About Agnieszka Krygier-Łączkowska

Autor nie uzupełnił żadnych szczegółów
So far Agnieszka Krygier-Łączkowska has created 368 blog entries.

Udział rycerstwa Ziemi Szamotulskiej w bitwie pod Grunwaldem

Udział rycerstwa Ziemi Szamotulskiej w bitwie pod Grunwaldem 15 lipca 1410 r.

Wstęp

W bitwie pod Grunwaldem wzięły udział dwie chorągwie wystawione przez Nałęczów: Sędziwoja z Ostoroga, wojewodę poznańskiego, oraz Dobrogosta z Szamotuł, podkomorzego gnieźnieńskiego.

Trzeba uwzględnić fakt, że obaj przedstawiciele rodu Nałęczów mieli włości rozrzucone po całej Wielkopolsce. Liczni przedstawiciele tego rodu występują na Pałukach (Dzwonowo koło Skoków czy Wenecja koło Żnina). Dlatego nawet te dwie chorągwie, kojarzone z naszym regionem, mogły mieć pewien odsetek rycerzy z innych regionów. Sędziwój z Ostroroga, jako wojewoda poznański, był odpowiedzialny za organizacje poszczególnych chorągwi, stąd jego chorągiew mogła składać się dodatkowo z pewnych z nadwyżek mobilizacyjnych.

O konkretnych posunięciach i zasługach tych dwóch chorągwi – z braku materiałów źródłowych – trudno mówić. Temat postanowiłem ujęć więc w szerszym kontekście udziału i roli wszystkich chorągwi wielkopolskich w wyprawie grunwaldzkiej latem 1410 roku.

Mobilizacja wojsk wielkopolskich latem 1410 roku

Wielkopolska w XV wieku dzieliła się na dwa województwa: poznańskie i kaliskie. Województwo poznańskie składało się z trzech powiatów: poznańskiego (które sięgało aż do Wałcza), kościańskiego i wschowskiego. Ziemia szamotulska stanowiła część powiatu poznańskiego, na którego obszarze sformowano trzy chorągwie: ziemi poznańskiej, wojewody poznańskiego Sędziwoja z Ostroroga oraz podkomorzego gnieźnieńskiego Dobrogosta z Szamotuł. Rycerze, sołtysi i wójtowie z ziemi szamotulskiej zasilili głównie te trzy chorągwie.

Duża część ziemi szamotulskiej należała do rycerskiego rodu Nałęczów. Ich znak herbowy stanowiła biała chusta, przepleciona i uformowana w koło. Panował zwyczaj, że zakładana przez pannę na skazańca chroniła go od kata, do czego nawiązał w swej powieści „Krzyżacy” Henryk Sienkiewicz, potomek Tatarów spod Grunwaldu. Stanowiła symbol więzi, związku, ochrony. Miała też czasem symbolikę weselną.

Nałęczowie pochodzili z Pałuk i w tym czasie dzielili się na dwie gałęzie: wielkopolską i mazowiecką. Dzięki licznym nadaniom nie tylko władców Polski, ale także margrabiów brandenburskich, w Wielkopolsce w XIV wieku stali się potęgą. Należała do nich większość wsi i grodów na pograniczu wielkopolsko-brandenburskim. Do tej gałęzi Nałęczów należeli: Sędziwój z Ostroroga, Dobrogost z Szamotuł, Mikołaj z Czarnkowa – dowódca chorągwi ziemi poznańskiej, a także rycerz przedchorągiewny chorągwi nadwornej – Mikołaj Kiełbasa. Ten ostatni pisał się z Tymieńca, wsi położonej niedaleko Kalisza, a po bitwie, bez wątpienia za zasługi związane z walką, pełnił różne funkcje: był podczaszym poznańskim, kasztelanem bydgoskim, starostą kościańskim.

Oprócz wymienionych oddziałów Wielkopolanie sformowali jeszcze 6 chorągwi: ziemi kaliskiej, Iwana z Obichowa kasztelana śremskiego, Marcina ze Sławska herbu Zaremba, Wincentego Granowskiego herbu Leliwa, a także arcybiskupa gnieźnieńskiego Mikołaja Kurowskiego i biskupa poznańskiego Wojciecha Jastrzębca. Również w tych chorągwiach mogli znaleźć się jacyś rycerze z naszego regionu.

Przyjmując, że chorągwie ziemskie liczyły około 500 ludzi, a rodowe 400, to Wielkopolan w bitwie grunwaldzkiej walczyło około 4 tysiące. Według szacunków prof. Andrzeja Nadolskiego armia polska liczyła 20 tys. jazdy, czyli Wielkopolanie stanowili około 20 procent sił królewskich. Armia zakonu szacunkowo liczyła około 18 do 20 tys. jazdy, w tym według ostatnich obliczeń, opartych na wielkiej księdze żołdu, prof. Svena Ekdahla – 6400 zaciężnych. Do tego trzeba doliczyć artylerzystów i piechurów krzyżackich.

O zasługach bojowych naszych rycerzy wiemy niewiele, a faktycznie odnosi się do nich tylko jedno zdanie w relacji Jana Długosza. Kronikarz pisze, że pod koniec bitwy rycerz Przedpełk Kopydłowski herbu Dryja wziął do niewoli Jerzego Gersdorfa, dowódcę chorągwi świętego Jerzego (prawdopodobnie kronikarz pomylił imiona i chodziło o Krzysztofa Gersdorfa, rycerza króla Węgier Zygmunta Luksemburczyka). Przyjmując, że rycerz Przedpełk wziął nazwisko od nazwy miejscowości pochodzenia, musimy rozstrzygnąć, o którą z trzech miejscowości o tej nazwie chodzi. Pierwsze Kopydłowo leży koło Wielunia, jak wiadomo, w tej chorągwi walczył ojciec kronikarza Jan Długosz z Niedzielska. Gdyby rzeczywiście chorągiew wieluńska odniosła ten sukces, to Długosz szeroko by to opisał. Ponadto jego ojciec wziął do niewoli trzech rycerzy krzyżackich, co wskazuje, że walczyła ona z jakąś chorągwią pruską. Pozostałe Kopydłowa znajdują się pod Koninem i Gnieznem, a w tych dwóch powiatach rycerzy pieczętujących się Dryją jest sporo, jak choćby kasztelan kaliski, Janusz z Tuliszkowa, czy rodzina Chłapowskich.

Jak wiadomo, szlachta mająca ziemie na północ od rzeki Wełny z wyprawy do Prus została zwolniona. Odpowiedzialnymi za mobilizację Wielkopolan byli: starosta generalny wielkopolski z ramienia króla Wincenty Granowski, wojewoda poznański Sędziwój z Ostroroga (jeszcze przed bitwą wszedł do rady królewskiej złożonej z ośmiu dostojników), kasztelan poznański Mościc ze Stęszewa (syn Przedpełka kasztelana międzyrzeckiego) – po bitwie starosta królewski w Grudziądzu oraz kasztelan kaliski Janusz z Tuliszkowa herbu Dryja, po bitwie starosta królewski w Gdańsku. Czy nominacje tych rycerzy na starostów królewskich w Prusach były wynikiem zasług dokonanych podczas bitwy? W niektórych przypadkach mogło tak być.


Widok Doliny Wielkiego Potoku ze wzgórza Jagiełly w kierunku wzgórza pomnikowego


Marsz do bitwy

Po koncentracji w Koninie chorągwie wielkopolskie ruszyły wzdłuż Bzury na Kozłów Szlachecki, gdzie połączono się z główną armią. Przez Wisłę przeprawiono się pod Czerwińskiem, łącząc się z wojskami księcia Witolda. Zgodnie z planem postanowiono uderzyć na Malbork po sforsowaniu rzeki Drwęcy pod Kurzętnikiem. Wielki mistrz zorientował się w zamiarach przeciwnika i w porę przegrupował swoją armię spod Świecia pod Kurzętnik. Zmusiło to dowództwo polsko-litewskie do zmiany planu. Postanowiono obejść rubież rzeki Drwęcy u jej źródeł w rejonie Olsztynka. W tym celu cofnięto armię królewską pod Działdowo. Tu 12 lipca dotarło do króla poselstwo węgierskie i wręczyło mu wypowiedzenie wojny przez króla Węgier. W dniu 13 lipca wojsko królewskie dotarło do Dąbrówna i zdobyto je po krótkim szturmie. Dopuszczono się masakry ludności cywilnej, co tak oburzyło biskupa poznańskiego Wojciecha Jastrzębca, że postanowił opuścić armię.

W dniu 14 lipca zamierzano kontynuować marsz na Olsztynek. Dąbrówno leży na przesmyku pomiędzy dwoma jeziorami. Rano okazało się, że gruzy miasta blokują dalszą drogę. Rozkaz ich usunięcia wojsko wykonywało opieszale, w konsekwencji dalszy marsz odłożono na dzień15 lipca. Podjęto również decyzję o zmianie trasy marszu. Zamiast przez: Dąbrówno – Samin – Grunwald – Stębark, postanowiono maszerować przez: Gardyny – Turowo – Ulnowo – Mielno. Pod wieczór doszło do gwałtownego załamania pogody.


Dąbrówno


Rankiem 15 lipca, przy silnym wietrze i deszczu, armia ruszyła na Olsztynek. Po przejściu 14 do 15 kilometrów zarządzono pierwszy postój. Kiedy rozstawiono namiot z kaplicą, by odprawić mszę dla króla, od ubezpieczeń przybył goniec z wieścią o pojawieniu się dwóch chorągwi krzyżackich. Król rozkazał marszałkowi Zbigniewowi z Brzezia wziąć 4 do 6 chorągwi i wyjaśnić sytuację. Po chwili przybył goniec od marszałka z informacją, że cała armia krzyżacka stoi o pół mili (stara mila polska – 7146 m ) od wojsk królewskich. Król natychmiast kazał przerwać mszę. Ruszył na czele armii, aby ratować oddział Zbigniewa z opresji.

Jak to się stało, że armia krzyżacka 15 lipca wyrosła nagle jak spod ziemi? Wielki mistrz domyślił się, że sprzymierzeni będą chcieli obejść Drwęcę u jej źródeł. Dlatego kazał pod miejscowością Bratian przerzucić mosty i stanął 13 lipca pod Lubawą. Wysłał podjazd do Dąbrówna, aby mieć informacje o ruchach przeciwnika. Oddział ten wszedł do miasta tuż przed jego zdobyciem. O upadku miasta Jungingen dowiedział się późną nocą 13 lipca. Wieść ta wstrząsnęła nie tylko wielkim mistrzem. Wielu rycerzy i knechtów krzyżackich straciło swoje rodziny na skutek upadku Dąbrówna, co spowodowało chęć jak najszybszej konfrontacji i wzięcia odwetu. Po krótkiej naradzie ze starszyzną krzyżacką wódz krzyżacki podjął decyzję o wydaniu armii królewskiej walnej bitwy. W tym celu nocą z 13 na 14 lipca armia krzyżacka wykonała marsz i pokonała trzy mile ( mila pruska 7500 m ). Rankiem 14 lipca armia krzyżacka rozwinęła szyk bojowy pomiędzy Frygnowem a Grunwaldem, oczekując wojsk królewskich. Jak wiadomo, nie doczekała się wroga, gdyż Jagiełło odłożył dalszy marsz do 15 lipca i zmienił jego trasę. Ta druga decyzja króla zmusiła wielkiego mistrza rankiem 15 lipca do przegrupowania, swej armii o 4 km, z rejonu Frygnowo-Grunwald na rubież Stębark – Łodwigowo. Ubezpieczenia armii królewskiej nadal nie wykryły obecności armii krzyżackiej i dlatego Jungingen postanowił wskazać przeciwnikowi, gdzie go oczekuje. W tym celu wysłał w rejon Ulnowa dwie chorągwie, które zastały armię Jagiełły podczas postoju, przy drodze Turowo – Jezioro Łubień – Mielno. 


Położenie operacyjne przed bitwą


Przygotowania do bitwy

Gdy król z doradzającymi mu dowódcami polskimi ustawiali chorągwie polskie do bitwy, przybył książę Witold ze swoimi chorągwiami, które prawdopodobnie trzeba było cofnąć aż z rejonu Jeziora Mielno. Wojska polskie sformowały skrzydło lewe, a litewsko-ruskie i tatarskie prawe. Według prof. A. Nadolskiego chorągwie wielkopolskie zajęły pozycje na lewym zewnętrznym skrzydle, pod Łodwigowem. Jak wiadomo z Kroniki Konfliktu, na przeciwnym prawym wewnętrznym skrzydle wojsk polskich pierwszy rzut zamykały chorągiew gończa i świętego Jerzego, złożona z zaciężnych Czechów i Morawian. Obok wewnętrzne lewe skrzydło litewskie sformowały chorągwie tatarskie, których było prawdopodobnie 8. Co prawda Długosz twierdzi, że Tatarów było tylko 300, lecz wyliczając chorągwie księcia Witolda, z podanych 40 doliczył się tylko 32, a następnie chorągiew Zygmunta Korybuta nr 51 w wojsku polskim, przerzucił do armii litewskiej. Prof. Nadolski uważał, że obok Polaków walczyły chorągwie smoleńskie. Trudno zgodzić się z tym poglądem, gdyby tak było, to król, mając liczne odwody, udzieliłby im wsparcia. Tymczasem jak wynika z relacji Długosza, dłuższy czas walczyły samotnie. Prawdopodobnie smoleńszczanie walczyli na prawym skrzydle litewskim, od strony Stębarka. Obie wrogie armie były ugrupowane w trzy rzuty.


Wzgórze pomnikowe – widok na Łodwigowo


Charakterystycznym punktem terenowym na polu bitwy jest wzgórze pomnikowe. Ma ono kształt bumeranga wygiętego w kierunku Stębarka. Wschodni stok wzgórza pokrywa do dziś niewielki lasek. Obok biegnie droga Stębark – Łodwigowo. Prawdopodobnie w odniesieniu do tej drogi wielki mistrz uszykował swe wojska. Na wschód od drogi, na skraju Doliny Wielkiego Strumienia, stanęły artyleria, piechota oraz pierwszy rzut armii krzyżackiej. Prawdopodobnie liczył on około 25 chorągwi, wspartych artylerią i piechotą. Drugi rzut krzyżacki stanął prawdopodobnie po zachodniej stronie drogi Stębark – Łodwigowo, lewym skrzydłem opierając się o mały lasek pokrywający wschodni stok wzgórza pomnikowego. Odwód wielkiego mistrza, liczący 16 chorągwi, stał ukryty w dolinie za wzgórzem pomnikowym, gdzie co roku organizowana jest inscenizacja bitwy. Tabor krzyżacki stanął przy polnej drodze, gdzie znajdują się ruiny kaplicy.

Jak wiadomo ze źródeł krzyżackich, najpierw król rzucił do walki pogan, a Polacy do bitwy byli rzekomo jeszcze niegotowi. W rzeczywistości Polacy pierwsi nawiązali kontakt z armią krzyżacką (oddział Zbigniewa z Brzezia) i pierwsi uszykowali się do bitwy. Natarcie rozpoznawcze, które przeprowadzili owi poganie, miało z pewnością na celu sprawdzenie skuteczności artylerii krzyżackiej. Do tej pory tak licznej artylerii w otwartym polu nikt nie użył. Natarcie to Krzyżacy odrzucili, co uczcili pieśnią Chrystus Zmartwychwstał.

Król postanowił przed generalnym natarciem wzmocnić skrzydło litewskie kilkoma chorągwiami polskimi. Następnie, ku zaskoczeniu otoczenia, kazał zebrać giermków w jednym miejscu, aby pasować ich na rycerzy. Nim jednak przystąpił do tej czynności, kazał odprawić mszę, wyraźnie zwlekając z rozpoczęciem bitwy. Bez wątpienia chęć dalszych negocjacji z wielkim mistrzem była podyktowana faktem, że od 12 lipca Polska była w stanie wojny z Zygmuntem Luksemburczykiem. W końcu wielki mistrz domyślił się, o co chodzi królowi i wysłał do niego, nie posłów jednak, tylko heroldów. Byli to rycerze reprezentujący Zygmunta Luksemburczyka (z pewnością nieprzypadkowo) oraz księcia szczecińskiego, którzy wygłosili tak zwaną „dumną mowę rycerską”, wzywając w imieniu wielkiego mistrza króla i księcia Witolda do bitwy.


Ustawienie wojska do bitwy


Początek bitwy, klęska wojsk księcia Witolda

Przez godzinę od rozpoczęcia generalnego natarcia trwała zażarta walka. O ile skrzydło lewe, złożone z chorągwi polskich, odrzuciło Krzyżaków o blisko jedną staję (pojęcie niejednoznaczne, prawdopodobnie 179 m ), o tyle skrzydło „litewskie” zostało zepchnięte do tyłu o podobną odległość. Konsekwencje taktyczne tej sytuacji musiały być takie, że na styku pomiędzy chorągwiami polskimi a chorągwiami księcia Witolda powstała niebezpieczna luka. Pierwszy dostrzegł to Jungingen, który rzucił na ten odcinek frontu kilka chorągwi z drugiego rzutu. Jak wynika z relacji autora Kroniki Konfliktu, pas przełamania objął chorągwie tatarskie, chorągiew świętego Jerzego oraz gończą. Z dalszej relacji Kroniki, którą potwierdza list zaciężnego krzyżackiego do Henryka von Plauena, wynika, że Tatarzy wykonali odskok na polskie tyły. Odsłonili przez to prawy bok chorągwi świętego Jerzego, która również znalazła się na polskich tyłach, i dopiero interwencja podkanclerzego Mikołaja Trąby zawróciła ją do bitwy. Wódz Tatarów chciał uniknąć ciężkich strat, lecz swej decyzji nie uzgodnił ani z królem, ani z księciem Witoldem. Konsekwencje tego manewru dla wojsk prawego skrzydła były tragiczne. W lukę między obu armiami wlała się kilkutysięczna masa jazdy krzyżackiej, co wywołało panikę. Tylko trzy chorągwie smoleńskie jej nie uległy. Kurz, jaki wzbiły kopyta końskie uciekającej jazdy, sprawił, że dłuższy czas niewiele było widać, i dopiero krótki rzęsisty deszcz sprawił, że kurz opadł. Przez to Smoleńszczanie walczyli samotnie, na domiar złego, przebijając się do chorągwi polskich, znaleźli się na drodze powrotu części chorągwi krzyżackich, które w pościgu za Litwinami odbiły na Zybułtowo. Walcząc w okrążeniu, ponieśli olbrzymie straty.

Król podjął w tym czasie dwie decyzje, które pozwoliły zażegnać kryzys. Wysłał na tyły część chorągwi odwodowych, które wspólnie z Tatarami osaczyły i zniszczyły część chorągwi krzyżackich, które w pościgu za wojskami Dżalal ed Dina znalazły się na polskich tyłach. Druga decyzja dotyczyła wzmocnienia pierwszej linii bojowej. Korzystając z wolnej przestrzeni po ucieczce wojsk Witolda, wyprowadzono silne uderzenie w bok armii krzyżackiej, rozbijając kilka chorągwi. Długosz tak to opisał: „Krzyżacy pomieszani w nieładzie, doznawszy wielkiej w ludziach straty i pogubiwszy wodzów, już się zdawali zabierać do ucieczki, kiedy rycerstwo czeskie i niemieckie słabiejących na wielu miejscach wsparło Krzyżaków i wytrwałą odwagą podtrzymało walkę”.

Z tego fragmentu relacji Długosza wynika, że Jungingen do przełamania szyku polsko-litewskiego użył tylko połowy chorągwi drugiego rzutu, gdyż miał jeszcze czym zażegnać kryzys na lewym skrzydle. Tymczasem zaczęła powracać reszta wojsk krzyżackich z pościgu, uderzając niebezpiecznie w bok chorągwi polskich. Zmusiło to króla do ubezpieczenia prawego skrzydła swoją chorągwią rycerzy nadwornych.


Ucieczka i powrót wojsk księcia Witolda


Kapitulacja chorągwi świętego Jerzego, klęska wojsk krzyżackiego prawego skrzydła

Sytuacja taktyczna na głównym placu boju po ucieczce wojsk księcia Witolda wyglądała następująco. Krzyżackie chorągwie lewego skrzydła, które brały udział w pościgu, a nie zostały zniszczone na polskich tyłach, wzmocniły krzyżackie prawe skrzydło. Likwidacji uległo zatem nie tylko prawe skrzydło wojsk królewskich, ale również lewe skrzydło armii krzyżackiej. Wzgórze pomnikowe, które od początku bitwy znajdowało się w pasie natarcia armii litewskiej, znalazło się poza frontem zmagań obu armii. Armia krzyżacka dzieliła się na chorągwie zaangażowane na pierwszej linii bojowej (około 25 do 30 chorągwi) oraz ukryty za wzgórzem pomnikowym odwód w sile 16 chorągwi. Wojska Jagiełły również miały zaangażowaną na pierwszej linii boju zbliżoną liczbę chorągwi, a w odwodzie za lewym skrzydłem, bliżej Łodwigowa, stało również kilkanaście chorągwi. Za polskim prawym skrzydłem posuwała się chorągiew rycerzy nadwornych, ubezpieczając je. Z Kroniki Konfliktu wiemy, że : „Trwała zasię bitwa przez sześć godzin i wówczas dopiero Krzyżacy zwrócili się do odwrotu. Tym razem uszli aż do swoich obozów”. Zasadnicze pytanie, jakie się nasuwa, dotyczy tego, co w tym czasie robił odwód krzyżacki z wielkim mistrzem na czele?  Każdy wódz po to trzyma część wojsk w odwodzie, aby zapobiec pobiciu swych głównych sił zaangażowanych bezpośrednio w walce. Jeżeli odwód stał ukryty za wzgórzem przed obozem krzyżackim, to cofające się chorągwie powinny napotkać go na swojej drodze.

Jan Długosz, opisując klęskę armii krzyżackiej, napisał: „Wówczas to rycerz Jerzy Gersdorf, który w wojsku krzyżackim niósł chorągiew św. Jerzego, przełożywszy więzy uczciwe nad ohydną ucieczkę, z czterdziestu współtowarzyszami swymi, napadnięty przez Przedpełka Kopidłowskiego, szlachcica herbu Dryja, rzucił się przed nim na kolana, a oddawszy proporzec, dał się zabrać w niewolę”. Zupełnie inaczej ten epizod opisał rycerz burgundzki Enguerrard de Monstrelet, autor kontynuacji Kroniki Froissarta. O przyczynie porażki wojsk krzyżackich pisze: „I jak niosła powszechna wieść, bitwa została przegrana wskutek zdrady wielkiego konetabla z Węgier, który znajdował się w drugim hufcu chrześcijan i bez walki uszedł ze swoimi Węgrami”. Burgundzki szlachcic wyraźnie nawiązuje do kapitulacji chorągwi św. Jerzego, gdyż dowodził nią zaufany rycerz króla Węgier Krzysztof Gersdorf. Prof. Sven Ekdahl, szwedzki historyk, nie kwestionuje tego epizodu. Uważa jednak, że kapitulowała chorągiew Das Reich. Natomiast zarzut opuszczenia bitwy bez walki jego zdaniem adresowany jest do Mikołaja Gary i Ścibora ze Ściborzyc, którzy uchylili się od udziału w walce.


Dolina za wzgórzem pomnikowym – to tutaj odbywają się coroczne inscenizacje


Porównując obie relacje, należy stwierdzić, że są one całkowicie sprzeczne. Długosz opisuje kapitulację, gdy bitwa jest już rozstrzygnięta, a rycerski Gersdorf woli się poddać niż uciekać. Tymczasem relacja Burgundczyka właśnie obwinia konetabla króla Węgier za klęskę armii krzyżackiej w momencie, gdy losy bitwy się decydowały. Kluczową kwestią w rozstrzygnięciu tych sprzeczności jest ustalenie, gdzie walczyła chorągiew krzyżacka św. Jerzego i kiedy się poddała. Prof. A. Nadolski uważał, że walczyła na prawym skrzydle, gdyż było uważane za najbardziej zaszczytne, czyli przeciwko lewemu skrzydłu armii królewskiej. Biorąc pod uwagę, że chorągwie krzyżackie walczące na prawo od chorągwi krakowskiej zostały częściowo rozbite, to chorągiew św. Jerzego musiała walczyć bliżej Łodwigowa, czyli naprzeciwko Wielkopolan. Trzeba jednak pamiętać, że był to hufiec, którego liczebność historycy szacują na około 1000 rycerzy, kwiat rycerstwa z Zachodniej Europy. Dlatego można mieć wątpliwości, czy tylko chorągiew kaliska w decydującym momencie bitwy zmusiła ją do kapitulacji. Na tym odcinku frontu Polacy mieli przewagę, gdyż Jungingen użył wszystkich chorągwi drugiego rzutu do przełamania szyku wojsk polsko-litewskich lub opanowania sytuacji na lewym skrzydle. Chorągwie krzyżackie pod Łodwigowem walczyły już ponad kilka godzin i nie miał ich kto luzować, w przeciwieństwie do chorągwi polskich. Stały tu jeszcze niezużyte odwody, którymi Sędziwój z Ostroroga mógł luzować zmęczone walką chorągwie, zastępując je świeżymi.


