziliśmy do pobliskiego lasu. W 1943 albo 1944 r. poszliśmy razem z Władkiem i Józkiem Barankami, dziewczynami: Janiną, Martą i Irką do lasu za domem Baldinów. Barankowie grali na harmonijkach, gdy usłyszeliśmy odgłosy nadjeżdżających motocykli. Ruszyliśmy biegiem do swoich domów, gdyż wcześniej słyszeliśmy, że przez ten las jeżdżą na motorach żołnierze i każde z nas się bało.

Jesienią 1942 r., tak na przełomie października i listopada (było już zimno), zmarł po powrocie z Ukrainy mój ojciec. Matka powiadomiła mnie o tym fakcie przez znajomego kolejarza zamieszkałego w rejonie Nojewa. Kolejarz ten dotarł wieczorem do gospodarstwa Baldinów i przy bramie poinformował mnie o zgonie taty. Usłyszała tę wiadomość także pani Baldin, która na tę okazję dała mi czarną odzież, wypisała przepustkę do Szamotuł i uzyskała też taki dokument w magistracie w Pniewach na 4 dni. Natomiast pan Baldin na wiadomość o śmierci ojca powiedział tylko: „Szkoda go”. Na krótkie wyjazdy starczało odręczne pismo gospodyni, ale na dłużej trzeba było mieć pismo urzędowe. Po przybyciu do Szamotuł ledwo poznałam ojca leżącego już w trumnie – tak był zniszczony chorobą.


Józefa z domu Janasiak i Franciszek Łuczakowie (rodzice Heleny), lata 30. XX w.


Nie przypominam sobie, abyśmy w czasie mego pobytu na robotach jakoś szczególnie chorowali, ani gospodarze, ani pracownicy. Lekarza wcale nie widywałam. Gdy przeziębiłam się albo miałam grypę, dostawałam na noc do picia od gospodyni miętę lub lipę i rano do roboty. Takie choroby to nie były dla nich choroby.

Walter Baldin przyjeżdżał kilkakrotnie do domu na przepustki z wojska. Spotykał się ze swoimi polskimi rówieśnikami ze wsi i nie pozwalał matce w swej obecności krzyczeć na polskich robotników. Po wsi chodził w cywilnym ubraniu. Nigdy nie mówił nam, co robi w wojsku. Raz tylko wspomniał coś o Francji. Pamiętam, że późnym latem 1944 nad Nojewem bardzo nisko przeleciał niemiecki samolot wojskowy, który kilkakrotnie wykonał kółka nad wsią, aż trząsł się cały dom, i poleciał dalej. Potem pani Baldin powiedziała, że to właśnie Walter pilotował wtedy samolot, ale tego domyśliłam się też sama. Na przełomie 1944 i 1945 r., ale chyba to było już w styczniu 1945 r., Walter przyjechał do domu na urlop. Jednak już po dwóch dniach wezwany został do jednostki – dostał telegram z rozkazem powrotu. Siedzieliśmy tego dnia na werandzie domu od strony podwórza i rozmawialiśmy. Dobrze zapamiętałam, co on wtedy powiedział. Mówił, że Rosjanie, jak tu przyjdą, to Polacy nie muszą się ich obawiać, ale Niemców to wszystkich wymordują. Matka pojechała z nim pociągiem ze stacji w Nojewie do Szamotuł, skąd dalej miał jechać do Poznania. Gospodyni mówiła, że miała potem kłopot z powrotem do domu, bo pociągi były już przepełnione Niemcami jadącymi na zachód. Od tamtego czasu już go nie widziałam i nie wiem, czy przeżył. Ktoś potem mówił mi, nie pamiętam obecnie nazwiska, ale była to chyba kobieta pochodząca z Nojewa i zamieszkała potem w Szamotułach, że Walter podobno po wojnie mieszkał w rejonie Drezna i miał tam gospodarstwo.


Wiadukty w Nojewie. Zdjęcie Andrzej Bednarski


Baldinowie w niedziele najczęściej jeździli powózką do Otorowa, w odwiedziny do jego siostry. Raz pani Baldin pojechała na dwa tygodnie do Berlina odwiedzić swoich krewnych. Przedtem czasem wysyłała im paczki z żywnością: gęsi, wędliny itp. Po powrocie podarowała mi przywiezione stamtąd korale na szyję, bo była zadowolona z mojego gospodarowania podczas jej nieobecności. Gdy wróciła do domu i gospodarze siedzieli w kuchni cicho ze sobą rozmawiając, usłyszałam i tyle zrozumiałam, że Berlin jest często bombardowany i nie można tego nerwowo wytrzymać. Głośno jednakże o tym nie wspominali. W roku 1944 zamieszkali u nich ci właśnie krewni – kuzyn gospodyni, profesor z Berlina z żoną . Mieli ok. 65-70 lat i uciekli z tego miasta, bo obawiali się angielskich bombardowań. To byli kulturalni, dobrzy ludzie. Kiedyś profesor powiedział do mnie po niemiecku, że jestem taka młoda, a muszę tak ciężko pracować. Pamiętam, że w 1944 r., miesiąca nie przypominam sobie, ale było już ciepło (chodziliśmy wtedy lekko ubrani, mogło to być w maju albo czerwcu), wyszliśmy wszyscy na podwórze, gdyż doszedł do nas odgłos silników. Leciało nad polami na wschód w stronę Zajączkowa wiele samolotów. Ktoś je rozpoznał – chyba profesorowa – i powiedziała, że są to angielskie bombowce. Na drugi dzień dowiedzieliśmy się od nich, że doszło do wielkiego bombardowania Poznania, a kilka dni potem mówili mi o tym też moi znajomi w Nojewie. Pamiętam, że opowiadano wtedy o zrzucaniu z samolotów pustych beczek po paliwie, a jedna taka beczka miała spaść w rejonie Gaju Małego.

Kiedyś siedziałam na werandzie domu, byłam zmęczona i płakałam. Profesor podszedł do mnie, pogłaskał mnie po głowie i powiedział, że już niedługo się to skończy. Jak pamiętam, profesor z żoną mieszkał w Nojewie około roku.


Żniwa w Nojewie, 1944 r. Zdjęcie prywatne


Było to również w 1944 r., późnym latem, już po żniwach. Pod wieczór byłam na podwórzu, gdy zaczął szczekać pies. Wyszłam na drogę, przed dom. Tam przy furtce stał Czesław Kurkiewicz, nasz sąsiad z domu obok w Szamotułach i brat mego przyszłego męża. Okazało się, że uciekł z robót przymusowych u bauera mieszkającego w okolicy Chrzypska. Był tam bity i bardzo źle traktowany przez niemieckiego właściciela. Powiedział, że idzie do domu. Wytłumaczyłam mu, jak lasami dojść do Ostroroga. Ryszard Baldin zobaczył go i spytał kto to był. Skłamałam, że mój kuzyn. Chyba nie uwierzył, ale nie pytał dalej. Na drugi dzień powiedział coś po niemiecku, a pani Baldin przetłumaczyła: że ten mój krewny w nocy spał w szopie w słomie i rano poszedł widocznie dalej. Czesiek dotarł do Szamotuł i ukrył się na strychu domu, gdzie mieszkała moja mama, bo już szukała go niemiecka policja. Potem gdzieś zniknął. Po wojnie opowiadał, że idąc tylko nocami dotarł daleko na wschód, skąd po wyzwoleniu tamtych rejonów powrócił w pierwszych miesiącach 1945 r. do Szamotuł.

Nie pamiętam roku, gdy doszło do takiego zdarzenia, o którym opowiadał mi Władek Baranek: W pewnym niemieckim gospodarstwie w Nojewie pracował 25 latek – parobek wywodzący się z niemieckiej rodziny. Nie chciał podpisać volkslisty, bo uważał się za Polaka. Wtedy przyjechało na rowerach z Pniew dwóch niemieckich policjantów. Przywiązali go sznurkiem do roweru i odjechali na pniewski posterunek. Oni jechali rowerami, a chłopak biegł obok na bosaka, bo nie zdążył nawet zabrać butów. Potem ludzie mówili, że został zesłany do obozu.


