Gwara gwarze nierówna. Uporządkowanie pojęć

Gwara szamotulska ‒ język ludowy (język przede wszystkim wsi) mieszkańców Ziemi Szamotulskiej, wchodzi w skład dialektu wielkopolskiego.

Gwara poznańska ‒ gwara regionalna Poznania, okolic i ‒ w różnych odmianach ‒ także Wielkopolski (więc także Szamotuł i innych miejscowości). Gwarą tą posługują się głównie osoby niewykształcone; dla osób wykształconych gwara (część jego słownictwa) jest odmianą nieoficjalną, potoczną, codzienną.

Słownictwo gwary poznańskiej wywodzi się z kilku źródeł: 1. są to słowa przejęte z dialektu (języka wsi), 2. zapożyczenia z języka niemieckiego, 3. archaizmy, czyli wyrazy dawne, w polszczyźnie ogólnej już zapomniane.

Słownictwo regionalne (regionalizmy) ‒ słowa używane w danym regionie powszechnie, także w języku osób wykształconych, np. skibka chleba, laczki, gwiazdor.


Gwara Ziemi Szamotulskiej

Gwary ludowe o wspólnych cechach, używane na pewnym większym obszarze, tworzą dialekty. Tradycyjny ludowy język występujący na terenie Ziemi Szamotulskiej należy do dialektu wielkopolskiego. Nie jest on jednolity, gdyż przez teren powiatu szamotulskiego przebiega granica między gwarami Wielkopolski środkowej i zachodniej.

Gwary funkcjonują inaczej niż język ogólny. Polszczyzna ogólna ma postać mówioną i pisaną, używana jest w całym kraju, uczy się jej w szkołach, stosuje w urzędach, kościołach i rozpowszechnia przez media. Gwary zaś mają charakter mówiony, występują na ograniczonym terenie i podlegają jedynie zwyczajowi, nie zaś normom poprawnościowym.

Dialekt wielkopolski − podobnie jak inne dialekty − od języka ogólnego różnią się wymową i słownictwem, czasem odmianą wyrazów (niektórymi końcówkami), rzadziej sposobem tworzenia nowych wyrazów (np. dla Wielkopolski charakterystyczne są zdrobnienia z przyrostkami –iszek /-yszek, -uszek, -aszek, typu robaszek, słonyszko) i budowania zdań.



Za główną cechę wymowy w dialekcie wielkopolskim uznaje się brak mazurzenia, czyli wymowę typu szyja, czas, żyto − w odróżnieniu od wymowy syja, cas, zyto, charakterystycznej np. dla dialektów małopolskiego i mazowieckiego. Pod tym względem zatem dialekt wielkopolski nie różni się od języka ogólnopolskiego. Kolejną wspólną cechą gwar wielkopolskich jest dźwięczna wymowa połączeń wyrazowych typu brad matki, nidz nie godoł; w innych dialektach (np. na Mazowszu) wymawia się w tych miejscach bezdźwięcznie: brat matki, nic nie godoł.

Dla dialektu wielkopolskiego charakterystyczna jest inna niż w języku ogólnopolskim wymowa niektórych samogłosek. Pierwsze zjawisko, o którym należy wspomnieć, to dyftongiczna wymowa samogłosek, czyli występowanie samogłoski z dodatkowym elementem głoskowym − chodzi tu o dodatkowe ł lub j. Przykładem takiej wymowy będzie tu łoknło (okno), głyra (góra), tráłwa (trawa), dobryj (dobry). O dużej częstotliwości gwarowej wymowy pierwszego typu świadczy regionalny dowcip: „Jakie znasz miejscowości na Ł.? Łobrzycko, Łostroróg, Łotorowo”. W wielu wyrazach a wymawia się jako o, e jako i lub y, np. downy (dawny), stoć (stać), powiado (powiada), brzyg (brzeg), śniyg / śnyg (śnieg). Jest to gwarowa wymowa tzw. samogłosek pochylonych; do XVI wieku były w tych słowach samogłoski długie, czyli o podwójnym czasie trwania. W miejscu ortograficznego ę wymawia się grupy głosek: yn, , ym, np. pynto (pęto), wszyndzie (wszędzie), a w miejscu ortograficznego ą grupy un, , um (óm) lub om: płorzundek (porządek), chodzóm (chodzą), widzom (widzą), każdom jednom (każdą jedną). Podobne zmiany w wymowie zachodzą przed spółgłoskami nosowymi m, n, ń: en > yn / in, em > ym / im, eń > yń / iń, on > ón, om > óm, oń > óń, na przykład dobrymu (dobremu), tyn (ten), dziń (dzień), zielóny (zielony), dóm (dom).

Gwary nie tylko tworzą własne słowa, ale także przechowują słownictwo, które w języku ogólnopolskim dawno wyszło już z użycia.

Przez kilkadziesiąt lat gwara, używana w sytuacjach niezwiązanych z folklorem, wydawała się czymś gorszym od polszczyzny ogólnej. Wiele słów z gwary odeszło w zapomnienie, oddziaływanie szkoły i mediów wpłynęło też na rzadsze występowanie niektórych cech regionalnej wymowy. Kilkanaście lat temu moda na gwarę wróciła; organizowane są konkursy znajomości wyrazów z tej odmiany języka czy na najlepsze wykonania tekstów gwarowych. Nie chodzi tu zatem o wzrost popularności używania gwary w celach komunikacji językowej. Można by powiedzieć, że znajomość gwary służy celom rozrywkowym. Ale to coś więcej. To radość przynależenia, uświadomienie sobie: jestem stąd, jestem Wielkopolaninem, jestem Szamotulaninem (czy raczej: Szamotulokiem).

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Tekst pochodzi z albumu Wesele szamotulskie, Szamotuły 2016 [wydawca Szamotulski Ośrodek Kultury].

Felietony o słowach z gwary poznańskiej,

publikowane na profilu Region szamotulski na Facebooku (Agnieszka Krygier-Łączkowska)

„Boże rany” ‒ jeśli je znacie, powinniście mieć je już dziś za sobą, bo to poranny zwyczaj wielkopiątkowy. Najdłużej przetrwał jako nieco żartobliwe smaganie witkami lub lekkie klapsy, wymierzane przez rodziców dzieciom zaraz po ich obudzeniu.

Jak podaje Słownik gwary miejskiej Poznania, często towarzyszyły temu rymowanki typu: „Na boże rany biją barany”, „Boże rany od deski do ściany” (inne przykłady użycia wyrażenia: „Ale żym dostoł mocne bożerany!”, „Zobaczysz, jakie ci matka da jutro bożerany!”).