Uderzenie odwodu wielkiego mistrza


Manewr oskrzydlający wielkiego mistrza – ostatnie natarcie armii krzyżackiej

Autor Kroniki Konfliktu tak opisał ten fragment bitwy: „Mistrz ze swym pozostałym ludem, mając ze sobą 15 lub więcej chorągwi, wysuwając się z pewnego małego lasku, zapragnął obrócić swoje hufce przeciw osobie króla; i już kopie i włócznie zdjęte z ramion złożyli na tarczach i stali w miejscu, pragnąc rozeznać, gdzie okaże się łatwiejsze i korzystniejsze starcie z wrogami. Król zaś wówczas, skoro Krzyżacy sprawiwszy szyki stali przeciw niemu, chciał – pochwyciwszy kopię w dłoń – z największą śmiałością skierować przeciw nim konia, lecz powstrzymany wbrew swej woli przez dostojników, nie mógł uczynić zadość swoim chęciom. Przeto pewien dobrze zbrojny rycerz z Zakonu Krzyżaków, chcąc w pojedynkę zwrócić konia przeciw królowi, podjechał bliżej ku niemu. Król zaś, ująwszy w dłoń swoją włócznię, zranił go śmiertelnie w twarz i zaraz też Krzyżak przez innych z konia strącony, padł na ziemię martwy. Owe zaś hufce mistrza z miejsca, na którym stały, ruszając przeciw królowi, natknęły się na naszą wielką chorągiew i wzajem mężnie zderzyły się z nią włóczniami. I w pierwszym starciu mistrz, marszałek komturzy całego Zakonu Krzyżackiego zostali zabici. Pozostali zaś, którzy ocaleli, widząc, że mistrz marszałek i inni dostojnicy polegli, zwróciwszy się do odwrotu, cofnęli się w owym czasie aż do swych uprzednio rozłożonych taborów”.

Już prof. S. M. Kuczyński stwierdził, że rycerzy chorągwi krakowskiej nie imały się rany ani zmęczenie walką, i uznał, że ten fragment Kroniki wymaga właściwej interpretacji. Trudno nie zgodzić się z tą opinią, zważywszy, że pokonanie przez chorągiew krakowską hufca złożonego z 15  chorągwi wymagałoby od jej rycerzy nadludzkiego wysiłku. Oprócz tego sekretarz króla Zbigniew Oleśnicki, autor Kroniki Konfliktu, pominął milczeniem zasługi bojowe jednej chorągwi, akurat tej, do której niefortunnie posłował. Sumienie go chyba jednak gryzło, skoro swojemu przyjacielowi Janowi Długoszowi kazał o tym incydencie wspomnieć.

Oddajmy więc głos Długoszowi: „Tymczasem wystąpiło do boju szesnaście pod tyluż znakami hufców nieprzyjacielskich, świeżych i nietkniętych, które jeszcze nie doświadczyły oręża; a część ich zwróciwszy się ku tej stronie, gdzie król  polski stał. Król w mniemaniu, że nieprzyjaciel, widząc przy nim tak małą garstkę rycerzy, godził nań z umysłu, strwożony grożącym niebezpieczeństwem, pchnął czym prędzej Zbigniewa z Oleśnicy, swego pisarza nadwornego, do stojącej w pobliżu chorągwi nadwornej, z rozkazem, aby jak najspieszniej przybyli i zasłonili króla od grożących ciosów… Była właśnie ta chorągiew, w pogotowiu do stoczenia walki z nieprzyjacielem. Rycerz królewski Mikołaj Kiełbasa, herbu Nałęcz, jeden z przedchorągiewnych, zamierzywszy się mieczem na gońca królewskiego Zbigniewa, wołać nań począł; «Czy nie widzisz, szalony, że nieprzyjaciel na nas uderza? I ty chcesz, abyśmy porzuciwszy walkę, biegli na obronę króla? Byłoby to jedno, co uciec z boju i tył podać nieprzyjacielowi, a dawszy się pobić, króla, i siebie na oczywiste narazić niebezpieczeństwo». Tymi słowy Zbigniew wypchnięty z chorągwi nadwornej wrócił z niczym, a w tej chwili wojsko królewskie stoczyło bój z nieprzyjacielem i mężnie walcząc, najdzielniejsze nawet wywracało szyki”.


Mały lasek na wschodnim zboczu wzgórza pomnikowego


Porównując obie relacje, widzimy liczne sprzeczności. O ile u Oleśnickiego króla z opresji ratuje chorągiew krakowska, o tyle u Długosza ma to zrobić chorągiew rycerzy nadwornych. Teoretycznie powinniśmy zaufać naocznemu świadkowi bitwy Oleśnickiemu. Problem polega jednak na tym, że podczas bitwy doszło do konfliktu pomiędzy Oleśnickim a rycerzami chorągwi nadwornej, tak ostrego, że sekretarz królewski pominął milczeniem jej zasługi bojowe.

Wróćmy do dialogu rycerza Mikołaja Kiełbasy z Oleśnickim. Tłumaczy on Zbigniewowi, że rozkaz króla narazi chorągiew na klęskę, a króla na jeszcze większe niebezpieczeństwo. Chorągiew ta stała w szyku kolumnowym, gdyby chciała wykonać rozkaz, musiałaby obrócić się bokiem do szykującego się do natarcia wroga, co narażało ją na klęskę. Nie to było jednak najważniejsze.

Chorągiew nadworna osłaniała prawe skrzydło chorągwi polskich walczących na pierwszej linii. Gdyby wykonała rozkaz króla, odsłoniłaby nieprzyjacielowi drogę na polskie tyły. W tym czasie chorągwie polskie, prawdopodobnie na skutek kapitulacji chorągwi krzyżackiej św. Jerzego, złamały opór przeciwnika i przesunęły się na zachód od drogi Stębark – Łodwigowo, na południe od wzgórza pomnikowego, frontem na zachód. Rycerze polscy tych chorągwi byli przekonani, że to już koniec bitwy, nie zdając sobie sprawy, że wzdłuż drogi Stębark – Łodwigowo, którą mają za swoimi plecami, szykuje się do natarcia wielki mistrz ze swym odwodem. Wzgórze pomnikowe z jednej strony zasłoniło manewr wielkiego mistrza przed Polakami, z drugiej strony Jungingen na pewien czas (gdy objeżdżał wzgórze od strony drogi Grunwald – Stębark) stracił kontrolę nad bitwą. Długosz nie tłumaczy, jak jedna chorągiew nadworna mogła osłonić króla przed 16 chorągwiami krzyżackimi. Kronikarz napisał, że tylko część odwodowych chorągwi zwróciła się przeciwko królowi. W rzeczywistości była to tylko chorągiew wielka wielkiego mistrza, do której należał rycerz Dypold von Kukeritz, który zaatakował króla.


Chorągiew biskupa pomezańskiego, którą król wysłał po bitwie na Wawel


Główna kolumna złożona z 15 chorągwi stanęła w tym czasie przy drodze Stębark – Łodwigowo, gdzie napotkała chorągiew nadworną, a nie krakowską, jak twierdził Oleśnicki. Te 15 chorągwi chełmińsko-pruskich nieco później sforsowały mały lasek niż idąca w awangardzie chorągiew wielka wielkiego mistrza. Dlatego w momencie, gdy król wysyłał Oleśnickiego po chorągiew nadworną, mógł tych chorągwi nie widzieć. W tym momencie do walki między chorągwią nadworną a odwodem wielkiego mistrza nie mogło dojść, gdyż rycerze nadworni zostaliby przez wielokrotnie liczniejszego przeciwnika wdeptani w ziemię.

Wbrew temu, co pisze Długosz, Jungingen, ignorując chorągiew nadworną, wprowadził swój odwód na wzgórze pomnikowe, wschodnim zboczem. Dopiero teraz polscy rycerze na pierwszej linii bojowej zobaczyli odwodowe chorągwie wielkiego mistrza. Jak pisze Długosz, zaczynają się spierać, czy są to oddziały własne, czy wroga. Nie możemy się temu dziwić, gdyż część chorągwi krzyżackich była formowania w ziemi chełmińskiej i służyło w nich sporo Polaków. Również pruscy nobile byli podobnie uzbrojeni jak Litwini. Natomiast chorągwi wielkiej wielkiego mistrza przy głównej kolumnie nie było, nadal straszyła króla i jego orszak. Gdyby stała na czele hufca odwodowego, rycerze polscy bez trudu rozpoznaliby Krzyżaków. Sytuację wyjaśnił stryj Oleśnickiego, który ruszył w kierunku wzgórza. Wielki mistrz, chcąc podtrzymać ducha bojowego swych rycerzy, stanął osobiście do walki, wytrącając kopię z ręki polskiego rycerza. W tym czasie pobite chwilę wcześniej chorągwie krzyżackie, kłębiące się przed taborem, dołączają do odwodu na wzgórzu pomnikowym.


Dolina za wzgórzem pomnikowym, gdzie wielki mistrz ukrył swoje odwody


Rozpoczyna się ostatnie natarcie armii krzyżackiej. Czy wielki mistrz poprowadził je osobiście? Uważam, że Jungingen zdał dowództwo i w towarzystwie komtura Ostródy udał się po swoją chorągiew wielką. Jego przybycie do tej chorągwi tak opisał Długosz; „Na hasło jednego z Krzyżaków, dowódcy chorągwi, który – siedząc na białym koniu – kopią dawał znać do odwrotu i wołał po niemiecku herum, herum. Zwróciwszy się potem ruszył na prawo, kędy stała wielka chorągiew królewska, już po zadanej klęsce nieprzyjaciołom, wraz z innymi chorągwiami”. Długosz wielkiego mistrza zdegradował do funkcji dowódcy chorągwi, nie napisał której, bo rzekomo królowi zagrażało szesnaście. Zaraz jednak gdy Jungingen skrzyżuje kopie z Dobiesławem Oleśnickim, kronikarz nazwie go dowódcą hufców i chorągwi. Trzeba zwrócić uwagę, że Długosz wyraźnie stwierdza, że główne siły krzyżackie zostały już pobite. Potwierdzi to jeszcze raz, gdy po pojedynku Dobiesława z wielkim mistrzem stwierdzi; „A tak Polacy wyprowadzeni z błędu, nie wątpiąc już o nieprzyjacielu, w kilkanaście chorągwi rzucili się na owe 16 chorągwi do których i inne się poprzyłączały”. Czyli pobite i odrzucone pod tabor chorągwie krzyżackie, dołączyły do odwodu wielkiego mistrza, ale dopiero wtedy, gdy ten wprowadził swój odwód na wzgórze pomnikowe, gdyż do tej pory nie wiedział o klęsce swych wojsk, która nastąpiła, gdy objeżdżał wzgórze pomnikowe.

Podczas tego ostatniego natarcia armii krzyżackiej doszło do dwóch starć. Na wschód od drogi Stębark – Łodwigowo starły się ze sobą chorągiew rycerzy nadwornych, która ze zwłoką, wykonała rozkaz przywieziony przez Oleśnickiego; z chorągwią wielką wielkiego mistrza, która tak naprawdę jako jedyna zagrażała królowi. Z tego starcia zwycięsko wyszli rycerze nadworni, o czym informuje Długosz, zapominając o jednej sprawie, że w starciu tym ginie wielki mistrz. Prawdopodobnie z ręki Mszczuja ze Skrzynna herbu Łabędź, którego pocztowy Jurga odnalazł zwłoki wielkiego mistrza.


Ruiny kaplicy


Drugie starcie to uderzenie 15 odwodowych chorągwi krzyżackich, wspartych przez pobite chorągwie krzyżackie, które dołączyły do odwodu, na polskie prawe skrzydło. Odparcie tego natarcia krzyżackiego również nie wyglądało tak, jak przedstawili to obaj polscy kronikarze. Polskie chorągwie musiały zmienić front, obracając się w kierunku wzgórza pomnikowego. Odwodowe chorągwie krzyżackie były wypoczęte i szarżowały ze wzgórza, co w walce kawalerii jest istotne. Sformowane w potężną kolumnę, liczącą około 5 tysięcy jazdy, nacierały na wąskim froncie, z pewnością nie szerzej niż 100-150 m, wbijając się głębokim klinem w szyk polskich chorągwi. Prawdopodobnie zatrzymali się dopiero na chorągwi krakowskiej, o czym informuje Oleśnicki w bardzo pokrętny sposób. Wtedy to mogła polec część starszyzny krzyżackiej w starciu z chorągwią krakowską. Wreszcie król rzucił do walki ostatnie odwody, aby zamknąć Krzyżaków w kotle. Wśród tych ostatnich były prawdopodobnie również chorągwie z Wielkopolski. Dowodzący tym natarciem, widząc klęskę chorągwi wielkiej wielkiego mistrza i śmierć Jungingena oraz odwody polskie zmierzające do okrążenia chorągwi krzyżackich, postanowił przerwać natarcie i wycofać oddziały pod tabor. Nie wszystkim chorągwiom krzyżackim udało się oderwać od przeciwnika. Chorągiew chełmińską i kilka innych zmuszono do kapitulacji. Jazda krzyżacka, której udało się wycofać pod tabor, nie podjęła już walki, w ucieczce szukając ocalenia. Mieli jednak pecha, bo akurat wrócił książę Witold z częścią armii litewskiej i rozpoczął się bezlitosny pościg.

Długosz tak opisuje ten moment: „Gdy wojsko polskie z rozkazu króla ruszyło w pościg za nieprzyjacielem, (…) wielki książę Witold, pierwszy raz po odniesionym zwycięstwie spotkawszy się z królem (w czasie walki bowiem biegał ciągle między pułkami i chorągwiami polskimi, w miejsce znużonych i chwiejących się podprowadzając nowe posiłki, i z troskliwością bacząc, jak obydwu stron ważyły się losy)”. W tym miejscu kronikarz moim zdaniem kłamie. Usiłuje nam wmówić, że Witold zupełnie nie interesując się swoją pobitą armią, wyręczał króla w dowodzeniu polskimi wojskami. W rzeczywistości kariera Witolda na głównym placu boju po godzinie dobiegła końca, gdyż został porwany przez falę ogarniętego paniką wojska. Jakimi motywami kierował się Długosz, pisząc nieprawdę. Nie lubił króla za sprzyjanie husytom, dlatego postanowił wielkiego księcia wykreować na wodza bitwy. Obraz Jana Matejki – oparty na jego relacji – znakomicie to oddaje. Zasadniczym jednak powodem była sprawa pewnych jeńców krzyżackich, którą tak przedstawia: „jako wielką i nader ucieszną doniósł królowi nowinę, że w bitwie pojmano dwóch mnichów krzyżackich Markwarda von Salzbach, komtura brandenburskiego, i Szumberga, którzy podczas układów toczących się między wielkim księciem a mistrzem (…) sprośnymi i zelżywymi słowami znieważali księcia i jego matkę”. Rycerzem, który pojmał do niewoli owych Krzyżaków i oddał Witoldowi, był ojciec kronikarza, Jan Długosz z Niedzielska, oczywiście za odpowiednią nagrodą. Wielki książę słynął z wielkiej hojności, która – jak widać – opłaciła mu się. Przybycie Witolda do króla należy uznać za moment powrotu wojsk litewskich na plac boju.


Jezioro Łubień w okolicy domniemanego obozu polskiego


Udział Wielkopolan w bitwie

Pierwszym źródłem pisanym, którego autor był uczestnikiem bitwy i całościowo ją opisał, była Kronika Konfliktu autorstwa sekretarza królewskiego Zbigniewa Oleśnickiego. Niestety, oryginał nie zachował się do naszych czasów i skazani jesteśmy na odpis sporządzony przez nieznanego autora. W Kronice Konfliktu głównym bohaterem bitwy jest chorągiew wielka ziemi krakowskiej. To ona sama gromi odwód wielkiego mistrza, zabija Jungingena i starszyznę krzyżacką, a niedobitki przegania pod tabor. Bez wątpienia ten fragment relacji to „grzech pierworodny” w przedstawieniu przebiegu bitwy. Jeżeli chorągiew tak znakomicie się wyróżniła, to dlaczego jej dowódca Zyndram z Maszkowic został po bitwie zastąpiony Jakubem Kobylańskim?

Druga całościowa relacja o przebiegu bitwy  autorstwa Jana Długosza powstała w drugiej połowie XV wieku. Nie bez znaczenia jest fakt, że obaj autorzy znali się i przyjaźnili. Pomimo to wersja bitwy grunwaldzkiej przedstawiona przez Długosza zasadniczo różni się od wersji Oleśnickiego. W KK nie ma ani słowa o niefortunnym posłowaniu jej autora do chorągwi nadwornej, a przecież napisał ją kilka miesięcy po bitwie. Nasuwa się pytanie; czy Długosz z własnej inicjatywy postanowił w swojej relacji przypomnieć zasługi bojowe chorągwi nadwornej? Czy zrobił to na prośbę Oleśnickiego? Znając zafascynowanie Długosza biskupem krakowskim, którego uważał za męża opatrznościowego Polski, można przyjąć, że to Oleśnicki poprosił o to kronikarza. Starego biskupa dręczyło sumienie, że tak niegodziwie obszedł się z rycerzami nadwornymi, przypisując ich sukces bojowy chorągwi krakowskiej. Mógł być pewny, znając przywiązanie Długosza do swojej osoby, że zrobi to tak, aby nie ucierpiała jego reputacja. I w tych rachubach niewątpliwie się nie pomylił.

W rozstrzygającej fazie bitwy na głównym placu boju obie strony miały wyrównane siły. Wojska polskie były fatalnie ugrupowane. Prawe skrzydło, w które było wymierzone rozstrzygające natarcie wielkiego mistrza, było całkowicie ogołocone z odwodów. Król zużył je do: wzmocnienia skrzydła litewskiego, oczyszczenia tyłów z krzyżackich chorągwi ścigających Tatarów oraz do wzmocnienia nacierających wojsk na pierwszej linii. Toteż gdy powracające z pościgu za Litwinami oddziały krzyżackie zaczęły uderzać w chorągwie na prawym skrzydle, król ubezpieczył je swoją chorągwią rycerzy nadwornych. Wielki mistrz również zużył wszystkie chorągwie drugiej linii i w rezerwie miał już tylko odwód, którym chciał pobić polskie prawe skrzydło i rozstrzygnąć bitwę. Nie przewidział, że osłabione prawe skrzydło krzyżackie pod Łodwigowem ulegnie przeważającym na tym odcinku chorągwiom polskim w momencie wykonywania manewru oskrzydlającego. To spowodowało, że jego plan legł w gruzach.


Rzeka Marózka


Należy przyjąć, że skapitulowała nie tylko chorągiew świętego Jerzego, ale całe prawe skrzydło krzyżackie zostało rozproszone. Panice nie uległy tylko te krzyżackie chorągwie, które znalazły oparcie w taborze. Gdyby przyjąć, że wszystkie chorągwie krzyżackie dołączyły do odwodu wielkiego mistrza, to ze wzgórza pomnikowego spadłoby na polskie chorągwie 10 tys. jazdy krzyżackiej. Takiego uderzenia Polacy raczej by nie wytrzymali. Dlatego to Wielkopolanie i inne chorągwie walczące pod  Łodwigowem, rozpraszając prawe skrzydło krzyżackie, najbardziej przyczynili się do zwycięstwa. Należy przyjąć, że krzyżackie prawe skrzydło walczące przeciw Wielkopolanom pod Łodwigowem zostało szybciej pobite i rozproszone niż lewe, mogące liczyć na wsparcie 16 odwodowych chorągwi. Gdyby wielki mistrz przed manewrem oskrzydlającym zauważył, że dzieje się tu coś niepokojącego, to użyłby części odwodu do zażegnania kryzysu. To zadecydowało o klęsce armii krzyżackiej. Wspaniałe zwycięstwo chorągwi rycerzy nadwornych, skazanej przez Oleśnickiego na zapomnienie, było ostatnim gwoździem do trumny armii krzyżackiej. Gdyby ułożyć ranking, kto w bitwie wyróżnił się najbardziej, to chronologicznie rzecz wyglądałaby następująco:

–  chorągwie smoleńskie – osłabiły siłę uderzenia powracających chorągwi krzyżackich,

chorągwie walczące na lewym skrzydle pod Łodwigowem, w tym Wielkopolanie stanowiący połowę tych sił – pobiły przeciwnika w momencie wykonywania manewru oskrzydlającego, co zadecydowało o jego niepowodzeniu,

chorągiew rycerzy nadwornych, gdzie również znajdowali się Wielkopolanie jak rycerz Mikołaj Kiełbasa, którzy – rozbijając chorągiew wielką wielkiego mistrza – ostatecznie przekreślili jego plan.

Trzeba także wspomnieć, że cały ciężar osłony zachodniej granicy również spoczywał na Wielkopolanach, którzy bardziej od Małopolan byli zainteresowani złamaniem potęgi krzyżackiej. Biskup krakowski Piotr Wysz, pomimo że jego biskupstwo było hojniej uposażone niż biskupstwo poznańskie, nie wystawił chorągwi na wyprawę grunwaldzką. Małopolanie też pierwsi zaczęli naciskać króla na zaniechanie oblężenia Malborka, razem z księciem Witoldem, co przyczyniło się do zmarnowania tego zwycięstwa.

Na koniec należy się zastanowić: gdyby pod Grunwaldem zabrakło chorągwi wielkopolskich, czy zwycięstwo byłoby możliwe? Moim zdaniem, na skutek kilku błędów, których w trakcie bitwy dopuścił się król, bitwa mogłaby zakończyć się klęską.

Witold Mikołajczak


Mapki z książki Witolda Mikołajczaka, Grunwald 1410. O krok od klęski. Zdjęcia ze zbiorów autora

Zainteresowanych tą tematyką zapraszamy do lektury artykułu Witolda Mikołajczaka
Wpływ autora Kroniki Konfliktu na relację Jana Długosza o bitwie pod Grunwaldem

Opublikowano 15 lipca 2019 r.


Autor na tle ruin kaplicy postawionej prawdopodobnie w miejscu obozu krzyżackiego

Witold Mikołajczak

Historyk, absolwent UAM, nauczyciel, od 1990 r. mieszka w Szamotułach.

Autor 4 książek: Grunwald 1410. Bitwa, która przeszła do legendy (2010); Grunwald 1410. O krok od klęski (wyd. rozszerz. 2015); Wojny polsko-krzyżackie (2009) i Grochów 1831. Niedokończona bitwa (2014).

Na nowo interpretuje pewne wydarzenia i źródła historyczne, lubi polemikę.

Udział rycerstwa Ziemi Szamotulskiej w bitwie pod Grunwaldem2025-09-21T11:22:02+02:00

Ewa Krygier – biogram

Ewa Krygier z domu Budzyńska urodziła się 11.07.1933 roku we Wronkach. Jej rodzicami byli Zygmunt Budzyński, sędzia, od 1938 roku pracownik Ministerstwa Sprawiedliwości, i Halina z domu Kędzierska. Jako dziecko mieszkała z rodzicami kolejno we Wronkach, Poznaniu i Warszawie. W czasie wojny uczyła się prywatnie (http://regionszamotulski.pl/domowa-edukacja-w-czasie-wojny/). Na początku wojny została ewakuowana wraz z rodziną na wschód, znalazła się pod okupacją sowiecką (http://regionszamotulski.pl/przyszlismy-wyzwolic-was-od-panow/). W tym czasie ojciec był najpierw na froncie, później – do końca wojny – w oflagu. Przez kilka miesięcy wraz z rodziną  przebywała w Dubnie i Przemyślu, skąd udało im się wrócić do okupowanej przez Niemców Warszawy. Warszawę opuścili po upadku powstania na Starówce (http://regionszamotulski.pl/powstanie-warszawskie-oczami-dziecka/). Po przejściu przez obóz w Pruszkowie ostatnie miesiące wojny spędzili pod Opocznem i w Krakowie.  Po powrocie z oflagu w XI 1945 r. Zygmunt Budzyński zatrzymał się w Szamotułach u siostry swojej teściowej  – nauczycielki Zofii Janik. Do Szamotuł przyjechała też reszta rodziny. Małżonkowie postanowili nie wracać do zniszczonej Warszawy, lecz przenieść się na tzw. Ziemie Odzyskane (w nowym ustroju życie Zygmunta Budzyńskiego jako przedwojennego sędziego i pracowniak Ministerstwa Sprawiedliwości mogło być zagrożone). Zygmunt Budzyński otrzymał stanowisko sędziego w Sądzie Okręgowym w Gorzowie Wielkopolskim, żona i dzieci miały dołączyć do niego w pierwszej połowie lutego 1946 roku. Zanim to jednak nastąpiło, zginął tragicznie w drodze na wyjazdowe posiedzenie sądu w Drezdenku.

