W czasie okupacji. Szamotuły i prace przymusowe w Nojewie – wspomnienia Heleny Kurkiewicz

Wspomnienia Heleny Kurkiewicz (z domu Łuczak)

W czasie okupacji. Szamotuły i prace przymusowe w Nojewie

(zebrał i opracował Wojciech Musiał)


Wojna

Latem 1939 r., nie pamiętam dokładnie, w którym miesiącu, na Rynku szamotulskim odbyło się wręczenie broni zakupionej ze składek mieszkańców dla wojska oraz odbyła się msza polowa dla żołnierzy i mieszkańców miasta. Po mszy nastąpiła defilada żołnierzy przez Rynek. Zaraz po żniwach, krótko przed wybuchem wojny, na polach za Szczuczynem, stacjonowała lotnicza jednostka wojskowa wraz z samolotami. Było tam 6-7 dużych wojskowych samolotów pomalowanych na zielono, ochranianych przez wojsko. Pamiętam, że poszłam tam z koleżankami popatrzeć, ale żołnierze nie pozwalali podejść blisko. Jeszcze przed 1 września żołnierze ci przenieśli się w inne miejsce.

Przekazanie broni Szamotulskiemu Batalionowi Obrony Narodowej

Obejrzyjcie kilka ujęć filmowych z przedwojennych Szamotuł (uwaga – dźwięk nagrany z opóźnieniem). Uroczystość przekazania broni Szamotulskiemu Batalionowi Obrony Narodowej odbyła się na Rynku przy krzyżu 2 lipca 1939 r. (w czołówce podano złą datę). Już wkrótce na naszym portalu będzie można przeczytać tekst o Szamotułach w przededniu wojny (źródło youtube.com, kanał Pathe 1939).Przypominamy, że nie jest to jedyny film, na którym można zobaczyć Szamotuły z okresu międzywojennego. Powstały prawdopodobnie w 1927 r. film oraz komentarz do niego znajdziecie pod linkiem http://regionszamotulski.pl/pierwszy-film-krecony-w-szamotulach/.

Opublikowany przez Region szamotulski – portal kulturalno-historyczny Środa, 29 sierpnia 2018

2 lipca 1939 r. na Rynku w Szamotułach. Więcej o uroczystości przekazania broni w artykule http://regionszamotulski.pl/zanim-wybuchla-ii-wojna-wojna-swiatowa/


Latem 1939 r. coraz więcej mówiło się w mieście o nadchodzącej wojnie. My nie kupowaliśmy gazet i nie mieliśmy radia, bo byliśmy zbyt biedni, ale w sąsiednim domu, w piwnicy było mieszkanie, gdzie ktoś miał radio i słuchaliśmy go, gdy były otwarte okna. Dlatego czasami słyszeliśmy coś na ten temat, ale byliśmy wtedy jeszcze dziećmi i nie interesowało nas to zbytnio. Ludzie nie wierzyli, że do wojny naprawdę dojdzie, i dlatego nikt z miasta nie uciekał. Jednakże mój ojciec powiedział kiedyś, że prędzej czy później zostaniemy napadnięciu przez Niemców, którzy będą chcieli odebrać te ziemie, które kiedyś stracili. Pewnego dnia, pod wieczór, niebo było wyjątkowo mocno czerwone, a chmury ułożyły się na kształt krzyża. Ojciec zobaczył to i stwierdził, że to znak, iż wojna na pewno wybuchnie…

Dopiero 31 sierpnia z miasta zaczęli uciekać pierwsi mieszkańcy. Wśród ludzi zaczęły krążyć pogłoski, że Niemcy będą aresztować mężczyzn i dlatego wielu z nich uciekło z miasta. O mającej zacząć się następnego dnia szkole nikt chyba nie myślał.


Pozostałości domu, w którym przed wojną mieszkała rodzina Łuczaków, ul. Garncarska. Zdjęcie Jan Kulczak


1 września 1939 r. o wybuchu wojny dowiedzieliśmy się od innych mieszkańców miasta. Wielu mieszkańców ruszyło do ucieczki: pieszo, wozami konnymi, a bogatsi samochodami, których nie zarekwirowało wojsko – w kierunku Poznania. Nad miastem było widać lecące na wschód niemieckie samoloty. Ojciec z dużą grupą mężczyzn, bojąc się aresztowania, wyjechał z miasta wraz z kolegą Antkiem Przybylakiem. Jechali we dwóch na jednym rowerze, bo ojciec swojego pojazdu nie miał. Opowiadał już po powrocie do domu, że w tej grupie dotarli aż pod Kutno. Dalej nie pojechali, bo tereny te zajęli już Niemcy. Położyli się spać w szopie albo stodole i rankiem zostali obudzeni przez niemieckich żołnierzy. Ci zebrali ich i ustawili pod ścianą aby rozstrzelać. Wtedy ojciec odezwał się po niemiecku (a mówił bardzo dobrze w tym języku) i wyjaśnił, kim są i skąd przyjechali, po czym żołnierze pozwolili im wracać do domu.

1 września wieczorem przyszedł do nas do domu brat Antka Przybylaka i powiedział, abyśmy uciekali z Szamotuł. Przybylakowie mieszkali blisko nas, przy ul. Szerokiej. Już po zmierzchu matka załadowała nas pięcioro dzieci na wóz i przykryła pierzynami, po czym wyjechaliśmy z miasta wozem Przybylaka, który dotychczas pracował w firmie Wyrembelskiego z Szamotuł i rozwoził towary po okolicy, aż do Sierakowa. Prócz nas jechali na tym wozie sam Przybylak, jego matka i babcia. Pamiętam, że my – dzieci – nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co się dzieje i nawet byliśmy zadowoleni z takiej podróży. Wyjechaliśmy z miasta przez Rynek, ul. Dworcową i Chrobrego. Droga z Szamotuł do Poznania pełna już była uciekinierów. W takiej dużej grupie dotarliśmy do Pamiątkowa, tam zjechaliśmy z szosy w lewo i przenocowaliśmy wraz z wieloma innymi osobami w stodole jednego gospodarza. Gdy następnego dnia wcześnie rano ktoś powiedział, że tereny na wschód od Poznania są już zajęte przez Niemców, Przybylak stwierdził, że nie ma co jechać dalej i wróciliśmy do Szamotuł. Tego samego dnia, tj. 2 września, byliśmy już z powrotem w domu. W drodze powrotnej widzieliśmy, jak szosą szły duże grupy więźniów z więzienia we Wronkach i w Szamotułach. Łatwo było ich poznać, bo szli ubrani w odzież więzienną i nikt ich nie eskortował. Ludzie bali się tych ludzi, ale minęliśmy ich, a oni sami zachowywali się spokojnie. Pamiętam, że jeszcze w tym czasie wszystkie mosty na Samie były w całości, jednakże wkrótce zostały przez wojsko zniszczone.

Po powrocie do domu poszłam do szkoły, aby zorientować się, co z lekcjami. Budynek był otwarty, ale dyżurowała w nim tylko jedna nauczycielka. Powiedziała mi, że szkoły nie będzie.


Żołnierze niemieccy na Rynku w Szamotułach. Zdjęcie Fotopolska


Kilka dni potem do miasta wkroczyli hitlerowcy. Ja tego nie widziałam, bo siedziałam w domu, tak jak inni. Ludzie w niepewności czekali, co będzie dalej. Ojca wtedy jeszcze nie było, bo powrócił do Szamotuł znacznie później. Ulice były puste, wszyscy siedzieli pozamykani ze strachu w domach, a i sklepy też były nieczynne. Przypomina mi się, że krótko po ich wkroczeniu, na Rynku spędzono mieszkańców i w języku polskim wydano pierwsze zarządzenia oraz nakazano posłuszeństwo nowym władzom.

Gdy zaczęliśmy wychodzić w końcu z domów, po mieście kręciły się już niemieckie patrole, a na słupach ogłoszeniowych pojawiły się po polsku plakaty z poleceniem oddania posiadanych radioodbiorników. Punkt przyjęć odbiorników wyznaczono w budynku magistratu przy ul. Ratuszowej i ludzie ustawili się w kolejce, aby zdać aparaty radiowe. Ktoś z moich znajomych powiedział, że paru niemieckich żołnierzy krótko po wkroczeniu do miasta wjechało nawet na koniach do środka kolegiaty. Wyszło też polecenie o konieczności meldowania się (nie pamiętam, czy przed wojną istniał obowiązek meldunkowy). Nawet 14-15-latki i wszyscy dorośli meldowali się na policji niemieckiej, która znajdowała się wtedy w budynku „Ogniska” na Rynku. Tam wydawano dokument tożsamości w formie sporej książeczki koloru brązowego z odciskiem palca. Wprowadzono też zakaz wychodzenia na ulice po godzinie 20.00. Na wielu domach, w których mieszkali przed wojną Niemcy, wisiały hitlerowskie flagi, nawet u takich osób, których przedtem nikt nie podejrzewał o niemieckie pochodzenie.

Pewnego dnia nad Rynkiem nisko przeleciał samolot, z którego zrzucono jakieś ulotki. Innego z kolei dnia przy sklepie Mazurkiewicza na Rynku Niemcy rozrzucili na ulicy cukierki. Polskie dzieciaki natychmiast rzuciły się, aby je pozbierać, a obecni tam Niemcy robili im zdjęcia.


Żołnierze niemieccy na boisku przy Szkole Podst. nr 1. Zdjęcie Fotopolska


W pierwszych miesiącach wojny miejscowi Niemcy – ci byli najgorsi – bardzo rozpanoszyli się, a mieszkało ich wielu w mieście i okolicznych wsiach (Śmiłowo, Szczepankowo). Ich synowie wstąpili do Hitlerjugend. Chodzili po mieście grupami, zaczepiali młodszych, gonili po ulicach i bili, pluli w twarz starszym Polakom. Znali miejscowych i wiedzieli, które dziecko jest z polskiej rodziny. Dlatego nie wychodziliśmy za daleko od domu, tylko kręciliśmy się w obrębie najbliższych ulic. Po pewnym czasie trochę się to uspokoiło. Jednak Niemców w mieście stale przybywało, w miejsce wywożonych na wschód rodzin polskich. Na przykład dom na rogu ul. Wronieckiej i Braci Czeskich, należący przed wojną do Żyda, został zajęty w całości przez Niemców.

Zanim mosty zostały prowizorycznie odbudowane, to trudno było z miasta się wydostać, a w ogóle nie można było wyjechać wozem. Aby przejść na drugą stronę rzeki, trzeba było zejść na brzeg, a potem przejść po kamieniach rozrzuconych po dnie. Gdy wyjeżdżałam na roboty w 1941 r., to mosty nie miały obecnej postaci.


Miejsce egzekucji z 13.12. 1939 r., ul. Franciszkańska. Zdjęcie Andrzej Bednarski


Rozstrzelania i spalenie synagogi

W grudniu 1939 r., pewnego dnia w godzinach popołudniowych Niemcy rozstawili się na ul. Dworcowej. Wszystkich wychodzących z pracy w pobliskiej meblarni zagarnęli i ustawili przed wlotem na ul. Franciszkańską. Wśród nich był Stanisław Kurkiewicz, pracujący wtedy w meblarni. Następnie przywieźli z szamotulskiego więzienia jakichś 10 ludzi i tam na miejscu ich rozstrzelali. Zwłoki zabrali wozem konnym i zakopali w wspólnym grobie na cmentarzu w Szamotułach, na prawo od alei proboszczów. Krótko po wojnie rozstrzelanych ekshumowano, a robili to przetrzymywani w Szamotułach jeńcy niemieccy. Ciała pokładziono do oddzielnych trumien i w tym samym miejscu ponownie pochowano. Nie widziałam tej egzekucji osobiście, ale słyszałam opowiadania innych osób, w tym Stanisława Kurkiewicza.

Mieszkańców Otorowa rozstrzelano z kolei na Rynku i byłam tego naocznym świadkiem. Był to piątek, dzień targowy, a handel tego typu odbywał się wówczas na Rynku. Wyszłam z domu i doszłam obecną ul. Braci Czeskich do Rynku. Byli już tam niemieccy żołnierze, którzy spędzali ludzi prawą i lewą stroną w jedno miejsce, w pobliże wylotu ul. Dworcowej, aby oglądali egzekucję. Ja stałam zaraz przy sklepie obuwniczym Bata i wszystko widziałam. Przyjechał samochód, z którego wysiedli żołnierze niemieccy. Około godz. 12.00 przewieziono na platformie konnej otorowian, ustawiono pod murem na Rynku i rozstrzelano. Ludzie ci posadzeni byli o napad na niemieckich obywateli i wywieszenie w Otorowie polskiej flagi. Zastrzelonych złożono na tej samej platformie i zawieziono na cmentarz, ale nikomu z Polaków nie pozwolono iść za wozem. Trwało to wszystko bardzo krótko, może 15-20 minut.


Egzekucja na Rynku w Szamotułach, 13.10.1939 r. Zdjęcie wykonane tuż przed rozstrzelaniem Polaków z Otorowa. Źródło – aukcja [!] internetowa


Do szamotulskiego więzienia zwożono różnych ludzi, których następnie nocami wywożono do Lasów Kobylnickich na egzekucje. Mieszkańcy Kobylnik słyszeli nocami strzały, ale wszyscy bali się i nikt tego nie widział.

Pamiętam, że przy ul. Szczuczyńskiej, po prawej stronie skrzyżowania z ul. Zamkową, stały niskie baraki, w których mieszkali niewolnicy do przymusowych robót, ale nie wiem, kim oni byli. Pracowali na polach należących do Zamku i do Szczuczyna, gdyż pola zaczynały się zaraz za nimi. Obecnej zabudowy miejskiej wtedy tam jeszcze nie było.


Synagoga przy ul. Szerokiej (obecnie ul. Braci Czeskich). Pocztówka z początku XX w.


Na ul. Szerokiej, czyli obecnie Braci Czeskich, tam gdzie potem był targ, znajdowała się żydowska bożnica. Był to wolnostojący, duży, masywny budynek, w tylnej części ogrodzony wysokim murem. Obok synagogi, w domu na prawo od niej, mieszkał człowiek nazwiskiem Skowroński posługujący w bożnicy, u którego również zapalałam w soboty ogień w piecach. W 1939 r., dokładnej daty nie pamiętam, Niemcy bożnicę podpalili. Przypominam sobie, że była już późna jesień, a ojciec pracował w tym czasie na kampanii cukrowniczej. Wrócił wieczorem do domu i chciał zobaczyć, co się stało, bo zauważył dym i blask ognia oraz usłyszał hałas. Mieszkaliśmy przecież tuż obok. Wyszedł na zewnątrz, a było już ciemno. Jakiś Niemiec w mundurze, na którego natknął się na ulicy, spytał go, co tu robi. Ojciec powiedział, że zobaczył ogień i dym i chciał zorientować się, co się stało. Niemiec kazał mu wracać do siebie, nie wychodzić i zgasić lampę. Powiedział też, że bożnicę podpalili sami Żydzi. W czasie pożaru straż pożarna nie gasiła płonącego obiektu, ale polewała wodą domy obok, czyli Ubezpieczalnię i dom p. Rebelki przy ul. Garncarskiej, aby ochronić je przed przeniesieniem ognia. Potem ludzie mówili, że w środku synagogi był jakiś piec albo kociołek z żarem w celu ogrzewania budynku, do którego Niemcy wrzucili materiał wybuchowy. Wypalone mury zostały następnie zwalone na ziemię; mam nawet zdjęcie zrobione na ruinach.


Helena Łuczak przy ruinach synagogi, 1940 r. Zdjęcie prywatne


W tym czasie już Żydów w Szamotułach nie było. Jak pamiętam, chyba już w październiku 1939 r., do każdego mieszkania zajmowanego przez żydowskie rodziny wchodziło po czterech Niemców, którzy dawali im 15 minut na spakowanie się i zabranie tylko drobnych rzeczy. Potem podjeżdżała ciężarówka, na którą kazano im wsiadać i wszystkich odwożono na dworzec kolejowy.

Prace przymusowe

Przed wezwaniem na roboty nie pracowałam nigdzie zawodowo, nie miałam zresztą żadnego wyuczonego zawodu. Latem 1939 r. ukończyłam naukę w szkole podstawowej. W czasie okupacji, latem i jesienią 1940 r., zajmowałam się dzieckiem – synkiem kobiety, której nazwiska obecnie nie pamiętam. Wiem, że miała na imię Janina i pracowała jako pokojówka w niemieckim urzędzie, tam gdzie jest obecnie starostwo. Przed wojną mieszkała ona wraz z matką na ul. Garncarskiej u Ulichów, a potem już z mężem, który był malarzem, na Rynku. Gdy wybuchła wojna został powołany do wojska i w 1940 r. jeszcze go nie było z powrotem. Pamiętam, że przeżył wojnę i wrócił do domu, a jego rodzice mieszkali na ul. Ogrodowej. Matka Janiny, czyli babcia dziecka, też pracowała w tym samym budynku jako kucharka. Czasami przychodziłam z dzieckiem do niej na obiad. Kuchnia znajdowała się wtedy w piwnicy z wejściem od podwórza Na jednym zdjęciu zrobionym przy wejściu do kuchni jestem z dzieckiem i tymi kobietami. Nie pamiętam, jaki niemiecki urząd tam się mieścił, ale w pobliżu widywałam Niemców w czarnych mundurach i wiem, że mieli tu również swoje mieszkania.


Helena Łuczak (1. z lewej) na schodach przy obecnym Starostwie, 1940 r. Zdjęcie prywatne


Chyba w listopadzie 1940 roku moja starsza siostra Maria dostała wezwanie do Arbeitsamtu. Ojciec poszedł do tego urzędu, bo nie chciał jej oddawać do pracy. Poprosił o pozostawienie jej w domu, aby mogła opiekować się młodszym rodzeństwem. Powiedział urzędnikowi, że ma jeszcze mnie i ja mogę pierwsza pojechać na roboty. Po Bożym Narodzeniu 1940 r. otrzymałam z urzędu pracy wezwanie do stawienia się w Arbeitsamt, który mieścił się na parterze szkoły podstawowej na ul. Staszica w Szamotułach. Pamiętam, że w urzędzie tym pracowali nie tylko Niemcy, ale także Polacy.

Po przyjściu na miejsce dostałam już gotowe skierowanie na prace przymusowe wypisane po niemiecku, do gospodarstwa Baldinów w Nojewie koło Pniew – po niemiecku Neutal. Zgodnie z tym nakazem miałam tam stawić się w ciągu 7 dni od dnia otrzymania skierowania. Znajomy kolejarz wyjaśnił mamie, że można tam z Szamotuł dojechać pociągiem. Wzięłam potrzebne rzeczy i odzież, kupiłam bilet i pojechałam do Nojewa pociągiem odchodzącym z Szamotuł o godz. 15.30. Pamiętam, że tego dnia był silny mróz i sporo śniegu. Wysiadłam na dworcu w Nojewie i na peronie rozpłakałam się. Byłam w obcym miejscu, nie znałam tu nikogo i nie wiedziałam, gdzie iść. Podszedł wtedy do mnie jakiś Niemiec, nazwiskiem chyba Szulc, który najpierw zwrócił się do mnie coś po niemiecku. Gdy odrzekłam, że nie rozumiem, po polsku spytał, co tu robię i kogo szukam. Pokazałam mu kartę skierowania. Przeczytał i zaprowadził mnie w rejon kościoła, po czym powiedział, że mam iść prosto, a potem na skrzyżowaniu skręcić w lewo. Doszłam na miejsce i stanęłam przed bramą, bo posesja otoczona była ładnym płotem. Po chwili wyszła przed dom gospodyni, pani Baldin i spytała mnie, co tu robię. Pokazałam ponownie skierowanie. Kazała wejść do środka, a jej mąż na mój widok tylko się uśmiechnął.


Kościół ewangelicki i pastorówka w Nojewie. Pocztówka z lat 1900-1915. Zdjęcie Fotopolska


Gospodarstwo należało do rodziny Niemca, Ryszarda Baldina – mającego chyba ponad 50 lat, który mieszkał tam od dawna. W Nojewie, na lewo od kościoła, a w bok od drogi do Zajączkowa niedaleko lasu mieli wybudowany w 1928 r. dom. Na ścianie szczytowej była taka data i pani Baldin powiedziała, że właśnie wtedy ukończono budowę. Prócz gospodarza mieszkała tam jego żona Helena, w wieku ok. 45-50 lat. Potem dowiedziałam się także, że jedna jego siostra, nieznana mi z imienia i nazwiska, mieszkała na gospodarstwie w Otorowie, a w pobliżu domu Baldinów znajdowało się gospodarstwo należące do ok. 70-letniej matki Ryszarda, gdzie mieszkał także kolejny jej syn. Druga siostra gospodarza mieszkała na Śląsku i miała za męża SS-manna, który przyjeżdżał do Nojewa wraz z rodziną w odwiedziny, ubrany w czarny mundur. Zjawiali się oni najczęściej latem, na tydzień, wraz z dwiema córkami i zachowywali się wobec Polaków dobrze. Tylko te ich córki czasem ze mnie się śmiały. Brat Ryszarda Baldina imieniem Otto był na poczcie w Nojewie listonoszem. Mając już ponad 30 lat, dostał powołanie do wojska i walczył na froncie wschodnim. Robiłam z wełny ciepłe rękawice i skarpety, które potem Helena Baldin mu wysyłała. Na wschodzie, chyba w 1944 r., zginął. Pamiętam dzień, jak Ryszard Baldin dostał pisemne powiadomienie o śmierci brata; bardzo z tego powodu rozpaczał. Był taki zwyczaj w Nojewie, że gdy przyszła wiadomość, iż zginął ktoś z miejscowych lub mieszkańców okolicznych wsi, to dzwonił nojewski dzwon. W tamtych latach dzwonił często.

Wydaje mi się, że Nojewo to była rodzinna miejscowość Heleny Baldin. Niejednokrotnie na polecenie gospodyni chodziłam na dość duży niemiecki cmentarz znajdujący się na lewo od drogi głównej do Pniew, gdzie znajdował się grób rodziców Baldinowej, aby go oczyścić i uporządkować. Pamiętam, że ich nagrobek wykonany był chyba z lastriko, z dużą płytą z nazwiskami zmarłych. Nie pamiętam jednak ani imion, ani nazwiska tych osób.


Pozostałości cmentarza ewangelickiego w Nojewie, 2019 r. Zdjęcie Andrzej Bednarski


Jeden z pokoi w domu zajmował brat Heleny Baldin – Wilhelm, na którego mówiliśmy Wiluś. Miał on wówczas ok. 45 lat i większość czasu spędzał w łóżku. Wołali go jedynie do prostej roboty, najczęściej we żniwa, do układania snopków albo pilnowania krów. Gospodyni osobiście nosiła mu do pokoju jedzenie, strzygła go, goliła – ale rzadko. Wyglądał na zaniedbanego i ja osobiście się go bałam. Gdy czasem za mną wszedł do piwnicy, to gospodyni natychmiast wolała go do siebie. Mówił dobrze po polsku i najczęściej rozmawiał z parobkiem Edmundem. Był lekko upośledzony umysłowo, a także miał dziwnie zniekształcone dłonie i palce.

Ich jedyny syn Walter (rocznik 1922 lub 1923) należał w czasie okupacji do Hitlerjugend, chodził czasami w ich mundurze. Urodził się w Nojewie, tam uczęszczał do szkoły oraz do miejscowego kościoła ewangelickiego – widziałam zdjęcia z jego konfirmacji. Miał wielu kolegów z polskich okolicznych rodzin. W wieku 18 lat został powołany do wojska, gdzie został pilotem bombowca. Jego jednostka wojskowa znajdowała się w okolicy Berlina, ale był też we Francji. Pamiętam, że z Francji napisał do rodziców list informujący, że wszystko z nim w porządku i to powiedziała mi gospodyni.

Ja osobiście podczas pobytu u nich nie czułam zagrożenia życia, nikt z policji niemieckiej albo sołtys nas nie kontrolował, czy jesteśmy na miejscu. Bywało różnie, dobrze i gorzej, ale ogólnie było do wytrzymania


Dawny dom Baldinów w Nojewie, stan z 2013 r. Zdjęcie prywatne


Ryszard Baldin rozumiał polską mowę, ale języka polskiego prawie nie używał. Czasem Helena Baldin krzyczała na nas, a my mówiliśmy do siebie, że jest wściekła, bo pewnie Niemcy znów oberwali na froncie. Baldinowie po jakimś czasie mego pobytu w Nojewie zaproponowali, abym została żoną Waltera. Przyjechali nawet w tym celu do Szamotuł do matki i nakłaniali ją, aby podpisała volkslistę, czego nie zrobiła. Miałam także i ja podpisać volkslistę, ale nie zgodziłam się. Wtedy gospodyni ze złości sprała mnie.

We wsi było wielu niemieckich gospodarzy, którzy podobnie jak Baldinowie żyli tutaj jeszcze przed wojną. Sołtysem był gospodarz nazwiskiem Materna – starszy wówczas mężczyzna. W Nojewie mieszkała również polska rodzina Baranków, która zajmowała dom przy drodze prowadzącej od kościoła w kierunku na Zajączkowo. Niemcy w 1940 r. wysiedlili część z nich, tj. rodziców (matka zmarła w obozie dla Polaków) gdzieś w okolice Warszawy, a dom i gospodarstwo przydzielono przyjezdnemu Niemcowi nazwiskiem Schulz. Wówczas 7-letnia Stanisława Baranek została uratowana i ukryta u Polaków mieszkających w Psarskiem. Z kolei Janina Baranek, która pozostała na miejscu i pracowała przymusowo na rzecz niemieckiego gospodarza, została kiedyś dotkliwie pobita przez właściciela jednego z gospodarstw, który był chyba w SS za to, że spotkała się z jakimś chłopakiem. Ten SS-man nienawidził Polaków i bardzo źle się do nich odnosił. Miał on duże gospodarstwo i przynajmniej dwóch polskich parobków. Mieszkał zaraz obok sołtysa i rządził całą wsią. Chodził ubrany w czarny mundur i dojeżdżał do pracy do Pniew. Pamiętam, że przyszedł kiedyś do Baldinów i chciał, abym pracowała na jego gospodarstwie, tj. on chciał mnie do pracy, a swego parobka-dziewczynę zamierzał dać w zamian moim gospodarzom. Pani Baldin jednakże się na to nie zgodziła. W Nojewie pozostali również bracia: Władek, Józef, Stefan i Czesław Barankowie, którzy zostali rozdzieleni do prac na gospodarstwach Niemców. Władek pracował u jednego gospodarza, a Józef u jego brata.


Pola pod Nojewem. Zdjęcie Andrzej Bednarski


W 1941 r. Ryszard Baldin podczas jednej z wizyt w Szamotułach spytał się mojej matki, czy wówczas mój 12-letni brat Władysław mógłby pracować u niego na gospodarstwie przy pasaniu krów. Matka się zgodziła i w ten sposób Władek trafił do Nojewa. Przypominam sobie, że przywiózł go pociągiem nasz ojciec. W cieplejszym czasie pasał na łąkach bydło, a zimą zajmował się jego oporządzaniem. Gdy pasał krowy, to przebywał na pastwisku blisko domu niemal całe dnie. Jedynie w niedziele krów nie wypędzano na łąkę, tylko karmiono je m.in. łubinem. Mieszkałam wraz z bratem w małym pokoju na strychu, ale zaraz po przyjeździe, w styczniu 1941 r., zamieszkiwałam w kuchni, bo gospodarze w międzyczasie szykowali mi pokój na strychu. Wtedy to Baldinowie wieczorami pozwalali mi przychodzić do ich pokoju, gdzie był duży piec kaflowy, i częstowali ciastkami.

Pamiętam, że jako parobek od koni pracował u nich Edmund Kwaśny z Zajączkowa. Mieszkał w piwnicy domu i był ode mnie starszy o około 2 lata. Antek Hoffmann z Szamotuł (mieszkał przy ul. Ogrodowej) był już w Nojewie przed moim przyjazdem i pracował na innym gospodarstwie niemieckim. W styczniu 1945 r. wraz ze swoimi gospodarzami pojechał wozem do Międzyrzecza i potem powrócił do Szamotuł.


Helena Łuczak z rodziną Łochowiczów w Nojewie. Zdjęcie prywatne


W domu Baldinów, w pokoju na strychu, mieszkało małżeństwo Łochowiczów. Ci Łochowicze pochodzili z Rogoźna i przybyli do Nojewa w 1942 lub 1943 r. Mieli 2 synów, 2 córki i w Nojewie urodził im się jeszcze jeden syn. Wtedy to na chrzciny przyjechała z Gdańska-Wrzeszcza siostra Łochowiczowej i była u nas kilka dni. Łochowicz przed wojną był listonoszem, a w Nojewie Niemcy wykorzystywali go do prac drogowych. Jak i dlaczego tam trafili, tego nie pamiętam, ale nie mieszkali za darmo, tylko mieszkanie od gospodarzy wynajmowali. Po pewnym czasie przenieśli się do domu niemieckiego mieszczącego się przy rozwidleniu dróg prowadzących do naszego gospodarstwa i do Zajączkowa, gdyż musieli zrobić miejsce dla krewnych gospodyni przybyłych z Berlina. Ponieważ często pracowałam w kuchni, to miałam niemal nieograniczony dostęp do żywności. Jak mogłam, to Łochowiczom podrzuciłam w piwnicy trochę ziemniaków albo zaniosłam coś do jedzenia, jak już się od Baldinów wyprowadzili. W tym domu na rozwidleniu prócz Łochowiczów mieszkała również pani Hoły z synem i trzema córkami. Jej mąż był przed wojną strażnikiem na granicy i w czasie okupacji podobno przebywał w obozie. Po wojnie Łochowicze przenieśli się w okolice Wronek, albo do samego miasta. Kiedyś na targu w Szamotułach spotkałam panią Łochowicz i ona mi to powiedziała. Natomiast ich syn Konrad zamieszkał w Szamotułach.