Nojewo, tablica upamiętniająca ofiary II wojny światowej. Zdjęcie Andrzej Bednarski


Podczas mego pobytu w Nojewie jedliśmy to samo co gospodarze, czyli chleb ze smalcem, gotowany groch, fasolę, ziemniaki, a w niedzielę mięso pieczone z kapustą i sosem. Śniadanie było o godz. 8.00 i składało się często z zupy mlecznej i dwóch kromek chleba, obiad o 12.00 i kolacja o 18.00. Na święta gospodyni często piekła placki i torty – dla siebie i teściowej, były jajka i kiełbasa na Wielkanoc. Polacy jednakże nie mieli prawa jadać w pokoju i posiłki spożywaliśmy w kuchni. Niemcy obchodzili święta podobnie jak Polacy, czyli Wielkanoc (ale bez święconki) i Boże Narodzenie. Śpiewali wtedy wspólnie niemieckie kolędy, których ja nie rozumiałam, nie nauczyłam się nigdy dobrze niemieckiego. Z tych kolęd pamiętam jak śpiewali: „O, tanenbaum, o, tanenbaum”. zaś z rozmów zapamiętałam powiedzonko: „halbo so, halb so”. Moi gospodarze do miejscowego niemieckiego kościoła w niedziele nie uczęszczali, ale pomimo to kiedyś z Baldinową rozmawiałam na temat naszych obrządków religijnych. Pamiętam, że gospodyni stwierdziła, iż katolicka indywidualna spowiedź jest dla niej dziwna, bo ewangelicy odbywają ją wspólnie w taki sposób, że pastor wyczytuje przewinienia, a wszyscy powtarzają, że żałują za grzechy.


Dawny kościół ewangelicki w Nojewie, obecnie kościół katolicki pw. św. Andrzeja Boboli. Zdjęcie Andrzej Bednarski


W domu nie było portretu Hitlera i gospodarze sprawiali wrażenie, że nie bardzo sprzyjali nazistom. Nie przypominam też sobie, aby Ryszard chodził na hitlerowskie zebrania, a w ogóle to niemal nikt ich ze wsi nie odwiedzał. Pamiętam, że oszukiwali władze w taki sposób: Niemieccy gospodarze byli zobowiązani do dostarczania produktów rolnych. Na swoje potrzeby w ciągu roku mogli zabić tylko 1-2 świnie. Pozostałe (ale nie cięższe jak dwa cetnary) musiały być odstawione, za co dostawali zapłatę. Co jakiś czas z Pniew przyjeżdżała cywilna komisja, która dokładnie spisywała stan majątku, tj. ilość zwierząt, drobiu, ziemniaków w kopcach itd. Potem była ponowna kontrola i urzędnicy sprawdzali ewentualne różnice. Baldinowie, znając termin kontroli, potrafili ukryć i nie zgłosić do urzędu np. małego prosiaka i zabić go po utuczeniu poza przydziałem.

Pamiętam, że jeden taki ubój ok. 1943 r. zrobił im zaufany Polak z Zajączkowa, ich dawny znajomy jeszcze sprzed wojny, przyuczony do rzeźnictwa. Baldinowie bardzo się jednak bali, aby nikt się o tym nie dowiedział, bo za to nawet Niemcom groziły kary. Wiem, że w podobny sposób ukrywali przed komisją kury i gęsi, schowane na czas kontroli w klatkach i przykryte słomą w stodole. Ziemniaki i zboże ukrywali w szopce pod sianem, w kopcu. Jak chodziła kontrola, to pokazali kopiec z ćwikłą, a za nią były głębiej ukryte ziemniaki. Na podstawie spisów z natury wyznaczano wielkość dostaw żywca, mleka, zboża, ziemniaków, jaj itd. Gospodarze na wsi nie mogli na przykład przerabiać mleka na masło. Posiadali oni specjalne urządzenia-wirówki do mleka, do oddzielania śmietany, ale już na początku wojny istotne elementy tych urządzeń musiały być wymontowane i zdeponowane u sołtysa. Ich również dotyczyła reglamentacja żywności na kartki, szczególnie na chleb i tłuszcze. W Nojewie był sklep kolonialny oraz mały młyn z piekarnią i tam gospodyni kupowała chleb dla nas, czasem go sama upiekła w piecu w kuchni, który miał w dolnej części specjalną komorę do pieczenia. W piwnicy domu znajdowała się zaś wędzarnia do mięs. W spiżarni na parterze przechowywano zapasy, np. smalec w wiadrach oraz smalec z wątróbką w słoikach. Baldinowie uprawiali len, za który po odstawieniu do przetwórni dostawali pieniądze i 20-litrowy kanister oleju. Ja pewnie też miałam wydawane kartki na żywność, ale ich nigdy nie widziałam. Taki system obowiązkowych dostaw nie podobał się Baldinom, bo niewiele z tej roboty mieli dla siebie. Kiedyś gospodyni zaczęła wyzywać z tego powodu i powiedziała, że gdyby nie chowali przed komisją części produktów, to nie mieliby czym wyżywić zwierząt przez zimę. Po odbiór świń na gospodarstwo przyjeżdżała ciężarówka. Zwierzę było najpierw zamykane w specjalnej klatce i przenoszone wraz z nią na wagę. Po zważeniu można je było już załadować na samochód. Pamiętam, że przy okazji odbioru trzody dostawałam od gospodarza do ręki parę marek.

W oborze trzymali świnie i krowy. Obornik wybierano od nich tylko w ciepłych miesiącach i składowano za domem. Jesienią i zimą już nie i warstwa jego w budynku ciągle rosła tak, że na wiosnę poziom był wyższy o jakieś 70 cm. Gospodarz twierdził, że przez to zwierzętom jest cieplej. Przed orką cały obornik był usuwany na pola i ja przed zaoraniem musiałam wszystko na polu rozrzucić. A obornika było 40-50 wozów.


Panorama Nojewa od strony cmentarza. Zdjęcie Andrzej Bednarski


Były już mrozy, gdy pod koniec 1944 r. miejscowi niemieccy gospodarze dostali polecenie od władz, aby na soboty i niedziele wysłać polskich robotników przymusowych do kopania rowów ochronnych wzdłuż dróg. Ja kopałam takie rowy jednej niedzieli w godz. 8.00-15.00, pomiędzy wsiami Nojewo a Orliczko, pod nadzorem niemieckich żołnierzy. Pamiętam, że polegało to na pogłębianiu rowów biegnących wzdłuż szosy do głębokości ok. 120 cm. Wtedy śniegu nie było zbyt wiele, ale ziemia już zamarzła.

Wtedy już wiedzieliśmy, że Rosjanie są coraz bliżej. Radio (chyba na baterie, bo elektryczności tam nie było) mieli gospodarze, ale na ten temat nam nic nie mówili. Jednak jeden z okolicznych Polaków mieszkający w Orliczku, który był chyba kowalem i czasem przyjeżdżał coś naprawić, mówił nam ukradkiem o postępach na froncie („Są już pod Warszawą”), a w miarę zbliżania się Rosjan Baldinowie byli coraz bardziej zdenerwowani i wystraszeni.

W styczniu 1945 r. miejscowi Niemcy rozpoczęli ucieczkę przed Rosjanami na zachód. Nie pamiętam dokładnej daty, ale stała jeszcze w domu świąteczna choinka, gdy pewnego dnia R. Baldin i inni gospodarze dostał wezwanie do miejscowego niemieckiego sołtysa. Było to po południu, ale jeszcze było na dworze jasno. Gospodarz pojechał na spotkanie rowerem i po niecałej godzinie powrócił. Tam przekazano im rozkaz władz o ewakuacji. Mieli się wszyscy zebrać w nocy na drodze prowadzącej z Nojewa w stronę Chrzypska (przy tej drodze przy lesie Baldinowie mieli pole z ziemniakami) i skierować na zachód. Gdy wrócił, zrobił się w domu straszny harmider. Wszyscy zaczęli się pakować. Gospodarz wyprowadził dwa ładne, solidne wozy zaprzężone każdy w dwa konie. Od spodu zostały one wyłożone słomą, na to poszły pierzyny i koce. Baldinowie wzięli ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy, mięso ze świniobicia, chleby i udali się na miejsce zbiórki w pobliżu kościoła i stacji kolejowej. Stamtąd ruszali główna drogą w stronę Pniew, potem skręcali w bok. Rodzina Baldin uciekała z dobytkiem na dwóch wozach, przy czym jednym powoził właśnie Edmund, a drugim kierował Willi, brat gospodyni. Wozami tymi pojechali wszyscy niemieccy domownicy, bo w całej wsi nikt wtedy nie miał samochodu.

Przed odjazdem pani Baldin chyba zostawiła mi (a może o nich zapomniała) 250-300 marek niemieckich z moich zarobków. Po ich odjeździe znalazłam je w szafce w kuchni, gdzie zwykle przechowywała pieniądze na wydatki na moją osobę. Sam Ryszard pozostał jeszcze na gospodarstwie, kazał mi dopilnować domu, dbać o zwierzęta, bo oni – jak zapowiedział – za dwa tygodnie wrócą. Na drugi dzień wziął plecak i sam odjechał rowerem. W dniach, gdy uciekali Niemcy, był silny mróz, aż koniom pyski zachodziły szronem. Baldin podobno dotarł do swoich w Międzyrzeczu, ale ja nigdy już ich więcej nie widziałam. Gdy po pewnym czasie, mniej więcej po tygodniu, wrócił pieszo do Nojewa Edmund, opowiedział, co się stało w Międzyrzeczu. Dojechali wozami do samego miasta. Tam zebrało się wielu niemieckich uciekinierów. Nocowali w jednym z domów, gdy w nocy weszli do środka Rosjanie. Spytali, kto jest Polakiem. Zgłosił się Edmund. Powiedzieli mu, że jest wolny i może wracać do domu. Ale Willemu dali coś do picia, podobno wino, i kazali wypić. Willi wypełnił polecenie, po czym na miejscu zmarł. Resztę Niemców zabrali i zabili.


