About Agnieszka Krygier-Łączkowska

Autor nie uzupełnił żadnych szczegółów
So far Agnieszka Krygier-Łączkowska has created 368 blog entries.

Baszta Halszki w obiektywie Jana Kulczaka

Baszta Halszki w obiektywie Jana Kulczaka


Nestor fotografów naszego portalu, Jan Kulczak, urodził się w 1937 roku. Pochodzi z Szamotuł, fotografuje od czasów szkolnych.

Jest absolwentem szamotulskiego liceum. Zawodowo związany był z branżą ubezpieczeń, specjalizował się w ubezpieczeniach majątkowych (w tej dziedzinie prowadził szkolenia, a także wykłady i ćwiczenia na Akademii Ekonomicznej). Na emeryturze może realizować swoje pasje: podróże, zwiedzanie, fotografowanie. Od wielu lat mieszka w Poznaniu, w „okresie szamotulskim” był szefem oddziału TKKF, działał w PTTK i Towarzystwie Kultury Ziemi Szamotulskiej, był przewodnikiem i społecznym opiekunem zabytków.

Czarno-białe zdjęcia baszty pochodzą z lat 60., kolorowe powstały w latach 2005-2018.

Szamotuły, 10.02.2018

Baszta Halszki w obiektywie Jana Kulczaka2025-01-07T12:55:46+01:00

Halszka z Ostroga i jej matka – Beata Kościelecka

Renesansowe emancypantki. Księżne Ostrogskie – Beata i Halszka

Niewiele jest kobiet staropolskich, o których wiemy więcej niż tylko to, czyimi były córkami, żonami, matkami. Na kartach historii zapisały się jedynie te niezwykłe, o nieprzeciętnych charakterach i losach, jak księżne Ostrogskie, matka i córka. Beata była opozycjonistką Zygmunta II Augusta, jedną z pierwszych Polek zajmujących się administrowaniem, ofiarą łowcy posagów i pierwszą znaną z nazwiska turystką tatrzańską. Jej córka, Halszka, zasłynęła jako dziedziczka ogromnej fortuny kniaziów Ostrogskich, antykrólewska buntowniczka, bohaterka obyczajowego skandalu, bigamistka, tajemnicza Czarna Księżniczka, która niczym więźniarka przez czternaście lat mieszkała w szamotulskiej baszcie.



Beata Kościelecka (1515-1576), portret z epoki

Katarzyna Telniczanka, babka Halszki i matka Beaty rozkochała w sobie przyszłego króla Zygmunta I Starego, z którym miała trójkę dzieci. Niewiele o niej wiemy. Być może była jedną z dam należących do dworu królowej matki, Elżbiety Habsburżanki? Zwała się Telniczanką od wsi Telnice na Morawach, co wskazywałoby na to, że była Czeszką. Jej niezalegalizowany związek z Zygmuntem trwał jedenaście lat, w tym dwa lata, gdy był on królem Polski. Nie zamierzał jej poślubić, gdyż jako władca musiał w wyborze żony kierować się względami dynastycznymi. Zapewnił jednak ukochanej dostatnie życie, wydając ją za mąż za podskarbiego wielkiego koronnego, a jednocześnie swojego przyjaciela, Andrzeja Kościeleckiego. Z tego małżeństwa w 1515 roku urodziła się jako pogrobowiec Beata Kościelecka. Współcześni twierdzili, że była córką króla, a w tym przekonaniu tym utwierdzał ich fakt, że mała Kościelecka wychowywała się nie przy matce, tylko razem z królewnami na dworze królowej Bony.

Beata słynęła z niezwykłej urody, opiewanej przez poetę Andrzeja Krzyckiego, ale wygląd nie był dla niej najważniejszy. Za sprawą Bony bliskie stały się jej zachodnie, renesansowe ideały podniesienia godności i znaczenia niewiast. Obserwując królową, przekonała się, że polityka, władza nie muszą być obce kobiecie, że kobieta może zarządzać majątkiem, formować stronnictwa, forsować swoje plany równie dobrze jak mężczyzna. Łasa na władzę i bogactwo Beata miała świadomość, że jedno i drugie da jej odpowiednie zamążpójście. W XVI wieku małżeństwa zawierano głównie w celach materialnych, służyły produkcji, utrzymywaniu i przekazywaniu dóbr. Gdy chodziło o wielki majątek, na dobór małżonków wpływał sam król, mając na względzie własne sympatie i interesy polityczne. Kościelecka, ciesząca się względami Zygmunta Starego i Bony, zadbała więc o to, by królewska para wydała ją za mąż za majętnego księcia, który uchodził za najlepszą partię w kraju ‒ litewskiego kniazia Ilię Ostrogskiego, starostę bracławskiego i winnickiego, pierworodnego syna słynnego wodza Konstantyna Iwanowicza Ostrogskiego. Ilia często przebywał na monarszym dworze, gdzie poznał i pokochał pięć lat młodszą od siebie ulubienicę Bony.

Ślub i wesele Ilii i Beaty odbyły się na Wawelu 3 lutego 1539 roku. Uroczystość uświetniły turnieje rycerskie, w jednym z nich król Zygmunt II August pojedynkował się na kopie z panem młodym. Ostrogski nie atakował, zapewne z szacunku dla osoby króla, gdyż młody władca natychmiast zrzucił go z konia, a Ilia doznał poważnych wewnętrznych obrażeń. Piękna, bogata, młoda para niedługo cieszyła się swoim szczęściem. Wkrótce po feralnym upadku kniaź czuł się tak źle, że postanowił napisać testament. Zadbał w nim przede wszystkim o żonę i dziecko, którego się spodziewali. Miało ono objąć część fortuny Ostrogskich po osiągnięciu pełnoletniości, a resztę ‒ po śmierci matki. Do czasu jego dorosłości całym spadkiem zarządzać miała Beata. Ilia zmarł 19 sierpnia 1539 roku, a trzy miesiące później, 19 listopada 1539 roku w Ostrogu, na dzisiejszej Ukrainie, przyszła na świat jego spadkobierczyni. Otrzymała imię Elżbieta, nazywana była zdrobniale Halszką.

Beata chciała, aby córka jak najdłużej pozostała dzieckiem ‒ małą Halszką, co dawało wdowie możliwość dysponowania jej majątkiem. Według prawa litewskiego nieletniość kończyła się u kobiet po ukończeniu piętnastego roku życia. W praktyce nie miało to znaczenia, gdyż dziewczyna aż do zamążpójścia pozostawała pod opieką, co wiązało się to z obowiązującym w monarchii ostatnich Jagiellonów prawem. Kobiety uznawane były za słabe fizycznie i psychiczne, w związku z czym potrzebowały opieki mężczyzny: ojca, brata albo męża. Ograniczenia te dotyczyły prawa spadkowego, opiekuńczego, małżeńskiego oraz zdolności sądowej w procesie cywilnym. W sądzie panny i mężatki nie mogły występować w swoim imieniu. Musiał je reprezentować mężczyzna. Samodzielnie czyniła to tylko wdowa. O dziecku, które zostało osierocone przez ojca, tak jak Halszka urodzona jako pogrobowiec, decydowali opiekunowie naznaczeni – powołani do opieki przez ojca w testamencie. Najważniejszym z ich uprawnień było zezwolenie na wejście w związki małżeńskie podopiecznych. Jeśli kobieta bez zgody opiekunów wyszła za mąż, traciła przypadające na nią mienie.

Posag wnuczki królewskiej kochanki obejmował: zamki w Połonnem, Krasiłowie, Cudnowie wraz z przyległościami, dwór Góry, dom w Wilnie i 1/5 dochodów z Ostroga. Elżbieta szybko zyskała sławę bogatej, a do tego pięknej dziedziczki. Nie wiemy, kto nauczył Halszkę czytać i pisać: ochmistrzyni, czy – wyedukowana dzięki Bonie – matka? Z pewnością były to umiejętności rzadkie wśród szesnastowiecznych niewiast. O tym, że nawet znaczniejsze szlachcianki nie potrafiły złożyć podpisu, mówią akta sądowe. Dziewczęta przygotowywano do roli żony i matki, osoby biernej i uległej, której znajomość prac gospodarskich i modlitw wpajano w rodzinnym domu. Jedynie na większych dworach były ochmistrzynie, uczące je odpowiednich manier, tańca, niekiedy gry na jakimś instrumencie.

Ledwie Halszka skończyła dziesięć lat, a już do Ostroga zaczęły przyjeżdżać matrymonialne poselstwa możnych panów litewskich i koronnych. Beata konsekwentnie je zbywała, więc niedoszli zięciowie jak najgorzej ją oceniali, zarzucając poświęcenie szczęścia córki dla własnych ambicji. Życie wdowy wypełniało wychowywanie Halszki w bezwzględnym posłuszeństwie i procesowanie się z młodszym bratem zmarłego męża, Konstantym Wasylem Ostrogskim o rodzinne dobra Ostrogskich. Do czasu aż Konstanty Wasyl postanowił skończyć z sądami i przejąć włości należące kiedyś do jego ojca poprzez małżeństwo bratanicy z wybranym przez siebie kandydatem. Dla niej ślub oznaczał wejście w posiadanie spadku, ale w rzeczywistości ‒ przejęcie go przez jej męża. Stryj dziedziczki chciał znaleźć takiego absztyfikanta, który zadowoliłby się częścią wielkiego majątku księżniczki, a resztę przekazał jemu. Jako bliski krewny był opiekunem przyrodzonym, czyli spokrewnionym, miał więc prawo wyboru męża dla Halszki. Ale to prawo mieli też wyznaczeni przez Ilię w testamencie opiekunowie, zwłaszcza matka i Zygmunt II August.

Ostróg, ruiny zamku Ostrogskich. Widoczne dwie baszty i zarys murów, w środku Cerkiew Objawienia Pańskiego, odbudowana w zmienionym stylu w II poł. XIX w. Źródło wolhynia.pl

Płyta nagrobna Dymitra Sanguszki, kościół św. Mikołaja w Jaromierzu, Czechy

Ostrogski zaplanował wydać bratanicę za księcia Dymitra Sanguszkę, starostę kaniowskiego i czerkaskiego. Dymitr początkowo uzyskał zgodę Beaty, jednak później ta wycofała się ze złożonej obietnicy. 6 września 1553 roku Konstanty i Dymitr z blisko stu oddanymi sobie ludźmi najechali zbrojnie Ostróg. Pokonali załogę zamkową: jednego poddanego kniahini zabili, ranili ośmiu. Prosili, aby Ostrogskie zgodziły się oddać rękę panny Sanguszce. Bezskutecznie. Beatę zamknięto w izdebce i sprowadzono duchownego, by związał młodych stułą. Ponieważ Halszka nie chciała wymówić słów przysięgi, stryj zrobił to za nią. Następnie odprowadził młodych do łożnicy, gdzie oddał żonę mężowi.

Słudzy księżnej donieśli o napadzie i wymuszonym ślubie wojewodzie kaliskiemu Marcinowi Zborowskiemu, jednemu z wielu, który pragnął, aby Halszka została jego synową. Zborowski zaś poinformował o tym króla. Zygmunt August uznał najazd na Ostróg za osobistą zniewagę i natychmiast wysłał pisma do Wasyla i Dymitra z rozkazem, aby wszystko wróciło do dawnego stanu, dopóki sprawą nie zajmie się sąd w Knyszynie. Spór został rozstrzygnięty na płaszczyźnie narodowościowej. Senatorowie litewscy poparli pretensje Sanguszki i stojącego za nim Ostrogskiego, wskazując na zniewalający wpływ matki na Elżbietę. Senatorowie polscy, dążący do tego, by scheda Ostrogskiej trafiła w ręce jednego spośród nich, stanęli po stronie Beaty. Zygmunt August oburzony był tym, że Halszka została poślubiona bez jego wiedzy i zgody, rozsierdziło go też samowolne opuszczenie pogranicznych zamków przez Dymitra i narażenie ich na niebezpieczeństwo ze strony Tatarów. Władca domyślał się, że za całą sprawą stoi znany z antykrólewskich knowań hetman wielki koronny Jan Tarnowski, teść Konstantego Wasyla. Wyrok, jaki zapadł w Knyszynie 5 stycznia 1554 roku, skazywał Sanguszkę na infamię, czyli – w dawnym prawie polskim – utratę czci i praw obywatelskich oraz gardło, a więc śmierć. Jednocześnie na prośbę Beaty król zarządził rozesłanie uniwersałów, na podstawie których miano pojmać Dymitra, a jego żonę oddać matce. Ostrogski wywinął się z opresji dzięki interwencji króla Czech, Ferdynanda, nakłonionego do niej przez Tarnowskiego.

Sanguszko postanowił salwować się ucieczką. Wraz z przebraną w męskie szaty Halszką, udał się do czeskiej posiadłości hetmana Tarnowskiego – Roudnic. W pościg za nim ruszyły zbrojne drużyny: Marcina Zborowskiego i jego syna, też Marcina, Janusza i Jędrzeja Kościeleckich – krewnych Beaty oraz Łukasza i Andrzeja Górków. Początkowo wszyscy jechali razem, lecz Zborowscy potajemnie wypuścili się do przodu, chcąc, aby tylko na nich spadła sława wybawicieli porwanej księżniczki i tym samym przychylność jej opiekunów. Pod koniec stycznia uciekający dotarli do czeskiej Lysy, nieopodal Jaromierza. Zatrzymali się w zajeździe, gdzie odbywało się wesele. Ucztujący zapamiętali Dymitra jako pogodnego kniazia, który chętnie z nimi rozmawiał, a nawet brał udział w tańcach w parze ze swoją towarzyszką. Następnego dnia rano Sanguszko, jeszcze niekompletnie ubrany, zszedł do świetlicy zajazdowej zamówić śniadanie. Wtedy do pomieszczenia wpadli Zborowscy i zaczęli strzelać z rusznic. Ranili dwoje weselnych gości. Książę wybiegł na podwórze. W czasie gonitwy rozdarto na nim koszulę i uciekał zupełnie nagi. Ostatecznie pojmano go, pobito, a kilka dni później uduszono łańcuchem. Piętnastoletnia Halszka została wdową. Przez ostatnie pięć miesięcy dwa razy obserwowała krwawe walki o swoją rękę, a naprawdę o posag – najpierw w Ostrogu, potem w Czechach. Był to jednak zaledwie początek dramatu polskiej Heleny Trojańskiej. Jak zanotował kronikarz Marcin Bielski, „Zborowski córkę księżnie matce oddał, o którą potem wielkie burdy były”.