Przez pierwsze dwa tygodnie po przybyciu do Nojewa gospodyni uczyła mnie nowych obowiązków, np. karmienia świń, dojenia krów. Zajmowaliśmy się pracą w polu i przy zwierzętach, m.in. codziennie, 2-3 razy, trzeba było wydoić krowy. Dlatego też każdego dnia wstawałam o piątej rano do dojenia, gdyż już krótko po godzinie szóstej, mleko w kanie musiało być odstawione na stojak znajdujący się na krzyżówce. Stamtąd wraz z innymi kanami zabierał je codziennie inny gospodarz i odwoził do mleczarni w Pniewach. Mleko było objęte obowiązkowymi dostawami i gospodarze dla siebie mogli zachować tylko 1-2 litry dziennie. Puste kany po zlaniu odwoził ten sam rolnik i zostawiał na stojakach. Gotowałam też dla rodziny, o ile nie miałam wyznaczonej pracy w polu. Pamiętam, jak sama musiałam wybrać na polu wszystkie ziemniaki wykopane maszynowo przez gospodarza. Chodziłam też na łąkę, aby drewnianymi widłami przegarniać suszące się siano. Pokosy były wtedy w roku dwa i wykonywali je gospodarz, Łochowicz i Edmund.


Helena karmi kury, Nojewo. Zdjęcie prywatne


Gospodarstwo Baldinów miało ok. 40 hektarów ziemi, dodatkowe 20 ha było gruntami kościelnymi, które uprawiał R. Baldin. W oborze stało 12 krów, 4 konie, świnie, owce, które osobiście strzygła gospodyni i dużo różnego drobiu. Przy domu był ogród warzywny i staw dla kaczek. Mam zdjęcie, jak karmię kury na podwórzu, zrobione przez Waltera. Na podwórzu było też urządzenie zwane maneżem, gdzie koń przywiązany do drąga chodził wkoło, a urządzenie to napędzało młockarnię i sieczkarnię w oborze. Obok były doły do kiszenia łubinu. Gospodarstwa pilnował duży czarny pies, przywiązany do sporej budy wypełnionej słomą. Ziemia nie była najlepsza, dlatego też na jesień Baldin siał żyto, na wiosnę mieszankę: owies i jęczmień. Nie siał pszenicy i buraków, tylko ćwikłę.

Za swoją pracę miałam jakieś pieniądze; gospodyni wyliczyła mi wynagrodzenie w wysokości 20 marek na miesiąc, ale nie dostawałam ich do ręki, tylko dysponowała nimi gospodyni i za nie kupowała potrzebne mi rzeczy. Raz dostałam gotówkę na leczenie u dentysty – Polaka w Pniewach, ale tam musiałam dotrzeć pieszo. Pamiętam, że ten dentysta miał gabinet przed Rynkiem od strony drogi z Nojewa, w dużym, białym domu. Z powrotem przyjechałam natomiast na rowerze. Ponieważ krótko przedtem Baldinowie kupili w Pniewach rower, ale w częściach, zostawili go do złożenia w jakimś warsztacie zatrudniającym Polaków. Od gospodyni dostałam kartkę zezwalającą mi na odbiór złożonego pojazdu i powrót nim do domu. Przez czas robót w Pniewach byłam tylko dwa razy – po rower i zimą na saniach z gospodarzem na zakupach. Baldinka wypisała mi wtedy na kartce po polsku, co mam kupić. Chodziliśmy w Pniewach po sklepach, w których pracowali przeważnie Polacy i wybierałam nakazane rzeczy, za które płacił jednakże pan Baldin. Parę razy gospodyni kupiła materiał na ubrania dla mnie, z którego krawcowa w Nojewie uszyła mi sukienkę, inną uszyła mi sama Helena, a bluzkę i spódniczkę pani Łochowicz.


Dworzec kolejowy w Nojewie, 1905-1915. Zdjęcie Fotopolska


Zanim ojciec został wysłany na roboty na Ukrainę, to kilka razy odwiedzał mnie w Nojewie. Przyjeżdżał pociągiem w niedzielę ok. godz. 8.30 i wyjeżdżał również pociągiem ok. 15.30. Gospodarz chętnie z nim rozmawiał, bo ojciec bardzo dobrze mówił po niemiecku. Nawet razem popijali sobie wino. Ryszard Baldin podczas mego pobytu w Nojewie kilkakrotnie przyjeżdżał rowerem do Szamotuł i przywoził matce słoninę, mąkę, chleb, jabłka itp., o czym dowiedziałam się potem od mamy. Latem 1944 r. poprosił ją o pomoc w żniwach. Mama przyjechała wtedy na tydzień do Nojewa do pracy (jest jedno zdjęcie z tego czasu) i specjalnie w tym celu dostała wolne w młynie, gdzie jeszcze wtedy pracowała. Ale pod koniec 1944 r. za próbę wyniesienia 2 kg mąki została na posterunku policji niemieckiej pobita i zwolniona z pracy.

Raz na pół roku otrzymywałam dłuższą, 2-3 dniową przepustkę, dzięki której mogłam przyjechać na rowerze pani Baldin do Szamotuł w odwiedziny. Czasami w niedziele rano, gospodyni pozwalała mi jechać do domu i wrócić przed zmierzchem, ale dopiero po obrobieniu zwierząt. Dostawałam wtedy przepustkę, tj. odręcznie napisaną przez któregoś z gospodarzy kartkę, którą mogłam się okazać w przypadku kontroli i to wystarczało. Pamiętam, że podczas jednej z takich wizyt w domu moja siostra Maria opowiedziała mi, jak to Helena Bączkowska odmówiła wykonania jakiegoś zarządzenia niemieckiego i za karę publicznie zgolono jej włosy.


Szamotuły, karne strzyżenie dwóch Polek – Bogackiej i Bączkowskiej. Zdjęcia z książki Ziemia Szamotulska w walce, cierpieniu – i wolności. 1 IX 1939-27 I 1945, red. Wojciech Próchnicki, Szamotuły 1946


W 1943 r. latem, w czasie żniw dostałam przepustkę do domu. Była to niedziela i miałam wrócić tego samego dnia do godz. 21.30. Ja jednakże zostałam do poniedziałku, bo w Szamotułach poszłam do fryzjera. Wróciłam pociągiem o 15.30. Na podwórzu natrafiłam na gospodarza, który zwoził wozem zboże i bardzo zdenerwował się moją nieobecnością. Nawrzeszczał na mnie i kilka razy uderzył mnie batem po głowie. Zobaczył to Walter i powiedział ojcu, aby tego nie robił. Wieczorem gospodarz się uspokoił i nawet mnie za to przeprosił. O ile dobrze pamiętam, późną jesienią 1943 r. dostałam przepustkę, a będąc w Szamotułach, zrobiłam sobie u fotografa zdjęcie.

Na drogę do domu dostawałam zawsze od gospodyni parę marek. Miałam na sobie płaszcz, który dała uszyć dla mnie mama, oraz czapkę ze sztucznej wełny. Tę wełnę pozyskiwało się w ciekawy sposób: mama pracowała wtedy w młynie przy szyciu i naprawie worków do mąki. Worki te były zrobione z włókien białych i beżowych. Należało rozpruć worek i wyjąć białe włókna, a następnie przerobić je na drutach. Oczywiście robiło się to ukradkiem i w tajemnicy przed Niemcami. Kiedyś gospodyni spytała mnie skąd mam taką ładną czapkę – odpowiedziałam, że kupiła mi ją mama. Z takiej wełny robiło się także swetry, rękawice, skarpety. Ja miałam sweter zrobiony opisaną metodą przez panią Hołową. Ukrywałam go przed Baldinami w piecu kaflowym, w pokoju zajmowanym przez Willego, który przylegał bezpośrednio do kuchni i dlatego nie palono tam w piecu. Edmund natomiast praktycznie co niedzielę mógł iść do domu, miał zresztą niedaleko i zabierał wtedy swoje rzeczy do prania (moją odzież prała Niemka). Na co dzień nie wolno nam było wychodzić dalej jak na granicę wsi.

Pewnego razu zimą dostałam dłuższą przepustkę do domu. Była to niedziela. Około godz. 6.00 gospodarz podwiózł mnie kawałek saniami, po czym poszłam na dworzec w Nojewie, ale okazało się, że pociąg do Szamotuł nie jechał. Nie chciałam wracać do gospodarstwa, bo miałam 3 dni wolnego. Poszłam więc pieszo do domu i dotarłam do Szamotuł około południa. Gdy zobaczył mnie ojciec, który wtedy jeszcze był na miejscu, bardzo się zdziwił, bo o tej godzinie nie było żadnego pociągu z tamtego kierunku, więc powiedziałam, że przyszłam pieszo. Droga była dla mnie wtedy bardzo trudna, gdyż na nodze miałam wówczas głęboką i bolesną ranę, paprzącą się, którą gospodyni smarowała specjalnie kupioną dla mnie maścią. Po drodze widziałam polskich parobków u niemieckich gospodarzy, jak odśnieżali drogi w każdej po kolei wsi. Miałam wrócić w środę pociągiem o 15.30. Tego dnia gospodarz czekał na mnie na dworcu z saniami, ale pociąg się spóźnił i wróciłam do Baldinów z dworca w Nojewie na piechotę. Powiedziałam im, że poszłam do Szamotuł pieszo, na co Ryszard Baldin stwierdził, że mogłam przecież wrócić, a on podwiózłby mnie do Ostroroga lasami, skąd było bliżej.


Dawny dworzec kolejowy w Nojewie przed remontem. Zdjęcie Andrzej Bednarski


Podczas przepustek, będąc w Szamotułach, spotykałam się czasem z Anielą Najder (zmarłą w wieku 16-17 lat w czasie okupacji) i jej bratem Janem, chodziliśmy wtedy po mieście. Zresztą moich znajomych było już wtedy na miejscu bardzo niewielu, bo reszta została wywieziona przez Niemców na roboty. W ciągu tych kilku lat pobytu w Nojewie dostałam raz zgodę, aby iść pieszo w niedzielę do kościoła w Otorowie, który był jedynym czynnym kościołem w okolicy i gdzie przychodzili ludzie z Szamotuł. Na ogół w niedziele miałam wolne od godz. 14.00 do 18.00, o ile nie dostałam jakiejś roboty. W tym czasie spotykaliśmy się na wsi z innymi polskimi pracownikami, najczęściej z młodymi Barankami. Siadywaliśmy na przydrożnym rowie albo chodziliśmy do pobliskiego lasu. W 1943 albo 1944 r. poszliśmy razem z Władkiem i Józkiem Barankami, dziewczynami: Janiną, Martą i Irką do lasu za domem Baldinów. Barankowie grali na harmonijkach, gdy usłyszeliśmy odgłosy nadjeżdżających motocykli. Ruszyliśmy biegiem do swoich domów, gdyż wcześniej słyszeliśmy, że przez ten las jeżdżą na motorach żołnierze i każde z nas się bało.

Jesienią 1942 r., tak na przełomie października i listopada (było już zimno), zmarł po powrocie z Ukrainy mój ojciec. Matka powiadomiła mnie o tym fakcie przez znajomego kolejarza zamieszkałego w rejonie Nojewa. Kolejarz ten dotarł wieczorem do gospodarstwa Baldinów i przy bramie poinformował mnie o zgonie taty. Usłyszała tę wiadomość także pani Baldin, która na tę okazję dała mi czarną odzież, wypisała przepustkę do Szamotuł i uzyskała też taki dokument w magistracie w Pniewach na 4 dni. Natomiast pan Baldin na wiadomość o śmierci ojca powiedział tylko: „Szkoda go”. Na krótkie wyjazdy starczało odręczne pismo gospodyni, ale na dłużej trzeba było mieć pismo urzędowe. Po przybyciu do Szamotuł ledwo poznałam ojca leżącego już w trumnie – tak był zniszczony chorobą.


Józefa z domu Janasiak i Franciszek Łuczakowie (rodzice Heleny), lata 30. XX w.


Nie przypominam sobie, abyśmy w czasie mego pobytu na robotach jakoś szczególnie chorowali, ani gospodarze, ani pracownicy. Lekarza wcale nie widywałam. Gdy przeziębiłam się albo miałam grypę, dostawałam na noc do picia od gospodyni miętę lub lipę i rano do roboty. Takie choroby to nie były dla nich choroby.

Walter Baldin przyjeżdżał kilkakrotnie do domu na przepustki z wojska. Spotykał się ze swoimi polskimi rówieśnikami ze wsi i nie pozwalał matce w swej obecności krzyczeć na polskich robotników. Po wsi chodził w cywilnym ubraniu. Nigdy nie mówił nam, co robi w wojsku. Raz tylko wspomniał coś o Francji. Pamiętam, że późnym latem 1944 nad Nojewem bardzo nisko przeleciał niemiecki samolot wojskowy, który kilkakrotnie wykonał kółka nad wsią, aż trząsł się cały dom, i poleciał dalej. Potem pani Baldin powiedziała, że to właśnie Walter pilotował wtedy samolot, ale tego domyśliłam się też sama. Na przełomie 1944 i 1945 r., ale chyba to było już w styczniu 1945 r., Walter przyjechał do domu na urlop. Jednak już po dwóch dniach wezwany został do jednostki – dostał telegram z rozkazem powrotu. Siedzieliśmy tego dnia na werandzie domu od strony podwórza i rozmawialiśmy. Dobrze zapamiętałam, co on wtedy powiedział. Mówił, że Rosjanie, jak tu przyjdą, to Polacy nie muszą się ich obawiać, ale Niemców to wszystkich wymordują. Matka pojechała z nim pociągiem ze stacji w Nojewie do Szamotuł, skąd dalej miał jechać do Poznania. Gospodyni mówiła, że miała potem kłopot z powrotem do domu, bo pociągi były już przepełnione Niemcami jadącymi na zachód. Od tamtego czasu już go nie widziałam i nie wiem, czy przeżył. Ktoś potem mówił mi, nie pamiętam obecnie nazwiska, ale była to chyba kobieta pochodząca z Nojewa i zamieszkała potem w Szamotułach, że Walter podobno po wojnie mieszkał w rejonie Drezna i miał tam gospodarstwo.


Wiadukty w Nojewie. Zdjęcie Andrzej Bednarski


Baldinowie w niedziele najczęściej jeździli powózką do Otorowa, w odwiedziny do jego siostry. Raz pani Baldin pojechała na dwa tygodnie do Berlina odwiedzić swoich krewnych. Przedtem czasem wysyłała im paczki z żywnością: gęsi, wędliny itp. Po powrocie podarowała mi przywiezione stamtąd korale na szyję, bo była zadowolona z mojego gospodarowania podczas jej nieobecności. Gdy wróciła do domu i gospodarze siedzieli w kuchni cicho ze sobą rozmawiając, usłyszałam i tyle zrozumiałam, że Berlin jest często bombardowany i nie można tego nerwowo wytrzymać. Głośno jednakże o tym nie wspominali. W roku 1944 zamieszkali u nich ci właśnie krewni – kuzyn gospodyni, profesor z Berlina z żoną . Mieli ok. 65-70 lat i uciekli z tego miasta, bo obawiali się angielskich bombardowań. To byli kulturalni, dobrzy ludzie. Kiedyś profesor powiedział do mnie po niemiecku, że jestem taka młoda, a muszę tak ciężko pracować. Pamiętam, że w 1944 r., miesiąca nie przypominam sobie, ale było już ciepło (chodziliśmy wtedy lekko ubrani, mogło to być w maju albo czerwcu), wyszliśmy wszyscy na podwórze, gdyż doszedł do nas odgłos silników. Leciało nad polami na wschód w stronę Zajączkowa wiele samolotów. Ktoś je rozpoznał – chyba profesorowa – i powiedziała, że są to angielskie bombowce. Na drugi dzień dowiedzieliśmy się od nich, że doszło do wielkiego bombardowania Poznania, a kilka dni potem mówili mi o tym też moi znajomi w Nojewie. Pamiętam, że opowiadano wtedy o zrzucaniu z samolotów pustych beczek po paliwie, a jedna taka beczka miała spaść w rejonie Gaju Małego.

Kiedyś siedziałam na werandzie domu, byłam zmęczona i płakałam. Profesor podszedł do mnie, pogłaskał mnie po głowie i powiedział, że już niedługo się to skończy. Jak pamiętam, profesor z żoną mieszkał w Nojewie około roku.


Żniwa w Nojewie, 1944 r. Zdjęcie prywatne


Było to również w 1944 r., późnym latem, już po żniwach. Pod wieczór byłam na podwórzu, gdy zaczął szczekać pies. Wyszłam na drogę, przed dom. Tam przy furtce stał Czesław Kurkiewicz, nasz sąsiad z domu obok w Szamotułach i brat mego przyszłego męża. Okazało się, że uciekł z robót przymusowych u bauera mieszkającego w okolicy Chrzypska. Był tam bity i bardzo źle traktowany przez niemieckiego właściciela. Powiedział, że idzie do domu. Wytłumaczyłam mu, jak lasami dojść do Ostroroga. Ryszard Baldin zobaczył go i spytał kto to był. Skłamałam, że mój kuzyn. Chyba nie uwierzył, ale nie pytał dalej. Na drugi dzień powiedział coś po niemiecku, a pani Baldin przetłumaczyła: że ten mój krewny w nocy spał w szopie w słomie i rano poszedł widocznie dalej. Czesiek dotarł do Szamotuł i ukrył się na strychu domu, gdzie mieszkała moja mama, bo już szukała go niemiecka policja. Potem gdzieś zniknął. Po wojnie opowiadał, że idąc tylko nocami dotarł daleko na wschód, skąd po wyzwoleniu tamtych rejonów powrócił w pierwszych miesiącach 1945 r. do Szamotuł.

Nie pamiętam roku, gdy doszło do takiego zdarzenia, o którym opowiadał mi Władek Baranek: W pewnym niemieckim gospodarstwie w Nojewie pracował 25 latek – parobek wywodzący się z niemieckiej rodziny. Nie chciał podpisać volkslisty, bo uważał się za Polaka. Wtedy przyjechało na rowerach z Pniew dwóch niemieckich policjantów. Przywiązali go sznurkiem do roweru i odjechali na pniewski posterunek. Oni jechali rowerami, a chłopak biegł obok na bosaka, bo nie zdążył nawet zabrać butów. Potem ludzie mówili, że został zesłany do obozu.


Nojewo, tablica upamiętniająca ofiary II wojny światowej. Zdjęcie Andrzej Bednarski


Podczas mego pobytu w Nojewie jedliśmy to samo co gospodarze, czyli chleb ze smalcem, gotowany groch, fasolę, ziemniaki, a w niedzielę mięso pieczone z kapustą i sosem. Śniadanie było o godz. 8.00 i składało się często z zupy mlecznej i dwóch kromek chleba, obiad o 12.00 i kolacja o 18.00. Na święta gospodyni często piekła placki i torty – dla siebie i teściowej, były jajka i kiełbasa na Wielkanoc. Polacy jednakże nie mieli prawa jadać w pokoju i posiłki spożywaliśmy w kuchni. Niemcy obchodzili święta podobnie jak Polacy, czyli Wielkanoc (ale bez święconki) i Boże Narodzenie. Śpiewali wtedy wspólnie niemieckie kolędy, których ja nie rozumiałam, nie nauczyłam się nigdy dobrze niemieckiego. Z tych kolęd pamiętam jak śpiewali: „O, tanenbaum, o, tanenbaum”. zaś z rozmów zapamiętałam powiedzonko: „halbo so, halb so”. Moi gospodarze do miejscowego niemieckiego kościoła w niedziele nie uczęszczali, ale pomimo to kiedyś z Baldinową rozmawiałam na temat naszych obrządków religijnych. Pamiętam, że gospodyni stwierdziła, iż katolicka indywidualna spowiedź jest dla niej dziwna, bo ewangelicy odbywają ją wspólnie w taki sposób, że pastor wyczytuje przewinienia, a wszyscy powtarzają, że żałują za grzechy.


Dawny kościół ewangelicki w Nojewie, obecnie kościół katolicki pw. św. Andrzeja Boboli. Zdjęcie Andrzej Bednarski


W domu nie było portretu Hitlera i gospodarze sprawiali wrażenie, że nie bardzo sprzyjali nazistom. Nie przypominam też sobie, aby Ryszard chodził na hitlerowskie zebrania, a w ogóle to niemal nikt ich ze wsi nie odwiedzał. Pamiętam, że oszukiwali władze w taki sposób: Niemieccy gospodarze byli zobowiązani do dostarczania produktów rolnych. Na swoje potrzeby w ciągu roku mogli zabić tylko 1-2 świnie. Pozostałe (ale nie cięższe jak dwa cetnary) musiały być odstawione, za co dostawali zapłatę. Co jakiś czas z Pniew przyjeżdżała cywilna komisja, która dokładnie spisywała stan majątku, tj. ilość zwierząt, drobiu, ziemniaków w kopcach itd. Potem była ponowna kontrola i urzędnicy sprawdzali ewentualne różnice. Baldinowie, znając termin kontroli, potrafili ukryć i nie zgłosić do urzędu np. małego prosiaka i zabić go po utuczeniu poza przydziałem.

Pamiętam, że jeden taki ubój ok. 1943 r. zrobił im zaufany Polak z Zajączkowa, ich dawny znajomy jeszcze sprzed wojny, przyuczony do rzeźnictwa. Baldinowie bardzo się jednak bali, aby nikt się o tym nie dowiedział, bo za to nawet Niemcom groziły kary. Wiem, że w podobny sposób ukrywali przed komisją kury i gęsi, schowane na czas kontroli w klatkach i przykryte słomą w stodole. Ziemniaki i zboże ukrywali w szopce pod sianem, w kopcu. Jak chodziła kontrola, to pokazali kopiec z ćwikłą, a za nią były głębiej ukryte ziemniaki. Na podstawie spisów z natury wyznaczano wielkość dostaw żywca, mleka, zboża, ziemniaków, jaj itd. Gospodarze na wsi nie mogli na przykład przerabiać mleka na masło. Posiadali oni specjalne urządzenia-wirówki do mleka, do oddzielania śmietany, ale już na początku wojny istotne elementy tych urządzeń musiały być wymontowane i zdeponowane u sołtysa. Ich również dotyczyła reglamentacja żywności na kartki, szczególnie na chleb i tłuszcze. W Nojewie był sklep kolonialny oraz mały młyn z piekarnią i tam gospodyni kupowała chleb dla nas, czasem go sama upiekła w piecu w kuchni, który miał w dolnej części specjalną komorę do pieczenia. W piwnicy domu znajdowała się zaś wędzarnia do mięs. W spiżarni na parterze przechowywano zapasy, np. smalec w wiadrach oraz smalec z wątróbką w słoikach. Baldinowie uprawiali len, za który po odstawieniu do przetwórni dostawali pieniądze i 20-litrowy kanister oleju. Ja pewnie też miałam wydawane kartki na żywność, ale ich nigdy nie widziałam. Taki system obowiązkowych dostaw nie podobał się Baldinom, bo niewiele z tej roboty mieli dla siebie. Kiedyś gospodyni zaczęła wyzywać z tego powodu i powiedziała, że gdyby nie chowali przed komisją części produktów, to nie mieliby czym wyżywić zwierząt przez zimę. Po odbiór świń na gospodarstwo przyjeżdżała ciężarówka. Zwierzę było najpierw zamykane w specjalnej klatce i przenoszone wraz z nią na wagę. Po zważeniu można je było już załadować na samochód. Pamiętam, że przy okazji odbioru trzody dostawałam od gospodarza do ręki parę marek.

W oborze trzymali świnie i krowy. Obornik wybierano od nich tylko w ciepłych miesiącach i składowano za domem. Jesienią i zimą już nie i warstwa jego w budynku ciągle rosła tak, że na wiosnę poziom był wyższy o jakieś 70 cm. Gospodarz twierdził, że przez to zwierzętom jest cieplej. Przed orką cały obornik był usuwany na pola i ja przed zaoraniem musiałam wszystko na polu rozrzucić. A obornika było 40-50 wozów.


Panorama Nojewa od strony cmentarza. Zdjęcie Andrzej Bednarski


Były już mrozy, gdy pod koniec 1944 r. miejscowi niemieccy gospodarze dostali polecenie od władz, aby na soboty i niedziele wysłać polskich robotników przymusowych do kopania rowów ochronnych wzdłuż dróg. Ja kopałam takie rowy jednej niedzieli w godz. 8.00-15.00, pomiędzy wsiami Nojewo a Orliczko, pod nadzorem niemieckich żołnierzy. Pamiętam, że polegało to na pogłębianiu rowów biegnących wzdłuż szosy do głębokości ok. 120 cm. Wtedy śniegu nie było zbyt wiele, ale ziemia już zamarzła.

Wtedy już wiedzieliśmy, że Rosjanie są coraz bliżej. Radio (chyba na baterie, bo elektryczności tam nie było) mieli gospodarze, ale na ten temat nam nic nie mówili. Jednak jeden z okolicznych Polaków mieszkający w Orliczku, który był chyba kowalem i czasem przyjeżdżał coś naprawić, mówił nam ukradkiem o postępach na froncie („Są już pod Warszawą”), a w miarę zbliżania się Rosjan Baldinowie byli coraz bardziej zdenerwowani i wystraszeni.

W styczniu 1945 r. miejscowi Niemcy rozpoczęli ucieczkę przed Rosjanami na zachód. Nie pamiętam dokładnej daty, ale stała jeszcze w domu świąteczna choinka, gdy pewnego dnia R. Baldin i inni gospodarze dostał wezwanie do miejscowego niemieckiego sołtysa. Było to po południu, ale jeszcze było na dworze jasno. Gospodarz pojechał na spotkanie rowerem i po niecałej godzinie powrócił. Tam przekazano im rozkaz władz o ewakuacji. Mieli się wszyscy zebrać w nocy na drodze prowadzącej z Nojewa w stronę Chrzypska (przy tej drodze przy lesie Baldinowie mieli pole z ziemniakami) i skierować na zachód. Gdy wrócił, zrobił się w domu straszny harmider. Wszyscy zaczęli się pakować. Gospodarz wyprowadził dwa ładne, solidne wozy zaprzężone każdy w dwa konie. Od spodu zostały one wyłożone słomą, na to poszły pierzyny i koce. Baldinowie wzięli ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy, mięso ze świniobicia, chleby i udali się na miejsce zbiórki w pobliżu kościoła i stacji kolejowej. Stamtąd ruszali główna drogą w stronę Pniew, potem skręcali w bok. Rodzina Baldin uciekała z dobytkiem na dwóch wozach, przy czym jednym powoził właśnie Edmund, a drugim kierował Willi, brat gospodyni. Wozami tymi pojechali wszyscy niemieccy domownicy, bo w całej wsi nikt wtedy nie miał samochodu.

Przed odjazdem pani Baldin chyba zostawiła mi (a może o nich zapomniała) 250-300 marek niemieckich z moich zarobków. Po ich odjeździe znalazłam je w szafce w kuchni, gdzie zwykle przechowywała pieniądze na wydatki na moją osobę. Sam Ryszard pozostał jeszcze na gospodarstwie, kazał mi dopilnować domu, dbać o zwierzęta, bo oni – jak zapowiedział – za dwa tygodnie wrócą. Na drugi dzień wziął plecak i sam odjechał rowerem. W dniach, gdy uciekali Niemcy, był silny mróz, aż koniom pyski zachodziły szronem. Baldin podobno dotarł do swoich w Międzyrzeczu, ale ja nigdy już ich więcej nie widziałam. Gdy po pewnym czasie, mniej więcej po tygodniu, wrócił pieszo do Nojewa Edmund, opowiedział, co się stało w Międzyrzeczu. Dojechali wozami do samego miasta. Tam zebrało się wielu niemieckich uciekinierów. Nocowali w jednym z domów, gdy w nocy weszli do środka Rosjanie. Spytali, kto jest Polakiem. Zgłosił się Edmund. Powiedzieli mu, że jest wolny i może wracać do domu. Ale Willemu dali coś do picia, podobno wino, i kazali wypić. Willi wypełnił polecenie, po czym na miejscu zmarł. Resztę Niemców zabrali i zabili.


Budynek dawnego dworca (po remoncie) i kolejowa wieża ciśnień. Zdjęcia Andrzej Bednarski


Pod koniec stycznia, albo już w lutym 1945 r., do Nojewa dotarł radziecki zwiad, 8-10 żołnierzy na koniach, którzy przyjechali do wsi przez pola od strony Psarskiego. Niedługo po nich dotarli inni radzieccy żołnierze. Na gospodarstwie Baldinów zatrzymała się powózka, którą przyjechali oficerowie. Nie pytali o Niemców, chcieli tylko dostać coś do jedzenia. Dostali od nas jeść (niedawno – jeszcze przed ucieczką gospodarzy – było świniobicie) oraz zostali poczęstowani winem z dużej butli pozostawionej przez właścicieli. Podziękowali i zachowywali się dobrze, a z jednym z nich można było porozumieć się z po polsku. Powiedzieli tylko, abyśmy zamknęli się w domu i nie wychodzili na podwórze, bo wśród ich żołnierzy byli „różni ludzie”. Na gospodarstwie byli 1,5-2 godziny i pojechali dalej. Rozmawiali z nimi „starszaki”, czyli moja mama i Łochowicze, bo ja byłam zamknięta w innym pomieszczeniu. Pamiętam, że moja matka w tym czasie przebywała w Nojewie, dokąd przyszła pieszo z Szamotuł i to ona sama zabroniła mi wychodzić z domu. Mama mówiła, że nie wiedziała, jak do nas dotrzeć, ale jakiś kolejarz poradził jej, aby szła przez Otorowo. Doszła szosą do Otorowa, a potem przez lasy do Nojewa. Po około tygodniu mama ruszyła z powrotem do Szamotuł, a znajomy gospodarz – ten który potajemnie zabijał świnię dla Baldinów – zawiózł ją wozem do Ostroroga, skąd dalej szła pieszo.

