Wanda Niegolewska, Bytyń – siedziba rodzinna

Wanda Niegolewska

Bytyń – siedziba rodzinna

Choć urodziłam się w Warszawie i większość swego życia tam mieszkałam, to zawsze Wielkopolska była mi bliska. Przekazali mi to Rodzice, których los rzucił do Polski centralnej, ale którzy czuli się w Warszawie, jakby mieszkali tam chwilowo. Ich przeżycia wcześniejsze sprawiły, że nie mieli dosyć sił i determinacji, żeby na nowo w Wielkopolsce zamieszkać. Jednak ich tęsknota, mimo że nigdy o tym nie mówili wprost, przeniknęła do mojej podświadomości i objawiła się jako chęć „powrotu” w rodzinne strony. Moje dzieciństwo, młodość, życie własnej rodziny i życie zawodowe związane zawsze były z Warszawą. Jednak marzyłam, żeby „ostatnią prostą swego życia” spędzić w Wielkopolsce. Po 40 latach intensywnej pracy zawodowej przeszłam na emeryturę. Wtedy troje moich dzieci było już samodzielnymi, dorosłymi osobami, mającymi własne rodziny. Wtedy zdecydowałam się na „powrót” do Wielkopolski.

Nie zamieszkałam w Bytyniu ani w Niegolewie − byłoby to dla mnie za trudne. Bytyń w obcych rękach, a na Niegolewo nie było mnie stać, bo jest to dom obecnie należący nie tylko do mnie, ale i do wszystkich wnuków moich dziadków, czyli do 7 osób.

Wobec tego wybrałam „bezpieczną odległość” od tych obiektów − piękne miejsce w Psarskiem koło Pniew. I tak w roku 2013 świętowałam swoje 60. urodziny już jako mieszkanka powiatu szamotulskiego. Dziś, mieszkając tu już ponad 7 lat, wiem, że jest to moje miejsce na ziemi. Nigdy nie poczułam się tu obco. Niemal każdego tygodnia odkrywam ślady bytności moich przodków na tych terenach: rodzinne groby i epitafia, dokumenty świadczące o bytności mojej rodziny w wielu miejscowościach, o czym nie wiedziałam wcześniej. Mam ambicję, żeby zebrać te wszystkie informacje i tym sposobem wzbogacić zachowane materiały rodzinne, żeby przekazać je moim dzieciom i wnukom.

Niegolewscy w Bytyniu

BYTYŃ po raz pierwszy został wymieniony w dokumentach pod datą 1322 roku, kiedy to Drogosława z Bytynia, herbu Drogosławic, kasztelana radzimskiego i kanclerza Królestwa Polskiego, kasztelana międzyrzeckiego, opisano jako postać współpracującą z bliskim otoczeniem księcia Przemysława II.

BITINUM, położony kiedyś na bursztynowym szlaku, nad rozległym jeziorem był w średniowieczu miastem z warownym zamkiem, co można znaleźć w dokumentach z lat 1447-1537. Około roku 1526 r. właścicielem Bytynia staje się rodzina Konarzewskich z Konarzewa, za sprawą kupna majątku od Jadwigi Bytyńskiej.

W roku 1537, na części ziemi należącej do dominum BITINUM, Andrzej Konarzewski, sędzia kaliski, dokonuje zapisu, w razie swojej śmierci, żonie Jadwidze Konarzewskiej z domu Niegolewskiej (córce Macieja Niegolewskiego). To jest pierwszy ślad bytności rodziny Niegolewskich w Bytyniu, choć jest to zapis tylko po kądzieli. Niebawem Bytyń traci prawa miejskie i w XVIII w. jest już wsią szlachecką. Kolejni właściciele to: Wojciech Gronowski, Jan Antoni Junosza Bojanowski − podstoli kaliski (od 1733).

W roku 1751 roku Bytyń został zakupiony przez Andrzeja Niegolewskiego, herbu Grzymała, chorążego i surogatora grodzkiego, stolnika poznańskiego, starostę pobiedziskiego, ożenionego z Anną z domu Skaławską. Po ojcu majątek obejmuje w 1767 jego syn − Felicjan (1759-1815), stolnik wschowski, kawaler orderu Orła Białego, ożeniony z Magdaleną z Potockich herbu Pilawa. Dzieje się to w roku 1767, majątek jest wyceniany w tym czasie na 226 400 złp.



Pałac w Bytyniu, wygląd obecny. Zdjęcie Andrzej Bednarski


Felicjan Niegolewski ma ambicję nadać siedzibie swojej rodziny charakter rezydencjonalny. Buduje w Bytyniu nad jeziorem nowy dwór. Do projektu architektonicznego zatrudnił Bernarda Leinwsebera, nadwornego budowniczego króla Stanislawa Augusta, który sprawdził się wcześniej w Wielkopolsce przy projektowaniu ratusza w Pyzdrach i Śremie. Dla podniesienia rangi rezydencji wokół dworu założony zostaje park krajobrazowy w stylu włoskim. Felicjan Niegolewski w listopadzie 1806 roku na rogatkach swojej posiadłości witał Napoleona udającego się z Berlina do Poznania. Cesarz wraz ze swoją świtą zatrzymał się tu na przepięcie koni i odbył tajną rozmowę z Janem Henrykiem Dąbrowskim, w do dziś stojącym budynku, zwanym kiedyś Karczmą Napoleońską.

Wnuczka Felicjana, Jadwiga z Niegolewskich Wężykowa, tak pisała po latach o dziadku Felicjanie:

„Dziad mój Felicjan umarł rychlej, do Targowicy nie należał, choć jego kuzyn, pan Łukasz Bniński, marszałek Targowicy zapisał, musiał go wykreślić, ale na nieszczęście jest zapisany w księdze Targowicy i tak dużo prawych obywateli kazało się wykreślić, bo bez ich wiedzy i woli marszałek ich pozapisywał, a ta karta, gdzie stoją nazwiska tych, którzy wypisać się kazali, jest zalana atramentem. Ale stryj Chryzostom dobrze tę chwilę pamiętał i on detalicznie opowiedział, miał nawet kopię listu pisanego w tej sprawie do Łukasza Bnińskiego. Wracając do domu moich dziadków − do Bytynia, to opisując go na początku, nie wspomniałam, że po Rewolucji Francuskiej dużo emigrantów francuskich miało tam schronienie. Razu jednego pani markiza de Lenau rozlała na obrus jakiś kompot, mój dziadek podaje jej inny na to miejsce. Ona powiada: bien obligé. Na to sobie stary kamerdyner mruczy pod nosem «gdzie ona tam obliże − wyprać ja muszę». Boną mego ojca była panna Dupin. Był i ksiądz Francuz jako preceptor starszych braci. To tam pozostali aż do śmierci, inni do powrotu do kraju. Jedna generałowa z czasów Napoleona była wnuczką któregoś z tych emigrantów” (fragment wspomnień pisanych w latach 1909-1914, zachowanych w dokumentach rodzinnych Jadwigi z Niegolewskich Wężykowej).



Kościół w Bytyniu, wygląd obecny. Spoczywa tam 6 członków rodziny Niegolewskich zmarłych w 1. połowie XIX w. Zdjęcie Andrzej Bednarski


Felicjanowie Niegolewscy mieli dwanaścioro dzieci, jednym z nich był ten najbardziej znany z rodziny Niegolewskich, który wsławił się walecznością u boku Napoleona Bonapartego − Andrzej Marcin Niegolewski (1787-1857). Urodził się on w Bytyniu w roku 1787. Ożenił się w roku 1816 z Anną Krzyżanowską. Z tego małżeństwa zrodziło się trzynaścioro dzieci. Andrzej Niegolewski po przebytej kampanii napoleońskiej nadal aktywnie angażował się w sprawy wolnościowe. Był deputowanym ze stanu rycerskiego, z powiatów bukowskiego i obornickiego na Sejm prowincjonalny Wielkiego Księstwa Poznańskiego. Gospodarował wtedy we Włościejewkach, majątku, który w wianie wniosła do małżeństwa jego żona.

W tym czasie w Bytyniu gospodarował starszy jego brat − Chryzostom, radca departamentu z okresu Księstwa Warszawskiego, członek pruskiej Izby Panów, ożeniony w 1805 roku z Łucją Bnińską herbu Łodzia (1786-1846). Ich najstarsza córka Eufrozyna (1806-1857) wyszła za mąż za Ignacego Gąsiorowskiego herbu Ślepowron. Ich syn Bronisław Jan Chryzostom Tomasz Saturnin został ochrzczony w kościele bytyńskim w dniu 8 grudnia 1830 roku.

Jadwiga Niegolewska tak pisze w swoich wspomnieniach o swojej ciotce:

„Eufrozja pojechała do Kudowy z ciotką panią Ostrowską, tam kąpiele jej nie posłużyły i powróciła chora na melancholię. Wujowie, pan Ostrowski i Koczorowski wyswatali ją z Mierzyńskim. Jan Mierzyński, drugi mąż Eufrozyny, opiekował się Bronisiem i wysłał go za granicę, dając mu Niemca Cykla za preceptora. Mieli podróżować, a oni siedzieli w Paryżu. Cykiel studiował, a Broniś się bawił. Do matki pisywał listy z podroży, które z książek wypisywał, z rozmaitych miejscowości wysyłał, a Eufrozja się tak cieszyła tymi listami i głośno je wszystkim czytała”. („Eufrozyna, z Niegolewskich, córka Chryzostoma i Łucji Bnińskich, starościanki średzkiej, I voto Gąsiorowska, II voto Mierzyńska. Pozostawiła syna Bronisława z pierwszego małżeństwa, zmarła 2 maja 1857 roku w Palermo we Włoszech, dokąd udała się za poradą lekarzy dla poratowania zdrowia. Dnia 16 lutego 1860 roku zmarł Jan Chryzostom Niegolewski, radca departamentowy Księstwa Warszawskiego, poseł do Izby Panów w Berlinie. Zostawił Bytyń wnukowi swemu Bronisławowi Gąsiorowskiemu” – wyjaśniała autorka wspomnień).

Bronisław Gąsiorowski był zamożnym człowiekiem, ówczesna niemiecka prasa określała go jako jednego z najzamożniejszych właścicieli ziemskich w Wielkopolsce. Przebywał głównie za granicą, więc Bytyń wraz z innymi swoimi dobrami znajdującymi się w powiecie szamotulskim wydzierżawił w 1865 roku Rudolfowi Jacobi (ówczesnemu właścicielowi Trzcianki). Dobra Bytyńskie otrzymały w tym okresie miano Dóbr Rycerskich. Bronisław Gąsiorowski zmarł w 1902 roku, a jego jedyną spadkobierczynią była niepełnosprawna od dziecka córka Helena Gąsiorowska. Mimo swojej ułomności, spowodowanej chorobą Heinego-Medina, potrafiła być osobą aktywną, empatyczną i bardzo zaangażowaną społecznie. Ufundowała między innymi dziecięcy szpital ortopedyczny w Poznaniu, noszący później jej imię i imię Bronisława Gąsiorowskiego. Helena większość swego życia spędziła na leczeniu za granicą. Zmarła w Nicei. Nie mając potomstwa, jako wnuczka Chryzostoma Niegolewskiego postanowiła, że majątek Bytyń na mocy testamentowego zapisu powróci do rodziny Niegolewskich. I tak w 1925 roku w Księdze Wieczystej Dóbr Rycerskich Bytyń, w sądzie w Szamotułach, wpisano jako kolejnego właściciela majątku Bytyń mojego ojca Andrzeja ‒ najstarszego syna Stanisława Niegolewskiego z Niegolewa.



Pałac w Bytyniu, stan obecny. Taras widokowy powstał podczas remontu wykonywanego przez obecnie władających pałacem – Fundację Nissenbaumów. Uzyskali oni zgodę od ówczesnej konserwator, Marii Strzałko, na takie zagospodarowanie terenu wokół pałacu od strony jeziora i dobudowanie szklanego pawilonu bezpośrednio przy lewym ryzalicie budynku.

Przed wojną od strony jeziora był taras okolony kutą balustradą wokół owalnego ryzalitu. Po środku było zrobione zejście z półokrągłymi schodami prowadzącymi do ścieżki wysypanej żwirem. Ścieżka ta obsadzona była po bokach szpalerami róż. Dawało to piękny efekt połączenia budynku z przestrzenią parkową i dalej łagodnego przejścia do naturalnego brzegu jeziora. Obraz tego miejsca utrwalił film zrobiony przez mojego ojca, na którym widoczny jest ten fragment dworu.


Portret nieznanego artysty z epoki, przedstawiający Annę z Gajewskich Potocką, córkę Franciszka Gajewskiego, kasztelana konarsko-kujawskiego, teściową Felicja Niegolewskiego, babkę Andrzeja Marcina Niegolewskiego. Ślub Anny z Józefem Potockim odbył się w 1772 roku.

Portret nieznanego artysty z epoki, przedstawiający Józefa Potockiego (1710-1781), herbu Szeliga, kasztelana kamieńskiego, miechowskiego, krzywińskiego, ojca Magdaleny Niegolewskiej – żony Felicjana, kawalera orderu Świętego Stanisława.

Andrzej Marcin Niegolewski (1787-1857), zdjęcie z ok. 1852 r. Źródło: Wirtualna Izba Regionalna Gminy Książ Wielkopolski

Szpital ortopedyczny w Poznaniu, później im. Gąsiorowskich, 1913-1916. Źródło: Fotopolska

Pałac w Bytyniu. Źródło: L. Durczykiewicz, Dwory polskie w Wielkim Księstwie Poznańskim, Poznań 1912.


Majątek w Bytyniu w 20-leciu międzywojennym

Pałac bytyński od frontu przed rokiem 1939. Źródło: Złota Księga Ziemiaństwa Polskiego, 1929

Folwark bytyński. Źródło: Złota Księga Ziemiaństwa Polskiego, 1929

Gorzelnia z krochmalnią. Źródło: Złota Księga Ziemiaństwa Polskiego, 1929

W tle piękna oficyna, która jest przykładem czystego klasycyzmu. Na co dzień mieszkali tam pracownicy oraz goście. Budynek, który w 1989 r. był w dosyć dobrym stanie, nie został dostatecznie zabezpieczony; obecny właściciel – wbrew zobowiązaniu przy zakupie obiektu zabytkowego – nie przeprowadził remontu i dziś następuje powolna degradacja oficyny.

Jedyne zdjęcie, jakie się uratowało z wnętrza pałacu w Bytyniu. Kilka zdjęć w 1990 r. ojciec pożyczył Zygmuntowi Nissenbaumowi i nigdy do nas nie wróciły.

Dziadek Stanisław Gniazdowski z córkami. Od prawej – Halina i starsza od niej o dwa lata Zofia, na kolanach dziadka ukochana, najmłodsza – Maria i poniżej Hanka. Zdjęcie robione u fotografa ok. 1913 r.

Rodzice na tarasie w Bytyniu z ciotką Hanką, siostrą mamy.

Od lewej – najmłodszy brat ojca – Maciej Niegolewski, przyszły właściciel Niegolewa, które było minoratem. Stryj Maciej mieszkał i gospodarował w majątku, który w wianie wniosła moja babcia Wanda z domu Wężyk, do czasu przejęcia Niegolewa. Dalej mama, partnerka stryja i ojciec.

Ciotka Hanka, siostra mamy, która często przebywała w Bytyniu, z nieznanym mi adoratorem.

Stanislaw i Wanda Niegolewscy, moi dziadkowie, w roku 1937. Zdjęcie ze ślubu mojego stryja Zygmunta z Haliną Chełkowską.


Biogramy

Stanisław Niegolewski (dziadek)

Urodził się w dniu 14 maja 1872 roku w Niegolewie jako syn Zofii ze Skórzewskich i Zygmunta Niegolewskich. W 6. roku życia oddano go razem z braćmi Felicjanem i Kazimierzem do szkoły w Poznaniu. Mieszkał wtedy na stancji u księdza Nizińskiego, który organizował potajemne zajęcia z języka polskiego i historii, w których uczestniczyli młodzi bracia Niegolewscy. Wtedy to wszyscy trzej wstąpili do Towarzystwa Tomasza Zana ‒ młodzieżowej organizacji niepodległościowej.

Maturę zdał w 1892 roku i od razu został powołany do wojska saskiego, do Drezna. Stanisław nie stanął do egzaminu oficerskiego. Po odsłużeniu wojskowości studiował na uniwersytecie w Lipsku rolnictwo i nauki przyrodnicze. Po ukończeniu studiów odbywał praktykę rolną w Polwicy koło Środy.

Po śmierci swego ojca objął majątek Niegolewo (obecnie powiat nowotomyski, wówczas grodziski). Od razu, korzystając z Ziemstwa Kredytowego, zaczął przeprowadzać w gospodarstwie szereg inwestycji. Jako jeden w pierwszych w Wielkopolsce sprowadził z zagranicy pługi parowe i wiele innych nowości techniki rolnictwa. Dzięki temu gospodarstwo zaczęło funkcjonować na najwyższym poziomie.

Równocześnie rozpoczął pracę społeczną. Angażował się w działania wielu organizacji społecznych istniejących do 1939 roku. Był członkiem Zarządu Towarzystwa Czytelni Ludowych, założył wiele bibliotek, zasilał je zakupionymi z własnych funduszy księgozbiorami. Należał do Towarzystwa Pomocy Naukowej w Poznaniu i stworzył oddział tej organizacji na swoim terenie. Organizował zloty organizacji młodzieżowej „Sokół” w Niegolewie. Stał się honorowym prezesem tej organizacji. Na pogrzebie dziadka, mimo że był to rok 1948, przedstawiciele tej organizacji pełnili wartę.

Podczas strajku szkolnego przeciwko wprowadzeniu przez zaborcę nauczania religii w języku niemieckim Stanisław Niegolewski wszedł w skład komitetu organizującego strajk w powiecie grodziskim. W szkole w Niegolewie pierwszym uczniem, który rozpoczął strajk, był uczeń Styller ‒ syn pracownika dworu w Niegolewie.

Był założycielem Rolnika i jego prezesem do 1939 roku, członkiem rady nadzorczej mleczarni w Buku, członkiem rady nadzorczej Banku Ludowego, prezesem Kółek Rolniczych i Izby Rolnej, członkiem Zarządu Cukrowni w Opalenicy, członkiem Zarządu Bazaru.

W chwili wybuchu wojny w 1914 roku został powołany do wojska pruskiego. Początkowo służył w Królestwie, na szczęście w batalionie samych Polaków, ale potem był zmuszony uczestniczyć w walkach w Prusach Wschodnich i na Pomorzu. Ten czas odbił się na jego psychice. Na szczęście rodzinie udało się pod pozorem choroby go zwolnić. Do końca wojny musiał tylko stawiać się na komisji, ale na front już go nie wysłano.

W 1918 roku, pod koniec wojny, kiedy Polacy zaczęli się organizować, Stanisław Niegolewski został wyznaczony na starostę powiatu grodziskiego, ale znowu z powodu nagłej choroby i operacji musiał zrezygnować z pełnienia przywódczej roli i nie mógł wziąć udziału w chwili przełomowej. Jednak po powrocie do sił wraz żoną organizował i finansował aprowizację dla walczącego Poznania. Zorganizował w cukrowni w Opalenicy codzienny wypiek setek bochenków chleba, które wraz ze smalcem i innymi produktami z Niegolewa, transportem kolejowym, szły dla walczących do Poznania.  

Za swoje zaangażowanie w czasie pokoju i w czasie powstania, w dwudziestoleciu międzywojennym, został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi i Krzyżem Kawalerskim Polonia Restituta oraz Medalem Hallerczyków. Do 1939 roku kontynuował aktywność społeczną, a jednocześnie osobiście prowadził 2000-hektarowy majątek. Sam zajmował się księgowością i sprawował codzienny nadzór nad działaniami w polu i na folwarku.

Okres wojenny przetrwał w Warszawie. Nie wrócił nigdy do Niegolewa Nie potrafił przystosować się do nowej powojennej sytuacji swojej i rodziny: mieszkania w małym lokalu na Sołaczu, bezczynności zawodowej i społecznej. Kiedy zmarł w 1948 roku, jego żona, moja babcia mówiła, że „zgasł z tęsknoty za Niegolewem, wsią i tym wszystkim, czym zajmował się do 1 września 1939 roku”.

Pałac w Niegolewie. Źródło: L. Durczykiewicz, Dwory polskie w Wielkim Księstwie Poznańskim, Poznań 1912.

Konstytucyjne posiedzenie Wielkopolskiej Izby Rolniczej w Poznaniu, 1929 r. Numerem 4 opatrzono mojego dziadka Stanisława Niegolewskiego. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Babcia Wandzia

Wanda Niegolewska (babcia)

Urodziła się 10 sierpnia 1877 roku w Karminie (pow. pleszewski) jako córka Adolfa Wężyka, powstańca styczniowego, i Marii z Psarskich. W dniu 26 września 1904 roku odbył się jej ślub ze Stanisławem Niegolewskim. W wianie wniosła majątek ziemski ‒ Myjomice (1400 ha).

W obu majątkach prowadziła ogrody warzywne, pasieki i parki pałacowe. Jednocześnie zajmowała się bardzo szeroką działalność społeczną i patriotyczną. Jeszcze podczas zaborów prowadziła tajne nauczanie dzieci wiejskich, ucząc je języka polskiego, historii, pieśni patriotycznych. Organizowała teatr amatorski dla młodzieży, a dla dorosłych wygłaszała odczyty i wykłady na temat wprowadzania nowoczesnych metod wychowania dzieci, odczyty o zachowaniu higieny, o zdrowym żywieniu, zakładaniu ogrodów przydomowych z warzywami i ziołami. W Niegolewie stworzyła i opłacała ochronkę dla dzieci włościańskich.

U progu niepodległości, w grudniu roku 1918, została delegatką na Sejm Dzielnicowy w Poznania, reprezentując z powiat grodziski. Podczas Powstania Wielkopolskiego finansowała i udzielała się osobiście w szpitalu w Buku oraz organizowała z mężem żywność, którą zaopatrywano oddziały powstańcze z Buku i Opalenicy. Część tej żywności transportowano również do Poznania.

W Polsce niepodległej założyła Związek Włościanek Wielkopolskich i przez 20 lat była jego prezeską. Równocześnie była wieloletnim członkiem Izby Rolniczej w Poznaniu, przewodniczyła powiatowemu oddziałowi Czerwonego Krzyża, pełniła funkcję członka zarządu Akcji Katolickiej, patronowała działalności społecznej i kulturalno-oświatowej Młodych Polek i była członkiem zarządu powiatowego Czytelni Ludowych.

Po wybuchu II wojny światowej musiała opuścić Niegolewo, by nigdy na niego powrócić. Podczas okupacji mieszkała wraz z mężem w Warszawie, na Górnym Mokotowie, przy ul. Czeczota 16. Podczas Powstania Warszawskiego przygotowywała posiłki dla mokotowskich powstańców.

Po wojnie wraz z mężem i swoją wychowanicą ‒ Marią Sierocką, zamieszkała w Poznaniu na Sołaczu, przy ul. Wołoskiej 20. Była już niemal 70-letnią osobą, więc wyzwanie, jakie przyniosła nowa rzeczywistość polityczna i społeczna w Polsce było dla niej za trudne, by włączyć się w życie społeczne w nowym wydaniu. Nie mając żadnych dochodów, żyła bardzo skromnie, będąc na utrzymaniu swoich dwóch synów, z których jeden mieszkał w Warszawie, a drugi w powiecie bydgoskim. Zajmowała się bieżącymi sprawami domowymi i była „rodzinnym ośrodkiem dowodzenia”. Dzięki jej korespondencji dwaj zapracowani synowie i ich rodziny nie tylko otrzymywały bieżące informacje o rodzinnych zdarzeniach, miłe słowa przeznaczone dla aktualnych solenizantów czy jubilatów, ale Babunia Wanda przesyłała w korespondencji aktualne informacje o najnowszych ciekawych książkach i streszczenia ważnych artykułów z tygodników społecznych i literackich.

Zmarła 9 lutego 1970 roku w Poznaniu. Na miejsce wiecznego spoczynku odprowadziły ją tłumy mieszkańców Buku i okolic. Pochowana jest obok swojego męża, w grobowcu rodzinnym na starym cmentarzu świętego Krzyża w Buku.

Oddział PTTK w Buku nosi imię Wandy Niegolewskiej, jej imię przyjęło także koło Senior.

Młodzi, piękni i zamożni

Ojciec wtedy uczęszczał na studia rolnicze w Poznaniu. Po ich zakończeniu planował pogłębić swoje wykształcenie na Sorbonie w Paryżu. W tym okresie obszar majętności Bytyń wynosił 3113,17 ha. Majątkiem zarządzał Prot Mielęcki, mąż Marii Mielęckiej z domu Niegolewskiej − siostry mojego dziadka.

W 1929 roku ziemi ornej w majątku było 1601,48 ha, którą zasiewano w większości pszenicą (392 ha). Pozostały obszar obsiewano jęczmieniem, owsem, sadzono buraki cukrowe oraz wysiewano mieszankę pastewną dla zwierząt hodowanych. Do pracy zaprzęgano 153 konie robocze, 59 wołów. Hodowano również źrebaki. W oborach było 135 krów. Majętność posiadała również nowoczesne maszyny rolnicze − dwa pługi parowe. Ten nowoczesny sprzęt wielkopolscy ziemianie sprowadzali w tych czasach z Anglii. W Bytyniu pracowała również mechaniczna oczyszczalnia, a dla usprawnienia transportu płodów rolnych działała kolej polowa. W majątku zatrudniano 78 stałych pracowników, a ponad 220 zatrudniano sezonowo. Funkcjonowały też gorzelnia, krochmalnia i młyn.