Dawniej to gospodyni uderzała domowników rózgą, zaczynając od męża, a kończąc na najmłodszym dziecku. Z kolei chłopcy zakradali się rano do domów panien i bili je gałązkami po nogach. Zwykle tłumaczy się ten zwyczaj jako pozostałość magii związanej z wiarą w symboliczną moc gałązki jako rodzącego się życia. Kościół katolicki powiązał zwyczaj z męką Jezusa (biczowaniem).

My tak mamy. Churchlamy bez przerwy, dundle lecą z klubra (klibra) albo z kluki. Taka pora! Czasownik churchlać to – oczywiście – ‚kaszleć’, churchlanie oznacza ‚kaszel’. zwłaszcza uporczywy, męczący, dundle – ‚wydzielina z nosa, katar’, a kluber i kluka to nos.  Jest jeszcze churchlok, czyli ‚osoba często kaszląca, ogólnie wątła i słabego zdrowia’. Dundel może być też żartobliwym lub negatywnym określeniem dziecka, smarkacza.

Kluber i kluka też są nacechowane emocjonalnie, zazwyczaj ironiczno-żartobliwie. Mogą też pojawiać się w różnych związkach wyrazowych w miejscu ogólnopolskiego nosa: dostać w klukę (po kluce) – ‚zostać uderzonym w nos’, dostać po kluce – ‚dostać nauczkę’, mamrotać pod kluką – ‚mówić cicho, niewyraźnie’, wtykać (wetknąć) klukę w co – ‚zaglądać do czego, patrzeć na co’, a także: ‚interesować się czym, wtrącać się do nie swoich rzeczy, zajmować się cudzymi sprawami’, zadzierać klukę – ‚zadzierać nosa, wynosić się nad innych, być dumnym, zarozumiałym’.

Przykłady ze Słownika gwary miejskiej Poznania. Churchlać: „Churchla i churchla, już tego suchać nie można”, „Chebać mnie choróbsko bierze, bo mnie trzęsie, churcham, w piersiach mnie żgo”, „Ciyngiym churchlo, a wcionż te papierochy Poli”. Dundel: „No ty, gzubie chamański, jeszcze ci dundel pod klubrem dobrze nie uschnął”, „Zeńć mi z oczu luntrusie mówie bo jak cie rne w kalafe to ci dundle z klubra poletom”. Kluber: „Mom własnymi oczami patrzeć, jak sobie gzuby kalafy tłuką abo jak im juszka z klubrów ćknie?”, „Stary papudrok z czerwónym klubrem niech se kalafe wypapro pudrem”. Kluka: „Naprawdę nie obawiasz się, że pewnego dnia ktoś bardziej niecierpliwy przytnie ci tę twoją wścibską klukę?”, „To my więc dmuchali a pustowali w te mikrofonowe trąby, że aż ten mech zielony, co to w nich od plucia rósł, kłakami swymi po klukach nas myrdoł”; „Mietas dostał od Sylwaja po kluce”, „Za bardzo ryzykował, no i dostał po kluce”, „Łojciec cosik mamrotał pod kluką”, „Frącka ucupła się na ryczce kole nas, też wetkła klukę wew aparat i heklowała zez pamięci”, „Zamachła mi kartkami przed klukom i obróciła sie na drugi bok… Jo tam nie byde kluki wtykać w obskie sprawy”.

I jak tam w Waszych ogródkach: wszystkie chwasty porządnie, po poznańsku, wydziabane? Sezon prac ogrodowych w pełni, więc napiszemy o dwóch słowach z gwary poznańskiej: o haczce i dziabce. Ogólnopolska nazwa tego jednego z najstarszych znanych narzędzi, służącego do spulchniania ziemi, wyrywania chwastów i okopywania (np. buraków), to  motyka lub graczka.

U nas czasem niektórzy odróżniają dziabkę od haczki, tym pierwszym słowem określając narzędzie krótsze. Haczka pochodzi z niemieckiego die Hacke. Mamy też czasowniki określające czynności wykonywane za pomocą tych narzędzi: dziabać (odziabać, wydziabać) i hakać (ohakać, wyhakać). W języku ogólnopolskim występuje związek wyrazowy porywać się (iść) z motyką na słońce (podejmować się działań niemożliwych do wykonania), my ‒ Wielkopolanie ‒ jednak jesteśmy rozsądni i nikt „z dziabką na klarę” nie rusza.

I jeszcze przykłady ze Słownika gwary miejskiej Poznania: „Chwycił dziabkę z komórki i jak zaczął dziabać…, całą działke w godzine obrobił”; „Grzebał przy gospodarskim sprzęcie albo szedł w pole z haczką przecinać buraki„; „Odziabać by je trzeba, ale haczka zrobiła się ciężka”; „Podziab tak sobie haczkóm ze cztyry godziny, to zobaczysz, czy nie bydóm cie plecy bolały”.

Początek wakacji, czyli taki drugi (nieformalny) dzień dziecka. 🙂 Z tej okazji zebraliśmy różne wyrazy określające dzieci, które występują w gwarze poznańskiej.

Pierwszy jest gzub – po prostu dziecko, pieszczotliwie gzubek. Chłopiec to szczun, zdrobniale szczunek. Jest też słowo gzik, oznaczające nie tylko potrawę, ale także chłopaka – to słowo podkreśla niedojrzałość, „szczeniactwo”. Dużo rzadziej używa się słowa szaranek (mały chłopiec). Ten ostatni wyraz przywołał Juliusz Kubel w swoim przekładzie na gwarę Małego Księcia: Książę szaranek.

Dalej mamy słowa, które w swoim znaczeniu zawierają negatywną ocenę zachowania dziecka, czyli że – mówiąc po poznańsku – dzieci te są nicpote (niegrzeczne czy nieposłuszne). Tych różnych dziecięcych łobuziaków nazywają słowa żgajek czy rojber. W gwarze poznańskiej jest też dużo określeń całkiem dorosłych chuliganów, ale o tym innym razem.

Można też nazywać dziecko(a czasem także osobę dorosłą), podkreślając jego niewielki wzrost. Tu mamy maludę, kakaluda (kakaludka), knajdra (knajtra) i pyrdę (o dziewczynkach).

Oczywiście, każde z tych gwarowych słów używane jest w sytuacjach nieoficjalnych i możemy je nasycać różnymi emocjami: od gniewu, przez lekceważenie, żart, do czułości, a także odwracać znaczenia (np. maludą nazywając mocno wyrośniętego nastolatka).

A tak w ogóle, to chciałoby się, żeby chociaż w wakacje dzisiejsze dzieci i nastolatki trochę więcej rojbrowały na świeżym powietrzu, chodziły z wiarą z okolicy po chęchach, a nie tylko siedziały z nosem w telefonie czy przy komputerze.