Następnej nocy po odjeździe Rosjan na nasze gospodarstwo dotarło 4 niemieckich żołnierzy, którzy ciągnęli ze sobą po ziemi na kółkach coś do strzelania. Było ciemno, gdy ktoś zaczął dobijać się do drzwi domu i drzwi piwnicy zamkniętej od środka. Wtedy jeszcze przebywała w Nojewie moja mama, a ponadto pani Hoły z synem Zygmuntem. Zobaczyliśmy ich, a właściwie zobaczył ich Edmund przez okno od podwórza i nie wpuściliśmy do środka. Całą noc przesiedzieliśmy cicho w domu, nie otwierając żadnych drzwi. Żołnierze niemieccy pokręcili się po podwórzu, weszli do stajni i położyli się spać. Wczesnym rankiem wstali i przez pola udali w kierunku zachodnim. Brat Władek na moją prośbę, zaraz po ich odejściu, wyskoczył przez okno domu i powiadomił sołtysa o Niemcach. Ten sołtys był już Polakiem, bo polscy gospodarze z okolicznych wsi zaraz po ucieczce Niemców zebrali się i wybrali spośród siebie sołtysa. On poinformował Rosjan, którzy wysłali za nimi pościg, ale nie wiem, czy ich dogonili.


Pozostałości napisu w języku niemieckim na dawnych zabudowaniach kolejowych w Nojewie. Zdjęcie Andrzej Bednarski


Powrót do domu

Sołtys wsi zachęcał mnie, abym za moją pracę objęła gospodarstwo po Baldinach, ale ja nie chciałam. Wziął je natomiast Edmund, jednak słyszałam, że nie dawał rady i przejął je ktoś inny. Najpóźniej na początku marca wraz bratem Władkiem postanowiliśmy wracać do domu w Szamotułach. Gdy przyszedł do nas gospodarz z Zajączkowa i spytał, czy może zabrać część żywego inwentarza po Baldinach, zgodziłam się, ale poprosiłam, aby zawiózł mnie i brata do Szamotuł. Jechaliśmy z nim wozem przez lasy do Binina i Dobrojewa, potem szosą do Ostroroga i dalej do Szamotuł. Pamiętam, że drogi nie były wtedy takie jak teraz, ale węższe i wybrukowane kamieniami. Z domu Baldinów wzięliśmy zegar z wahadłem, który mam w domu do dziś, pierzyny, pościel, kieliszki, żywność itp. Po drodze, w Bininie, widziałam w rowach przydrożnych zwłoki kilku zabitych żołnierzy niemieckich. Pan Łochowicz wspominał, że też widywał wielu zabitych niemieckich żołnierzy w przydrożnych rowach, a nawet wiszących na słupach telegraficznych. W tym czasie na drogach było już wielu ludzi wracających w grupach do swoich miejscowości po robotach przymusowych.

Po przybyciu na miejsce wiedziałam, gdzie szukać mamy, bo krótko przed ucieczką Niemców byłam w Szamotułach i wiedziałam, że mieszkała już na ul. Sukienniczej. W domu rozładowaliśmy wóz, zostawiliśmy mamie przywiezione rzeczy i zaraz tym samym wozem pojechaliśmy ponownie do Nojewa na gospodarstwo. W drodze do wsi, w rejonie Ostroroga, napotkaliśmy młodych ludzi, którzy mówili, że wracają do domów w Sierakowie i Międzychodzie z robót fortyfikacyjnych oraz z wronieckiego więzienia. Kilkoro z nich przysiadło się do nas i kawałek ich podwieźliśmy. Po przybyciu do Nojewa przebywałam tam z bratem jeszcze parę dni i ostatecznie zrezygnowałam z prowadzenia gospodarstwa. Baldinowie mieli trzy rowery, w tym jedną damkę. Na jednym odjechał Ryszard, dwa zostały na miejscu. Na tych rowerach z Władkiem przyjechaliśmy w końcu do domu.

Od mamy dowiedziałam się, że Rosjanie weszli do Szamotuł ul. Dworcową i od strony Obornik. Mówiła mi, że będąc w domu, usłyszała odgłosy gwałtownej strzelaniny Rosjan z Niemcami, którzy byli w obrębie Rynku. Najwięcej zabitych Niemców leżało potem właśnie na Rynku, naprzeciwko „Ogniska” i w pobliżu wylotu ul. Dworcowej.

Komendantem miasta był dość długo Rosjanin, niski i korpulentny. Dobry i porządny człowiek. Urzędował w budynku na narożniku obecnej ul. Ratuszowej, gdzie pracowali też Polacy. W willi na ul. Dworcowej, po lewej stronie, równolegle do klasztoru, mieszkali i urzędowali Rosjanie; często z tego budynku dochodziła muzyka i śpiewy. Mieli polskiego kucharza i swojego. Podawałam tam do stołu przez 2-3 tygodnie, ale nie pamiętam obecnie, w jaki sposób do tej pracy trafiłam. Przez kilka miesięcy po wojnie, w parku przy ul. Dworcowej przed przejazdem kolejowym na Poznań, Rosjanie urządzali co sobotę zabawy z udziałem własnej orkiestry wojskowej. Na te zabawy przychodziło wielu młodych, aby potańczyć na stojącym na środku parku drewnianym, okrągłym podeście. Na podwórzu domu przy ul. Sukienniczej, gdzie wówczas mieszkaliśmy z niemieckiego przydziału, przechodzący przez miasto Rosjanie gotowali sobie na kuchni polowej jedzenie. Stacjonowali tam jeden dzień i noc i poszli dalej. W budynku przedwojennej ubezpieczalni przy ul. Garncarskiej, w piwnicach, przetrzymywano jeńców niemieckich, których po pewnym czasie gdzieś wywieziono. Pilnowali ich polscy strażnicy. Jeden z nich wyjątkowo nienawidził Niemców. Czasem wchodził do ich pomieszczeń i dotkliwie bił. W tym budynku był początkowo UB, potem (w 1946 r.) przeniósł się na ul. 3 Maja, gdzie teraz jest szkoła muzyczna. Cały budynek był zajęty na potrzeby Urzędu i pilnowany od frontu i z tyłu, gdzie była drewniana szopa, przez wartowników. Pamiętam, że w prawym wejściu, tam, gdzie potem był dentysta, znajdowało się pomieszczenie do spania. Do środka nie można było swobodnie wejść. Posterunek polskiej milicji mieścił się natomiast w budynku „Ogniska” na Rynku. O ile się nie mylę, to wejście do posterunku było bezpośrednio z Rynku, a milicjanci posiadali umundurowanie i uzbrojenie wojskowe.

Pamiętam też przemarsz polskiego wojska w drodze na Berlin. Było już cieplej, chyba w marcu-kwietniu. Około południa z okna naszego pokoju (teraz to kuchnia) na piętrze domu przy Sukienniczej 5 zobaczyłam idących żołnierzy. Wyszłam na ulicę i podeszłam bliżej. Drogą od Obornik nadeszła polska piechota, przeszli ul. Poznańską, potem przez Rynek i – o ile dobrze pamiętam – dalej na Ostroróg; mówili, że idą „na Berlin”. Szło wtedy wielu żołnierzy, może kilkuset. Za nimi ciągnęły wozy konne z taborami. Zauważyłam, że wyglądali na zabiedzonych i zmęczonych, byli wychudzeni, brudni. Niektórzy nie mieli butów, tylko stopy obwiązane jakimiś szmatami.


Dawny budynek sądu w Szamotułach, obecna al. 1 Maja. Zdjęcie z czasów okupacji. Fotopolska


Pierwszym polskim burmistrzem miasta został niejaki Polus, który mieszkał w willi obok strugi na ul. 3 Maja. Pamiętam, że gdy powróciłam do Szamotuł w marcu 1945 r., to budynek sądu, który stał na placu przed więzieniem, po lewej stronie alei, był już spalony. Natomiast przedwojenny budynek Policji, znajdujący się naprzeciwko sądu po prawej stronie obecnej ul. 3 Maja, był nienaruszony. Przypominam też sobie pociągi, którymi wracali wówczas Polacy z robót w Niemczech, przejeżdżając przez Szamotuły. Były one tak przepełnione, że wielu ludzi podróżowało, siedząc na dachach wagonów.

W 1945 r. moja mama i młodsza siostra Zosia zachorowały na tyfus. Leżały w baraku szpitalnym na oddziale zakaźnym. Najpierw we wrześniu 1945 r. zmarła moja mama, a miesiąc potem siostra. Po śmierci matki nie miałam żadnych środków na pogrzeb. Jednakże o jej zgonie dowiedzieli się dwaj mężczyźni, których nazwisk nie pamiętam, a którzy pracowali kiedyś wraz z matką w młynie. Wtedy byli już działaczami PPR i urzędowali w kamienicy na Rynku, obok miejskiej ubikacji. Kazali mi przyjść do siebie. Okazało się, że z własnej inicjatywy zebrali się i dali mi tyle pieniędzy, że wystarczyło na pochówek. Gdy mama zmarła, nie miałam już żadnych środków do życia dla mnie i brata Władka. Aby mieć na jedzenie, posprzedawałam przywiezione z Nojewa rowery i inne rzeczy, z których część kupiła Janina Bielik. Kwitł wtedy w mieście handel wymienny i za pieniądze. Trwało to do czasu, aż sytuacja ustabilizowała się i zaczęły funkcjonować zakłady pracy i urzędy. Gdy pani Rebelka dowiedziała się, że wróciłam z robót do Szamotuł, to często zapraszała mnie do siebie. Pomagałam jej wtedy gotować, prać, sprzątać.


Dawna siedziba PPR w Szamotułach, Rynek 2, ok. 1947 r. Zdjęcie Muzeum-Zamek Górków


Pamiętam, że olejarnia na ul. Dworcowej chroniona była przez posterunki wojskowe. Jednego z żołnierzy – Michała Dudzińskiego z Lwowa – poznała moja kuzynka, Zofia Janasiak, mieszkająca wtedy na ul. 3 Maja. Wyszła za niego za mąż i oboje zamieszkali w Szamotułach. Nie pamiętam obecnie nic z tego, co się działo w mieście po ogłoszeniu informacji na temat zakończenia wojny. Przypominam sobie tylko, że wtedy już Niemców w Szamotułach nie było, uciekli w styczniu. Ale pozostała jedna dziewczyna – Niemka, niska o ciemnych włosach, która mieszkała z rodzicami w czasie okupacji w mieście. Jej rodzice uciekli także, a ona po wojnie wyszła za mąż za syna państwa Starzonków mieszkających za olejarnią. Mówiła dobrze po polsku i nikt z miejscowych nie robił jej przykrości z powodu pochodzenia. Nie pamiętam obecnie ani jej imienia, ani panieńskiego nazwiska.

Jesienią 1945 r., chyba było to we wrześniu albo październiku, wraz z moją krewną z Piaskowa Nowaczką [Nowak] poszłam na wesele mego kuzyna, Aleksandra Janasiaka, do Mutowa. Wtedy poznałam tam Mariana Orlika, który wraz ze swym ojcem grał do tańca w orkiestrze weselnej. Marian miał wówczas ok. 30 lat, był bardzo przystojny. Pamiętam, że był wojskowym i chyba już wtedy w stopniu kapitana. Mieszkali oni wtedy w Szamotułach na ul. Lipowej, gdzieś dalej od centrum. Pamiętam również, że w pewnym momencie po jego wyjeździe do Warszawy rodzina straciła z nim jakikolwiek kontakt i nikt nie wiedział, co się z nim stało. Niedawno przeczytałam w miejscowej gazecie, że jego szczątki odnaleziono w Warszawie i że został w więzieniu zamordowany. W gazecie było jego zdjęcie, na którym od razu go poznałam.


W mundurze Marian Orlik (1916-1952). Wesele jego siostry Ireny z Alojzym Mockiem, grudzień 1946 r. Zdjęcie ze zbiorów Barbary Piekarzewskiej


W styczniu 1946 r. z robót przymusowych powróciła do Szamotuł moja siostra Maria. Natomiast w maju 1946 r. powrócił brat Marian. Około 5.00 rano usłyszałam pukanie do drzwi. Otworzyłam i zobaczyłam go. Miał przy sobie tylko plecak z sucharami i trochę odzieży. Powiedział, że po wyzwoleniu obozu przez Amerykanów leżał pół roku w szpitalu, bo ponoć ważył tylko 22 kilogramy. Potem pociągiem wraz z cala grupą przyjechał do Poznania i dalej też pociągiem, do Szamotuł. W mieście nie wiedział, gdzie szukać rodziny. Poszedł najpierw na ul. 3 Maja, gdzie kiedyś mieszkała (w drugim domu za mleczarnią, po lewej stronie u Najderków) nasza babcia ze strony mamy. Ale ona już nie żyła. Dlatego poszedł dalej i pytając napotkanych ludzi, gdzie obecnie mieszkają Łuczakowie, trafił na Sukienniczą. Gdy rozebrał się do mycia, zobaczyłam na jego plecach liczne blizny i ubytki ciała. Spytałam brata, skąd te rany. Odrzekł, że w obozie koncentracyjnym Gross Rosen został skatowany przez strażnika, SS-mana, który wychłostał go biczem zakończonym haczykami.

Początkowo jako dokumenty tożsamości obowiązywały dokumenty wydane w czasie okupacji przez Niemców. Na ich podstawie można było wymienić posiadane niemieckie pieniądze na polskie, a robiło się to w budynku magistratu, na narożniku ul. Ratuszowej. Potem niemieckie dokumenty wymieniało się już na polskie w posterunku MO w „Ognisku”. Za pracę przez pierwszy rok po wojnie nie otrzymywało się zapłaty w pieniądzach, ale w kartkach, za które w sklepie p. Jądrzyka na ul. Dworcowej, zaraz za meblarnią, można było kupić jedzenie. Wydawano też materiały, odzież itp. Po wojnie przez pierwsze lata panowała wielka bieda.

Jako jeden z pierwszych ruszył zakład – meblarnia, gdzie zatrudniono mego brata Władysława. Młyn Koerpla (który zmarł w czasie okupacji) przejęła jego żona. Zakład ten został potem upaństwowiony, p. Koerplowa otrzymała jakieś odszkodowanie i – jako wywodząca się z niemieckiej rodziny – wyjechała do Niemiec.

W 1945 r. latem doszło do ataku grupy AK na szamotulskie więzienie. Odbito kilku więźniów. Po schwytaniu ich w rejonie Międzychodu, chyba w 1946 r. zorganizowano 2-3-dniowy proces pokazowy, który toczył się w Szamotułach, w budynku obecnego kina przy ul. Dworcowej. W czasie procesu sala była pełna widzów. Członkowie zbrojnej grupy (5-6 osób), w skład której wchodził przedwojenny oficer, zostali skazani na wieloletnie, więzienia. Jednym nich był mąż nieżyjącej już Krystyny z domu Kaczmarek z Szamotuł.


Spisane i opracowane w latach 2013-2016

Helena Kurkiewicz z domu Łuczak, córka Franciszka Łuczaka i Józefy z d. Janasiak, ur. 22.07.1925 r. w Szamotułach, zm. 03.03.2015 r. w Szamotułach. Nie pracowała zawodowo, zajmowała się domem i pięciorgiem dzieci. Mieszkała przy ul. Sukienniczej. 

W czasie okupacji. Szamotuły i prace przymusowe w Nojewie – wspomnienia Heleny Kurkiewicz2019-12-06T11:17:25+00:00

Andrzej Nowak, Dom Stanisławy Burzyńskiej (Rynek nr 5)

Andrzej J. Nowak

Domy szamotulskiego Rynku

Dom nr 5 (dawniej 35). Metamorfozy

Dom należał do Stanisławy Burzyńskiej (1882-1962). Piszę w czasie przeszłym, bo dom, jaki pamiętam, już nie istnieje. Od strony południowej sąsiadował z budynkiem, w którym miał swój zakład Antoni Grys (1907-1990), mistrz zegarmistrzowski, artysta fotografik i regionalista, od strony północnej – z domem, w którym się urodziłem. Był parterowy, z użytkowym poddaszem. Środkowa część poddasza miała pełną wysokość piętra i dwa okna w ścianie frontowej, którą wieńczył tympanon. Boczne części pod stromym dachem były pokryte dachówką. Od frontu poddasze doświetlały dwa kaferki – po jednym z lewej i prawej strony.



Na parterze mieściła się cukiernia. Przed wojną był to kultowy lokal. Na kilku szamotulskich pocztówkach z początku XX w. można zauważyć, że dom miał po obu stronach wejścia dwa duże okna wystawowe. Widać wyraźnie, że okna sięgały od podłogi do sufitu. Miały duże tafle szkła osadzone, jak sadzę, w mosiężnej konstrukcji, a boki wykonane z giętego szkła. Od zewnątrz okno zabezpieczała poręcz. Takie okna były charakterystyczne dla architektury secesyjnej (art nouveau). Były niezwykle eleganckie, wręcz luksusowe. Niestety, niepraktyczne i trudne w utrzymaniu. Dlatego, zapewne w latach trzydziestych, zostały wymienione. Na fotografii z 1937 roku są to już zwykłe, proste okna wystawowe. Po wojnie przechodzą kolejne metamorfozy. Stają się jeszcze bardziej praktyczne, ale już zupełnie nijakie.



Po wojnie cukiernia została „upaństwowiona”. Była prowadzona przez PSS Społem. Nazywała się „Szamotulanka”, ale dla większości szamotulan to była kawiarnia u pani Burzyńskiej. W środkowej części lokalu, na wprost wejścia, był bufet. Przy ladzie bufetu można było dostać ciastka tortowe za dwa złote i lody śmietankowe lub kakaowe w waflach, na wynos (latem). Po lewej i prawej stronie od wejścia były dwa nieduże pokoje dla gości, gdzie przy małych stolikach zamawiało się dużą lub małą kawę „po turecku” – podawaną w szklance na szklanym podstawku. Do kawy można było dostać ciastko i kieliszek wina Lacrima lub armeńskiej brandy Ararat. W latach siedemdziesiątych pojawił się prawdziwy francuski koniak Martell. Podawany był w eleganckich pękatych kieliszkach na niskiej nóżce. W kawiarni zawsze było niebiesko od dymu. Wolno było, a nawet wypadało, palić.

Przed wojną za pokojem po lewej stronie był salonik, w którym spotykali się, między innymi, członkowie szamotulskiego klubu literacko-muzycznego „Wietrzne Pióro”. Pochodzący z Obrzycka artysta-plastyk Marian Schwartz (1906-2001), wspomina:

Nasze spotkania klubowe odbywały się raz w tygodniu w kawiarni u „Cioci Burzyńskiej” w rynku. Pamiętam ten dosyć ciemny pokój, z pianinem, na zapleczu lokalu, w którym wiedliśmy gorące dysputy przy „małej czarnej”… Omawianie najnowszej literatury polskiej i światowej wywoływało nieraz burzliwe reakcje, które łagodził Wachowiak, grając z talentem na pianinie nokturny lub polonezy Chopina (fragment tekstu Wietrzne Pióro – moja Arkadia z katalogu wystawy „W poszukiwaniu Arkadii” – Muzeum Zamek Górków w Szamotułach 2003 r.).



Na rysunku parteru i planu sytuacyjnego projektu przybudówki domu pani Burzyńskiej, wykonanego w 1927 r. przez Leona Szulczewskiego, widać, że Marian Schwartz dobrze zapamiętał ciemny pokój na zapleczu. Pokój jest rzeczywiście mały i musiał być ciemny, bo ma tylko małe okno we wnęce pracowni cukierniczej, przylegającej do frontowego budynku od podwórza,. Pianino, na którym grał Chopina Ludomir Wachowiak, miała po wojnie w swoim mieszkanku, na parterze domu od strony ogrodu, pani Basia – Barbara Burzyńska (1916-2003), córka Stanisławy. W ciepłe, letnie wieczory, z otwartego okna jej mieszkania dochodziły często dźwięki mocno rozstrojonego instrumentu, na którym pani Basia grała z pamięci sentymentalne przedwojenne melodie. Najczęściej wielki przebój Henryka Warsa śpiewany przez Hankę Ordonównę: Miłość ci wszystko wybaczy. Basia zdziwaczała na starość. Rzadko wychodziła z domu. Zwykle w nocy. W ciemnym długim płaszczu przemykała ulicą Kapłańską niczym duch.

Na poddaszu, na które prowadziła wąska jednobiegowa klatka schodowa, wygospodarowano po wojnie dwa mieszkania. Jedno zajmowała wielodzietna rodzina państwa Adamczaków, w drugim mieszkali państwo Zelentowie. Córka pani Zelentowej z pierwszego małżeństwa – Bożena Aschmutat, absolwentka szamotulskiego Liceum (1960), polonistka, wyszła za mąż za urodzonego w Gaju Małym pod Szamotułami artystę plastyka Eugeniusza Ćwirleja – malarza pejzażystę. Jej syn, Ryszard Ćwirlej, kierował redakcją „Teleskopu” w poznańskim Oddziale TVP oraz pracował w zarządzie „Radia Merkury”. Jest znanym pisarzem, autorem świetnych powieści kryminalnych. Szamotuły pojawiają się na kartach jego powieści. Genius loci – duch „Wietrznego Pióra”?



Stanisława Burzyńska chciała przebudować swój dom. W 1927 roku zamówiła u budowniczego Leona Szulczewskiego projekt jego nadbudowy. 22 lipca 1928 r. wykonany przez niego projekt uzyskał, jak byśmy dziś powiedzieli, pozwolenie na budowę. Wtedy było to „zezwolenie na budowę”, w którym Urząd miejscowej Policji Budowlanej stwierdził, że udziela niniejszym właścicielce domu nr 35 w Rynku, „W.Pani Burzyńskiej”, „przyzwolenia na budowę”. Powstał bardzo ciekawy projekt zupełnie nowego budynku, zaprojektowany jednak w miejscu i na fundamentach istniejącego domu.

Projektowany budynek miał być dwupiętrowy. Zakładał przesunięcie jednej z wewnętrznych ścian konstrukcyjnych i budowę wygodniejszej, zabiegowej klatki schodowej w miejscu istniejącej, jednobiegowej. Parter pozostawał, w zasadzie, bez zmian. Na piętrze zaprojektowano pięć dość dużych pokoi. Opisany na rysunku piętra wyciąg z kuchni na parterze do pomieszczenia będącego zapewne rozdzielnią kelnerską oraz spiżarnia i hol, sugerują, że na piętrze miały być pokoje – gabinety dla gości. Na drugim piętrze pod skomplikowaną więźbą dachową wzorowaną, jak sadzę, na konstrukcji stojącego nieopodal budynku bankowego, zaprojektowano pomieszczenia mieszkalne właścicielki domu.



Elewacja frontowa, od strony Rynku, nie jest w projekcie załączonym do wniosku o „przyzwolenie” na budowę zbyt szczegółowo pokazana. Gdyby doszło do realizacji projektu, musiałaby ona być z detalami rozrysowana. Jest utrzymana w manierze klasycystycznej. Ściany parteru są boniowane. Na piętrach zaprojektowano stylizowane rzymskie pilastry i okna w neorenesansowych obramowaniach. Drugie piętro z balkonem, w centralnej części zwieńczone tympanonem, jest bardzo dekoracyjne.

Nowy dom miał być okazały. Niestety. Projekt trafił na czasy kryzysu gospodarczego. Nie został zrealizowany. Szamotulski Urząd Policji Budowlanej powiadomił panią Burzyńską 13 listopada 1930 r., że zezwolenie na budowę straciło ważność, ponieważ do tego czasu budowy nie rozpoczęto (dzisiaj przepisy w tej materii są takie same).

Z ambitnego zamierzenia zrealizowana zastała tylko niewielka, „kosmetyczna”, przeróbka w parterze domu, polegająca na wykonaniu przybudówki od strony ogrodu, na którą 22 lipca 1927 r. wydane zostało zezwolenie.



***

Od jakiegoś czasu nie ma już w szamotulskim Rynku domu pani Burzyńskiej. W jego miejscu stoi oszczędny w formie, utrzymany w modnej obecnie kolorystyce, neomodernistyczny budynek. Wiedeński architekt Adolf Loos (1870-1933), autor eseju Ornament i zbrodnia (1913) i słynnego projektu domu mieszkalnego doktora Steinera w Wiedniu (1910), który jest uznawany za pierwowzór architektury modernistycznej, mówił, że architekt tworzy skorupę, a ludzie wypełniają tę skorupę treścią.



W domu nr 5 przy w szamotulskim Rynku nie ma już cukierni „Cioci Burzyńskiej”, jest za to „Chiński Market”.

Trochę żal…

02.12.2019 r.



Rysunki autora

Andrzej J. Nowak

Urodzony w Szamotułach. Architekt, którego wiele projektów zrealizowano za granicą. Dawny wieloletni główny architekt wojewódzki, jeden ze współzałożycieli Stowarzyszenia Wychowanków Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi.

Andrzej Nowak, Dom Stanisławy Burzyńskiej (Rynek nr 5)2019-12-04T18:03:33+00:00

Andrzej Nowak, Szamotulscy Hollaendrowie

Andrzej J. Nowak

Szamotulscy Hollaendrowie


Odnalezienie fragmentów nagrobków żydowskich, które opisałem w opowieści o poszukiwaniach polskich korzeni przez mojego znajomego Amerykanina Normana i odczytanie nazwiska zmarłego na jednej z macew – Siegfried Holländer – bardzo mnie zaintrygowało (por. http://regionszamotulski.pl/andrzej-j-nowak-norman-sherran-w-poszukiwaniu-korzeni/). Pamiętałem, że w albumie Szamotuły w dawnej pocztówce, wydanym w 2000 roku dzięki staraniom Muzeum – Zamek Górków i wsparciu finansowym Urzędu Miasta i Gminy Szamotuły, widziałem to nazwisko na pocztówce z widokiem wschodniej strony szamotulskiego Rynku. Sprawdziłem. Rzeczywiście – na wielu pocztówkach jest widoczny narożnikowy dom (narożnik Rynku i ul. Poznańskiej) z napisem na fasadzie: Joseph Hollaender. Przyjrzałem się uważnie innym pocztówkom z Rynku i ul. Poznańskiej. Znalazłem nazwisko Hollaender na kilku kolejnych. Widniało na elewacjach domów i szyldach sklepów. Na jednej z rynkowych pocztówek, w budynku nr 19 (obecnie 26) jest skład (sklep), z szyldem: Simon (Szymon) Hollaender. Tadeusz Bak mówił mi kiedyś, że Simon Hollaender miał w Rynku skład „bławatów”, czyli tkanin lekkich (jedwabnych).

Zajrzałem do pruskich akt budowlanych z przełomu XIX i XX w. i polskich z okresu dwudziestolecia międzywojennego. Także tam znalazłem to nazwisko. Poprzedzane było różnymi imionami i – co ciekawe – zapisywane i własnoręcznie podpisywane, przez tę samą osobę, w wersji Holländer lub Hollaender. W starych dokumentach i listach często się to zdarza. Także imiona (tych samych osób) mają różną pisownię. Założyłem więc, że chodzi o tę samą, bardzo liczną i rozgałęzioną  rodzinę.



Rozpocząłem poszukiwania Siegfrieda (Sigfrieda) Hollaendera. Odnalazłem wiele ciekawych informacji o – nie waham się powiedzieć – szamotulskiej rodzinie Hollaenderów. Dowiedziałem się wiele o domach, w których mieszkali, o ich zawodach i rodzinnych koligacjach.



W przedwojennych, polskich aktach budowlanych prowadzonych dla posesji położonej przy Rynku i oznaczonej numerem 50 (obecnie 20), właściciel domu Louis Hollaender, zgadza się 30 maja 1928 r. by Franciszek Sobiak, który ma w jego budynku Skład towarów kolonialnych i delikatesów, „przerobił” istniejący w podwórzu chlew. Projekt przygotował budowniczy Leon Szulczewski. Dziesięć lat później Elise (Eliza) Hollaender złożyła wniosek o zmianę elewacji budynku – chodziło o zrobienie okna wystawowego w jednym ze sklepów w parterze domu. Rysunki i obliczenia statyczne wykonał szamotulski przedsiębiorca budowlany Szymon Brzeźniak, dziadek mojego licealnego kolegi Pawła Brzeźniaka. Zrealizowaną przebudowę, w imieniu matki, podpisała córka Elizy – Ada Hollaender.



Na pocztówce pokazującej wylot ulicy Poznańskiej w kierunku Rynku, można zauważyć nazwisko Hollaender na dwóch budynkach. Na fasadzie solidnego domu nr 20 (obecnie 7) – Adolph (Adolf) Hollaender i na nieco skromniejszym budynku numer 18 (obecnie 11) – Heimann Hollaender (1835-1898). Heimann miał sklep z butami. Był dwukrotnie żonaty. Adolf to prawdopodobnie jego syn z pierwszego małżeństwa z Friederike (Fryderyką) Zondek z Wronek. Adolph zmarł w Paryżu (1933). Z drugą żoną Doris, pochodzącą ze Swarzędza, Heimann miał pięcioro dzieci. Jego najmłodszy syn – Alexander, urodzony w Szamotułach (1897), przyrodni brat Adolfa, był światowej sławy badaczem mutacji genetycznych, specjalistą w dziedzinie biologii radiacyjnej. W 1984 r. otrzymał, wraz z Johnem H. Lawrencem nagrodę im. Enrico Fermiego, którą amerykański Departament Energii wyróżnia naukowców mających światowe osiągnięcia w rozwoju, wykorzystaniu i produkcji energii. Zmarł w Nowym Jorku w 1986 r. Po śmierci Haimanna w 1898 r., w aktach budowlanych często występuje jego druga żona Doris (1859-1936). Prace budowlane wykonuje dla niej szamotulski mistrz murarski Henryk Wysocki.



