About Agnieszka Krygier-Łączkowska

Autor nie uzupełnił żadnych szczegółów
So far Agnieszka Krygier-Łączkowska has created 368 blog entries.

Strona główna – marzec 2018

Renesansowe emancypantki. Księżne Ostrogskie – Beata i Halszka

Niewiele jest kobiet staropolskich, o których wiemy więcej niż tylko to, czyimi były córkami, żonami, matkami. Na kartach historii zapisały się jedynie te niezwykłe, o nieprzeciętnych charakterach i losach, jak księżne Ostrogskie, matka i córka. Beata była opozycjonistką Zygmunta II Augusta, jedną z pierwszych Polek zajmujących się administrowaniem, ofiarą łowcy posagów i pierwszą znaną z nazwiska turystką tatrzańską. Jej córka, Halszka, zasłynęła jako dziedziczka ogromnej fortuny kniaziów Ostrogskich, antykrólewska buntowniczka, bohaterka obyczajowego skandalu, bigamistka, tajemnicza Czarna Księżniczka, która niczym więźniarka przez czternaście lat mieszkała w szamotulskiej baszcie.

Katarzyna Telniczanka, babka Halszki i matka Beaty rozkochała w sobie przyszłego króla Zygmunta I Starego, z którym miała trójkę dzieci. Niewiele o niej wiemy. Być może była jedną z dam należących do dworu królowej matki, Elżbiety Habsburżanki? Zwała się Telniczanką od wsi Telnice na Morawach, co wskazywałoby na to, że była Czeszką. Jej niezalegalizowany związek z Zygmuntem trwał jedenaście lat, w tym dwa lata, gdy był on królem Polski. Nie zamierzał jej poślubić, gdyż jako władca musiał w wyborze żony kierować się względami dynastycznymi. Zapewnił jednak ukochanej dostatnie życie, wydając ją za mąż za podskarbiego wielkiego koronnego, a jednocześnie swojego przyjaciela, Andrzeja Kościeleckiego. Z tego małżeństwa w 1515 roku urodziła się jako pogrobowiec Beata Kościelecka. Współcześni twierdzili, że była córką króla, a w tym przekonaniu tym utwierdzał ich fakt, że mała Kościelecka wychowywała się nie przy matce, tylko razem z królewnami na dworze królowej Bony.

Beata słynęła z niezwykłej urody, opiewanej przez poetę Andrzeja Krzyckiego, ale wygląd nie był dla niej najważniejszy. Za sprawą Bony bliskie stały się jej zachodnie, renesansowe ideały podniesienia godności i znaczenia niewiast. Obserwując królową, przekonała się, że polityka, władza nie muszą być obce kobiecie, że kobieta może zarządzać majątkiem, formować stronnictwa, forsować swoje plany równie dobrze jak mężczyzna. Łasa na władzę i bogactwo Beata miała świadomość, że jedno i drugie da jej odpowiednie zamążpójście. W XVI wieku małżeństwa zawierano głównie w celach materialnych, służyły produkcji, utrzymywaniu i przekazywaniu dóbr. Gdy chodziło o wielki majątek, na dobór małżonków wpływał sam król, mając na względzie własne sympatie i interesy polityczne. Kościelecka, ciesząca się względami Zygmunta Starego i Bony, zadbała więc o to, by królewska para wydała ją za mąż za majętnego księcia, który uchodził za najlepszą partię w kraju ‒ litewskiego kniazia Ilię Ostrogskiego, starostę bracławskiego i winnickiego, pierworodnego syna słynnego wodza Konstantyna Iwanowicza Ostrogskiego. Ilia często przebywał na monarszym dworze, gdzie poznał i pokochał pięć lat młodszą od siebie ulubienicę Bony.

Ślub i wesele Ilii i Beaty odbyły się na Wawelu 3 lutego 1539 roku. Uroczystość uświetniły turnieje rycerskie, w jednym z nich król Zygmunt II August pojedynkował się na kopie z panem młodym. Ostrogski nie atakował, zapewne z szacunku dla osoby króla, gdyż młody władca natychmiast zrzucił go z konia, a Ilia doznał poważnych wewnętrznych obrażeń. Piękna, bogata, młoda para niedługo cieszyła się swoim szczęściem. Wkrótce po feralnym upadku kniaź czuł się tak źle, że postanowił napisać testament. Zadbał w nim przede wszystkim o żonę i dziecko, którego się spodziewali. Miało ono objąć część fortuny Ostrogskich po osiągnięciu pełnoletniości, a resztę ‒ po śmierci matki. Do czasu jego dorosłości całym spadkiem zarządzać miała Beata. Ilia zmarł 19 sierpnia 1539 roku, a trzy miesiące później, 19 listopada 1539 roku w Ostrogu, na dzisiejszej Ukrainie, przyszła na świat jego spadkobierczyni. Otrzymała imię Elżbieta, nazywana była zdrobniale Halszką.

Łukasz III Górka i Halszka z Ostroga – obrazy namalowane przez Jarka Kałużyńskiego na podstawie wizerunków z epoki


Beata chciała, aby córka jak najdłużej pozostała dzieckiem ‒ małą Halszką, co dawało wdowie możliwość dysponowania jej majątkiem. Według prawa litewskiego nieletniość kończyła się u kobiet po ukończeniu piętnastego roku życia. W praktyce nie miało to znaczenia, gdyż dziewczyna aż do zamążpójścia pozostawała pod opieką, co wiązało się to z obowiązującym w monarchii ostatnich Jagiellonów prawem. Kobiety uznawane były za słabe fizycznie i psychiczne, w związku z czym potrzebowały opieki mężczyzny: ojca, brata albo męża. Ograniczenia te dotyczyły prawa spadkowego, opiekuńczego, małżeńskiego oraz zdolności sądowej w procesie cywilnym. W sądzie panny i mężatki nie mogły występować w swoim imieniu. Musiał je reprezentować mężczyzna. Samodzielnie czyniła to tylko wdowa. O dziecku, które zostało osierocone przez ojca, tak jak Halszka urodzona jako pogrobowiec, decydowali opiekunowie naznaczeni – powołani do opieki przez ojca w testamencie. Najważniejszym z ich uprawnień było zezwolenie na wejście w związki małżeńskie podopiecznych. Jeśli kobieta bez zgody opiekunów wyszła za mąż, traciła przypadające na nią mienie.

Posag wnuczki królewskiej kochanki obejmował: zamki w Połonnem, Krasiłowie, Cudnowie wraz z przyległościami, dwór Góry, dom w Wilnie i 1/5 dochodów z Ostroga. Elżbieta szybko zyskała sławę bogatej, a do tego pięknej dziedziczki. Nie wiemy, kto nauczył Halszkę czytać i pisać: ochmistrzyni, czy – wyedukowana dzięki Bonie – matka? Z pewnością były to umiejętności rzadkie wśród szesnastowiecznych niewiast. O tym, że nawet znaczniejsze szlachcianki nie potrafiły złożyć podpisu, mówią akta sądowe. Dziewczęta przygotowywano do roli żony i matki, osoby biernej i uległej, której znajomość prac gospodarskich i modlitw wpajano w rodzinnym domu. Jedynie na większych dworach były ochmistrzynie, uczące je odpowiednich manier, tańca, niekiedy gry na jakimś instrumencie.

Ledwie Halszka skończyła dziesięć lat, a już do Ostroga zaczęły przyjeżdżać matrymonialne poselstwa możnych panów litewskich i koronnych. Beata konsekwentnie je zbywała, więc niedoszli zięciowie jak najgorzej ją oceniali, zarzucając poświęcenie szczęścia córki dla własnych ambicji. Życie wdowy wypełniało wychowywanie Halszki w bezwzględnym posłuszeństwie i procesowanie się z młodszym bratem zmarłego męża, Konstantym Wasylem Ostrogskim o rodzinne dobra Ostrogskich. Do czasu aż Konstanty Wasyl postanowił skończyć z sądami i przejąć włości należące kiedyś do jego ojca poprzez małżeństwo bratanicy z wybranym przez siebie kandydatem. Dla niej ślub oznaczał wejście w posiadanie spadku, ale w rzeczywistości ‒ przejęcie go przez jej męża. Stryj dziedziczki chciał znaleźć takiego absztyfikanta, który zadowoliłby się częścią wielkiego majątku księżniczki, a resztę przekazał jemu. Jako bliski krewny był opiekunem przyrodzonym, czyli spokrewnionym, miał więc prawo wyboru męża dla Halszki. Ale to prawo mieli też wyznaczeni przez Ilię w testamencie opiekunowie, zwłaszcza matka i Zygmunt II August.


Baszta Halszki – obrazy Arlety Eiben


Ostrogski zaplanował wydać bratanicę za księcia Dymitra Sanguszkę, starostę kaniowskiego i czerkaskiego. Dymitr początkowo uzyskał zgodę Beaty, jednak później ta wycofała się ze złożonej obietnicy. 6 września 1553 roku Konstanty i Dymitr z blisko stu oddanymi sobie ludźmi najechali zbrojnie Ostróg. Pokonali załogę zamkową: jednego poddanego kniahini zabili, ranili ośmiu. Prosili, aby Ostrogskie zgodziły się oddać rękę panny Sanguszce. Bezskutecznie. Beatę zamknięto w izdebce i sprowadzono duchownego, by związał młodych stułą. Ponieważ Halszka nie chciała wymówić słów przysięgi, stryj zrobił to za nią. Następnie odprowadził młodych do łożnicy, gdzie oddał żonę mężowi.

Słudzy księżnej donieśli o napadzie i wymuszonym ślubie wojewodzie kaliskiemu Marcinowi Zborowskiemu, jednemu z wielu, który pragnął, aby Halszka została jego synową. Zborowski zaś poinformował o tym króla. Zygmunt August uznał najazd na Ostróg za osobistą zniewagę i natychmiast wysłał pisma do Wasyla i Dymitra z rozkazem, aby wszystko wróciło do dawnego stanu, dopóki sprawą nie zajmie się sąd w Knyszynie. Spór został rozstrzygnięty na płaszczyźnie narodowościowej. Senatorowie litewscy poparli pretensje Sanguszki i stojącego za nim Ostrogskiego, wskazując na zniewalający wpływ matki na Elżbietę. Senatorowie polscy, dążący do tego, by scheda Ostrogskiej trafiła w ręce jednego spośród nich, stanęli po stronie Beaty. Zygmunt August oburzony był tym, że Halszka została poślubiona bez jego wiedzy i zgody, rozsierdziło go też samowolne opuszczenie pogranicznych zamków przez Dymitra i narażenie ich na niebezpieczeństwo ze strony Tatarów. Władca domyślał się, że za całą sprawą stoi znany z antykrólewskich knowań hetman wielki koronny Jan Tarnowski, teść Konstantego Wasyla. Wyrok, jaki zapadł w Knyszynie 5 stycznia 1554 roku, skazywał Sanguszkę na infamię, czyli – w dawnym prawie polskim – utratę czci i praw obywatelskich oraz gardło, a więc śmierć. Jednocześnie na prośbę Beaty król zarządził rozesłanie uniwersałów, na podstawie których miano pojmać Dymitra, a jego żonę oddać matce. Ostrogski wywinął się z opresji dzięki interwencji króla Czech, Ferdynanda, nakłonionego do niej przez Tarnowskiego.

Sanguszko postanowił salwować się ucieczką. Wraz z przebraną w męskie szaty Halszką, udał się do czeskiej posiadłości hetmana Tarnowskiego – Roudnic. W pościg za nim ruszyły zbrojne drużyny: Marcina Zborowskiego i jego syna, też Marcina, Janusza i Jędrzeja Kościeleckich – krewnych Beaty oraz Łukasza i Andrzeja Górków. Początkowo wszyscy jechali razem, lecz Zborowscy potajemnie wypuścili się do przodu, chcąc, aby tylko na nich spadła sława wybawicieli porwanej księżniczki i tym samym przychylność jej opiekunów. Pod koniec stycznia uciekający dotarli do czeskiej Lysy, nieopodal Jaromierza. Zatrzymali się w zajeździe, gdzie odbywało się wesele. Ucztujący zapamiętali Dymitra jako pogodnego kniazia, który chętnie z nimi rozmawiał, a nawet brał udział w tańcach w parze ze swoją towarzyszką. Następnego dnia rano Sanguszko, jeszcze niekompletnie ubrany, zszedł do świetlicy zajazdowej zamówić śniadanie. Wtedy do pomieszczenia wpadli Zborowscy i zaczęli strzelać z rusznic. Ranili dwoje weselnych gości. Książę wybiegł na podwórze. W czasie gonitwy rozdarto na nim koszulę i uciekał zupełnie nagi. Ostatecznie pojmano go, pobito, a kilka dni później uduszono łańcuchem. Piętnastoletnia Halszka została wdową. Przez ostatnie pięć miesięcy dwa razy obserwowała krwawe walki o swoją rękę, a naprawdę o posag – najpierw w Ostrogu, potem w Czechach. Był to jednak zaledwie początek dramatu polskiej Heleny Trojańskiej. Jak zanotował kronikarz Marcin Bielski, „Zborowski córkę księżnie matce oddał, o którą potem wielkie burdy były”.