Losy pierwszego małżeństwa Halszki stały się źródłem inspiracji dla wielu twórców. W XIX wieku po tę historię sięgnęli – powieściopisarz Stanisław Jaszowski oraz dramatopisarze: Józef Ignacy Kraszewski, Aleksander Narcyz Przeździecki, Józef Wojciechowski i Józef Szujski. Dramat Szujskiego Halszka z Ostroga z 1858 roku cieszył się największą popularnością i był wystawiany na scenach teatrów w: Pradze, Krakowie, Poznaniu i Warszawie. Postać Halszki kreowała między innymi zachwycająca w tej roli Helena Modrzejewska. O Halszce powstały też opowieści w języku czeskim i niemieckim. W tych romantycznych utworach widziano w Sanguszce rycerza, który poniósł śmierć w imię miłości. Jednak za legendą o uczuciu zakazanym przez matkę kryła się antykrólewska polityka możnowładców, prywata, żądza władzy i pieniędzy – uczucia, dla których umierano jak dla miłości. Ale to miłość jest wdzięczniejszym tematem dla twórców…

Krytycznie do wydarzeń związanych z Halszką i Dymitrem takich jak: najazd na Ostróg, porwanie, lekceważenie powagi królewskiej, konflikty rodzinne, zabójstwo odniósł się Jan Matejko. Umieścił Ostrogską na płótnie Kazanie Skargi, które jest malarską wizją wewnętrznych przyczyn rozbiorów Polski. Halszka symbolizuje na nim awanturniczą szlachtę przedkładającą prywatę nad dobro ojczyzny. Samej Elżbiecie słuchającej matki, a sprzeciwiającej się monarsze, można zarzucić samowolę oraz brak dbałości o dobro powszechne. Na obrazie została przedstawiona jako młoda kobieta w niebieskiej sukni i białej kryzie, z głową wspartą na ręce, górująca nad skuloną w sobie Anną Jagiellonką. Leciwa królowa siedzi tuż przy Halszce na zasadzie kontrastu. Anna nie miała posagu, urody, jej samotność i nieszczęścia, w tym późne i nieudane zamążpójście, nie budziły zainteresowania. Mimo iż urodziła się królewną, cechowała ją przeciętność. Elżbieta była niepospolita zarówno pod względem wyglądu, charakteru, jak i osobistych losów.


Jan Matejko, Kazanie Skargi (obraz ukończony w 1864 r.) – fragment



Z prawej: Helena Modrzejewska jako Halszka i Antonina Hoffmann jako Beata w spektaklu Halszka z Ostroga Józefa Szujskiego, zdjęcie Walery Rzewuski, 1866 r. Źródło: Foundation for Modjeska

Łukasz III Górka, obraz namalowany przez Jarka Kałużyńskiego na podstawie wizerunku z epoki

Wracająca z Czech Halszka spotkała się z matką w Poznaniu 18 marca 1554 roku. Dzień później złożyła skargę na stryja Konstantego Wasyla z powodu napadu na Ostróg, zagrabienia kosztowności i zmuszenia do ślubu. O rękę wdowy wystąpili przedstawiciele rodów biorących udział w pościgu za Sanguszką. Zabójcy pierwszego męża dziedziczki ‒ Zborowscy doszli do porozumienia z Tarnowskim i królową Boną. Król, widząc zbliżenie opozycyjnych magnatów, sam postanowił wydać Halszkę za mąż. Tylko dzięki temu mógł zyskać pewność, że majątek księżniczki nie zasili jego przeciwników. Pragnąc zjednać dla swej polityki protestantów, zadecydował, że księżniczkę poślubi luterański przywódca, wojewoda brzesko-kujawski i jeden z najzamożniejszych panów wielkopolskich ‒ Łukasz III Górka.

Władca, udając się wiosną 1555 roku z Litwy do Piotrkowa na sejm, zatrzymał się w Warszawie u matki, królowej Bony, gdzie przebywały obie wdowy. Przez kilkanaście dni bez skutku namawiał Beatę i Halszkę do zgody na ślub z Górką. W dzień odjazdu na sejm Zygmunt August postanowił sprawę zakończyć. Wszystko było przygotowane do ślubu, z wyjątkiem panny młodej i jej matki.  Beata schowała się w łaźni. Znaleziono ją i siłą zdjęto pierścień z palca, który dano Halszce, jako rzekomy znak przyzwolenia na małżeństwo. Podczas ceremonii zaślubin Elżbieta wciąż powtarzała, że zgadza się wyjść za Górkę, jeżeli jej matka się na to zgodziła i taka jest matczyna wola. To wymuszone „tak” stało się podstawą starań Beaty o unieważnienie ślubu Halszki z Łukaszem. Ich małżeństwo nie zostało skonsumowane dzięki interwencji Bony, u której Ostrogskie nadal pozostały, nie uznając ślubu za ważny.

Górka, za namową królowej, zostawił niechętną mu żonę teściowej, a sam ruszył z Zygmuntem Augustem na sejm. Liczył, że z czasem obie księżne pogodzą się z nowym status quo. Wracając z Piotrkowa na Litwę, król ponownie zajechał do Warszawy i daremnie starał się nakłonić Beatę do oddania Halszki mężowi. Łukasz odłożył sprawy osobiste na później. Pochłonęła go działalność reformatorska.

Wkrótce Ostrogskie straciły potężną opiekunkę, gdyż Bona rozgoryczona z powodu odsunięcia przez syna od władzy wróciła do Włoch. Mimo tego Halszka osobiście napisała do Łukasza, „że woli gardło dać niźli zań iść”, o czym w liście z 26 października 1556 roku donosił Zygmunt August wojewodzie wileńskiemu, Mikołajowi Radziwiłłowi Czarnemu. Jednocześnie prosił o radę, co ma dalej czynić, „bo to najtrudniejsze, iż dziewka nie chce”. Beata potajemnie rozpoczęła układy z nowym konkurentem do ręki jedynaczki, księciem Siemionem Słuckim.

W 1557 roku uparte buntowniczki schroniły się przed Górką i królem we Lwowie. Zamieszkały w domu, który znajdował się między potężnym murem obronnym a klasztorem dominikanów. Władca nakazał staroście lwowskiemu Piotrowi Barzemu, by zmusił Halszkę i jej matkę do podporządkowania się jego woli i uznania ślubu z Łukaszem. Beata hardo się temu przeciwstawiła, odpowiadając staroście, iż wolałaby puginałem zabić córkę i siebie, niż widzieć ją w niewoli u Górki. Z pewnością miała świadomość dramatu realiów epoki, w której kobieta była przedmiotem w ręku mężczyzn, ale nie myślała bez walki podporządkowywać się bezwzględnym prawom. Barzy złożył raport o niewykonaniu zadania Zygmuntowi Augustowi. Ten, zatroskany o swój monarszy autorytet, wysłał do Lwowa swego sekretarza, Łukasza Górnickiego, który postawił straże u bram miasta z rozkazem, aby nikogo z niego nie wypuszczały ani do niego nie wpuszczały. Strażnikom udało się przechwycić listy Mikołaja Radziwiłła Czarnego do Beaty z radą, aby nie dawała Halszki Górce, jeśli nie chce stracić wszystkich majętności. Odkrywszy poparcie Czarnego dla Ostrogskiej król stracił do niego nieograniczone zaufanie, którym dotąd go darzył, częstokroć pytając o radę także w sprawie Halszki.

Tymczasem w żebraczym przebraniu do lwowskiego klasztoru przedostał się książę Siemion Słucki. 11 marca 1559 roku Halszka dopuściła się bigamii. Odtąd miała dwóch mężów: jednego uznanego przez władcę i jego stronników, drugiego uznanego przez antykrólewską opozycję, do której należała wraz z matką. Skandal przybierał coraz większe rozmiary, a we Lwowie nastroje stawały się coraz bardziej niespokojne. Łukasz Górka z braćmi Andrzejem i Stanisławem oraz zbrojnym pocztem gotów był do oblężenia klasztoru. Starosta Barzy, chcąc uchronić Lwów przed rozlewem krwi, przeciął rury dostarczające do klasztoru wodę. Wówczas Beata powiadomiła go, iż z wolą bożą oddała córkę w stan święty małżeński księciu Słuckiemu, który małżeństwo w przeciwieństwie do Górki skonsumował. Ostrogska chciała, aby Barzy przekazał tę wieść królowi i liczyła, że teraz nieuznawany przez nią zięć zaprzestanie starań o wydanie mu Halszki. Jednak po trzech dniach bez wody złamała się i dała jedynaczkę w sekwestr do czasu rozwiązania sporu. Dwa dni później, wbrew obietnicy danej księżnej, a zgodnie z rozporządzeniem władcy, Halszkę przekazano Górce.


Halszka z Ostroga, obraz namalowany przez Jarka Kałużyńskiego na podstawie wizerunku z epoki

Baszta Halszki – obraz Arlety Eiben, 2013 r.

Halszka wpadła w depresję, została przewieziona przez Łukasza Górkę do Szamotuł. Tymczasem Beata uprosiła króla, aby polecił rozsądzić sprawę małżeństwa jej jedynaczki. O ewentualnym unieważnieniu ślubu mieli zdecydować prymas Jan Przerębski wraz z biskupem poznańskim Andrzejem Czarnkowskim. Ostrogska rozpoczęła szeroką kampanię na rzecz odzyskania Halszki dla Siemiona. Pisała dziesiątki listów, kaptowała sprzymierzeńców. Pragnęła wyciągnąć córkę z „piekielnego Babilonu niechrześcijańskiego”, jak nazywała dom luteranina Górki. Ten zaś chciał zatrzymać Halszkę przy sobie i sprawić, by przestała być mu „wrogiem w domu”.  Jak zapewniał w liście prymasa, sumienie nie pozwoliłoby mu zerwać ślubów, nawet gdyby za wydanie Halszki miał otrzymać jakąś nagrodę. W listach krążących między Ostrogską, Zborowskim, Przerębskim a Górką kwota za Elżbietę wciąż rosła, aż osiągnęła 100 000 zł, które proponowała Beata Łukaszowi. W liście do prymasa Przerębskiego pisała, że jeśli jej nieprzyjaciel zażąda więcej pieniędzy, zostanie jej tylko zagroda. Łukasz ostatecznie okazał się nieprzekupny. Na pytania prymasa o małżeńskie życie odpowiadał, że wszelkimi sposobami próbuje dojść do porozumienia z żoną, ale ta uparcie każe mu starać się o akceptację teściowej.

Halszka nigdy nie złamała przysięgi danej matce, by niczego bez jej woli nie czynić – nie pogodziła się z Łukaszem. Żałobny strój, jaki nosiła po śmierci Siemiona Słuckiego, zmarłego w 1560 roku sprawił, że nazywano ją Czarną Księżniczką. Aby zaprotestować przeciwko ubezwłasnowolnieniu, odsunęła się od narzuconego męża. Aż do jego śmierci 23 stycznia 1573 roku, czyli w sumie czternaście lat, mieszkała z dala od niego w szamotulskiej baszcie. Ponieważ ówczesnym tak niepokorna postawa kobiety nie mieściła się w głowach, powstała legenda, że to Górka kazał umieścić Halszkę w wieży. Legenda zrobiła z Łukasza tyrana i kata swej żony, który kazał zakuć jej twarz w żelazną maskę. Miała nim powodować zazdrość z powodu urody Halszki. Najpierw burzliwe, a potem pustelnicze życie sprawiły, że ‒ jak napisał heraldyk Bartosz Paprocki ‒ Elżbieta „była potem mente capta”, czyli obłąkana. Czy tak było w istocie? Czy może jej postępowanie do tego stopnia zadziwiało współczesnych, że uznali, iż straciła rozum? Z pewnością była w złej kondycji psychicznej, ale jako osoba chora psychicznie nie mogłaby napisać testamentu, a taki po niej pozostał. Każdy testament musiał zawierać klauzulę, że sporządza się go przy zdrowym umyśle i pamięci. Inne napisane przez nią dokumenty, listy również przeczą legendzie, że po opuszczeniu baszty popadła w obłęd.

Dla Beaty nawet utrata podstawowego argumentu w walce z Górką, czyli śmierć Słuckiego, nie była powodem do kapitulacji. Uciekła się do ostatecznego środka, by przeciwny oddaniu Halszki Górka nie wszedł w posiadanie jej majątku. Wyszła za mąż, co wkrótce okazało się jej największym życiowym błędem. W swoim wybranku, przedsiębiorczym, pozbawionym skrupułów wojewodzie sieradzkim, Olbrachcie Łaskim, Beata widziała wymarzonego obrońcę jej pieniędzy i wybawiciela córki. Łaski z kolei widział w starszej od siebie o dwadzieścia jeden lat kobiecie swą przyszłą ofiarę, dzięki której będzie mógł zrealizować nietuzinkowe, wymagające dużych funduszy marzenie, by zostać mołdawskim władcą. Pełni nowych nadziei Beata i Olbracht 12 kwietnia 1564 roku zawarli związek małżeński. Po ślubie wyjechali do rodzinnej posiadłości Łaskiego, położonej w Tatrach Słowackich ‒ Kieżmarku. Beacie spodobały się góry. Zadziwiła wszystkich, wyruszając na górską wycieczkę, by zobaczyć piękne krajobrazy. Było to zachowanie na ówczesne czasy tak niezwykłe, że kronikarz odnotował ten fakt między opisami działań wojennych i klęsk żywiołowych, które dotykały Kieżmark. Dzięki temu matka Halszki stała się pierwszą znaną z nazwiska turystką tatrzańską.

