Warning: The magic method Tribe__Extension_Loader::__wakeup() must have public visibility in /home/wgtstron/domains/wgt.stronazen.pl/public_html/wp-content/plugins/the-events-calendar/common/src/Tribe/Extension_Loader.php on line 161
Agnieszka Krygier-Łączkowska – Strona 16 – Region Szamotulski

About Agnieszka Krygier-Łączkowska

Autor nie uzupełnił żadnych szczegółów
So far Agnieszka Krygier-Łączkowska has created 368 blog entries.

Waldemar Wierzba, Poznanioki na dworcu wew Szamotułach

Zdjęcia Fotopolska

Waldemar Wierzba

POZNANIOKI NA DWORCU WEW SZAMOTUŁACH

Wiara co sie wew tym blubraniu przetwiyro:

WUJA CZECHU, echt poznaniok; chłop, a nie ramiąszko
CIOTKA MANIA, ta co mo pomiyńszkanie na Winogradach i giery, że łe jery!
GENAS, jeji synol (tyn co fliski kładzie)
WUJAS BINIU ZES SZAMOTUŁ, co mo pomiyńszkanie w Rynku
CIOTKA SEFERYNA, ślubno wujasa Binia, siora ciotki Mani (jagby sie chtó pytoł: to pomiyńszkanie wew Rynku jes na nióm, nie na wujasa)

Wuja Czechu, Ciotka Mania i Genas wysiodajóm na dworcu wew Szamotułach zez bany. Wuja zes Genasym rugajóm rajzetasze, a ciotka wew pazurze aby trzymie tytke zez szkarupkami łod joj na twardo, co je wuja Czechu  i Genas spucli wew banie, jag  jachali dó Szamotuł.

Tej, wiara, normalnie, nie idzie spiłować zes tegó wuji Czecha. Bo ile jest zes tegó Poznanio dó Szamotuł? No rzut beretym, nie. Aby sie wsiuńdzie, zaro trza wysiodać. Ani sie porzómnie człowiek nie zdunży uczplić. Ale wuja Czechu nie!… Ón ledwó sie wkantoli dó bany, zaro musi so łobrać jajo zes szkarupki, płosolić, płopieprzyć i dó tegó klapśtula aby ze samym masłym, ale, tej, grubo, jag błotym, nie. Jak se tegó nie spucnie i kawóm zes stodoły, co jóm ciotka wew termosie trzymie, nie popije, to ón nie uwożo, że jachoł banóm.

A tyn Geniu, to drugi taki sóm szplin jag wuja. Ino ciotka mo aby ciut fersztandu wew tyj swłoji glacy. Żeby nie łóna, to by mówie wóm, wiara, tej, normalnie wuja Czechu zez Genasym dojachali dó Szczecina, zamiast wysiejś wew Szamotułach, nie. Nó bo by te jaja żarli i rżnyli wew tysiunca i by zapomnieli wysiejś. I by my dzisiej musieli blubrać ło Szczecinie, nie. A to by sie nóm cheba nie widziało. Bo dzie Szczecinowi do Szamotuł?!…

Jag ino sie wtrajtali dó bany na Głównym, to jym łod razu ciotka godaa, że za Rokietnicóm jes Kiekrz zez Ławicóm, ino że na łodwyrtke jak sie jedzie dó a nie zes Szamotuł, nie. Ale to już buło dó wuji i dó Genasa za trudne.

Jeszczy porzómnie nie zdunżyli wysiejś… Sie patrzóm, wej, a tutej leeci dó  niych ciotka Seferyna, a sie za nióm trajto wujas Biniu. Ryfe mo jakómsiś, tej, nie za specjalnóm. Obrómblany, tej, jag nie wiym. Musiaa mu ciotka ło cóś dać oremus.

– Łejery, kłochany, świynty!… O małe co by my nie zdunżyli, bez tegó Binia. Szczyńdzi bateryjki dó zygara i loto ci tej, co po fiułke dó łokna szpycnóńć na tyn zygor na Rynku, taki fifny, co stoji tam na rogu koo PZU. Ale łón mo kurzypatrz i jak słóńce nie świci za dobrze, to ci źle czyto godziny. Żebym jo sama dziesiej nie kiłka, to by my jeszczy siedzieli u sie wew jadalce, a nie sie witali zez wami na dworcu. I byście musieli sie tośtać bez cołkóm Dworcowóm i Średnióm zez tymi rajzetaszami. To jes ale hektar!

Ciotka Seferyna dała so kalafki zez ciotkóm Manióm, zez wują Czechym i zez Genasym i zaroz potym wsiadła na wujasa Binia: –Tata, bierz te rajzetasze i wetkej dó kufra. Ale przód podjedź mi tu bliży tóm swojóm karytóm!

– Już lete mamula! I wujas leci dó tegó swojygó mesia łokularnika. Łodpolo. Podjyżdżdżo. Rajzetasze do kufra wtyko. Zaś szysko sie wiara katoli dó środka i cuzamen jadóm na Rynek. Karyta cołko sie ryloce. Wunchy wujasa Binia tyż mu lotajóm ko kluki. No zaro mu łodlecóm – tak trzyńsie. Dobrze, że my te jaja na twardo spucli, bo by sie tero same łobrały ze szkarupek!…

Waldemar Wierzba – polonista, regionalista, redaktor i miłośnik gwary poznańskiej. Autor wielu publikacji propagujących gwarę; należą do nich m.in. Słownik gwary poznańskiej. Z naszego na polski, z polskiego na nasze, Przykazania PoznaniakaAle szport, tej!… żarty gwarą.


Szamotuły, 08.10.2019

Waldemar Wierzba, Poznanioki na dworcu wew Szamotułach2025-01-05T12:35:11+01:00

Romuald Krygier, Szkoła w GG, koniec okupacji i powrót do Szamotuł

Romuald Krygier

Dzieciństwo wojenne – część 2.

Szkoła w GG, koniec okupacji hitlerowskiej i powrót do Szamotuł

 

Szkoła dla polskich dzieci w Generalnym Gubernatorstwie

Po przyjeździe do Włoszczowy Rodzice zaraz zapisali mnie do szkoły powszechnej. Budynek szkolny był już zajęty przez Niemców i użytkowany jako szpital. Uczęszczałem wówczas do 7-klasowej Polskiej Publicznej Szkoły Powszechnej. Nadzór nad nią sprawowali Niemcy, uczyli nauczyciele polscy. Do końca wojny ukończyłem w niej 4 klasy. Lekcje odbywały się w różnych punktach miasta. Klasy szkolne zlokalizowane były przede wszystkim w mieszkalnych lokalach prywatnych. Przypominam sobie, że uczyłem się w 4 punktach miasta: najpierw w uliczce z tyłu naszego domu, później na rogu ulicy blisko poczty (może ul. Pocztowej?) i w 2 izbach położonych w różnych punktach przy ul. Częstochowskiej.

Utkwiły mi w pamięci, zresztą niezbyt wyraziście, sylwetki niektórych nauczycieli: Stanisława Domańska-Kozakowa, Stanisława Kotapkówna, Witold Sacharz, Piotr Bartosz, Jan Stępień, zwany „Gorylem”. Kierownikiem szkoły był Henryk Czeczot. Religii uczył nas miejscowy proboszcz ksiądz kanonik Kazimierz Bialik. Oświatowe władze okupacyjne dążyły do tego, aby dzieci polskie niezbyt dużo umiały. Uczono nas tylko tyle, abyśmy umieli czytać ich zarządzenia, ogłoszenia i plakaty propagandowe, nieco pisać i podpisywać się, liczyć do 100, coś zaśpiewać i gimnastykować się.

W roku szkolnym 1940/41 uczęszczałem do klasy pierwszej. Lekcje przeważnie miały charakter zabawowy. Niewiele wiedzy wtłoczono nam wtedy do głów. Opuściłem 21 dni lekcyjnych – często byłem przeziębiony, chory na grypę lub anginę albo miałem rozstrój żołądka. W klasie drugiej uczono mnie religii, języka polskiego, arytmetyki z geometrią, rysunków, zajęć praktycznych, śpiewu i miałem ćwiczenia cielesne. Na obu świadectwach szkolnych z klas I i II moje nazwisko widniało jako Krieger. Nie wiem, czy uważano mnie za Niemca, czy też spolszczonego szkiebra. Interwencja Rodziców w tej sprawie spowodowała, że na następnych świadectwach pisownia mojego nazwiska była prawidłowa. W roku szkolnym 1942/43 uczęszczałem do klasy trzeciej. W programie nauki – obok 7 poprzednich przedmiotów – pojawiła się przyroda. W klasie czwartej program nauki został ograniczony tylko do 4 przedmiotów: religii, języka polskiego, rachunków i przyrody. Pozbawiono nas wówczas nawet gimnastyki. Na czterech świadectwach ze sprawowania otrzymałem stopnie bardzo dobre. Moją wiedzę oceniano na stopnie bardzo dobre i dobre. Odnotowano na nich także, iż jestem wyznania rzymskokatolickiego.

W szkole nie uczono nas literatury polskiej, historii, geografii, usunięto wszystkie wiadomości o Polsce, informacje z przyrody były bardzo skąpe. Hitlerowcy nie chcieli mieć pod bokiem mądrych dzieci polskich, bo w przyszłości — według ich założeń —miały spełniać rolę „ciemnych niewolników”. Gubernator Generalnego Gubernatorstwa Hans Frank w jednym ze swoich przemówień stwierdził: „Polakom należy zostawić tylko takie możliwości kształcenia się, które okażą im beznadziejność ich położenia narodowego”. W roku szkolnym 1944/45 rozpocząłem naukę w klasie piątej. Nie dokończyłem jej, ponieważ przerwano z nami lekcje na początku stycznia 1945 r. w związku ze zbliżającym się radziecko-niemieckim frontem wojennym. W mojej klasie było mniej więcej po połowie dziewcząt i chłopców. Dyscyplina chłopaków pozostawiała wiele do życzenia. Ks. kanonik bił po łapach specjalną gumą w kształcie osełki do ostrzenia noży, S. Kotapkówna na lekcjach śpiewu „kropiła” smyczkiem od skrzypiec, pozostali nauczyciele nie rozstawali się z trzcinkami, którymi „dawali łapę”. Czasami zdarzało się, że po większym wybryku delikwent dostawał lanie po wypiętym tyłku. Wielkim wisusem była jedna z dziewcząt, która częściej dostawała lanie po tyłku niż najwięksi dranie płci męskiej. Raz dostała nawet na goły tyłek.


Dzieci pierwszokomunijne z ks. kan. Bialikiem, 1942 r.


Poziom nauki w klasie był średni. Uczniowie dość często przychodzili do szkoły bez przygotowania, bez odrobionych zadań pisemnych. Najczęściej tłumaczyli się (lub kłamali) pomocą w pracy rodzicom, zabawianiem młodszego rodzeństwa, noszeniem wody do prania, rąbaniem drewna opałowego, noszeniem szyszek i suchych liści do opalania mieszkania, zrywaniem trawy do karmienia królików itp. Uczeń, który nie umiał zadanej lekcji z religii, „dostawał łapę” wspomnianą gumową „osełką”, ks. kanonik kładł na jego głowę swoją dużą dłoń, rozłożonymi palcami ściskał ją i powtarzał kilkakrotnie: „Ach, ty poganinie”. Najgroźniejszym nauczycielem był „Goryl” – Jan Stępień, nauczyciel gimnastyki. W czasie lekcji ciągle chodził z groźną miną, dużo i głośno krzyczał, często używał trzcinki, zachęcając do prawidłowych ćwiczeń. Jego trzcinka padała na ciało ucznia w różne miejsca. Po lekcji u niektórych było można zauważyć siniaki lub zadrapania. Jego krzyk trudno było znieść. Brzmiał on jeszcze długo, po lekcjach, w moich uszach. Traktowałem go jako osobistego wroga nr 1. Nauczycielka S. Kotapka uczyła mnie m.in. śpiewu i rysunków. Śpiewała sama jako tako, ale na skrzypcach niezbyt dobrze grała, raczej rzępoliła. Uczyła piosenek nijakich, chyba dlatego, że nie chciała narazić się okupacyjnym władzom oświatowym jakąś piosenką o zabarwieniu patriotycznym.

Do nauki nie mieliśmy żadnych podręczników. Uczyliśmy się z czasopisma szkolnego – miesięcznika „Ster”, wydawanego przez władze oświatowe Generalnego Gubernatorstwa. „Ster” był redagowany przez renegata i kolaboranta doktora Feliksa Burdeckiego. Później – obok „Steru” – ukazywał się „Mały Ster” dla uczniów młodszych klas. Czasopisma te stanowiły więc specyficzne podręczniki szkolne do nauczania wszystkich przedmiotów. Zawierały infantylne opowiadania i wierszyki, teksty obojętne wychowawczo lub popularyzujące sławnych Niemców. Na podstawie niektórych materiałów dzieci miały wbijać do swych głów niemieckie nazwy nadawane przez okupanta polskim miejscowościom. Przyjaźniłem się z Michałem Czeczotem, synem kierownika szkoły. Często bywałem w domu jego rodziców. Szczególnie latem bawiłem się z nim i kilku naszymi rówieśnikami. Miejscem zabaw był przede wszystkim duży przydomowy ogród.


Uczniowie szkoły we Włoszczowie, w ostatnim rzędzie Romek Krygier


Pan Henryk Czeczot uczył nas potajemnie, głównie przekazywał nam treści zakazane w szkole. Kiedyś do mieszkania Czeczotów wtargnęli niemieccy żandarmi. Nie wiem, jaki był powód ich najścia. Ostrzeżeni przez panią Czeczotową zdołaliśmy niemal błyskawicznie schować zeszyty i przybory szkolne do środka dużego rozkładanego stołu. Mimo tego jeden z żandarmów okaleczonym językiem polskim dopytywał się, czy aby tu nie odbywają się tajne lekcje. Kierownik Czeczot stanowczo zaprzeczył temu i oświadczył, że dzieci przyszły się pobawić, ponieważ syn ma dużo zabawek i różnych gier. Przy żandarmach udawałem, że z jakimś kolegą gram w Piotrusia. Od tego czasu tajne nauczanie u państwa Czeczotów odbywało się rzadziej i małymi grupkami.

Poza Michałem Czeczotem miałem jeszcze kilku dobrych kolegów. Do ich grona zaliczałem wówczas Jurka i Janka Jęczkowskich, Jasia Sobiaka, Jacka i Stefana Zabłockich (ojciec ich był poznańskim adwokatem), braci Szymankiewiczów (Zenon jest znanym regionalistą i historykiem Wielkopolski; lubię szczególnie jego książkę: Spadochrony nad okupowaną Wielkopolską, Poznań 1979), Kazia Kowalewskiego. Wszyscy (oprócz Czeczota) pochodzili z rodzin wysiedlonych z Wielkopolski. Z wielodzietnej rodziny włoszczowskiej pochodzili Rysiek Kaczmarski oraz Staszek Filipowski. W ogrodzie rodziny Kaczmarskich na przedmieściu Włoszczowy zajadałem się nasionami słoneczników, a w domu – przyniesionym i ugotowanym bobem. Z Kaziem „Pytką” wymieniałem znaczki pocztowe i guziki, przede wszystkim od polskich i niemieckich mundurów wojskowych.

Ministrantura

W połowie 1942 r. m.in. z Jasiem Sobiakiem przystąpiłem do I Komunii Św. Poczęstunek dla gości przypominał wielką ucztę, która odbyła się w mieszkaniu rodziny Sobiaków. Brały w niej udział całe rodziny wysiedlonych szamotulan. Wkrótce po I Komunii Św. na cmentarzu przykościelnym byłem bierzmowany przez jakiegoś biskupa kieleckiego. Byłem wtedy rozkojarzony i często zmieniałem miejsce stania. Dlatego nie wiem, kto wystąpił w roli moich rodziców. Na trzecie imię dostałem św. Antoniego. Przez jakiś czas koledzy za mną wołali: „Antoni myszy goni”.

Po bierzmowaniu zostałem ministrantem. W kościele bardzo lubiłem przyglądać się odsłanianiu i zasłanianiu obrazu Matki Bożej w głównym ołtarzu. Niezbyt dobrze służyłem do Mszy św., ponieważ źle dzwoniłem, spóźniając się w stosunku do swego partnera. W czasie kazań ministranci opierali się o balaski i cicho rozmawiali z dziewczętami, które stały po ich drugiej stronie. Pewnego razu tak się rozgadaliśmy, że nie spostrzegliśmy się, że rozmawiamy zbyt głośno. Proboszcz – kanonik Kazimierz Bialik z ambony musiał nas strofować. Wstyd na cały kościół!


Rodzina Krygierów w dniu 1. komunii Romka: rodzice Czesława i Kazimierz, Zofia (siostra Kazimierza), dzieci: Jurek, Andrzej i Romek, 1942 r.


W ogrodzie proboszcza rosło wiele drzew owocowych. Dlatego, kiedy pojawiły się na nich dojrzałe i dorodne owoce, ministranci blisko murowanego płotu chętnie rozżarzali węgiel drzewny do okadzenia trybularzem (kadzielnicą). Niby przypadkowo wiewaczka urywała się i wpadała do „księżowskiego” ogrodu. Był powód, aby wchodzić po nią do ogrodu, przy okazji narwać trochę gruszek, jabłek i śliwek. Kiedy w czasie jednej spowiedzi przyznałem się kanonikowi, że rwałem i jadłem owoce z jego ogrodu, ten wychylił się z konfesjonału i wytargał mnie za uszy.

Proboszcz czasami zapraszał swych ministrantów na plebanię i częstował słodyczami. Był to rodzaj ekwiwalentu za naszą „pracę społeczną” w kościele. Przy okazji wikariusz ks. Witold Pastuszko pokazywał nam swoje liczne zbiory znaczków pocztowych. Od trzech pokoleń był zapalonym filatelistą – znaczki przed nim zbierali jego wujek i wujka wuj. Ks. Pastuszko miał dwie czarne szafy pełne albumów ze znaczkami pocztowymi. Zbiór ks. Pastuszki był nie do wycenienia, wart – być może – kilka milionów przedwojennych polskich złotych.



