About Agnieszka Krygier-Łączkowska

Autor nie uzupełnił żadnych szczegółów
So far Agnieszka Krygier-Łączkowska has created 368 blog entries.

Aktualności – lipiec 2018

Amelia Czaja – mała aktorka z Ostroroga

W każdą środę poza sezonem letnim oglądać można Na dobre i na złe – serial TVP, w którym od trzech lat gra Amelia Czaja z Ostroroga. Amelka ma dwanaście lat, a przed kamerą występuje już od lat sześciu. Mniejsze role odtwarzała w Hotelu 52, Na Wspólnej, w Ojcu Mateuszu. W Na dobre i na złe zagrała w ponad 30 odcinkach, kolejne czekają na emisję. Wciela się tam w postać Matyldy, córki Katarzyny Smudy (gra ją Ilona Ostrowska – aktorka, której największą popularność przyniosła rola Lucy w serialu Ranczo). Najwięcej scen Amelka gra z Michałem Żebrowskim, wybitnym aktorem filmowym i teatralnym. Wątek Matyldy jest ciekawy, pokazuje inne oblicze serialowego „Falko” , czyli kontrowersyjnego profesora Andrzeja Falkowicza.

W tym roku Amelia przeszła do 6. klasy. Uczy się w Szkole Podstawowej w Ostrorogu, a popołudniami także w szkole muzycznej w Szamotułach. Zapraszamy do lektury całego tekstu, poświęconego Amelce, oraz do obejrzenia zdjęć z planu filmowego! http://regionszamotulski.pl/amelia-czaja/



Zaćmienie Księżyca na fotografii Ireneusza Walerjańczyka

Szamotuły, 27.07.2018 r., między ul. Graniczną i Długą. Prawa kosmosu i prawa przyrody – żniwa muszą się odbyć we właściwym czasie, choć tak długie zaćmienie Księżyca zdarzy się dopiero za ponad sto lat. Zdjęcie mogłoby stać się symbolem wielkopolskiej pracowitości albo … wejść do nowej części Gwiezdnych wojen.



Kolejna rocznica bitwy pod Grunwaldem



W bitwie pod Grunwaldem wzięli udział rycerze z Ziemi Szamotulskiej. Chorągwie rodowe składały się z rycerzy należących do jednego rodu i pieczętujących się tym samym herbem. Trzeba tu dodać, że organizowali je i dowodzili nimi tylko najbogatsi możnowładcy, którzy mogli pozwolić sobie na uzbrojenie i wyposażenie oddziału. Zapraszamy do lektury tekstów na portalu: http://regionszamotulski.pl/szamotulscy/ i http://regionszamotulski.pl/herb-nalecz/.


Julanna Sroka-Kierończyk – tak wiele talentów

Julianna Sroka-Kierończyk ‒ to imię i nazwisko trzeba zapamiętać. Pewnie wielu zna ją jako zwyciężczynię ubiegłorocznego konkursu „Szamotuły ‒ miejsce dla talentów”, gdzie  wystąpiła jako wokalistka z własnym akompaniamentem gitarowym. Ale Julianna z powodzeniem mogłaby zwyciężyć w konkursie Multitalent! Jest świetną recytatorką: jesienią 2017 r. zajęła 1. miejsce w powiatowym konkursie gwarowym „Godejma po naszymu”, a już w tym roku – 3. miejsce w najważniejszym wielkopolskim konkursie „Godejcie po naszymu” (już 31 edycji konkursu!), wielokrotnie nagradzana była podczas szamotulskich Artystycznych Spotkań Recytatorów, dobrze wypadła w czasie wojewódzkich eliminacji Ogólnopolskiego Konkursu Recytatorskiego, gdzie startowała z dużo bardziej doświadczonymi recytatorami. W ogóle Julianna ma talent aktorski i z powodzeniem gra główne role w przedstawieniach grupy teatralnej SzOK. Pisze teksty piosenek, wiosną z Zuzanną Strzelczyk (kompozycje, fortepian) wystąpiły w Cafe Marzenie we własnym repertuarze, choć obie mają dopiero 14 lat. Niedawno zwyciężyła także na poziomie wojewódzkim i wyróżniona została w finale ogólnopolskim konkursu plastycznego „Nasi sąsiedzi Żydzi”. Cały czas Julianna rozwija się muzycznie, w tym roku znów nagrodzona została w kilku różnych konkursach piosenki. Do tego wszystkiego świetnie się uczy. Nam pozostaje tylko się dziwić: kiedy ona na to wszystko znajduje czas? Życzymy Juliannie, żeby – obdarzona tyloma talentami – umiała znaleźć własną drogę artystyczną.



Piłkarskie emocje dziś, piłkarskie emocje dawniej

Do połowy lipca trwa mundial w Rosji, niestety, już bez udziału Polaków. My proponujemy obejrzenie historycznego zdjęcia – widok na stadion Sparty Szamotuły, lata 60. Zobaczcie … czego tu nie ma.

Zdjęcie z archiwum Barbary Piekarzewskiej (Zakład fotograficzny Alojzy Mocek).



Piotr Nowak, Dzieje bazyliki kolegiackiej oraz parafii Matki Bożej Pocieszenia i św. Stanisława Biskupa w Szamotułach

Takiej publikacji na temat dziejów głównej świątyni Szamotuł i parafii jeszcze nie było: ponad 350 stron tekstu, wiele historycznych zdjęć, historia parafii, kościoły i kaplice do niej należące (także te, po których dziś nie ma śladu: kościół św. Marcina, św. Mikołaja i św. Ducha), kapliczki, cmentarze, duszpasterze i parafialne stowarzyszenia. Trzeba to przeczytać. Książkę można nabyć w zakrystii i w biurze parafialnym.

Autor ‒ dr Piotr Nowak urodził się w Szamotułach, jest absolwentem Liceum Ogólnokształcącego im. ks. Piotra Skargi, ukończył historię na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, tam również obronił pracę doktorską.

Wydawca: Muzeum Zamek Górków oraz parafia Matki Bożej Pocieszenia i św. Stanisława Biskupa. Zdjęcie z okładki Jarosław Kałużyński.


Szamotuły, 02.07.2018

LIPIEC 2018

IMPREZY I KONCERTY


Trwające



Minione


KINO


Aktualności – lipiec 20182025-01-30T14:38:16+01:00

Gzuby, gziki, szczuny i inni

Gzuby, gziki, szczuny i inni

Początek wakacji, czyli taki drugi (nieformalny) dzień dziecka. Z tej okazji zebraliśmy różne wyrazy określające dzieci, które występują w gwarze poznańskiej. Jest ich sporo, ale pewnie i tak da się coś dorzucić.

Pierwszy jest gzub – po prostu dziecko, pieszczotliwie gzubek. Chłopiec to szczun, zdrobniale szczunek. Jest też słowo gzik, oznaczające nie tylko potrawę, ale także chłopaka – to słowo podkreśla niedojrzałość, „szczeniactwo”. Dużo rzadziej używa się słowa szaranek (mały chłopiec). Ten ostatni wyraz przywołał Juliusz Kubel w swoim przekładzie na gwarę Małego Księcia: Książę szaranek.

Dalej mamy słowa, które w swoim znaczeniu zawierają negatywną ocenę zachowania dziecka, czyli że – mówiąc po poznańsku – dzieci te są nicpote (niegrzeczne czy nieposłuszne). Tych różnych dziecięcych łobuziaków nazywają słowa żgajek czy rojber. W gwarze poznańskiej jest też dużo określeń całkiem dorosłych chuliganów, ale o tym innym razem.

Można też nazywać dziecko(a czasem także osobę dorosłą), podkreślając jego niewielki wzrost. Tu mamy maludę, kakaluda (kakaludka), knajdra (knajtra) i pyrdę (o dziewczynkach).

Oczywiście, każde z tych gwarowych słów używane jest w sytuacjach nieoficjalnych i możemy je nasycać różnymi emocjami: od gniewu, przez lekceważenie, żart, do czułości, a także odwracać znaczenia (np. maludą nazywając mocno wyrośniętego nastolatka).

A tak w ogóle, to chciałoby się, żeby chociaż w wakacje dzisiejsze dzieci i nastolatki trochę więcej rojbrowały na świeżym powietrzu, chodziły z wiarą z okolicy po chęchach, a nie tylko siedziały z nosem w telefonie czy przy komputerze.

I na koniec trochę cytatów ze Słownika gwary miejskiej Poznania. Gzub: „Ale gzuby, żołniyrze, szczuny i juchty krzyczeli jak na meczu”; „Okno jak szyroko roztwarte, a gzuba ni ma”; „Jo byłem wtedy małym gzubem i miołem staraszne fefry”; „Chodzili my tam zez innymi gzubami szpycować bez sztachyty, jak se wiara żyje, nie?”; „Czekej, gzubie, Bozia cie pokoro”. Sczun: „Co zaś sobie ale wasz szczun myśli”; „Ty szczunie marny, komu w mordę, co?”. Gzik: „Co zaś sobie ale wasz szczun myśli”; „Ty szczunie marny, komu w mordę, co?”. Szaranek: „Obok mnie lata wte i wewte mamusia zez trzema szarankami”. Żgajek: „Żgajki z bloków co noc sie wypuszczajóm na okradanie naszych działek”; „Niemożliwy żgajek: fifa mo do wszyskiygu, ale już nojbarzy do samochodów, no i do bijatyki”. Rojber: „Wracałem wieczorem do domu posiniaczony, unikając wzroku ojca, bo by jeszcze spuścił mi lanie, że zadaję się z rojbrami”; „On zawsze wywijał, taki rojber mały”. Maluda: „Weź pani syrek dla ty maludy”; „Takie maludy są rychtyk do żdżarcia, ale weźma tych podrostków, co szkołe kończą, to aż strach”. Kakalud: „Taki kakalud, a ty się go boisz?”; Knajder: „Pamiętam wesele (byłem wtedy jeszcze małym knajdrem) córki starego Handschuha”. „Jako knajder tutaj poznałem moich rowieśników, nauczyłem się z nimi bawić”. Pyrda: „Tako pyrda, a tako móndralińsko!”