Czytaj dalej

Szamotuły, 07.03.2018

Krzyż z szamotulskiej bazyliki kolegiackiej

Powstanie tego wielkiego drewnianego gotyckiego krucyfiksu określa się na lata 1370-1390. Jego twórca nie jest znany, znawcy podkreślają mistrzostwo artystyczne jego rzeźby. Głowa Chrystusa jest pochylona na prawe ramię, twarz otaczają długie loki. Rzeźbiarz mocno zaznaczył mięśnie i partie brzucha, opaska biodrowa załamuje się w ostrych fałdach i zasłania uda. W postaci Chrystusa widoczny jest wysiłek, związany ze  znoszonym cierpieniem. Krucyfiks umieszczony jest na belce tęczowej, czyli łączącej przeciwległe części łuku, który oddziela prezbiterium świątyni od nawy głównej. Jest to najstarszy element wyposażenia szamotulskiego kościoła, jeden z nielicznych tego typu zabytków w Polsce.


Zdjęcie Ireneusz Walerjańczyk


Krzyż na Rynku w Szamotułach – „droga pamiątka z czasów niewoli”

Krzyż na szamotulskim Rynku ma bardzo ciekawą historię. Już samo jego usytuowanie jest szczególne, bo chociaż krzyże w przestrzeni publicznej (poza terenem kościoła) pojawiają dość często, usytuowanie niemal na środku rynku jest już rzadkością.


Zdjęcie Jan Kulczak


Pierwszy krzyż postawiono w połowie XIX wieku. Antoni Śramkiewicz, szamotulski stolarz, uczestnik Wiosny Ludów, był poszukiwany przez pruskich żandarmów. Schronił się w Gałowie. Prusacy przeszukali zabudowania i park, lecz nie zauważyli ukrytego w konarach drzewa Śramkiewicza. Ten, widząc poszukiwania (a kilku żandarmów miało nawet odpoczywać pod tym właśnie drzewem), modlił się i ślubował, że jeżeli uda mu się wyjść cało z opresji, na szamotulskim Rynku postawi drewniany krzyż. Śramkiewicz „z wdzięczności za to cudowne ocalenie życia, na które tak bardzo nastawali siepacze pruscy” (sformułowanie z „Gazety Szamotulskiej”, 1934 r.) postarał się o zgodę właściciela Gałowa, dziedzica Mycielskiego, na wycięcie drzewa i własnoręcznie wykonał z niego krzyż.

Nauczyciel historii, jej badacz i regionalista Andrzej Hanyż (1901-1973), w wydanej tuż przed II wojną książce Ziemia Szamotulska w walce o wolność: 1793-1991, uzupełnił tę opowieść kilkoma szczegółami. Według niego Śramkiewicz tropiony był przez 6 tygodni, nawet przy pomocy psów policyjnych, a drzewo w Gałowie stanowiło dla niego nie jednorazowe schronienie, lecz przebywał na nim „większą część dni w czasie tej nagonki na niego”. Śramkiewicz trafił jednak na jakiś czas do pruskiego więzienia, a po wyjściu z niego krzyż na Rynku „wzniósł podstępem” (?) i żył w Szamotułach jeszcze długie lata. „Krzyż ten jeszcze dziś jest nie tylko symbolem wiary, ale i cierpień społeczeństwa naszego za polskość” ‒ napisał Hanyż. Warto w tym miejscu dodać, że cytowana publikacja wiązała się z kolejną walką o polskość, dochód z niej miał być bowiem przeznaczony na ufundowanie broni dla Armii Związku Powstańców Wielkopolskich Powiatu Szamotulskiego.

Po roku 1918 ‒ w wolnej Polsce ‒ rada miasta postanowiła zadbać o krzyż i otoczono go pięknym metalowym płotkiem, wykonanym przez szamotulskiego rzemieślnika (B. Zawadzkiego). Krzyż miał stać tam do czasu potężnej wichury w 1934 roku. Wątpliwe jest, czy stale był to ten sam, który wykonał Śramkiewicz z drzewa ściętego w Gałowie. Musiałby on mieć wtedy już ponad 80 lat, a ‒ dla porównania ‒ w czasie od zakończenia II wojny (czyli w ciągu 70 lat), na Rynku stały już co najmniej trzy różne krzyże.


Czytaj dalej

Zdjęcie Andrzej Bednarski


Daromiła Wąsowska-Tomawska
SZAMOTULSKIE ŚWIĘTE DRZEWO

Przed pruskim pościgiem
ucieka chowa się w parku
u dziedzica Gałowa
na najwyższym konarze
najlichszej gałęzi
powstaniec Wiosny Ludów
miastowy stolarz
Antoni Śramkiewicz
Przylepiony
uczepiony liścia i nieba
Ślubuje i obiecuje

I stoi krzyż
na Rynku
na tym samym drzewie
Bóg i człowiek

Strona główna – marzec 20182025-01-02T11:41:18+01:00

Szamotulskie ślady w Deklaracji z 1926 r.

Szamotulskie ślady w Polskiej Deklaracji o Podziwie i Przyjaźni dla Stanów Zjednoczonych z 1926 roku


Autografy naszych dziadków w Bibliotece Kongresu USA


Jak wiadomo, do odzyskania przez Polskę niepodległości przyczyniła się pomoc dyplomatyczna Stanów Zjednoczonych, a następnie – pomoc gospodarcza. Polacy w różny sposób dziękowali za to Amerykanom: czynili prezydentów USA patronami ulic i placów, budowali im pomniki (wystarczy wspomnieć nieistniejący już dziś monument Thomasa Woodrowa Wilsona w parku Wilsona w Poznaniu), polskie uczelnie przyznawały prezydentom doktoraty honoris causa. Ale najbardziej oryginalnym i – niestety, przez wiele lat zapomnianym – pomnikiem wdzięczności obywateli Rzeczypospolitej jest Polska Deklaracja o Podziwie i Przyjaźni dla Stanów Zjednoczonych.


Okazja do jej stworzenia i wręczenia deklaracji nadarzyła się w roku 1926, czyli w 150. rocznicę ogłoszenia Deklaracji Niepodległości USA. Nie wiadomo, czy na pomysł podpisania deklaracji przez Polaków wpadł Leopold Kotnowski, prezes Amerykańsko-Polskiej Izby Handlowo-Przemysłowej, czy ktoś inny, dość, że właśnie Kotowski mocno poparł akcję i przekonał do niej władze II RP. I tak zaczęła się ogólnopolska akcja podpisywania. Prowadzono ją w instytucjach państwowych, w kościołach, urzędach, a przede wszystkim – w szkołach na terenie całej Polski. W ten sposób powstał monumentalny, bo liczący 111 tomów (sic!) zbiór podpisów mieszkańców Polski (Polaków, Niemców Ukraińców, Litwinów, Żydów…), który zawiera pięć i pół miliona podpisów obywateli – począwszy od prezydenta, Naczelnika Państwa marszałka Józefa Piłsudskiego, a skończywszy na uczniach najniższych klas szkolnych.

Akcja trwała przez 8 miesięcy. Następnie całość przekazano do Białego Domu i przedstawiono ówczesnemu prezydentowi USA, Calvinowi Collidge’owi. Potem deklaracja trafiła do Biblioteki Kongresu USA, gdzie leżałaby nadal zapomniana, gdyby nie polskiego pochodzenia pracownicy tej instytucji. W 2010 roku zeskanowali oni 13 tomów deklaracji. Dzięki staraniom Biblioteki Polskiej w Waszyngtonie, prezes Biblioteki Grażyny Żebrowskiej, Samuela Ponczaka i Krzysztofa Willmanna, a także Ambasady RP w Waszyngtonie, w 2015 r. wdrożono projekt „Klasa 1926” w celu digitalizacji pozostałych 98 tomów. W ubiegłym roku całość została umieszczona w internecie.

Piszę o tym dlatego, że akcję zbierania podpisów do deklaracji zorganizowano również na ziemi szamotulskiej. Oprócz deklaracji z Szamotuł w zbiorze można odnaleźć dokumenty ze szkół w Pniewach, Dusznikach, Ostrorogu, Obrzycku, Kaźmierzu, Zielonejgórze, Gaju Małym, Chojnie… Tak więc również szamotulanie mogą dziś po latach obejrzeć szamotulskie strony deklaracji, a także zabawić się w poszukiwanie podpisów swoich przodków. Poniżej udostępniamy linki do odpowiednich stron. Ponadto zachęcamy do oglądania innych stron deklaracji, również dostępnych na podanej stronie internetowej.

W porównaniu z innymi miejscowościami szamotulskie strony deklaracji nie wyróżniają się niczym szczególnym: nazwa szkoły, klasy, nazwiska nauczycieli, inspektorów i sznureczki podpisów. Nie ma na tych stronach zdjęć, rysunków, ozdób, osobistych życzeń, wierszy itp., jakimi często starały się wyróżnić w deklaracji inne placówki w kraju. Wklejano zdjęcia całych klas, a niekiedy pocztówki, rysunki zaś przedstawiały budynki szkolne, zabytki miejscowości, niekiedy sylwetki uczennicy czy  ucznia.

https://deklaracja.genealodzy.pl

Mimo braku tego typu ozdób i dokumentów na stronach szamotulskich, poruszający jest fakt obecności w tym niezwykłym dokumencie epoki podpisów szamotulan. Prawdopodobnie żadna spośród podpisanych osób już nie żyje, ale na pewno żyją ich dzieci, wnuki, prawnuki… Wzruszają zwłaszcza podpisy dzieci. Można podziwiać równe, pięknie wykaligrafowane nazwiska chłopców i dziewczynek. Można sobie wyobrazić, co czuły te maluchy, gdy w skupieniu, być może w obawie, by nie zrobić atramentowego kleksa, wykonywały pierwsze poważne zadanie przedstawione przez nauczyciela: „Wasze pismo będzie czytał sam Prezydent Stanów Zjednoczonych, postarajcie się, dzieci”.

Chcemy zachęcić naszych Czytelników do udziału w inicjatywie portalu internetowego polska1926.pl, za którego pośrednictwem prezentujemy materiał graficzny. Otóż za każdym z podpisów kryje się konkretna osoba, konkretny ludzki los. Autorzy apelują, by krewni i znajomi osób uwzględnionych w deklaracji identyfikowali ich podpisy, pozwolili zadbać o ich prawidłowe odczytanie, a także by przesyłali na adres portalu zdjęcia tych osób i opowieści o ich losach. Link do strony z materiałami pomocnymi w tym dziele również zamieszczamy poniżej.

Łukasz Bernady

Adres portalu, za pomocą którego można w wygodny sposób (i przy użyciu różnych filtrów) przeszukiwać poszczególne strony deklaracji:
http://polska1926.pl

Deklaracja Państwowego Gimnazjum Humanistycznego im. Piotra Skargi w Szamotułach (kierownik Kazimierz Beik)

tom 12, s. 285 i 286





Deklaracja Siedmioklasowej Szkoły Powszechnej w Szamotułach (kierownik L.[eon] Gierszewski)

tom 106, s. 195  http://polska1926.pl/karty/30192 ; tom 106, s. 196  http://polska1926.pl/karty/30193

tom 106, s. 197  http://polska1926.pl/karty/30194; tom 106, s. 198  http://polska1926.pl/karty/30195

tom 106, s. 199  http://polska1926.pl/karty/30196; tom 106, s. 200  http://polska1926.pl/karty/30197

tom 106, s. 201  http://polska1926.pl/karty/30198; tom 106, s. 202  http://polska1926.pl/karty/30199

tom 106, s. 203  http://polska1926.pl/karty/30200; tom 106, s. 204  http://polska1926.pl/karty/30201



Deklaracje innych szkół z powiatu szamotulskiego:

Baborowo: t. 98, s. 27-28

http://www.polska1926.pl/karty/27764http://www.polska1926.pl/karty/27765

Chojno -Wieś: t. 106, s. 221-222

http://www.polska1926.pl/karty/30218http://www.polska1926.pl/karty/30219

Duszniki: t. 79, s. 39-40

http://www.polska1926.pl/karty/22346http://www.polska1926.pl/karty/22347

Gaj Mały: t. 106, s. 223

http://www.polska1926.pl/karty/30220

Jaryszewo: t. 98, s. 53

http://www.polska1926.pl/karty/27790

Kaźmierz: t. 79, s. 41-42

http://www.polska1926.pl/karty/22348http://www.polska1926.pl/karty/22349

Młynkowo: t. 98, s. 77-78

http://www.polska1926.pl/karty/27814http://www.polska1926.pl/karty/27815

Obrzycko: t. 106, s. 217-218

http://www.polska1926.pl/karty/30214http://www.polska1926.pl/karty/30215

Ostroróg: t. 106, s. 207-208

http://www.polska1926.pl/karty/30204http://www.polska1926.pl/karty/30205

Pamiątkowo: t. 64, s. 147-148

http://www.polska1926.pl/karty/18155http://www.polska1926.pl/karty/18156

Pniewy: t. 79, s. 35-38

http://www.polska1926.pl/karty/22342http://www.polska1926.pl/karty/22343http://www.polska1926.pl/karty/22344http://www.polska1926.pl/karty/22345

Przecław: t. 98, s. 99-100

http://www.polska1926.pl/karty/27836http://www.polska1926.pl/karty/27837

Psarskie: t. 64, s. 171

http://www.polska1926.pl/karty/18179

Słopanowo: t. 106, s. 205

http://www.polska1926.pl/karty/30202

Stobnicko: t. 98, s. 117

http://www.polska1926.pl/karty/27854

Szczepankowo: t. 106, s. 215-216

http://www.polska1926.pl/karty/30212http://www.polska1926.pl/karty/30213

Wronki: t. 79, s. 31-34

http://www.polska1926.pl/karty/22338http://www.polska1926.pl/karty/22339http://www.polska1926.pl/karty/22340http://www.polska1926.pl/karty/22341

Zielonagóra: t. 106, s. 219-220

http://www.polska1926.pl/karty/30216http://www.polska1926.pl/karty/30217

Szamotulskie ślady w Deklaracji z 1926 r.2021-01-03T21:55:03+01:00

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Pierwsze radio, kluczyk i chichot diabła

Obrazki z przeszłości, część 8.