Budynek dawnego dworca (po remoncie) i kolejowa wieża ciśnień. Zdjęcia Andrzej Bednarski


Pod koniec stycznia, albo już w lutym 1945 r., do Nojewa dotarł radziecki zwiad, 8-10 żołnierzy na koniach, którzy przyjechali do wsi przez pola od strony Psarskiego. Niedługo po nich dotarli inni radzieccy żołnierze. Na gospodarstwie Baldinów zatrzymała się powózka, którą przyjechali oficerowie. Nie pytali o Niemców, chcieli tylko dostać coś do jedzenia. Dostali od nas jeść (niedawno – jeszcze przed ucieczką gospodarzy – było świniobicie) oraz zostali poczęstowani winem z dużej butli pozostawionej przez właścicieli. Podziękowali i zachowywali się dobrze, a z jednym z nich można było porozumieć się z po polsku. Powiedzieli tylko, abyśmy zamknęli się w domu i nie wychodzili na podwórze, bo wśród ich żołnierzy byli „różni ludzie”. Na gospodarstwie byli 1,5-2 godziny i pojechali dalej. Rozmawiali z nimi „starszaki”, czyli moja mama i Łochowicze, bo ja byłam zamknięta w innym pomieszczeniu. Pamiętam, że moja matka w tym czasie przebywała w Nojewie, dokąd przyszła pieszo z Szamotuł i to ona sama zabroniła mi wychodzić z domu. Mama mówiła, że nie wiedziała, jak do nas dotrzeć, ale jakiś kolejarz poradził jej, aby szła przez Otorowo. Doszła szosą do Otorowa, a potem przez lasy do Nojewa. Po około tygodniu mama ruszyła z powrotem do Szamotuł, a znajomy gospodarz – ten który potajemnie zabijał świnię dla Baldinów – zawiózł ją wozem do Ostroroga, skąd dalej szła pieszo.

Następnej nocy po odjeździe Rosjan na nasze gospodarstwo dotarło 4 niemieckich żołnierzy, którzy ciągnęli ze sobą po ziemi na kółkach coś do strzelania. Było ciemno, gdy ktoś zaczął dobijać się do drzwi domu i drzwi piwnicy zamkniętej od środka. Wtedy jeszcze przebywała w Nojewie moja mama, a ponadto pani Hoły z synem Zygmuntem. Zobaczyliśmy ich, a właściwie zobaczył ich Edmund przez okno od podwórza i nie wpuściliśmy do środka. Całą noc przesiedzieliśmy cicho w domu, nie otwierając żadnych drzwi. Żołnierze niemieccy pokręcili się po podwórzu, weszli do stajni i położyli się spać. Wczesnym rankiem wstali i przez pola udali w kierunku zachodnim. Brat Władek na moją prośbę, zaraz po ich odejściu, wyskoczył przez okno domu i powiadomił sołtysa o Niemcach. Ten sołtys był już Polakiem, bo polscy gospodarze z okolicznych wsi zaraz po ucieczce Niemców zebrali się i wybrali spośród siebie sołtysa. On poinformował Rosjan, którzy wysłali za nimi pościg, ale nie wiem, czy ich dogonili.


Pozostałości napisu w języku niemieckim na dawnych zabudowaniach kolejowych w Nojewie. Zdjęcie Andrzej Bednarski


Powrót do domu

Sołtys wsi zachęcał mnie, abym za moją pracę objęła gospodarstwo po Baldinach, ale ja nie chciałam. Wziął je natomiast Edmund, jednak słyszałam, że nie dawał rady i przejął je ktoś inny. Najpóźniej na początku marca wraz bratem Władkiem postanowiliśmy wracać do domu w Szamotułach. Gdy przyszedł do nas gospodarz z Zajączkowa i spytał, czy może zabrać część żywego inwentarza po Baldinach, zgodziłam się, ale poprosiłam, aby zawiózł mnie i brata do Szamotuł. Jechaliśmy z nim wozem przez lasy do Binina i Dobrojewa, potem szosą do Ostroroga i dalej do Szamotuł. Pamiętam, że drogi nie były wtedy takie jak teraz, ale węższe i wybrukowane kamieniami. Z domu Baldinów wzięliśmy zegar z wahadłem, który mam w domu do dziś, pierzyny, pościel, kieliszki, żywność itp. Po drodze, w Bininie, widziałam w rowach przydrożnych zwłoki kilku zabitych żołnierzy niemieckich. Pan Łochowicz wspominał, że też widywał wielu zabitych niemieckich żołnierzy w przydrożnych rowach, a nawet wiszących na słupach telegraficznych. W tym czasie na drogach było już wielu ludzi wracających w grupach do swoich miejscowości po robotach przymusowych.

Po przybyciu na miejsce wiedziałam, gdzie szukać mamy, bo krótko przed ucieczką Niemców byłam w Szamotułach i wiedziałam, że mieszkała już na ul. Sukienniczej. W domu rozładowaliśmy wóz, zostawiliśmy mamie przywiezione rzeczy i zaraz tym samym wozem pojechaliśmy ponownie do Nojewa na gospodarstwo. W drodze do wsi, w rejonie Ostroroga, napotkaliśmy młodych ludzi, którzy mówili, że wracają do domów w Sierakowie i Międzychodzie z robót fortyfikacyjnych oraz z wronieckiego więzienia. Kilkoro z nich przysiadło się do nas i kawałek ich podwieźliśmy. Po przybyciu do Nojewa przebywałam tam z bratem jeszcze parę dni i ostatecznie zrezygnowałam z prowadzenia gospodarstwa. Baldinowie mieli trzy rowery, w tym jedną damkę. Na jednym odjechał Ryszard, dwa zostały na miejscu. Na tych rowerach z Władkiem przyjechaliśmy w końcu do domu.

Od mamy dowiedziałam się, że Rosjanie weszli do Szamotuł ul. Dworcową i od strony Obornik. Mówiła mi, że będąc w domu, usłyszała odgłosy gwałtownej strzelaniny Rosjan z Niemcami, którzy byli w obrębie Rynku. Najwięcej zabitych Niemców leżało potem właśnie na Rynku, naprzeciwko „Ogniska” i w pobliżu wylotu ul. Dworcowej.

Komendantem miasta był dość długo Rosjanin, niski i korpulentny. Dobry i porządny człowiek. Urzędował w budynku na narożniku obecnej ul. Ratuszowej, gdzie pracowali też Polacy. W willi na ul. Dworcowej, po lewej stronie, równolegle do klasztoru, mieszkali i urzędowali Rosjanie; często z tego budynku dochodziła muzyka i śpiewy. Mieli polskiego kucharza i swojego. Podawałam tam do stołu przez 2-3 tygodnie, ale nie pamiętam obecnie, w jaki sposób do tej pracy trafiłam. Przez kilka miesięcy po wojnie, w parku przy ul. Dworcowej przed przejazdem kolejowym na Poznań, Rosjanie urządzali co sobotę zabawy z udziałem własnej orkiestry wojskowej. Na te zabawy przychodziło wielu młodych, aby potańczyć na stojącym na środku parku drewnianym, okrągłym podeście. Na podwórzu domu przy ul. Sukienniczej, gdzie wówczas mieszkaliśmy z niemieckiego przydziału, przechodzący przez miasto Rosjanie gotowali sobie na kuchni polowej jedzenie. Stacjonowali tam jeden dzień i noc i poszli dalej. W budynku przedwojennej ubezpieczalni przy ul. Garncarskiej, w piwnicach, przetrzymywano jeńców niemieckich, których po pewnym czasie gdzieś wywieziono. Pilnowali ich polscy strażnicy. Jeden z nich wyjątkowo nienawidził Niemców. Czasem wchodził do ich pomieszczeń i dotkliwie bił. W tym budynku był początkowo UB, potem (w 1946 r.) przeniósł się na ul. 3 Maja, gdzie teraz jest szkoła muzyczna. Cały budynek był zajęty na potrzeby Urzędu i pilnowany od frontu i z tyłu, gdzie była drewniana szopa, przez wartowników. Pamiętam, że w prawym wejściu, tam, gdzie potem był dentysta, znajdowało się pomieszczenie do spania. Do środka nie można było swobodnie wejść. Posterunek polskiej milicji mieścił się natomiast w budynku „Ogniska” na Rynku. O ile się nie mylę, to wejście do posterunku było bezpośrednio z Rynku, a milicjanci posiadali umundurowanie i uzbrojenie wojskowe.