Czesława i Kazimierz Krygierowie, 1942 r.

Romek Krygier w dniu 1. komunii św.

Romek Krygier i Jaś Sobiak

Książeczka do nabożeństwa – prezent podarowany Romkowi przez rodzinę Sobiaków

Kościół i rynek we Włoszczowie w czasie wojny

Zdjęcie zrobione w czasie bierzmowania Romka

Ołtarz główny w kościele Wniebowzięcia NMP we Włoszczowie, współczesny wygląd. W ołtarzu obraz Matki Bożej z Dzieciątkem oraz klęczącymi postaciami świętych: Joachima i Józefa

Ewa i Romuald Krygierowie przed kościołem we Włoszczowie, 2000 r.

Niedzielne spacery za miasto

Rodzina Krygierów

Krygierowie i inne zaprzyjaźnione rodziny (w czasie okupacji szamotulanie we Włoszczowie i nieodległym Jędrzejowie raczej trzymali się razem)

Romek i Andrzej Krygierowie

Romek z kolegą

Czesława Krygier z domu Górecka



Działka i wycieczki za miasto

Prawie na skraju miasta nasza rodzina miała ogródek – działkę. Uprawialiśmy na niej różne warzywa i trochę ziemniaków. W naszym ogródku uczyłem się przyrody, miałem możność przyjrzeć się wegetacji różnych roślin, a szczególnie chwastów, z którymi walka była wprost beznadziejna. Obserwowałem także rozwój różnych szkodników i motyli. Fascynował mnie przede wszystkim proces powstawania i rozwoju motyli. Najpierw przyglądałem się larwom – gąsienicom, później poczwarkom pokrytym kokonem i wykluwaniu się z nich motyli. Był czas, że kolekcjonowałem motyle, które urzekały mnie swą wielobarwnością.

We wrześniu lub październiku 1944 r. na naszej działce i sąsiednich pojawili się jeńcy – żołnierze polscy znad Oki. Kopali tu rowy strzeleckie – okopy obronne. Zyskałem ich sympatię, często przychodząc tu i przyglądając się ich pracy. Nie mogłem wtedy tylko zrozumieć, że żołnierze polscy mówią „z ruska”. Nie przeszkadzało mi to w pogawędkach. Przy kopaniu rowów jeńcy wydobywali z ziemi buraki, marchew i kartofle. Moja Mama gotowała z nich pożywne zupy, które jeńcom kilkakrotnie zanosiłem w wiadrze. Jedli je chętnie i łapczywie z talerzy, które także przynosiłem.

W pobliżu naszej działki, obok kilku willi, rosły drzewa morwowe. Dotychczas nie zetknąłem się z takimi drzewami i ich owocami. Kwitły ładnie, choć ich kwiaty były niepozorne, w kotkach. Owoce morwy były białe lub wiśniowe, mięsiste, z drobnymi pestkami, bardzo słodkie, podobne do jeżyn. Zajadałem się nimi dość często. Stanowiły one dla mnie „cymes”, delicje. Na liściach morwy można było zobaczyć liczne gąsienice jedwabników. Chyba część tych gąsienic przywędrowała także do naszego ogródka. Znajdowałem je przede wszystkim na liściach kapusty – obok gąsienic bielika kapustnika.

Przez cały okres okupacji hitlerowskiej w porach letnich, prawie co niedzielę, organizowaliśmy wycieczki piesze do wsi Kózki – w kierunku południowo-zachodnim od Włoszczowy, w kierunku wsi Czarnca, znanej jako miejsce urodzin hetmana polskiego koronnego Stefana Czarnieckiego (1599-1665). Udawaliśmy się tam całą rodziną i ze znajomymi rodzinami wysiedlonymi z Wielkopolski, szczególnie z Szamotuł i Poznania. Nasze wyprawy kierowały się przeważnie do zaprzyjaźnionego z nami kolejarza, Zenona Gładkiego. Obok jego domu rozkładaliśmy koce, tu jedliśmy jaja na twardo i suchy prowiant. Starsi opalali się, wypoczywali po trudach minionego tygodnia, młodzi bawili się piłkami, hasali po pobliskim lesie. Chętnie bawiłem się z synem p. Gładkiego, który zawsze chodził boso, skóra pod stopami była gruba i twarda jak podeszwy butów. Kiedyś nadepnął na pinezkę, która wbiła się w stopę; nawet nie poczuł bólu.

Atrakcją dla mnie i moich braci były odwiedziny Janusza Wiatrolika – leśniczego z podwłoszczowskich lasów. Był on kuzynem Mojej Mamy. Nasz dom odwiedzał z wielkim hałasem i szumem, nie pukał, a walił w drzwi wejściowe do kuchni i od progu krzyczał: „Jest Czecha?!” Wiatrolik przyjeżdżał do Włoszczowy małą, dwukołową (z gumy) powózką. Często korzystałem z jego pozwolenia i jeździłem dwukółką po bocznych uliczkach miasta. Każdy z braci, kiedy zobaczył blisko naszego domu stojącą bryczkę, przybiegał do mieszkania i informował Rodziców, że Wiatrolik stoi na Rynku (ten niedługo potem zjawiał się u nas). Był to człowiek wesoły, zawsze uśmiechnięty i życzliwy. Ja i moi bracia Wiatrolikiem nazywaliśmy jego konia.


Czesława i Kazimierz Krygierowie w czasie niedzielnego spaceru za miasto, ok. 1943 r.


Koniec okupacji hitlerowskiej i nowa rzeczywistość

Na początku stycznia 1945 r. mojego Ojca – w mieszkaniu, w godzinach wieczornych – odwiedził wyższy rangą oficer niemiecki, wysoki, barczysty i przystojny mężczyzna. Wypytywał Ojca o różne włoszczowskie sprawy. Szczególnie interesował się lokalizacją starostwa, Zarządu Miejskiego, siedzibą Gestapo i żandarmerii oraz innych ważnych urzędów niemieckich. Wszystkie uzyskane informacje skrzętnie notował, a równocześnie nanosił na przygotowany wcześniej szkic planu Włoszczowy. Ojciec zdziwiony był nieco, że oficer w tych sprawach nie udał się do jakiegoś niemieckiego urzędu. Ten oświadczył, że dopiero wieczorem dotarł do Włoszczowy i jest tu incognito.

16 stycznia, dzień po wyzwoleniu miasta, oficer ten ponownie zjawił się u Ojca, ale już jako wyższy oficer… radziecki. Jego sylwetka utkwiła mi w pamięci na całe życie. Ubrany był w biały kożuszek przewiązany paskiem, na głowie miał wysoką baranią czapkę, na nogach – wysokie filcowe białe buty. Po polsku powiedział Ojcu, że jest oficerem radzieckiego wywiadu, że kilka dni temu był tu na rozpoznaniu terenu. Oficer ten, jak sam powiedział, pochodził z rodu bojarów ruskich, jego rodzinę wymordowano w 1917 r., pozostała część rodziny została rozstrzelana w czasie masowych mordów stalinowskich w połowie lat trzydziestych. Oficer był człowiekiem wszechstronnie wykształconym, znał kilka języków obcych. Na pożegnanie zostawił Ojcu trochę papierosów i cygar.

Włoszczowa została wyzwolona w nocy z 14 na 15 stycznia 1945 r. Niemcy planowali, jak to wynikało z dokumentów znalezionych później w Starostwie, 15 stycznia rozstrzelać kilkuset mieszkańców Włoszczowy, a miasto spalić. Przyspieszone działania wojsk radzieckich zniweczyły te plany. Niemcy od początku stycznia masowo uciekali z miasta i przez miasto. Ucieczkę utrudniały przygotowane przez Niemców barykady przeciwczołgowe (wkopane w chodniki po cztery grube pale drewniane, między które wsunięto poziomo poprzez ulice także grube bele – po kilka, jedna na drugiej). Hitlerowcy sami sobie nieświadomie przygotowali to utrudnienie i udręczenie. Uciekający Niemcy barykady te klęli, na czym świat stoi.

Żołnierze radzieccy późno wieczorem 14 stycznia dotarli do Włoszczowy, przed miastem (blisko cmentarza) na środku drogi ustawili jeden czołg i z niego strzelali nad miastem do uciekających Niemców. W okolicy Włoszczowy, a także w samym mieście, poległo wielu żołnierzy niemieckich. Porzucili oni na Rynku i kilku ulicach dużo broni i amunicji. Niektórzy Polacy jak hieny ściągali z trupów niemieckich, co tylko się dało. Szczególnie grabiono buty. Straszny był widok zabitego żołnierza niemieckiego, leżącego goło na śniegu, zbroczonego krwią, często już rozszarpanego przez zgłodniałe psy. Z zabitych koni ludzie wycinali co lepsze kawały mięsa. Pamiętam, jak tłumy mieszkańców wdarły się do budynku Starostwa, niszczyły tam wszelkie ślady niemieckości i wykradały to wszystko, co zaraz można było wynieść. Niektórzy ludzie wracali więc do swych domów z karniszami do firanek, z muszlami klozetowymi i umywalkami, z wannami na głowach i ramionach, z krzesłami i taboretami itp. Takie obrazy utkwiły mi w pamięci z pierwszych dni wyzwolenia miasta, tak rodziła się ludowa rzeczpospolita włoszczowska, na czele władz której stanął burmistrz Jan Kotulski – obywatel tego miasta.

Kilka dni po wyzwoleniu przez Włoszczowę przeciągały liczne kolumny żołnierzy niemieckich. Mieszkańcy miasta tworzyli milczące i groźne szpalery. Twarze niedawnych zwycięzców nie były już butne. Szli powoli, obszarpani, zarośnięci, brudni, śmierdzący. Przedstawiali obraz nędzy i rozpaczy. W tych chwilach trochę było mi ich żal. (dlaczego?).


Zabawy chłopięce, tyłem stoi Romek Krygier, ok. 1944 r.


Wolność rozumiałem wtedy zbyt dosłownie. Najwspanialsze dziecięce zabawy polegały wówczas na rozbrajaniu amunicji, paleniu prochu i strzelaniu „z klucza” amunicją karabinową. Z kolegami organizowałem wspaniałe fajerwerki. Polegały one na tym, że w jakimś dołku kładliśmy dużo różnej amunicji, do której doprowadzaliśmy na bezpieczną odległość długie lonty. Poprzez podpalone lonty ogień docierał do amunicji i następował duży wybuch. Pociski karabinowe, kawałki amunicji czołgowej i działowej spadały wokół nas. Cud, że nikt wtedy z nas nie został zabity! Jako dzieciaki byliśmy beztroscy, nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że narażamy się na wielkie niebezpieczeństwo. Bardziej groźne mogły być skutki rozpalanych ognisk na materiałach wybuchowych. Po bolesnej dla nas interwencji Milicji Obywatelskiej zaprzestaliśmy tego rodzaju zabaw (z żalem!). Władze miejscowe zresztą nakazały zebrać pozostałe „militaria” niemieckie i odtąd te „atrakcje” z konieczności przestały nas bawić.

Żołnierze radzieccy niekiedy zachodzili do naszego domu. Jednemu z nich „na siłę” musiałem sprzedać cały zapas zeszytów szkolnych, za które zapłacił mi nowymi, nieznanymi banknotami polskimi. Atrakcyjnym dla nich towarem były zegarki — „czasy”. Niektórzy od Polaków chętnie je kupowali, inni w ordynarny i bezczelny sposób je po prostu zabierali. Wtedy o żołnierzach radzieckich krążyło wiele złośliwych anegdot. Np. żołnierz radziecki pyta w polu rolnika, która jest godzina. Ten wbija w ziemię łopatę i mówi, że jest około 11.15, gdyż tak wskazuje na ziemi cień uchwytu łopaty. Człowiek radziecki zabiera ten nieco dziwny „czas” i ucieka, gdzie pieprz rośnie. Do znajomego zegarmistrza Ludwika Flanca przyszedł żołnierz radziecki z dużym stojącym zegarem (komuś „buchnął”). Domagał się, aby ten zrobił mu z przyniesionego zegara kilka zegarków na rękę (autentyczne!). Przyłożył swój zegarek do dużej tarczy i odmierzył na niej kilka razy. Chyba myślał, że tak jak z rozwałkowanego ciasta wykrawa się ciasteczka, tak z tarczy zegarowej można wykroić kilka zegarków. Po zrobieniu zegarków zegarmistrz może zatrzymać sobie resztę materiałów jako zapłatę.

Mój starszy brat Jurek, po ukończeniu VII klasy szkoły powszechnej, został uczniem fotografa Romana Ulatowskiego, pochodzącego z Wielkopolski. Żołnierze radzieccy chętnie robili sobie zdjęcia, które wysyłali potem do rodzin. Lubili się fotografować z butelką wódki w prawej ręce i odkrytą do ramienia ręką lewą, na której często było po kilka zegarków. Jeden z ludzi radzieckich zrobił kiedyś wielką awanturę Ulatowskiemu o to, że zegarek przy łokciu na zdjęciu został częściowo „obcięty”.

Powrót do Szamotuł

W moich wspomnieniach z okresu okupacji hitlerowskiej mało miejsca poświęciłem Mamie Czesi i Cioci Zosi, a przecież obie były organizatorkami naszego codziennego życia. Bracia – Jurek i Andrzej (małe dziecię, na początku 1945 r. miał dopiero 6 lat!) chodzili własnymi ścieżkami. Jurek lubił fotografować jakimś podłym aparatem, budował ołtarzyki, ja sklepiki, a Andrzej (wówczas Jędruś) raczej przyglądał się temu, co robią bracia. Aktywny był w okresie przedgwiazdkowym, kiedy kleił z kolorowego papieru łańcuchy na choinkę. Każdy z naszej trójki braci, gdyby pisał swoje wspomnienia z tego czasu, zapisałby coś innego, co utrwaliło się w jego pamięci, bo przecież punkt widzenia zależy m.in. od punktu obserwacji.

Z wysiedlenia cała rodzina Krygierów powróciła do Szamotuł w Palmową Niedzielę 1945 r. Z Włoszczowy wracaliśmy wynajętym m.in. przez Rodziców i innych wysiedlonych wagonem towarowym. Podróż trwała kilka dni. Nasz wagon często stał na bocznicach kolejowych w różnych miejscowościach. Przyczepiano go do wielu składów pociągów towarowych, jadących w kierunku Poznania. Wreszcie dotarliśmy do stolicy Wielkopolski. Utrwaliły mi się na zawsze takie obrazy: morze gruzów, dymy ze zgliszcz „gryzące” w oczy i gardło, budowane przez żołnierzy radzieckich i jeńców niemieckich szerokie tory kolejowe. Szczęśliwie dotarliśmy do Szamotuł, miasta już zazielenionego i pełnego słońca.

Spisane w 1999 r.


Pierwsza część wspomnień wojennych Romualda Krygiera:

http://regionszamotulski.pl/dziecinstwo-wojenne-z-szamotul-do-wloszczowy/

Szamotuły, 02.10.2019

Romuald Krygier (1933-2009)

Dr etnografii, autor wielu publikacji o tematyce regionalnej, bibliotekarz

Współtwórca i wieloletni prezes Towarzystwa Kultury Ziemi Szamotulskiej

Romuald Krygier, Szkoła w GG, koniec okupacji i powrót do Szamotuł2025-08-18T23:44:06+02:00

Aktualności – październik 2019

Miejsca, których w Szamotułach już nie ma. Strzelnica przy ul. Wojska Polskiego

Niektórzy z pewnością pamiętają ten budynek w tle – mieściła się tam świetlica. Bractwo Strzeleckie w Szamotułach ma bardzo długą tradycję, powstało bowiem – jak to napisano na bramie – w 1649 r., za czasów króla Jana Kazimierza. Budynek przy szamotulskim Jeziorku (obok drogi do Gałowa, nazwanej później ul. Strzelecką) powstał ok. 1858 r. Do Bractwa należeli zamożniejsi obywatele miasta, głównie kupcy i rzemieślnicy. W okresie międzywojennym Strzelnica (sala budynku i ogród przy nim) odgrywała ważną rolę w życiu mieszkańców miasta. Odbywały się tam spotkania, koncerty, zabawy taneczne, mieściła się też restauracja. Było to popularne miejsce „zabaw latowych” – zabaw ludowych z różnymi konkurencjami i tańcami oraz loterii, z których dochód przeznaczano na jakiś szczytny cel. Znajdowała się tam także wypożyczalnia łódek: „piękne jezioro wraz z łódkami zaprasza każdego do przejażdżki po malowniczej toni” – zachęcała „Gazeta Szamotulska” w 1929 r. Dwa lata wcześniej obiekt przeszedł remont. Bractwo Strzeleckie organizowało strzelania o tytuł króla kurkowego – co roku w Zielone Świątki, a także z okazji 3 Maja, na zakończenie żniw i w rocznicę wybuchu powstania wielkopolskiego.

Zdjęcie z okresu międzywojennego – po 1928 r. Źródło – aukcje internetowe



Meble z przedwojennej szamotulskiej fabryki mebli Bracia Koerpel

Koelne odnalezione na akukcji internetowej zdjęcie przedstawia meble wyprodukowane w Szamotułach w okresie międzywojennym w zakładzie pod nazwą Bracia Koerpel. W takim otoczeniu posiłki przygotowywano nie tylko w Polsce, bo duża cześć produkcji przeznaczona była na eksport. W końcu XIX w. bracia Karl i Max Koerpel uruchomili młyn parowy przy ul. Dworcowej, obok niego ok. 1905 r. wybudowali nowy budynek, w którym umieścili fabrykę mebli. Do II wojny produkowano w niej głównie właśnie meble kuchenne. W 1927 r. kolejne pokolenie – Herbert i Julius Koerpel (kuzynowie) wznieśli bardzo nowoczesny (na tamte czasy) młyn przy ul. Bolesława Chrobrego, a dawny budynek młyna przy Dworcowej wszedł w skład fabryki mebli.