Olbracht dbał o dobry nastrój małżonki i pozory miłości. Organizował huczne uczty, festyny, turnieje rycerskie, aż w stosownej chwili, niespełna rok po ślubie, oświadczył Beacie, iż jego sytuacja finansowa jest fatalna i dla utrzymania kieżmarskiego dworu potrzeba mu znacznych sum. Wówczas ta zapisała mężowi wszelkie prawa do zamków i dóbr książąt Ostrogskich oraz odziedziczonych po bracie Janie, biskupie wileńskim. Zapis miał być oznaką wdzięczności za starania czynione w celu uwolnienia Halszki spod władzy Łukasza Górki. Gdy tylko żona złożyła podpis na cesji, zwinął dwór i udał się do Polski, by za zyskane pieniądze spełnić swe marzenie o mołdawskim tronie. Beatę pozostawił w Kieżmarku, otoczył strażą i kazał pilnie strzec.

Przez osiem lat nikt nie upomniał się o nią, choć wiedziano, że była przetrzymywana w bardzo złych warunkach. Księżna przekonała się o tym, że przywileje szlacheckie nie obejmowały kobiet. O ile szlachcic mógł zostać uwięziony jedynie na mocy prawomocnego wyroku sądu, to ten sam szlachcic mógł bezpodstawnie więzić szlachciankę przez długie lata. Beata zakończyła życie w 1576 roku, nie odzyskawszy wolności.

Gdy trzy lata wcześniej, wraz ze śmiercią męża skończyło się dla Halszki dobrowolne więzienie, zamieszkała u stryja w Dubnie, gdyż Konstanty Wasyl przysiągł, że zrobi wszystko, by zwrócić wolność jej matce. Z wdzięczności to właśnie jemu oraz jego synom – Januszowi, Konstantemu i Aleksandrowi, w testamencie z 16 marca 1579 roku zapisała swój wielki posag, który wywołał tyleż samo emocji, co konfliktów. Do śmierci, czyli do grudnia 1582 roku mieszkała w Dubnie.

W XX wieku literaci zwrócili uwagę na perypetie Elżbiety i Łukasza III Górki oraz związane z nimi legendy, takie jak zakucie twarzy Halszki w czarną maskę przez zazdrosnego męża, czy podążanie szukającej pociechy księżnej podziemnym gankiem na nabożeństwa z baszty do kolegiaty. Jej zbeletryzowany życiorys wydał Mieczysław Dereżyński, a powieści historyczne poświęcone Halszce stworzyli: Maria Wicherkiewiczowa, Amelia Łączyńska i Janusz Teodor Dybowski. Przeżycia Ostrogskiej stały się też inspiracją do napisania sonetów przez Stanisława Helsztyńskiego. W literaturze popularnonaukowej – u Zbigniewa Kuchowicza, Marka Ruszczyca, Krystyny Kolińskiej księżne Ostrogskie zasiliły grono niepospolitych niewiast.

Daromiła Wąsowska-Tomawska

ZNÓW NARODZINY HALSZKI

W cieniu księżyca
w żelaznej masce na twarzy
W mroku baszty
Mówią
Czarna Księżniczka
A dzisiaj chce znów
być piękna
W kolorach przy jędrnych piersiach
i kryzie
Jak nimfa odpłynąć
z kaczeńcem przy uchu
w złocistym skręcie loka
I wznieść się
unieść w oparach Samy
pomiędzy krzykiem a głuszą
I czekać
aż drgną znów usta
i słońce zatrzyma promień
nad pierwszą literą
imienia

tomik Fotografie, 2017 r.

Halszka i Beata należały do nielicznych kobiet, które w XVI wieku odebrały wykształcenie, umiały czytać i pisać. Beatę pochłaniało wszystko, co dotychczas było zarezerwowane dla mężczyzn: władza, walka o rodzinne dobra, zarząd ogromnymi majętnościami. To, że starała się być aktywna, niepodporządkowana mężczyznom, stało się przyczyną legendy jakoby była złą, wyrodną matką. Z kolei Halszka pragnęła pozostać wierna przysiędze złożonej matce i nie godziła się na męską dominację w kwestii małżeństwa. Manifestowała niechęć do narzuconego jej przez króla męża życiem w wieży, izolacją, noszeniem czarnych strojów. W czasach, kiedy od kobiet wymagano przede wszystkim posłuszeństwa, takie zachowanie budziło agresję i było źródłem negatywnego etykietowania. Wyemancypowane zachowanie Ostrogskich tłumaczono podłym charakterem, chorobą psychiczną. Powstały o nich legendy. Ich źródłem był konflikt o rękę bogatej księżniczki, ale również – i to niezwykłe – pragnienie wyjścia Elżbiety i jej matki Beaty poza role przeznaczone dla renesansowych kobiet, które były związane wyłącznie z płcią. Nieprzeciętne, tajemnicze postacie żyją drugim, legendarnym życiem. Do dziś w okolicach szamotulskiej baszty można spotkać mroczne widmo – ducha Czarnej Księżniczki.

Sylwia Zagórska

Szamotuły, 6 lutego 2018 r.

Sylwia Zagórska

Od dzieciństwa mieszka w Kaźmierzu, absolwentka szamotulskiego liceum, nauczycielka historii, dr nauk humanistycznych. Autorka biografii Elżbiety Ostrogskiej pt. Halszka z Ostroga. Między faktami a mitami oraz specjalnego wydania „Obserwatora Kaźmierskiego” – Urnental. Okupacyjne losy mieszkańców gminy Kaźmierz.

Lubi gwarę wielkopolską, kolarstwo. Biega.

Halszka z Ostroga i jej matka – Beata Kościelecka2025-08-27T21:23:46+02:00

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Krawcowa, egzekucja i narodziny

Po prawej – dom, w którym Pelagia i Franciszek Wąsowscy mieszkali z synową na początku II wojny, narożnik Rynku i ul. Dworcowej (wcześniej: Klasztornej). Pocztówka z ok. 1915 r.


Egzekucja 5 mieszkańców Otorowa – 13.10.1939 r.; Źródło: Muzeum – Zamek Górków


Żołnierze hitlerowscy na szamotulskim Rynku. Źródło: Fotopolska


Pelagia i Franciszek Wąsowscy z synową Leontyną, okres II wojny.


Tablica na miejscu egzekucji, zdjęcie współczesne – Jan Kulczak

Pozostałe zdjęcia z archiwum rodziny Wąsowskich i Tomawskich

Obrazki z przeszłości, część 5.


Daromiła Wąsowska-Tomawska

KRAWCOWA, EGZEKUCJA I NARODZINY


Z lewej: Pelagia (1879-1959) i Franciszek (1879-1970) Wąsowscy z synem Teodorem (Dorciem) (1911-1967), ok. 1914 r.; z prawej: zdjęcie ślubne Leontyny (1911-2001) i Teodora Wąsowskich, 2.08.1939 r.


Mija sześć tygodni od ślubu moich przyszłych rodziców. 1 września 1939 roku wybucha II Wojna Światowa. Niemcy napadają na Polskę. Młody małżonek Teodor żegna swoją Leontynę na ponad dwa lata. Idzie na front, gdzie jest sanitariuszem. Potem trafia jako jeniec do niewoli. Losia ‒ tak ją nazywa, zamieszkuje w tym czasie u teściów, Pelagii z domu Cichej i Franciszka Wąsowskich.

Moja przyszła babcia jest dokładną, pracowitą krawcową, dziadek – szanowanym cieślą. Zajmują mieszkanie w narożnikowej kamienicy, której okna wychodzą na szamotulski Rynek. Zza przysłoniętych szyb podglądają ulicę i są świadkami egzekucji. Pięciu polskich młodych chłopców, patriotów z pobliskiego Otorowa, zostaje rozstrzelanych przez Niemców. Ten makabryczny obraz pozostaje w sercu i umyśle Leontyny na całe życie. Po latach zdaje relację swoim dzieciom, opowiada ze łzami w oczach. Nie jest w stanie oglądać filmów związanych z wojną.

Do krawcowej Pelasi przychodzą Niemki ze swoimi materiałami, przeróbkami odzieży. Po ich wyjściu z mieszkania, babcia z wściekłością wrzuca – jak mówi ‒ „te szwabskie szmaty” pod łóżko. Przygryza wargi i szybko siada do maszyny. „Trzeba przecież z czegoś żyćˮ ‒ uspokaja ją synowa.

Teściowa ciągle nie wierzy, że jej syn wróci z wojny. Pełna energii i nadziei Losia ‒ obiecuje. Kontaktuje się z polskim dentystą, u którego Teodor pracował przed wojną. Robią starania o powrót z wojny dobrego fachowca, który jest tu, w Szamotułach, bardzo potrzebny. Teodor wraca z obciętym palcem lewej ręki, który stracił w niemieckiej młocarni. Wraz z żoną przeprowadza się do jednego – przechodniego pokoju w budynku przy placu Sienkiewicza w Szamotułach.

Urodzonemu w 1943 roku dziecku mama Leontyna robi z bandaży sweterek  Wybierają jedno z dziesięciu dziewczęcych i tylu samych chłopięcych imion nakazanych przez Niemców ‒ córka otrzymuje na chrzcie św. imię Daromiła. Wszystkie dziewczęta na drugie imię musiały mieć Kazimiera. Za półtora roku przyjdzie na świat brat Bogusz (mój Głoguj). Żadna miłość nie zna granic.



Z lewej: Leontyna Wąsowska, zdjęcie z 1939 r.; zdjęcie to miał ze sobą mąż Teodor w okresie niewoli; w środku: napis na odwrocie zdjęcia; z prawej: Daromiła Wąsowska, 1943 r.

Szamotuły, 04.02.2018

Daromiła Wąsowska-Tomawska

Urodzona w Szamotułach, absolwentka miejscowegoo liceum. Po ojcu – znanym szamotulskim dentyście – odziedziczyła zawód i zamiłowanie do muzyki klasycznej.

Mieszka w Pobiedziskach koło Poznania. Prezes i współzałożycielka Salonu Artystycznego im. Jackowskich. Poetka.

http://regionszamotulski.pl/daromila-wasowska-tomawska/

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Krawcowa, egzekucja i narodziny2025-01-04T11:54:18+01:00

Tabliczki z nazwami ulic

Tabliczki z nazwami ulic. Czy naprawdę tak trudno poprawnie zapisać nazwę?

Ulice Szamotuł otrzymywały swe nazwy w różnych czasach i mają odmienny charakter. Są nazwy odnoszące się do właściwości ulicy, jej usytuowania, kierunku, w którym prowadzi, znajdującego się przy nim obiektu. Sporo nazw ma charakter pamiątkowy, czyli przywołuje jakieś ważne osoby czy wydarzenia. Niektóre mają charakter seryjny, inne wyjątkowy (por. http://regionszamotulski.pl/nazwy-szamotulskich-ulic/). To wszystko normalne, tak jest też w innych miastach. Co innego tabliczki z nazwami. Tu konieczne jest pewne ujednolicenie i porządek, a tego nie ma i to od wielu lat. Te same ulice mają tabliczki z odmiennym zapisem nazwy, pojawiają się na nich różnego rodzaju błędy.

Tabliczki poprawne



Najpierw o błędach w zapisie. W gruncie rzeczy trzeba pamiętać tu tylko o kilku zasadach i pilnować, żeby je uwzględniano. W Szamotułach – jak się okazuje – jest to zbyt trudne dla kilku już pokoleń urzędników. Skąd o tym wiem? Otóż zagadnieniem tym w lokalnej prasie zajmowałam się już na początku lat dziewięćdziesiątych! Na dowód zamieszczam skan artykułu, którego jestem współautorką. Wiele tabliczek, o których wtedy pisaliśmy, wisi do dziś.

Jakie zasady są zatem tu istotne? Po pierwsze: trzeba pamiętać, że człony „ulicaˮ, „placˮ, „alejaˮ, „skwerˮ czy „rondoˮ nie wchodzą w skład nazwy i pisze się je małą literą, na przykład ul. Barwna, pl. Sienkiewicza czy al. Jana Pawła. Można używać skrótów pl. i al. lub całych wyrazów plac i aleja, a w wypadku ulicy nawet pominąć ten wyraz jako oczywisty, czyli wystarczy sam napis Obornicka, nie trzeba dodawać, że to ulica. Zasady sobie, a szamotulska praktyka sobie. Na placu Sienkiewicza wiszą, widoczne na zamieszczonych zdjęciach, tabliczki z napisem Plac, na alei Niepodległości – obok tabliczek z zapisem poprawnym – błędne z Aleją. Jeszcze innego typu błędy pojawiają się w zapisie czwartej – oprócz Jana Pawła, Niepodległości i Powstania Styczniowego – alei: 1 Maja.