Pamiętam też przemarsz polskiego wojska w drodze na Berlin. Było już cieplej, chyba w marcu-kwietniu. Około południa z okna naszego pokoju (teraz to kuchnia) na piętrze domu przy Sukienniczej 5 zobaczyłam idących żołnierzy. Wyszłam na ulicę i podeszłam bliżej. Drogą od Obornik nadeszła polska piechota, przeszli ul. Poznańską, potem przez Rynek i – o ile dobrze pamiętam – dalej na Ostroróg; mówili, że idą „na Berlin”. Szło wtedy wielu żołnierzy, może kilkuset. Za nimi ciągnęły wozy konne z taborami. Zauważyłam, że wyglądali na zabiedzonych i zmęczonych, byli wychudzeni, brudni. Niektórzy nie mieli butów, tylko stopy obwiązane jakimiś szmatami.


Dawny budynek sądu w Szamotułach, obecna al. 1 Maja. Zdjęcie z czasów okupacji. Fotopolska


Pierwszym polskim burmistrzem miasta został niejaki Polus, który mieszkał w willi obok strugi na ul. 3 Maja. Pamiętam, że gdy powróciłam do Szamotuł w marcu 1945 r., to budynek sądu, który stał na placu przed więzieniem, po lewej stronie alei, był już spalony. Natomiast przedwojenny budynek Policji, znajdujący się naprzeciwko sądu po prawej stronie obecnej ul. 3 Maja, był nienaruszony. Przypominam też sobie pociągi, którymi wracali wówczas Polacy z robót w Niemczech, przejeżdżając przez Szamotuły. Były one tak przepełnione, że wielu ludzi podróżowało, siedząc na dachach wagonów.

W 1945 r. moja mama i młodsza siostra Zosia zachorowały na tyfus. Leżały w baraku szpitalnym na oddziale zakaźnym. Najpierw we wrześniu 1945 r. zmarła moja mama, a miesiąc potem siostra. Po śmierci matki nie miałam żadnych środków na pogrzeb. Jednakże o jej zgonie dowiedzieli się dwaj mężczyźni, których nazwisk nie pamiętam, a którzy pracowali kiedyś wraz z matką w młynie. Wtedy byli już działaczami PPR i urzędowali w kamienicy na Rynku, obok miejskiej ubikacji. Kazali mi przyjść do siebie. Okazało się, że z własnej inicjatywy zebrali się i dali mi tyle pieniędzy, że wystarczyło na pochówek. Gdy mama zmarła, nie miałam już żadnych środków do życia dla mnie i brata Władka. Aby mieć na jedzenie, posprzedawałam przywiezione z Nojewa rowery i inne rzeczy, z których część kupiła Janina Bielik. Kwitł wtedy w mieście handel wymienny i za pieniądze. Trwało to do czasu, aż sytuacja ustabilizowała się i zaczęły funkcjonować zakłady pracy i urzędy. Gdy pani Rebelka dowiedziała się, że wróciłam z robót do Szamotuł, to często zapraszała mnie do siebie. Pomagałam jej wtedy gotować, prać, sprzątać.


Dawna siedziba PPR w Szamotułach, Rynek 2, ok. 1947 r. Zdjęcie Muzeum-Zamek Górków


Pamiętam, że olejarnia na ul. Dworcowej chroniona była przez posterunki wojskowe. Jednego z żołnierzy – Michała Dudzińskiego z Lwowa – poznała moja kuzynka, Zofia Janasiak, mieszkająca wtedy na ul. 3 Maja. Wyszła za niego za mąż i oboje zamieszkali w Szamotułach. Nie pamiętam obecnie nic z tego, co się działo w mieście po ogłoszeniu informacji na temat zakończenia wojny. Przypominam sobie tylko, że wtedy już Niemców w Szamotułach nie było, uciekli w styczniu. Ale pozostała jedna dziewczyna – Niemka, niska o ciemnych włosach, która mieszkała z rodzicami w czasie okupacji w mieście. Jej rodzice uciekli także, a ona po wojnie wyszła za mąż za syna państwa Starzonków mieszkających za olejarnią. Mówiła dobrze po polsku i nikt z miejscowych nie robił jej przykrości z powodu pochodzenia. Nie pamiętam obecnie ani jej imienia, ani panieńskiego nazwiska.

Jesienią 1945 r., chyba było to we wrześniu albo październiku, wraz z moją krewną z Piaskowa Nowaczką [Nowak] poszłam na wesele mego kuzyna, Aleksandra Janasiaka, do Mutowa. Wtedy poznałam tam Mariana Orlika, który wraz ze swym ojcem grał do tańca w orkiestrze weselnej. Marian miał wówczas ok. 30 lat, był bardzo przystojny. Pamiętam, że był wojskowym i chyba już wtedy w stopniu kapitana. Mieszkali oni wtedy w Szamotułach na ul. Lipowej, gdzieś dalej od centrum. Pamiętam również, że w pewnym momencie po jego wyjeździe do Warszawy rodzina straciła z nim jakikolwiek kontakt i nikt nie wiedział, co się z nim stało. Niedawno przeczytałam w miejscowej gazecie, że jego szczątki odnaleziono w Warszawie i że został w więzieniu zamordowany. W gazecie było jego zdjęcie, na którym od razu go poznałam.


W mundurze Marian Orlik (1916-1952). Wesele jego siostry Ireny z Alojzym Mockiem, grudzień 1946 r. Zdjęcie ze zbiorów Barbary Piekarzewskiej


W styczniu 1946 r. z robót przymusowych powróciła do Szamotuł moja siostra Maria. Natomiast w maju 1946 r. powrócił brat Marian. Około 5.00 rano usłyszałam pukanie do drzwi. Otworzyłam i zobaczyłam go. Miał przy sobie tylko plecak z sucharami i trochę odzieży. Powiedział, że po wyzwoleniu obozu przez Amerykanów leżał pół roku w szpitalu, bo ponoć ważył tylko 22 kilogramy. Potem pociągiem wraz z cala grupą przyjechał do Poznania i dalej też pociągiem, do Szamotuł. W mieście nie wiedział, gdzie szukać rodziny. Poszedł najpierw na ul. 3 Maja, gdzie kiedyś mieszkała (w drugim domu za mleczarnią, po lewej stronie u Najderków) nasza babcia ze strony mamy. Ale ona już nie żyła. Dlatego poszedł dalej i pytając napotkanych ludzi, gdzie obecnie mieszkają Łuczakowie, trafił na Sukienniczą. Gdy rozebrał się do mycia, zobaczyłam na jego plecach liczne blizny i ubytki ciała. Spytałam brata, skąd te rany. Odrzekł, że w obozie koncentracyjnym Gross Rosen został skatowany przez strażnika, SS-mana, który wychłostał go biczem zakończonym haczykami.

Początkowo jako dokumenty tożsamości obowiązywały dokumenty wydane w czasie okupacji przez Niemców. Na ich podstawie można było wymienić posiadane niemieckie pieniądze na polskie, a robiło się to w budynku magistratu, na narożniku ul. Ratuszowej. Potem niemieckie dokumenty wymieniało się już na polskie w posterunku MO w „Ognisku”. Za pracę przez pierwszy rok po wojnie nie otrzymywało się zapłaty w pieniądzach, ale w kartkach, za które w sklepie p. Jądrzyka na ul. Dworcowej, zaraz za meblarnią, można było kupić jedzenie. Wydawano też materiały, odzież itp. Po wojnie przez pierwsze lata panowała wielka bieda.

Jako jeden z pierwszych ruszył zakład – meblarnia, gdzie zatrudniono mego brata Władysława. Młyn Koerpla (który zmarł w czasie okupacji) przejęła jego żona. Zakład ten został potem upaństwowiony, p. Koerplowa otrzymała jakieś odszkodowanie i – jako wywodząca się z niemieckiej rodziny – wyjechała do Niemiec.

W 1945 r. latem doszło do ataku grupy AK na szamotulskie więzienie. Odbito kilku więźniów. Po schwytaniu ich w rejonie Międzychodu, chyba w 1946 r. zorganizowano 2-3-dniowy proces pokazowy, który toczył się w Szamotułach, w budynku obecnego kina przy ul. Dworcowej. W czasie procesu sala była pełna widzów. Członkowie zbrojnej grupy (5-6 osób), w skład której wchodził przedwojenny oficer, zostali skazani na wieloletnie, więzienia. Jednym nich był mąż nieżyjącej już Krystyny z domu Kaczmarek z Szamotuł.


Spisane i opracowane w latach 2013-2016

Helena Kurkiewicz z domu Łuczak, córka Franciszka Łuczaka i Józefy z d. Janasiak, ur. 22.07.1925 r. w Szamotułach, zm. 03.03.2015 r. w Szamotułach. Nie pracowała zawodowo, zajmowała się domem i pięciorgiem dzieci. Mieszkała przy ul. Sukienniczej. 