Joseph (Józef) Hollaender (1828-1908), którego nazwisko widnieje na starych pocztówkach na fasadzie budynku o numerze 16 (obecnie 23) w Rynku, był ojcem Heimanna. Joseph i jego żona Pouline (Paulina) z domu Salinger (Seelinger) mieli, jak mi się udało ustalić, siedmioro dzieci – pięć córek i dwóch synów: Heimanna i o dwa lata młodszego Bernharda (Bernarda) (1864-1937).

Bernhard, po śmierci Josepha w 1908 roku, odziedziczył rodzinny dom w Rynku i „interes”. Tak jak ojciec był kupcem. Zamówił w 1911 r. u młodego architekta Martina Sonnabeda (1883-1941) projekt nowego domu kupieckiego. Sonnabend robił w tym czasie w Poznaniu błyskotliwą karierę. Konkurenci twierdzili, że wielkie powodzenie zawdzięcza koneksjom swego wuja Teodora Jaretzkigo, bardzo znanego i cenionego, nie tylko w Poznaniu, architekta. Architekt zrobił projekt przebudowy starego budynku w stylu neobarokowym z elementami neoklasycznymi. Projekt nowego, okazałego budynku, niestety nie został zrealizowany. Prawdopodobnie ze względów finansowych.



W 1913 r. zbudowany został znacznie skromniejszy dom, z klasycyzującą fasadą, który stoi do dziś. W 1924 roku należy on już do Wacława Metelskiego. Firma „Bracia Metelscy” uruchomiła w nim „Dom towarowy”. Wacław Metelski i jego siostra Józefa przyjeżdżali w latach sześćdziesiątych do Szamotuł na groby matki i męża Józefy Mariana Iwaszkiewicza, brata mego dziadka Czesława. (Ich matka, Anna Metelska z domu Nerger, miała w małym domku przy ul. Dworcowej sklep z artykułami papierniczymi, który wydawał również pocztówki szamotulskie).



Bernhard Hollaender ożenił się z Marthą (Martą) Hollaender. Martha była córką Siegfrieda Holländera i Emmy Memelsdorff, pochodzącej z zamożnej rodziny Memelsdorffów, którzy w XIX w byli właścicielami szamotulskiego „Ogniska”, w którym prowadzili Hotel de Gielda.



Siegfried Holländer urodził się w Szamotułach 31 marca 1844 r. W jego akcie zgonu, przechowywanym w Archiwum Państwowym w Poznaniu, w tłumaczeniu z języka niemieckiego wykonanym przez mego kuzyna Pawła Seydaka, czytamy:

Nr 53

Szamotuły, 19 czerwca 1892 r.

Przed niżej podpisanym urzędnikiem Stanu Cywilnego stawił się dziś, znany co do osoby, kupiec Moritz Holländer, zamieszkały w Szamotułach, i zgłosił, że osiemnastego czerwca roku tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego i drugiego, o godzinie siódmej przed południem zmarł w Szamotułach, w wieku 48 lat, kupiec Siegfried Holländer wyznania mojżeszowego, zamieszkały w Szamotułach, urodzony w Szamotułach, żonaty z Emmą z domu Memelsdorff, syn kupca Simona i Emilii z domu Salinger – małżeństwa Holländerćw. Zgłaszający oświadcza, że był obecny przy zgonie Siegfrieda Holländera.

Przeczytał, zaaprobował i podpisał

(odręcznie)Moritz Holländer (brat zmarłego)

Urzędnik Stanu Cywilnego

(odręcznie)Hartmann

Bernhard Hollaender zmarł w Berlinie w 1937 r., jego żona Martha w 1943 r. w Santiago de Chile. Mieli dwoje dzieci, które urodziły się w Szamotułach – syna Siegfrieda i córkę Emmę (1904-1944). Dzieci otrzymały zapewne imiona „po dziadkach”. Siegfried Shalom Hollaender urodził się 02. 03. 1902 r. Zmarł 21.08.1977 r. w Izraelu, w Tel Avivie.

Nie przypuszczałem, że odnaleziony przypadkiem w 1995 r. fragment nagrobka spowoduje, że odkryję tak wiele ciekawych informacji o Szamotułach przełomu XIX i XX w. i mieszkających kiedyś wśród nas naszych „starszych braciach w wierze”.

26.11.2019 r.

Fotografie i rysunki autora

Wycinki pocztówek z zapisu dvd Muzeum-Zamek Górków

Andrzej J. Nowak

Urodzony w Szamotułach. Architekt, którego wiele projektów zrealizowano za granicą. Dawny wieloletni główny architekt wojewódzki, jeden ze współzałożycieli Stowarzyszenia Wychowanków Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi.

Andrzej Nowak, Szamotulscy Hollaendrowie2019-12-04T18:08:45+00:00

Szamotuły w okresie międzywojennym – wspomnienia Heleny Kurkiewicz

Wspomnienia Heleny Kurkiewicz

Szamotuły w okresie międzywojennym widziane oczyma dziecka

(zebrał i opracował Wojciech Musiał)

Rodzina

Ja, Helena Kurkiewicz z d. Łuczak, urodziłam się 22 lipca 1925 r. w Szamotułach, jako córka Franciszka i Józefy z d. Janasiak. Mój ojciec Franciszek Łuczak urodził się na wsi w okolicy Szamotuł. Ojciec miał tylko jednego, chyba starszego, brata Władysława, zamieszkałego w Szamotułach na ul. Chrobrego, a zmarłego w listopadzie lub grudniu 1939 r. Mama, Józefa Łuczak z d. Janasiak była córką Łukasza Janasiaka i Katarzyny z d. Bekasiak. Wiem, że przed I wojną pracowała w Hamburgu przy przetwórstwie ryb. O dziadku Łukaszu Janasiaku pamiętam tylko tyle, że grywał na skrzypcach na weselach

Ojciec Franciszek w czasie I wojny światowej był żołnierzem gen. Hallera we Francji, ale nie mam pojęcia, jak tam trafił. W okresie międzywojennym, w czasie uroczystości państwowych i wojskowych, przywdziewał niebieską czapkę wojskową – rogatywkę i uczestniczył w organizowanych w mieście pochodach i przemarszach. W 1941 r., już po wybuchu wojny z ZSRR, dostał nakaz pracy z niemieckiego urzędu i został wywieziony na Ukrainę, gdzie drenował pola. Około września 1943 r. został z pracy zwolniony i powrócił do domu ze względu na stan zdrowia. Chorował na „suchoty” i po 6 tygodniach od powrotu do domu zmarł.


Józefa z domu Janasiak i Franciszek Łuczakowie, lata 30. XX w.


Moja siostra Zofia Łuczak, urodziła się w 1932 w Szamotułach. Zmarła w 1945 r., krótko po matce.

Brat Władysław, młodszy ode mnie, po wojnie mieszkał w Gdańsku.

Brat Marian urodził się w 1928. Od dziecka był słabo widzący. W czasie okupacji pracował dorywczo u pewnego człowieka mieszkającego w Szamotułach, który wozem konnym rozwoził węgiel. Pamiętam jak pewnego dnia zaginęły mu kartki żywnościowe. Jego żona, która pracowała dla niemieckiej rodziny, powiedziała o tym Niemcom i wskazała Mariana jako złodzieja. Pod wieczór przyszli po niego do domu policjanci i zabrali ze sobą. Został wywieziony do młodzieżowego obozu pracy, gdzie pracował przy wyrobie obuwia, m. in. razem z naszym kuzynem Ludwikiem Derą z ul. Chrobrego oraz synem szamotulskiego szklarza Wierkiewicza z ul. Szerokiej. W miarę postępów na froncie, został wywieziony dalej do innego obozu w Niemczech. Wyzwolony przez Amerykanów wrócił w fatalnym stanie do kraju w 1946 r.

Siostra Maria, rocznik 1924, urodzona w Szamotułach. Wywieziona w 1944 r. na prace przymusowe w zakładach lotniczych . Powróciła do kraju w 1946 r.

Moja babcia ze strony matki nazywała się Katarzyna z d. Bekasiak. Dlatego też moja mama była kuzynką p. Bekasiaka, zamieszkałego w niewielkiej kamienicy przy ul. 3 Maja. Miał on syna Franciszka, który w wojsku był pilotem samolotu i zginał w katastrofie lotniczej w 1936 lub 1937 r. gdzieś w okolicy Poznania. Jego zwłoki sprowadzono do Szamotuł. Byłam z matką na jego pogrzebie i pozostało nam kilka zdjęć z tej uroczystości.


Pogrzeb Franciszka Bekasiaka, Szamotuły, ul. Sukiennicza, 1937 r.


Miasto i ludzie

Jak tylko sięgam pamięcią, mieszkaliśmy w domu pana Kroschla przy ul. Garncarskiej, w którym w znacznie późniejszych latach znajdował się magiel. Dom ten już częściowo nie istnieje. Tam urodziłam się ja i moje rodzeństwo. Budynek ten, oraz drugi, stojący obok od ul. Szerokiej, najpierw należał do Żyda nazwiskiem Hammerschmidt. Człowiek ten po śmierci małżonki ożenił się powtórnie i wyprowadził do Poznania, a po jego śmierci wdowa sprzedała nieruchomość Kroschlowi.

Gdy rodzina Hammerschmidtów jeszcze mieszkała w Szamotułach, na ich prośbę, tylko w soboty rano, chodziłam do ich mieszkania, aby rozpalić ogień w piecach. Przed moim przyjściem wszystko było już uprzednio w piecach przygotowane, a ja miałam tylko podłożyć ogień. Dostawałam za to od nich czasem ciastka, albo coś, co wyglądało jak wafle zrobione na patelni z wody i mąki. Będąc wtedy, tj. podczas rozpalania ognia w ich mieszkaniu, widywałam p. Hammerschmidta modlącego się i klęczącego na workach czymś wypełnionych. Żona Hammerschmidta była bardzo fajną kobietą.

W mieście przed wojną mieszkało sporo Żydów, którzy zajmowali się przeważnie handlem. Nawet w niedziele można było do nich iść coś kupić, tylko nie otwierali sklepu, ale wpuszczali klienta do środka bocznym wejściem, np. przez korytarz. Ubierali się tak jak i reszta mieszkańców i po stroju nie można ich było odróżnić. Każdego roku na wiosnę, około naszej Wielkanocy, Żydzi odbywali 6-tygodniowy post, przy czym – jak ludzie mówili –  modlili się, klęcząc na grochu.

Na skraju miasta, przy obecnej ul. Powstańców Wlkp., tam gdzie teraz jest technikum rolnicze, mieli swój cmentarz otoczony dookoła ceglanym murem. Wejście znajdowało się obok stojącego do dzisiaj budynku mieszkalnego przy tej samej ulicy, gdzie zamieszkiwał żydowski opiekun i zarazem kopacz na cmentarzu. Nie pamiętam już teraz, jak on się nazywał. Cmentarz zajmował dość duży teren porośnięty drzewami i niedostępny był dla osób z zewnątrz. Dalej były już tylko pola Zamku i szczuczyńskie.


Szamotuły, mapa z 1906 r. (z późniejszymi zapisami)


Nasze mieszkanie składało się z jednego małego pokoju w domku krytym spadzistym dachem, za które matka płaciła czynsz właścicielowi w kwocie 2 zł miesięcznie. Z sionki prowadziła drabina drewniana na strych, gdzie ojciec czasem przechowywał torf wybrany w czasie robót na polach, a który po wysuszeniu służył do palenia w piecu. Oprócz tego przechowywało się tam drewno do palenia oraz suszyło pranie. W sieni trzymaliśmy również węgiel w workach. Obok nas było drugie, podobne mieszkanie, zajmowane przez panny Krzyżaniaczki [Krzyżaniakówny]. W naszym mieszkaniu nie było wody, w domu obok, w piwnicy, była ubikacja oraz pralnia i stamtąd brało się wodę w wiadrze, po czym przynosiło do domu. Prócz torfu paliliśmy także węglem kupowanym w worku 50-kilowym u Żyda mającego skład węgla na ul. Szerokiej, czyli obecnej Braci Czeskich.

Ponieważ było nas 7 osób w rodzinie, spaliśmy po trzy osoby w jednym łóżku, a najmłodsza Zosia w kołysce. W domu było tak ciasno, że gdy przychodził do nas w odwiedziny kuzyn ojca nazwiskiem Matuszak, to nie miał nawet gdzie się podziać. Pamiętam, że w mieszkaniu jedno łóżko stało pod oknem po prawej stronie, na wprost stało drugie łóżko, a pomiędzy nimi stała kołyska małej Zosi. Gdy siostra podrosła, to spała w tym samym miejscu, ale już na drewnianej skrzyni posażnej przykrytej siennikiem ze słomą. W pierwszych latach okupacji, jeszcze przed wywiezieniem na Ukrainę, ojciec pod tą skrzynią wykopał coś w rodzaju piwniczki, w jakiś sposób obudowanej i głębokiej tak, że ojciec cały mógł się w niej skryć. Piwniczka ta służyła do przechowywania żywności, np. ziemniaków. W mieszkaniu znajdował się piec metalowy, kwadratowy na nogach z trzema paleniskami, wyposażonymi w metalowe kółka do zdejmowania, a dym odprowadzany był przez rurę do komina. Ponadto rodzice posiadali szafkę na odzież oraz regał z półkami, wysoki do sufitu – na talerze i garnki.

Pamiętam, że w pobliżu mieszkała pewna starsza kobieta, która ciągle zaglądała nam do mieszkania z ulicy przez okno. Mama mówiła nam, dzieciom, abyśmy na nią nie patrzyli, bo patrzenie na nią może spowodować jakieś nieszczęście.


Fragment domu (dolna część w postaci muru), ul. Garncarska. Zdjęcie Jan Kulczak, 2019 r.


Obok, przy rzeźni, znajdował się mały skwer porośnięty lipami. W budynku rzeźni, na górze, było mieszkanie kierownika, na parterze biuro, a po lewej stronie chlewy dla zwierząt. Na prawo od budynku biurowego była chłodnia, skąd dostarczano wyrobione mięso do sklepów. Na prawo od ubezpieczalni znajdował się dom należący do rodziny Rebelków. Ojciec miał na imię jeśli się nie mylę Stefan i pochodził z Pleszewa. Jego synowie to Marek, Janusz, Aleksander i Michał. Stary Rebelka posiadał z tyłu za domem warsztat ślusarski, w którym produkował kotły do gorzelni i zatrudniał około 20 ludzi. Dalej za jego warsztatem był duży ogród. Początkowo p. Rebelka jeździł motocyklem z przyczepką, a potem kupił sobie samochód – Opla. Swoje wyroby prezentował na targach w Poznaniu i chyba raz otrzymał za nie wyróżnienie. Takie targi odbywały się w maju i przypominam sobie, jak Rebelka wyjeżdżał w nocy wozem długim jak autobus, zaprzężonym w cztery konie, aby zdążyć do Poznania. Cały wóz wypełniony był urządzeniami wypolerowanymi, tak że lśniły jak ze złota. Pani Rebelka często zapraszała mnie do swego domu, gdzie bawiłam się z ich dziećmi. Czasami jadałam u nich, a w niedziele wszyscy jeździliśmy samochodem po okolicznych gorzelniach, nawet za Oborniki. Dostałam od niej kiedyś nową sukienkę i nowe trzewiki. W 1939 r. Stefan Rebelka poszedł na wojnę i długo nie wracał. W międzyczasie Niemcy jego żonę wyrzucili z ich domu, przydzielili jej małe mieszkanie, a sami dom zajęli dla siebie.


Do 1922 r. w tym domu mieściło się atelier fotograficzne Adolfa (potem Alwiny) Roepke, później dom Rebelków. Zdjęcie z ok. 1920 r., własność Angela Felińska


Obok posesji państwa Rebelków znajdowała się straż pożarna. Stała tu murowana wieża, od frontu drewniana, z oknami, na której strażacy co jaki czas ćwiczyli wchodzenie po drabinach. Przypominam sobie, że straż posiadała niewielki samochód, pomalowany na czerwono z sygnałem, a także wózek z pompą i wężami, ale bez własnego napędu, tylko ciągnięty przez strażaków.

Dalej na prawo od straży była tzw. tania jatka, czyli sklep mięsny z mięsem z chorych zwierząt. W zależności od tego, na co zwierzę chorowało, mięso sprzedawano surowe albo już sparzone. Pamiętam, że prawie naprzeciwko bożnicy (wtedy mówiono: buźnica), przy skrzyżowaniu ulicy Braci Czeskich i Garncarskiej była z kolei żydowska rzeźnia, gdzie bito dla nich kury. Rabin mieszkał w domu obok, na narożniku ul. Wronieckiej i Garncarskiej, po lewej stronie, patrząc w stronę Rynku.


Pamiętnik Jubileuszowy Związku Straży Pożarnych powiatu szamotulskiego, 1932 r.


Na lewo od ubezpieczalni, w dole, stała kuźnia i dom mieszkalny. Na rogu ul. Szerokiej i Kościelnej, gdzie dziś stoi nowy budynek podobny do bloku, mieszkał Żyd nazwiskiem Hannibal lub jakoś tak podobnie. Był ona handlarzem bydła i koni. W miejscu, gdzie są teraz gabinety doktor Kaczmarkowej, była stajnia i obora dla tych zwierząt i było tam pełno szczurów. Naprzeciwko zaś mieszkała rodzina Durków, których zięć był policjantem. Na narożniku naszej ulicy, po jej drugiej stronie, mieszkało rodzeństwo Idzikowskich: Andzia, chyba Józia, Bolesław (po wojnie zamieszkał w Krzyżu, gdzie prowadził piekarnię), Stachu, który zamieszkał potem w Anglii, i Heniu. Heniu był, o ile pamiętam, oficerem wojska polskiego i zginął we wrześniu 1939 r. koło Kutna. Przed wojną miał on małe radio ze słuchawkami i pozwalał nam czasem posłuchać muzyki. Rodziców oni już nie mieli. Na ul. Szerokiej mieszkał też Jan Najder, który przed wojną posiadał jeden z nielicznych w mieście rowerów. Czasem pozwalał nam na nim pojeździć i – chociaż nie mieliśmy własnego – nauczyłam się jeździć rowerem.

Podczas okupacji, nie pamiętam dokładnie kiedy, ale chyba w 1943 r., moja matka dostała przydział innego mieszkania – jeden pokój w domu jednorodzinnym Niemki Hoffmannki [Hoffmann], w Szamotułach przy obecnej ul. Ogrodowej. Pamiętam jedynie, że był to mały parterowy dom. Potem, zgodnie z nakazem władz niemieckich, już pod koniec wojny, matka przeniosła się do domu przy ul. Sukienniczej 5.

Szamotuły przed wojną to było bardzo ładne, zadbane i czyste miasto. Jego sprzątaniem zajmowali się pracownicy komunalki, natomiast mieszkańcy zobowiązani byli do utrzymania w czystości ulicy przyległej do budynku. Pamiętam, że musieliśmy łyżeczką usuwać trawę wyrastającą spomiędzy kamieni bruku ulicznego przed naszym domem. Z kolei gospodarze, przyjeżdżający wozami na targ lub do kościoła, na bieżąco sprzątali odchody po swoich koniach. Społeczeństwo było raczej biedne, wiele domów nie miało elektryczności. Dom nasz oświetlany był tylko lampą naftową.

Mama pracowała przed wojną i w czasie okupacji w młynie. Podczas pracy, pod koniec 1944 r., została przyłapana przez Niemców, jak wynosiła 2 kg mąki. Została za to zaprowadzona na posterunek policji niemieckiej, tam pobita i wyrzucona z roboty.

Matka zarabiała (tak mi się wydaje) w młynie 9 złotych na tydzień i zajmowała się tam naprawianiem uszkodzonych worków na mąkę. Pracowała na jedną zmianę, w godz. 8.00-18.00, m.in. razem z paniami Dunder i Duks. Codziennie o godz. 12.00 w młynie była przerwa i nosiłam matce, gdy tylko mogłam, do młyna na ul. Chrobrego obiad ugotowany przez ojca. Tata zajmował się przeważnie domem, o ile nie miał jakiegoś zatrudnienia. Mama obiad spożywała, siedząc w kotłowni fabrycznej, oddawała mi naczynie i wracałam do domu. Pani Duks, jak pamiętam, wywodziła się z niemieckiej rodziny, ale uważała się za Polkę. Jeden jej syn również pracował w młynie, w warsztacie, drugi zaś syn w czasie okupacji został wcielony do niemieckiego wojska.


Józefa Łuczak i Agnieszka Duks w pracy. Zdjęcie ze zbiorów rodziny


Nasz ojciec pracował dorywczo, od marca do jesieni jako drenarz w rejonie dróg publicznych i zarabiał wtedy najlepiej, a w okresie zimowym pracował przy kampanii cukrowniczej jako kanałowy. Pamiętam, że pracując w rejonie, wstawał bardzo wcześnie i o godz. 2.30 wychodził do pracy. Szedł pieszo aż pod Grzebieniska. Tam wraz z innymi robotnikami wydobywał torf, z którego wykonywano brykiety suszone w polu. Czasami przyniósł ich trochę do domu do palenia w piecu. Wracał również pieszo, pomiędzy 18.00 a 19.00. Zdarzyło się, że parę razy przywiózł go do Szamotuł na rowerze jego kierownik. Mimo dalekiej drogi i ciężkiej pracy, potrafił przynieść w plecaku ziemniaków podebranych po drodze z pola, bo taka była bieda. Gdy była ładna pogoda, wraz z rodzeństwem czekaliśmy na rodziców nad jeziorkiem przy ul. Chrobrego, zaraz za torami przy grubej topoli i stamtąd wszyscy szliśmy do domu. Nad Jeziórkiem w tym czasie, w pobliżu owej topoli, było płatne i odgrodzone kąpielisko. Stał tam barak do przebrania się, była też mała trampolina. Biedniejsi kąpali się bardziej w prawo, w pobliżu mostu na ulicy do cukrowni.

Ojciec nie posiadał żadnego wyuczonego zawodu, często był bez pracy. Za naukę się wtedy płaciło, a on nie miał w młodości pieniędzy. Kampania w cukrowni trwała od listopada do stycznia. Płukał wtedy w specjalnych kanałach zrzucane buraki cukrowe. Do pracy tej co roku otrzymywał specjalny ubiór skórzany – wysokie do pasa obuwie i kapotę z kapturem. W cukrowni pracował do 1939 r. Z tamtego okresu przypominam sobie długie kolejki wozów rolników zwożących buraku cukrowe. Kolejki zaczynały się przed bramą cukrowni, a kończyły aż przy budynku starostwa. W czasie kryzysu gospodarczego bezrobocie w mieście znacznie wzrosło, szczególnie zimą, gdy brakowało zajęć sezonowych. Najbiedniejsze bezrobotne rodziny otrzymywały wtedy pomoc od miasta w postaci chleba i kawy wydawanej raz w miesiącu.


Cukrownia w Szamotułach, 1937 r. Zdjęcie Muzeum-Zamek Górków


Odżywianie nasze było wtedy skromne: na śniadanie chleb ze smalcem, wątrobianką albo salcesonem, bo to były najtańsze rzeczy. Na obiad w piątek śledzie solone, ziemniaki, zupa jarzynowa, czernina. Jedynie w niedzielę była pieczona wieprzowina, ziemniaki z sosem, kapusta. Na kolację chleb albo polewka z soku z kiszonej kapusty z ziemniakami lub zupa z maślanki. Piliśmy najczęściej kawę zbożową, a gdy ktoś był przeziębiony, to napój miętowo-lipowy. Kwiaty lipy zbieraliśmy z drzew rosnących na skwerku koło rzeźni albo z lip rosnących za cmentarzem. Wysuszone lipowe kwiaty przechowywało się w płóciennym worku. Wiele osób wtedy tak robiło. Zakupy robiliśmy zwykle na rynku, gdzie było wiele sklepów z mięsem, pieczywem, artykułami kolonialnymi. Ojciec raczej nie pił alkoholu, najwyżej raz w miesiącu – po wypłacie – kupił sobie ćwiartkę. Gdy nie miał pracy, czyli pomiędzy styczniem a marcem, pozostawał w domu, gotował obiady itp. Zarobki rodziców starczały na jedzenie, podstawową odzież i zamieszkanie tylko w takim mieszkaniu.

W mieście funkcjonowały zakłady przemysłowe: olejarnia przy ul. Dworcowej, młyn przy ul. Chrobrego i młyn przy ul. Młyńskiej – oba należące do rodziny Koerpel, meblarnia Koerpla, cukrownia. Pamiętam, że właściciel młyna dbał o pracowników, a dwa razy do roku, tj. na Wielkanoc i Boże Narodzenie, otrzymywali oni po 25 kg mąki oraz niewielką premię.


Młyn firmy Bracia Koerpel, ul. Bolesława Chrobrego, 1930 r. Zdjęcie Fotopolska.eu


Pamiętam, że przed wojną, szczególnie w ciepłej porze roku, często do miasta zajeżdżali Cyganie; jedni biednymi wozami, inni wozami urządzonymi jak domki, które stawiali na Rynku, w narożniku przy ulicy prowadzącej do szpitala. Jak tylko się pojawili, ich kobiety wchodziły do mieszkań, aby powróżyć, ale zdarzały się też kradzieże. Na noc wyjeżdżali z miasta i zatrzymywali się zwykle w pobliskim lesie.

Na Rynku stała figura Jana Nepomucena, zniszczona przez Niemców niedługo po wkroczeniu do miasta. Na ul. Dworcowej, przy moście na Samie, stał pomnik powstańców w postaci żołnierza z karabinem, również zniszczony przez Niemców. Obok figury na Rynku stał zegar, który znajduje się tam do dziś. Rynek wtedy wybrukowany był kamieniami, tak jak i inne ulice. Kostkę na Rynku położono dopiero po wojnie.

U wylotu uliczki prowadzącej z ul. Sukienniczej znajdował się przystanek autobusowy. Z miasta wychodziła regularna komunikacja do Poznania i chyba do Obornik. Pamiętam także, że przy Rynku, w budynku na narożniku ul. Szerokiej, tam gdzie potem było PKO, znajdował się duży sklep żelazny żydowskiej rodziny Gersmanów. W tym samym budynku, ale wejście znajdowało się od strony Szerokiej, była knajpa pana Girusa, w której można było kupić np. wódkę na kieliszki; wystarczyło przyjść tylko z butelką i powiedzieć, ile miał nalać. Inna podobna knajpa, ale należąca do Niemca, była na Rynku, w pobliżu przystanku. Kolejny sklep żelazny należący do niemieckiej rodziny był tam, gdzie obecnie jest księgarnia na Rynku. Ponadto posiadali również w mieście garbarnię, mieszczącą się przy ulicy prowadzącej z Dworcowej do młyna, po lewej stronie, zaraz za willą obok mostu na Samie. W garbarni tej pracował między innymi jako garbarz i pracownik gospodarczy ojciec Józefa Szwargota, przyszłego męża mojej siostry.


Rynek w Szamotułach, sklep Gersmanna, lata 30. Zdjęcie z aukcji internetowej


Na Rynku we wtorki, piątki i soboty przez cały rok odbywały się targi. Sprzedający, a byli to przeważnie okoliczni gospodarze, przyjeżdżali na Rynek wozami i rozkładali się od zegara na rynku, i dalej w stronę krzyża, aż po dom państwa Nowaczyńskich. Nie było wtedy straganów, a owoce, warzywa, drób, jajka itd. sprzedawano wprost z wozów. Jedynie raz w roku, chyba w czerwcu, przez trzy dni, trwał jarmark. Wtedy sprzedawano wszystko, a wozy oraz stragany stały wokół całego rynku. Dopiero w czasie okupacji targi były o wiele skromniejsze i koncentrowały się w rejonie zegara. Wtedy wiele gospodarstw rolnych przejęli Niemcy, a ci na Rynku już nie handlowali.

W budynku „Ogniska” nie było wtedy biblioteki, tak jak teraz. Była za to duża sala na imprezy. Po prawej stronie, przy uliczce prowadzącej w stronę szkoły, było wejście do sklepu z książkami i gazetami należącego chyba do pana Kawalera, który prowadził drukarnię. W piwnicy natomiast był skład z nabiałem. Z uliczki prowadzącej z Rynku do szkoły podstawowej było wejście do kuchni, gdzie przygotowywano darmowe posiłki dla najuboższych lub starszych ludzi. Pamiętam, że wiele osób przychodziło tam z kankami np. po zupę.

Na ul. Poznańskiej, Dworcowej i obecnej Wojska Polskiego były mosty przez Samę. Na ul. Poznańskiej i Wojska Polskiego były to mosty drewniane, z bocznymi poręczami o długości innej niż dziś, bo tylko na szerokość rzeki. Mosty zostały zniszczone przez polskich żołnierzy w 1939 r. i odbudowane następnie przez Niemców. Pamiętam, że z powodu wysadzenia wszystkich mostów, trudno było wtedy wydostać się z miasta.