Po wojnie oba zakłady odebrano właścicielom, co było niezgodne nawet z niesprawiedliwą ustawą nacjonalizacyjną, bo firma zatrudniała mniejszą liczbę pracowników niż określono to w nowym komunistycznym prawie. Szamotulską meblarnię (tej nazwy na co dzień używano) rozbudowano, najpierw działała samodzielnie, później – jako jeden z zakładów Wielkopolskich Fabryk Mebli z siedzibą w Obornikach. Zakład działał do 2003 r., budynki rozebrano w 2019 r. Również w tym roku zniknął z powierzchni ziemi przedwojenny młyn przy ul. Chrobrego. Po wielkich dziełach rodziny Koerplów w Szamotułach nie ma już śladu, pozostały wspomnienia kilku pokoleń szamotulan.



Nad bazyliką kolegiacką w Szamotułach o zachodzie słońca.

Na zdjęciu widoczny jest krzyż, wiatrowskaz i zwieńczenie sygnaturki, czyli małej wieży, w wypadku naszego kościoła nad prezbiterium, czyli na szczycie fasady wschodniej (sygnaturki były sytuowane także nad skrzyżowaniem naw). Umieszczano w nich najmniejszy dzwon, również nazywany sygnaturką. Bardzo często chowano tam także dokumenty związane z fundacją kościoła, jako świadectwo dla przyszłych pokoleń. Data na wiatrowskazie nie wiąże się, oczywiście, z powstaniem świątyni. Najstarsza zachowana wzmianka o kościele pochodzi z 1423 r., powstał on najprawdopodobniej w 2. połowie XIV w., a w XV w. został przebudowany. Zdjęcie Łukasz Wlazik (SzamoDron).



2. Spacer z Historią – Rynek

W sobotę 5 października – w strugach deszczu – odbył się nasz 2. Spacer z Historią. Dziękujemy wszystkim, którzy w tak niekorzystnych warunkach byli z nami – to aż ponad 30 osób, naprawdę podziwiamy Państwa chęć poznania historii Szamotuł! Głównym tematem naszej, skróconej nieco, wyprawy był szamotulski Rynek – do zdjęć naszych parasoli dołączamy więc fotografię, której autorem jest Piotr Mańczak.

Kilka zdań dla tych, którzy nie zdołali dotrzeć. Miasto Szamotuły najprawdopodobniej nie miało murów, ponieważ rynek i sąsiadujące z nim ulice były chronione przez naturalne granice w postaciu wód: od południa i wschodu (dzisiejsza Dworcowa i Poznańska) – rzeka Sama, od północy (Wroniecka) – struga, która potem przechodząca w fosę, od zachodu – mokradła (współcześnie mocno osuszone). Z przekazów wiadomo o trzech bramach miejskich: przed mostami na Dworcowej i Poznańskiej oraz na Wronieckiej na wysokości kamienicy, gdzie dziś jest apteka, a kiedyś kawiarnia Pod Basztą.

Wysłuchaliśmy historii kilku kamienic (np. domu, w którym mieszkała niemiecko-polska rodzina Scharwenków; synowie Xaver i Philipp byli wybitnymi kompozytorami, ciągle bardziej znanymi w Niemczech miż w Polsce), zniszczonego na początku niemieckiej okupacji pomnika św. Jana Nepomucena, który stanął na rynku po powodzi 1725 r., oraz krzyża, którego początek wiąże się z osobą szamotulskiego stolarza uciekającego przed pruskim wojskiem w okresie Wiosny Ludów (z tą historią można się zapoznać w artykule http://regionszamotulski.pl/krzyz-na-rynku-w-szamotulach/). Spotkanie prowadzili: Piotr Nowak, Łukasz Bernady i Agnieszka Krygier-Łączkowska.

Zapraszamy na kolejny spacer – 26.10.2019 r. Wtedy już na pewno wejdziemy do kościoła św. Krzyża i zabudowań poklasztornych, wcześniej jednak wysłuchamy innych historii związanych z tą częścią miasta. O godz. 12.00 spotkajmy się przy pomniku Maksymiliana Ciężkiego. Mamy nadzieję, że pogoda będzie lepsza.

Więcej zdjęć Szamotuł autorstwa Piotra Mańczaka http://regionszamotulski.pl/szamotuly-nieszablonowo-w-obiektywie-piotra-manczaka/.



Szamotulscy nauczyciele Szkoły Powszechnej nr 1

Prezentowane zdjęcie z 1929 r. należało do Johanny Bohm – Niemki, która pracowała w klasach dla dzieci niemieckich w szamotulskich szkołach. Na odwrocie jest notatka sporządzona przez właścicielkę, można z niej odczytać nazwiska poszczególnych nauczycieli. Stoją z tyłu (od lewej): Elimer, Szubszyński, Dolski, (Stanisław) Zgaiński, Typ; w środkowym rzędzie: Jankowski, Pstyka, (Eleonora) Jasiewicz, Kluge, Jonć, (Maria) Kania, Bartecki; z przodu: Schuster, (Johanna) Bohm, Wankowicz, (Antonina) Nowicka, (Leon) Gierszewski, (Maria) Zwierzyńska, Janek, Lis.

Szkoła przy ul. Staszica działała wówczas zaledwie od kilku miesięcy – od września 1928 r. Początkowo umieszczono w niej klasy żeńskie, a chłopcy uczyli się w budynku przy ul. Kapłańskiej, jednak już po dwóch miesiącach dokonano zamiany. W listopadzie obu szkołom nadano też oficjalnie patronów i nazwy: Publiczna Męska Szkoła Powszechna im. Stanisława Staszica oraz Publiczna Żeńska Szkoła Powszechna im. Marii Konopnickiej. Kierownikiem szkoły przy ul. Staszica został wówczas (do 1936 r.) widoczny na zdjęciu w dolnym rzędzie Leon Gierszewski, wcześniej – od 1924 r. – pełnił tę funkcję w szkole przy ul. Kapłańskiej. Kierownictwo szkoły żeńskiej w lutym 1929 r. objęła widoczna także na zdjęciu Antonina Nowicka (na stanowisku pozostała do 1947 r.). Warto zwrócić uwagę także na Stanisława Zgaińskiego (1907-1944) – nauczyciela, artystę, żołnierza AK, o którym wielokrotnie pisaliśmy na portalu.

Do 1927 r. działała szkoła dla dzieci niemieckich obok kościoła ewangelickiego (pl. Sienkiewicza, dziś nr 20 – siedziba Ośrodka Pomocy Społecznej), po jej zamknięciu uczniowie niemieccy zostali umieszczeni w szkole przy ul. Kapłańskiej, gdzie stworzono dla nich osobny oddział. Uczyła w nim właśnie Johanna Bohm, która początkowo zajmowała mieszkanie na górze szkoły, a po przeniesieniu oddziału do nowej szkoły przy ul. Staszica wynajęła pokój u rodziny Koniecznych w domu blisko szkoły (zdjęcie pozostało właśnie w tej rodzinie – więcej w artykule http://regionszamotulski.pl/maruszka-pod-okupacyjnym-niebem-szamotul/).

I ostatnia ciekawostka. Obok nazwisk nauczycieli Johanna Bohm napisała jeszcze: „Im strengen Winter 1929, -36º” – taka właśnie była tamta zima w Szamotułach (napisaliśmy o niej w artykule http://regionszamotulski.pl/zima-1929/).



30 września – Dzień Chłopca

W 1983 r. w szamotulskim Liceum Ogólnokształcącym (wówczas im. gen. Jarosława Dąbrowskiego) po raz pierwszy odbyły się z tej okazji Wybory Mistera Szkoły – impreza z przymrużeniem oka, bo nie o urodę kandydatów (przedstawicieli poszczególnych klas) tu w gruncie rzeczy chodziło, ale o wykonanie różnych zabawnych konkurencji. Oceny dokonywało żeńskie jury. W 1983 r. zwyciężył Grzegorz Heckert, koronę wręczyła mu Marianna Sobisiak – wówczas wicedyrektor szkoły. Na drugim zdjęciu widać duże emocjonalne zaangażowanie w imprezę żeńskiej części grona pedagogicznego. Od lewej siedzą: Stefania Jęczkowska, Barbara Borowiec, Irena Fludrowa, N.N., Teodozja Bąkowa, Iwona Rebelka, Maria Szaniawska i Jadwiga Skoracka, za nimi Rafał Pisula.


Szamotuły, 01.10.2019

PAŹDZIERNIK 2019

IMPREZY I KONCERTY


Minione


KINO

DKF – 3.10.2019, godz. 19.00, kino Halszka

Aktualności – październik 20192025-02-24T18:28:25+01:00

Andrzej Bednarski, Kapliczki, figury i krzyże, cz. 1 (gmina Szamotuły i Kaźmierz)

W obiektywie Andrzeja Bednarskiego

Kapliczki, figury i krzyże przydrożne – okolice Szamotuł i Kaźmierza


Krzyże przydrożne i kapliczki, w formie małego domku lub słupa z umieszczoną na nim figurą, stawiano w celach dziękczynnych, przy źródłach uznawanych za lecznicze, upamiętniały miejsca jakichś wydarzeń historycznych lub tragedii. Do dziś są miejscem wspólnych modlitw, zwłaszcza nabożeństw majowych. Odzwierciedlają gust jej twórców i opiekunów. Dla społeczności lokalnej są miejscem ważnym. Widać, że ktoś o nie dba, sprząta, sadzi lub przynosi kwiaty. Są nieodłącznym elementem polskiego krajobrazu, także powiatu szamotulskiego.

Przedstawiamy 1. część zdjeć wykonanych przez Andrzeja Bednarskiego, który dotąd zgromadził materiał z ponad 130 miejscowości regionu.

Wśród prezentowanych obiektów najczęstsze są krzyże oraz kapliczki Maryjne. Przeważają figury Maryi typu Immaculata, czyli Niepokalana, przedstawiające Matkę Bożą jako młodą kobietę, bez Dzieciątka, ubraną w białą suknię i błękitny płaszcz, stojącą na kuli ziemskiej lub półksiężycu. Figury Maryi z Dzieciątkiem są stosunkowo rzadkie. W grupie przedstawień Jezusa (poza krucyfiksami) dominują figury Serca Jezusowego. Postaci świętych, które pojawiają się w kapliczkach z okolic Szamotuł i Kaźmierza to Św. Jan Nepomucen (Kąsinowo, Otorowo, Kaźmierz, Sokolniki Małe), św. Wawrzyniec (Pamiątkowo), św. Walenty (Jastrowo), św. Józef z Dzieciątkiem (Bytyń), św. Andrzej Bobola (Pamiątkowo), św. Franciszek (Pamiątkowo), św. Paweł (Pamiątkowo, Szamotuły – fasada kościołą św. Krzyża) i św. Piotr (Szamotuły – fasada kościoła św. Krzyża). Czasami kapliczka ma więcej niż jednego patrona, to znaczy w jej górnej części znajduje się jedna figura, a w środkowej (w zagłębieniu) – druga.

Przydrożne drewniane krzyże wymieniane są – mniej więcej – co 25 lat. Konserwację przechodzą także figury, a cokoły są z czasem przebudowywane. Można dostrzec to także na zdjęciach Andrzeja Bednarskiego, gdyż niektóre mają w tytule informację typu „dawny”. We wrześniu 2019 r. poświęcono nowy (kolejny) krzyż przy drodze z Szamotuł do Gałowa, wymieniono też kapliczkę przy rondzie w Lipnicy.

Na cokołach wielu tych obiektów umieszczona jest data: 1945. W tym roku na nowo postawiono krzyże i kapliczki, które usunięto na rozkaz władz okupacyjnych w 1939 i w 1940 r. Część figur udało się mieszkańcom ukryć i przechować do zakończenia wojny. Tak było – na przykład – z bardzo cennym krzyżem z Sokolnik Wielkich czy figurą św. Jana Nepomucena z Sokolnik Małych. Inskrypcja na wspomnianym krzyżu z Sokolnik informuje, że obiekt pochodzi z 1846 r., a jego fundatorami byli Wincenty i Antonina Skarzyńscy (czasem nazwisko występuje w formie Skarżyńscy). W tym roku powrócili oni z zagranicy na ziemie polskie i odkupili majątek ziemskich w Sokolnikach od rodziny Trąmpczyńskich. Wincenty Skarzyński (1806-1876) herbu Bończa pochodził z ziemi łomżyńskiej, uczestniczył po powstaniu listopadowym, po którego upadku wyemigrował do Francji, jako żołnierz Legii Cudzoziemskiej brał udział w wojnie domowej w Hiszpanii i otrzymał od królowej Izabeli tytuł granda. Krzyż jest wykonaną z piaskowca neogotycką rzeźbą, w jego górnej części o kształcie równoramiennym (krzyż grecki) umieszczono wizerunek Matki Bożej z Dzieciątkiem, wzorowany na obrazie Rafaela Santi.

O krzyżu z Rynku w Szamotułach można przeczytać w artykule http://regionszamotulski.pl/krzyz-na-rynku-w-szamotulach/.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

1.10.2019 r.


Miasto i gmina Szamotuły

Lokalizacje (wyświetlają się jako nazwa zdjęcia): Baborowo, Baborówko, Brodziszewo, Czyściec, Emilianowo, Gałowo, Gąsawy, Grabówiec, Jastrowo, Kąsinowo, Kępa, Koźle, Lipnica, Lulinek, Łowiza, Myszkowo, Nowy Folwark, Ostrolesie, Otorowo, Pamiątkowo, Piaskowo, Piotrkówko, Przecław, Przyborowo, Przyborówko, Rudnik, Szamotuły, Szczuczyn, Śmiłowo, Twardowo, Witoldzin, Żalewo



Gmina Kaźmierz

Lokalizacje (wyświetlają się jako nazwa zdjęcia): Brzezno, Bytyń, Chlewiska, Chrusty, Dolne Pole, Gaj Wielki, Gorszewice, Kaźmierz, Kiączyn, Kopanina, Młodasko, Piersko, Pólko, Radzyny, Sokolniki Małe, Sokolniki Wielkie, Stare, Wierzchaczewo




Szamotuły, 30.09.2019

Andrzej Bednarski, Kapliczki, figury i krzyże, cz. 1 (gmina Szamotuły i Kaźmierz)2025-01-07T10:16:19+01:00

Wincenty z Szamotuł – zdrajca czy bohater

Witold Mikołajczak

Wincenty z Szamotuł – zdrajca czy bohater

Portret (zapewne fikcyjny) z Gniazda cnoty Bartosza Paprockiego, 1578. Źródło – Polona


Wincenty był właścicielem Szamotuł, sprawował funkcje starosty generalnego Wielkopolski i wojewody poznańskiego. Zdaniem Tomasza Jurka był wnukiem Tomisława z Szamotuł, synem lub bratankiem Wincentego.

Więcej o rodzie Szamotulskich w artykule http://regionszamotulski.pl/szamotulscy/

Co wiemy o Wincentym z Szamotuł

Tak naprawdę pisał się Wincenty z Wielenia lub Pomorzan i dopiero kronikarz Jan Długosz przerobił go na Wincentego z Szamotuł. Kim był jego ojciec, gdzie i kiedy się urodził, kim była jego matka – tego nie wiemy. Na podstawie informacji, że dziedziczył dobra po obu stronach granicy wielkopolsko-brandenburskiej, można z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że jego matka pochodziła z jednego z możnych rodów brandenburskich. Do takiego wniosku doszedł Tadeusz Nowak, stwierdzając w jednej ze swoich książek, że był półkrwi Niemcem. Hipotezę tę może potwierdzać także fakt, że jego siostra Małgorzata była żoną brandenburskiego możnego Betkina von der Osten, co sugeruje, że nie było to pierwsze mieszane małżeństwo w tym rodzie.

Celem mojego artykułu nie jest jednak pisanie biogramu wojewody poznańskiego, gdyż zrobił to już wcześniej prof. Tomasz Jurek (zob. https://www.ipsb.nina.gov.pl/a/biografia/wincenty-szamotulski-h-nalecz), lecz przedstawienie okoliczności powstania czarnej legendy Wincentego z Szamotuł. Postaram się również szerzej omówić bitwę pod Płowcami, której inicjatorem miał być właśnie bohater tego artykułu. Jest to o tyle istotne, że do dziś liczni autorzy przedstawiają tę bitwę, ignorując zupełnie ustalenia poznańskiego historyka prof. Tomasza Jurka.


Drzewo genealogiczne Szamotulskich herbu Nałęcz. Źródło – hasło Szamotuły w Słowniku historyczno-geograficznym ziem polskich w średniowieczu. Autor Tomasz Jurek


Narodziny czarnej legendy

Zarzuty zdrady na rzecz zakonu krzyżackiego oraz spiskowania przeciwko królowi z Brandenburczykami wiążą się ściśle z wydarzeniami z lat 1326-1331. W 1326 roku wojska króla Władysława Łokietka, wsparte przez posiłki litewskie (1200 jazdy), uderzyły na ziemie brandenburskie na wschodnim brzegu Odry. Wyprawa zakończyła się częściowym sukcesem: zniszczono znaczne obszary ziemi lubuskiej, uprowadzono 6 tysięcy jeńców i odzyskano kasztelanię międzyrzecką, zagarniętą przez Brandenburczyków w 1297 roku. Plan, by ziemie na wschód od Drawy wcielić do Polski, nie powiódł się, gdyż książę szczeciński uchylił się od współdziałania. Można przyjąć z dużym prawdopodobieństwem, że podczas tej wyprawy ucierpiały także ziemie należące do Wincentego z Szamotuł. Litwini byli kłopotliwym sojusznikiem i często grabili nie tylko wroga, ale i sojusznika. Odczuli to zwłaszcza Mazowszanie, gdzie w drodze powrotnej spalili i zrabowali wiele wsi.