Więcej tekstów na ten temat  http://regionszamotulski.pl/gwara/.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 02.07.2018

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Od urodzenia związana z Szamotułami. Polonistka (jak mama) i regionalist(k)a (jak tata).

Dr nauk humanistycznych, redaktor i popularyzator nauki. Prezes Stowarzyszenia WOLNA GRUPA TWÓRCZA, wiceprezes Szamotulskiego Stowarzyszenia Charytatywnego POMOC.

Gzuby, gziki, szczuny i inni2025-01-05T12:57:58+01:00

Quiz 10 miejsc lipiec 2018

Quiz miesiąca

10 miejsc regionu szamotulskiego (zdjęcia – Andrzej Bednarski)


Najpierw trzeba ze spokojem obejrzeć zdjęcia, a następnie rozwiązać zamieszczony poniżej quiz.

Życzymy dobrej zabawy i zachęcamy do zwiedzania Ziemi Szamotulskiej!


Powodzenia!


10 miejsc regionu

 

Quiz 10 miejsc lipiec 20182018-06-30T23:11:32+02:00

Wiosna 2018

W obiektywie Ryszarda Pajkerta

17 mgnień wiosny w Szamotułach

Przyrodnik, nauczyciel  i miłośnik fotografii Ryszard Pajkert zaprasza nas do swojego wiosennego ogrodu. Na portalu społecznościowym jeden ze znajomych skomentował te zdjęcia: „To najlepsza lekcja przyrody”.

4 kwietnia

Wiosna, wiosna, ach to TY. Pojawiły się już na wierzbie męskie kwiatostany.

Śnieżyce wiosenne.

Głodne pszczółki odwiedzają krokusy.

Ślimaki jeszcze szczelnie zamknięte w swoich domkach.

5 kwietnia

Pojawiły się pierwsze cebulice syberyjskie.

Pierwsza w tym roku rusałka pawik wygrzewa się w promieniach słońca.

Dzisiaj towarzyszyła nam przy pracach porządkowych w ogródku.

Ciemiernik wychyla główkę do słońca.

14 kwietnia

Sasanki pięknie prezentują się w tych futerkach.

Prawie jak słoneczko.

Prawda, że jestem ładny? Zawilec grecki – Anemone blanda.

Żonkil też przyciąga uwagę swoim pięknem kielichem.

18 kwietnia

Szachownica kostkowata należy do bylin i jest gatunkiem prawnie chronionym. Ślicznie prezentuje się na rabatce w blasku słońca.

Żonkil uśmiecha się do słonka.

Migdałek (migdałowiec) trójklapowy – niesamowity krzew, cudowne kwiaty.

Tulipan pięknie wychyla główkę do słońca.

19 kwietnia

Mniszek lekarski w porannym słonku.

Kruszczyca złotawka objada się pyłkiem kwiatowym.

Biedroneczki są w kropeczki. Biedronka arlekin (Harmonia axyridis) – gatunek pochodzący z Azji. Przez około 20 lat rozprzestrzenił się w obydwu Amerykach i Europie. W Polsce jest gatunkiem inwazyjnym, stwierdzonym po raz pierwszy w 2006 r. w Poznaniu.

Magnolia w promieniach zachodzącego słońca.

4 maja

Zabawa kto kogo przechytrzy. Bardzo czujna i niespokojna, jest bardzo sprawnym i szybkim lotnikiem. Potrafi w ciągu sekundy przelecieć ponad 10 metrów. Ważka płaskobrzucha (Libellula depressa).

Przypadkowo napotkana na kwiatku gąsienica barczatki napójki (Euthrix potatoria) – motyl nocny z rodziny barczatkowatych. Gąsienice tego gatunku piją duże ilości wody w postaci kropel rosy i deszczu zbierających się na liściach rośliny pokarmowej.

Dziś pięknie prezentował swoje żółte pomponiki złotlin japoński 'Pleniflora’.

W piwnicy spotkałem gościa – ropuchę zieloną (Bufotes viridis). Zwracając jej wolność, dałem jej buziaka na drogę, ale nie zmieniła się w księżniczkę.

7 maja

Skrzyp polny (łac. Equisetum arvense) to roślina, której właściwości lecznicze od dawna są wykorzystywane w medynie naturalnej. Jednak mało kto o tym wie, gdyż tę przypominającą z wyglądu miniaturową jodełkę roślinę powszechnie uważa się za chwast.

Kozibród wielki

Proporzyca marzymłódka pięknie lśni w promieniach słońca.

Śniedek (Ornithogalum L.) – rodzaj roślin z rodziny szparagowatych, pięknie zdobi rabatkę. Zaraz po zachodzie słońca zamyka swój kielich, by ponownie rozchylić płatki w następnym dniu.

9 maja

Orliki w moim ogródku pięknie się prezentują.

Srogoń baldaszkowiec – gatunek owada z rzędu pluskwiaków. Długość 13-18 mm. Drapieżny, wysysa inne owady za pomocą trójczłonowej kłujki. Najczęściej spotykany na kwiatach roślin baldaszkowatych.

Poskrzypka liliowiec – tercet egzotyczny, bez cenzury.

Czerwończyk uroczek – Lycaena tityrus bardzo ruchliwy i płochliwy motylek.

14 maja

Pięknie prezentuja się irysy.

Maki powoli pokazują swoje wspaniałe wnętrze.

Przesiadująca na roślinności zielnej, często na pokrzywach, elegancka zgrzytnica zielonkawowłosa  – Agapanthia villosoviridescens.

Żagnica ruda (Aeshna isoceles) wygrzewa się w południowym słonku.

16 maja

Świtezianka błyszcząca (Calopteryx splendens) – samiec.

Świtezianka błyszcząca (Calopteryx splendens).

Tężnica wytworna (Ischnura elegans), młodociana forma samicy violaceus.

Pióronóg zwykły (Platycnemis pennipes) cechują bardzo charakterystyczne nogi. U pióronoga golenie nóg są wyjątkowo rozszerzone. Ich boki porastają długie, czarne szczecinki, zaś przez środek biegnie czarna linia. Jak się tak dłużej przyjrzeć tym goleniom, to do złudzenia przypominają piórka, tylko owłosione, stąd nazwa.

17 maja

Serduszka dwa, ta roślina jest zawsze piękna, kiedy kwitnie.

No i przyłapałem amatorów moich lilii. Po deszczowym dniu w ogrodzie nagle pojawiła się spora ilość ślimaków.

Klematis cały zapłakany. Dopiero rozwinął płatki korony, a tu deszczyk majowy zmoczył mu płatki.

Maki całe zapłakane po dzisiejszym deszczowym dniu.

20 maja

Goździki pachnące już zaczynają swoje kwitnienie.

Czosnek ozdobny – piękna kula kwiatostanu.

Peruczka po przekwitniętym zawilcu ogrodowym.

W oczekiwaniu na zdobycz. Pająk kwietnik na margaretce.

23 maja

Pęcherznica kalinolistna „Diabolo” pięknie prezentuje swoje drobne kwiatki.

Żarnowiec miotlasty, szczodrzeniec – „firefly”, ma czarująco piękne kwiaty.

Kozibród wielki już przekwitł i pozostała mu piękna czupryna, jak u mniszka lekarskiego.

Dyblik liniaczek (Siona lineata) – motyl o kanciastych skrzydłach, bardzo płochliwy, lata w dzień, jednak jest motylem nocnym. Nazwę zawdzięcza żyłkom, przecinającym obie pary skrzydeł, które wyglądają niczym czarne linie.

15 czerwca

Ta żółciutka czupryna chętnie odwiedzana jest przez drobne chrząszcze. Chaber wielkogłówkowy (Centaurea macrocephala).

Królowa w promieniach zachodzącego słońca. Ten łososiowy kolor róż najbardziej mi się podoba.

Gailardia oścista, jej piękne kwiaty długo kwitną w ogrodzie.

Tawuła wierzbolistna pięknie prezentuje swoje drobne kwiatki.

Rusałka admirał już bardzo zlatana łapie promyki zachodzącego słońca.

Łabędź niemy – samiec – jezioro „Jeziórko” Szamotuły.

Para łabędzi niemych doczekała się ósemki potomstwa, jednak prawa natury są nieubłagane, dotrwało do dziś tylko czworo piskląt.

17 czerwca

Dzisiaj podczas spaceru napotkałem jedną z najpiękniejszych i największych rusałek Polski, rusałkę żałobnik (Nymphalis antiopa) – ma rozpiętość skrzydeł do 8 centymetrów. Żałobnik nie zawsze był postrzegany pozytywnie. W dawnych wierzeniach motyl ten był uważany za przeklętego, a jego zimowanie w czyimś domu miało oznaczać śmierć któregoś z domowników (może właśnie stąd wzięła się jego nazwa?).

Szczęście mi dzisiaj sprzyjało. Spotkałem wonnicę piżmówkę. Chrząszcz ten ma metaliczno fioletowe barwy, połyskujące w promieniach słońca.
Na zdjęciu wonnica piżmówka (Aromia moschata).

Spróbowałem, jak widać z dobrym skutkiem, nakłonić rusałkę ceik, by odpoczęła na mojej ręce.

Latolistki cytrynki dzisiaj okupowały mój ogrodowy groszek pachnący.

19 czerwca

Gość w moim ogródku na koperku – gąsienica pazia królowej.

W oczekiwaniu na ofiarę – pająk kwietnik zabójcza dama. Potrafi dostosować swoje ubarwienie do koloru kwiatu, na którym aktualnie przebywa. Pająk dysponuje trzema kolorami: białym, żółtym i zielonkawym. Występuje duży dymorfizm płciowy. Samiec tego gatunku jest maleńki (ok. 4mm) koloru czarnego.

Pasikonik z wizytą u nagietka. Jak widać, nie ma jeszcze dobrze rozwiniętych skrzydeł. Te pojawią się dopiero w kolejnym, ostatnim już linieniu. Nim do niego dojdzie, młody osobnik ma jedynie zalążki skrzydeł. Takiego osobnika nazywa się często nimfą.

Ismena jest dla mnie najpiękniejszym kwiatem.

20 czerwca

Paź królowej dzisiaj pięknie prezentował swoją niesamowitą urodę.