W czasie okupacji. Szamotuły i prace przymusowe w Nojewie – wspomnienia Heleny Kurkiewicz2019-12-06T11:17:25+00:00

Aktualności – grudzień 2019

GRUDZIEŃ

IMPREZY I KONCERTY

Trwające


Minione

koncert Pawła Bączkowskiego Świąteczny czas,
15.12.2019, sala koncertowa Muzeum-Zamku Górków, godz. 18.00


KINO

101. rocznica wybuchu powstania wielkopolskiego. Tak świętowano w Szamotułach


Relacja wideo!

Opublikowany przez Ryszarda Kurczewskiego Piątek, 27 grudnia 2019


Święta tuż, tuż. Ale… z porządkami nie należy przesadzać!



Aleksandry Koniecznej obrazki z Szamotuł

Przedstawiamy kolejną uzdolnioną młodą osobę – to Aleksandra Konieczna z Szamotuł. W tym roku ukończyła Szkołę Podstawową nr 1, obecnie uczy się w Liceum im. ks. Piotra Skargi w klasie o profilu psychologiczno-prawniczym. Rysowanie, malowanie interesowało ją od najmłodszych lat, w szkole podstawowej uczęszczała na zajęcia koła plastycznego prowadzonego przez Hannę Szelejak.

W 2018 r. Ola zwyciężyła w Wielkopolskim Konkursie Plastycznym „Znaki wiary” oraz w wojewódzkim konkursie plastycznym o tematyce ekologicznej. Rok wcześniej wygrała Gminny Konkurs Plastyczny „Twórczość nieskrępowana”. Niedawno zajęła 3. miejsce w konkursie na komiks pod tytułem „Dopalacze niszczą życie”; organizatorem konkursu była Komenda Powiatowa Policji w Szamotułach. Dużo rysuje dla siebie, poznaje teorię rysunku i ćwiczy technikę. Lubi też szyć na maszynie, najwięcej przyjemności sprawia jej tworzenie w ten sposób maskotek według własnych projektów. Na razie bierze pod uwagę dwa pomysły na siebie, chciałaby albo studiować na Uniwersytecie Artystycznym, albo uczyć w szkole – tu przedmiot jest już wybrany: historia.

Prace Oli, przedstawiające postacie na tle różnych szamotulskich obiektów, znalazły się pięknym kalendarzu na rok 2020, wydanym przez Urząd Miasta i Gminy. Gratulujemy młodej artystce – przez najbliższy rok wiele osób będzie regularnie spoglądać na jej prace!

Zamieszczamy 2 z 13 obrazków.



16 grudnia 1922 – zamach na prezydenta Gabriela Narutowicza.

Czy można napisać coś o tym wydarzeniu w kontekście Szamotuł? Otóż – niestety – można. Agresja polityczna i podziały w społeczeństwie 97 lat temu były wielkie, nie wyglądało to lepiej niż obecnie. W wyborach parlamentarnych w listopadzie 1922 r. w Szamotułach zwyciężyła prawicowo-centrowa koalicja Chrześcijański Związek Jedności Narodowej (w całym powiecie wygrała lewicowa Narodowa Partia Robotnicza). 3.12 odbył się w Szamotułach wielki wiec (ok. 5 tys. uczestników) podczas którego postulowano m.in. wybór Polaka-katolika (kandydatem prawicy był Maurycy Zamoyski). Po wyborze Gabriela Narutowicza prawica bardzo głośno wyrażała niezadowolenie, w Warszawie doszło też do zamieszek. Zamachu na prezydenta 16.12.1922 dokonał Eligiusz Niewiadomski, część środowisk prawicowych wręcz ten zamach poparła, określając go jako „ratowanie Polski”. Po wykonaniu wyroku śmierci na zamachowcu w wielu kościołach odbyły się nabożeństwa w jego intencji. 28.02.1923 r. taka msza odprawiona została także w kolegiacie w Szamotułach. jak podawała „Gazeta Szamotulska”, licznie uczestniczyli w niej „wybitni obywatele miasta i pobożna publiczność”.



Rocznica egzekucji 

80 lat temu – 13 grudnia 1939 r. – przy ulicy Franciszkańskiej w Szamotułach Niemcy rozstrzelali 10 Polaków. Tak wspominała ten dzień Helena Kurkiewicz (z domu Łuczak): „[…] w godzinach popołudniowych Niemcy rozstawili się na ul. Dworcowej. Wszystkich wychodzących z pracy w pobliskiej meblarni zagarnęli i ustawili przed wlotem na ul. Franciszkańską. Wśród nich był Stanisław Kurkiewicz, pracujący wtedy w meblarni. Następnie przywieźli z szamotulskiego więzienia jakichś 10 ludzi i tam na miejscu ich rozstrzelali. Zwłoki zabrali wozem konnym i zakopali w wspólnym grobie na cmentarzu w Szamotułach, na prawo od alei proboszczów. Krótko po wojnie rozstrzelanych ekshumowano, a robili to przetrzymywani w Szamotułach jeńcy niemieccy. Ciała pokładziono do oddzielnych trumien i w tym samym miejscu ponownie pochowano”. Polacy zginęli w odwecie za rzekome postrzelenie żołnierza niemieckiego w Gałowie (w rzeczywistości przypadkowo postrzelił go kolega). Zginęli wówczas: Adam Zeuschner (czeladnik stolarski), Jan Szymkowiak (robotnik), Wojciech Sydor (rolnik), Wincenty Pociecha (rolnik), Feliks Ludek (robotnik), Jan Kaczmarek (rolnik), Franciszek Kaczmarek (pilarz), Brunon Korpik (stolarz), Tomasz Czyż (rolnik), Jan Brzoski (rolnik). Pochodzili z różnych miejscowości naszego regionu: Szamotuł, Pniew, Otorowa, Wronek i Piłki.

W 1962 r. w kamiennej grocie przy ul. Franciszkańskiej odsłonięto tablicę z nazwiskami rozstrzelanych Polaków; w 2009 r. na szamotulskim cmentarzu na ich wspólnej mogile umieszczono nowy nagrobek.

Zdjęcie Andrzej Bednarski.



Łukasz Kośmicki – filmowiec z Szamotuł

Czy wiecie Państwo, że Łukasz Kośmicki, reżyser jednego z najciekawszych filmów tegorocznej jesieni – „Ukrytej gry”, urodził się w Szamotułach i jest prawnukiem legendarnego przedwojennego burmistrza Konstantego Scholla? Co więcej – lubi nasze miasto i chętnie, choć w ostatnich latach rzadko, je odwiedza. Film od 6 grudnia można oglądać w kinie „Halszka”.

Od lewej Łukasz Kożmicki, Allan Starski, Paweł Edelman. Zdjęcie Adrian Chmielewski, Watchout Studio



Sukcesy fotografów z naszego regionu!

W konkursie fotograficznym Wielkopolska Press Photo sukcesy odnieśli Piotr Mańczak, Tomasz Koryl, Iweta Kaczmarek i Marcin Drab – serdecznie gratulujemy! Piotr Mańczak zdobył wyróżnienie w kategorii „Życie codzienne” (zdjęcie „Odprawa”, którego bohaterem jest znany szamotulanom Stanisław Dolata i jego słynny samochód Syrena), Tomasz Koryl zdobył wyróżnienie w kategorii „Człowiek i jego pasje” (cykl zdjęć „Dla córki na 18. urodziny”; na wystawie pokonkursowej znalazło się jeszcze jedno zdjęcie tego autora – „Przed odlotem” – kategoria „Przyroda i ekologia”). W kategorii „Przyroda i ekologia” wyróżniona została praca Iwetty Kaczmarek (zdjęcie „Rzekotka drzewna”). Marcin Drab otrzymał wyróźnienie w kategorii „Sport” (zdjęcie „Kumoterska Gońba”), na wystawie zaprezentowano także cykl jego zdjęć „OSP Obrzycko”. Warto dodać, że na tegoroczną edycję konkursu wpłynęło 1397 zdjęć: 285 zdjęć pojedynczych oraz 1112 zdjęć w 162 zestawach, nadesłanych przez 91 autorów w pięciu kategoriach tematycznych.

Prezentujemy wyróżnione zdjęcia Piotra Mańczaka i Marcina Draba.



Sukcesy szamotulan w XXIII Turnieju Ożywiania Słowa o Laur Rodu Górków

Duet Katarzyna Zaraś (śpiew) i Krzysztof Łączkowski (pianino) zwyciężyli w kategorii poezja śpiewana, a recytatorzy Monika Roszczak i Jakub Kasprowiak zdobyli wyróżnienia.