I na koniec trochę cytatów ze Słownika gwary miejskiej Poznania. Gzub: „Ale gzuby, żołniyrze, szczuny i juchty krzyczeli jak na meczu”; „Okno jak szyroko roztwarte, a gzuba ni ma”; „Jo byłem wtedy małym gzubem i miołem staraszne fefry”; „Chodzili my tam zez innymi gzubami szpycować bez sztachyty, jak se wiara żyje, nie?”; „Czekej, gzubie, Bozia cie pokoro”. Sczun: „Co zaś sobie ale wasz szczun myśli”; „Ty szczunie marny, komu w mordę, co?”. Gzik: „Co zaś sobie ale wasz szczun myśli”; „Ty szczunie marny, komu w mordę, co?”. Szaranek: „Obok mnie lata wte i wewte mamusia zez trzema szarankami”. Żgajek: „Żgajki z bloków co noc sie wypuszczajóm na okradanie naszych działek”; „Niemożliwy żgajek: fifa mo do wszyskiygu, ale już nojbarzy do samochodów, no i do bijatyki”. Rojber: „Wracałem wieczorem do domu posiniaczony, unikając wzroku ojca, bo by jeszcze spuścił mi lanie, że zadaję się z rojbrami”; „On zawsze wywijał, taki rojber mały”. Maluda: „Weź pani syrek dla ty maludy”; „Takie maludy są rychtyk do żdżarcia, ale weźma tych podrostków, co szkołe kończą, to aż strach”. Kakalud: „Taki kakalud, a ty się go boisz?”; Knajder: „Pamiętam wesele (byłem wtedy jeszcze małym knajdrem) córki starego Handschuha”. „Jako knajder tutaj poznałem moich rowieśników, nauczyłem się z nimi bawić”. Pyrda: „Tako pyrda, a tako móndralińsko!”

Jupa (jupka), jaka (jaczka), katana (katanka) – już się bez nich nie obejdziemy, zrobiło się zimno! Słowa te mają znaczenie zbliżone, nazywają wierzchnie okrycie: kurtkę, ewentualnie marynarkę. Jupa i jaka są starymi zapożyczeniami z języka niemieckiego (die Joppe i die Jacke), katana przywędrowała do polszczyzny aż z języka węgierskiego, oznaczała kurtkę wojskową do kolan (katona  to po węgiersku ‘żołnierz’).

Słowa jaczka w gwarze poznańskiej używa się czasem także w odniesieniu do kaftanika niemowlęcego lub podkoszulka z długimi rękawami (dodatkowej warstwy ciepłej bielizny).  Jaczka i katana przetrwały jako nazwy elementów stroju ludowego. W stroju szamotulskim jaczka to czerwona marynarka z czerwonego sukna noszona przez mężczyzn i ciemny żakiet mężatek, a katana to sięgający prawie do kostek wierzchni strój gospodarzy, zakładany dodatkowo na jakę i kaftan! W tegoroczne niezwykle upalne Boże Ciało z podziwem patrzyliśmy na tak ubranych mężczyzn z Zespołu Folklorystycznego „Szamotuły” . Jak oni wytrzymali w tym stroju?!

Wyraz katana w gwarze poznańskiej używany jest żartobliwie także w znaczeniu ‘kac’, a sprawić sobie katanę to ‘upić się’.  Nie polecamy jednak takiego „zabezpieczenia się” przed chłodem, bo alkohol rozgrzewa tylko na chwilę. W chłodne dni katana musi być prawdziwa, z rękawami!

Na koniec przeczytajmy wybrane przykłady ze Słownika gwary miejskiej Poznania. Jupa: „Zimą chodził w granatowej sukiennej jupie”; „Obleczuny był w dychtownom jupe i akuratnie odszytom kryme”; „Choć w giyrach gzik mam, w porach galare i zdalasiałym jezdym już śrupem, zawdzieje dzisiaj nobliwom jupe”; „Stefanowi przed maturóm jeszcze jupe szyłam z „kolejowego” od dziadzi”. Jaka, jaczka: „Właśnie przesiodoł sie na Kaponierze, jak poczuł nagle, że go któś ciągnie za jaczke”; „Ja choćbym do Was jechała, to nie mam w czym. Nie mam porządnej jaczki, trzewiki też mam kiepskie, jak żebrak nie mogę jechać”; „Siedli do czołna, wuja seblykł jaczke i położył ją na łónie tej istnej”. Katana: „Ale gdzie mosz iść w takich porach i katanie”; „broł katane i glazejki i jak kejter wioł z antrejki”; „Rozkładała na rynku w dni targowe swój tobół na płachcie, wprost na ziemi: kropiaste katany, pasiaste spódnice, kwieciste bluzki”; „Na środyszku stoi drobka zez przewieszonom katanom uślabranom cołkom”.

Jakie znaczenie ma dla Was to słowo? Czy kejter to dla Was każdy pies, czy raczej tylko podwórzowy, mieszaniec?

Nasz regionalny kejter pochodzi z niemieckiego der Köter. Jak podaje Słownik gwary miejskiej Poznania, kejter to nie tylko pies, kundel (np. „Ciotke coś tkło, wzięła kejtra na sznurek i pojechała do fabryki”. „Dwadzieścia kociambrów wećpionych na roz z kejtrami do blaszanny kisty nie zrobiłoby takiego hałasu”), ale także człowiek niegodziwy („Spostrzegłam w jego oczach jakiś krótki błysk. Ech, myślę, na pewno mi się przywidziało, przecie nie wszyscy są kejtrami”), rzadziej dziecko („A z tyłu w samochodzie siedział jej mały kejter w takim specjalnym krzesełeczku”) i mężczyzna o nadmiernym popędzie seksualnym.

Klara daje!

Klara daje – czyli w gwarze poznańskiej ‘ostro świeci słońce’. Słowo klara w tym znaczeniu pochodzi z niemieckiego (klar – ‘jasny, przejrzysty, wyraźny’), występuje w Wielkopolsce i na Śląsku. Upał – wiadomo – może zmęczyć. W gwarze poznańskiej ‚zmęczyć’ to skataić, znorać i stetrać, czyli jesteśmy skatanieni, znorani i  stetrani. Dwa ostatnie słowa występują jeszcze w innych znaczeniach. Wspólne jest dla nich: ‘ubrudzić’, ‘upaprać’, ‘utytłać’. Stetrać ma jeszcze dodatkowe znaczenie: ‘zrobić coś niestarannie’ lub (rzadziej) po prostu coś ‘zrobić’ („Aleś tyż stetrał te robote, niech cie”, „Ledwo tyn łobiod sterała, tak sie kiepsko czuła”).

Zwóćmy jeszcze uwagę na szyk, czyli kolejność wyrazów w zdaniu „Klara ale daje”. W gwarze poznańskiej – pod wpływem języka niemieckiego – ten występujący w funkcji wzmocnienia emocjonalnego wyraz ale z początku wypowiedzenia przesuwa się do środka (jak w niemieckim aber), czyli „Klara ale daje” lub „Ale klara daje” (podobnie, na przykład, „Ty no ale jesteś” zamiast „Ale ty jesteś”).