Moi rodzice poznali się w Poznaniu w sezonie karnawałowym roku 1929. Mama – Halina Gniazdowska – była wówczas studentką Uniwersytetu Adama Mickiewicza wydziału historycznego, interesowała się historią średniowieczną. Mieszkała na stancji u Jadwigi Sczanieckiej przy ul. Ogrodowej, zwanej w czasach powojennych przez nas − Babą Dziudą. Pamiętam z moich wczesnych lat dziecinnych barwną postać w pięknie umeblowanym wnętrzu mieszkania na Saskiej Kępie, w Warszawie.


Mama – 1. od prawej z grupą przyjaciół z Uniwersytetu. Poznań przed 1931 r.


To Baba Dziuda w roku 1929 pomogła mamie wkroczyć w życie towarzyskie Poznania. Zdobyła dla Niej zaproszenie na bal do Hotelu Bazar, rozpoczynającego karnawał. Kiedy mama ubierała się na ten bal, Baba Dziuda pożyczyła jej stary rodzinny naszyjnik ze szmaragdami, z intencją przyniesienia szczęścia młodej, nieznanej wielkopolskiej śmietance studentce z Kujaw. Wspominano po latach, że mama zrobiła wtedy duże wrażenie na towarzystwie. Jeszcze po latach wspomniano, że wyglądała olśniewająco. Może było tak za sprawą szmaragdów, a może dzięki nieprzeciętnej urodzie albo dobrym słowom Baby Dziudy. Ojciec opowiadał, że od chwili, kiedy ujrzał mamę wchodzącą do sali balowej, wiedział, że to jego wybranka! Mama też szybko zwróciła uwagę na wysokiego, przystojnego, niebieskookiego blondyna. Ojciec był wtedy tzw. „dobrą partią”. Mając perspektywę rychłego objęcia dużego majątku, własne przymioty i zacne pochodzenie, był „łakomym kąskiem” dla tzw. ciotek-swatek.

Zwyczajowo ówczesne bale karnawałowe w Poznaniu służyły kojarzeniu w pary młodzieży ze środowiska ziemiańskiego. Ciotki-swatki, aktywnie udzielające się w tej sprawie podczas poznańskiego karnawału 1929, doznały wielkiego zawodu, bo od chwili, kiedy mój ojciec został przedstawiony mamie, nie zwracał już uwagi na inne panny. Po pierwszym wspólnym tańcu, do końca sezonu, adorował ją na kolejnych balach i spotkaniach. 


Bal w Bazarze. Nie ten pierwszy dla mojej mamy (mama 4. od prawej w pierwszym rzędzie), ale za to ważny, bo mama zdobyła, jako Kujawianka, pierwszą nagrodę w kujawiaku, tańcząc z Ludwikiem Platerem. Ojciec był mocno urażony, ale mama zawsze twierdziła, że kujawiaka nie umiał dobrze tańczyć, za to w walcu był najlepszy.

Zawiedzione ciotki kanapowe i panny, zwłaszcza te podpierające ściany, nie szczędziły krytycznych uwag co do niestosowności tego powstającego na ich oczach związku. Mama wspominała, że dochodziły do niej kąśliwe uwagi na ten temat. Mama, choć ładna, zdolna i mądra, choć należała do rodziny o starym rodowodzie i pięknej karcie narodowej, nie należała do wielkopolskiej elity i co gorsza − nie miała posagu. Ojciec mamy miał wtedy kłopoty finansowe. Dużym dla niego wysiłkiem było to, że opłacał córce możliwość studiów w Poznaniu. Uważał jednak że ten wysiłek jest konieczny, ponieważ mama powinna się kształcić, aby zdobyć samodzielność i niezależność z powodu niepewnej sytuacji majątkowej.

Natomiast rodzina ojca spodziewała się synowej spełniającej wzorzec szanowanych panien z Wielkopolski. Mądrość i uroda nie przeszkadzały tej wizji, ale na pierwszym planie przyszli teściowie, a zwłaszcza teściowa, czyli moja babcia − Wanda Niegolewska, stawiali umiejętności, jakie według wielkopolskich wzorców powinna posiadać młoda panna ze środowiska ziemiańskiego. Powinna przede wszystkim znać się na gospodarstwie, aby dobrze radzić sobie jako przyszła pani domu w majątku. Przyszła dziedziczka powinna mieć wiedzę na temat tego, co i kiedy realizuje się w rolniczym kalendarzu, a jednocześnie posiadać umiejętność stawiania wymagań i egzekwowania dobrej pracy od zatrudnionych w domu i ogrodzie pracowników. Dobrze widziane było również upodobanie do pracy społecznej na rzecz wiejskiej ludności. Tradycją było to, że wielkopolskie ziemianki zajmowały się organizowaniem ochronek, zbieraniem funduszy na rzecz biednych, organizowaniem wakacji dla wiejskich dzieci i podobną pożyteczną pracą dla ludzi zamieszkałych w majątku.

Tych doświadczeń moja mama mieć nie mogła. Miała szczęśliwe dzieciństwo w niewielkim majątku Nowa Wieś, na Kujawach. Ojciec mamy, mój dziadek − Stanisław Gniazdowski, nie miał upodobania do rolnictwa i gospodarowanie majątkiem nie szło mu tak dobrze jak kolekcjonerstwo i praca społeczna. Był znanym kolekcjonerem i znawcą sztuki. Organizował wystawy i plenery malarskie.


Mama na praktykach gospodarczych w Pniewach


Mama była pilną studentką, poszerzała horyzonty, biorąc udział w dyskusjach i debatach oraz udzielała się w pracy społecznej na uczelni. Należała do studenckich korporacji i bardzo mocno angażowała się w ich pracę na rzecz mniej zamożnych studentów. Włączyła się też w ruch obrony przed ksenofobią antyżydowską, która w tym okresie rozpętała się na uczelniach. Mama wykazywała duże zdolności interpersonalne − potrafiła szybko zdobywać sympatię kolegów, nawet tych, których cechowała polityczna agresywność. To ułatwiało jej życie w środowisku uczelnianym. Kilku jej przyjaciół z tego okresu miałam okazję poznać w latach 60. Ich przyjaźń przetrwała zawieruchy wojenne i mimo powojennej migracji społeczeństwa polskiego potrafili się odnaleźć i nadal się kontaktować i przyjaźnić. Były to bardzo zacne osoby, między innymi prof. Włodzimierz Dworzaczek, zajmujący się heraldyką, autor Tek Dworzaczka, prof. Michał Sczaniecki, historyk prawa, prof. Stefan Kieniewicz, archiwista i mediewista, oraz wielu innych.

Młoda studentka, panna Halina Gniazdowska, świetnie zaadaptowała się na Uniwersytecie, ale wszystkie jej zalety sprawdzające się w życiu studentki, nie były wystarczające, aby moi dziadkowie chcieli pobłogosławić związek swojego syna z panną Gniazdowską. Mama, jako osoba rozsądna, zrozumiała, że argumenty rodziców narzeczonego są uzasadnione i w chwili, kiedy związek moich rodziców usankcjonowany został zaręczynami, przerwała studia i zapisała się na 11-miesięczne kursy gospodarcze, organizowane przez siostry Urszulanki, w szkole gospodarstwa wiejskiego w Pniewach. Ojciec wyjechał w tym czasie na studia do Paryża. Rozstanie zakochanych było trudnym dla nich czasem, ale nigdy nie żałowali swojej spolegliwości wobec wymagań rodzinnych. Jak się zresztą okazało później, czego wtedy oczywiście przewidzieć nie było można, szkoła gospodarska dla mojej mamy była prawdziwą szkołą życia. To, czego się wtedy nauczyła, służyło jej nie tylko jako pani domu w Bytyniu, ale pomogło jej odnaleźć się i ogarnąć podczas wojny i w trudnych czasach powojennych.  


Włocławek, 8 kwietnia 1931 r. Rodzice w drodze do Bazyliki Katedralnej Wniebowzięcia NMP, gdzie odbył się tego dnia ich ślub. Z prawej – przed ślubem w kancelari katedralnej. Ojciec jako dumny rezerwista 15 Pułku Ułanów Poznańskich ślub brał w mundurze.

Narzeczeństwo moich rodziców przetrwało przez rok próby rozstania i, wtedy już bez przeszkód, odbył się 8 kwietnia 1931 roku ich ślub w katedrze we Włocławku, po czym młode małżeństwo pobłogosławione przez rodziców obu stron, zamieszkało w Bytyniu.

Dwór w Bytyniu był domem mieszkalnym dla moich rodziców, ale wcale nie był dużym obiektem. Osoby zatrudnione do obsługi domu mieszkały w oficynie i tylko na niedzielę wracały do swoich rodzin. Tam też były pokoje gościnne.

Ojciec przed wprowadzeniem do własnego domu świeżo zaślubionej małżonki przeprowadził we wnętrzu dworu remont i dokonał przy tej okazji wielu modernizacji. Zamontował centralne ogrzewanie i unowocześnił hydraulikę. Dzięki temu z kranów w łazienkach i w kuchni leciała ciepła i zimna woda. Zamontował windę dla ułatwienia podającym do stołu. Dzięki temu urządzeniu z kuchni, położonej na poziomie piwnic, potrawy i naczynia bezpośrednio wciągano do jadalni. Ojciec wyremontował również dawno nieużywane sale posadowione na drugiej kondygnacji domu. Jedną nazywaną przez moją matkę „balową” i drugą, zwaną „rycerską”. Obie te nazwy były „mocno na wyrost”, bo wskazywały raczej na pałacowe wnętrza, trzeba jednak przyznać, że niewątpliwie wyremontowana sala zwana „balową” była bardzo reprezentacyjnym pomieszczeniem. Zwłaszcza efektownie wyglądała owalna ściana od strony jeziora, która prześwietlona była dużymi oknami porte fenetre [do podłogi, zabezpieczone zewnętrzną balustradą]. Sala ta łączyła się z drugą, w której umieszczone zostały przedmioty o sporej wartości historycznej, pochodzące z kolekcji średniowiecznych zbroi mojego dziadka − Stanisława Gniazdowskiego. Niestety, niebawem po ślubie moich rodziców Nowa Wieś, miejsce urodzenia mojej mamy, poszła − jak to się mówi − „pod młotek”, czyli majątek został zlicytowany. Sprzedano wszystkie wartościowe przedmioty. Mój ojciec, chcąc ratować teścia, wykupił dużą cześć kolekcji średniowiecznych zbroi i broni za uczciwe pieniądze i dzięki temu dziadek mógł spłacić długi i sam przeniósł się do Warszawy. Moi rodzice do wybuchu wojny w 1939 roku pomagali rodzicom i siostrom mojej mamy, które pomieszkiwały w Bytyniu.


Dożynki w Bytyniu. Andrzej i Halina Niegolewscy jako gospodarze majątku przyjmują od mieszkańców wsi wieniec dożynkowy. Potem pewnie była wspólną msza święta i zabawa organizowana przez rodziców dla mieszkańców wsi. Kobiety wiejskie ubrane w piękne stroje szamotulskie.


Rodzice w Bytyniu mieszkali zaledwie 8 lat, ale ojciec zdążył wprowadzić wiele nowoczesnych zmian w sposobie wykorzystania potencjału, jaki dawała ziemia i inne dobra majątku − takie jak las czy woda. Rozwinął istniejące wcześniej gorzelnictwo, stworzył gospodarstwo rybne na obszarze 168,35 ha Jeziora Bytyńskiego, rozwinął gospodarkę leśną, w kierunku przerabiania drewna na miejscu. Rozbudował na te potrzeby tartak i parkieciarnię oraz kolejkę wąskotorową. Księgi bilansowe z 1931 roku pokazują zadłużenie majątku i zaciągnięte kredyty, zaś roczne bilanse z lat 1937 i 1938 wykazują już dochód.

W takim dużym majątku, jaki stanowiły Dobra Rycerskie Bytyń, toczyło się pracowite życie. Pracowite zarówno dla moich rodziców, jak i zatrudnianych w majątku ludzi.

Ojciec, mimo że sam w polu nie pracował, to czuwał nad wszystkim. Był pracodawcą w sezonie dla ponad 300 pracowników, czuwał nad dokumentacją finansową i przestrzeganiem przepisów, na przykład Prawa Leśnego czy przepisów dotyczących produkcji w gorzelni. Specjalnie interesował się, zorganizowanym przez siebie, gospodarstwem rybnym − połowami ryb i ich sprzedażą. Mama natomiast planowała codziennie posiłki dla domu i dla służby oraz wydawała potrzebne do ich przygotowania produkty. Zarządzała zakresem prac domowych na dany dzień. Nadzorowała te prace, jak i pracę w ogrodzie oraz sprzedaż i hodowlę drobiu.

Każdy dzień powszedni był dla moich rodziców wypełniony licznymi zajęciami. Jednak pewne rytuały domowe były święte. Należały do nich wspólnie jedzone posiłki. Należał do nich słodki podwieczorek, po którym już nie wracało się do zajęć, oraz kolacja o rozbudowanym menu, do której należało się uroczyście przebrać. Często zapraszani na te kolacje byli goście.


15 Pułk Ułanów – uczestnicy biegu myśliwskiego w Bytyniu


Rodzice, będący w latach trzydziestych młodymi ludźmi, mieli również potrzeby towarzyskie i rozrywkowe. Zdjęcia ze starego albumu przedstawiają zorganizowany przez rodziców bieg myśliwski 15 Pułku Ułanów Poznańskich. Fotografie pokazują, jak radośnie potrafili się bawić, goniąc za lisem, a uczestnicy wspominali o tańcach do białego rana.

Rodzice jeździli również często do Poznania. Nie opuścili żadnej premiery teatralnej czy dobrego koncertu. Był to zwyczaj kultywowany, zwłaszcza przez ludzi mieszkających na prowincji, którzy − może chcąc udowodnić swoje potrzeby kulturalne − byli często pilniejszymi jej uczestnikami niż mieszkańcy tego miasta, mający te imprezy blisko domu. Rodzice mieli samochód, więc jazda 30 km nie była kłopotem. Uczestnictwo w takich imprezach było okazją nie tylko do zaznania wrażeń artystycznych i intelektualnych. To była również atrakcja towarzyska i plotkarska. W przerwach spektaklu czy koncertu, a potem podczas przyjęcia, na które zapraszali organizatorzy, była możliwość wymiany wrażeń z przeżycia artystycznego, ale i zaprezentowania nowej kreacji, spotkania znajomych i odświeżenia plotek towarzyskich, a także wymiany poglądów politycznych.


Rodzina Niegolewskich i Chełkowskich zebrana na na ślubie Zygmunta Niegolewskiego i Haliny Chełkowskiej. Trzeba przyznać, że wesela w tamtych czasach były w ziemiańskich środowiskach skromne. Gromadziła się wyłącznie najbliższa rodzina. Zdjęcie zrobione w pięknej sali pałacu w Śmiełowie, w tle freski Antoniego i Franciszka Smuglewiczów o tematyce homerowskiej. W pierwszym rzędzie siedzących na krzesłach 3. osoba od prawej – dziadek Stanisław Niegolewski, obok pani Maria Chełkowska zwana Maniutą, dalej – babcia Wanda, Józef Chełkowski i ksiądz, który udzielał ślubu. Państwo młodzi, zapatrzeni w siebie, stoją centralnie, w ostatnim szeregu. Dwa lata później Halina z Chełkowskich Niegolewska zginęła ze swoją córeczką Wandeczką na rękach podczas bombardowania w Warszawie.


Nowe kreacje, jakie mama na takie okazje zakładała, były przygotowywane i przeznaczone indywidualnie na każdą z imprez. Mama raz w roku wyjeżdżała specjalnie do Warszawy, aby w słynnym domu mody Hersego zamówić nowe ubrania na zbliżający się sezon. W pięknym wnętrzu salonu mody modelki prezentowały najnowsze kreacje paryskie. Po tym indywidualnym pokazie, po obejrzeniu kolekcji oraz wysłuchaniu porad właścicielki salonu mama zamawiała ubrania i dobrane do nich dodatki oraz obuwie na przewidziane w kolejnym sezonie okazje. Zakład Hersego, po dopasowaniu poszczególnych ubrań do figury mamy, przywoził zamówienie do Bytynia. Takie zakupy były rytuałem, jak wspominała moja mama, ale i niepowtarzalną przyjemnością.

Rodzice po kilku latach wytężonej pracy i raczej oszczędnego życia planowali podroż dookoła świata. Ojciec kupił nawet w tym celu stosowny jacht morski, który we wrześniu 1939 roku stał w polskim porcie. No, ale jacht nie doczekał się już odbioru.

Wojna zmieniła wszystko

Ojciec zgłosił się do swojego pułku już pod koniec sierpnia 1939 roku. Stawił się jako pierwszy z oficerów rezerwy, przekazując swój samochód i konie dla wojska. Mama pozostała w Bytyniu do 3 grudnia, kiedy to Niemcy wysiedlili ją i osadzili w więzieniu we Wronkach. Zabrano wówczas z mamą, na tą bezpowrotną tułaczkę, moją babcię Zofię Gniazdowską i brata Felicjana, urodzonego w 1932 roku. Kolekcja dziadka Gniazdowskiego, tak jak i wszystkie inne wartościowsze przedmioty wywiezione zostały z Bytynia przez Niemców w 1940 roku. Resztę, w dużym stopniu, pochłonęła wojna. W Bytyniu stacjonował Wermacht, później przeszli żołnierze Armii Czerwonej, a po ustaniu działań wojennych grabieżcy dokonali reszty. Szaber szalał za cichym przyzwoleniem władz komunistycznych na rozdysponowywanie prywatnych rzeczy właścicieli, którym odebrano dom i ziemię Dekretem Reformy Rolnej PKWN z 6 września 1944 roku.


Ojciec przy samochodzie marki Daimler, ok. 1936 r. Samochód ten ojciec w sierpniu 1939 r. przekazał 15 Pułkowi Ułanów Poznańskich, wraz z końmi z Bytynia, na potrzeby wojska.


Rodzice po trudnych latach wojny, które przeżyli rozdzieleni, rozpoczęli życie w nowej rzeczywistości społecznej i ekonomicznej. Ojciec początkowo znalazł pracę na Wybrzeżu, związaną z uruchamianiem portu w Kołobrzegu. Tam urodziła się moja siostra Maria, w 1946 roku. Brat mój w tym czasie był w średniej szkole morskiej z internatem, a potem −  po wielkich trudnościach związanych z niewłaściwym pochodzeniem  − ukończył wyższą szkołę morską i całe swoje życie zawodowe poświecił morzu.

Ojciec, po osiągnięciu jako takiej stabilizacji na Wybrzeżu, w 1949 roku znowu zostaje wygnańcem. Fikcyjne zarzuty i nagonka propagandowa sprawiły, że ojciec musiał „ zniknąć”. W tym czasie osoby, które były aktywne i współpracowały zaraz po zakończeniu wojny z polskim rządem związanym z Mikołajczykiem, stały się wrogiem ówczesnego ustroju. Ojciec dostał ostrzeżenie o zamiarach jego aresztowania. Nie zastanawiał się ani chwili i nie sprawdzał, czy jest to prawda. Wsiadł z mamą i moją siostrą oraz dobytkiem spakowanym w jedną walizkę do pociągu jadącego do Polski centralnej. Rodzice zamieszkali wtedy w letnim domu w Puszczy Kampinoskiej, o którym ojciec pamiętał z czasu kampanii wrześniowej 1939 roku. W Kampinosie ojciec był leczony z rany odniesionej na polu bitwy nad Bzurą, potem w Puszczy Kampinoskiej zdawał broń i stamtąd zabrany został do obozu jenieckiego, w którym spędził całą wojnę.

Po kilku latach ukrywania się i pracy dorywczej w piekarni na dalekim Żoliborzu w Warszawie, w roku 1953 dzięki tzw. „odwilży politycznej” ojciec mógł się na nowo ujawnić się i podjąć oficjalną pracę. Rodzice otrzymali z czasem nawet mieszkanie kwaterunkowe na Mokotowie, w którym mieszkali do końca swoich dni. Do Bytynia nigdy nie wrócili i ani razu nie odwiedzili tych terenów. Ojciec bywał czasami w Poznaniu, by spotkać się ze swoją matką, która mieszkała kątem w sublokatorskim mieszkaniu na Sołaczu. Ja czasami z ojcem przyjeżdżałam do Babuni Wandy i wspominam „mieszkanie” na Wołyńskiej, z dużą porcelanowa miską do mycia za parawanem w pomieszczeniu, w którym się gotowało, wspólną ubikację i specyficzny zapach na klatce schodowej.


Wspominane w tekście filiżanki z Bytynia, tzw. „Berliny”, oraz serwetki i czepiec haftowane wielkopolskim haftem snutkowym.


Rodzice utrzymywali po wojnie kontakt z niektórymi mieszkańcami Bytynia. A czasami pod nasz warszawski adres przychodziła paczka z pysznymi wyrobami wędliniarskimi. Było to wtedy święto w rodzinie, bo takich smaków w Warszawie nie znano.

Ja, urodzona w 1953 roku, czas przedwojenny i wojenne losy rodziców młodości znam jedynie ze wspomnień, anegdot, komentarzy lub skojarzeń sytuacyjnych. Czasy te znam per prokura, w sposób przypominający pachwork. Jakieś różne opowieści, wyrywkowe obrazy, które składają się na całość. Na szczęście te wspomnieniowe impresje są w większości radosne lub często wręcz zabawne i nie mają ładunku gorzkiej martyrologii oraz nadmiernej tęsknoty za minionym. Zarówno ojciec, jak i mama żyli życiem „tu” i „teraz”, przy jednoczesnym przywiązaniu do pewnych rzeczy stałych, uniwersalnych. To przywiązanie nie odnosiło się do rzeczy materialnych, ale do zasad i zjawisk życia. Wyjątek stanowiły przedmioty materialne, które wnosiły do ówczesnej codzienności symbolikę dotyczącą historii rodziny czy ojczyzny. Były to na przykład uratowane albumy ze zdjęciami, nielicznie zachowane dokumenty, listy czy kartki pocztowe, a także drobne bibeloty czy portrety. Te przedmioty traktowało się w moim domu wyjątkowo. Dla mnie były one łącznikiem pomiędzy rzeczywistością, którą znałam, a tym, o czym opowiadali rodzice. Wspomnienia były wizualizacją, a pamiątki artefaktami nieznanego mi świata.

Od najwcześniejszych lat mojego życia opowieści o tym, jak się żyło przed wojną, jawiły mi się jako bajki o księżniczce i o księciu żyjących w pałacu. Nieco później bajka ta miała i innych bohaterów w postaci konkretnych wujów, ciotek i kuzynów, znajomych i sąsiadów, których zaczęłam kojarzyć z osobami, które spotykałam. Zapamiętałam nazwiska i nazwy geograficzne, a także nazwy majątków, które kojarzone były zawsze z ich właścicielami. Wszystkie te nazwy mam utrwalone na tej najstarszej płycie mojego umysłu i słyszę ich brzmienie w uszach do dziś. Świat moich rodziców wyraźnie dzielił się na ten sprzed wojny i ten powojenny. A to sprzed wojny było bardzo odmienne od rzeczywistości, w jakiej wówczas żyliśmy.

A żyliśmy wówczas w czterdziestosiedmiometrowym mieszkaniu na starym Mokotowie w Warszawie. Mieszkanie na drugim piętrze przedwojennego budynku było zupełnie inne od mieszkań moich koleżanek ze szkoły. Ta inność polegała na przypadkowo stworzonym jego układzie, bo mieszkanie wykrojone zostało z innego (o większej powierzchni), i na umeblowaniu ze sprzętów częściej zdobywanych niż kupowanych w sklepach meblowych. Rodzice zdobywali pojedyncze meble zamiast kupować komplety. Całość wyposażenia, w którym żyliśmy, opierała się na łączonej stylistyce: współczesna meblościanka obok starej czeczotowej serwantki czy biedermeierowskiego niciaka. Te stare meble nie pochodziły z Bytynia, były darami od osób o podobnym życiorysie jak my, wysiedlonych ze swoich domów, którzy czasami otrzymywali ze swojego majątku jakieś sprzęty, niemieszczące się w gabarytach mieszkań w warszawskich blokach.


Talerz „Bażant”, opisany w tekście – fajans angielski.


Nam uratowało się kilka portretów, niedocenianych wówczas przez ludzi plądrujących w majątkach ziemiańskich. Portrety były powycinane z ram, na ogół wartościowych dzięki złoceniom i rzeźbiarskim dekoracjom. Płótna zwinięte w rulon, czasami umieszczone w jakiejś tubie rzucone do wilgotnych piwnic czy na strych, gdzie buszowały gołębie. Wszystko to powodowało ogromne zniszczenia portretów, które były często bardzo stare, sięgały XVII, XVIII w. Jednak brak ramy, naddarcia płótna i popękana farba nie przeszkadzała, aby bez konserwacji, na którą nie było pieniędzy, takie zniszczone portrety powiesić na ścianach naszych miejskich siedzib. Na Narbutta ze ścian spoglądali przodkowie. Od dziecka bałam się przechodzić obok podgolonego mężczyzny w barokowej zbroi, który wodził za mną oczami, a jeszcze bardziej − babki o ostrym spojrzeniu, ubranej w suknię wykończoną koronkami.