Widok z okna poczty – most na Samie, pomnik Powstańca i kościoł św. Krzyża, 1930 r. Zdjęcie – własność Iwony Górczyńskiej-Hapko


Na ul. Sukienniczej znajdował się szpital, nazywany zakładem Świętego Józefa, gdzie była i nadal jest kaplica i gdzie odprawiano msze. Z tyłu za budynkiem szpitalnym, w pobliżu Samy stał barak przeznaczony dla chorych zakaźnie. W 1936 lub 1937 roku, jak miałam 10-12 lat, zachorowałam na tyfus. Nie wiem, od kogo się zaraziłam, ale z całej rodziny zachorowałam tylko ja. Nie leżałam jednak w szpitalu (nie wiem dlaczego), tylko przez 6 tygodni w domu, a lekarz przychodził do mnie na badania. Wskutek tej choroby wypadły mi ze środka głowy wszystkie włosy, przez co domownicy śmiali się ze mnie i nazywali „łysolem”. Z powodu mej choroby pewnego dnia ktoś przyczepił do naszych drzwi czerwoną kartkę z napisem: „Zakaźny”. Oznaczało to, że ktoś z mieszkańców jest chory i należy dom ten omijać. Przez tyfus, który przechodziłam w maju i w czerwcu, nie skończyłam klasy i musiałam ją w następnym roku powtarzać. Badający mnie lekarz wypisywał dla mnie recepty na lekarstwa, które rodzice odbierali w aptece. Ponieważ oboje byli ubezpieczeni i posiadali książeczki ubezpieczeniowe, za lekarstwa dla mnie nic nie płacili. Nie przypominam sobie, aby przed wojną obowiązywały dzieci szczepienia ochronne, chyba raczej ich nie było. Z tego powodu wielu młodych ludzi chorowało – na tyfus albo gruźlicę. Ok. 1936 r., w wieku 21 lat, na gruźlicę zmarł mój kuzyn z Mutowa – Czesław Janasiak.


Szkoła powszechna w Szamotułach, połowa lat 30., 1. z lewej – Helena Łuczak. Zdjęcie ze zbiorów rodziny


Uczęszczałam do szkoły podstawowej na ul. Kapłańskiej od 7 do 14 roku życia. Pamiętam, że zajęcia w szkole odbywały się od poniedziałku do soboty., zwykle było 4-6 godzin lekcyjnych, kończących się o godz. 13.30. Ja osobiście bardzo lubiłam lekcje rachunków. W szkole prowadzono także zajęcia z religii, a do komunii przystępowało się w wieku 9 lat, po ukończeniu tzw. katechezy, czyli dodatkowych zajęć odbywających się 1-2 razy w tygodniu o godz. 15.30, już po lekcjach. Ja jednakże przystąpiłam do pierwszej komunii rok wcześniej, wraz z moją starszą siostrą Marią. Z tej okazji żona kierownika rzeźni podarowała mojej matce biały materiał na sukienki komunijne dla nas, ale okazał się kiepski. Ojciec, widząc go, powiedział, że tym materiałem to ona może… i kazał mamie kupić inny w sklepie. Niektórzy księża na lekcjach religii byli okropni, bili dzieci trzciną po głowie. Nauczyciele zresztą też, najczęściej po dłoni klapką drewnianą od piórnika. Nauczyciel śpiewu – p. Wincenty Kania – jak ktoś nie nauczył się zadanej piosenki, to używał na niego smyczka. W 1935 roku, gdy zmarł Józef Piłsudski, wszystkie dzieci w szkole musiały obowiązkowo nosić na ręce czarną opaskę.

W szkole corocznie organizowano Dzień Dziecka. Tego dnia po południu gospodarze ze Szczepankowa (a mieszkało tam wielu Niemców) podjeżdżali wozami drabiniastymi z podłużnymi drewnianymi ławkami pod szkolę, skąd zabierali dzieci na zabawy przy szkole podstawowej w Szczepankowie. Wracaliśmy stamtąd już późnym wieczorem, a każde dziecko trzymało w ręce lampion z zapaloną świeczką. Ponieważ jechało wiele wozów, wyglądało to w nocy bardzo ładnie.


Korytarz w Szkole Powszechnej im. Marii Konopnickiej, wśród nauczycieli Wincenty Kania, 1938 r. Zdjęcie z kroniki szkoły


Gdy byłam już w starszych klasach szkoły podstawowej, wstąpiłam do harcerstwa. Mama kupiła materiał i dała mi uszyć harcerski mundurek. W 1936 lub 1937 roku uczestniczyłam w harcerskiej pieszej wycieczce do Pamiątkowa. Tam zostawiliśmy, o ile pamiętam, w szkole swoje rzeczy i poszliśmy dalej do Rokietnicy do kościoła na mszę, skąd powróciliśmy do Pamiątkowa. Do Szamotuł mieliśmy wracać również pieszo, ale wypatrzyły mnie nasze sąsiadki z Szamotuł, siostry Krzyżaniak (pochodziły one z Pamiątkowa i tam miały rodziców). Do domu wróciłam wraz z nimi, autobusem, bo byłam już bardzo zmęczona. Szefem harcerzy szamotulskich w tamtych latach był pan Zgaiński.

Za szkołą znajdował się dobrze wtedy utrzymany park z kilkoma stawkami i pomalowanymi na biało łukowatymi mostkami. Wiem, że w czasie okupacji, ale nie pamiętam roku, w jednym z tych stawów utopiła się około 10-letnia córka państwa Lesickich mieszkających na Rynku i posiadających przed wojną sklep z rowerami. Nad stawy poszła wraz ze swoim rówieśnikiem, Niemcem, którego rodzina przybyła do Szamotuł.

Wakacje szkolne trwały tak jak i teraz, w lipcu i sierpniu. Zimowych ferii nie było, tylko wolne od szkoły były dni od Wigilii do Trzech Króli. Zimą bawiliśmy się na dworze, jeżdżąc na żelaznych sankach z górki od naszego domu do budynku rzeźni albo za cmentarzem przy torach kolejowych, w dół do mostku kolejowego na strudze. Latem, jak była pogoda, kąpaliśmy się w Jeziórku albo w Mutowie., gdzie chodziłam ze swoją siostrą Marią oraz koleżankami: Rybarczyk i Najderek. Do Mutowa skręcało się w prawo z drogi do Piotrkówek, a przed wsią znajdowała się duża drewniana stodoła. Nasze „kąpielisko” był to staw dla kaczek, dosyć duży, znajdował się w bok od zabudowań.


Rynek w czasie niemieckiej okupacji. Na wewnętrznym narożniku przed wojną mieściła się apteka Wawrzyńca Kosickiego. Zdjęcie Muzeum-Zamek Górków


Szkoła organizowała dokarmianie uczniów pochodzących z biednych rodzin w ten sposób, że przyjmowała zgłoszenia bogatszych rodzin chcących uczestniczyć w takiej działalności i kierowała do konkretnych rodzin dzieci na obiady. Ja zostałam skierowana na obiady podawane o godz. 13.00 do państwa Kosickich, posiadających wtedy aptekę na rynku, na narożniku obok domu p. Nowaczyńskiego. Państwo Kosiccy to byli bardzo dobrzy ludzie; mieli dwóch synów na studiach oraz córkę. Gdy w 1932 r. urodziła się moja siostra Zosia, to pan Kosicki wyraził chęć trzymania jej do chrztu. Jako matkę chrzestną siostry dobrał sobie żonę właściciela majątku w Grabówcu, na którą mówiliśmy „hrabina”, ale nie pamiętam już jej nazwiska. W rewanżu ojciec na stawach przy ul. Chrobrego łowił szczupaki, które zanosił Kosickim.

Dla najuboższych rodzin szkoły organizowały też w gimnazjum obok szpitala spotkania gwiazdkowe, gdzie dzieci otrzymywały m. in. paczki. Taką paczkę dla mnie przygotowała córka państwa Kosickich. W paczce było dużo jedzenia oraz płaszcz, buty itp. Były to rzeczy używane, ale w bardzo dobrym stanie. Pamiętam także, że „hrabina”, o której wspomniałam, powiedziała, iż możemy do niej przychodzić codziennie po darmowe mleko. Od tego czasu każdego dnia szłam pieszo do Grabówca z małą kanką i tam otrzymywałam dla rodziny 3 litry mleka, po czym wracałam do domu. Czasem – w drodze powrotnej – ktoś zabierał mnie furmanką. Hrabina z mężem mieszkała w samym Grabowcu, w dużym domu w pobliżu Samy. Aby tam trafić, należało zejść z głównej drogi w prawo na dół, a ich dom był po lewej stronie. Mieli oni zarządcę, który mieszkał w tym samym budynku, a z czasem został on teściem mojego kuzyna, Henia Janasiaka z Mutowa.

Będąc jeszcze w szkole, uczestniczyłam w pochodach organizowanych z okazji święta 3 Maja. Tego dnia zbieraliśmy się w naszej podstawówce, po czym przechodziliśmy w rejon szkoły na ul. Staszica. Tam była zbiórka wszystkich uczestników: kombatantów powstania wielkopolskiego, hallerczyków, pracowników zakładów z terenu miasta, starszych uczniów szkół, bractwa kurkowego itp. Z ulicy Staszica maszerowaliśmy przez ul. 3 Maja, dalej Lipową, Poznańską na Rynek, a na Dworcowej się rozchodziliśmy. Bractwo kurkowe gromadziło bogatszych mieszkańców, głównie właścicieli sklepów. Pamiętam ich jak maszerowali ubrani w zielone mundury. Jednym z braci kurkowych był p. Mańczak zamieszkały na Rynku, na narożniku naprzeciwko obecnych ubikacji. Na parterze, tam gdzie teraz sklep odzieżowy, posiadał sklep mięsny. W dzień jego imienin, na Rynku przed domem grała orkiestra, po czym zapraszał delegatów do domu na poczęstunek.


Dożynki w Gałowie, przed 1939 r. W środku Zofia i Michał Mycielscy. Mycielscy herbu Dołęga. Właściciele Szamotuł i Gałowa, Szamotuły 2013


W Gałowie mieszkali w tamtym czasie hrabiowie Mycielscy. Hrabina Mycielska była postawną kobietą, którą zajmowało gospodarstwo, nawet doglądała osobiście dojenia krów. Była to taka „herszt-baba”. Z kolei hrabia Mycielski bardzo interesował się wojskiem. Gdy odbywały się uroczystości lub pochody w mieście, to on na koniu prowadził swój oddział, około 20 jeźdźców na koniach, przebranych w mundury, w rogatywkach, z lancami i proporczykami. Mycielscy mieli dwie córki, jedna była bardzo ładna, oraz syna, często jeżdżącego konno po polach gałowskich. Miałam w Gałowie dalszych krewnych i od nich wiem, że pracownicy majątku w Gałowie bardzo ich sobie chwalili. Mycielscy corocznie organizowali dożynki, które odbywały się w parku przed pałacem w Gałowie. Ludzie ubrani w stroje szamotulskie tańczyli, śpiewali, a za swą robotę dodatkowo dostawali kiełbasę i wódkę. W samych Szamotułach dożynki odbywały się na placu za zamkiem, a wszystkie okoliczne wsie organizowały własne dożynki.

Wiem, że przed wojną w mieście działała grupa narodowców, składająca się z zamożniejszych mieszkańców. Nie byli oni jednak tolerowani przez władze i nie starali ujawniać swoich działań. Do grupy tej należał najstarszy Rebelka; widziałam go kiedyś ubranego w wysokie buty, spodnie bryczesy i koszulę koloru kawa z mlekiem oraz czapkę furażerkę. Ich mundur był trochę podobny do tego, jaki nosili w czasie okupacji hitlerowcy. Do tej organizacji należał też właściciel sklepu z kapeluszami, mieszczącego się na ul. Wronieckiej – po prawej stronie zaraz przed Rynkiem, nazwiskiem Fręś lub podobnie.

W kolegiacie nie było ołtarza jak teraz, ksiądz odprawiał mszę po łacinie przy ołtarzu głównym. Były też organy. Na ścianach kościoła, na lewo i prawo od kruchty wisiały tablice grobowe osób w tych miejscach pochowanych. Przed wojną proboszczem był ks. Kaźmierski, którego Niemcy w czasie okupacji gdzieś wywieźli. Wrócił w 1945 r. do Szamotuł, ale niedługo potem zmarł. Po wybudowaniu dzwonnicy, ok. roku 1937 r. zakupiono nowe dzwony, w tym jeden duży, który dzwonił tylko na Wielkanoc i pasterkę. Dzwony te przyjechały do miasta na platformach konnych i zostały zawieszone – widziałam to po drodze ze szkoły.


W środku zdjęcia Zofia Mycielska i Konstanty Scholl. Na dole, obok ministrantów, stoi kościelny Henryk Ciężki. 1926 r.


W 1939 lub 1940 r. Niemcy dzwony pozdejmowali i wywieźli. Kościół został zamknięty w 1941 r. i zamieniony na magazyn, a ludziom zabroniono zaglądać do środka. Msze dla katolików z Szamotuł odprawiano w kościele w Otorowie. Szamotulacy opowiadali już po wojnie, że Niemcy w styczniu 1945 r. mieli zamiar zamknąć w środku wszystkich polskich mieszkańców i kościół podpalić lub wysadzić. Po zamknięciu kościoła nie wolno było chrzcić dzieci. Takie chrzty w czasie okupacji odbywały się potajemnie, w domach prywatnych. Pogrzeby także odbywały się bez księdza. Krótko przed wojną wyznaczono nowe miejsce pochowków w Piaskowie, na polach w pobliżu torfowisk i stawów. Wiem, że jednym z pierwszych tam pochowanych był Władysław Łuczak, zmarły jesienią 1939 r. brat mego ojca. Mój ojciec zmarły w 1943 r. pochowany już został na szamotulskim cmentarzu.

W kolegiacie zainstalowany był kurant, który o godz. 12.00 wydzwaniał „Witaj, śliczna…”. Na mszach zawsze było bardzo dużo ludzi, tak że nie mieścili się w środku i wielu stało na zewnątrz. Do miasta wozami i bryczkami przyjeżdżało w niedziele wielu okolicznych gospodarzy, przez co sąsiednie ulice były gęsto pozastawiane. Ale najładniej wyglądało to na Zielone Świątki, gdy rolnicy przyjeżdżali wozami drabiniastymi przystrojonymi gałęziami brzozowymi. Kościelnym był wtedy Henryk Ciężki, kawaler, już starszy wiekiem, mieszkający obok probostwa. Był on niski, kulał, ciągnąc nogę za sobą, jak chodził, jąkał się. Dbał jednak bardzo o kościół, potrafił nawet zganić księży, jak coś mu się nie podobało, albo uważał, że wie coś lepiej – ogólnie to był straszny nerwus.

W kościele, na niektórych ławkach, były tabliczki z nazwiskami osób, które od proboszcza wykupiły sobie miejsca. Bywało, że całe ławki były zarezerwowane dla rodzin, a najczęściej byli to właściciele sklepów, zakładów. Jak na mszy usiadł ktoś inny w takim miejscu, to musiał je opuścić i udostępnić uprawnionemu. Wielu ludzi stało w nawach bocznych i na dworze.

Na prawo od drogi prowadzącej z kolegiaty na cmentarz znajdował się duży ogród należący do człowieka nazwiskiem Smul. Z prawej strony samego cmentarza było miejsce wydzielone do chowania zmarłych nieochrzczonych, a także dla wisielców. Dalej, na prawo w stronę więzienia, było pole uprawne dzierżawione od księży przez Cieciorę. Za cmentarzem, przy torach, również było pole uprawne.

Pamiętam, że na Wielkanoc biedniejsi chodzili ze święconką do kościoła. Do bogatszych mieszkańców księża przychodzili do domów święcić jedzenie. Bywając w domu Rebelków, widziałam, jak ksiądz święcił ustawione na udekorowanych gryszpanem stołach placki, babki, misy pełne kiełbas. Przy okazji popił sobie winka, najadł się i jeszcze dostał jakieś pieniądze. My mieliśmy na święta tylko jajka, trochę szynki i placek.

Do 1939 r. kościół klasztorny nie był kościołem parafialnym i nie był dostępny powszechnie dla wiernych. Cały teren odgrodzony był aż do obecnego chodnika ul. Dworcowej wysokim murem, który rozebrano chyba dopiero po wojnie. W czasie wojny kościół zamieniony został na niemiecki magazyn alkoholi.

Przy ul. Dworcowej, tam gdzie obecnie jest kino, znajdował się hotel „Eldorado”. Na parterze budynku była restauracja, a na piętrze duża sala na imprezy. W 1939 r., krótko przed wojną, byłam tam wraz siostrą Marią i rodzicami na zabawie.


Kościół ewangelicki przy pl. Sienkiewicza. Zdjęcie – własność Barbara Piekarzewska (zakład fotograficzny Alojzego Mocka)


Na placu Sienkiewicza pośrodku skweru stał kościół ewangelicki nazywany też „kircha”, z wysoką wieżą. Budynek ów był mniejszy od żydowskiej bożnicy, ale ta z kolei była bez wieży. Niemcy uczestniczyli w swych mszach tylko w niedziele, tam też brali śluby. Przed wojną prace dekarskie na wieży wykonywali panowie Wilhelm i Ludwik Spychałowie. Dookoła rosły duże, grube drzewa, a przed wejściem, aż do samej ulicy znajdował się długi klomb z różami i z chodnikami po bokach. Z tyłu, za kościołem, tam gdzie obecnie jest budynek technikum znajdował się ewangelicki cmentarz.

Po wojnie wieża ponoć wyraźnie się przechyliła. W latach 50. uzyskano stosowną zgodę z ewangelickiej gminy w Niemczech, przyjechało wojsko i kościół został wysadzony w powietrze. Tego dnia okoliczni mieszkańcy zostali zobowiązani do pozostania w domach i na polecenie wojska pozaklejali szyby w oknach paskami papieru. Niewiele jednak to pomogło, bo w wyniku eksplozji większość szyb i tak wypadła z ram. Gruzy zostały szybko uprzątnięte i reszta murów została rozebrana do poziomu ziemi.

Posterunek policyjny znajdował się w kamienicy na ul. wówczas Sądowej, a teraz al. 1 Maja, w pobliżu budynku sądu. Przedwojennej Policji mieszkańcy bali się, w mieście panował porządek i nie było takich przestępstw jak obecnie, chociaż policjantów za wielu na mieście się nie widziało. Policjanci to byli wysocy, masywni mężczyźni, ubrani latem i zimą w takie same granatowe mundury. Służbę pełnili pieszo, uzbrojeni w pistolety. Pamiętam, że na ul. Ratuszowej, w domu z czerwonej cegły należącym do magistratu, na parterze były pomieszczenia policyjnego aresztu, gdzie przetrzymywano zatrzymanych, czy to pijaków, czy też złapanych na złodziejstwie. Czasami z ciekawości próbowaliśmy do tego aresztu zajrzeć przez okna. W tym samym domu zamieszkiwali rodzice mego przyszłego męża, gdy jego ojciec pracował jako miejski ogrodnik.

Przypominam sobie, że w czerwcu około św. Jana, odbywała się impreza nad Jeziórkiem, wydaje mi się, że było to związane z Dniami Morza. Wtedy na wozie przez miasto wieziono ładnie pomalowaną łódź, którą spuszczano na wodę, a przebrane za krakowianki dziewczyny puszczały na wodę pływające świeczki. Obok jeziorka znajdował się budynek strzelnicy bractwa kurkowego, w którym odbywały się rożne zabawy.


Strzelnica w Szamotułach, dziś ul. Wojska Polskiego, 1929-1939. Zdjęcie z aukcji internetowej


Przed wojną na ul. Sportowej powstał stadion miejski. Właściwie to był już poza miastem, bo prowadziła do niego polna droga. Później, przy wejściu, zbudowano mały dom, gdzie z żoną zamieszkiwał opiekun boiska – Stanisław Kurowski. Cały teren dookoła zajmowały wtedy pola. Na ul. Chrobrego budynki znajdowały się praktycznie tylko po prawej stronie drogi. Tam też, mniej więcej naprzeciwko młyna, za bocznicą kolejową cukrowni stał budynek, gdzie mieszkały osoby upośledzone umysłowo.

Ówczesne Szamotuły to był Rynek i kilka wychodzących z niego ulic. Wystarczyło tylko kilka minut, aby po wyjściu z domu być już poza miastem wśród pól.

Przy ul. Poznańskiej obok krzyża stoi do dziś dom, gdzie mieszkała rodzina Kurowskich. Matka opowiadała mi grubo przed wojną, że w tym budynku był kiedyś szpital dla chorych zakaźnie, zaś tam zmarłych chowano w lasku przy drodze do Piotrkówek.

Przed wojną pociągiem nigdzie nie jeździłam, pierwszy raz jechałam koleją dopiero po skierowaniu na prace przymusowe do Nojewa. Nigdy wtedy nie byłam w Poznaniu. W rejon dworca kolejowego nie chodziliśmy.

Przed wojną zimy były śnieżne i mroźne, po 20-25 stopni. Najzimniej bywało w styczniu. Nie pamiętam, w którym to było roku, ale napadało szczególnie dużo śniegu, którego nawiało aż do połowy okna naszego mieszkania na parterze. Wtedy to na ul. Dworcowej, aby się przedostać, ludzie kopali sobie w śniegu tunele. Do odśnieżania wykorzystywano bezrobotnych, którzy w takim czasie zgłaszali się pod magistrat na ul. Ratuszowej i tam przydzielano im robotę. Nadmiar śniegu wywożono wozami konnymi do strugi albo do Jeziórka. Zimą nauczyłam się jeździć na łyżwach, pożyczonych od Janka Kaszkowiaka, którego ojciec był gońcem w ubezpieczalni. Jeździłam na zamarzniętym Jeziórku albo po lodzie na ulicach. Te łyżwy należało umocować, wbijając je w korek butów, i kiedyś podczas jazdy go urwałam. Za to dostałam od ojca lanie – właśnie tym zniszczonym butem. Ojciec nie miał zawodu, ale potrafił obuwie naprawiać i wszystkie uszkodzenia reperował sam.

Święta Bożego Narodzenia były u nas bardzo skromne. Choinka stała na stole, bo nie było dla niej w mieszkaniu innego miejsca. Ozdobiona była kolorowymi łańcuchami z papieru, które robiliśmy w szkole, jabłkami, bombkami, cukierkami oraz świeczkami. Na wieczerzę wigilijną były ziemniaki, smażone ryby, które ojciec złowił na stawach, kluski z makiem. Pamiętam, że kluski te robiło się z ciasta jak na makaron, potem cięło się go w paski i gotowało. Ugotowane ciasto mieszało się z makiem i niewielką ilością cukru przemielonego w maszynce do mięsa. Były także śledzie z cebulą i w oleju, które szczególnie lubił mój ojciec. Po kolacji śpiewaliśmy z rodzicami kolędy. Potem obowiązkowo o 24.00 była pasterka w kolegiacie.

Już na tydzień przed Gwiazdką dzieciaki z biedniejszych rodzin chodziły po domach albo sklepach z szopką, zrobioną z kartonowego pudełka z wyciętym przodem i okienkami z boku. W środku były przyklejone papierowe figurki świętych, które można było kupić albo zrobić samemu, a reszta wymoszczona była sianem. Dzieci chodziły, śpiewały kolędy i zawsze dostały jakiś grosz. Pamiętam, że z taką właśnie szopką chodzili moi bracia – Władek i Marian, a trwało to aż do Trzech Króli. Po świętach odbywała się kolęda, kiedy to księża odwiedzali domy wszystkich mieszkańców, i tych bogatych, i tych najbiedniejszych. Ksiądz na kolędzie częstował dzieciaki cukierkami, ale i dla niego „co łaska” też była. W noc sylwestrową nie czekaliśmy na północ, po prostu wszyscy spali; bale były tylko dla bogatych. Jedynie w Nowy Rok, o ile pamiętam, o godz. 6.00 albo 8.00, była msza.

Już w marcu robiło się wyraźnie ciepło, czasami tak ciepło, że biegaliśmy boso. Lata były bardzo ciepłe, z burzami. W 1938 r. w lipcu trwały prace żniwne na polu przy drodze do Gąsaw. Przyszła burza z piorunami, jeden uderzył w stóg zboża zaraz obok ludzi pracujących na maszynie przy omłotach. Niektórzy pracownicy zostali poparzeni.

Koniec części 1.


Spisane i opracowane w latach 2013-2016


Helena Kurkiewicz z domu Łuczak, córka Franciszka Łuczaka i Józefy z d. Janasiak, ur. 22.07.1925 r. w Szamotułach, zm. 03.03.2015 r. w Szamotułach. Nie pracowała zawodowo, zajmowała się domem i pięciorgiem dzieci. Mieszkała przy ul. Sukienniczej. 

Szamotuły w okresie międzywojennym – wspomnienia Heleny Kurkiewicz2019-11-23T10:21:11+00:00

Katolicy i bracia czescy, czyli konflikt wokół kościoła kolegiackiego w Szamotułach

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Katolicy i bracia czescy, czyli konflikt wokół kościoła kolegiackiego w Szamotułach

Łukasz III Górka herbu Łodzia (ok. 1533-1573) – wojewoda poznański. XIX-wieczny drzeworyt Aleksandra Regulskiego według rysunku Jana Matejki

Ok. 1558 r. Łukasz III Górka sprowadził do Szamotuł Aleksandra Aujezdeckiego – brata czeskiego, drukarza. Szamotuły stały się w ten sposób 1. ośrodkiem drukarstwa w Wielkopolsce. Aujezdecki w Szamotułach przebywał do 1564 r. (lub 1561), wydał tam – m.in. – książkę O prawdziwym i gruntownym używaniu zbawienia, w zaspokojonym człowieka sumieniu. Rozmowa czterech braci zakonu Chrystusowego z dozwoleniem i po przejrzeniu Jerzego Israela, seniora Wielkopolskiego (autor Beneš Bavorynski, tłum. Wawrzyniec Krzyżkowski) oraz kancjonał Pisně chval božskych, nazywany Kancjonałem szamotulskim. Zdjęcie strony tutułowej kancjonału – Muzeum-Zamek Górków.


Treść dokumentu ugody, zapis Edward Raczyński, Wspomnienia Wielkopolski to jest województw poznańskiego, kaliskiego i gnieźnieńskiego, t. 1, Poznań 1842, s. 173-175.

Posrzodki zgody a pokoiu o nabożeństwie P [ana] Jana Swidwy z panem Gostinskie [m] o kosciol wielki szamotulski a probostwo. 1575

Ponieważ mamy blizne nasze miłować jako siebie według bożego rozkazania, a pokoju społecznego ile na nas jest przestrzegając. Ja Jan Swidwa, pan a dziedzic szamotulski z części mojej oznajmuję to, iż żądan będąc od mieszczan szamotulskich i napominan od ludzi pobożnych abym się ku temu skłonił, żeby między mną a JMci panem Gostyńskim, kasztelanem sątoczkim sąsiadem natenczas moim w Szamotułach, ugoda się stała o używaniu w nabożeństwie kościoła wielkiego, ku czemu za słusznemi kondicjam albo wymiankami, dałem się przywieść, jeśliby JMpan Gostyński i też mieszczanie szamotulscy natenczas poddani jego to za wdzięczne przyjąć chcieli, iż bezewszego naruszenia prawa mego w podawaniu proboszcza do tego kościoła (i używaniu tegoż kościoła wielkiego w nabożeństwie prawdziwem ewangelickiem, i wszech dochodów ku temu probostwu należących), chciałbym pokazać chęć a przyjaźń chrześcijańską przeciwko jegomość panu i poddanym jego szamotulanom, a pozwoliłbym, żeby swoje papieskie nabożeństwo w tym kościele, to jest kazanie a sakramenty służenie sprawować mogli, za temi wymiankami pewnemi, które ścisłą umową na intercyzach napisane być mają.

  1. Proboszcz, któregom podał do kościoła wielkiego szamotulskiego, w mocy swej a używaniu albo possessyi kościół, plebanią, szkoły, ogrody, role, stodoły i cokolwiek ku temu probostwu należy i mieć ma i będzie do żywota swego bezewszej przekęski drugiej strony.
  2. Kazanie słowa bożego i sprawy sakramentów SCH. W kościele tym, proboszcz mój, albo jego wikary poranie w niedzielę, we święto, we środę i w piątek, naprzód także i nieszpornego czasu odprawiać ma i będzie. A na tem kazaniu ewangelickiem pospólstwo bez wszelakiej przekęski księdza katolickiego i JMpana i innych bywać ma; potem ksiądz papieski odprawować nabożeństwa będzie mógł.
  3. Dzwoniarz ma być pospolity, żeby na kazanie i ewangelickie i papieskie dzwonił, kiedy czas będzie, a proboszcz rozkaże, także aby dzwonił i ku pogrzebu obowej strony za pozwoleniem proboszczowem.
  4. Item szkoła jedna tylko być ma, w której bakalarz albo mistrz ode mnie albo proboszcza postawiony, uczyć będzie dziatki szamotulskie; a z temi dziećmi i młodzieńcami śpiewania w kościele tylko na kazaniu ewangelickiem odprawować a bywać ma. A na pogrzeb kto pożąda, też powinien z dziećmi iść za co zwykłe myto od starodawna w tem probostwie jemu dawane być ma.
  5. Item ksiądz papieski może sobie szybałły [?] cztery chować dla śpiewania jeśli chce, bez przekęski mistrzowi i szkole.
  6. Dochodów kościelnych, dziesięcin i placów wszech połowicę proboszcz brać ma a połowicę drugą ksiądz papieski, ku czemu JM panowie wspólnie dopomagać mają.
  7. Mieszkanie księdzu papieskiemu mają opatrzyć mieszczanie bez ubliżenia proboszczowego.
  8. Kościół ten wielki, także i Stego [Świętego] Ducha, cmentarze spólnie wszystko pospólstwo poprawiać powinno będzie.
  9. Obrazów żadnych do kościoła nie ma ksiądz papieski wnosić.
  10. Pokój wspólny zachować mają wszyscy, złości, słowy ani uczynkami sobie nie wyrządzając, pod wielkiem karaniem za temi wymiankami w całości zachowanemi, a nie inaczej używać tego kościoła papieżnicy będą mogli. A dla pewności lepszej tej zgody, własnemi rękami panowie, aby się podpisali i pieczęcie swoje przyłożyli ku tym intercyzom jednako spisanym. A pożądali JP panów i szlachty, żeby pieczęcie swoje też przyłożyli. Jan z Krotoszyna wojewoda wrocławski, general starosta wielkopolski. Jędrzej i Stanisław panowie grabie z Gorki. Jan Ostroróg Prokop Broniewski podkomorzy poznański, Joachim Bukowiecki, Niemieczkowski. Stało się w Szamotułach anno ut supra.

