About Agnieszka Krygier-Łączkowska

Autor nie uzupełnił żadnych szczegółów
So far Agnieszka Krygier-Łączkowska has created 368 blog entries.

Kościół św. Jakuba w Ostrorogu

Światła i ognie nocne, czyli o kościele św. Jakuba w Ostrorogu

Kult św. Jakuba Apostoła w Ostrorogu trwa już od kilku wieków, a wielkim jego orędownikiem był żyjący w XVII wieku ks. Piotr Rossigroch – proboszcz ostroroski, dziekan lwówecki, syn Jana Rossigrocha, burmistrza Ostroroga. Piotr Rossigroch napisał dwie książki na temat kościoła, który niegdyś znajdował się na wzgórzu cmentarnym w Ostrorogu (wtedy w Piaskowie). To dzięki tym książkom poznajemy historię kościółka i cudów, jakie miały się zdarzać za wstawiennictwem św. Jakuba.

Stanisław Maćkowiak pisał w „Gazecie Szamotulskiej w 1934 roku:

„Dziś, gdy bezbarwna mgła przeszłości spowija jedynie pamięć o tym kościółku, gdy tylko legenda prostego ludu ożywia niemy pagórek piaskowski, na którym niegdyś za przemożną przyczyną Wielkiego Apostoła działy się cuda, gdy minęły już bezpowrotnie te chwile, kiedy Piaskowo oblegały mnogie rzesze pątników, szukających u stóp «cudotwórczego» św. Jakóba pomocy – ośmielajmy się zbliżyć poprzez świętość i cudowność do zapomnianego kościółka i rzucić o nim na papier kilka słów w nadziei, że zdołamy zbliżyć do Czytelników te czasy, kiedy przyczyna św. Jakóba była dla mieszkańców ziemi szamotulskiej «u Majestatu Boskiego ważna i skuteczna»” („Gazeta Szamotulska”, 29 maja 1934).

Zanim jednak przejdziemy do ks. Rossigrocha, kilka zdań historycznego wprowadzenia. Pierwsza wzmianka o kościele na Piaskowie pochodzi z 1396 roku, mowa jest wtedy o plebanie Mikołaju, który pełnił funkcje kapłana w tamtejszym kościele co najmniej w latach 1396-1405 r. Kolejnymi księżmi, których znamy ze źródeł, byli Jan (na pewno w 1410) i Tomasz (co najmniej 1420-1424). Parafia na Piaskowie przestała istnieć w 1432 roku, wtedy to kościół włączono wraz z uposażeniem (m.in. polami uprawnymi) do parafii w Ostrorogu.


Ryciny z wizerunkiem św. Jakuba z książek ks. P. Rossigrocha (1674 i 1676). Prawdopodobnie św. Jakub patrzy na Ostroróg z dzisiejszego wzgórza cmentarnego, czyli miejsca kościoła w Piaskowie

Okładka książki ks. Piotra Rossigrocha (1676 r.)

Pieśń o św Jakubie  – książka ks. Piotra Rossigrocha (1676)

Jak pisał ks. Rossigroch, kościół na Piaskowie według opowieści miejscowych miał zostać wybudowany przez pewnego mansjonarza (kapłana niższego rangą, który w zamian za utrzymanie był zobowiązany pozostawać na miejscu i pełnić pewne obowiązki , np. odprawiać msze, z łac. maneo ‘zostaję’) z kolegium mansjonarzy w Ostrorogu. Podczas wielkiego głodu pewna kobieta z Rudek postanowiła utopić swego syna w „wodzie pod górą Piaskową”, ów syn chwycił się jej jednak tak mocno za szyję, że kobietę ruszyło sumienie i oddała go do kolegium mansjonarzy w Ostrorogu. Gdy został kapłanem, na pamiątkę ocalenia postawił kościół. Tyle legenda, jak jednak było naprawdę, dziś po 600 latach trudno powiedzieć.

Zdaniem Rossigrocha pierwszy kościół na Piaskowie miał zostać zniszczony przez innowierców z zamku w Ostrorogu, można więc przypuszczać, że nastąpiło to w 2 poł. XVI wieku (Bracia Czescy stacjonowali w Ostrorogu od 1553 roku). Jak głosi legenda, „heretykom” z zamku nie udało się jednak zniszczyć całego kościoła, został fragment muru, którego nie potrafili w żaden sposób rozebrać. Natomiast z budulca pozyskanego z rozebranej części kościoła podobno powstała kamieniczka przy zamku, w której według legendy nikt jednak nie chciał zamieszkać.

W 1644 roku, czyli 8 lat po odzyskaniu kościoła w Ostrorogu przez katolików, ks. Walenty Wronicz zaczął myśleć, jak odbudować zniszczony kościół. Skłoniły go do tego żarliwe modlitwy mieszkańców, które widział na wzgórzu Piaskowskim, będącym również miejscem pochówku. Udał się do burmistrza Ostroroga Jana Rossigrocha o pomoc. Burmistrz nakazał pospólstwu odkopanie murów po poprzednim kościele, które zasypane były niemal na dwa łokcie. Jak mówił ksiądz Wronicz, ludzie przystąpili do pracy z wielkim zapałem, tak że odkryto fundamenty małego chóru o wymiarach dwanaście na dziesięć łokci i dużego chóru o wymiarach piętnaście na dwadzieścia łokci. Bardzo duży udział w odbudowie kościoła miał również dziedzic Ostroroga Wojciech Szlichtnik, z wyznania kalwin, który podarował drzewo sosnowe z lasu w Chojnie oraz przekazał cegłę z opustoszałej kamieniczki przy zamku w Ostrorogu, w której nikt nie chciał mieszkać. Ksiądz Wronicz ukończył budowę kościoła w 1644 roku około święta św. Michała Archanioła. Kościół podobnie jak poprzedni nosił wezwanie św. Jakuba Apostoła. Wewnątrz kościoła powstały trzy ołtarze.

Kapliczka z wizerunkiem św. Jakuba Apostoła – upamiętniająca kościółek na Piaskowie, któremu patronował, i gdzie znajdował się obraz uważany za cudowny. Zdjęcia Andrzej Bednarski

Rossigroch pisał, że ledwo kościół odbudowano, a już na tym miejscu za sprawą św. Jakuba zaczęły dziać się cuda. Ksiądz rozpoczął starania, aby miejsce to uznać za cudowne. Zgłosił sprawę do ówczesnego biskupa poznańskiego, księdza Stefana Wierzbowskiego. Biskup najpierw wezwał do siebie księdza Wronicza, który opowiedział o budowie kościoła. Następnie biskup powołał komisję, w skład której wchodzili: ks. kanonik Stefan Moręski – doktor teologii, prepozyt kościoła św. Marii Magdaleny w Poznaniu, ks. Jan Morawski – profesor Zgromadzenia Jezusowego w Kolegium Poznańskim oraz ks. Jan Kazimierz Steczewicz – doktor praw i teologii, dziekan i prepozyt zbąszyński. W celu zbadania autentyczności cudów w Piaskowie komisja trzykrotnie gościła w Ostrorogu: 16 marca, 17 czerwca oraz 23 września 1672 roku. W związku z cudami, jakie miały dziać się w kościółku św. Jakuba, komisja przesłuchała pod przysięgą ponad 20 osób.

Wśród relacji świadków mamy między innymi zeznania burmistrza Ostroroga Szymona Szostka, który 16 marca 1672 roku tak mówił:

„Mają ludzie zawsze wielki afekt do tego miejsca świętego i słyszałem od starszych moich, że w wszelkich potrzebach, tak w chorobach swoich jako i bydlęcych, udawali się z dawna i tam ofiarowane i uzdrowione około kościoła obwodzili. Ale i sam doznawałem (łask), gdym chore bydełko moje i bardzo niebezpieczne na tóż miejsce ofiarował z intencją do św. Jakóba, prosząc o pociechę; lubo nieraz, jednak całe w prędkim czasie, do siebie przychodziło i żadnej szkody w niem nie uznałem; które dobrodziejstwo, ilem razy uciekał się do przyczyny św. Jakóba, zawszem otrzymywał, mając to w zwyczaju zawsze, iż niżelim bydełko wygnał w pole, tamem wprzód około kościoła opędził; które dobrodziejstwo zawszem przyczytał przyczynie św. Jakóba. Nawet gdy córeczka moja dziesięcioletnia, imieniem Jadwiga, na gorączkę wielką i nagłą zachorowała przed trzema laty, a najemnik robotnik przyszedł do izby znagła i zawołał głosem, przelęknioną też córeczkę moją kaduk cichy porwał, który ją trzymał od słońca zajścia aż po południu nazajutrz; na którą my patrząc frasobliwi, rodzicielka moja rzekła mi: «Ofiarujmy ją do św. Jakóba na Piaskowo». Co zaledwieśmy wymówili, zaraz w te tropy, tegoż momentu, kaduk ją opuścił i zaraz rzekła córeczka: «Pani Matko, dajcie mi obrazek Najświętszej Panny, pójdę z nim do św. Jakóba». Odpowiedzieliśmy: «Pójdziesz, Jadwisiu, i obrazek z parą postawnie zaniesiesz, że cię P. Bóg pocieszył». I potem w kilka dni poszliśmy z nią i Mszę św. zakupili i parę postawnie z tym obrazkiem pergaminowym oddali na znak dobrodziejstwa, otrzymanego za przyczyną św. Jakóba”.


Fragment mapy z 1808 r.


Pozostałymi świadkami byli m.in. Malcher Mikuła, Wojciech Mizera, Jan Murkowicz, Adam Rataya, Szostek, Jakub Chudzik, Adam Gozdecki, Jan Zagrodnik, Tomasz Litowski, Zofia Bobolecka, Tomasz Borski, Grzegorz Ględaya, Andrzej z Głuchowa i Franciszek Czekałka. Cześć z nich opowiadała o uzdrowieniach, inni o tym, jak za wstawiennictwem św. Jakuba zostali uratowani od strasznego pożaru, który wybuchł w Ostrorogu. Oto przykłady: „Cudownie mię P. Bóg zachował przez przyczynę św. Jakóba podczas pożaru wielkiego, kiedy cały prawie Ostroróg zgorzał w sobotę czwartą po Wielkiej Nocy, bom mu się cale w tem niebezpieczeństwie ofiarował. Postrzegły bowiem, że się już większa połowa miasta spaliła, a ogień pod wiatr szedł i zbliżał się ku domowi memu, jam z tego postrachu poszedł do sadku i padłszy krzyżem, zawołałem do P. Boga do św. Jakóba, wejrzawszy na jego kościół, aby mię i innych bronił, bo już trudno było od ludzi spodziewać się pomocy w takim ogniu. I takem z łaski Bożej wolny od ognia tego został, lubo się tak blisko chlew sąsiedzki i domek spalił, że i na chlewie moim już się snopki zajmowały zaraz przy domu, którem ja z Czekałkiem, wołając na św. Jakóba, snadno zrzucił i bez wody (o którą trudno było); snadnośmy ogień ugasili, i tak domu mojego P. Bóg i w tej połaci ośm domów obronił”.

Komisja przekazała wyniki swoich badań na ręce biskupa Wierzbowskiego, który z kolei w liście z dnia 24 marca 1674 roku, adresowanym do księdza Stefana Moręskiego, polecił ogłosić Piaskowo miejscem cudownym, co nastąpiło 27 kwietnia tego samego roku. W czasie uroczystości, po modlitwie do Ducha św., padły z ambony słowa, ogłaszające wszystkim po wszystkie czasy, że spełniły się marzenia mieszkańców, bo ten mały kościółek stał się miejscem cudownym za sprawą św. Jakuba. Na koniec zagrzmiało potężne Te Deum (Ciebie Boga wysławiamy).


Fragment mapy z 1821 r.


Książka Rossigrocha wspomina również o światłach, które widzieli mieszkańcy Ostroroga i okolicznych wsi, np. Wojciech Bural, kmieć ze wsi Kluczewo: „Widziałem ognie jakoby trzy pary świec szło od jeziora z tej strony kościoła: i szło po cmentarzu i weszło do kościoła i tam się w kościele z godzinę świeciło; bośmy powoli, troje nas przypatrując się jechali: byłem ja i Grzegorz Ruchay i żona jego. I patrzeliśmy na to wszystko troje. Działo to się w dzień św. Andrzeja Apostoła z półtorej godziny w noc wieczora, gdyśmy z Ostroroga do domu jechali. A była tak ciemna noc, iż nie tylko miesiąca, ale i żadnej gwiazdy nie było widać, ledwie drogę i palec przed sobą widać było”. I druga relacja – Marcina Rataya z Zapustu: „Jadąc z młyna Obrzycka, będąc trzeźwy, bom tego dnia piwa nie pił, widziałem w kościółku św. Jakóba na Paskowie światło wielkie i drzwi otwarte, przez które się to światło wydawało; i przeżegnałem się, a nie wziął mnie strach żaden. Było to o północy przed Bożem Narodzeniem. Noc była ciemna. Księżyc nie świecił, lubo gwiazdy widać było. Tenże świadek przed rokiem, także przed Bożem Narodzeniem, jadąc z Ostroroga do domu godziny ze dwie w noc: widziałem przez okna kościółka św. Jakóba ogień i światła jasne, a noc bardzo ciemna była, bo deszcz padał, i powróciłem (mówi) umyślnie do Pilarza, abym im o tem świetle powiedział. Wyszedł Jakób Rzepka i Anna, siostra jego, i widzieliśmy to światło, stojąc za miastem chwilę, a jam po tem do domu, przeżegnawszy się, odjechał”.

Jeszcze więcej elementów legendy tkwi w opowieści o „sierpie do ręki przyrosłym”. Ksiądz Wronicz twierdził, że znalazł go w trakcie odkopywania murów. „Dziewka robotna z Wierzchocina, mila od Ostroroga (jakom słyszał) żęła zboże na polu w dzień św. Marji Magdaleny. Czyli na ukaranie, czyli też na wsławienie św. Jakóba Apostoła, sierp przyrósł jej do ręki prawej tak mocno, że w zamku ostroroskim zostający heretycy, nie wierząc temu, przywołali dziewkę i sierp od ręki odłączyć usiołow. [taki zapis]; żadną jednak miarą oderwać go nie mogli. Stał jeszcze natenczas kościółek na tem Piastowie zmurowany i kapłan katolickiej wiary miał pilne o nim zawiadowanie. W tak cudownem skaraniu utrapiona żynarka zostawszy, na dzień św. Jakóba wielką wiarą ufając, że miała być pocieszona, ofiarowała się na to miejsce, na którym gdy w święto pomienionego Apostoła św. Przenajświętsza ofiara odprawowała się, podczas podniesienia Sakramentu Przenajświętszego ona też rękę podniosła, a wtem sierp jej od ręki odpadł”.


Obraz św. Jakuba – dawniej w kościele na Piaskach, obecnie w ołtarzu głównym kościoła Wniebowzięcia NMP w Ostrorogu. Ołtarz główny. Zdjęcia Andrzej Bednarski


W 1676 roku ksiądz Rossigroch napisał Pieśń o św. Jakubie, którą jeszcze kilka lat temu można było usłyszeć w trakcie uroczystości odpustowych kościele w Ostrorogu.

Poza informacjami zawartymi w książkach ks. Piotra Rossigrocha o kościele w Piaskowie nie mamy zbyt wielu innych informacji. W 1677 roku przy kościele utworzono prebendę, czyli stworzono fundusz na utrzymanie miejsca kultu i osoby lub osób duchownych. W 1725 roku ksiądz Libowicz w dokumencie z wizytacji pisał, że stojąca na piaszczystym wzgórzu świątynia stanowi filię kościoła w Ostrorogu (wcześniej była to osobna parafia). Można znaleźć tam też informacje, że prezbiterium kościoła jest murowane, ale ma sufit z desek, natomiast ściany nawy są drewniane, spróchniałe i przegniłe. Wnętrze miało charakter „dość ozdobny”, w kościele stały trzy ołtarze.

W dokumentach  mowa jest o jeszcze jednej odbudowie kościoła, która miała mieć miejsce w 1750 roku i dokonała się dzięki Barbarze Kwileckiej. Kościół z uwagi na zły stan techniczny prawdopodobnie został rozebrany w 1818 roku, chociaż na mapie z 1821 roku był jeszcze zaznaczony. Obraz św. Jakuba został natomiast przeniesiony do kościoła w Ostrorogu, gdzie znajduje się po dziś dzień. Na miejscu dawnego kościoła stoi od 1878 roku figura św. Jakuba, poświęcona przez księdza Józefa Zenktelera (proboszcz w latach 1872-1900) w odpust św. Jakuba, 25 lipca.

Michał Dachtera

Szamotuły, 06.08.2018 r.


1.07.1878 r. – informacja prasowa o odsłonięciu figury św. Jakuba

Źródło św. Jakuba. Zdjęcie Andrzej Bednarski

Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Ostrorogu

Ołtarz główny z obrazem św. Jakuba

Ostroróg na pocztówce z początku XX w. Zbiory Biblioteki Głównej UAM w Poznaniu

Kościół Wniebowzięcia NMP w Ostrorogu. Pocztówka z 1934 r. Własność Irena Kuczyńska

Kościół Wniebowzięcia NMP w Ostrorogu. Zdjęcie Andrzej Bednarski

Literatura:

  1. Piotr Rossigroch, Światła y ognie nocne różnych czasów widziane w kościele y około kościoła s. Jakuba Apostoła na Piaskowie przy Ostrorogu, dobrodzieystwa także y łaski Boskie otrzymane, o sierpie przytym do ręki przyrosłym, który na tymże mieyscu przy mszy swiętey odpadł, poprzysiężone na commissiach zeznania na większą chwałę Panu Bogu y wielkiemu apostołowi Chrystusowemu Jakubowi świętemu rozsławiać dozwolone, Poznań, 1674.
  2. Piotr Rossigroch, Summarjiusza powtórnych łask y dobrodziejstw Boskich po cudownym św. Jakuba mieyscu, w Wielkiey Polscze przy Ostrorogu deklarowanym. Także Pieśń o S. Jakubie przez W. X. Piotrra Rossigroach Dziekana Lwoweckiego Proboszcza Ostrorog złożona, Poznań 1676.
  3. Edmund Callier, Ostroróg. Monografia w głównych zarysach, Poznań 1891.
  4. Józef Nowacki, Dzieje Archidiecezji Poznańskiej: Archidiecezja Poznańska w graniach historycznych i jej ustrój, tom 2, Poznań 1964.
  5. Paweł Mordal, Inwentaryzacja krajoznawcza Miasta i Gminy Ostroróg, Ostroróg 1990.
  6. Józef Łukaszewicz, Krótki opis historyczny kościołów parochialnych, kościółków, kaplic, klasztorów, szkółek parochialnych, szpitali i innych zakładów dobroczynnych w dawnej dyecezyi poznańskiej, tom 2, 1859.
  7. Karol Estreicher, Bibliografia Polska, t. 25, Kraków 1915.
  8. „Gazeta Szamotulska” 1932 nr 83,
  9. Stanisław Maćkowiak, Światła i ognie nocne. Rzecz o kościele św. Jakuba pod Ostrorogiem, „Gazeta Szamotulska” 1934 nr 62-68.
  10. Anton Freudenreich, Wielkopolska południowa – 1821 – atlas, część 2, 1821.
  11. „Orędownik” 1878 nr 81.