Należało się liczyć z odwetową wyprawą Brandenburczyków, od której znów ucierpią pograniczne włości Nałęczów. Na szczęście dla nich po wymarciu rodu Askańczyków trwał tam polityczny zamęt. W 1329 roku król Czech Jan Luksemburczyk postanowił stanąć na czele krucjaty przeciwko Litwinom. Na czele zebranego w Pradze rycerstwa ruszył do państwa krzyżackiego przez terytorium Polski, nie pytając o zgodę króla Polski Władysława Łokietka. Gdy tylko krucjata dotarła na tereny Litwy, Łokietek uderzył na ziemie krzyżackie, powodując jej przerwanie. Jan Luksemburczyk i Krzyżacy uderzyli na ziemię dobrzyńską i opanowali ją. Rozpoczęło to wojnę Polski z zakonem krzyżackim i królem Czech, w sytuacji nie zażegnanego jeszcze konfliktu z Brandenburgią. Dlatego latem 1329 roku toczyły się rozmowy polsko-brandenburskie, w których wojewoda poznański aktywnie uczestniczył, podpisując w imieniu króla z margrabią brandenburskim i „wszystkimi Sasami” trzyletni rozejm. Układ ten ratyfikował Łokietek w październiku 1329 i widnieje na nim również podpis Wincentego.

Na tle tych negocjacji powstały wobec naszego bohatera zarzuty, iż spiskował przeciw królowi z Brandenburczykami. Podstawą do tych oskarżeń była kopia dokumentu z 18 VIII 1331 roku wystawionego w Landsbergu (dzisiejszy Gorzów Wielkopolski), w którym on i jego bracia Dobrogost i Tomisław zapewniają margrabiego brandenburskiego Ludwika oraz kilku wymienionych imiennie starostów i całą marchię, że będą dotrzymywać z nimi pokoju, a w przypadku najazdu na Marchię króla polskiego nie udostępnią mu swych zamków w Wieleniu i Czarnkowie, lecz będą wspierać Brandenburczyków. Jeżeli Szamotulscy doznaliby krzywd ze strony króla, poddadzą się władzy margrabiego; jeżeli jednak Brandenburczycy chcieliby najechać Polskę, nie zostaną wpuszczeni do zamków Szamotulskich.

Według Abdona Kłodzińskiego dokument landsberski może mieć pomyloną przez kopistę datę i pochodzić w istocie z 20 VIII 1329 r. Zdaniem prof. Tomasza Jurka zobowiązania te przypominają raczej gwarancje, jakimi często umacniano układy międzypaństwowe, w związku z czym należy je wiązać z zawartym przez Wincentego w 1329 roku rozejmem polsko-brandenburskim. Należy zwrócić uwagę, że zasadniczym celem gwarancji zawartych w tym dokumencie jest niedopuszczenie do wznowienia działań wojennych zarówno przez króla, jak i margrabiego. Bez wątpienia miało to związek ze zniszczeniami, jakie przyniosła tym ziemiom wyprawa polsko-litewska z 1326 roku. O ile współcześni zarzucali Wincentemu knowania z Krzyżakami, to nic nie słychać, aby mu zarzucali zdradę na rzecz Brandenburgii. Takie zarzuty, w oparciu o wspomniany dokument, zaczęli stawiać dopiero historycy w XIX wieku, mając w pamięci udział Nałęczów w spisku na życie króla Przemysła II.


Drugi zarzut dotyczący zdrady na rzecz Krzyżaków

Na wiecu w Chęcinach 26 V 1330 roku Władysław Łokietek ustanowił swego syna Kazimierza namiestnikiem wszystkich ziem północnych: Wielkopolski, Kujaw i ziemi sieradzkiej. W relacjonującym te wypadki małopolskim roczniku, powstałym z inspiracji dworu królewskiego, stwierdzono, że ta decyzja króla spotkała się z wrogim przyjęciem Wincentego. Wcześniej Łokietek, mianując Szamotulskiego starostą generalnym Wielkopolski, powierzył mu zarząd tych samych ziem z wyjątkiem Sieradza. Zdaniem kronikarza starosta generalny, nie mogąc znieść utraty wpływów, zaczął spiskować potajemnie z Krzyżakami. Kronikarz użył słowa „alienacio”, co według prof. T. Jurka nie musi oznaczać pozbawienia urzędu, lecz tylko utratę wpływów. Ten sam kronikarz oskarżył starostę, że postanowił pozbawić Kazimierza powierzanych mu ziem i potajemnie sprowadził najazd krzyżacki, stając się tym samym „najgorszym zdrajcą Królestwa i narodu”. Te insynuacje rozbudował potem Jan Długosz, wprowadzając wątek ucieczki Wincentego do Malborka i jego osobistego udziału w wojnie po stronie Krzyżaków.

Decyzja Łokietka mogła nie zachwycić Wincentego, lecz zarzut zdrady nie znajduje żadnego potwierdzenia. Naoczny świadek tych wydarzeń, Mikołaj z Błażejewa, potwierdza osobisty udział starosty w walkach z Krzyżakami i stoczeniu z nimi 27 VII 1331 r. pod Pyzdrami potyczki, prawdopodobnie, by dać czas Kazimierzowi na ucieczkę z miasta. We wrześniu do zbieranej przez króla armii Szamotulski przyprowadził rycerstwo wielkopolskie, co wspomniany autor tłumaczy chęcią „ekspiacji”, czyli odkupienia swoich win. Jak wiadomo, 27 września 1331 r. Szamotulski dowodził przednią strażą i był jednym z głównych bohaterów bitwy pod Płowcami, zapewniając według kronikarza „wieczną sławę Królestwu”.

Dziś uczeni odrzucają oskarżenia Wincentego o zdradę na rzecz Krzyżaków, natomiast niektórzy usiłują podtrzymywać zarzuty o spisku z Brandenburczykami.

Portret Władysława Łokietka – grafika sprzed 1730 r. Źródło – Polona

Aleksander Lesser, portret Władysława Łokietka – XIX-wieczny rysunek. Źródło – Muzeum Narodowe w Warszawie

Władysław Łokietek – grafika Wincentego Smokowskiego, poł. XIX w. Źródło – Polona

Bitwa pod Płowcami 27 września 1331 roku

We wrześniu 1331 roku na Polskę uderzają dwie wrogie armie: krzyżacka, pod dowództwem marszałka Altenburga i komtura chełmińskiego Ottona von Lutterberga, oraz sprzymierzone z Krzyżakami wojska czeskie króla Jana Luksemburczyka. Celem politycznym tych działań jest zagarnięcie przez Czechy Wielkopolski, a przez Krzyżaków Kujaw, a także degradacja Łokietka do roli króla Krakowa. Obie wrogie armie mają spotkać się pod Kaliszem w połowie września. Wojska zakonu docierają pod Kalisz i przez trzy dni oblegają miasto. Nie doczekawszy się wojsk Luksemburczyka, Krzyżacy cofają się na Kujawy pod Radziejów.

W tym czasie Łokietkowi udaje się skoncentrować swoje siły, a jako ostatni przybywają do jego obozu Wielkopolanie pod dowództwem Wincentego z Szamotuł. Miał on od dłuższego czasu śledzić ruchy wojsk krzyżackich, a według Tadeusza Nowaka nawet odwiedził dowódców krzyżackich w ich obozie. Być może chodziło o jakieś negocjacje dyplomatyczne zlecone przez króla lub podjęte z własnej inicjatywy. Trzeba zdawać sobie sprawę, że działalność dyplomatyczna wiąże się z tak zwanym białym wywiadem, czyli dyskretnym zbieraniem informacji o: sile przeciwnika, jego zamiarach operacyjnych, morale wojska itp. Faktem jest, że po przybyciu do obozu króla miał namawiać go do stoczenia walnej bitwy. Łokietek prawdopodobnie wyraził zgodę, gdyż wyruszono w ślad za armią krzyżacką, a Wincenty dowodził strażą przednią.


Grafika Władysław Łokietek w czasie bitwy pod Płowcami. Źródło – Polona


Ostatecznie do bitwy doszło 27 września pomiędzy Radziejowem a Płowcami. Nie była to bitwa z góry zaplanowana przez króla, który zastawił na Krzyżaków pułapkę pod Płowcami, jak uczono moje pokolenie w szkole, lecz przypadkowe starcie. W 1993 roku prof. T. Jurek na podstawie zeznań kustosza zamku wawelskiego zawartego w źródłach z procesu przeciw Krzyżakom wykazał, że bitwa rozpoczęła się od starcia awangardy Wincentego z Szamotuł, która we mgle najechała na formującą się do marszu kolumnę armii krzyżackiej. Jak do tego doszło?

Krzyżacy postanowili oblegać Brześć Kujawski i w tym celu rankiem 27 września ruszyli w kierunku miasta, dzieląc swoją armię na dwie części. Główna część złożona z jazdy, liczącej około 5 tys. ludzi, pod dowództwem Lutterberga (w tym oddział 100 rycerzy angielskich z hrabią Tomaszem de Ufford na czele), wysuwając do przodu awangardę w sile 350 jazdy pod dowództwem Henryka Reuss von Plauena, ruszyła jako pierwsza pod Brześć. Pozostałe wojska złożone głównie z piechoty liczącej ponad 2 tys. ludzi i chorągwi jazdy 350 zbrojnych, pod dowództwem Altenburga, zaczęły formować kolumnę marszową, by ruszyć w ślad za Lutterbergiem. Gdy kończono ustawiać wozy na drodze, na tyły kolumny na skutek gęstej mgły wpadła polska awangarda Wincentego z Szamotuł. Wywiązała się krótka walka, którą przerwało przybycie Łokietka z głównymi siłami.

Obie strony sformowały szyk bojowy. Łokietek miał podzielić swoje wojsko na pięć hufców, co sugeruje, że ustawił je w dwie linie bojowe plus odwód. Jak ustawił swoje wojsko Altenburg, możemy się tylko domyślać w oparciu o to, czym dysponował. Piechota krzyżacka prawdopodobnie ustawiła szyk zwany jeżem, okrakiem po obu stronach drogi Radziejów – Brześć. Niewielką ilość jazdy, którą dysponował marszałek, przypuszczalnie podzielił na dwie części, ubezpieczając nią oba skrzydła piechoty. Trzeba jasno stwierdzić, że starcie z grupą Altenburga było walką polskiej jazdy z krzyżacką piechotą. Jazda krzyżacka była zbyt słaba liczebnie, aby wystąpić do frontalnej konfrontacji z liczącą od 5 do 6 tys. jazdą polską.


Feliks Sypniewski, Bitwa pod Płowcami. Źródło – Polona


W tym czasie marszałek krzyżacki podjął dwie decyzje, które zaważyły na dalszym przebiegu bitwy. Pierwsza to wysłanie gońców do Lutterberga z wezwaniem do powrotu. Co prawda w literaturze przyjął się błędny pogląd, że to uciekinierzy z pola bitwy zaalarmowali główne siły krzyżackie, lecz pobieżna kalkulacja wykazuje, że nie byliby w stanie dogonić Luterberga przed dotarciem jego wojsk do Brześcia. Tymczasem, jak wiadomo, na pole walki oddziały Lutterberga i Plauena przybyły osobno, co świadczy, że były jeszcze w drodze. Druga decyzja dotyczyła marszu krzyżackiej kolumny w kierunku wsi Płowce, na spotkanie spodziewanej odsieczy. Mając tabor na drodze, oddziały Altenburga nie musiały stać w miejscu i czekać, aż Łokietek zorientuje się w ich słabości. Do pierwszego natarcia Łokietek prawdopodobnie przeznaczył tylko jazdę pierwszej linii (1,5 do 2 tys. jazdy) i raczej miało ono charakter rozpoznania walką. Król mógł obawiać się zasadzki, widząc cofające się wojsko Altenburga, gdyż wątpliwe jest, aby tych 350 jeźdźców krzyżackich uznał za całą armię krzyżacką. Czy trup padał gęsto, jak piszą niektórzy historycy? Na pewno trupów końskich mogło być więcej niż poległych rycerzy. W starciu jazdy z piechotą liczy się impet pierwszego uderzenia  gdy rozpędzone rycerstwo starało się ciężarem koni rozerwać szyk bojowy piechoty. Stawiając jeża, w pierwszych szeregach stają piechurzy uzbrojeni w broń drzewcową (piki, sulice, cepy bojowe, kopie), a w ostatnim kusznicy, łucznicy, procarze, uzbrojeni w broń miotającą. O ile ci pierwsi muszą powstrzymać uderzenie jazdy, o tyle kusznicy musieli osłabić siłę jej uderzenia, co najskuteczniej było można osiągnąć rażąc konie. Łatwiej było ranić konia niż rycerza zasłoniętego tarczą. Zrobili to z pewnością skutecznie, gdyż jazda polska nie zdołała przełamać szyku krzyżackiej piechoty.


Juliusz Kossak, Bitwa pod Płowcami, reprodukcja z albumu Juliusz Kossak, Warszawa 1912


Natarcie to trwało nie dłużej niż pół godziny. Nie wiadomo, czy Polacy wzięli jeńców, od których by uzyskano informację o położeniu głównych sił krzyżackich. W każdym razie do kolejnego natarcia Łokietek przeznaczył z pewnością większe siły, decydując się na kontynuację walki. Tym razem natarcie się powiodło. Prawdopodobnie najpierw pobity został oddział konnicy krzyżackiej na skrzydle, gdzie znajdował się Altenburg z grupą komturów, którzy dostali się do niewoli. Upadek chorągwi krzyżackiej, przytwierdzonej do siodła, miał spowodować zamieszanie i panikę wśród jazdy krzyżackiej. Wydaje się, że ta część jazdy została przyparta do taboru, który tarasował drogę i utrudniał ucieczkę. Wkrótce na drugim skrzydle również złamano opór jazdy, której niedobitki rozproszyły się po okolicznych polach. Do niewoli dostało się 56 rycerzy z marszałkiem na czele. Trudno ustalić, jak długo trwało masakrowanie piechoty krzyżackiej. Fakt, że biskup Maciej z Gołańczy pisał o pochowaniu 4187 poległych w bitwie, z czego większa część należała do armii krzyżackiej, nie pozostawia złudzeń co do jej losu. Jeżeli Krzyżacy szacowali swoje straty na 600 poległych, a Polaków na 800, to pozostaje nam jeszcze co najmniej 2800 poległych, gdyż Luterberg zabrał około 70 poległych rycerzy do Torunia. W zachodnich kronikach często wymienia się tylko liczbę poległych rycerzy, ignorując straty piechoty i czeladzi.


Grafika z lat 30. XIX w. – przedstawia Władysława Łokietka i Floriana Szarego – legendarną postać rycerza, który miał uratować króla zagrożonego w czasie bitwy pod Płowcami, a władca nadał mu za zasługi nowy herb Jelita. Źródło grafiki – Polona


Radość Polaków z odniesionego zwycięstwa nie trwała długo, gdyż wkrótce na pole bitwy przybyły główne siły, i bitwa rozgorzała na nowo. Forsowny marsz, jaki narzucił swoim oddziałom Luterberg, spowodował, że kolumna marszowa znacznie się wydłużyła, co musiało sprawić, że wprowadzenie jazdy krzyżackiej do walki zajęło trochę czasu. Można przyjąć, że droga do Brześcia nadal stanowiła główną oś natarcia. Rozgorzał bój spotkaniowy, który wraz z wprowadzaniem do walki kolejnych chorągwi zamienił się w walkę o oskrzydlenie lub przełamanie sił przeciwnika. Inicjatywa w tym boju raczej należała do Luterberga, gdyż jest rzeczą naturalną, że z szyku marszowego przechodzi się w ugrupowanie bojowe. Natomiast Łokietek mógł nie mieć jeszcze wszystkich chorągwi sformowanych i gotowych do użycia. Po około pół godzinie na pole bitwy przybył oddział Henryka Reuss von Plauena, powiększony o niedobitki jazdy Altenburga, razem około 400 ludzi. Co prawda prof. T. Jurek uważa, że były to uciekające wojska Luterberga, jednakże należy w to wątpić. Awangarda porusza się w odległości wzrokowej przed głównymi siłami, czyli 2 do 3 km. Nawet gdyby ta odległość uległa wydłużeniu do 4 lub 5 km, gdyż Plauen otrzymał informację o polskim ataku później niż Lutterberg, to i tak przybyłby na plac boju zaledwie kilka minut po wprowadzeniu do walki ostatnich oddziałów. Nie sądzę, aby w tak krótkim czasie Polacy zdołali pobić i zmusić do ucieczki jakieś oddziały jazdy krzyżackiej. Możemy się domyślać, że Plauen uderzył zwartą kolumną, gdyż przełamanie dokonuje się na wąskim odcinku frontu i albo zrobi się to szybko, albo wcale, gdyż przeciwnik na zagrożony odcinek przegrupuje swoje odwody. Jak wiadomo, uderzył na tyle skutecznie, że przełamał front, wychodząc na tyły Polaków. Wtedy część jazdy polskiej rzuciła się do ucieczki.


Brześć Kujawski – pomnik Władysława Łokietka z 2008 r. Przyszły król Polski urodził się właśnie w tej miejscowości, oddalonej od pola bitwy pod Płowcami o 18 km. Zdjęcie Fotopolska


Ścigająca Polaków jazda krzyżacka uwolniła część jeńców, a część została wymordowana. Wtedy prawdopodobnie Altenburg został ranny w twarz, i z uszkodzoną żuchwą musiał męczyć się do końca życia. Co było potem, jest przedmiotem sporu pomiędzy uczonymi. Prof. T. Jurek uważa, że jazda polska została pobita i opuściła pole bitwy. Aby odtworzyć dalszy przebieg walki, musimy postawić dwa pytania: czy Łokietek dysponował jeszcze odwodami w chwili przybycia oddziału Plauena? Oraz: jaka część jazdy polskiej opuściła w panice plac boju? Gdyby król nie dysponował już odwodem, nie byłby w stanie pobić oddziału Plauena i hipoteza o klęsce jazdy polskiej byłaby zasadna.