Rodzina postanowiła na stałe zostać w Szamotułach. Ewa Krygier tam skończyła szkołę podstawową i Liceum Ogólnokształcące; maturę zdała w roku 1951 (http://regionszamotulski.pl/w-szamotulskich-szkolach-1945-51/). Następnie studiowała na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Poznańskiego; w 1955 roku uzyskała tytuł magistra filologii polskiej (http://regionszamotulski.pl/studia-w-czasach-stalinowskich/). Po studiach podjęła pracę w Liceum Ogólnokształcącym w Szamotułach, gdzie ponad 40 lat (1955-1996) uczyła języka polskiego. W latach 1983-1992 funkcjonował Zespół Szkół, w skład którego wchodziły Liceum i Studium Nauczycielskie, Ewa Krygier była wicedyrektorem Zespołu Szkół do spraw Studium Nauczycielskiego, w Studium Nauczycielskim uczyła literatury dziecięcej. W 1962 roku wyszła za mąż za Romualda Krygiera (1933-2009, polonistę, bibliotekarza i regionalistę), ma dwoje dzieci, ośmioro wnuków i czworo prawnuków.

Ewa Krygier – biogram2019-07-14T17:37:48+02:00

Pałac w Oporowie

Historia i architektura pałacu Kwileckich w Oporowie

W 1877 roku, na zlecenie Mieczysława Kwileckiego – według projektu i pod nadzorem wybitnego berlińskiego architekta – Zygmunta Gorgolewskiego, rozpoczęły się rozbudowa dworu w Oporowie, która przeobraziła go w okazały pałac. Jako jedyny tego typu obiekt w gminie Ostroróg przetrwał wojenną zawieruchę, gdyż pałac w Rudkach został rozebrany, a w Dobrojewie najpierw podpalony, a później rozebrany.

Pałac w Oporowie na pocztówkach z ok. 1912 r.

Jakiś czas temu nabyłem na portalu aukcyjnym książkę autorstwa Marii Strzałko Materiały do dziejów rezydencji w Polsce, w której bardzo precyzyjnie opisano historię i architekturę pałacu w Oporowie.

Historia Kwileckich w Oporowie zaczyna się w 1774 roku, kiedy to właściciel klucza Dobrojewo – Adam Klemens Kwilecki kupił od Augusta Kalkreyta wieś Oporowo wraz Bobulczynem. Wiadomo, że zakupiony majątek był zadłużony, a w Oporowie stał dworek w kiepskim stanie.

„Dwór dranicami [gontem] podbity, zły [w złym stanie]. Wchodząc do dworu, po lewej ręce jest izba stołowa o czterech oknach, z pokojem również o czterech oknach, w których są szyby w ołów oprawione, komin szafiasty. Z tej izby wchod do sklepu [wejście do piwnicy] o podwójnych drzwiach, lecz te drzwi bez haków i zawiasów. Do pokoju drzwi podwójne, z pokoju dwa okna całkie [całe], a drugie dwa deskami zabite, piec okrągły w białe kaflem, w oknach szyby złe, dalej kuchnia bez ogniska tylko wielki komin, do którego [z powodu którego] się w pokojach i czeladniej izbie schodzą dymy. Dalej izba z kominem bez pieca, w tej okien cztery (…), z tej izby dwa pokoiki, każdy o jednym oknie (…), z tego pokoju drzwi na ogród. W sieni okien dwa, jedno nad przysionkiem, drugie wchodząc do sieni nad drzwiami (…). Z przysionka, idąc w górę, pokojów cztery bez pieców, trzy o jednym oknie, czwarty o dwóch oknach” [za Marią Strzałko].


Grupa uczestników polowania przed pałacem w Oporowie, ok. 1899 r.

Ten sam budynek wymieniany był już w dokumentach piętnaście lat wcześniej. W inwentaryzacji majątku Kalkreytów z 1759 roku pisano:

„Budynek dworski. Wschodząc do niego, na prawą rękę drzwi podwójne, stare, bez zamka, z klamką prostą robotą, żelazną. W tej izbie podłoga zła, okna w nim cztery. Komin dobry, ten komin nie mający pieca. Z tegoż pokoju drzwi do sklepu, nowe bez zamka, tylko na zawiasach, w tej izbie drzwi do pokoju złe, okno dobre, tylko zawiasów nie mające i okiennica z zawiasami, drugie drzwi do sadu dobre z zamkiem, podłoga i posowa [strop] w nim dobra, piec dobry. Komin nowy, ale niewywiedziony, nieskończony. Drugi pokój z tej izby z podłogą i posową dobrą, komin dobry, okno jedno dobre, tylko się nie otwiera, piec mający, z relacji ludzi, iż Imć Pan Possesor kazał nowo postawić, bo był zły, drzwi dobre (…). W tejże pierwszej izbie podłoga zła. Z tej izby wychodząc, są drzwi do kuchni dobre (…), ognisko dobre, okno dobre (…). Idąc przed sień, jest sionka, w niej drzwi dobre z zawiasami, antaba do nich kręcona, okna dwa dobre. Z tej sionki jest pokoik, drzwi do niego dobre z haczykami, na zawiasach. Drugi pokoik, do którego drzwi połupane, zawiasy i zamek dobre, posowa i podłoga dobra, piec i komin dobry. Z tych pokojów wychodząc jest schod dobry na górne pokoik, których jeden po drugim jest cztery, do których drzwi z zamknięciem dobre, bez pieców i kominów, w każdym posowa i podłoga dobra (…) z tych pokojów schod wyżej na górę i drzwi dobre z zamkiem, przedsionek, w którym okno na trzy kwatery dobre. Schod na górę wielki, dobry, na wierzchu nadmurowanie (…). Dach z jednej strony dobry, z drugiej reparacji potrzebuje, podłoga dobra, a strych przed kominem zły, płótnem malowanem obita, miejscami złe, okien cztery (…). Z tej izby druga do niej podobna, drzwi z zamkiem dobre, posowa i podłoga dobra, tylko przez dach ciecze, przed kominem a strych, komin zły, mocno się mur rozrysował. Do tych pokojów jest piec zły i palić w nim nie można. Z tej pierwszej izby są drzwi do sklepów podwójne nie mające zawiasów ani zamknięcia żadnego. Schod dobry do tegoż sklepu tylko z boku mur wypadł (…) ode dworu idąc na prawo jest mielcuch [pomieszczenie do warzenia piwa] (…), studnia za mielcuchem zrujnowana (…). Idąc dalej jest folwark (…) Około dworskich budynków fundamentalnego ogrodzenia nie masz, tylko Pan Dziedzic po zbiegłych ludziach swoich kazał stodoły i chlewy porozbierać i tym drzewem dla pozoru poobkładać, ogród pański nie ogrodzony…” [za Maria Strzałko]. We wsi była również karczma i kilkanaście chałup.

Sądząc po stanie budynku w Oporowie, Kwilecki raczej w nim nie pomieszkiwał, zwłaszcza że w pobliskim Dobrojewie wybudował okazały zespół pałacowy (więcej na ten temat w artykule Wielkopolskie Puławy w Dobrojewie http://regionszamotulski.pl/palac-w-dobrojewie/ ).


Mieczysław Kwilecki przed pałacem w Oporowie, ok. 1916 r.


Spadkobiercami Adama Klemensa byli córka Aniela wraz z mężem Klemensem, będącym zarazem jej kuzynem (synem Jana z Kwilcza). Na skutek tego małżeństwa połączyli klucz Dobrojewo oraz Kwilcz. W 1821 roku Klemens dokupił z pomocą finansową teścia ogromną majętność Gosławice (10,5 tys. ha), a rok później po bezdzietnej śmierci swojej siostry odziedziczył Objezierze. Aniela i Klemens podzielili rozległy majątek między czworożyjących dzieci. Oporowo, wraz z Siedlnicą i rozległym kluczem gosławickim przypadło  Hetorowi żonatemu z Niemką – damą dworu bawarskiego Marią Izabelą Tauffkirchem und Laterano. Również Hektor nie zamieszkał w oporowskim dworze, gdyż na swoją siedzibą obrał sobie Maliniec koło Konina. Oporowo po śmierci Hektora otrzymał Mieczysław Kwilecki – działacz społeczny i polityczny, żyjący na przełomie XIX i XX wieku, o którym szerzej pisaliśmy w tekście Mieczysław Kwilecki – zasłużony dla Wielkopolski pan na Oporowie (http://regionszamotulski.pl/mieczyslaw-kwilecki-z-oporowa/).


Maria Kwilecka z wnukami, Oporowo, ok. 1908 r.


Mieczysław Kwilecki w 1857 roku poślubił wnuczkę generała Dąbrowskiego – Marię z Mańkowskich (o rodzinie Mańkowskich można przeczytać w tekście Wielkich ludzi do pałacu w niewielkich Rudkach przywiodły kobiety http://regionszamotulski.pl/mankowscy-i-potworowscy-w-rudkach/ ). Nie wiadomo, kiedy dokładnie młodzi zamieszkali w Oporowie. Maria Strzałko przypuszcza, że było to przed wybudowaniem pałacu (1877-1878), gdyż Hektor Kwilecki urodził się w 1859 w Poznaniu, ale dzieciństwo spędził już w Oporowie. Tym samym można założyć, że Kwileccy zamieszkali zapewne krótko po ślubie w dworze, który został później rozbudowany do kształtu obecnego pałacu. Dwór, jak pisał Leon Durczykiewicz, został zbudowany w połowie XIX wieku. Był to prawdopodobnie siedmioosoiowy, parterowy budynek o wymiarach około 22,6 metrów na 12,6 metrów, z mieszkalnym poddaszem i wysokim dachem. Kilkanaście lat później Mieczysław Kwilecki postanowił rozbudować ówczesną bryłę. W tym celu sprowadził z Berlina wybitnego architekta Zygmunta Gorgolewskiego. Natomiast prowadzenie prac budowlanych Kwilecki powierzył Marianowi Cybulskiemu z Poznania. Rozbudowa rozpoczęła się w 1877 roku i zakończyła rok później.


Zdjęcie z uroczystości weselnych Ludwika Pugeta i Julii Kwileckiej (córki Mieczysława i Marii z Mańkowskich), 12.08.1902 r. w Oporowie. Na zdjęciu siedzą od lewej w I rzędzie: wnuki i wnuczka Mieczysława i Marii Kwileckich: Stanisław hr. Żółtowski (syn Marii z Kwileckich Żółtowskiej i Adama Żółtowskiego), Stanisław hr. Kwilecki (syn Kazimierza Kwileckiego i Marii z Karskich), Janina hr. Żółtowska (córka Marii z Kwileckich Żółtowskiej i Adama Żółtowskiego),Mieczysław Kwilecki (syn Kazimierza Kwileckiego i Marii z Karskich).

W II rzędzie siedzą od lewej: ks. Feliks Laudwicz, Jadwiga z hr. Załuskich hr. Kwilecka, Maria Stablewska, Anna z Mylów Stablewska, Julia hr. Kwilecka bar. Puget (panna młoda), Maria z Chłapowskich Mańkowska (żona Napoleona Mańkowskiego – brata Marii Kwileckiej z Mańkowskich), Ludwik bar. Puget (pan młody), Mieczysław hr. Kwilecki, Maria hr. Kwilecka z Mańkowskich, Wanda hr. Niegolewska z Mańkowskich (kuzynka Mieczysława hr. Kwileckiego), Barbara Turno z Mańkowskich (córka Napoleona i Marii z Chłapowskich), jej mąż Stanisław Turno, Anna Mańkowska z Michałowskich.

W III rzędzie od lewej: Kazimierz Turno, Dobiesław hr. Kwilecki (syn Hektora, wnuk Mieczysława i Marii), Stanisław Mańkowski, Hektor hr. Kwilecki, Zofia hr. Kwilecka, Maria Mielęcka z Niegolewskich, Karol Stablewski, Maria hr. Kwilecka, Tekla Mańkowska, Anna Stablewska, Stanisław Wysocki, Maria bar. Puget, Maria z hr. Stadnickich Mańkowska (żona Henryka), Zofia Mańkowska, Henryk Mańkowski (syn Napoleona), Wincenty Niemojewski (zięć Mieczysława i Marii), K. Kościelski, ks.Włodzimierz Sypniewski z Ostroroga, Teodor Mańkowski (syn Napoleona), Kazimierz Mańkowski , N.N., Jan Niemojowski, Mieczysław Niemojowski, Jerzy Niemojowski.

Na tarasie stoją od lewej: N.N, Stanisław hr. Kwilecki, Jadwiga z ks. Lubomirskich hr. Kwilecka, Stefan hr. Kwilecki, Jadwiga hr. Kwilecka z Zamoyskich, Maria hr. Kwilecka z hr. Zamoyskich, Maria hr. Kwilecka z Karskich (żona Kazmierza), Anna Niezabytowska z hr. Kwileckich,
Kazimierz hr. Kwilecki (syn Mieczysława i Marii), Anna hr. Mielżyńska z Kwileckich, Maria hr. Żółtowska z Kwileckich, Adam hr. Żółtowski,
Wacław Mańkowski, Stanisław Niezabytowski, Marceli Krajewski.


Mieczysław Kwilecki w Oporowie, ok. 1903 r.

Ok. 1900 r.

Przy zabudowaniach gospodarczych w Oporowie, ok. 1900 r.

Maria i Mieczysław Kwileccy na tarasie pałacu, ok. 1917 r.

Maria Kwilecka rozmawia z Niną Żółtowską i Michałem Sobańskim, ok. 1913 r.

Maria Kwilecka w Oporowie, ok. 1920 r.

Ok. 1920 r.


Stary dwór wtopiono w bryłę powstałego pałacu. Parterową część dawnego budynku nadbudowano o piętro i przykryto dachem o konstrukcji mansardowej, ozdobionym kolistymi lukarnami. Z kolei we wschodniej części elewacji frontowej powstał piętrowy ryzalit, który podobnie jak zasadnicza bryła został przykryty mansardowym dachem. Na zachodniej ścianie ryzalitu dobudowano aneks, który łączył się z werandą, w aneksie umieszczono główne wejście. Układ otworów okiennych pozostał w zasadzie niezmieniony, jedyne zmiany polegały na przekształceniu otworów drzwiowych w okienne, bądź odwrotnie.

Do istniejącej bryły dobudowana została zachodnia, dwukondygnacyjna część pałacu, zwieńczona dachem łączącym się z pozostałą częścią budynku. W zachodniej elewacji bocznej powstał duży taras z dwubiegowymi schodami z półkolistym podestem. Przed głównym wejściem do budynku stworzono reprezentacyjny podjazd.


Julia Puget, Maria Kwilecka oraz kapitan Campbell-Crook w Oporowie, ok. 1919 r.


Powstały w wyniku przebudowy pałac, jak pisze Maria Strzałko, nawiązywał do XVII-wiecznej architektury francuskiej. W wyniku zrealizowanych prac powstał dwukondygnacyjny, podpiwniczony, murowany i otynkowany pałac. Budowla powstała na wydłużonym rzucie z licznymi tarasami, aneksami oraz ryzalitami. Bryła pałacu składała się z dwóch części – starego dworu z dobudowaną częścią zachodnią oraz wschodniego skrzydła, które wyróżniała nieco inna elewacja oraz czterospadowy dach.

Elewacja pałacu została ozdobiona boniowaniem [dekoracyjne opracowanie krawędzi oraz lica ciosu kamieni, podkreślające ich układ], parter od piętra oddzielono gzymsem, który również zastosowano w zwieńczeniu budynku. Nad głównym wejściem do pałacu (aneks, elewacja frontowa) umieszczono herb Kwileckich. Z kolei na elewacji południowej zachodniego skrzydła umieszono płycinę z motywem antycznym. Natomiast na elewacji frontowej skrzydła wschodniego – dwa medaliony przedstawiające personifikację dnia i nocy.

Piwnice pałacowe pełniły głównie funkcje magazynowe oraz kuchenne. Parter stanowił przestrzeń reprezentacyjną i mieszkalną. Z kolei na piętrze znajdowały się pokoje gościnne praz pomieszczenia dla służby (te również na poddaszu).


Zdjęcie z okresu 1926-1936


Główne wejście prowadziło przez niewielki przedsionek. Główna sień pałacu powstała z połączenia kilku wcześniejszych pomieszczeń, oświetlały ją dwa okna. W zwieńczeniu sieni stworzono belkowy strop z czterema dużymi kasetonami. Główne schody z parteru na piętro zlokalizowano w południowo-zachodniej części sieni, schody ozdobiono rzeźbiarską balustradą. Ściany sieni pokryto boazerią, podłogę zdobiła ceramiczna posadzka, a do pomieszczeń prowadziły dwuskrzydłowe drzwi. Z zachodniej części sieni drzwi prowadziły do pomieszczenia oświetlonego trzema oknami wychodzącymi na werandę, pomieszczenie to pełniło funkcje sali jadalnej. W zachodnim narożniku jadalni stał dekoracyjny kominek, ściany pokryto boazeriami i tapetami oraz sztukateriami o motywach roślinnych. Po przeciwnej stronie sieni znajdowało się pomieszczenie kredensu, przy którym mieścił się również pokój dla służby oraz garderoba. W jego pobliżu znajdowały się ponadto schody prowadzące do kuchni i toaleta.


Pocztówka z okresu międzywojennego


W środkowej części tylnego traktu było duże pomieszczenie łączące się przeszkloną werandą. Przeznaczeniem tego pokoju według projektu był salon bądź sypialnia. W północno – zachodniej części tego pomieszczenia przewidziane były wysokie szafy pokryte tapetami i zwieńczone sztukateriami. Do tego pokoju przylegały szeregowo – od wschodu – pokój panien, od zachodu – salon mniejszy. Oba pomieszczenia oświetlały okna w elewacji tylnej.

W tylnej (południowej) części zachodniego (dobudowanego) skrzydła znajdowała się tzw. sala wielka, która była wyższa od pozostałych pomieszczeń. Z tego pomieszczenia dwuskrzydłowe drzwi prowadziły do salonu mniejszego oraz jadalni, która oświetlona była potrójnym oknem wychodzącym na południe oraz przeszklonymi drzwiami tarasowymi na taras przy elewacji bocznej.


Fragment pałacu i park, ok. 1930 r.


We frontowej części zachodniego skrzydła pałacu znajdowały się pomieszczenia „pana”, czyli Mieczysława Kwileckiego: pokój mieszkalny pana – oświetlony dwoma oknami w elewacji frontowej – z tego pokoju drzwi prowadziły do „Sali wielkiej”, jadalni oraz sypialni pana – oświetlonej jednym oknem w elewacji. Z kolei z sypialni można było przejść do kolejnej sieni, gdzie w południowo-zachodnim narożniku znajdowała się toaleta. Inne drzwi z sypialni prowadziły z kolei do małego skarbca, a stamtąd korytarzem można było dostać się do sieni narożnej, która łączyła się ze schodami w wieży, co pozwalało na wejście do pomieszczeń pana z pominięciem pomieszczeń reprezentacyjnych.

Z kolei we wschodnim skrzydle pałacu znajdowały się trzy pokoje mieszkalne połączone przejściami oraz sienią. W północno-wschodnim narożniku tej części pałacu usytuowana była łazienka, a w dobudowanym aneksie – apteczka i sień, która łączyła się otwartym łukiem z sienią w dalszej części tego skrzydła, skąd można było drugimi schodami wejść na piętro.

Piętro pałacowe było podobnie rozplanowane jak parter i wzbogacone o międzytraktowy korytarz, który znacznie ułatwiał dostęp do poszczególnych pomieszczeń.


Folwark w Oporowie, ok. 1913 r.


Po II wojnie światowej pałac został wywłaszczony przez Skarb Państwa, mieściły się tam biura PGR, przedszkole, szkoła, mieszkania pracowników, później kaplica.

Bardzo smutną kartą w historii pałacu jest dzień Świętego Floriana 2007 roku. To właśnie w święto strażaków w pałacu wybuchł ogromny pożar, który strawił poddasze. Na szczęście dach został odbudowany przez zarządcę – ANR. Nie zmienia to faktu, że obecny stan pałacu pozostawia wiele do życzenia.

Warto wspomnieć również o pozostałych budynkach wchodzących w skład dawnego zespołu pałacowo – folwarcznego. We wschodniej części zespołu dworskiego, w pobliżu pałacu, zbudowano zespół budynków na planie litery „U”. Zdaniem Marii Strzałko, z uwagi na dobrą klasę architektoniczną budynków,  ich powstaniu można doszukiwać się udziału architekta Gorgolewskiego bądź kierującego pracami budowlanymi Mariana Cybulskiego. Obiekty powstały prawdopodobnie równocześnie z pałacem. Zabudowania te początkowo składały się ze stajni cugowej, wozowni oraz oranżerii (po południowej stronie drogi dojazdowej do pałacu). Nieco później (około 1880 r.) po północnej stronie drogi dobudowano oficynę gospodarczą. Cześć mieszkalną od części folwarcznej budynków rozdziela brama. Wszystkie budynki powstały z czerwonej cegły. Stajnia zlokalizowana jest w odległości około 25 metrów od pałacu, parterowa, z użytkowym poddaszem. Na wschodniej ścianie znajduje się kamienna głowa konia. Stajnia, podobnie jak i brama, są obecnie w bardzo złym stanie i częściowo rozebrane. Piętrowa oficyna ma dwuspadowy dach kryty papą. Pierwotnie mieściły się w niej mieszkania służby, pralnia oraz kuchnia. Do niedawna w budynku znajdowały się mieszkania prywatne. Obecnie podobnie jak stajnia, budynek znajduje się w złym stanie technicznym.


Oficyna i stajnia, ok. 1994 r.


Jeszcze do niedawna w Oporowie mogliśmy podziwiać piękny, XIX-wieczny spichlerz, który prawdopodobnie został zbudowany, podobnie jak pałac, według projektu Zygmunta Gorgolewskiego. Budynek ten wyróżniał się na tle pozostałych obiektów folwarcznych stylem i formą. Był to okazały obiekt: trzykondygnacyjny, z niskim dwuspadowym dachem, murowany z czerwonej cegły. Budynek znajdował się na północny-wschód od pałacu. Zdobiły go przypory [skarpa, szkarpa – pionowy element konstrukcyjny budowli, mur odchodzący prostopadle na zewnątrz od ściany wysokiego budynku w postaci filara] oraz lizeny [płaski, pionowy występ w murze zewnętrznym].

Poza zasadniczym dziedzińcem gospodarczym postawiono jeszcze dwa budynki: kuźnię oraz gorzelnię. Forma architektoniczna tych obiektów wskazuje, że powstały one nieco później niż pałac – przypuszczalnie w latach 80., bądź 90. XIX wieku. Kuźnia została zbudowana z cegły, ma dwuspadowy dach pokryty dachówką z ozdobnymi szczytami. Gorzelnię natomiast zbudowano z cegły i kamienia polnego. Budynek gorzelni jest piętrowy, z kolei dach pokryto papą.


Spichlerz ok. 1994 r.


Całości dopełniał park dworski, w którego centrum znajdował się pałac, o powierzchni 7 hektarów. Założony równocześnie z przebudową pałacu jako nowy bądź z wykorzystaniem już istniejącego parku wzmiankowanego w 1759 i 1774 roku. Dominujące gatunki to kasztanowce, graby, głogi, jesiony oraz akacje. Wśród drzew rosnących w parku jest kilka okazałych sosen (m.in. o obwodzie 275 cm), topól (m.in. topola czarna o obwodzie 372 cm), wiązów (m.in. o obwodach 306, 268 i 229 cm), dębów (m.in. o obwodzie 339 cm), grabów (m.in. o obwodzie 268 cm), akacji (m.in. o obwodzie 345 cm), jesionów (m.in. o obwodach 411, 410 i 355 cm), lip (m.in. o obwodach 318, 309 i 253 cm).

Na koniec przytoczę ciekawe wspomnienie Janiny z Puttkamerów Żółtowskiej dotyczące Oporowa: „W Oporowie ledwo się mogłam rozpatrzeć, a już wysiadaliśmy przed podjazdem. Wewnątrz wrażenie miejskiego mieszkania. Żadnych mahoniów ani empirów, tylko meble sprzed lat pięćdziesięciu, sprawione przez ludzi, którzy osiedli w mieście. I to jeszcze mieszkanie moich ciotek w Wilnie bogatsze było w pamiątki. Ton drugiego cesarstwa u bogatej burżuazji uderzył mnie w każdym kątku Oporowa.” [Dziennik. Fragmenty wielkopolskie 1919-1933].

Michał Dachtera

Szamotuły, 08.07.2019


Wnętrze pałacu ok. 1920 r. Dwa różne ujęcia tzw. saloniku różowego.