Daromiła Wąsowska-Tomawska

PIERWSZE RADIO, KLUCZYK I CHICHOT DIABŁA


Rozpoczynają się lata trzydzieste XX wieku. Mój przyszły ojciec ‒ Teodor Wąsowski, urodzona „złota rączka”, konstruuje dla siebie pierwsze słuchawkowe radio na kryształek, podpowiada mi najmłodszy brat Zenon Wąsowski. Zeniu po ojcu odziedziczył wszystkie najlepsze zdolności.

W tym też okresie Teodor uczy się czytania pierwszych nut. Przez szparę uchylonych drzwi podgląda, jak syn jego pracodawcy pobiera lekcje muzyki. Zaraz siada do fortepianu, jak tylko nauczyciel wychodzi. Szybko powtarza podsłuchaną lekcję. Nie przeszkadza to dentyście – panu Edmundowi Michalskiemu, gdyż sam jest wielkim pasjonatem muzyki. W Teodorze znajduje nie tylko dobrego pracownika ‒ technika dentystycznego, ale i swojego sprzymierzeńca. Często organizuje w swoim mieszkaniu spotkania z muzykami. W krótkim czasie dołącza do nich Teodor. Zakładają w Szamotułach kwartet muzyczny i wspólnie koncertują. Mój przyszły ojciec do perfekcji opanowuje grę na fortepianie, akordeonie, skrzypcach.


Rynek w Szamotułach – dom, w którym po wojnie mieszkała rodzina Wąsowskich. Zdjęcie Marta Szymankiewicz


BALLADA O DOMU

[…] Ojciec uniesie ramię adapteru

otworzy się stanie cisza

I tylko Muzyka

Wtedy trudna

I ten sam oddech matki

za uchem na szyi

Potem zaskrzypi krzesło

Będą czytać dziś Słowackiego

a my z umazanymi wargami od kremu

podglądać

jak ojciec gra Chopina


Lata pięćdziesiąte. Spotykamy się wszyscy w pokoju „męskim”. Tak go rodzice nazywają. Obsiadamy dwa opasłe fotele i czekamy, aż ojciec otworzy „zaczarowaną szafkę”, pełną klasycznej muzyki. Dolna jej część przeznaczona jest dla winylowych płyt. Każda ma swoją przegródkę i numer w katalogu. My wiemy, która płyta jest dla nas, dzieci, najważniejsza. W górnej części, też zamykanej, szafki umieszczony jest gramofon z rączką na wymienną igłę. Tato dorabia do niego jednak wzmacniacz lampowy, by można regulować głośność.

Po każdym czwartkowym wysłuchaniu jednej z płyt (w przymuszonej powadze ‒ na początku wdrażania się w muzykę), szafka zostaje zamknięta na kluczyk. Wiemy, gdzie on jest i tylko czekamy na okazję, by szafkę pod nieobecność rodziców otworzyć. Śpieszymy się, byle zdążyć przed ich powrotem z kina. I staje się. Kluczyk łamie się i zdradza popełniony czyn, ale cel zostaje osiągnięty. Jest ulubiona nasza wspólna płyta Serenada Mefista z opery Faust Charlesa Gounoda. Czekamy na „chichot diabła”, tak ten śmiejący śpiew nazywamy. Śpiewa swym cudownym basem Bernard Ładysz. Czekamy też znów na dwuznaczne spojrzenie po sobie i uśmiech naszych rodziców. „Złapali bakcylaˮ – komentuje półgłosem tato.

ŚWIĘTA SZAFA RADIOLA

bratu Zenonowi Wąsowskiemu

Skleiłeś uratowałeś ją

76 obrotów

I mówisz mi Zeniu

że prasujesz

starą zapisaną ręcznie

wyblakłą kartę

– katalog płyt- ręka ojca

I jak wtedy

ty dzisiaj układasz

w dębowej świętej szafce

czarny krążek

Znów ma swoje miejsce

Ważne jak każdy palec

Tylko siąść na kolanach matki

przyłożyć do ucha skupione wargi

I słuchać słuchać


Radiola Teodora Wąsowskiego

Zdjęcia orkiestry Edmunda Michalskiego z archiwum rodzinnego Ewy Michalskiej-Czajki, pozostałe – z archiwum rodziny Wąsowskich


Szamotuły, 02.03.2018

Teodor Wąsowski, lata 30. XX w.

Zespół muzyczny Edmunda Michalskiego, połowa lat 20. XX w. Na dole siedzi Leon Michalski – to z prowadzonych dla niego lekcji muzyki korzystał także Teodor Wąsowski.

Zespół muzyczny Edmunda Michalskiego, 1. połowa lat 30. XX w. W orkiestrze grają dzieci Edmunda: Leon (3. z lewej na górze) i Bożena (w środku zdjęcia).

Teodor Wąsowski przy pianinie, 2. połowa lat 30. XX w.

Od lewej Leontyna Wąsowska, Bogusz Wąsowski, Teodor Wąsowski, poniżej Maria Wąsowska-Grajkowska i Daromiła Wąsowska-Tomawska, 1947 r.

Kompozycja Teodora Wąsowskiego

Daromiła Wąsowska-Tomawska

Urodzona w Szamotułach, absolwentka miejscowegoo liceum. Po ojcu – znanym szamotulskim dentyście – odziedziczyła zawód i zamiłowanie do muzyki klasycznej.

Mieszka w Pobiedziskach koło Poznania. Prezes i współzałożycielka Salonu Artystycznego im. Jackowskich. Poetka.

http://regionszamotulski.pl/daromila-wasowska-tomawska/

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Pierwsze radio, kluczyk i chichot diabła2025-01-04T11:48:34+01:00

Dawne szamotulskie restauracje

Cykl Kiedy myślę: Szamotuły…

Po maturze chodziliśmy na … Moje kulinarne Szamotuły

Dziś kolejny spacer po Szamotułach z moich lat licealnych (1963-1967). Tym razem zapraszam na sentymentalną wycieczkę po lokalach gastronomicznych. Co prawda, licealista nie zaglądał do nich. Po pierwsze, nie miał pieniędzy, a gdyby nawet miał parę groszy, to by się bał, że spotka tam profesora i nazajutrz będzie wezwany do odpowiedzi i usłyszy: To ty, panna, chodzisz do „Szamotulankiˮ, a zadania z matematyki nie umiesz rozwiązać?!

Obiecywaliśmy sobie, że jak zdamy maturę, pójdziemy na kawę i nawet papierosa sobie oficjalnie zapalimy. Wtedy w kawiarniach się paliło. Papierosowy dym i zapach czarnej kawy tworzyły atmosferę lokalu, dla uczniów niedostępnego, może dlatego pożądanego.

Bo jak po dopuszczeniu do matury poszłyśmy z dziewczynami do „Szamotulankiˮ na lody i kawę, okazało się, że jest tu zwyczajnie. Pomiędzy stolikami chodziły panie kelnerki w czarnych sukienkach, przepasane małymi białymi fartuszkami z kieszenią, w której miały bloczek do zamówień i miejsce na pieniądze. Do włosów miały przypięte kawałki białej koronki.

Kawa była w szklankach z koszyczkami. Można było zamówić za 2 złote „pół czarnejˮ, czyli pół szklanki kawy. Można było poprosić „małą kawę z dużą wodąˮ w cenie „pół czarnejˮ albo dużą kawę za 4 złote (chyba). Do tego ciastko za 2 złote albo lody kulkowe w miseczce. Na każdym stoliku była oczywiście popielniczka.

W lecie można było wejść do „Szamotulankiˮ po loda kulkowego umieszczonego między dwoma kawałkami wafla. Chyba 1 gałka była za złotówkę, ale dokładnie nie pamiętam. Loda kupowało się przy bufecie.

Dopiero w czasie egzaminów maturalnych miałam okazję odwiedzić szamotulską restaurację, która mieściła się przy kinie. Nie pamiętam nazwy, ale wiem, że kelnerką była tam pani z Wielonka koło Ostroroga.

Pierwszy obiad w tym lokalu jadłam w czasie ustnej matury. Egzaminy zdawało się po południu, od godziny 15.00. Z domu wyjeżdżało się pociągiem „Jasiemˮ o 12.00, dlatego rodzice dawali pieniądze na obiad w restauracji. Co jadłam, nie pamiętam. Ale chyba jakąś pomidorową i na drugie pewnie kotleta z ziemniakami i kapustą. Wyboru na pewno za dużego nie było. Ale było miło i dość czysto. Były dwie sale: jedna bezalkoholowa, druga z alkoholem. Ale pijaków przy stolikach nie pamiętam. Dla nich chyba było w tej restauracji za drogo. Dla nich był raczej „Zagłobaˮ przy Rynku.

Bardzo blisko dawnego liceum była cukiernia Nowaczyńskich. Rzadko się tam wchodziło, bo nie było zwyczaju kupowania ciastek czy pączków. Dopiero w maju, jak zaczął się sezon lodów, ustawiały się kolejki. Cukiernia była na trasie ze szkoły na przystanek autobusowy przy Rynku. I zawsze się miało złotówkę, żeby loda sobie kupić. Zwłaszcza, kiedy lekcje kończyły się o 12.35, a autobus odjeżdżał godzinę później. Dodać tu muszę, że często było 5 lekcji. Ale chodziliśmy też do szkoły w soboty.

W cukierni Nowaczyńskich było pomieszczenie oddzielone drewnianą ścianą, gdzie można było wypić małą czarną i zjeść ciastko na miejscu. To było ulubione miejsce naszych nauczycieli. Wychodzili ze szkoły i tam wpadali na kawkę. Ja dopiero weszłam tam po maturze. Usiadłam sobie przy stoliku i z lubością wdychałam zapach czarnej mocnej kawy. I tak mi zostało do dziś. Kawa jest moim ulubionym napojem.


Spotkanie pracowników szamotulskiej drukarni z okazji Dnia Kobiet, kawiarnia „Pod Basztą”, 1967 r.


Zanim przejdę do bardzo eleganckiej kawiarni „Pod Basztąˮ, gdzie przez wiele lat kierowniczką była moja kochana Bogusia ‒ sąsiadka z Ostroroga, powspominam lokal, który dla szamotulskich licealistów, szczególnie tych dojeżdżających, był najważniejszy.

Chodzi o „Bar mlecznyˮ. Z szacunku wzięłam go w cudzysłów i napisałam dużą literą. Dzisiaj po nim nie ma śladu. Znajdował się przy ulicy Braci Czeskich, w narożnikowej kamienicy przylegającej do Kościelnej. Wchodziło się do niego po schodach, które zostały zamurowane. W barze w okienku siedziała sympatyczna pani, która sprzedawała herbatę z cytryną w szklance w koszyczku. Pytała, ile cukru wsypać.

W barze można było kupić dużą bułkę z masłem i z serem. Była też zupa pomidorowa, jakieś leniwe pierogi, budyń. Nie pamiętam menu. Ale pamiętam takie duże tablice z plastikowymi literkami, gdzie były wypisane dania z cenami. Jak czegoś brakowało, literki były odpinane.

W głębi baru była kuchnia. Pani z okienka zamawiała w kuchni dania i potem krzyczała: – Leniwe do odebrania, kalafiorowa gotowa! Siedzący przy stolikach, nakrytych kolorową ceratą klienci, podchodzili po talerze, a po zjedzeniu zupy czy leniwych odnosili talerz do okienka.

Bar był też miejscem, gdzie można było posiedzieć, czekając na autobus. Świetlicy nie było, sklepy od 13.00 do 15.00 miały przerwę obiadową, nie było co robić, kiedy na dworze na przykład padało, a parasolek też nie było. Nawet by nie było gdzie takiej parasolki w szkole zostawić.

Od wiosny w barze pani sprzedawała lody. Były to chyba lody „Pingwinˮ takie okrągłe na patyku. Pyszne! W tym czasie chyba w Ostrorogu lodów nie było.


Pracownicy i współpracownicy kawiarni „Pod Basztą”, początek lat 70.


I wracam do kawiarni „Pod Basztąˮ. Nie pamiętam, czy ona już była w 1967 roku, czy bywałam w niej w czasach studiów, kiedy przyjeżdżałam do Szamotuł. Było tu luksusowo, nowocześnie, ładnie. Pyszna kawa, desery, lody cassate w miseczkach. We wnętrzu ładne meble, firanki. Na dwudziestolecie matury mieliśmy tam spotkanie klasowe. Jeszcze wtedy, w 1987 roku, kawiarnia była ładna. Potem przeszła do historii, podobnie jak inne wspomniane przeze mnie lokale. Tylko cukiernia Nowaczyńskich trwa od ponad stu lat!