Na koniec przykłady za Słownika gwary miejskiej Poznania. Skataić się: „Wuja wynosił do wylewu ze trzydzieści wymborków wody, skataił sie jak mysz, że ledwie dychał”; „Skataiła sie jak nie wiem co, bo oż z drugiegó kóńca miasta przyleciała po nogach”.  Znorać, znorany: „Schodzili z boiska po meczu nie tylko brudni, ale i okropnie znorani; ledwo trzymali sie na nogach”. Stetrany: „Dej mu pospać, taki przyszed stetrany od ty roboty”; „Ale jezdym stetrany!”

Kluka i kluber (kliber) to w gwarze poznańskiej – oczywiście – nos. Wyraz „kluka” dawne słowniki języka polskiego (ogólnopolskiego) odnotowywały w znaczeniu hak (Słownik Lindego – 1808) lub podawały oba znaczenia: hak i „nos wielki i niezgrabny” (Słownik wileński – 1861). Kluka i kluber są wyrazami nacechowanymi emocjonalnie – tak mówi się o nosie nieco ironicznie, żartobliwie lub z niechęcią. W gwarze poznańskiej zastępują nos w różnych związkach frazeologicznych. Jeśli ktoś mówi niewyraźnie i cicho, to „mamrocze pod kluką”. Patrzeć na coś, zaglądać do czegoś to: „wtykać (wetknąć) w coś klukę”. Gorzej, gdy ktoś „wtyka w coś klukę”, czyli wtrąca się w nie swoje sprawy lub „zadziera klukę”, czyli wynosi się nad innych, jest zarozumiały. Takie zachowanie nie spodoba się otoczeniu i można wówczas: „dostać w klukę” („po kluce”), czyli zostać uderzonym w nos. „Dostać po kluce” – to także nie tylko doznać uszczerbku fizycznego, ale także otrzymać życiową lekcję, czyli dostać nauczkę.

Oto kilka przykładów ze Słownika gwary miejskiej Poznania. Kluka: „Mało to razy na jarmarkach i na odpustach zgolołeś mi sprzed kluki?”, „Zobacz, jakom ma zadartom kluke”, „Szczun był najstarszy i mioł już pod kluką dycht wyraźne pipcie”. Kluber: „No ty, gzubie chamański, jeszcze ci dundel pod klubrem dobrze nie uschnął, a będziesz sie ćpoł naprzeciwko starszej osoby”, „Stary papudrok z czerwónym klubrem niech se kalafe wypapro pudrem”, „zdalasiały ginol zez włosami ochrympanymi tympym knypym i zez agrafkom w klubrze”, „Masz kliber czerwony jak u pijaka”.

Wrzesień – nadchodzi jego czas! Korbol (rzadziej korbal) – tak nazywa się dynię w Wielkopolsce i na Pałukach (region kulturowy w okolicach Żnina, Kcyni i Szubina).

Słowo to jest pochodzi od niemieckiego (der) Kürbis. Korbol może oznaczać także duży brzuch (również ciążowy) – wtedy ma nacechowanie pogardliwe lub żartobliwie, ewentualnie nieproporcjonalnie dużą głowę. Dynia po latach przerwy stała się modna jako warzywo zdrowe, stanowiące podstawę lub dodadek do bardzo różnych potraw, m.in. sałatek, gulaszu, ciast. Tradycyjnie w Wielkopolsce z korbola robiło się zupę („korbolową” z kluseczkami), kompot, zaprawy w słoikach na zimę (wtedy jako dodatek do obiadu), czasem placuszki (trochę jak plyndze); zawsze jadano też pestki. W ostatnich dziesięcioleciach pojawiły się dynie ozdobne lub ozdoby z dyni zwykłej, część jest wykonywana w zwiążku z nowymi obyczajami, które od lat 90. przedostają  się do nas z amerykańskiej kultury popularnej.

Na koniec przykłady ze Słownika gwary miejskiej Poznania. Warzywo: „A już ciotka wniesła kómpot z korbola i ze świętojanek, wtedy narzeczony Antolek zadzwonił w kielich i mioł dłuższe przemówienie”; „Motecka kompotu z korbola słoik otworzyła”; „Ty możesz nojwyży korbole pod górke kulać”; „Weź ze sobą kuszke i przynieś mi z jednygu korbola na kumpot!”; „Dosyp faryny do kumpotu zez korbola, bo mało słodki”; „Najbarzy my lubieli za dziecioka kulanki z korbolym i nagie kluski”. Brzuch: „Tyn Marych, tyn to mo korbol!”; „W kwietniu sie Zdzichu urodził, to w marcu już z takim korbolem na ślubie Zochy byłam”.

Ślizgać się  jako ligać się oraz ligawa i ligawica – ślizgawka występowały dawniej w języku polskim ogólnym, notują je jeszcze słowniki z początku XX w. Ligawica znaczyło też tyle co trzęsawisko, teren podmokły, ligawy – ślizgawki powstawały zatem po zamarznięciu terenów podmokłych, np. wokół rzek. W gwarze poznańskiej przetrwał dłużej niż w innych regionach, czyli mamy tu do czynienia z sytuacją występowania w gwarze archaizmu – wyrazu w polszczyźnie ogólnej już zapomnianego.

„Parkiet jak ligawa. Można nogi połamać”; „Na Grolmanie była fest ligawa”; „Weź ino łyżwy i chodź, idymy sie ligać na Rusałce” – to przykłady ze Słownika gwary miejskiej Poznania.

Inne pochodzenie mają glazejka (ślizgawka) i glazejki (używa się zwykle w liczbie mnogiej) – skórzane rękawiczki (rękawiczki ze skóry glansowanej, czyli polerowanej). Wyrazy te są tak zwanymi późnymi zapożyczeniami z niemieckiego, do gwary poznańskiej przeszły w czasach zaborów. Oczywiście, w glazejkach można było też iść na glazejkę. Co wspólnego – od strony językowej – ma ślizgawka ze skórzanymi rękawiczkami? Gładkość i połysk, podobnie jak w słowie glaca – łysina, głowa z łysiną, które jest kolejnym germanizmem w gwarze poznańskiej.

Wyrazy glazejka i glazejki w przykładach ze Słownika gwary miejskiej Poznania:  „Broł katane i glazejki i jak kejter wioł z ant rejki”; „Wuja ubroł sie w najeleganściejsze ubranko, wziął lakiery, jelónkowe glazejki”; „Frącka wew pelisie i glazejkach na pazurach, bo się bojała, żeby jej się blazy w podróży nie porobiły”.

Kwitną teraz pięknie. No właśnie: bratki czy macoszki ‒ jak mówicie?