Michał Dachtera

Mieszka w Szamotułach, ale jego serce zostało w Ostrorogu i okolicach.

Miłośnik historii, poszukiwacz archiwalnych zdjęć. Na Facebooku prowadzi profil Ostroróg na kartach historii.

Kościół św. Jakuba w Ostrorogu2025-09-01T16:57:18+02:00

Aktualności – sierpień 2018

Jarmark jak w międzywojniu

W niedzielę 26 lipca w parku Zamkowym w Szamotułach odbyły się w sumie trzy imprezy, składające się jednak na pewną całość: 3. Jarmark Szamotulski, wraz z podsumowaniem 8. pleneru „Wielki powrót rzeźb” (organizator SzOK), oraz 5. Rękodzielnik Szamotulski (Stowarzyszenie Lepsze Szamotuły). Impreza cieszyła się dużym zainteresowaniem, nie tylko mieszkańców Szamotuł.

Jarmark to żywe muzeum. W czasie jego trwania można obejrzeć przedmioty codziennego użytku i narzędzia, którymi posługiwali się nasi dziadkowie i pradziadkowie. Jest okazja uczestniczenia w warsztatach i pokazach dawnych zawodów, obejrzenia spektaklu dla dzieci i pokazu kuglarzy, wysłuchania koncertu oraz gry kataryniarza. Są dawne gry i pokazy zwierząt, a na tegorocznym jarmarku pojawiła się także żywa rzeźba „Dawny fotograf”, czyli duet artystów z Ukrainy, którzy wykonywali i drukowali dla widzów prawdziwe zdjęcia z ich udziałem. Chętni mogli, oczywiście, kupić tradycyjne wyroby spożywcze lub wyroby rękodzieła. Widzowie oglądali i fotografowali powstałe w czasie pleneru rzeźby, które już dziś rano zostały przewiezione do okolicznych wsi, gdzie znajdą swoje stałe miejsce.

Zdjęcia Marta Szymankiewicz




Szamotulskie plenery rzeźbiarstwa ludowego



Widoczna na zdjęciach rzeźba, wykonana podczas jednego z plenerów zorganizowanych w Szamotułach w 2. połowie lat 70., w parku Zamkowym stała najdłużej. Rozpadła się rok temu i nie dało się już jej naprawić. Dwa największe plenery odbyły się w tamtych czasach w 1976 i w 1977 r. Do Szamotuł przyjechało wielu twórców ludowych z różnych części Polski, np. cenieni rzeźbiarze Józef Oleksy z Rabki czy Antoni Bolek z Załęża k. Jasła. Był też – oczywiście – szamotulanin Henryk Hagel: w 1976 r. w parku stanęła jego rzeźba Babcia, a rok później  Dziadek (w niektórych domach, nie tylko w Szamotułach, z pewnością są takie Babcie niewielkich rozmiarów lub inne rzeźby tego twórcy).

Rzeźby, które po plenerach ustawiono w dwóch rzędach w parku w Szamotułach, określano wówczas jako monumentalne. Trzeba pamiętać, że twórcy posługiwali się tylko dłutem i siekierą, a pilarz mógł im pomóc przy jakimś początkowym cięciu. Pojedyncze rzeźby pojawiły się w Szamotułach także w następnych latach. My pamiętamy te, które w tamtych czasach stały na Rynku (skwerek przy ubikacjach miejskich) i przy poczcie (skwerek gdzie łączą się Dworcowa i Ratuszowa).

Przypominamy, że w Szamotułach trwa właśnie 8. plener z cyklu „Wielki powrót rzeźb”, organizowanego przez Szamotulski Ośrodek Kultury od 2011 r. Do soboty można oglądać pracę twórców, a ich gotowe dzieła będą zaprezentowane 26 sierpnia w czasie „Jarmarku szamotulskiego” (w godz. 14.00-18.00). Zapraszamy – to bardzo ciekawe imprezy dla całych rodzin!

Zdjęcia Andrzej Bednarski.


Zapraszamy do obejrzenia relacji z 1. dnia pleneru (21.08.2018 r.. Jej autorem jest Ryszard Kurczewski (szamotulok.pl)



Most, który do nikogo nie należy

Widoczny na zdjęciach most kolejowy na Warcie łączy Brączewo, leżące w  powiecie szamotulskim, ze Stobnicą, należącą już do powiatu obornickiego. Powstał w 1910 r., ma długość ponad 240 m i cechuje go rzadka w zachodniej części Polski konstrukcja blachownicowo-kratownicowa, zachowana mimo dwukrotnego niszczenia mostu w czasie II wojny. Przez most przebiegała linia kolejowa nr 381, relacji Oborniki Wlkp. – Wronki, ruch pasażerski przestał na niej funkcjonować w 1991 roku, a towarowy – w 2000. Od tego czasu most niszczeje, a okoliczni mieszkańcy z narażeniem życia przechodzą po nim na drugą stronę rzeki.

Obecnie powstaje ścieżka rowerowa od Obornik do Stobnicy. Byłoby świetnie, gdyby przedłużyć ją i – przez most – poprowadzić do Obrzycka. I tu powstaje problem, inny nawet niż finanse. Nie wiadomo bowiem, do kogo most należy. PKP twierdzi, że przekazało go Skarbowi Państwa, jednak nikt tej własności nie przejął. Kilka tygodni powstała Inicjatywa Stobnica-Brączewo, która wystosowała petycję do władz o przejęcie tego obiektu, jego rewitalizację i poprowadzenie tamtędy ścieżki pieszo-rowerowej. Popieramy tę akcję i zachęcamy do podpisywania petycji: https://www.petycjeonline.com/mostwstobnicy.

Zdjęcia Andrzej Bednarski.




Wojna polsko-bolszewicka a liczenie podatków

Marcelego Sławski dojrzałe życie spędził w Szamotułach, tu do dziś mieszka część jego potomków. Historia, którą chcemy pokazać, wiąże się jednak z czasem, kiedy mieszkał w Wielichowie (powiat grodziski). W Wielichowie prowadził on drogerię i był członkiem zarządu miejscowego Banku Ludowego. Dla tamtej części Wielkopolski Marceli Sławski stał się bardzo ważną postacią w czasie powstania wielkopolskiego. W 1920 roku w Wielichowie został kierownikiem miejskiej „kasy kameraryjnej i oszczędnościˮ. W sierpniu 1920 r. – w trudnej sytuacji, w jakiej znalazła się wtedy Polska – Marceli Sławski (ojciec sześciorga dzieci) chce znów iść walczyć w obronie niepodległości. 11 sierpnia napisał do swoich przełożonych: „Na zebraniu Towarzystwa „Sokół” w dniu 10.08 przy apelu do wstępowania do Armii Ochotniczej zgłosiłem się, aby podać się władzy wojskowej do dyspozycji. O ile szanowna Rada Miejska raczyła mnie na czas trwania wojny z mych obowiązków rendanta zwolnić, natenczas wstąpię w szeregi naszej Armii, aby zagrożoną Ojczyznę razem z drugimi bronić”. Opinia burmistrza Wielichowa w tej sprawie była jednak negatywna: „[…] Nie mogę ja na to zezwolić, aby p. Sławski opuścił dotychczas zajmowane stanowisko, a tem więcej w obecnych czasach, gdzie jest pożyczka do subskryptowania i kasy nasze jedna jak i druga w swoich zestawieniach się opóźniają. Dalej któż ma załatwić te wielkie prace podatkowe?”. Nie wiemy, czy taka postawa burmistrza i radnych zniechęciła Marcelego Sławskiego do pracy w Wielichowie. Z zachowanych dokumentów wynika, że na początku 1921 roku przeniósł się do Szamotuł, gdzie objął stanowisko „rendantaˮ Powiatowej Kasy Komunalnej i Powiatowej Kasy Oszczędności, od 1923 roku był jej dyrektorem. W Szamotułach mieszkał do 2. wojny, lokalna prasa nazywała go „znanym obywatelem”. Jako działacz patriotyczny i dawny powstaniec został aresztowany przez Niemców i trafił do obozu koncentracyjnego w Dachau, gdzie zmarł 26.10.1940 r. w wieku 60 lat.

Zdjęcia i dokumenty z archiwum rodzinnego – Kamil Słomiński (prawnuk).




Bohater w hołdzie bohaterom

Bitwa warszawska (13-15.08.1920 r.) była najważniejszym starciem w wojnie polsko-bolszewickiej. Zadecydowała o zachowaniu przez Polskę niepodległości, uznawana jest za 18. przełomową bitwę w historii świata, ponieważ zatrzymała rozprzestrzenianie bolszewizmu w całej Europie. Gen. Józef  Haller, widoczny na zdjęciu pod szamotulskim pomnikiem Powstańca, kierował organizacją Armii Ochotniczej – zrywu Polaków w obliczu utraty dopiero co odzyskanej niepodległości. W czasie bitwy warszawskiej dowodził Frontem Północnym, wchodził w skład Rady Obrony Państwa. 7.06.1931 r. gen. Haller przybył do Szamotuł na poświęcenie sztandaru koła Związku Hallerczyków (koło powstało w 1920 r.).

Tych, którzy nie czytali jeszcze artykułu o szamotulskim pomniku Powstańca, a właściwie 3 pomnikach stojących w tym samym miejscu, zapraszamy do lektury http://regionszamotulski.pl/pomnik-powstania-wielkopolskiego/

Zdjęcie z archiwum Barbary Piekarzewskiej (zakład fotograficzny Alojzego Mocka i rodziny Piekarzewskich).




Dawne szamotulskie targowisko

Lata 60. XX w. – targ w Szamotułach, ul. Braci Czeskich. Plac targowy, częściowo, powstał na miejscu synagogi, zburzonej przez Niemców w październiku 1939 r. Na niepublikowanym dotąd zdjęciu widać też nieistniejące już dziś domy przy ul. Braci Czeskich (do 1956 r. ulica nosiła nazwę Szerokiej, a jeszcze wcześniej Żydowskiej). Zdjęcie otrzymaliśmy wraz z bardzo miłym mailem od jego autora – Michała Sitowskiego, absolwenta szamotulskiego liceum, syna zasłużonego szamotulskiego lekarza. Wykonane zostało z okna domu przy Garncarskiej, gdzie wówczas mieszkała rodzina Sitowskich i wyróżnione w szkolnym konkursie fotograficznym.

Polecamy opublikowane w ostatnim czasie na naszym portalu artykuły dotyczące szamotulskiego handlu w latach 70. i 80.:  http://regionszamotulski.pl/szamotulskie-sklepy-w-prl-u/  i  http://regionszamotulski.pl/szamotulskie-sklepy-w-prl-u-2/ .




Zanim zniknie na zawsze. Meblarnia w Szamotułach

Klip dedykujemy pracownikom szamotulskiej meblarni – wszystkim tym, którzy w ciągu prawie stu lat istnienia firmy swój talent, czas i siły poświęcali na stworzenie mebli, które stawały się częścią domów w różnych państwach świata, także naszych domów. Dziękujemy!

Klip: zdjęcia z pleneru Klubu i Sekcji Fotograficznej SzOK (opiekun Tomasz Koryl), 2011 r. Naszym pomysłem było połączenie zdjęć z muzyką z płyty Robaka (Jarka Bogackiego) – ten dynamiczny utwór skojarzył nam się z dźwiękami, które można było usłyszeć, gdy przechodziło się koło hali produkcyjnej meblarni. Montaż Aleksandra Koryl.



1 sierpnia – rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego

W Powstaniu Warszawskim wzięli także udział mieszkańcy Ziemi Szamotulskiej. Na naszym portalu zamieściliśmy kilka miesięcy temu artykuł poświęcony szamotulaninowi Leonowi Michalskiemu (http://regionszamotulski.pl/leon-michalski/) – uczestnikowi Powstania. Dziś przypominamy postać ks. Henryka Szklarka.



Wielu szamotulan z pewnością pamięta ks. Henryka Szklarka. Od czasu przejścia na emeryturę w 1984 r. przez kilkanaście lat pomagał w parafii św. Krzyża, mieszkał u swojej rodziny – najpierw w Gałowie, potem w Szamotułach. Z Szamotułami był związany także wcześniej, to tu uczył się w Gimnazjum im. ks. Piotra Skargi, maturę zdał w 1929 r. Święcenia kapłańskie przyjął w 1934 r., był wikariuszem w Poznaniu, Rozdrażewie i Rogoźnie.

W czasie Wojny Obronnej 1939 r. pełnił funkcję kapelana Obornickiego Batalionu Obrony Narodowej. Po klęsce wrześniowej pozostał w Poznaniu, gdzie pod zmienionym nazwiskiem (Henryk Szymański) ukrywał się przed poszukującym go gestapo. Był kapelanem Sióstr Służebniczek, włączył się także w prace konspiracyjne. 8.12.1939 r. w jego mieszkaniu zawiązano tajną organizację pod nazwą Wojsko Ochotnicze Ziem Zachodnich. Po dekonspiracji tej organizacji ks. Szklarek wyjechał do Generalnej Guberni. Tam przystąpił do ZWZ-AK, od 1941 r. był kapelanem w obwodzie Warszawa – Stare Miasto. W 1942 r. otrzymał awans na majora, a w lipcu 1944 r. został pułkownikiem. Używał  pseudonimów „Mrówka”, „Rogoziński” i „Trzcielski”.

Podczas Powstania Warszawskiego był kapelanem Zgrupowania „Kuba” – „Sosna” (w Grupie „Północ”), walczącego na Starówce. 20 sierpnia 1944 r. w czasie odprawiania przy ołtarzu polowym mszy św. dla powstańców został ciężko ranny odłamkiem bomby. Po kapitulacji jako ranny został przewieziony do szpitala w Piotrkowie Trybunalskim, skąd udało mu się uciec.

Po wojnie wrócił do pracy wikariusza w Rogoźnie, a od 1946 r. był wikariuszem w Ludomach. W czasach stalinowskich był prześladowany: aresztowano go w 1952 r. i po 7 miesiącach śledztwa Wojskowy Sąd Rejonowy w Poznaniu skazał go na 4 lata więzienia; wolność odzyskał w 1954 r. w wyniku amnestii. Przez 12 lat władze nie pozwalały mu jednak pracować w diecezji poznańskiej. W 1966 r. został proboszczem w Wilczynie.

W 2001 r. otrzymał awans na pułkownika rezerwy. W 2009 r. prezydent Lech Kaczyński nadał ks. Henrykowi Szklarkowi Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi dla niepodległości kraju. W  imieniu prezydenta order  wręczył księdzu w jego mieszkaniu w Szamotułach Andrzej Duda, ówczesny podsekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta.



Polskie Nagrania z płytą „Szamotuły”

Pokoleniu, które żyło w PRL-u, nazwa Polskie Nagrania kojarzy się z wytwórnią, wydającą głównie nagrania polskich wykonawców. Do tej nazwy nawiązali Jarek Bogacki („Robak”), Patryk Kraśniewski („Wąski”) i Piotr Ruciak („Drut”), którzy wspólnie nagrali wydaną w końcu czerwca płytę zatytułowaną Szamotuły.

Są właśnie stąd – z Szamotuł, tu mieszkają i pracują (jak Jarek Bogacki, instruktor SzOK-u, akustycznie obsługujący liczne szamotulskie koncerty) lub wracają (jak Patryk Kraśniewski – pianista, muzyk różnych zespołów, związany w przeszłości z muzyką reggae, ale także z jazzem, a w czasach nieodległej wczesnej młodości nagradzany jako wykonawca muzyki klasycznej).

Nagrana przez nich płyta łączy różne style. Z jednej strony podkład muzyczny mocno wiąże się z hip-hopem, ponieważ mamy do czynienia z charakterystycznym dla tego stylu samplowaniem, czyli wykorzystaniem do stworzenia linii melodycznej pociętych fragmentów innych utworów. W tym wypadku materiał stanowią nagrania polskich wykonawców czasów PRL-u, nagrania nieco trzeszczące jak to na starych winylowych płytach. Za tę warstwę utworów odpowiada Jarek Bogacki, który w dużej mierze powrócił do materiału przygotowanego z Patrykiem Kraśniewskim i innymi osobami już 7 lat temu (żeby poczuć ten upływ czas, możemy dodać, że grający z nimi wówczas na perkusji szamotulanin Kuba Nadolny obecnie przygotowuje doktorat z astronomii na Wyspach Kanaryjskich).

Do tego dochodzi warstwa żywych instrumentów – klawisze Patryka Kraśniewskiego oraz gitara Piotra Ruciaka. Ten ostatni dołączył najpóźniej, lecz stał się równie ważną osobą w zespole, co pozostała dwójka: jest także autorem tekstów i wokalistą zespołu. Jego sposób śpiewania, bardzo interesujący i zróżnicowany, zdecydowanie odbiega od hip-hopu. Szczególnie ciekawe są jego teksty, za każdym razem opowiadające jakąś wyrazistą historię i w pomysłowy sposób nawiązujące do czasów PRL-u. Wydawnictwo dopełnia warstwa graficzna, również korespondująca z epoką sprzed półwiecza.

Płytę wydał Kalejdoskop Records.

Zapraszamy do wysłuchania jednego z 11 zawartych na płycie utworów:

Szamotuły, 03.08.2018

SIERPIEŃ 2018

IMPREZY I KONCERTY

Trwające


Minione



KINO


Aktualności – sierpień 20182025-01-30T14:36:41+01:00

Ewa Krygier, Powstanie warszawskie widziane oczami dziecka


Powstanie Warszawskie widziane oczami dziecka

Z perspektywy piwnic i gruzowisk


Z mamą – Haliną Budzyńską i bratem Krzysztofem. Nasze ostatnie zdjęcia przed powstaniem, zrobione bardzo blisko naszego domu – w ogrodach przy Zamku Królewskim. Zdjęcia z czasu wojny zachowały się tylko dzięki temu, że wysyłaliśmy je Tatusiowi do oflagu

Wejście do naszego domu – Brzozowa 2/4. Mieszkaliśmy na 3. piętrze, z okna pokoju widać było Rynek Starego Miasta

Schodki wzdłuż naszego domu do Wisły (przedłużenie ul. Celnej). Widoczne tu okrągłe okna były oknami piwnicy, w której spędziliśmy pierwsze dni i noce powstania.

Zdjęcie z czasu wojny (widoczna wyrwa po bombie z 1939 r.).