Od mojej matury minęło pół wieku. Zmieniły się Szamotuły. Ale ja chętnie przywołuję obrazy i sytuacje z czasów mojej edukacji w szamotulskim liceum. I dziękuję twórcom portalu region szamotulski.pl, że są moimi wspomnieniami zainteresowani.

Irena Kuczyńska

1 marca 2018 r.


Lokale, których już nie ma


Rynek – nie istnieje już dom, w którym mieściła się „Szamotulanka”

Zielony niewielki budynek widoczny na zdjęciu z 2008 r. – Andrzej Bednarski

Po likwidacji kawiarni w budynku przez wiele lat mieścił się sklep odzieżowy. Zdjęcie z 1991 r., Fotopolska

Więcej o historii tego domu: http://regionszamotulski.pl/andrzej-nowak-dom-stanislawy-burzynskiej-rynek-nr-5/

Zdjęcie z 2018 r.

Dworcowa, budynek obok kina – tu znajdowała się kiedyś restauracja, a później – w innej części – bar mleczny

Miejsce, gdzie znajdował się bar mleczny – narożnik Braci Czeskich i Kościelnej

Wroniecka – na narożniku mieściła się kawiarnia „Pod Basztą”



Pracownicy i współpracownicy kawiarni „Pod Basztą”, początek lat 70. Więcej zdjęć https://www.facebook.com/regionszamotulskiportal/posts/5129700260479408?rdid=M6TSvuZMpoATdrHv#

Irena Kuczyńska z domu Leśna

Urodzona w Ostrorogu, absolwentka szamotulskiego liceum (1967).

Emerytowana nauczycielka języka rosyjskiego w pleszewskim liceum, dziennikarka, blogerka (http://irenakuczynska.pl/).

Dawne szamotulskie restauracje2025-08-24T00:53:31+02:00

Aktualności – marzec 2018

W Wielkim Poście o najcenniejszym szamotulskim krzyżu

Powstanie tego wielkiego drewnianego gotyckiego krucyfiksu z szamotulskiej bazyliki kolegiackiej określa się na lata 1370-1390. Jego twórca nie jest znany, historycy sztuki podkreślają mistrzostwo artystyczne jego rzeźby. Głowa Chrystusa jest pochylona na prawe ramię, twarz otaczają długie loki. Rzeźbiarz mocno zaznaczył mięśnie i partie brzucha, opaska biodrowa załamuje się w ostrych fałdach i zasłania uda. W postaci Chrystusa widoczny jest wysiłek, związany ze  znoszonym cierpieniem. Krucyfiks umieszczony jest na belce tęczowej, czyli łączącej przeciwległe części łuku, który oddziela prezbiterium świątyni od nawy głównej. Jest to najstarszy element wyposażenia szamotulskiego kościoła, jeden z nielicznych tego typu zabytków w Polsce.


Zdjęcie na górze – Andrzej Bednarski, na dole: z lewej zdjęcie – Ireneusz Walerjańczyk, z prawej – drzeworyt Stanisława Zgaińskiego z lat 30. XX w.



Nieznana dotąd kompozycja Wacława z Szamotuł zabrzmi w jego rodzinnym mieście. 30 marca – w Wielki Piątek – wyjątkowy koncert w kościele Świętego Krzyża

Z twórczości Wacława z Szamotuł do naszych czasów zachowało się niewiele: 2 motety, 4 pieśni i 4 psalmy (utwory 4-głosowe) oraz 2 utwory jednogłosowe. Wiadomo jednak, że kompozytor skomponował dużo więcej, m.in. 8-głosową mszę. Do 2016 r. sądzono, że na zawsze przepadły też stworzone przez Wacława Lamentationes, do tego roku znane były bowiem tylko zachowane w bibliotekach w Ratyzbonie i Monachium karty z zapisem dwóch głosów. Odkrycie w Archiwum Archidiecezji Gnieźnieńskiej kolejnych fragmentów zapisu nutowego pozwoliło na zrekonstruowanie całości. Zadania tego podjął się znawca utworów muzyki dawnej – niemiecki muzykolog i muzyk prof. Marc Lewon. Zrekonstruowane fragmenty 4-głosowej kompozycji o odpowiednie fragmenty chorałowe uzupełniła dr Agnieszka Budzińska-Bennett, wybitna muzykolog, muzyk i wokalistka. Tekst utworu stanowią Lamentacje, inaczej Treny Jeremiasza, jedna z ksiąg Starego Testamentu.

Prawykonanie utworów przygotowane zostało specjalnie na krakowski festiwal muzyki dawnej Misteria Paschalia, odbywający się w ostatnich dniach Wielkiego Postu oraz w Wielkanoc. Wykonawcą będzie zespół wokalny Cracow Singers.

Katarzyną Freiwald, dyrektor zespołu Cracow Singers, pragnęła, aby dzieła Wacława mogły zabrzmieć także w jego rodzinnym mieście i w tym celu nawiązała kontakt z Szamotulskim Ośrodkiem Kultury oraz z biurem festiwalu. Dzięki tej współpracy do programu festiwalowego został dopisany jeden koncert wyjazdowy, który odbędzie się właśnie w Szamotułach. W programie koncertu znajdą się także inne utwory Wacława z Szamotuł oraz kompozytorów mu współczesnych. Oprócz zespołu Cracow Singers wystąpi – jako lutnista – autor rekonstrukcji Lamentacji Marc Lewon. Dyrygentem koncertu będzie Agnieszka Budzińska-Bennett.

Współcześnie często nadużywa się słowa „wydarzenie”. W tym wypadku jednak nie ma wątpliwości: 30 marca o godz. 19.30 w kościele Świętego Krzyża w Szamotułach będziemy mieli do czynienia z wydarzeniem muzycznym niebywałej rangi. Zapraszamy!


Zespół Cracow Singers,  https://www.cracowsingers.pl




Most porozumienia łatwo jest zburzyć, a zbudować  – bardzo trudno

Alex Dancyg urodził się krótko po wojnie w Polsce w zasymilowanej rodzinie żydowskiej, która w 1957 r. zdecydowała się wyjechać do Izraela. Od ponad 20 lat współpracuje z Instytutem Yad Vashem, jest aktywnym uczestnikiem dialogu polsko-żydowskiego, autorem kilku przewodników po Polsce. Z wykształcenia historyk, ale od wielu lat w kibucu, czyli izraelskiej osadzie rolniczej, zajmuje się nawadnianiem pól. Mówi o sobie, że jest Żydem i jednocześnie Polakiem.

5 marca w Muzeum – Zamku Górków przed południem odbyło się jego spotkanie z młodzieżą kilku szkół ponadgimnazjalnych z Szamotuł i Wronek. Po południu Alex Dancyg rozmawiał z nauczycielami.




Alex Dancyg odpowiadał na pytania młodzieży. Dwa najistotniejsze wątki dotyczyły przebaczenia Niemcom dokonanej przez nich Zagłady Żydów oraz obecnego konfliktu wokół zmiany ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Alex Dancyg pokazywał, że Niemcy hitlerowskie stworzyły wyjątkowy w historii system, którego działaniu nikt w żaden sposób nie mógł się przeciwstawić i w którym z każdego człowieka można było zrobić potwora, nawet zabijającego swój własny naród jak członkowie Sonderkommando – więźniowie obozów koncentracyjnych, którzy obsługiwali krematoria. Każdy człowiek pragnie przetrwać i osądzanie go za to, co zrobił lub czego nie zrobił w tak strasznej, wyjątkowej na skalę historii i całkowicie niezależnej od niego sytuacji, nie ma sensu. Obecny konflikt wokół ustawy IPN pokazuje, zdaniem Alexa Dancyga, że ani jej twórcy – polscy politycy, ani przedstawiciele strony Izraela, którzy się jej przeciwstawiają, nie rozumieją, czym naprawdę była Zagłada.

Alex Dancyg szczerze powiedział, że jest zdruzgotany tym, co w relacjach polsko-żydowskich stało się w ostatnich tygodniach. Ktoś nagle zaprzepaścił ponad dwadzieścia lat jego pracy. Bo mosty porozumienia buduje się wolno i z wielkim trudem, a burzy się je tak łatwo i szybko.



Odszedł red. Ryszard Podlewski

Ryszard Podlewski zmarł 2 marca 1918 r. w wieku 86 lat. Dużą popularność przyniósł mu program Gwóźdź w bucie (1987-1995) – telewizyjne felietony w poznańskiej telewizji o absurdach naszej rzeczywistości.


Zdjęcie – Ryszard Podlewski, Facebook


Urodził się we Wronkach w 1932 r., Uczęszczał do szamotulskiego liceum, maturę zdał w 1951 r. Był absolwentem polonistyki na Uniwersytecie Poznańskim (UAM) oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. W Poznaniu współtworzył kabaret studencki „Żółtodzióbˮ, w którym również z powodzeniem występował jako aktor. Jako student debiutował fraszkami w poznańskiej prasie. Później swoje aforyzmy, fraszki i drobne utwory satyryczne zamieszczał w „Przekrojuˮ, „Szpilkachˮ i innych czasopismach satyrycznych. Jego aforyzmy ukazywały się w licznych antologiach. Opublikował je w kilku własnych tomach, również w wersjach polsko-niemieckich i polsko-angielskich. Oto kilka jego aforyzmów: „Plus to czasem jedynie efekt skrzyżowania dwóch minusówˮ, „Są pomniki ku pamięci i są ku przestrodzeˮ, „Najgorsze kiedy tak zwana klasa polityczna nie ma klasyˮ, „Kto bardziej wytrenuje umysł, ten wyżej sięgnie myśląˮ, „Po drodze zwanej karierą najgładziej toczy się zeroˮ. Był inicjatorem wielu akcji społecznych, m.in. ratowania w latach 80. poznańskiej Palmiarni.



Wielki sukces Zespołu Szkół nr 2 im. Stanisława Staszica w Szamotułach

1 marca 2018 roku w Teatrze Wielkim w Warszawie odbyło się podsumowanie programu Szkoła Dialogu 2017. Realizowany przez uczniów Zespołu Szkół nr 2 projekt „Śladami szamotulskich Żydów” zwyciężył w kategorii „Różnorodność działań”.


Zdjęcie http://www.zsnr2-szamotuly.pl/


Realizująca ten program Fundacja Forum Dialogu  od dwudziestu lat działa na rzecz zbliżenia pomiędzy Polakami i Żydami. Zespół Szkół nr 2 im. Stanisława Staszica w Szamotułach, dzięki działaniom w programie fundacji, otrzymał tytuł „Szkoły Dialogu”. W ubiegłorocznej edycji programu wzięło udział 40 szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych z całej Polski. Nagrodami dla szkoły są projektor ledowy, warsztaty z ekspertem oraz zestaw książek, uczniowie otrzymali też nagrody indywidualne.

Autorkami projektu były dwie nauczycielki: Krystyna Warguła i Klaudia Tomaszak-Ślipka. Serdecznie gratulujemy!

Z projektem można zapoznać się na naszym portalu

http://regionszamotulski.pl/sladami-szamotulskich-zydow/



Polewka

Jarek Kałużyński kilka lat temu wykonał taki pastisz znanej pracy Andy’ego Warhola. Warhol pokazał, że przedmiotem sztuki w czasach kultury masowej i konsumpcjonizmu może być puszka najsłynniejszej zupy. Jarek Kałużyński, bawiąc się formą stworzoną przez Warhola, do najlepszych zup zaliczył „polewkę szamotulską z pyrami”.



Pewnie wielu z nas pamięta, jaką polewkę można było zjeść kiedyś w szamotulskiej „Marynie”. Była pyszna!

Dawniej wielkopolskie gospodynie gotowały polewkę w czasie Wielkiego Postu lub jako postne danie w piątek. Przypominamy przepis:

Składniki: 1.5 l maślanki, 1 szklanka śmietany lub  zsiadłego mleka, 3 łyżki mąki, 4 duże ziemniaki, sól.
Wykonanie: Maślankę mieszamy i zagotowujemy. Do wrzącej maślanki ostrożnie wlewamy roztrzepaną z mąką śmietanę. Jeszcze raz zagotowujemy, solimy. Ziemniaki gotujemy w mundurkach, obieramy ze skóry, kroimy w plasterki i dodajemy do zupy.
Wariacje: Niektórzy ziemniaki podsmażają lub duszą (krychane pyry). Można dodać podsmażoną na brązowo cebulę lub biały ser.

Czytelniczka przysłała nam jeszcze inną wersję polewki: Zagotowujemy ok. 0,5 l. wody, dodajemy pół kubeczka zimnej wody z roztrzepana mąką. Gdy się trochę zagęści, zdejmjemy z płyty i dolewamy maślankę lub kwaśne mleko i znowu podgotowujemy. Zestawiamy z płyty i dodajemy śmietanę do smaku.

Smacznego!