Nagrobek Jakuba Rokossowskiego herbu Glaubicz (ok. 1524-1580) – podskarbiego koronnego (lutaranina), bazylika kolegiacka w Szamotułach. Jego syn Jan, katolik, zwrócił kościół kolegiacki katolikom.

Bardzo interesującym dokumentem z dziejów dawnych Szamotuł jest ugoda, którą w 1575 roku zawarli współwłaściciele Szamotuł Jan Świdwa i Mikołaj Gostyński w sprawie zasad korzystania wyznawców różnych wyznań z „kościoła wielkiego”, czyli dzisiejszej bazyliki kolegiackiej.

Żeby lepiej zrozumieć sens tego dokumentu, warto najpierw zapoznać się z kilkoma faktami z historii ówczesnych Szamotuł.

Przez blisko 200 lat Szamotuły miały dwóch różnych właścicieli. W połowie XV wieku miasto oraz inne części majątku podzielono między braci z rodu Świdwów. Zrodziła się wówczas potrzeba wzniesienia drugiej siedziby właścicieli. Pierwszą stanowił Zamek Świdwiński, znajdujący się w miejscu, gdzie później powstał kościół św. Krzyża i zabudowania klasztorne. Druga rezydencja zbudowana została po przeciwnej stronie miasta i od tego momentu mówiło się o dwóch szamotulskich zamkach: południowym (Świdwów) i północnym. Został on wzniesiony pod koniec XV wieku przez syna wspomnianego już Piotra Świdwy – Andrzeja (w bazylice kolegiackiej znajduje się jego cenna płyta nagrobna), a rozbudowany na początku XVI w. przez Łukasza II Górkę – męża jego jedynej córki Katarzyny. Przez kilkadziesiąt lat przedstawiciele potężnego rodu Górków byli właścicielami północnej części miasta.


Tablica fundacyjna Łukasza II Górki, umieszczona na zakończenie przebudowy założenia zamkowego. Obecnie w Muzeum-Zamku Górków. Zdjęcie Jan Kulczak


W połowie XVI wieku Szamotuły stały się dość silnym ośrodkiem protestantyzmu. Przyczyniła się do tego postawa ówczesnych właścicieli miasta, którzy wspierali i braci czeskich, i luteranów. Bracia czescy przybyli do Szamotuł w 1548 roku, czyli zaraz po wydaniu przez cesarza Ferdynanda I Habsburga edykt, w którym postawił przed nimi alternatywę: przejście na katolicyzm albo opuszczenie kraju. Gorliwym członkiem Jednoty braci czeskich został Jan Świdwa, którego ojciec wcześniej związał się z luteranami. Z Kościołem katolickim zerwał także drugi ówczesny właściciel Szamotuł – Łukasz III Górka (mąż Halszki z Ostroga), najpierw członek braci czeskich (wydalony z jednoty „za rozpustę” – prawdopodobnie za nieprzestrzeganie restrykcyjnego zakazu picia alkoholu), a następnie przywódca wielkopolskich luteranów.

W 1569 roku Jan Świdwa i Łukasz III Górka przekazali kościół kolegiacki luteranom, funkcję pastora pełnił wówczas Łukasz z Jaraczewa (Jaraczewski). Już po śmierci Górki – w 1573 roku – Jaraczewski opuścił Szamotuły i gmina luterańska się rozpadła. Józef Łukaszewicz podaje, że pastor czuł się w Szamotułach prześladowany przez katolików, a nawet uważał, ze jego życie jest zagrożone. Jan Świdwa przekazał wówczas kościół braciom czeskim.

W zamku północnym po śmierci Łukasza III Górki zamieszkał na kilka lat katolik Mikołaj Gostyński. Między współwłaścicielami miasta zaczęło dochodzić do ostrych konfliktów w związku z użytkowaniem kolegiaty.

Katolicy spróbowali przejąć świątynię. 2 lutego 1574 roku, w dniu ważnego katolickiego święta, mszę św. w kolegiacie – na prośbę Mikołaja Gostyńskiego oraz szamotulskich rajców – odprawiał ks. Franciszek Marchewka, członek kapituły kolegiackiej i prepozyt kolegiaty w Zbąszyniu. W skardze, jaką złożył później ks. Marchewka, znalazł się dość szczegółowy opis tego wydarzenia (przytaczam go za Słownikiem historyczno-geograficznym ziem polskich w średniowieczu):

„gdy (…) odprawiał mszę w kościele w Szamotułach, powstał tumult wśród zgromadzonego licznie ludu, gdyż Świdwa z uzbrojonymi towarzyszami (Jakubem Kulą Kąsinowskim i jego synem, Tymoteuszem Lipczyńskim, Walentym Redkowskim i Jerzym Przecławskim) wtargnął do kościoła i podszedłszy do ołtarza zapytał: «Co tu robisz Marchewko? Kto ci tu pozwolił wejść?», na co kapłan odparł, że kościół był otwarty i wszedł jako kanonik w Szamotułach z prezenty zmarłego wojewody [Łukasza Górki]; Świdwa kazał mu wypić wino przed konsekracją, wołając, że jest tu dziedzicem, panem i kolatorem; potem jego ludzie siłą odciągnęli kapłana od ołtarza, a ten nie skończywszy mszy, w ornacie poszedł do zamku Gostyńskiego [zamek na północ od miasta] w towarzystwie tłumu płaczących ludzi; w tumulcie tym ucierpiały podobno dzieci i ciężarne kobiety”.

W tym samym czasie Jan Świdwa powoływał świadków, którzy zeznawali, że to Mikołaj Gostyński miał namawiać dwie osoby do „przestraszenia” Błażeja Adamicjusza, stojącego na czele szamotulskich braci czeskich (ministra). Gostyński miał im za to ofiarowywać beczkę piwa. Konflikt był zatem ostry i należało go jakoś rozwiązać.


Ugoda z 1575 r. (odpis), s. 1 i 4


Do ugody między Świdwą i Gostyńskim w sprawie korzystania z kolegiaty doszło rok później – w 1575 r. Dokument ten spisany jest w 1. osobie – w imieniu Jana Świdwy. Na początku Świdwa wskazuje, że do porozumienia doszło na skutek żądań szamotulskich mieszczan i napomnień pobożnych ludzi, powołujących się na nakaz miłości bliźniego i zasady pokoju społecznego.  

Świdwa godził się na sprawowanie w „kościele wielkim”, czyli kolegiacie nabożeństw katolickich („papieskich”), pod wyraźnie określonymi warunkami. Pierwszeństwo należało do odprawianych w niedziele, święta, środy i piątki nabożeństw „prawdziwie ewangelickich”, czyli – w tym wypadku – wspólnoty braci czeskich. „Księdzu papieskiemu” nie wolno było do kościoła wnosić żadnych obrazów. W żaden sposób nie mogły być ograniczane prawa duchownych wspólnoty braci czeskich: wskazanego przez Świdwę proboszcza oraz jego wikarego – w posiadaniu tego właśnie proboszcza pozostawał „kościół, plebania, szkoły, ogrody, role, stodoły i cokolwiek ku temu probostwu należy”. Świdwa godził się natomiast na podział na pół dochodu z kościoła, dziesięciny i placów (dzierżaw). W związku z tym pół miały być dzielone obowiązki związane z utrzymaniem kościoła kolegiackiego, kościoła św. Ducha na przedmieściu Poznańskim oraz cmentarzy. Wspólny miał być natomiast „dzwoniarz”, czyli dzwonnik oraz – co ważne – szkoła dla „dziatek szamotulskich”. Ksiądz katolicki, jak rozumiem, mógł nauczać część dzieci, jednak na czele szkoły miał stać nauczyciel (w stopniu bakałarza lub mistrza) powołany przez Świdwę lub jego proboszcza, a jej uczniowie mieli uczestniczyć tylko w nabożeństwach braci czeskich.  

„Pokój wspólny zachować mają wszyscy, złości, słowy ani uczynkami sobie nie wyrządzając” – pisał w zakończeniu Świdwa, jeszcze raz podkreślając, że zgadza się na używanie kościoła przez „papieżników” tylko pod wskazanymi wcześniej warunkami.


Ugoda z 1575 r., s. 2-3


W 1579 roku Jan Świdwa sam złamał zasady tej umowy. Jak zeznawali świadkowie w sprawie, którą wytoczył prepozyt kolegiaty Wojciech Bieganowski (ks. katolicki), „w niedzielę 21 VI wieczorem Jan Świdwa przyszedł z uzbrojonymi ludźmi, wydarł dzwonnikowi klucze i wtargnął do kościoła i zakrystii, po czym zamknął kościół i zapieczętował go swoją pieczęcią; nazajutrz jego ludzie wtargnęli rano do domu prepozyta i cały dzień w nim pili (piwo dostarczano im z zamku), hałasowali i strzelali aż do nocy” [relacja – cytat ze Słownika historyczno-geograficznego ziem polskich w średniowieczu]. Kiedy w 1581 roku toczyła się sprawa przed sądem króla Stefana Batorego w czasie sejmu warszawskiego, sam Świdwa już nie żył.

Kolegiata wróciła ostatecznie do katolików w 1594 roku. Była to decyzja Jana Rokossowskiego – właściciela zamku północnego, zarazem męża Zofii Świdwianki, córki Jana Świdwy – właściciela zamku południowego. W przeciwieństwie do swojego ojca Jakuba, luteranina, Jan Rokossowski był katolikiem. Wyznania protestanckie w Szamotułach były już w tym czasie w odwrocie, były to zresztą już czasy kolejnego króla – Zygmunta III Wazy, zwolennika kontrreformacji. Bracia czescy przenieśli się z nabożeństwami do znacznie mniejszego kościoła św. Ducha, a w 1615 roku i tę świątynię zwrócili katolikom.

Bibliografia:

  1. Internetowy polski słownik biograficzny, hasła: Andrzej Świdwa Szamotulski, Jan Świdwa Szamotulski, Łukasz II Górka, Łukasz III Górka.
  2. Józef Łukaszewicz, O kościołach braci czeskich w dawnej Wielkiejpolsce, Poznań 1835, s. 350-351.
  3. Piotr Nowak, Dzieje bazyliki kolegiackiej oraz parafii Matki Bożej Pocieszenia i św. Stanisława Biskupa w Szamotułach, Szamotuły 2018.
  4. Edward Raczyński, Wspomnienia Wielkopolski to jest województw poznańskiego, kaliskiego i gnieźnieńskiego, t. 1, Poznań 1842, s. 171-175.
  5. Słownik historyczno-geograficzny ziem polskich w średniowieczu, hasło: Szamotuły.
  6. Ugoda między katolikami a braćmi czeskimi dotycząca wspólnego użytkowania kościoła parafialnego w Szamotułach, 1575.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Od urodzenia związana z Szamotułami. Polonistka (jak mama) i regionalist(k)a (jak tata).

Dr nauk humanistycznych, redaktor i popularyzator nauki. Prezes Stowarzyszenia WOLNA GRUPA TWÓRCZA, przewodnicząca Stowarzyszenia Wychowanków Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi, wiceprezes Szamotulskiego Stowarzyszenia Charytatywnego POMOC.

Katolicy i bracia czescy, czyli konflikt wokół kościoła kolegiackiego w Szamotułach2019-11-18T12:45:26+00:00

Andrzej J. Nowak – Norman Sherran w poszukiwaniu korzeni

Andrzej J. Nowak

Norman Sherran – poszukiwanie korzeni

Od kilkunastu lat tworzę „puzzle”. Nazwałem tak krótkie (czasem nieco dłuższe) luźne, niezobowiązujące zapiski i rysunki. Są to opisy miejsc, ludzi, sytuacji – anegdoty i refleksje. Nie tworzą one, jak dotąd, jakiegoś pełnego obrazu. Jednak poszczególne kawałki układają się w większe fragmenty, które kiedyś, być może, będą złożone w całość. Zapisuję je pod wpływem chwili z pamięci. Czasem wspomagam pamięć notatkami, zapiskami z kalendarzy, szkicami, rysunkami i fotografiami.

Oczywiście,  „puzzle” zawierają wątki osobiste.


Normana poznałem w czasach początków naszej ustrojowej transformacji, po wyborach parlamentarnych 1989 roku. Radośnie otworzyliśmy się wtedy na świat. Zaczęliśmy wyjeżdżać za granicę. Polska stała się interesującym partnerem dla zagranicznych inwestorów. Norman Sherran, inżynier i biznesmen ze Stanów Zjednoczonych, przyjechał do Poznania jako wiceprezydent Tishman Construction Corporation z Nowego Jorku. Firma była zainteresowana realizacją inwestycji komercyjnych w Poznaniu na terenie, gdzie dzisiaj ciągle jeszcze buduje się zespół biurowców „Andersia” (w Poznaniu się nie powiodło, ale w Warszawie i Krakowie Tishman zrealizował wiele dużych projektów).

Podczas luźnej rozmowy, w przerwie oficjalnego spotkania, Norman wspomniał, że jego rodzina pochodzi z Polski, konkretnie – z Wielkopolski. Pradziadek zaś urodził się w Szamotułach! Od razu, jako krajanie, poczuliśmy do siebie sympatię. Powiedział, że to są chwilowo wstępne informacje i że zajmuje się teraz ustalaniem szczegółów. Oczywiście zadeklarowałem pomoc. I tak się rozpoczęła nasza wieloletnia znajomość. Zauważyłem, że korzenie jego rodziny tkwią zapewne w podpoznańskim Swarzędzu. Świadczy o tym nazwisko rodowe Schwersenz, którym posługiwali się jego przodkowie (Swarzędz w języku niemieckim – Schwersenz).



Zaintrygowała mnie szczególnie informacja, że pradziad Simon Schwersenz urodził się w Szamotułach. Odwołałem się do pamięci mojej Mamy Barbary Nowakowej. Poprosiłem, by zrobiła spis rodzin żydowskich mieszkających przed wojną w Szamotułach. Mama doskonale pamiętała nazwiska mieszkańców z okresu międzywojennego. W spisie nie ma nazwiska Schwersenz.


Nazwiska przedwojennych żydowskich mieszkańców Szamotuł (Barbara Nowakowa, 13.10.1995 r.)


Odpisy aktów urodzin, małżeństw i zgonów przodków Normana uzyskane z Urzędów Stanu Cywilnego pozwoliły na ustalenie szczegółów. W XIX i na początku XX wieku rodzina Schwersenzów mieszkała w Chludowie, gdzie urodzony w 1827 r. w Szamotułach, pradziadek Simon (Szymon) prowadził gospodę. Zmarł w Berlinie w 1921 r. (żył 94 lata!). Prababka Ernestyna, z domu Lowenthal, zmarła w Poznaniu w 1900 r. W Chludowie urodził się w 1863 r. dziadek Normana Adolph. Babka Charlotte, z domu Glassmann, pochodziła z Wronek. Urodziła się w 1878 r. Jej ojciec, Isaac (Izaak) i bracia, mieli we Wronkach piekarnię. Ojciec Arno, jego siostra i trzej bracia, również urodzili się w Chludowie w pierwszym dziesięcioleciu XX w.

Po I wojnie światowej rodzina Schwersenzów przeniosła się do Berlina, a potem do Stanów Zjednoczonych i Izraela. Część rodziny, która nie opuściła Niemiec przed wybuchem II wojny światowej, zginęła w 1943 r. w obozach zagłady Auschwitz i Teresinie (Theresienstadt). Amerykańska część rodziny zmieniła trudne w wymowie pisowni i pisowni nazwisko Schwersenz na Sherran. Rodzina w Izraelu, używa nazwiska Sharon.


We Wronkach, 19.10.1995 r. Od lewej: Debie Sherran (żona Normana), Paweł Stryczyński, Norman i Arye Sharon, żona Arye.


Jesienią 1995 r. Norman przysłał wiadomość, że jego przyrodni brat Arye, który mieszka w Izraelu, przyjedzie do niego w październiku w odwiedziny (Norman prowadził wtedy inwestycję w Warszawie). Zaplanował, że w przyjadą na kilka dni do Poznania. Zorganizowałem dla nich odwiedziny w Chludowie, Wronkach i w Szamotułach.

W Chludowie zlokalizowaliśmy, jak nam się wydawało, budynek gospody, którą prowadziła rodzina Schwersenzów. We Wronkach, korzystając z pomocy mojego dobrego kolegi z klasy licealnej – Pawła Stryczyńskiego (niestety, już nieżyjącego ) – domy, w których mieszkała i prowadziła piekarnię rodzina Glassmannów. W Szamotułach pokazałem im miejsce, gdzie do czasów II wojny światowej był cmentarz żydowski (kirkut) i to, co po nim pozostało –  fragmenty muru – ogrodzenia cmentarza. Chciałem, by zwiedzili to miejsce w „stylu japońskim” – z okien samochodu. Poprosili jednak, by się zatrzymać i wejść na teren. I tak zrobiliśmy. To, co potem się stało, jest dla mnie do dziś przygnębiającym wspomnieniem. Weszliśmy na tyły dawnego żydowskiego domu przedpogrzebowego i tam za szopą, pod murem, w zasypanych jesiennymi liśćmi zaroślach, natrafiliśmy na fragmenty rozbitych żydowskich płyt nagrobnych (macew). Moi goście ze łzami w oczach odkrywali kolejne kawałki tablic z hebrajskimi i niemieckimi napisami (pisanymi alfabetem gotyckim). Czyścili je gołymi dłońmi, usiłowali odczytać nazwiska. Miejsce pochówku zmarłych jest w judaizmie miejscem wyjątkowym, świętym a tu… Byłem poruszony i zażenowany.

Rozbita macewa. Napis wykonany pismem gotyckim: Siegfried Holländer


Aby „uratować” choć trochę  sytuację,  zaproponowałem, że wejdziemy po drodze  do Muzeum – Zamek Górków i powiadomimy pracowników tej placówki o naszych znaleziskach. Zapewniłem, że potrafią się oni nimi właściwie zaopiekować.

Po przekazaniu informacji o znalezionych macewach dowiedzieliśmy się, że ostatnio zostały przekazane do muzeum ciekawe judaika odkryte podczas rozbiórki budynku szkoły żydowskiej (chederu). Nie są jeszcze eksponowane, ale możemy je zobaczyć. Goście bardzo się ucieszyli, licząc na to, że może natrafią na jakieś zapiski o szamotulskich Schwersenzach. Z wielkim zainteresowaniem przejrzeliśmy te dokumenty. Arye przeczytał fragment tekstu hebrajskiego, używając tradycyjnego wskaźnika Gadu), którym Żydzi posługują się podczas czytania Tory (wskaźnik nie tylko ułatwia śledzenie kolejnych wersów, ale zapobiega bezpośredniemu kontaktowi czytającego ze świętym tekstem). Ciekawe spotkanie w biurach muzeum załagodziło wcześniejsze smutne doświadczenie. Goście wyjechali z Szamotuł zadowoleni i bardzo wzruszeni.

To jesienne doświadczenie spowodowało, że zacząłem bardziej niż do tej pory interesować się wielokulturową historią mojego rodzinnego miasta.


Studiowanie zapisków szkolnych  w biurze Muzeum – Zamek  Górków

Czytanie tekstu hebrajskiego. W dłoni Arye wskaźnik – jad


Od dawna interesuję się historią szamotulskich domów. Zbieram informacje o nich – stare rysunki, projekty i fotografie. Przy okazji dowiaduję się dużo o ich dawnych mieszkańcach. Podczas przeglądania starych projektów domów położonych przy ulicy Breitestrasse (noszącej obecnie nazwę Braci Czeskich) natrafiłem na projekt domu, należącego w 1909 r. do Arrona Abrahama. Projekt wykonał Henryk Wysocki – murarz i mistrz ciesielski z Szamotuł.



Ciekawe są poprawki na rysunku prostej elewacji, których zażądał zatwierdzający projekt poznański architekt Oskar Hoffmann (1850-1916). Poprawki, naniesione ołówkiem, oddają ducha panującego w tym czasie w Europie nowego stylu – secesji (art nouveau).



Tak wyglądał ten dom 10 lat temu. Został przebudowany. Dziś jego elewacja jest starannie odnowiona i czysta. Nie pozostało w nim jednak, niestety, nic z uroku projektu wykonanego 100 lat temu…

W dokumentach budowlanych posesji, na której został zbudowany, odnalazłem dokument urzędowy skierowany do jednego z lokatorów w 1908 r., handlarza, Simona Schwersenza, a także jego własnoręczny podpis!



W 2007 roku spotkałem się z Normanem i jego żoną Debie w Nowym Jorku. Zjedliśmy obiad w restauracji na Manhattanie. Przekazałem im kopie odnalezionych dokumentów. Byli bardzo szczęśliwi. Do dziś utrzymujemy kontakt. Co roku, od ponad dwudziestu lat, dostaję od nich życzenia z okazji Świąt i Nowego Roku (Happy Holidays!).



Andrzej J. Nowak

Urodzony w Szamotułach. Architekt, którego wiele projektów zrealizowano za granicą. Dawny wieloletni główny architekt wojewódzki, jeden ze współzałożycieli Stowarzyszenia Wychowanków Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi.

Andrzej J. Nowak – Norman Sherran w poszukiwaniu korzeni2019-11-07T20:41:01+00:00

Dawne Szamotuły – zdarzenia losowe z lat 1634-1752

Notatki z księgi zgonów parafii kolegiackiej w Szamotułach

Zdarzenia losowe z lat 1634-1752

AD 1677, 20 miesiąca lipca o godzinie 10, pokazał się ogień w ulicy Poznańskiej, gdzie zgoła całe miasto Szamotuły przez pożar ognia w perzynę poszło, osobliwie koło ratusza domy wszystkie zgorzały, samemu ratuszowi nie przepuszczając ogień. Rezydencja proboszczowska i dziekańska kaznodzieja rannego. Także i szpital Świętego Ducha z kaplicą Świętej Barbary, probostwo i domek komorniczy. Także dwie części w Rynku na wschód od ulicy Żydowskiej i Szewskiej, dwie bramy, jedna drewniana od wschodu, druga murowana idąc ku zamkowi przez konflagrację [pożar] spłonęły (spisał Wirobowski – ksiądz)

AD 1634, w kwietniu w sam czas południowy całe miasto Szamotuły z przedmieściami i …duchownych, tak dalece, że sam został tylko ratusz i koło niego domostwa.

AD 1684, po święcie świętych apostołów Szymona y Judy, o godzinie trzeciej w noc na ulicy Kapłańskiej pokazał się ogień, gdzie 56 domostw zgorzało, z stayniami, chlewami, z wielką szkodą ludzi.

AD 1698, 14 lipca, Nasamczas wielkie deszcze spadły, które zalały wszystkie ogrody circumcirca [dookoła] miasta, a nie tylko tu w Szamotułach, ale też kędy indziej. Drogość napotym była wielka.

AD 1710, w sam dzień nawiedzenia Matki Najświętszej, o godzinie pierwszej po południu…, nie wiedzieć skąd się pokazał ogień w samym Rynku vulgo w Budach, z którego pożaru więcej nad 50 domów zgorzało na wschód w Rynku y koło Ratusza u długą wieżą (?)… i ulica Poznańska

AD 1715, w Wigilią Świąteczną wpółtrzeciej godziny po południu w samym Rynku między domami Gurowskiego (Guzowskiego?) et ogrodem Mielcarka, a polem Piotra Słoniewicza znaczny pokazał się ogień naprzeciwko Ratuszowi gdzie wszystko w Rynku zgorzały domostwa y dwie ulice ku Ojcom Reformatom, ulica (?) Browary, ulica Duchowna y połowica ulicy Żydowskiej ku zamkowi idąc, ulica także połowica sama tylko została Kołodziei y domek B? imć księdza altarzysty Wojciecha Pastorowicza.

AD 1716, na Nowej Wsi kmiecia imieniem Piszczałka… natenczas czeladź (?) Imć księdza proboszcza szamotulskiego zgorzał.

AD 1717, w sam dzień świętego Wojciecha, sławetny pan Mathaeusz Jągrowski z kilku domami miejskimi zgorzał.

AD 1718, w sam dzień Zwiastowania Najświętszej Matki pokazał się ogień przy bużnicy żydowskiej, gdzie się domów żydowskich spaliło 24, chrześcijańskich 14.

AD 1732, w sam dzień świętego Józefa, którego trafił się… zapaliły się sadze w zamku, wielkim strachem, bo w ten dzień miał być tam chleb pieczony.

AD 1734, w dzień Wniebowzięcia Najświętszej Matki o godzinie wtorej uderzył piorun w wieżę kościoła świętego Ducha, którą zapaliwszy in parte..i na ganku dla kaplic… wystawionym Chrystusowi i Matce Jego… znacznie poruszył.

AD 1747, na Targowisku pokazał się ogień z okazyi tarcia lnu z rana nade dniem około święta Przeniesienia Świętego Stanisława i jedno się tylko zapaliło domostwo sławetnego Józefa Kowalskiego.

AD 1748, w wigilię Assumphonis (?)…około jedenastej z noc uderzył piorun w Kościół Kolegiacki, gdzie puściwszy się dachówką do Kościoła, znaczną uczynił szkodę na Wielkim Ołtarzu obrusy popaliwszy. Tegoż roku 28.X. item uderzył piorun, ale tylko signum zostawił w dachu w dachówce

AD 1749, pokazał się ogień na Targowisku, który się wziął z domu małym komorniczym przy folwarku… Kowalskiego, od folwarku sławetnego Andrzeja Wyrwińskiego, spaliwszy stodołę napakowaną zbożem wspomnianemu Wyrwińskiemu, szkody drugim lub pobliskim stodołom nie uczyniwszy szkody.

AD 1751, 10 października, w nocy o godzinie dziesiątej w noc, w dzień piątkowy znalazł się ogień w synagodze żydowskiej y tesz samą… była by wielka szkoda gdyby nasze chrystyanstwo przybieżało, bo Żydzi… swego bronić nie chcieli, lubo byli przymuszeni.

AD 1752, w sam dzień świętej Łucyi w jarmark o godzinie siódmej w kierunku(?) jadąc do Poznania z miasta z rana pokazał się ogień… u Kwiczuliny y dom cały zgorzał, sąsiedzki zaś dom pana Stanisława Szuszczyńskiego … został, ale bez wierzchu, prócz… szkody, które mieli ludzie rzeczy wynosząc y dachy dla bezpieczeństwa odzierając. Mathias Piechocki kustosz kolegiaty szamotulskiej.

Ad 1756, w dzień wtorkowe świąteczny na środę, uderzył piorun wieżę kościele WW. Ojców Reformatów w samą gałkę, która ja świeca pomalinku taki coraz bardziej, a potym się wiatrem rozdęła, palić z wielkim strachem poczęła, bo cały ogień na klasztor wiatr obrócił, tylko broniąc mocno i zlewając wieżę podcięło. Bartholomeus Wyrwinski.

AD 1757, w samą niedzielę świąteczną z rana o godzinie trzeciej wielka fala, straszna burza przypadła w gradem, deszczem y wiatrem bardzo wielkim, która z dnia uczyniła noc y strach wielki, bo zdało się, że wszystkie domostwa, budynki i drzewa śmiały się walić z wielkiego szturmu grzmotu piorunów y bliska świt(?) a deszczu, który jak cebrami lał, że wszystkich zatopi ludzi i żyjące stworzenia, ta fala pewnie z półtora tylko kwadransa, wiele ruiny w budynkach, szkody w polach, zbożach, ogrodach, sadach, borach i inwentarzach uczyniła. Tu nowo postawiona wieża w roku przeszłym przez piorunowy ogień spalona WW. OO. Reformatów zrucona cała, u Fary naszej okna wytłuczone, dachówka zrujnowana, zboża wszystkie zbite z piaskiem zmieszane, żyta, owsy, rychłe jęczmiony i grochy, które więcej nie powstały. Jęczmiony siane pospływały jedne, drugie zatopione wymokły. Ogrody zatopione, drzewka pozytkniece z liścia i owoców obite, insze powywracane zostały. Ludzi z całej nieledwo parafii szamotulskiej płacz i wyrzekania w ten dzień słyszeć i widzieć było, którzy z rykiem i łzami do kościoła kolegiackiego bardzo… przestraszeni, a bardziej zasmuceni przybyli. Bartłomiej Wyrwiński scholastyk kolegiaty szamotulskiej.


Inne źródła historyczne wspominają o jeszcze innej klęsce żywiołowej tamtego czasu – powodziach. Szamotuły zostały dotknięte silnymi powodziami w latach 1724 i 1725. Kościół kolegiacki został zalany na wysokość ok. 1 m, po mieście pływało się łódkami. Najprawdopodobniej kilka lat po tych wydarzeniach na rynku ustawiono figurę św. Jana Nepomucena, uznawanego za patrona chroniącego przed powodziami i wzburzonymi wodami. Jan Nepomucen żył w wieku XIV (1350-1393), ale dopiero w XVIII w. został beatyfikowany (1721) i kanonizowany (1729), co zbiegło się w czasie z powodziami w Szamotułach. Figura św. Nepomucena została zniszczona przez Niemców jesienią 1939 r.

Tekst dokumentu – za autorem indeksacji Henrykiem Krzyżanem – udostępnił Wojciech Musiał

Informacje o wymienianych w tekście dokumentu obiektach i miejscach

Ratusz – w dawnych wiekach znajdował się w rynku, trudno ustalić jego lokalizację; budynek przy dzisiejszej ul. Ratuszowej powstał w 2. poł. XIX w.

Szpital św. Ducha – na tzw. przedmieściu poznańskim (dzisiejsza ul. Poznańska za mostem) w XV w. powstał kościół św. Ducha (z wieżą, rozebrany na pocz. XIX w.), a przy nim szpital (bardziej przytułek dla osób starszych i chorych; działał do 2. połowy XIX w.) oraz cmentarz; jako miejsce wskazuje się okolice dzisiejszego krzyża i kamienia upamiętniającego bł. ks. Jerzego Popiełuszkę.