Dom PKO zajmował niezwykle ważne miejsce na powstańczej mapie Starówki ze względu na swoje rozmiary oraz położenie (skarpa w pobliżu Powiśla, obok niemieckich koszarów, bliskość Zamku, który powstańcy starali się odbić Niemcom, bliskość mostu Kierbedzia, który chcieli opanować i uratować przed wysadzeniem, a równocześnie odciąć Niemcom drogę ucieczki). Dom ten miał przede wszystkim bronić przed wdarciem się Niemców na Stary Rynek, dlatego we wspomnieniach powstańców padają określenia „reduta”, „forteca”, „bastion”. Ze wspomnień tych wynika też, że już przed powstaniem w domu tym mieściły się punkty kontaktowe, gromadzili się tam powstańcy przed godziną „W”.

Widok na warszawską Starówkę od strony Wisły, 1940 r. Z lewej spalony w 1939 r. Zamek Królewski, z prawej dom PKO, w którym mieszkaliśmy. Nasze okna i wejście było od ul. Brzozowej.


Powstanie Warszawskie to osobny, szczególnie dramatyczny fragment moich wojennych przeżyć. Kiedy później, po latach, czytałam książki, oglądałam filmy (bardzo niechętnie!), słuchałam wypowiedzi maturzystów (przez 40 lat jako polonistka w szamotulskim liceum, wielokrotnie przewodnicząca jednej z komisji maturalnych) zdających egzamin z historii, na temat Powstania Warszawskiego, wszystko to wydawało mi się obce, dalekie od moich osobistych wspomnień. Jedyną książką, która w autentyczny sposób mną wstrząsnęła, był Pamiętnik z Powstania Warszawskiego Mirona Białoszewskiego. To było „moje” wspomnienie powstania. Ale też nie mówi się tam o politycznych uwarunkowaniach, o bohaterstwie. Autor z pozycji 22-letniego cywila opisuje swoje przeżycia, jest to jednak spojrzenie dziecka, które znalazło się w absurdalnym, przerażającym świecie. Tak właśnie ja – jedenastoletnie dziecko – widziałam ten tragiczny sierpień. Do dziś bardziej przemawiają do mnie argumenty tych, którzy twierdzą, że powstanie było desperackim zrywem, który pozostawił po sobie trupy i gruzy. Taka postawa oburzała moją Mamę, która z zapartym tchem i ogromnym wzruszeniem oglądała wszystkie dokumentalne filmy poświęcone powstaniu. Brało się to chyba z tego, że ona przeżyła powstanie, mając 36 lat.


Nasz dom – widok od ul. Bugaj. Pierwsze uszkodzenie domu nastąpiło podczas bombardowania we wrześniu 1939 r.


Pamiętam wczesne popołudnie 1 sierpnia 1944 roku, kiedy to Mama wcześniej zwolniła się z pracy, gdyż w mieście mówiono, że lada moment coś się może zacząć dziać. Gdyby nie ten pośpiech, pewnie podzieliłaby los mieszkającej z nami pani Stefy Jońcówny, która nie zdołała już przedrzeć się ze Śródmieścia na Starówkę i z którą spotkaliśmy się dopiero po wojnie w Szamotułach. Nasz dom PKO, ul. Brzozowa 2/4, opanowany przez powstańców i zamykający wejście na Stary Rynek od ul Celnej, od razu stał się celem ataków Niemców, którzy starali się do niego wedrzeć od strony Powiśla. Dnie i noce spędzaliśmy w piwnicy, a przez okienko znajdujące się przy schodkach prowadzących od Powiśla do ul. Celnej stale dobiegały strzały i krzyki Niemców. W pierwszych godzinach powstania w korytarzu piwnicy siedziało kilku młodych powstańców, czekających na broń, którą mieli dla nich zdobyć koledzy podczas walki z Niemcami! W nocy Mama, Babcia, Ciocia wchodziły do mieszkania, żeby znieść co cenniejsze rzeczy. Po kilku dniach powstańcy nam, cywilom, kazali opuścić dom.



Zaraz po powstaniu. Dolna część gmachu (od ul. Bugaj) stanowiła w tym czasie już tylko gruzowisko

Schronienie znaleźliśmy w jednej z kamieniczek przy Starym Rynku, niedaleko ul. Celnej. Całe dnie spędzaliśmy w piwnicy, a spać chodziliśmy początkowo do mieszkania jakiejś pani w oficynie. Pewnego dnia jednak oficyna ta została zbombardowana, a wraz z nią część naszych rzeczy. Niemcy od godz. 7 rano do godz. 7 wieczór, właściwie bez przerwy, systematycznie równali z ziemią Starówkę. Samoloty, zrzucające bomby, latały bezkarnie tuż nad dachami. Nie wiadomo było tylko, kiedy trafią w nasz dom i czy strop piwnicy wytrzyma.

W tej samej piwnicy co my znaleźli schronienie wujostwo Rankowscy, również mieszkańcy Brzozowej 2/4, ze swoją najmłodszą córką Marylką. Czwórka pozostałych dzieci walczyła w powstaniu: Basia, Andrzej i Wicek na Starówce, Miłka w Śródmieściu. Pewnego ranka zjawiła się w piwnicy Basia z wiadomością, że Andrzej został lekko ranny w nogę, a Wicek w głowę. A potem zażartowała, że ją Niemcy trafią „w brzuszek”. I rzeczywiście w czasie walki na tyłach kościoła jezuickiego została ciężko ranna w brzuch. Umarła na stole operacyjnym. Pamiętam, jak z wiadomością o tym przyszedł do wujostwa jej narzeczony, który także po kilku dniach zginął. Przejmujący obraz umierania Basi Rankowskiej zamieścił Stanisław Podlewski w książce pt. Przemarsz przez piekło. Pisze tam o niezwykłej urodzie Basi, o nadludzkich wysiłkach lekarzy, którzy próbują wyrwać ją śmierci, o pogrzebie, który odbył się na podwórzu przy ul. Kilińskiego 1.

Pamiętam euforię, jaka zapanowała, gdy rozeszła się wieść o zdobyciu przez powstańców czołgu, a właściwie niemieckiego pojazdu do rozbijania barykad. Po chwili usłyszeliśmy straszny wybuch, to na ul. Świętojańskiej pojazd wyleciał w powietrze, a wraz z nim ludzie, którzy go gęsto obsiedli. Wśród zabitych była też moja koleżanka – córka szewca z ul. Celnej. Ojciec w promieniu kilkudziesięciu metrów znalazł skrawki jej sukienki i buciki. Inna moja koleżanka – Ewunia Kaczmarkówna, która z rodzicami i bratem uciekła z ul. Brzozowej na Nowe Miasto, zginęła zasypana gruzami w piwnicy, uratowali się rodzice i brat, którzy w tym momencie znajdowali się na korytarzu. Rozpaczliwie próbowali odwalać cegły, ale na nic to się nie zdało.

Siedząc w piwnicy, przez wiele godzin modliliśmy się głośno. Ja jako „niewinne dziecko” często te modlitwy prowadziłam. Później, po wojnie zdarzało się, że ksiądz w kościele zaczynał odmawiać jakąś, jak wydawało mi się początkowo, nieznaną mi modlitwę, a ja nagle w pamięci odnajdywałam jej dalsze słowa – były to chyba modlitwy odmawiane w czasie powstania.

Pewnego wieczoru, kiedy sądziliśmy, że to już koniec nalotów, nagle nad Starym Rynkiem pojawił się niemiecki samolot i zbombardował naszą kamieniczkę. Bomba nie przebiła stropu, tylko schodami posypał się gruz. Ci, którzy na nich stali, zostali zabici. Całą noc spędziliśmy pod gruzami, stłoczeni w części piwnicy, z góry kapała woda, którą na piętrach zgromadzono w wiadrach i garnkach na wypadek pożaru, a spod gruzów piętrzących się na schodach zwisały głowy zabitych. Mama nie miała na czym usiąść, więc stojąc, osłaniała przez całą noc mnie i brata. Rano przez wybity otwór wydostaliśmy się na Stary Rynek, skąd pobiegliśmy na ul. Długą do domu, w którym schronił się mieszkający u nas przez część wojny wujek Alfred Taczak z Bydgoszczy. Staraliśmy się jak najszybciej pokonać tę drogę, gdyż na dachach czaili się tzw. gołębiarze (niemieccy snajperzy) i strzelali do ludzi.

W tym już czasie powstańcy szykowali się do przejścia kanałami do Śródmieścia. W domu przy ul. Długiej spędziliśmy kilka dni, coraz trudniej było o jedzenie i wodę. Ja wtedy zachorowałam – chyba na grypę. Mama zaprowadziła mnie do lekarza, który mieszkał w oficynie. Dostałam od niego jakieś lekarstwo, a Mama wskazówkę, żeby mnie „lepiej myła”. Pamiętam, że bardzo ją ta uwaga zabolała. Powiedziała, że państwo, którzy nas przygarnęli, mogą nam dać tyle wody, ile starcza do picia, i to z ledwością.

Rynek Starego Miasta zaraz po upadku powstania. W głębi widoczne nasze wejście do domu PKO

Napis w Muzeum Powstania Warszawskiego

Barbara Rankowska (1923-1944), sanitariuszka Armii Krajowej (Grupa „Północ”, zgrupowanie „Róg”, batalion „Bończa”). Pseudonimy: „Basia” i „Grom”

Tyle po wojnie zostało z górnej części budynku, czyli tej, w której mieszkaliśmy

Widok na Wisłę z ruin naszego domu – 1947 r.

Ostatni fragment budynku (brama) stanowił część tarasu widokowego, 1969 r.

Skarpa, gdzie stał dom PKO – widok współczesny

Źródła zdjęć: archiwum rodzinne, Fotopolska, Narodowe Archiwum Cyfrowe, Muzeum Powstania Warszawskiego, Warszawa1939.pl

Ostatniego wieczoru naszego pobytu na ul. Długiej wychyliłam się przez okno i zobaczyłam na placyku sąsiadującym z podwórzem ustawionych w dwuszereg młodziutkich powstańców. Późnym wieczorem nasz dom zaczął się palić i musieliśmy z niego uciekać. Przebiegaliśmy przez wspomniany przed chwilą placyk, było ciemno, a pod nogami wyczuliśmy coś miękkiego. W pewnej chwili okazało się, że stąpamy po zwłokach żołnierzy, których Niemcy zabili podczas zbiórki, rzucając na placyk granaty. Całą noc błądziliśmy wśród płonących ruin, szukając jakiegoś schronienia. Na barykadach – gdzieniegdzie – siedzieli jeszcze młodzi żołnierze – raczej dzieci – z karabinami. Większość powstańców przeszła już kanałami do Śródmieścia.

Powstanie na Starówce dogorywało. W ostatnich dniach sierpnia Niemcy już mniej bombardowali (zresztą nie bardzo było co), a więcej podpalali – często dotyczyło to gruzowisk, pod którymi chowali się ludzie, zakładając, że zbombardowanych domów samoloty nie będą powtórnie bombardować.

Po długiej wędrówce przez gruzy, barykady, na których leżało dużo trupów, rano dołączyliśmy do ogromnego pochodu ludzi, na którego czele niesiono jakąś białą płachtę. Przeszliśmy przez Nowe Miasto i otoczyli nas Niemcy. Pamiętam ich głośne rozmowy, śmiechy (do dziś alergicznie reaguję na niezwykle głośnych turystów niemieckich, choć wiem, że to nie ma sensu). Jeden z Niemców trzymał na ramieniu małpkę uwiązaną na łańcuszku i ogromnie zadowolony z siebie częstował polskie dzieci cukierkami. Mama zabroniła mi się do niego zbliżać, ale ja i bez jej uwag nie miałam na te cukierki najmniejszej ochoty.

Niemcy zapędzili nas najpierw na Cytadelę, a potem gnali wśród ruin i pożarów przez całą Warszawę. Wzdłuż trasy stali niemieccy żołnierze z karabinami wycelowanymi w nas, niektórzy trzymali na smyczy wielkie psy. Mama trzymała nas kurczowo za ręce, Krzysia chwilami niosła. Babcia i Ciocia dźwigały jakieś tobołki. Wszyscy byliśmy obdarci, brudni, zawszawieni.

Nigdy nie zapomnę chwili, gdy zbliżaliśmy się do kościółka na Woli. Przed nami szła nasza sąsiadka z ul. Brzozowej – pani Stamirska z córką Krysią (towarzyszką moich podwórkowych zabaw) i nieco starszym od niej synem Adamem, upośledzonym umysłowo, co z daleka rzucało się w oczy. Adaś cierpiał chyba na zespół Downa. Matka i siostra szły po bokach, osłaniając chłopca przed wzrokiem Niemców. Niestety, w pewnym momencie jakiś żołnierz zauważył go, wpadł pomiędzy nas, wyrwał matce Adasia, wyciągnął go z szeregu i zastrzelił. Zrobiło się zamieszanie, pani Stamirska krzyczała, nie chciała dalej iść. Wtedy dopadł do niej inny Niemiec, pchnął kolbą karabinu i pochód ruszył dalej. Doprowadzono nas do jakiegoś dworca i bydlęcymi wagonami zawieziono do Pruszkowa. Pamiętam ogromne hale i koczujące na betonie tłumy ludzi.

Tak upłynął najbardziej dramatyczny miesiąc w moim życiu. Taki właśnie obraz powstania pozostał w mojej pamięci – obraz widziany oczami dziecka, z perspektywy piwnic i gruzowisk. Kiedy od czasu do czasu bywam w Warszawie, wędruję szlakiem moich wspomnień. W czasach, kiedy uczyłam w szamotulskim liceum, znalazłam się na Starym Rynku z grupą koleżanek z pracy. Wszystkie weszły na lody do Hortexu. Tylko ja zostałam na zewnątrz, nie byłam w stanie tam wejść, bo lokal mieścił się w kamieniczce, w której spędziłam najwięcej powstańczych dni i w której nas zbombardowano.

Po kilku dniach w Pruszkowie przeprowadzono wśród nas selekcję: mężczyzn i młode kobiety bez dzieci wysyłano na roboty do Niemiec. Nas: Mamy, Babci Jadzi, Cioci Zosi, Brata Krzysia i mnie na szczęście nie rozdzielono. Znaleźliśmy się w bydlęcych wagonach, które zostały zaplombowane i ruszyliśmy w nieznane. Siedzieliśmy stłoczeni pod ścianami wagonu, a na środku królowała na wielkim tobole brudna kobieta – po niej i po jej dobytku spacerowały masy robactwa, właśnie dzięki niemu miała wokół siebie dużo wolnej przestrzeni. Wagony otworzono na jakiejś małej stacyjce w okolicach Tomaszowa, kazano nam wyjść i przesiąść się na furmanki chłopów, którzy na nas czekali.

Nasza rodzina została ulokowana w jednym z gospodarstw w Zakrzowie. Nasz adres brzmiał: Zakrzów, Post Białaczów, Districkt Radom. Bardzo życzliwie przyjęła nas młoda kobieta, której męża Niemcy wywieźli na roboty. Spaliśmy na słomie w jednym pokoju. Rzeczy mieliśmy zniszczone. Pamiętam, że chodziłam po wsi w jakiejś pasiastej zapasce gospodyni i bardzo się w niej dobrze czułam. Gospodyni zabierała mnie w pole i pozwalała wykopywać ziemniaki. W nocy często budziło nas pukanie do okien: to partyzanci, których pełno było w okolicznych lasach, składali wizytę naszej gospodyni.

W Zakrzowie toczyliśmy nieustanną walkę z wszami: Mama, Babcia i Ciocia gorącym żelazkiem „z duszą” prasowały nasze rzeczy, szczególną uwagę zwracając na wszelkie zaszewki. Stale myliśmy głowy. Mama wyprowadzała do lasu mnie i brata, wyczesywała nam wszy gęstym grzebieniem i ściągała nam z włosów gnidy. Poza tymi – mało apetycznymi – wspomnieniami z Zakrzowa zostały mi w pamięci bardzo przyjemne doznania smakowe. Pamiętam wspaniały, gorący chleb, który kupowaliśmy w Białaczowie. Skibki obkładało się jeżynami i grubo posypywało cukrem. Chyba niczego lepszego już później w życiu nie jadłam. Zakrzowskie jeżyny przypominają mi się do dziś – kiedy znajdę gdzieś w lesie te owoce lub zobaczę w sklepie, zawsze sobie myślę: „Gdzie im tam do tych z Zakrzowa!”

W czasie pobytu w Zakrzowie Mama skontaktowała się ze swoją kuzynką Bożeną Rucińską, która wywieziona z Obornik wraz z mężem, synem, matką i wujem, znalazła schronienie w Krakowie. Jak się okazało, Rucińscy szukali nas przez RGO i ogłoszenia w gazetach. Kiedy do nich napisaliśmy, natychmiast zaprosili nas do siebie.

W Krakowie wujostwo Rucińscy otoczyli nas serdeczną opieką, ubrali, znaleźli umeblowane mieszkania: najpierw przy ul. Starowiślnej 64, później przy ul. Brodowicza 34. Dzięki nim Mama znalazła pracę w małej fabryczce pasty do butów i proszków do farbowania rzeczy. W Krakowie na przełomie 1944 i 1945 roku było w miarę spokojnie. Pamiętam tylko jedno wydarzenie z okresu, gdy mieszkaliśmy przy ul. Starowiślnej. Nagle wieczorem Niemcy zaczęli „przeczesywać” okoliczne domy, wpadli i do nas. Wspólny korytarz mieliśmy z jakąś panią i jej dorosłymi córkami. Widziałam, jak Niemcy otworzyli drzwi do ich kuchni – na środku stała beczka z kapustą, a w niej stał jakiś nieznany mężczyzna i gołymi nogami ubijał tę kapustę. Niemcy wycofali się. Może to właśnie tego mężczyzny Niemcy szukali, a on ich sprytnie wyprowadził w pole?

Najdramatyczniejszy dla nas (bo mało nie zakończył się tragicznie) był dzień wkroczenia Rosjan do Krakowa. Mama z sąsiadką wybrała się z ul. Brodowicza gdzieś w okolice cmentarza Rakowickiego po chleb i właśnie tam spadła bomba, która o mało Mamy nie zabiła. Kilka odłamków poraniło jej nogi, jeden przebił rondo kapelusika. Mama z trudem dotarła do domu, dostała wysokiej gorączki, a po kilku tygodniach w szpitalu wyjęli jej te odłamki. Pamiętam dzień 9 maja 1945 roku. Szłam wtedy z Ciocią Zosią krakowskimi Plantami, gdy odezwały się syreny zwiastujące zakończenie wojny.