Fakt, że Plauen i 40 jego rycerzy znalazło się w polskiej niewoli, a Lutterberg nie był w stanie ich odbić, całkowicie przeczy hipotezie poznańskiego historyka. Jak w takim razie wyglądało dalsze starcie obu armii? Łokietek, który obserwował przybycie oddziału Plauena, nie wiedział, czy będzie usiłował wejść do bitwy, oskrzydlając walczące oddziały od północy lub południa, czy też będzie chciał przełamać front w dogodnym miejscu. Był zatem zdany na inicjatywę przeciwnika. Jak wiadomo, Plauen przełamał front prawdopodobnie na północ od drogi Radziejów – Brześć i przypuszczalnie skręcił w kierunku drogi, by od tyłu zaatakować jazdę polską walczącą na południe od tej drogi. Zamiar jego jednak został pokrzyżowany przez Łokietka, który – moim zdaniem –  zachował jeszcze odwód na tyle liczny, aby skutecznie rozbić oddział Plauena (co najmniej 400 ludzi). W wyniku tego starcia krzyżacki komtur i 40 jego rycerzy trafiło do polskiej niewoli. Na skutek ucieczki części polskiej jazdy na północnym skrzydle sukcesu tego Łokietek nie mógł wykorzystać, gdyż musiał liczyć się z powrotem jazdy pruskiej ścigającej uciekinierów. I tu dochodzimy do drugiego pytania: jak liczna grupa jazdy polskiej opuściła plac boju? Jeżeli przyjmiemy, że blisko połowa, to dalsza walka nie rokowała królowi powodzenia, gdyż rozbicie oddziału Plauena nie rekompensowało utraty tak dużej części jazdy. Dlatego jedynym rozwiązaniem było wycofanie się z bitwy. Gdy przyjmiemy, że panice uległo tylko 25 procent jazdy, to bitwę mógł kontynuować, gdyż pogrom oddziału Plauena tą stratę rekompensował.


Płowce – pomnik na polu bitwy, wzniesiony w 1961 r. Zdjęcie Fotopolska


Wkrótce bitwa wygasła na skutek dużych strat i olbrzymiego zmęczenia obu wojsk. Jazda Lutterberga w ciągu około 4 godzin zrobiła od 30 do 40 km, prawdopodobnie bez przerwy na odpoczynek, a ostatnia godzina marszu musiała być wyjątkowo wyczerpująca. Dlatego pościg za Polakami przyniósł mizerne rezultaty. Ponad 100 jeńców, z których połowę wymordowano, to za mało, by mówić o klęsce Łokietka w drugiej fazie bitwy. Tym bardziej, że wartościowych jeńców, których dla okupu pozostawiono przy życiu, było zaledwie 56.

Zbieranie rannych z pola bitwy, i przegrupowanie wojska na południe od drogi na Brześć, to były prawdopodobnie ostatnie czynności króla w tej bitwie. Pomimo pewnej przewagi, jaką mieli Krzyżacy, wynikającej z powrotu z pościgu części wojska, Lutterberg nie zdecydował się na jej kontynuowanie, by odbić Plauena i jego towarzyszy. To również przeczy hipotezie o klęsce Łokietka. Króla z kolei dręczył niepokój o losy syna, który znalazł się wśród uciekinierów. Dlatego gdy zapadł zmrok, dał rozkaz do odwrotu. Historycy zastanawiają się, które oddziały polskiej jazdy uległy panice. Fakt, że wśród uciekinierów znalazł się królewicz Kazimierz, może sugerować, że było to rycerstwo ziemi łęczyckiej, sieradzkiej lub kujawskiej. Gdyby zachowała się lista jeńców polskich z tej bitwy, mielibyśmy większą wiedzę na ten temat. Żadne źródło nie mówi o ucieczce Wincentego i rycerzy wielkopolskich.

Bitwa została źle rozegrana przez króla, gdyż powinien najpierw dążyć do pobicia jazdy Lutterberga, a po jej pokonaniu tabor z piechotą i tak by wpadł mu w ręce. Atakując piechotę Altenburga, niepotrzebnie tracił czas i siły. W bitwie Polacy prawdopodobnie mieli liczniejszą jazdę niż Krzyżacy. Gdyby było odwrotnie, to po ucieczce około jednej czwartej jazdy i stratach, jakie ponieśli w pierwszej bitwie, jazda polska byłaby dużo słabsza od krzyżackiej.


Adam Krechowiecki (1850-1919) – pisarz, dziennikarz, tłumacz literatury, działacz kulturalny, przyjaciel Henryka Sienkiewicza. Powieść historyczna Szary wilk została opublikowana w 1892 r., miała kilka wydań. W 1930 r. wydała ją szamotulska drukarnia Józefa Kawalera, zmieniono wówczas podtytuł powieści: do określenia gatunkowego „powieść historyczna” dodano „z życia dawnych Szamotuł”. Fragmenty książki publikowała w tym czasie także „Gazeta Szamotulska”. Wincenty (Wincz) był wówczas chyba najbardziej znienawidzoną w mieście postacią!


Redakcja Agnieszka Krygier-Łączkowska

Śmierć Wincentego z Szamotuł

Bitwa pod Płowcami 27 X 1331 r. i skuteczna obrona Poznania w październiku 1331 r. przed wojskami czeskimi króla Jana Luksemburskiego sprawiły, że plan oderwania od Polski Wielkopolski i Kujaw oraz degradacji Łokietka do roli króla krakowskiego nie powiódł się.

Niestety, już w kwietniu 1332 r. Krzyżacy uderzyli ponownie na Kujawy i pomimo pomocy, jaką Wincenty zorganizował dla oblężonych: Brześcia i Inowrocławia, oba grody zostały zdobyte. Do końca maja całe Kujawy zostały opanowane przez wojska zakonu, co przekreśliło sukcesy polskie z 1331 roku. Wkrótce potem około 24 VI 1332 r. Wincenty z Szamotuł zginął trafiony strzałą z kuszy. Długosz twierdzi, że zginął z rąk ludzi poszkodowanych w sprowokowanych przez niego najazdach, co należy jednak traktować jako moralizatorski wymysł kronikarza. Zdaniem prof. T. Jurka chodzi prawdopodobnie o nieszczęśliwy wypadek, być może na polowaniu. W tym czasie nie toczyły się żadne walki z Krzyżakami, którzy do maja opanowali całe Kujawy. Gdyby zginął w nich wojewoda poznański, z pewnością kronikarze by to odnotowali.

W polskiej tradycji historycznej długo utrzymał się wizerunek Wincentego jako zdrajcy. Od kilkudziesięciu lat odrzuca się zarzut zdrady Szamotulskiego na rzecz Krzyżaków, natomiast niektórzy historycy podtrzymują zarzuty co do układu w Landsbergu.

Być może gorące spory o Wincentego wynikają ze sporej popularności, jaką zapewnili mu liczni kronikarze i literaci. W XIX wieku Karol Szajnocha napisał nieukończony dramat Wincenty z Szamotuł, a Adama Krechowiecki powieść Szary wilk, której bohater Wincz z Szamotuł nawiązywał do postaci Wincentego. Wątek naszego bohatera znalazł się również we współczesnych powieściach Przełom Karola Bunscha i Gniewko syn rybaka Aliny Korty sfilmowanych przez Bohdana Porębę. Postać Wincentego z Szamotuł przewija się także w serialu telewizyjnym Znak Orła.


Fragment początkowy powieści Szary wilk

Witold Mikołajczak

Historyk, absolwent UAM, nauczyciel, od 1990 r. mieszka w Szamotułach.

Autor 4 książek: Grunwald 1410. Bitwa, która przeszła do legendy (2010); Grunwald 1410. O krok od klęski (wyd. rozszerz. 2015); Wojny polsko-krzyżackie (2009) i Grochów 1831. Niedokończona bitwa (2014).

Na nowo interpretuje pewne wydarzenia i źródła historyczne, lubi polemikę.

Wincenty z Szamotuł – zdrajca czy bohater2019-09-27T20:48:18+02:00

Szkoła hrabiny Barbary Kwileckiej w Dobrojewie

Prekursorska inicjatywa hrabiny Barbary Kwileckiej

Prywatna szkoła gospodarcza dla dziewcząt w Dobrojewie

Barbara Kwilecka (1845-1910) była córką pisarki Bogusławy z domu Dąbrowskiej i Teodora Mańkowskiego. Jej dziadkiem był Jan Henryk Dąbrowski – generał, uczestnik insurekcji kościuszkowskiej (1794), twórca Legionów Polskich we Włoszech i uczestnik kampanii napoleońskiej. Imię Barbara Kwilecka odziedziczyła po babce, drugiej żonie Henryka Dąbrowskiego, Barbarze z Chłapowskich. W dzieciństwie zamieszkała wraz z rodziną w nieistniejącym pałacu w Rudkach koło Ostroroga. Kształciła się u sióstr ze Zgromadzenia Najświętszego Serca Jezusa (sercanek), najpierw w Paryżu, a potem w Poznaniu. Musiała być bardzo odważna, gdyż jako 18-letnia dziewczyna razem z siostrą przemycała broń dla powstańców styczniowych z oddziałów w okolicach Kalisza. Na pewno odznaczała się wrażliwością społeczną. Wspominała: „Od najmłodszych dziecinnych lat dziwnie mnie przejmowały i bolały krzywdy życiowe i wielki ból ludzkości spowodowany nierównością losu i różnicą pomiędzy bogatym a ubogim, między możnymi a tymi, których byt zawisł od konieczności zapracowania na życie”.


Barbara Kwilecka – jako dziewczyna (przebrana w strój ludowy) oraz ok. 1874 r.


Po ślubie w 1866 roku ze Stefanem Kwileckim (1839-1940), właścicielem rozległego majątku z centrum w Dobrojewie, przez kilkanaście lat zajmowała się wychowywaniem sześciu synów. Około 1880 roku zaczęła szerszą działalność publiczną: w Stowarzyszeniu Czytelni Ludowych oraz w dyrekcji Towarzystwa Pomocy Naukowej dla dziewcząt polskich w Wielkim Księstwie Poznańskim. Przede wszystkim jednak w końcu lat 80. XIX wieku stworzyła i przez dwadzieścia lat prowadziła w Dobrojewie 3-letnią szkołę gospodarczą dla dziewcząt, tzw. szkołę elewek (elew, elewka – znaczyły dawniej: wychowanek, uczeń) (więcej o Barbarze Kwileckiej można przeczytać w artykule http://regionszamotulski.pl/barbara-kwilecka-dzialaczka-narodowa-i-spoleczna/).

Jak sama wspominała Barbara Kwilecka, na początku małżeństwa nie umiała postępować ze służbą, wyraźnie formułować swoich oczekiwań i kierować innymi. Stworzenie szkoły było dla hrabiny w pewnym sensie przełamaniem własnych ograniczeń. Widziała w tym także misję wobec uboższych i swego rodzaju odpokutowanie win przodków – ziemian, którzy często swoim postępowaniem krzywdzili lub deprawowali służbę. Była osobą głęboko wierzącą, podopiecznym starała się przekazać zasadę, że „wszyscy jesteśmy dziećmi Boga, że wszyscy dla Niego, każden w swoim zakresie i według swoich zdolności, pracować mamy”. Po latach to właśnie uznała za podstawę sukcesu w kierowaniu domem i ściśle z domem związanej szkoły.


Nieistniejący pałac w Dobrojewie – spalony i rozebrany w czasie II wojny światowej. Fasada przednia i od strony ogrodu na pocztówkach z ok. 1910 r.


Hrabina Kwilecka do swej szkoły przyjmowała dziewczęta w wieku 16 lat. Musiały one  przedstawić świadectwo moralności od proboszcza, zaświadczenie o dobrym stanie zdrowia od lekarza, a także zgodę rodziców na 3-letnią naukę w Dobrojewie. Były to głównie córki gospodarzy lub drobnych rzemieślników. Najpierw dziewczęta przechodziły kilkutygodniowy okres próbny, a po nim uroczyście odbierały medal z wizerunkiem Maryi jako znak przynależności do Bractwa Matki Boskiej Nieustającej Pomocy, otrzymywały biały czepek i podpisywały trzyletnią umowę. Początkowo u hrabiny uczyło się 8-10 dziewcząt, później liczba podopiecznych wzrosła do 16-18.

Każda „elewka” po kolei uczyła się różnych prac w pałacu i folwarku: poznawała tajemnice przygotowywania potraw pod okiem dworskiego kucharza, w pralni uczyła się prać, prasować  i czyścić odzież, w szwalni – szyć i cerować, pracowała też w dworskim kredensie, czyli poznawała sposób podawania do stołu, uczyła się także sprzątania. W folwarku – zapoznawała się z wyrobem sera i masła, uczyła się hodowli drobiu i gotowania dla czeladzi. Po każdym takim, trwającym kilka miesięcy, kursie „elewka” zdawała swego rodzaju egzamin praktyczny. Taki sposób nauki trwał dwa lata, w trzecim – uczennica wybierała sobie ulubioną specjalność, w której doskonaliła się w trzecim roku. Każda z dziewcząt przez godzinę dziennie uczyła się – na przemian – czytania, pisania, liczenia lub katechizmu. Chętne uczyły się też śpiewu. Dziewczęta nocowały w grupie w pałacu lub oficynie (więcej o nieistniejącym pałacu w artykule http://regionszamotulski.pl/palac-w-dobrojewie/). Trzy razy dziennie wychowanki spotykały się w kaplicy pałacowej na modlitwie. Latem – na zmiany – wyjeżdżały na wakacje, a rodzice mogli odwiedzać je w Dobrojewie.


Barbara Kwilecka z jednym z synów (ok. 1874 r.) oraz w mieszkaniu w Poznaniu (ok. 1909 r.)


Po ukończeniu szkoły dziewczęta uzyskiwały świadectwo i mogły iść na służbę jako kucharki, gospodynie, mleczarki lub panny służące, czyli służące osobiste. Absolwentki szkoły hrabiny Kwileckiej bez trudu znajdowały zatrudnienie lub wychodziły za mąż za synów gospodarzy.

Barbara Kwilecka wspominała też o trudnościach w prowadzeniu szkoły dla dziewcząt i o krytyce, jaka spotykała ją z różnych stron. Trudności wiązały się z samym pobytem kilkunastu młodych panien na dworze, z czuwaniem nad nie tylko nad tym, żeby nauczyły się różnych czynności gospodarczych, ale także aby nie były narażone na niewłaściwe zachowania ze strony obecnych w pałacu i folwarku mężczyzn. Nietrudno zrozumieć, że dla samych właścicieli i innych domowników mogła być uciążliwa obecność przy różnych czynnościach często zmieniających się i dopiero uczących się dziewcząt.


Rodzina Kwileckich na schodach pałacu w Dobrojewie, ok. 1901 r. Hrabina Barbara (w czarnej sukni) siedzi w drugim rzędzie od góry.


Trzeba wspomnieć też o zarzucie formułowanym wobec hrabiny Barbary Kwileckiej. Podnoszony on był już w czasach istnienia szkoły, wybrzmiał także w wydanej niedawno (2019 r.) książce Alicji Urbanik-Kopeć Instrukcja nadużycia. Służące w XIX-wiecznych polskich domach. Autorka tej pozycji pisze o działaniach Barbary Kwileckiej nieco ironicznie, wskazując, że dzięki szkole hrabina miała w gruncie rzeczy zapewnioną darmową służbę, bo płaciła swoim wychowankom tylko niewielkie kieszonkowe (30-60 marek, w zależności od umiejętności). Z punktu widzenia właścicielki sprawa wyglądała inaczej. Dziewczęta rzeczywiście od początku pobytu w Dobrojewie „służyły”, czyli wykonywały różne prace we dworze i folwarku,  uczyły się od siebie nawzajem, ale także od zatrudnionych przez hrabinę Kwilecką osób. Trudno sobie wyobrazić zresztą inne niż praktyczne uczenie się tych zawodów. W tamtym czasie istniały wprawdzie inne szkoły gospodarcze, ale poza dworami, za naukę w nich trzeba było płacić czesne, na które rodziców „elewek” zapewne nie byłoby stać. Trzeba też pamiętać, że dziewczęta miały także zapewnione lekcje ogólnokształcące i wakacje. I ostatnia sprawa: hrabina – prowadząc szkołę – utrzymywała kilkanaście dziewcząt, a do wykonania wszystkich czynności wystarczyłoby ich zaledwie kilka. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że wyzyskiwała uczennice, a w swoich czasach i w swoim środowisku spotykała się z zarzutem niegospodarności, bo szkoła „elewek” wydawała się niektórym prowadzeniem domu „ze zbytkiem” i lekkomyślnością.


Uczennice tzw. szkoły elewek w Dobrojewie, ok. 1910-1912


Barbara Kwilecka prowadziła swoją szkołę przez 20 lat. Po niej przejęła ją synowa – Jadwiga z Lubomirskich, żona Franciszka Kwileckiego (por. artykuł http://regionszamotulski.pl/franciszek-kwilecki/). Za przykładem hrabiny Kwileckiej poszły też inne ziemianki z Wielkopolski, które w swych dworach otworzyły podobne placówki do tej z Dobrojewa.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 26.09.2019

Bibliografia:

  1. Joanna Fedorowicz i Joanna Konopińska, Marianna i Róże. Życie codzienne w Wielkopolsce w latach 1890-1914 z tradycji rodzinnej, Poznań 2008.
  2. Barbara Kwilecka, Fragment z pamiętnika, Poznań 1907.
  3. Alicja Urbanik-Kopeć Instrukcja nadużycia. Służące w XIX-wiecznych polskich domach, Katowice 2019.
  4. Szkoła praktyczna dla służących w Dobrojewie (W. Ks. Poznańskie), „Przyjaciel Sług” 1901, nr 7.