To kolejny wyraz z gwary poznańskiej, który swój początek bierze w języku niemieckim. Tym razem nie jest to jednak przyjęcie słowa w formie takiej jak w niemieckim (lub do niej zbliżonej), lecz swego rodzaju „przetłumaczenie”, odwzorowanie tego, co funkcjonuje w tym języku. Kwiatek ten w języku niemieckim nazywany jest die Stiefmütterchen, co jest pieszczotliwym określeniem macochy.

Oto przykłady ze Słownika gwary miejskiej Poznania: „Bratki, nazywane w Poznaniu macoszkami, sadzą miejscy ogrodnicy w wielkich donicach, rozstawionych na placach i ulicach”, „Zasadziliśmy macoszki w ogródku”, „Dostałam dziś od Jurka śliczny bukiecik macoszek”.

Co może być nazwane ogiglem (łogiglem) lub ogiglokiem?

Ogigle to przede wszystkim gałęzie lub łodygi – gołe (pozbawione liści) lub przywiędłe, zasuszone (np. kwiaty w wazonie). Ważny jest tu kształt: ogiglem będzie coś długiego i cienkiego. Znaczenie słowa zawiera negatywną ocenę:  ogiegle nam się po prostu nie podobają. Ogiglem będzie choinka, którą trzeba już rozebrać, bo zgubiła większość igieł, tego samego słowa można jednak użyć do świeżej, ale niezbyt gęstej choinki, która nam się nie podoba. Ogiglem nazwać też można osobę zbyt chudą i raczej wysoką. Bo jeśli ktoś jest chudy, mizerny i niski, to już nie ogigiel, to październik!

Na koniec tradycyjnie kilka przykładów ze Słownika gwary miejskiej Poznania: „Rozbieramy choinkę, bo już prawie wszystkie igły opadły”, „Nie lubie jak takie ogigle sterczą”, „Takie ogigle w tym wazonie stoją, że aż wstyd”, „To mo być kupny kwiat, taki łogigiel?”, „Już w ogrodzie same łogigle jesiyń za pasym”, „Wygląda jak ogigiel po ty chorobie”; „Łe dy, taki tam październik, słabota, to nie chłop”, „Te dwa październiki to wszystko zjadły?”

Zdjęcie http://fotoforum.gazeta.pl/photo/4/qj/gf/gba0/JOO4Fz8bTu4zj0LiKX.jpg

Kiedyś w takich obrzympanych (wystrzępionych, obszarpanych) spodniach z japami (dziurami) byłoby się nazwanym pogardliwie nadrachem, czyli obdartusem, niedbaluchem. Przeciwieństwem nadracha jest ktoś, kto umie się lajsnąć – jak żartobliwie lub ironicznie w gwarze poznańskiej określa się osoby, które wystroiły się, ubrały się szczególnie elegancko.

I do czego doszło w ostatnich latach?  „Obrzympane pory” są bardzo modne i można wyobrazić sobie sytuację, że ktoś powiedziałby o tak ubranej osobie: „Ale się lajsła”.  Kiedyś natychmiast trafiłyby na śmietnik, dziś często są … bardzo drogie, nawet kiedy dziur jest więcej niż tkaniny, i nie każdego młodego człowieka na nie stać. Dlatego odpowiednie okazuje się tu słowo znów lajsnąć ‒ tym razem jako zafundować, sprawić sobie (kupić). Ale nasze babcie chyba by się załamały. 🙁

Przykłady ze „Słownika gwary miejskiej Poznania”. Nadrach: „Jak nóm Hiyrek na luntrusa i nadracha wyrośnie, to nie będzie moja wina”; „Łazisz jak nadrach. Te pory obrzympane, wej”. Lajsnąć się: „Jak się lajsłam w wiśniowy płaszcz…”; „Szkoda, że nie widziałaś Heli, jak sie lajsła w nowy płaszcz”. Lajsnąć: „Tak zawracał mi gitare, że mu lajsłam kluft na miarę”; „Baby w chacie jej zazdroszczą, pleprają, że to dla studentów sie wypicła, no bo do takiej nowomodnej fryzury musiała sobie lajsnąć nową suknię”; „Musze sobie lajsnąć coś nowego”; „Załóż zegarek, co ci wuja Józwa lajsnął na imieniny”. Japa: „Wstaniesz mi z tych kolan! Te japy tylko bez przerwy cerować”; „Jak przychodzi z podwórza to tylko patrze, gdzie znowu japa w portkach”.

Obuwie o drewnianym spodzie, drewniaki – czyli w Wielkopolsce okulaki (okuloki), pioruny (pieruny)i kujony (kujuny).

Czasem moda na drewniaki wraca, ale samo słowo okulaki pojawia się współcześnie przede wszystkim w odniesieniu do obuwia roboczego, głównie dla osób pracujących na gorącej nawierzchni (asfalciarzy, hutników), drewniana podeszwa dobrze izoluje od gorącej nawierzchni. Wcześniej było to obuwie robocze w wielu zakładach pracy. W Poznaniu „okulaki” kojarzą się też z wydarzeniami 28 czerwca 1956 r., w różnych relacjach z tego dnia wspomina się dźwięk uderzeń o bruk drewniaków idących przez miasto robotników. Jeszcze wcześniej było to także obuwie zimowe, właśnie ze względu na wspomniane właściwości izolujące stopę od podłoża. Do takiego obuwia zakładało się po prostu bardzo grube skarpety z prawdziwej wełny. No i wspaniale można się było na nich ślizgać! Skórzana część buta czasem służyła długie lata, wielokrotnie była na nowo podzelowywana drewnianą podeszwą. Czasami używano tych słów także z pogardą, w odniesieniu do butów niewygodnych czy niezgrabnych.

Na koniec przykłady ze Słownika gwary miejskiej Poznania:  „Przypomniałem sobie teraz wyraz jego oczu, gdy zdejmując po pracy okulaki patrzał na błoto, które opadało z nich dużymi, tłustymi kawałkami”; „Wydawały podobny dźwięk jak okulaki ojca”; „Pan Tomasz ma na pewno na myśli te straszne okulaki, jakie dostajemy z przydziału”; „A pamiyntom, jak do miasta w okulokach przyszed, a teroz tak se wlewo”; „A kilkoro wybrańców nosiło pieruny”; „Jak tak dalej pójdzie, to ludzie będą na ulicy w laczkach chodzić, albo poodnajdują dziadkowe pieruny”; „Weź mi te kujóny, dopiyro co posprzóntałam”; „Jery, takie kujony i pięć tysięcy?”.

Zdjęcie z „Jarmarku Szamotulskiego” – Marta Szymankiewicz.