Mój obraz powstania zdecydowanie różni się od obrazu zachowanego w pamięci i sercach przeważającej większości powstańców. Ci ostatni i w trakcie walki, i po jej zakończeniu w powstańczym zrywie widzieli sens. W przekonaniu o ważności powstania utwierdzały ich także represje, jakie ich spotykały, najpierw ze strony Niemców, potem – władz PRL-u. Szczególne uhonorowani zostali powstańcy po zmianie ustroju, wtedy też oficjalnie docenione zostało powstanie. Sytuacja siedzących w piwnicach cywilów była zupełnie inna. Dominującym uczuciem było przerażenie, poczucie chaosu. Przez całe lata uwagę koncentrowano na bohaterstwie powstańców, cywilom – którzy stali się ofiarami powstania – niemal nie poświęcano uwagi. Stosunkowo mało miejsca zajmują w Muzeum Powstania Warszawskiego. O upamiętnieniu wszystkich mieszkańców stolicy pomyślano dopiero w 66. rocznicę upadku powstania, kiedy to przy Muzeum odsłonięto Pomnik Poległych, Zamordowanych oraz Wypędzonych Mieszkańców Warszawy. Warto przytoczyć tu słowa wypowiedziane podczas odsłonięcia monumentu przez prezesa Związku Powstańców Warszawskich gen. Zbigniewa Ścibora-Rylskiego: „My, powstańcy warszawscy, żołnierze, którzy walczyliśmy, zupełnie inaczej przeżywaliśmy powstanie niż ludność cywilna. Tragedia ludności cywilnej była straszna. Wszyscy pamiętamy, jak już pod koniec powstania niektórzy psychicznie nie wytrzymywali. Ludność cywilna była w piwnicach, w strasznych warunkach, z dziećmi (…), także ludzie starsi, oni wszyscy pomagali nam. (…) Myślę, że my żołnierze walczącej stolicy, powinniśmy złożyć najwyższy hołd i ja – osobiście bym powiedział – przeprosić ludność cywilną, że poniosła tak straszne upokorzenia, tak straszne cierpienia”. Za te przeprosiny spotkała Ścibora-Rylskiego krytyka.

W powstaniu poległo lub zostało zamordowanych przez Niemców 18 000 powstańców i aż 150-180 000 cywilów, z rodzinnych domów wypędzono około 550 000 warszawiaków. Dzieci powstania warszawskiego, którym przez tygodnie w każdej chwili groziła śmierć, straciły dobytek, często najbliższych, zostały wysiedlone i przeszły przez obóz w Pruszkowie, nie doczekały się uprawnień kombatanckich. Nas – dzieci powstania warszawskiego – było chyba za dużo…

Ewa Budzyńska-Krygier

Fragmenty książki 6 lat dzieciństwa, 6 lat wojny (Ewa Krygier, Agnieszka Krygier-Łączkowska i Halszka Łączkowska), Poznań 2012.

Wspomnienia Ewy Budzyńskiej-Krygier z wojennej edukacji  http://regionszamotulski.pl/domowa-edukacja-w-czasie-wojny/

Szamotuły, 03.08.2018

Przy ul. Brzozowej. Taras w miejscu, gdzie stał dom PKO. 2011 r.


Fragment Pomnika Poległych, Zamordowanych i Wypędzonych Mieszkańców Warszawy

Mur Pamięci przy Muzeum Powstania Warszawskiego – umieszczono na nim nazwiska poległych powstańców, wśród nich – Basi Rankowskiej

Ewa Krygier z domu Budzyńska – w Szamotułach miała spędzić kilka tygodni 1945 roku, tragedia rodzinna zdecydowała, że została tu na całe życie. Żałuje, że nie została nauczycielką matematyki, bo wtedy miałaby więcej czasu na czytanie książek.

Ponad 40 lat uczyła języka polskiego w szamotulskim Liceum Ogólnokształcącym.

Ewa Krygier, Powstanie warszawskie widziane oczami dziecka2025-01-03T21:16:18+01:00

Szamotulskie sklepy w PRL-u

Szamotulskie sklepy w „drugiej połowie” PRL-u

część 1. Rynek

Jakiś czas temu na facebookowym profilu naszego portalu zapytaliśmy czytelników o nazwy dawnych szamotulskich sklepów. Odzew był bardzo duży, posypały się wspomnienia…

Cofnijmy się więc do czasów, gdy na szamotulskim Rynku nie było dziewięciu banków i czterech punktów obsługi telefonii komórkowej (ta ostatnia zresztą jeszcze nie istniała). To na Rynku, a nie w powstających od połowy lat 90. marketach, koncentrował się handel.

Zacznijmy okrążać Rynek od ul. Poznańskiej. Tą właśnie ulicą zawsze docierałam do Rynku w dzieciństwie i młodości, tylko wtedy w PRL-u była to ul. Rewolucji Październikowej (por. tekst  http://regionszamotulski.pl/nazwy-szamotulskich-ulic/).

Na narożniku przy ul. Poznańskiej mieścił się wtedy sklep z artykułami gospodarstwa domowego, który przez kilka lat sklep działał pod nazwą 1001 Drobiazgów (wcześniejsza nazwa Jubileuszowy). Starsze pokolenie mówiło też czasem Po Kroschlu – od jeszcze nazwiska dawnego kupca, który prowadził ten sklep (dom należy do rodziny Kroschlów). Obecnie od wielu lat działa tam sklep z tkaninami i firankami.

W domu nr 25, odkąd pamiętam, był sklep Zabawkowy. Przez jakiś czas na szybie widniała nazwa Grajdudek, ale na co dzień się jej nie używało. W latach 90. sklep powiększono i nadano mu nazwę Czarny Piotruś. Obok jest sklep, o którym przez dziesięciolecia mówiło się, od nazwiska właściciela: U Przybylaka ‒ jeden z tych, które przez cały PRL pozostawał w rękach prywatnych. Jak pamiętam, w latach 70. i 80. pracowała tam córka Walentego Przybylaka Maria Bąk i jej mąż Stefan. Rodzina obdarzona była talentem muzycznym. Walenty Przybylak grał w kapeli szamotulskiej, a córka, o silnym i pięknym głosie, śpiewała w chórze parafialnym. Kiedyś był to sklep pasmanteryjno-odzieżowy, a do niedawna sklep z odzieżą, prowadzony przez kolejne pokolenie właścicieli.

W kolejnym domu (nr 26) mieścił się sklep spożywczy Konsumy, czyli ‒ według obiegowej nazwy ‒ U Praksi. W PRL-u pod nazwą Konsumy funkcjonowały sklepy i stołówki milicyjne (wcześniej nazwa dotyczyła wszelkich sklepów zakładowych). W szamotulskim sklepie przy wejściu po prawej stronie wisiały w gablocie elementy milicyjnego munduru (pewnie można je tam było kupić), najpierw sklep był tylko dla wybranych, z czasem jednak stał się ogólnodostępny. Potem, już „w nowych czasach”, w tym samym miejscu przez ponad 20 lat był Jubiler Ireny Jęczmyk. W drugim sklepie w tym samym domu przez wiele lat działał sklep z koszulami, w którym sprzedawała Krystyna Bielikowa, mama mojej szkolnej koleżanki.

Pod numerem 27, gdzie od wielu lat są dwa nieduże sklepy z tkaninami i pościelą, wcześniej działał jeden sporej wielkości sklep z odzieżą o nazwie Elegant. Jeszcze dalej (Rynek 30) ‒ po schodkach ‒ był należący do Gminnej Spółdzielni sklep z dywanami i tkaninami, niezwykle ważny w czasach, gdy odzież szyło się na miarę u któregoś z szamotulskich krawców: Niemczyka, Cejby, Kalotki, Guzego, Nowakowej, Nowickiej i innych. Przez jakiś czas sklep nosił nazwę Wełna, ale mówiło się też U Leśnikowej, od nazwiska kierowniczki sklepu. Potem w tym samym miejscu działał sklep spożywczy Tęcza.

Dalej (nr 31) był Fryzjer Krystyna (Krystyny Tanalskiej). Ostatni na tej ścianie Rynku (nr 32) sklep z długimi tradycjami to Romex, nazwa pojawiła się w 1. połowie lat 90., kiedy modne były wszelkie nazwy z końcówką -ex. Wcześniej był tu Polmozbyt, mówiono więc o kupowaniu w Polmozbycie lub w  Motoryzacyjnym.

Jeszcze przed II wojną na narożniku Rynku powstała stacja benzynowa. W czasach kryzysu kolejki samochodów nawet trzykrotnie oplatały Rynek. Przez wiele powojennych lat była to jedyna stacja w Szamotułach, centrum miasta skazane było więc na dość uciążliwe zapachy i narażone na niebezpieczeństwo wiążące się z funkcjonowaniem tego typu obiektu. Stacja przestała działać dopiero na początku lat 90.













Na południowej pierzei rynku, czyli między ulicami Skargi i Ratuszową. W budynku nr 33 dość długo znajdował się sklep z kryształami, artykułami szklanymi Irena (WSS Społem). Pod nr. 35, odkąd pamiętam, znajdowały się Upominki (głównie torebki, galanteria), przez lata prowadził ją Walczak.

Rynek 36 ‒ mieścił się tu dawniej sklep z telewizorami i radioodbiornikami, czyli szamotulski ZURiT. Z pewnością wielu mieszkańców naszego miasta kupiło tam swoje pierwsze telewizory. Później przez wiele lat działał tam sklep z elegancką odzieżą damską Eland, wiele osób używało jednak nazwiska pierwszej właścicielki i posługiwało się nazwą U Liberowej.

Pod nr. 37 długie lata działał sklep obuwniczy. Starsze od mojego pokolenie szamotulan mówiło o nim Bata, ale w okresie, który pamiętam, nie była to już nazwa oficjalna. W tym samym domu na rogu po schodkach długo mieściła się Drogeria (wcześniej własność Urbaniaków). Pamiętam zapach tego sklepu. Oprócz środków czystości sprzedawano tam rozpuszczalniki i farby. Na pewno klimatem i zapachem sklep ten zdecydowanie różnił się od Perfumerii Uroda, znajdującej się wewnątrz rynku, na narożniku koło Nowaczyńskiego. Perfumeria to był w czasach PRL-u trochę inny świat: świat pięknych zapachów, starannych fryzur i wyróżniającego się makijażu sprzedających tam pań.

Wracam do pierzei południowej, tym razem na przeciwległy do dawnej drogerii narożnik rynku i Dworcowej. Przez lata był tam sklep Sportowy, niektórzy pamiętają działające tam wcześniej Upominki. Później – w 1. połowie lat 90. – w tym miejscu mieściła się kawiarnia w stylu nieco artystycznym – Portia. Dalej był Fryzjer męski, wcześniej Ubowski, potem Narcyz Bajdziński.

Pierzeję wschodnią, od Ratuszowej do Wronieckiej, rozpoczynał dom, w którym mieściła się pralnia chemiczna i zakład zegarmistrzowski Grysa. Antoni Grys, znany także jako turysta, prowadził swój zakład przez wiele lat. Pamiętam, że z okazji jubileuszu w oknie wystawowym pojawił się napis: „50 lat w służbie czasu”. Wtedy wydawał mi się śmieszny, dziś myślę inaczej, poza tym przez lata przyzwyczailiśmy się do różnych sloganów reklamowych. W kolejnym domu przez wiele lat funkcjonowała kawiarnia Szamotulanka (m.in. o niej pisała u nas na portalu Irena Kuczyńska, por.  http://regionszamotulski.pl/dawne-szamotulskie-restauracje/), a po jej likwidacji sklep odzieżowy (przez pewien czas pod nazwą Merkury). Dalej kiosk Ruchu, którego obiegowa nazwa utrwaliła się w gwarowej formie Po schódkach. Pod numerem 9. do dziś działa nieduży sklep odzieżowy, kiedyś był to sklep określany od nazwiska właścicielki: U Koszudowej, a obok był w tamtych czasach sklep z butami U Pawlakowej.

Za biblioteką przez kilkadziesiąt lat, jeszcze do niedawna działał duży sklep spożywczy o nazwie Weska (WSS „Społem”), w ostatnim okresie „uszlachetniony” dodaniem członu Delikatesy. Nazwa była jeszcze przedwojenna, być może została utworzona od skrótu (W. i Spółka?). Jej niezrozumienie prowadziło do przekręcania, Weskę zamieniano na Westkę, co w gwarze oznacza kamizelkę. W latach 70. w większych sklepach spożywczych były młynki do kawy (kawę można było kupić na wagę) i informowano klientów „Mielimy kawę” (choć jedynie poprawną formą było wtedy „mielemy”). Kiedy w 2. połowie lat 70. rozpoczął się w Polsce kryzys gospodarczy i kawa stała się, jak to wówczas mówiono, „towarem deficytowym”, krążył dowcip: „Jaki sens ma informowanie, że kawa się skończyła – «Mieli my kawę»?”.

Obok w latach 70. i 80. był sklep Nasiona, należący do PZGS-u (Powiatowego Związku Gminnych Spółdzielni), a później do Jana Żwawiaka (Rynek 12). Rynek w tamtych czasach zamykał mały placyk z kilkoma pawilonami. Na pewno był tam rożen, prowadzony przez Gustawa Jądrzyka, i pierwsze lody włoskie w Szamotułach, pyszne gofry i bułki z pieczarkami, czyli U Budycha.

Na pierzei północnej, czyli między ulicami Wroniecką i Poznańską, w przyziemiu domu nr 14, znajdował się warsztat i sklep z artykułami metalowymi – konewkami, wiadrami, rynnami (U Brzezińskiego). Obok mniej więcej do połowy lat 70.  znajdował się bar Zagłoba (Rynek 15). Po przebudowie kamienicy kilka lat mieścił się tam po lewej stronie sklep rzeźnicki, w głębi z zabawkami, a po prawej sklep z modną odzieżą i równie modną nazwą Lux Styl.

Pamiętam remont parteru budynku obok (Rynek 16/17), gdzie wcześniej działały trzy sklepy. Pierwszym z nich był sklep z artykułami żelaznymi i gospodarstwa domowego, w tym czasie należący do Gminnej Spółdzielni. Niektórzy wspominają stojącą tam beczkę z naftą i skupowanie monet. O sklepie mówiło się  U Sikorskiego, od nazwiska długoletniego kierownika. W połowie lat 70. Sklep przeniesiono na parter nowo wybudowanego Domu Handlowego, a później do pawilonu na ul. Rzeczną. W kolejnym sklepiku mieścił się kiosk, a na rogu punkt należący do znajdującego się wówczas przy Rynku dworca PKS (por. tekst http://regionszamotulski.pl/autobusy-przy-szamotulskim-rynku/). Po połączeniu sklepów przez ponad ćwierć wieku mieścił się tam oddział PKO. Od czasu przeniesienia się banku do nowej siedziby pomieszczenia stoją puste, a kamienica zdecydowanie szpeci Rynek.

Bardzo ważnym miejscem dla wielu pokoleń szamotulan była Apteka Pod Orłem (Rynek 18). Tradycyjną nazwę przywrócono po reprywatyzacji w 1991 roku. W okresie międzywojennym, w latach 1945-50 oraz do sprzedaży kamienicy już na początku XXI wieku  stanowiła ona własność rodziny Galińskich. Przez wiele powojennych lat była to jedyna apteka w mieście, a swymi tradycjami sięgała aż 1795 roku, długo kierowniczką była tam ciocia mojego męża – Mirosława Łączkowska. Warto dodać, że apteka w tamtych czasach pełniła dyżur całonocny.

W kolejnych sklepach po tej stronie Rynku mieściły się sklep Chemiczny (potem krótko telewizory) i sklep ogrodniczy (nr 19). Ta strona Rynku kojarzy mi się ze sklepem z zabawkami i artykułami papierniczymi. Nie wiem, czy była to ogólna tendencja, czy też zwyczaj mojego domu, ale my zawsze nazywaliśmy go Papierniczym, a nazwa Zabawkowy  była zarezerwowana dla sklepu na sąsiedniej pierzei, późniejszego Czarnego Piotrusia. O tym sklepie mówiono też obiegowo od nazwiska kierowniczki U Szuflakowej (choć było to nazwisko panieńskie).

W tym samym domu (nr 20), odkąd sięgam pamięcią, mieści się także Pasmanteria. Przez wiele lat całą ścianę zajmował tam regał składający się z samych szufladek z guzikami, zamkami błyskawicznymi, wstążkami, szpulkami nici itp. Został on jeszcze z czasów, gdy sklep prowadził mój dziadek, Kazimierz Krygier. W 1950 roku władze odebrały go dziadkowi, jak wspominał mój tata, odszkodowanie za sprzęt było żenująco niskie i w dodatku płatne przez dłuższy czas w ratach miesięcznych. Sklep przejął MHD – Miejski Handel Detaliczny. Potem dziadek prowadził kioski spożywcze, których od dawna już nie ma, przy ul. Nowowiejskiego, Poznańskiej i Dworcowej. Starsze pokolenie ponoć mówiło o pasmanterii Po Krygierze (albo raczej Po Krygrze, jak znam problemy szamotulan z odmianą naszego nazwiska). Ja jednak tego nie pamiętam, podobnie jak samego dziadka, który zmarł kilka lat przed moimi narodzinami. Dziadek nazywał swój sklep Składem towarów krótkich (z niemieckiego Kurzwaren) – tak właśnie określano w Wielkopolsce do okresu powojennego pasmanterie i sklepy z drobną galanterią.

Obok, pod numerem 21, jeszcze w starym budynku, funkcjonował sklep odzieżowy, wtedy używało się nazwy Konfekcja lub U Taisnerowej (sklep MHD, czyli Miejskiego Handlu Detalicznego). Dobrze pamiętam, jak w oknie wystawowym zmieniano wystrój przed świętami religijnymi, zwłaszcza przed procesją Bożego Ciała, w czasie której jeden z ołtarzy stał właśnie w pobliżu tego sklepu. W PRL-u w sklepach należących do państwowych firm żadne oficjalne dekoracje z okazji świąt religijnych, oczywiście, nie mogły się pojawić, sprzedawczynie wprowadzały więc elementy kolorystyki kościelnej: barwy biało-żółte i biało-niebieskie. I tak w oknie wystawowym pojawiały się w stosownym czasie żółte, białe i niebieskie … koszule nocne i halki. W tym samym miejscu działał potem sklep instalacyjny Anny Szmani z armaturą, rurami i kablami. W latach 90. stanął w tym miejscu zupełnie nowy budynek.

W budynku nr 22 (narożnikowym z Wodną)  mieścił się w latach 60. (na pewno w jego 2. połowie) sklep meblowy. W moim domu przetrwała anegdota, jak to mój brat, który w wieku czterech lat z drewnianych klocków nauczył się liter, pytał mamę, czy czyta się „Elbem”, czy „Meble”, bo nie był pewien, od której strony należy łączyć litery. Potem wiele lat działał tam sklep odzieżowy (płaszcze, kurtki), a na przełomie lat 80. i 90. samoobsługowy sklep spożywczy.

Przejdźmy teraz na wewnętrzną część Rynku. Przy krzyżu, od wschodniej strony, pod numerem 48, przed kilkadziesiąt lat mieścił się sklep z drobnymi artykułami gospodarstwa domowego. Obiegową nazwą była U Sucharskiego, od nazwiska właściciela (drewniane zabawki tam kupowane wspominała Daromiła Wąsowska-Tomawska w jednym z Obrazków z przeszłości http://regionszamotulski.pl/daromila-wasowska-tomawska-dziupla-bak-i-sama/), a w późniejszym okresie U Lembicza.

