Ewa Krygier, Domowa edukacja w czasie wojny

Szkoło! Szkoło! Gdy cię wspominam…

Tęsknota za tornistrem, czyli wojenna edukacja

Z ciocią Zosią Janikówną w przedwojennym Poznaniu, 1938 r.

Moja pierwsza nauczycielka – ciocia Zosia Janikówna. Zdjęcie sprzed wojny

Na tym zdjęciu mam 7 lat. Gdyby nie wojna, rozpoczynałabym naukę w szkole. Ostatnie zdjęcie z kokardą, na pozostałych mam modne w czasie wojny upięcie włosów na czubku głowy.

Z bratem Krzysiem. Mamie zawsze udawało się zdobyć choinkę, czasem były to dwie „chude” drzewka, które babcia Jadzia zgrabnie łączyła w całość.

Sanki z mamą i bratem. Nad Wisłą, na 1. zdjęciu widoczny jeden z kościołów na Pradze, na 2. dawny most Kierbedzia (dziś Śląsko-Dąbrowski).

Razem z bratem widziani podwójnie.

Z zainteresowaniem czytam artykuły o rodzicach, którzy postanawiają swoje dzieci kształcić w systemie domowym. Niedawno w prasie znalazłam rozmowę z rodzicami, którzy zdecydowali, za zgodą biskupa i proboszcza, samodzielnie przygotować  syna do I komunii św. Sami też ustalili termin uroczystości.

W pewnym sensie przypomina mi to początki mojej szkolnej edukacji. Powodem nie była świadoma decyzja moich rodziców, tylko okoliczności, w których przyszło mi żyć.

Kiedy wybuchła II wojna światowa, mieszkałam w Warszawie. Mój ojciec, Zygmunt Budzyński, ukończył prawo na Uniwersytecie Poznańskim. Najpierw pracował jako sędzia grodzki we Wronkach, tam też ja się urodziłam w 1933 roku. Gdy miałam dwa lata, ojciec podjął pracę w sądzie okręgowym w Poznaniu. Na przełomie 1938 i 1939 roku przenieśliśmy się z Poznania do Warszawy. Ojciec pracował w Ministerstwie Sprawiedliwości na stanowisku sędziego apelacyjnego.

W lipcu 1939 roku przyjechały do nas na wakacje dwie nauczycielki z Szamotuł: Zofia Janikówna (siostra babci) i jej przyjaciółka ‒ Stefania Jońcówna. Nie zdążyły wrócić do siebie i wojnę spędziły razem z nami. Tymczasem w końcu sierpnia został zmobilizowany mój ojciec i jako oficer rezerwy (podporucznik) ułan 1. Pułku Kawalerii Korpusu Ochrony Pogranicza pod Kępnem dostał się do niewoli. Całą wojnę spędził w kilku oflagach, najdłużej przebywał w Doessel, wyzwolonym przez armię amerykańską.

W 1940 roku skończyłam siedem lat, mogłam iść do szkoły niemieckiej lub uczyć się w domu. Postanowiono, że moją edukacją zajmie się przede wszystkim ciocia Zosia, a wspierać ją będzie pani Stefa. Byłam bardzo rozczarowana, bo szkoła kojarzyła mi się głównie z… tornistrem. Pożyczałam go więc od koleżanek i paradowałam z nim na plecach po podwórzu i ogólnie dostępnym tarasie naszego domu! Widownię miałam niezwykle interesującą, bo w naszym budynku mieszkała córka Stefana Żeromskiego ‒ Monika z matką Anną, pisarka Pola Gojawiczyńska i rodzice Jerzego Giedroycia (tego od paryskiej „Kultury”).

Tu mała dygresja: te dawne, lekkie tornistry doskonale służyły kręgosłupom dzieci. W ogóle wówczas dorośli stale pokrzykiwali na nas: „Nie garb się!”. Jako tania i niezawodna „pomoc ortopedyczna” używany był kij do szczotki, z którym wsuniętym z tyłu między zgięte łokcie spacerowało się po mieszkaniu. Później, jako nastolatka, już z własnej, nieprzymuszonej woli kładłam na głowę dwie książki i, nie dotykając ich, wędrowałam po pokoju. Może dzięki temu mój kręgosłup wytrzymał różne obciążenia i bardzo długo mi nie dokuczał.