Czy pójdą w ślady Maksymiliana Ciężkiego? Łamacze szyfrów

Krzysztof Łączkowski, Mikołaj Popowski i Arkadiusz Wargacki, uczniowie szamotulskiego gimnazjum w Zespole Szkół nr 1 im. ks. Piotra Skargi, zwyciężyli w kategorii do lat 14 w Ogólnopolskiej Grze Kryptologicznej „Łamacze Szyfrówˮ na poziomie zaawansowanym. Wśród wszystkich, często doświadczonych drużyn składających się z osób dorosłych, zajęli 10. miejsce. W czasie gry zapoznawali się z wykładami wyjaśniającymi różne metody szyfrowania i łamania szyfrów, a następnie rozwiązywali zagadki. Cała gra trwała ponad dwa tygodnie, w sześciu turach rozwiązywano po trzy zagadki. Do ogólnego wyniku liczył się czas. Uczestnicy gry zapoznali się m.in. z szyfrem paskowym,  Viegenere’a, szablonowym i Playfaira. Była to wciągająca rywalizacja, a zarazem nauka historii i logicznego myślenia.


Więcej o grze  http://lamaczeszyfrow.pl/

Szamotuły, 01.03.2018

MARZEC 2018

IMPREZY I KONCERTY


Minione


1 marca godz. 19, kino Halszka


Filharmonia bez Filharmonii – kameralne sonaty Jerzego Fryderyka Haendla w wykonaniu zespołu barokowego Kore.

Piątek, 16 marca, godz. 19, Szamotuły, Muzeum – Zamek Górków

Biblioteka Publiczna w Szamotułach zaprasza wszystkich (niezależnie od wieku) do wzięcia udziału w II Turnieju Poetyckim o Pierścień Halszki.
Turniej odbędzie się 29 marca 2018 r. o godz. 18:00 (składanie tekstów tego samego dnia w godz. 16:30-17:30). Tematyka samodzielnie napisanego wiersza jest dowolna. Warunkiem udziału w turnieju jest ODCZYTANIE wiersza przez AUTORA (nie inną osobę). Nagrodą główną jest okolicznościowa STATUETKA i PIERŚCIEŃ HALSZKI. Szczegóły w regulaminie dostępnym w bibliotece i w zakładce Konkursy i imprezy na www.biblioteka-szamotuly.pl



KINO


Aktualności – marzec 20182025-01-30T14:21:29+01:00

Kościół w Wilczynie – historia o duchach

Historia o duchach w kościele wilczyńskim

O tomiku Ballady i romanse Adama Mickiewicza mówi się, że odkryły nową geografię literacką, traktując ją jako miejsce spotkania realności z fantastyką. Bohaterowie ballad obcują z osobliwościami, które przekraczają zdolność ludzkiego pojmowania. Jednak aby poczytać o romantycznej wizji świata, nie trzeba sięgać tylko do Mickiewicza. Okazuje się bowiem, że Ziemia Szamotulska również zna historie, które mogłyby stać się kanwą utworu romantycznego wieszcza.

Nieoceniona duszniczanka, Halina Boberowa, wyszukała w Krótkim opisie historycznym kościołów parochialnych Józefa Łukaszewicza niesamowitą historię z osiemnastego wieku. Jest ona przytoczeniem przez dziewiętnastowiecznego duchownego zapisu z księgi parafialnej z roku 1747. Rzecz dzieje się w parafii św. Jadwigi w Wilczynie (gmina Duszniki).



W dzień św. Jadwigi, w obecności licznie zgromadzonych kapłanów, sprawiłem pogrzeb, na którym ks. Jakub Czerniawski wygłosił bardzo wzniosłe kazanie. Z tej zaś racji sprawiłem ten pochówek, ponieważ śp. poprzednik mój, ksiądz Jaworski, z błaganiem do mnie chodził, po śmierci w mękach czyśćcowych przez 16 lat zostający.

A przyczyna była taka, że kazał on, jeszcze za życia, zrobić sobie sklepik, znaczy grobowiec, pod ołtarzem swego świętego patrona Stanisława. Kanony zabraniają, aby ciała zmarłych pod mensą ołtarzową chowane były. Za to się śp. ksiądz Jaworski majestatowi Boskiemu przez tak długi czas wypłacać musiał. Byłem też od niego przestrzeżony, abym dłużej z tym pochówkiem nie zwlekał.

Widując go, odosobniony nie byłem, jako że zaraz po zachodzie słońca czeladź moja takoż go widywała. Pierwsza jego wizyta u mnie była podczas niebytności księdza Stefana Koziałkiewicza, mojego wikarego, który ze mną w jednej sypiał rezydencji. Kiedy nieboszczyk zapukał w okno mniemałem, że dano znać do chorego. Wstawszy więc pytałem, ktoby był. Natenczas temi odpowiedział mi słowy:

– Ja ksiądz Stanisław, tu zmarły. Ratuj duszę moję!

Z przestrachem wielkim ledwiem po zmówionych psalmach „Miserere” i „De profundis” do łóżka trafił. Podobnież i drugiej było nocy. Trzeciej zaś nocy przyszedł do rezydencji, gdziem spał w alkierzu. Obudziwszy mnie, swoją prośbę ponowił. Natenczas leżąc na boku prawym, wpół twarzy, spocony bardzo, tem usłyszał słowa:

– Będziesz miał ode mnie znak na pół twarzy!



Co się zawsze praktykuje, ile możności, różnych zażywałem sposobów, aby Pan Bóg jak najszybciej z mąk czyśćcowych duszę tę wybawił. Chodziliśmy z sobą już to do kościoła, już to do dzwonnicy, już to do babińca modlitwy sposobne odprawować, ale długo, bo przez lat dwa pożądanego z woli Bożej skutku nie otrzymał. Dopiero gdym zgodę Jegomości księdza Pawłowskiego, oficjała poznańskiego dostał, sklepik pod ołtarzem z umarłych szczątków uwolniłem. Wyjęte stamtąd spróchniałe kości, w obecności licznych duchownych, na cmentarzu godnie pochowane zostały, na co może zupełnie dobrze świadczyć Imć ks. kanonik Marszewski. Lokaj księdza kanonika, imieniem Marcin, którego nieboszczyk w stajni obudził, i który dzwonienie w nocy z zakrystii słyszał, zaraz księdzu relacyją zdał. Także i organista Bartłomiej Pędziński wiele razy zmarłego koło stodół chodzącego widywał. Gdy ceremonie pogrzebowe zakończone zostały i pragnienie mojego poprzednika swój otrzymało skutek, w dwie niedziele nieboszczyk, o zwyczajnej godzinie jedenastej, z podziękowaniem przyszedł. Domyśliwszy się, uprzedziłem mowę zmarłego, dziękując Bogu, że niegodnych moich modlitw wysłuchał i karania duszy śp. ks. Stanisława poniechał. Natenczas w rezydencji mojej ojciec Adam Maczkowski, kwestarz kustodii poznańskiej, przebywał. Abym więc miał doskonałego świadka, posłałem nieboszczyka do izby obok, aby spoczywającego tam kwestarza obudził. Co ten uczynił, koc na ziemię ze śpiącego zrzuciwszy. Zakonnik z pierwszego snu dobrze przebudzić się nie mógł. Powrócił zmarły do mnie mówiąc:

– Jużem gościa obudził.

Ale rozkazałem mu pójść drugi raz, jako że kwestarz na mnie nie zawołał.



Tak więc nieboszczyk poszedł tam znowu i lekko wziąwszy śpiącego za nogi, z łóżka na ziemię zrzucił. Mocno przestraszony zakonnik na mnie wołać począł. Jam go blisko kwadrans w tem wołaniu zostawił, aby się nieboszczykowi dobrze przypatrzył, ktoby był.

A zmarły, jak go widywał i ja i inni ludzie, z plasterkiem czarnym na prawej stronie nosa, tak i teraz się prezentował, po którym to znaku poznaliśmy go. Zatem wstawszy Bogu dzięki czyniliśmy, że księdza Stanisława do światłości wiekuistej przyjął.

Po skończonych modlitwach, przy których był przytomny, mówił do mnie zmarły te słowa:

– Za świadczone łaski, któreś dla mnie czynił, koszta poniósł, wiedz o tem z dyspozycji Boskiej, że żyć będziesz trzy razy dziewięć.

Większy to żal i boleść we mnie sprawiło, jako że nie wiedziałem, czy minuty, czy godziny, czy miesiące końcem mojego życia być mają.

Co wszystko przeszło, tylko lata zostały. Gdzie, której godziny, jakim sposobem Bóg kres mojego życia do swej dyspozycji zostawił ‒ tego nie wiem. Zatem przestrzeżony jestem być gotowy w dwadzieścia siedem lat na śmierć, chyba że jeszcze dłuższego życia Bóg mi dozwoli, któremu niech będzie chwała i cześć przez wszystkie wieki.

Kto by zaś przez ciekawość przy niedowiarstwie historię tę czytał, proszę zmówić za dusze w mękach czyśćcowych zostające, pięć razy „Ojcze nasz”, pięć razy „Zdrowaś Maryjo”, jedno „Wierzę w Boga”, pięć razy „Wieczny odpoczynek”, bo ja taki w życiu mojem miałem zwyczaj.

Pogrzeb zaś ten, przez dwa dni trwający, kosztował mnie  tynfów, oprócz czerwonych złotych 40 z moich wysług przy dworze otrzymanych, a po różnych miejscach na zakony za duszę śp. księdza Stanisława rozdanych. Ponadto, z porcji dla mnie po ojcu moim pozostałych, pieniędzy, czerwonych  złotych 69.



W tym miejscu kończy się relacja o wilczyńskim duchownym i jego kontaktach z nieboszczykiem. Przedstawiona historia jest przytoczeniem, jakiego dokonał dziewiętnastowieczny pisarz, Józef Łukaszewicz. On także jest bohaterem opowieści. Kończąc swoją relację, pozwolił sobie na komentarz:

Zagadką dziś jest, czy kapłan opisujący ukazywanie się księdza Jaworskiego cierpiał cząstkowe pomięszanie zmysłów, czy też niegodny jaki człowiek nadużył jego dobrodusznej łatwowierności.

XIX-wieczny badacz historii Wielkopolski w komentarzu dystansuje się do zajścia, jakie miało mieć miejsce w 1747 roku, tłumacząc je albo chorobą proboszcza, albo żartem ze strony wiernych. Nie można jednak przemilczeć faktu, iż to właśnie jemu zawdzięczamy znajomość historii dzisiaj. Mógł ją przemilczeć, nie upowszechniając jej. Postąpił jednak inaczej. Dlaczego? Być może chciał zaznaczyć swoje stanowisko w sporze między racjonalistycznymi klasykami a romantykami? Jak widać wilczyński romantyzm również rozgrywał się pomiędzy zwolennikami „czucia i wiary” oraz zwolennikami „szkiełka i oka”.

Marcin Malczewski

Szamotuły, 25.02.2018








Zdjęcia Andrzej Bednarski

Kościół św. Jadwigi w Wilczynie został zbudowany w 1. połowie XVI w. w stylu późnogotyckim. W końcu XIX w. kościół rozbudowano: dobudowano nawę poprzeczną (transept) i prezbiterium w stylu neogotyckim.

Marcin Malczewski

Poznaniak od urodzenia, który przez całe życie marzył o mieszkaniu na wsi. Obecnie szczęśliwy mieszkaniec powiatu szamotulskiego, realizujący w Dusznikach „wiejskie” zainteresowania.

Dr nauk humanistycznych, bloger ( http://prowincjanoc.pl/), członek zarządu Towarzystwa Miłośników Ziemi Dusznickiej.

Kościół w Wilczynie – historia o duchach2025-09-13T23:30:40+02:00

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Tadeusz, flaga i znicz

Obrazki z przeszłości, część 7.


TADEUSZ, FLAGA I ZNICZ


Duży pokój w jednym z szarych bloków w nadodrzańskiej dzielnicy Opola. Na ścianie obraz świętej rodziny, pod telewizorem haftowana serweta, na stole kilka ciastek rozłożonych na porcelanowej paterze. Niby wszystko normalnie, tak zwyczajnie jak w wielu domach w Opolu czy Polsce. Jednak jeden szczegół zmienia wszystko. Amerykańska flaga, postawiona na bufecie w centralnym miejscu tuż pod zdjęciem Tadeusza z żoną zawieszonym na ścianie.

Od razu widać, że ta flaga ma swoją historię, że jest ważnym elementem w tym domu oraz czymś wyjątkowym dla właściciela.

– Ta flaga jest ze mną od 1945 roku – zaczyna opowieść Tadeusz. – Nie zdjąłem jej nigdy. Wisiała nawet w cholernych latach 50., gdy za taką flagę do więzienia można było trafić. Dla mnie ta flaga to symbol wolności, takiej amerykańskiej legendarnej wolności, której szukałem na swojej życiowej drodze zawsze.



Droga Tadeusza Kruszony rozpoczęła się w Szamotułach jako najmłodszego z jedenaściorga rodzeństwa. Urodził się w roku 1926, wtedy, kiedy „Gazeta Szamotulska” kosztowała 4,55 zł, a „ za odnoszenie jej przez listowego do domu” płaciło się 55 groszy miesięcznie. W czasie, kiedy się urodził, Cielink i Synowie z Szamotuł reklamowali się swoją „wypożyczalnią nowoczesnych garniturów młóckarnych do młócki ziemiopłodów”, a kapelmistrz orkiestry „Dom Sierot” ‒ Franc Bronowski ogłaszał w „Gazecie Szamotulskiej”, że u niego: „lubownicy muzyki na wszelkich instrumentach dętych i rżniętych znajdą sumienne lekcje”.