W domu nr 50 w tamtych czasach mieścił się sklep owocowo-warzywny (PSS Społem), o którym mówiło się U Girusowej. Po przejęciu sklepu przez właścicieli kamienicy, u progu „nowych czasów” najpierw działał tam duży sklep z dywanami, oknami, lampami, a później nastąpił podział na dwa mniejsze lokale.

Lokale w kolejnej kamienicy (nr 51) mają ponad stuletnie tradycje piekarniczo-cukiernicze, związane z rodziną Nowaczyńskich. W 1911 roku firmę założyli małżonkowie Franciszek i Bronisława Nowaczyńscy (najpierw pod dzisiejszym adresem Rynek 50, a od 1913 roku Rynek 51). Piekarnię i cukiernię Nowaczyńscy prowadzili do X 1939 roku, kiedy to firmę odebrali im Niemcy. Po wojnie działalność wznowił syn Franciszka i Bronisławy ‒ Edmund, ale już po trzech latach firmę przejęły nowe władze. Zakład został upaństwowiony, dopiero w 1957 roku pozwolono Edmundowi i jego żonie Genowefie na prowadzenie mniejszego zakładu ‒ cukierni (po prawej stronie budynku). W 1987 roku piekarnię udało się odzyskać od „Społem”. Od 1992 roku firmę prowadzi następne pokolenie: małżeństwo Dariusz i Katarzyna Nowaczyńscy, w ostatnich latach wraz z kolejnym pokoleniem. W mniejszym lokalu w tym samym budynku mieścił się potem sklep warzywny, obiegowo nazywany od nazwiska właścicielki U Kary.

Na narożniku Rynku (nr 52) znajdowała się wspominana już Perfumeria Uroda (na początku lat 90. Kwiaciarnia Balcerowiaków), dalej zegarmistrz – Maria Kałużyńska, która swój zakład przejęła po zmarłym wcześnie mężu Marianie (Rynek 38). W kamienicy pod tym samym adresem, ale od kolejnej strony Rynku mieścił się jeden z kilku szamotulskich sklepów Mięso ‒  Wędliny RKS Buszewko. Siedziba zarządu Rolniczego Kombinatu Spółdzielczego Buszewko znajdowała się w pałacu w Dębinie, stąd o sklepach z tamtejszymi wyrobami mówiono zamiennie Buszewko i Dębina. W Szamotułach w poszczególnych okresach sklepy Buszewka mieściły się w różnych miejscach: właśnie przy Rynku 38, Wronieckiej 1, Poznańskiej 1, przy Obornickiej 9 i al. 1 Maja (pawilon obok nr. 30).

Obok (nr 39) w tamtych czasach stał niewielki parterowy dom, w którym znajdował się sklep piekarniczy (dawniej także piekarnia) Pabicha. W 1974 roku Tadeusz Pabich odkupił firmę od rodziny Mazurkiewiczów, która piekarnię prowadziła od 1921 roku. Firma Pabich ma zresztą prawie równie długą tradycję, bo pierwszą piekarnię założył ojciec Tadeusza Jan w 1930 roku w Przemęcie. Pod numerem 40 mieścił się Bar Grill, należący do PSS „Społem”, a potem sklep spożywczy. Teraz od wielu lat działa tam sklep drogeryjny Ariel.

Dalej (Rynek 41), też odkąd sięgam pamięcią, księgarnia. Kiedyś była większa, obejmowała powierzchnię obu sklepów pod tym adresem, zmieniali się też właściciele (pamiętam Jadwigę Białasik i Różę Cejbę). Od kilkunastu lat księgarnia funkcjonuje pod nazwą Muminek. W połowie lat 70. Tata kupił mi tam pięknie wydane bajki, takie przestrzenne, z różnymi ruchomymi elementami. Dziś to coś normalnego, wtedy – wielka atrakcja. W tamtych czasach można było też kupić losy, nagrodami były – oczywiście – książki, ja wygrałam tam ukochaną moją książkę – Kubusia Puchatka. I pamiętam jeszcze ogólnopolską akcję z najgłębszego kryzysu 1. połowy lat 80. – „Lektury z makulatury”: w zamian za oddanie iluś kilogramów makulatury otrzymywało się talon, potem ten talon trzeba było zarejestrować w księgarni, a książki – 4-tomowe wydanie dzieł Mickiewicza można było kupić dopiero po kilku latach. Były klejone i po otwarciu pękały.

Lokal w kolejnym domu (nr 42) to fryzjer, w podwórzu tej kamienicy w tamtych czasach (ja pamiętam połowę lat 70.) był punkt napełniania syfonów – jeszcze tych w szklanej butelce. Dopiero później pojawiły się metalowe syfony, do których kupowało się specjalne naboje ze sprężonym dwutlenkiem węgla. A ta woda sodowa, pita również z sokiem, to był dopiero rarytas!

Budynek stojący na rogu przy zegarze powstał w latach 80. W kamienicy, która stała tam wcześniej, mieścił się kiosk z gazetami, papierosami, od nazwisk osób go prowadzących określany jako U Jęchorka, a potem U Koputowej (albo U Węgierki, bo pani Koputowa z pochodzenia była Węgierką, która wyszła za mąż za Polaka, i mówiła z akcentem; później prowadziła kiosk przy Ratuszowej). W tym samym domu, ale na drugiej ścianie, za rogiem, działał punkt usługowy Praktyczna Pani – krawiectwo, dziewiarstwo, punkt repasacji pończoch (wtedy pończochy i rajstopy się naprawiało, czyli podciągano oczka i zaszywano dziurki) oraz wypożyczalnia naczyń.

Między zegarem a krzyżem w domu o numerze 44 kupowało się pieczywo z piekarni WSS-ów, obiegowo mówiło się od imienia sprzedawcy U Cezusia (zdrobnienie od Cezary). Pod numerem 45 w moim dzieciństwie mieścił się sklep Jubiler – Upominki, wcześniej działał tam zakład fotograficzny Alojzego Mocka, przeniesiony potem i funkcjonujący już w trzecim pokoleniu pod numerem 8. Po przełomie ustrojowym mieścił się tu, największy poza marketami, sklep drogeryjno-perfumeryjny Mefa, swego rodzaju symbol sukcesu tamtych lat.

Obok (nr 46) przez wiele lat znajdował się nieduży sklep z tkaninami i ręcznikami, a potem spożywczy, przez jakiś czas działający pod nazwą Brylant. Były to takie małe delikatesy, można tam było kupić najróżniejsze herbaty, kawy, słodycze, które właściciel (Sieklicki) osobiście sprowadzał z Berlina. Z czasem sklep poszerzył asortyment o owoce, warzywa i inne.

W domu pod nr. 47, gdzie od lat 90.  jest jeden duży sklep gospodarstwa domowego, kiedyś w lewej części był sklep obuwniczy GS (wiem, że wcześniej mówiono o nim Paputki, np. w Paputkach, koło Paputków), a później też obuwniczy (WZGS-u, U Walendowskiego); natomiast w prawej mieściły się dwa zakłady rzemieślnicze: w piwnicy szewc, a po schodkach rymarz Czechowski. W połowie lat 70. kamienicę kupił Jenek i w miejscu zakładów rzemieślniczych stworzył sklep gospodarstwa domowego, który po kilkunastu latach powiększył.

I ostatnia ściana domu, od którego zaczynaliśmy wędrówkę po wewnętrznej części Rynku. W piwnicy miał swój zakład blacharz Bajdziński, a na górze znajdowała się pierwsza w Szamotułach kolektura Toto-Lotka, gdzie co tydzień ustawiały się długie kolejki szamotulan marzących o zmianie swojego losu. Najpierw kolektura działała w wydzielonym kąciku znajdującego się tam sklepu z meblami, który obsługiwał Grajewski. Tego już nie pamiętam, zresztą w mojej rodzinie nie grało się w Toto-Lotka, a w wielkopolską grę liczbową Koziołki. Takie nieuleczalne przywiązanie do tego, co regionalne.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 28 lipca 2018 r.

Część druga tekstu (Handel poza Rynkiem)  http://regionszamotulski.pl/szamotulskie-sklepy-w-prl-u-2/.






Jadwiga Szymkowiak i Krystyna Łuczak w sklepie z tkaninami Rynek 46 (zdjęcie archiwalne Krystyny Kędziory)

Zdjęcia od lat 50. do 90. XX w.

Źródło pozostałych zdjęć: dawne pocztówki, Muzeum – Zamek Górków, Narodowe Archiwum Cyfrowe i Fotopolska

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Od urodzenia związana z Szamotułami. Polonistka (jak mama) i regionalist(k)a (jak tata).

Dr nauk humanistycznych, redaktor i popularyzator nauki. Prezes Stowarzyszenia WOLNA GRUPA TWÓRCZA, wiceprezes Szamotulskiego Stowarzyszenia Charytatywnego POMOC.

Szamotulskie sklepy w PRL-u2025-08-26T23:29:13+02:00

Amelia Czaja



Stale musi się coś dziać

Amelia Czaja mieszka w Ostrorogu razem z rodzicami i starszym bratem. Ma 12 lat i od ponad sześciu lat gra w filmach. Marzenie wielu dziewcząt w jej wieku dla niej jest rzeczywistością.

Pół życia przed kamerą

Jej przygoda z filmem zaczęła się jesienią 2011 roku, kiedy Amelka miała pięć i pół roku. Wujek Amelki usłyszał wtedy o castingu do nowego serialu i zapytał jej rodziców, czy nie mieliby chęci się tam wybrać. Chęci miała przede wszystkim sama Amelka. I do dziś tak jest. Bo nawet, jeśli to mama, Jolanta Czaja, dostanie informację o jakimś nowym castingu, nowym projekcie, to Amelka decyduje, czy chce się w coś zaangażować, spróbować swoich sił.

Pierwszy był casting do komediowego serialu TVP Ja to mam szczęście. Do ról dziecięcych poszukiwane były dwie dziewczynki, jedna w wieku 6-10 lat, druga 12-15-letnia. Na casting przyjechały 4 tysiące dzieci. Amelka przechodziła z etapu do etapu, do Warszawy jeździła co tydzień, za każdym razem część kandydatek do roli odpadała. W końcu listopada zostały już tylko dwie kandydatki do roli młodszej dziewczynki – Amelka i Weronika. Obie radziły sobie tak samo dobrze, jednak producenci ostatecznie wybrali Weronikę, starszą od Amelki o półtora roku, ponieważ obawiano się, że młodsza dziewczynka może mieć w przyszłości problemy z zapamiętaniem długich partii tekstu. Reżyser castingu poradziła jednak mamie Amelki, że można zapisać córkę do jednej z agencji dla aktorów dziecięcych.

Trzeba było podjąć niełatwą decyzję. Niełatwą tym bardziej, że pracownica agencji w pierwszej rozmowie przedstawiła pani Joli same trudności związane z tego typu dziecięco-rodzicielskim zaangażowaniem, powiększone jeszcze ze względu na odległość Ostroróg-Warszawa. Gdyby nie to, że rodzice Amelii mają własną firmę i mogą wymieniać się w pracy, w ogóle nie byłoby to możliwe.




Najpierw, na początku 2012 roku, Amelka wystąpiła w trzech odcinkach serialu Hotel 52, potem były drobne role w Na Wspólnej, Ojcu Mateuszu i w Na dobre i na złe. I jeszcze kilka reklam. Od wiosny 2015 roku Amelka ma stałą rolę w serialu Na dobre i na złe. Wciela się w postać Matyldy Smudy, córki prawniczki Katarzyny Smudy (w tej roli Ilona Ostrowska – aktorka, której wielką popularność przyniosła postać Lucy w serialu Ranczo). Serialowa Matylda pozostaje pod opieką profesora Andrzeja Falkowicza, granego przez Michała Żebrowskiego. I to właśnie z Michałem Żebrowskim Amelia gra najwięcej scen. W sumie sceny z jej udziałem pojawiły się w ponad 30 odcinkach tego serialu.

Na dobre i na złe w Na dobre i na złe?

Amelia bardzo lubi atmosferę na planie. W wolnych chwilach gra tam z realizatorami w gry planszowe, najczęściej w Dooble. Już przyzwyczaiła się do powitalnego okrzyku na planie: „O, Amelka! A Dooble przywiozłaś?”

Tak duże seriale jak Na dobre i na złe mają liczne grono realizatorów. Amelia pracowała na jego planie pod kierunkiem siedmiu różnych reżyserów. Czasem z dziesięciu scen, w których wystąpiła, do odcinka wchodzą tylko trzy. Oprócz scen z Michałem Żebrowskim i Iloną Ostrowską, grała także z Katarzyną Dąbrowską, Grzegorzem Daukszewiczem, Kamilem Kulą, Mateuszem Janickim, Martą Bryłą, Martą Żmudą-Trzebiatowską, Marcinem Sianko. Sceny z jej udziałem kręcone są w Falenicy (główny plan filmowy), Józefowie (dom Falkowicza i szkoła, w której uczy się serialowa Matylda), w przeszłości kilka scen powstało w Otwocku.

Czasem Amelia ma kilka miesięcy przerwy w graniu, a czasem na planie serialu musi być nawet trzy dni w tygodniu. Wszystko zależy od tego, jak bardzo w danym okresie rozbudowany jest wątek, w którym występuje. Wiosną tego roku emitowane były odcinki powstałe jesienią 2017 roku, Matylda pojawiała się w nich dość często. W maju i w czerwcu tego roku Amelia znów miała dużo pracy na planie i od jesieni pojawi się w kolejnym sezonie serialu.




Wątek Matyldy jest ciekawy, pokazuje inne oblicze serialowego Falko. Jak długo jednak będzie kontynuowany, nie wiadomo. Czasami jest tak, że to produkcja rezygnuje z jakiegoś wątku, czasem odchodzą aktorzy. Michał Żebrowski jest osobą zawodowo bardzo zajętą, gra w filmach i w teatrze, jest współwłaścicielem i dyrektorem prywatnego Teatru 6. Piętro, ma małe gospodarstwo ekologiczne na Podhalu. Kontrowersyjna postać Andrzeja Falkowicza wzbogaca serial, wprowadza pewną ciekawą niejednoznaczność.

Zapytana, czy jest podobna do serialowej Matyldy, Amelka wyraźnie się zmieszała, a nawet zarumieniła. Mama dopowiada, że jest podobna, bo ma żywy temperament, jest uczuciowa i … pyskata.

Amelia trzykrotnie brała udział w telewizyjnym programie Pytanie na śniadanie. Raz wspólnie z Michałem Żebrowskim opowiadali o relacji prof. Falkowicz – Matylda. Innym razem wystąpiła z okazji 18-lecia serialu Na dobre i na złe. Trzecia wizyta w studiu, w sierpniu 2017 r., związana była z przygotowaniami do nowego roku szkolnego. Bo przecież temat szkoły dotyczy Amelki jak każdego dziecka w jej wieku.




„Jestem z ciebie dumny”

Powiedział ostatnio Michał Żebrowski, kiedy dowiedział się, że Amelka świetnie radzi sobie w szkole i na koniec roku miała 2. najwyższą średnią, choć przez częste wyjazdy na plan dużo zajęć opuszcza. Ale Amelia umie uczyć się w każdej wolnej chwili, pomiędzy poszczególnymi scenami, w czasie podróży.

W dodatku uczy się nie tylko w Szkole Podstawowej w Ostrorogu, ale także w Państwowej Szkole Muzycznej I i II stopnia w Szamotułach, czyli trzy lub cztery razy w tygodniu jeździ na popołudniowe lekcje i ćwiczy grę na pianinie w domu. W jednej ze scen serialu jej umiejętność gry została zresztą wykorzystana – grała w duecie z Michałem Żebrowskim.

Co w przyszłości? Aktorstwo? Chyba jednak nie. W tej chwili Amelia bardziej myśli o zawodzie … lekarza. A grać w filmie chciałaby, ale tak od czasu do czasu. Teraz zresztą też marzy o występie w filmie kinowym, nie tylko w serialu.

Amelka pracuje dużo i tak jest do tego przyzwyczajona, że w gruncie rzeczy najtrudniejszym czasem są dla niej wakacje, bo ten normalny dla niej rytm jest wtedy zakłócony. Bo Amelia mówi, że „musi się coś dziać”.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

25 lipca 2018 r.

Kwiecień 2020 r.

Co nowego u Amelii?

W tym roku Amelia kończy siódmą klasę. Rok temu została absolwentką szamotulskiej szkoły muzycznej. Żyje jej się trochę spokojniej, bo nie musi dzielić czasu między dwie szkoły i pracę na planie serialu. W 2018 i 2019 r. wątek Matyldy w serialu był dość mocno rozbudowany. Amelia grała już nie tylko z Michałem Żebrowskim i Iloną Ostrowską, ale także Mateuszem Janickim, Katarzyną Dąbrowską, Agnieszką Pilaszewską i samym Danielem Olbrychskim (jej serialowym pradziadkiem)! Matylda w serialu dorasta, pojawiają się nowe problemy: zakochanie w dużo starszym chłopaku, ryzykowne odchudzanie; kto zna tę postać, wie, że ona tak łatwo nie odpuszcza. 🙂 Amelia w tym roku po raz ostatni była na planie na początku marca, kręcony wówczas odcinek został już wyemitowany. 29 kwietniafinał sezonu, skróconego ze względu na pandemię koronawirusa.

Zdjęcia Agnieszka Teska


Szamotuły, 25.07.2018

Amelia Czaja2025-01-10T13:06:26+01:00

Cmentarz ewangelicki w Szczepankowie

Zapomniany cmentarz w lesie

Stephanshofen – tak w zaborze pruskim nazywało się Szczepankowo. Na początku XX wieku w Szczepankowie zamieszkiwało wiele osób narodowości niemieckiej. W latach 1904-1908 wieś stanowiła własność Królewskiej Komisji Osadniczej Państwa Pruskiego. Po 1905 roku majątek rolny został rozparcelowany i osadzono na nim niemieckich kolonistów. W tamtym czasie w Szczepankowie była niemiecka szkoła i cmentarz.

Cmentarz ewangelicki znajdował się w lesie po lewej stronie drogi prowadzącej do Ostroroga. Chcąc napisać ten tekst, szukałem informacji na temat cmentarza w starej prasie, znalazłem jedynie krótką notkę w „Gazecie Szamotulskiej” z 14 lipca 1932 roku: „W pobliżu miejsca zbrodni znajduje się w lesie niewielki cmentarz ewangelicki. Tablice nagrobkowe głoszą stereotypowo: «Hierruht in Gott».”  Poprosiłem o pomoc Pana Pawła Przewoźnego, który spisał swoje wspomnienia na temat cmentarza przełomu lat 50.i 60.XX wieku oraz pierwszej połowy lat 60., za co bardzo dziękuję.