Tabliczki z błędami

Aleja 1 Maja to jedna z szamotulskich nazw, gdzie występują daty. Poza nią mamy ulicę 3 Maja, 11 Listopada i 27 Stycznia – i tylko taki zapis jest poprawny. Nie wiadomo, czy w dobie dekomunizacji przetrwa ostatnia z wymienionych nazw, upamiętniająca wkroczenie Armii Czerwonej i koniec okupacji hitlerowskiej. W pisowni dat w nazwach wszędzie poprawnie zastosowano dużą literę, nie chodzi tu bowiem o zwykłą datę, ale o święto z nią związane. Błędy pojawiają się w zapisie liczebników. Zasada ortograficzna jest taka, że do zapisu cyfrowego nie dodaje się końcówek przypadków, czyli niepotrzebne jest, na przykład -go, jak na tabliczce 3-go Maja. Na tabliczkach z dwiema nazwami nie ma wprawdzie -go, ale jest – nie wiadomo dlaczego – myślnik: 11- Listopada, 27 – Stycznia. We wspomnianym artykule z początku lat 90. pisałam o tym emocjonalnie: „Zapis prezentuje stadium agonalne naszej ortografii. Jaka jest funkcja tu występującego myślnika, nawet po dłuższym zastanowieniu trudno odgadnąć. Może właśnie o to chodzi: myślnik ma nas zmusić do myślenia, do myślenia o niedoli polskiej pisowniˮ.

Jest jeszcze jedna (a fizycznie – dwie) tabliczka z nazwą ulicy w Szamotułach, z którą czuję się silnie emocjonalnie związana. Na początku lat 90. pisałam o tej jednej tabliczce aż trzy razy, aby lepiej zobrazować problem, do jednego z tekstów dołączyłam nawet rysunek mojej koleżanki. I nic, tabliczki wiszą, jak wisiały, a ja tak się do nich – w pewnym sensie – przywiązałam, że gdyby jednak komuś przyszło do głowy je usunąć, uprzejmie proszę o jedną z nich. Postawię sobie w gabinecie. Pisałam o tej tabliczce tak: „Można nie akceptować doktryny religijnej braci czeskich, wdając się z nią w polemikę, w żadnym razie jednak argumentem w tej dyskusji nie powinno być okaleczenie. Tak, właśnie okaleczenie: na rogu Rynku i ulicy upamiętniającej pobyt braci czeskich w Szamotułach wyraźnie widać ingerencję ostrego narzędzia, które wycięło wnętrze braci: ul. B-ci Czeskich. To już nie poważni innowierczy bracia, ale okaleczeni b-cia. […] Jeżeli naprawdę trzeba skrócić wyraz bracia, to można to zrobić tylko tak: br. Nowa tablica musi wyglądać tak, jak na skrzyżowaniu z ul. Kościelną, a więc Braci Czeskichˮ.

„skwer” – powinna być mała litera

Ostatni problem ortograficzny, który znajduje odzwierciedlenie na szamotulskich ulicach, to pisownia – jako członów nazwy – wyrazów typu „ksiądzˮ, „świętyˮ, „generałˮ. Zasada jest taka, że jeśli w nazwie używa się skrótu, np. ks., św., gen., pisze się go małą literą, a jeśli stosuje się wyraz w postaci rozwiniętej – dużą, czyli ulica ks. Piotra Skargi ale ulica Księdza Piotra Skargi. ulica św. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego lub Świętego Zygmunta Szczęsnego Felińskiego, ulica św. Stanisława albo Świętego Stanisława, skwer gen. brygady Mariana Orlika lub skwer Generała brygady Mariana Orlika. Zamieszczone obok zdjęcia świadczą o tym, że zasady te są w Szamotułach wielokrotnie łamane, także na najnowszych tabliczkach z ostatnio otwartej ulicy.

„Głos Ziemi Szamotulskiej” 1991 nr 9

Zauważyć można, że tabliczki, które zaczęły się pojawiać na ulicach mniej więcej dziesięć lat temu, białe, z czarnym napisem i herbem miasta, prezentują „podejście oszczędnościoweˮ. Niestety, zwykle pojawia się tylko nazwisko patrona, imię jest pomijane lub występuje w postaci inicjału. Nie jest to podejście godne pochwały, nazwa typu pamiątkowego ma przecież honorować daną osobę i – w pewnym sensie – pełni funkcję edukacyjną. Rodzi to jednak jeszcze inne konsekwencje. Osoby, które zamawiały tabliczki, zastosowały zasadę: co na drugim miejscu, to nazwisko, więc człon w obiegu społecznym w Polsce ważniejszy. Mamy więc tabliczki: Paterki (!), Snopka, Szamotulskiego czy Szamotulczyka. Nie uwzględniono tu, że w wiekach XV i XVI, czyli czasach patronów tych ulic, nazwiska w dzisiejszym rozumieniu jeszcze nie istniały. Ciągle ważniejsze było imię, drugie określenie nie musiało się pojawiać, miało charakter zmienny, często przezwiskowy. Tak było w wypadku Jana z Szamotuł – prawnika, teologa i kaznodziei, który przez krótko przebywał w zakonie bernardynów i stąd nazywany był Paterkiem, czyli Ojczulkiem. Trzeba tu dodać, że jedyna poprawna forma jego przydomka brzmi Paterek, stąd ulica może być nazywana tylko ulicą Jana Paterka, nigdy zaś Paterki. Co z tego wynika dla interesujących nas nazw ulic? Otóż ‒ jeśli już koniecznie skracać te nazwy, to tylko do imienia, a nie do przydomka, czyli ulica Jana, Grzegorza, Dobrogosta czy Wacława. Lepiej jednak pozostawić napisy Jana Paterka, Grzegorza Snopka, Dobrogosta Szamotulskiego, Wacława Szamotulczyka (por. tekst  http://regionszamotulski.pl/nazwy-ulic-szamotulskiego-i-szamotulczyka/).

Tych kilka przedstawionych przeze mnie powyżej zasad nie stanowi żadnej wiedzy tajemnej, reguły nie są skomplikowane i w dzisiejszych czasach dostęp do nich za pośrednictwem Internetu jest natychmiastowy. Bo co to za wysiłek wpisać do wyszukiwarki, na przykład, „święty pisownia w nazwach”?  Nie rozumiem, dlaczego przez ponad ćwierć wieku nie znalazł się nikt, kto uporządkowałby tę kwestię.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 02.02.2018

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Od urodzenia związana z Szamotułami. Polonistka (jak mama) i regionalist(k)a (jak tata).

Dr nauk humanistycznych, redaktor i popularyzator nauki. Prezes Stowarzyszenia WOLNA GRUPA TWÓRCZA, wiceprezes Szamotulskiego Stowarzyszenia Charytatywnego POMOC.

Tabliczki z nazwami ulic2025-01-05T13:04:57+01:00

Aktualności – luty 2018

Święty Walenty z kapliczki w Jastrowie

14 lutego Kościół wspomina postać św. Walentego. Przedstawiamy rzeźbę świętego z ludowej kapliczki w Jastrowie pod Szamotułami. Św. Walenty jest też patronem głównej ulicy w tej wsi, ciągnącej się od kapliczki do Ostrolesia. Oryginał tej rzeźby znajduje się w Muzeum – Zamku Górków. Św. Walenty przedstawiony został w ornacie i z palmą w ręce, był bowiem kapłanem i męczennikiem za wiarę.

Żył w III w. w Cesarstwie Rzymskim, został ścięty 14 lutego 269 r. Jest uznawany za obrońcę przed ciężkimi chorobami, patrona osób cierpiących na padaczkę, choroby nerwowe i cholerę. Jest także – oczywiście – patronem zakochanych, choć ten aspekt jego kultu w Polsce znany był mniej i dotarł do nas w skomercjalizowanej formie w latach 90. XX wieku jako walentynki. Legenda mówi, że św. Walenty potajemnie udzielał ślubów zakochanym wbrew zakazowi cesarza Klaudiusza II Gockiego, który chciał, aby młodzi mężczyźni nie zakładali rodzin, gdyż wówczas ich wartość bojowa dla cesarstwa maleje. Co roku przy grobie świętego w katedrze w Terni odbywa się Święto Zaręczyn – setki par przyrzekają sobie wówczas miłość i wierność.

Zdjęcie dawnej kapliczki – Andrzej Bednarski; kapliczka współczesna (na górze) – Ireneusz Walerjańczyk



Podkoziołek

Podkoziołek to ostatni dzień karnawału oraz zabawa odbywająca się tego dnia. W innych regionach to ostatki, śledzik lub zapustny wtorek. Skąd to słowo? Nazwa pochodzi od kozła, symbolizującego seksualność oraz siły witalne. W czasie zabawy odbywającej się tego dnia na stole stawiano właśnie figurkę kozła, a przed nią ustawiano miskę na pieniądze, z których opłacano imprezę. Pieniądze wrzucali tam ci, którym w okresie karnawału nie udało się znaleźć przyszłego męża lub żony – była to jedyna metoda, aby wykupić się od drwin współbiesiadników. Zabawa trwała do północy, bo po tej godzinie zaczynał się już Wielki Post. O północy do sali wkraczał mężczyzna przebrany za kozła, rozsypywał po podłodze popiół i kazał kończyć zabawę. Bardziej opornych gości wyrzucał z sali, uderzając ich śledziem, którego nosił za pasem.

Tyle wyjaśnień etnograficzno-językowych. My życzymy dobrej zabawy i smacznych faworków (to też wielkopolska nazwa!), czyli chruścików.




Szamotulski Uniwersytet Trzeciego Wieku skończył 10 lat!

Powstały w lutym 2008 roku szamotulski Uniwersytet Trzeciego Wieku był inicjatywą Stowarzyszenia Wychowanków Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi, a dokładnie jego ówczesnej prezes Krystyny Just, która poświęciła mu mnóstwo pracy i serca. Od samego początku UTW w Szamotułach cechuje dobra organizacja i wysoki poziom.


Zdjęcia Rymwid Wojtkowiak


Oprócz cotygodniowych wtorkowych normalnych wykładów akademickich z różnych dziedzin nauki odbywają się seminaria, lektoraty, warsztaty, zajęcia ruchowe, wycieczki, wyjazdy do teatrów i innych instytucji kultury. UTW to także tworzenie pewnej wspólnoty osób w wieku 50+.

Jubileusz był okazją do podziękowań twórcom UTW, jego kolejnym honorowym rektorom ‒ profesorom Zbigniewowi Jasiewiczowi, Stanisławowi Proszykowi i Zdzisławowi Kośmickiemu, członkom zarządu Stowarzyszenia, władzom powiatu i miasta, które w ciągu całej dekady wspierały działanie UTW.

Dyplomy i albumy otrzymała grupa najwytrwalszych studentów, którzy na szamotulskim UTW pogłębiają swoja wiedzę, zdobywają i rozwijają umiejętności od momentu jego powstania do dziś, czyli już jedenasty rok akademicki! W odniesieniu do tych 62 osób wyrażenie  „wieczny studentˮ nabiera sensu jak najbardziej pozytywnego.

Dodatkowym prezentem dla wszystkich zebranych był bardzo udany pokaz Wesela szamotulskiego ‒ widowiska w wykonaniu Zespołu Folklorystycznego „Szamotułyˮ.





Tajemnice starych fotografii

Tę niesamowitą fotografię zrobiono w Szamotułach około 1920 roku. Siedzący z tyłu mężczyzna w kapeluszu to Edmund Michalski, szamotulski dentysta i miłośnik muzyki. Niżej – też w kapelusiku – jego syn Leon, późniejszy powstaniec warszawski i lekarz, bohater tekstu, który niedawno zamieściliśmy na portalu (http://regionszamotulski.pl/leon-michalski/).


Zdjęcie z archiwum rodzinnego Ewy Michalskiej-Czajki


Kim są pozostałe osoby, nie wiadomo. Stojąca z prawej strony zdjęcia dość młoda kobieta w chuście to pewnie opiekunka dzieci. Obok niej – nastolatka, śmiało i z uśmiechem pozująca do zdjęcia, za pasek włożyła kilka wiosennych kwiatów. Chłopiec w wojskowej czapce patrzy z powagą. Pozostałe, trochę młodsze od niego dziewczynki, siedzą w dwóch grupkach i wzajemnie się obejmują. Ubrane są czysto, ale dwie dziewczynki z przodu (jedna z nich trzyma kwiatki) nie mają butów. Zaskakująca jest też sceneria zdjęcia: jakiś zburzony częściowo, uszkodzony dom, porozrzucane wokół niego sprzęty. W sumie nie jest to przestrzeń, którą chciałoby się uwiecznić na fotografii. Może więc co innego było tu ważne: spotkanie ludzi. Edmund Michalski z synkiem odwiedzili kobietę i dzieci w jakiejś ich przestrzeni. Co ich łączyło? Jak potoczyły się życie tych urodzonych niedługo przed pierwszą wojną dzieci? Tajemnice starych fotografii, tajemnice ludzkiego losu.





Koncert karnawałowy

Kiedy w listopadzie 2016 r. po wielu latach budowy oddawano do użytku aulę przy szamotulskiej szkole muzycznej, marzyliśmy, żeby w tym miejscu odbywały się takie koncerty jak ten, w którym mogliśmy uczestniczyć w ostatnią sobotę stycznia.


Zdjęcia Krzysztof Szymański


Koncert karnawałowy stał się popisem, w najlepszym znaczeniu tego słowa, naszych szamotulskich talentów. Możemy się cieszyć, że w naszym mieście istnieje prawdziwa orkiestra smyczkowa ‒ Capella Samotulinus! Tworzą ją głównie absolwenci (ze zdecydowaną przewagą absolwentek) Państwowej Szkoły Muzycznej I i II stopnia im. Wacława z Szamotuł. Założycielem i dyrygentem orkiestry jest Remigiusz Skorwider, absolwent Akademii Muzycznej, nauczyciel śpiewu i fortepianu, przy Szamotulskim Ośrodku Kultury prowadzący oprócz Capelli Samotulinus również zespół wokalny Con Fuoco. Capella Samotulinus w ostatnich miesiącach występowała w Obornikach, Pamiątkowie, Wronkach i Zbąszyniu, a w Szamotułach poprzednio można ją było usłyszeć w lipcu ubiegłego roku w czasie wspólnego wystawienia z wronieckim teatrem Odgrywane Kapsle opery Dydona i Eneasz.