Kaplica św. Barbary – powstała w XVII w., trudno wskazać jej dokładną lokalizację, znajdowała się ona również na przedmieściu poznańskim lub przy ul. Sukienniczej (miejsce późniejszego szpitala sióstr – budynek z kaplicą szpitalną)

Bramy – w Szamotułach były 3 bramy miejskie: w okolicach mostów przy ul. Poznańskiej, Dworcowej oraz przy Wronieckiej (przetrwała do XIX w., znajdowała się za dojściem do Wronieckiej ul. Garncarskiej)

Ul. Żydowska – później zwana Szeroką, a od 2. połowy lat 50. XX w. – Braci Czeskich

Synagoga (bóżnica) – przy ul. Żydowskiej (Braci Czeskich)

Zamek – w tym okresie w Szamotułach istniał już tylko jeden zamek, tzw. zamek Górków

Nowa Wieś – przedmieście w okolicach dzisiejszego zbiegu ulic Lipowej, Obornickiej i Nowowiejskiego (dawniej była to Nowowiejska)

Targowisko – przedmieście, okolice dzisiejszego pl. Sienkiewicza

Kościół ojców Reformatów – kościół św. Krzyża, wzniesiony na miejscu zamku Świdwów (teren pod budowę kościoła i klasztoru franciszkanów reformatów oraz fundusze na ten cel w 1675 r. przekazał Jan Korzbok Łącki)

Fara – kościół św. Stanisława, kolegiata (dzisiejsza bazylika kolegiacka); nazwa fara przysługuje pierwszemu (najstarszemu) kościołowi w mieście

Objaśnienia – na podstawie prac Piotra Nowaka – Agnieszka Krygier-Łączkowska

Dawne Szamotuły – zdarzenia losowe z lat 1634-17522019-10-21T14:27:23+00:00

Wincenty z Szamotuł – zdrajca czy bohater

Witold Mikołajczak

Wincenty z Szamotuł – zdrajca czy bohater

Portret (zapewne fikcyjny) z Gniazda cnoty Bartosza Paprockiego, 1578. Źródło – Polona


Wincenty był właścicielem Szamotuł, sprawował funkcje starosty generalnego Wielkopolski i wojewody poznańskiego. Zdaniem Tomasza Jurka był wnukiem Tomisława z Szamotuł, synem lub bratankiem Wincentego.

Więcej o rodzie Szamotulskich w artykule http://regionszamotulski.pl/szamotulscy/

Co wiemy o Wincentym z Szamotuł

Tak naprawdę pisał się Wincenty z Wielenia lub Pomorzan i dopiero kronikarz Jan Długosz przerobił go na Wincentego z Szamotuł. Kim był jego ojciec, gdzie i kiedy się urodził, kim była jego matka – tego nie wiemy. Na podstawie informacji, że dziedziczył dobra po obu stronach granicy wielkopolsko-brandenburskiej, można z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że jego matka pochodziła z jednego z możnych rodów brandenburskich. Do takiego wniosku doszedł Tadeusz Nowak, stwierdzając w jednej ze swoich książek, że był półkrwi Niemcem. Hipotezę tę może potwierdzać także fakt, że jego siostra Małgorzata była żoną brandenburskiego możnego Betkina von der Osten, co sugeruje, że nie było to pierwsze mieszane małżeństwo w tym rodzie.

Celem mojego artykułu nie jest jednak pisanie biogramu wojewody poznańskiego, gdyż zrobił to już wcześniej prof. Tomasz Jurek (zob. https://www.ipsb.nina.gov.pl/a/biografia/wincenty-szamotulski-h-nalecz), lecz przedstawienie okoliczności powstania czarnej legendy Wincentego z Szamotuł. Postaram się również szerzej omówić bitwę pod Płowcami, której inicjatorem miał być właśnie bohater tego artykułu. Jest to o tyle istotne, że do dziś liczni autorzy przedstawiają tę bitwę, ignorując zupełnie ustalenia poznańskiego historyka prof. Tomasza Jurka.


Drzewo genealogiczne Szamotulskich herbu Nałęcz. Źródło – hasło Szamotuły w Słowniku historyczno-geograficznym ziem polskich w średniowieczu. Autor Tomasz Jurek


Narodziny czarnej legendy

Zarzuty zdrady na rzecz zakonu krzyżackiego oraz spiskowania przeciwko królowi z Brandenburczykami wiążą się ściśle z wydarzeniami z lat 1326-1331. W 1326 roku wojska króla Władysława Łokietka, wsparte przez posiłki litewskie (1200 jazdy), uderzyły na ziemie brandenburskie na wschodnim brzegu Odry. Wyprawa zakończyła się częściowym sukcesem: zniszczono znaczne obszary ziemi lubuskiej, uprowadzono 6 tysięcy jeńców i odzyskano kasztelanię międzyrzecką, zagarniętą przez Brandenburczyków w 1297 roku. Plan, by ziemie na wschód od Drawy wcielić do Polski, nie powiódł się, gdyż książę szczeciński uchylił się od współdziałania. Można przyjąć z dużym prawdopodobieństwem, że podczas tej wyprawy ucierpiały także ziemie należące do Wincentego z Szamotuł. Litwini byli kłopotliwym sojusznikiem i często grabili nie tylko wroga, ale i sojusznika. Odczuli to zwłaszcza Mazowszanie, gdzie w drodze powrotnej spalili i zrabowali wiele wsi.

Należało się liczyć z odwetową wyprawą Brandenburczyków, od której znów ucierpią pograniczne włości Nałęczów. Na szczęście dla nich po wymarciu rodu Askańczyków trwał tam polityczny zamęt. W 1329 roku król Czech Jan Luksemburczyk postanowił stanąć na czele krucjaty przeciwko Litwinom. Na czele zebranego w Pradze rycerstwa ruszył do państwa krzyżackiego przez terytorium Polski, nie pytając o zgodę króla Polski Władysława Łokietka. Gdy tylko krucjata dotarła na tereny Litwy, Łokietek uderzył na ziemie krzyżackie, powodując jej przerwanie. Jan Luksemburczyk i Krzyżacy uderzyli na ziemię dobrzyńską i opanowali ją. Rozpoczęło to wojnę Polski z zakonem krzyżackim i królem Czech, w sytuacji nie zażegnanego jeszcze konfliktu z Brandenburgią. Dlatego latem 1329 roku toczyły się rozmowy polsko-brandenburskie, w których wojewoda poznański aktywnie uczestniczył, podpisując w imieniu króla z margrabią brandenburskim i „wszystkimi Sasami” trzyletni rozejm. Układ ten ratyfikował Łokietek w październiku 1329 i widnieje na nim również podpis Wincentego.

Na tle tych negocjacji powstały wobec naszego bohatera zarzuty, iż spiskował przeciw królowi z Brandenburczykami. Podstawą do tych oskarżeń była kopia dokumentu z 18 VIII 1331 roku wystawionego w Landsbergu (dzisiejszy Gorzów Wielkopolski), w którym on i jego bracia Dobrogost i Tomisław zapewniają margrabiego brandenburskiego Ludwika oraz kilku wymienionych imiennie starostów i całą marchię, że będą dotrzymywać z nimi pokoju, a w przypadku najazdu na Marchię króla polskiego nie udostępnią mu swych zamków w Wieleniu i Czarnkowie, lecz będą wspierać Brandenburczyków. Jeżeli Szamotulscy doznaliby krzywd ze strony króla, poddadzą się władzy margrabiego; jeżeli jednak Brandenburczycy chcieliby najechać Polskę, nie zostaną wpuszczeni do zamków Szamotulskich.

Według Abdona Kłodzińskiego dokument landsberski może mieć pomyloną przez kopistę datę i pochodzić w istocie z 20 VIII 1329 r. Zdaniem prof. Tomasza Jurka zobowiązania te przypominają raczej gwarancje, jakimi często umacniano układy międzypaństwowe, w związku z czym należy je wiązać z zawartym przez Wincentego w 1329 roku rozejmem polsko-brandenburskim. Należy zwrócić uwagę, że zasadniczym celem gwarancji zawartych w tym dokumencie jest niedopuszczenie do wznowienia działań wojennych zarówno przez króla, jak i margrabiego. Bez wątpienia miało to związek ze zniszczeniami, jakie przyniosła tym ziemiom wyprawa polsko-litewska z 1326 roku. O ile współcześni zarzucali Wincentemu knowania z Krzyżakami, to nic nie słychać, aby mu zarzucali zdradę na rzecz Brandenburgii. Takie zarzuty, w oparciu o wspomniany dokument, zaczęli stawiać dopiero historycy w XIX wieku, mając w pamięci udział Nałęczów w spisku na życie króla Przemysła II.


Drugi zarzut dotyczący zdrady na rzecz Krzyżaków

Na wiecu w Chęcinach 26 V 1330 roku Władysław Łokietek ustanowił swego syna Kazimierza namiestnikiem wszystkich ziem północnych: Wielkopolski, Kujaw i ziemi sieradzkiej. W relacjonującym te wypadki małopolskim roczniku, powstałym z inspiracji dworu królewskiego, stwierdzono, że ta decyzja króla spotkała się z wrogim przyjęciem Wincentego. Wcześniej Łokietek, mianując Szamotulskiego starostą generalnym Wielkopolski, powierzył mu zarząd tych samych ziem z wyjątkiem Sieradza. Zdaniem kronikarza starosta generalny, nie mogąc znieść utraty wpływów, zaczął spiskować potajemnie z Krzyżakami. Kronikarz użył słowa „alienacio”, co według prof. T. Jurka nie musi oznaczać pozbawienia urzędu, lecz tylko utratę wpływów. Ten sam kronikarz oskarżył starostę, że postanowił pozbawić Kazimierza powierzanych mu ziem i potajemnie sprowadził najazd krzyżacki, stając się tym samym „najgorszym zdrajcą Królestwa i narodu”. Te insynuacje rozbudował potem Jan Długosz, wprowadzając wątek ucieczki Wincentego do Malborka i jego osobistego udziału w wojnie po stronie Krzyżaków.

Decyzja Łokietka mogła nie zachwycić Wincentego, lecz zarzut zdrady nie znajduje żadnego potwierdzenia. Naoczny świadek tych wydarzeń, Mikołaj z Błażejewa, potwierdza osobisty udział starosty w walkach z Krzyżakami i stoczeniu z nimi 27 VII 1331 r. pod Pyzdrami potyczki, prawdopodobnie, by dać czas Kazimierzowi na ucieczkę z miasta. We wrześniu do zbieranej przez króla armii Szamotulski przyprowadził rycerstwo wielkopolskie, co wspomniany autor tłumaczy chęcią „ekspiacji”, czyli odkupienia swoich win. Jak wiadomo, 27 września 1331 r. Szamotulski dowodził przednią strażą i był jednym z głównych bohaterów bitwy pod Płowcami, zapewniając według kronikarza „wieczną sławę Królestwu”.

Dziś uczeni odrzucają oskarżenia Wincentego o zdradę na rzecz Krzyżaków, natomiast niektórzy usiłują podtrzymywać zarzuty o spisku z Brandenburczykami.

Portret Władysława Łokietka – grafika sprzed 1730 r. Źródło – Polona

Aleksander Lesser, portret Władysława Łokietka – XIX-wieczny rysunek. Źródło – Muzeum Narodowe w Warszawie

Władysław Łokietek – grafika Wincentego Smokowskiego, poł. XIX w. Źródło – Polona

Bitwa pod Płowcami 27 września 1331 roku

We wrześniu 1331 roku na Polskę uderzają dwie wrogie armie: krzyżacka, pod dowództwem marszałka Altenburga i komtura chełmińskiego Ottona von Lutterberga, oraz sprzymierzone z Krzyżakami wojska czeskie króla Jana Luksemburczyka. Celem politycznym tych działań jest zagarnięcie przez Czechy Wielkopolski, a przez Krzyżaków Kujaw, a także degradacja Łokietka do roli króla Krakowa. Obie wrogie armie mają spotkać się pod Kaliszem w połowie września. Wojska zakonu docierają pod Kalisz i przez trzy dni oblegają miasto. Nie doczekawszy się wojsk Luksemburczyka, Krzyżacy cofają się na Kujawy pod Radziejów.

W tym czasie Łokietkowi udaje się skoncentrować swoje siły, a jako ostatni przybywają do jego obozu Wielkopolanie pod dowództwem Wincentego z Szamotuł. Miał on od dłuższego czasu śledzić ruchy wojsk krzyżackich, a według Tadeusza Nowaka nawet odwiedził dowódców krzyżackich w ich obozie. Być może chodziło o jakieś negocjacje dyplomatyczne zlecone przez króla lub podjęte z własnej inicjatywy. Trzeba zdawać sobie sprawę, że działalność dyplomatyczna wiąże się z tak zwanym białym wywiadem, czyli dyskretnym zbieraniem informacji o: sile przeciwnika, jego zamiarach operacyjnych, morale wojska itp. Faktem jest, że po przybyciu do obozu króla miał namawiać go do stoczenia walnej bitwy. Łokietek prawdopodobnie wyraził zgodę, gdyż wyruszono w ślad za armią krzyżacką, a Wincenty dowodził strażą przednią.


Grafika Władysław Łokietek w czasie bitwy pod Płowcami. Źródło – Polona


Ostatecznie do bitwy doszło 27 września pomiędzy Radziejowem a Płowcami. Nie była to bitwa z góry zaplanowana przez króla, który zastawił na Krzyżaków pułapkę pod Płowcami, jak uczono moje pokolenie w szkole, lecz przypadkowe starcie. W 1993 roku prof. T. Jurek na podstawie zeznań kustosza zamku wawelskiego zawartego w źródłach z procesu przeciw Krzyżakom wykazał, że bitwa rozpoczęła się od starcia awangardy Wincentego z Szamotuł, która we mgle najechała na formującą się do marszu kolumnę armii krzyżackiej. Jak do tego doszło?

Krzyżacy postanowili oblegać Brześć Kujawski i w tym celu rankiem 27 września ruszyli w kierunku miasta, dzieląc swoją armię na dwie części. Główna część złożona z jazdy, liczącej około 5 tys. ludzi, pod dowództwem Lutterberga (w tym oddział 100 rycerzy angielskich z hrabią Tomaszem de Ufford na czele), wysuwając do przodu awangardę w sile 350 jazdy pod dowództwem Henryka Reuss von Plauena, ruszyła jako pierwsza pod Brześć. Pozostałe wojska złożone głównie z piechoty liczącej ponad 2 tys. ludzi i chorągwi jazdy 350 zbrojnych, pod dowództwem Altenburga, zaczęły formować kolumnę marszową, by ruszyć w ślad za Lutterbergiem. Gdy kończono ustawiać wozy na drodze, na tyły kolumny na skutek gęstej mgły wpadła polska awangarda Wincentego z Szamotuł. Wywiązała się krótka walka, którą przerwało przybycie Łokietka z głównymi siłami.

Obie strony sformowały szyk bojowy. Łokietek miał podzielić swoje wojsko na pięć hufców, co sugeruje, że ustawił je w dwie linie bojowe plus odwód. Jak ustawił swoje wojsko Altenburg, możemy się tylko domyślać w oparciu o to, czym dysponował. Piechota krzyżacka prawdopodobnie ustawiła szyk zwany jeżem, okrakiem po obu stronach drogi Radziejów – Brześć. Niewielką ilość jazdy, którą dysponował marszałek, przypuszczalnie podzielił na dwie części, ubezpieczając nią oba skrzydła piechoty. Trzeba jasno stwierdzić, że starcie z grupą Altenburga było walką polskiej jazdy z krzyżacką piechotą. Jazda krzyżacka była zbyt słaba liczebnie, aby wystąpić do frontalnej konfrontacji z liczącą od 5 do 6 tys. jazdą polską.


Feliks Sypniewski, Bitwa pod Płowcami. Źródło – Polona


W tym czasie marszałek krzyżacki podjął dwie decyzje, które zaważyły na dalszym przebiegu bitwy. Pierwsza to wysłanie gońców do Lutterberga z wezwaniem do powrotu. Co prawda w literaturze przyjął się błędny pogląd, że to uciekinierzy z pola bitwy zaalarmowali główne siły krzyżackie, lecz pobieżna kalkulacja wykazuje, że nie byliby w stanie dogonić Luterberga przed dotarciem jego wojsk do Brześcia. Tymczasem, jak wiadomo, na pole walki oddziały Lutterberga i Plauena przybyły osobno, co świadczy, że były jeszcze w drodze. Druga decyzja dotyczyła marszu krzyżackiej kolumny w kierunku wsi Płowce, na spotkanie spodziewanej odsieczy. Mając tabor na drodze, oddziały Altenburga nie musiały stać w miejscu i czekać, aż Łokietek zorientuje się w ich słabości. Do pierwszego natarcia Łokietek prawdopodobnie przeznaczył tylko jazdę pierwszej linii (1,5 do 2 tys. jazdy) i raczej miało ono charakter rozpoznania walką. Król mógł obawiać się zasadzki, widząc cofające się wojsko Altenburga, gdyż wątpliwe jest, aby tych 350 jeźdźców krzyżackich uznał za całą armię krzyżacką. Czy trup padał gęsto, jak piszą niektórzy historycy? Na pewno trupów końskich mogło być więcej niż poległych rycerzy. W starciu jazdy z piechotą liczy się impet pierwszego uderzenia  gdy rozpędzone rycerstwo starało się ciężarem koni rozerwać szyk bojowy piechoty. Stawiając jeża, w pierwszych szeregach stają piechurzy uzbrojeni w broń drzewcową (piki, sulice, cepy bojowe, kopie), a w ostatnim kusznicy, łucznicy, procarze, uzbrojeni w broń miotającą. O ile ci pierwsi muszą powstrzymać uderzenie jazdy, o tyle kusznicy musieli osłabić siłę jej uderzenia, co najskuteczniej było można osiągnąć rażąc konie. Łatwiej było ranić konia niż rycerza zasłoniętego tarczą. Zrobili to z pewnością skutecznie, gdyż jazda polska nie zdołała przełamać szyku krzyżackiej piechoty.


Juliusz Kossak, Bitwa pod Płowcami, reprodukcja z albumu Juliusz Kossak, Warszawa 1912


Natarcie to trwało nie dłużej niż pół godziny. Nie wiadomo, czy Polacy wzięli jeńców, od których by uzyskano informację o położeniu głównych sił krzyżackich. W każdym razie do kolejnego natarcia Łokietek przeznaczył z pewnością większe siły, decydując się na kontynuację walki. Tym razem natarcie się powiodło. Prawdopodobnie najpierw pobity został oddział konnicy krzyżackiej na skrzydle, gdzie znajdował się Altenburg z grupą komturów, którzy dostali się do niewoli. Upadek chorągwi krzyżackiej, przytwierdzonej do siodła, miał spowodować zamieszanie i panikę wśród jazdy krzyżackiej. Wydaje się, że ta część jazdy została przyparta do taboru, który tarasował drogę i utrudniał ucieczkę. Wkrótce na drugim skrzydle również złamano opór jazdy, której niedobitki rozproszyły się po okolicznych polach. Do niewoli dostało się 56 rycerzy z marszałkiem na czele. Trudno ustalić, jak długo trwało masakrowanie piechoty krzyżackiej. Fakt, że biskup Maciej z Gołańczy pisał o pochowaniu 4187 poległych w bitwie, z czego większa część należała do armii krzyżackiej, nie pozostawia złudzeń co do jej losu. Jeżeli Krzyżacy szacowali swoje straty na 600 poległych, a Polaków na 800, to pozostaje nam jeszcze co najmniej 2800 poległych, gdyż Luterberg zabrał około 70 poległych rycerzy do Torunia. W zachodnich kronikach często wymienia się tylko liczbę poległych rycerzy, ignorując straty piechoty i czeladzi.


Grafika z lat 30. XIX w. – przedstawia Władysława Łokietka i Floriana Szarego – legendarną postać rycerza, który miał uratować króla zagrożonego w czasie bitwy pod Płowcami, a władca nadał mu za zasługi nowy herb Jelita. Źródło grafiki – Polona


Radość Polaków z odniesionego zwycięstwa nie trwała długo, gdyż wkrótce na pole bitwy przybyły główne siły, i bitwa rozgorzała na nowo. Forsowny marsz, jaki narzucił swoim oddziałom Luterberg, spowodował, że kolumna marszowa znacznie się wydłużyła, co musiało sprawić, że wprowadzenie jazdy krzyżackiej do walki zajęło trochę czasu. Można przyjąć, że droga do Brześcia nadal stanowiła główną oś natarcia. Rozgorzał bój spotkaniowy, który wraz z wprowadzaniem do walki kolejnych chorągwi zamienił się w walkę o oskrzydlenie lub przełamanie sił przeciwnika. Inicjatywa w tym boju raczej należała do Luterberga, gdyż jest rzeczą naturalną, że z szyku marszowego przechodzi się w ugrupowanie bojowe. Natomiast Łokietek mógł nie mieć jeszcze wszystkich chorągwi sformowanych i gotowych do użycia. Po około pół godzinie na pole bitwy przybył oddział Henryka Reuss von Plauena, powiększony o niedobitki jazdy Altenburga, razem około 400 ludzi. Co prawda prof. T. Jurek uważa, że były to uciekające wojska Luterberga, jednakże należy w to wątpić. Awangarda porusza się w odległości wzrokowej przed głównymi siłami, czyli 2 do 3 km. Nawet gdyby ta odległość uległa wydłużeniu do 4 lub 5 km, gdyż Plauen otrzymał informację o polskim ataku później niż Lutterberg, to i tak przybyłby na plac boju zaledwie kilka minut po wprowadzeniu do walki ostatnich oddziałów. Nie sądzę, aby w tak krótkim czasie Polacy zdołali pobić i zmusić do ucieczki jakieś oddziały jazdy krzyżackiej. Możemy się domyślać, że Plauen uderzył zwartą kolumną, gdyż przełamanie dokonuje się na wąskim odcinku frontu i albo zrobi się to szybko, albo wcale, gdyż przeciwnik na zagrożony odcinek przegrupuje swoje odwody. Jak wiadomo, uderzył na tyle skutecznie, że przełamał front, wychodząc na tyły Polaków. Wtedy część jazdy polskiej rzuciła się do ucieczki.


Brześć Kujawski – pomnik Władysława Łokietka z 2008 r. Przyszły król Polski urodził się właśnie w tej miejscowości, oddalonej od pola bitwy pod Płowcami o 18 km. Zdjęcie Fotopolska


Ścigająca Polaków jazda krzyżacka uwolniła część jeńców, a część została wymordowana. Wtedy prawdopodobnie Altenburg został ranny w twarz, i z uszkodzoną żuchwą musiał męczyć się do końca życia. Co było potem, jest przedmiotem sporu pomiędzy uczonymi. Prof. T. Jurek uważa, że jazda polska została pobita i opuściła pole bitwy. Aby odtworzyć dalszy przebieg walki, musimy postawić dwa pytania: czy Łokietek dysponował jeszcze odwodami w chwili przybycia oddziału Plauena? Oraz: jaka część jazdy polskiej opuściła w panice plac boju? Gdyby król nie dysponował już odwodem, nie byłby w stanie pobić oddziału Plauena i hipoteza o klęsce jazdy polskiej byłaby zasadna.

Fakt, że Plauen i 40 jego rycerzy znalazło się w polskiej niewoli, a Lutterberg nie był w stanie ich odbić, całkowicie przeczy hipotezie poznańskiego historyka. Jak w takim razie wyglądało dalsze starcie obu armii? Łokietek, który obserwował przybycie oddziału Plauena, nie wiedział, czy będzie usiłował wejść do bitwy, oskrzydlając walczące oddziały od północy lub południa, czy też będzie chciał przełamać front w dogodnym miejscu. Był zatem zdany na inicjatywę przeciwnika. Jak wiadomo, Plauen przełamał front prawdopodobnie na północ od drogi Radziejów – Brześć i przypuszczalnie skręcił w kierunku drogi, by od tyłu zaatakować jazdę polską walczącą na południe od tej drogi. Zamiar jego jednak został pokrzyżowany przez Łokietka, który – moim zdaniem –  zachował jeszcze odwód na tyle liczny, aby skutecznie rozbić oddział Plauena (co najmniej 400 ludzi). W wyniku tego starcia krzyżacki komtur i 40 jego rycerzy trafiło do polskiej niewoli. Na skutek ucieczki części polskiej jazdy na północnym skrzydle sukcesu tego Łokietek nie mógł wykorzystać, gdyż musiał liczyć się z powrotem jazdy pruskiej ścigającej uciekinierów. I tu dochodzimy do drugiego pytania: jak liczna grupa jazdy polskiej opuściła plac boju? Jeżeli przyjmiemy, że blisko połowa, to dalsza walka nie rokowała królowi powodzenia, gdyż rozbicie oddziału Plauena nie rekompensowało utraty tak dużej części jazdy. Dlatego jedynym rozwiązaniem było wycofanie się z bitwy. Gdy przyjmiemy, że panice uległo tylko 25 procent jazdy, to bitwę mógł kontynuować, gdyż pogrom oddziału Plauena tą stratę rekompensował.


Płowce – pomnik na polu bitwy, wzniesiony w 1961 r. Zdjęcie Fotopolska


Wkrótce bitwa wygasła na skutek dużych strat i olbrzymiego zmęczenia obu wojsk. Jazda Lutterberga w ciągu około 4 godzin zrobiła od 30 do 40 km, prawdopodobnie bez przerwy na odpoczynek, a ostatnia godzina marszu musiała być wyjątkowo wyczerpująca. Dlatego pościg za Polakami przyniósł mizerne rezultaty. Ponad 100 jeńców, z których połowę wymordowano, to za mało, by mówić o klęsce Łokietka w drugiej fazie bitwy. Tym bardziej, że wartościowych jeńców, których dla okupu pozostawiono przy życiu, było zaledwie 56.

Zbieranie rannych z pola bitwy, i przegrupowanie wojska na południe od drogi na Brześć, to były prawdopodobnie ostatnie czynności króla w tej bitwie. Pomimo pewnej przewagi, jaką mieli Krzyżacy, wynikającej z powrotu z pościgu części wojska, Lutterberg nie zdecydował się na jej kontynuowanie, by odbić Plauena i jego towarzyszy. To również przeczy hipotezie o klęsce Łokietka. Króla z kolei dręczył niepokój o losy syna, który znalazł się wśród uciekinierów. Dlatego gdy zapadł zmrok, dał rozkaz do odwrotu. Historycy zastanawiają się, które oddziały polskiej jazdy uległy panice. Fakt, że wśród uciekinierów znalazł się królewicz Kazimierz, może sugerować, że było to rycerstwo ziemi łęczyckiej, sieradzkiej lub kujawskiej. Gdyby zachowała się lista jeńców polskich z tej bitwy, mielibyśmy większą wiedzę na ten temat. Żadne źródło nie mówi o ucieczce Wincentego i rycerzy wielkopolskich.

Bitwa została źle rozegrana przez króla, gdyż powinien najpierw dążyć do pobicia jazdy Lutterberga, a po jej pokonaniu tabor z piechotą i tak by wpadł mu w ręce. Atakując piechotę Altenburga, niepotrzebnie tracił czas i siły. W bitwie Polacy prawdopodobnie mieli liczniejszą jazdę niż Krzyżacy. Gdyby było odwrotnie, to po ucieczce około jednej czwartej jazdy i stratach, jakie ponieśli w pierwszej bitwie, jazda polska byłaby dużo słabsza od krzyżackiej.


Adam Krechowiecki (1850-1919) – pisarz, dziennikarz, tłumacz literatury, działacz kulturalny, przyjaciel Henryka Sienkiewicza. Powieść historyczna Szary wilk została opublikowana w 1892 r., miała kilka wydań. W 1930 r. wydała ją szamotulska drukarnia Józefa Kawalera, zmieniono wówczas podtytuł powieści: do określenia gatunkowego „powieść historyczna” dodano „z życia dawnych Szamotuł”. Fragmenty książki publikowała w tym czasie także „Gazeta Szamotulska”. Wincenty (Wincz) był wówczas chyba najbardziej znienawidzoną w mieście postacią!


Redakcja Agnieszka Krygier-Łączkowska

Śmierć Wincentego z Szamotuł

Bitwa pod Płowcami 27 X 1331 r. i skuteczna obrona Poznania w październiku 1331 r. przed wojskami czeskimi króla Jana Luksemburskiego sprawiły, że plan oderwania od Polski Wielkopolski i Kujaw oraz degradacji Łokietka do roli króla krakowskiego nie powiódł się.

Niestety, już w kwietniu 1332 r. Krzyżacy uderzyli ponownie na Kujawy i pomimo pomocy, jaką Wincenty zorganizował dla oblężonych: Brześcia i Inowrocławia, oba grody zostały zdobyte. Do końca maja całe Kujawy zostały opanowane przez wojska zakonu, co przekreśliło sukcesy polskie z 1331 roku. Wkrótce potem około 24 VI 1332 r. Wincenty z Szamotuł zginął trafiony strzałą z kuszy. Długosz twierdzi, że zginął z rąk ludzi poszkodowanych w sprowokowanych przez niego najazdach, co należy jednak traktować jako moralizatorski wymysł kronikarza. Zdaniem prof. T. Jurka chodzi prawdopodobnie o nieszczęśliwy wypadek, być może na polowaniu. W tym czasie nie toczyły się żadne walki z Krzyżakami, którzy do maja opanowali całe Kujawy. Gdyby zginął w nich wojewoda poznański, z pewnością kronikarze by to odnotowali.

W polskiej tradycji historycznej długo utrzymał się wizerunek Wincentego jako zdrajcy. Od kilkudziesięciu lat odrzuca się zarzut zdrady Szamotulskiego na rzecz Krzyżaków, natomiast niektórzy historycy podtrzymują zarzuty co do układu w Landsbergu.