Rusałka osetnik – dzielny wędrowiec. Osetniki migrują każdego roku z Afryki Północnej do Europy i odwrotnie, pokonując dystans 14 tysięcy kilometrów. To część ich cyklu życia, w trakcie tej migracji wymienia się wiele pokoleń tego osobnika. Tak więc to jedna z większych zagadek biologicznych, która doczekała się rozwiązania.

Szamotuły, 25.06.2018

Łabędź niemy – jezioro „Jeziórko” Szamotuły.

Łabędzia rodzinka – jezioro „Jeziórko” Szamotuły.

Wiosna 20182025-01-07T12:48:06+01:00

Wspomnienia znad Mormina

Kiedy myślę: Ostroróg, widzę Mormin

Jezioro Mormin było wielką atrakcją miasteczka Ostroroga. Zazdrościli nam go koledzy z Szamotuł, którzy „nad wodę” przyjeżdżać musieli pociągiem albo autobusem. My z Ostroroga mieliśmy to w zasięgu ręki…

Moja przygoda  Morminem zaczęła się w połowie lat 50. XX wieku. Piękne jezioro, z trzech stron otoczone lasem, było miejscem spacerów przez cały rok. Wychodziło się z domu przy ul. Wronieckiej i godzinę później było się nad wodą.

Chociaż  w zimie, kiedy spadł śnieg, trudniej było dojść do jeziora od krzyżówki przy drodze z Szamotuł do Wronek, bo nikt polnej drogi nie odśnieżał. Chyba, że się szło ulicą Pniewską, wtedy dochodziło się nawet w zimie do samego brzegu. Można było nawet pospacerować po lodzie, bo zimy były tęgie.

Wiosną wędrowaliśmy nad Mormin popatrzeć na wodę, pozbierać stokrotki, albo kaczeńce.  Czasem szliśmy ulicą Pniewską, schodziliśmy z szosy i szliśmy wzdłuż strumyka, który łączy Mormin z Jeziorem Wielkim. Dzisiaj nikt się tam nie zapuszcza, bo ścieżki zarosły wysoką trawą.


1959 r. – Irena Kuczyńska z mamą i rodzeństwem, droga nad Mormin od szosy do Wronek.


Ale najbardziej cieszył nas Mormin w lecie. W każdą pogodną niedzielę po obiedzie mama pakowała do dużej torby kanapki i butelki z kompotem i szliśmy nad wodę. Zabierało się koc, na którym rodzice siedzieli, a dzieciaki w zasadzie z wody nie wychodziły. Czasem tata, który bardzo dobrze pływał, sadzał sobie nas na plecy i „przewoził”. Oczywiście, w płytkim miejscu. Uczył też nas pływać.

Kiedy już trochę podrośliśmy, sami z kolegami chodziliśmy nad Mormin. W latach 60. był tam już ratownik – nasz sąsiad Edmund Biedny, który miał do dyspozycji motorówkę, którą jeździł po jeziorze, pilnując ludzi wypływających w głąb jeziora. Pan Edek czasem brał nas na motorówkę na przejażdżkę. Można  było u niego wypożyczyć kajaki, jeśli oczywiście miało się kartę pływacką. A żyjąc nad jeziorem, raczej pływać się umiało.

W latach 60. pobudowano  nad Morminem kiosk zwany „kogucikiem”, gdzie można było kupić jakieś ciastka i oranżadę. Pamiętam ten kiosk, bo robili go pracownicy stolarni Państwowego Ośrodka Maszynowego, której kierownikiem był  mój tata Michał. Przy kiosku było też kilka stolików z metalowymi siodełkami.

Pracując przy budowie kiosku, tata sprawował dyskretną opiekę nad naszą gromadką. Ale tak naprawdę za młodsze rodzeństwo odpowiadałam ja. Nie było to uciążliwe, bo w pierwszej połowie lat 60. jeszcze dużo ludzi na plaży nie było, wszyscy się znali i było bezpiecznie.



Z  biegiem czasu  pobudowano  nad jeziorem toalety, scenę i miejsce do tańca. Nad Morminem odbywały się zabawy taneczne. Potem pojawiły się nad jeziorem domki kempingowe.

Nad Mormin przyjeżdżali pociągiem ludzie z Szamotuł. Wysiadali  na stacji w Dobrojewie. Czasem szli nad jezioro z Ostroroga z dworca. A kiedy wprowadzono autobusy, wysiadali, a wieczorem wsiadali do autobusu, na krzyżówce w pobliżu drogi nad jezioro.

Wieczorem na plaży zostawaliśmy tylko my z Ostroroga, często do zachodu słońca, które pięknie zachodziło za lasem. Potem wracało się ul. Wroniecką do domu. Samochodów było bardzo mało. Można było iść całą szerokością jezdni.

W czasach mojego dzieciństwa las i jezioro sąsiadowały z polem państwa Dymków. Przeważnie rosło tu zboże, ziemia była licha. W tym zbożu się przebieraliśmy, po żniwach stały mendele, za którymi można było się schować. Nie było wtedy schodów do jeziora. Schodziło się po prostu do wody łagodnie „z górki”. Nie było pomostów na jeziorze. Ot, woda, piasek, a potem też boje.



Za Morminem było (i jest) jezioro powstałe po wydobyciu torfu. Można było przejść ścieżką nad to jezioro i sobie je obejść. Kwitły na nim nenufary i lilie wodne. Nad tym jeziorem wypasano krowy, dlatego przejście było wygodne i bezpieczne. Na górce pomiędzy jeziorami rosły poziomki. W końcu czerwca i na początku lipca zajadaliśmy się nimi. Brało się kubek od picia przynoszony z domu i zbierało się poziomki do kubka.

Koledzy z Szamotuł zazdrościli nam tego jeziora. Oni w Szamotułach nic nie mieli. O basenie jeszcze wtedy nikt nie myślał. Z Szamotuł najbliżej było do Ostroroga nad Mormin albo do Pamiątkowa.

Nad jeziorem odbywały się letnie zabawy. Sezon zaczynał się 1 maja. Niektórzy próbowali się już kąpać, ale raczej tańczono przy orkiestrze, pito oranżadę, starsi pewnie pili napoje procentowe, ale ja nie pamiętam tego. Czasem z harcerzami organizowaliśmy tu podchody czy grę terenową. Albo nieobozowe lato, bo było blisko i bezpiecznie.


Początek lat 70. Z archiwum rodzinnego Pawła Łączkowskiego.


Mormin to było miejsce spacerów i randek. Ulicą Wroniecką i ulicą Pniewską ciągnęły w kierunku jeziora rodziny, grupki młodzieży i zakochane pary. Pamiętam jedną noc świętojańską nad jeziorem. Na plaży puszczano wianki z kwiatów na wodę. Do dziś mam w uszach słowa śpiewanej przez uczestników zabawy piosenki: „Wiła wianki i rzucała je do falującej wody, wiła wianki i rzucała je do wody…” A kiedy przymknę oczy, widzę wianki ze świeczkami na wodzie…

Z biegiem czasu poszerzono plażę i miejsce do kąpieli. Na górce, gdzie rosło zboże, powstał plac zabaw, potem lokal gastronomiczny, parking i boisko sportowe. Czasem w lecie słychać od jeziora muzykę. To młodzi się bawią. Wyrosło kolejne pokolenie albo i dwa pokolenia. A ja chowam w sercu obraz jeziora w lesie, w którym w letni dzień tańczą na wodzie promienie słońca, a wieczorem odbijają się gwiazdy. Kiedy myślę Ostroróg – widzę Mormin…

Irena Kuczyńska

Pleszew – Ostroróg – Szamotuły, 23.06.2018 r.

Fragment mapy z 1916 r.

Morminówko – pensjonat i tzw. Letnisko po południowo-zachodniej stronie jeziora Mormin, naprzeciw dzisiejszego kąpieliska. Właściciel – Stanisław Białasik – zaczął je budować jeszcze w czasach pruskich (więcej w artykule http://regionszamotulski.pl/letnisko-morminowek/). Zdjęcia z okresu międzywojennego pokazują, że to tam wypoczywano w tamtym czasie. Pocztówka – ok. 1927 r.

Zdjęcia powyżej – Ostroróg na kartach historii (https://www.facebook.com/HistoriaOstrorog/)

Wiatrak w pobliżu dzisiejszego kąpieliska. Z archiwum Ireneusza Walerjańczyka.

Nad Morminem – rodzina Madalińskich, właścicieli Kluczewa, i jej goście (więcej w artykule http://regionszamotulski.pl/madalinscy-z-kluczewa/). Z albumu Izabeli Madalińskiej, lata 30. XX w.

1938 r., posiłek po biegu oficerów sztabowych. Manewry 7 Wielkopolskiego pułku strzelców konnych. Zdjęcia z albumu Izabeli Madalińskiej.

Z archiwum rodzinnego Jana Kulczaka, lata 30. XX w. Rodzina Kulczaków i Ignasiaków z Szamotuł.

Nad Jez. Mormin, 1933 r. – szamotulski zapaśnik i siłacz Wacław Badurski ze znajomymi. Zdjęcia z albumu Izabelli Kulińskiej z domu Badurskiej

Irena Kuczyńska z domu Leśna

Urodzona w Ostrorogu, absolwentka szamotulskiego liceum (1967).

Emerytowana nauczycielka języka rosyjskiego w pleszewskim liceum, dziennikarka, blogerka (irenakuczynska.pl)

Wspomnienia znad Mormina2025-09-07T11:47:35+02:00

Obrazy Wojciecha Kossaka z Gałowa i Dobrojewa

Gościli na Ziemi Szamotulskiej

Ziemianie i konie. Obrazy Wojciecha Kossaka z Dobrojewa i Gałowa

Jesienią 1926 roku na Ziemi Szamotulskiej przebywał Wojciech Kossak. Był to czas, gdy malarz przeżywał trudności finansowe i razem z synem Jerzym podróżował po dworach w Wielkopolsce i malował obrazy na zamówienie. Niektóre ze stworzonych pośpiesznie w „rodzinnej fabryczce” nie były udane i nie podobały się samemu artyście, jednak z tych, które powstały w Gałowie i Dobrojewie, był bardzo dumny.