Na półkach regałów zrobionych domowym sposobem były książki, a obok nich bibeloty − tzw. „kurzołapki” − ulubiony przez nas porcelanowy biały piesek z utrąconym uchem pod czarnym parasolem, mały wazonik galle z warstwowego szkła zdobionego w nasturcje. A w kuchennym kredensie dumnie prezentowały się dwie, z połowy XIX wieku filiżanki w ręcznie malowane kwiatki − Fas Schumann Berlin, talerz zdobiony malowanymi ręcznie bratkami firmy Rosenthal Kronach. Te przedmioty nie były unikatowe, ale dla nas były one „jedyne”, bo powróciły z innego świata i tworzyły specyficzny mikroklimat naszego domu, a jednocześnie stały się symbolicznym pomostem z przedwojenną historią rodziny. Były dla moich rodziców wyjątkowe i ten stosunek do nich udzielił się i mnie, i mojej siostrze. Każdy z nich był traktowany z wielką atencją. Każdy miał swoje indywidualne określenie, jakby własne imię. To nadanie nazwy sprawiało, że przedmiot otrzymywał duszę. Na przykład zwykły dziewiętnastowieczny angielski półmisek fajansowy, zwany Bażantem, bo przedstawiał te ptaki i ornamenty roślinne, wyjmowany był tylko kilka razy do roku i to przy szczególnych okazjach, na przykład podczas szykowania stołu świątecznego na Boże Narodzenie, kiedy mama wysypywała na niego bakalie do chrupania w świąteczne dni. Te, nieliczne zresztą przedmioty, pochodzące z Bytynia, znalazły się jakimś cudem w naszym domu, w Warszawie. Rodzice otrzymywali je okrężnymi drogami od uczciwych ludzi, którzy znajdywali je leżące gdzieś w kącie we dworze czy w parku, porzucone lub zgubione przez szabrownika.

Przykładem takiego przypadku są do dziś nam służące srebrzone sztućce marki Fraget z inicjałami mojego ojca, które były częścią jego ślubnej wyprawy. Kiedy, już parę lat po wojnie, szklono okna we dworze bytyńskim, przed wykorzystaniem go na jakąś działalność dla społeczności, ktoś znalazł − powrzucane w przestrzeń pomiędzy ścianą a wewnętrzne okiennice − noże, łyżki inne elementy kompletu sztućców z monogramem AN. Znaleziska dokonała bardzo uczciwa osoba i dzięki niej sztućce nadal służą naszej rodzinie. Używaliśmy ich w rodzinnym domu, a po śmierci rodziców − w 1998 roku − podzieliliśmy je sprawiedliwie pomiędzy naszą trójkę rodzeństwa i wszyscy zgodnie uważamy, że takich dobrych noży żadne z nas nie spotkało przez całe swoje życie.


Mama, lata 50., ojciec – lata 70.


Opowieści rodziców o życiu przedwojennym stworzyły w mojej pamięci indywidualną opowieść rodzinną, dającą się podzielić na pojedyncze opowiadania. Na przykład: „Jak to pułkownik ukazał się pannie Helci”, „Jak na nieużytkach bytyńskich lądowała Wanda, córka Józefa Piłsudskiego” albo historia „O Ogrodowczyku, który ukradł warzywa, a potem zjawił się po wojnie w Warszawie z bukietem róż dla mamy”, albo „Jak mój ojciec − żartowniś podpuścił księdza proboszcza z kościoła w Bytyniu i ten ogłosił z ambony rozpoczęcie II wojny światowej jeszcze w sierpniu 1939 roku i co potem z tego wyniknęło”, albo „O wierności wyżła − Waldiego, ukochanego psa mojego ojca” (to była smutna opowieść), jak również „O zakopanym przed wojną winie”.

Były to dykteryjki krążące w naszym domu przy różnych okazjach, a jednocześnie były sposobem stosowanym przez rodziców na przekazanie mnie i mojej siostrze informacji o prawdziwym życiu rodziny ziemiańskiej, obrazie tak odmiennym od wersji, na jaką byłyśmy skazane, żyjąc w czasach komunistycznej propagandy.

Nigdy nie odczułam, żeby ten czy inny szczegół z życia przedwojennego moich rodziców, który brzmiał bardzo luksusowo w latach 60., był specjalnie przez nich gloryfikowany. Raczej był ciekawostką, dowodzącą, że ten świat zamożnych ludzi był dla nich przyjemny, ale jednocześnie był czasem wytężonej pracy i zapobiegliwości. Natomiast późniejsze lata − wojna i trudna walka o przetrwanie zaraz po wyzwoleniu oraz przystosowanie się do życia w Polsce komunistycznej − nauczyły ich, że wszystko w jednej chwili można stracić. Dlatego źródłem codziennej radości powinno być według Nich coś zupełnie innego. Byliśmy z rodzeństwem świadkami codziennego Ich szczęścia i wzajemnego przywiązania. Potrafili w każdym dniu doceniać ważność tego, że mogą być razem. Sprawdziła się Im i innym przedstawicielom tego środowiska, tak głęboko doświadczonego przez wojnę i komunizm, zasada mówiąca o ważności tradycji rodzinnej i kultywowanie filozofii mówiącej, że należy bardziej „być” niż „mieć”. Można „mieć”, ale tylko jeśli jest to możliwe. Jeśli los nie pozwala − to „być” też wystarcza.

Wspomnienia i zdjęcia moich rodziców dotyczące czasów, kiedy żyli w Bytyniu, pokazują kochającą się parę. Byli wtedy młodzi, piękni i zamożni. Ja byłam świadkiem ich życia wiele lat później, kiedy zmagali się z codziennymi trudnościami w czasach komunistycznych i trudnościami związanymi z umykającym im życiem. Jednak widziałam ich na co dzień szczęśliwymi. Poczucie szczęścia i bezpieczeństwa dawali sobie wzajemnie, niezależnie gdzie byli i w jakiej sytuacji. To również przekazywali nam − tworząc spokojny, szczęśliwy rodzinny dom. Pamięć tego, co przeszli, nigdy nie mąciła nam radości dnia codziennego, bo ważniejsze było to, że mimo okropnych przeżyć − przetrwali. Starali się również, żeby w miarę możliwości ich życie było również pożyteczne dla otoczenia i dalszej rodziny, pomagając tym, którzy byli mniej zaradni.

Rodzice na pomoście w Bytyniu nad Jeziorem Bytyńskim

Mój brat Felicjan Niegolewski w Bytyniu, 1933 r.

Mama z ulubionym psem Waldim

Ojciec w 1939 r.

Pierwsza wiadomość, którą ojciec mógł wysłać do rodziny w 1939 r.

Portret Andrzeja Niegolewskiego, malarz Edmund Czarnecki (1906-1990), olej, tektura, Woldenberg 1943. Mama otrzymała go w Warszawie tuż przed powstaniem. Z płonącej Woli uciekła w szlafroku, w butach-oficerkach i z portretem w ręku.


Andrzej Niegolewski (ojciec)

Urodził się 3 września 1905 roku w majątku rodzinnym Niegolewo jako syn Stanisława i Wandy z Wężyków Niegolewskich. Studia rolnicze ukończył na Uniwersytecie Poznańskim, ze specjalizacją ekonomiki rolnictwa. W latach 1930-1931 ukończył Instytut Wyższych Studiów Międzynarodowych, przy wydziale Prawa Uniwersytetu Paryskiego.

Od roku 1931 gospodarował w swoim majątku Bytyń, obejmującym ponad 3000 ha. Poza uprawą roli rozwinął działalność rolniczo-przemysłową oraz rybołówstwo na dzierżawionych 340 ha Jeziora Bytyńskiego.

Uczestniczył w kampanii wrześniowej w 1939 roku, w stopniu porucznika. Pełnił wtedy funkcję adiutanta dowódcy 15 Pułku Ułanów, wchodzącego w skład Armii „Poznań”. Uczestniczył w bitwie nad Bzurą, w czasie której został ranny. Odznaczony dwukrotnie Krzyżem Walecznych i Krzyżem Orderu Virtuti Militari V klasy. Po złożeniu broni został osadzony w Oflagu II C Woldenberg (Dobiegniew), gdzie należał do Komisji Kulturalno-Oświatowej. Podczas pobytu w oflagu ukończył studia rybołówstwa morskiego i nauczył się języka hiszpańskiego. Wcześniej znał niemiecki, angielski, francuski, łacinę i grekę. Dzięki temu zaangażował się w tłumaczenie artykułów prasy zagranicznej dla redakcji tajnego dziennika obozowego.

Po wyzwoleniu objął stanowisko starszego asystenta w Katedrze Ekonomiki Rolnej Uniwersytetu Poznańskiego. Wkrótce został Przedstawicielem Delegatury Rządu dla spraw Wybrzeża i przeniósł się wraz z rodziną do Kołobrzegu. Tam jako zastępca kapitana portu brał udział w uruchomieniu portu handlowego.

Na przełomie 1949 i 1950 roku, kiedy radykalnie zmieniły się nastroje polityczne w Polsce, musiał z powodu pochodzenia zniknąć, aby uniknąć aresztowania. Przeniósł się w okolice Warszawy, by przeczekać ten trudny czas w terenie, gdzie był mało znaną osobą. Po roku 1953 mógł już spokojnie podjąć oficjalnie pracę. Początkowo zatrudnił się w przemyśle spożywczym. Natomiast po zmianach, jakie przyniósł rok 1956, mógł wróci do spraw morskich, które go zawsze bardzo interesowały.

Obejmował kolejno, a czasami równolegle, stanowiska w rożnych instytucjach związanych z działaniami na rzecz morza. Jako bezpartyjny zawsze jednak był wice: -dyrektorem, -przewodniczącym itp. Pracował w Generalnym Inspektoracie Przemysłu Rybnego w Gdyni, a następnie w Departamencie Gospodarki Rybnej w Ministerstwie Żeglugi.

W tym czasie podjął pracę naukową. W 1961 roku uzyskał doktorat w Wyższej Szkole Rolniczej w Poznaniu, w marcu 1965 roku habilitował się na Wydziale Rybackim Wyższej Szkole Rolniczej w Olsztynie i objął katedrę na Wydziale Rybactwa Morskiego Wyższej Szkoły Rolniczej w Szczecinie. W 1970 roku Rada Państwa Nadała mu tytuł profesora nadzwyczajnego nauk ekonomicznych. Przed emeryturą, na którą przeszedł w wieku 75 lat, otrzymał tytuł profesora zwyczajnego.

Andrzej Niegolewski był dyrektorem Instytutu Zasobów Morza Szczecińskiej WSR i przewodniczącym Komisji Głównej ds. Badania i Wykorzystania Zasobów Mórz i Oceanów Komitetu Nauki PAN, wiceprzewodniczącym Międzynarodowej Komisji Oceanograficznej IOC UNESCO w Paryżu.

Przez wiele lat, pomimo pełnienia ważnych funkcji zawodowych i popularności jego pracy naukowej za granicą, odmawiano mu paszportu i nie mógł uczestniczyć w posiedzeniach i konferencjach międzynarodowych organizowanych poza naszym Blokiem Wschodnim. Dopiero w roku 1965 władze polskie pozwoliły na jego 4-miesięczny pobyt na statku rybackim, aby jako specjalista obserwował opłacalność wysyłania na dalekie morza tzw. statków przetwórni. Z tej podróży pozostał, poza opracowaniem naukowym, dziennik składający się z zapisów tego, co działo się na statku w społeczności marynarskiej oraz ciekawych relacji z pobytów w portach. Ten sprawozdawczy tekst wzbogacony jest wieloma głębokimi refleksjami i interesującymi komentarzami.

Andrzej Niegolewski w czasie swojego długiego, 93-letniego życia otrzymał wiele nagród resortowych, naukowych z obszaru działalności na rzecz morza oraz kilka odznaczeń państwowych. Był autorem ponad 90 publikacji wydanych drukiem oraz ponad 70 opracowań nieopublikowanych (skrypty, opinie, recenzje). Pod jego kierunkiem powstały 2 rozprawy habilitacyjne, 5 doktorskich oraz ponad 40 magisterskich.

Do końca był bardzo aktywny, towarzyski i twórczy. Codziennie pisał notatki, recenzje i opracowania. Tak było do ostatnich świadomych chwil jego życia. Zmarł po krótkiej chorobie 15 stycznia 1998 roku.

Wanda Niegolewska

historyk sztuki, prezes Wielkopolskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego i fundacji „Czyń coś powinien, będzie co może” im. Stanisława i Wandy Niegolewskich; mieszka w Psarskiem k. Pniew

Wanda Niegolewska, Bytyń – siedziba rodzinna2020-09-22T18:06:12+00:00

Leszek Kozielski – powstaniec wielkopolski, żołnierz wojny polsko-bolszewickiej i kampanii wrześniowej

Paweł Przewoźny

Mój ojciec chrzestny − bohater

Leszek Kozielski (1900-1980) − powstaniec wielkopolski, żołnierz wojny polsko-bolszewickiej i kampanii wrześniowej

Od nekrologu wszystko się zaczęło…

W roku 2001, po śmierci mojej Mamy, przejąłem rodzinne archiwum. Setki zdjęć, dziesiątki dokumentów i innych pamiątek. Zdałem sobie sprawę, że archiwum, w którym ja dobrze się orientuję, dla moich następców może już okazać się nieczytelne. Podjąłem więc decyzję o jego usystematyzowaniu, opisaniu wszystkich zdjęć i spisaniu historii rodziny. Wśród zbioru dokumentów znajdował się wycięty z „Głosu Wielkopolskiego” nekrolog zmarłego w 1980 roku mojego ojca chrzestnego Leszka Kozielskiego. Biorąc, nie po raz pierwszy, ten nekrolog do ręki uświadomiłem sobie, że niewiele właściwie o moim ojcu chrzestnym wiem.

Z opowiadań rodziców wiedziałem, że był przyjacielem mojego Ojca, właścicielem młyna wodnego w Chojnie-Młynie, powstańcem wielkopolskim, kawalerem Orderu Wojennego Virtuti Militari. W pamięci miałem jego pobyt na mojej I Komunii Świętej w 1961 roku i kilka lat później, gdy przyjechał do nas w odwiedziny. Miałem wtedy kilkanaście lat. Za mało, by zainteresować się historią jego życia. W 1970 roku zmarł mój Ojciec i kontakt z Leszkiem Kozielskim się urwał. W archiwum rodzinnym pozostało jeszcze kilka zdjęć z nim z czasów mojego dzieciństwa i I Komunii, a także krótki liścik, który dołączył do prezentu dla mnie (kompletu posrebrzanych sztućców z moimi inicjałami) na moje piąte imieniny. I właściwie to wszystko.


Leszek Kozielski z chrześniakiem Pawłem Przewoźnym w 1955 r. w Chojnie (z lewej) i w 1961 r. w Szczepankowie


Wczytuję się ponownie w jego nekrolog: „Leszek Kozielski, powstaniec wlkp., odznaczony Orderem Virtuti Militari, dwukrotnie Krzyżem Walecznych, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.” A więc to postać nietuzinkowa. Takich odznaczeń nie otrzymuje się za wzorową służbę czy za „całokształt”. Artykuł 4 Ustawy Orderu Wojskowego „Virtuti Miltari” (Dz. Ustaw nr 67, poz. 409 z dnia 1 sierpnia 1919 r.) mówi bowiem, że: „Krzyż Srebrny – otrzymuje oficer, podoficer lub żołnierz za czyn wybitnego męstwa, połączony z narażeniem życia”. Podobnie Artykuł 1 Rozporządzenia Rady Obrony Państwa o ustanowieniu Krzyża Walecznych (Dz. Ustaw nr 87, poz. 572 z dnia 11 sierpnia 1920 r.) mówi: „Ustanawia się celem nagradzania czynów męstwa i odwagi, wykazanych w boju, odznakę wojskową pod nazwą Krzyż Walecznych”.

Moja ciekawość zwyciężyła i postanowiłem odkryć na nowo czyny, których dokonał Leszek Kozielski. Zacząłem poszukiwania.

Najpierw, oczywiście, źródła pisane. Książki, opracowania i czasopisma dotyczące powstania wielkopolskiego, rejestry odznaczonych powstańców w bibliotekach. Poszukiwania w internecie (nie tak bogatym jak dziś), w bibliotekach cyfrowych itp. Bez specjalnego efektu. Tylko strzępy informacji.



Przełom nastąpił, gdy zdecydowałem się przeprowadzić kwerendę w Centralnym Archiwum Wojskowym w Rembertowie. Po przejściu wielu formalności związanych z uzyskaniem zgody na kwerendę, odnalezieniu właściwych sygnatur archiwalnych i konkretnych akt oraz uzyskaniu terminu kwerendy, pojechałem do CAW, by zapoznać się z zawartością trzech teczek z dokumentami personalnymi Leszka Kozielskiego. A w nich same skarby! Pełna dokumentacja jego żołnierskiej drogi: kwestionariusze, wyciągi ewidencyjne, wnioski na odznaczenia Orderem Virtuti Militari i Krzyżami Walecznych, przebieg służby, własnoręcznie pisane życiorysy, akta personalne, itp., itd.

Dopiero wtedy dowiedziałem się, że po powstaniu wielkopolskim wyjechał wraz ze swoim pułkiem na front litewsko-białoruski wojny z bolszewikami. I to z tej wojny wrócił z orderami na piersi.

Następny krok to zwrócenie się do Archiwum Prezydenta RP z prośbą o wnioski na odznaczenia i uchwały Rady Państwa przyznające mu kolejne odznaczenia, tj. Wielkopolski Krzyż Powstańczy i Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. W nich znajduję dokładniejszy opis jego walk w powstaniu wielkopolskim i we wrześniu 1939 roku.

Niedługo później na portalu aukcyjnym trafiłem na wystawiony na sprzedaż maszynopis (z lat 30. XX w.) niepublikowanej monografii 14 Pułku Artylerii Polowej Wlkp., obejmującej okres od chwili jego powstania w 1919 roku do listopada 1920 roku. Zdecydowałem się na jego zakup, który okazał się strzałem w dziesiątkę. W tej pracy został przedstawiony cały szlak bojowy pułku, w którym służył Leszek Kozielski, wszystkie jego walki i potyczki z wrogiem oraz zamieszczono wspomnienia bezpośrednich uczestników tych walk. Jeden z nich, kpt. Wacław Gadomski, dowódca 7 baterii, w swoich wspomnieniach opisał m. in. dokładny przebieg wydarzeń z 16 lipca 1920 roku, rolę, jaką w nich odegrał Leszek Kozielski i bohaterstwo, którym się wówczas odznaczył, i za które otrzymał Order Virtuti Militari.

Przez cały czas wracałem do przeglądania Internetu w poszukiwaniu nowych informacji. Wielką pomocą były informacje o rodzinie Kozielskich uzyskane od lokalnych pasjonatów historii: Henryka Olszewskiego z Żychlina i Jarosława Mikołajczaka z Chojna.

Przez kilkanaście lat zebrałem o moim ojcu chrzestnym tyle informacji, że mogę pokusić się o przedstawienie jego biografii.

„Głos Wielkopolski”, 1.10.1980 r.

Leszek Kozielski i Edward Przewoźny, Szczepankowo, 11.06.1961 r.

Uczestnicy przyjęcia komunijnego z okazji I komunii Pawła Przewoźnego, 11.06.1961, Szczepankowo. Leszek Kozielski w górnym rzędzie, 1. z prawej

Własnoręczny życiorys Leszka Kozielskiego, spisany 29.05.1933 r. Źródło: Centralne Archiwum Wojskowe

Wacław Gadomski (1892-1939) – autor wspomnień, w których zawarte są szczegółowe informacje o czynach Leszka Kozielskiego w czasie wojny polsko-bolszewickiej

Leszek Kozielski w 1928 r. Źródło: Archiwum Państwowe w Płocku

Nieistniejący budynek koszar artylerii polowej przy ul. Magazynowej (obecnie Solnej) w Poznaniu, 1905-1915. Źródło: Fotopolska

Źródło:
https://www.powiatwolsztyn.pl/powstanie/historia%20powstania.html

Stanowisko artylerii powstańczej pod Chobienicami, 1919 r. Źródło: https://www.powiatwolsztyn.pl/powstanie/galeria.html

Defilada oddziałów po uroczystości zaprzysiężenia 4 baterii 1 Pułku Artylerii Lekkiej, Poznań, pl. Wolności, 2.03.1919 r. Źródło: Archiwum Państwowe w Poznaniu

Armata polowa wz. 1897 75 mm, Muzeum Wojskowe w Warszawie. Zdjęcie z 2013 r.

Ludwik Nawrocki (1892-1974), wnioskodawca odznaczenia Leszka Kozielskiego orderem Virtuti Militari. Źródło:
http://www.muzeum.gostyn.pl/Gosty%C5%84ski%20S%C5%82ownik%20Biograficzny?idAkt=2385

Samochód pancerny Uralec zdobyty 4 czerwca 1920 roku przez żołnierzy 56. Pułku Piechoty Wielkopolskiej w czasie walk pod Bobrujskiem w miejscowości Stołpiszcze. Samochód ściągnięto do Bobrujska i włączono w skład wielkopolskiego plutonu samochodów pancernych, gdzie nadano mu nazwę „Generał Szeptycki” na cześć generała Stanisława Szeptyckiego, pojazd pozostał na stanie uzbrojenia Wojska Polskiego do końca lat 20. XX wieku. Źródło: Cyryl

Leszek Kozielski, 1933 r. Źródło: Centralne Archiwum Wojskowe

14 Pułk Artylerii Polowej w czasie defilady w Poznaniu (w głębi widoczny wysadzony przez Niemców w 1939 r. pomnik Wdzięczności), 1935 r. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Leszek Kozielski

Lech (Leszek) Kozielski, najstarszy syn Tomasza i Kazimiery z domu Piotrowskiej, urodził się w Gdańsku 15 marca 1900 roku. Miał dwie siostry: Bolesławę i Helenę oraz trzech braci: Mariana, Jana i Henryka.

Po wstępnym przygotowaniu w Kruszwicy i szkole fabrycznej Cukrowni Brześć Kujawski wstąpił w 1912 roku do 8-klasowej niemieckiej szkoły średniej w Inowrocławiu. Wybuch I wojny światowej przerwał jego dalszą naukę szkolną, przebywał bowiem w tym czasie na wakacjach u rodziców w ówczesnym zaborze rosyjskim i do Niemiec, do szkoły, wrócić nie mógł. Uczył się w domu i przy pomocy korepetytora przygotowywał się do wstąpienia do jednej ze szkół zaboru rosyjskiego.

Internowanie ojca, obywatela niemieckiego, przez Rosjan w roku 1915 i wywiezienie go w głąb Rosji, zmieniło warunki materialne rodziny. Leszek zmuszony był zrezygnować z dalszej nauki i wstąpił na praktykę handlową w Poznaniu. 15 czerwca 1918 r. został wcielony do armii niemieckiej. Służbę odbywał służbę w 5 Batalionie Strzelców w Hirschbergu (Jeleniej Górze).

20 grudnia 1918 roku − podobnie jak wielu innych Polaków − zbiegł z wojska i zamieszkał z rodzicami w Dobrzelinie, w byłym już zaborze rosyjskim. Jednak już po kilkunastu dniach, na wieść o powstaniu w Wielkopolsce, wyjechał do Poznania i 19 stycznia zgłosił się ochotniczo do tworzącej się w tzw. „białych” koszarach przy ul. Magazynowej (dziś Solnej) wielkopolskiej artylerii polowej. Przydzielony został do pierwszej formującej się baterii artylerii polowej (przemianowanej potem na 4 Baterię 1 Pułku Artylerii Lekkiej, później na 3 Pułk Artylerii Polowej Wlkp. a na koniec na 14 Pułk Artylerii Polowej) i wraz z nią wyjechał pod dowództwem kpt. Michała Chłapowskiego na front zachodni powstania wielkopolskiego. Walczył pod Zbąszyniem, a następnie pod Chobienicami, Babimostem i Kargową.


3 Pułk Artylerii Polowej Wielkopolskiej przy załadunku działa na platformę kolejową przed wyjazdem na front litewsko-białoruski, lipiec 1919 r. Kartka wydana przez Siedlecki Klub Kolekcjonerów


14 Pułk Artylerii Polowej wrócił do Poznania 28 lipca 1919 roku, uzupełnił braki i po dwóch dniach załadował się i transportem kolejowym wyruszył na front litewsko-białoruski do walki z bolszewikami. 3 sierpnia 1919 r. pułk wyładował się na stacji kolejowej Radoszkowicze, na północny-zachód od Mińska Litewskiego. I tu rozpoczął się, trwający 15 miesięcy, udział Leszka Kozielskiego w wojnie polsko-bolszewickiej.

W charakterze celowniczego i bombardiera działowego 4. działonu, 4. baterii, 2. dywizjonu, 14. Pułku Artylerii Polowej brał udział we wszystkich bez wyjątku działaniach wojennych 4 baterii 14 pap na froncie wschodnim, a więc: w walce pod Zasławiem i Radoszkowiczami, ofensywie i zdobyciu Mińska Litewskiego, w walkach pod Hołujem i Świsłoczem, zdobyciu twierdzy Bobrujsk, walkach pod Michalewem, folwarkiem Rynia i Bartnikami, wypadzie nad rzekę Ołę.