Literatura:

  1. Leonard Durczykiewicz, Dwory polskie w Wielkiem Księstwie Poznańskiem, Poznań 1912.
  2. Andrzej Kwilecki, Kwilcz i inne majątki Kwileckich na przestrzeni wieków, Poznań 1996.
  3. Paweł Mordal, Inwentaryzacja krajoznawcza Miasta i Gminy Ostroróg, Ostroróg 1990.
  4. Janina z Puttkamerów Żółtowska, Fragmenty wielkopolskie 1919-1933, Poznań 2006.
  5. Teresa Ruszczyńska, Katalog zabytków sztuki w Polsce, t. 5, z. 23 Powiat szamotulski, Warszawa 1966.
  6. Maria Strzałko, Materiały do dziejów rezydencji w Polsce, tom 1, Województwo poznańskie, Warszawa 1991.

Fotografie:

  1. Biblioteka Narodowa Polona.
  2. Fotopolska.eu
  3. Andrzej Kwilecki, Kwilcz i inne majątki Kwileckich na przestrzeni wieków, Poznań 1996.
  4. Janina z Puttkamerów Żółtowska, Fragmenty wielkopolskie 1919-1933, Poznań 2006.
  5. Maria Strzałko, Materiały do dziejów rezydencji w Polsce, tom 1, Województwo poznańskie, Warszawa 1991.
  6. Fotografie ze zbiorów rodziny Madalińskich – album Izabeli Madalińskiej.
  7. Zbiory Michała Kwileckiego i Michała Dachtery.
  8. Andrzej Bednarski.
  9. Tomasz Kotus – zdjęcie na górze strony.

Stan współczesny: zabezpieczone wszystkie otwory, warto zwrócić uwagę, że w odtworzonym dachu nie ma ozdobnych lukarnów. Zdjęcie Andrzej Bednarski, 2018 r.


W Oporowie, ok. 1910 r. Mieczysław Kwilecki z rodziną. Zaręczyny Zuli Kwileckiej z Feliksem Sobańskim.

Oporowo, maj 1919 r. Postój Piętnastego Pułku Ułanów Wielkopolskich. Z lewej siedzi Maria Kwilecka, żona – Mieczysława, stoi z lewej ppłk Roman Pasławski, w środku ppor. Stefan Stablewski i z prawej, wtedy ppłk, Władysław Anders – dowódca pułku. Fotografia pochodzi z książki Andrzeja Kwileckiego Kwilcz i inne majątki Kwileckich na przestrzeni wieków.

Oporowo 1919 r., na tarasie pałacowym siedzą m.in.: na górze – Maria Kwilecka z Mańkowskich (żona Mieczysława Kwileckiego, wnuczka generała
Dąbrowskiego), na lewo od niej Karol Stablewski z Antoninka, poniżej Dobiesław Kwilecki – wnuk Marii, ostatni właściciel Oporowa. Fotografia pochodzi z książki Janiny z Puttkamerów Żółtowskiej, Dziennik. Fragmenty wielkopolskie 1919-1933.

Oporowo, ok. 1921 r., rodzina Kazimierza Kwileckiego.

Julia Puget na tarasie w Oporowie, ok. 1926-28

Zofia Franciszka Szczęsnowicz Puget (żona Jacka) z synami Janem i Franciszkiem w Oporowie, ok. 1929 r.

Julia Puget z rodziną w parku w Oporowie, ok. 1932 r.

Julia Puget na balkonie w Oporowie, ok. 1939 r.

Ok. 1929 r.

Źródło zdjęć: Maria Strzałko, Materiały do dziejów rezydencji w Polsce, t. 1, Województwo poznańskie, Warszawa 1991.

 

Pocztówki wydane ok. 1995 r. Jedno ze zdjęć przedstawia pałac w Oporowie.

Zdjęcia Andrzeja Bednarskiego z 2007 r.

Przed pożarem


Krótko po pożarze

Zdjęcia współczesne Michał Dachtera

Michał Dachtera

Mieszka w Szamotułach, ale jego serce zostało w Ostrorogu i okolicach.

Miłośnik historii, poszukiwacz archiwalnych zdjęć. Na Facebooku prowadzi profil Ostroróg na kartach historii.

Pałac w Oporowie2025-08-29T22:51:37+02:00

Aktualności – lipiec 2019

Związki Janusza Grabiańskiego i jego rodziny z Szamotułami

Czy Janusz Grabiański jedynie przez przypadek urodził się właśnie w Szamotułach? 24 lipca przypada 90. rocznica urodzin tego znakomitego ilustratora książek i plakacisty. O przyjeździe z Poznania do szamotulskiego szpitala zadecydowała znajomość Haliny Grabiańskiej (z domu Fibich, matki Janusza), z ordynatorem drem Antonim Nowickim. Nie był to dla niej jednak jednorazowy pobyt w Szamotułach. Halina, razem z siostrą Melanią, przez jakiś czas mieszkała w Szamotułach u „wujostawa Masłowskich”, czyli Walierii i Wacława Masłowskich (w okresie 1923-24) i miała tu wielu przyjaciół, z którymi utrzymywała kontakt przez lata. W Szamotułach obie siostry poznały swoich przyszłych mężów (Wierosław Grabiański też miał tu krewnych), a w mieszkaniu Masłowskich przy ul. Poznańskiej odbyło się przyjęcie weselne Grabiańskich (1928 r.). Wacław Masłowski był malarzem, do 1931 r. uczył rysunków w Gimnazjum im. ks. Piotra Skargi, a w później – w połowie lat 30. udzielał pierwszych lekcji Januszowi Grabiańskiemu.

Warto dodać, że kiedy Janusz przyszedł na świat, nie było jeszcze dzisiejszych budynków szpitala. Funkcję tę pełnił Zakład św. Józefa przy ul. Sukienniczej, w 1894 r. wybudowany i prowadzony przez siostry ze zgromadzenia służebniczek Maryi (czyli budynek, w którym mieści się kaplica szpitalna). Nowy gmach, przylegający do tego budynku, oddano do użytku w 1930 r. (szamotulanie nazywają go starą częścią szpitala, bo w latach 1972-76 dobudowano jeszcze część od ul. Skargi). Halina Grabiańska musiała być  być zadowolona z opieki w tutejszym szpitalu, bo przyjechała tu także, aby urodzić drugie dziecko – syna Andrzeja (w 1933 r.).

W latach 1933-37 rodzina Grabiańskich mieszkała we Wronkach (w willi zaprzyjaźnionego z nimi dra Ignacego Zimniaka). Wierosław Grabiański pracował we wronieckim banku, a Janusz Grabiański rozpoczął szkolną edukację. Później przenieśli się do Poznania. Rozstanie z Wielkopolską nastąpiło na początku wojny, kiedy rodzina zamieszkała w Krakowie, w 1945 r. Grabiańscy przenieśli się do Gliwic. Janusz Grabiański studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie (1949-51) i Warszawie (1952-55), dyplom uzyskał w pracowni Jana Marcina Szancera. Szamotuł i Wronek nigdy po wojnie nie odwiedził, może wydawało mu się, że na takie sentymentalne podróże ma jeszcze czas – zmarł przedwcześnie, w wieku 47 lat. Jego piękne ilustracje w książkach dla dzieci spowodowały, że stał się cząstką także naszego życia – nas szamotulan, wronczan i milionów dzieci w Polsce i wielu innych krajach.

Za udostępnienie informacji dziękujemy Agnieszce Dziewulskiej z wydawnitwa „Iskry”, która zajmuje się twórczością Janusza Grabiańskiego.



Zamek Górków mógłby tak właśnie wyglądać

Zamieszczony poniżej rysunek projektu przebudowy zamku w Szamotułach pochodzi z lat 30. XIX w. W 1843 r. pismo „Przyjaciel Ludu” zamieściło taki list do redakcji:

„Znajome są Wielkopolanom reszty zamku szamotulskiego, mieszkańcom innych prowincyj znane sa z Wspomnień wielkopolskich Pana Hrabiego E. Raczyńskiego. Zamek ten należał do ś.p. Hrabiny Mycielskiej, którą gust wytworny i znajomość sztuki równie jak wszystkie cnoty zdobiły. Kto ją raz przynajmniej w życiu swem ujrzał, nie zdoła zapomnieć wrażeń, jakie ze wszech miar najznakomitsza Polka wywrzeć umiała. Chcąc restaurować zamek szamotulski, wezwała była Pana Lancego o rys odbudowy: zamek przeszedł w obce ręce, ś.p. Pani jego żyć przestała: pomysł więc restauracyi dokonanym nie będzie. Ponieważ atoli pomnik ten żywo nas obchodzi i nic obojętnem nie jest, co się rzeczy krajowych tyczy, ośmielam się projekt pana Lancego załączyć. W.M.” („Przyjaciel Ludu” 1843 nr 31).

Wspomniana hrabina Anna z Mielżyńskich Mycielska (1767-1840) odziedziczyła duży majątek – w tym Szamotuły, będące miastem prywatnym – po mężu Stanisławie (pułkowniku wojsk napoleońskich, zm. w 1813 r.). W powstaniu listopadowym zginęli jej trzej synowie: Józef Gajewski (z 1. małżeństwa), Franciszek i Ludwik Mycielscy (bohater bitwy pod Olszynką Grochowską). W 1837 r. sprzedała Szamotuły, przymuszona do tego trudną sytuacją majątku i polityką władz pruskich. Właścicielem miasta krótko był Adolf von Brand, potem Albrecht Karol Bethe, a od 1862 r. do końca I wojny światowej – rodzina Coburg-Gotha (książęta saksońscy). To za ich czasów – w 1864 r. – dokonano przebudowy zamku w Szamotułach oraz odrestaurowano basztę Halszki. Do pomysłu Franciszka Lanciego (1799-1875), architekta m.in. Złotej Kaplicy w katedrze poznańskiej, jednak nie sięgnięto.



15 lipca 1410 r.

Chorągwie wielkopolskie (z udziałem rycerstwa ziemi szamotulskiej) odegrały bardzo ważną rolę w bitwie pod Grunwaldem. Gdyby ich zabrakło, bitwa mogłaby zakończyć się klęską – dowodzi autor nowego artykułu na naszym portalu, Witold Mikołajczak, historyk, autor 4 książek, od prawie 30 lat mieszkaniec Szamotuł. Zapraszamy do lektury!



Kaplica Matki Bożej

Zakończył się właśnie remont nawy południowej bazyliki kolegiackiej w Szamotułach. W trakcie prac odkryto fragmenty malowideł na ścianach, filarach i sklepieniu nawy. Konserwatorzy zadecydowali o tym, aby uzupełnić je i pokazać. Malowidła pochodzą z różnego czasu, najstarsze są zacheuszki, czyli krzyże, które zwyczajowo umieszczane były na miejscach namaszczonych przez biskupa w czasie poświęcenia kościoła (odkryto je na ścianie obok ołtarza oraz na filarze). Nowsze (prawdopodobnie XVIII- i XIX-wieczne) są malowidła znajdujące się na granicy nawy południowej i głównej oraz na suficie. Najbardziej zaskakiwać może ozdobne  malowidło w formie szerokiego pasa na ścianie podokiennej. Polichromie świadczą o tym, że ta część nawy była wyraźnie wyodrębniona, stąd nazwać ją można Kaplicą Matki Bożej.

Zdjęcia Maciej Borowczak



Wszystkiego najlepszego, Pani Profesor!

11 lipca 86. urodziny obchodziła najstarsza Autorka tekstów z naszego portalu – Ewa Krygier z domu Budzyńska. W zeszłym roku opublikowaliśmy kilka jej wspomnień z młodości, a poniżej zamieszczamy link do biogram z odniesieniami do poszczególnych – często bardzo przejmujących -tekstów. Zdjęcie pochodzi z czewcowego 60-lecia matury jednego z roczników szamotulskiego liceum im. ks. Piotra Skargi. Jak to dobrze na takim jubileuszu matury móc powiedzieć do kogoś „Pani Profesor”. Na zdjęciu Ewa Krygier i Stefania Jeczkowska. Zdjęcie Magda Prętka.



Najlepszy śpiewak świata pracował w Samsungu!

31-letni Andrei Kymach (Андрій Кимач) został właśnie „Najlepszym śpiewakiem świata” – tak nazywany jest zwycięzca konkursu BBC Cardiff Singer of the World. W Samsungu – przy pakowaniu części – Andrei Kymach pracował po ukończeniu w 2014 r. konserwatorium w Kijowie, wcześniej studiował tam także filozofię. W latach 2016-2018 występował na deskach moskiewskiego Teatru Bolszoj, od ubiegłego roku śpiewa główne partie w operach w Barcelonie, Nicei i Londynie. Jakie talenty mogą kryć się gdzieś obok nas!

Zdjęcie z oficjalnej strony konkursu https://www.bbc.co.uk/programmes/profiles/400QWlsG0CP52fkrt3CDnXL/andrei-kymach



Udana rewitalizacja kamienicy – Rynek 18

W budynku tym do 2008 r. mieściła się apteka „Pod Orłem”. Kontynuowała ona tradycje pierwszej szamotulskiej apteki, założonej w 1795 r. (przywilej prowadzenia apteki musiał wówczas zatwierdzić sam król pruski Fryderyk Wilhelm III, wydał go właściciel miasta Stanisław Mycielski, a otrzymał aptekarz z Czarnkowa Wilhelm Fryderyk Weil). W 2008 r. kamienica została sprzedana. Nowy właściciel – w ścisłej współpracy z konserwatorem zabytków – przygotował projekt rewitalizacji całego budynku. Gruntowny remont trwał ponad półtora roku i właśnie dobiega końca. Zostały dawne mury, część stropów i piwnice. Dawniej budynek nie sięgał aż do ul. Kościelnej, z inicjatywy właściciela dobudowana część zlewa się stylowo z resztą kamienicy. Na nowo doprowadzono wszystkie media. Cały dół przeznaczony został na lokale użytkowe, piętro i poddasze – na mieszkania. Ze względów pożarowych trzeba było wąską drewnianą klatkę schodową zastąpić nową, szerszą. Na pamiątkę zostało stare okno i belka z dachu, które właściciel będzie chciał wyeksponować.

Zdjęcie Jerzy Walkowiak.



Lato i Piaszczychy

Najstarsze pokolenie wspomina Piaszczychy jako teren spacerów, randek i nieformalnych wyścigów na motocyklach. Nazwa (w formie gwarowej „Pioszczychy”) pochodzi od ruchomych piasków, które w XIX w. zostały obsadzone przez Mycielskich z Gałowa, bo zagrażały znajdującym się w pobliżu łąkom i stawom. Najstarsze pokolenie wspomina Piaszczychy jako teren spacerów, randek i nieformalnych wyścigów na motocyklach.

Na powstałych w 1975 r. basenach wielu szamotulan nauczyło się pływać. Jacy byliśmy dumni, że w naszym mieście mamy taki obiekt! W 1977 r. bilety kosztowały 6 i 4 zł, od kilkunastu lat wstęp jest bezpłatny, od 1 lipca rozpoczął się kolejny sezon. W 1983 r. powstały tam jeszcze korty tenisowe.

Zdjęcia Mariana Różańskiego z 1971 i 1977 r. Na 1. zdjęciu w oddali widać Piaszczychy, ta ścieżka to dzisiejsza ul. Targowa, biegnąca od al. 1 Maja, wzdłuż cmentarza i dalej na Piaszczychy.



Wakacje!

Wakacje na działce też mogą być piękne! Wystarczy namiot z koca i kran z wodą. Zdjęcia z 1971 r., ogródki działkowe im. Tadeusza Kościuszki w Szamotułach. Są to najstarsze szamotulskie działki, powstałe w 1927 r. przy dzisiejszej ul. Wojska Polskiego (wówczas to była Strzelecka): od wodociągów w kierunku Piaszczych. Utworzono je z myślą o mieszkańcach, którzy nie mieli własnej ziemi uprawnej; w 1936 r. na tym terenie wybudowano świetlicę. W 1938 r. od strony ulicy powstały także korty tenisowe, które dziś noszą imię Henryka Nowaka – nauczyciela i wieloletniego trenera, który był ich pomysłodawcą (sylwetkę przedstawiliśmy w artykule  http://regionszamotulski.pl/henryk-nowak-sportowiec-nauczyciel-i-trener/). Zdjęcia Marian Różański.



Szamotuły, 06.07.2019

LIPIEC 2019

IMPREZY I KONCERTY

Trwające


Najbliższe


Minione

Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy , 5.07.2019 r., godz. 17.00


KINO

Aktualności – lipiec 20192025-02-24T18:24:50+01:00

Firmy w Szamotułach w okresie międzywojennym – wystawa

Szamotulskie firmy w okresie międzywojennym – wystawa przygotowana przez uczniów Liceum Ogólnokształcącego im ks. Piotra Skargi

Prezentowane teksty oraz materiał zdjęciowy są internetową wersją głównej części wystawy przygotowanej w ramach projektu W drodze do nowoczesności. Gdynia i Szamotuły w latach dwudziestych. Uczniowie przez kilka miesięcy poszukiwali informacji o rodzinach przedsiębiorców szamotulskich i firmach działających w naszym mieście. Zestawiono je z procesem tworzenia Gdyni – miasta powstałego z małej rybackiej wioski. Opiekunką projektu była Wiesława Araszkiewicz.

Projekt był realizowany dzięki grantowi przyznanemu Zespołowi Szkół nr 1 w Szamotułach przez Narodowy Bank Polski w konkursie: My Polacy ‒ niepodlegli, przedsiębiorczy. Celem konkursu było pokazanie osiągnięć gospodarczych drugiej Rzeczpospolitej.

Firma Bracia Koerpel – meblarnia i młyn

Pod koniec XIX wieku bracia Max i Karl Koerpel (Koerplowie) założyli młyn parowy w Szamotułach. Aby mówić o dokonaniach Maxa i Karla Koerpel w XX w. w Szamotułach, należy krótko wspomnieć o ich rodzinie.

W 1911 r. bracia Max i Karl Koerpel zatrudnili w swoim młynie parowym Paula Knape, którego córka, Herta Knape, w 1925 r. została żoną samego Herberta Koerpla. Małżeństwo miało troje dzieci: Henryka, Pawła i Brygidę, która jest autorką książki pt. Epizody. Publikacja została wydana w Szamotułach kilka lat temu i przedstawia losy rodziny w burzliwym XX wieku. Brygida Koerpel wspomina, że historia jej rodziny w Szamotułach, nie zaczęła się od niej, lecz od jej dziadka od strony ojca – Karla Koerpla, który urodził się w Szamotułach, w żydowskiej rodzinie. Natomiast babcia Helena Lissner urodziła się w 1860 r. w Obrzycku. Obie żydowskie rodziny były całkowicie zasymilowane w kulturze niemieckiej. Po ślubie nowożeńcy zamieszkali w Szamotułach. W 1895roku urodził się ojciec pani Brygidy ‒ Herbert, który był jednym z dziewięciorga rodzeństwa.


Młyn parowy braci Koerpel przy ul. Dworcowej. Źródło: Muzeum – Zamek Górków w Szamotułach.


Przedsiębiorcy przyjaźnili się z rodziną burmistrza Konstantego Scholla. W przekazach rodzinnych zachowała się anegdota o zakładzie między Herbertem Koerplem i Konstantym Schollem o tym, kto wcześniej zbuduje obiekt: czy burmistrz szkołę powszechną (dzisiejsza Szkoła Podstawowa nr 1 przy ulicy Staszica), czy przedsiębiorca młyn z możliwością podłączenia do bocznicy kolejowej. Zwyciężył Herbert Koerpel.

W 1939 r. rodzina Koerplów była zmuszona uciekać z Szamotuł w obawie przed nadchodzącą wojną. Lata wojny spędzili w ZSRR, a do domu wrócili w 1946 roku. Nie wszyscy członkowie rodziny przeżyli tułaczkę. W Uzbekistanie zmarł Herbert Koerpel.


Wnętrze meblarni. Źródło: Muzeum – Zamek Górków w Szamotułach.


W 1897 roku bracia Koerpel założyli w Szamotułach fabrykę mebli, właściwie stolarnię. Początkowo produkowała proste ławy i stoły na potrzeby mieszkańców Szamotuł i okolic. Z czasem zakład rozrósł się i poszerzył zakres swojej produkcji. Pod koniec XIX wieku rodzina Koerpel uruchomiła inny zakład ‒ młyn parowy. Został zlokalizowany przy stolarni. Po uruchomieniu młyna Karl i Max Koerpel rozbudowali stolarnię i stworzyli fabrykę mebli.

W ten sposób stali się największymi przedsiębiorcami w Szamotułach. W okresie międzywojennym rodzinna firma, kierowana przez Herberta i jego kuzyna Juliusa, powiększyła się o nowoczesny młyn w rejonie dzisiejszej ulicy Chrobrego.


Młyn przy ul. Bolesława Chrobrego, 1930 r. Źródło: Muzeum – Zamek Górków w Szamotułach.


W styczniu 1928 roku Gazeta Szamotulska tak opisywała nową inwestycję rodziny Koerpel: „Ośmiopiętrowy młyn parowy Koerpla, wybudowany w pobliżu dworca towarowego, z własną bocznicą, urządzony z wielkim nakładem, będzie uruchomiony 15 stycznia 1928 r. Koszty budowy kolosalnego młyna, który wymielać będzie 2500 centnarów (ok.125 ton) na dobę, wynoszą 2 i pół miliona zł. Właściciele młyna, bracia Koerpel zamierzają przenieść tu swoją meblarnię parową, pobudować budynki mieszkalne i biurowe, a dotychczasowe obszerne zabudowania przedsiębiorstwa, położone przy ulicy Dworcowej, składające się z młyna parowego, obszernego spichrzu, parowej meblami. i domu mieszkalnego wzgl. biurowego, sprzedać na  inne cele przedsiębiorcze”. Jak wspomina Brygida Koerpel w książce pt. Epizody: „Kolorowe były wspomnienia z niedzielnych wypraw do młyna. Chodzenie po zadziwiająco lśniących i gładkich posadzkach hal z tajemniczymi maszynami, w których szumiało, szemrało, a niektóre się śmiesznie kiwały. (…) Młyn był pełen interesujących możliwości i subtelnie nim pachniało”.


Dzieci Herty i Herberta Koerpel – Henryk, Brygida i Paweł Koerpel. Źródło: Brygida Koerpel, Epizody, Szamotuły 2014, s. 143.


Listownik firmy Koerpel, lata 20. XX w. Źródło: Brygida Koerpel, Epizody, Szamotuły 2014, s. 34.

Herta i Herbert Koerpel – rodzice Brygidy Koerpel, autorki wspomnień, 1924 r. Źródło: Brygida Koerpel, Epizody, Szamotuły 2014, s.11.

Rodzice Herty – Paul Otto Knape i Anna z domu Koessling, ok. 1918 r. Źródło: Brygida Koerpel, Epizody, Szamotuły 2014, s. 28.

Rodzina Koerpel: Herta i Herbert z dziećmi i dziadkiem Karlem w Szamotułach, krótko przed II wojną światową. Źródło: Brygida Koerpel, Epizody, Szamotuły 2014, s.35.

Dom rodziny Koerpel, ul. Dworcowa, 1939 r. Źródło: Brygida Koerpel, Epizody, Szamotuły 2014, s. 36.

Dokument firmy Koerpel, zarządzanej w latach wojny przez Niemców. Źródło: Muzeum – Zamek Górków.

Hala meblarni krótko przed jej wyburzeniem w VI 2019 r.


Z prasy lokalnej

„Szamotuły. (Olbrzymi gmach) Ośmiopiętrowy młyn parowy Koerpla, wybudowany w pobliżu dworca towarowego, z własną bocznicą, urządzony z wielkim nakładem, będzie uruchomiony 15 stycznia 1928 r. Koszty budowy kolosalnego młyna, który wymielać będzie 2500 ctr. na dobę, wynoszą 2 i pół miljona, zfł. Właściciele młyna, bracia Koerpel, zamierzają przenieść tu swoją meblarnię parową, pobudować budynki mieszkalne i biurowe, a dotychczasowe obszerne zabudowania przedsiębiorstwa, położone przy ulicy Dworcowej, składające się z młyna parowego, obszernego spichrzu, parowej meblarni i domu mieszkalnego wzgl. biurowego, sprzedać na inne cele przedsiębiorcze. Zalecałoby się, ażeby kandydaci posiadający ducha przedsiębiorczego i odpowiedni kapitał, zgłosili się już teraz, celem nabycia dotychczasowych ubikacji fabrycznych od Braci Koerpel. Miasto nasze, które rozbudowuje się z każdym rokiem nadspodziewanie, zapowiada wielką przyszłość. W roku ubiegłym wybudowano 18 domów mieszkalnych. I na rok bieżący zapowiada się dość liczny ruch budowlany. Zgłaszają się już urzędnicy i emeryci, o nabycie gruntu, przeznaczonego na rozbudowę miasta, celem budowy domów mieszkalnych”.