Plyndze (plendze, plindze) to w Wielkopolsce placki ziemniaczane, ale nie tylko…

Słowo pochodzi od niemieckiego rzeczownika die Plinse, czyli naleśnik, racuszek, placek ziemniaczany. Od 2009 r. plyndze wpisane są na listę produktów tradycyjnych województwa wielkopolskiego (można ją znaleźć na stronie Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi). Słowo plyndz występuje również w różnych powiedzeniach: leżeć jak plyndz na patelni ‒ o sytuacji bez wyjścia, Masz babo plyndz ‒ masz babo placek, plyndz z tego ‒ nic z tego, no to plyndz ‒ stało się! Jest jeszcze jedno znaczenie: publiczne miejsce do tańczenia pod gołym niebem. To właśnie znaczenie pojawia się w nazwie wydarzenia organizowanego w Szamotułach od 2017 r.: „Tańczymy na plyndzu”, na które składa się uczenie się regionalnego układu tanecznego i wspólne wykonanie tańca.

Na liście ministerstwa można znaleźć taki opis plyndzów 🙂 : wygląd – płaskie placki, kształt – okrągły lub owalny, rozmiar – dowolny, barwa – złotobrązowa, konsystencja – stała, w dotyku tłuste, smak – zapach i smak pieczonych ziemniaków, przy dodaniu cebuli – smak pieczonej cebuli. I dalej: „Plyndze przygotowuje się z utartych surowych ziemniaków. Z tak powstałej miazgi można odsączyć wodę lub ją pozostawić. Następnie dodajemy mąkę i wbijamy jajko. Masę nakłada się na patelnię łyżką i smaży na oleju. Uważa się, że smażone na innym tłuszczu tracą smak. Można je podawać na słodko: z cukrem i śmietaną bądź z samą konfiturą lub też lekko posolone. W powiatach, które kiedyś należały do zaboru rosyjskiego, jadają plyndze z przesmażoną cebulą. Wówczas do utartych ziemniaków dodajemy posiekaną cebulę, uprzednio uduszoną w smalcu”.

I jeszcze kilka przykładów ze Słownika gwary miejskiej Poznania: „A ciotka? Zjadła u babusi pore plyndzów, napiła sie kawy i wyszła z babusią na drobny spacerek”; „Pewnieś głodna powiedziała babcia zaraz będą plyndze”; „Gdy matka miała czas, to robiła nam kluski z kapustą, piekła plindze, gotowała kalarepę z kartoflami”; „Kartofle jadano pod różnymi postaciami, z sosem ze słoniny i cebuli, z mlekiem, maślanką, śledziem, pieprzem, smażone, robiono z nich placki zwane plendzami, kluski itp.”

Zdjęcie archiwalne – Coolturalne Obrzycko

Dziś podkoziołek, czyli ostatni dzień karnawału oraz zabawa odbywająca się tego dnia. W innych regionach to ostatki, śledzik lub zapustny wtorek. Skąd to słowo? Nazwa pochodzi od kozła, symbolizującego seksualność oraz siły witalne.

W czasie zabawy odbywającej się tego dnia na stole stawiano właśnie figurkę kozła, a przed nią ustawiano miskę na pieniądze, z których opłacano imprezę. Pieniądze wrzucali tam ci, którym w okresie karnawału nie udało się znaleźć przyszłego męża lub żony – była to jedyna metoda, aby wykupić się od drwin współbiesiadników.

Zabawa trwała do północy, bo po tej godzinie zaczynał się już Wielki Post. O północy do sali wkraczał mężczyzna przebrany za kozła, rozsypywał po podłodze popiół i kazał kończyć zabawę. Bardziej opornych gości wyrzucał z sali, uderzając ich śledziem, którego nosił za pasem.

Tyle wyjaśnień etnograficzno-językowych. My życzymy dobrej zabawy i smacznych faworków (to też wielkopolska nazwa!), czyli chruścików.

Jak mówicie częściej: pyry, pyrki, ziemniaki czy kartofle?

Chociaż historia samych pyr czy pyrek, czyli ziemniaków, jest dość dobrze znana, nie do końca wiadomo, skąd to słowo wzięło się w gwarze wielkopolskiej. Najczęściej wiąże się wyraz pyra (inaczej perka) z nazwą kraju, skąd pochodzą ziemniaki ‒ Peru. Niektórzy próbowali kojarzyć słowo perka z przymiotnikiem perkaty, ale ten ostatni występował w języku polskim, zanim jeszcze w Polsce pojawiły się ziemniaki. A jest to przecież nie tylko słowo-symbol gwary wielkopolskiej, ale także znak naszej tożsamości. Bo kim jesteśmy? Poznańskimi pyrami! O Poznaniu lub Wielkopolsce w ostatnim czasie mówi się jako o Pyrlandii. W Poznaniu w 2007 r. stanął nawet pomnik Poznańskiej Pyry ‒ park Jana Pawła II na Łęgach Dębińskich.

I jeszcze kilka przykładów ze Słownika gwary miejskiej Poznania: „Winc mrozu po trzydzieści i siedem krysek, pyry w kopcach pomarznięte, mendel jajków 10 złotych”, „Przysłowiowe pyry z solą i suchy chleb z wodą były ostatecznością, do której nikt nie chciał się dać zepchnąć”, „Jak zaś potem na zimę nie miał pyrów, to se ino jechał do bambra”, „Parskają pyry, skwierczy słonina, przyniesiony na gzikę twaróg bieleje w misce”, „Trzebno mieć bebech jak miech z pyrami, żeby sie kielczyć do kupy z wami!”, „Na łobiod odsmażano karmonada, pyry zez sosym”, „Słychać głośne okrzyki: Jak jedziesz, idioto? Ludzi wieziesz, a nie worki z pyrami!”, „Pery nie opłukane, gorzej niż do świń”.

Tych, którzy jeszcze nie zapoznali się z tekstem o potrawach z pyrą w roli głównej, zapraszamy do lektury http://regionszamotulski.pl/wielkopolskie-smaki-dziecinstwa/ (autorką tekstu jest Irena Kuczyńska).

W gwarze poznańskiej skład i sklep mają inne znaczenie niż w języku ogólnym.

W Wielkopolsce „do składu” chodzi się (a może chodziło, bo wyraz w tym znaczeniu wychodzi z użycia) „po sprawunki”, czyli zakupy. „Do sklepu” – po przechowywane tam mniej potrzebne przedmioty, po domowe przetwory, opał, przechowywane tam (też chyba coraz rzadziej) ziemniaki. Bo skład to u nas ‘sklep”, a sklep to ‘piwnica’.