Capella Samotulinus zaprezentowała różnorodny repertuar, jako soliści wystąpili sopranistka Volha Stankevich, akordeonista Piotr Strugała oraz dwie skrzypaczki:  Anna Musiał-Kołoszuk oraz o Marcelina Dera. Serce publiczności skradła zwłaszcza ostatnia solistka – 11-letnia uczennica szamotulskiej szkoły muzycznej, niezwykle utalentowana, mająca już obycie sceniczne, pięknie skupiona w czasie gry.

Pozostali uczniowie szkoły muzycznej także wypadli znakomicie. Warto ich zapamiętać: na saksofonie grały Aleksandra Brzoska i Katarzyna Grodzka, wokalnie zaprezentowali się Aleksandra Leśnicka, Maja Olszowiec, Anna Gicala i Sebastian Pawlaczyk. Publiczności spodobał się także występ zespołu perkusyjnego pod kierunkiem Łukasza Dąbrowskiego. Mamy nadzieję, że jeszcze o nich i ich samych usłyszymy.





Leonard Brzeziński (1934-2018)

Leonard Brzeziński – Lordek – wspomnijmy Go w paru słowach. Edukację artystyczną rozpoczął pod okiem ojca – Michała Brzezińskiego, który od pierwszej połowy lat 20. XX wieku prowadził w Szamotułach własną pracownię witrażownictwa. Leonard ukończył Państwowe Liceum Plastyczne w Poznaniu, w 1956 roku obronił dyplom na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika w Toruniu i został zatrudniony w pracowni konserwatorskiej. W 1958 r. wrócił do Szamotuł i przejął pracownię ojca.

Jego najważniejszymi dziełami są witrażowe okna opracowane dla katedry św. Michała w Elblągu, okna wielkoformatowe w Sochaczewie, Warszawie, Pile, Połczynie-Zdroju, Kole, Stawiszynie, Godziszowie, Lublinie, Kątach, Czchowie i Węgorzewie. W Szamotułach jego prace podziwiać można, między innymi, w bazylice kolegiackiej i w budynku szkoły muzycznej.


Z lewej portret narysowany przez Jarka Kałużyńskiego na podstawie stopklatki z filmu – rozmowy z artystą w jego pracowni (film powstał w 2013 r.). Z prawej fragment witraża z szamotulskiej bazyliki kolegiackiej – zdjęcie Andrzej Bednarski.

Szamotuły, 01.02.2018

LUTY 2018

IMPREZY I KONCERTY

Trwające



Wystawa prac Andrzeja Kruszony – czynna od 18 stycznia do 28 lutego 2018 r.,

Sala wystaw czasowych, Muzeum – Zamek Górków.


Minione



14 lutego, godz. 18, kino HALSZKA


KINO


Aktualności – luty 20182025-01-30T14:20:32+01:00

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Wózek z dyszlem i złote monety


Marianna Kruszona (1889-1971)



Andrzej Kruszona (1882-1955)


FOTOGRAFIA

Słychać bliskie kroki

koń już gotowy w zaprzęgu

a słomiana wkładka w trzewiku babki

skręca się uwiera

W jelonkowej sakiewce

ofiarny talar

Widzę te fotografie

zamknięte w ramkach

i twarze za mgłą pergaminu

W albumie mundur proch

i panna we fiokach

pachnąca szarym mydłem

W kufrze mól

ktoś mówi

I wciąż szumi skrzypi

to dobre drzewo



Marianna i Andrzej Kruszonowie na ślubie córki Leontyny z Teodorem Wąsowskim, 5.08.1939 r.

Marianna siedzi obok córki, Andrzej stoi po lewej stronie

Obrazki z przeszłości, część 4.


Daromiła Wąsowska-Tomawska

WÓZEK Z DYSZLEM I ZŁOTE MONETY


Zenia nie ma na świecie. Jeszcze go bocian nie przyniósł ‒ tak wiemy. Marysia, Boguś i ja, najstarsza, idziemy do babci Maryni na służbę. Tak babcia mówi, jeśli ma w planie zrobienie wnukom dużo radości. Na Lipowej 13 śpimy wszyscy razem. Rano pijemy mleko od kozy. Babcia w chlewiku w podwórzu chowa również świnkę. Mówi: „idę napaść niudę”. Niesie jej w wiadrze ciepłe jedzenie. Przyniesie świeżo udojone mleko od kozy, też jeszcze ciepłe.

Wózek z dyszlem przygotowany jest już do drogi. Są sznurki, dzbanek z kawą, skibki na wycieczkę. Wózek jest drewniany, na czterech kołach. Pomieści dużo. Nasza trójka już siedzi w nim na workach. Babia chwyta dyszel i ciągnie. Jedziemy radośni na Łowizę. Mijamy Dom Dziecka, potem drogą brukowaną i dalej polną jedziemy w kierunku lasu. Babcia nie narzeka, że dzikujemy na tym wózku. Na głowie ma założoną płócienną chustkę, która chroni ją przed słońcem, ale i wysiłkiem. Ta jest mniejsza od takiej, jaką zakłada, idąc do miasta. Jest wtedy większa – czarna lub biała z długimi frędzlami. Inne kobiety też chodzą w chustach na głowie.

Babcia wygląda zawsze elegancko. Tę pedanterię odziedziczyła po swojej matce Mariannie z domu Tecław, zamieszkałej w Popowie. Mąż jej Jakub Nayder przycinał do aksamitnych bucików żony co tydzień słomiane, świeże wkładki. W niedzielę bryczką jechali do Szamotuł na Mszę Świętą. Marianna z gospodarstwa zawoziła do Żyda masło. Do swojego domu kupowała tańszy olej. Za zaoszczędzone pieniądze kupowała złote monety, które później przeznaczyła na odbudowę Państwa Polskiego. Przypomina mi o tym moja siostra Maria Grajkowska. Drzewo genealogiczne rodziny zrobił mój najmłodszy brat Zenon Wąsowski ‒ ten, którego dopiero miał przynieść bocian.

Babcia wie, gdzie przystanąć w lesie, w którym miejscu i jak ustawić wózek, by było najbliżej i najłatwiej do powrotu. To będzie ciężka droga. Biegamy po lesie tak, by babcia miała nas na oku. Wtedy musimy jej słuchać: oby się tylko nie zgubić! Wszyscy wiemy, po co tu przyjechaliśmy. Musimy nazbierać pełen wózek szyszek. Zima będzie długa. Szyszka jest najlepszym zapachem i rozpałką w kurierku, jaki jedyny na kuchnię i pokój babcia posiada. Szybko musi zrobić się ciepło, zanim wszyscy wstaną.

W LESIE

siostrze Marysi

Tyle szyszek
I ciągle ten sam
wózek z dyszlem
babci Maryni


Szamotuły, ul. Lipowa 20 (kiedyś 13)


Chodzimy po lesie, każdy z nas zbiera i układa szyszki w jedno miejsce. To trwa godzinami. Nikt się nie nudzi. Babcia odkarmia nas suchą, pyszną kiełbasą ze świniobicia, my ją miętowymi cukierkami. Wózek jest już pełen, ale jeszcze trzeba napełnić kilka worków. Te układa na samej górze. Grubymi zaś patykami – „knebloszkamiˮ i sznurkiem wzmacnia całą konstrukcję. Marysia jest jeszcze mała i już bardzo zmęczona. Siedzi na szyszkach pomiędzy workami. Babcia ciągnie wózek, my pchamy, ile tylko mamy jeszcze sił. Nikt prócz nas nie wie, jaki to był potem zdrowy sen.

Dziadek Andrzej (babcia mówi: Jędruś) wraca z pracy chory. Jest majstrem w szamotulskiej Fabryce Mebli. Łóżko z czystą, wykrochmaloną pościelą jest przygotowane. Babcia w nocy znajduje męża ubranego w kalesony i nocną koszulę, zaczepionego jednym kołem tego samego wózka o drzewo na ulicy. Dziadek jedzie do pracy w wysokiej gorączce. Nie odzyskuje już przytomności. Umiera z rozległym zapaleniem płuc.



Szamotuły, 27.01.2018

Daromiła Wąsowska-Tomawska

Urodzona w Szamotułach, absolwentka miejscowegoo liceum. Po ojcu – znanym szamotulskim dentyście – odziedziczyła zawód i zamiłowanie do muzyki klasycznej.

Mieszka w Pobiedziskach koło Poznania. Prezes i współzałożycielka Salonu Artystycznego im. Jackowskich. Poetka.

http://regionszamotulski.pl/daromila-wasowska-tomawska/

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Wózek z dyszlem i złote monety2025-01-04T11:55:30+01:00

Leon Michalski

Szamotulskie Koło Wielkopolskiego Stowarzyszenia Pamięci AK uwiecznia postać szamotulanina


Powstanie warszawskie odebrało mu marzenia o zostaniu chirurgiem, dało miłość życia


25 stycznia w Muzeum – Zamku Górków odbyła się konferencja poświęcona Leonowi Michalskiemu (1917-2010) – urodzonemu w Szamotułach żołnierzowi Armii Krajowej, powstańcowi warszawskiemu, wybitnemu lekarzowi i wspaniałemu człowiekowi. Jego sylwetkę w wyczerpującym referacie połączonym z prezentacją multimedialną przedstawiły Katarzyna Okraska i Maria Idziak – członkinie WSPAK, uczennice Zespołu Szkół nr 2 w Szamotułach. Obecna była córka Leona Michalskiego – Ewa Michalska-Czajka wraz z mężem Bogdanem Czajką, która o swoim ojcu opowiedziała we wzruszającym wystąpieniu.  Całość prowadził opiekun Koła Piotr Gotowy. Największa sala Muzeum wypełniona była po brzegi, część uczniów siedziała nawet na podłodze.

Rodzina

Leon Michalski urodził się 12 września 1917 roku w swoim domu rodzinnym przy ul. Poznańskiej w Szamotułach. Jego matką była Cecylia z domu Steinhauff, ojcem Edmund Michalski z rodziny od wielu pokoleń związanej z Szamotułami.

Matka Leona Michalskiego, Cecylia, urodziła się w 1874, a zmarła w 1967 r. Na uwagę zasługuje fakt, że gdy Leon przychodził na świat, miała 43 lata. Ojciec Cecylii, a dziadek Leona, Franz (Franciszek) Steinhauff urodził się w rodzinie niemieckiej w okolicach Międzyrzecza. Wbrew woli swojej rodziny ożenił się w szamotulskiej kolegiacie w 1854 r. z Polką, późniejszą babką ze strony matki Leona, Teofilą z domu Cwojdzińską. Franciszek Steinhauff osiadł na stałe w Szamotułach, do końca życia posługiwał się językiem polskim, a jego nazwisko często pojawiało sie w aktach miejscowego urzędu stanu cywilnego jako świadka na ślubach. Rodzicami Teofili, babki Leona, byli Jan Cwojdziński i Brygida z domu Jarnecka.

Ojcem Leona Michalskiego był Edmund, urodzony w 1889 roku, a zmarły w 1978. W okresie międzywojennym był to znany animator szamotulskiego życia muzycznego. Pracował jako dentysta, niektórzy najstarsi mieszkańcy Szamotuł mogą pamiętać wizyty w jego gabinecie. Dziadkiem ojca Leona Michalskiego ze strony ojca był Leon Michalski, urodzony w 1861 r., najprawdopodobniej to po nim otrzymał imię. Babką ze strony ojca była Ludwika z domu Boksch (bądź Boks), urodzona w 1867 r. Rodzicami Leona Michalskiego – dziadka Leona, który był budowniczym m.in. budynków przy ul. Ratuszowej w Szamotułach, byli Stanisław Michalski oraz Julianna z domu Seelender. Rodzicami Ludwiki Boksch byli Józef Boksch oraz Antonina z domu Ruczyńska.


Leon Michalski z ojcem, Szamotuły, początek lat 20. XX wieku


Młodość

Leon Michalski wraz z rodzicami mieszkał w Szamotułach najpierw w domu przy ul. Poznańskiej, później nieopodal Kościoła Św. Krzyża. Miał jedną siostrę, Bożenę, która w czasie wojny również związała się z Armią Krajową: pracowała w sekretariacie Kedywu, czyli Kierownictwa Dywersji.

Leon Michalski uczęszczał do szkoły powszechnej (dziś to Szkoła Podstawowa nr 2 im. Marii Konopnickiej ) w Szamotułach. Następnie był uczniem Gimnazjum im. Piotra Skargi, które miało swoją siedzibę w tym czasie tuż przy szamotulskim Rynku. W czasach szkolnych wyróżniał się tężyzną fizyczną, szczególnie jeśli chodzi o biegi krótkodystansowe. Dowodem na to są dyplomy za II miejsce w biegu na 100 metrów ‒ dystansie, na którym rywalizował częstokroć z Marianem Orlikiem, późniejszym wojskowym, zamordowanym w czasach stalinowskich. Jak przyznał po latach, na 200 metrów lepszy był kolega Marian, natomiast na 100 metrów zwyciężał zazwyczaj on. Pozostałe dwa zachowane dyplomy uzyskał za start w zawodach w trójboju, w którym również odnosił sukcesy. Przez cały okres nauki szkolnej wziął udział w wielu zawodach lekkoatletycznych, w których uzyskiwał rekordy i tytuły mistrzowskie w biegach sprinterskich na szczeblu międzyszkolnym i powiatowym.

Oprócz tego jako uczeń szamotulskiej szkoły im. Piotra Skargi udzielał się w harcerstwie, a także był członkiem Sodalicji Mariańskiej, do której został przyjęty 8 grudnia 1934 r. Leon Michalski zdał maturę w 1939 r. i odbył przeszkolenie wojskowe.


Leon Michalski z siostrą Bożeną, oboje w strojach ludowych. 2. połowa lat 30. XX w.