Tadeusza świat muzyki jednak nie wciągał, scenariusz dalszego życia napisała za niego wojna… Kiedy 1 września 1939 roku Ignacy Klemenczak organizował w Szamotułach Obronę Cywilną, Tadeusz miał 13 lat. Dorósł bardzo szybko. Najpierw wywieziony był do pracy w Niemczech, tam przez 3 lata koło Drezna pracował w gospodarstwie rolnym. Uciekł jednak, gdy miał 16 lat, i dostał się do Francji, przedostał się na północ kraju, gdzie trafił na lądowanie  Aliantów, czyli D-Day. Dzień, w którym tylko w pierwszym rzucie zginęło ponad 2,5 tysiąca żołnierzy alianckich, a blisko 8,5 tysiąca było rannych, dzień który całkowicie zmienił los II wojny światowej. Tego dnia Tadeusz miał już 18 lat. Wtedy przyłączył się do wojsk amerykańskich. Jeździł Willysem MB i zbierał zwłoki do worków. Jak sam mówił – tak aby się zgadzało: głowa, tułów, dwie ręce, dwie nogi. Rzadko trafiły się ciała nierozczłonkowane. – To były naprawdę chwile, których nigdy się nie zapomni. Ten obraz będzie wracał zawsze – mówił Tadeusz. – Ale były też wspaniałe momenty – jak ten, gdy rękę mi uścisnął generał Eisenhower, czy ten, gdy zaproponowano mi, że mam płynąć do Japonii, a stamtąd już prosto do Stanów, bo otrzymam obywatelstwo. Włączyła mi się jednak cholerna ciekawość, co w Szamotułach słychać po wojnie. Razem z przyjacielem mieliśmy plan, by pojechać do Polski na chwilę, następnie wrócić i lecieć na front do Japonii, a potem już do USA. I tak na chwilę wróciłem i tak tu siedzę całe życie.

Szamotuły odwiedzili na krótko w 1945 roku, bo widzieli, co się tu dzieje. Od razu podjęli decyzję, że uciekają z Polski. Złapali ich na granicy. Areszt, więzienie w Raciborzu i kilka lat znów z życia zabrane. Gdy wyszedł, od razu chciał uciekać po raz drugi. I po raz drugi go aresztowano. Wtedy już miał dość. Został. Nie w Szamotułach, lecz w Opolu. Był pracownikiem i brygadzistą w energetyce w Opolu. I przez 40 lat z Szamotułami w pamięci, z amerykańskim snem w sercu i flagą USA, która każdego dnia ten sen przypominała. Czy był szczęśliwy? Był bardzo. Żona, córka, dobre, spokojne życie. Czy chciałby zamiast w Opolu to gdzieś w Arizonie sprawdzać linie energetyczne – na pewno. Czy tęsknił za Szamotułami? Nie. Dobrze mu było na Śląsku. Ale miał je zawsze w pamięci. Opowiadał o nich, jakie były w jego dzieciństwie, wspominał rodzeństwo, rodziców, to były już inne Szamotuły po 70 latach. I właśnie tych Szamotuł mu brakowało, kiedy stanął nad grobem siostry Leontyny i szwagra Teodora, kiedy zapalił im znicz, podniósł się z kolan i otarł łzę z policzka. Taką łzę z tęsknoty za siostrą i tymi Szamotułami, gdy „Gazeta Szamotulska” kosztowała 4,55 kwartalnie, a 55 groszy miesięcznie dodatkowo za „odnoszenie jej przez listowego do domu”.

Konrad Pontus


Szamotuły, 22.02

13-letni Tadeusz Kruszona (w dolnym rzędzie 2. od lewej) na zdjęciu zrobionym z okazji ślubu siostry Leontyny, 5.08.1939 r.

Tadeusz Kruszona (1926-2008)

Grób Leontyny i Teodora Wąsowskich na cmentarzu w Szamotułach


Na górze – Willys MB. Zdjęcie Michał Jelionek / Trojmiasto.pl


Daromiła Wąsowska-Tomawska, Tadeusz, flaga i znicz2025-01-04T11:50:02+01:00

Wojenne losy rodziny Kwiatkowskich z Otorowa

Wojenne losy rodziny Kwiatkowskich z Otorowa

Wojciech Kwiatkowski – jeden z rozstrzelanych na szamotulskim Rynku

Szamotuły, luty 2001

Koniec wieku skłania do podsumowań. W XX-wiecznym świecie, przez który przetaczały się wojny, rewolucje, powstawały i upadały systemy polityczne, ginęły narody, żyli nasi przodkowie, nasi pradziadkowie i ich dzieci. Byli oni świadkami zbrodni nazizmu. To na ich oczach rozgrywała się tragedia II wojny światowej. To na ich życiu odcisnęła ona swoje krwawe piętno. To właśnie oni byli jej niewinnymi ofiarami. W ich pamięci utrwaliły się straszne, ale prawdziwe obrazy wojny. Ich doświadczenia i przeżycia są bardzo cenne, gdyż każdy z członków naszych rodzin współtworzył historię naszego narodu i kraju. Ich relacje mogłyby być ciekawym i wstrząsającym wykładem historycznym. Dlatego też poznawanie i zagłębianie się w historię losów swojej rodziny może być pouczającą i niezapomnianą podróżą w przeszłość.

Myślę, że każdy przechodzący przez Rynek w Szamotułach zauważa pamiątkową tablicę z pięcioma nazwiskami rozstrzelanych w 1939 roku przez gestapowców otorowian. Wśród nich był Wojciech Kwiatkowski ‒ brat mojego pradziadka.

Zdjęcie Jan Kulczak

Przedwojenne losy rodziny Kwiatkowskich

Wojtek był najmłodszym synem Andrzeja i Marii Kwiatkowskich. Mój prapradziadek Andrzej pochodził z Chomranic koło Marcinkowic w Nowosądeckiem. W roku 1922, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, przeprowadził się do Wielkopolski, do Otorowa, z żoną i ośmiorgiem dzieci: Stefanią, Teofilem, Władysławem, Ludwikiem (moim pradziadkiem), Genowefą, Ferdynandem, Stefanem, Wojciechem. Syn Franciszek wcześniej się już ożenił i został w Marcinkowicach, Józef zginął w czasie I wojny, a czworo innych dzieci zmarło w dzieciństwie lub wczesnej młodości, przed wyjazdem rodziny Kwiatkowskich do Wielkopolski.

Kwiatkowscy od razu zaangażowali się w życie społeczności Otorowa. Synowie  byli członkami Towarzystwa Gimnastycznego „Sokółˮ, założonego w Otorowie 8 sierpnia 1926 roku, które oprócz rozwoju fizycznego pielęgnowało tradycje polskie i patriotyczne postawy. Zachowały się liczne zdjęcia z tego okresu. Spośród Kwiatkowskich szczególnymi zdolnościami akrobatycznymi wyróżniał się mój pradziadek Ludwik.

W Otorowie działała też przed II wojną prężna polska organizacja: Przysposobienie Rolnicze do Potęgi Rzeczpospolitej Polskiej, do której także należeli bracia Kwiatkowscy.

Siostry Stefania i Genowefa należały do Towarzystwa Młodych Polek. Z pełnym zaangażowaniem włączały się w organizowanie zabaw, dożynek, festynów, uroczystości kościelnych i świeckich.

Genowefa brała również udział w zajęciach Szkoły Gospodarstwa Domowego, prowadzonej przez siostry urszulanki. Wspominała postać siostry Urszuli Ledóchowskiej, późniejszej świętej, którą osobiście poznała.

Bracia Kwiatkowscy byli bardzo muzykalni, grali na różnych instrumentach i ‒ jak wspominała ich siostra Genowefa ‒ wiedli prym w czasie zabaw wiejskich. Dziewczęta polskie miały większe powodzenie wśród chłopców niż mniej urodziwe Niemki, co miało być też późniejszym powodem do napiętnowania Kwiatkowskich w czasie okupacji.


Zdjęcie przedstawia dożynki w Kocim Borku, między Otorowem a Lipnicą, w punkcie masowych spotkań kulturalnych, przedstawień i zabaw otorowian. Mężczyźni stojący na górze to bracia Kwiatkowscy: Teofil ‒ powożący, Wojciech ‒ skrzypce, Ludwik ‒ klarnet, syn Stefanii Ignacy ‒ altówka, Ferdynand ‒ kontrabas. U dołu od prawej stoją Genowefa i Stefania.


Wojciech Kwiatkowski urodził się w 1916 roku, uczył się w szkole średniej w Szamotułach. W 1939 roku uczęszczał do klasy maturalnej. Był oczytany, wprowadzał eksperymentalną hodowlę wikliny w rodzinnej miejscowości, czego ślady zachowały się do dziś.

Losy rodzeństwa Wojciecha były różne. Starszy brat Władysław ożenił się i zamieszkał w Szamotułach. Stefan został powołany do marynarki wojennej w Gdańsku, a 27 sierpnia 1939 roku został zmobilizowany do obrony Helu. Ferdynand w latach 30. wyjechał do Gdańska i pracował w porcie przy obsłudze dźwigów. Losy Stefanii były dość zawiłe, gdyż straciła męża na I wojnie światowej, a w końcu lat 20. wyjechała do Argentyny, gdzie wyszła za brata swego nieżyjącego męża. Genowefa wyszła za mąż i zamieszkała w Sannikach koło Kostrzyna. Teofil ożenił się w Otorowie i zamieszkał z rodzicami Andrzejem i Marią. Razem prowadzili gospodarstwo.

Mój pradziadek Ludwik założył rodzinę w Otorowie. Poślubił Franciszkę Marszałek i z tego związku przyszła na świat czwórka dzieci, w tym moja babcia Irena (po mężu Krupińska). W 1937 roku moja prababcia Franciszka umarła w wieku 26 lat, zostawiając malutkie dzieci. W pół roku po tym Ludwik ożenił się powtórnie z Marią Baran.


Siedzą Maria z domu Wójs (1873-1966) i Andrzej (1861-1944) Kwiatkowscy. Stoją od lewej: synowie Władysław (1899-1977), Ludwik (1905-1995), Teofil (1897-1968), córka Genowefa po mężu Zając (1909-2010), zieć Czesław Zając (1903-1992), synowie Stefan (1912-2009), Ferdynand (1911-1953) i Wojciech (1916-1939)


Maria i Andrzej Kwiatkowscy z otoczeniu dzieci i wnuków. Stoją od lewej: Władysław, Wojciech, Ferdynand, Genowefa, Ludwik i Stefan


Drugi ślub Ludwika Kwiatkowskiego, 1937 r.


Z prawej: Wojciech Kwiatkowski, fragment zdjęcia ze ślubu brata

Zdjęcia z archiwum rodzinnego Jerzego Zająca (siostrzeńca Wojciecha Kwiatkowskiego)

Egzekucje otorowian

1 września 1939 roku Niemcy rozpętały II wojnę światową. Dnia 7 września żołnierze niemieccy zajęli Szamotuły. W październiku 1939 roku rozpoczęły się prześladowania i aresztowania tych najbardziej niepokornych wobec Niemców. Również w małym Otorowie stacjonował niemiecki oddział wojskowy. Miejscowi Niemcy pamiętali opór większości otorowian wobec zaborcy i to oni byli głównymi donosicielami do swoich władz. Wybierano tych najbardziej aktywnych w życiu miejscowej społeczności, ludzi zdolnych, kształcących się w szkołach średnich. Pewną rolę w tym donosicielstwie odegrały animozje sąsiedzkie, wcześniejsze zatargi z Polakami, a nawet urażone ambicje Niemek, które ‒ jak wspominają świadkowie ‒ nie cieszyły się powodzeniem na zabawach wśród młodych otorowian. Szczególną bezwzględnością w egzekwowaniu niemieckiego prawa wsławił się niemiecki żandarm Harder.

Jak wspominała Genowefa, Wojtek spodziewał się aresztowania, a donieśli mu o tym, być może, jacyś życzliwsi Niemcy. Podjął decyzję, że schroni się właśnie u niej i jej rodziny, za Poznaniem. Jechał rowerem. Towarzyszył mu znajomy Ignacy Gołaś. Na miejscu okazało się, że siostra jest po porodzie i najprawdopodobniej zdecydował się na powrót do Otorowa, by w tej sytuacji nie stwarzać jej dodatkowych problemów. 11 października wieczorem wrócili do domu.

Dnia 12 października rozeszła się wiadomość o aresztowaniu dziesięciu Polaków. Oskarżono ich o wywieszenie polskiej flagi i sprofanowanie swastyki na budynku władz niemieckich w Otorowie. Jak się okazało, zrobili to sami Niemcy, aby stworzyć powód do krwawego rozliczenia się z rzekomymi winowajcami i aby zastraszyć ludność. Była to prowokacja gestapowców, jedna z wielu, jakie zarejestrowano na początku wojny w całej Polsce. Na liście rzekomych sprawców widniało także nazwisko Wojciecha Kwiatkowskiego. Niemcy wpadli około ósmej rano do domu. Zastali go przy zabawie z rocznym bratankiem Wiktorem, synem Teofila. Niemcy związali Wojciecha, kopali i bili. Podobny los spotkał pozostałych dziewięciu otorowian.