Dlaczego tak? Otóż w tym wypadku Wielkopolanie, choć sami uważają się za nowoczesnych, są konserwatystami, a mówiąc ściślej – konserwatystami językowymi. W gwarze poznańskiej zachowały się dawne znaczenia wyrazów. Skład miał kiedyś szersze znaczenie niż dziś, wśród różnych znaczeń było też ‘pomieszczenie, w którym prowadzony jest handel’ (nie tylko jako miejsce przechowywania, składowania towarów, magazyn). Podobnie wyraz sklep – oznaczał kiedyś ‘pomieszczenie ze sklepieniem, znajdujące się zwykle w części podziemnej budowli; loch, kryptę, piwnicę’. Choć od XVII w. słowo sklep miało też dzisiejsze znaczenie ‘pomieszczenie do sprzedaży towarów’, w Wielkopolsce dużo częściej mówiono o „składach”, „kramach” czy „magazynach”.

A piwnica? Budowa słowa wskazuje na związek z przechowywaniem tam piwa, ewentualnie innych napojów. Bo piwo słowotwórczo to ‚to, co się pije’, czyli po prostu napój (jak tworzywo – to, za pomocą się tworzy, spoiwo – to, co służy do spajania). Ponieważ takie chłodne miejsca nadające się do przechowywania napojów i innych produktów spożywczych, znajdowały się zwykle (zwłaszcza w miastach) pod budynkami, słowem piwnica zaczęto określać pomieszczenia w podziemnej części budynków. Ale w Wielkopolsce długo utrzymywało się w tym znaczeniu dawne sklep.

Na koniec podajemy przykłady ze Słownika gwary miejskiej Poznania. Skład: „Piszczały przestraszone kupcowe zamykając składy na wszystkie spusty”, „Bo też najlepiej czuła się Agata właśnie przy straganach i w składach pełnych towaru”, „Ale stanąłem na przodku przy motorowej, żeby dobrze patrzeć, bo jakby czasem bimba z szyn wyhycła albo my wjachali w jaką laterne lub w skład ze szkarupami, żeby zaro pierwszy wyhycnąć”, „W jakim składzie kupił pón taki ładny sznur do bielizny?”, „Na narożniku naszego domu był skład kolonialny”, „W tym składzie można było kupić wszystko: pieczywo, nabiał, wędliny”. Sklep: „Po węgle i pyrki szło się z wemborkiem do sklepu, bo nazwa piwnica jeszcze wówczas nie była używana”, „Raz też posłała mnie po bulwy do sklepu. Przesiedziałem więc w piwnicy ponad godzinę i nic nie znalazłem”, „Ady zwiążemy chamana, jak będzie sieknięty, a potem możemy go trzymać u mnie wew sklepie”, „Zajdź po węgle do sklepu!”, „Ze sklepu Stachu szlauch wycióngnie, a kurek na podwórzu jest”.

Szneka z glancem (lub glancym) to wyrażenie z gwary poznańskiej niemal tak samo popularne jak zdanie „W antrejce na ryczce stoją pyrki w tytce”.

Szneka to okrągła drożdżówka, ale tylko taka zrobiona w charakterystyczny sposób, bo zawijana spiralnie. To tłumaczy jej nazwę, bo Schnecke to po niemiecku ślimak. Glanc (albo glans) to w języku potocznym, nie tylko w Wielkopolsce, połysk, blask – słowo to także pochodzi z języka niemieckiego (Glanz); mamy też czasowniki glancować/glansować, czyli polerować, nadawać powierzchni przedmiotów połysk. W gwarze poznańskiej glanc oznacza również lukier. Najpopularniejsze u nas szneki mają jeszcze kruszankę – ta forma też typowa jest dla gwary poznańskiej. Trzeba by jeszcze przypomnieć tu jedno słowo z gwary poznańskiej, rzadziej dziś używane: młodzie, czyli drożdże, stąd „rosnąć jak na młodziach” (rosnąć jak na drożdżach – rosnąć bardzo szybko) i żartobliwe powiedzenie: „O co chodzi? O paczkę młodzi!”.

Przykłady ze Słownika gwary miejskiej Poznania. Szneka: „Jej specjalnością były szneki i dobre cukierki”, „Po co mi dajesz, kupię sobie szneki”. Szneka z glancem : „Moja pani teroz to szneki z glancem coraz mniejsze, a coroz droższe”, „Na smakowicie pachnącą sznekę z glancem zaciągał mnie tatko do cukierni Knasta”, „Jak ide do kawiarni, to zawsze se biere prawdziwóm kawe i szneke z glancym”. Młodzie: „Przyńdźcie w te pyndy, bo bydzie u nas placek na młodziach, babka melóna”,  „Pyzów bez młodzi nie zrobisz”.

Na zdjęciu szneki z glancem – Cukiernia Nowaczyńscy

Oba słowa: sznupa i kalafa odnoszą się do twarzy, oba pochodzą z języka niemieckiego: z gwarowych Schnuppe (pysk, morda) i Kahlaffe. W gwarze poznańskiej oba wyrazy nacechowane są emocjonalnie, jednak sznupa może mieć charakter neutralny, a w zdrobnieniu sznupka – żartobliwy lub pieszczotliwy. Kalafa najczęściej jest określeniem negatywnym. Spotkaliśmy się też z rozróżnieniem, że sznupa / sznupka oznacza bardziej minę polegającą na wysunięciu ust do przodu, czyli coś w rodzaju popularnego niedawno „dzióbka”. W gwarze śląskiej, która także zapożyczyła sznupę z niemieckiego, słowo to ma nieco inne nacechowanie – jest obraźliwe. W gwarze poznańskiej funkcjonuje sporo związków ze słowem kalafa: „drzeć kalafę” [krzyczeć, wrzeszczeć], „kalafa się komu drze” [spać się komu chce, ktoś ziewa], „mieć kalafę od ucha do ucha” [być pyskatym, kłótliwym], „mieć niewyparzoną kalafę” [wyrażać się rubasznie lub nawet wulgarnie] „rozewrzeć” lub rozpuszczać / rozpuścić kalaf/ę” [zacząć krzyczeć, wrzeszczeć], „stulić kalafę” [zamilknąć, zamknąć się], „trzymać kalafę” [milczeć], „zamykać, zamknąć kalafę” [milczeć, milknąć], „zamalować w kalafę” [uderzyć w twarz].

Przykłady ze Słownika gwary miejskiej Poznania. Sznupa: „Dwóch gzubków se graje w antrejce w sztekla i cięgiem sie przy tym luchają po sznupach”; „Są tu młodzi, starzy i średnioki. Matki z wózkami, dzieciary z nupelkami w sznupach, babusie z dziadkami”;  „Czekej, już jo ci wierność małżeńską na sznupie wymaluje, że cie rodzono matka nie pozno!” Kalafa: „Jak cię zdzielę w kalafę, to sto pięć kozłów przekopyrtniesz”; „Stary papudrok z czerwónym klubrem niech se kalafe wypapro pudrem”; „Ino sie prosze nie wtykać w moje prywatne życie, bo jak trzasne kopyścią w te malowaną kalafe, to sie z rozumem nie połapiesz”; „Mom własnymi oczami patrzeć, jak sobie gzuby kalafy tłuką, abo jak im juszka z klubrów ćknie?”; „Wyglundoł jak taki parzygnot: kalafa modrakowa, obrośniynty jak druciorz”; „Z kalafy był leko podany na wuja Ignaca”.