21 września 1926 roku „Gazeta Szamotulska” donosiła:



Wojciecha Kossaka Franciszek Kwilecki znał z czasów studiów w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Hrabia nie tylko rozwijał stadninę, założoną jeszcze przez dziadka Leonarda Kwileckiego. W 1927 roku, a więc rok po pobycie w Dobrojewie Kossaka, liczyła ona 333 sztuki zwierząt (127 koni, 113 klaczy i 93 źrebaki), były to konie czystej krwi arabskiej, półorientalnej i angloarabskiej. Franciszek Kwilecki oprócz tego był rzeźbiarzem i wielkim miłośnikiem sztuki w ogóle. Rzeźbę studiował w Krakowie i w Paryżu, jest uważany za twórcę drogi krzyżowej w kościele Ostrorogu (por. obszerne artykuły Michała Dachtery: http://regionszamotulski.pl/franciszek-kwilecki/, http://regionszamotulski.pl/franciszek-kwilecki-rzezbiarz/ oraz http://regionszamotulski.pl/stadnina-w-dobrojewie/).

Swój pobyt w Dobrojewie Kossak opisywał w listach do żony Marii z Kisielnickich. Żalił się, że gospodarz nie był w stanie zapłacić mu w gotówce za namalowany obraz (wyceniony na 12 000 zł), ale równocześnie doceniał pomoc Franciszka Kwileckiego przy pozyskiwaniu kolejnych zamówień. Kossak narzekał też na nudę w Dobrojewie, ale dodawał: „Wspaniała biblioteka – jedyny ratunek. Idę o dziesiątej spać, a o szóstej już wstaję i dlatego takiej nadludzkiej dokonałem pracy”.


Zdjęcie z archiwum Wojciecha Kwileckiego


Namalowany w Dobrojewie obraz nosi tytuł Stadnina  Franciszka Kwileckiego w Dobrojewie pędzona do wody. Oprócz stada koni artysta przedstawił na nim hrabiego Franciszka i jego cztery córki: dwie młode mężatki ‒ Marię Dembińską i Katarzynę Krystynę Dembińską (siostry Kwileckie poślubiły braci Dembińskich) oraz Helenę (później Mańkowską) i Annę (później Kołtunowicz). Obraz ten przetrwał zmienne losy rodziny, dziś wisi w podparyskim domu Jana Dembińskiego, syna najstarszej z córek, Marii, a jego kopia znajduje się w Londynie u Juliusza Dembińskiego (brata Jana).

Wojciech Kossak był bardzo zadowolony ze swojego dzieła: „Obraz dla Dobrojewa i ten dziś skończony portret mogą iść nawet do Royal Academy, naprawdę. Dopiero się zakotłuje w Księstwie, jak je wystawię”. Tym drugim obrazem był „Portret Zofii z Karskich i Michała Mycielskich pośród stada koni w Gałowie”.

Hrabia Michał Mycielski, syn Ludwika i Elżbiety, w Gałowie osiadł na dobre kilka lat wcześniej, po przejściu do rezerwy. Wcześniej brał udział w powstaniu wielkopolskim, ukończył szkołę oficerską w Poznaniu i uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej. W 1922 roku poślubił Zofię z Karskich, w 1926 roku oboje byli już rodzicami dwóch córeczek: Anny Pii i Teresy.


Zdjęcie – Muzeum Narodowe w Warszawie. Źródło: culture.pl


Podobnie jak Franciszek Kwilecki w Dobrojewie, Michał Mycielski prowadził znaną w Polsce stadninę koni angloarabskich, hodował bydło, świnie i owce. W 1930 roku małżeństwo Zofii i Michała Mycielskich dokupiło majątek w Wituchowie koło Kwilcza, tamtejszą stadniną zajęła się hrabina Zofia. Hodowla koni była prawdziwą pasją Zofii Mycielskiej, pisała o niej w czasopiśmie „Jeździec i Hodowca”, mieszkańcy Szamotuł i okolic nieraz widzieli ją jeżdżącą konno.

Michał Mycielski Gałowo opuścił na początku II wojny i więcej do niego nie powrócił. Jako ochotnik zgłosił się z samochodem do wojska, po klęsce wrześniowej przedostał się przez Rumunię do Francji, a potem do Szkocji, gdzie pracował na rzecz I Korpusu Wojska Polskiego. Zofia Mycielska na początku wojny przebywała w Gałowie, dwukrotnie uwięziona i w 1940 roku zmuszona do opuszczenia majątku, najpierw mieszkała z córkami w Kieleckiem, a następnie ‒ do upadku powstania ‒ w Warszawie. Hrabina Zofia, a także jej starsza córka Anna Pia (Hanka), zaangażowały się w działalność Armii Krajowej. W 1946 roku rodzina Mycielskich z Gałowa spotkała się w Szkocji, a po kilku latach przeniosła się do Londynu (więcej na ten temat w artykule http://regionszamotulski.pl/zofia-i-michal-mycielscy-wiara-ojczyzna-i-konie/).

Nie wiadomo, gdzie jest teraz namalowany w październiku 1926 roku przez Wojciecha Kossaka portret Mycielskich. Nie został zniszczony, skradziono go w 1945 roku, może więc jeszcze kiedyś się odnajdzie… Jego wartość artystyczna oceniana była bardzo wysoko, nie tylko przez samego autora. Wymienia się go wśród 25 najcenniejszych dzieł sztuki, które zaginęły w Polsce w czasie II wojny światowej. Warto dodać, że na tej liście są tak znane dzieła jak „Portret młodzieńca” Rafaela, „Zwiastowanie pasterzom ” Rembrandta czy „Ecce Homo” Antona van Dycka.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 17.06.2018 r.

Wojciech Kossak (1856-1942) w 1926 r. Zdjęcie – Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Wojciech Kossak w pracowni, 1926 r. Zdjęcie – Narodowe Archiwum Cyfrowe.

Rodzina Kwileckich na schodach pałacu w Dobrojewie, ok. 1901 r. U dołu Franciszek Kwilecki (1875-1937). Zdjęcie z archiwum rodzinnego Michała Kwileckiego.

Rzeźby Franciszka Kwileckiego. Zdjęcia z archiwum rodzinnego Wojciecha Kwileckiego.

Córki Franciszka Kwileckiego i Jadwigi z Lubomirskich: Maria Leonia (1903-1989) oraz Katarzyna Krystyna (1904-1938) w parku w Dobrojewie.

Zofia z Karskich (1898-1970) i Michał (1894-1972) Mycielscy, 1922 r. „Wiadomości Ziemiańskie” nr 33 (2008).

Zofia z Karskich Mycielska i Michał Mycielski z córką Anną Pią, Źródło: Mycielscy herbu Dołęga. Właściciele Szamotuł i Gałowa, Szamotuły 2013

Michał Mycielski, zdjęcie http://www.muzeum.gostyn.pl

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Od urodzenia związana z Szamotułami. Polonistka (jak mama) i regionalist(k)a (jak tata).

Dr nauk humanistycznych, redaktor i popularyzator nauki. Prezes Stowarzyszenia WOLNA GRUPA TWÓRCZA, wiceprezes Szamotulskiego Stowarzyszenia Charytatywnego POMOC.

Obrazy Wojciecha Kossaka z Gałowa i Dobrojewa2025-08-30T14:16:47+02:00

Kochał Marię, poślubił Izabellę. Jana Działyńskiego małżeństwo z rozsądku

Kochał Marię, poślubił Izabellę. Jana Działyńskiego małżeństwo z rozsądku

Małżeństwo Jana Kantego Działyńskiego i Izabelli z Czartoryskich nie było szczęśliwe. Pobrali się, bo tak zadecydowali rodzice: książę Adam Czartoryski w paryskim Hotelu Lambert i Tytus Działyński ‒ właściciel majątku w podpoznańskim Kórniku.

Gdyby Jan umiał się przeciwstawić despotycznemu ojcu, na pewno nie ożeniłby się z księżniczką Izabellą, która urodziła się i mieszkała w Paryżu. Gdyby poszedł za głosem serca, zawarłby związek małżeński z Marią Mańkowską z Rudek koło Ostroroga (więcej o rodzinie ziemiańskiej i pałacu w Rudkach http://regionszamotulski.pl/mankowscy-i-potworowscy-w-rudkach/ i http://regionszamotulski.pl/palac-w-rudkach/).


Widok na pałac w Rudkach w roku 1911. Zdjęcie ze zbiorów Archiwum Państwowego w Poznaniu.


Spotkał ją w 1854 roku w Winnej Górze w majątku, który dziadek Marii generał Jan Henryk Dąbrowski otrzymał w 1807 roku od Napoleona. Po nim Winną Górę odziedziczył syn Bronisław, który zapisał wieś córce Bogusławie, a ta wyszła za mąż za Teodora Mańkowskiego – ojca Marii. To tam w Źrenicy koło Środy Wielkopolskiej, kiedy Jan kupował majątek od ojca Marii Teodora Mańkowskiego, Amor wypuścił strzałę. Odnotował to biograf Jana Działyńskiego A. Mężyński (Jan Działyński 1829 – 1880), a powołał się na to Andrzej Kwilecki w książce Z Kwilcza rodem.

„Z kupnem Źrenicy wiąże się jedno z najboleśniejszych przeżyć Jana. […] Przy tej okazji prawdopodobnie poznał Marię. […] Między młodymi nawiązała się nić uczucia. Państwo Mańkowscy zaczęli bywać w pałacu Działyńskich w Poznaniu”.

Dalej czytamy, że „żeńska część rodziny Działyńskich oceniała pannę Mańkowską bardzo życzliwie, ale Tytus Działyński był zapatrzony w mitrę książęcą Czartoryskich i takie małżeństwo syna mogło mu nie odpowiadać”. Sprzeciwił się więc zdecydowanie i … znajomość została raptownie przerwana.

W zamyśle właściciela Kórnika, małżeństwo jedynego syna Jana, powinno połączyć dwie fortuny: Działyńskich i przyszłej małżonki, a takiej fortuny nie mogli zapewnić swojej córce Mańkowscy. Fakt, że dziadkiem Marii był twórca Legionów Polskich, nie miała dla Działyńskiego żadnego znaczenia.