Spośród mieszkańców Otorowa wybrano również zakładników, w tym Andrzeja Kwiatkowskiego, ojca Wojciecha. Wszystkich mieszkańców wpędzono z pól i z domów pod kościół, gdzie po południu nastąpiła egzekucja pięciu aresztowanych. Jako pierwsi zginęli: Józef Ceglarz, Aleksander Gołaś, Zdzisław Jajuga (najmłodszy, nie miał jeszcze 18 lat), Witold Chełmiński, Ludwik Kalemba. Ciała zamordowanych załadowano na wóz i kazano m.in. księdzu proboszczowi Tadeuszowi Zamysłowskiemu ciągnąć go aż na cmentarz, gdzie zwłoki wrzucono do wspólnego dołu.

Rozpacz i żałoba zapanowała wśród Polaków, a Niemcy bawili się tego wieczoru przy wesołej muzyce i głośnych śpiewach w sali w pobliżu miejsca rozstrzelania. Oni świętowali „zwycięstwoˮ. Świadkowie tego mordu wspominali wiele bardzo drastycznych scen z tego dnia.

Pozostałych pięciu miało przed sobą ostatnią, koszmarną noc. Oprócz Wojciecha Kwiatkowskiego byli to: Jan Pietraszewski, Stanisław Bednarz, Józef Furmanek i Wiktor Bilon. Zamknięci w ciasnym pomieszczeniu gospodarczym przy siedzibie okupantów, czekali na przewiezienie następnego dnia do Szamotuł, gdzie czekała ich śmierć. Mieszkańcy Otorowa wspominają heroiczną postawę ks. Zamysłowskiego, który nie zostawił skazanych w osamotnieniu. Mimo straży odważnie podszedł do drzwi komórki i przez szpary między deskami spowiadał i udzielał rozgrzeszenia. Był to ostatni obrachunek uwięzionych z Bogiem.

Następnego dnia rano, 13 października 1939 roku, w piątek, wywieziono ich do Szamotuł i postawiono pod murem na Rynku ‒ tam gdzie obecnie umieszczona jest tablica pamiątkowa. Niemcy spędzili tym razem szamotulan, aby patrzyli na to barbarzyńskie widowisko. Wyrzucali Polaków ze sklepów, domów i zakładów pracy, aby ich zastraszyć i uświadomić im bezsilność wobec potęgi „rasy panów”.

W wydanej krótko po wojnie pracy Wojciecha Próchnickiego Ziemia szamotulska w walce, cierpieniu ‒ i wolności tak opisano ostatnie chwile życia pięciu skazanych:

Tuż przed wystrzałem młodzi otorowanie pożegnali się ze sobą, a Jan Pietraszewski ponoć zdążył wykrzyknąć: „Umieramy niewinnie. Niech żyje Polska!… Niech żyje Chrystus Król!ˮ

Potem nastąpiły strzały plutonu egzekucyjnego…

Martwe ciała ułożono na wozie i ‒ jak wspominają świadkowie ‒ zaprzężono do niego szamotulskiego adwokata i lekarza. Oni mieli je przeciągnąć na cmentarz i zagrzebać we wspólnej mogile. Miejscowe Niemki rzucały się na szyję „bohateromˮ z plutonu egzekucyjnego z wiązankami kwiatów, a szamotulanie oddają w ciszy hołd Straconym.


Zdjęcie Muzeum – Zamek Górków


Zanim wrócę do wojennych losów pozostałych członków rodziny Kwiatkowskich, kilka słów o powojennym pogrzebie rozstrzelanych w Otorowie i Szamotułach.

Dnia 12 października 1945 roku nastąpiła ekshumacja zwłok z cmentarza szamotulskiego. Prochy otorowian wróciły do rodzinnej ziemi. W uroczystościach ponownego pochówku brali udział zarówno mieszkańcy Szamotuł, jak i Otorowa. Część uroczystości odbyła się na Rynku w Szamotułach, a po przewiezieniu zwłok do Otorowa nastąpił pogrzeb wszystkich dziesięciu ofiar w grobowcu pod kościołem w Otorowie, gdzie spoczywają do dziś.

Na zdjęciach z tego wydarzenia widać członków rodzin zamordowanych, ówczesne władze, siostry Urszulanki. Wśród przemawiających jest też ksiądz proboszcz Tadeusz Zamysłowski, który spowiadał skazanych przed ich rozstrzelaniem. Widać też ogolone głowy jeńców niemieckich, którzy zostali przymuszeni do wykopywania zwłok.



Zdjęcia z archiwum rodzinnego Jerzego Zająca

Wojenne losy pozostałych członków rodziny Kwiatkowskich

Dla mojej rodziny nie był to koniec tragedii. Andrzej Kwiatkowski z synem Teofilem i jego rodziną musieli opuścić swoje gospodarstwo. Kazano im zostawić wszystko. Ich dostatnie gospodarstwo zajęli napływowi Niemcy. Wywieziono ich aż nad Bug do maleńkiej wioski ‒ Wojciechowa koło Łęcznej w Lubelskiem. Prapradziadek Andrzej, ojciec Wojciecha, nigdy nie mógł pogodzić się ze śmiercią ukochanego najmłodszego syna i zmarł tam w lutym 1944 roku, jak mówią członkowie rodziny, ze zgryzoty. Pochowano go w pobliskim Hańsku.

Starszy brat Wojciecha, Ludwik, mój pradziadek, został powołany do Wojska Polskiego już w sierpniu 1939 roku, brał udział w kampanii wrześniowej, a potem dostał się do niewoli niemieckiej i został wysłany na roboty przymusowe do Niemiec. Pracował u gospodarza niemieckiego, a w ostatnim okresie wojny w fabryce amunicji w Hanowerze. Po wywiezieniu na roboty utrzymywał z rodziną kontakt listowy. Wrócił dopiero po sześciu długich latach dnia 27 listopada 1945 roku. „Trudno zapomnieć tę datę. Przecież każdy czekał na ojca” ‒ wspominała moja babcia Irena. Gospodarstwo Ludwika w Otorowie też zostało przydzielone Niemcom, a jego żona wraz z czwórką małych dzieci, w tym z moją ośmioletnią babcią Ireną, schroniła się u rodziny we Lwówku-Józefowie. Mieszkali całą wojnę w jednej ciasnej izbie, często głodując.

Genowefa przez całą wojnę mieszkała ze swoimi małymi dziećmi koło Poznania. Stefan, w randze starszego marynarza, uczestniczył w walkach do końca kampanii wrześniowej na Helu do 2 października 1939 roku. Ranny trafił do więzienia w Wejherowie, a potem do obozu w Stargardzie. Był zmuszony do ciężkich prac polowych i innych robót, w wyniku czego odnowiła się rana. Przewieziono go do obozu i szpitala wojskowego w Greifswaldzie. W listopadzie 1940 roku stanął przed komisją wojskową, która uznała go za inwalidę wojennego i zwolniła do Polski. Przyjechał do Krakowa, gdzie skierowano go do pracy przymusowej. Po wojnie wrócił do Gdańska, nie rozstał się z morzem i został oficerem Żeglugi Morskiej. Władysław został wysiedlony z gospodarstwa w Szamotułach do Gąsaw.

Ferdynand w styczniu 1941 roku znalazł się w rodzinnych Marcinkowicach (w Nowosądeckiem) i tam wkrótce został aresztowany. W rodzinie przekazywane są dwie wersje wytłumaczenia przyczyn tego aresztowania. Pierwsza z nich mówi, że był to ciąg dalszy represji, jakie spadły na rodzinę Kwiatkowskich, w związku z wydarzeniami w Otorowie. Druga wskazuje na działalność polityczną rodziny w Marcinkowicach (wysokie struktury AK) i o aresztowaniu ich oraz wysyłce do Oświęcimia i Ravensbrück. W tych okolicznościach aresztowano Ferdynanda. Został on karnie skazany na katorżnicze prace w kamieniołomach (gdzieś na Dolnym Śląsku). Głodzony, szczuty psami, z pogryzionymi do kości nogami trafił wycieńczony po jakimś czasie do szpitala w Krakowie, gdyż miał być świadkiem w jakiejś sprawie. Potem wysłano go do obozu w Bawarii, najpewniej Dachau. Gdy wrócił po wojnie do Polski, był strzępem człowieka. Zmarł w wieku 36 lat w 1953 roku.

Katarzyna Krajcarz


Otorowo – zdjęcia współczesne


Zdjęcia Agnieszka Krygier-Łączkowska



Szamotuły, 21.02.2018

Wojenne losy rodziny Kwiatkowskich z Otorowa2025-01-04T11:51:28+01:00

Bitwa pod Szamotułami 1383

15 lutego 1383 roku pod Szamotułami rozegrała się największa bitwa w tzw. wojnie Grzymalitów z Nałęczami


Herb Grzymała



„Jakaż więc była przyczyna tej wojny?” – pytał w swej Kronice Janko z Czarnkowa. I sam odpowiadał: „Oto, zdaje się, mówiąc prawdę, nie było innej, jak tylko nienawiść walczących, z dawna wzajemnie ku sobie powzięta, i zapalczywość w tej nienawiści i zazdrości, które do walki popychały”.


Herb Nałęcz

Ugrupowaniu ziemian, w którym najważniejszą rolę odgrywali Nałęczowie, przewodził właściciel Szamotuł Sędziwój Świdwa. Ze strony Grzymalitów walkami kierował starosta wielkopolski Domarat z Pierzchna (zwany też Domaratem z Iwna) herbu Grzymała. Przedmiot sporu stanowiło obsadzenie tronu polskiego po śmierci króla Ludwika Węgierskiego oraz sama osoba wpływowego starosty. Ziemianie godzili się na objęcie tronu przez popieranego wówczas przez Grzymalitów Zygmunta Luksemburczyka, męża starszej córki Ludwika ‒ Marii, stawiali jednak warunek nie do przyjęcia. Było nim odsuniecie od wpływów  Domarata, który pod koniec rządów Ludwika Węgierskiego stał się niezwykle ważną politycznie postacią, wchodził nawet w skład czteroosobowego kolegium w imieniu króla rządzącego Polską. Stało się to powodem wybuchu w grudniu 1382 roku walk w różnych częściach Wielkopolski.

Domarat najechał własności i dzierżawy Sędziwoja. Jak opisywał Janko z Czarnkowa, złupił Wronki i zniszczył „miasto Szamotuły”. Chodziło tu najprawdopodobniej o miasto w pierwszej jego lokacji, czyli znajdujące się niedaleko dzisiejszego Mutowa i Piotrkówka, gdzie założył swój obóz (więcej na temat pierwszej lokacji Szamotuł w artykule http://regionszamotulski.pl/szamotulscy/).

Sędziwój Świdwa zgromadził rycerzy z południowej Wielkopolski i o świcie 15 lutego 1383 roku z 300 pocztami rycerskimi zaatakował i rozbił kompletnie zaskoczone wojska Domarata. Wkrótce karta się odwróciła, gdyż w pogoni za przeciwnikami siły ziemian się rozproszyły, a na pole bitwy z okolic Obrzycka nadciągnął wspierający Domarata Wierzbięta ze Smogulca. Tym razem rozgromione zostały wojska Nałęczów, a Sędziwój Świdwa schronił się w małej warowni w Ostrorogu. Po dwóch dniach oblegania Domarat wycofał się, jednak dalsze walki i grabieże trwały. Pokój w Wielkopolsce zapanował dopiero po wstąpieniu na tron Władysława Jagiełły i jego ślubie z Jadwigą.

***


Ławeczka Janka z Czarnkowa, pl. Wolności w Czarnkowie. Źródło: domena publiczna

Janko z Czarnkowa, Kronika

rozdziały 69-70, Wydawnictwo E. Wende i  Sp., przekład Józef Żerbiłło, Warszawa 1905.


O potyczce Domarata z ziemianami

W kilka dni później starosta Domarat, przybywszy z Pomorzanami, Kaszubami i Sasami, złupił najpierw miasto Wronki i wiele wsi w tymże powiecie, a potem, ciągnąc przez kraj i wszystko po drodze pustosząc, przybył do pewnej, zwanej pospolicie Piotrkowicami, majętności kasztelana nakielskiego, Świdwy, około Szamotuł, miasta, należącego również do tego kasztelana, i w niej się rozłożył, niszcząc wspomniane miasto okropnie.

O tym najeździe Domarata ani Świdwa, ani ziemianie nic nie wiedzieli; wszakże Świdwa, skoro tylko usłyszał o zebranych przez Domarata ludziach i srogich jego napadach, posłał potajemnie do Kalisza i do Pyzdr po Bartosza z Odolanowa i po N., kasztelana szremskiego, aby mu śpiesznie przybyli z pomocą, lecz w najściślejszej jak tylko można tajemnicy. Wezwani stawili się w Poznaniu w sobotę [14 lutego 1383 r.] przed pamiętną niedzielą i tejże nocy niezwłocznie z trzystu kopijnikami do bitwy z Domaratem wystąpili.

Aczkolwiek około północy dano znać Domaratowi, że nieprzyjaciel się zbliża i ma napaść na jego leże, jednakże on, nie wiedząc nic o przybyciu Bartosza i kasztelana szremskiego, a przekonany, że Świdwa nie ma dostatecznych sił, aby się odważyć na napad na niego, wiadomości tej nie uwierzył.