„Gazeta Szamotulska” 1928 nr 3

„S Z A M O T U Ł Y . (Rozbudowa meblami parowej Fy. Br. Koerpel.) Firma Bracia Koerpel przystąpiła do znacznej rozbudowy swej meblarni parowej, w której zatrudnia od szeregu lat bardzo poważną liczbę stolarzy, malarzy i robotników. Rozbudowa nastąpi na tej samej posiadłości przez odpowiednie złączenie dotychczasowego młyna parowego i wszystkich z nim połączonych ubikacyj, z dotychczasową parową meblarnią. Przez rozbudowę tej meblarni względnie tego przedsiębiorstwa, które rozwija się bardzo pomyślnie, znajdzie znów cały szereg stolarzy i malarzy tak upragnione zatrudnienie. – Zaznaczyć należy, że Fa. Bracia Koerpel stara się o zatrudnienie bardzo poważnej liczby rzemieślników i robotników w swym ośmiopiętrowym młynie parowym, meblarni parowej i w tartaku”.

„Gazeta Szamotulska” 1929 nr 49

Pocztówka z 1912 r. Źródło: Fotopolska.eu.

Źródło: Złota księga ziemiaństwa polskiego, redakcja Stanisław Sas-Lityński, Poznań 1929, s. 37-38.

Cukrownia w Szamotułach, 1937 r. Źródło: Muzeum – Zamek Górków w Szamotułach.

Cukrownia

W 1892 roku zawiązała się spółka akcyjna z ograniczoną odpowiedzialnością o nazwie Zuckerfabrik Samter, czyli cukrownia szamotulska. Nowoczesny zakład wybudowała 3 lata później Fabryka Maszyn z Halle. Choć większość udziałowców stanowili Niemcy, zarząd tworzyli niemieccy i polscy ziemianie, a na czele rady nadzorczej stanął hrabia Twardowski z Kobylnik. Była to jedna z mniejszych wytwórni cukru w Wielkopolsce.

W 1911 roku zakład poddano gruntownej przebudowie, w wyniku czego zwiększona została prawie dwukrotnie jego zdolność przerobowa. Cukrownia produkowała tylko cukier surowy. W celu rafinacji produkt wywożono do Magdeburga.


Pocztówka 1911 r. Źródło: Muzeum – Zamek Górków w Szamotułach.


W okresie międzywojennym cukrownia była największym zakładem w Szamotułach, choć w skali kraju firmę można określić jako średnią. W Polsce międzywojennej przeprowadzono kilka inwestycji. Przebudowa w 1928 roku polegała na zainstalowaniu nowoczesnych urządzeń, które zwiększały produkcję cukru i dawały możliwość wytwarzania prądu na potrzeby powiatu.


Cukrownia w Szamotułach na pocztówce z 1911 r. Źródło: Szamotuły na dawnej pocztówce 1898-1939, Szamotuły 2000, s. 105.


Cukrownia w okresie kampanii zatrudniała kilkuset pracowników, a po zakończeniu akcji lawinowo wzrastała liczba osób bezrobotnych, z których niewielka część mogła pobierać zasiłki. Kierownictwo firmy mocno podkreślało społeczny wymiar działalności zakładu.


Pocztówka sprzed 1918 r.  Źródło: Szamotuły na dawnej pocztówce 1898 – 1939, Szamotuły 2000, s. 107.


Olejarnia

W 1910 roku bracia Nathan zbudowali szamotulską „Olejarnię”. Należały do nich obiekty zlokalizowane przy ulicy Dworcowej: młyn parowy i pokostownia, usytuowane w miejscu, gdzie znajduje się dzisiejsza „duża Biedronka”. W Szamotułach oprócz olejarni posiadali jeszcze kilka kamienic przy Rynku i placu Sienkiewicza. Krótko po odzyskaniu niepodległości przez Polskę Nathanowie postanowili opuścić Polskę i wyjechać do Niemiec. W związku z tym sprzedali olejarnię, kamienice i prowadzone w nich interesy.


Szamotulska olejarnia w okresie międzywojennym. Źródło: Muzeum – Zamek Górków w Szamotułach.


Firmę kupił Jan Kolipiński, przedsiębiorca z Pleszewa. W roku 1921 Jan Kolipiński zawiązał Towarzystwo Akcyjne, w którym miał większość udziałów. Uruchomił olejarnię, młyn parowy i pokostownię pod wspólną nazwą „Olejarnia w Szamotułach – Spółka Akcyjna”. Jako jej największy udziałowiec został dyrektorem. Zakładami zarządzał ze zmiennym szczęściem. Problemem okazała się zagraniczna konkurencja i niespłacone długi, które latami ciążyły na hipotece.

W 1930 roku zakład przejęli bracia Borach, obywatele francuscy. Po kilku latach zakłady tłuszczowe przeszły w przymusowy zarząd, potem w dzierżawę. Po przekształceniach spółka produkowała różne rodzaje olejów: rzepakowy, lniany; pokosty i paszę dla zwierząt. Pod koniec lat trzydziestych wartość produkcji firmy przekraczała milion ówczesnych złotych i dlatego zakład można zaliczyć do grupy firm średniej wielkości.


Józef Kawaler – założyciel drukarni

Józef Kawaler urodził się w 1881roku w pobliżu Ostrowa Wielkopolskiego. Jako piętnastolatek podjął naukę zawodu w drukarni największego wówczas drukarza w Ostrowie Wielkopolskim. Poznał tajniki gutenbergowskiej sztuki i nabył pierwszych doświadczeń redaktorskich. Po czterech latach nauki przeniósł się do Torunia, gdzie zrozumiał, na czym polega „wyszykowanie” (to było jego ulubione słowo) dobrego numeru gazety.


Jozef Kawaler w pracowni. Źródło: Maria Kuzioła, Wyszykowanie, Szamotuły 2018, s. 35.


Około 1904 roku Józef wyjechał do Niemiec i osiedlił się w Westfalii. W 1906 roku ożenił się z Ludwiką Biernat. Zarobione pieniądze i doświadczenie przeznaczył na swoją prywatną firmę drukarską w nadreńskim Oberhausen. To właśnie tam zaczęła się historia rodzinnego zakładu poligraficznego. Rozkwit firmy przypadł na okres 4 lat przed wybuchem I wojny światowej. W 1911 roku na Wystawie Przemysłowej w Berlinie właściciel drukarni otrzymał nagrodę za Atlas roślin łąkowych (wydany w języku niemieckim). Drukarnia dostała kolejne odznaczenie „Wielki Medal Złoty”. Wizerunek obu zdobytych medali Józef umieszczał na drukach reklamowo-rachunkowych przez długie lata. Po zakończeniu wojny wznowił działalność firmy, zleceń nie brakowało.


Siedziba firmy przy dzisiejszej ul. Powstańców Wlkp. Źródło: Maria Kuzioła, Wyszykowanie, Szamotuły 2018, s. 36.


W roku 1920 Józef Kawaler rozpoczął starania w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Niemiec o pozwolenie przeniesienia urządzeń drukarskich do Polski. Początkowo zakład miał być przeniesiony do Pniew, ponieważ nie było tam jeszcze prądu elektrycznego, wybór padł na Szamotuły. Pierwszego stycznia 1921roku został uruchomiony zakład pod nazwą „Drukarnia nakładowa Józefa Kawalera w Szamotułach”.

Najbardziej znanym lokalnym wydawnictwem była ukazująca się od 1922 roku „Gazeta Szamotulska”. W pierwszym egzemplarzu swojej gazety Kawaler napisał, że jej zadaniem było głoszenie hasła „obrony i pielęgnowania wiary, mowy i kultury”. Gazeta informowała nie tylko o wydarzeniach lokalnych, ale również o zjawiskach w kraju i na świecie.


Wjazd do drukarni od dzisiejszej ul. Powstańców Wlkp. Obok dom rodziny Kawalerów. Źródło: Maria Kuzioła, Wyszykowanie, Szamotuły 2018, s. 32.


„Towarzysze sztuki drukarskiej”, czyli zecerzy, byli sercem firmy. Nazywano ich składaczami, ponieważ zajmowali się sztuką składu tekstu ręcznie lub na maszynie. Materiałem, z którym zecer pracował na co dzień, był materiał zecerski (czcionki i inne elementy). Jedną z niezwykłych umiejętności zecera było czytanie tekstu w odbiciu lustrzanym i „do góry nogami” jednocześnie. Do 1930 roku drukarnia miała swoją introligatornię, czyli miejsce, w którym ręcznie oprawiano książki.



Praca w drukarni Kawalera

Źródło: Maria Kuzioła, Wyszykowanie, Szamotuły 2018, s. 34, 36-39.

Źródło: Muzeum – Zamek Górków w Szamotułach

Źródło: Muzeum – Zamek Górków w Szamotułach

W 2015 roku uczniowie Liceum Ogólnokształcącego im. ks. Piotra Skargi wzięli udział w konkursie grantowym Fundacji BZ WBK Tu mieszkam, tu zmieniam. W ramach projektu powstała wystawa poświęcona 3 ważnym szamotulanom: ks. Bolesławowi Kaźmierskiemu, Konstantemu Schollowi i Henrykowi Wysockiemu. 

Zapraszamy do zapoznania się z rezultatami tej pracy:  http://zapomnianiszamotulanie.org.pl/index.html.

Firmy w Szamotułach w okresie międzywojennym – wystawa2019-11-20T22:34:54+01:00

Teksty literackie o zwierzętach

Uczniowie Liceum Ogólnokształcącego im. ks. Piotra Skargi w Szamotułach o zwierzętach

XVI Konkurs Literacki o Złotą, Srebrną i Brązową Wronę

W tym roku uczestników konkursu poproszono o napisanie opowiadania w formie zapisków jednego z naszych „braci mniejszych”, jak św. Franciszek nazywał zwierzęta. Nadesłano wiele prac z całego powiatu. W kategorii szkół ponadgimnazjalnych jury bardzo wysoko oceniło uczniów szamotulskiego liceum, którzy zdobyli niemal wszystkie przyznane nagrody.

Zapraszamy do lektury!

Zuzanna Dukat

White Love

(13 maja 2019 r.)  Znowu wróciła późno do domu. Ubrana w o wiele za krótką sukienkę i w zarzuconym niechlujnie na plecach sztucznym futrze. W rękach trzyma szpilki, bo zaczęły boleć ją stopy od tańczenia z nieznajomymi i zdesperowanymi facetami. W sumie ma wiele z nimi wspólnego. Rozczochrane włosy i rozmazana szminka na bladej i zmęczonej twarzy sygnalizują, że nie nudziła się tej nocy. Rozbiera się, rzuca wszystkie rzeczy w kąt, podchodzi do szafki i odsuwa pudełko ryżu, za którym stoi do połowy opróżniona butelka wina. Bierze w delikatne dłonie kieliszek, siada przy oknie na wiklinowym fotelu, napełnia kryształ czerwonym trunkiem i zamyślona wpatruje się we mnie. Widzę, jak się uśmiecha. Jak sprawiam jej radość po prostu tym, że jestem. Wie, że zawsze może na mnie liczyć, bo nie jestem taki jak „ci wszyscy faceci” w jej życiu, którzy chcą tylko jednego. Uchyla terrarium, wkłada swoją delikatną niczym jedwab dłoń, abym mógł się wokół niej owinąć, po czym powoli przyciąga do siebie. W takie dni czuję, że jestem jej najdroższy. Jedyny, który może dotykać jej skóry. Nasze ciała zlewają się w jedno. Tylko mój język może smagać jej ręce. Tylko moje łuski mogą pieścić jej zmysły. Jest moja i tylko moja.

(21 czerwca 2019 r.) Po jej twarzy ściekały łzy. Nie mogłem znieść jej cierpienia. Jak pomyślę sobie o tych wszystkich bezwstydnych stworzeniach, których łapska spoczęły na jej ciele, mam ochotę wsączyć trujący jad w ich żyły i patrzeć, jak umierają w straszliwej agonii. Wszystko dla mojej Laury, żeby tylko nie cierpiała.

(23 maja 2019 r.) Nie wychodzi z łóżka. Nic nie je, nie pije. Wgapia się martwo w sufit, na tle którego tańczy szary dym, unoszący się z tlącego papierosa.

(24 maja 2019 r.) Zostawiła w nocy uchylone terrarium. Wyślizgnąłem się po cichu i przypełzłem do jej łóżka. Musnąłem ją językiem po policzku, przez co na jej twarzy pojawił się chwilowy uśmiech. Moja ukochana Laura…  

(26 maja 2019 r.) Przed chwilą odjechała jej matka. Złożyła nam wizytę, pod pretekstem zamartwiania się o moją  ukochaną. Tylko to sprawia, że jakoś toleruję tę irytującą istotę. Za każdym razem, kiedy przyjeżdża, słyszę: „Musisz trzymać w domu to ohydne stworzenie? Wąż albinos, też mi coś! I do tego te czerwone, dzikie oczy! Zobaczysz, że jeszcze cię ugryzie i umrzesz!” Ona mnie broni, potem troskliwie gładzi i szepce czule do ucha komplementy, które sprawiają, że drżę z zachwytu. Wtedy znika mój gniew i nienawiść. I to wszystko dzięki niej.

(23 czerwca 2019 r.) Pojechaliśmy razem nad morze. Zwiedziłem całą okolicę, będąc owiniętym na jej kruchym i drobnym nadgarstku. Uwielbiam być tak blisko niej. Kocham ją tak mocno, że nie jestem w stanie tego opisać.

(23-24 czerwca 2019 r. – noc) To najwspanialszy dzień w moim życiu. Wróciliśmy właśnie z plaży. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Była przepiękna! Jej skóra błyszczała w świetle księżyca, a włosy powiewały przez lekką morską bryzę. Krople słonej wody ściekały po jej nagim ciele. Wtedy na mnie spojrzała i delikatnie się uśmiechając, powiedziała: „Kocham cię”. 

A ja ciebie, Lauro. Jestem twój, aż po grób.

Krzysztof Bernady

Dzień Sądu

21.03.2019 r.

Nadszedł czas. Tak przynajmniej powiedział Janek, kiedy wrócił ze szkoły. Zwykle czekałem na niego z utęsknieniem, ale dziś jego zachowanie wydawało mi się szczególnie podejrzane. Zarówno on, jak i jego rodzice patrzyli na mnie, jeżącego się pod stołem ze strachu. Nie myliłem się, bowiem dostrzegłem wtedy dziwaczny przedmiot na podłodze. Wyglądał on na lekki i pusty w środku, a z dwóch stron wykonany był z siatki. Ten podłużny kształt nie nastrajał mnie pozytywnie.

Cała trójka domowników zerkała ciągle w moją stronę, mówiąc niekiedy łagodnie: „Spokojnie, Behemot, nie pusz się tak na nas” lub „Weterynarz nic złego ci nie zrobi”. Kto to weterynarz? Wtedy nie wiedziałem i nie miałem pojęcia, jakim szczęściem jest nieznajomość tej mrożącej krew w żyłach nazwy. Prychnąłem głośno, gdy Janek wyciągnął do mnie rękę. W jego oczach dostrzegłem wyraźnie złe zamiary. Kiedy spróbował ponownie, machnąłem przednią łapką, by ostrzec przed moimi umiejętnościami samoobrony. Nie myślałem, że to zadziała, zdziwiłem się więc, patrząc na to, jak zostawia mnie w spokoju. „Kolejna bitwa wygrana!” – mruknąłem do siebie, nie zdając sobie sprawy z tego, co zaraz się wydarzy. Spojrzałem wrednie, jak każdy kot patrzy na pokonanego, upodlonego człowieka. Nastolatek w rewanżu chwycił jakieś maleńkie urządzenie trzymane w kieszeni.

Wtem na podłodze, tuż obok mamy chłopca, pojawiło się coś niespotykanego. Pokazywało się za każdym razem, gdy tamten chwytał tę metalową rurkę z przyciskami. Czerwona kropka zawsze należała do moich słabości, lecz póki co wstrzymywałem się z natarciem. Naprężyłem się mimo woli jak cięciwa łuku, ale pozostawałem w cieniu stołu. Punkcik wtedy ruszył się nieco w prawo, następnie wykonał małe kółko. Tej zniewagi nie mogłem tak zostawić! Wystrzeliłem z sykiem prosto do celu. Niczym sprawny drapieżnik wyciągnąłem przednie łapki ku kropce. Miałem ją! Czułem to podekscytowanie. Chyba nawet Janek był ze mnie dumny.

Szkoda, że jego ojciec wykorzystał zdradziecko ten moment. Prychałem na niego, wyrywałem się, starałem drapać, lecz wszystko na nic. Trzymał mnie wyciągniętego i wsadzał powoli do dziwacznego pojemnika. Mimo próśb, mimo gróźb, mimo krzyków brutalnie zamknął mnie, a ja przecież boję się zamknięcia! Dumny z siebie patrzył na moje cierpienie, po czym ktoś inny chwycił kontener na moją godność i zaczął unosić mnie nad ziemię. Słyszałem tylko, jak otwierają się drzwi mieszkania. Zabierali mnie, a nawet nie powiedzieli, dokąd!

Drogi nie pamiętam zbyt dobrze. Wiem tylko, że na zewnątrz powietrze wydaje się czystsze. Z podziwem patrzyłem przez dziurki w siatce na ogrom osiedla, wybałuszając oczy na widok innych kotów podobnych do mnie, a także paskudnych stworów z wielkimi zębami i tępymi pazurami, nazwanych przez Janka „pieskami”. Nie zaufałbym takiemu zwierzęciu, szczególnie z uwagi na ich nawyk wąchania wszystkiego. Jeden dopiero po zetknięciu z moim spojrzeniem przestał grzebać nosem koło pojemnika.

Wreszcie mnie wypuszczono, gdy znalazłem się w białej sali ze stołem na środku. Wolałem przynajmniej na razie pozostać we w miarę poznanym przeze mnie pojeździe, niż wychodzić do nowego miejsca. Mój brak współpracy spotkał się oczywiście z bestialskim wyciągnięciem mnie na goły blat. Poza Jankiem i jego zdradzieckimi rodzicami  stał nade mną stary, brodaty mężczyzna w okularach. Przypatrywał mi się, jakby chciał przewiercić mnie wzrokiem. Wreszcie przybliżył rękę. Zerknąłem na niego nieufnie. Dłoń wydawała się dziwnie przyjazna, pachniała tylko mydłem, nie żadną trucizną. Poddałem mu się z wahaniem. „Już dobrze, Behemocie” – uspokoił mnie chorowitym głosem. – „Co mu dolega?”. Mama podrapała się po głowie i wymamrotała coś niezrozumiałego. Brzmiało jak „koci katar”, choć nie mogę być pewny, z uwagi na lęk mieszający mi zmysły.

Ten cały „koci katar” to prawdopodobnie nazwa jakiejś serii tortur, bowiem ten bezlitosny człowiek wykonał na mnie tyle bolesnych testów i zabiegów, że nie starczyłoby mu wolnego czasu, by policzyć zadrapania, w jakie go przyozdobiłem. Z uśmiechem pastwił się nade mną przy pomocy różnych przyrządów, od igieł, po urządzenie nazwane przez tatę Janka „termometrem”. Wszyscy zadowoleni oglądali moje męki, aż nie wsadzono mnie z powrotem do pojazdu podczas rozmowy z tym bezwzględnym okrutnikiem. „Proszę mu to podawać dwa razy dziennie przez trzy dni – rzekł kat, nim wyszliśmy z upiornej sali. – Jeśli mu się nie polepszy, proszę przyjść z nim raz jeszcze. Na pewno dogadamy się tak dobrze jak teraz”. Zmrużyłem oczy. „My, drogi weterynarzu, się policzymy następnym razem – prychnąłem. – A ty, zdrajco – spojrzałem na Janka – szykuj się na codzienną pachnącą i mokrą niespodziankę w kapciach! Nadeszła era terroru!”.

Alicja Kaczmarek

Dzień z życia żmii

Poniedziałek, 29.02.2019 r.

Poniedziałek jak zwykle był ciekawy. Właściciele znowu zaspali do pracy, więc chciałam im jeszcze bardziej obrzydzić ten dzień. Rano, gdy usłyszałam ich pierwsze kroki, wpełzłam na buty, które stały na tarasie. Po gorączkowym szykowaniu się ludzka mama w końcu sięgnęła po szpilki. Muszę przyznać, że była zdziwiona moją obecnością. Ale krzyczała! Pobiegła po swojego męża, żeby się mnie pozbył. Człowieki są jakieś dziwne. Ze mną nie da się wygrać. Mam nadzieję, że kiedyś to zrozumieją.

Byłam zmęczona tymi porannymi ćwiczeniami, więc przemieściłam się na pobliski kamień, żeby odpocząć i pomyśleć, jak jeszcze mogę zepsuć dzień mojej znienawidzonej rodzinie. Postanowił mi towarzyszyć labrador, okropna bestia, która ma ciągle energię na zabawę i nie potrafi zrozumieć, że go nie lubię i ma odejść. Chyba muszę wymyślić plan dla mojego czworonożnego przyjaciela.

Gdy wygrzewałam się na słońcu, wpadłam na pomysł, jak pokazać się domownikom. Nie powinnam ich tak nazywać, ponieważ nie chcą mnie wpuszczać do swojego ogromnego mieszkania. Czasami śnię o tym,  ile tam musi być kryjówek. Stwierdziłam, że dzisiaj przywitam ich we własnym domu. Szukałam sposobu, żeby dostać się do środka. Było ciężko, ale to głupi gatunek, więc zostawili uchylone okno w piwnicy. Za bardzo mi ufają albo chcieli, żebym ich odwiedziła. Spokojnie wpełzłam do środka, gdy przybiegł i zaczął szczekać ten głupi kundel. Mam go dość. Jego koniec jest bliżej niż mu się wydaje, już ja o to zadbam. Muszę przyznać, że mają całkiem ładną posiadłość. Jest ciepło i znalazłam dużo jedzenia. W koszu na śmieci było tyle resztek… Mogliby mi dać, ale oczywiście myślą tylko o sobie. Na stole zostawili pyszne, miękkie ciasto drożdżowe. Spróbowałam i żałuję, że nie wydzielam żadnych toksyn, żeby się z nimi podzielić. Powędrowałam do kosza z owocami, żeby się napić po tym obfitym posiłku. Sok z cytryn tak magicznie na mnie działa, że zasnęłam.

Obudziły mnie wrzaski mamy. Czy ona musi tak krzyczeć? To chyba nie jest normalne. Ojciec wyrzucił mnie z domu. Nie sądziłam, że są tak wrażliwi. To ja miałam im popsuć dzień, a nie oni mnie. Już tam nie wrócę, piszę ten tekst, leżąc na skraju mostu. Skakać czy nie skakać?                                                                                                                              

Anna Rudzińska

O tym, co widzą koty

Nowy Jork, 15 marca 2003 r. (tak usłyszałem od dwunogów)

Drogi Pamiętniku!

Nie uwierzysz, co się dzisiaj stało. Naprawdę! Nie kłamię! Opowiem ci wydarzenia z dzisiejszego dnia i sam przyznasz mi rację. Bez wątpienia uznasz, że dwunogi – sami siebie określają mianem „ludzie” – są dość głupiutkimi stworzeniami.

Spałem sobie w miarę spokojnie w zaułku między wysokimi domami dwunogów, kiedy  pomarszczona dwunożna samica wyrzuciła przez okno kilka puszek. Zaraz obudził mnie straszny hałas. Z ciekawości sprawdziłem, czy w puszeczkach jest jakaś zawartość, będąca rekompensatą za paskudną i gwałtowną pobudkę. W jednej znalazłem resztki cieczy z kawałkami mięsa. W ten sposób uporałem się ze śniadaniem. Od wczoraj nie byłem w domu, ale często tak znikam, więc moje dwunogi nie będą zbytnio zmartwione.

Następnie, jak co dzień, wyruszyłem w podróż wzdłuż szarych ludzkich ścieżek. Za rogiem przy budce z dwunogiem o ciemnej skórze – zawsze mnie zdumiewa, że dwunogom nie jest zimno z takim śmiesznym miejscowym futrem – spotkałem się z prześliczną kotką, o której już ci wspominałem. Ma takie piękne futerko w urocze plamki. Niektóre kocury mówią, że przez nie wygląda, jakby ktoś wylał na nią jakieś brzydkie resztki, ale ja się z tym nie zgadzam. Moim zdaniem dzięki temu wygląda na wojowniczkę. Dodatkowo bardzo podoba mi się jej nieco przedarte prawe uszko. To sprawia, że wygląda na twardą samiczkę – taką w sam raz dla mnie. Ojej, znów odszedłem od tematu!