Kasia Zaraś, uczennica klasy maturalnej Liceum im. ks. Piotra Skargi, powróciła na scenę po ponad roku. Tym razem z nią wystąpił Krzysztof Łączkowski – pianista, uczeń tej samej szkoły, który skomponował muzykę do jednego z utworów. Wszystko przygotowali sami, bez wsparcia instruktora. Zaprezentowali utwory do słów Czesława Miłosza („Wszystko w makówce”) i Agnieszki Osieckiej („Wybacz, Mamasza”). Poruszająca była zwłaszcza interpretacja drugiego utworu – dramatyczna i nieoczywista muzycznie.

Więcej o Katarzynie Zaraś można przeczytać w tekście z serii Talenty http://regionszamotulski.pl/kasia-zaras-talent-artystyczny-i-sportowy/

Zdjęcie SzOK



Rzeźba regionalna

Para szamotulska – niewielka rzeźba Eugeniusza Tacika może być ciekawą pamiątką z naszego regionu. Ostatnio 4 takie rzeźby poleciały wraz z Zespołem Folklorystycznym „Szamotuły” do Kamerunu. Eugeniusz Tacik z Binina swoje prace wykonuje od ponad 40 lat. Od kilkunastu lat rzeźbi też prace wielkoformatowe przy użyciu piły motorowej. Jego dzieła można oglądać w wielu miejscowościach Polski, w tym także w naszym regionie: w Szamotułach, Wronkach, Obrzycku, Koźlu, Zajączkowie, Rzecinie i Ostrorogu. Znajdują się także poza Polską i – nawet – poza Europą: w Stanach Zjednoczonych, Afryce czy Australii.

Zdjęcie – Marta Szymankiewicz (tło – torba z motywem haftu szamotulskiego, wykonana w 2017 r. na warsztatach, które prowadziła Milena Kolat-Rzepecka).



Aktualności – grudzień 20192020-01-04T21:43:33+00:00

Andrzej Nowak, Dom Stanisławy Burzyńskiej (Rynek nr 5)

Andrzej J. Nowak

Domy szamotulskiego Rynku

Dom nr 5 (dawniej 35). Metamorfozy

Dom należał do Stanisławy Burzyńskiej (1882-1962). Piszę w czasie przeszłym, bo dom, jaki pamiętam, już nie istnieje. Od strony południowej sąsiadował z budynkiem, w którym miał swój zakład Antoni Grys (1907-1990), mistrz zegarmistrzowski, artysta fotografik i regionalista, od strony północnej – z domem, w którym się urodziłem. Był parterowy, z użytkowym poddaszem. Środkowa część poddasza miała pełną wysokość piętra i dwa okna w ścianie frontowej, którą wieńczył tympanon. Boczne części pod stromym dachem były pokryte dachówką. Od frontu poddasze doświetlały dwa kaferki – po jednym z lewej i prawej strony.



Na parterze mieściła się cukiernia. Przed wojną był to kultowy lokal. Na kilku szamotulskich pocztówkach z początku XX w. można zauważyć, że dom miał po obu stronach wejścia dwa duże okna wystawowe. Widać wyraźnie, że okna sięgały od podłogi do sufitu. Miały duże tafle szkła osadzone, jak sadzę, w mosiężnej konstrukcji, a boki wykonane z giętego szkła. Od zewnątrz okno zabezpieczała poręcz. Takie okna były charakterystyczne dla architektury secesyjnej (art nouveau). Były niezwykle eleganckie, wręcz luksusowe. Niestety, niepraktyczne i trudne w utrzymaniu. Dlatego, zapewne w latach trzydziestych, zostały wymienione. Na fotografii z 1937 roku są to już zwykłe, proste okna wystawowe. Po wojnie przechodzą kolejne metamorfozy. Stają się jeszcze bardziej praktyczne, ale już zupełnie nijakie.



Po wojnie cukiernia została „upaństwowiona”. Była prowadzona przez PSS Społem. Nazywała się „Szamotulanka”, ale dla większości szamotulan to była kawiarnia u pani Burzyńskiej. W środkowej części lokalu, na wprost wejścia, był bufet. Przy ladzie bufetu można było dostać ciastka tortowe za dwa złote i lody śmietankowe lub kakaowe w waflach, na wynos (latem). Po lewej i prawej stronie od wejścia były dwa nieduże pokoje dla gości, gdzie przy małych stolikach zamawiało się dużą lub małą kawę „po turecku” – podawaną w szklance na szklanym podstawku. Do kawy można było dostać ciastko i kieliszek wina Lacrima lub armeńskiej brandy Ararat. W latach siedemdziesiątych pojawił się prawdziwy francuski koniak Martell. Podawany był w eleganckich pękatych kieliszkach na niskiej nóżce. W kawiarni zawsze było niebiesko od dymu. Wolno było, a nawet wypadało, palić.

Przed wojną za pokojem po lewej stronie był salonik, w którym spotykali się, między innymi, członkowie szamotulskiego klubu literacko-muzycznego „Wietrzne Pióro”. Pochodzący z Obrzycka artysta-plastyk Marian Schwartz (1906-2001), wspomina:

Nasze spotkania klubowe odbywały się raz w tygodniu w kawiarni u „Cioci Burzyńskiej” w rynku. Pamiętam ten dosyć ciemny pokój, z pianinem, na zapleczu lokalu, w którym wiedliśmy gorące dysputy przy „małej czarnej”… Omawianie najnowszej literatury polskiej i światowej wywoływało nieraz burzliwe reakcje, które łagodził Wachowiak, grając z talentem na pianinie nokturny lub polonezy Chopina (fragment tekstu Wietrzne Pióro – moja Arkadia z katalogu wystawy „W poszukiwaniu Arkadii” – Muzeum Zamek Górków w Szamotułach 2003 r.).



Na rysunku parteru i planu sytuacyjnego projektu przybudówki domu pani Burzyńskiej, wykonanego w 1927 r. przez Leona Szulczewskiego, widać, że Marian Schwartz dobrze zapamiętał ciemny pokój na zapleczu. Pokój jest rzeczywiście mały i musiał być ciemny, bo ma tylko małe okno we wnęce pracowni cukierniczej, przylegającej do frontowego budynku od podwórza,. Pianino, na którym grał Chopina Ludomir Wachowiak, miała po wojnie w swoim mieszkanku, na parterze domu od strony ogrodu, pani Basia – Barbara Burzyńska (1916-2003), córka Stanisławy. W ciepłe, letnie wieczory, z otwartego okna jej mieszkania dochodziły często dźwięki mocno rozstrojonego instrumentu, na którym pani Basia grała z pamięci sentymentalne przedwojenne melodie. Najczęściej wielki przebój Henryka Warsa śpiewany przez Hankę Ordonównę: Miłość ci wszystko wybaczy. Basia zdziwaczała na starość. Rzadko wychodziła z domu. Zwykle w nocy. W ciemnym długim płaszczu przemykała ulicą Kapłańską niczym duch.

Na poddaszu, na które prowadziła wąska jednobiegowa klatka schodowa, wygospodarowano po wojnie dwa mieszkania. Jedno zajmowała wielodzietna rodzina państwa Adamczaków, w drugim mieszkali państwo Zelentowie. Córka pani Zelentowej z pierwszego małżeństwa – Bożena Aschmutat, absolwentka szamotulskiego Liceum (1960), polonistka, wyszła za mąż za urodzonego w Gaju Małym pod Szamotułami artystę plastyka Eugeniusza Ćwirleja – malarza pejzażystę. Jej syn, Ryszard Ćwirlej, kierował redakcją „Teleskopu” w poznańskim Oddziale TVP oraz pracował w zarządzie „Radia Merkury”. Jest znanym pisarzem, autorem świetnych powieści kryminalnych. Szamotuły pojawiają się na kartach jego powieści. Genius loci – duch „Wietrznego Pióra”?



Stanisława Burzyńska chciała przebudować swój dom. W 1927 roku zamówiła u budowniczego Leona Szulczewskiego projekt jego nadbudowy. 22 lipca 1928 r. wykonany przez niego projekt uzyskał, jak byśmy dziś powiedzieli, pozwolenie na budowę. Wtedy było to „zezwolenie na budowę”, w którym Urząd miejscowej Policji Budowlanej stwierdził, że udziela niniejszym właścicielce domu nr 35 w Rynku, „W.Pani Burzyńskiej”, „przyzwolenia na budowę”. Powstał bardzo ciekawy projekt zupełnie nowego budynku, zaprojektowany jednak w miejscu i na fundamentach istniejącego domu.

Projektowany budynek miał być dwupiętrowy. Zakładał przesunięcie jednej z wewnętrznych ścian konstrukcyjnych i budowę wygodniejszej, zabiegowej klatki schodowej w miejscu istniejącej, jednobiegowej. Parter pozostawał, w zasadzie, bez zmian. Na piętrze zaprojektowano pięć dość dużych pokoi. Opisany na rysunku piętra wyciąg z kuchni na parterze do pomieszczenia będącego zapewne rozdzielnią kelnerską oraz spiżarnia i hol, sugerują, że na piętrze miały być pokoje – gabinety dla gości. Na drugim piętrze pod skomplikowaną więźbą dachową wzorowaną, jak sadzę, na konstrukcji stojącego nieopodal budynku bankowego, zaprojektowano pomieszczenia mieszkalne właścicielki domu.