Izabella z Czartoryskich (1830-1899) w roku ślubu z Janem Działyńskim – 1857. Maria z Mańkowskich Kwilecka (1837-1924) w 1963 r.


Jan porzucił więc zamiar małżeństwa z panną Marią Mańkowską. W 1857 roku ożenił się z wychowaną w środowisku paryskiego Hotelu Lambert, jedyną córką księcia Adama Czartoryskiego, zwanego „niekoronowanym królem Polski”. Tytus Działyński kupił jedynemu synowi przed ślubem Gołuchów.

W tym samym roku Maria Mańkowska wyszła za mąż za Mieczysława Kwileckiego z Oporowa koło Ostroroga, właściciela wielkiego majątku, jednego z najwybitniejszych Wielkopolan II połowy XIX wieku i początku XX wieku, prezesa Rady Nadzorczej Hotelu Bazar w Poznaniu przez 30 lat (por. tekst http://regionszamotulski.pl/mieczyslaw-kwilecki-z-oporowa/).

Ale rana w sercu Marii pozostała na długo. Po latach opowiadała o swojej niespełnionej młodzieńczej miłości córce Marii zwanej „Mimisią”. A ta wspomnienie spisała.

„Mama kochała się w Działyńskim, a on podobno w niej. Z Kórnika do Winnogóry konno dojeżdżał, a to kawał drogi. Czytali Słowackiego, Beniowskiego, Nieboską, psalmy. Do końca była wielka przyjaźń Mamy z jego siostrami ‒ panią Anną Potocką z Rymanowa, generałową Zamoyską i panną Cecylią” – pisze w swoich pamiętnikach „Mimisia”, czyli Maria z Kwileckich Żółtowska. Rękopisy przechowywane są w bibliotece kórnickiej – podkreśla Andrzej Kwilecki w książce Z Kwilcza rodem.

Dwa lata po ślubie Maria Kwilecka spotkała Jana Działyńskiego na balu, który organizowali Działyńscy w pałacu przy poznańskim Starym Rynku. Była tam ze swoim mężem Mieczysławem Kwileckim.

Córka Maria opisała to tak: „Gdy wychodziła z Papą, pan domu (Jan Działyński – dop. IK) chciał ich zatrzymać dłużej. Ale Mama odpowiedziała, że nie może, bo syn – pierworodny Hektor – czeka w domu na posiłek. Pan Działyński ręce rozłożył i rzekł: force majeure (siła wyższa).  Miał też łezkę z oka zetrzeć. Sam dzieci nie miał. Był ostatnim z rodu”.


Pałac w Oporowie, ok. 1910-1912 r.


Po dwóch latach, kiedy pałac w Oporowie był gotowy, Kwileccy z Poznania wyjechali na wieś. Przyjeżdżali czasem do miasta, nocowali w Bazarze, bywali na spektaklach w Teatrze Polskim, którego budowę sponsorowali, ale Jan i Maria raczej się już nigdy nie spotkali. Żyli w dwóch różnych światach.

Maria realizowała się jako żona, matka, pani domu otwartego na świat. Kwileccy gościli w swoim Oporowie wybitne osobistości, m.in. Ignacego Jana Paderewskiego, który zatrzymał się u nich w 1890 roku na 3 dni.

Małżeństwo Marii z Mieczysławem trwało ponad 50 lat. Wychowali sześcioro dzieci. Maria doczekała wolnej Polski. Odeszła w 1924 roku. Przeżyła Jana o 34 lata, a męża o 6 lat. Spoczęli w rodzinnym grobowcu w Kwilczu.

Zamek w Gołuchowie po przebudowie, którą przeprowadziła Izabella z Czartoryskich. Zdjęcie ze strony poznanskiefyrtle.pl


Izabella i Jan Działyńscy wspierali się. Kiedy jemu za udział w powstaniu styczniowym skonfiskowano majątek w Gołuchowie, ona go wykupiła. Po powrocie z obowiązkowej emigracji Jan zajmował się też odziedziczonym po rodzicach majątkiem w Kórniku. Zaangażował się także w tworzenie Banku Włościańskiego w Poznaniu. Zmarł w 1880 roku w Kórniku. Spoczął w podziemiach kórnickiego kościoła obok swoich rodziców. W testamencie przekazał dobra kórnickie i pałac w Poznaniu swojemu siostrzeńcowi Władysławowi Zamoyskiemu. Żonie zabezpieczył coś na kształt dożywotniej renty ze swojego majątku.

Izabela z czasem pokochała Gołuchów. W latach 1875-1885 przeprowadziła gruntowną odbudowę połączoną z remontem. Pierwowzorem realizacji architektonicznej stały się dla niej słynne zamki królewskie nad Loarą. Wokół Zamku, w którego przebudowę emocjonalnie się angażowała,  powstał wielohektarowy park, który zaprojektował znakomity ogrodnik Stanisław Kubaszewski. W 1893 roku utworzyła Ordynację Książąt Czartoryskich w Gołuchowie i wszystko zapisała swojej rodzinie. Pierwszym ordynatem był bratanek Adam Ludwik Czartoryski.

Przeżyła swojego męża o 19 lat. Odeszła w Mentonie we Francji, ale „wróciła do Gołuchowa”. Została pochowana w kaplicy – mauzoleum, zbudowanej na terenie parku. Nawet po śmierci nie chcieli być razem.

Irena Kuczyńska

współpraca Michał Dachtera

Szamotuły, 13.06.2018

Jan Kanty Działyński (1829-1880) na portrecie Leona Kaplińskiego, 1864

Jan Kanty Działyński, ok. 1875

Izabella Czartoryska, portret nieznanego malarza, 1855 r.

Izabella z Czartoryskich Działyńska, lata 60. XIX w.

Maria z Mańkowskich Kwilecka na portrecie wykonanym w roku ślubu z Mieczysławem Kwileckim – 1857. Autor A.Schad

Maria z Mańkowskich Kwilecka, ok. 1863 r.

Jan Kanty Działyński, grafika z 1880 r., autor – Aleksander Regulski

Maria i Mieczysław Kwilecki w 50. rocznicę ślubu (1907)

Izabella z Czartoryskich Działyńska pod koniec życia w Gołuchowie

Irena Kuczyńska z domu Leśna

Urodzona w Ostrorogu, absolwentka szamotulskiego liceum (1967).

Emerytowana nauczycielka języka rosyjskiego w pleszewskim liceum, dziennikarka, blogerka (irenakuczynska.pl).

Kochał Marię, poślubił Izabellę. Jana Działyńskiego małżeństwo z rozsądku2025-09-04T22:13:30+02:00

Ewa Krygier, Studia w czasach stalinowskich

Szkoło! Szkoło! Gdy cię wspominam…

„Mówi pani tak, jakby się pani nie podobało”, czyli studia na poznańskiej polonistyce

To zdjęcie zrobione przed maturą widniało w moim indeksie

Przed Collegium Minus (pomnik Adama Mickiewicza stanie tam dopiero w 1960 r.). Z koleżanką z dawnej klasy Bożeną Tokarzówną.

Od wielu lat mówi się po prostu: akademik „Hanka”. Wówczas patron był jasny: Hanka Sawicka – działaczka komunistyczna

Kiedy rozpoczynałam studia, od niedawna stał gmach widoczny w tle tego zdjęcia, za Zamkiem Cesarskim – Dom Partii. Ulica od 1945 r. nosiła nazwę Czerwonej Armii.

Mogliśmy obserwować budowę słynnego poznańskiego Okrąglaka – 1953 r.

W czasie studiów moją najbliższą przyjaciółką była Teresa (wszyscy mówili: Terka) Kaczmarek, po mężu Płóciennik. Poznałyśmy się w pierwszym dniu studiów w kolejce pod dziekanatem.

Razem z Terką uczymy się do egzaminu w ogrodzie na Grudzieńcu.

1952 r. – obóz studencki na wschodzie Polski w okolicach Włodawy. Przed południem zbieraliśmy zboże, a po południu graliśmy w piłkę i tańczyliśmy w świetlicy.

Na obozie studenckim myjemy się w potoku.

Kolonia w Ślesinie – 1954 r.

W latach studenckich w Szamotułach. W parku Sobieskiego z Krysią Braniewiczówną i Zenkiem Pohlem.

Już w roli nauczycielki – 1956 r.



Inne wspomnienia tej samej Autorki:

Tęsknota za tornistrem, czyli wojenna edukacja (http://regionszamotulski.pl/domowa-edukacja-w-czasie-wojny/)

Za wcześnie, kwiatku, z wcześnie…, czyli moja nauka w szamotulskich szkołach (1945-1951) (http://regionszamotulski.pl/w-szamotulskich-szkolach-1945-51/)

„Przyszliśmy wyzwolić was od panów”. Wspomnienia wojenne (1939-1940) (http://regionszamotulski.pl/przyszlismy-wyzwolic-was-od-panow/)

Powstanie warszawskie widziane oczami dziecka (http://regionszamotulski.pl/powstanie-warszawskie-oczami-dziecka/)

Lata 1951-1955 to okres moich studiów na filologii polskiej Uniwersytetu Poznańskiego. Ówcześni studenci mieli za sobą różne, często tragiczne przeżycia. Jedni zdążyli zdobyć świadectwa maturalne w miarę normalny sposób (najpierw nauka w domu czy na tajnych kursach, potem szkoła: jedna klasa zaliczana przez rok lub tzw. klasy przyśpieszone, czyli dwie klasy w jednym roku), inni przychodzili na „rok zerowy” na wyższej uczelni, zaliczali wówczas w roku kilka klas i zdawali maturę.

Studenci przybywający z odległych miejscowości znajdowali schronienie w domu akademickim Hanka Sawicka przy ówczesnej al. Stalingradzkiej: pokoje kilkuosobowe, z piętrowymi łóżkami, jedna łazienka na piętrze, osobne schody do części żeńskiej i męskiej! Dużo osób codziennie dojeżdżało, niewielu stać było na wynajęcie stancji.