Rzadko mamy okazję, by się spotkać, ponieważ Freja ma właścicieli, z którymi musi mieszkać. Jej dwunogi są bardzo niedobre i zamykają ją w mieszkaniu, będącym właściwie taką dużą klatką z przeźroczystymi drzwiami i kilkoma drewnianymi. Jej dwunogi potem wychodzą na długie godziny i biedna Freja jest tam sama jak pazur. Dlatego często do niej przychodzę, żeby ją pocieszyć i porozmawiać o wszystkim, co nam przyjdzie do łebka! Dziś rozmawialiśmy na przykład o słabo widocznych dwunogach, które poruszają się szarymi ścieżkami ludzi. Przyznaję, to ja zacząłem ten temat, ale to tylko dlatego, że wiąże się z tym wiele zabawnych dla mnie wydarzeń. Pamiętam, że kiedyś zdarzyło się, że jeden z tych słabo widocznych dwunogów wyszedł przez drzwi jakiegoś sklepu i przeszedł przez innego dwunoga. Zaciekawiło mnie, że czasami, kiedy zdarzy się podobna sytuacja, dwunogi się zderzają ze sobą i upadają, a innym razem nie. Freja wytłumaczyła mi, że to dlatego, że ci słabo widoczni ludzie – ja sam wolę na nich wszystkich mówić „dwunogi” – to duchy, czyli dawno zmarłe dwunogi, które zostały na ziemi zamiast przejść przez Rzekę. Moja piękna kotka dodała, że ludzie nie widzą swoich pobratymców, a nawet jeśli ich widzą, to zazwyczaj ich ignorują z powodu strachu. Czyli że słabo widoczni ludzie to dwunogi bez ciała fizycznego, które są zazwyczaj niewidzialne dla innych współbraci.

Nauczyłem się dzisiaj, że ja, zwykły dachowiec, jednak jestem w czymś lepszy od dwunogów. W końcu one nie widzą duchów i nie mogą słyszeć ich fascynujących opowieści. Nawet nie wiedzą, co tracą.

Zuzanna Osyda

Pies w ruinach miasta

Ten pamiętnik należy do Burka

***1939 r. Huk. Cały nasz dom się trzęsie. Pan przytula Panią. Tu jest bardzo ciemno. Nie ma ani jednego okna. Czuję ostry, dławiący zapach. Mała płacze, a jej brat siedzi skulony w kącie. Huk. Piszczę ze strachu i kulę ogon. Pan głaszcze mnie po głowie. Huk.

***1939 r. Dzisiaj piękna pogoda. Świeci słońce, ale na dworze jest już chłodno. Z chęcią wychodzę z moim Panem. Zwykle nie opuszczam go na krok, chyba że bawię się z Malcami. Dzisiaj ich nie widziałem, bo ostatnio się rozchorowali i leżą w łóżkach. Pan rąbie drewno, a ja siedzę przy nim i obserwuję okolicę. W naszym mieście panuje zamieszanie. Ludzie biegają od domu do domu, gorączkowo rozmawiają na ulicy. Wieczorem przyszedł do nas przyjaciel Pana. Pani zaparzyła wszystkim herbatę i podała ciasteczka. Przysłuchiwałem się ich rozmowie, ale nie rozumiałem wielu słów. Mężczyźni dużo gestykulowali i mówili podniesionym głosem. Pani tylko ze smutkiem im przytakiwała. Z ich ust najczęściej padało słowo WOJNA.

***1940 r. Wszystko stało się bardziej szare. I jednocześnie ciche. Pan rwie włosy z głowy. Codziennie trzymam w pyszczku obrożę i ciągnę smycz po podłodze, ale ludzie chyba mnie nie rozumieją. Już nie wychodzimy. Bardzo tęsknię za naszymi spacerami.

***1940 r. WOJNA oznacza głód i pustą miskę. Czasem dostanę resztki z obiadu, ale ludzie też niewiele jedzą. Widzę, że znacznie schudli.

***1941  r. Mała już długo choruje. Tęsknię za nią. Stoję pod jej drzwiami całymi dniami. Wiem, że coś jest nie tak. Widziałem Panią, jak płacze. Zastanawiam się, dlaczego nie kupią leków, tak jak to kiedyś robili. Mała ma wysoką gorączkę i kaszel. Pan siedzi w fotelu, a ja leżę mu u nóg. Widzę zmartwienie na jego twarzy, która ostatnio stała się bardzo szczupła, blada i posępna. Zegar wybija północ, a Pan podnosi się z fotela.

***1942 r. Minęło już sporo czasu, odkąd rodzina wyszła na spacer. Zabrali też Małą, ale wrócili już bez niej. Może pojechała na wakacje do babci, tak jak kiedyś latem.

***1943 r. Słyszałem jakieś hałasy, a potem krzyki i płacz. To chyba znaki WOJNY.

***1944 r. Ranek jest spokojny, ale nagle słychać wycie syreny. Wszyscy rzucają się biegiem do piwnicy. Pan chwyta mnie za obrożę i ciągnie za sobą. Schodzimy pod ziemię. Pachnie tu stęchlizną. Mury się trzęsą. Huk. Siedzimy na podłodze w objęciach. Ściany kruszą się i rozpadają. Huk. Szyby lecą z okien. Gdzie dom, gdzie dom? Już nie ma domu. Huk!

Natasza Nowak

Przyjaźń

Poniedziałek, 26 września 2018 r.

Gdzie on jest? Naprawdę mam już dość. Martwię się o niego. Kilka dni temu, gdy byliśmy na spacerze, poczuł się bardzo źle. Miał właśnie rzucać mi piłkę, abym mógł ją złapać, jednak kiedy podniósł rękę, upuścił moją zabawkę i z dziwnym grymasem na twarzy chwycił się za kieszeń w swojej koszuli. Myślałem, że chce mi dać przysmak, ale Josh, zanim zdążyłem się zorientować, leżał już na trawie. Nie bardzo rozumiałem, co to była za nowa zabawa, ale znając mojego pana, uznałem, że będzie świetna i pełna smakołyków, więc natychmiast do niego podbiegłem. Josh się jednak nie ruszał, nawet, gdy zacząłem lizać go po twarzy, a on przecież nienawidzi, kiedy to robię. Nie reagował też na moje szczekanie. Po chwili do Josha podbiegła jakaś kobieta wyjątkowo cuchnąca kotami i zaczęła klepać go po twarzy. Zdenerwowało mnie to, przecież żadna kociara nie będzie dotykać mojego pana, ale kiedy próbowałem go bronić, ktoś pociągnął mnie za obrożę i odsunął od niego. Potem kilku mężczyzn w dziwnych ubraniach zabrało go na czymś przypominającym łóżko do dużego samochodu. Oczywiście, nie mogłem go opuścić, więc mimo krzyków oprawców mojego Josha również wskoczyłem do pojazdu. Uspokoiła ich dopiero ta okropna Kociara, która mając metalowe kable w uszach, rozpinała mojemu opiekunowi koszulę.

Teraz na niego czekam, bo nie pozwolili mi wejść za nim do budynku śmierdzącego cukierkami, które Josh brał, gdy miał katar. Nawet nie wiem, ile już czasu minęło od naszej rozłąki. Chcę się z nim pobawić, pobiegać za piłką albo chociaż pooglądać z nim serial przyrodniczy, a on… Nie wraca… Ciągle widzę tu tylko jakieś starsze kobiety z dziećmi, które uparcie zawsze chcą powyrywać mi sierść z głowy. Czasem przyjdzie do mnie Kociara z miską karmy, jednak ja nie zamierzam jej jeść. Jedzenie może mi dawać tylko mój Josh. On wie, jakie lubię najbardziej. Kobieta zawsze przygląda mi się ze smutkiem i przykrywa kocem, który wcześniej  przyniosła. Kiedy ten Josh wreszcie po mnie przyjdzie? Na pewno niedługo to się stanie, jednak wolałbym, żeby zrobił to przed Świętem Dziękczynienia, przecież wie, że uwielbiam indyka.

Wieczorem Kociara nie przyniosła mi już miski. Trzymała w dłoni smycz, której odór sklepu zoologicznego mogłem wyczuć z kilometra. Kobieta zawsze kucała przy mnie i głaskała po głowie, tym razem jednak stała i przyglądała się uważnie. Wydawało mi się to dziwne, dlatego podniosłem łeb i spojrzałem na nią. Wcześniej nie zwracałem uwagi na jej wygląd, gdyż ten koci zapach działał na mnie odpychająco. Miała o wiele ciemniejszą skórę niż mój pan i czarne kręcone włosy. Przypominała trochę tych wszystkich ludzi z programów przyrodniczych o Afryce.

„Zac mnie zabije, jak przyprowadzę do domu retrievera, ale nie mogę cię tutaj zostawić” – powiedziała, patrząc mi w oczy, po czym klęknęła obok. Jej zachowanie mnie zaniepokoiło, więc usiadłem, aby w razie potrzeby, szybko uciec. Kobieta uśmiechnęła się i nieśmiało uniosła dłoń, aby mnie pogłaskać. Normalnie bym się odsunął, nie lubię ludzi posiadających koty, ale bardzo pragnąłem bliskości kogoś, kto nie jest małym i głośnym dzieckiem. Kociara szybko odnalazła moje ulubione miejsce do drapania za uchem, czym nieco mnie do siebie przekonała.

„Baster” – przeczytała imię na mojej obroży. „Twój pan, niestety, nas opuścił. Miał zawał serca, a ja nie zdążyłam go uratować…” Wyraźnie posmutniała, jednak kontynuowała: „Zgaduję, że nie spodobają ci się moi koci przyjaciele, ale chciałabym ci pomóc. Nie mogę patrzeć, jak taki smutny na niego czekasz…” – zawiesiła głos. „Mam duży ogródek i wielką kanapę, więc jeśli byłbyś zainteresowany, to chodź ze mną. Nie będę drugim Joshem, ale jeśli dasz mi szansę, może zostaniemy przyjaciółmi… Co ty na to?” Podniosła się z miejsca i spojrzała na mnie z nadzieją.

Zaskoczyłem sam siebie, bo wstałem i podszedłem do Kociary, aby polizać jej dłonie. Nie bardzo rozumiałem, o co chodziło z tym, że Josh „odszedł”, ale było jej bardzo przykro. Postanowiłem pójść razem z nią, aby ją pocieszyć, nawet jeśli wiązało się to z towarzystwem jakiegoś kota. Bo my, psy, żyjemy po to, aby wprowadzać do życia ludzi radość. A Josh? Gdziekolwiek poszedł, na pewno po mnie wróci. Przecież jesteśmy przyjaciółmi na zawsze.

Karolina Nowak

Pieskie życie

Dzisiaj moja człowiek znowu za mocno mnie głaskała. Bardzo ją kocham, ale nie umie dobrze głaskać. Zawsze podnosi rękę za wysoko i klepie tak mocno, że aż boli. Człowiek musi bardzo mnie kochać.

Człowiek była dzisiaj bardzo zajęta i nie miała czasu dać mi jedzenia. Biedna człowiek. Chciałem ją pocieszyć, więc polizałem ją po ręce. Człowiek się chyba ucieszyła, bo znów zaczęła mnie za mocno głaskać. Często się cieszy, kiedy ją liżę.

Dzisiaj drzwi piszczały i pani musiała mnie pogłaskać, żebym się uspokoił. Kiedy otworzyła drzwi, zobaczyłem jedną starą człowiek z białymi włosami i jednego dużego człowiek. Rozmawiali długo i głośno, a potem człowiek krzyknęła: „Pies”. Tak mam na imię. Kiedy do niej podszedłem, położyła rękę na mój łeb i zaczęła go pocierać. Człowiek nigdy wcześniej tak nie robiła. Nie wiedziałem, co to znaczy. Człowiek z białymi włosami pokazała mi zęby, a potem coś powiedziała i poszli.

Wczoraj człowiek była bardzo spragniona i musiała dużo pić. Przewróciła się o leżące na podłodze butelki i długo na mnie krzyczała. Dzisiaj bardzo często mnie głaszcze.

Drzwi znowu dzisiaj piszczały, ale starałem się nie szczekać. Kocham moją człowiek, ale nie lubię, kiedy mnie głaszcze. Znowu przyszli do nas ci sami ludzie. Ucieszyłem się, ale nie mogłem pomachać ogonem. Człowiek przypadkiem na nim stanęła i mnie bolał. Znowu głośno rozmawiali. Stara człowiek zawołała mnie. Musiałem iść bardzo powoli, bo człowiek głaskała mnie wczoraj nogą. Duży człowiek założył mi coś na szyję i przypiął do tego sznurek. Człowiek patrzyła na mnie, kiedy duży człowiek brał mnie na spacer. Poszliśmy do małego pokoju. Ten pokój ruszał się bardzo szybko. Nigdy w takim nie byłem i bardzo się denerwowałem.

Dzisiaj znowu byłem w ruszającym się pokoju. Stado ludzi zabrało mnie z miejsca, gdzie jest dużo smutnych psów. Myślałem, że wiozą mnie do mojej człowiek i byłem bardzo szczęśliwy. Długo mnie nie odwiedzała i bardzo za nią tęskniłem. Pokój zatrzymał się przed dużym domem. Nowa człowiek zaprowadziła mnie do środka. Pokazała mi, gdzie są miski z wodą i jedzeniem, jak się wychodzi na dwór i gdzie jest poduszka do spania. U mojej człowiek nie miałem takiej poduszki, ale było ich trochę w miejscu, gdzie było dużo psów. Stąd wiedziałem, do czego służyła.

Długo już mieszkam z tym stadem. Bardzo ich lubię. Dali mi nowe imię: Maks. Często pocierają mój łeb i brzuch. Podoba mi się to dużo bardziej niż głaskanie. Stado ma dużo trawy na zewnątrz. Mogę tam biegać z małym człowiek. Mały człowiek jest szczenięciem nowych ludzi. Oni też czasem ze mną biegają, a potem drapią mnie za uszami. Bardzo to lubię. Czasem, kiedy drzwi piszczą, myślę, że to moja człowiek. Tęsknię za nią i chciałbym, żeby mnie odwiedziła.    

Już bardzo długo jestem z nowymi ludźmi. Dzisiaj dali mi nową, większą poduszkę do spania. Jest bardzo miękka i bardzo duża. Nawet mały człowiek czasem tam ze mną leży. Nowi ludzie pozwalają mi też leżeć na swoich dużych poduszkach. Wyglądają inaczej niż moja, ale są tak samo wygodne. Jedzenie, które dostaję od nowych ludzi, jest bardzo smaczne. Jestem bardzo szczęśliwy i często liżę nowych ludzi. Czasem pozwalają mi nawet leżeć na swoich nogach. Nowi ludzie muszą bardzo mnie kochać. Tęsknię za moją człowiek, ale kiedy przypominam sobie, jak mnie głaskała, myślę, że lepiej mi u nowych ludzi.           

Moi ludzie byli ze mną i małym człowiek na długim spacerze. Lubię chodzić z nimi na spacery. Pozwalają mi długo wąchać różne miejsca i witać się z innymi psami. Poszliśmy dzisiaj do miejsca, gdzie jest dużo psów. Pamiętałem moich przyjaciół, ale nie chciałem tam wracać. Mały człowiek, który urósł trochę od czasu, kiedy widziałem go pierwszy raz, stał ze mną przed wejściem, a moi ludzie weszli do środka. Przyszli do nas z całkiem nowym psem. Bardzo się cieszyłem, że będę mógł pokazać mu, jak dobrzy są moi ludzie.

Karolina Pięczka

Od niechcianego do kochanego

Człowieki z metalowej budy nazywają mnie Klopsikiem. Nie wiem, skąd im się to wzięło, bo jestem tak kościsty, że czasami mam ochotę podgryzać swoje łapki. Prawdziwą kość widziałem tylko raz – po przyjeździe granatowych i ludzkim warczeniu, i szczekaniu na siebie. Moje człowieki są dziwne. Prawie cały czas siedzą w tej swojej metalowej budzie, a jak pan znika na jakiś czas, to pani czasami sobie o mnie przypomina i przynosi mi jedzenie.

Nie bardzo mogę się ruszyć z miejsca. Trzyma mnie metalowy sznur. Nie wiem, po co. Chciałbym dosięgnąć tego starego buta, który leży niedaleko ich budy, marzę o tym od dawna, ale metalowy sznur przeszkadza i nie mogę. Naokoło leżą czarne cośki z czymś, co śmierdzi. Z dnia na dzień coraz bardziej kręci mnie w nosie od tego smrodu. Nie mam siły na nic.

Przyszedł pan. Powarczał na panią. Ugryzł ją. O nie! Zbliża się do mnie. Warczy na mnie. Co zrobiłem? Ja przecież tylko sobie pochrapuję w mojej budzie, jestem grzeczny, nie rozmawiam z nimi, o nic nie proszę. Więc co mu się stało? Odpiął metalowy sznur. Mam go wziąć na przechadzkę, tak jak inne psy swoich człowieków, czy co? O, idziemy do tej dużej poruszającej się puszki, do której wchodzi pan i z reguły wtedy znika na jakiś czas. Nie byłem w niej jeszcze. Zrobiłem grzecznie hop do środka.

Mijamy drzewa. Duuuuużoooo drzew. Chciałbym je powąchać, ojej, jakbym chciał… Nie wiem, gdzie jestem, ale mam nadzieje, że wyjdziemy w końcu z puszki i będę mógł powąchać jakieś.

Pan przymocował mnie do drzewa, ale przecież tu nie ma budy. Odjechał. Zostawił mnie. Dlaczego mnie zostawił? Wróci po mnie?

Chce mi się pić. Nie mam już siły płakać i wołać pomocy. Wszystko mnie boli. Dużo pochrapuję.

Człowieki? Czuję ich. To człowieki! Nie mogę otworzyć oczu. Ktoś podszedł. Metalowy sznur przestał mi ciążyć na szyi. Nie wiedziałem, że tak to jest bez niego – lekko. Ktoś wziął mnie w łapy. Jedziemy puszką, ale po chwili się zatrzymujemy.

Uch, jak jasno. Biały ludź. Kto wy? Dlaczego mnie dotyka? Au, to bolało! Moja pupa!

Znowu gdzieś jedziemy? No dobra. Siły wróciły. Zrobiłem ładne hop i znalazłem się na zielonym, pięknie pachnącym puchu. Mmmm, ależ on pachnie. Mogę tu zostać? Z nosem pomiędzy zielenią? Nie? Szkoda.

Ale wielka buda. Zupełnie inna niż tamtych człowieków. Mogę wejść! Nigdy nie byłem w człowiekowej budzie. Z wrażenia muszę usiąść. Dużo pluszaków. Pani mi kiedyś takiego puszka- pluszaka przyniosła, ale się popsuł i mi go zabrali. Woła mnie? Mogę na pluszaki? Jak miękko. Aż muszę zrobić obrót ze szczęścia, a może dwa albo więcej.

Wszyscy mnie dotykają. Trochę to dziwne, ale całkiem przyjemne. Nawet mam tutaj swoją miskę i jest pełna pyszności! Zaczynam lubić te nowe człowieki, szczególnie chłopca. Kiedy jedzą, my gramy w grę: podaje mi pyszności ze swojego talerza, tak, żeby nikt nie widział – ale frajda! Chłopiec rzuca mi taką piszczącą żółtą kulkę, którą uwielbiam. Daje mi się wziąć na przechadzki i mogę wszystko wąchać i zaznaczać teren.

Kiedy widzę te moje człowieki robi mi się tak dziwnie wesoło, a ogon sam merda. Pierwszy raz w moim marnym pieskim życiu czuję się szczęśliwy.

Małgorzata Frąckowiak

Najlepszy przyjaciel człowieka

nieliczony, kolejny świt

Znad horyzontu wyłoniło się słońce. Wygląda, jakby ktoś nagle zbudził je ze snu. Pokazało swoją pomarańczową poświatę, informując wszystkie stworzenia o nadejściu kolejnego dnia. Podniosłem głowę w stronę światła. Wtem poczułem, jak coś ciężkiego zaciska się wokół mojego gardła i nie chce puścić. Wstałem, lecz to wciąż zawzięcie trzymało się mojej szyi. Nawet, gdy wykonałem krok w przód, długa, metalowa lina wlokła się tuż za mną. Z każdym kolejnym stąpnięciem odnosiłem wrażenie, że staję się coraz bardziej ociężały oraz podległy. W pewnym momencie poczułem tak mocny ból, że postanowiłem odpuścić i odejść. Miałem więc zarysowane pole poruszania się, które wytyczone było bólem i brakiem oddechu. Nie szczekam, bowiem szczekanie jest przejawem nadziei, oczekiwania na nowy, lepszy dom. Coś, co nigdy się nie wydarzy.

Dźwięk metalu odbijanego o podłoże to najokropniejszy odgłos na całym świecie. Są takie, które brzmią przyjemnie, jak np. świergot ptaków lub szum kołyszących się na wietrze kłosów. Moim przeznaczeniem jest słuchać codziennie brzmienia pazurów, które strzępię o metalowe, zardzewiałe kraty.

Samotność doskwiera mi bardzo mocno. Mimo iż zawsze ktoś kręci się przy mojej budzie, czuję, że zostałem sam. Stałem się kamiennym posągiem, który u nikogo nie budzi zainteresowania. Każdy z nas, psów, jest inny i wyróżnia się czymś na tle pozostałych. Choć dostałem dużo różnorodnych cech, nigdy nie będę w oczach ludzi dość interesujący. Nigdy nie dorównam ogólnie przyjętemu kanonowi piękności psa. Przecież nie mam ani rodowodu, ani lśniącej sierści.

Lecz w tej całej ponurej historii nie wszystko jest czarno-białe. Zdarzy się, że ściana, za którą kryje się świat, jakby znika, a ja mogę swobodnie wyjść ze schronienia. Biegnę wtedy przed siebie tak szybko, ile mam sił w nogach. Gdy się obracam, zawsze idzie za mną człowiek. Uśmiecha się, siada na trawie i wyciąga ramiona. Podchodzę doń i dziękuję mu za danie mi chwili wolności, liżąc go po policzku. Dobrze wiem, że ta bańka radości wkrótce pęknie i wszystko wróci do porządku. Znów będę oglądać spadające gwiazdy, marząc o tym, by już nigdy nie zaznać rozczarowania. Niestety, niewinnie zostałem skazany na życie w klatce, która z roku na rok staje się coraz bardziej zaniedbana i zapomniana.

Wyobraźnia to jedyna rzecz, która nie została mi ograniczona i zabrana. To dzięki niej wszystkie złe rzeczy, jakie mnie otaczają, mogę zmienić w coś dobrego. Czasem wyobrażam sobie, że jestem wymarzonym prezentem dla małej dziewczynki, która pokochałaby mnie od pierwszego wejrzenia. Momentami marzę o mieszkaniu, w którym miałbym swoje miejsce na kolanach kogoś, komu by zależało na moim zdrowiu i samopoczuciu. Lecz w zupełności wystarczyłoby mi małe legowisko w ciepłym domu. Nie ma dla mnie znaczenia, jakiego pochodzenia będzie właściciel, ile ma lat, jaką płeć i jaka jest jego historia. Chciałbym tylko choć raz doświadczyć prawdziwej miłości i troski.


Nagrodzone prace:

Złota Wrona – Zuzanna Dukat

Srebrna Wrona – Krzysztof Bernady

Brązowa Wrona – Alicja Kaczmarek

Wyróżnienia – Zuzanna Osyda i Anna Rudzińska

Gratulujemy!

Dziękujemy za współpracę Elżbiecie Mizgalskiej.

Zdjęcia:

Agnieszka Teska,

Ewelina Ładzińska-Kłaczkiewicz

Marta Szymankiewicz

Mieszko Kaczmarek

Marcin Drab

Ryszard Pajkert

Tomasz Ławniczak

Szamotuły, 28.06.2019

Teksty literackie o zwierzętach2025-01-05T12:37:02+01:00

Strona główna – czerwiec 2019


Zdjęcie Jerzy Walkowiak


Maria Wicherkiewiczowa z domu Sławska (1875-1962)

Wspomnienia z Szamotuł z roku 1879

Wspomnienia lat dziecięcych są jak pyłki kwiatu. Zacierają się, ulatują za podmuchem wiatru. Trudno je zachować. Lecz choć niepozorne, bezlistne, srebrzystym puchem osypane kiście wierzby – urzekają nas – jako zapowiedź wiosny. W nierozwiniętej, cierpkiej świeżości tkwi niecierpliwie oczekiwanie słonecznych dni.

Urodziłam się w Szamotułach w roku 1875, jedenastego listopada – w pochmurny dzień – w dniu św. Marcina. Śnieg padał. Ten święty Marcin na siwym koniu – to jak przeznaczenie. Blisko 60 lat mieszkam przy ulicy św. Marcina. I w bliskim sąsiedztwie kościoła św. Marcina, tej najstarszej świątyni gotyckiej Poznania, ongiś na wzgórzu za miastem leżącej. […]


14-letnia Maria Sławska, zdjęcie ze zbiorów Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk


Z pobytu w Szamotułach jako dziecko kilkuletnie dużo zapamiętałam, uzupełniając szczegóły z później zasłyszanych [opowieści]. Posiadałam jako późniejsza malarka i literatka pamięć wzroku i umysłu, która właśnie cechuje ludzi pióra – nawet od drugiego roku życia. Przyczyniło się może do tego życie rodzinne, rozmowy i nauki starszych. Rodzice a zwłaszcza ojciec, adorowany przez dzieci był dla nas istotą kultu, zasypywany dzikimi wybuchami sympatii i uścisków. Mama, cierpiąca często na migrenę – była w gronie rodziny i w towarzystwie zawsze na uboczu, nie lubiła zwracać na siebie uwagi. […]

Dziecko – nie umie ocenić miłości, poświęcenia, ofiar, rodziców, wyrozumiałości rodzeństwa – a przecież to jest głównym motorem szczęśliwego dzieciństwa. A może dlatego utkwiła senna zjawa sielankowych Szamotuł w mej wyobraźni dziecka, podświadomie odczuwającego gorącość uczuć otoczenia jako podstawę słonecznego okresu młodości.