30 września 1919 roku jego 4 bateria została pod wsią Babin zupełnie odcięta od 57 Pułku Piechoty, z którą współdziałali, a nieprzyjaciel podchodził już pod baterię. Aby nawiązać łączność z piechotą, kanonier Kozielski wraz z plut. Prauzińskim na ochotnika przedostali się do 57 Pułku Piechoty i poinformowali o sytuacji, co pozwoliło ocalić baterię. A gdy bateria rozpoczęła odwrót, działo Leszka Kozielskiego zostało i ostrzeliwało nieprzyjaciela, osłaniając do końca odwrót własnych oddziałów. Po wyjściu oddziałów z Babina jego działo wycofało się bez strat. Za ten czyn Leszek Kozielski odznaczony został po raz pierwszy Krzyżem Walecznych.

Dalsze walki Leszka Kozielskiego to: walki na przyczółku Bobrujska, pod Michalewem, wypad na szosę mohylewską, w dniach 9-16 kwietnia 1920 r., walki pod Rudnią (codzienne zapory ogniowe do 500 strzałów na baterię), wypad na Iwanówkę, kontrakcja na linii Szaciłki – Strakowicze, obrona linii piechoty Szaciłki – Żerdź, walka pod Szaciłkami i Gorwalem.


14 Wielkopolski Pułk Artylerii Lekkiej, ok. 1920 r. Źródło: aukcja internetowa


9 lipca 1920 roku 14 Dywizja Piechoty, a wraz z nią 14 pap, rozpoczęła planowy marsz odwrotowy. Wszystkie formacje w miarę zwartymi kolumnami kierowały się z powrotem na zachód, nękane i atakowane przez nieprzyjaciela. W straży tylnej dywizji maszerował 58 Pułk Piechoty z II dywizjonem 14 Pułku Artylerii Polowej.  

16 lipca 1920 roku 4 bateria maszerowała szosą na Sieniawkę, pomiędzy folwarkiem Płaskowicze a wsią Nagórna. W tym miejscu szosa prowadziła po nasypie w otwartym terenie, ponad rozłożystą łąką z lewej strony. Z prawej strony, z gęstych krzaków, nieprzyjaciel zaatakował silnym ogniem z karabinów maszynowych. Zaskoczona atakiem bateria stoczyła się z szosy na rozległą łąkę, starając się schronić za jej nasypem i wydostać się ze strefy ognia. Łąka okazała się jednak bagnista, działa i jaszcze zaczęły coraz bardziej grzęznąć, aż wreszcie przystanęły. Nieprzyjaciel, pewny już sukcesu, wzmógł ostrzał, a zza zadrzewień wyjechały dwa samochody pancerne, z których prowadzono ogień.

W tej krytycznej sytuacji Leszek Kozielski, z pomocą ppor. Ludwika Nawrockiego, pod gradem kul odwrócił swoje działo i w roli celowniczego i działonowego równocześnie, otworzył ogień. Trzeci strzał z działa, oddany celownikiem na 700 metrów, trafił w sam środek pierwszego wozu pancernego i go rozbił. Wóz zapalił się i spłonął, a jego załoga zginęła. Drugi wóz pancerny wycofał się i znikł za zaroślami. Mimo tego Leszek Kozielski oddał następny strzał z działa za znikającym wozem, który jak później stwierdzono, został 150 metrów za pierwszym trafiony i rozbity. Działo Leszka Kozielskiego skierowało następnie swój ogień na karabiny maszynowe, które zaczęły ostrzeliwać baterię z folwarku Płaskowicze. Po kilku celnych strzałach, na celowniku 1200 metrów, nieprzyjaciel zaprzestał ataku, a jego wycofywanie się nabrało charakteru ucieczki. Za ten czyn bojowy, ratujący baterię przed całkowitym rozbiciem, kanonier Leszek Kozielski, na wniosek ppor. Ludwika Nawrockiego, odznaczony został Orderem Virtuti Militari kl. V.


Gen. bryg. Daniel Konarzewski podczas inspekcji u artylerzystów z 6 baterii 14 pap, luty 1920 r., Bobrujsk przedmoście. Źródło: Archiwum Państwowe w Poznaniu


Po tym wydarzeniu nastąpił dalszy marsz odwrotowy i kolejne walki. Już 20 lipca walczył pod miasteczkiem Bytoń, dalej uczestniczył w walkach o Dobuczyn, pod Ogrodnikami, Prużaną i Dereczynem. Pod Jachnowiczami i Cierpiłowiczami brał udział w natarciu na umocnienia polowe pod Bobrami. 1 i 2 sierpnia 1920 roku walczył pod Janowem Podlaskim w obronie miasta.

4 sierpnia 1920 roku pod miejscowością Wierzchlas nad Bugiem działo Leszka Kozielskiego odparło nieoczekiwany nocny atak nieprzyjaciela na czwartą baterię. Za tę obronę, jak również za podobną obronę swojej baterii pod Mińskiem Mazowieckim w dniu 17 sierpnia, Leszek Kozielski otrzymał po raz drugi Krzyż Walecznych.

W sierpniu 1920 roku Leszek Kozielski wraz ze swoim 14 Pułkiem Artylerii Polowej brał udział w bitwie warszawskiej, w grupie kontruderzeniowej znad Wieprza, dowodzonej przez wodza naczelnego Józefa Piłsudskiego. Potem nastąpiła ponowna ofensywa na wschód: Łomża, walki pod Brześciem, bitwa nad Niemnem, ponowne walki i zajęcie Mińska Litewskiego. To tylko te najważniejsze, oprócz nich kilkadziesiąt innych potyczek i pościgów.


Krzyż srebrny Orderu Wojskowego Virtuti Militari, kl. V oraz Krzyż Walecznych


Z wojny polsko-bolszewickiej wrócił z baterią do Poznania 18 października 1920 roku. W lutym 1921 roku po przejściu kursu przeszkolenia przy działach francuskich mianowany został kapralem. W tym samym roku zdał egzamin dla aspirantów oficerskich przed komisją przy Kuratorium szkolnym w Poznaniu. Wobec mającego nastąpić w krótkim czasie zwolnienia rocznika 1900 z wojska nie składał podania o przyjęcie do podchorążówki. Do rezerwy został zwolniony 20 grudnia 1921 roku, a od 22 maja do 17 czerwca 1925 roku odbył jeszcze ćwiczenia w 4 pap w Inowrocławiu. W 1932 roku po ukończeniu 8-tygodniowego kursu Szkoły Podchorążych Rezerwy Piechoty mianowany został podporucznikiem rezerwy.

Po zwolnieniu z wojska Leszek Kozielski zamieszkał u swoich rodziców w Dobrzelinie. Pracował jako handlowiec – buchalter kolejno w firmach St. Musiał i Spółka w Inowrocławiu, młynie Płonkówko i wydziale handlowym Polskich Zakładów Elektrycznych Brown Boveri i Spółka w Żychlinie.

W 1932 roku ojciec Leszka, Tomasz Kozielski, kupił gospodarstwo rolne oraz młyn wodny w Chojnie Młynie. Prowadzeniem młyna zajęli się jego synowie: najpierw Leszek, a od 1937 roku również Jan. Przystąpili od razu do modernizacji i unowocześnienia młyna. Działania te spowodowały wzrost jego mocy przerobowej i jakości wytwarzanych produktów. Młyn cieszył się z coraz lepszą renomą, nie tylko w najbliższej okolicy. Okres prosperity nie trwał jednak długo.


Młyn wodny, Chojno Młyn, 1934 r. Źródło: http://zychlin-historia.com.pl


Nadszedł rok 1939. Leszek Kozielski 24 sierpnia tegoż roku zmobilizowany został do wojska, z przydziałem do 31 Pułku Artylerii Lekkiej w Toruniu, i od 1 września brał czynny udział w wojnie obronnej w Armii „Pomorze” w grupie gen. Mikołaja Bołtucia. Przeszedł szlak bojowy od miejscowości Gniew, przez Grudziądz, Toruń i Kutno. Walczył w bitwie nad Bzurą, po której 22 września w Laskach koło Warszawy dostał się do niewoli niemieckiej. Kilkakrotnie przenoszony, przebywał kolejno w oflagach: IIA Prenzlau, IIB Arnswalde (Choszczno), IID Gross Born (Borne Sulinowo), XIA Osterode am Harz; przydzielono mu numer 962. W niewoli przebywał do końca wojny.

W sierpniu 1946 roku wrócił do Polski i do Chojna, uznano go za inwalidę wojennego III grupy. Do Chojna wrócił też z niewoli jego brat Jan – powstaniec warszawski oraz ich matka Kazimiera (ojciec zmarł w Dobrzelinie w 1938 roku). Obaj bracia przejęli na powrót swój młyn. Nastąpił krótki okres ponownej prosperity młyna. W maju 1948 roku brat Leszka, Jan Kozielski, umarł w wieku 36 lat. Pochowany został na cmentarzu w Chojnie. Prowadzeniem młyna zajmował się już tylko Leszek. Jednak w Polsce Ludowej nic, co prywatne, nie mogło długo istnieć. Represyjna polityka ówczesnych władz w stosunku do prywatnych właścicieli stwarzała coraz więcej problemów, a w roku 1949 bez uprzedzenia, decyzją władz młyn został zamknięty i zaplombowany.


Nieistniejący już dziś dom młynarza, w którym mieszkał Leszek Kozielski. Chojno Młyn, 1937 r. Źródło: http://chojno.pl


W tej sytuacji, nękani represjami i domiarami, mając coraz więcej kłopotów niż zysków, wiosną 1956 roku rodzina Kozielskich postanawia sprzedać młyn. Jak czas pokazał, była to chyba najbardziej niefortunna decyzja w ich życiu, której długo nie mogli przeboleć. Młyn wraz z przyległym parkiem sprzedali siłą rzeczy za bardzo niską cenę. Już pół roku później, w wyniku tzw. „przemian październikowych” sytuacja gospodarcza na wsi zdecydowanie się poprawiła. Nowy nabywca młyna wyciął kilka topoli w przyległym parku i za sprzedaż pozyskanego w ten sposób drewna uzyskał taką samą cenę, za jaką kupił młyn i całą posiadłość od rodziny Kozielskich.

Leszek Kozielski zajmował się jeszcze swoim gospodarstwem rolnym do początku lat 60. XX w., kiedy to ostatecznie opuścił Chojno i przeniósł się do Puszczykowa, a później do Buku i do Poznania. W 1964 roku odznaczony został Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym za udział w powstaniu wielkopolskim, a w roku 1976 Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski za powstanie wielkopolskie i wojnę obronną 1939 roku.



Nigdy się nie ożenił i nie zostawił potomstwa. Zmarł w Poznaniu, w stopniu kapitana Wojska Polskiego, 1 października 1980 roku w Domu Weterana przy ul. Ugory 20, gdzie spędził kilka ostatnich lat życia. Pochowany został na cmentarzu komunalnym Junikowo w Poznaniu.

11 listopada 2019 roku z okazji Narodowego Święta Niepodległości na budynku w Żychlinie przy placu Wolności 10 odsłonięty został mural upamiętniający Kawalerów Orderu Virtuti Militari związanych z ziemią żychlińską. Wśród wymienionych na nim 15 nazwisk znajduje się również nazwisko Leszka Kozielskiego.

Grób Leszka Kozielskiego odwiedziłem po raz pierwszy w sierpniu 2002 roku. Był wówczas bardzo zaniedbany. Przez kilka lat próbowałem ustalić, czy ktoś się nim opiekuje (np. zostawiałem kartki na grobie). W końcu sam przejąłem nad nim opiekę.

W moim życiu młodzieńczym ojciec chrzestny nie odegrał większej roli. W życiu dojrzałym, jego odtwarzany przez lata los, będący udziałem także całego pokolenia osób urodzonych na przełomie XIX i XX w., stał mi się bliski. I z dumą mogę powiedzieć: mój ojciec chrzestny był bohaterem!

Rodzina Kozielskich, 1929 r. Leszek Kozielski stoi pierwszy od lewej. Źródło: http://zychlin-historia.com.pl

Tomasz Kozielski z synami i wnukiem, ok. 1932 r. Leszek Kozielski – 2. od lewej. Źródło: http://zychlin-historia.com.pl

Młyn wodny, Chojno Młyn, 1945-1950. Źródło: http://chojno.pl

Dom postawiony na fundamentach dawnego młyna, Chojno Młyn, 2008 r.

Wielkopolski Krzyż Powstańczy

Tabliczka przy grobie Leszka Kozielskiego, 2020 r.

Mural w Żychlinie, 11.11.2019 r.

Mural w Żychlinie, nazwiska kawalerów Virtuti Militari

Leszek Kozielski – powstaniec wielkopolski, żołnierz wojny polsko-bolszewickiej i kampanii wrześniowej2020-08-14T00:18:00+00:00

Różowa Kukułka, czyli poznańskie losy Ludwika Pugeta

Izolda Kiec

Różowa Kukułka, czyli poznańskie losy Ludwika Pugeta

Ludwik „Lulu” Puget (1877-1942), krakowski rzeźbiarz i historyk sztuki, który sławę zdobył, projektując lalki dla Szopek Zielonego Balonika, ożeniony się z Wielkopolanką Julią Kwilecką, współwłaścicielką Oporowa niedaleko Szamotuł, w 1926 r. przeniósł się wraz z rodziną do tamtejszego dworku. Oczywiście, skorzystał z okazji i nie odpuścił Poznaniowi.

Po pierwsze – szukał w stolicy Wielkopolski odpowiedniej dla siebie pracowni. W 1926 r. trafił na Władysława Czarneckiego, zatrudnionego w Poznaniu wybitnego architekta ze Lwowa, który właśnie projektował kamienicę na rogu ulic Głogowskiej i Berwińskiego, tuż przy Parku Wilsona. „Typowy artysta malarz z bulwarów paryskich” – tak wspominał Czarnecki dopiero co poznanego rzeźbiarza i jego prośbę: „Panie architekcie, bratnia duszo, przecież tu na poddaszu można zrobić wspaniałą pracownię rzeźbiarsko-malarską. Północne światło, widok na zieleń parku, drzewa i stawek – nastrój. Pan rozumie – coś co przypominałoby mansardy na Montmartre”. Otrzymawszy zgodę prezydenta Cyryla Ratajskiego na zmianę planów i kosztorysu budowy, architekt przystąpił do pracy: „Rysunki wykonałem. Przy pracowni z dużym oknem wykroiłem mały pokoik dla artystycznej duszy, z kuchenką gazową, natryskiem i WC. Takich luksusów nawet w Paryżu na Montmartre nie robią”[1]. Z pewnością to osobisty urok Pugeta sprawił, że poznańscy artyści wspierali jego pomysły i projekty, liczyli na wzajemność i szczycili się obecnością w Poznaniu wybitnego twórcy uznanego za autorytet, mistrza i prawdziwego przyjaciela miejscowej cyganerii.


Poznań, budynek na narożniku ulic Głogowskiej i Berwińskiego, 1928 r. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe


Najgłośniejszą poznańską współpracą Pugeta była artystyczna „przyjaźń” z Arturem Marią Swinarskim, ekscentrycznym poetą, satyrykiem i malarzem. To był sam początek lat 30., a w niedługim czasie pan Ludwik musiał pożałować zawiązania spółki z nieodpowiedzialnym młodzieńcem, czego nie mówił – bo na to nie pozwalała mu osobista kultura i wrodzony takt, ale czego domyślamy się z wyznania samego Artura Marii, piszącego w 1933 r.:

Na początku było Ździebko, które wystawiło dwie moje Szopki i umarło. Przed mniej więcej rokiem stary samiec z Zielonego Balonika Ludwik Puget usiadł na jajach i wylągł Różową Kukułkę; w sposób lekkomyślny zaprosił i mnie do współpracy. Kukułka była mi zbyt łagodna i zbyt różowa, czyniłem więc, co mogłem, by to stworzenie zakatrupić. I tak też, po kilkumiesięcznym bytowaniu, szczęśliwie umarła. Z Pugetem łączą mnie nadal bardzo serdeczne stosunki…[2]


Karykatury: Ludwika Pugeta (autorstwa Andrzeja Stopki, za: Komedia ludzka Andrzeja Stopki, Kraków-Wrocław 1985) i Artura Marii Swinarskiego (rysunek H. Smuczyńskiego, za: Siedziała pod Kaktusem. Almanach Klubu Szyderców, Poznań 1933)


Zaufał więc Puget „demonicznemu Arturkowi” – jak o Swinarskim mawiano w artystycznym środowisku Poznania, razem z nim montując ekipę nowego kabaretu. Ale to Puget był tutaj hersztem, decydował o charakterze scenki, doborze wykonawców i repertuaru. Swinarski doradzał i kontynuował swoje knock-outy, szczególną formę żartów, którą upowszechnił kilka miesięcy wcześniej, na scenie pierwszego poznańskiego kabaretu Ździebko. Do szajki Aretino (tak jako herszt kazał się nazywać Puget) przyjął jeszcze: drugiego młodego satyryka – Jerzego Gerżabka, obiecującego malarza i karykaturzystę Henryka Smuczyńskiego, dwóch muzyków – braci Jerzego i Bronisława Młodziejowskich, wreszcie – wybitnie utalentowaną pieśniarkę Tolę Korian.

Siedzibę załatwił Puget w cukierni Warszawianka przy Alejach Marcinkowskiego 8, na piętrze kamienicy przylegającej do starego gmachu Muzeum Wielkopolskiego (dzisiaj znajduje się w tym miejscu nowy budynek poznańskiego Muzeum Narodowego). Artyści zajmowali tutaj dwa pomieszczenia: mniejsze, służące jako garderoba, i większe – z małą scenką i stolikami. Oprócz wieczorów kabaretowych w większej sali zorganizowano galerię malarską. Na stałe zdobiły jej ściany prace Ludwika Pugeta i Henryka Smuczyńskiego, planowano wystawiać dzieła innych artystów. Z prasowych anonsów wiadomo, że 6 marca 1932 r. odbył się wernisaż wystawy rysunków Julii Pugetowej.


Al. Marcinkowskiego w Poznaniu; obok gmachu muzeum nieistniejący budynek, w którym mieściła się cukiernia Warszawianka. Zdjęcie z lat 1940-42. Źródło: Fotopolska


Puget przygotowywał, redagował i podpisywał osobiście zaproszenia na kolejne premiery, wieczory specjalne i wernisaże. Zrobił pieczątkę z wzbijającą się do lotu kukułką, którą sygnował każde wysyłane zaproszenie – dla konkretnej osoby, zaufanej, zaprzyjaźnionej. To było prawdziwe wyróżnienie znaleźć się w gronie zaproszonych (choć pozostałe osoby miały szansę uczestnictwa w spotkaniu po opłaceniu biletu wstępu – bardzo drogiego, jak na ówczesne czasy, bo kosztującego aż pięć złotych, tyle, co bilet do „prawdziwego” teatru albo opery).

Tola Korian cytowała w swoich wspomnieniach treść zaproszenia na przedinauguracyjne spotkanie Różowej Kukułki: „Różowa Kukułka pokaże się światu dopiero później, ale tak sympatycznej osobie jak JWP……… pozwala przyjść podglądnąć, jak się cały kram urządza. […] bez tej przepustki ściśle osobistej nie wejdziesz, dziecko drogie, choćbyś pękł”[3]; i na premierę 5 marca 1932 roku: „Różowa Kukułka serdecznie prosi o przybycie, ale koniecznie z tym ściśle osobistym zaproszeniem w rączce. […] gdy przyjdziesz, zobaczysz jak się Tobą wszyscy szalenie ucieszą, ale jeśli się spóźnisz, Kochanie, to nikt na Ciebie czekać nie będzie i gotóweś się nie docisnąć”[4]. To ostatnie ostrzeżenie było zasadne, bo zdarzało się i tak, że w lokalu przy Alejach Marcinkowskiego wszystkie miejsca były zajęte, a spóźnialscy – jeśli chcieli obejrzeć program – musieli siadać na podłodze.

Ludwik Puget, 1897 r. Źródło: Polona

Ludwik Puget, ok. 1905 r.. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Lalka z szopki kabaretu Zielony Balonik przedtawiająca Jacka Malczewskiego, 1911 r., autor Ludwik Puget. Źródło: Muzeum Historyczne Miasta Krakowa

Ludwik Puget – portret Olgi Boznańskiej z 1907 r. Muzeum Narodowe w Warszawie

Ludwik Puget, prawdopodobnie lata 20. XX w. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Ludwik Puget – rysunek H. Smuczyńskiego (za: Siedziała pod Kaktusem. Almanach Klubu Szyderców, Poznań 1933)

Ludwik Puget na rysunku Bolesława Stawińskiego, ok. 1935 r. Źródło: aukcja sztuki

Tola Korian (1911-1983), właśc. Antonina Maria Janowska, pieśniarka i aktorka, wykształcona w Niemczech, w latach 30. występowała w poznańskiej Różowej Kukułce, skąd w 1933 r. przeniosła się do warszawskiej Bandy, kabaretu kierowanego przez Juliana Tuwima i Fryderyka Járosyego. Po wojnie przebywała na emigracji w Londynie; sporadycznie występowała na scenach polonijnych. Zdjęcie z 1932 r., źródło: Polona

Dekoracja na ścianie cukierni w Poznaniu – kompozycja L. Pugeta. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe


Wybrane rzeźby Ludwika Pugeta

Julia z Kwileckich Pugetowa (żona artysty), 1905 r. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Popiersie żony artysty, 1906 r. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Płacząca na ławce, 1895-1899. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Portret Jadwigi Sokołowskiej-Miączyńskiej, ok. 1900 r. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Fragment dekoracji ściennej przedstawiającej pochód artystów poznańskich, w karykaturze Henryka Smuczyńskiego, kawiarnia Pod Kaktusem w Poznaniu (z lewej Artur Maria Swinarski i Ludwik Puget). Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrrowe


Sam Puget witał przy drzwiach każdego zaproszonego gościa jako „eksternistę szajki”, śpiewając: „Ściśnij rękę, spójrz mi w oko, / niech ta chwila wiecznie trwa. / Ściśnij mocno, spójrz głęboko, / duli-duli-duli-da…”[5]. Każdego odprowadzał do zarezerwowanego stolika i zapraszał do wspólnej zabawy. To miała być – i była – prawdziwa duchowa uczta artystów (wzmocniona jedynie wermutem albo małą wódeczką)! Gdy zdarzało się, że któryś z gości przybyłych z zewnątrz zapominał się i próbował komentować występy albo – o zgrozo! – uczestniczyć w nich na prawach przedstawiciela bohemy, natychmiast Puget przypominał mu, że jest tylko pospolitym filistrem i ma siedzieć cicho.

Króciutka historia tej pierwszej, związanej z siedzibą w Warszawiance, Różowej Kukułki zamyka się w kilku tygodniach, kiedy zaprezentowano cztery premierowe programy: Pierwszy program, Słonie, Orzeł i Orlik oraz Pół na pół. Pod koniec marca 1933 r. zadebiutował na scenie Różowej Kukułki pisarz Julian Znaniecki w  autorskim wieczorze mającym charakter inicjacji literackiej. 8 kwietnia 1932 r. zorganizowano „popołudnicę literacką” z Janem Sztaudyngerem w roli główneji ze Swinarskim jako konferansjerem i wodzirejem. Odbył się także wyjątkowy wieczór wielkanocny w Wielki Czwartek, podczas którego wystąpili goście specjalni, a Tola Korian śpiewała m.in. fragmenty Jerozolimy wyzwolonej Torquata Tassa w oryginale włoskim.


Narodziny Różowej Kukułki – dekoracja z cukierni Warszawianka, kompozycja L. Pugeta. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe


Spotkania w Warszawiance miały własny porządek, którego przestrzegali wszyscy uczestnicy: na początek słynna Kukułka François’a Couperina (grana przez zapraszanego co wieczór do towarzystwa Miro Chłapowskiego), potem gawęda herszta, który otwierał zabawę, kronika satyryczna Swinarskiego i Gerżabka, przeplatana piosenkami Toli, wreszcie finał, czyli wspólne odśpiewanie hymnu O pile morskiej autorstwa Swinarskiego, który występował w tym numerze jako tzw. zapiewajło, a „cała sala podśpiewywała refren, przy czym Puszet pilnował, aby to było delikatne, nastrojowe >mruczando<, a nie wrzaski podochoconych słuchaczy, sprzeczne z nastrojem ballady”[6] – wspominała Tola Korian, odtwarzając z pamięci fragment owej kończącej wieczory Różowej Kukułki pieśni:

Wszystkie rybki śpią w jeziorze,
W morzu żadna spać nie może,
Na dnie dzisiaj są zapusty,
Tańczy rak i rekin tłusty.

Ryba w piasku łuski myje,
I korale wpina w szyję,
A sardynka złota cała,
W srebrnej puszce zajechała.

Rak za nową idąc modą,
Skoczył w wir z gorącą wodą
I w czerwonym przyszedł fraczku,
Ryba mówi: „Zatańcz, raczku”.

Tańcowała ryba z rakiem,
Łososiowa ze szczupakiem,
A rak w dowód swej miłości
Szczypnął rybę aż do ości.

Ryba mówi: „Fe, mój panie,
To rekina zachowanie”.
Rak, nieborak, zawstydzony,
Poszedł, przepił frak czerwony.

Morska piła się upiła,
Trzy sardynki pogwałciła,
Tym się wszyscy tak zgorszyli,
Że zabawę opuścili.

Wszystkie rybki śpią w jeziorze,
W morzu żadna spać nie może,
Na dnie były dziś zapusty,
Tańczył rak i rekin tłusty[7].