Druga wojna światowa

W momencie wybuchu II wojny światowej Leon Michalski miał 22 lata. W pierwszych tygodniach wojny brał udział w walkach podczas kampanii wrześniowej – w 57.  Pułku Piechoty. Po opanowaniu ziem polskich przez okupantów wrócił do rodzinnych Szamotuł. Wtedy to jego ojciec Edmund otrzymał ostrzeżenie w związku z tym, że jego żona Cecylia nie podpisała niemieckiej listy narodowościowej, czyli tzw. volkslisty. By uniknąć aresztowania, Leon wraz z rodzicami i siostrą wyjechali do Warszawy. Tam zmieniali kilkakrotnie mieszkanie, w końcu osiedli na Pradze przy ul. Biaołostockiej 20a/45, gdzie mieszkali do powrotu do Szamotuł po zakończeniu II wojny.

Leon Michalski bardzo szybko, bo już w lutym 1940 roku, został zaprzysiężony do Związku Walki Zbrojnej, później Armii Krajowej. Od samego początku został przydzielony do komórki informacyjno-wywiadowczej „Stragan” w Komendzie Głównej AK. Do konspiracji wciągnął go jego serdeczny przyjaciel Wojciech Stanisławski, podchorąży Oficerskiej Szkoły Piechoty w Ostrowii Mazowieckiej. Z wywiadu, który z Leonem Michalskim przeprowadził wnuk Krzysztof wynika, że w czasie pobytu w Warszawie pracował w powstałym jeszcze w połowie XIX w. browarze Haberbusch&Schiele. W czasie wojny zakład znalazł się pod administracją niemiecką, zatrudniał jednak głównie Polaków. Niemieccy właściciele mieli zdawać sobie sprawę, że wśród pracowników znajduje się kilka osób związanych ze zbrojnym podziemiem. Leon Michalski był zatrudniony w charakterze konwojenta wagonów z piwem. Jego zadanie polegało na prowadzeniu wagonów do miast znajdujących się w Generalnej Guberni, zazwyczaj w okolicach Warszawy i Lublina. Dzięki przemieszczaniu się pociągiem uzyskał wiele kontaktów z członkami ruchu oporu w różnych miastach. A zdarzało się, że w wagonach znajdowała się broń i amunicja dla różnych jednostek w terenie. W browarnej straży pożarnej zatrudnieni byli w większości młodzi ludzie w wieku studenckim, co uwolniło ich od wywozu na roboty przymusowe do Niemiec. Należy wspomnieć, że również Leon Michalski rozpoczął wtedy studia. W 1941 roku został studentem medycyny na Wydziale Lekarskim Tajnego Uniwersytetu Warszawskiego. Do wybuchu powstania w Warszawie udało mu się ukończyć trzy lata studiów. Bardzo długo wspominał, że wykładowcami na tej tajnej uczelni byli także profesorowie z przedwojennego Uniwersytetu Poznańskiego.

Dowodem działalności konspiracyjnej Leona Michalskiego, pseudonim Żuk, jest dokument spisany w 1969 r. przez podporucznika Wojciecha Stanisławskiego. Potwierdza on, że w 1940 roku Leon Michalski, rocznik 1917, pełnił funkcję dowódcy drużyny, następnie zastępcy dowódcy plutonu i w końcu dowódcy plutonu Związku Walki Zbrojnej. Najpierw dowodził grupą 12-15 przesiedleńców z Poznańskiego w rejonie Starego Miasta. Następnie ze swoimi ludźmi działał w Śródmieściu w rejonie ul. Śniadeckich i Koszykowej. Dowódcą jego kompanii był ppor. Wojciech Stanisławski, pseudonim Chrząszcz, a dowódcą batalionu – ppor. Alfred Henker, pseudonim Fred. Przez cały rok 1942 kapral podchorąży Leon Michalski działał na terenie osi Warszawa – Siedlce – Międzyrzec Podlaski – Terespol, Warszawa – Łuków oraz Warszawa – Radom. W tym czasie zbierał bądź przewoził materiały informacyjne dotyczące dyslokacji wojsk niemieckich w czasie przygotowań i walk Niemców z Armią Czerwoną. Poza tym przewoził instrukcje, rozkazy organizacyjne, prasę konspiracyjną oraz broń i amunicję. Jak dodaje ppor. rezerwy Wojciech Stanisławski, Leon Michalski przez cały okres służby wykazywał wzorową żołnierską dyscyplinę, opanowanie i przytomność umysłu w bardzo niebezpiecznych sytuacjach. Na początku 1942 r. Stanisławski przerwał kontakt służbowy z Leonem Michalskim ze względu na przeniesienie do innej jednostki organizacyjnej Armii Krajowej. Poświadczył jednak, że do wybuchu powstania warszawskiego brał udział w działalności konspiracyjnej Armii Krajowej. Z innego dokumentu wiadomo, że ze względu na zagrożenie aresztowaniem przez Niemców został przydzielony do 3. Kompanii zgrupowania AK „Golski”.



Powstanie Warszawskie

Wybuch powstania warszawskiego w dniu 1 sierpnia 1944 roku zastał Leona Michalskiego na Mokotowie. Został o nim powiadomiony przed dowódcę swojego plutonu, który również był strażakiem w browarze. Jak wspominał Leon Michalski, bardzo szybko udał się na miejsce zbiórki, gdzie miał oczekiwać na dostarczenie broni. Grupa osłonowa, która miała to zrobić, została jednak ostrzelana i rozbita przez Niemców. Leon Michalski z grupą żołnierzy został więc bez broni, otoczony przez oddziały niemieckie. Na szczęście nocną porą udało się grupie AK-owców schronić w willi przy ul. Prezydenckiej. Wkrótce dowództwo nawiązało kontakt z żołnierzami i po 9 dniach tułaczki dołączyli do reszty batalionu.

Od pierwszego dnia powstania Leon Michalski brał udział w walkach jako żołnierz 3. Batalionu Pancernego AK „Golski”, kwaterując w budynku Architektury Politechniki Warszawskiej przy ul. Koszykowej. Teren walk o wyzwolenie stolicy zakreślały ul. Koszykowa, Kolonia Staszica, pole Mokotowskie, ul. Mokotowska i Plac Zbawiciela. Jak potwierdza ppor. Wojciech Stanisławski, Leon Michalski, nie zmieniając swojego pseudonimu, walczył w rejonie Al.. Niepodległości – ul. 6 sierpnia i ul. Filtrowej. Głównym zadaniem żołnierzy walczących w tym miejscu było opanowanie terenu pobliskiego parku i stacjonującego tam sprzętu pancernych jednostek hitlerowskich. Jego dowódcą był por. Zdzisław Zakrzewski, pseudonim Zieliński, a Komendantem Obwodu – kpt. Golski z Centrum Wyszkolenia Broni Pancernych w Modlinie.

Warto przy tej okazji wspomnieć o najważniejszych dokonaniach zgrupowania, w którym walczył Leon Michalski. Na godzinę „W”, czyli wybuchu powstania, Batalion AK „Golski” zmobilizował ok. 85% żołnierzy. Uzbrojenia starczyło zaledwie dla jednej trzeciej stanu. 1. kompania czołgów w składzie 47 żołnierzy dysponowała 1 pistoletem maszynowym, 5 pistoletami, 20 granatami i butelkami zapalającymi. W pierwszym uderzeniu udało się zrealizować postawione zadania. Opanowano ulice: Mokotowską – od placu Zbawiciela, Polną, budynki Politechniki, Emilii Plater, Lwowską, Śniadeckich i Noakowskiego. Zdobyty rejon umocniono barykadami zbudowanymi w nocy z 1 na 2 sierpnia. Nie zdobyto szpitala na ul. 6 Sierpnia, budynku Ministerstwa Komunikacji i Kolonii Staszica. Od 2 sierpnia Niemcy prowadzili zmasowany ogień od strony Pola Mokotowskiego i szpitala na ul. 6 Sierpnia w kierunku barykad na Polnej, 6 Sierpnia, Śniadeckich, Lwowskiej oraz na teren Politechniki. Tutaj zapewne musiał walczyć Leon Michalski. 5 i 6 sierpnia oraz 13 i 14 sierpnia nieprzyjaciel atakował, bez powodzenia, budynki Politechniki. 15 sierpnia Niemcom udało się wedrzeć pomiędzy stanowiska powstańcze. 17 sierpnia odparto dwukrotny atak z kierunku Pola Mokotowskiego. Zabudowania Politechniki stały się środkiem odcinka wrzynającego się w oddziały nieprzyjaciela. 19 sierpnia, po zaciętych walkach, Politechnika została zdobyta przez Niemców. 22 sierpnia oddział bojowy batalionu „Golski” wziął udział w udanym ataku na stację telefonów przy ul. Piusa XI (obecnie Pięknej), tzw. Małej Pasty, który został przeprowadzony przez oddziały batalionu „Ruczaj”, dowodzone przez kpt. Franciszka Malika, pseudonim Piorun. 9 i 10 września Niemcy podejmowali nieudane próby ataku na barykady na placu Zbawiciela, bronione przez kompanię pod dowództwem por. Zdzisława Zakrzewskiego, pseudonim Zieliński. Walki pozycyjne trwały do kapitulacji powstania. Batalion utrzymał bronione pozycje. 5 października batalion pancerny „Golski”, jako 1. batalion 72. Pułku Piechoty AK wymaszerował do niewoli przez barykadę na ul. Śniadeckich. Razem z nim wyszła część oficerów Komendy Głównej AK. m.in. gen. Tadeusz Komorowski „Bór”.

W czasie powstania warszawskiego Leon Michalski został dwukrotnie ranny. Pierwszy raz  ‒ w ramię, 16 września, kiedy po wyjściu ze szpitala natychmiast powrócił na barykadę. Ranny po raz drugi 26 września trafił do szpitala PCK przy ul. Jaworzyńskiej, położonego w rejonie walk batalionu „Golski”. Przestrzelony nerw łokciowy wykluczył go z walki do końca powstania, a niesprawność lewej dłoni, powstała w wyniku postrzału, uniemożliwiła mu specjalizację w chirurgii, którą zamierzał podjąć po studiach. Pobytu w szpitalu był dla Ludwika Michalskiego niezwykle ważny także z innego względu. Jak wspominał swojemu wnukowi, bardzo sobie chwalił troskliwą opiekę personelu lekarsko-pielęgniarskiego. To właśnie w tym szpitalu poznał swą przyszłą żonę, Hannę z domu Rutkowską, zmarłą w 2005 r., pracującą tam jako pielęgniarka, warszawiankę, studentkę medycyny Tajnego Uniwersytetu Poznańskiego.

Z pobytem w szpitalu PCK związana jest również inna historia. Przebywał w nim ranny niemiecki oficer, przedwojenny śpiewak operowy, który został wzięty do niewoli przez powstańców. Przez cały czas żołnierz walczący podczas wojny dla III Rzeszy traktowany był na równi z innymi pacjentami. Po upadku powstania grasowały po mieście oddziały SS, które często wpadały do szpitali. Esesmani wtargnęli również do szpitala, w którym przebywał Leon Michalski. Wówczas niemiecki oficer, leżący razem z powstańcami, oświadczył im, że w tym szpitalu nie ma żadnych żołnierzy AK, lecz tylko przypadkowo ranni cywile. To najprawdopodobniej ocaliło życie m.in. Leonowi Michalskiemu. Po kapitulacji powstania cały szpital został ewakuowany do Krakowa i zakwaterowany w akademiku przy ul. Grzegórzeckiej. Leon Michalski, wykorzystując umiejętności nabyte podczas studiów, pracował w tym szpitalu od 1 stycznia do 15 kwietnia 1945 r. w charakterze medyka.


Leon Michalski w pracy


Po II wojnie światowej

Zaraz po zakończeniu II wojny światowej, w kwietniu 1945 r., Leon Michalski wraz z narzeczoną powrócił do wyzwolonej Warszawy. 29 kwietnia wzięli ślub w Bazylice Katedralnej św. Floriana na Pradze. W tym samym roku latem przenieśli się do Poznania i kontynuowali przerwane studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Poznańskiego. Leon Michalski uzyskał dyplom lekarski w roku 1947. Jeszcze jako student, od października 1945 r., pełnił przez 2,5 roku obowiązki asystenta Zakładu Fizjologii Uniwersytetu Poznańskiego, a później pracował jako starszy asystent Oddziału Dermatologicznego Szpitala Miejskiego w Poznaniu. 2 lipca 1949 r. uzyskał stopień doktora medycyny na podstawie pracy „Biała plamistość skóry”, której promotorem był prof. dr Adam Straszyński. Uzyskał także specjalizację II stopnia z dermatologii oraz specjalizację I stopnia z zakresu organizacji ochrony zdrowia. W trakcie pracy zawodowej był m.in. lekarzem w Stacji Krwiodawstwa w Poznaniu, twórcą i wieloletnim dyrektorem Miejskiej Przychodni Specjalistycznej i Poradni Skórno-Wenerologicznej tej przychodni przy ul. Chudoby w Poznaniu, zastępcą kierownika Wydziału Zdrowia i kierownikiem Oddziału Lecznictwa i Profilaktyki tego wydziału, Wojewódzkim Inspektorem Więziennej Służby Zdrowia.

3 października 1990 roku Komisja Weryfikacyjna Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej Okręg Wielkopolska stwierdziła, że spełnia warunki, aby być członkiem tego stowarzyszenia. Za udział w walkach powstańczych otrzymał po wojnie m.in. Krzyż Armii Krajowej nadawany w Londynie, ustanowiony w roku 1966 przez gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego, a przez polskie władze uznany dopiero w 1992 r. Poza tym został odznaczony w 1983 r. Warszawskim Krzyżem Powstańczym.