Do pracy, do szkoły, w podróż, na wycieczkę ‒ co zabieracie: sznytki czy kanapki?

Sznytki to słowo wielkopolskie (z niemieckiego die Schnitte). Robi się je ze skibek chleba, ewentualnie z bułki. Skibki chleba to wyrażenie regionalne. U nas są skibki (ze środka chleba) i kromki (końcówki), gdzie indziej ‒ odpowiednio: kromki i piętki. Sznytki (czy ogólnie: chleb) trzeba jeszcze czymś obłożyć (z niemieckiego das Brot belegen) ‒ w innych regionach kanapki się z czymś robi (przygotowuje).

W Wielkopolsce używa się też słowa obkład, czyli to, co można położyć na kanapce. Kiedyś w Szamotułach u rzeźnika prosiło się o 25 deka obkładu i dostawało się pokrojone w plastry różne wędliny.

I jeszcze kilka przykładów ze Słownika gwary miejskiej Poznania: „Wiara z Warszawy przywiezie ze sobą sznytki, żeby bejmów zaoszczędzić”, „Chyba tych sznytek nie zabiorą, ponieważ w pociągu jest wagon restauracyjny”, „Szykowałam z gzikiem sznytki”, „Wszystko klupło do wody, a nojgorsze, że tytka zez sznytkami i sosyskom tyż”, „Zjydz, Iruchna, sznytke”. Słownik przytacza też związek wyrazowy leżeć jak sznytka ‒ leżeć bez ruchu, opadłszy z sił: „Ale potem, co się do siebie zbliżamy, to od razu obaj leżymy na szosie jak sznytki”.

Słowo znane do dziś, ale czy przetrwał sylwestrowy zwyczaj?

W gwarze poznańskiej furtka nazywana jest uliczką: „Kejter cały czas przy ty uliczce siedzioł i szczekoł”. Uliczek trzeba było szczególnie pilnować w noc sylwestrową, bo rano można je było znaleźć na dachu sąsiedniego domu czy w przydrożnym rowie. Czy teraz jeszcze robi ktoś takie żarty?

Nasza gwara przechowała jedno z dawnych znaczeń słowa uliczka, w języku polskim bowiem wyraz ten oznaczał niegdyś furtkę, a także bramę i drzwi. Słownik  staropolski podaje przykłady: „Jezus wszedł przez zamknione uliczki”, „Uliczka żywota wiecznego”.

Słowo uliczka w znaczeniu furtka w Wielkopolsce jest do dziś stosowane, o czym świadczą także ogłoszenia z naszego regionu, które można np. znaleźć na serwisach typu Allegro i OLX.

Kiedy jest upał, trudno być zapiętym pod szyję. 🙂

Czasownik wygogolić się znaczy za bardzo odsłonić ciało, ale też mieć za duży dekolt (lub po prostu nie mieć szalika) w chłodny dzień  lub ‒ w znaczeniu bardziej ogólnym ‒ za lekko się ubrać. Od tego czasownika mamy przymiotnik wygogolony.

Dziewczyna na zdjęciu ma sukienkę bez… No, właśnie: bez czego? Chodzi nam o rozróżnienie dwóch wyrazów: naramki i ramiączka. Formą regionalną paska materiału przytrzymującego na ramionach garderobę (bluzki, koszulki, sukienki czy staniki) są naramki, wyraz ogólnopolski to w tym znaczeniu ramiączka. Wyrazu ramiączko w Wielkopolsce używa się w znaczeniu wieszak do szafy. W gwarze poznańskiej od tego ostatniego znaczenia powstało żartobliwe określenie mężczyzny chudego, o wąskich ramionach ‒ ramiączko (lub ramiąszko): „Zaraz potem przyknaił się konduktor takie ramiączko, no, mówie wam same pory chodzą, ale frechowny!”; „Przystojny chociaż? Eee tam, takie ramiąszko: ramionka wąziutkie, nogi jak patyki” (przykłady ze Słownika gwary miejskiej Poznania).

I na koniec przykłady ze słowami wygogolić się i wygogolony: „Co sie tak wygogoliłeś, przecież tak zimno na dworze!”; „Óna już tako jes, że woli sie wygogolić i mażnóńć, byle ino rajcownie wyglóndać”; „Uradowany, tak jak stojałym, wygogoluny cały i ino wew takim fitku, wyprysłem do sieni”; „Co ty taki wygogolony jesteś, za gorąco ci?”; „W szkole przy dzieciokach łazi wygogolóno, że wszysko ji widać” (Słownik gwary miejskiej Poznania).

Rozpadało się…

Bebłać to  w gwarze poznańskiej ‚babrać się w wodzie, zwłaszcza brudnej’, a w drugim znaczeniu ‚gadać bzdury, bełkotać’. Żybura to ‚brudna, mętna ciecz’. Oba słowa występowały w dawnym języku ogólnopolskim, przetrwały w gwarze, choć w innych regionach wyszły z użycia. Beblić, bebłać jako ‚mieszać, bełtać’ odnotowały słowniki powstałe na podstawie tekstów z od XVI, XVII i XVIII w.: współczesny Słownik polszczyzny XVI wieku i Słownik języka polskiego Samuela Bogumiła Lindego z początku XIX w. W gwarze dawne znaczenie się zawęziło.

Żybura również wymieniana jest w słowniku Lindego jako ‚zły napój, lura’, znaczenie to powtarzają późniejsze słowniki, w powstałym w połowie XX w. Słownik języka polskiego pod red. Witolda Doroszewskiego wyraz ten pojawia się z informacją „dawny”. W gwarze znaczenie tego słowa – z kolei – się rozszerzyło i oznacza każdą brudną i mętną ciecz: w naczyniu do picia, w rurach, kałuży, w rzece czy jeziorze.

Oczywiście, te dziewczynki ze zdjęcia nie są klasycznym przykładem bebłania w kałuży – są zbyt czyste!

Tradycyjnie na koniec przykłady ze Słownika gwary miejskiej Poznania: „Heluta, twoje dzieciary bebłają w żyburze jak jym pozwolisz, to jich za godzine nie poznosz”; „Ale kuracjo była ciężko, bo wciąż i wciąż w misce kołduniły się fafoły i istno… żybura”; „W taki ziomb, tak jak stojołym, w porach i katanie, w glazejkach i wyrechlanych papciach, dołem kepe w te żybure”; „Pękła rura i cała żybura lała sie na kuchniom”; „W taki żyburze sie cheba nie bydziesz kómpoł?”.