Jest to jeden z niewielu tekstów wygrzebanych z pamięci, zapamiętanych przez autorów bądź uczestników wieczorów Różowej Kukułki. Oprócz powyższego, najczęściej chyba cytowanym jest dwuwiersz Ludwika Pugeta: „Dała mu wiarę i miłość mu dała, / A przy nadziei sama została”[8].


Akt kobiecy, 1911-1913. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie


Dzięki Jackowi Pugetowi ocalały także inne okruchy humoru i frywolnego pióra jego ojca. Posłuchajmy:

Dwóch przy kolacji zerka ku pięknej Nastusi.
Ona, zalotna, obu jednocześnie kusi,
Tak boczkiem,
Oczkiem.
Wreszcie czas na dobranoc; i trzy rozmarzone
Serca odchodzą marzyć – każde w swoją stronę.
Jeden usnął jak kłoda i spał do dziewiątej.
Drugi wstaje o świcie, zwiedza wszystkie kąty
I przy strychu natrafia na drzwi uchylone.
Nic się nie przestraszyła! Takie to są one.
Czy cię przekonała
Ta historia cała
I czy w końcu wiesz,
Że kto rano wstaje,
Temu Pan Bóg daje?
(I Nastusia też!)[9].

Porządni poznaniacy musieli być zgorszeni! Głosili wszem i wobec, że Warszawianka stała się wylęgarnią wszeteczeństwa i niemoralnych haseł. Artyści, rzecz jasna, nic sobie z tego nie robili i kontynuowali swe żarty. Okazało się, że nie tylko demoniczny Arturek z lubością przypinał łatki swym przyjaciołom, także dobrotliwy Lulu potrafił mocno uderzyć – śmiechem, aluzją, tutaj, rykoszetem w Swinarskiego, do jego specjalnych upodobań seksualnych. Oto zatem Cud świętego Ekspedyta:

Artur, imię pogańskie mający i błędy,
Od wrogów raz się znalazł otoczon zewszędy.
Wtedy, ręce zatarłszy, szepnął: expedite!
Słyszy wszystkie westchnienia święty, słyszy i te.
Artur, głosem Kukułki w ustronie wiedziony,
Widzi w bieli niewiastę. Czuje się zbawiony.
Nawrócony, wziął imię nowe. Ci, co wiedzą,
Przyjaciele, wołają go odtąd: Expedzio[10].

Jak bardzo potrzebna była inicjatywa Pugeta w raczej ponurym, a może tylko nazbyt poważnym Poznaniu, świadczy recenzja, jaka po premierze drugiego wieczoru Różowej Kukułki ukazała się w „Nowym Kurierze”, pełna entuzjazmu, który towarzyszył kolejnym spotkaniom w kawiarence przy Alejach Marcinkowskiego:

Człowiekowi, który gani, krytykuje, wyśmiewa – wierzyć będą wszyscy. Ale spróbuj no pochwalić!… Powiedzą: reklama, panegiryk, bujda, „on ma w tem interes”, „coś się w tem kryje” – i w rezultacie nikt nie uwierzy.

A mimo to muszę „pochwalić” – a właściwie napisać prawdę. Teraz chodzi tylko o słowa. W jakich słowach? Człowiekowi zachwyconemu zawsze brakuje słów,podczas gdy rozjątrzony ma ich za wiele.

Powiedziałbym: oto wśród szarego światła ornitologicznego wszelkiego rodzaju przybytków i instytutów tzw. sztuki zjawił się nowy, wspaniały, niezwykły okaz. Nie jest podobny z tęczowego ogrodu pawiowi, ani nie śpiewa, jak słowik, ani nie reklamuje się zawzięcie, jak wróbel, ani nie wabi powierzchownością pozorów, jak łabędź… Jest sobie zwykłą, skromną, różową kukułką, która kuka w potrzebie kukania, nie dbając, czy ją kto słucha, a przecież…

Ale wszystko to brzmi zbyt pompatycznie, przypominając fanfary w operze.

A tu po prostu: żaden lew z dziewicą na grzbiecie nie strzeże wrót przybytku, ani nad sklepieniem nie fruwa kamiennych pegaz. Po prostu: w „Warszawiance” na drugim piętrze klub artystyczny Różowa Kukułka, poznański Zielony Balonik, daje już z rzędu drugą premierę i wejście kosztuje tylko 5 zł. Za 5 zł można kupić skarpetki, krawat, nawet kalesony – ale za 5 zł kupić szmat prawdziwej sztuki, to już naprawdę wyjątkowa okazja.

Przebrnąwszy szczęśliwie przez rafy powiedzenia, „gdzie i jak?”, mógłbym powiedzieć „kto i co?” Mógłbym powiedzieć, że A.M. Swinarski robi „kronikę poznańską”, która w krzywem zwierciadle ukazuje prawdziwe oblicze zjawisk. Powinienem dodać, że to ma znaczenie społeczne, albowiem: „Ridendocastigant mores”… Wszystko ten arcykucharz przepala na patelni swych obserwacyj: Sonnewend i Koler, Busiakiewicz i Lewandowska etc. etc. (Teraz dopiero jesteś zaciekawiony, Czytelniku, prawda?).

Mógłbym powiedzieć, że bawi satyrą Ger [Jerzy Gerżabek – I.K.], że szampan powszechnego zachwytu spija nadzwyczajna Korjan, że Smuczyński karykaturami obwiesił ściany, że…

Lecz nie chcę nikogo uprzedzać o jego wrażeniach. Nie piszę recenzji, tylko prawdę. Nie koloryzuję, ani nie kolleryzuję. Jestem jak człowiek spragniony, który wreszcie już się napił ambrozji.

Idźcie! –

Tam ktoś uderzył laską w skałę poznańskiego życia i z tej twardej skały trysnęło kryształowe źródło czystej sztuki.

Więcej nie mogę napisać i więcej chyba nie potrzeba[11].


L. Puget w pracowni w Poznaniu, 1935 r. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe


Mimo takich rekomendacji Różowa Kukułka nie miała szczęścia, bo już po miesiącu zaczęły się nieporozumienia, prowokowane głównie przez Swinarskiego, który nieustannie odchodził z zespołu (Tola Korian notuje, że 8 kwietnia 1932 r. nastąpiło jego pożegnanie z szajką, ale – jak wynika z anonsów prasowych – jeszcze przez kolejny rok, aż do połowy września 1933 r., Swinarski brał udział w zebraniach i występach Pugetowego towarzystwa). 11 kwietnia wypowiedziano artystom lokal, a przybyli w odwiedziny do Poznania Julian Tuwim i Fryderyk Jàrosy – zwabieni rosnącą sławą młodej tutejszej pieśniarki – natychmiast postanowili zaangażować Tolę Korian do swego nowego warszawskiego kabaretu o nazwie Banda.

Jak wynika z zachowanych dokumentów oraz z ogłoszeń zamieszczanych w poznańskiej prasie, już pod koniec kwietnia 1932 r. Puget otrzymał obietnicę nowego lokalu: restauracji przy Teatrze Wielkim.

16 czerwca zatem ogłosił „drugą premierę” Różowej Kukułki, co rozumieć chyba należy jako: drugie otwarcie, drugi start kabaretu – pod tytułem Pierwszy akord:

Wiesz, Duszko, co??
R Ó Ż O W A  K U K U Ł K A
urządza
drugą premierę
Tak jest, d r u g ą premierę
w piątek, dnia 16 czerwca o g. 20-30
„ P I E R W S Z Y  A K O R D ”
[…]

Przyjdź, przyjdź, Ty perełko nasza. Dostaniesz kawę, herbatę, wermucik lub wódkę, wybulisz za to raptem głupie 2,50 zł. Usłyszysz naszą cudowną Grossównę[12], a poza tem czeka Cię niebywała niespodzianka……

Stoliki zawczasu zamawiać można w Różowej Kukułce – Fredry 9, od godz. 16-19. Jeśli kto nie zamówi, a potem się nie zmieści, to co?[13]

Kilka dni później herszt zapowiedział wakacyjną przerwę w działalności swego kabaretu.

Wydaje się jednak, że nie udało się Kukułce na dłużej zadomowić przy Fredry. Już w pierwszym anonsie informującym o zebraniu założycielskim drugiej Kukułczanej ekipy jest wzmianka o zamknięciu lokalu. To zamknięcie było spowodowane prawdopodobnie rozpoczynającym się właśnie generalnym remontem sali restauracyjnej. Kolejne informacje prasowe o wieczorach Różowej Kukułki wskazują nowy adres: Cukiernię Jóźwiaka przy placu Wolności 8, a zaproszenia zachowane w archiwum Henryka Ułaszyna gabinet Adrii przy Alejach Marcinkowskiego 23.


Nie kijem go, to lalką. Szopka wystawiona w Poznaniu w 1935 r. w Kubie Szuderców Pod Katusem (od lewej lalki przedstawiające malarza Henryka Jackowskiego-Nostiz, literata Hilarego Majkowskiego, profesora Henryka Ułaszyna i Artura Marię Swinarskiego. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe


Ostatecznym ciosem, a mówiąc słowami demonicznego Arturka: ukatrupieniem poznańskiej Kukułki – była zdrada tego ostatniego. 17 września 1933 r. „Kurier Poznański” anonsował Pożegnalny występ Artura Marii Swinarskiego w Różowej Kukułce, „nieodwołalnie ostatni”, w cukierni Jóźwiaka, o godzinie dziesiątej wieczorem. W zapowiedzi podkreślano: „Pan Swinarski otrzymał od dyrekcji Różowej Kukułki dłuższy urlop i dziś pożegna poznańską publiczność; zaznacza się, że pan Swinarski z Kukułką rozstaje się w zgodzie i pozostaje nieczuły na wszelkie propozycje engegementowe ze strony innych firm”[14].

Dzisiaj wiemy, że była to kolejna mistyfikacja Swinarskiego. Bo satyryk nigdzie się tymczasem nie wybierał, knuł już kolejną poznańską kabaretową intrygę: Klub Szyderców. Już bez starego rzeźbiarza z Krakowa, bo ten przecież należał do trochę innego, różowego świata…

Puget – jak to Puget – nie gniewał się, przychodził czasem do Szyderców, z dobrotliwym uśmiechem obserwował niewinne figle i głośne ekscesy młodzików, pykał w milczeniu swą fajeczkę, ale wystąpił tylko raz – z odczytem o Zielonym Baloniku i Różowej Kukułce. „Cała atmosfera, którą Puget stwarzał koło siebie, była mimo pozoru nowoczesności bardzo staroświecka i romantyczna” – zauważył Tadeusz Potworowski[15]. A u Swinarskiego było awangardowo, futurystycznie, rubasznie i trochę jak na bokserskim ringu.

Mrs Sturday z psem na ławce, 1906-1907. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Ławka, 1908 r. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Olga Boznańska, 1912-13. Źródło: Wikimedia

Karafka, 1914 r. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Dolores, 1915 r. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Saksonka, 1915-1916. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Tusia Grotowska w fotelu, 1916-1918. Źródło:archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Teofil Trzciński przy pianinie, 1918 r. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Popiersie Karola Huberta Rostworowskiego, 1938 r. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Centaury, ok. 1905. Źródło: Polona

Owce, 1903 r. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Lwica, 1908 r. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Pantera ogryzająca kość, 1912. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Lwy, 1929 r., rzeźba prezentowana w czasie Powszechnej Wystawy Krajowej w Poznaniu. Źródło: repozytorium cyfrowe Cyryl

Ludwik Puget w czasie gry w szachy z wnukiem w krakowskiej pracowni, 1936 r. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

W 1935 r. zatem Ludwik Puget opuścił Poznań, by wrócić do swojego ukochanego staroświeckiego Krakowa. Różową Kukułkę – przecież też ukochaną i staroświecką – zabrał ze sobą.

W swoim rodzinnym domu, słynnej „Puszetówce” przy ul. Wolskiej w Krakowie, aż do roku 1939 Ludwik Puget organizował wieczory kabaretowe pod szyldem Różowej Kukułki. Świadkiem przygotowań do jednego z krakowskich wieczorów wygnanego z grodu Przemysława kabaretu był Kazimierz Pluciński, poznaniak, poeta (publikujący pod pseudonimem Szymon Pigwa), który kilka miesięcy przed wybuchem wojny odwiedził  Galicję, a tu obowiązkowo Lulu Pugeta:

[…] wkrótce rozległy się kroki na schodach i kilku drabów zaczęło wnosić spiętrzone stosy krzeseł. Puget z różnych kątów zaczął wyciągać drewniane paki i skrzynie. Zostały one rozstawione dokoła małego podium, z którego usunięto szybko rozpoczętą rzeźbę Ludwika czy Jacka Pugetów. Skrzynie nakryte papierem pakowym i serwetkami doskonale imitowały stoliki. Przy nich ustawiono krzesła i… pracownia rzeźbiarska dosłownie w ciągu kilku minut została zamieniona na salkę kawiarniano-występową[16].


Występ kabaretu Różowa Kukułka w Krakowie, 1939 r. Źródło Naodowe Archiwum Cyfrowe


Wizytę Plucińskiego w Krakowie relacjonował po latach Tadeusz Kraszewski, który z opowieści przyjaciela zapamiętał jeszcze epizod z odkryciem w jednej ze skrzyń ustawionych w pracowni kilkuletniego wnuczka pana Ludwika, który baaaardzo chciał zobaczyć figle Różowej Kukułki: dziadka śpiewającego zabawne piosenki, opowiadającego historyjkę o kukułce i orle, który każe się pocałować… w reszkę, a na zakończenie wygłaszającego puentę: „Gdy to kukułka słyszała, aż się ze śmiechu skukała!”[17], a poza tym jakiegoś znanego profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, który naprawdę grał na gitarze!

Jerzy Lau, poeta i aktor krakowskiego teatru Cricot, który częściej bywał na wieczornych spotkaniach w „Puszetówce”, wspominał niewielki poznański akcent, jaki pojawił się podczas jednego z wieczorów. Oto konferansjer Tadeusz Cybulski zaanonsował występ Jacka Pugeta, mówiąc, że oto przed publicznością pojawi się syn Różowej Kukułki. Zdumiony pan Ludwik poczuł się wywołany do odpowiedzi i postanowił wypowiedzieć się w trybie sprostowania: „Przepraszam, mego syna Jacka miałem z żoną moją Julią, natomiast Różową Kukułkę miałem z poetą Arturem Marią Swinarskim”[18]. Atmosfera natychmiast się rozjaśniła, nie było wątpliwości – że to dzięki poczuciu humoru, dzięki tolerancji, ciekawości świata, kulturze osobistej i konceptom towarzyskim Pugeta Różowa Kukułka przetrwała w swoim krakowskim gnieździe dłużej niż w miejscu swoich narodzin – bo niemal cztery lata!


Pracownia Ludwika Pugeta w Krakowie, 1936 r. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe


Post scriptum

Puget i Swinarski spotkali się raz jeszcze, w czasie okupacji, kiedy Artur Maria ukrywał się w Krakowie. Między innymi przy Wolskiej, u starego poznańskiego znajomego, co wspominał następująco: „Gdyby nie on, nie przeżyłbym okupacji. […] Dzielił się ze mną forsą, jedzeniem, własną koszulę ściągnąłby z grzbietu dla drugiego”[19].

Podczas okupacji Ludwik Puget pracował w krakowskiej Kawiarni Plastyków, w której organizowano podziemne życie kulturalne nielegalnie działającego Związku Artystów Plastyków. W kwietniu 1942 r., podczas akcji odwetowej gestapo za atak na wyższej rangi ofecera SS, aresztowano tutaj niemal dwieście osób, także Pugeta. Z więzienia przy ul. Monetlupich wywieziono go do Oświęcimia, gdzie został rozstrzelany 27 maja 1942 r. Ocalały relacje z jego pobytu w obozie i z samej egzekucji. Leonard Turkowski na ich podstawie napisał:

Może Puget nie wiedział, że ginie? Był podobno chory na zapalenie płuc i na rozstrzelanie przyniesiono go na noszach nieprzytomnego. A może widział w owej chwili świat przez mgiełkę błękitu, nie dostrzegając całej potworności sytuacji, i ufał, że wszystko musi skończyć się dobrze? Był przecież taki ufny…

Póki mu w obozie dopisywało zdrowie, zachowywał się jak święty. Przestał palić, tytoń swój oddawał innym. Ten nałogowy fajczarz, którego ani razu nie widziałem bez fajki! Dzielił się z towarzyszami niedoli także głodowymi racjami żywnościowymi. Dodawał wszystkim otuchy.

Tak, to się zgadza. Te relacje innych ludzi zgadzają się z moją pamięcią o nim. Piękny, wspaniały Lulu mógł postępować tylko tak, a nie inaczej[20].


Ludwik Puget, zdjęcie wykonane w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birwenau, 1942 r.


Przypisy:

[1] W. Czarnecki, To był też mój Poznań. Wspomnienia architekta miejskiego z lat 1925-1939, wybór i oprac. J. Dembski. Poznań 1987, s. 34-35.

[2] Siedziała Pod Kaktusem. Almanach Klubu Szyderców, pod red. A.M. Swinarskiego, Poznań 1933, s. 9.

[3] T. Korian, Wspomnienie o Różowej Kukułce, „Teatr” 1983, nr 7, s. 36.

[4] Tamże.

[5] L. Turkowski, Księga mojego miasta. Poznańskie wspomnienia z lat 1919-1939, Poznań 1983, s. 110.

[6] T. Korian, dz. cyt., s. 37.

[7] Tamże.

[8] Cyt. za T. Kraszewski, Jeszcze o cyganerii słów kilka…, w: Poznańskie wspominki z lat 1918-1939, red. T. Kraszewski, T. Świtała, przedmowa J. Maciejewski, Poznań 1973, s. 516.

[9] Cyt. za J. Kydryński, Był potrzebny. O Ludwiku Pugecie, Kraków 1972, s. 96.

[10] Cyt. za tamże, s. 97.

[11] Iks, Różowa Kukułka. Niezwykły okaz ptaka w gaiku poznańskiego życia, „Nowy Kurier” z 16 marca 1932 r., s. 6.

[12] Helena Grossówna (1904-1994), tancerka i aktorka rewiowa, teatralna oraz filmowa. W Poznaniu do roku 1935 była zatrudniona jako tancerka w Teatrze Wielkim, a następnie w zespole aktorskim Teatru Nowego.

[13] Ze zbiorów Biblioteki Raczyńskich w Poznaniu: spuścizna Henryka Ułaszyna.

[14] „Kurier Poznański” 1933, nr 427, z 17 września, s. 13.

[15] Cyt. za J. Kydryński, dz. cyt., s. 101-102.

[16] Za T. Kraszewski, dz. cyt., s. 517.

[17] L. Turkowski, dz. cyt., s. 111.

[18] Cyt. za tamże, s. 173.

[19] Cyt. za J. Korczak, Artura Maryi wzloty i upadki, „Dekada Literacka” 2006, nr 4.

[20] L. Turkowski, dz. cyt., s. 114.

Zdjęcie Adrian Wykrota

Izolda Kiec – profesor doktor habilitowana w zakresie kulturoznawstwa, literaturoznawczyni i teatrolożka; prezeska Fundacji Instytut Kultury Popularnej, zatrudniona w Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu (w Katedrze Kuratorstwa i Teorii Sztuki). Autorka artykułów i monografii książkowych poświęconych literaturze i teatrowi XX w. oraz formom kultury popularnej.

Różowa Kukułka, czyli poznańskie losy Ludwika Pugeta2020-08-03T23:01:01+00:00

Witold Turno, Mścisław Żółtowski i Stanisław Błociszewski − bohaterowie bitwy pod Ignacewem (1863)

Ponad własne życie milsza im była niepodległość ojczyzny

Witold Turno, Mścisław Żółtowski i Stanisław Błociszewski − bohaterowie bitwy pod Ignacewem (1863)

Część I: Bitwa

Bitwa pod Ignacewem, rozegrana 8 maja 1863 roku, była jedną z najkrwawszych podczas powstania styczniowego. Dwaj mieszkańcy naszego regionu: Witold Turno i Mścisław Żółtowski  odegrali w niej ważną rolę. Obaj zapłacili za to cenę najwyższą.

Ignacewo to niewielka wieś położona koło Ślesina w powiecie konińskim. Dziś − jak całe historyczne Kaliskie − należy do województwa wielkopolskiego, od 1815 roku był to jednak obszar położony nie w zaborze pruskim, lecz rosyjskim. W okresie powstania odbyło się tam wiele, mniejszych i większych, potyczek z wojskami rosyjskimi.

Dowódcą powstańczego oddziału, który stoczył bitwę pod Ignacewem, był Edmund Taczanowski. Ten wielkopolski ziemianin miał spore doświadczenie wojskowe. Ukończył szkołę artylerii i przez kilka lat służył w armii pruskiej. W 1846 roku zaangażował się w przygotowania do powstania i po ich wykryciu był więziony przez półtora roku. Ponownie trafił do więzienia jako uczestnik walk powstańczych w 1848 roku, w których dowodził oddziałem artylerii. Po uwolnieniu wyjechał do Włoch, gdzie z kolei przyłączył się do armii Garibaldiego, został ranny i trafił do niewoli francuskiej. Następnie wrócił do Wielkopolski.


Bitwa pod Ignacewem – akwarela Juliusza Kossaka sprzed 1893 r.


W końcu lutego 1863 roku w Poznaniu powstał tzw. Komitet Działyńskiego, którego celem było wsparcie powstania styczniowego w Królestwie Polskim − zarówno finansowe, jak i militarne. Zbierano pieniądze, kupowano i dostarczano broń powstańcom, a także formowano oddziały ochotników, którzy przekraczali granicę zaborów. Dowódcą pierwszego oddziału został, urodzony w Szamotułach, Edmund Callier, mający doświadczenie wojskowe w Legii Cudzoziemskiej. Na czele kolejnych oddziałów stanęli: wspomniany już Edmund Taczanowski oraz dwaj oficerowie francuscy: Leon Young de Blankenheim i Emil Faucheux.

Pułkownik Edmund Taczanowski wraz z grupą ochotników przekroczył granicę i  na rynku w Pyzdrach stworzył obóz. Przybywali do niego chętni do walki z obu stron międzyzaborowej granicy, w obozie byli wyposażani, a pod miastem szkoleni do boju. 29 kwietnia odział stoczył pierwszą walkę w okolicy Pyzdr, na polach za Wartą. Planując bitwę, Taczanowski umiejętnie wykorzystał ukształtowanie terenu, które chroniło powstańców (słabszych liczebnie, pod względem wyszkolenia i uzbrojenia) przed ostrzałem rosyjskich armat, a o zwycięstwie Polaków zadecydował szturm kosynierów.


Bitwa pod Ignacewem – grafika według rysunku Wilhelma Dietza


Oddział Taczanowskiego w kolejnych dniach unikał kontaktów z wrogiem i odbywał kilkudziesięciokilometrowe marsze. 6 maja powstańcom udało się odeprzeć atak wojsk rosyjskich na Koło. Wiadomo było już wówczas, że nie da się uniknąć kolejnej dużej bitwy, choć żołnierze Taczanowskiego byli wyczerpani i spora grupa odeszła z oddziału (pozostało ok. 1200 żołnierzy). Następnego dnia odział opuścił Koło i przemieścił się w kierunku Lubstowa i Ślesina.

Siły rosyjskie zostały tymczasem wzmocnione, gdyż do naczelnika wojennego okręgu kaliskiego gen. Andrieja Brunnera, który dotąd ścigał oddziały powstańcze w tym rejonie, dołączył oddział przybyłego z Warszawy gen. Nikołaja Krasnokutskiego (w sumie ok. 3300 żołnierzy). Obaj dowódcy podążyli za oddziałem Taczanowskiego, swoje oddziały podzielili jednak na dwie kolumny, maszerujące dwiema różnymi trasami. Pierwszy w okolice Ignacewa − 8 maja około godz. 11 − przybył od strony Lubstowa gen. Krasnokutski.

Polacy od rana zabezpieczali tam swoje pozycje: w swego rodzaju barykady zamieniono chaty, ścinano drzewa i − powalone − obsypywano ziemią, kopano też rowy. W pierwszej fazie, gdy na miejscu nie było jeszcze oddziałów pod dowództwem Brunnera, bitwa przebiegała pomyślnie dla powstańców. Polskim strzelcom udało się powstrzymać natarcie piechoty rosyjskiej, a do odwrotu zmusił ją atak kosynierów. Rosjanom nie udało się wówczas obejście lewego skrzydła powstańców i uderzenie ich od tyłu. Ich ruch został zauważony, płk Taczanowski wysłał w ich stronę rezerwową kompanię strzelecką pod dowództwem kpt. Mścisława Żółtowskiego, a o ostatecznym niepowodzeniu manewru Rosjan znów zadecydowali kosynierzy.


Mogiła powstańcza w Ignacewie, zdjęcie z 1917 r. Źródło – Polona


Wydawało się, że zwycięstwo powstańców jest możliwe. Wówczas jednak − około godz. 14 − od strony Sompolna przybyła kolumna pod dowództwem gen. Brunnera. Mające teraz zdecydowaną przewagę wojska rosyjskie przypuściły kolejny atak na całej linii frontu i powtórzyły manewr okalający, który tym razem − niestety − się powiódł. Rosjanie przypuścili bardzo silny atak na chaty w Ignacewie i odcięli lewe skrzydło obrony. Chaty zostały podpalone, w jednej z nich zginął, dzielnie broniący się ze swoimi strzelcami, kpt. Mścisław Żółtowski. W trakcie próby ostatniego kontrataku kulą w bok został trafiony płk Witold Turno, dowodzący strzelcami na prawym skrzydle. Ciężko ranny został odwieziony wozem do rodziny w pobliskim Licheniu Starym (właścicielem wsi był kuzyn Władysław Kwilecki), gdzie zmarł następnego dnia.