Atoli rano w pamiętną niedzielę, która była dniem 15 lutego, szpiedzy Domarata, wracając do jego obozu, donieśli mu, że nieprzyjaciel już się gotuje do bitwy, i rzeczywiście, o brzasku dnia, prawie połowa wojska Domarata, nie zdążywszy nawet przywdziać na siebie, z powodu tak przyśpieszonej bitwy, zbroi, zabiegła ‒ bezbronni razem z uzbrojonymi ‒ nieprzyjacielowi drogę około swoich leż nocnych. Tam zetknąwszy się, zawzięcie bić się z sobą zaczęli; wszelako nieuzbrojeni Pomorzanie i Sasi, zaraz po natarciu, podali tył i uciekli.

Kasztelan nakielski ze swoimi ludźmi gonił ich więcej niż dwie mile za Wronki i wielu z nich zabrał do niewoli. Byłby jednak ostrożniej i rozsądniej postąpił, gdyby jako zwycięzca pozostał na placu boju razem z Bartoszem. Bóg wszakże odebrał mu tę cześć, a nawet tego jeszcze dnia, aby wybujałą dumę jego i ludzi jego ukrócić, haniebnie poraził, niewątpliwie za napady i spustoszenia, czynione przezeń, jak wyżej powiedziano, w dobrach kościelnych.

Inni zaś ziemianie zawzięcie ścigali samego Domarata i jego ludzi, którzy w popłochu rozpierzchli się po polach; wielu z nich wzięli do niewoli, pozabierali im konie i tyle broni, że z niej ułożyli kilka stosów na kształt gór. Wierzbięta ze Smogulca, ze swymi stu kopijnikami i pięciuset pieszymi, nie przybliżał się do placu bitwy, gdyż nocował około Obrzycka za rzeką Wartą i nic o wyniku walki nie wiedział.

W bitwie tej padł ciężko raniony pewien szlachetny, wszelkiemi darami cnót nad podziw ozdobiony, młodzian, imieniem Trojan, syn Tomisława z Gołączy, niegdyś sędziego kaliskiego, i w najbliższy wtorek, w dzień św. Macieja apostoła [22 lutego 1383 r.] w Poznaniu zakończył życie. Zabito także Grzymka z Czenina, męża dobrego i szlachetnego, a i wielu innych, niestety, tak ze szlachty jak z ludu poległo także w tej bitwie.

O drugiej bitwie tego samego dnia między nimi stoczonej

Skoro tylko wieść o tej bitwie doszła do Wierzbięty ze Smogulca i jego stronników, wnet zwinął on swój obóz i pośpieszył do miejsca spotkania; przybywszy tam, ziemian, których znalazł, zabrał do niewoli i nie tylko pozabierał im ich własne konie i broń, ale odbił również broń i konie ludzi Domaratowych, których ci poprzednio do niewoli wzięli, poczem, jako zwycięzca, z honorem pozostał na polu bitwy.

Wnet do niego ściągnęli pobici i rozbrojeni Domarat i brat jego Mroczko, razem z innymi ludźmi swoimi, tak wziętymi do niewoli jak i po polach rozpierzchłymi, i uradowani z tego zwycięstwa, nabrawszy sił i śmiałości, czekali na placu boju powrotu swych nieprzyjaciół, którzy się uganiali za Sasami. Wprawdzie kasztelanowi nakielskiemu i jego wojsku, wracającemu po rzezi, sprawionej przeciwnikom, doniesiono, że Wierzbięta razem z Domaratem oczekują jego przybycia na placu boju, jednakże on, mniemając, że rozproszył zupełnie hufce Domarata, śmiało naprzeciw niego kroczył i dopiero gdy zbliżywszy się ujrzał jego wojsko i poczuł, że w porównaniu z nim o wiele słabsze ma siły, przestraszył się i upadłszy na duchu, rzucił się do ucieczki, uważając odwrót, chociażby w nieładzie, za skuteczniejszy ratunek, niż wydanie bitwy.

Podczas jego ucieczki wojsko Domarata i Wierzbięty położyło trupem lub wzięło do niewoli bardzo wielu ziemian. Sam zaś Sędziwój, kasztelan nakielski, z małą tylko liczbą ludzi ledwo umknął do pewnej twierdzy Dzierżka Grocholi, kasztelana santockiego, zwanej Ostroróg, zamierzając w niej stawić czoło wrogom. We dworze czyli we wsi tej warowni było wzięto do niewoli bardzo wielu szlachetnych i zamożnych Polaków, którzy się nie mogli dostać do samej twierdzy, a będąc prawie bezbronnymi, nie byli w stanie wrogom się opierać.

Tam w Ostrorogu Domarat i Wierzbięta ze swem wojskiem przepędzili resztę dnia tego, zdobywając twierdzę, do której Świdwa ze swoimi ludźmi tak haniebnie uciekł; oblegali ją całą noc aż do rana i prawie cały dzień następny, ale ponieważ jej tak prędko zdobyć nie mogli, a przytem obawiali się nadejścia ziemian, o których myśleli, że są w Poznaniu, więc następnej nocy odeszli do miasta Oborników, weseląc się i tryumfując ze zwycięstwa.

Z tego miasta, począwszy od wtorku, który był dniem 17 miesiąca lutego, aż do dnia 8 miesiąca marca, wojsko Domarata czyniło bezustannie, po nieprzyjacielsku, grabieże, pożogi i łupiestwa po całej ziemi między Poznaniem, Bukiem, Wronkami a rzeką Wartą. Podobnież i inni pomocnicy Domarata ze wszystkich wyżej wspomnianych zamków i twierdz, szerzyli okropne spustoszenie po całej ziemi polskiej, jak gdyby chcieli ją swoją bezustanną grabieżą w niwecz obrócić.

W walce tej oba wojska wzywały imienia tego samego pana: bo i ziemianie zwoływali siebie imieniem Maryi, córki zmarłego króla Ludwika, a żony Zygmunta, margrabiego brandenburskiego, i Domarat ze swojem wojskiem również imienia tej pani wzywał. Jakaż więc była przyczyna tej wojny, kiedy wszyscy uznawali tego samego pana i w jego imieniu walczyli?

Oto, zdaje się, mówiąc prawdę, nie było innej, jak tylko nienawiść walczących, z dawna wzajemnie ku sobie powzięta, i zapalczywość w tej nienawiści i zazdrości, które do walki popychały. Niektórzy bowiem z ziemian nie chcieli mieć Domarata za starostę dla tego, że jego zawiści przypisywali unieważnienie elekcyi Dobrogosta na arcybiskupa gnieźnieńskiego i Mikołaja na biskupa poznańskiego, o czem było wyżej. To była główna przyczyna, dlaczego nie chcieli go mieć za starostę, ważniejsza zapewne od niesprawiedliwości, które miał często ziemianom wyrządzać. On zaś ze swojej strony uważał za wstyd dla siebie ugiąć się przed ich wolą; a z tego tylko ziemia polska podlegała, niestety, niczem prawie nie dającemu się wynagrodzić spustoszeniu.

Sędziwój Świdwa Szamotulski (1. poł. XIV w.-1403) pochodził z Dzwonowa, rozległe dobra szamotulskie przejął jako zięć jednego z dziedziców Szamotuł, podobnie jak on sam herbu Nałęcz. Początki jego kariery politycznej przypadły na czas panowania króla Ludwika Węgierskiego, któremu najprawdopodobniej oddał cenne usługi na pograniczu z Marchią Brandenburską. Po śmierci króla w 1382 r. stał się jednym z przywódców szlachty wielkopolskiej. Należał do najliczniejszego obozu, tzw. ziemian, stanowiących opozycję wobec starosty wielkopolskiego Domarata. Do znacznych urzędów Sędziwój doszedł za czasów Władysława Jagiełły: był kasztelanem gnieźnieńskim i wojewodą poznańskim.

Domarat z Pierzchna (Iwna) (zm. ok. 1400 r.) herbu Grzymała – starosta wielkopolski, kasztelan poznański, zwalczany przez część wielkopolskich możnych, w latach 1382-84 kierował działaniami zbrojnymi przeciw tej opozycji (tzw. wojna Grzymalitów z Nałęczami).

Janko z Czarnkowa (ok. 1320-1387) należał do drobnego rycerstwa z rodu Nałęczów, w trakcie kariery kościelnej i politycznej zdobył spory majątek. Najwyższe pełnione przez niego funkcje to podkanclerzy koronny (w kancelarii króla Kazimierza Wielkiego) oraz archidiakon gnieźnieński (zarządca diecezji). Jego kariera polityczna załamała się po śmierci Kazimierza Wielkiego, kiedy nie tylko nie poparł Andegawenów w staraniach o polski tron, a nawet wplątał się w spisek przeciwko nim. Skazany na banicję, na cztery lata musiał opuścić Polskę.  W latach 1377-1386 pisał kronikę. Rozpoczął ją od śmierci Władysława Łokietka, krótko opisał  czasy Kazimierza, a skupił się na wydarzeniach z lat 1370-1384, których był bezpośrednim świadkiem.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 15.02.2018 r.


Okolice, gdzie toczyły się walki. Jaka była wówczas pogoda, nie wiadomo…

Zdjęcia Andrzej Bednarski

Bitwa pod Szamotułami 13832025-08-28T16:37:40+02:00

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Koza, Głoguj i eksplozja

Obrazki z przeszłości, część 6.


Daromiła Wąsowska-Tomawska

KOZA, GŁOGUJ I EKSPLOZJA


Są późne lata czterdzieste XX wieku. Babcia Pelasia z domu Cicha z dziadkiem Franciszkiem przeprowadzają się. Mieszkają już sami. Ich jedyna córka – siostra Teodora,  Maria Gacka, czyli ciocia Mycha – żyje ze swoją rodziną w Krotoszynie. Tam prowadzi swój zakład fotograficzny.

Idziemy w odwiedziny do dziadków. Przechodzimy tory kolejowe relacji Poznań ‒ Szczecin. Minęliśmy aleję 1 Maja, idziemy dalej szosą w kierunku Ostroroga. W bliskiej odległości, po prawej stronie stoi samodzielny budynek, w którym na piętrze mieszkają dziadkowie. Z tyłu domu duże podwórze szczyci się wybudowanymi chlewikami. W jednym z nich babcia trzyma kozę. Jest okazała, z długimi niebezpiecznymi rogami. Zaczepna, goni po podwórku i, jak tylko może, stara się zaatakować. Być może zapamiętała, jak Bogusz, czyli Głoguj, ciągnął ją za „bumbulajdki”‒ tak mówimy. Są to z boku szyi dziwne ozdoby. Po jednej z każdej strony. Wyglądają jak żywe owłosione wiszące kolczyki. Nie wiem, jak babcia radzi sobie podczas dojenia. Mówi, że nieraz koza próbuje ją kopać. Mleko jednak nam smakuje. To chyba jedyne, co jest w tej kozie dobre.


al. 1 Maja, Zdjęcie Muzeum – Zamek Górków


Jak zwykle na okazałe wyjścia mam na głowie jak nie kokardę, to stroik. Brat uczesany jest w wymodelowanego loka. Mama jest specjalistką od tych dekoracji. Kładzie swój palec na włosach Głoguja i wokół niego grzebieniem układa fryzurę. On musi czekać cierpliwie, aż lok wyschnie.

Pierwsze kroki kierujemy w kierunku podwórza, gdyż z niego wchodzimy na klatkę schodową. Tego dnia koza biega po podwórku. Głoguj jest pierwszym, który chce się z nią przywitać. Oj, jest to gorące powitanie. Koza szybko wbija rogi pod jego krótkie spodenki i unosi do góry. Tak rusza z nim i jego krzykiem, oblatując podwórko. Rodzina goni za nimi, ile sił w nogach. Cała historia kończy się tylko wielkim strachem.

Po upływie jakiegoś czasu dochodzi do nas niepokojąca wiadomość. W kuchni jest już rozpalony piec. Robi się ciepło. Dziadkowie siedzą jeszcze w pokoju. Nagle potworny wybuch stawia ich na nogi. Prawdopodobnie odłamek dynamitu znalazł się w węglu. Przerażeni widzą kuchnię całą w sadzy. Okno z futryną wyleciało na podwórko, trafiając w … kozę. Nie przeżyła. Babcia nie ma już co doić, nie ma też mleka. Wkrótce potem dziadkowie przeprowadzają się do córki Mychy, do Krotoszyna. Szamotulski wilgotny klimat źle wpływa na pogarszającą się astmę dziadka. Tam dożyje 91 roku życia.

Więc już żadnej kozy, żadnego mleka?



Szamotuły, 13.02.2018

Pelagia (1879-1959) i Franciszek (1879-1970) Wąsowscy z synem Teodorem (1911-1967) i córką Marią (1912-2000), ok. 1918 r.


Pelagia i Franciszek Wąsowscy z synową Leontyną, okres II wojny


Daromiła Wąsowska-Tomawska

Urodzona w Szamotułach, absolwentka miejscowegoo liceum. Po ojcu – znanym szamotulskim dentyście – odziedziczyła zawód i zamiłowanie do muzyki klasycznej.

Mieszka w Pobiedziskach koło Poznania. Prezes i współzałożycielka Salonu Artystycznego im. Jackowskich. Poetka.

http://regionszamotulski.pl/daromila-wasowska-tomawska/

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Koza, Głoguj i eksplozja2025-01-04T11:52:48+01:00
Go to Top