Elewacja frontowa, od strony Rynku, nie jest w projekcie załączonym do wniosku o „przyzwolenie” na budowę zbyt szczegółowo pokazana. Gdyby doszło do realizacji projektu, musiałaby ona być z detalami rozrysowana. Jest utrzymana w manierze klasycystycznej. Ściany parteru są boniowane. Na piętrach zaprojektowano stylizowane rzymskie pilastry i okna w neorenesansowych obramowaniach. Drugie piętro z balkonem, w centralnej części zwieńczone tympanonem, jest bardzo dekoracyjne.

Nowy dom miał być okazały. Niestety. Projekt trafił na czasy kryzysu gospodarczego. Nie został zrealizowany. Szamotulski Urząd Policji Budowlanej powiadomił panią Burzyńską 13 listopada 1930 r., że zezwolenie na budowę straciło ważność, ponieważ do tego czasu budowy nie rozpoczęto (dzisiaj przepisy w tej materii są takie same).

Z ambitnego zamierzenia zrealizowana zastała tylko niewielka, „kosmetyczna”, przeróbka w parterze domu, polegająca na wykonaniu przybudówki od strony ogrodu, na którą 22 lipca 1927 r. wydane zostało zezwolenie.



***

Od jakiegoś czasu nie ma już w szamotulskim Rynku domu pani Burzyńskiej. W jego miejscu stoi oszczędny w formie, utrzymany w modnej obecnie kolorystyce, neomodernistyczny budynek. Wiedeński architekt Adolf Loos (1870-1933), autor eseju Ornament i zbrodnia (1913) i słynnego projektu domu mieszkalnego doktora Steinera w Wiedniu (1910), który jest uznawany za pierwowzór architektury modernistycznej, mówił, że architekt tworzy skorupę, a ludzie wypełniają tę skorupę treścią.



W domu nr 5 przy w szamotulskim Rynku nie ma już cukierni „Cioci Burzyńskiej”, jest za to „Chiński Market”.

Trochę żal…

02.12.2019 r.



Rysunki autora

Andrzej J. Nowak

Urodzony w Szamotułach. Architekt, którego wiele projektów zrealizowano za granicą. Dawny wieloletni główny architekt wojewódzki, jeden ze współzałożycieli Stowarzyszenia Wychowanków Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi.

Andrzej Nowak, Dom Stanisławy Burzyńskiej (Rynek nr 5)2019-12-04T18:03:33+00:00

Kasia Zaraś – talent artystyczny i sportowy

Katarzyna Zaraś – siła w głosie i nie tylko

Tegoroczna zwyciężczyni kategorii poezja śpiewana XXIII Turnieju Sztuki Ożywiania Słowa o Laur Rodu Górków nie tylko pięknie śpiewa, ale także świetnie rzuca dyskiem. Mieszka w Myszkowie, jest uczennicą klasy maturalnej Liceum im. ks. Piotra Skargi w Szamotułach. Jest samorodnym talentem artystycznym: „jedyną taką w rodzinie” – jak sama mówi.


Katarzyna Zaraś i Krzysztod Łączkowski. Zdjęcie SzOK


Jeszcze w czasie nauki w Szkole Podstawowej w Przyborowie zaczęła uczestniczyć w Artystycznych Spotkaniach Recytatorów organizowanych przez Szamotulski Ośrodek Kultury, każdy jej występ kończył się sukcesem. Ukończyła 1. stopień szamotulskiej szkoły muzycznej, podstawowym instrumentem, na którym grała, była gitara. Wcześnie zauważyła, że jej atutem jej niski głos o ciekawej barwie i dużej sile. Praca nad głosem sprawia jej dużą radość i satysfakcję. W 2016 r. zajęła 2. miejsce w kolejnej edycji konkursu „Szamotuły – miejsce dla talentów”, a w 2017 r. – również 2. miejsce – w Konkursie Poezji Irlandzkiej (kategoria piosenka). Dwukrotnie reprezentowała powiat w eliminacjach Ogólnopolskiego Konkursu Recytatorskiego (kategoria poezja śpiewana). W tym czasie współpracowała muzycznie z Małgorzatą Michalak, która akompaniowała jej na pianinie. Przez jakiś czas Kasia uczestniczyła w lekcjach śpiewu u Ewy Nawrot w Art of Voice. Była to ciekawa przygoda, zajęcia otworzyły ją na śpiew z muzyką wykonywaną na żywo.

Tegoroczny – zwycięski – start w szamotulskim turnieju był powrotem na scenę po ponad roku. Tym razem z Kasią wystąpił Krzysztof Łączkowski – pianista, również uczeń szamotulskiego Liceum im. ks. Piotra Skargi, który skomponował muzykę do jednego z utworów. Wszystko przygotowali sami, bez wsparcia instruktora. Zaprezentowali utwory do słów Czesława Miłosza (Wszystko w makówce) i Agnieszki Osieckiej (Wybacz, Mamasza). Poruszająca była zwłaszcza interpretacja drugiego utworu – dramatyczna i nieoczywista muzycznie. Iwona Loranc – znakomita interpretatorka poezji, przewodnicząca jury – już w przerwie koncertu przytuliła Kasię i podziękowała jej za występ, inny z jurorów podpowiadał, że czas pomyśleć o własnym recitalu. Mamy nadzieję, że wkrótce dojdzie on do skutku. Kasia ma już go cały w głowie i w sercu.

Zdarza jej się pisać także wiersze, może więc w przyszłości zaśpiewa utwór z własnym tekstem. Niedawno wystąpiła ze szkolną grupą teatralną Piotrelle w przedstawieniu W przededniu – najpierw w czerwcu tego roku na deskach Sceny Trzeciej Teatru Nowego w Poznaniu, a na początku listopada – w szamotulskim kinie „Halszka”. Spektakl powstał pod opieką artystyczną Sebastiana Greka – aktora Teatru Nowego. 


Zdjęcia prywatne


Na początku gimnazjum nauczyciele wychowania fizycznego odkryli w Kasi jeszcze jeden talent – sportowy. Od tego czasu jest zawodniczką MKS Baszta Szamotuły, trenuje pod okiem Krzysztofa Ungera. Najpierw była kula, potem dysk, który dość przypadkowo – po prostu dla odmiany w ćwiczeniach – wzięła do ręki w czasie jednego z treningów. I okazało się, że właśnie w rzucie dyskiem osiąga lepsze rezultaty. Jej rekord życiowy w tej ostatniej dyscyplinie wynosi 39,61 m. Od ubiegłego roku Kasia należy do Zaplecza Kadry Narodowej Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, w sezonie – między listopadem a lipcem – wyjeżdża na 4 obozy sportowe, jest pod opieką trenera Przemysława Pawlaka. Na początku listopada była na kolejnym zgrupowaniu we Władysławowie. W normalnym tygodniu trenuje 5-6 razy, do tego dochodzą zawody. W rzucie dyskiem na Mistrzostwach Polski swojej kategorii wiekowej (U18, U20) dwa ostatnie lata zajmowała 4. miejsce. Na imprezach tych startuje także w konkurencji pchnięcia kulą.

Ten rok jest dla Kasi czasem wyborów – musi zdecydować, co dalej po szkole. Prawdopodobnie nadal w jej życiu ważne miejsce będą zajmować i muzyka (najchętniej estradowa), i sport. Ten drugi jednak bardziej jako przygoda.  

Agnieszka Krygier-Łączkowska

28 listopada 2019 r.


Zawodnicy ZKN z trenerem Przemysławem Pawlakiem. Zdjęcie z fotorelacji COS OPO CETNIEWO

Zdjęcie Tomasz Koryl

Art of Voice

Zdjęcie SzOK

Zdjęcie Klaudia Sobolczyk

Zdjęcie Marcin Małecki (Teammiotaczykalisz)

Zdjęcie prywatne

Kasia Zaraś – talent artystyczny i sportowy2019-11-28T14:42:04+00:00

Andrzej Nowak, Szamotulscy Hollaendrowie

Andrzej J. Nowak

Szamotulscy Hollaendrowie


Odnalezienie fragmentów nagrobków żydowskich, które opisałem w opowieści o poszukiwaniach polskich korzeni przez mojego znajomego Amerykanina Normana i odczytanie nazwiska zmarłego na jednej z macew – Siegfried Holländer – bardzo mnie zaintrygowało (por. http://regionszamotulski.pl/andrzej-j-nowak-norman-sherran-w-poszukiwaniu-korzeni/). Pamiętałem, że w albumie Szamotuły w dawnej pocztówce, wydanym w 2000 roku dzięki staraniom Muzeum – Zamek Górków i wsparciu finansowym Urzędu Miasta i Gminy Szamotuły, widziałem to nazwisko na pocztówce z widokiem wschodniej strony szamotulskiego Rynku. Sprawdziłem. Rzeczywiście – na wielu pocztówkach jest widoczny narożnikowy dom (narożnik Rynku i ul. Poznańskiej) z napisem na fasadzie: Joseph Hollaender. Przyjrzałem się uważnie innym pocztówkom z Rynku i ul. Poznańskiej. Znalazłem nazwisko Hollaender na kilku kolejnych. Widniało na elewacjach domów i szyldach sklepów. Na jednej z rynkowych pocztówek, w budynku nr 19 (obecnie 26) jest skład (sklep), z szyldem: Simon (Szymon) Hollaender. Tadeusz Bak mówił mi kiedyś, że Simon Hollaender miał w Rynku skład „bławatów”, czyli tkanin lekkich (jedwabnych).