Julian Wieniawski w swoim pamiętniku zanotował słowa wypowiedziane do niego przez gen. Krasnokutskiego: „Przyznaję, że po raz pierwszy na tyle męstwa i taki opór natrafiłem”.


Pomnik na mogile powstańczej w Ignacewie. Zdjęcie Andrzej Bednarski


Oddział został rozbity. Zginęło 160-180 powstańców, 80 zostało rannych; wielu dostało się do niewoli (z samego Wielkiego Księstwa Poznańskiego 40). Zachowały się relacje o pastwieniu się żołnierzy rosyjskich nad ciałami zmarłych i obdzieraniu zwłok ze wszystkiego, co stanowiło jakąś wartość.

Po odejściu Rosjan okoliczni mieszkańcy pochowali w zbiorowej mogile w centrum wsi przy drodze Ślesin − Sompolno ciała około 160 żołnierzy. W 1918 roku wzniesiono w tym miejscu pomnik, zniszczony przez Niemców na początku II wojny światowej i odbudowany w 1953 roku. Witold Turno spoczął przy kościele w Licheniu Starym we wspólnej mogile z powstańcami z niewielkiego oddziału pod dowództwem Michała Sokolnickiego, który 8 maja został otoczony przez Rosjan w tej miejscowości i doszczętnie wybity. Obecny pomnik powstał w 1991 roku.

Edmund Taczanowski (1822-1879). W ostatniej fazie bitwy pod Ignacewem nie uczestniczył (został wywieziony z pola bitwy). Władze powstańcze nie oceniły tego zachowania źle, o czym świadczy awans na generała i mianowanie Taczanowskiego dowódcą wojsk powstańczych województwa kaliskiego i mazowieckiego. Źródło zdjęcia – Polona

Jan Działyński (1829-1880), właściciel Kórnika; na początku powstania styczniowego powołał Komitet kupujący broń dla powstańców i przygotowujący ochotników do walki. Zagrożony aresztowaniem, przedostał się przez granicę i przyłączył się do oddziału. Z pola bitwy pod Ignacewem wyprowadził bezpiecznie 400 powstańców, po czym – ze względu na niemożność dalszej walki – rozwiazał oddział. W procesie powstańców w Berlinie skazany zaocznie na karę śmierci i konfiskatę majątku. Po amnestii wrócił do Wielkopolski. Źródło zdjęcia – Polona

Bohaterowie powstania styczniowego z Wielkopolski, wśród nich Działyński, Taczanowski i Turno. Źródło – Muzeum Historii Krakowa

Pomnik ku czci Powstania Styczniowego na miejscu bitwy pod Pyzdrami. Źródło – domena publiczna

Mogiła powstańców poległych w czasie bitwy pod Pyzdrami. Zdjęcie – pyzdry.pl

Ignacewo. Tablice informacyjne i pomnik na mogile powstańczej. Zdjęcia Andrzej Bednarski

Witold Turno (1835-1863). Zdjęcie wisi w zakrystii kościoła św. Mikołaja w Słopanowie. Zdjęcie Andrzej Bednarski

To samo zdjęcie ustawione do sfotografowania. Zdjęcie Andrzej Bednarski

Uczestnicy powstania styczniowego (wśród nich Witold Turno), fotografia z 1868 r. Źródło – Polona

Fragment pomnika w Licheniu. Zdjęcie Andrzej Bednarski

Płyta z pomnika w Licheniu (podano na niej złą datę bitwy). Zdjęcie Andrzej Bednarski

„Dziennik Poznański”, 12.06.1863

„Dziennik Poznański” 18.06.1863

„Dziennik Poznański” 14.06.1863

Chojno Błota Wielkie – miejsce ku czci Witolda Turny. Zdjęcie Agnieszka Krygier-Łączkowska

Teodor Żychliński, Wspomnienia z 1863 roku, Poznań 1988

„Dziennik Poznański” 28.05.1863 (błąd w zapisie nazwy miejscowości – chodziło o Zajączkowo)

Stanisław Błociszewski (1804-1888) – stryj poległego pod Ignacewem Stanisława, powstaniec listopadowy; w powstaniu styczniowym wzięło udział 3 jego synów. W ramach popowstaniowych represji przesiedział 2 lata w wiżeieniu. Źródło zdjecia – domena publiczna

„Dziennik Poznański” 10.06.1863

Płyta z pomnika w Licheniu. Zdjęcie Andrzej Bednarski

Część II: Bohaterowie

W czasie bitwy i w jej konsekwencji życie stracili trzej synowie ziemian z regionu szamotulskiego: wspomniani już dowódcy oddziałów Witold Turno i Mścisław Żółtowski, a także Stanisław Błociszewski.

Witold Turno herbu Kotwice urodził się 21 maja 1835 roku w Objezierzu, w powiecie obornickim, w majątku rodziców Heleny z domu Kwileckiej i Wincentego Turnów. Jego dziadek Adam Turno oraz brat dziadka Kazimierz byli żołnierzami napoleońskimi, ojciec Wincenty walczył z kolei w powstaniu listopadowym i Wiośnie Ludów. Do majątku Heleny i Wincentego należało także Chojno i Słopanowo w powiecie szamotulskim. Przez dwa lata Witold kształcił się w Paryżu w szkole politechnicznej. Na uczelnię tę nie przyjmowano cudzoziemców, jednak on otrzymał specjalną zgodą ministerialną ze względu na zasługi dziadka w służbie Francji. Następnie uczył się w pruskiej szkole wojskowej i przez pewien czas służył jako podporucznik II pułku gwardii w Berlinie. Teodor Żychliński tak go wspominał z tamtych czasów: „Kochaliśmy Witolda dla jego nieocenionego humoru, złotego serca, dziarskości w obejściu i serdecznej koleżeńskiej uczynności”.


Witold Turno – fragment zdjęcia


Po powrocie w rodzinne strony gospodarował najprawdopodobniej w Słopanowie. Od 1861 roku działał w konspiracji przygotowującej powstanie, a sam − aby zamanifestować polskość − „przywdział strój narodowy” (ze wspomnienia Witold Turno. Dowódca strzelców wielkopolskich 1863). 28 grudnia 1862 roku Komitet Centralny Narodowy mianował go głównym pełnomocnikiem na Wielkie Księstwo Poznańskie. Po wybuchu powstania styczniowego gromadził oddział i przygotowywał się do przekroczenia granicy zaborów. Został wówczas zatrzymany i uwięziony w Gnieźnie (od 2 marca do 31 marca 1863 r.). Przetrzymywany w bardzo złych warunkach, pobyt w więzieniu odchorował, nie porzucił jednak myśli o czynnym udziale w powstaniu.

Odrzucił propozycję wyjazdu do Belgii po zakup broni, 26 kwietnia przekroczył granicę i przystąpił do oddziału powstańczego stacjonującego wówczas w Słupcy. Jego dowódcą był kpt. Emil Faucheux, Witold Turno został przy nim szefem sztabu. Rankiem 29 kwietnia Taczanowski, wiedząc o tym, że wkrótce nastąpi atak wojsk rosyjskich na Pyzdry, wezwał ten oddział  do siebie. Już w pierwszej godzinie walki Faucheux został ciężko ranny w nogę i przekazał dowództwo swoich strzelców Witoldowi Turnie. Umiał on w pierwszej tej bitwie zachować zimną krew, „a to pierwsze tak szczęśliwe wystąpienie zjednało mu przychylność oddziału całego. Zrozumiał też Turno stanowisko dowódcy powstańców, był surowym, gdzie potrzeba, a w czasie marszu dzielił z żołnierzem wszelkie niewygody, jedząc z nim z jednego kotła, spoczywając na jednej słomie” (Witold Turno. Dowódca strzelców wielkopolskich 1863). Po bitwie pod Pyzdrami i wcieleniu do oddziału Taczanowskiego otrzymał nominację na pułkownika.


Nieistniejący pałac w Słopanowie, zdjęcie – własność Andrzej Klapa


Jeszcze przed bitwą pod Ignacewem Witold Turno wyróżnił się dwukrotnie. Najpierw − pod wsią Olesiec w pobliżu Chocza w potyczce z oddziałem tzw. objezdczyków (konnych strażników przygranicznych), przeciwko którym wyruszył z kilkunastoma ochotnikami, a następnie w czasie obrony Koła, kiedy strzelcy, którymi kierował, długo powstrzymywali atak wojsk rosyjskich, a on „biegał śród gradu kul i zachęcał strzelców do celnych strzałów”. 

Autor cytowanego już wspomnienia tak opisał ostatnie chwile Turny w czasie bitwy pod Ignacewem: „chcąc otworzyć drogę do przeboju oddziałowi pozostawionych w rezerwie 60 strzelców, zakomenderował na bagnety. Stanąwszy na ich czele podniósł w prawym ręku pałasz, lecz zaledwie postąpił kilkanaście kroków, kiedy został śmiertelnie ugodzony kulą karabinową. Towarzysze unieśli ukochanego dowódcę przed dzikością moskiewską”. Padając, miał powiedzieć do swoich żołnierzy: „Zostawcie mnie, a idźcie naprzód na…” Osoby pielęgnujące go w Starym Licheniu, gdy stale wypytywał o wynik bitwy, nie miały serca, aby powiedzieć mu prawdę o klęsce pod Ignacewem. Rodzicom przesłano zakrwawiony mundur i kulę, która zadała mu śmiertelną ranę. Zmarła 11 lat później Helena Turno kazała pochować się z tymi pamiątkami po synu.

Uznany został za jednego z bohaterów nie tylko tej bitwy, ale i całego powstania. Już w maju 1863 roku w prasie poznańskiej pojawiały się ogłoszenia o możliwości kupna zdjęć kilkunastu najbardziej znanych powstańców z Wielkopolski; Witold Turno wymieniany jest w tej grupie, znalazł się też na fotograficznej kompozycji z powstańcami.


Pomnik ku czci poległych w Licheniu powstańców, w tym Władysława Turny (prawdopodobnie na miejscu dawnej mogiły). Zdjęcie Andrzej Bednarski


Pochowany zaraz po śmierci w Licheniu w zbiorowej mogile, podobnie jak wielu powstańców nie miał normalnego pogrzebu. Nabożeństwo żałobne w jego intencji odprawione zostało w kościele w rodzinnym Objezierzu. Drugie planowano w kościele kolegiackim w Szamotułach, jednak do niego nie doszło ze względu na zapowiedź wysokiej kary pieniężnej nałożonej przez władze pruskie.

Ojciec Witolda − Wincenty − po jego śmierci przekazał majątek w Objezierzu najstarszemu synowi Hipolitowi, a sam przeniósł się do Słopanowa. Wybudowano tam dla niego pałac, który − niestety − w pierwszej połowie lat 70. XX wieku został rozebrany. Wincenty Turno zmarł kilka lat po synu, w 1867 roku. Przejmujące są słowa Teodora Żychlińskiego: „życia dokonał, padłszy ofiarą miłości bliźniego; odwiedzając bowiem po chatach włościan zapadłych na tyfus, sam tej chorobie uległ”. W zakrystii kościoła w Słopanowie do dziś wisi zdjęcie Witolda. Od jego imienia nazwano także folwark Turnów w Chojnie − Witoldowo, leżący na zachodnich obrzeżach Błot Wielkich; od 2009 roku postać Witolda Turny upamiętnia tam głaz z tablicą.


Kamień przy dawnym folwarku Turnów – Chojno Błota Wielkie. Zdjęcie Agnieszka Krygier-Łączkowska


Dużo mniej informacji można znaleźć o Mścisławie Żółtowskim herbu Ogończyk z Zajączkowa − synu Antoniego i Seweryny z domu Łaszkowskiej. Służbę wojskową odbył w artylerii w Poznaniu. W kwietniu 1863 roku dołączył do oddziału Taczanowskiego w Pyzdrach i w bitwie pod tą miejscowością dowodził kompanią strzelców. Pod Ignacewem walczył w randze kapitana, awans otrzymał po tym, jak kilka dni wcześniej wyróżnił się w potyczce w okolicach Chocza.

Pod Ignacewem Żółtowski bronił się do końca w jednej z podpalonych przez Rosjan chat. Musiała zrodzić się jednak pogłoska, o tym, że przeżył, gdyż w końcu maja matka (ojciec już wówczas nie żył) poprzez ogłoszenia w prasie prosiła „jego towarzyszów broni o udzielenie wiadomości pewnej jakakolwiek będzie”. Być może niejasność co do losów Żółtowskiego wynikła z tego, że po pierwszej, korzystnej dla powstańców, fazie walki odprowadzał rannego Władysława Niegolewskiego do granicy. Musiano go wówczas widzieć i może takie informacje przekazano rodzinie w Zajączkowie. Okazało się jednak, że wrócił on na pole bitwy wbrew tym, którzy próbowali go przed tym powstrzymać, mówiąc, że bitwa jest przegrana i już się kończy. Żółtowski, jak podaje Teodor Żychliński, odpowiedział na to, że jego powinnością jest pozostać przy swych żołnierzach.

Po potwierdzeniu informacji o śmierci Mścisława w jego intencji odprawione zostało nabożeństwo w kościele parafialnym w Psarskiem. Rodzina Żółtowskich kilkanaście lat później opuściła Zajączkowo, gdyż brat Mścisława Jarosław sprzedał ten majątek Stanisławowi Ponińskiemu.


Pałac w Zajączkowie. Zbudowany w XVIII w. dla Żółtowskich, przebudowany na początku XX w. przez Urbanowskich. Zdjęcie z lat 30. XX w. Źródło – Fotopolska


Poległy pod Ignacewem Stanisław Błociszewski herbu Ostoja był synem ziemian z Przecławia − Antoniego i Rozalii ze Skarzyńskich. W powstaniu listopadowym walczyli ojciec Antoni oraz stryj Stanisław, odznaczony złotym krzyżem Virtuti Militari. Stryj Stanisław szkolił także uczestników Wiosny Ludów w Wielkopolsce, a w czasie powstania styczniowego zajmował się formowaniem oddziałów, zbieraniem broni i funduszów dla powstania.

W czasie walk powstańczych Stanisław Błociszewski z Przecławia nie miał jeszcze 21 lat, urodził się bowiem 19 sierpnia 1842 roku w rodzinnym Przecławiu. Kształcił się w poznańskim Gimnazjum św. Marii Magdaleny, z najwyższym wynikiem zdał maturę i rozpoczął studia prawnicze w Niemczech − w Berlinie i Bonn. Na wiadomość o wybuchu powstania powrócił do domu rodzinnego i razem z bratem Bolesławem dołączył do oddziału Taczanowskiego jako strzelec kompanii kpt. Hegnera. Brał udział w potyczkach pod Pyzdrami i Kołem, w których wykazał zimną krew i odwagę, w czasie obrony Koła jako ochotnik pierwszy zajął szczególnie niebezpieczną pozycję. Pochowany został we wspólnej mogile w Ignacewie, a w kościele w Cerekwicy odprawiono w jego intencji nabożeństwo żałobne.

Polegli pod Ignacewem Turno, Żółtowski i Błociszewski nie byli jedynymi uczestnikami tej bitwy związanymi z regionem szamotulskim. W bitwie ranny w nogę został Napoleon Ksawery Mańkowski herbu Zaremba (1836-1888), syn Teodora Mańkowskiego i Bogusławy z Dąbrowskich − właścicieli Rudek koło Ostroroga, wykształcony w Paryżu inżynier budowy dróg i mostów, przyjaciel Witolda Turny. Z pola bitwy został on wywieziony na wozie przez wycofujący się oddział pod dowództwem Jana Działyńskiego. Za swoją działalność patriotyczną zapłacił potem procesem i półtorarocznym więzieniem. Innego rodzaju represje spotkały urodzonego w Szamotułach w 1839 roku Bolesława Jerzykiewicza. Ten późniejszy pedagog i botanik został zatrzymany po bitwie pod Ignacewem w czasie przekraczania granicy między Królestwem Polskim a Wielkim Księstwem Poznańskim. Ukarano go skreśleniem z listy studentów Uniwersytetu Wrocławskiego.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

współpraca Andrzej Bednarski

Bibliografia:

Władysław Chotkowski, Mowa żałobna na pogrzebie śp. Napoleona Mańkowskiego, Kraków-Poznań 1988.
Maciej Grzeszczak, Ignacewo 1863, Warszawa 2015.
Janusz Gulczyński, Ziemia Konińska w czasie Powstania Styczniowego 1863-1864, Konin 1994, t. 3.
Bogusław Polak, Wielkopolanie na polach bitew powstania styczniowego (1863-1864), „Przegląd Polsko-Polonijny” nr 4 zeszyt 2 /2012.
Julian Wieniawski, Kartki z mego pamiętnika, t. 2, Warszawa 1911.
Witold Turno. Dowódca strzelców wielkopolskich 1863, „Ojczyzna” 1864, nr 122.
Teodor Żychliński, Wspomnienia z roku 1863, Poznań 1888.
Teodor Żychliński, Kronika żałobna rodzin wielkopolskich od 1863-1876 z uwzględnieniem ważniejszych osobistości zmarłych w tym przeciągu czasu w innych dzielnicach Polski i na obczyźnie, Poznań 1877.

Witold Turno, Mścisław Żółtowski i Stanisław Błociszewski − bohaterowie bitwy pod Ignacewem (1863)2020-05-31T20:27:24+00:00

Cmentarze choleryczne w regionie szamotulskim

Ubranie lekarza w czasie dawnych epidemii. W dziobie maski umieszczano środki zapachowe (wierzono, że uchronią one przed zarażeniem się od chorego). Miedzioryt Paula Fürsta, ok. 1656 r.

Gaj Mały – krzyż na cmentarzu cholerycznym

Koźle – krzyż i oznakowanie drogi do cmentarza

Binino – krzyż (wykonany przez miejscowego artystę Eugeniusza Tacika) i tabliczka umieszczona na kamieniu

Krzeszkowice – krzyż na cmentarzu cholerycznym. Zdjęcia Zbigniew Dobak

Cmentarze choleryczne w regionie szamotulskim

Z powodu pandemii koronawirusa straciliśmy poczucie bezpieczeństwa. Nie ma jednak wątpliwości, że jesteśmy w dużo lepszej sytuacji niż nasi przodkowie, którzy zmagali się z różnymi chorobami zakaźnymi w czasach, kiedy nie zdawano sobie sprawy z przyczyn ich powstania i nie umiano ani się przed nimi chronić, ani ich leczyć.

Epidemie powracały co kilkadziesiąt, a nawet kilkanaście lat. Na nowy obszar przynoszą je − oczywiście − ludzie, kiedyś jednak myślano, że winą jest tu złe powietrze – „morowe”, czyli niosące śmierć (mór).

Choroby zakaźne rozprzestrzeniały się wraz w wojskami. Tragiczny był tu, na przykład, XVII-wieczny najazd Szwedów (potop szwedzki), który – oprócz strat wojennych (ludzkich i materialnych) − przyniósł głód i empidemie. Doszło wówczas do wyludnienia wielu miast w Wielkopolsce. Szamotuły, w połowie XVI w. zamieszkiwane przez 1500 osób, ponad sto lat później (w 1676 r.) stały się niewielką miejscowością, liczącą 384 mieszkańców (Wronki – 455). Chorobą, która zbierała wówczas śmiertelne żniwo, była – najczęściej – dżuma, zwana „czarną śmiercią”.

Podobna sytuacja nastąpiła w czasach wojen napoleońskich. W 1813 roku, w czasie epidemii ospy, zmarł Stanisław Mycielski − właściciel, m.in., Szamotuł. W kampanii 1806/1807 dosłużył się on stopnia pułkownika, a później − jako lekarz − w stworzonym przez siebie szpitalu w Poznaniu opiekował się chorymi żołnierzami wojsk francuskich i polskich. Tam też zaraził się ospą od chorych.


Binino – cmentarz choleryczny


XIX wiek przyniósł koszmar cholery. Głównymi objawy tej choroby: silna biegunka i uporczywe wymioty powodowały odwodnienie organizmu i pozbycie się z niego niezbędnych elektrolitów, mogły też doprowadzić do niewydolności sercowo-naczyniowej. Śmiertelność cholery była wysoka − ok. 50%. Do zakażenia dochodziło zwykle przez wypicie wody zanieczyszczonej ludzkimi odchodami lub zjedzenie skażonej żywności (owoców i warzyw). Mechanizm zakażenia nie był znany do 1883 r., kiedy to opisał go Robert Koch − odkrywca bakterii cholery. Dopiero wówczas można było skutecznie zapobiegać tej strasznej chorobie, głównie przez dostęp do nieskażonej wody.

Pierwszą epidemię cholery − z 1831 r. − znów związać można z  ruchami wojsk. W 1830 r. choroba ta z Azji dotarła do Rosji, na ziemie zaboru rosyjskiego przynieśli je żołnierze, którzy przybyli, aby stłumić powstanie listopadowe. Ofiarami tej epidemii byli np. książę Konstanty i dowódca armii rosyjskiej Iwan Dybicz. Epidemia rozprzestrzeniała się dalej, objęła pozostałe ziemie polskie pod zaborami (przenosili ją powstańcy i kupcy), a także inne państwa europejskie.

W Szamotułach pierwsze śmiertelne ofiary tej epidemii wystąpiły w październiku 1831 r. Na cholerę zmarł ówczesny rabin i wielu innych mieszkających w mieście Żydów. Jak można przeczytać w piśmie „Z Grodu Halszki” (1933 nr 5), „ludzie marli tak, że nie można było nadążać grzebać zmarłych”. Miejscem pochówku stał się założony w tym roku cmentarz parafii kolegiackiej, a także specjalny cmentarz na położony po lewej stronie drogi do Obrzycka, pomiędzy Szamotułami a Gajem Małym. Na miejscu tym, na niewielkim pagórku,  do dziś stoi krzyż (obecny z 2009 r.). „Jak opowiadają ludzie starsi, wspomniany pagórek był daleko większy, lecz deszcze, wichry i pług go coraz bardziej niwelowały. Ponieważ jednak oracz zbyt często za daleko sięgał i wygrzebywał jeszcze kości, wobec tego władza w obawie przed ewentualnym powtórzeniem się epidemii rozkazała to miejsce opłocić lasem” − pisze autor artykułu. Dziś z lasu zostało zaledwie kilka drzew.


Niewierz – krzyż na dawnym cmentarzu cholerycznym


Trzeba tu dodać, że zmarłych grzebano zwykle w mogiłach zbiorowych, trumny posypywano wapnem. Pochówki odbywały się najcześciej w dniu śmierci. Na ziemiach polskich przyjęło się stawianie na cmentarzach cholerycznych − wzorem hiszpańskim − specjalnych krzyży z dwoma ramionami poprzecznymi, zwanych karawakami. Cmentarze choleryczne uznawane były przez lokalne społeczności za „miejsca nieczyste”, których się nie odwiedza. Czasami krzyże − karawaki stawiane były także dla ochrony miejscowości przed zarazą, noszono je też jako amulety.

Kolejne epidemie cholery przeszły przez Wielkopolskę, w tym przez region szamotulski, w latach 1848, 1852, 1860-1862, 1872-73.

Jesienią 1848 r. do rozprzestrzenienia się choroby w naszym regionie najprawdopodobniej przyczynił się ruch osobowy na nowo otwartej linii kolejowej Poznań − Szczecin.

W najbliższych okolicach Szamotuł istniały jeszcze − prawdopodobnie − dwa inne cmentarze choleryczne: pomiędzy Szamotułami i Gałowem (nowy krzyż postawiono tam w 2018 r.) oraz na łąkach po prawej stronie przy wjeździe do Śmiłowa.

Kolejne cmentarze choleryczne w gminie Szamotuły znajdują się w Krzeszkowicach koło Otorowa (krzyż w kępie drzew, 200 m od budynku dawnej szkoły) oraz w Koźlu (krzyż w lesie po lewej stronie drogi w kierunku Zapustu i Ostroroga).

W gminie Ostroróg cmentarz choleryczny zachował się w Bininie. Odnowiono go w 2010 r.: oprócz nowego drewnianego krzyża umieszczono tam pamiątkowy głaz, postawiono też nowe metalowe ogrodzenie. Obok rośnie dąb-pomnik przyrody.


Koźmin – krzyż na dawnym cmentarzu cholerycznym


Wcześniej, bo w 2007 r., uporządkowano dawny cmentarz choleryczny w Nowej Wsi koło Wronek (ul. Kasztanowa). Teren ten przez wiele lat stanowił dzikie wysypisko śmieci, obecnie znajduje się tam krzyż i głaz z tabliczką. Jako kolejne miejsca w gminie Wronki, gdzie chowano ofiary epidemii cholery, wymienia się Nadolnik (droga z Wronek w kierunku Smolnicy) oraz Wróblewo (prawdopodobnie).  

Dawne cmentarze choleryczne znajdowały się również w Koźminie koło Obrzycka (krzyż) i w Niewierzu koło Dusznik (krzyż z datą epidemii: 1852, ul. Leśna). Zagadnienie to niewątpliwie wymaga dalszego opracowania.