Na ogół niewiele da się powiedzieć i niewiele pisano o biernym na pozór życiu owych nudnych prowincjonalnych, zaściankowych miasteczek, na których sztandarze można napisać słowa usprawiedliwiające: „Il piccolo mondo antico!” [Mały dawny świat]. Wracam do najwcześniejszych, bladych jak widziadła senne, zamierających reminiscencji szamotulskich. […]

Staram się przypomnieć: Oto przez wąskie uliczki małego miasteczka przesuwają się ociężałe, staroświeckie typy oryginałów, których młodość przypada na początek XIX wieku. Postacie zgrzybiałych starców, sędziwych matron, honoracji miasta [ważnych obywateli], zastępy młodzieży w wiejskich strojach o innym guście i ułożeniu. Zapomniany mały światek. […] Odmienne zagadnienia, zapatrywania są udziałem tego małomiejskiego społeczeństwa różnych warstw – a jednak zwarcie i zgodnie walczącego z zalewem niemieckim.

Właściwie zaściankowe Szamotuły należały do zapoznanych miast [niedocenionych]. Ongiś w historii Wielkopolski odegrały rolę dobitną jako gród wojowniczy, pełen buntu. Niezwykłe to dzieje nie dość zgłębione, bo też z owych burzliwych dni mało przeniknęło do naszych czasów, mało zostało pamiątek.



W czasach, kiedy w Szamotułach mieszkała rodzina Sławskich, na Rynku stał już widoczny na tej pocztówce wysoki krzyż (historię krzyża można przeczytać w tekście http://regionszamotulski.pl/krzyz-na-rynku-w-szamotulach/). Fragment pocztówki z ok. 1911 r. Źródło: Widoki Powiatu Szamotulskiego na starych pocztówkach 1898-1945, Szamotuły 2016.


Ja patrzyłam na staroświeckie Szamotuły z roku 1879 oczami dziecka, które jednak pamiętają ciasny krąg swego środowiska. Już wówczas stanowiły Szamotuły niezwykłość tak rzadką u nas, którą nadaje zamek wsparty szkarpami, romantyczna baszta „z przeszłością”, zaniedbany, dziki park, starodawne, pełne majestatu kościoły. Naprzeciw starego zamczyska wznosił się dom jednopiętrowy, w którym mieszkaliśmy. Dom narożny z pochyłym drewnianym balkonem, grożącym zarwaniem się (a poznałam ten balkon jeszcze po 30 latach!). Kościoły sędziwe, wśród drzew, pochyłe zabudowania, domki otoczone różami, rynek pełen wozów, dalej lasy i łąki. Ale otoczenie Szamotuł, wraz z bujnymi łąkami było niezdrowe, malaryczne. Ludność chorowała na żołądek, febrę. Dał się odczuć brak wody i brak kanalizacji.

Woda rzeki Samy, połączonej z miastem drewnianym mostkiem, przepływała przez moczary i cmentarze. Lecz klimat nie hamował tężyzny i temperamentu szamotulan. Tętno życia, barwę melodii piosenek z całym urokiem swojskości i dziarskości nadawała i narzucała młodzież okoliczna, zachowując przez lata ciężkiej niewoli pruskiej wierność dla swego stroju, tańca, obyczajów i mowy ojczystej – słowem – przeszłości. Działo się to ku zdziwieniu i oburzeniu Niemców, bowiem Szamotuły „Samter” pod zaborem pruskim zalane były urzędnikami niemieckimi. Stacjonował tu pułk infanterii [piechoty], szkolnictwo było niemieckie. Po roku 1848 otrzymało miasto jako karę zdwojony garnizon; był to ciężar dla miasta, w którym było około tysiąca Polaków, tysiąca Niemców i siedmiuset Żydów. Niemcy, pobyt w Szamotułach uważali jako karę, wygnanie, powtarzając wierszyk:

„In Schrimm ist es schlim,
In Samter verdammter,
Rogasen ist zum Rasen,
Filehne – na ich danke scheene” [W Śremie jest źle, w Szamotułach okropnie, Rogoźno – do zwariowania, Wieleń – no, dziękuję bardzo].


Figura św. Jana Nepomucena stanęła na Rynku w XVIII w., najprawdopodobniej po powodzi w 1725 r. Została zniszczona przez Niemców w listopadzie 1939 r. (por. tekst http://regionszamotulski.pl/figura-sw-jana-nepomucena/). Zegar stanął na Rynku prawdopodobnie w 1908 r. Na pocztówce widać także jeden z najstarszych zachowanych w niezmienionej postaci budynków, powstały w 2. poł. lat 30. XIX w. jako siedziba Kasyna Obywatelskiego (dziś to siedziba Biblioteki Publicznej Miasta i Gminy). W połowie XIX w. rodzina Mamelsdorfów otworzyła tam „Hotel de Gielda” z dyliżansem konnym. Pocztówka z ok. 1912 r. Źródło: Widoki Powiatu Szamotulskiego na starych pocztówkach 1898-1945, Szamotuły 2016.


Rzeczywiście, nuda zalegała wąskie uliczki. Czasem zmieniał się zaściankowy spokój, kiedy mknęły przez niewielki rynek czterokonne powozy lub wytworne sylwetki jeźdźców. Przy ulicy Klasztornej [obecnie fragment Dworcowej od kościoła św. Krzyża do Rynku] gromadził się codziennie tłum gapiów, gdy ze stajni wyjeżdżała wysmukła amazonka, eskortowana przez ordynansa, piękna żona rotmistrza von Normann. Przypatrywano się ciekawie tej scenie. Parafiańszczyzna i małomiejskość zamieniała każdą drobnostkę prywatną życia w ogólne widowisko. Wszystko tu ulega kontroli, ciekawości –  nieraz przykrej. A to zwyczajnie z nudów. Toteż każde zgromadzenie przyciągało ludzi, głodnych wrażeń, a zwłaszcza jarmarki, słynne szamotulskie, z dorodną ludnością i ich wyrobami swojskimi. Specjalną wełną i tkaninami samodziału, barwnymi i doborowymi – zasłynęły prace wieśniaczek z okolic Szamotuł. Materiały te w pasy szafirowe i czerwone brano chętnie na zasłony lub pokrycia mebli.


Czytaj dalej

Ceramika Anny Mańkowskiej. Więcej na http://regionszamotulski.pl/sztuka-uzytkowa-i-rekodzielo/


Szamotuły, 24.06.2019


Bolesław Szczerkowski (1906-1976)

Nauczyciel i harcerz

Dzieciństwo spędził w Poznaniu, ale całe swoje dorosłe życie związał z Ziemią Szamotulską. W jego rodzinie wiele osób wybierało zawód nauczyciela, on sam pracował kolejno w szkołach w Bobulczynie, Niewierzu, Dusznikach i w Szamotułach. Dłużej niż nauczycielem, bo od dzieciństwa, był harcerzem.


Jako nauczyciel pracował dziadek Bolesława Leon Szczerkowski (1842-1905), który przez ostatnie 25 lat swojego życia był kierownikiem szkoły elementarnej w Biezdrowie. W przekazie rodzinnym zachowała się informacja o karze, jaką władze szkolne nałożyły na Leona za zbyt opieszałe wprowadzanie przepisu o nauczaniu religii w języku niemieckim. Odebrano mu wówczas tzw. dodatek wschodni (Ostmarkzulage), jednak do końca jego życia uczniowie tej szkoły odmawiali pacierz i uczyli się religii po polsku.

Leon Szczerkowski i jego żona Nepomucena z domu Trojanowska (1844-1927) mieli dziewięcioro dzieci. Najstarszy był Bolesław (1870-1917), który poślubił Zofię z domu Ryster (1871-1953). Prawdopodobnie znali się od dzieciństwa, bo Wojciech Ryster (1844-1911) – ojciec Zofii – był kierownikiem szkoły w nieodległej od Biezdrowa Nowej Wsi.


Bolesław i Zofia Szczerkowscy z dziećmi – ok. 1915 r. Od lewej Elżbieta (1902-1989), Edmund (1896-1920), Bolesław (1906-1976), Edward (1904-1999) i Henryk (1898-1973).


Bolesław i Zofia doczekali się ośmiorga dzieci, z czego troje zmarło we wczesnym dzieciństwie. Najmłodszy syn imię otrzymał po ojcu. Przed 1. wojną zamieszkali w Poznaniu. Bolesław-senior był kupcem i restauratorem, prowadził dwie restauracje: przy ul. Wronieckiej i w środkowej części Starego Rynku, w pobliżu pomnika św. Jana Nepomucena, w miejscu, gdzie dziś znajduje się Galeria Miejska Arsenał. Po przedwczesnej śmierci męża Zofia utrzymywała rodzinę z wynajmu pokoi i wydawania obiadów.

Naukę Bolesław rozpoczął jeszcze w szkole niemieckiej – w 1913 roku. Zachowały się jego świadectwa z tamtych czasów. Klasy numerowano wówczas odwrotnie: zaczynano więc naukę w szkole elementarnej w klasie 7., kończono w klasie 1. Przez pierwsze 4 lata nauki Bolesław Szczerkowski uczęszczał do Comeniuschule zu Polen, a następnie do Allerheiligenschule. Rok szkolny kończył się wówczas przed świętami wielkanocnymi, stąd w liście, wysłanym z Francji z frontu 1. wojny, najstarszy brat Edmund życzył Bolesiowi, żeby „na Wielkanoc został przesadzony”, czyli przeszedł do następnej klasy. Ojciec Bolesław nie doczekał niepodległości Polski, a Edmund wrócił z wojny ciężko chory i wkrótce zmarł. Naukę w Poznaniu Bolesław-syn kończył już w polskiej szkole Wszystkich Świętych (1921 r.). Podjął decyzję o dalszej nauce w Państwowym Seminarium Nauczycielskim Męskim w Rogoźnie, w którym w 1926 uzyskał świadectwo dojrzałości.



Jeszcze w czasach nauki w Poznaniu Bolesław Szczerkowski związał się z harcerstwem, na najstarszym zdjęciu, gdzie widać go w mundurze, ma około jedenastu lat. Pierwsze funkcje pełnił w Rogoźnie. Jeszcze w 1. połowie lat 20. zaczął  jeździć na obozy i zloty, najpierw jako uczestnik, drużynowy, potem jako organizator. Został instruktorem ZHP i w 1933 roku uzyskał stopień harcmistrza. Społecznie pełnił funkcję komendanta hufca w Szamotułach. W albumie zachowały się zdjęcia Bolesława Szczerkowskiego z wielkiego zlotu harcerstwa w Spale z okazji 25-lecia harcerstwa w Polsce. Odbył się on w lipcu 1935 roku na terenie rezydencji prezydenta RP Ignacego Mościckiego, a prezydent uczestniczył w inauguracji. W zlocie wzięło udział 25 tysięcy osób, wśród nich skauci z zagranicy, a nawet sześciu weteranów powstania styczniowego!


W mundurze instruktorskim – 1933 r. i na obozie harcerskim w Sierakowie – 1938 r.


Ukończenie seminarium nauczycielskiego dawało uprawnienia „do pełnienia obowiązków tymczasowego nauczyciela w szkołach powszechnych”. Pierwszym miejscem pracy Bolesława Szczerkowskiego była jednoklasowa szkoła w Bobulczynie. Był tam jedynym nauczycielem, więc zarazem kierownikiem. Jak wynika z zachowanego zdjęcia, w szkole w Bobulczynie uczyło się ponad sześćdziesięciu uczniów, zapewne podzielonych na dwa oddziały. W Bobulczynie Bolesław Szczerkowski zamieszkał razem z matką – Mateczką, jak nazywał ją w listach i prowadzonym w czasie wojny dzienniku.

W 1930 roku został przeniesiony do pracy w trzyklasowej szkole w Niewierzu, a w 1932 roku do siedmioklasowej szkoły w Dusznikach. We wrześniu 1939 roku miał po raz kolejny zmienić miejsce zamieszkania i pracy. Tym razem miały to być Szamotuły i Szkoła Powszechna im. Stanisława Staszica. Wybuch wojny odsunął to w czasie.


Jako komendant hufca w Szamotułach w czasie defilady, ul. Dworcowa, poł. lat 30.


W okresie międzywojennym – podobnie jak współcześnie – nauczyciele stale musieli się kształcić i podnosić swoje kwalifikacje. Aby zostać tzw. stałym nauczycielem, należało zdać egzamin praktyczny, Bolesław Szczerkowski zaliczył go w Czarnkowie w 1932 roku. W 1938 roku ukończył roczny Państwowy Wyższy Kurs Nauczycielski w Poznaniu. Egzaminy, które zdawał, świadczą o wybranej przez niego specjalizacji: śpiew i wychowanie fizyczne. W przyszłości zamierzał także uczyć religii, w kwietniu 1939 roku uzyskał podpisaną przez arcybiskupa poznańskiego i gnieźnieńskiego misję kanoniczną, czyli upoważnienie do prowadzenia szkolnej katechizacji. Oprócz tego w okresie międzywojennym ukończył kurs narciarski i piłki ręcznej (pod tym pojęciem rozumiano siatkówkę, koszykówkę oraz szczypiorniaka, czyli dzisiejszą piłkę ręczną).


W mundurze oficerskim – krótko przed wojną


W okresie międzywojennym absolwenci szkół średnich i studiów odbywali roczną służbę wojskową, na którą składała się nauka w szkole podchorążych rezerwy, zakończona egzaminem, oraz praktyka dowódcza w jednostce wojskowej. Bolesław Szczerkowski przebywał w Szkole Podchorążych Rezerwy Piechoty nr 7 w Śremie (1928/29). Potem kilka razy uczestniczył w ćwiczeniach wojskowych i w 1931 roku został mianowany podporucznikiem rezerwy. W maju 1939 roku został przydzielony do Kompanii Pniewy Szamotulskiego Batalionu Obrony Narodowej.

Szamotulski Batalion Obrony Narodowej razem z siedmioma innymi wchodził w skład Poznańskiej Brygady Obrony Narodowej, utworzonej w kwietniu 1939 roku. Do jednostek tego typu powoływano rezerwistów starszych roczników (1900-1910), część z nich miała za sobą udział w powstaniu wielkopolskim, wojnie polsko-bolszewickiej, a niektórzy nawet w 1. wojnie światowej. Bolesławowi Szczerkowskiemu powierzono funkcję dowódcy 3. plutonu Kompanii Pniewy. Dowódcą batalionu był kpt. Stanisław Steczkowski.


Pluton Duszniki Kompanii Pniewy na ćwiczeniach w sierpniu 1939 r.


Czytaj dalej
Strona główna – czerwiec 20192025-01-02T11:47:04+01:00

Maria Wicherkiewiczowa – Szamotuły w 1879 r., wspomnienia (część 1.)

Maria Wicherkiewiczowa

Wspomnienia z Szamotuł

z roku 1879

(część 1.)

Kilka słów o autorce wspomnienia:

Maria Wicherkiewicz (z domu Sławska) urodziła się w 1875 roku w Szamotułach, zmarła w 1962 roku w Poznaniu. Ojciec Stanisław był prawnikiem, uczestniczył w powstaniu styczniowym, powołany do wojska pruskiego brał udział w wojnie prusko-francuskiej (1870-71). W latach 1871-79 zajmował stanowisko sędziego w Sądzie Rejonowym w Szamotułach. Zamieszkał tu wraz z żoną – Konstancją z domu Ziołecką, najstarszą córką i nowo narodzonym synem Rogerem (późniejszym architektem). W Szamotułach urodziły się kolejne dzieci małżeństwa: Zofia Konstancja i Maria. Później – po objęciu stanowiska sędziego w Poznaniu – przyszło na świat jeszcze dwoje dzieci.

Maria od wczesnej młodości uczyła się malarstwa, malowała głównie portrety kobiet, widoki zabytków i martwe natury. W 1894 roku wyszła za mąż za dwadzieścia lat od siebie starszego lekarza okulistę Bogdana Wicherkiewicza, z którym doczekała się trojga dzieci: Janiny, Izabelli i Stefana. Po 1904 roku zajęła się działalnością literacką i dokumentalistyczną. W prasie poznańskiej publikowała wiersze i opowiadania. Zajęła się także historią Poznania, dużo czasu poświęciła badaniom archiwalnym. Ich efektem były publikacje dotyczące przeszłości Poznania i jego zabytków (m.in. Zamku Królewskiego, pobytu Napoleona, historii szlachty poznańskiej), w 1916 wydała pracę źródłową poświęconą Pałacowi Działyńskich. W 1932 roku opublikowała powieść Łódź w purpurze, poświęconą dziejom rodu Górków, zajmowała się także losami swojej babki Matyldy Ziołeckiej. Ostatnią książkę – powieść historyczną Jan Quadro z Lugano wydała w wielu 85 lat.

Wspomnienia lat dziecięcych są jak pyłki kwiatu. Zacierają się, ulatują za podmuchem wiatru. Trudno je zachować. Lecz choć niepozorne, bezlistne, srebrzystym puchem osypane kiście wierzby – urzekają nas – jako zapowiedź wiosny. W nierozwiniętej, cierpkiej świeżości tkwi niecierpliwie oczekiwanie słonecznych dni.

Urodziłam się w Szamotułach w roku 1875, jedenastego listopada – w pochmurny dzień – w dniu św. Marcina. Śnieg padał. Ten święty Marcin na siwym koniu – to jak przeznaczenie. Blisko 60 lat mieszkam przy ulicy św. Marcina. I w bliskim sąsiedztwie kościoła św. Marcina, tej najstarszej świątyni gotyckiej Poznania, ongiś na wzgórzu za miastem leżącej. […]

Z pobytu w Szamotułach jako dziecko kilkuletnie dużo zapamiętałam, uzupełniając szczegóły z później zasłyszanych [opowieści]. Posiadałam jako późniejsza malarka i literatka pamięć wzroku i umysłu, która właśnie cechuje ludzi pióra – nawet od drugiego roku życia. Przyczyniło się może do tego życie rodzinne, rozmowy i nauki starszych. Rodzice a zwłaszcza ojciec, adorowany przez dzieci był dla nas istotą kultu, zasypywany dzikimi wybuchami sympatii i uścisków. Mama, cierpiąca często na migrenę – była w gronie rodziny i w towarzystwie zawsze na uboczu, nie lubiła zwracać na siebie uwagi. […]

Dziecko – nie umie ocenić miłości, poświęcenia, ofiar, rodziców, wyrozumiałości rodzeństwa – a przecież to jest głównym motorem szczęśliwego dzieciństwa. A może dlatego utkwiła senna zjawa sielankowych Szamotuł w mej wyobraźni dziecka, podświadomie odczuwającego gorącość uczuć otoczenia jako podstawę słonecznego okresu młodości.

Na ogół niewiele da się powiedzieć i niewiele pisano o biernym na pozór życiu owych nudnych prowincjonalnych, zaściankowych miasteczek, na których sztandarze można napisać słowa usprawiedliwiające: „Il piccolo mondo antico!” [Mały dawny świat]. Wracam do najwcześniejszych, bladych jak widziadła senne, zamierających reminiscencji szamotulskich.

Wspomnienia lat dziecięcych są jak pyłki kwiatu. Zacierają się, ulatują za podmuchem wiatru. Trudno je zachować. Lecz choć niepozorne, bezlistne, srebrzystym puchem osypane kiście wierzby – urzekają nas – jako zapowiedź wiosny. W nierozwiniętej, cierpkiej świeżości tkwi niecierpliwie oczekiwanie słonecznych dni. Zachwycałam się niegdyś jako dziecko szarymi wierzbami, zwisającymi nad wąskim strumykiem Samą. A me wspomnienia z owych dni są również bezbarwne. Jak wczesne kwiaty wiosny występują z bladych cienie zarania młodości. Bo z życia z tamtych czasów, tak odmiennego od tempa naszych dni, zatarły się zarysy.

Staram się przypomnieć: Oto przez wąskie uliczki małego miasteczka przesuwają się ociężałe, staroświeckie typy oryginałów, których młodość przypada na początek XIX wieku. Postacie zgrzybiałych starców, sędziwych matron, honoracji miasta [ważnych obywateli], zastępy młodzieży w wiejskich strojach o innym guście i ułożeniu. Zapomniany mały światek. […] Odmienne zagadnienia, zapatrywania są udziałem tego małomiejskiego społeczeństwa różnych warstw – a jednak zwarcie i zgodnie walczącego z zalewem niemieckim.

Właściwie zaściankowe Szamotuły należały do zapoznanych miast [niedocenionych]. Ongiś w historii Wielkopolski odegrały rolę dobitną jako gród wojowniczy, pełen buntu. Niezwykłe to dzieje nie dość zgłębione, bo też z owych burzliwych dni mało przeniknęło do naszych czasów, mało zostało pamiątek.


W czasach, kiedy w Szamotułach mieszkała rodzina Sławskich, na Rynku stał już widoczny na tej pocztówce wysoki krzyż (historię krzyża można przeczytać w tekście http://regionszamotulski.pl/krzyz-na-rynku-w-szamotulach/). Fragment pocztówki z ok. 1911 r. Źródło: Widoki Powiatu Szamotulskiego na starych pocztówkach 1898-1945, Szamotuły 2016.


Ja patrzyłam na staroświeckie Szamotuły z roku 1879 oczami dziecka, które jednak pamiętają ciasny krąg swego środowiska. Już wówczas stanowiły Szamotuły niezwykłość tak rzadką u nas, którą nadaje zamek wsparty szkarpami, romantyczna baszta „z przeszłością”, zaniedbany, dziki park, starodawne, pełne majestatu kościoły. Naprzeciw starego zamczyska wznosił się dom jednopiętrowy, w którym mieszkaliśmy. Dom narożny z pochyłym drewnianym balkonem, grożącym zarwaniem się (a poznałam ten balkon jeszcze po 30 latach!). Kościoły sędziwe, wśród drzew, pochyłe zabudowania, domki otoczone różami, rynek pełen wozów, dalej lasy i łąki. Ale otoczenie Szamotuł, wraz z bujnymi łąkami było niezdrowe, malaryczne. Ludność chorowała na żołądek, febrę. Dał się odczuć brak wody i brak kanalizacji (1).

Woda rzeki Samy, połączonej z miastem drewnianym mostkiem, przepływała przez moczary i cmentarze. Lecz klimat nie hamował tężyzny i temperamentu szamotulan. Tętno życia, barwę melodii piosenek z całym urokiem swojskości i dziarskości nadawała i narzucała młodzież okoliczna, zachowując przez lata ciężkiej niewoli pruskiej wierność dla swego stroju, tańca, obyczajów i mowy ojczystej – słowem – przeszłości. Działo się to ku zdziwieniu i oburzeniu Niemców, bowiem Szamotuły „Samter” pod zaborem pruskim zalane były urzędnikami niemieckimi (2). Stacjonował tu pułk infanterii [piechoty], szkolnictwo było niemieckie. Po roku 1848 otrzymało miasto jako karę zdwojony garnizon (3); był to ciężar dla miasta, w którym było około tysiąca Polaków, tysiąca Niemców i siedmiuset Żydów. Niemcy, pobyt w Szamotułach uważali jako karę, wygnanie, powtarzając wierszyk:

„In Schrimm ist es schlim,
In Samter verdammter,
Rogasen ist zum Rasen,
Filehne – na ich danke scheene” [W Śremie jest źle, w Szamotułach okropnie, Rogoźno – do zwariowania, Wieleń – no, dziękuję bardzo].


Figura św. Jana Nepomucena stanęła na Rynku w XVIII w., najprawdopodobniej po powodzi w 1725 r. Została zniszczona przez Niemców w listopadzie 1939 r. (por. tekst http://regionszamotulski.pl/figura-sw-jana-nepomucena/). Zegar stanął na Rynku prawdopodobnie w 1908 r. Na pocztówce widać także jeden z najstarszych zachowanych w niezmienionej postaci budynków, powstały w 2. poł. lat 30. XIX w. jako siedziba Kasyna Obywatelskiego (dziś to siedziba Biblioteki Publicznej Miasta i Gminy). W połowie XIX w. rodzina Mamelsdorfów otworzyła tam „Hotel de Gielda” z dyliżansem konnym. Pocztówka z ok. 1912 r. Źródło: Widoki Powiatu Szamotulskiego na starych pocztówkach 1898-1945, Szamotuły 2016.