Zajrzałem do pruskich akt budowlanych z przełomu XIX i XX w. i polskich z okresu dwudziestolecia międzywojennego. Także tam znalazłem to nazwisko. Poprzedzane było różnymi imionami i – co ciekawe – zapisywane i własnoręcznie podpisywane, przez tę samą osobę, w wersji Holländer lub Hollaender. W starych dokumentach i listach często się to zdarza. Także imiona (tych samych osób) mają różną pisownię. Założyłem więc, że chodzi o tę samą, bardzo liczną i rozgałęzioną  rodzinę.



Rozpocząłem poszukiwania Siegfrieda (Sigfrieda) Hollaendera. Odnalazłem wiele ciekawych informacji o – nie waham się powiedzieć – szamotulskiej rodzinie Hollaenderów. Dowiedziałem się wiele o domach, w których mieszkali, o ich zawodach i rodzinnych koligacjach.



W przedwojennych, polskich aktach budowlanych prowadzonych dla posesji położonej przy Rynku i oznaczonej numerem 50 (obecnie 20), właściciel domu Louis Hollaender, zgadza się 30 maja 1928 r. by Franciszek Sobiak, który ma w jego budynku Skład towarów kolonialnych i delikatesów, „przerobił” istniejący w podwórzu chlew. Projekt przygotował budowniczy Leon Szulczewski. Dziesięć lat później Elise (Eliza) Hollaender złożyła wniosek o zmianę elewacji budynku – chodziło o zrobienie okna wystawowego w jednym ze sklepów w parterze domu. Rysunki i obliczenia statyczne wykonał szamotulski przedsiębiorca budowlany Szymon Brzeźniak, dziadek mojego licealnego kolegi Pawła Brzeźniaka. Zrealizowaną przebudowę, w imieniu matki, podpisała córka Elizy – Ada Hollaender.



Na pocztówce pokazującej wylot ulicy Poznańskiej w kierunku Rynku, można zauważyć nazwisko Hollaender na dwóch budynkach. Na fasadzie solidnego domu nr 20 (obecnie 7) – Adolph (Adolf) Hollaender i na nieco skromniejszym budynku numer 18 (obecnie 11) – Heimann Hollaender (1835-1898). Heimann miał sklep z butami. Był dwukrotnie żonaty. Adolf to prawdopodobnie jego syn z pierwszego małżeństwa z Friederike (Fryderyką) Zondek z Wronek. Adolph zmarł w Paryżu (1933). Z drugą żoną Doris, pochodzącą ze Swarzędza, Heimann miał pięcioro dzieci. Jego najmłodszy syn – Alexander, urodzony w Szamotułach (1897), przyrodni brat Adolfa, był światowej sławy badaczem mutacji genetycznych, specjalistą w dziedzinie biologii radiacyjnej. W 1984 r. otrzymał, wraz z Johnem H. Lawrencem nagrodę im. Enrico Fermiego, którą amerykański Departament Energii wyróżnia naukowców mających światowe osiągnięcia w rozwoju, wykorzystaniu i produkcji energii. Zmarł w Nowym Jorku w 1986 r. Po śmierci Haimanna w 1898 r., w aktach budowlanych często występuje jego druga żona Doris (1859-1936). Prace budowlane wykonuje dla niej szamotulski mistrz murarski Henryk Wysocki.



Joseph (Józef) Hollaender (1828-1908), którego nazwisko widnieje na starych pocztówkach na fasadzie budynku o numerze 16 (obecnie 23) w Rynku, był ojcem Heimanna. Joseph i jego żona Pouline (Paulina) z domu Salinger (Seelinger) mieli, jak mi się udało ustalić, siedmioro dzieci – pięć córek i dwóch synów: Heimanna i o dwa lata młodszego Bernharda (Bernarda) (1864-1937).

Bernhard, po śmierci Josepha w 1908 roku, odziedziczył rodzinny dom w Rynku i „interes”. Tak jak ojciec był kupcem. Zamówił w 1911 r. u młodego architekta Martina Sonnabeda (1883-1941) projekt nowego domu kupieckiego. Sonnabend robił w tym czasie w Poznaniu błyskotliwą karierę. Konkurenci twierdzili, że wielkie powodzenie zawdzięcza koneksjom swego wuja Teodora Jaretzkigo, bardzo znanego i cenionego, nie tylko w Poznaniu, architekta. Architekt zrobił projekt przebudowy starego budynku w stylu neobarokowym z elementami neoklasycznymi. Projekt nowego, okazałego budynku, niestety nie został zrealizowany. Prawdopodobnie ze względów finansowych.



W 1913 r. zbudowany został znacznie skromniejszy dom, z klasycyzującą fasadą, który stoi do dziś. W 1924 roku należy on już do Wacława Metelskiego. Firma „Bracia Metelscy” uruchomiła w nim „Dom towarowy”. Wacław Metelski i jego siostra Józefa przyjeżdżali w latach sześćdziesiątych do Szamotuł na groby matki i męża Józefy Mariana Iwaszkiewicza, brata mego dziadka Czesława. (Ich matka, Anna Metelska z domu Nerger, miała w małym domku przy ul. Dworcowej sklep z artykułami papierniczymi, który wydawał również pocztówki szamotulskie).



Bernhard Hollaender ożenił się z Marthą (Martą) Hollaender. Martha była córką Siegfrieda Holländera i Emmy Memelsdorff, pochodzącej z zamożnej rodziny Memelsdorffów, którzy w XIX w byli właścicielami szamotulskiego „Ogniska”, w którym prowadzili Hotel de Gielda.



Siegfried Holländer urodził się w Szamotułach 31 marca 1844 r. W jego akcie zgonu, przechowywanym w Archiwum Państwowym w Poznaniu, w tłumaczeniu z języka niemieckiego wykonanym przez mego kuzyna Pawła Seydaka, czytamy:

Nr 53

Szamotuły, 19 czerwca 1892 r.

Przed niżej podpisanym urzędnikiem Stanu Cywilnego stawił się dziś, znany co do osoby, kupiec Moritz Holländer, zamieszkały w Szamotułach, i zgłosił, że osiemnastego czerwca roku tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego i drugiego, o godzinie siódmej przed południem zmarł w Szamotułach, w wieku 48 lat, kupiec Siegfried Holländer wyznania mojżeszowego, zamieszkały w Szamotułach, urodzony w Szamotułach, żonaty z Emmą z domu Memelsdorff, syn kupca Simona i Emilii z domu Salinger – małżeństwa Holländerćw. Zgłaszający oświadcza, że był obecny przy zgonie Siegfrieda Holländera.

Przeczytał, zaaprobował i podpisał

(odręcznie)Moritz Holländer (brat zmarłego)

Urzędnik Stanu Cywilnego

(odręcznie)Hartmann

Bernhard Hollaender zmarł w Berlinie w 1937 r., jego żona Martha w 1943 r. w Santiago de Chile. Mieli dwoje dzieci, które urodziły się w Szamotułach – syna Siegfrieda i córkę Emmę (1904-1944). Dzieci otrzymały zapewne imiona „po dziadkach”. Siegfried Shalom Hollaender urodził się 02. 03. 1902 r. Zmarł 21.08.1977 r. w Izraelu, w Tel Avivie.

Nie przypuszczałem, że odnaleziony przypadkiem w 1995 r. fragment nagrobka spowoduje, że odkryję tak wiele ciekawych informacji o Szamotułach przełomu XIX i XX w. i mieszkających kiedyś wśród nas naszych „starszych braciach w wierze”.

26.11.2019 r.

Fotografie i rysunki autora

Wycinki pocztówek z zapisu dvd Muzeum-Zamek Górków

Andrzej J. Nowak

Urodzony w Szamotułach. Architekt, którego wiele projektów zrealizowano za granicą. Dawny wieloletni główny architekt wojewódzki, jeden ze współzałożycieli Stowarzyszenia Wychowanków Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi.

Andrzej Nowak, Szamotulscy Hollaendrowie2019-12-04T18:08:45+00:00