Zajęcia na moim wydziale odbywały się w różnych budynkach, w rozmaitych godzinach, od poniedziałku do soboty włącznie. Ja przeważnie wyjeżdżałam z Szamotuł około 6.30, czasem wracałam dopiero o 23.30. Pamiętam, że przez kilka tygodni rano, gdy stałam na korytarzu w zatłoczonym wagonie, robiło mi się słabo. Poszłam do lekarza akademickiego, ten nawet mnie nie zbadał, tylko oświadczył, że nie może mi zagwarantować miejsca siedzącego. Żeby oszczędzić, na cały dzień zabierałam z domu kanapki, czasem wpadaliśmy do baru mlecznego przy ul. Matejki na jakąś cienką mleczną zupkę. Wymyśliliśmy wtedy hasło reklamowe: Mleko to zdrowie, które zawdzięczasz krowie.


Napis w przedziale kolejowym głosił: Nie pluć. Nie zanieczyszczać wagonu. Z lewej kolega z Szamotuł Henryk Fabiś.


Z powodu wielogodzinnych nieraz przerw w zajęciach dużo czasu spędzałam w bibliotekach, najpierw głównie czytałam niezwykle liczne lektury, w ostatnich latach zbierałam materiały do pracy magisterskiej z językoznawstwa. Ogromnym wzięciem cieszyły się notatki robione na zajęciach przez pilniejszych studentów. Było to często jedyne źródło wiedzy, brakowało opracowań i literatury przedmiotu. Studiujący dwa lata niżej (dwukrotnie odrzucony ze względu na „złe pochodzenie”) mój przyszły mąż często te notatki pożyczał ode mnie, przepisywała mu siostra jego matki. Lubił wytykać mi ewentualne pomyłki i błędy, a ja wtedy miałam ochotę zrobić mu jakąś krzywdę!

Kiedy rozpoczynałam studia w 1951 roku, szkoły wszystkich szczebli zaczęły podlegać szczególnie ostrej indoktrynacji. I znów miałam szczęście, gdyż na Uniwersytecie Poznańskim zmiany następowały stosunkowo powoli. Chodziłam na wykłady i ćwiczenia prowadzone przez wybitnych profesorów literaturoznawców i językoznawców, np. Romana Pollaka, Zygmunta Szweykowskiego, Władysława Kuraszkiewicza czy Stanisława Urbańczyka, filozofa Tadeusza Szczurkiewicza. U nich zdawałam egzaminy.

Egzaminy w tamtych czasach wyglądały zupełnie inaczej niż dziś. Nigdy nie rozwiązywałam żadnych bardziej czy mniej otwartych testów. Profesorowie egzaminowali nas głównie ustnie ‒ na uczelni lub czasem we własnych domach. Jeden taki egzamin z pozytywizmu zdawałam u profesora Zygmunta Szweykowskiego, zapamiętałam śpiewające w pokoju kanarki. Mój mąż pytany był przez jedną z egzaminatorek w jej mieszkaniu, ta leżała w łóżku chora i od czasu do czasu prosiła czekających studentów o zamieszanie zupy w kuchni. Profesor Roman Pollak zapraszał do swojego gabinetu na uczelni po kilka osób według alfabetu. Po odpowiedzi jednej osoby prosił następnych o uzupełnienia. Zdająca ze mną koleżanka obraziła się na nas, a szczególnie na mnie, bo byłam kolejna w alfabecie, że się w ogóle odzywamy. Po egzaminie powiedziała mi, że jestem dość mądra, chociaż na taką nie wyglądam! Egzamin z języka francuskiego u mgr. Gniadka polegał na rozmowie na temat wskazanej przez niego powieści francuskiej. Każdy czytał najpierw polskie tłumaczenie, a potem tekst oryginalny. Przez cały egzamin nie można było odezwać się po polsku: od „bon jour”, po „au revoir”. Pisemne prace zaliczeniowe, w gruncie rzeczy takie trochę mądrzejsze wypracowania domowe, poprawiali na ogół asystenci.


Tak w latach moich dojazdów na studia wyglądał dworzec Poznań Główny


Opiekunką mojej grupy była młodziutka mgr Monika Gruchmanowa, poświęcała nam wiele czasu, organizowała wypady do kina, spotykała się z nami w domach studentów-poznaniaków. Była bardzo pogodna i życzliwa. Pomogła nam zintegrować się, co było o tyle trudne, że byliśmy dość mocno zróżnicowani wiekowo (od rocznika 1928 do 1934), ciągnęły się za nami różne wojenne przeżycia, byli wśród nas Wielkopolanie i przybysze z dawnych wschodnich terenów Polski. Później z ogromną satysfakcją śledziłam piękną karierę naukową prof. dr hab. Moniki Gruchmanowej.

Na moim roku prowadził też zajęcia z języka starocerkiewnego Zygmunt Zagórski, który ‒ gdy byłam na pierwszym roku ‒ obronił pracę magisterską. Bardzo się go baliśmy. Początkowo byłam przerażona, bo moi koledzy z łatwością czytali pisane cyrylicą teksty. Wynikało to z tego, że ogromna większość uczyła się w szkole średniej języka rosyjskiego, a w szamotulskim liceum były jeszcze klasy łacińsko-francuskie. Musiałam więc uczyć się wszystkiego od początku. Byłam tak przejęta egzaminem, że kiedy wracałam do domu, w Baborówku zorientowałam się, że w myślach powtarzam deklinacje i koniugacje. Gdy po wielu latach spotkałam pana prof. dra hab. Zygmunta Zagórskiego, był już starszym, szarmanckim panem i zupełnie nie przypominał tamtego zadziornego, groźnego młodzieńca.


Z kolegami z mojej grupy: Adamowiczem, Terką Kaczmarek i Januszem Kiełbasiewiczem.


Na studiach zetknęłam się też z przedmiotami, które wspominam bardzo źle, były to przede wszystkim marksizm-leninizm i literatura radziecka. Pani docent, specjalistka od literatury radzieckiej, prowadziła swoje zajęcia wieczorem, studenci nieraz wykręcali bezpieczniki, wtedy ona zapalała świeczkę i monotonnym głosem przytaczała jakieś „mądrości” z radzieckich opracowań. Najgorsze jednak było to, że do egzaminu trzeba było przeczytać kilkadziesiąt „cegieł”, czasem kilkutomowych. Ponieważ byłam fatalistką i zakładałam, że jeżeli trzeba znać treść 100 książek, a ja przeczytałam 99, to na pewno będę pytana o tę setną, jako jedna z nielicznych na roku, na wszelki wypadek, przeczytałam wszystkie. Bardziej zaradna była grupa kolegów, którzy powołali do życia „Klub dziadka Szczupaka” (od nazwiska bohatera Zaoranego ugoru Szołochowa), podzielili między siebie lektury, zbierali się w jednej z sal Collegium Philosophicum przy ul. Matejki, zamykali na klucz i opowiadali sobie ich treść.

Egzamin zdawałam razem z kilkoma „szczupakowcami”. Odpowiadali z szalonym ideologicznym zaangażowaniem, pani docent była zachwycona i nawet nie zauważała (albo nie chciała zauważyć), jak liczne błędy rzeczowe popełniali, trudno przecież zapamiętać szczegóły tekstów, które zna się z opowiadania. Wszystkim „miłośnikom” literatury radzieckiej wystawiła oceny bardzo dobre. Zawahała się dopiero przy mnie. Stwierdziła, że doskonale znam teksty, ale „mówię tak, jakby mi się nie podobały”. Ostatecznie jednak też dostałam piątkę. Na przykładzie pani docent przekonałam się ( nie pierwszy i nie ostatni raz), że nic nie jest czarno-białe. W późniejszych latach dawna wykładowczyni literatury radzieckiej mocno i szczerze zaangażowała się w działalność tworzącej się na uczelni „Solidarności”.

Gdy byłam na pierwszym roku, pojawił się w gronie wykładowców młody doktor, którego z powodu wyjątkowej chudości nazwaliśmy „św. Aleksym”. Myśleliśmy, że to ktoś przysłany z zewnątrz przez partię. Profesor Pollak na zajęciach, jak to miał we zwyczaju, spytał, co ciekawego przeczytał jeden ze studentów, a ten wymienił publikację „św. Aleksego”. Wtedy Pollak z lekką ironią stwierdził, że mógł przeczytać coś ciekawszego. Może tekst napisany był w duchu socjalistycznym, może to osoba autora budziła jakieś podejrzenia? Jak się jednak okazało, młody naukowiec stał się później wybitnym literaturoznawcą.

Na moim roku studiowało wielu ciekawych ludzi, którzy potem odcisnęli piętno na polskiej literaturze i kulturze, na przykład wybitni literaturoznawcy Janina Abramowska i Edward Pieścikowski, dziennikarze telewizyjni i prasowi, twórcy teatralni, na przykład Kazimierz Młynarz, Ryszard Podlewski i Ewa Najwer.


Tak w tamtych latach wyglądały budynki uniwersyteckie przy pl. Mickiewicza


Ciekawe były zebrania, w których uczestniczyli studenci naszego roku. Przy stole prezydialnym siedział aktyw ZMP ‒ Związku Młodzieży Polskiej. Na jednym z takich spotkań odbywał się „sąd” nad studentem, który miał ciotkę w Anglii i z nią korespondował. Padały oskarżenia o „zdradę narodową”, on się bronił, że to po prostu jego bliska krewna. Chyba skończyło się na naganie i jego obietnicy, że zakończy tę „podejrzaną korespondencję”.

Pamiętam też inne, tym razem zabawne, spotkanie mojego rocznika. Z oskarżeniem pod adresem kolegi Weroniczaka wystąpił jego współlokator kolega Czarnecki. Zaczął od poruszającego obrazu poetyckiego: „Koledzy, nie chciałbym być traktowany jak warchlak, który ryje w kartoflisku cudzych uczuć, ale… ” i zaczął wyliczać podboje Weroniczaka, który łamie serca nieprzeliczonym rzeszom naiwnych dziewcząt. Oskarżony siedział ze spuszczoną głową, a uczestnicy zebrania w głos się śmiali. Potem okazało się, że obaj zaaranżowali tę scenkę, bo oskarżony chciał zdobyć jeszcze większe zainteresowanie wśród kobiet.