W Szczepankowie mieszkałem od 1956 roku i w tych właśnie latach jako dzieciaki często chodziliśmy do szczepankowskiego lasu […]. Na dołączonym zdjęciu czerwonym prostokątem zaznaczyłem orientacyjne położenie cmentarza. Zaczynał się tuż za przydrożnym rowem. Nie był zbyt duży, zajmował obszar mniej więcej 50 na 50 metrów. Już w tamtych latach był opuszczony, zarośnięty i zupełnie zaniedbany. Na jego terenie znajdowało się kilkadziesiąt mogił. Trudno mi powiedzieć ile, bo nigdy nieliczyłem, ale oceniam gdzieś na około pięćdziesiąt. Część mogił (co najmniej kilkanaście) posiadało cementowe obramowania bez poziomych płyt, typowe dla nagrobków z przełomu XIX i XX w. Niektóre obramowania były proste, niektóre lekko trapezowe z ozdobnymi ornamentami. Między mogiłami można było znaleźć leżące betonowe krzyże nagrobne i fragmenty nagrobnych betonowych nagłówków. Takich elementów było jednak niewiele. Niektóre obramowania mogił były częściowo pochyłe i zapadnięte. Reszta grobów to były jedynie zarośnięte trawą kopczyki ziemi. Rzędy mogił biegły równolegle do szosy, zwrócone do niej „nagłówkami”. Na całym tym terenie rosły wysokie drzewa i dość wysoka trawa zasłaniająca mogiły. Tak więc jadąc szosą, trudno było dostrzec, że jest tam cmentarz. Zakrzewień na tym terenie było wtedy niewiele.


Zdjęcie Andrzej Bednarski


Nie przypominam sobie, by były tam jakieś krzyże czy inne elementy żelazne lub żeliwne. Były natomiast dwie studnie. Orientacyjne ich położenie zaznaczyłem na zdjęciu czerwonymi kółkami. Studnie ocembrowane do poziomu gruntu, ale bez przykrycia. Obie częściowo zasypane grubymi gałęziami, liśćmi itp. Studnia położona bliżej szosy była głęboka na około 3–4 metry, a na dnie, między gałęziami, nieraz prześwitywała woda. Druga studnia, położona mniej więcej na tej samej wysokości, ale dalej od szosy, była zasypana bardziej i miała głębokość około 2 metrów. Ta już była sucha.

Cmentarz nie posiadał już wtedy żadnego ogrodzenia, ale po wschodniej stronie (od strony Szczepankowa) były chyba, o ile pamiętam, jakieś dłuższe fragmenty betonowej podmurówki. Wiele, wiele lat później słyszałem, że kiedyś cmentarz był ogrodzony, a elementy jego metalowego ogrodzenia wykorzystane zostały do ogrodzenia Figury Królowej Korony Polski w Szczepankowie i mostku na ul. Szamotulskiej w Ostrorogu nad rzeką Ostroroga. Być może tak było, ale przyznam, że dość sceptycznie podchodzę do tego. Figura w Szczepankowie wystawiona została (i poświęcona) w 1926 roku. Zakładając, że jej ogrodzenie powstało w tym samym czasie, cmentarz musiałby być już w tych latach opuszczony, skoro zlikwidowano jego ogrodzenie. A przecież mieszkali wtedy jeszcze w Szczepankowie liczni ewangelicy pochodzenia niemieckiego. Poza tym ogrodzenie figury w Szczepankowie i elementy mostku w Ostrorogu tylko na pierwszy rzut oka są podobne. Jeśli przyjrzeć się bliżej, to wyraźnie różnią się elementami zdobienia. (Tu zakładam, że ogrodzenie cmentarza z każdej strony było jednolite. A może jednak nie było??).

Na zdjęciu zaznaczyłem też pomarańczowym owalem obszar znacznie bliżej torów kolejowych, na którym w opisywanych latach była jedna lub dwie mogiły (tu mnie zawodzi pamięć, ale raczej dwie). Zakładam, że były to mogiły, ponieważ były to zarośnięte małe kopczyki ziemi z niewielkimi drewnianymi, mocno spróchniałymi krzyżami. Czy miały one jakikolwiek związek z cmentarzem? Tego nie wiem.

Michał Dachtera

Fragment mapy z 1916 r.

Fragment mapy z 1931 r.

Szczepankowo (ok. 1912 r.) – gospoda Fritza Treske

Zdjęcie współczesne Andrzej Bednarski

Figura Królowej Korony Polski, lata 60. XX w.

Zdjęcia współczesne Andrzej Bednarski

Zdjęcia Elżbieta Drewniak

Więcej zdjęć z innych cmentarzy ewangelickich w powiecie szamotulskim http://regionszamotulski.pl/koscioly-i-cmentarze-protestanckie-zdjecia/.


Szamotuły, 23.07.2018


Więcej o historii Szczepankowa można przeczytać w artykule http://regionszamotulski.pl/szczepankowo-historia/ 

Michał Dachtera

Mieszka w Szamotułach, ale jego serce zostało w Ostrorogu i okolicach.

Miłośnik historii, poszukiwacz archiwalnych zdjęć. Na Facebooku prowadzi profil Ostroróg na kartach historii.

Cmentarz ewangelicki w Szczepankowie2025-09-01T00:35:09+02:00

Centralne Dożynki w Szamotułach – 1986

Centralne Dożynki w Szamotułach w fotografii

7 września 1986 r. w Szamotułach odbyły się Centralne Dożynki. Był to w naszym mieście „szczyt PRL-u”, ze względu na wizytę Wojciecha Jaruzelskiego, najważniejszej osoby w tamtym państwie, i innych władz najwyższego szczebla, rozmach uroczystości, przygotowania miasta na ten dzień. 

Zdjęcia Foto-Druk, Marian Różański i Ireneusz Walerjańczyk.

Reprodukcja Ireneusz Walerjańczyk.

Władze, goście i mieszkańcy



Obrzęd dożynkowy



Widowisko na stadionie



Wokół stadionu: wystawy produktów rolnych, pokaz sprzętu rolniczego i występy dla mieszkańców



Szamotuły, 22.07.2018

Centralne Dożynki w Szamotułach – 19862025-01-07T12:46:34+01:00

Franciszek Kwilecki – rzeźbiarz

Franciszek Kwilecki – rzeźbiarz z Dobrojewa

Franciszek Kwilecki, o którym pisałem w artykule Stadnina Kwileckich w Dobrojewie (http://regionszamotulski.pl/stadnina-w-dobrojewie/), był nie tylko ziemianinem i hodowcą koni, ale również artystą.

Franciszek Kwilecki urodził się 4 października 1875 roku w Szamotułach, jako czwarty z pięciu synów Stefana Kwileckiego (1839-1900) i Barbary z Mańkowskich (1845-1910). Rodzice przygotowywali Frania do roli ziemianina, dlatego posłali go do gimnazjum w Poznaniu i szkoły rolniczej w Berlinie. On z kolei odkrył w sobie zamiłowanie do sztuki. W wolnych chwilach szkicował, rzeźbił i malował. Aby mógł rozwijać swój talent, rodzice skierowali go najpierw na roczne studia do Krakowa (1893-1894), a następnie na czteroletnie studia do Paryża (1896-1900). Rok później, 19 sierpnia 1901 roku, ożenił się z Jadwigą księżną Lubomirską.


Popiersia wykonane przez Franciszka Kwileckiego: Maksymilian Jackowski (1909, gips), hr. Kazimierz Chłapowski (1912, brąz), Marceli Krajewski (1913, brąz) i arcybiskup poznański Florian Stablewski (1914, gips)


Stefan Stablewski wspominał, że „Rzeźbiarska żyłka właściciela stanowiła czynny związek ze światem sztuki”. Czas do wybuchu I wojny światowej to okres, w którym Franciszek dużo tworzył. Szczególnie często rzeźbił popiersia i portrety w medalionach. W tym czasie powstały m.in.: popiersie Mieczysława Kwileckiego z Oporowa, popiersie patrona Maksymiliana Jackowskiego (1909), posążek pary na wrotkach (1911), posążek córki Marii (1912), popiersie biskupa Floriana Stablewskiego (1914), czy popiersia malarzy – przyjaciół Kwileckiego: Michała Wiewiórkowskiego i Marcelego Krajewskiego (1913). Franciszek wykonał również medal w brązie na swój ślub z Jadwigą (1901). Do ważnych prac Kwileckiego należy również płaskorzeźba marszałka Władysława Ostrowskiego, w kościele św. Barbary w Krakowie. Kwileckiemu przypisuje się również autorstwo drogi krzyżowej w Ostrorogu, której indywidualną cechą jest to, że jest w porządku odwrotnym. Prawdopodobnie Kwilecki wykonał również figurę św. Józefa z Dzieciątkiem w poznańskiej katedrze.



Franciszek był jednym z założycieli Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Poznaniu. Uczestniczył w zebraniu konstytucyjnym tej organizacji (31.01.1910), a następnie wpłacił jednorazowo 300 marek, za co zgodnie ze statutem otrzymał dożywotnie członkostwo. W 1912 roku wszedł do zarządu Towarzystwa i od tego czasu był również jurorem w konkursach. 2 lutego 1914 roku nastąpiło otwarcie nowego salonu Towarzystwa. Franciszek miał w tym duży udział, gdyż nie tylko wpłacił środki na fundusz budowy, ale również wspólnie z Władysławem Kościelskim oraz Adamem i Olgierdem Czartoryskimi podżyrował weksel na pożyczkę w wysokości 30 tysięcy marek.

W 1911 roku Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych ogłosiło kilka konkursów, w których Kwilecki zasiadał jako juror:

  • konkurs na wykonanie szkicu obrazu ołtarzowego z motywem Świętej Trójcy do ołtarza głównego w nowym kościele pod wezwaniem Św. Trójcy w Bydgoszczy,
  • konkurs na zaprojektowanie telegramu weselnego i żałobnego dla Towarzystwa Czytelni Ludowych w Poznaniu,
  • konkurs na zaprojektowanie okładki do dzieła dr. Mariana Kukiela W setną rocznicę 1812-1912 dziejów oręża polskiego w epoce Napoleońskiej.

W tym samym roku Towarzystwo zorganizowało wystawę zbiorową, na której Kwilecki prezentował swoje prace razem z trzynastoma innymi artystami.



W 1912 roku Kwilecki wystawił dwie prace na Grand Salon des Arts w Paryżu. W tygodniku „Praca” pisano wówczas: „Baczniejszą uwagę zwraca ledwie hr. Franciszek Kwilecki z Dobrojewa w Wielkim. Księstwie Poznańskiem, pięknie pomyślanym portretem Marii – córki artysty i bardzo poprawnym biustem p. C. Szkoda, że poważny zresztą talent hr. Kwileckiego tak rzadko daje znać o swym istnieniu. Tym bardziej podkreślić należy dwie piękne prace hr. Kwileckiego, że jest to jedyny artysta polski z Księstwa, który wystąpił w tegorocznych Salonach paryskich z dziełem, nie usuwając się z pod oceny” [pisownia oryginalna – red.]. Niewielką wzmiankę znajdujemy również w miesięczniku „Sztuka” (t. 2, 1912): „Po za tem wyróżnili się swemi rzeźbami Kraiński, który zapowiada się jako bardzo rasowy rzeźbiarz, bar. Puszet, panna Broniewska, hr. Kwilecki, Medveski Sobczak, Jackowski”.

W 1914 roku na I Salonie Wiosennym w Krakowie, organizowanym przez Towarzystwo Sztuk Pięknych w Krakowie, Kwilecki wystawił swoją pracę wykonaną z brązu ‒ popiersie Marcelego Krajewskiego. Rzeźba ta znajduje się na liście dzieł zaginionych w czasie II wojny światowej.

Po wybuchu I wojny światowej artystyczna działalność Franciszka nieco osłabła na rzecz działalności politycznej. W 1916 r. stworzył rzeźbę – akt kobiecy – o nazwie Studium. Z okresu powojennego nie znamy zbyt wielu prac Kwileckiego z wyjątkiem wyrzeźbionych portretów Józefa Piłsudskiego oraz posła II RP w Wiedniu – Jana Gawrońskiego. Ponadto w 1929 roku, w trakcie Powszechnej Wystawy Krajowej w Poznaniu, Kwilecki wystawił dwie prace: głowę młodzieńca (gips) oraz popiersie (gips polichromowany). Był członkiem Stowarzyszenia Artystów Plastyków „Plastyka” (co najmniej do 1936 r.)

Franciszek Kwilecki zmarł 20 września 1937 roku w Warszawie. Zgodnie z ostatnią wolą jako pierwszy z Kwileckich został pochowany na cmentarzu w Ostrorogu.

Michał Dachtera

Szamotuły, 17.07.2018

Literatura:

  1. Historya Wielkiego Księstwa Poznańskiego, t.3 1890-1914 [o Kwileckich].
  2. Katalog Działu Sztuki Powszechna Wystawa Krajowa, Poznań 1929.
  3. Katalog wystawy Jubileuszowej MCMXIV. I Salon Wiosenny, Kraków 1914.
  4. „Krakowski Miesięcznik Artystyczny” 1911, nr 5 i 8.
  5. „Kronika Miasta Poznania” 1938, nr 2.
  6. Andrzej Kwilecki, Ziemiaństwo wielkopolskie. Między wsią a miastem, Poznań 2001.
  7. Andrzej Kwilecki, Kwilcz i inne majątki Kwileckich na przestrzeni wieków, Poznań 1996.
  8. „Praca” 1912, nr 27.
  9. „Sztuka” 1912, z. 2.

Fotografie archiwalne:

  1. Andrzej Kwilecki, Ziemiaństwo wielkopolskie. Między wsią a miastem, Poznań 2001.
  2. Andrzej Kwilecki, Kwilcz i inne majątki Kwileckich na przestrzeni wieków, Poznań 1996.
  3. „Kronika Miasta Poznania” 1938, nr 2.
  4. Katalog wystawy Jubileuszowej MCMXIV. I Salon Wiosenny, Kraków 1914.
  5. „Tygodnik Ilustrowany” 1912, nr 20.
  6. Ze zbiorów Wojciecha Kwileckiego.
  7. Biblioteka Narodowa Polona.
  8. Poznańskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk.

Dobrojewo (ok. 1901-1902) – rodzina Kwileckich na schodach pałacu. Franciszek siedzi na dole. Tekst o pałacu http://regionszamotulski.pl/palac-w-dobrojewie/.

Medal ślubny Kwileckich autorstwa F. Kwileckiego, 1901, awers i rewers, brąz

Płaskorzeźba-epitafium Władysława Ostrowskiego z kościoła Świętej Barbary w Krakowie. Zdjęcie Stanisław Cieślak SJ, 2018.

Stacja Drogi Krzyżowej z Ostroroga (2009, przed malowaniem kościoła)

Franciszek Kwilecki na zdjęciu wykonanym w Poznaniu (ok. 1920 r.) i na portrecie Stanisława Lentza

Stado Franciszka Kwileckiego pędzone do wody – obraz Wojciecha Kossaka (1926; więcej na ten temat http://regionszamotulski.pl/obrazy-kossaka-z-galowa-i-dobrojewa/).

Grób Kwileckich w Ostrorogu, 2018. Zdjęcie Andrzej Bednarski

Mieszka w Szamotułach, ale jego serce zostało w Ostrorogu i okolicach.

Miłośnik historii, poszukiwacz archiwalnych zdjęć. Na Facebooku prowadzi profil Ostroróg na kartach historii.

Franciszek Kwilecki – rzeźbiarz2025-08-30T09:57:19+02:00

Maciej Kukla – wiersze

Maciej Kukla – wiersze

Maciej Kukla, rocznik 1969, absolwent szamotulskiego liceum i Studium Nauczycielskiego. Studiował pedagogikę na Uniwersytecie Szczecińskim (kierunek praca socjalna). Przez kilka lat pracował w Szkole Podstawowej w Brodziszewie, potem prowadził zajęcia kulturalne i kierował świetlicą w Domu Dziecka w Szamotułach. Od pięciu lat mieszka poza naszym regionem.



Maciej Kukla tak pisze o swoich zainteresowaniach i o związku z Szamotułami:

Sztuka w różnych wymiarach i formach jest ze mną od zawsze. Zrobiłem kilka udanych przedstawień ze zdolną młodzieżą z Domu Dziecka, kilka fajnych wystaw malarskich w ramach koła plastycznego z prowadzącym prof. Ratajczykiem, o którym jeszcze wspomnę, we współpracy z kierownikiem artystycznym śp. Janiną Foltyn prowadziłem zespół folklorystyczny złożony z podopiecznych Domu Dziecka. Przy tej okazji pozdrawiam Tomka Kuźniaka, świetnego klarnecistę, który przez wiele lat prowadził zajęcia z gry na instrumencie dla młodzieży z Domu Dziecka. Powinienem wspomnieć epizody muzyczne, które miały miejsce w moim życiu. Miałem przyjemność pisać teksty, śpiewać, występować: z Marionem, Waldkiem, Sławkiem, Andrzejem, Jarkiem i innymi wspaniałymi ludźmi. Trzeba również wspomnieć o WGT Szamotuły’ 90, gdzie próbowaliśmy lokalnie realizować pierwsze twórcze projekty w innej rzeczywistości…

Oczywiście, najdłużej trwa moja przygoda z poezją. Na poszczególnych etapach życia różnie to wyglądało. Oprócz pisania dla siebie, do szuflady, pisałem też dla kogoś (personalnie), czasem coś na FB. W roku 2008 byłem w jury konkursu literackiego, organizowanego przez Parafię św. Krzyża dla młodzieży szamotulskiej. W 2011 roku udało nam się z tej okazji wydać pokonkursowy tomik poezji uczestników i członków jury „Z myśli i z serca”. Pozdrawiam Kasię Renn ‒ poetkę i animatorkę kultury, z którą organizowaliśmy konkurs. Pisałem również wiersze do kilku wystaw malarskich.

Od dwóch lat oprócz poezji mój czas wypełnia współpraca z prof. Grzegorzem Ratajczykiem, malarzem i wykładowcą Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu. Reprezentuję jego interesy artystyczne. Przy okazji zapraszam do odwiedzenia naszej galerii internetowej pod adresem gregor.netgallery.eu

W Szamotułach, niestety, nie mieszkam już od kilku lat, ale jestem na bieżąco z tym, co się dzieje w moim rodzinnym mieście. Mam tu rodzinę i wielu znajomych. Mam oczywiście kilka ulubionych miejsc, do których zawsze zaglądam, ilekroć odwiedzam Szamotuły. Idę wtedy do naszej Kolegiaty (dzisiaj Bazyliki), odwiedzam cmentarz i bliskich, Gościniec Sanguszko, gdzie zawsze czuję się jak w domu.