Agnieszka Krygier-Łączkowska i Andrzej Bednarski

Zdjęcia Andrzej Bednarski


Karawaka – zdjęcie poglądowe (Bartniki, pow. przasnyski). Zdjęcie – domena publiczna


Cmentarze choleryczne w regionie szamotulskim2020-05-03T14:02:05+00:00

Tekla Kwilecka i krzyż z Binina

Stefan Kwilecki – syn Tekli Kwileckiej, ok. 1890 r.

Barbara z Mańkowskich Kwilecka z jednym z synów, ok. 1874 – synowa i wnuk Tekli Kwileckiej

Wanda z Kwileckich Niegolewska – córka Tekli Kwileckiej. Źródło: Maria Bruchnalska, Ciche bohaterki. Udział kobiet w powstaniu styczniowym, 1932

Władysław Maurycy Niegolewski – zięć Tekli Kwileckiej

Krzyż w Bininie. Zdjęcie Andrzej Bednarski

Emilia Sczaniecka (1804-1896), zdjęcie z lat 60. XIX w. Źródło – Polona

Bibianna Moraczewska (1811-1877), zdjęcie z lat 60. XIX w. Źródło: Maria Bruchnalska, Ciche bohaterki. Udział kobiet w powstaniu styczniowym, 1932

„Dziennik Poznański” 1894 nr 149

Statut Towarzystwa Pomocy Naukowej dla Dziewcząt – organizacja działała do 1939 r. Wersja statutu opublikowana w 1930 r. Źródło – Polona

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Tekla Kwilecka i krzyż z Binina

W lipcu 1862 roku przed sądem w Szamotułach toczyła się sprawa przeciwko hrabinie Tekli Kwileckiej z Dobrojewa oraz jej rządcy Walentemu Janasowi. Oskarżeni zostali oni  o „opór stawiany władzy rządowej”. Za sformułowaniem tym kryła się sprawa umieszczenia przy drodze w Bininie drewnianego krzyża pomalowanego biało-czerwono.

Tekla Kwilecka w Dobrojewie zamieszkała w listopadzie 1932 roku, po ślubie z Leonardem Kwileckim. Był on synem Klemensa i jego najbliższej kuzynki Anieli – jedynej córki Adama Kwileckiego, który w latach 90. XVIII w. wzniósł dobrojewski pałac, spalony i zburzony w okresie okupacji hitlerowskiej (por. artykuły http://regionszamotulski.pl/palac-w-dobrojewie/ i http://regionszamotulski.pl/dobrojewo-historia/).


Zespół pałacowy w Dobrojewie, ok. 1912 r.


Tekla pochodziła z rodziny Sieroszewskich herbu Nabram (rodzice Kazimierz i Anna z domu Swinarska), przyszła na świat 16 września 1807 roku w Kakawie (Kaliskie). Jej przyszły mąż – Leonard Kwilecki wziął udział w powstaniu listopadowym, walczył pod dowództwem gen. Giorolamo Ramorino − Włocha zwerbowanego do służby w wojskach powstańczych. Według przekazów Leonard zabrał do powstania konie ze stadniny w Dobrojewie (por. http://regionszamotulski.pl/stadnina-w-dobrojewie/).

Leonard Kwilecki zmarł w 1844 r. po długiej chorobie. Tekla przez wiele lat troskliwie opiekowała się mężem, na nią spadło wychowanie dzieci i troska o rozległy majątek. Małżeństwo doczekało się trojga dzieci. Najstarsza był Wanda (1834-1912), która w 1855 r. poślubiła Władysława Niegolewskiego (1819-1885) − doktora prawa, działacza niepodległościowego, posła na sejm pruski, współzałożyciela Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, a zarazem syna Andrzeja Niegolewskiego − ziemianina, bohatera szarży pod Samosierrą (1808). Spadkobiercą majątku, tzw. Dobrojewszczyzny, został Stefan Kwilecki (1839-1900), który w 1866 roku ożenił się z Barbarą z Mańkowskich (1845-1910), panną z nieodległych Rudek (por. http://regionszamotulski.pl/barbara-kwilecka-dzialaczka-narodowa-i-spoleczna/). Syn Klemens, najmłodsze dziecko Tekli i Leonarda, zmarł w wieku 12 lat.


Pałac w Dobrojewie na pocztówkach z ok. 1910 r.


Pierwsze zachowane informacje związane z działalnością narodowo-społeczną Tekli Kwileckiej dotyczą Wiosny Ludów w Wielkopolsce. Razem, między innymi, z Emilią Sczaniecką i Bibianną Moraczewską, weszła w skład − powołanej 24 marca 1848 roku − Dyrekcji Opieki nad Rannymi. Zakładała szpitale, wizytowała je, sama opatrywała rannych w walkach, starała się też o pomoc tym, którzy zostali uwięzieni. Na cele tej działalności przekazała rodowe srebra.

Krzyż w Bininie

W 1861 roku w Warszawie doszło do wielkich manifestacji patriotycznych, w czasie których domagano się zagwarantowania przez władze praw obywatelskich i przeprowadzenia reform społecznych. 27 lutego i 8 kwietnia wojsko rosyjskie otworzyło ogień do demonstrantów. Masakry wstrząsnęły Polakami, nie tylko w zaborze rosyjskim.

Właśnie po tych wydarzeniach, jak pisał autor artykułu z „Dziennika Poznańskiego” (lipiec 1862, nr 179), w różnych częściach powiatu szamotulskiego w grudniu 1861 roku ustawiono krzyże ku czci ofiar poległych Polaków. Jeden z nich stanął z inicjatywy Tekli Kwileckiej w Bininie, przy skrzyżowaniu dróg z Dobrojewa i z Ostroroga: „Krzyż ten jest z obrobionego drzewa, w wyższej części biały z obwódką pąsową, w dolnej zaś części czerwony z białą obwódką pomalowany, i nie ma na sobie krucyfiksu [figury Jezusa], tylko jak inne krzyże żelazną koronę cierniową”. Z polecenia zarządcy Dobrojewa – Walentego Janasa wykonał go czeladnik stolarski z Wielonka – Walenty Fijak. Prokuratura oskarżyła hrabinę Kwilecką i Walentego Janasa o „karygodny opór przeciw władzy rządowej” i ustawienie „znaku mogącego publiczną spokojność naruszyć”. Trzeba jednak dodać, że ani sąd w Szamotułach, ani poznański sąd apelacyjny nie uznało tego czynu za karygodny i wniosek prokuratury oddaliły, a proces z dnia 21 lipca 1862 roku odbył się na rozkaz najwyższego trybunału w Berlinie. Prokurator chciał zasądzenia od hrabiny Kwileckiej kary 25 talarów, a od Walentego Janasa – 3 talarów (lub 3 dni więzienia).


Krzyż w Bininie – wygląd współczesny. Zdjęcie Andrzej Bednarski


Tekla Kwilecka zjawiła się na procesie razem z zięciem Władysławem Niegolewskim − dr. prawa. Niegolewski chciał podjąć się obrony teściowej, najpierw jednak próbował przekonać sąd do tego, żeby obrady toczyły się w języku polskim, argumentując, że najważniejszy jest oskarżony, który musi dokładnie rozumieć proces, a hrabina Kwilecka „ani nawet słowa po niemiecku nie rozumie”. Kiedy sąd ogłosił, że postępowanie będzie się toczyło po niemiecku, Tekla Kwilecka uznała, że w takim razie woli być sądzona zaocznie i razem z Władysławem Niegolewskim opuścili posiedzenie.

Mowę obrończą − po niemiecku − wygłosił radca Szuman, formalnie będący obrońcą Walentego Janasa. Korespondent „Dziennika Poznańskiego” obszernie zrelacjonował to wystąpienie. Obrońca wniósł on o uniewinnienie obojga oskarżonych. Najpierw, używając sformułowań nieco patetycznych, nakreślił tło wydarzeń:

„Na krańcach wschodnich Europy żył od lat tysiąca naród, który nigdy nie zapragnął cudzego, spokojnie orał swe ziemie, nie prowadził wojen zaborczych, który krew swych najlepszych synów poświęcał za spokój Zachodu, by ludy inne bez obawy przed tą nawałą barbarzyńskich hord spokojnie pielęgnować mogły sztuki i nauki. I na ten nieszczęśliwy naród i na to nieszczęśliwe państwo zła przyszła godzina, kiedy sąsiedzi, z których niejednemu byt był uratował, nań uderzyli i go rozebrali. I otóż niemal sto lat od tej nieszczęśliwej chwili minęło, i jak złe, samo w sobie ma zarodki złego, skutki i owoce tego czynu rosną i krzewią się aż po nasze lata”.


Rosyjska armia strzela do polskich patriotów w Warszawie, 8.04.1861 r. Ilustracja inspirowana obrazem (Tony Robert-Fleury).


Dalej obrońca przedstawiał wydarzenia, które rozegrały się w 1861 roku w Warszawie: „Po jednej stronie garstka klęczącego i modlącego się ludu, który ze łzami w oczach ręce podnosił do nieba i błagał Boga i Bogarodzicę, by się nad nim ulitowali, po drugiej stronie tysiące wściekłych wojowników, knutem, szablą, bagnetem i kulą garstkę tę rozpędzający. Krwią wojsko moskiewskie naznaczyło dni one na ulicach Warszawy, krwawymi głoskami zapisała historia dni te i imiona ofiar w rocznikach swoich”.

Następnie odnosił się do krzyży, które stawiano w związku z warszawskimi wydarzeniami i pytał retorycznie: „I cóż za dziw, i cóż za zbrodnia, jeśli współbracia ich dni te i ofiary w sercach swych zapisali, cóż by była za zbrodnia, chociażby im na pamiątkę oraz jako ofiarę i modlitwę dla Boga, żeby ich od podobnych dni zachował, stawili krzyże, krzyże, które jak wiadomo, w świecie katolickim są znakami modlitwy, podziękowania lub ofiary?”

W ostatniej części swojego wystąpienia radca Szuman udowadniał, że krzyże nie są znakami zakazanymi, gdyż nie wzbudzają „rozruchu”, a skłaniają do modlitwy. Jeśli związać je z wydarzeniami w Warszawie, może to być modlitwa w intencji obrony przed „olbrzymem rosyjskim”. Krzyże nie mają zatem żadnego związku politycznego z Prusami, a ich kolor biały i czerwony − jak dowodził obrońca − są kolorami kościelnymi od wieków stosowanymi w dekoracjach krzyży.

Ostatecznie sąd uniewinnił oskarżonych, wskazując, że krzyże nie są znakami zabronionymi i choć krzyż w Bininie stoi już od kilku miesięcy, nie doszło do zakłócenia spokoju publicznego.


Bitwa pod Ignacewem – obraz Juliusza Kossaka


Walka i praca organiczna

Pół roku po procesie, który toczył się przed sądem w Szamotułach, w zaborze rosyjskim doszło do wybuchu powstania.

Tekla Kwilecka, działając w Kółku Pań Wielkopolskich, znów zabiegała o udzielenie pomocy powstańcom. Broń dla powstania w Belgii kupował jej syn Stefan, a potem − poszukiwany przez policję pruską − ukrywał się przez kilka miesięcy. Przez granicę między zaborami przedostał się natomiast zięć Władysław Niegolewski. Na początku maja w bitwie pod Ignacewem został ranny i wrócił do Wielkopolski, gdzie − oskarżony o zdradę stanu − odbył karę w wiezieniu w Głogowie. W działania narodowowyzwoleńcze zaangażowała się w tym czasie również córka Tekli Kwileckiej, a żona Władysława Kwileckiego – Wanda. Jeszcze przed powstaniem potajemnie − razem ze Sczaniecką, Moraczewską i Jarochowską − szkoliła przyszłe sanitariuszki, a potem sama pomagała rannym na polach bitwy i w szpitalach. Po powrocie do Wielkopolski wspierała uwięzionych polskich patriotów.

W 1864 roku Tekla Kwilecka po raz kolejny stanęła przed sądem w Szamotułach. Tym razem zarzucano jej zbieranie składek na rzecz Polaków więzionych w więzieniu w Moabicie, jednak i tym razem udało jej się uzyskać wyrok uniewinniający. Zamieszkała w Poznaniu, gdzie zajęła się pracą na rzecz oświaty dziewcząt i działalnością charytatywną.  

W 1871 r. − po raz kolejny działając wspólnie z Emilią Sczaniecką i Bibianną Moraczewską − założyła Towarzystwo Pomocy Naukowej dla Dziewcząt, które wspierało edukację zawodową niezamożnych młodych kobiet. Tekla Kwilecka do śmierci należała do dyrekcji tej organizacji. Na krótko przed śmiercią w polskiej prasie poznańskiej ukazała się podpisana przez nią odezwa wzywająca do zbierania składek na oświatę ludową, aby w ten sposób upamiętnić setną rocznicę rozbiorów Polski.

Zmarła 2 lipca 1894 r. w Poznaniu, pochowana została w grobach rodzinnych w Kwilczu.

W prasie poznańskiej żegnano ją w ten sposób: „Całe życie śp. Tekli zasadzało się na pielęgnowaniu tych dwóch cnót, coraz rzadszych w naszych czasach: miłości i poświęcenia. Była to też jedna z tych prawie już legendarnych matron polskich, które wziąwszy sobie za dewizę zdanie: „módl się i pracuj” ściśle ich przestrzegały w swym życiu na dobro kraju i pożytek bliźnich”.

Tekla Kwilecka i krzyż z Binina2020-03-03T19:22:20+00:00

Szkoła hrabiny Barbary Kwileckiej w Dobrojewie

Prekursorska inicjatywa hrabiny Barbary Kwileckiej

Prywatna szkoła gospodarcza dla dziewcząt w Dobrojewie

Jak w czasach hrabiny Kwileckiej wykonywano niektóre czynności w gospodarstwie domowym

Na podstawie miesięcznika „Przyjaciel Sług” 1900-1902

Barbara Kwilecka (1845-1910) była córką pisarki Bogusławy z domu Dąbrowskiej i Teodora Mańkowskiego. Jej dziadkiem był Jan Henryk Dąbrowski – generał, uczestnik insurekcji kościuszkowskiej (1794), twórca Legionów Polskich we Włoszech i uczestnik kampanii napoleońskiej. Imię Barbara Kwilecka odziedziczyła po babce, drugiej żonie Henryka Dąbrowskiego, Barbarze z Chłapowskich. W dzieciństwie zamieszkała wraz z rodziną w nieistniejącym pałacu w Rudkach koło Ostroroga. Kształciła się u sióstr ze Zgromadzenia Najświętszego Serca Jezusa (sercanek), najpierw w Paryżu, a potem w Poznaniu. Musiała być bardzo odważna, gdyż jako 18-letnia dziewczyna razem z siostrą przemycała broń dla powstańców styczniowych z oddziałów w okolicach Kalisza. Na pewno odznaczała się wrażliwością społeczną. Wspominała: „Od najmłodszych dziecinnych lat dziwnie mnie przejmowały i bolały krzywdy życiowe i wielki ból ludzkości spowodowany nierównością losu i różnicą pomiędzy bogatym a ubogim, między możnymi a tymi, których byt zawisł od konieczności zapracowania na życie”.


Barbara Kwilecka – jako dziewczyna (przebrana w strój ludowy) oraz ok. 1874 r.


Po ślubie w 1866 roku ze Stefanem Kwileckim (1839-1940), właścicielem rozległego majątku z centrum w Dobrojewie, przez kilkanaście lat zajmowała się wychowywaniem sześciu synów. Około 1880 roku zaczęła szerszą działalność publiczną: w Stowarzyszeniu Czytelni Ludowych oraz w dyrekcji Towarzystwa Pomocy Naukowej dla dziewcząt polskich w Wielkim Księstwie Poznańskim. Przede wszystkim jednak stworzyła i przez dwadzieścia lat prowadziła w Dobrojewie 3-letnią szkołę gospodarczą dla dziewcząt, tzw. szkołę elewek (elew, elewka – znaczyły dawniej: wychowanek, uczeń) (więcej o Barbarze Kwileckiej można przeczytać w artykule http://regionszamotulski.pl/barbara-kwilecka-dzialaczka-narodowa-i-spoleczna/).

Jak sama wspominała Barbara Kwilecka, na początku małżeństwa nie umiała postępować ze służbą, wyraźnie formułować swoich oczekiwań i kierować innymi. Stworzenie szkoły było dla hrabiny w pewnym sensie przełamaniem własnych ograniczeń. Widziała w tym także misję wobec uboższych i swego rodzaju odpokutowanie win przodków – ziemian, którzy często swoim postępowaniem krzywdzili lub deprawowali służbę. Była osobą głęboko wierzącą, podopiecznym starała się przekazać zasadę, że „wszyscy jesteśmy dziećmi Boga, że wszyscy dla Niego, każden w swoim zakresie i według swoich zdolności, pracować mamy”. Po latach to właśnie uznała za podstawę sukcesu w kierowaniu domem i ściśle z domem związanej szkoły.


Nieistniejący pałac w Dobrojewie – spalony i rozebrany w czasie II wojny światowej. Fasada przednia i od strony ogrodu na pocztówkach z ok. 1910 r.


Hrabina Kwilecka do swej szkoły przyjmowała dziewczęta w wieku 16 lat. Musiały one  przedstawić świadectwo moralności od proboszcza, zaświadczenie o dobrym stanie zdrowia od lekarza, a także zgodę rodziców na 3-letnią naukę w Dobrojewie. Były to głównie córki gospodarzy lub drobnych rzemieślników. Najpierw dziewczęta przechodziły kilkutygodniowy okres próbny, a po nim uroczyście odbierały medal z wizerunkiem Maryi jako znak przynależności do Bractwa Matki Boskiej Nieustającej Pomocy, otrzymywały biały czepek i podpisywały trzyletnią umowę. Początkowo u hrabiny uczyło się 8-10 dziewcząt, później liczba podopiecznych wzrosła do 16.

Każda „elewka” po kolei uczyła się różnych prac w pałacu i folwarku: poznawała tajemnice przygotowywania potraw pod okiem dworskiego kucharza, w pralni uczyła się prać, prasować  i czyścić odzież, w szwalni – szyć i cerować, pracowała też w dworskim kredensie, czyli poznawała sposób podawania do stołu, uczyła się także sprzątania. W folwarku – zapoznawała się z wyrobem sera i masła, uczyła się hodowli drobiu i gotowania dla czeladzi. Po każdym takim, trwającym kilka miesięcy, kursie „elewka” zdawała swego rodzaju egzamin praktyczny. Taki sposób nauki trwał dwa lata, w trzecim – uczennica wybierała sobie ulubioną specjalność, w której doskonaliła się w trzecim roku. Każda z dziewcząt przez godzinę dziennie uczyła się – na przemian – czytania, pisania, liczenia lub katechizmu. Dziewczęta nocowały w grupie w pałacu lub oficynie (więcej o nieistniejącym pałacu w artykule http://regionszamotulski.pl/palac-w-dobrojewie/). Trzy razy dziennie wychowanki spotykały się w kaplicy pałacowej na modlitwie. Latem – na zmiany – wyjeżdżały na wakacje, a rodzice mogli odwiedzać je w Dobrojewie.


Barbara Kwilecka z jednym z synów (ok. 1874 r.) oraz w mieszkaniu w Poznaniu (ok. 1909 r.)


Po ukończeniu szkoły dziewczęta uzyskiwały świadectwo i mogły iść na służbę jako kucharki, gospodynie, mleczarki lub panny służące, czyli służące osobiste. Absolwentki szkoły hrabiny Kwileckiej bez trudu znajdowały zatrudnienie lub wychodziły za mąż za synów gospodarzy.

Barbara Kwilecka wspominała też o trudnościach w prowadzeniu szkoły dla dziewcząt i o krytyce, jaka spotykała ją z różnych stron. Trudności wiązały się z samym pobytem kilkunastu młodych panien na dworze, z czuwaniem nad nie tylko nad tym, żeby nauczyły się różnych czynności gospodarczych, ale także aby nie były narażone na niewłaściwe zachowania ze strony obecnych w pałacu i folwarku mężczyzn. Nietrudno zrozumieć, że dla samych właścicieli i innych domowników mogła być uciążliwa obecność przy różnych czynnościach często zmieniających się i dopiero uczących się dziewcząt.


Rodzina Kwileckich na schodach pałacu w Dobrojewie, ok. 1901 r. Hrabina Barbara (w czarnej sukni) siedzi w drugim rzędzie od góry.


Trzeba wspomnieć też o zarzucie formułowanym wobec hrabiny Barbary Kwileckiej. Podnoszony on był już w czasach istnienia szkoły, wybrzmiał także w wydanej niedawno (2019 r.) książce Alicji Urbanik-Kopeć Instrukcja nadużycia. Służące w XIX-wiecznych polskich domach. Autorka tej pozycji pisze o działaniach Barbary Kwileckiej nieco ironicznie, wskazując, że dzięki szkole hrabina miała w gruncie rzeczy zapewnioną darmową służbę, bo płaciła swoim wychowankom tylko niewielkie kieszonkowe. Z punktu widzenia właścicielki sprawa wyglądała inaczej. Dziewczęta rzeczywiście od początku pobytu w Dobrojewie „służyły”, czyli wykonywały różne prace we dworze i folwarku,  uczyły się od siebie nawzajem, ale także od zatrudnionych przez hrabinę Kwilecką osób. Trudno sobie wyobrazić zresztą inne niż praktyczne uczenie się tych zawodów. W tamtym czasie istniały wprawdzie inne szkoły gospodarcze, ale poza dworami, za naukę w nich trzeba było płacić czesne, na które rodziców „elewek” zapewne nie byłoby stać. Trzeba też pamiętać, że dziewczęta miały także zapewnione lekcje ogólnokształcące i wakacje. I ostatnia sprawa: hrabina – prowadząc szkołę – utrzymywała kilkanaście dziewcząt, a do wykonania wszystkich czynności wystarczyłoby ich zaledwie kilka. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że wyzyskiwała uczennice, a w swoich czasach i w swoim środowisku spotykała się z zarzutem niegospodarności, bo szkoła „elewek” wydawała się niektórym prowadzeniem domu „ze zbytkiem” i lekkomyślnością.


Uczennice tzw. szkoły elewek w Dobrojewie, ok. 1910-1912


Barbara Kwilecka prowadziła swoją szkołę przez 20 lat. Po niej przejęła ją synowa – Jadwiga z Lubomirskich, żona Franciszka Kwileckiego (por. artykuł http://regionszamotulski.pl/franciszek-kwilecki/). Za przykładem hrabiny Kwileckiej poszły też inne ziemianki z Wielkopolski, które w swych dworach otworzyły podobne placówki do tej z Dobrojewa.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Bibliografia:

  1. Barbara Kwilecka, Fragment z pamiętnika, Poznań 1907.
  2. Alicja Urbanik-Kopeć Instrukcja nadużycia. Służące w XIX-wiecznych polskich domach, Katowice 2019.
  3. Szkoła praktyczna dla służących w Dobrojewie (W. Ks. Poznańskie), „Przyjaciel Sług” 1901, nr 7.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Od urodzenia związana z Szamotułami. Polonistka (jak mama) i regionalist(k)a (jak tata).

Dr nauk humanistycznych, redaktor i popularyzator nauki. Prezes Stowarzyszenia WOLNA GRUPA TWÓRCZA, wiceprezes Szamotulskiego Stowarzyszenia Charytatywnego POMOC.

Szkoła hrabiny Barbary Kwileckiej w Dobrojewie2019-09-27T13:32:46+00:00

Klemensowo, Forestowo i Stefanowo – osady leśne Kwileckich

Z dawnej prasy

Michał Dachtera

Osady leśne Kwileckich

W okresie posiadania przez Kwileckich majątku zwanego „Ostroroszczyzną” (a później Dobrojewszczyzną), czyli od 1737 roku do 1939 roku, w lasach od Wielonka w kierunku Zajączkowa powstały trzy osady: Klemensowo, Forestowo oraz Stefanowo (obecnie gmina Pniewy).

Informacje na temat dwóch pierwszych miejscowości znajdujemy w Słowniku geograficznym Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich” (w tomie II i IV). Dowiadujemy się z nich, że obie miejscowości u schyłku XIX wieku stanowiły folwarki Kwileckich z Dobrojewa. W Klemensowie była leśniczówka i trzy domy, w sumie zamieszkiwało je 28 mieszkańców. Natomiast w Forestowie stał 1 dom z 6 mieszkańcami.

Pod koniec XIX wieku w Klemensowie z inicjatywy Stefana hr. Kwileckiego powstała leśniczówka, tartak oraz kolejka leśna, która docierała do Dobrojewa, a stamtąd dalej linią Międzychód – Szamotuły.



W archiwalnych gazetach możemy znaleźć nazwiska pracowników Kwileckich. I tak w 1882 roku nadleśniczym lasów Dobrojewskich był Wiewiórkowski, a gajowym pod Bielejewem Frejtak. W 1890 roku leśniczym w Klemensowie był Rektorowski. Co najmniej w latach 1935 – 1937 urząd ten piastował Tokarski. 

Zgodnie z Rozporządzeniem Wojewody Poznańskiego z dnia 22 września 1934 roku Gminę Ostroróg podzielono na 9 gromad. Klemensowo, Forestowo i Stefanowo weszły w skład gromady Orliczko (wieś ta obecnie należy do gm. Pniewy).

W 1954 roku Forestowo i Klemensowo zostało przeniesiono do gromady Ostroróg, natomiast Stefanowo do nowo powstałej gromady Nojewo (gm. Pniewy).