Rzeczywiście, nuda zalegała wąskie uliczki. Czasem zmieniał się zaściankowy spokój, kiedy mknęły przez niewielki rynek czterokonne powozy lub wytworne sylwetki jeźdźców. Przy ulicy Klasztornej [obecnie fragment Dworcowej od kościoła św. Krzyża do Rynku] gromadził się codziennie tłum gapiów, gdy ze stajni wyjeżdżała wysmukła amazonka, eskortowana przez ordynansa, piękna żona rotmistrza von Normann. Przypatrywano się ciekawie tej scenie. Parafiańszczyzna i małomiejskość zamieniała każdą drobnostkę prywatną życia w ogólne widowisko. Wszystko tu ulega kontroli, ciekawości –  nieraz przykrej. A to zwyczajnie z nudów. Toteż każde zgromadzenie przyciągało ludzi, głodnych wrażeń, a zwłaszcza jarmarki, słynne szamotulskie, z dorodną ludnością i ich wyrobami swojskimi. Specjalną wełną i tkaninami samodziału, barwnymi i doborowymi – zasłynęły prace wieśniaczek z okolic Szamotuł. Materiały te w pasy szafirowe i czerwone brano chętnie na zasłony lub pokrycia mebli.


Synagoga na pocztówce z okresu 1905-1918. Źródło: Szamotuły na dawnej pocztówce 1898-1939, Szamotuły 2000.


Szamotuły bogate są w gmachy. Mają dwa kościoły, zbór, synagogę, zamek, sąd powiatowy, szkołę wyższą rolniczą (4). Do ożywienia handlu przyczyniały się gorzelnie, tokarnie, młyny. Olejarnie znane tu już w XV wieku, miały swą tradycję. Słynęły tu dawniej krzewy rozliczne dereniowe – świdwowe. Ród Szamotulskich – Świdwów odróżniał się tym przydomkiem od szaraczkowej szlachty (5).

Obserwując pewną ospałość tak charakterystyczną dla małych miast wielkopolskich, trudno było uwierzyć w bojowniczą i reformatorską rolę dawnego dziedzictwa, awanturniczych rycerzy Nałęcz-Szamotulskich w walce z Grzymalitami (por. http://regionszamotulski.pl/bitwa-pod-szamotulami-1383/). W ożywiony ruch umysłowy, którego źródłem był napływ humanistów, uczonych innowierców pod protektoratem potężnych Łodziców – Górków, roku 1518 rozpoczął jeden z Górków, dziedzic Szamotuł budowę zamczyska, wspartego szkarpami i czterema potężnymi basztami, z których jedna tylko pozostała. Łukasz Górka, wojewoda poznański podobno w tej wieży zamczyska latami więził swą młodą żonę Halszkę, córkę Konstantego Ostrogskiego i Beaty Kościeleckiej. Przez długie lata zapomniany – dotarł krwawy dramat do naszych czasów jako blady legendarny cień czarnej księżniczki i banity infamisa Sanguszki (w tym fragmencie M. Wicherkiewiczowa odwołuje się do funkcjonujących przez wiele lat mitów na temat postaci Halszki, z historycznym omówieniem tej postaci można się zapoznać w tekście Sylwii Zagórskiej http://regionszamotulski.pl/beata-i-halszka-ostrogskie/). 

Kiedy starsi zajęci rozmową, a bona czyta „Das Geheimniss der alten Mamsell”, chodzi się po murach niby to obronnych lub pagórkach, niby szwedzkich szańcach. Czasem pod deskami zabłyśnie studnia z wodą o żelazistym smaku. Dużo tu zacisznych zaułków. Ulubionym celem przechadzek jest jednak ogródek przy dworcu, gdzie słychać gwizd pociągów do Poznania, Stargardu, Wrocławia (6). Nas czworo rodzeństwa w białych sukienkach i czerwonych, wełnianych żakietach prowadzi p. Marynia Jarysz. Odbywa z nami spacery z amatorstwa, bo „dzieci ładne i ładnie ubrane” – tłumaczy mej matce.

Ówczesnym niemieckim zwyczajem przechodnie stale szczypali mnie, dziecko, w policzek, co mnie gniewało bardzo. A panowie ówcześni to brodacze lub mężczyźni w bokobrodach albo z dużymi wąsami.


Stacja kolejowa, 1910-1914. Źródło: Fotopolska.eu


W upalne dni, kiedy lipy kwitną, schodzą się do ogródka kolejowego na piwo honoracje miasta [ważni obywatele]: sędziwy radca Wolski i radca Twardowski z dawnej palestry i magistratury – ze sumiastymi wąsami, w białych płóciennych ubraniach i słomianych kapeluszach. Jako trzeci dostojnik przychodzi pan Kiełczewski. Ktoś szepce także – ze starej ziemiańskiej rodziny. Jest nauczycielem szkoły. Memu rodzeństwu udziela prywatnie lekcji polskiego. Choć park zachęcał wilgotnym cieniem starych drzew choć był wprost naszego domu, niechętnie go odwiedzaliśmy – wolimy ogród przy dworcu.


Baszta Halszki i Zamek Górków, w tle wieża kościoła ewangelickiego. Litografia Aleksandra Dunckera z lat 1878-1880. Źródło: Fotopolska.eu


Masywny czworobok murów, wspartych potężnymi szkarpami zamczyska zmieniał właścicieli: Górków, potem Mycielskich, następnie książąt Koburg-Gotha. W środku miasta wraz z basztą, obrośniętą bluszczem, został jak przeżytek niedostrojony do nowych czasów. Prawie że raził swą romantyczną malowniczością śród obecnego otoczenia. Toteż ta wieża o wąskich oknach z omszałym daszkiem, ukryta wśród brzóz zaciekawia dzieci. Ślimaczymi schodkami wspinaliśmy się do izdebek z kominkiem, nad którym herb „Łodzia”. Tu dogorywała cudna Halszka, ostatnia latorośl bohaterskiego rodu Ostrogskich, wdowa po Sanguszce, a potem żona Łukasza Górki. Śmierć Górki – po latach – otworzyła Halszce drogę do wolności. Lecz basztę w Szamotułach opuściła „czarna księżniczka” już jako obłąkana. Coś o tym szepczą jeszcze ludzie, że w noce księżycowe cień sunie obok baszty, brzęczą łańcuchy i słychać płacz (por. wyżej).


Budynek sądu na pocztówce z lat 1939-44. Źródło: Fotopolska.eu


Przy feudalnym zamku rażą nowe budynki pruskim stylem – zbór ewangelicki, sąd, więzienie. Prezesem sądu jest pan Gisevius, z linii Giżyckich pochodzący. Tam w tym sądzie zasiada jako sędzia ojciec mój, Stanisław Sławski. Zdumiona jestem, gdy Cesia, pokojowa pokazuje nieokratowane okna i objaśnia: z tego okna wyskoczył niedawno więzień, połamał nogi, a to ze strachu przed tym sędzią z niebieskimi, surowymi oczami. Zdziwiłam się, gdyż ojciec zdawał się szczytem dobroci. Ceniono go w zawodzie prawniczym, mimo młodego wieku. Jako uzdolniony sędzia śledczy wykrył zamaskowanego podpalacza, któremu udawały się przez szereg lat bezprawia: płonęły stogi, lasy, stodoły, domy. Ongiś ludowy nauczyciel, Niemiec, udający poczciwca zawsze był świadkiem: niby to widział dzieci, bawiące się zapałkami, lub kogoś z papierosem. A tymczasem sam podpalał. Ojciec mój jako sędzia – wiedziony intuicją energicznie wpadł na niego – a stary wyga oniemiał i przyznał się do wielokrotnych podpaleń. Szamotuły i Wronki urządziły z radości po wyroku iluminację na cześć sędziego Sławskiego.


Obszerne fragmenty wspomnień opublikowanych w Kalendarzu Ziemi Szamotulskiej 1958 pod red. Romualda Krygiera.

Opracowanie Agnieszka Krygier-Łączkowska

14-letnia Maria Sławska, zdjęcie ze zbiorów Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk

Pocztówka z 1905 r. Źródło: Fotopolska.eu

Dokumentacja projektu wieży ciśnień – 1906 r. Muzeum – Zamek Górków.


Objaśnienia:

1. Wodociągi i kanalizację uruchomiono w Szamotułach na początku XX w. W 1906 r. przy ul. Strzeleckiej (dziś Wojska Polskiego) powstała wieża ciśnień i kompleks budynków miejskich wodociągów. Obiekty zaprojektowała firma Heinricha Schevena z Düsseldorfu (por. tekst http://regionszamotulski.pl/szamotulska-wieza-cisnien/).

2. Od początku zaborów władze pruskie prowadziły akcję germanizacji i protestantyzacji ziem polskich, polegającą m.in. na sprowadzaniu z głębi Prus kolonistów niemieckich, w większości protestantów, i osiedlaniu ich na ziemiach polskich. Wielu Niemców przysyłano w celu objęcia różnego typu stanowisk w urzędach i władzach różnego typu i szczebla.

W 1871 r. na 4214 mieszkańców Szamotuł było 39,8% Polaków, 37,7% Niemców i 22,5% Żydów. Ludność niemiecka osiedlała się głownie przy pl. Kościelnym (obecnie pl. Sienkiewicza), zaś ludność żydowska była skupiona przy ul. Żydowskiej (późniejsza nazwa Szeroka, dziś Braci Czeskich).

3. Od 1836 r. do końca zaborów wojsko zajmowało budynek zlikwidowanego klasztoru. Siedzibę miała tam Komenda Powiatowa Uzupełnień (Bezirkskommando), która prowadziła koszary, rejestr rezerwistów i poborowych. Od 1865 r. w Szamotułach stacjonował 2. Batalion (szamotulski) 1. Regimentu Piechoty Poznań nr 18, w latach 1860-83 także batalion fizylierów 1. Zachodniopruskiego Regimentu Grenadierów nr 6.

Kościół ewangelicki na pocztówce z okresu 1905-1918. Widoczne z tyłu dom pastora i szpital prowadzony przez diakonisy (protestanckie siostry) powstały w latach 90. XIX w. Źródło: Szamotuły na dawnej pocztówce 1898-1939, Szamotuły 2000.

Szkoła Rolnicza na pocztówce z okresu 1905-1918. Źródło: Szamotuły na dawnej pocztówce 1898-1939, Szamotuły 2000.


4. Zbór – chodzi o kościół ewangelicki; pierwszy budynek (szachulcowy, czyli o drewnianym szkielecie wypełnionym gliną) powstał w 1784 r. Większy neogotycki kościół z czerwonej cegły z wysoką (trochę krzywą) wieżą wybudowano w 1784 r. Po II wojnie mieścił się tam magazyn zboża i nawozów. Wieżę kościoła wysadzono w 1958 r., resztę kościoła rozebrano.

W czasach, które wspomina Maria Wicherkiewiczowa, synagoga mieściła się w budynku z 1853 r. przy ul. Żydowskiej (późniejszej Szerokiej, a obecnie Braci Czeskich). Zburzyli ją Niemcy na początku II wojny światowej (16 września 1939 r.).

Więzienie w pobliżu ul. Sądowej (al. 1 Maja) powstało około 1860 r., w 1974 obok niego znalazł się sąd, który przeniesiono do nowo wybudowanego gmachu z czerwonej cegły. Istniał on do pożaru w 1945 r.

Szkoła Rolnicza (Landwirstschaftsschule), o której wspomina Maria Wicherkiewiczowa, działała w Szamotułach od 1880 r., kiedy przeniesiono ją, wraz z nauczycielami i uczniami, ze Wschowy (szkołę utworzono tam w 1877 r.). Początkowo mieściła się w kamienicy rodziny Sroczyńskich przy ul. Poznańskiej (dziś nr 31), a od 1882 r. funkcjonowała w nowym gmachu przy Schillerstrasse (obecnie ul. ks. Piotra Skargi). Była to 6-letnia szkoła zawodowa, przygotowująca młodzież do pracy w rolnictwie i kończąca się maturą (jedyna w Wielkopolsce szkoła tego typu). Większość uczniów stanowili Niemcy. W 1919 roku szkołę spolszczono, opuściło ją grono ponad 100 uczniów niemieckich, a pozostali dokończyli w niej edukację w 1921 roku.

5. Ród Świdwów Szamotulskich z pewnością nie przyjął swojego przydomka od krzewów rosnących w Szamotułach. Około 1370 roku właścicielem Szamotuł został Sędziwój Świdwa z Dzwonowa, należący do innej gałęzi Nałęczów niż poprzedni właściciele Szamotuł. Sędziwój zapoczątkował ród Świdwów Szamotulskich. Przydomka „Świdwa” używał jednak już jego ojciec Dzierżykraj, który w żaden sposób nie był związany z Szamotułami (polecamy tekst o rodzie Szamotulskich http://regionszamotulski.pl/szamotulscy/).

6. Linię kolejową Poznań-Stargard uruchomiono w 1848 roku.

Budynek poczty i siedziba landrata (starosty) powstały na początku lat 80. XIX w. Starostwo (obecnie budynek UMiG) zostało rozbudowane na początku XX w. Pocztówka z ok. 1902 r. Źródło: Widoki Powiatu Szamotulskiego na starych pocztówkach 1898-1945, Szamotuły 2016.

Baszta Halszki w latach 1909-1910. Źródło: Fotopolska.eu

Baszta Halszki na pocztówce z okresu 1905-1918. Źródło: Szamotuły na dawnej pocztówce 1898-1939, Szamotuły 2000.

Zamek Górków w latach 1905-1906. Źródło: Fotopolska.eu

Ul. Sądowa (obecnie al. 1 Maja), z prawej strony widoczny budynek sądu. Pocztówka – ok. 1912 r. Źródło: Fotopolska.eu

Maria Wicherkiewiczowa – Szamotuły w 1879 r., wspomnienia (część 1.)2021-10-05T11:13:30+02:00

Projekt „Jestem mądra, jestem ważna, jestem potrzebna”

Jestem mądra, jestem ważna, jestem potrzebna

ONA

Pod tym hasłem w roku szkolnym 2018/2018 Brama Poznania ICHOT zorganizowała drugą edycję programu edukacyjnego „Szkoła Dziedzictwa”. Jak piszą autorzy programu, „Chcielibyśmy przybliżyć uczestniczkom i uczestnikom historyczne postaci kobiet i ich działalność, która w różnorodny sposób była realizowana w okresie zaborów, a później w procesie odzyskiwania i budowania wolności. […] Zależy nam na tym, by podjęte w projektach szkolnych tematy popularyzowały lokalne bohaterki działające jako m.in. organizatorki tajnej oświaty, dyplomatki, a także żołnierki poprzez stworzenie narracji o ich życiu i dokonaniach”.

Prezentowany projekt Szkoły Podstawowej nr 1 im. Stanisława Staszica był jednym z trzech nagrodzonych.

Projekt „Jestem mądra, jestem ważna, jestem potrzebna” realizowany był w Szkole Podstawowej nr 1 w Szamotułach. Brali w nim udział uczniowie klas VI-VIII (146 osób). Miejscami jego realizacji była szkoła, teren miasta, a także Muzeum – Zamek Górków w Szamotułach oraz Bramie Poznania. Realizując projekt, współpracowaliśmy z Urzędem Miasta i Gminy Szamotuły.

Celem projektu było: przedstawienie zagadnień historycznych związanych z działaniami poseł Sejmu dzielnicowego Anny Łubieńskiej oraz jej zaangażowaniu w organizację plebiscytu na Warmii. Kolejnym celem było ukazanie młodym ludziom roli kobiet w życiu politycznym i społecznym, a także podkreślenie edukacji równościowej. Projekt miał pokazać efekty wspólnego działania uczniów dla osiągnięcia celu. Postać poseł Łubieńskiej stała się inspiracją do dyskusji i działań związanych z rolą i pozycją kobiety we współczesnym społeczeństwie. Uczniowie rozwijali też swoją wiedzę historyczną i regionalną z okresu odzyskiwania przez Polskę niepodległości.

Projekt stanowił okazję do wzajemnego uczenia się poprzez poszukiwanie informacji. Uczniowie rozwijali swoje zainteresowania i talenty. Nie tylko realizowali podstawę programową poza terenem szkoły, ale przede wszystkim zdobywali wiedzę, którą wykorzystywali do zadań projektowych. Poznali postać poseł Łubieńskiej, a także rozwinęli swoją wiedzę na temat Sejmu Dzielnicowego oraz roli kobiet w kształtowaniu się państwowości po zaborach. Poseł Łubieńska stała się inspiracją do przyjrzenia się kobietom obecnie zajmującym się polityką i działalnością społeczną. Projekt miał na celu uczenie współpracy, porozumienia się i wspólnego zaangażowania wszystkich dla osiągnięcia celów i poczucia odpowiedzialności za swoje działania. Miał pokazać uczniom, że od ich zaangażowania może zależeć powodzenie realizacji danego zadania, szczególnie w realizacji metody pop-up muzeum (organizacji tymczasowej ekspozycji typu muzealnego).



Realizowane zadania:

1. Rozmowy niezwykłe cz.2: poseł Anna Łubieńska – poznajemy bohaterkę

Wybór bohaterki był bardzo trudny: młodzież bardzo długo się zastanawiała nad kobiecą postacią z naszego regionu, kiedy pojawiła się osoba poseł Łubieńskiej. Uczniowie postanowili także zająć się wiedzą historyczną na temat Sejmu Dzielnicowego. Przeprowadzili ankietę internetową, w której zapytali o wiedzę na temat sejmu; okazało się, że na 63 osoby, które wzięły udział w ankiecie, większość nie zna tego wydarzenia. Postanowili więc przedstawić nie tylko postać poseł Łubieńskiej, ale także zająć się zagadnieniem sejmu dzielnicowego. Uczniowie zapoznali się także w postaciami kobiet uczestniczek sejmu ustawodawczego i ich roli w kształtowaniu się państwa polskiego po roku 1918 r. Uczniowie przygotowali lapbooki i plakaty, które stały się częścią wystawy w muzeum. Ćwicząc kompetencje informatyczne i technologiczne, przygotowywali prezentacje PowerPoint na temat bohaterki i kobiet w polityce na początku XX wieku. Metodą zastosowaną była również „lekcja odwrócona”. Uczniowie w roli ekspertów prowadzili zajęcia, przedstawiając nie tylko postać poseł Łubieńskiej, jej działalność polityczną i społeczną, ale skupili się także na innych kobietach, które po odzyskaniu niepodległości odegrały znaczącą rolę w kształtowaniu się państwowości Polski.

Zagadnienie Sejmu Dzielnicowego  – Metodą zastosowaną do poznania wydarzenia historycznego była dyskusja panelowa i prezentacja stanowisk na forum grupy wszystkich uczniów klas VIII.

2. Anna Łubieńska – inspiracją. Projekt był realizowany w 100. rocznicę odzyskania niepodległości, ale także uzyskania praw wyborczych przez kobiety w Polsce. Uczniowie poznali współczesne kobiety funkcjonujące w światowej i polskiej polityce. Wartości, jakimi kierowała się nasza bohaterka, są realizowane również w dzisiejszych czasach nie tylko w dziedzinie polityki, ale przede wszystkim w sferze działań społecznych jak i walki o prawa kobiet. Uczniowie, opracowując postacie współczesnych kobiet, dokonywali odniesień ich działań do ideałów, jakimi kierowała się poseł Łubieńska. Powstały prezentacje, plakaty, lapbooki.

3. Moja rodzinna bohaterka – idea, jaka się pojawiła podczas projektu, dotyczyła spojrzenia na kobiety w rodzinach uczniów, które mogą być bohaterkami wykonującymi swoje codzienne obowiązki. Powstała Księga kobiet. W pierwszej części zebrano prace uczniów opisujących kobiety ze swoich rodzin, które zdaniem uczestników projektu są warte upamiętnienia. Mamy historię „babci Geni walczącej w Powstaniu”, ale także cioci Kasi „która była krawcową, a w czasie wojny uczyła inna kobiety, jak się szyje”. Historie w księdze miały pokazać uczniom, że historia kobiet nie musi dotyczyć tylko osób z pierwszych stron gazet, a dotyczy również bohaterek z ich własnych rodzin.

4. Kobiety w „małej i dużej polityce”. Uczniowie w ramach projektu odbyli dwa spotkania z przedstawicielkami małej i dużej polityki – z radną Miasta i Gminy Szamotuły oraz z poseł Marią Małgorzatą Janyską. Spotkania dotyczyły prac obu pań w różnych „światach polityki”. Uczniowie mogli sami przekonać się, jak wyglądają działania kobiet obecnie zajmujących się polityką, co jest dla nich ważne.

5. Zajęcia projektowe realizowane poza szkołą we współpracy z innymi podmiotami

MUZEUM – ZAMEK GÓRKÓW – udział w zajęciach z wykorzystaniem gry planszowej o Szamotułach na przestrzeni wieków. Wystawa „Powstanie Wielkopolskie na terenie Szamotuł – walka  o nasz dom” – podkreślenie znaczenia kobiet biorących udział w powstaniu lub pracujących dla dobra powstańców. Uczniowie wzięli udział także w grze miejskiej – „Odzyskanie niepodległości. Szamotuły w walce o wolność”.

BRAMA POZNANIA – udział w zajęciach wprowadzających do projektu „Superbohaterka”, poznanie postaci Anieli Tułodzieckiej jako przykładu kobiety-działaczki w okresie pracy organicznej. Drugimi zajęciami, w których wzięli udział uczestnicy projektu, były zajęcia terenowe o Kobietach wartych Poznania. Historia bohaterek związanych z Poznaniem.

MUZEUM ARCHIDIECEZJLANE – akcja Powstanie – zajęcia edukacyjne wokół zagadnienia Powstania Wielkopolskiego w Poznaniu i okolicach, ze szczególnym uwzględnieniem roli kobiet i zadań, jakie kobiety wykonywały w tamtym czasie.



6. POP-UP MUZEUM

Muzeum swoją działalność rozpoczęło 29.03.2019 roku. Otwarcia muzeum dokonała poseł na Sejm Maria Małgorzata Janyska. W muzeum znalazły się prace uczniów (lapbooki, plakaty, prezentacje), na ekspozycji wystawione zostały także książki. Jedną z nich była jedyna książka poseł Łubieńskiej o plebiscycie na Warmii. Uczniowie zaprojektowali naklejki i przypinki, które uczestnicy otrzymywali przy ekspozycji – były też krówki, które zostały opakowane w specjalne przygotowane papierki z hasłami o prawach wyborczych kobiet. W jednym z miejsc w muzeum kobiety, dziewczyny tworzyły Księgę kobiet – wcześniej wklejono wspomnienia o bohaterkach z rodzin uczniów, podczas pobytu w muzeum można było wpisać do niej refleksje nad rolą kobiet w obecnych czasach. Wpisy są niezwykle ciekawe, łączy je jedno: młode kobiety mają świadomość, że od nich samych zależy, jak będą funkcjonowały w społeczeństwie, znają swoją wartość. Idealne następczynie poseł Łubieńskiej – odważnej kobiety, która znała swoją wartość, jednocześnie ucząc inne kobiety nowych ról w niepodległej Polsce. Powstała niezwykle ciekawa lektura i materiał dotyczący różnych kobiet w różnym czasie. Podczas wizyty w muzeum można było wykonać koszulkę z hasłami propagującymi prawa kobiet, dzięki markerom do tkanin powstały niezwykłe oryginalne koszulki, które po opuszczeniu ekspozycji z dumą nosiły nie tylko dziewczyny, ale także chłopcy.

7. Podsumowanie projektu: projekt podsumowany został podczas spotkania z poseł Janyską. Muzeum działało do 6.04 2019 – mam nadzieję, że wkrótce nastąpi jego wznowienie.

Rezultatami projektu są niezwykłe prace uczniów, które powstały podczas działań projektowych, przede wszystkim popup oraz filmy. Postać poseł Łubieńskiej była dla uczniów inspiracją, dzięki niej zainteresowali się ideami, które głosiła poseł Łubieńska: bycia niezależną, wykształconą. Ideały te są aktualne także teraz. Zadaniem projektu było wskazanie na prawa kobiet 100 lat temu, ale przede wszystkim dziś. Stąd wymowa pop-up muzeum, które ukierunkowane było nie tylko na osobę bohaterki, ale także na kwestie równościowe i rolę kobiet obecnie, a także uczczenie 100-lecia praw wyborczych kobiet. Podczas projektu można było zauważyć rozwój kompetencji miękkich: praca zespołowa, umiejętność delegowania zadań przy pracy w tworzeniu muzeum, motywowania innych do pracy. Praca nad projektem była również świetną okazją do autoprezentacji, kreatywności i rozwoju osobowości.

Autor projektu Paweł Biedny

Szamotuły, 17.06.2019

Projekt „Jestem mądra, jestem ważna, jestem potrzebna”2025-01-02T12:11:57+01:00
Go to Top