Można powiedzieć, że Leon Michalski „od zawsze” pracował społecznie. Był przez wiele lat m.in. konsultantem z zakresu dermatologii w Domu Pomocy Społecznej dla Dorosłych przy ul. Mogileńskiej w Poznaniu i członkiem Rady Nadzorczej tego Domu. Mimo że swoje dalsze życie i pracę zawodową związał z Poznaniem i nigdy już do Szamotuł nie wrócił na stałe, w duszy pozostał do końca życia „szamotulakiem”. Z tym miastem związany był najserdeczniejszymi wspomnieniami i swoje przywiązanie do Szamotuł podkreślał przy każdej okazji. Warto podkreślić, że przez niemal 50 lat prowadził społecznie poradnię dla inwalidów przy Związku Inwalidów Wojennych w Szamotułach.

Bardzo ciekawym wątkiem z życia Leona Michalskiego było sprawowanie opieki nad grobami profesorów Gimnazjum im. Piotr Skargi w Szamotułach Był jednym z inicjatorów ufundowania przez byłych uczniów pomnika znakomitemu przedwojennemu matematykowi tej szkoły prof. Eliaszowi Arystowowi. Prof. Arystow urodził się w Woromierzu w Rosji Carskiej, był Rosjaninem, narzeczoną miał Polkę. Studiował w Petersburgu, a jako wybitny absolwent otrzymał od cara tytuł szlachecki. Po śmierci swojej narzeczonej w 1918 roku przyjechał do Polski z matką swojej niedoszłej żony, którą się opiekował. W gimnazjum w Szamotułach uczył od 1923 roku. Przez uczniów nazywany był kochanym dziadkiem. W 1950 roku, mając 75 lat, przeszedł na emeryturę. Miał wtedy czas na spacery po Rynku, był zawsze pogodny i uśmiechnięty. Profesor był sam, ale nie samotny. Dawni uczniowie odwiedzali go, pomagali w zakupach. Profesor zmarł w 1953 r. a na pogrzebie było wielu jego wychowanków. Leon Michalski w czasie częstych wizyt na szamotulskim cmentarzu do końca opiekował się grobami przedwojennych nauczycieli szamotulskich, nie tylko prof. Arystowa, ale także grobem prof. Jana Kotlarza.

Leon Michalski zawsze traktował Szamotuły jako swoje miasto, a szczególnym sentymentem darzył centrum grodu Halszki. Po raz ostatni odwiedził Szamotuły 22 listopada 2009 r., kiedy przyjechał na cmentarz  na grób matki. Zmarł 24 stycznia 2010 r. w Poznaniu. Zgodnie ze swoim życzeniem został pochowany w grobie rodzinnym na cmentarzu w ukochanych Szamotułach. Do ostatnich dni cechowała go skromność, a w swoim życiu dowiódł, że bardzo ważne były dla niego umiłowanie ojczyzny i uczciwość.

Piotr Gotowy – opiekun Szamotulskiego Koła Wielkopolskiego Stowarzyszenia Armii Krajowej

Katarzyna Okraska i Maria Idziak

Źródła:

  • Rys życiorysu spisany przez córkę Leona Michalskiego – Ewę Michalską-Czajkę;
  • Fragment wywiadu przeprowadzonego z Leonem Michalskim przez wnuka Krzysztofa Czajkę;
  • Dokumenty, zdjęcia i pamiątki rodzinne ze zbiorów rodzinnych Leona Michalskiego;
  • Dokumenty Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej Okręg Wielkopolska w Poznaniu;
  • http://www.info-pc.home.pl/whatfor/baza/golski.htm.

Leon Michalski na uroczystościach AK-owskich w Poznaniu oraz z wnukiem. Lata 90.


Ostatnie wspólne zdjęcie Leona Michalskiego z rodziną, Swarzędz 2009. Obok Leona Michalskiego siedzi córka Ewa Michalska-Czajka z prawnuczką Emilką, z tyłu stoją wnuczki Alicja i Zuzanna oraz wnuk Krzysztof. Zdjęcie wykonał zięć Bogdan Czajka.

Edmund Michalski z orkiestrą


Leon Michalski, 1926 r.


Leon Michalski na wycieczce uczniów  Gimnazjum im. ks. Piotra Skargi


Dyplomy za osiągnięcia sportowe


Zaświadczenie o udziale Leona Michalskiego w wojnie obronnej 1939 r.


Zaświadczenie komisji weryfikacyjnej – przebieg służby ppor. Leona Michalskiego w ZWZ i AK


Leon Michalski z innymi rannymi powstańcami po ewakuacji szpitala PCK do Krakowa, 1944 r.


Hanna z domu Rutkowska i Leon Michalski w dniu ślubu, 29.04.1945 r.


Nadanie Leonowi Michalskiemu stopnia doktora nauk medycznych, 1949 r.


Leon Michalski z kolegami z gimnazjum – spotkanie w sprawie ufundowania nagrobka prof. E. Aristowa

Konferencja Szamotulskiego Koła Wielkopolskiego Stowarzyszenia Pamięci Armii Krajowej – 25 stycznia 2018 r.

Szamotuły, 27.01.2018

Leon Michalski2025-01-04T11:59:02+01:00

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Szorowanie desek i procesja Bożego Ciała


Marianna Kruszona (1889-1971)


Proza – cykl: Obrazki z przeszłości, część 3.


Daromiła Wąsowska-Tomawska

SZOROWANIE DESEK I PROCESJA BOŻEGO CIAŁA


Babcia Marynia jest bardzo pedantyczną kobietą. U niej wszystko musi mieć swoje miejsce. W stojącym lustrze odbija się gipsowe popiersie panny, stojące na przyściennym wąskim stoliku ‒ konsoli. Na głowie gipsowa panna ma świeżo wykrochmalony szamotulski czepek, na szyi ‒ sznury prawdziwych czerwonych korali. Babcia zakłada te cudeńka na specjalne kościelne okazje. Włoży też aksamitną jaczkę i biały fartuch. Wszystko musi być „jak z igły zdjęte”. Podwójne łóżko przykryte jest jasną kapą, na stole czysta, wyprasowana serweta i gazeta do czytania ‒ żeby była pod ręką.

Babci mieszkanie jest małe. Wychowuje się w nim (pokój z kuchnią) jedenaścioro dzieci. Nie wszystkie są razem, ale i tak gromadka. Podłogę i piętrową klatkę schodową pokrywają surowe deski. W każdą sobotę są szorowane (myte) mydlaną wodą i szczotką ostrą, ryżową. Wszystko po kolanach. Potem należy zmyć jeszcze raz ciepłą, czystą wodą i czekać, aż podłogi wyschną.

Za chwilę pachnie już prawdziwą kawą i trwają przygotowania do procesji Bożego Ciała. Babcia prasuje koronkowe obrusy na ołtarz. Ubiera co roku ten sam, jeden z czterech ołtarzy na szamotulskim Rynku. Przeciera obraz z Chrystusem, który też z sobą zabierze. Jest też pełne wiadro zakupionych pięknych piwonii, które co roku w tych samych wazonach ozdabiają ołtarz. To wszystko trzeba zrobić od rana, by zdążyć jeszcze wrócić do domu.

Babcia ubiera się odświętnie. Znów wszystko szeleści, wszyte koronki na fartuchu, usztywniona halka, gładko uczesane sztywno włosy, upięte z tyłu głowy w sznekę. Są to dwa warkocze fantazyjnie zakręcone i przypięte szpangą, czyli klamrą. Stopy obute są (ubrane) w czarne sznurowane trzewiki na płaskim obcasie. Są wypastowane i wyświecone. Babcia mówi, że spód buta też należy wypastować, bo przecież jak się uklęknie, musi wyglądać estetycznie.


Szamotuły, 2. połowa lat 40. XX w.


W procesji wokół Rynku niesie szarfę kościelnego sztandaru, w asyście szeregu harcerzy. Za tydzień w czwartek jest zakończenie oktawy Bożego Ciała. Tym razem cztery ołtarze ustawiane są wokół Kolegiaty. Babcia znów ubiera ołtarz, ten od strony cmentarza. Idzie w procesji i szczęśliwa wraca do domu. Wkrótce przyjdą wnuki z Rynku. Babcia upiekła wysoki drożdżowy placek z kruszanką na wierzchu. Będzie kawa zbożowa i ta druga pachnąca na całą klatkę schodową – dla dorosłych.

Babcia za chwilę pójdzie do chlewika nakarmić kozę i świnkę. Udojone mleko przecedzi przez gęste sitko. Jeszcze ciepłe wypiją wnuki, resztę doleje do jedzenia dla „niudki”. Ona rośnie i potrzebuje. Po świniobiciu cała duża rodzina zasiada przy stole. Babcia cieszy się, że może podzielić wszystkich równo swoimi wyrobami, mięsem. Sobie pozostawi trochę smalcu, słoniny i zrzynki mięs. To jej wystarczy ‒ mówi. W chlewiku przecież jest beczka kapusty, groch i ziemniaki. Będą więc pyszne szare kluski z kiszoną kapustą.

Zadowolona teraz odpocznie, a za parę dni odwiedzi znów wnuki. Za każdym razem idąc, niesie ze sobą zakupione u Czwojdy bułki. Są olbrzymie. Jest ich zawsze dziesięć. Ona nie potrafi przyjść z pustymi rękami. My natomiast 15 sierpnia, w dzień jej imienin, niesiemy pełne wiadro pięknych kolorowych gladioli, czyli mieczyków. Babcia je uwielbia. Są też prezenty, miętowe cukierki i nasza miłość.


Anna Czerniak, Iwona Majewska, Lucyna Bródka, Aldona Góźdź z Zespołu Folklorystycznego „Szamotuły” w strojach regionalnych mężatek – zdjęcia z albumu Wesele szamotulskie (Szamotuły 2016) – Tomasz Koryl;  http://www.relacje-fotograficzne.com/wesele-szamotulskie-w-wykonaniu-zespolu-folklorystycznego-szamotuly/

Procesja Bożego Ciała z udziałem Zespołu Folklorystycznego „Szamotuły” – 2017 r. Zdjęcia Sylwia Firlet.

Szamotuły, 20.01.2018

Daromiła Wąsowska-Tomawska

Urodzona w Szamotułach, absolwentka miejscowegoo liceum. Po ojcu – znanym szamotulskim dentyście – odziedziczyła zawód i zamiłowanie do muzyki klasycznej.

Mieszka w Pobiedziskach koło Poznania. Prezes i współzałożycielka Salonu Artystycznego im. Jackowskich. Poetka.

http://regionszamotulski.pl/daromila-wasowska-tomawska/

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Szorowanie desek i procesja Bożego Ciała2025-01-04T12:00:04+01:00

Bazylika w obiektywie Ireneusza Walerjańczyka

Ireneusz Walerjańczyk urodził w 1952 roku w województwie Zachodniopomorskim. Od wczesnego dzieciństwa związany z Ziemią Szamotulską, mieszka w Szamotułach. Przez wiele lat pracował we wronieckim Spomaszu, następnie w UMiG Szamotuły. Od niedawna na emeryturze.

Jego ulubione zajęcie stanowi fotografia. Pierwszą samodzielną fotografię wykonał metodą stykową w 1962 roku. Jest członkiem Klubu Fotograficznego SzOK w Szamotułach. W fotografowaniu ma doświadczenie od fotografii stykowej do obecnej fotografii cyfrowej. Najbardziej lubi wykonywać zdjęcia architektury i ujęcia panoramiczne. Jest współautorem zdjęć do dwóch albumów: Kolegiata w Szamotułach (Szamotuły 2012, wydawca: Parafia Matki Bozej Pocieszenia i Św. stanisława Biskupa) oraz Spacerem po Szamotułach i okolicy (Szamotuły 2010). Jego własną publikację stanowi album fotograficzny O Szamotułach i okolicy bez słowa opowiada Ireneusz Walerjańczyk (Szamotuły 2014, wydawca: Miasto i Gmina Szamotuły). Zdjęcia Ireneusza Walerjańczyka zamieszczane są w kalendarzach i na stronach internetowych.

SZAMOTULSKA BAZYLIKA KOLEGIACKA

pw. Matki Bożej Pocieszenia i Św. Stanisława Biskupa

w obiektywie Ireneusza Walerjańczyka



Szamotuły, 19.01.2018

Bazylika w obiektywie Ireneusza Walerjańczyka2025-01-07T12:57:09+01:00

Strona główna – styczeń 2018

Nazwy szamotulskich ulic

Nazwy ulic są odbiciem historii miasta, jego kultury, krajobrazu i sposobu postrzegania świata przez jego mieszkańców. I ‒ niestety ‒ także polityki.  

Dla miasta najważniejsza jest jego nazwa (por. http://regionszamotulski.pl/pochodzenie-nazwy-szamotuly/). To taki jego znak tożsamości. Istotna jest także nazwa rzeki, nad którą dane miasto jest położone. Od samego początku istnienia miast używane są jednak także nazwy wewnętrznych obiektów: ulic, placów, bram, mostów itd. W dokumencie z II połowy XVI w. odnotowano nazwę ulicy, która prowadziła z zamku Szamotulskich (teren, gdzie dziś znajduje się kościół św. Krzyża i budynki poklasztorne) poprzez most do Rynku ‒ była to ulica Grodzka. Wiadomo, że istniało wtedy Przedmieście Poznańskie z kościołem i szpitalem (dziś koniec ulicy Poznańskiej). Na pewno już wtedy nazywano pewne ulice od innych nazw miejscowości. Chodziło tu o drogi biegnące w kierunku tych miejscowości, jak dzisiejsza Obornicka, Ostrorogska czy Wroniecka. Zdawać by się mogło, że Poznańska wyłamuje się od tej reguły, bo przez całe lata z Szamotuł wyjeżdżało się w kierunku Poznania na południe od Rynku i dalej ul. Bolesława Chrobrego. Wcześniej ta droga jednak nie istniała i Poznańska rzeczywiście prowadziła w stronę Poznania. Zapewne pewne ulice nazywano od zajęć mieszkańców. Stąd mamy w Szamotułach Sukienniczą, Garncarską czy Piekarską. Treść nazwy może wskazywać na jej położenie (np. dzisiejsze nazwy typu Graniczna, Skrajna, Podgórna), kształt (Długa, Krótka, Okrężna, Krzywa, Zakole, Zaułek), charakter (Polna, Leśna, Łąkowa), lub wskazuje inne obiekty (Kościelna, Ratuszowa, Dworcowa). Czasem jakiś obiekt przestaje już funkcjonować, a pamięć o nim zachowuje właśnie nazwa; tak stało się w ostatnich latach z Młyńską.

