Proza – cykl: Obrazki z przeszłości, część 7.


TADEUSZ, FLAGA I ZNICZ


Duży pokój w jednym z szarych bloków w nadodrzańskiej dzielnicy Opola. Na ścianie obraz świętej rodziny, pod telewizorem haftowana serweta, na stole kilka ciastek rozłożonych na porcelanowej paterze. Niby wszystko normalnie, tak zwyczajnie jak w wielu domach w Opolu czy Polsce. Jednak jeden szczegół zmienia wszystko. Amerykańska flaga, postawiona na bufecie w centralnym miejscu tuż pod zdjęciem Tadeusza z żoną zawieszonym na ścianie.

Od razu widać, że ta flaga ma swoją historię, że jest ważnym elementem w tym domu oraz czymś wyjątkowym dla właściciela.

– Ta flaga jest ze mną od 1945 roku – zaczyna opowieść Tadeusz. – Nie zdjąłem jej nigdy. Wisiała nawet w cholernych latach 50., gdy za taką flagę do więzienia można było trafić. Dla mnie ta flaga to symbol wolności, takiej amerykańskiej legendarnej wolności, której szukałem na swojej życiowej drodze zawsze.



Droga Tadeusza Kruszony rozpoczęła się w Szamotułach jako najmłodszego z jedenaściorga rodzeństwa. Urodził się w roku 1926, wtedy, kiedy „Gazeta Szamotulska” kosztowała 4,55 zł, a „ za odnoszenie jej przez listowego do domu” płaciło się 55 groszy miesięcznie. W czasie, kiedy się urodził, Cielink i Synowie z Szamotuł reklamowali się swoją „wypożyczalnią nowoczesnych garniturów młóckarnych do młócki ziemiopłodów”, a kapelmistrz orkiestry „Dom Sierot” ‒ Franc Bronowski ogłaszał w „Gazecie Szamotulskiej”, że u niego: „lubownicy muzyki na wszelkich instrumentach dętych i rżniętych znajdą sumienne lekcje”.

Tadeusza świat muzyki jednak nie wciągał, scenariusz dalszego życia napisała za niego wojna… Kiedy 1 września 1939 roku Ignacy Klemenczak organizował w Szamotułach Obronę Cywilną, Tadeusz miał 13 lat. Dorósł bardzo szybko. Najpierw wywieziony był do pracy w Niemczech, tam przez 3 lata koło Drezna pracował w gospodarstwie rolnym. Uciekł jednak, gdy miał 16 lat, i dostał się do Francji, przedostał się na północ kraju, gdzie trafił na lądowanie  Aliantów, czyli D-Day. Dzień, w którym tylko w pierwszym rzucie zginęło ponad 2,5 tysiąca żołnierzy alianckich, a blisko 8,5 tysiąca było rannych, dzień który całkowicie zmienił los II wojny światowej. Tego dnia Tadeusz miał już 18 lat. Wtedy przyłączył się do wojsk amerykańskich. Jeździł Willysem MB i zbierał zwłoki do worków. Jak sam mówił – tak aby się zgadzało: głowa, tułów, dwie ręce, dwie nogi. Rzadko trafiły się ciała nierozczłonkowane. – To były naprawdę chwile, których nigdy się nie zapomni. Ten obraz będzie wracał zawsze – mówił Tadeusz. – Ale były też wspaniałe momenty – jak ten, gdy rękę mi uścisnął generał Eisenhower, czy ten, gdy zaproponowano mi, że mam płynąć do Japonii, a stamtąd już prosto do Stanów, bo otrzymam obywatelstwo. Włączyła mi się jednak cholerna ciekawość, co w Szamotułach słychać po wojnie. Razem z przyjacielem mieliśmy plan, by pojechać do Polski na chwilę, następnie wrócić i lecieć na front do Japonii, a potem już do USA. I tak na chwilę wróciłem i tak tu siedzę całe życie.

Szamotuły odwiedzili na krótko w 1945 roku, bo widzieli, co się tu dzieje. Od razu podjęli decyzję, że uciekają z Polski. Złapali ich na granicy. Areszt, więzienie w Raciborzu i kilka lat znów z życia zabrane. Gdy wyszedł, od razu chciał uciekać po raz drugi. I po raz drugi go aresztowano. Wtedy już miał dość. Został. Nie w Szamotułach, lecz w Opolu. Był pracownikiem i brygadzistą w energetyce w Opolu. I przez 40 lat z Szamotułami w pamięci, z amerykańskim snem w sercu i flagą USA, która każdego dnia ten sen przypominała. Czy był szczęśliwy? Był bardzo. Żona, córka, dobre, spokojne życie. Czy chciałby zamiast w Opolu to gdzieś w Arizonie sprawdzać linie energetyczne – na pewno. Czy tęsknił za Szamotułami? Nie. Dobrze mu było na Śląsku. Ale miał je zawsze w pamięci. Opowiadał o nich, jakie były w jego dzieciństwie, wspominał rodzeństwo, rodziców, to były już inne Szamotuły po 70 latach. I właśnie tych Szamotuł mu brakowało, kiedy stanął nad grobem siostry Leontyny i szwagra Teodora, kiedy zapalił im znicz, podniósł się z kolan i otarł łzę z policzka. Taką łzę z tęsknoty za siostrą i tymi Szamotułami, gdy „Gazeta Szamotulska” kosztowała 4,55 kwartalnie, a 55 groszy miesięcznie dodatkowo za „odnoszenie jej przez listowego do domu”.

Konrad Pontus


13-letni Tadeusz Kruszona (w dolnym rzędzie 2. od lewej) na zdjęciu zrobionym z okazji ślubu siostry Leontyny, 5.08.1939 r.


Willys MB. Zdjęcie Michał Jelionek / Trojmiasto.pl


Tadeusz Kruszona (1926-2008)