Jak w czasach hrabiny Kwileckiej wykonywano niektóre czynności w gospodarstwie domowym

Na podstawie miesięcznika „Przyjaciel Sług” 1900-1902

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Od urodzenia związana z Szamotułami. Polonistka (jak mama) i regionalist(k)a (jak tata).

Dr nauk humanistycznych, redaktor i popularyzator nauki. Prezes Stowarzyszenia WOLNA GRUPA TWÓRCZA, wiceprezes Szamotulskiego Stowarzyszenia Charytatywnego POMOC.

Szkoła hrabiny Barbary Kwileckiej w Dobrojewie2025-08-31T12:33:40+02:00

Romuald Krygier, Dzieciństwo wojenne – z Szamotuł do Włoszczowy


Romuald Krygier

Dzieciństwo wojenne

Teraz jest wojna, kto handluje, ten żyje…

(część 1. wspomnień)

 Z Szamotuł do Włoszczowy

7 września 1939 r. Niemcy zajęli Szamotuły – moje rodzinne miasto. 16 września głuchy huk wstrząsnął miastem – to pomnik Powstańca Wielkopolskiego przy ul. Dworcowej został wysadzony w powietrze (więcej o pomniku w artykule http://regionszamotulski.pl/pomnik-powstania-wielkopolskiego/). Wieczorem tego dnia łuna ognia oświetliła Szamotuły – hitlerowcy podpalili żydowską bożnicę przy ul. Szerokiej. Szamotulanie nie tracili jednak nadziei nawet wtedy, kiedy 27 września wieczorem rozdzwoniły się kościelne dzwony „z niemieckiego rozkazu, na Polski zgon…”. Nastała czarna noc okupacji hitlerowskiej.

Mój Ojciec Kazimierz Krygier jako powstaniec wielkopolski był zakładnikiem hitlerowskim w październiku 1939 r. Przebywał po kilkanaście dni w więzieniach w Szamotułach i we Wronkach. 13 października na szamotulskim Rynku pluton egzekucyjny żandarmerii niemieckiej rozstrzelał pięciu mieszkańców Otorowa za rzekome „demonstracyjne podkreślanie polskości” tej podszamotulskiej wsi (zrywanie hitlerowskich flag ze swastyką, wywieszanie biało-czerwonych). Mój Ojciec jako zakładnik obecny był przy tej egzekucji. Po jej zakończeniu Ojciec wraz z innymi zakładnikami, m.in. z Janem Jęczkowskim – seniorem i Janem Galińskim, na szamotulski cmentarz parafialny przewozili na wózku zwłoki rozstrzelanych. Zakładnicy musieli wykopać groby i pochować przywiezione zwłoki.


Zdjęcie z egzekucji 5 mieszkańców Otorowa, Rynek w Szamotułach (więcej o tym wydarzeniu we wspomnieniach http://regionszamotulski.pl/wojenne-losy-kwiatkowskich-z-otorowa/)


Hitlerowcy naszą rodzinę wysiedlili 6 listopada 1939 r. (była to pierwsza akcja wysiedleń w Szamotułach). Do naszego mieszkania przyszło kilku typów z Schutzpolizei. Kierujący akcją oficer powiedział Rodzicom, że daje im do dyspozycji jedną godzinę na spakowanie niezbędnych rzeczy. Cały dobytek, jaki udało nam się spakować, został wyniesiony do sąsiadki p. Kuleszanki. Były to duże toboły – rzeczy spakowane w prześcieradła. Pamiętam, jak oficer niemiecki, zaraz po pierwszym wejściu do mieszkania, zabrał dużą kasetę Ojca, zawierającą pieniądze polskie, dolary, biżuterię i inne kosztowności. Kazał Ojcu przeliczyć złotówki i połowę z nich pozwolił sobie zabrać. Sam zabrał kasetę z pozostałą zawartością. Widziałem później, jak ją niósł na ulicy, kołysząc uchwytem. Do dziś mam w oczach naszą kuchnię, wysprzątaną dokładnie przez Ciocię Zosię, która nie wiem po co, umyła pedantycznie piec kuchenny. Czyżby liczyła się z tym, że do niej powróci niebawem?

Niemcy przedtem zabrali sklep Rodziców – „Skład towarów krótkich” [pasmanterię], z umeblowaniem i towarem (przy ul. Wronieckiej 31). Wyprowadzono nas z mieszkania na ulicę, przed dom przy Kościelnej 1 i kazano iść sobie w siną dal. Poszliśmy do domu Genowefy Błaszykowej (była Niemką, przed wojną wyszła za mąż za Polaka), która mieszkała blisko naszego domu, przy ul. Józefa Piłsudskiego 30 (dawniej i obecnie Wroniecka). U Błaszykowej dzierżawiliśmy mieszkanie do 1935 r. Jako stara nasza znajoma przygarnęła nas, dając nam w swoim mieszkaniu do dyspozycji jeden duży pokój. Tam początkowo mieszkaliśmy w piątkę, potem w czwórkę (Ciocia Zosia — siostra Ojca, ja i dwaj bracia: Jurek i Andrzej) do jesieni 1940 r.


Jurek i Romek Krygierowie, ok. 1937 r.


Matka, kiedy Ojciec przestał być zakładnikiem, po wysiedleniu, wyjechała z Nim w końcu listopada 1939 r. do Warszawy. Tam Rodzice zamieszkali wraz z kilkoma rodzinami z Szamotuł w jednym dużym mieszkaniu. W Warszawie żyli z pokątnego handlu. Od czasu do czasu przysyłali nam trochę żywności przez poznanego niemieckiego kolejarza, życzliwego Polakom. Z wiadomościami od Rodziców, z prowiantem i pieniędzmi przyjeżdżała do nas także z Warszawy znajoma Rodziców z Szamotuł – Halina Skoracka. Miała wtedy fałszywe dokumenty, zmienione nazwisko i imię (jakie, nie pamiętam). Była świetnie ucharakteryzowana, nie można było jej w ogóle poznać. Przypominam sobie, że wówczas nosiła czarne okulary, a oczy jej przesłaniała czarna woalka. Jedynie głos był znajomy.

Nieco później za chlebem Rodzice pojechali do Jędrzejowa. Tam spotkali Leonarda Bogajewicza – przemysłowca z Pniew, który był Freuhanderem (komisarzem, powiernikiem, nadzorcą), z upoważnienia władzy niemieckiej, sklepów pożydowskich na okręg jędrzejowski. L. Bogajewicz skierował Rodziców do Włoszczowy. Ojciec początkowo pracował w sklepie galanteryjnym, położonym blisko naszego mieszkania przy Rynku 9. Ekspedientką była Elżbieta Friske, córka wysiedlonych z Szamocina. Przed wojną właścicielem tego sklepu był Żyd – Icek Lajchter. Po jakimś czasie Ojca przeniesiono do sklepu takiej samej branży, także przy Rynku, na narożniku koło kościoła. Właścicielem tego sklepu był kiedyś Żyd – Aron Lajchter, chyba brat Icka lub kuzyn.

Rodzice po otrzymaniu mieszkania pożydowskiego i wyposażeniu go w prymitywne meble całą naszą czwórkę ściągnęli do Włoszczowy w październiku 1940 r.

Czesława Krygier (1904-1972) z domu Górecka w młodości

Kazimierz Krygier (1896-1963) w młodości

Czesława Krygier w czasie okupacji

Kazimierz Krygier w czasie okupacji

Romek i Jurek Krygierowie, w wózku najmłodszy brat Andrzej, 1938 r.

Zdjęcia z Włoszczowy w czasach okupacji (Fotopolska)

Pożydowskie mieszkanie i getto

Miasto zrobiło na mnie niezbyt korzystne wrażenie: było szare i brudne. Ponad połowę mieszkańców stanowili Żydzi. Mieszkaliśmy, jak już wspomniałem, w mieszkaniu pożydowskim. Przy każdych drzwiach znajdowała się mezuza, czyli zwój pergaminu z napisaną odręcznie modlitwą – dwoma fragmentami z Biblii. Zwoje te były umieszczone jakby w futerałach przybitych skośnie do futryn. Dowiedziałem się, że pobożni Żydzi, przechodząc przez drzwi, dotykali mezuzę palcami, które następnie przykładali do ust. Czynili tak zwłaszcza przy wychodzeniu z domu. Mezuzę uważało się wówczas powszechnie za rodzaj talizmanu, strzegącego domu przed złem. Często wyjmowałem te pergaminy i z nudów bawiłem się nimi. Robiłem z nich łódeczki, kwiatki, ptaszki i samolociki. Ciocia, będąca osobą bardzo przesądną, zabraniała mi tych zabaw, ostrzegała przed nieszczęściem. Nic to nie pomagało.

Niekiedy jadłem żydowską macę. Jest to przaśny chleb, spożywany w czasie świąt Paschy. W czasie okupacji hitlerowskiej włoszczowscy Żydzi (nie wiem, czy wszyscy) jedli mace cały rok. Kształtem przypominały duże naleśniki, tylko były dość twarde. Łamało się je jak wafle. Smakiem przypominały suchary wojskowe. Dostawałem je od kolegów żydowskich. Niektórzy znajomi rodziców odradzali mi ich jedzenia, ponieważ powtarzali dość obiegową opinię, że do pieczenia mac Żydzi używali krwi niemowląt.


Okolice kościoła we Włoszczowie, czas po zajęciu miasta przez Niemców (1939 r.)


Żydzi bronili się przed rekwirowaniem mąki przez hitlerowców w ten sposób, że mieszali ją z wodą i z powstałej papki robili kuleczki, które na blaszkach od placka wysuszali w gorących piekarnikach. Przed użyciem kulek, które przechowywano w torebkach lub słojach, rozkruszano je i używano jak mąkę. Niemcy tego podejrzanego artykułu spożywczego nie konfiskowali.

We Włoszczowie na początku lipca 1940 r. utworzono żydowskie getto, które zlikwidowano we wrześniu 1942 r. Jego mieszkańcy pracowali w pobliskich kamieniołomach i przy melioracji łąk. Hitlerowcy podczas likwidacji getta rozstrzelali ponad 100 osób, pozostałych jego mieszkańców wywieziono do niemieckiego ośrodka masowej zagłady w Treblince.


Mieszkańcy Włoszczowy na początku okupacji


W getcie miałem kolegów. Przedostawałem się do nich poprzez ruchome deski w szczelnym płocie. Nie bawiłem się z nimi inaczej jak w sklep, handel. Często też z nimi naprawdę handlowałem. Był to głównie handel wymienny. Wymieniałem z nimi stare monety, ładne guziki, znaczki pocztowe, widokówki, jakieś obrazki, różne małe pudełka. W getcie obserwowałem Żydów modlących się, chodzących w chałatach i myckach. Niekiedy Ojciec późnym wieczorem wysyłał mnie do getta. Przynosiłem stamtąd różne towary, przede wszystkim męskie kapelusze, które Ojciec sprzedawał spod lady w pożydowskim sklepie galanteryjnym, w którym pracował. Pewnego razu, po wyjściu z getta przez dziurę w płocie, natknąłem się na patrol żandarmerii. Jeden z żandarmów pomacał niesiony przeze mnie worek z kapeluszami i stwierdził (tyle zrozumiałem), że to jest szaber. Obaj roześmiali się głośno. Kontrolujący żandarm machnął jednak ręką i puścił mnie wolno (uciekałem z duszą na ramieniu; byłem wówczas małym i chudym dziewięciolatkiem!). Przypominam sobie, że Żydzi w getcie mieli do czynienia z własną policją żydowską – z pałkami, z polską policją granatową – z karabinami, niemiecką żandarmerią – z pistoletami automatycznymi. Porządku jakiś czas pilnowali także żołnierze ukraińscy, tzw. własowcy.

Handel

Od kolegi Kazia nauczyłem się gotować pastę do butów, którą sprzedawałem chłopom stojącym z furmankami na Rynku. Pastę gotowałem z następujących składników: resztek „prawdziwej” czarnej pasty, sadzy ze spalonego papieru, wosku ze świec, mleka i wody. Po ugotowaniu, rozlaniu i zastygnięciu pasta prezentowała się wspaniale. Później jednak okazywało się, że woda oddzielała się pod spodem, na wierzchu był czarny wosk. Przy naciśnięciu górnej warstwy bokami wypływała woda. Po kilku awanturach, jakie urządzili mi kupujący chłopi, zaprzestałem „produkcji” pasty do butów. Chłopom na Rynku sprzedawałem także światełka odblaskowe do wozów. Byłem wtedy ich włoszczowskim monopolistą. W jednym sklepie z tzw. artykułami żelaznymi wykupywałem całą dostawę światełek, o czym dowiadywałem się od znajomych Rodziców, którzy prowadzili ten sklep (Jan Jęczkowski i Franciszek Sobiak). Światełka te kupowałem po złotówce, a sprzedawałem po cztery lub pięć złotych.

Latem ze starszym bratem Jurkiem zbieraliśmy i suszyliśmy zioła, np. babkę szeroko- i wąskolistną, bylicę piołun, dziurawiec zwyczajny, krwawnik pospolity, kwiat lipy, liście mięty, podbiał pospolity, pokrzywę zwyczajną. Sprzedawaliśmy je w punkcie skupu, w którym nas instruowano, jakie zioła zbierać, gdzie najczęściej rosną, jak je suszyć. Dostawaliśmy również ulotki z rysunkami i objaśnieniami ziół. Sprzedaż suszonych ziół była bardzo opłacalna.

W okresie jesiennym handlowałem jabłkami, które skupowałem od okolicznych sadowników. Jako handlarz jabłek byłem domokrążcą. Sprzedawałem je głównie rodzinom wysiedlonym z Wielkopolski. Najpierw zbierałem zamówienia na jabłka, potem dostarczałem je bezpośrednio od sadowników. Od Kazia kupiłem prymitywną szlifierkę, na której ostrzyłem noże i nożyczki, nie tylko dla swego domu i nie tylko za darmo. Opuszczając Włoszczowę w 1945 r., rozstałem się z wielkim żalem z moją ukochaną szlifierką. Ojciec po prostu wystawił ją na podwórze i ktoś sobie ją zabrał. W wolnych od nauki, zabawy i handlowania chwilach zajmowałem się m.in. zelowaniem butów. Kupowałem w specjalnych torebkach skrawki skóry podeszwowej i flekowałem nimi buty wszystkich domowników.


Rodzina Krygierów w mieszkaniu we Włoszczowie: Zofia Krygier (siostra Kazimierza), Kazimierz i Czesława Krygierowie, z tyłu synowie: Jurek, Andrzej i Romek. Boże Narodzenie 1942 lub 43


Lubiłem kupować tzw. odciągane (chude) mleko. Szedłem po nie dość wcześnie, ponieważ sprzedaż mleka była ograniczona. Wtedy utrwalił się taki zwyczaj, że nie ludzie stawali w kolejce, tworzyły ją natomiast ustawione kanki, dzbanki, garnki i wiaderka. Często wybuchały awantury, ponieważ nieuczciwi ludzie, którzy przychodzili później, przestawiali naczynia do mleka, wciskając swoje do kolejki, bliżej wydającego mleko okienka. Zanim przywieziono mleko, bawiłem się z chłopakami w grę z monetami uderzanymi o ścianę. Jeśli moja moneta znalazła się w zasięgu monety przeciwnika i mogłem ją dotknąć rozwartymi palcami swojej dłoni, moneta taka stawała się moją własnością. Często także grałem w Piotrusia i kartami w oczko na pieniądze. Udawało mi się czasami wygrywać spore kwoty. Pod koniec 1944 r. w mleczarni został zatrudniony syn znajomych. Wówczas zmieniłem trasę chodzenia po mleko. W mleczarni synowi znajomych pomagałem niekiedy kręcić korbą centryfugi i odciągać od mleka śmietanę.

Chodzić po mleko i handlować czym się dało, mogłem tylko dlatego, że do szkoły uczęszczałem na ogół w godzinach południowo-popołudniowych. W okresie jesiennym zaopatrywałem rodzinę w ziemniaki. Po wykopkach chodziłem po polach i zbierałem pozostałe tam ziemniaki. Z kolegami czasami w polu rozpalaliśmy ogniska, w których piekliśmy ziemniaki. Pieczone kartofle bardzo lubiłem, szczególnie te ich części spieczone – pod łupiną. W mieście polowałem także na wozy wiozące „pyrki”. Z przepełnionych wozów niekiedy spadały ich większe ilości, a ja je skrzętnie zbierałem. Rodzice hodowali przeważnie od 30 do 40 królików, których mięso stanowiło dla nas podstawę wyżywienia. Ze starszym bratem byłem zobowiązany dostarczać paszę dla „królasów”. Trawę rwaliśmy na łąkach poza miastem. Po siano z workami chodziliśmy na Podzamcze, do dużego folwarku, którym kierował znajomy Rodziców – Franciszek Winiarski.

Romek i Jurek Krygierowie, ok. 1940 r.

Romek Krygier z kolegą, 1943 lub 1944 r.

Rynek i kościół we Włoszczowie w czasie wojny, zdjęcie z albumu Krygierów

Czesława i Kazimierz Krygierowie przed domem we Włoszczowie, 1943 r.

Czesława Krygier z Andrzejem


Spacer po Włoszczowie – 2000 r.

Romuald Krygier z żoną Ewą przed kościołem we Włoszczowie

Na Rynku – na tyłach tego domu Krygierowie mieszkali w czasie okupacji

Przed wejściem do mieszkania z jego obecnym lokatorem

Na tę łąkę w 1944 r. spadła bomba

Jedna z pierzei rynku we Włoszczowie

Partyzanci, hitlerowcy i niebezpieczna ciekawość

W latach 1943-1944 nasiliły się nocne wyprawy partyzantów do miasta. Włoszczowa leżała w centrum lasów, każda droga wychodząca z miasta przechodziła – po kilku kilometrach – przez lasy, w których roiło się od partyzantów różnych orientacji. Partyzanci rozbijali głównie sklepy spożywcze, choć także z artykułami bławatniczymi [tkaninami], galanteryjnymi i pasmanteryjnymi. W czasie ich nocnego pobytu w mieście „była Polska”.