Wryła mi się też w pamięć scena w auli Collegium Minus: zwołano nas, by uczcić pamięć zmarłego poprzedniego dnia Stalina. Wszyscy stoją poważni, spoglądam w lewo i widzę zalaną łzami twarz kolegi, którego nie podejrzewałam (choćby z racji jego pochodzenia) o miłość do Stalina. Ludzkie reakcje są nieprzewidywalne.



W czasie wakacji pracowałam zawsze przez miesiąc na koloniach jako wychowawczyni. W Annogórze koło Obrzycka opiekowałam się grupą około dziesięciu dziewczynek. Codziennie rano musiałam zapleść dwadzieścia warkoczy, bo moje podopieczne uważały, że robię to najlepiej. Gdy była burza, wszystkie chciały zmieścić się na moich kolanach, a w czasie wędrówek po lesie trzymać mnie chociaż za jeden palec. Na koloniach w Ślesinie opiekowałam się grupą starszych dziewcząt, z którymi dużo grałam w siatkówkę. Zarobione pieniądze przeznaczałam na zakup butów. Zimowe obuwie robiło się wtedy na zamówienie, ja często korzystałam z usług szamotulskiego szewca Grygiera, jego buty były wygodne, miękkie i ciepłe. Jego syn jest teściem Łukasza Fabiańskiego, chluby szamotulskiej szkółki piłkarskiej.

I tak w naturalny sposób przechodzę do mojej sportowej pasji, w tym wypadku siatkówki. W czasie studiów grywałam w szamotulskiej drużynie „Ogniwo”, trenowanej przez Burdajewicza. Spotykałyśmy się głównie w niedziele, bo w ciągu tygodnia nie wszystkie miały czas. W jednym roku wystąpiłyśmy w mistrzostwach Polski drużyn tej federacji. Wygrałyśmy ćwierćfinał w jakiejś wsi (jeden set składał się w całości z moich serwów, nie obronionych przez zawodniczki drużyny przeciwnej), potem półfinał w Sopocie i dotarłyśmy do finału w Łodzi. Tam już poległyśmy, ale twierdzono, że z meczu na mecz gramy coraz lepiej. Grałam też w reprezentacji uniwersytetu. Kiedy podjęłam pracę w szamotulskim liceum, razem ze mną przyszło kilkoro młodych nauczycieli. Pamiętam nasze zacięte mecze z reprezentacją uczennic i uczniów oraz nauczycieli innych szkół. Często wygrywaliśmy. Marian Wawrzyniak, mój rówieśnik, był wtedy nauczycielem wf-u, uwielbianym przez siatkarki trenerem. Chętnie widział mnie na treningach, bo dziewczyny bały się moich serwów.

I tak nadszedł czerwiec 1955 roku, obroniłam pracę z językoznawstwa przed profesorami Władysławem Kuraszkiewiczem i Stanisławem Urbańczykiem. Początkowo wydawało się, że zostanę na uczelni, ale było jedno miejsce wolne i dostała je córka profesora z innego wydziału, a ja stanęłam przed komisją, która wydawała nakazy pracy. Wtedy każdy absolwent kierowany był do konkretnej szkoły. Większość jednak starała się potem znaleźć coś innego. Ja dostałam nakaz do liceum w Kłodawie, ale nigdy tej miejscowości nie zobaczyłam na oczy. Okazało się, że dyrektor Stefan Pawela nie zgłosił w kuratorium, że ma dwa wolne etaty. Dzięki temu Elwira Dobkowiczowa i ja znalazłyśmy się w szamotulskim liceum. Po prostu wróciłam, jak to się mówi, na „stare śmieci”. Moi dawni nauczyciele stali się moimi kolegami. Ale to już zupełnie inna historia. Te czasy opisują i będą opisywać moi wychowankowie i wychowanki  ‒ wielu robi to świetnie!

Ewa Budzyńska-Krygier

Szamotuły, 11.06.2018

Ewa Krygier z domu Budzyńska – w Szamotułach miała spędzić kilka tygodni 1945 roku, tragedia rodzinna zdecydowała, że została tu na całe życie. Żałuje, że nie została nauczycielką matematyki, bo wtedy miałaby więcej czasu na czytanie książek.

Ponad 40 lat uczyła języka polskiego w szamotulskim Liceum Ogólnokształcącym.

Ewa Krygier, Studia w czasach stalinowskich2025-01-03T21:17:39+01:00

Pałac w Dobrojewie

Wielkopolskie Puławy w Dobrojewie

Ludwik Puget, wybitny rzeźbiarz, mąż Julii Kwileckiej (córki Mieczysława Kwileckiego z Oporowa), nazwał kiedyś Dobrojewo wielkopolskimi Puławami. Dziś piękno zespołu pałacowego w Dobrojewie możemy podziwiać wyłącznie na dawnych pocztówkach i fotografiach.

Ok. 1910 r.

Ok. 1929 r.

Z przekazów rodzinnych wiem, że w czasie wojny, a dokładnie 12 kwietnia 1940 roku, pałac w Dobrojewie się spalił. Następnie w latach 1941-1942 został rozebrany. W okresie PRL-u majątek przejął PGR, a obecnie stanowi własność Skarbu Państwa. Do dziś zachowały się dwie oficyny pałacowe, brama wjazdowa i studnia, niestety, ich stan pozostawia wiele do życzenia. W dawnym park dworskim można znaleźć nieliczne pamiątki dawnej świetności. W jeszcze gorszym stanie są budynki w dawnej części folwarcznej – kuźnia i stodoła z kamienia polnego, nieco lepiej wygląda spichlerz i gorzelnia.

W tym tekście chciałbym opisać zespół dworski w Dobrojewie w czasach jego świetności. Kilka dni temu udało mi się kupić na licytacji książkę, której od dawna poszukiwałem Architektura pałacowa drugiej połowy XVIII wieku w Wielkopolsce (1969), autorstwa Zofii Ostrowskiej-Kębłowskiej. To jedna z nielicznych książek, w której opisano pałac w Dobrojewie.

Historia Kwileckich w Dobrojewie rozpoczyna się w 1737 roku, kiedy Łukasz Kwilecki nabył od Marianny, córki Jerzego Sapiehy Ostroroszczyznę, zwaną później Dobrojewszczyzną. Po zakupie Kwilecki miał powiedzieć: „Lubo wszyscy powiadają, żem tanio kupił te dobra, ale ja wiele włożywszy na reperacyją tej majętności i szacował jej wartość na trzykroć sto tysięcy”.


Dobrojewo, ok. 1901 r. Rodzina Kwileckich na schodach pałacu


Łukasz Kwilecki zmarł w 1745 roku, natomiast w 1759 roku jego synowie dokonali podziału majątku: Franciszek otrzymał klucz Wróblewo, Jan siedzibę rodową – Kwilcz, natomiast najmłodszy Adam Klemens, urodzony w 1742 roku, dostał Ostroróg wraz z przyległościami. Adam za siedzibę obrał sobie Dobrojewo, gdzie w latach 90. XVIII wieku wzniósł pałac. Tablica fundacyjna na pałacu głosiła:

„Za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego, Adam z Kwilcza na Ostrorogu Kwilecki kasztelan P.: Ord. Św. Anny, Św. Stanisława, kawaler, sobie y Potomkom dom ten wystawił 1784” (Leonard Durczykiewicz, Dwory polskie w Wielkiem Księstwie Poznańskiem, Poznań 1912).

O samym budynku pałacowym wiemy niewiele. Zofia Ostrowska-Kębłowska napisała:

„[…] Trudno określić dziś dawną siedzibę Kwileckich w Dobrojewie, wzniesioną zapewne także przez miejscowych budowniczych w latach 1784-1786. Zachowane do dziś założenie o skali pałacowej nosiło jeszcze cechy barokowej symetrii i osiowości. Obszerny dziedziniec otoczony ogrodzeniem z bramą ozdobioną armaturami, budynki oficyn, regularny ogród typu francuskiego (założony w latach 1784-1787) – nawiązują do jakże dalekiej, ale ciągle żywej tradycji Wersalu.

Natomiast główny budynek mieszkalny był czymś pomiędzy dworem a pałacem […] „Dom ten”, jak go nazwał fundator [przypuszczalnie Adam Kwilecki], był to dość obszerny budynek parterowy, lecz wysoko podpiwniczony i zaopatrzony w piętrową wystawkę. Pałacowy charakter nadawały mu nie tylko armatury zdobiące ryzality od frontu, lecz przede wszystkim układ i dekoracje wnętrz. Wnętrze te z sienią i „salą” na osi były wszystkie nadzwyczaj starannie (w latach 1786-1788) ozdobione malowidłami, wybite tkaninami w „Arabesko” i tapetami wykonanymi na zamówienie w Berlinie.

Dwór w Dobrojewie, jeszcze nie ukończony we wnętrzach, został – zapewne pod wpływem zaczętego właśnie pałacu w Siernikach – zmodernizowany. Od strony ogrodu dobudowano doń w roku 1787 wielkiego porządku portyk kolumnowy, który całkowicie zmienił sylwetkę budowli, nadając jej znacznie bardziej monumentalny charakter. Wydaje się, że w tej nowej postaci siedziba zamożnego i wpływowego Adama Kwileckiego odegrała później dużą rolę, w rozpowszechnieniu się takich właśnie dworów z kolosalnymi portykami, aż do początku XIX wieku.”


Pałac w Dobrojewie, widok od strony ogrodu, ok. 1910 r.


Krótką wzmiankę o dobrojewskim pałacu znajdujemy również w książce „Marianna i Róże. Życie codzienne w Wielkopolsce w latach 1890-1914 z tradycji rodzinnej” autorstwa Janiny Fedorowicz i Joanny Konopińskiej:

„Jest to nie ziemiański, lecz magnacki dwór z wielkim gustem i nakładem pieniężnym urządzony. Stoi pośród ogrodu urządzonego w sposób nie tak bardzo mi się podobający, bo na francuską modłę. […] Muszę jednak przyznać, że szerokie aleje ze starych, równo ciętych lip, barwne dywanowe kwietniki, a przede wszystkim doskonale utrzymane pokryte świeżą zielenią trawniki tworzą piękną całość. Nocowałyśmy w wytwornych pokojach gościnnych. Z rana uczestniczki wycieczki były na nabożeństwie w romańskiej kaplicy pałacowej. Niska, sklepiona kaplica z kolorowymi szybami bogato jest wystrojona w liczne obrazy, w różnorodne hafty artystyczne. […] W gościnnym domu pani Kwileckiej obejrzałyśmy nowocześnie urządzoną kuchnię, spiżarnię, kurniki oraz ochronkę dla dzieci wiejskich i dobrze zaopatrzoną w różne medykamenty aptekę”.