Myślami zawsze odwiedzam również miejsce nieistniejące już, a mianowicie strych u jednego z moich najlepszych kumpli, gdzie zawsze spotykaliśmy sie gromadnie, żeby kreatywnie spędzać czas…w okresie PRL-u obmyślaliśmy plany neutralizacji lokalnych działań władzy, a w antraktach zawsze towarzyszyła nam poezja własna albo ulubionych buntowniczych twórców jak Stachura. Utożsamiając się z jego poezją, czuliśmy się wolni, choć często z tej wolności nie potrafiliśmy odpowiednio korzystać…, ale to już zupełnie inny temat. Lubiliśmy również bardzo poetów krakowskich ‒ Adama Ziemianina i Józefa Barana, z tą poezją również wiążą się niezapomniane chwile…

Moimi niedoścignionymi Mistrzami są: Wojciech Młynarski, Jeremi Przybora oraz Agnieszka Osiecka (kolejność przypadkowa). Myślę, że można ich odszukać w niektórych moich tekstach.

Dziękuję za możliwość podzielenia się z Wami moją poezją.

Pozdrawiam  

Maciek

Szamotuły, 10.07.2018

NA DŹWIĘKACH CHWIL

Chyba nie mam w sercu Boga?
Lecz dzięki Tobie
Myślę o Nim często.

Jak prawdę odszukać
Na życia krawędzi?
Jak być szczęśliwym?
Od Ciebie wiem.

W malignie uczuć,
Marzeń rozwianych
Jesteś i będziesz,
Bo On tak chce.

Nic nie mów, proszę,
Uśmiechnij się,
Obudź modlitwę,
Po prostu bądź.

Z tym pstrym uśmiechem,
Z oczami radości,
W tańcu milczących zdarzeń.
Z Twoją Madonną
(Z) moim Aniołem
Bądź.

***

Dzień był ciężki
I spadł mi na kolana
Bolało jak diabli
To śmieszne, ale to dramat

Jęknąłem w fazie przejściowej
By nie było zbyt prosto
Tłukłem się myślami
ciętą ripostą

W PODRÓŻY

W podróży czas mi się nie dłuży,
Czasem piszę, a czasem tylko patrzę,
każdy ma swój kawałek sceny
jak w teatrze.
Pijackie gęby, przekleństwa i
wyziewy.
dzwoniące bez przerwy telefony i
ciągłe pytania, dokąd ten świat bieży??
Za oknem, również nieschematycznie,
kolorowo,
zapachy drażnią nozdrza
niejednakowo.
I wkracza mistrz ceremonii – pik, pik
Bilety sprawdzam, jeszcze tylko dziś
He he…
Jak w markecie, panie, pik, pik,
kompletny bzik.
Mijam kolejne stacje, z okrutną
szachisty szybkością,
wpadając w drgania, wibracje,
wylewam colę z gracją.

***

Maszerujemy dumnie
pijąc wódkę
na postojach
wśród roztopów, deszczu,
chłodu,
czasem coś w nas pęknie…
z głodu

Rozmawiamy czasem
z sobą,
ale często w dziwnym stanie
urojenie smaga ciało
niczym ziemskie biczowanie
Uciekamy od przyjaciół
zostawiając ślady
w głowie,
ale nigdy od „madrości”
takie nasze wędrowanie

***

Sto ról
w tym życiu
zagranych w
niemocy

Sto łez
wylanych
w zakazie
wspomnień

Tylko cisza
jest grą
uderza w
powieki

To Amen
powiedział
ktoś mądry.

JESIENNA DZIEWCZYNA

Jesienią, kiedy myślę o wiośnie,
Kolorowe ciągle mam sny.
Jesienią me serce radośnie
Uderza w zimne dni.

I nagle spotykam ciebie,
W liściach brodzącą i w słońcu,
I nagle oddycham niebem,
Swój los tym spotkaniem mącąc.

Lecz w tym jesiennym zamęcie będąc,
Dobrze mi z tobą iść przez park.
Nucić jesienną balladę na moście,
łączącym twój świat i mój z wad.

Maciej Kukla – wiersze2025-01-05T12:55:06+01:00

Stadnina w Dobrojewie

Michał Dachtera

Stadnina Kwileckich w Dobrojewie

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości do dobrojewskiej księgi stadnej stadniny Franciszek Kwilecki wpisał motto „W imię Boga i Ojczyzny – praca poświęcona kawalerii polskiej”. W II Rzeczpospolitej jego stadnina w Dobrojewie była jedną z najznamienitszych w Polsce. Historia stadniny zaczęła się jednak dużo wcześniej niż w II RP.


Ok. 1929 r., konie ze stadniny dobrojewskiej przed pałacem. Więcej o nieistniejącym pałacu w Dobrojewie w tekście  http://regionszamotulski.pl/palac-w-dobrojewie/

Zanim przejdę do historii stadniny w Dobrojewie, pokrótce opiszę majętność dobrojewską. Na jej teren składało się pięć folwarków położonych wzdłuż linii kolejowej Szamotuły-Sieraków. Jak na obszar wielkopolski jest to teren falisty, ze wschodu na zachód ciągnie się jar, natomiast folwarki znajdowały się na wyżynach graniczących ze stokami jaru, na których znajdowały się rozległe pastwiska. Stoki w większości miały gliniastą glebę i obfitowały w naturalne wody płynące (woda źródlana wykazywała duże właściwości zdrowotne). Najwyższe pastwisko było położone 100 m n.p.m., a najniższe 60 m n.p.m. Tym samym teren ten był narażony na częste wiatry. Suchy klimat Dobrojewa idealnie nadawał się do hodowli konia suchego, kościstego, o dużej wytrzymałości, sile i masie konia ułańskiego.

Jak wspomniałem, stadnina w Dobrojewie powstała znacznie wcześniej niż w II RP, gdyż już w 1787 roku, kiedy właścicielem Dobrojewa był Adam Klemens Kwilecki – rotmistrz chorągwi husarskiej. Czyniło ją to jedną z najstarszych w Poznańskiem. Po Adamie własność Dobrojewa przeszła na jego córkę Anielę i jej męża Klemensa, który był zarazem bratankiem Adama.


1923 r., Wystawa Poznańska – konkurs powozów. Piątka hr. Franciszka Kwileckiego


Spadkobiercą Anieli i Klemensa był ich syn Leonard Kwilecki, oficer strzelców. Leonard brał udział w powstaniu listopadowym pod dowództwem generała Romarino, który – przyłączając się do powstania – zabrał własne, wyhodowane w Dobrojewie, konie. O fakcie tym miał zaświadczyć w późniejszych latach wnukowi Leonarda – Franciszkowi – 90-letni emerytowany trębacz przyboczny Leonarda o nazwisku Dunaj.

Kolejnym właścicielem Dobrojewa był Stefan Kwilecki – wielki miłośnik koni. Jego doradcą i przyjacielem był znany hipolog Józef Trzebiński z Miławczyc. Stefan Kwilecki na wystawach w latach od 1868 do 1891 zdobył osiem medali, w tym jeden złoty, cztery srebrne i trzy brązowe. Stefan Kwilecki pozostawił stado bez domieszki zimnej krwi, która pod koniec XIX wieku zaczęła zyskiwać na popularności i napływała z zachodu na teren dzisiejszej Wielkopolski.


Dobrojewo, ok. 1929 – źrebaki ze stadniny w trakcie pokazu


Po śmierci Stefana opiekę nad stadniną przejął jego syn – Franciszek i to właśnie na okres jego gospodarowania przypada prawdziwy rozkwit stadniny w Dobrojewie. Do 1912 roku Franciszek, podobnie jak ojciec, używali wyłącznie ogierów półkrwi angielskiej. Obaj mieli bardzo dobre relacje z dyrekcją stadniny w Sierakowie, co zapewniało dobrojewskiemu stadu stały dopływ najlepszej półkrwi angielskiej. Wśród reproduktorów angielskich jednym z najlepszych w Dobrojewie był Wellington, urodzony w 1866 roku.

Przełomem w historii dobrojewskiej stadniny było nabycie ze stadniny w Jezupolu w 1912 roku ogiera czystej krwi arabskiej Hadudego, potomka słynnego ogiera o tym samym imieniu. Franciszek Kwilecki chciał dowieść, że mieszanka konia orientalnego z odmianą wielkopolską pozwoli otrzymać konia zdatnego do prac gospodarczych (kolejki konne, pługi parowe etc.) w stopniu nie mniejszym niż koń limfatyczny, a oprócz tego znacznie sprawniejszego i bardziej wytrzymałego od konia limfatycznego. Klimat panujący w Dobrojewie tworzył idealne warunki właśnie do chowu takiego konia, czyli suchego, o dużej masie, sile i wytrzymałości oraz dobrym chodzie. Hadudy dotarł do Dobrojewa w wieku bardzo dojrzałym (około 25 lat). Ogier ten padł w Dobrojewie w 32. roku życia, tj. w 1918 roku. W poprzedniej stadninie uznawano go za niezdolnego do chowu. W Dobrojewie jednak przywrócono go do normalnych zajęć, za co mimo podeszłego wieku odwdzięczył się licznym potomstwem, dał bowiem stadu 30 koni. Źrebaki po Hadudym dorastały w czasie I wojny światowej, większość z 18 wałaszków znalazła się w różnych pułkach wielkopolskich, a po odzyskaniu niepodległości trafiły przed pierwszą polską komisję remontową, czyli prowadzącą rejestrację, klasyfikację oraz zakup koni dla wojska. Natomiast 12 wspaniałych klaczy: Greczynka (1912), Haduda, Hucułka, Honorka (1913), Imci Pani, Iskra, Iglica, Ijola (1914), Bogusia, Aga (1915), Bogda i Esta (1916), które – jak pisał Paweł Popiel – stało się dla stada „klaczami Mahometa”, pozostało w stadzie z przeznaczeniem na przyszłe matki. Z tych 12 klaczy w stadzie ostatecznie pozostawiono 10 jako fundament dalszej hodowli. Potomstwo Hadudego było równie wybitne jak on sam, wałachy po nim służyły w wielkopolskich pułkach ułańskich. Liczne potomstwo Hadudego wzbudzało podziw innych hodowców. Klacze po Hadudym (półkrwi i ¾ krwi orientalnej) cechowały się dużą szlachetnością, suchością, zadziwiały swoim orientalnym wyglądem.


Stadnina hr. Franciszka Kwileckiego, ok. 1929 r.


W czasie I wojny światowej do Dobrojewa przybyły dwa ogiery czystej krwi arabskiej ze stadniny Pełpin: Padyszach oraz Durbar. Po tym pierwszym pozostały dwie wspaniałe klacze: Iwa i Durbar, natomiast pod drugim pięć: Baszta, Grenada, Jawa, Grażyna oraz Besi. Wszystkie siedem klaczy zostało zapisanych w dziale II polskie księgi stadnej koni arabskich. Nieco później (około 1919-1920 r.) w Dobrojewie znalazł się wspaniały anglo-arab Velasquez, urodzony w 1908 roku, potomek słynnego ogiera Van Dyck. Velasquez ocalał w wojnie bolszewickiej i był ostatnim okazem ze stadniny w Stawiszczach. Miał wypalony herb rodziny Branickich, a do Dobrojewa trafił ze stadniny w Sierakowie. Ogier został wpisany do działu II polskiej księgi stadnej koni arabskich. Cechował się dużą masą i wzrostem jak na konia orientalnego. W stadzie przydzielono mu część klaczy po Hadudym i Durbarze. Najlepsze potomstwo uzyskiwano w połączeniu z klaczami głębokimi i przyziemnymi. Największą zaletą Velasqueza była umiejętność przekazywania szlachetności i suchości konia orientalnego. Utrwalano tym samym typ konia orientalnego, suchego, jednak nieco mniejszego i lżejszego, co w pewien sposób ograniczało jego wszechstronność. W Dobrojewie zastanawiano się, czy rozwój stadniny powinien iść w kierunku koni arabskich, czego wyrazem było sprowadzenie konia pełnej krwi angielskiej Dissensiona, który w połączeniu z głębokimi, łagodnymi, orientalnymi klaczami dał dobre potomstwo w postaci koni średnich, nadających się zarówno pod siodło, jak i do pługa.


Praca w polu. Konie ze stadniny hr. Franciszka Kwileckiego, ok. 1930 r.


Przegląd klaczy z 1922 roku wskazywał, że w tym czasie w Dobrojewie było bardzo dużo klaczy po ogierach trakeńskich: 14 klaczy po Panzenbrecherze i Almenrauschu, 7 klaczy Hadererze, 10 klaczy po Furstentahu i Medusensohnie. Z kolei konie hodowli wielkopolskiej – Habsburger oraz Strolch zostawiły w stadzie 17 klaczy. Po ogierach Cyd i Wiado było 15 klaczy, natomiast po beberbeckim ogierze Galbie – 7 klaczy. Oznacza to, że do czasu przybycia do Dobrojewa Hadudego i innych ogierów arabskich najbardziej dla rozwoju przysłużyły się ogiery trakeńskie, wschodniopruskie oraz wielkopolskie. Wspomnieć też trzeba o jasnogniadym Randolfie, ogierze hanowerskim, który dał stado 12 klaczy, jednak nie wykorzystywano ich w istotny sposób w dalszej hodowli.

Dziesięć klaczy po Hadudym pokazano po raz pierwszy na wystawie poznańskiej w 1923 roku, gdzie konkurowały z licznym stadninami, m.in. z Posadowa, Pępowa, Gałowa, Iwna, Kobylnik czy Wielichowa. Klacze ze stadniny Kwileckiego zdobyły srebrny medal. Zostały również wpisane do działu II polskiej księgi stadnej koni arabskich. Po tym sukcesie Franciszek wybrał się do Janowa, gdzie w 1924 roku nabył dla swojej stadniny ogiera czystej krwi arabskiej – Arabi Paszę oraz ogiera półkrwi arabskiej Schagya XV (wg niektórych źródeł Schagya X 10). W ten sposób Kwilecki nie przerwał dopływu krwi arabskiej do swojej stadniny. Oba wspomniane ogiery otrzymały klacze po Hadudym, Durbarze, Padyszachu i Velasquezie, co przyniosło bardzo dobre rezultaty.


Wojciech Kossak, obraz Stado Franciszka Kwileckiego pędzone do wody, 1927 r. Więcej o obrazie w tekście  http://regionszamotulski.pl/obrazy-kossaka-z-galowa-i-dobrojewa/.


W 1926 roku do Dobrojewa przybył Wojciech Kossak. Kwilecki zlecił Kossakowi namalowanie obrazu przedstawiającego jego cztery córki, jego samego i stado pędzone do wody. „Gazeta Szamotulska” z 21 września 1926 roku tak relacjonowała przybycie Kossaka „Ostroróg. (Sławny malarz.) Sławny malarz Wojciech Kossak, twórca licznych i znakomitych obrazów i panoramy berlińskiej, przedstawiającej przejście przez Berezynę, pobitych w roku 1812 wojsk Napoleona I, bawi obecnie w majątku pana Franciszka hr. Kwileckiego w Dobrojewie, gdzie maluje stadninę p. Kwileckiego. Po ukończeniu pracy w Dobrojewie uda się Wojciech Kossak w tym samym celu do Gałowa majątku p. hr. Mycielskiego”.

Szczegółową relacji z pobytu Kossak zdał w swoich listach żonie – Marii Kisielnickiej (listy zostały wydane w 1985 roku – Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół, tom 2 – lata 1908-1942, Wydawnictwo Literackie). Kossak napisał m.in., że jest bardzo zadowolony z namalowanego obrazu, a z drugiej strony wskazywał na problemy z zapłatą: „Moja droga. Ten tydzień ostatni był jednym z najświetniejszych w mojej sztuce, ale jednym z najtrudniejszych finansowo. Wspaniały, przepyszny (zobaczysz) obraz za 12 000 skończony, ale nawet pierwszej raty 4000 dotąd nie dostałem i nie wiem, kiedy dostanę.” „Kwil[ecki] wrócił bez pieniędzy i nie mógł mi nawet 20 zł pożyczyć!, a tu trzeba 16 zł za obiad zapłacić i Hieronimowi dać na benzynę, bo mamy wracać do Dobrojewa. No pomyśl sobie! … Bardzo ciężkie dni zaprawdę”.


Dobrojewo – klacze orientalne zapisane w księdze arabskiej w dziale II, ok. 1928 r.


Dziewiątego listopada 1927 roku dwie komisje wyłoniły grupę klaczy, którym przyznały licencje; tylko te klacze miały być przeznaczone na matki. Tego samego dnia wszystkie klacze zaprezentowano przed Komisją Wielkopolską i Komisją księgi państwowej (w tym także przedstawiono wszystkie klacze wpisane w dziale II księgi arabskiej, jednak tylko dla potwierdzenia istnienia takich w Dobrojewie). Dzięki przeprowadzonej wówczas inwentaryzacji stadniny wiadomo, jak liczne było stado dobrojewskie. Konie zostały podzielone na trzy kategorie:

– I, w której dążyło się do czystej krwi arabskiej, liczyła 21 klaczy zapisanych w polskiej księdze arabskiej; w latach 1925-1927 dały stadu 38 źrebaków (w tym 26 klaczek);

– II, w której dążyło się w kierunku anglo-arabskim, liczyła 27 klaczy półkrwi arabskiej oraz 29 klaczy krwi angielskiej zapisanych w księdze wielkopolskiej; w latach 1926-1927 dały stadu 15 źrebaków (w tym 8 klaczek);

– III, w której dążyło się w kierunku półorientalnym, liczyła 17 klaczy krwi półarabskiej oraz 19 klaczy krwi angielskiej wpisanych do księgi polskiej.

Tym samym w stadzie dobrojewskim było 65 klaczy orientalnych (21 szt. ¾ krwi arabskiej i 44 szt. ½ krwi arabskiej), 77 źrebiąt orientalnych (4 szt. 63/64 krwi arabskiej, 34 szt. ½ krwi arabskiej oraz 39 szt. ½ krwi arabskiej) oraz 39 wałachów orientalnych (wszystkie ½ krwi arabskiej). Łącznie było zatem 181 koni orientalnych. Koni krwi angielskiej były 152 egzemplarze, w tym 48 klaczy, 16 źrebiąt oraz 88 wałachów. Tym samym łączna liczba wszystkich koni wynosiła 333. Klacze czystej krwi orientalnej (21 sztuk) pracowały w stajni cugowej i administracji, natomiast reszta stada pracowała na roli, co dawało około 16 klaczy licencjonowanych i 16 wałachów na 250 ha folwarku. Źrebaki były tak trenowane, że od dwóch do czterech razy dziennie przebiegały kilometry naturalnym galopem po pagórkowatych terenach i przez liczne strumienie.


Stadnina hr. Franciszka Kwileckiego, ok. 1929 r.