Pewnego razu, zimą, nocną porą partyzanci przystawili drabinę do balkonu mieszkania burmistrza Leona von Rybińskiego przy Rynku. Wyciągnęli go z mieszkania, rozebrali do naga, położyli na porzucony na środku Rynku nagrobek z cmentarza żydowskiego i na nim sprawili mu ciężkie lanie. Pobity Rybiński musiał śpiewać: „Jeszcze Polska nie zginęła”. Wkrótce po tym wydarzeniu burmistrz opuścił Włoszczowę. Wsławił się w mieście m.in. tym, że chodniki Rynku – zamiast płytkami – kazał wyłożyć nagrobkami z cmentarza żydowskiego.

W nocy z 18 na 19 lipca 1943 r. Włoszczowa została całkowicie opanowana przez oddziały Armii Krajowej. 18 marca i 25 lipca 1944 r. odbyły się tu akcje oddziału AK „Marcina”. 6 czerwca i 27 listopada 1944 r. we Włoszczowie swe zasadzki zorganizował oddział Armii Ludowej „Garbatego”. Za różne akcje partyzantów często konsekwencje ponosiła miejscowa ludność. Niektórzy mieszkańcy dostawali się do istniejącego tu aresztu żandarmerii, który utworzono już pod koniec września 1939 r. Z tego aresztu więźniów wywożono głównie do obozów koncentracyjnych. Po przeprowadzonych śledztwach ponad 250 osób zostało rozstrzelanych. 31 października 1943 r. na cmentarzu żydowskim we Włoszczowie zamordowano około 100 kobiet i mężczyzn. Dzień ten nazwano „krwawą niedzielą”. Szczególnie pamiętam ich duży pogrzeb. Wśród rozstrzelanych Polaków był syn znajomych Rodziców – 20-letni Czesław Friske, brat Elżbiety. Ciała chowano w surowych drewnianych trumnach. Był to dzień żałoby i płaczu.


Romek Krygier (z prawej) z kolegami we Włoszczowie


Hitlerowcy stosowali również inne represje, np. w czasie rewizji mieszkań zabierali wszystko, co im się podobało. Strzelaniny zdarzały się także w ciągu dnia, kiedy Niemcy stwierdzili obecność partyzantów w mieście. Pewnego razu przyglądałem się takiej strzelaninie, stojąc na progu naszego domu. Hitlerowcy i partyzanci ostrzeliwali się wzajemnie, kryjąc się za narożnikowe domy Rynku. Pociski z pistoletów świstały mi koło uszu. Łatwo wtedy mogłem zginąć. Ojciec, zorientowawszy się, że nie ma mnie w mieszkaniu, korytarzem frontowego domu podszedł do progu, skąd wciągnął mnie siłą do domu. Dostałem wówczas po portkach potworne lanie. Ojciec krzyczał, że mnie zabije, jeśli przedtem nie zginę od przypadkowej kuli. Niezdrowa moja ciekawość, nie tylko w tym wypadku, doprowadzała mojego Ojca do szału, do białej gorączki.

Kiedyś biegałem po Rynku w czasie, kiedy niemieccy żołnierze zgarniali ludzi do jakichś robót lub do wywózki – może do obozów koncentracyjnych? Do mnie dobiegło dwóch szkopów i jeden z nich chwycił mnie mocno za prawą rękę, aby mnie gdzieś odprowadzić. Zacząłem potwornie krzyczeć i beczeć jak baran odzierany ze skóry. Próbowałem wyrwać się szwabowi, ale ten nie puszczał. Zrozpaczony, pełen strachu, ugryzłem Niemca w rękę powyżej dłoni. W ten sposób uwolniłem się i zacząłem uciekać. Szkop dobiegł do mnie i swym ciężkim żołnierskim buciorem kopnął mnie w kość ogonową (do dziś w czasie zmieniającej się pogody czuję ból w tej okolicy!). Po chwili usłyszałem repetowanie karabinu. Strach spowodował, że uciekałem bardzo szybko. Jako dziecko czasu wojny już wiedziałem, że należy „wiać wężykiem”. Nie biegłem w kierunku domu, tylko boczną uliczką do uliczki przebiegającej z tyłu za naszym domem. Ojciec znowu był zmuszony spuścić mi tęgie lanie.

W lecie 1944 r. hitlerowcy, spodziewając się przesunięcia frontu na zachód, szykowali się do obrony. W okolicy Włoszczowy nakazali Polakom kopać rowy strzeleckie i przeciwczołgowe. W niedzielne ranki ogłaszali zbiórki ludzi do kopania rowów poprzez bicie w małe dzwony, znajdujące się na narożnikach Rynku. Kilka razy pojechałem z Matką, podstawioną na Rynku ciężarówką, kopać rowy przeciwczołgowe, ponieważ w tym czasie Ojciec ciężko chorował. Za kilkugodzinną pracę Niemcy płacili wszystkim „okopowiczom” ohydnymi papierosami, po 10 sztuk na twarz.


Rodzina Krygierów w dniu 1. komunii Romka (1943 r.): Jurek, Czesława, Kazimierz i Zofia, z przodu Andrzej i Romek


Ojciec pracował we Włoszczowie w pożydowskich sklepach galanteryjnych (pisałem o tym już wcześniej). Niemcy do sklepów pożydowskich angażowali wysiedlonych Polaków z Wielkopolski, ponieważ ci znali język niemiecki. W drugim z kolei sklepie Ojciec pracował wspólnie z mieszkańcem Szamotuł, kupcem Kazimierzem Starczewskim, przedwojennym właścicielem sklepu odzieżowego i bławatów na narożniku ul. Kościelnej i ul. Wronieckiej. Część towarów sprzedawano Polakom na specjalne bony – znaczki. Wieczorami, przy karbidówce, cała nasza rodzina siadała do ich naklejania na duże arkusze papieru. Ojciec z tymi bonami dokonywał jakichś manipulacji, nie wiem tylko, na czym one polegały. Czasami bony już naklejone odklejaliśmy (klej był podły!) i przenosiliśmy na inne arkusze.

Zdarzało się, że – szczególnie w 1944 r. – do sklepu przychodzili wyżsi oficerowie niemieccy i domagali się sprzedaży guzików wojskowych z polskimi orzełkami (zapasy przedwojenne). Ojciec za każdym razem twierdził, że takich guzików w sklepie nie ma. Wówczas ci informowali, że wiedzą o pewnych zapasach takich guzików w sklepie. W czasie nieobecności innych klientów oficerowie rozpinali swe niemieckie mundury i pokazywali, że pod spodem mieli polskie mundury wojskowe. Byli to ludzie z lasu. Sprzedaż guzików następowała wówczas od razu. Ojciec czasami myślał, czy nie były to prowokacje niemieckie. Ojciec ze swoim współpracownikiem, po wyczerpaniu zapasu tych guzików, upozorował włamanie do sklepu. Bał się konsekwencji ze strony Niemców. Po „włamaniu” mógł tłumaczyć się, że polskie guziki wojskowe zginęły w czasie rabunku. Sprawa jakoś rozeszła się po kościach.


Czesława i Kazimierz Krygierowie w czasie niedzielnego spaceru za miasto, ok. 1942 r.


Od 1944 r. nasiliła się propaganda hitlerowska, eksponująca liczne zwycięstwa niemieckie na wszystkich frontach. Pamiętam kolorowe afisze (plakaty), na których widniały wielkie liczby zdobytej na żołnierzach radzieckich broni i amunicji. Wyczuwało się już wówczas dużą nerwowość wśród fryców. Zorganizowali oni blisko naszego domu małą szkółkę podoficerską. Po pewnym czasie Niemcy chcieli do niej werbować młodych Polaków. Dlatego w oknie wystawowym blisko położonego sklepu umieścili wielką planszę z orłem polskim na … czarnym tle. Nie wiem, czy ta zachęta wpłynęła na werbunek Polaków do Wehrmachtu.

W lecie 1944 r. na podwłoszczowską łąkę przypadkowo spadła bomba, która jednak nie wybuchła, tylko zaryła się w ziemię. W leju bomby powstała mała górka. Tłum ciekawskich zbiegł się oglądać to „cudo”. Naturalnie, nie mogło tu zabraknąć również mnie. W pewnym momencie skoczyłem na bombę i zacząłem po niej skakać. Ludzie w popłochu odskoczyli od tego miejsca, bali się eksplozji bomby. Pod moim adresem poleciały brzydkie i niewybredne słowa. Z tłumu wyskoczył jakiś mężczyzna i ściągnął mnie z tej niebezpiecznej górki. Odbyło się publiczne bicie. Kilku ludzi lało mnie bez opamiętania. Zaprowadzono mnie do domu i tu odbyła się dodatkowa „lana” egzekucja.

We Włoszczowie mieszkało kilkoro kolaborantów tzw. Volksdeutschów. Z Chodzieży przywędrowała tu rodzina Krügerów, która niezbyt dobrze zapisała się w pamięci mieszkańców Włoszczowy. Zbieżność w brzmieniu naszych nazwisk powodowała, że Niemcy często nas ze sobą mylili. Rodzice z trudem musieli tłumaczyć odrębność naszych nazwisk, ich pisownię, określać nasze pochodzenie i miejscowość, skąd tu przybyliśmy. Odwiedzali nas też ludzie z lasu. Także im trzeba było tłumaczyć tę pomyłkę. Po oswobodzeniu Włoszczowy Ojciec w tej sprawie był kilkakrotnie wzywany do ludzi „Garbatego”, do nowych władz polskich. Z tego wynika, że trudny i tak żywot okupacyjny oraz zaraz powojenny komplikowało nasze nazwisko. Wśród dzieci krążyła wtedy parafraza znanego wiersza – katechizmu dla dzieci Władysława Bełzy:

Kto ty jesteś? Volksdeutsch cwany.
Jaki znak twój? Krzyż złamany.
Kto cię zrodził? Zawierucha.
Co cię czeka? Gałąź sucha.

Spisane w 1999 r.

Szamotuły, 10.09.2019

Romuald Krygier (1933-2009)

Dr etnografii, autor wielu publikacji o tematyce regionalnej, bibliotekarz

Współtwórca i wieloletni prezes Towarzystwa Kultury Ziemi Szamotulskiej

Romuald Krygier, Dzieciństwo wojenne – z Szamotuł do Włoszczowy2025-08-18T23:24:51+02:00

Strona główna – wrzesień 2019


Adolf Roepke – fotograf szamotulan w czasach zaborów

Fotografie z napisem u dołu „Atelier A. Roepke” i adresem z pewnością można znaleźć w wielu albumach ze zdjęciami szamotulan z początku XX wieku. Bo też zakład fotograficzny Adolfa Roepkego był przez ponad ćwierć wieku prawdopodobnie jedynym miejscem, w którym mieszkańcy Szamotuł i okolic mogli się sfotografować.


Zdjęcia innych szamotulskich fotografów (1885-1895). Muzeum Fotografii w Krakowie


Adolf Roepke nie był pierwszym fotografem, który miał swój zakład w Szamotułach. W zbiorach krakowskiego Muzeum Fotografii odnalazłam kilka zdjęć dwóch autorów, przy nazwisku których widnieje miejsce: Samter (Szamotuły). Są to P. Gull i Emil Müller. Zdjęcia datowane są orientacyjnie na ostatnią dekadę XIX w., brak też dokładnego adresu zakładu. Istnieje prawdopodobieństwo, że któryś z tych zakładów (a być może był to jeden zakład, który przechodził z rąk do rąk) przejął właśnie Adolf Roepke, który zamieszkał w Szamotułach ok. 1895 roku.


Alwina Roepke w młodości (ok. 1885 r.) i rewers fotografii z zakładu Adolfa Roepkego


Historii Adolfa Roepkego i jego rodziny nie poznałabym, gdyby nie odezwała się do mnie jego prawnuczka – Angela Felińska z Poznania.

Adolf Roepke przeniósł się do Szamotuł z Friedebergu, czyli dzisiejszych Strzelec Krajeńskich. Na zdjęciach powstałych w latach 1895-1900 widnieją dwa adresy: Friedeberg, Richtstrasse 88 (dziś Strzelce Krajeńskie, ul. Bolesława Chrobrego)  i Samter, Bahnhofstrasse 39 (Szamotuły, ul. Dworcowa). Wynika z tego, że przez pierwsze lata pobytu w Szamotułach Adolf Roepke utrzymywał dwa zakłady: nowy w Szamotułach i dawny w Strzelcach Krajeńskich. Na zdjęciach powstałych ok. 1902 roku jest już tylko jeden napis: Samter i nowa lokalizacja zakładu: Neustadt 111 (Nowe Miasto, czyli dzisiejszy pl. Sienkiewicza). Na początku XX w. Adolf Roepke działał także we Wronkach – na zdjęciach znów pojawia się podwójna lokalizacja firmy. Najdłużej – od ok. 1905 r. – zakład mieścił się przy Töpferstrasse 6 (dziś Garncarska 13). W tym miejscu zamieszkała też rodzina fotografa.


Anneliese Roepke, ok. 1899 r. i z braćmi Albertem i Erichem, ok. 1901 r.


Adolf był z pochodzenia Niemcem i ewangelikiem. Ożenił się jednak – jak to wówczas często bywało – z Polką i katoliczką – Alwiną z domu Fautler. Alwina (1863-1958) urodziła się w Birnbaum, czyli w Międzychodzie. Młodzi pobrali się w 1884 r. w okolicach Frankfurtu. Na zdjęciach widać, że Alwina była bardzo piękną kobietą. Małżeństwo doczekało się trojga dzieci: dwóch synów i córki. Najstarszy był Albert, potem Anneliese (później nazywana Anelizą i Anną, 1898-1974) i Erich (1900-1986). Dwójka młodszych urodziła się już w Szamotułach.

Wszystkie dzieci kształciły się w miejscowej szkole, tak jak ojciec zostały ewangelikami. W zachowanym pamiętniku Anelizy z wpisami kolegów z lat 1909-12 znaleźć można nazwiska dzieci wielu znanych w tamtym czasie szamotulan, są Niemcy, Polacy i Żydzi. Aneliza opowiadała wnuczce, że chodziła do szkoły razem z dziećmi różnych wyznań, a pastor, ksiądz katolicki i rabin przychodzili i na lekcje religii zabierali uczniów – każdy swoją grupkę. Albert i Erich po ukończeniu szkoły wyjechali dalej się kształcić w głębi Niemiec, obaj zostali inżynierami i nie powrócili już do Szamotuł.


Zwykle najmniej zdjęć ma sam fotograf. Prawdopodobnie jedyne zachowane zdjęcie Adolfa Roepkego. Razem z nim na fotografii są żona Alwina i dzieci. Ok. 1903-1904.


W domu Angeli Felińskiej znajduje się także puchar – nagroda zdobyta przez pradziadka Adolfa w zorganizowanych w Szamotułach zawodach strzeleckich. Przez długie lata przechowywana była moneta, prawdopodobnie denar z czasów Władysława IV. W czasie kopania kanalizacji w Szamotułach znaleziono garnek z tymi monetami i mieszkańcy mogli je kupić. Niestety, jakiś czas temu denar poszedł na oględziny do rzeczoznawcy i już nie wrócił do właścicieli.

W latach 1. wojny światowej Adolfowi Roepkemu przydzielono zadania związane z łącznością, zajmował się gołębiami, które wykorzystywane były przez armię niemiecką do przenoszenia wiadomości, a nawet przymocowywano do nich miniaparaty fotograficzne. W tej pracy pomagała mu córka Aneliza. Zmarł krótko przed zakończeniem wojny – 12 lipca 1918 r. Pochowany został prawdopodobnie na cmentarzu ewangelickim w Szamotułach przy pl. Kościelnym (Sienkiewicza), zlikwidowanym po 2. wojnie światowej. Alwina Roepke przez 3 lata prowadziła jeszcze zakład fotograficzny po mężu.


Anneliese Roepke, ok. 1920 r.


Informacje o kolejnych właścicielach można znaleźć w prasie. „Dziennik Powiatu Szamotulskiego” z 14 lipca 1921 roku zamieścił ogłoszenie, w języku polskim i niemieckim, o przejęciu zakładu przez Nowackiego i Porawskiego, nazywających siebie „długoletnimi fachowcami”, którzy będą się starali „ku ogólnemu zadowoleniu wszelkie prace wykonać” i proszą, aby „zaufanie byłej firmy na nich przenieść”. Trudno powiedzieć, czy jakość pracy była gorsza, czy zaufanie mniejsze niż wobec poprzednika, pewne jest natomiast, że już po roku zakład objął kolejny właściciel, a właściwie właścicielka – Zofia Brzezińska z domu Matuszewska – żona szamotulskiego witrażysty Michała Brzezińskiego, którego prace – wystawione w 1929 r. na Powszechnej Wystawie Krajowej – chwalił sam prezydent Ignacy Mościcki. Brzezińscy w budynku na Garncarskiej prowadzili oba zakłady: fotograficzny i witrażowniczy, a na początku lat 30. przenieśli je do nowego budynku przy Kościelnej 11 (dziś 13). Zdjęcia wykonywane w Szamotułach w okresie międzywojennym mają zwykle właśnie charakterystyczny odcisk „Foto Z. Brzezińska Szamotuły”.


Dom przy ul. Garncarskiej w Szamotułach – miejsce zamieszkania rodziny Roepków i zakład fotograficzny Adolfa


Czytaj dalej

Szamotuły 06.09.2019



Nagrobek podskarbiego koronnego Jakuba Rokossowskiego z bazyliki w Szamotułach, czyli cenne dzieło włoskiego mistrza doby renesansu

Przy filarze otwierającym prezbiterium bazyliki kolegiackiej w Szamotułach znajduje się nagrobek podskarbiego koronnego Jakuba Rokossowskiego, wykonany przez Włocha Hieronima Canavesiego. Jest to jeden z ważniejszych zabytków tego kościoła, pod względem wartości artystycznych wymieniany zaraz po rzeźbie Chrystusa ukrzyżowanego z belki tęczowej i spiżowej płycie Andrzeja Szamotulskiego.