Z obiektów historycznych w Klemensowie na uwagę zasługuje krzyż z 1884 roku. Po wjeździe do lasu od strony Wielonka skręcamy w pierwszą drogę w prawo i następnie w trzecią w prawo. Krzyż został postawiony przez Stefana Kwileckiego w związku z upolowania zwierzęcia przez syna Jana (Jan Kanty Kwilecki 1876-1882). Na krzyżu znajduje się napis „Na pamiątkę października 1881 roku Jasiowi Kwileckiemu” oraz „zm. 13.07.1882 roku”. Natomiast na cokole: „postawił ojciec 1884”.



Literatura:

  1. „Gazeta Szamotulska” 1934 nr 114.
  2. „Goniec Wielkopolski” 1882 nr 277.
  3. Pamiętnik Koła Śpiewackiego św. Cecylji w Ostrorogu z okazji uroczystości 25-letniego istnienia 1911-1936, Ostroróg 1936.
  4. Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, t. 2, Warszawa 1881; t. 4, Warszawa 1883.

Fotografie:

  1. „Dziennik Urzędowy Województwa Poznańskiego” 1927 nr 48.
  2. „Gazeta Szamotulska” 1925 nr 137, 1926 nr 17, 1927 nr 46, 1933 nr 131, 1934 nr 179, 1935 nr 110.
  3. „Goniec Wielkopolski” 1882 nr 277.
  4. „Nowy Kurjer” 1937 nr 30.
  5. „Rynek Drzewny i Budowlany” 1929 nr 32.
  6. „Rynek Metalowy i Maszynowy” 1930 nr 18.
  7. „Wielkopolanin” 1890 nr 72, 1900 nr 123, 1913 nr 153.

Michał Dachtera

Mieszka w Szamotułach, ale jego serce zostało w Ostrorogu i okolicach.

Miłośnik historii, poszukiwacz archiwalnych zdjęć. Na Facebooku prowadzi profil Ostroróg na kartach historii.

Klemensowo, Forestowo i Stefanowo – osady leśne Kwileckich2019-08-27T14:40:16+00:00

Pałac w Rudkach

Michał Dachtera

Pałac w Rudkach

Około 1800 roku dla Teodora Cieleckiego, według projektu architekta Hilarego Szpilowskiego, został wybudowany pałac w Rudkach. Obiekt – niestety – nie przetrwał wojny. Został zburzony przez hitlerowców w 1940 roku. W niniejszym tekście postaram się nieco przybliżyć historię i architekturę tego obiektu.

Ok. 1900 r.

Teodor Mańkowski – stoi w środku

Rudki, ok. 1903-1907, Julia Puget na koniu

Tadeusz Piotr Potworowski (1898-1962)

Obraz zatytułowany Zielony pejzaż z bramą, namalowany w Rudkach w 1933 r. przez Piotra Potworowskiego

Magdalena Potworowska z synem Janem w pracowni męża w Rudkach (ok. 1930 r.)

Polowanie w Rudkach, 1930-35.

Polowanie w Rudkach, 1930-35.

Rudki, Marian Otworowski – zarządca majątku z Anną Mańkowską (żoną Henryka)

Pałac w Rudkach z galerią i oficyną w 1. połowie lat 30. XX w.

Ok. 1938 r.


Zdjęcia współczesne – 2017 r.


Literatura:

  1. „ABC” 1932 nr 268.
  2. Aleksandra Dolczewska, Projekty pałacu Mańkowskich w Źrenicy, „Pamiętnik Biblioteki Kórnickiej” 27, 2005, s. 295-307.
  3. Leonard Durczykiewicz, Dwory polskie w Wielkim Księstwie Poznańskiem, Poznań 1912.
  4. „Dziennik Poznański” 1870 nr 231.
  5. Andrzej Kwilecki, Ziemiaństwo wielkopolskie, Poznań 1998.
  6. Andrzej Emeryk Mańkowski, Kronika domowa Mańkowskich, Warszawa 2017.
  7. Paweł Mordal, Inwentaryzacja krajoznawcza Miasta i Gminy Ostroróg, Ostroróg 1990.
  8. Mój ojciec magiczny. Wystawa Potworowskiego, rozmowa Anny Szawiel z Janem Potworowskim, Anna Szawiel, 21 listopada 2013, http://wyborcza.pl/.
  9. Zofia Ostrowska-Kębłowska, Architektura pałacowa drugiej połowy XVIII wieku w Wielkopolsce, Poznań 1969.
  10. http://www.potworowski.art.pl/informacje/.
  11. Tadeusz Piotr Potworowski (1898 – 1962) „Ułan & Malarz”, Prezentacja Liceum Plastycznego im. Piotra Potworowskiego.
  12. Teresa Ruszczyńska, Katalog zabytków sztuki w Polsce, t. 5, z. 23 Powiat szamotulski, Warszawa 1966.
  13. Teki Dworzaczka, 17782 (Nr. 1367) 1790, Biblioteka Kórnicka.

Fotografie:

  1. Zdjęcia ze zbiorów Jana Potworowskiego.
  2. Zdjęcia z Albumu Izabeli Madalińskiej.
  3. Zdjęcia ze zbiorów Józefy Ratajczak.
  4. Biblioteka Narodowa Polona.
  5. Archiwum Państwowe w Poznaniu, Rudki – pałac, rok 1911. (z zespołu Zbiór Widokówek, sygn. 503).
  6. Leonard Durczykiewicz, Dwory polskie w Wielkim Księstwie Poznańskiem, Poznań 1912.
  7. Bazar Poznański. Zarys stuletnich dziejów (1838-1938).
  8. Zdjęcia współczesne – Michał Dachtera

O historii samej wsi napiszę w innym tekście, dziś przytoczę tylko kilka najistotniejszych informacji. Co najmniej od 1739 roku Rudki należały do Jana Mańkowskiego. Mańkowski zmarł bezpotomnie w 1882 roku. Po jego śmierci własność przeszła na spokrewnionych z nim Cieleckich. I tu zaczyna się nasza historia. Teresa Ruszyńska w książce Katalog zabytków sztuki w Polsce (t. 5, Województwo poznańskie, z. 23 Powiat Szamotuły) napisała, że zespół dworski w Rudkach został wzniesiony „[…] ok. 1800 przez arch. Hilarego Szpilowskiego dla pułkownika Macieja Cieleckiego”. W tym miejscu jest jednak błąd, który został powtórzony później w kilku innych źródłach, gdyż na skutek działów braterskich w 1790 roku Rudki i Szczepy dostał Teodor Cielecki, natomiast Maciej Cielecki – major wojsk konnych otrzymał Lipnicę i Wierzchaczewo (Teki Dworzaczka, Biblioteka Kórnicka). Potwierdza również to , że syn Macieja – Michał urodził się w 1792 roku w Lipnicy (Genealogia Potomków Sejmu Wielkiego, Marek Jerzy Minakowski). Zofia Ostrowska-Kębłowska (Architektura pałacowa II połowy XVIII wieku w Wielkopolsce), również napisała, że pałac w Rudkach został zbudowany dla Teodora Cieleckiego. Także w „Dzienniku Poznańskim” z 5 października 1870 roku znajdujemy informację, że Maciej Cielecki był dziedzicem Lipnicy i Wierzchaczewa, i dalej, że po bezdzietnej śmierci jego brata, Teodora Cieleckiego, dobra Rudki oraz Gaje Wielkie przypadły córce Macieja – Teodorze Cieleckiej. Teodora Cielecka wyszła za mąż za generała brygady w powstaniu listopadowym – Emiliana Węgierskiego h. Wieniawa (więcej o generale pod linkiem http://regionszamotulski.pl/gen-emilian-wegierski/).


Zespół pałacowy w Rudkach ok. 1911 r.


Wróćmy jednak do pałacu. W popularnym albumie Leonarda Durczykiewicza Dwory polskie w Wielkim Księstwie Poznańskim z 1912 roku znajdujemy jedynie zdjęcie pałacu w Rudkach, natomiast opis jako jeden z nielicznych został sprowadzony do jednego zdania: „Powiat szamotulski. Własność Mańkowskich”.

Z opracowania Teresy Ruszyńskiej dowiadujemy się, że pałac był „[…] Klasycystyczny. Złożony z piętrowego dworu i dwóch oficyn połączonych z nimi ćwierćkolistymi galeriami arkadowymi. Dwór i galerie zburzone w 1940 przez hitlerowców. Dziedziniec zajazdowy zamknięty ogrodzeniem z bramą; na osi dworu, w kierunku drogi na Szamotuły stara aleja dojazdowa.

A. Oficyny. Analogiczne, po obu stronach dziedzińca. Murowane, otynkowane. Parterowe, prostokątne, siedmioosiowe. Nakryte dachami naczółkowymi. Nad drzwiami na osi trójkątne frontoniki.
B. Brama. Wjazd ujęty murowanymi portykami, w których przejścia flankowane doryckimi kolumnami, zwieńczone gzymsem, schodkowymi attykami i rzeźbami lwów. – W ogrodzeniu z żelaznej karty kamienne klasycystyczne wazony”.


Brama wjazdowa do zespołu pałacowo-parkowego w Rudkach w latach 1930-1935. Na dole siedzi Hanna Rudzka-Cybisowa.


Kilka krótkich wzmianek na temat pałacu znajdujemy również we wspomnianej już wcześniej książce Zofii Ostrowskiej-Kębłowskiej:

„Grecko-dorycka czy toskańska kolumna pojawia się zupełnie wyjątkowo. Około roku 1800 zastosuje ją podaj pierwszy raz Hilary Szpilowski projektując bramę wjazdową do pałacu w Rudkach, a także nieznany niemiecki architekt, który w roku 1800 przebudował stajnie i wozownie w Rogalinie”.

„Wśród działających w tym czasie w Wielkopolsce architektów wymienić trzeba przede wszystkim Stanisława Zawadzkiego, który przebywał  tu zapewne dłużej niż niegdyś Langhans czy Kamsetze. Sporadycznie, o ile wiemy, pojawił się około 1800 roku (lub nieco wcześniej) Hilary Szpilowski wznosząc nie istniejący dziś pałac w Rudkach dla szambelana Teodora Cieleckiego. Tradycyjne osiowe założenie typem przyściennego portyku zwieńczonego attyką i kolistymi galeriami arkadowymi przypominało Pawłowice. Wśród dzieł Szpilowskiego najbliższe Rudkom były zapewne Słubice”.

„Kilkanaście lat później w Śmiełowie, nie skrępowany starymi murami stworzył Zawadzki klasyczny niemal przykład pałacu związanego z oficynami poprzez zaokrąglone galerie, tzw. palladiańskie, znane już na terenie Wielkopolski z Pawłowic i Rogalina, a współcześnie wznoszone w Rudkach i Żelazkowie”.

W książce Ostrowskiej znajdujemy również ciekawą informację, że pałac w Rudkach został wzniesiony na miejscu drewnianego dworu (APP, Poznań Gr 607, f. 27, r. 1782).


Staw w parku w Rudkach, ok. 1930-35. Na stawie okręcik zbudowany przez Piotra Potworowskiego


Po śmierci Emiliana Węgierskiego w 1840 r. (niektóre źródła podają datę 1841) jego żona Teodora mieszkała i gospodarowała w Rudkach jeszcze przez jakiś czas (niektóre źródła mówią o kilku latach (do 1844 r.), inne o kilkunastu). Następnie wyprowadziła się do Szamotuł, a Rudki sprzedała Teodorowi Mańkowskiemu i Bogusławie Mańkowskiej z Dąbrowskich (1814-1901).

Teodor zmarł w Rudkach w 1855 roku w wyniku obrażeń, których doznał po upadku z konia w Poznaniu, przy „Bramie Berlińskiej”. Po jego śmierci Bogusława sama administrowała majątkiem, a następnie zarządzanie Rudkami przekazała synowi Napoleonowi – powstańcowi styczniowemu (1836-1888).

Z kolei po śmierci Napoleona Rudki otrzymał jego syn Teodor (1872-1920). Żonaty z Anną Kokoszka-Michałowską (1879-1947) miał sześcioro dzieci: Henryka (1901 – ?), Jadwigę (1903-1947), Magdalenę (1904-2000), Marię Teresę (1905 – ?),  Stanisława (1907 – ?) oraz Władysława (1910-1974). W chwili śmierci Teodora aż pięcioro dzieci było jeszcze nieletnich. Magdalena w 1929 r. w Paryżu wyszła za mąż za malarza Tadeusza Piotra Potworowskiego. W okresie zamieszkiwania Potworowskich w Rudkach do majątku często przyjeżdżali przyjaciele Piotra – Jan i Hanna Cybisowie, Tytus Czyżewski, Wacław Taranczewski czy Janusz Strzałecki, który później (w 1935 r.) ożenił się z Jadwigą Mańkowską (siostrą Magdaleny).


Ozdobny portyk pałacu, ok. 1932-35


Warunki życia w Rudkach były mimo wszystko skromne, Potworowscy zajmowali trzy pokoje, a pozostała część dworu, aż do 1934 lub 1935 roku (wtedy dokonano podziałów majątku), była do dyspozycji całej rodziny. Jan Potworowski (syn Magdaleny i Piotra) wspominał, że zawsze było co zjeść, ale brakowało pieniędzy na naprawę pieca. Zimą Potworowscy wjeżdżali do Żółtowskich. „U Żółtowskich ojciec kompletnie wariował. Były tam wielkie białe ściany, na których rysował boginie greckie. A za rok coś innego. Rózia Żółtowska to uwielbiała, ale Marceli musiał płacić za oczyszczanie ścian i nie wiem, czy był zachwycony.” (Mój ojciec magiczny. Wystawa Potworowskiego, rozmowa Anny Szawiel z Janem Potworowskim, Anna Szawiel, 21 listopada 2013, http://wyborcza.pl/).

Piotr Potworowski w liście z 1931 roku do przyjaciela Jana Cybisa tak pisał o Rudkach: „W Rudkach kwitną wonne bzy, pokoje pałacu są zasypane kwiatami, wszędzie są kwiaty i piekące słońce, od rana do wieczora świergocą ptaszki. Sala przodków, która jest domowym refektarzem, czeka na Wasz przyjazd z bukietem irysów” (http://www.potworowski.art.pl/informacje/).


W pałacu w Rudkach około roku 1930. Stoi Jan Cybis, Piotr Potworowski siedzi. Od lewej siedzą żona Potworowskiego Magdalena z Mańkowskich, obok Hanna Rudzka-Cybisowa.


Ciekawe informacje o pałacu zawarte są w artykule Tytusa Czyżewskiego, który tak opisał Rudki:

„Niedaleko Poznania, trochę w kierunku północno-zachodnim, w pobliżu starego grodu Szamotuł, leży piękna miejscowość, a raczej piękna wielkopańska rezydencja ze starym pałacem i odwiecznym bujnym, jak afrykańska dżungla parkiem. Są to Rudki. Gdyby ktoś nagle i niespodziewanie przyjechał do Rudek i wstąpił w staroświeckie komnaty pałacu zostałby zaskoczony niezwykłością dekoracji i niebywałem kontrastem, jaki panuje w tej wspaniałej piętrowej budowli. Obok starych mebli z czasów Ludwika XV, obok gdańskich szaf i starych francuskich foteli, w których tak lubił siadywać poczciwy Voltaire, drzemią w ciszy modernistyczne kanapy i francuskie sprężynowe łóżka. Na starych mozaikowych posadzkach obok perskich dywanów leżą chińskie i japońskie maty. Ale ciekawsze niż podłogi i meble są ściany tych komnat. Obok starych rodzinnych portretów starożytnego polskiego rodu Mańkowskich, między którymi (portretami) prym trzyma wspaniała głowa i postać generała Henryka Dąbrowskiego – obok sztychów Rembrandta, obok starych zakurzonych nieznanego pędzla «landszaftów», których zawsze tak dużo po starych polskich dworach, słowem obok tej przedwiekowej starzyzny – ni mniej ni więcej tylko polska i francuska «moderna». I niczym wnętrza wystaw najbardziej «lewicowych» marszandów przy rue de La Botia w Paryżu, niczym ściany śp. Zborowskiego przy rue Bara. Obok włoskich pejzażów Czyżewskiego wiszą tu kubistyczno-formistyczno-strefistyczne obrazy Jaremy, portrety i krajobrazy Waliszewskiego, «kwiaty» Lama tęczowe «martwe natury» Taranczewskiego, krajobrazy Jana Cybisa, Józefa Czapskiego, rysunki Lita Polańskiego, obrazy Boraczoka, Nachta, Rudzkiej-Cybisowej, i «nieczytelne» obrazy znanego surrealisty francuskiego Massona. Obok wiszą także barwne dzieła artystycznego władcy tego zaklętego pałacu – Tadeusza Potworowskiego, który zresztą «na parterze» ma swą olbrzymią pracownię. Malarze wyżej wymienieni to mniej lub więcej znani twórcy polskiej «awangardy». W pałacu rudkowskim powstaje dziś jedna z największych w Polsce galeria sztuki współczesnej. P. Tadeusz Potworowski, sam wybitny malarz i członek znanej grupy paryskich «kopistów» dokładał wszelkich starań, aby skompletować swe zbiory w ten sposób, aby oryginalne i wybitne dzieła najmłodszych artystów mogły być «skonfrontowane» z najmłodszą twórczością artystyczną europejską, a szczególnie francuską. I dlatego w Rudkach obok oryginalnych a barwnych dzieł współczesnych «modernistów» polskich i francuskich znajdują się jeszcze dobre reprodukcje obrazów i rzeźb największych «asów» współczesnego malarstwa: Cezanne’a, Picassa, Matissc’a, Gaugin’a i największego «Burrcalisty» sprzed stu lat … Goyi. W tym starym pałacu rudeckim, w którym stali kwaterą generałowie Napoleona podczas marszu na Moskwę, dziś złączyły się i panują najpiękniejsze potęgi świata: natura i sztuka. Różowe aleje parku obramione tęczą kwiatów, stuletnie klony i platany (w dzień latające po komnatach jaskółki, w nocy jęczące sowy w narożnikach pałacu) – a w komnatach barwna «moderna» polska. A w mgle, w dalekich równinach wielkopolskich, za ciemnem pobrzeżem lasów, zdaje się te w chmurach majaczeje fatamorgana Paryża – ten sen na jawie każdego młodego malarza” (Tytus Czyżewski, Oaza młodej sztuki, „ABC” 1932 nr 268).


Rudki –  Stefan Potworowski (brat), Tadeusz Piotr Potworowski z synem Janem i żoną Magdalena z Mańkowskich


Z kolei Wacław Taranczewski tak pisał o Rudkach: „Obszerny pałac, piękny park dawały możność swobodnej pracy kilku artystom, którzy tam przebywali. Malowaliśmy z zapałem i martwą naturę, i pejzaż, i portret. Rudki stały się dla nas czymś w rodzaju Barbizonu, zajeżdżało się tam na zaproszenie i nie proszonym. Trwało to kilka lat, co roku przyjeżdżali inni malarze, mieszkał Janusz Strzalecki, przychodził przez pole z Oporowa Jacek Puget. Jeździło się w sąsiedztwo do Oporowa, gdzie Ludwik Puget urządzał wieczory [kabaretu] Różowej Kukułki, której artystów przywożono z Poznania”.

W biografii Piotra Potworowskiego znajdujemy również informację, że „Nastrój panujący w Rudkach był też dużą zasługą żony Piotra – Magdaleny (Magi), osoby o wysokiej kulturze i uroku osobistym. Na podeście wewnętrznych schodów pałacu Potworowski wykonał malowidło ścienne pod wrażeniem Tintoretta, a przed domem stały jego rzeźby” (http://www.potworowski.art.pl/informacje/).


Rudki, 1932-35 r.


Jak już wspomniałem, około 1934-1935 roku dokonano podziału majątku między rodzeństwo Mańkowskich. Rudki przypadły najstarszemu – Henrykowi. Był on ostatnim właścicielem tego majątku. Około 1940 roku pałac wraz z galeriami został rozebrany przez niemieckie wojsko, a po wojnie majątek upaństwowiono.

Do dziś z dawnego zespołu dworskiego zachowała się brama, jedna oficyna (która została rozebrana i postawiona na nowo) oraz park o powierzchni około 7 hektarów, założony w pierwszej połowie XIX wieku. Obecnie całość stanowi własność prywatną.

Michał Dachtera

Mieszka w Szamotułach, ale jego serce zostało w Ostrorogu i okolicach.

Miłośnik historii, poszukiwacz archiwalnych zdjęć. Na Facebooku prowadzi profil Ostroróg na kartach historii.

Pałac w Rudkach2019-08-19T17:11:23+00:00

Osada Karolewo

Karolewo na mapie z 1915 r.

Mapa z 1916 r.

Mapa z 1931 r.

Mapa z 1934 r.

Moment wręczenia odznaki ppor. Czesławowi Sibilskiemu przez płk Zbigniewa Kownackiego

Rotmistrz Zdzisław Kawecki  ‒ absolwent Szkoły Podchorążych Piechoty w Warszawie i Szkoły Jazdy w Przemyślu

Ołtarz do mszy polowej ‒ Karolewo

Dworek w Karolewie. Zdjęcie Ewa Napierała

Michał Dachtera

Karolewo

Między Ostrorogiem a Szczepankowem leży niewielka miejscowość – Karolewo. W Rozporządzeniu Ministra Administracji i Cyfryzacji z dnia 13 grudnia 2012 roku w sprawie wykazu urzędowych nazw miejscowości i ich części (Dz.U. 2013 poz. 200) Karolewo zostało sklasyfikowane jako osada. Próżno szukać jakiś starych wzmianek na jej temat. Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, tom III wydany w 1882 roku, nie zawiera tej miejscowości. Nie mówiąc już o jakichś starszych źródłach.



Najstarsza mapa, na której znalazłem Karolewo, pochodzi z 1892 roku. W Kronice domowej Mańkowskich znajdujemy informację, że folwark Karolewo graniczący z Rudkami, należał do Teodora Mańkowskiego, który mając duże problemy finansowe sprzedał je za ułamek wartości – 109 tys. marek, Janiszewskiemu z Grębanina. Tymczasem Janiszewski miał już kupca na folwark za ponad 3 miliony.

W dwudziestoleciu międzywojennym osada ta należała do Leleszów, więc być może to Lelesza był tym, który nabył Karolewo od Janiszewskiego. W 1929 roku majątek Henryka Leleszy wynosił 125 hektarów (w tym: 105 ha ziemia orna, 8,5 ha ogród i park, 6 ha łąki, 3 ha pastwiska, 2,5 ha podwórze i drogi). Cały teren orny był zdrenowany. Z tego okresu znamy również przeznaczenie pól: 35 ha – żyto, 15,5 ha – owies, 15 ha – buraki cukrowe, 12 ha – ziemniaki, 10 ha – jęczmień, 8 ha – pszenica, koniczyna czerwona – 4 ha, mieszanka – 4ha oraz lucerna – 1 ha. W stajniach Leleszów było 16 koni roboczych, w oborach – 1 byk i 15 krów dojnych, 15 jałówek i 2 cielęta. Na skutek pomoru w chlewie pozostało tylko 9 świń. Gospodarstwo posiadało garnitur młociarniany, śrutownik do napędu lokomobilą, opielacz wielorzędowy i dwa siewniki. Henryk Lelesza przez wiele lat był prezesem Kółka Rolniczego w Ostrorogu.


Defilada 7. Pułku Strzelców Konnych Wielkopolskich w Karolewie (gmina Ostroróg). Poczet sztandarowy  i orkiestra.


Na przełomie lipca i sierpnia 1938 roku u Madalińskich w Kluczewie odbywały się manewry VII Pułku Wielkopolskich Strzelców Konnych. Natomiast 29 lipca w trakcie święta pułkowego odbyła się polowa msza święta w Karolewie, a po niej uroczysta defilada i wręczenie odznak.


Rozmowy przed uroczystością, na zdjęciu m.in. płk. Zbigniew Kownacki i starosta szamotulski Narajewski. Chwila przed wręczeniem odznaczeń.


Z obiektów historycznych w Karolewie znajduje się dworek wybudowanych w końcu XIX wieku. Budynek murowany i otynkowany, pięcioosiowy, parterowy, z dwuspadowym dachem. Nad głównym wejściem portyk kryty oddzielnym dachem. Portyk został wsparty na dwóch kolumnach. Od strony wschodniej do dworku dobudowano w latach 30. XX wieku parterową przybudówkę z płaskim dachem.

Pomiędzy zabudowaniami znajdują się pozostałości dawnego parku o powierzchni około 1 hektara. W parku dominują lipy i robinie.


Dworek w Karolewie. Zdjęcie Andrzej Bednarski


Literatura:

  1. Opis warsztatów rolnych w powiecie szamotulskim (Wlkp.) dla wycieczek na P.W.K., 1929.
  2. Paweł Mordal, Inwentaryzacja krajoznawcza Miasta i Gminy Ostroróg, Ostroróg 1990.

Fotografie:

  1. Zdjęcia współczesne: Ewa Napierała i Andrzej Bednarski.
  2. Album Izabeli Madalińskiej.
  3. „Gazeta Szamotulska” 1935 nr 44.

Michał Dachtera

Mieszka w Szamotułach, ale jego serce zostało w Ostrorogu i okolicach.

Miłośnik historii, poszukiwacz archiwalnych zdjęć. Na Facebooku prowadzi profil Ostroróg na kartach historii.

Osada Karolewo2019-09-04T14:22:44+00:00