Od 1921 do 1927 roku z Dobrojewa do stadnin państwowych i prywatnych trafiły aż 24 ogiery: Druh Maji, Helen i Calpucius II (1921), Bandyta i Buńczuk (1922), Bojan (1923), Cudak (1924), ogiery nr 85, 86, 102 i 110 (1925), Hejnał, Harun, Dragoman, Hermes, Alf, Hamit, Halman i Cisun (trafiły do stadniny państwowej w Janowie) (1926), Imci Pan, Pasza, Incydent, Irydion oraz Cekin (1927). Z tych koni szczególnie wyróżnił się Cekin – siwy ogier półkrwi, urodzony w 1924 roku. Jego potomkowie w 1932 roku na komisji remontowej w Płońsku osiągnęły najwyższe ceny. Ponadto ogier ten zostawił po sobie wiele wspaniałych klaczy.

W 1928 roku stado Kwileckiego liczyło około 50 klaczy półkrwi angielskiej oraz około 70 klaczy z domieszką krwi orientalnej, co czyniło Dobrojewo prawdopodobnie największą orientalną stadniną w Polsce. Warto wspomnieć, że w tym czasie w stadzie dobrojewskim było 20 klaczy – córek i wnuczek po Hadudym oraz 7 klaczy po innych orientalnych ogierach – Durbarze i Padyszachu. Wszystkie te klacze cechowały się znacznie bardziej orientalnym wyglądem niż było to w rzeczywistości. Stąd nasuwa się wniosek, że Kwilecki miał talent i szczęście w doborze ogierów do stadniny oraz że krew orientalna w połączeniu z koniem poznańskim dawała bardzo dobre wyniki.

Również w 1928 roku Stadnina Franciszka Kwileckiego zajęła siódme miejsce pod względem ilości koni dostarczonych komisji remontowej (15 sztuk). Komisja kupiła dla wojska aż dziesięciu potomków słynnego Arabi Paszy: Trębacza, Tuhaj-Beia, Taisa, Taryba, Tokio, Toska, Tamburyna, Trzaska, Tamka i Tamira. Zarówno co do ilości, jak i jakości Arabi Pasza zajął pierwsze miejsce wśród 428 opisanych w ankiecie ogierów, co wskazuje jak cenna była krew arabska u konia wojskowego ze stadniny w Dobrojewie.  Należy podkreślić, że  Arabi Pasza był koniem wybitnym, w ciągu tylko około 3 lat od przybycia do Dobrojewa dał stadu aż 38 klaczy. Między innymi dzięki niemu stado dobrojewskie w ciągu 12 lat od zakończenia I wojny światowej urosło o około 1/3 w zakresie liczby klaczy orientalnych.


Wzorowa stajnia – konie ze stadniny Franciszka Kwileckiego w trakcie Powszechnej Wystawy Krajowej w Poznaniu, 1929 r.


Rok później w Poznaniu odbywała się Powszechna Wystawie Krajowej. Na tej wystawie Franciszek Kwilecki postawił budynek tzw. „stajni wzorowej”. „Gazeta Rolnicza” tak opisała ten obiekt: „Stajnia dostosowana jest do celów hodowlanych. Obszerne i widne boksy, są w ten sposób urządzone, że zapewniają zwierzętom potrzebną ilość powietrza — i odpowiadają wymaganiom, stawianym przy racjonalnemu, zdrowotnemu utrzymaniu zwierząt. Przed stajnią znajdują się okólniki, na których zwierzęta są wypuszczane dwa razy dziennie i systematycznie trenowane. Zwiedzający mają więc również możność zapoznać się z zasadami i metodami trenowania i ćwiczenia koni. W stajni znajduje się ogółem 12 koni, w tym parę klaczy ze źrebakami, wszystkie półkrwi arabskiej ze stadniny Franciszka hr. Kwileckiego z Dobrojewa. Typ konia lżejszego, nadającego się do pracy w różnych warunkach i odpowiadającego warunkom remontowym” („Gazeta Rolnicza” 1929 nr 26).

Na Powszechnej Wystawie Krajowej Franciszek wystawił łącznie 23 konie. Największy podziw budziło potomstwo dwóch ogierów z jego stadniny: Arabi Paszy oraz Schagya XV; były to: po Arabi Paszy: klacze: Arabi Bogda (ur. 1925),  Arabi Agra (ur. 1925),  Arabi Izera (ur. 1925),  Arabi Pani (ur. 1925), Arabi Huryska (ur. 1926), ogier Beduin (ur. 1926) i Parys (ur. 1926); natomiast po Schagyu XV dwie klacze: Danae (ur. 1926) i Arabi Jawa (ur. 1926). Na wystawie Kwilecki otrzymał dziewięć nagród pieniężnych w łącznej kwocie 3.350 zł oraz dwa medale – złoty i brązowy.


Ok. 1930-1935, konie ze stadniny dobrojewskiej w trakcie obrzędu dożynkowego


Warto wspomnieć również, że pierwsze stado koni do gry w polo powstało właśnie w Dobrojewie. W czasopiśmie „Teatr i Życie Wytworne” w 1929 roku (nr 4-5) tak opisano stado Franciszka Kwileckiego:

„Hr. Kwilecki stworzył dla swego stada tak idealne warunki naturalne otoczenia i wychowu młodzieży, że jego konie są wzorem tego, jak powinien w ogóle być chowany koń wierzchowy, już nie tylko z punktu widzenia gry w polo, lecz co wiele ważniejsze, dla wojska. Warunki te, zupełnie prawie analogiczne z warunkami, jakie w szeregu pokoleń wytworzyły z potomstwa wykupy­wanych do Argentyny najsławniejszych derbistów Anglii niezrównaną dziś rasę argentyńskich koni do polo, czynią z anglo-arabów hr. Kwileckiego materiał niezmiernie cenny właśnie jako koni do polo.

[…] Konie w Dobrojewie, od źrebięcia, prawie cały czas są na powietrzu, w polu i na wolności, od marca do listo­pada  wcale nie widzą stajni, nocując w każdą pogodę w polu. Jak wicher uganiają po lekko falistej okolicy Dobrojewa, wyrabiając w sobie zwrotność i oddech ‒ te najważ­niejsze zalety wierzchowca. Strome spadki, które stado przebywa nie skracając wyciągniętego galopu, wyrabiają naturalną równowagę, a nie zawsze bezpieczny teren wyrabia uwagę koni i szybkość decyzji w galopie. Rozległe okólniki Dobrojewa są wzajemnie połączone ze sobą w ten sposób, że aby dostać się z jednego na drugi, konie muszą przebywać wodę. Bywa to połączone z przymusową kąpielą. Piękna, urozmaicona, falista okolica Dobrojewa jest prawdziwym rajem dla koni. W wyniku takich warunków stadnina w Dobrojewie hoduje typ konia szybkiego, zwrotnego, zahartowanego na niepogodę, bo pędzącego życie w warunkach, w jakich żyje koń dziki ‒ a jednak łagodnego jak dziecko. Mimo silnej domieszki folbluta [red.: koń pełnej krwi angielskiej], konie z Dobrojewa zachowują wyraźnie swój typ arabski, ze wszystkimi jego dodatnimi cechami”.


Ostroróg, pogrzeb Franciszka Marii Kwileckiego – konie ze stadniny w Dobrojewie prowadzą wóz z trumną, 1937 r.


Franciszek Kwilecki rozwijał stadninę w dwóch kierunkach. Po pierwsze – w kierunku czystej krwi orientalnej, co miało na celu wpisanie klaczy arabskich do działu pierwszego Księgi Stadnej Koni Arabskich. Po drugie – w kierunku koni z domieszką krwi orientalnej, co zapewniało odpowiednią suchość konia i jędrność jego tkanki.

Do najważniejszych reproduktorów w dobrojewskiej stadninie w końcu lat dwudziestych XX wieku poza Arabi Paszą i 140 Schagya należały Velasquez (anglo-arab maści siwej), 348 Gazlan oraz ogier czystej krwi orientalnej Amurath, którego trzech potomków trafiło do stadnin państwowych. Departament Chowu Koni, doceniając stadninę dobrojewską, skierował do niej konia wybitnego, derbistę z 1928 roku – Flisaka (maści siwej). Warto też wspomnieć, że od przybycia do Dobrojewa do 1928 roku, tj. w ciągu około 10 lat, po Velasquezie zostało w stadzie 31 silnych matek, stanowiących dobry materiał do dalszej hodowli koni orientalnych.

Źrebaki w Dobrojewie były wychowywane w sposób surowy, ale ze zdrowym rozsądkiem. Żywienie opierano głównie o lucernę. Dobrojewskie źrebaki rzadko przebywały w stajni, zażywały wiele ruchu, dzięki świetnie urządzonym, bogatym w wodę, pofałdowanym i rozległym pastwiskom. Taki wychów młodych koni powodował, że cechowały się niebywałą jędrnością i zdrowiem.

Po śmierci żony Franciszka – Jadwigi (1930) zarządzanie stadniną przejął syn Franciszka Kwileckiego – Jan Stefan Kwilecki. Lata od 1930 do 1933 były bardzo trudnym czasem dla Dobrojewa. Śmierć Jadwigi, wielki światowy kryzys gospodarczy oraz finansowe zaangażowanie Kwileckich w Powszechną Wystawę Krajową roku 1929 spowodowały, że o mały włos nie doszło do licytacji całego majątku. Trudna sytuacja gospodarcza Dobrojewa w szczególny sposób odbiła się na stadninie dobrojewskiej, gdyż chów koni był gałęzią szczególnie deficytową. W tym okresie, z uwagi na ograniczanie stanu liczbowego stada dobrojewskiego, klacze Kwileckiego rozeszły się po całym kraju. Po poprawie sytuacji finansowej Jan Kwilecki przystąpił do odbudowy stada. Wykorzystał w tym celu stare klacze, potomków sławnych dobrojewskich ogierów: Hadudego, Arabi Paszy, Durbara i Velasqueza, natomiast jako reproduktora wybrał ogiera Schagya Giewont. W ciągu 4 lat (do 1938 roku) wyselekcjonowano w ten sposób 18 młodych klaczy na przyszłe matki, a pierwsze źrebięta z tych matek narodziły się już w 1938 roku.


Szóstka klaczy stadniny Dobrojewo, ok. 1938 r.


W 1930 roku Jan Kwilecki sprzedał komisji remontowej cztery klacze wysokiej półkrwi orientalnej, po ogierach Arabi Paszy oraz Shagya X, z kolei w liniach żeńskich ich matek płynęła krew Hadudy, Hermita i El Kebira.

Na licytacji ogierów do Państwowych Zakładów Chowu Koni dobrojewski ogier Aliant (po Schagya X-12 i Alinie) był obok ogiera Denar ze stadniny Mielżyńskiego w Iwnie jednym z dwóch najwyżej wylicytowanych koni. Tym samym udowodniono, jak pisano w czasopiśmie „Jeździec i Hodowca”, że „[…] gleba poznańska w parze z umiejętnością hodowlaną wydać może araba półkrwi, względnie anglo-araba o liniach i wartościach, które zachwycić mogą oko znawcy. Środowisk hodowlanych podobnych Dobrojewu jest w Wielkopolsce bardzo dużo”.

W 1938 roku stadnina Jana Kwileckiego liczyła 55 matek oraz około 100 źrebiąt po ogierach Schagya Giewont, Urwisie (półkrew angielska) i Merkurym (anglo-arab). Jan Kwilecki rozwijał stado w kierunku półkrwi anglo-arabskiej. Trzon hodowli w czasach Jana Kwileckiego stanowiły cztery rodziny:

– rodzina Agawy – stanowiło ją pięć matek, wszystkie klacze charakteryzowały się orientalnym wyglądem, założycielką rodziny była Aga, która w przeszłości dała ogiera Agara, sprzedanego do Państwowej Stadniny Ogierów;

– rodzina Jusi – rozwinęła się przez jej córkę Jawę (po ogierze Durbarze), rodzinę tę stanowiło sześć klaczy, mniej wyrównanych pokrojowo niż rodzina Agawy, ale również bardzo szlachetnych;

– rodzina Bułanka – składała się z czterech klaczy, cechujących się długowiecznością, siłą i twardością w pracy,

– rodzina Bułka – składała się z trzech matek i jednego ogiera w Państwowym Stadzie Ogierów.

Warto jeszcze wspomnieć dwie rodziny, a mianowicie: rodzinę Walkirji (po Velasquezie) oraz rodzinę Mirabelli (po ogierze Schagya X 10); ta druga rodzina również dała ogiera Państwowemu Stadu Ogierów. 

W stadninie Jana Kwileckiego uwagę zwracała również biała klacz półkrwi arabskiej –Alina  (po ogierze Velasquezie), urodzona jeszcze za Franciszka Kwileckiego, w 1921 roku. Do 1938 roku Alina dała stadu trzy reproduktory, a kolejne dwa młode ogiery rokowały bardzo dobrze. Wspomnieć należy również o córce Aliny – Aldonie (po ogierze Dissensionie).

Jan Kwilecki, podobnie jak jego ojciec i dziadek, utrzymywał dobre relacje ze stadniną w Sierakowie. Bez wątpienia miał też wielkie zamiłowanie do hodowli koni, podobnie zresztą jak dyrektor Dobrojewa inż. Frydrychowicz. Wszystko to – w połączeniu z bardzo dobrym materiałem genetycznym – prowadziło do bardzo dobrych rezultatów hodowlanych.

Ostatnią przedwojenną informacją na temat stadniny w Dobrojewie, jaką udało mi się odnaleźć, jest wystawienie przez Jana Kwileckiego dwóch koni – Issusa i Ismaita na licytacji ogierów w maju 1939 roku w Poznaniu.

Na koniec należy podkreślić, że stado dobrojewskie nie ucierpiało na skutek powstań i zamieszek XIX wieku. Szkody stadu nie przyniosła również I wojna światowa. W czasie II wojny światowej część stada trafiła na front, pozostałe konie prawdopodobnie przejął niemiecki zarządca Dobrojewa. Informacja, jaką znalazłem w jednej z baz koni, świadczyłaby o tym, że kontynuował on chów koni, gdyż w 1944 roku w Dobrojewie urodziła się klacz Ibramena. Po zakończeniu II wojny światowej część koni trafiła do stadniny w Posadowie.

Nie wiem, czy w PRL nadal hodowano konie w Dobrojewie, natrafiłem jednak na informację, że w 1957 roku w PGR Dobrojewo narodził się gniady ogier Barometr.

Szamotuły, 07.07.2018

Stefan Kwilecki, ok. 1890 r.

Franciszek Kwilecki, ok. 1920 (por. http://regionszamotulski.pl/franciszek-kwilecki/)

Jan Kwilecki, lata 30,. zdjęcie wykonano w trakcie ćwiczeń rezerwy pułku artylerii lekkiej

Dobrojewo, ok. 1920 r., konie ze stadniny dobrojewskiej

13 września 1882 r. w Szamotułach staraniem Towarzystwa Rolniczego Powiatów Poznańskiego, Szamotulskiego i Obornickiego odbył się targ inwentarza rozpłodowego

Ogłoszenie – „Gazeta Rolnicza” z 13.01.1922 r.

Dobrojewo, ok. 1929, grupa rumuńskich dziennikarzy z Kwileckimi

Grupa rumuńskich dziennikarzy udająca się w podróż powozami z dobrojewskiej stadniny, ok. 1929 r.

Klacz czystej krwi arabskiej ze stadniny w Dobrojewie – Imci Pani, ur. 1914

Klacz Haduda, ur. 1913, po ogierze Hadudy i klaczy Alma, ok. 1928 r.

Klacz Imci Ijola, ur. 1914, po ogierze Hadudym i klaczy Galbie, ok. 1928 r.

Klacz Córka II, ur. 1921, po ogierze Velasquezie i klaczy Ceres, ok. 1928 r.

Klacz Ira, ur. 1923, po ogierze Velasquezie i klaczy Imci Pani, ok. 1928 r.

Klacz pół krwi arabskiej – Alina, 8-lat, ze stadniny Franciszka Kwileckiego w trakcie Powszechnej Wystawy Krajowej w Poznaniu (1929 r.)

Klacz ze źrebięciem ze stadniny Kwileckiego w trakcie PeWuKi, 1929 r.

Ogier Cekin, ur. 1924, po ogierze Dukacie i klaczy Iljada, ok. 1932 r.

Aliant, ogier półkrwi arabskiej po Schagya X-12 i Alina ze stadniny Dobrojewo, w trakcie wystawy ogierów w Poznaniu, 1934 r.

Ogier Grand, urodzony w Dobrojewie w 1934 r., sprzedany w 1938 r. do cyrku angielskiego.

Lista koni hrabiego Kwileckiego na Powszechną Wystawę Krajową

Pawilon stadniny półkrwi arabskiej Franciszka Kwileckiego

3-letnie źrebice zapisane w księdze arabskiej w dziale II, Dobrojewo, ok. 1928 r.

Zaprzęg z З klaczami matkami orientalnymi i o masie wielkopolskiej oraz klacz kara dawnego typu, Dobrojewo, ok. 1928 r.

Stadnina w Dobrojewie, 1929 r.

Ogłoszenie -„Gazeta-Rolnicza” 1932 nr 3

Masztalerz u Kwileckich w Dobrojewie – Karol Krause.

Ogiery Ismait i Issus ze stadniny Jana Kwileckiego z Dobrojewa na licytacji ogierów w maju 1939 r.

Literatura:

  1. Andrzej Kwilecki, Kwilcz i inne majątki Kwileckich na przestrzeni wieków, Poznań, 1996.
  2. „Teatr i Życie Wytworne” 1929 nr 4-5.
  3. „Przegląd Kawaleryjski” 1933 nr 9.
  4. „Świat” 1928 nr 18.
  5. „Gazeta Rolnicza” 1928 nr 1-2, 1929 nr 26.
  6. „Jeździec i Hodowca” 1928 nr 4, 1929 nr 23, 33, 1930 nr 11, 1933 nr 5, 1934 nr 11, 1938 nr 32.
  7. „Gazeta Szamotulska” z 21 września 1926 roku

Fotografie:

  1. „Teatr i Życie Wytworne” 1929 nr 4-5.
  2. „Świat” 1928 nr 18.
  3. „Gazeta Rolnicza” 1928 nr 1-2; 1929 nr 31-32.
  4. „Ilustracja Polska” 1931 nr 37.
  5. „Wielkopolska Ilustracja” 1929 nr 1.
  6. Wystawa i licytacja ogierów w Poznaniu w dniach 4 i 5 maja 1939 r.
  7. ze zbiorów Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk.
  8. ze zbiorów Wojciecha Kwileckiego i Mariana Rena.
  9. „Jeździec i Hodowca” 1928 nr 4, 33, 1929 nr 31, 1938 nr 32.
  10. Fotografie za Ostroróg na kartach historii

Michał Dachtera

Mieszka w Szamotułach, ale jego serce zostało w Ostrorogu i okolicach.

Miłośnik historii, poszukiwacz archiwalnych zdjęć. Na Facebooku prowadzi profil Ostroróg na kartach historii.

Stadnina w Dobrojewie2025-08-30T19:00:50+02:00
Go to Top