Nagrobek rodziny Górków. Fotopolska, zdjęcie z 2014 r.


Twórca

Hieronim Canavesi (ok. 1525-82) najprawdopodobniej pochodził z Mediolanu i do Polski przybył około 1552 roku. Przez dłuższy czas współpracował w Krakowie z innym włoskim rzeźbiarzem – Janem Marią Mosca, zwanym ze względu na swoje pochodzenie z Padwy: Padovano (1493-1574). W 1562 roku po raz pierwszy Canavanesi został nazwany nadwornym artystą króla Zygmunta Augusta. W 1572 uzyskał obywatelstwo Krakowa, a rok później został starszym cechu murarzy i kamieniarzy.  

Uważa się, że dzieła obu twórców: Padovana i Canavesiego wywarły wielki wpływ na polską rzeźbę końca XVI i 1. połowy XVII w. Trzeba jednak dodać, że twórczość Padovana, którą cechuje finezja i miękkość linii rzeźbionych postaci, oceniana jest wyżej od prac Canavesiego.


Nagrobek bpa Adama Konarskiego. Zdjęcie ze zbiorów AMP


Dzieła

Canavesi wykonywał głównie rzeźby nagrobkowe. Zachowały się tylko dwa podpisane przez niego nagrobki [„Opus Hieronimi Canavesi (…)”], oba znajdują się w katedrze poznańskiej. W kaplicy Najświętszego Sakramentu (inaczej: kaplicy Świętego Krzyża lub Górków) umieszczono monumentalny nagrobek rodziny Górków, powstały w 1574 roku. Ufundowany przez Andrzeja II Górkę nagrobek stanowi interesujące połączenie różnego typu rzeźb nagrobkowej. W niszach znajdujących się w środkowej części umieszczone zostały rzeźby postaci rodziców Andrzeja II: Andrzeja I Górki (1500-1551) i Barbary z Kurozwęckich (1500-1545). Są to wyobrażenia zmarłych w pozycji leżącej. Po bokach znajdują się figury stojące, które przedstawiają zmarłych biskupów z tej rodziny: Uriela (biskupa poznańskiego, ok. 1435-1498) i Łukasza II (biskupa włocławskiego, 1482-1542). Na cokole umieszczono płaskorzeźbę ukazującą klęczące postacie żyjących sześciorga dzieci Andrzeja I i Barbary Górków. Całość wieńczy figura Chrystusa Zmartwychwstałego, pod nią oraz na dole po bokach umieszczone zostały kartusze z herbami. Postacie wyrzeźbione są z czerwonego marmuru, a obudowę wykonano z białego wapienia (w innych nagrobkach z piaskowca). Drugie dzieło dłuta Canavesiego, umieszczone w kaplicy Świętej Trójcy, to powstały w latach 1575-76 nagrobek biskupa Adama Konarskiego (1526-74), ufundowany przez kapitułę poznańską.


Płaskorzeźba z nagrobka rodziny Górków. Klęczący synowie Andrzeja I nie zostali pochowani w katedrze ze względu na wyznanie. Zdjęcie z 1998 r.


Warto dodać, że osoby z nagrobka Górków były ściśle związane z Szamotułami. Matką biskupa Uriela Górki była Katarzyna, córka Dobrogosta Świdwy Szamotulskiego. Jego bratanek Łukasz II został właścicielem części Szamotuł, gdyż ożenił się z jedyną córką Andrzeja Świdwy Szamotulskiego (swoją dalszą kuzynką). W dojrzałym wieku złożył wszystkie urzędy, przyjął święcenia i został biskupem. Pochowany w katedrze Andrzej I był synem późniejszego biskupa i kolejnym właścicielem części Szamotuł. Synowie Andrzeja I nie spoczęli już w rodzinnym grobowcu. Pochówek w katedrze najwcześniej zmarłego z nich Łukasza III (męża Halszki) zablokował biskup Adam Konarski, uwieczniony później na 2. nagrobku Canavesiego. Było to związane z faktem, że wszyscy trzej bracia z ostatniego pokolenia Górków (zmarli bezpotomnie) byli luteranami.


Nagrobek Jakuba Rokossowskiego, bazylika kolegiacka w Szamotułach. Zdjęcie Ireneusz Walerjańczyk


Inne dzieła Canavesiego albo się nie zachowały, albo nie były sygnowane. Do tej grupy nagrobków uznawanych za dzieła włoskiego rzeźbiarza zaliczany jest nagrobek Jakuba Rokossowskiego z bazyliki kolegiackiej w Szamotułach. Podobnie jak inne prace Canavesiego wykonany jest z piaskowca i czerwonego marmuru. W części środkowej znajduje się postać rycerza w zbroi, w pozycji półleżącej, z mieczem, buławą i stojącym w nogach hełmem. Na umieszczonej poniżej tablicy w języku łacińskim wymieniono zasługi zmarłego. Na górze usytuowany jest kartusz z herbami: Glaubicz, Łodzia, Leliwa i Świnka. Herb Glaubicz należał do ojca Jakuba – Macieja, Łodzia – do matki Anny z Rąbińskich, Leliwa – babki ze strony ojca – Anny Ostrowieckiej, Świnka – babki ze strony matki – Anny Czackiej. Nagrobek okalają gzymsy i pilastry, czyli płaskie filary. W 2000 r. nagrobek przeszedł renowację.


CZYTAJ DALEJ
Strona główna – wrzesień 20192025-01-02T11:49:12+01:00

Aktualności – wrzesień 2019

80-lecie wydarzeń z września 1939 r.

16 (według innych źródeł: 17) września 1939 r. Niemcy zniszczyli dwa ważne szamotulskie obiekty: wysadzono pomnik Powstańca przy ul. Dworcowej, a wieczorem podpalono synagogę przy ul. Braci Czeskich (wówczas to była Szeroka, a jeszcze wcześniej Żydowska). Wojska hitlerowskie wkroczyły do Szamotuł 7.09, dzień wcześniej zajęły Pniewy, a dwa dni wcześniej Wronki. Pomnik Powstańca – dzieło znanego rzeźbiarza Marcina Rożka (1885-1944) odsłonięto w 1929 r., a spalona, a potem rozebrana synagoga powstała w 1853 r. na miejscu wcześniejszej, zniszczonej w wyniku pożaru w 1851 r. (spłonęło wówczas aż 36 zwojów Tory). Pierwsza wzmianka o synagodze pojawiła się w dokumentach z XVI w. – prawdopodobnie był to jeszcze inny budynek (pożary w Szamotułach były częste, a w ich wyniku przestawały istnieć całe ulice).

Pomnik Powstańca stał w tym samym miejscu, gdzie na początku XX w. władze pruskie umieściły pomnik Wojaków, który po odzyskaniu przez Polskę niepodległości przeniesiono na nieistniejący dziś cmentarz ewangelicki (w pobliżu pl. Sienkiewicza). W 1978 r., w 60. rocznicę powstania wielkopolskiego, przy ul. Dworcowej został umieszczony pomnik w formie głazu (historię pomników wraz z ich zdjęciami można znaleźć w artykule http://regionszamotulski.pl/pomnik-powstania-wielkopolskiego/).

Zdjęcie pomnika Powstańca przesłał Tadeusz Dragoński, a na naszą prośbę pokolorowała je cyfrowo Anna Marjańska. Zdjęcia synagogi pochodzą z pocztówek z początku XX w.  Unikatowe zdjęcie wnętrza synagogi na jednej z internetowych aukcji odnalazł Piotr Mańczak. Polecamy prezentację „Śladami szamotulskich Żydów”  http://regionszamotulski.pl/wp-content/uploads/2017/11/Projekt-%C5%9Aladami-szamotulskich-%C5%BByd%C3%B3w-ZS-nr-2.pdf)



Spacer z historią: Bazylika kolegiacka

Dzięki Ryszardowi Kurczewskiemu (szamotulok.pl) możemy zaprezentować 1. część filmu zrealizowanego podczas 1. Spaceru z historią. Dr Piotr Nowak opowiada o powstaniu świątyni i etapach rozbudowy kościoła. Polecamy!

Wykorzystane w filmie fotografie pochodzą z lat 2012-2019.


Spacer z historią

Wczoraj odbył się nasz 1. Spacer z historią. O godz. 12. wysłuchaliśmy kurantów, wygrywających starą pieśń „Witaj śliczna i dziedziczna, Szamotuł Pani”. Liczna – 70-osobowa grupa uczestników zapoznała się z historią i zabytkami szamotulskiej bazyliki kolegiackiej, po której oprowadzali Piotr Nowak – historyk, autor monografii kościoła (wydanej rok temu) i książki o dziejach Szamotuł (w druku) oraz Agnieszka Krygier-Łączkowska – prezes Stowarzyszenia Wolna Grupa Twórcza, które prowadzi portal Region Szamotulski. Kolejny spacer – Rynek i kościół św. Krzyża (miejsce dawnego zamku Świdwów) 5 października. O godz. 12.00 spotkajmy się pod zegarem!

Zdjecia Maciej Borowczak i Ireneusz Walerjańczyk



Już 21 września odbędą się obchody 100-lecia Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi!

W związku z tym prezentujemy zdjęcie grona pedagogicznego sprzed 2. wojny światowej. 4. od lewej siedzi ówczesny dyrektor szkoły – Kazimierz Beik (1886-1966). Funkcję dyrektora pełnił w latach 1924-1949 (z przerwą wojenną), z wykształcenia był germanistą, oprócz języka niemieckiego uczył łaciny, a później także języka polskiego, angielskiego, a nawet matematyki i biologii. Do końca życia czytał dużo książek naukowych, fascynował się wynalazkami i odkryciami naukowymi, np. w dziedzinie astronautyki i atomistyki. 4. od prawej siedzi Eliasz Arystow (1874-1953) – znakomity nauczyciel matematyki, z pochodzenia Rosjanin, a Polak z wyboru (Polką była jego żona, do Polski przyjechał w 1918 r. już jako wdowiec); w czasach studiów w Petersburgu za świetne wyniki w nauce otrzymał od cara tytuł szlachecki. 5. od lewej stoi Stefan Pawela (1904-1964), dyrektor w latach 1955-64, z wykształcenia filolog klasyczny. W czasie wojny w Jędrzejowie (Kieleckie) uczył na tajnych kompletach. Był bardzo wymagającym nauczycielem, podziwianym ze względu na dużą erudycję i mającym świetny kontakt z młodzieżą. 1. z prawej stoi Andrzej Hanyż (1901-1973) – nauczyciel historii i geografii. W szamotulskiej szkole uczył od 1926 r., prowadził tam Koło Historyczno-Literackie, drużynę harcerską i koło PTK (Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego, razem z uczniami wydawał czasopismo „W Grodzie Halszki”. Był powstańcem wielkopolskim, brał udział w wojnie obronnej 1939 r.; wzięty do niewoli przebywał w oflagach, w oflagu w Murnau wykładał dla innych jeńców niemiecki, filozofię, a także przedmioty zakazane przez władze obozu – historię i geografię. Po zakończeniu wojny przez rok pracował w dawnej szkole w Szamotułach, a następnie w Pniewach, Odolanowie i Gimnazjum. 4. z lewej stoi nauczyciel fizyki Władysław Pokorny (1893-1968), który w szamotulskiej szkole pracował w latach 1932-57 (z przerwą wojenną); w czasie okupacji działał w tajnym nauczaniu w Jędrzejowie. 2. z lewej stoi Henryk Nowak (1909-2000) – nauczyciel wychowania fizycznego („ćwiczeń cielesnych”), sportowiec i trener, którego wspominaliśmy w osobnym tekście (http://regionszamotulski.pl/henryk-nowak-sportowiec-nauczyciel-i-trener/). Obok niego stoi pełniący funkcję lekarza szkolnego Stanisław Owsiany (1888-1940) ‒ lekarz, uczestnik 1. wojny światowej, powstaniec wielkopolski, kapitan Wojska Polskiego, działacz społeczny (przez wiele lat był prezesem zarządu szamotulskiego „Sokoła”, działał  w Towarzystwie Powstańców i Wojaków, pełnił honorową funkcję wiceburmistrza miasta), przewodniczący Komitetu Ufundowania Broni (http://regionszamotulski.pl/zanim-wybuchla-ii-wojna-wojna-swiatowa/). Brał udział w wojnie obronnej 1939 r., internowany w Kozielsku, zginął w lesie koło Katynia.

W tym czasie uczyli także m.in.: Natalia Kwiekowa (język francuski), Bruno Maske (biologia, chemia), Janina Bielicka (historia), Józef Wünsche (język polski).

Zdjęcie udostępnił Andrzej Nowak.



Sąd w Szamotułach – budynek dawny i współczesny

Nie wszyscy wiedzą, że – projektując nową siedzibę sądu i prokuratury – nawiązano właśnie do fasady nieistniejącego od wielu lat budynku. Potężny jak na szamotulskie warunki gmach z czerwonej cegły powstał w 1874 r., siedzibę sądu stanowił do pożaru w 1945 r. (stąd dawna nazwa ul. Gerichtstrasse, a potem Sądowa). Później przez kilkadziesiąt lat sąd i prokuratura mieściły się w budynkach poewangelickich (pastorówce i szpitalu diakonis) przy pl. Sienkiewicza. W 2008 r. oddano do użytku nowy obiekt przy al. 1 Maja. Projekt Eugeniusza Skrzypczaka (architektura) i Katarzyny Starzeckiej (konstrukcja) otrzymał nagrodę 3. stopnia w konkursie Budowa Roku 2008.
Źródło historycznego zdjęcia z okresu 2. wojny światowej: Fotopolska.



Spacer po Szamotułach – impresja filmowa

Filmowy spacer po naszym mieście przygotowała Zuzanna Strzelczyk – osoba o wielu talentach artystycznych: muzycznych, plastycznych i filmowych (pisaliśmy o niej w aktualnościach w maju tego roku). Warto zwrócić uwagę na precyzyjny montaż i współgranie obrazu z muzyką. A przecież to dopiero pierwsze kroki Zuzanny w tej dziedzinie. Przypominamy, że jest to tegoroczna absolwentka Szkoły Podstawowej nr 1 w Szamotułach.



Zygmunt Światopek Słupski – interesująca postać mieszkańca Szamotuł

Ponad 100 lat temu tak narysował basztę Halszki Zygmunt Światopełk-Słupski (1851-1928), mieszkający w Szamotułach w latach 1914-1920. Był niezwykle barwną postacią! Rysownik i litograf, kartograf, krajoznawca, literat, dziennikarz, tłumacz literatury, wydawca i urzędnik kolejowy – wszystko to zmieściło się w jego życiorysie.

Pochodził ze Śremu, uczył się w szkołach we Włocławku, Siedlcach i w Warszawie. Początkowo pracował jako dziennikarz m.in. warszawskiego „Kuriera Codziennego” i „Gazety Radomskiej”, pisał też utwory dramatyczne o tematyce współczesnej. W 1886 r. wyjechał do Stanów Zjednoczonych (prawdopodobnie został wydalony z kraju za działalność narodowo-patriotyczną), gdzie pracował w redakcjach pism polskich i amerykańskich, tłumaczył polską literaturę na język angielski (m.in. utwory Sienkiewicza), w Nowym Jorku prowadził też księgarnię z literaturą polską oraz wypożyczalnią książek i czytelnią. W 1898 r. zamieszkał w Poznaniu i kontynuował pracę dziennikarską, wydawniczą oraz przekładową. Za artykuły o strajku szkolnym we Wrześni trafił na pół roku do pruskiego więzienia. Ilustrował książki i wydawał mapy.

W czasie, gdy mieszkał w Szamotułach, urządzał wycieczki po całej Wielkopolsce i rysował jej zabytki z natury. Zgromadził ogromny materiał, który zamierzał opublikować w wielotomowym wydawnictwie – „Albumie naszych zabytków”. Udało mu się zrealizować jedynie 1. tom, w którym znalazły się zamieszczone tu litografie szamotulskiej baszty. Nadesłała je nam Hanna Lisiak-Góźdź – dziękujemy.



Początek roku szkolnego

W dniu rozpoczęcia nowego roku szkolnego szczególnie ciepło myślimy o tych, którzy szkolne progi przekraczają po raz pierwszy.

Dołączamy zdjęcia z 1 września 1966 r., które szamotulski fotograf Marian Różański wykonał swojej córce – pierwszoklasistce. Zdjęcia sprzed Szkoły Podstwowej nr 2 i ze szkolnego boiska.

Zdjęcia udostępnił Rafał Różański.



80. rocznica wybuchu II wojny światowej

Jak dobrze, że dziś obudziliśmy się w kraju, w którym jest pokój i wolność! Ciesząc się tym, oddajemy hołd ofiarom rozpętanej 80 lat temu przez Niemców wojny.

Kolaż zdjęć z szamotulskiego rynku – z czasów wojny i współczesnego – wykonał Maciej Trojanek



Dożynki w Kluczewie

Ostatniego dnia sierpnia odbyły się gminne dożynki w Kluczewie koło Ostroroga. Trzeba przyznać, że mieszkańcy wsi wykazali się dużą inwencją w przygotowaniu dożynkowych dekoracji!

Tego samego dnia odsłonięto tablicę poświęconą urodzonemu w Kluczewie bł. ks. Marianowi Konopińskiemu.

Zdjęcia Ireneusz Walerjańczyk (więcej pod linkiem http://regionszamotulski.pl/dozynki-w-kluczewie-wystroj-wsi/).


Szamotuły, 04.09.2019

WRZESIEŃ 2019

IMPREZY I KONCERTY

Trwające


Najbliższe


Minione

Muzeum – Zamek Górków w Szamotułach, godz. 9.30-12.00

W Szamotułach czytana będzie nowela Sachem Henryka Sienkiewicza.


KINO

Aktualności – wrzesień 20192025-02-24T18:27:27+01:00
Go to Top