Droga do pałacu i park – ok. 1910-1915


Wiele ciekawych wzmianek o pałacu w Dobrojewie zamieściła również Janina z Puttkamerów Żółtowska w swoich zapiskach wydanych jako Dziennik. Fragmenty wielkopolskie 1919-1933.

Oto cytaty: „Od kapliczki z włoską madonną ukazało mi się Dobrojewo, w całej swojej wspaniałości. Do samego pałacu prowadzi długa i wąska aleja obramowana strzyżonym szpalerem, za którym rosną rzędy smętnych i trochę wysychających świerków. Bramę zdobią trofea, na dziedzińcu nie ma klombów, tylko samego ganku ciągnie się gracowany piasek, a boczne trawniki po rogach ujęte są w kamienne obwódki, od bramy wzdłuż płotu rosną krzaczaste i kuliste kasztany. Oficyny po obu stronach pałacu są asymetryczne, ale obie mają dużo stylu. Tym razem Dobrojewo wydało mi się najpiękniejszą rezydencją w Księstwie”.

„Ze wszystkich siedzib Księstwa Dobrojewo należy do okazalszych. Posiada szeroki wjazd, dwie stylowe oficyny, ogród cięty na wzór francuski. Dziedziniec nie wysuwa się na pierwszy plan. Artystyczny gust Frania ślad swój zostawia na każdym kroku. W urządzeniach domu nie znać nigdzie oszczędności, ale przeciwnie pewną szerokość, zastosowaną do okazałych postaci właścicieli”.

„Kaplica jest urządzona w Dobrojewie w suterenach i ma wskutek tego zaciszny charakter krypty. […] Światło panowało w kaplicy dziwne, bo u sufitu paliły się dwie lampy elektryczne, a witraże przepuszczały zaćmione blaski”.

„Zeszliśmy się w salonie niebieskim o nietkniętej dekoracji z XVIII w.”; „Myśmy z Jadzią [przyp. red. Jadwiga Kwilecka] przeniosły się do jej salonu, gdzie wiszą hafty japońskie i na białej półce stoi kolekcja porcelany”. „Zaraz zaprowadzono nas do niebieskiego salonu na podwieczorek, po którym wyszłam na taras od strony ogrodu i zachwycałam się prześliczną symetrią ciągnącego się w dół ogrodu. Jadzia mówiła, że wieczorami wygląda on na dekorację teatralną. Francuskie ogrody są stworzone dla kraju tak płaskiego i mało urozmaiconego jak poznański. Drzewa rosną tu źle, angielskie parki potrzebują przestrzeni i pięknych widoków, a strzyżone aleje i szpalery wnoszą na płaszczyźnie harmonię swoich sztucznych rysunków”.

„Stanęliśmy na samym końcu ogrodu, a przed nami, w perspektywie na wzniesieniach ukazał się pałac. Otaczała nas dekoracja mogąca służyć jako tło obraz Norblina”.

Krótką wzmiankę na temat pałacu znajdujemy jeszcze w „Kronice Rodzinnej” z 1 stycznia 1899 roku: „Zajechałyśmy wieczorem: dwór piękny, magnacki, z gustem i komfortem urządzony, a ze starannością utrzymywany; dokoła wspaniały ogród francuski o szerokich alejach ze starych lip, równo ciętych, barwne dywanowe kwietniki – jednym słowem: «piękne ramy». […] Nazajutrz z rana Msza św. w ślicznej romańskiej kaplicy pałacu; niskiej, głęboko sklepionej, z szybami kolorowymi u okien, bogato a stylowo, pędzlem i haftem przystrojonej. W tej kapliczce czuło się, jakoby się było w jakichś katakumbach: uroczyście i tajemniczo”.

Niestety, to wszystko, co udało mi się znaleźć w literaturze na temat pałacu w Dobrojewie. Na tym, oczywiście, nie poprzestaję ‒ może gdzieś w niemieckich archiwach leżą jeszcze jakieś dokumenty, a może nawet projekty pałacu w Dobrojewie.


Spichlerz. Źródło: Geografia gospodarcza Polski Zachodniej, t. 1, 1929


Na koniec jeszcze słów kilka o pozostałych budynkach zespołu pałacowo-folwarcznego w Dobrojewie. Równocześnie z pałacem dla kasztelana Adama Kwileckiego wzniesiono dwie oficyny:

  • północna ‒ piętrowa, murowana i otynkowana, siedmioosiowa. Dach pokryty dachówką, czterospadowy. Przy wejściu dwie kolumny wspierające balkon. Na dachu ozdobne okno z kamiennymi wazonami po bokach,
  • południowa ‒ parterowa, murowana i otynkowana, siedmioosiowa. Dach pokryty dachówką, czterospadowy. Nad wejściem balkon i lukarna, po obuj jej stronach kamienne wazony.

Z kolei w pierwszej i drugiej połowie XIX wieku powstały budynki gospodarcze:

  • spichlerz – późnoklasycystyczny, murowany z cegły i otynkowany. Trzykondygnacyjny, zbudowany na planie prostokąta, z przejazdem na osi środkowej. Dach dwuspadowy, kryty dachówką, z naczółkami i dymnikami w dwóch kondygnacjach,
  • kuźnia – murowana z cegły, parterowa , obecnie częściowo rozebrana,
  • stodoła ‒ zbudowana z kamienia polnego, obecnie częściowo rozebrana,
  • oraz piętrowa gorzelnia z kamienia polnego.

Do folwarku prowadzą dwie bramy: południowa, zbudowana w latach 1784-1786, granicząca z ogrodzeniem dziedzińca oraz północna, zbudowana wraz ze stróżówką na początku XIX wieku. Zabudowania pałacowe i folwarczne uzupełniał park krajobrazowy o powierzchni 8 ha, założony w końcu XVIII wieku. W parku zachowały się nieliczne elementy zdobnicze.

Michał Dachtera

Widokówka wysłana z Dobrojewa w 1904 r.

Przed pałacem w Dobrojewie ok. 1903 r. – Jadwiga i Franciszek Kwileccy oraz Jadwiga z synem Janem

Fragment zespołu pałacowego, ok. 1920 r.

Fasada pałacu od strony ogrodu, lata 30. XX w.

Brama wjazdowa i fronton pałacu, 1928

Widok z pałacu na bramę i drogę dojazdową



Grupa rumuńskich dziennikarzy przed pałacem w Dobrojewie i odjazd grupy – ok. 1929 r.




Dożynki w Dobrojewie, 1930-1935. Hrabia Jan Kwilecki przyjmuje poczet włościan.

Prawdopodobnie okres niemieckiej okupacji – po spaleniu dachu pałacu, okres rozbiórki

Oficyna północna, około 1970 r.


Zdjęcia archiwalne ze zbiorów Wojciecha Kwileckiego, Michała Kwileckiego, Pawła Przewoźnego, Mariana Rena, Narodowego Archiwum Cyfrowego, Biblioteki Narodowej Polona oraz ze strony  autora – Ostroróg na kartach historii  https://www.facebook.com/HistoriaOstrorog/


Bibliografia:

  1. Zofia Ostrowska-Kębłowska, Architektura pałacowa drugiej połowy XVIII wieku w Wielkopolsce, Poznańskie Towarzystwo Przyjaciół Nauki, Poznań 1969.
  2. Andrzej Kwilecki, Kwilcz i inne majątki Kwileckich na przestrzeni wieków, Wydawnictwo WBP, Poznań 1996.
  3. Teresa Ruszczyńska, Katalog zabytków sztuki w Polsce, t. V, z. 23 Powiat szamotulski, Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk, Warszawa 1966.
  4. Paweł Mordal, Inwentaryzacja krajoznawcza Miasta i Gminy Ostroróg, Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze i Urząd Miasta i Gminy Ostroróg, Ostroróg 1990.
  5. Janina z Puttkamerów Żółtowska, Dziennik. Fragmenty wielkopolskie 1919-1933, Wydawnictwo WBPiCAK, Poznań 2006.
  6. Leonard Durczykiewicz, Dwory polskie w Wielkiem Księstwie Poznańskiem, Poznań 1912.
  7. Joanna Konopińska, Janina Fedorowicz, Marianna i Róże. Życie codzienne w Wielkopolsce w latach 1890-1914 z tradycji rodzinnej, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2016.
  8. Andrzej Kwilecki, Ziemiaństwo wielkopolskie w kręgu arystokracji, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2004.
  9. „Kronika Rodzinna” 1899, nr 1.

Inne artykuły dotyczące historii Dobrojewa, właścicieli majątku i ich działalności:


Wygląd obecny (2018 r.) – zdjęcia Michał Dachtera

Szamotuły, 06.06.2018

Michał Dachtera

Mieszka w Szamotułach, ale jego serce zostało w Ostrorogu i okolicach.

Pasjonat historii, poszukiwacz archiwalnych zdjęć. Na Facebooku prowadzi profil Ostroróg na kartach historii.

Pałac w Dobrojewie2025-08-31T00:34:16+02:00

Quiz – historia Szamotuł


Quiz miesiąca

CZY ZNASZ HISTORIĘ SZAMOTUŁ?

Zapraszamy do rozwiązania kolejnego naszego quizu. Były już quizy poświęcone szamotulskim mostom, nazwom ulic, wnętrzu bazyliki kolegiackiej, 10 miejscom regionu oraz gwarze. Dziś pora na dzieje miasta. 


Quiz – historia Szamotuł

 


Powodzenia!

Zdjęcia – Jan Kulczak, lata 60. XX w.


Quiz – historia Szamotuł2018-06-05T14:10:06+02:00
Go to Top