Być może gorące spory o Wincentego wynikają ze sporej popularności, jaką zapewnili mu liczni kronikarze i literaci. W XIX wieku Karol Szajnocha napisał nieukończony dramat Wincenty z Szamotuł, a Adama Krechowiecki powieść Szary wilk, której bohater Wincz z Szamotuł nawiązywał do postaci Wincentego. Wątek naszego bohatera znalazł się również we współczesnych powieściach Przełom Karola Bunscha i Gniewko syn rybaka Aliny Korty sfilmowanych przez Bohdana Porębę. Postać Wincentego z Szamotuł przewija się także w serialu telewizyjnym Znak Orła.


Fragment początkowy powieści Szary wilk

Witold Mikołajczak

Historyk, absolwent UAM, nauczyciel, od 1990 r. mieszka w Szamotułach.

Autor 4 książek: Grunwald 1410. Bitwa, która przeszła do legendy (2010); Grunwald 1410. O krok od klęski (wyd. rozszerz. 2015); Wojny polsko-krzyżackie (2009) i Grochów 1831. Niedokończona bitwa (2014).

Na nowo interpretuje pewne wydarzenia i źródła historyczne, lubi polemikę.

Wincenty z Szamotuł – zdrajca czy bohater2019-09-27T20:48:18+00:00

Zanim wybuchła II wojna wojna światowa

Zanim nastał wrzesień 1939 r.

Modlitwy o pokój, wiara w zwycięstwo i dozbrajanie armii

1939 rok kojarzy nam się przede wszystkim z wybuchem II wojny światowej. Zanim to jednak nastąpiło, Polacy – wśród nich mieszkańcy naszego miasta, Szamotuł – przeżyli 8 miesięcy pokoju. Rodziły się dzieci, młodzi się pobierali, inni umierali – toczyło się zwykłe życie. Wszyscy mieli plany na przyszłość, jakiś własny „ciąg dalszy nastąpi”, który 1 września – jeśli nawet nie został całkowicie zniweczony, musiał być mocno odłożony w czasie.

Winieta ostatniego przedwojennego numeru

„Tygodnik Parafii Szamotulskiej” 1939, nr 30

Modlitwy o pokój

Współcześnie jesteśmy przyzwyczajeni do modlitw o pokój, odbywających się przy obchodach różnych rocznic lub w specjalne dni, np. w kościele katolickim co roku 1 stycznia. Od wiosny 1939 roku w „Tygodniku Parafii Szamotulskiej”, piśmie, które zaczęto wydawać w końcu 1937 roku, kilkakrotnie pojawiały się informacje o modlitwach o pokój, z upływem czasu coraz więcej informacji o grożącym Polsce i Polakom niebezpieczeństwie. Pojawiają się słowa, które mogłyby być użyte w każdym czasie, np.: „Prośmy więc o błogosławieństwo dla siebie, dla rodzin naszych, Ojczyzny naszej, i o pokój Chrystusowy między narodami”. Inne teksty mówią wprost o zagrożeniu wojną: „W maju mamy sposobność dzień w dzień pielgrzymować do Jej [Maryi] tronu, modlić się i prosić o Chrystusowy pokój między narodami, a przede wszystkim o przemożną opiekę dla naszej krainy. Módlmy się, aby moc Jej uchroniła podległe Jej ziemie od grozy wojny i zniszczenia”. Motyw walki z wrogiem – także w aspekcie duchowym – rozwinięty został najbardziej w artykule o pielgrzymce Katolickiego Stowarzyszenia Mężów do Gniezna oraz tekście na temat rekolekcji dla mężczyzn, które odbyły się w kolegiacie szamotulskiej na początku kwietnia, przed Świętami Wielkanocnymi. Oto cytat z 1. artykułu: „Tylu wkoło nas ochrzczonych pogan, tylu którym wbija się w głowy niby nowe światopoglądy, tyle zła w słowie, mowie i piśmie, że mobilizować trzeba wszystkich zdolnych do służby Bożej. Wróg u bram domów naszych, wróg u bram ojczyzny. Modne dozbrojenie niech ma u Mężów specjalne znaczenie, dozbroić się duchowo na godne i pogodne niesienie krzyża Pańskiego”.

Drugi z wymienionych tekstów przytaczam poniżej w całości:


„Tygodnik Parafii Szamotulskiej” 1939, nr 14


Warto zwrócić uwagę, że dzięki sile ducha przyszła walka z wrogiem bez wątpienia będzie zwycięska.

„Tygodnik Parafii Szamotulskiej”, choć pojawiały się w nim artykuły o tematyce lokalnej oraz reklamy, z założenia był pisemkiem religijnym. W którymś momencie w omawianym czasie musiał pojawić się w nim tekst odnoszący się do problemu, czy chrześcijanin może popierać wojnę. Zasadnicza myśl jest taka, że dla osoby wierzącej najważniejsze jest przykazanie miłości i Chrystusowy pokój. Zaraz jednak pojawia się „ale”, czyli pokój tak, „ale nie za wszelką cenę”, chrześcijanin zaś jest człowiekiem pokoju, „ale nie niedołęgą i tchórzem”. Trzeba modlić się o pokój i nie wolno dążyć do wojny, ale w wojnie, która prawdopodobnie nastąpi, my jesteśmy po stronie dobra – będzie to tzw. święta wojna. Co więcej, autor artykułu z wojną wiąże pewne nadzieje. Przyszłe zwycięstwo upokorzy bowiem złego sąsiada i „na długie czasy jego zbrodnicze chęci unieszkodliwi”.

Przekonanie o przyszłym zwycięstwie

To, że wojna, która nastąpi, da Polsce zwycięstwo, było wielokrotnie podnoszone w innym pisemku opublikowanym w Szamotułach w 1939 roku (kwiecień). Chodzi tu o „Jednodniówkę Strzelecką”, czyli wydawnictwo Związku Strzeleckiego „Strzelec” – organizacji paramilitarnej popierającej marszałka Piłsudskiego i jego obóz polityczny (w Szamotułach oddział „Strzelca” powstał po przewrocie majowym). 

Autorzy tekstów piszą, że do przetrwania narodowi niezbędny jest duch rycerski, którego nie zabraknie w silnym narodzie polskim: „Nie przeraża Polaków ani ilość nieprzyjacielskich dywizji, ani wyposażenie techniczne, ani czyjkolwiek tupet. Wierzymy bowiem, że ilość naszych własnych dywizji, ich sprzęt techniczny, ich duch bojowy i męska postawa całego narodu najzupełniej wystarczą do zwycięstwa”. Wychwalani są polscy dowódcy, zwłaszcza wódz naczelny Edward Rydz-Śmigły, wokół którego po śmierci Józefa Piłsudskiego zrodził się swoisty kult. Przypominana się też konkretne polskie sukcesy militarne: zwycięstwa na Psim Polu, pod Grunwaldem i Wiedniem oraz w 1920 roku. Autor jednego z tekstów pisze wręcz, że Niemcy z Polakami właściwie nigdy nie wygrali.


„Jednodniówka Strzelecka”, Szamotuły 1939


Przebijająca z tych tekstów pewność siebie, a nawet buta – w kontekście wydarzeń, które nastąpiły po wrześniu 1939 roku – razi, wydaje się wręcz żałosna. Trzeba jednak pamiętać, że ówczesny kontekst był zupełnie inny. Od zwycięskiego powstania wielkopolskiego i od odparcia bolszewików minęło przecież mniej niż 20 lat!

Pierwsza strona pisma

Defilada przed starostwem (dziś Urząd Miasta i Gminy), Szamotuły, ul. Dworcowa. Zdjęcie opublikowane w „Jednodniówce Strzeleckiej”

„Jednodniówka Strzelecka”, Szamotuły 1939

„Tygodnik Parafii Szamotulskiej” 1939, nr 16

„Tygodnik Parafii Szamotulskiej” 1939, nr 16

„Tygodnik Parafii Szamotulskiej” 1939, nr 19

„Tygodnik Parafii Szamotulskiej” 1939, nr 23

Przedmowa do książki Andrzeja Hanyża Ziemia szamotulska w walce o wolność 1793-1919, Szamotuły 1939

Przedwojenne grono profesorskie Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi w Szamotułach. 1. z prawej na górze – Andrzej Hanyż (nauczyciel historii i geografii), 3. z lewej stoi Stanisław Owsiany (lekarz szkolny). Zdjęcie – własność Andrzej Nowak.

Stanisław Owsiany (1888-1940) ‒ lekarz, uczestnik 1. wojny światowej, powstaniec wielkopolski, kapitan Wojska Polskiego, działacz społeczny (przez wiele lat był prezesem zarządu szamotulskiego „Sokoła”, działał  w Towarzystwie Powstańców i Wojaków, pełnił honorową funkcję wiceburmistrza miasta), przewodniczący Komitetu Ufundowania Broni. Brał udział w wojnie obronnej 1939 r., internowany w Kozielsku, zginął w lesie koło Katynia. Zdjęcie z książki Pamiętnik jubileuszowy „Sokoła” w Szamotułach 1887-1927 (powtórzone w książce A. Hanyża).

Szamotulscy powstańcy wielkopolscy ze sztandarem – 2.07.1939 r., Rynek w Szamotułach

Widok na pomnik Powstańca w Szamotułach, ul. Dworcowa. Odsłonięty we wrześniu 1929 r., zniszczony przez Niemców we wrześniu 1939 r. (więcej o pomniku w artykule http://regionszamotulski.pl/pomnik-powstania-wielkopolskiego/).


Dozbrojenie

Słowo dozbrojenie w jednym z przytoczonych cytatów z tekstów powstałych kilka miesięcy przed wojną określone zostało jako „modne”. Warto zwrócić uwagę na celowość używania tego słowa w tamtym okresie i unikanie czasownika uzbroić. Posłużenie się czasownikiem uzbroić mogłoby sugerować nieprzygotowanie armii do działań zbrojnych, ujawniłoby słabość wobec wroga, a przecież polskie wojsko oceniano jako dobrze przygotowane do ewentualnego konfliktu! Natomiast dozbrojenie to zakup dodatkowego sprzętu wojskowego, nie podważa to już właściwego wyposażenia armii.

Wiosną 1939 roku ogłoszono Pożyczkę Obrony Przeciwlotniczej, czyli wewnętrzną pożyczkę państwową (w formie obligacji) na rozbudowę lotnictwa wojskowego i obrony przeciwlotniczej. Dzięki niej, jak napisał autor jednego z tekstów w „Tygodniku Parafii Szamotulskiej”, Polska miała „stać się jedną z największych potęg lotniczych”. W obu omawianych tu szamotulskich pismach powtarzane były wezwania do obywatelskiej ofiarności na ten cel.


2.07.1939 r. – uroczystość na Rynku w Szamotułach


W Szamotułach powstał Komitet Ufundowania Broni, który zbierał środki na zakup broni dla jednostki złożonej z mieszkańców powiatu. Jednostką tą był Szamotulski Batalion Obrony Narodowej, który  razem z siedmioma innymi batalionami wchodził w skład Poznańskiej Brygady Obrony Narodowej, utworzonej w kwietniu 1939 roku. Do jednostek tego typu powoływano rezerwistów starszych roczników (1900-1910), część z nich miała za sobą udział w powstaniu wielkopolskim, wojnie polsko-bolszewickiej, a niektórzy nawet w 1. wojnie światowej. Na czele Komitetu Ufundowania Broni stanął Stanisław Owsiany – znany szamotulski lekarz i działacz społeczny, a na dowódcę Szamotulskiego Batalionu ON powołano kpt. Stanisława Steczkowskiego – komendanta powiatowego Przysposobienia Wojskowego. Na rzecz zakupu broni przeznaczono także dochód z wydanej w czerwcu 1939 roku książki Ziemia szamotulska w walce o wolność 1793-1919 r., autorstwa Andrzeja Hanyża – zasłużonego nauczyciela szamotulskiego gimnazjum oraz znanego regionalisty.


2.07.1939 r. – uroczystość na Rynku w Szamotułach. 1. z lewej gen. Edmund Knoll-Kownacki, obok starosta szamotulski Adam Narajewski. Zdjęcie udostępnił Ireneusz Walerjańczyk


2 lipca 1939 roku na Rynku w Szamotułach odbyła się uroczystość poświęcenia sztandaru koła Związku Powstańców Wielkopolskich, połączona z zaprzysiężeniem żołnierzy Szamotulskiego Batalionu ON oraz przekazaniem zakupionej broni: 3 ciężkich karabinów maszynowych (cekaemów), 1 karabinu przeciwlotniczego i jednego samochodu wojskowego. W wydarzeniu tym wzięli udział: gen. Edmund Knoll-Kownacki, władze cywilne, powstańcy, przedstawiciele organizacji oraz rzesze mieszkańców miasta. Po poświęceniu sztandaru odbyła się msza przy ołtarzu usytuowanym na Rynku obok krzyża, a następnie poświecenie i przekazanie broni oraz uroczysta defilada pod pomnikiem Powstańca przy ul. Dworcowej.

Filmowe migawki z tego wydarzenia obejrzeć można w przedwojennej Polskiej Kronice Filmowej.

Przekazanie broni Szamotulskiemu Batalionowi Obrony Narodowej

Obejrzyjcie kilka ujęć filmowych z przedwojennych Szamotuł (uwaga – dźwięk nagrany z opóźnieniem). Uroczystość przekazania broni Szamotulskiemu Batalionowi Obrony Narodowej odbyła się na Rynku przy krzyżu 2 lipca 1939 r. (w czołówce podano złą datę). Już wkrótce na naszym portalu będzie można przeczytać tekst o Szamotułach w przededniu wojny (źródło youtube.com, kanał Pathe 1939).Przypominamy, że nie jest to jedyny film, na którym można zobaczyć Szamotuły z okresu międzywojennego. Powstały prawdopodobnie w 1927 r. film oraz komentarz do niego znajdziecie pod linkiem http://regionszamotulski.pl/pierwszy-film-krecony-w-szamotulach/.

Opublikowany przez Region szamotulski – portal kulturalno-historyczny Środa, 29 sierpnia 2018


Emocje tego dnia oddaje artykuł zamieszczony w „Tygodniku Parafii Szamotulskiej”:


„Tygodnik Parafii Szamotulskiej” 1939, nr 28


Uroczystość przekazania broni Szamotulskiemu Batalionowi ON. Zdjęcie – Narodowe Archiwum Cyfrowe


Narastanie konfliktów lokalnych

Na krótko przed wybuchem II wojny światowej Szamotuły były miasteczkiem zamieszkiwanym przez 9114 osób. W tej liczbie było około 700 osób narodowości niemieckiej i dużo mniej – niż się czasem przypuszcza – ludności żydowskiej, bo jedynie kilka rodzin.

W okresie od początku 1939 roku do wybuchu wojny z samych Szamotuł wyjechało 48 młodych Niemców, którzy za niemiecką granicą szkolili się, aby wziąć udział w przyszłej wojnie. Niektórych miejscowych Niemców oskarżono o znieważanie narodu polskiego, a w sierpniu 1939 roku szamotulski pastor Reinhold Giesel został – na podstawie decyzji wojewody – wydalony z Wielkopolski za głoszenie haseł rewizjonistycznych.

Jak wynika z tekstu opublikowanego w „Tygodniku Parafii Szamotulskiej”, miejscowa ludność niemiecka rozpowszechniała informacje o spadku wartości polskiej waluty, przez co podważała stabilność gospodarczą Polski. „Wojna toczy się w najlepsze – co prawda bezkrwawa wojna nerwów – którą musimy, na równi z każdym innym najazdem, wygrać” – pisał autor tekstu.

Ostatni numer cytowanego pisma ukazał się z datą niedzieli 27 sierpnia 1939 roku. W środę – 30 sierpnia ogłoszono powszechną mobilizację, w związku z czym odroczony został także początek roku szkolnego.   

Zamieszczone tu materiały z parafialnego tygodnika gromadziłam przy okazji, czytając publikowane na łamach pisma teksty o dziejach obrazu „Szamotuł Pani”. Pod sierpniowym odcinkiem – jak zwykle – znalazła się informacja: „ciąg dalszy nastąpi”. Nie nastąpił, historia została przerwana, podobnie jak życie wielu Polaków, którzy w piątek 1 września 1939 roku obudzili się w kraju ogarniętym wojną. Ginęli w wojnie obronnej, w obozach, egzekucjach, powstaniu warszawskim, wywiezieni na Wschód przez drugiego – sowieckiego – najeźdźcę. Był wśród nich ten, który z dumą przekazywał Szamotulskiemu Batalionowi ON uzbrojenie zakupione ze składek mieszkańców miasta i okolic. Dr Stanisław Owsiany na zawsze pozostał w lesie katyńskim.

Agnieszka Krygier-Łączkowska


Latem 1939 r. w Szamotułach pobrali się m.in. Barbara i Henryk Nowakowie (ślub 19.07) (por. wspomnienie http://regionszamotulski.pl/henryk-nowak-sportowiec-nauczyciel-i-trener/) oraz Leontyna i Teodor Wąsowscy (ślub 2.08) (por. tekst http://regionszamotulski.pl/daromila-wasowska-tomawska-krawcowa-egzekucja-i-narodziny/).

„Tygodnik Parafii Szamotulskiej” 1939, nr 34

Wzrost nastrojów rewizjonistycznych – rezygnacja redakcji „Tygfodnika Parafii Szamotulskiej” z zamieszczania ogłoszeń niemieckiej firmy. „Tygodnik Parafii Szamotulskiej” 1939, nr 16

„Tygodnik Parafii Szamotulskiej” 1939, nr 19

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Od urodzenia związana z Szamotułami. Polonistka (jak mama) i regionalist(k)a (jak tata).

Dr nauk humanistycznych, redaktor i popularyzator nauki. Prezes Stowarzyszenia WOLNA GRUPA TWÓRCZA, wiceprezes Szamotulskiego Stowarzyszenia Charytatywnego POMOC.

Zanim wybuchła II wojna wojna światowa2019-09-04T12:33:00+00:00

Nagrobek Jakuba Rokossowskiego – cenne dzieło Hieronima Canavesiego

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Nagrobek podskarbiego koronnego Jakuba Rokossowskiego z bazyliki w Szamotułach, czyli cenne dzieło włoskiego mistrza doby renesansu

Przy filarze otwierającym prezbiterium bazyliki kolegiackiej w Szamotułach znajduje się nagrobek podskarbiego koronnego Jakuba Rokossowskiego, wykonany przez Włocha Hieronima Canavesiego. Jest to jeden z ważniejszych zabytków tego kościoła, pod względem wartości artystycznych wymieniany zaraz po rzeźbie Chrystusa ukrzyżowanego z belki tęczowej i spiżowej płycie Andrzeja Szamotulskiego.


Postać Jakuba Rokossowskiego z nagrobka Hieronima Canavesiego. Zdjęcie Ireneusz Walerjańczyk


Nagrobek Andrzeja I Górki i jego żony Barbary z Kurozwęckich, katedra w Poznaniu. Rysunek Atanazego Raczyńskiego, 1842 r.

Nagrobek rodziny Górków. Zdjęcie z okresu międzywojennego

Nagrobek bpa Adama Konarskiego, katedra w Poznaniu. Zdjęcie z 1930 r.

Nagrobek Jakuba Rokossowskiego, bazylika kolegiacka w Szamotułach. Zdjęcie Ireneusz Walerjańczyk

Kartusz herbowy, nagrobek Jakuba Rokossowskiego

Nagrobek rodziny Górków. Fotopolska, zdjęcie z 2014 r.

Rzeźba Barbary z Kurozwęckich, nagrobek rodziny Górków. Zdjęcie z 1998 r.

Nagrobek bpa Adama Konarskiego. Zdjęcie ze zbiorów AMP

Twórca

Hieronim Canavesi (ok. 1525-82) najprawdopodobniej pochodził z Mediolanu i do Polski przybył około 1552 roku. Przez dłuższy czas współpracował w Krakowie z innym włoskim rzeźbiarzem – Janem Marią Mosca, zwanym ze względu na swoje pochodzenie z Padwy: Padovano (1493-1574). W 1562 roku po raz pierwszy Canavanesi został nazwany nadwornym artystą króla Zygmunta Augusta. W 1572 uzyskał obywatelstwo Krakowa, a rok później został starszym cechu murarzy i kamieniarzy.  

Uważa się, że dzieła obu twórców: Padovana i Canavesiego wywarły wielki wpływ na polską rzeźbę końca XVI i 1. połowy XVII w. Trzeba jednak dodać, że twórczość Padovana, którą cechuje finezja i miękkość linii rzeźbionych postaci, oceniana jest wyżej od prac Canavesiego.


Rzeźba Andrzeja I Górki – środkowa część nagrobka w katedrze poznańskiej. Zdjęcie z 1943 r.


Dzieła

Canavesi wykonywał głównie rzeźby nagrobkowe. Zachowały się tylko dwa podpisane przez niego nagrobki [„Opus Hieronimi Canavesi (…)”], oba znajdują się w katedrze poznańskiej. W kaplicy Najświętszego Sakramentu (inaczej: kaplicy Świętego Krzyża lub Górków) umieszczono monumentalny nagrobek rodziny Górków, powstały w 1574 roku. Ufundowany przez Andrzeja II Górkę nagrobek stanowi interesujące połączenie różnego typu rzeźb nagrobkowej. W niszach znajdujących się w środkowej części umieszczone zostały rzeźby postaci rodziców Andrzeja II: Andrzeja I Górki (1500-1551) i Barbary z Kurozwęckich (1500-1545). Są to wyobrażenia zmarłych w pozycji leżącej. Po bokach znajdują się figury stojące, które przedstawiają zmarłych biskupów z tej rodziny: Uriela (biskupa poznańskiego, ok. 1435-1498) i Łukasza II (biskupa włocławskiego, 1482-1542). Na cokole umieszczono płaskorzeźbę ukazującą klęczące postacie żyjących sześciorga dzieci Andrzeja I i Barbary Górków. Całość wieńczy figura Chrystusa Zmartwychwstałego, pod nią oraz na dole po bokach umieszczone zostały kartusze z herbami. Postacie wyrzeźbione są z czerwonego marmuru, a obudowę wykonano z białego wapienia (w innych nagrobkach z piaskowca). Drugie dzieło dłuta Canavesiego, umieszczone w kaplicy Świętej Trójcy, to powstały w latach 1575-76 nagrobek biskupa Adama Konarskiego (1526-74), ufundowany przez kapitułę poznańską.

Warto dodać, że osoby z nagrobka Górków były ściśle związane z Szamotułami. Matką biskupa Uriela Górki była Katarzyna, córka Dobrogosta Świdwy Szamotulskiego. Jego bratanek Łukasz II został właścicielem części Szamotuł, gdyż ożenił się z jedyną córką Andrzeja Świdwy Szamotulskiego (swoją dalszą kuzynką). W dojrzałym wieku złożył wszystkie urzędy, przyjął święcenia i został biskupem. Pochowany w katedrze Andrzej I był synem późniejszego biskupa i kolejnym właścicielem części Szamotuł. Synowie Andrzeja I nie spoczęli już w rodzinnym grobowcu. Pochówek w katedrze najwcześniej zmarłego z nich Łukasza III (męża Halszki) zablokował biskup Adam Konarski, uwieczniony później na 2. nagrobku Canavesiego. Było to związane z faktem, że wszyscy trzej bracia z ostatniego pokolenia Górków (zmarli bezpotomnie) byli luteranami.


Płaskorzeźba z nagrobka rodziny Górków. Klęczący synowie Andrzeja I nie zostali pochowani w katedrze ze względu na wyznanie. Zdjęcie z 1998 r.


Inne dzieła Canavesiego albo się nie zachowały, albo nie były sygnowane. Do tej grupy nagrobków uznawanych za dzieła włoskiego rzeźbiarza zaliczany jest nagrobek Jakuba Rokossowskiego z bazyliki kolegiackiej w Szamotułach. Podobnie jak inne prace Canavesiego wykonany jest z piaskowca i czerwonego marmuru. W części środkowej znajduje się postać rycerza w zbroi, w pozycji półleżącej, z mieczem, buławą i stojącym w nogach hełmem. Na umieszczonej poniżej tablicy w języku łacińskim wymieniono zasługi zmarłego. Na górze usytuowany jest kartusz z herbami: Glaubicz, Łodzia, Leliwa i Świnka. Herb Glaubicz należał do ojca Jakuba – Macieja, Łodzia – do matki Anny z Rąbińskich, Leliwa – babki ze strony ojca – Anny Ostrowieckiej, Świnka – babki ze strony matki – Anny Czackiej. Nagrobek okalają gzymsy i pilastry, czyli płaskie filary. W 2000 r. nagrobek przeszedł renowację.

Jakub Rokossowski

Nie wiadomo, czy Hieronim Canavesi i Jakub Rokossowski kiedyś się spotkali. Jakub Rokossowski (ok. 1524-1580) zmarł nagle w Krakowie, w czasie jednej z wielu swoich podróży. Czy planował swój nagrobek za życia jak Andrzej Szamotulski (zmarły w 1511 roku), który sam w znanym zakładzie Vischerów w Norymberdze zamówił spiżową płytę nagrobną, umieszczoną po jego śmierci w kościele w Szamotułach (zob. http://regionszamotulski.pl/plyta-nagrobna-andrzeja-szamotulskiego/). Chyba jednak nie. Wykonawcą testamentu Jakuba Rokossowskiego był siostrzeniec – ks. Jan Pawłowski, to jego starania przyczyniły się także do umieszczenia w szamotulskim kościele nagrobka zmarłego.

W momencie śmierci Jakub Rokossowski sprawował funkcję podskarbiego koronnego, był osobą znaną w ówczesnej Rzeczypospolitej, o jego zaletach pisali w swoich utworach  Mikołaj Rej i Andrzej Trzecieski (przed 1530-1584) – poeta polsko-łaciński, tłumacz i działacz reformacyjny, do którego tekstów kilka swych utworów napisał Wacław z Szamotuł.

Właścicielem części tzw. klucza szamotulskiego, czyli połowy miasta oraz wsi Gąsawy (dzisiejszych Gąsaw) oraz części we wsiach: Gaj, Gałowo, Jastrowie (Jastrowo), Kępa , Nowawieś i Szczuczyn, Jakub Rokossowski został w 1579 roku, czyli na rok przed śmiercią. Odkupił je od Stanisława – ostatniego z potężnego rodu Górków, który odziedziczył majątek po swoim bracie Łukaszu III. Inną część majątku podskarbiego Rokossowskiego stanowił Sieraków z 11 okolicznymi wsiami, a także miasteczko Margonin (dziś w powiecie chodzieskim), 2 wsie w powiecie wschowskim oraz części w rodzinnym Rokosowie i Żytowiecku (powiat kościański).


Rzeźba postaci Jakuba Rokossowskiego z nagrobka w bazylice kolegiackiej. NAC, zdjęcie z 1934 r.


Od 2. połowy XV w. Szamotuły były podzielone między dwóch właścicieli; początkowo należeli oni do dwóch różnych gałęzi rodu Świdwów Szamotulskich. Po podziale miasta dotychczasowy zamek (zamek świdwiński), znajdujący się w miejscu późniejszego klasztoru franciszkanów, przestał wystarczać. Andrzej Świdwa Szamotulski zbudował więc zamek północny (dzisiejszy zamek Górków). Po śmierci Andrzeja Szamotulskiego w 1511 zamek i tę część majątku Szamotulskich przejął zięć Łukasz II Górka, który zamek następnie rozbudował (więcej o rodzinie Szamotulskich w tekście http://regionszamotulski.pl/szamotulscy/).

Do Jakuba Rokossowskiego – jak wspomniano – należała przejęta od Górków, północna, część Szamotuł. Właścicielem południowej części miasta był wówczas Jan Świdwa Szamotulski. Na prośbę obu właścicieli król nadał Szamotułom prawo do odbywania dwóch jarmarków w roku.

Działalność publiczna Jakuba Rokossowskiego wypadła na lata panowania 3 polskich królów: Zygmunta Augusta, Henryka Walezego i Stefana Batorego. Był wielokrotnie posłem na sejm, uczestniczył w dyskusji nad warunkami unii polsko-litewskiej. Odegrał dość istotną rolę w czasie bezkrólewia po śmierci Zygmunta Augusta i przygotowań do pierwszej wolnej elekcji. Po wyborze na tron Henryka Walezego wraz z biskupem krakowskim i wojewodą podolskim czuwał nad przygotowaniami do koronacji i pogrzebu poprzedniego władcy. Podskarbim koronnym został za czasów kolejnego władcy – Stefana Batorego. Był człowiekiem niezwykle przedsiębiorczym. Przez lata dzierżawił od kolejnych władców cła, to znaczy w imieniu króla organizował ich pobór, odprowadzał do kasy królewskiej określoną kwotę, a nadwyżkę zostawiał dla siebie. Sprawując tę niewdzięczną funkcję, zyskał bardzo dobrą opinię i jeszcze po latach jego postępowanie stawiano za wzór. Pod koniec życia zaangażował się w przemyśle solnym i współzarządzał mennicą królewską w Olkuszu.

Nagrobek Jakuba Rokossowskiego znajduje się na filarze otwierającym dzisiejsze prezbiterium szamotulskiej bazyliki kolegiackiej. Dziwić więc może informacja, że Rokossowski najprawdopodobniej był protestantem (luteraninem). Warto jednak uświadomić sobie, że w XVI w. Szamotuły stanowiły silny ośrodek reformacji. W 1569 r. została oddana przez właścicieli miasta luteranom, a po 1573 roku braciom czeskim. Mimo nadzoru nad kolegiatą tych ostatnich od 1575 roku katolicy znów mogli odprawiać tam nabożeństwa, a w 1594 roku odzyskali ją na stałe. Świątynię przekazał im wówczas wnuk Jakuba Rokossowskiego, noszący to samo imię i nazwisko co dziadek.

Nagrobek Jakuba Rokossowskiego – cenne dzieło Hieronima Canavesiego2019-09-18T18:34:55+00:00