Od XIX w. w nazewnictwie miejskim modne stały się nazwy pamiątkowe, nie odzwierciedlające rzeczywistych właściwości ulicy, lecz upamiętniające pewne osoby czy wydarzenia. Tego typu nazwy mogą być wykorzystywane przez kolejne władze do własnych celów promowania pewnych postaci i ‒ w ten sposób ‒ swego rodzaju zapanowania nad przestrzenią miejską.

Za czasów zaboru pruskiego oficjalne nazwy były niemieckojęzyczne: Wronkerstrasse, Kaplanstrasse, Klosterstrasse, Posenerstrasse, Bahnhofstrasse, Markt i inne ‒ te napisy widoczne są na pocztówkach do roku 1918.  Po odzyskaniu niepodległości trzeba było więc je przetłumaczyć na język polski. I tu pojawiły się pewne problemy. Nazwę Mittestrasse zamiast Środkowa (przebiega przez środek Rynku) przetłumaczono jako Średnią, wątpliwości można mieć też do tłumaczenia Kapłańska, bo der Kaplan to raczej „kapelan”.



W okresie międzywojennym dzisiejsza ulica Powstańców Wielkopolskich była najpierw Obrzycką (to zapewne tłumaczenie nazwy z okresu zaborów), a potem Calliera. Edmund Callier, jeden z dowódców powstania styczniowego na Mazowszu, urodził się w nieistniejącym domu, który zamykał ścianę budynków przy placu Sienkiewicza, a zarazem otwierał dzisiejszą ulicę Powstańców Wielkopolskich. Część dzisiejszej ulicy Dworcowej (od strony Rynku) do połowy lat 20. nosiła nazwę Klasztorna. Ulice Wiosny Ludów i Rolna w tym czasie miały patronów ‒ osoby zasłużone dla Szamotuł. Pierwsza ‒ Henryka Wysockiego (budowniczego), druga ‒ Stefana Chrzanowskiego (właściciela majątku). Ulica nazywana wówczas Sportową biegła od stadionu, skręcała w lewo na wysokości dzisiejszego Lidla i dochodziła do Dworcowej na wysokości ul. Bolesława Chrobrego. Fragment dzisiejszej Sportowej od 3 Maja był traktowany jako odrębna ulica ‒ Jasna. Aleja 1 Maja była wtedy Sądową, gdyż do 1945 roku mieściły się tam sąd i prokuratura. Budynek spłonął tuż po wkroczeniu do Szamotuł wojsk sowieckich, a sąd  umieszczono w odebranych przez państwo parafii ewangelickiej budynkach pastorówki i szpitala ewangelickiego (szpitala diakonisek) w przy placu Sienkiewicza. W 1946 roku dawną Sądową zastąpiła ‒ al. 1 Maja. Od dziesięciu lat sąd znów mieści się niemal na dawnym miejscu (przy areszcie). W latach 30. Wroniecka nosiła nazwę Marszałka Piłsudskiego, a Poznańska ‒ Prezydenta Mościckiego.

Zaraz po wojnie te dwie ostatnie ulice powróciły do swych tradycyjnych nazw, ale na krótko, bo już w 1947 roku Wroniecką przemianowano na. Gen. Karola Świerczewskiego, a wkrótce potem Poznańską zamieniono na Rewolucji Październikowej. W czasach stalinowskich Rynek  stał się placem Walki Młodych, a Dworcowa ‒ ul. Generalissimusa Stalina. Ulicę Strzelecką (nazwa z okresu międzywojennego) w tym samym czasie przemianowano na Bohaterów Stalingradu, po 1956 roku wprowadzono jeszcze inną nazwę: Wojska Polskiego.

Na początku lat 50. ulicę Nowowiejską (od dawnego określenia Nowa Wieś) zamieniono na … Feliksa Nowowiejskiego ‒ twórcy nie tylko melodii Roty, ale także pieśni Witaj, śliczna i dziedziczna, Szamotuł Pani. Do 1956 roku dzisiejsza ulica Braci Czeskich była Szeroką, inaczej nazywał się też odcinek dzisiejszej Staszica między Dworcową a Sportową ‒ była to Koszarowa. Po wojnie wprowadzono nazwę ulicy Bohaterów, którą kilkanaście lat później zmieniono na Powstańców Wielkopolskich. Ciekawa jest geneza nazwy ulicy Spółdzielcza, wiąże się ona bowiem ze spółdzielnią, która na przełomie lat 50. i 60. budowała osiedle domów jednorodzinnych przy Obornickiej i sąsiednich małych uliczkach. Park Kościuszki był niegdyś placem Kościuszki (jeszcze wcześniej, w czasach pruskich, był to Oppenplatz), a w miejscu, gdzie dziś stoi budynek SzOK, znajdował się plac Dąbrowskiego.

W PRL-owskiej Polsce patronami ulic coraz częściej stawały się osoby związane z ideologią socjalistyczną i komunistyczną. Kilku dawnym ulicom zmieniono nazwę, od „komunistycznych świętych” nazywano też całkiem nowe ulice. I tak na mapie Szamotuł pojawiły się ulice Feliksa Dzierżyńskiego, Juliana Marchlewskiego, Marcelego Nowotki, Janka Krasickiego, Hanki Sawickiej, później także: Jarosława Dąbrowskiego, Marcina Kasprzaka, Mariana Buczka, Pawła Findera, Bolesława Bieruta, Alfreda Lampego, Ludwika Waryńskiego, Franciszka Jóźwiaka, Wandy Wasilewskiej, Małgorzaty Fornalskiej, Władysława Kniewskiego, Franciszka Zubrzyckiego. Wprowadzono także nazwy związane z wojenną działalnością komunistów: Gwardii Ludowej  i 22 Lipca.

Czytaj dalej


Zdjęcie Jan Kulczak, połowa lat 60. XX w.


Wiązy króla Jana III Sobieskiego


Szamotulanie są przekonani, że wiązy rosnące jeszcze w latach 70. XX wieku przy kościele kolegiackim (dzisiejszej bazylice) osobiście sadził wracający spod Wiednia król Jan III Sobieski (w innej wersji podania jedynie odpoczywał w cieniu drzewa). Wiązy były trzy: Marysieńki, Sobieski i Rok 1683.

Najstarszy był ten pierwszy. Na fotografii powstałej  pomiędzy rokiem 1905 a 1918 określono go jako najpotężniejszy wiąz w Wielkopolsce (znajdującej się pod zaborem pruskim Prowincji Poznańskiej). Wiąz mierzył wtedy około 28 metrów wysokości i 9 metrów w obwodzie. Kolejne zdjęcie – z połowy lat trzydziestych XX wieku – przedstawia go w gorszym stanie. Jego korona nie jest już tak rozłożysta, konarów jest wyraźnie mniej. Nadal jednak jest to bardzo potężne drzewo. W latach 60. wiąz już umierał. Widać to na zdjęciu, które w tym czasie wykonał Jan Kulczak. Z ogromu drzewa pozostało niewiele, właściwie tylko złamany gruby pień. Wiąz choruje, całe partie pozbawione są już kory.

W 1956 roku wszystkie trzy wiązy zostały uznane za pomniki przyrody. W „Dzienniku Urzędowym” Wojewódzkiej Rady Narodowej w Poznaniu (1957 nr 3) odnotowano rozmiary Wiązu Marysieńki: wysokość pnia – 8 m, obwód na wys. ok. 150 cm – 760 cm. Wiąz Sobieski miał mieć obwód 600 cm, a Rok 1683 – 250 cm. Najdłużej przetrwał z nich właśnie najpotężniejszy Wiąz Marysieńki. Resztki tego drzewa, uzupełniane coraz nowymi betonowymi plombami, stały jeszcze do początku lat 80., przez jakiś czas pod kościołem leżał już tylko fragment pnia.

Przez lata na Wiązie Marysieńki wisiała kapliczka Jezusa Frasobliwego. Drewnianą XVIII-wieczną rzeźbę widać na fotografii z połowy lat 60. Z czasem trafiła ona do Muzeum Archidiecezjalnego w Poznaniu.


Zdjęcie z lewej strony: Skarby kościołów dekanatu szamotulskiego, Szamotuły 2005.

Zdjęcie z prawej – Jan Kulczak.



Szamotuły, 1908 rok. Wówczas obowiązywała jeszcze niemiecka nazwa ulicy: Gerichtsstrasse, później to Sądowa ‒ od mieszczącego się przy tej ulicy sądu. Po II wojnie nazwę zmieniono na al. 1 Maja. Po spaleniu w (1945 r.) starej siedziby sądu i odebraniu kościołowi ewangelickiemu przez władze budynków pastorówki i szpitala diakonisek sąd i prokuraturę umieszczono w tych budynkach przy placu Sienkiewicza. Ludzie zaczęli wtedy nazywać Sądową uliczkę przy placu Sienkiewicza, choć w spisie ulic nigdy ona nie istniala (adres obu budynków – pl. Sienkiewicza). Od około 10 lat sąd mieści się w nowym budynku (na dawnym miejscu) – przy al. 1 Maja.





Poznańska – tą ulicą przez wieki wyruszało się z Rynku w kierunku Poznania. Nazwa ta wydawała się nieco nielogiczna, gdy ważniejszy stał się wyjazd Dworcową i Bolesława Chrobrego. Wlot w Poznańską od strony skrzyżowania Lipowej i Nowowiejskiego (wtedy Nowowiejskiej). Pocztówka powstała po roku 1905, a przed 1919. Architektonicznie ta część Szamotuł wyglądała w tych latach właściwe tak samo jak współcześnie. Najnowsze były dwa budynki po lewej stronie (wspólny adres Poznańska 22), od okresu międzywojennego należące do rodziny Sundmannów.
Pocztówka z książki Moniki Romanowskiej-Pietrzak „Widoki Powiatu Szamotulskiego na starych pocztówkach 1898-1945”, wydanej w 2016 r. przez Muzeum – Zamek Górków.


Drzewo musiało być dla społeczności lokalnej szczególnie ważne, gdyż pojawia się w jeszcze jednym podaniu, tym razem nie mającym już związku z osobą króla Jana III Sobieskiego.  Łukasz Bernady spisał je w takiej wersji:

Krwawiący wiąz

Wiąz stał przy furcie wychodzącej w stronę cmentarza. Drzewo sprawiało kłopot, bo przeszkadzało procesjom i konduktom pogrzebowym w swobodnym przesuwaniu się ku bramie cmentarnej. Zdarzyło się kiedyś, że proboszcz szamotulski chciał temu zaradzić. Rozkazał więc ściąć drzewo. Kilku drwali wzięło się zaraz do roboty, ale jakież było ich zdziwienie, gdy uderzenia ostrą siekierą nie uczyniły drzewu żadnego uszczerbku. Nawet piła użyta do dalszej pracy wnet się złamała. Natomiast ze skaleczenia na korze popłynęła obficie krew. Widząc, co się stało, proboszcz natychmiast rozkazał prace wstrzymać Polecił też starannie zawinąć ranę, żeby szybko się zgoiła. Uznał, że to znak, iż drzewo ma tu pozostać. Całe zdarzenie niebawem puszczono w niepamięć. Nowy proboszcz powrócił do dawnego planu. Kiedy jednak znów przystąpiono do ścinania, krew z wiązu popłynęła tak obficie, że trudno było ją zatamować. Dopiero wtedy porzucono na zawsze myśl usunięcia drzewa. Wdzięczne za ocalenie rozrosło się do potężnych rozmiarów. Wieść gminna głosi, że ostatni strumień krwawych łez wypłynął z wiązu zaraz po trzecim rozbiorze Polski. Miejsca zaś owych nacięć sprzed wieków były ponoć widoczne do czasu, gdy drzewo rozsypało się ze starości.


Zdjęcia Szamotuł w scenerii zimowej – Andrzej Bednarski

Szamotuły, 19.01.2018


Czytaj dalej

Zenon Tomasz Pohl
STARY WIĄZ

Przetrwałeś burze, przetrwałeś dnie,
lata, wieki. Przeżyłeś młodość,
a dzisiaj ogołoconym pniem
z liści pleciesz legendy. Ludziom
na ustach słowa układasz snem,
śpiewasz, śpiewasz jak bukom buki
i dębom dęby. Wiatr twoją pieśń
niesie spod Kolegiaty hen,
przez pola w zielone łąki…

I mówią, że tą modlitwą Ty
się oparłeś najtęższym wichrom,
że krwią spłynąłeś jak płyną łzy
‒ krople deszczu jesienną porą.
Spłynąłeś skargą na ostrza pił,
Aby śpiewać legendy. ‒ Dzisiaj
Królewskim swym majestatem Ty,
jak sam król Jan Sobieski – trwasz,
liczysz pokoleniom koleje życia.

Przetrwałeś burze, przetrwałeś dnie,
lata, wieki. Przeżyłeś klęski, wzloty,
a dzisiaj ogołoconym pniem
z liści, wszystkich przechodniów oczy
zapalasz iskrą, jeszcze kto wie,
jakie myśli najskrytsze budzisz, bo objąć ramieniem Cię
nie mogę, ani przetrwać.

Strona główna – styczeń 20182025-01-02T11:39:30+01:00
Go to Top