Z lewej – dom, w którym mieszkaliśmy. Był to właściwie kompleks budynków o trzech różnych adresach; Brzozowa 2/4 (od Rynku Starego Miasta), Bugaj 3  i 5 (od Wisły), według projektu znanego architekta Mariana Lalewicza.  Z prawej – na tarasie z mamą Haliną Budzyńską (z domu Kędzierską). Taras był wspaniałym miejscem do zabaw, rozciągał się stamtąd piękny widok na Wisłę. Pocztówka ze zbiorów Pawła Stali.


Wróćmy jednak do mojej wojennej edukacji. Ciocia Zosia bardzo rygorystycznie traktowała pracę ze mną: zadawała „prace domowe”, stawiała mi oceny, a na końcu szkolnego roku wręczała świadectwo ukończenia kolejnej klasy. Świadectwa pisane były ręcznie, a pani Stefa ozdabiała je jakimś kwiatowym motywem. Niestety, świadectwa spłonęły w czasie powstania warszawskiego z całym naszym dobytkiem.

Przyszedł też czas przygotowań do I komunii św., zajęła się tym oczywiście ciocia Zosia, która przez wiele lat pracowała w Szkole Podstawowej  im. M. Konopnickiej jako nauczycielka nauczania początkowego i katechetka. Uczyła mnie różnych modlitw, czytałyśmy fragmenty Biblii, dużo się ze mną modliła, prowadzała na nabożeństwa. Szczególnie lubiłam nabożeństwa majowe i roraty, na które ruszałyśmy, gdy było jeszcze ciemno, a już kończyła się godzina policyjna.

Mieszkaliśmy w pobliżu 3 kościołów: katedry św. Jana, kościoła jezuitów przy ul. Świętojańskiej oraz kościoła św. Anny, blisko placu Zamkowego na Krakowskim Przedmieściu. Nigdy już potem nie widziałam tylu biskupów równocześnie, ilu ich pojawiało się w katedrze w czasie ważniejszych nabożeństw.

Jak większość małych dzieci (i nie tylko) nie lubiłam zbyt długich mszy św., dlatego chętnie chodziłam na tzw. „nyguski”, nigdy już potem nie zetknęłam się z taką nazwą. Odprawiano je w niedziele o godz. 13.00 i nie głoszono na nich kazań. Lubiłam przyglądać się w kościele ludziom, którzy całe nieraz msze św. potrafili przeleżeć krzyżem: nagle ktoś klękał i padał na ziemię z rozłożonymi rękoma. Dziś do takiej osoby pewno wezwano by pogotowie, wtedy nikt się nie dziwił.



Do I komunii przystąpiłam sama podczas niedzielnej mszy, w towarzystwie rodziny. Uroczystość odbyła się w katedrze św. Jana w kaplicy Matki Bożej. Pamiętam klęcznik ustawiony na środku dla mnie, obok stojącą, chwilami klęczącą ciocię, która szeptem modliła się ze mną. W tamtym czasie, gdy msze odprawiane były po łacinie, wierni mieli sporo czasu na własne modlitwy, stąd wielka popularność książeczek do nabożeństwa. Pamiętam, jak po latach, gdy zaczęto odprawiać msze po polsku, mój teść narzekał, że stale musi wstawać i siadać, poza tym nie ma kiedy się pomodlić!

Z tej uroczystości zapamiętałam moment, w którym wpadłam w przerażenie, gdy hostia przylepiła mi się do podniebienia, a ja pomyślałam, że dokonałam jakiegoś świętokradztwa! Dopiero uspokoiła mnie niezawodna ciocia Zosia. Kiedy teraz spisuję te strzępki moich wspomnień, uświadamiam sobie, że moja I komunia była rzeczywiście prawdziwym duchowym przeżyciem, pozbawionym tej całej dzisiejszej oprawy z „przedkomunijną musztrą”, wystrojem całego kościoła, imprezą na miarę wesela, drogimi prezentami. Po uroczystości wróciliśmy do domu na normalny wojenny obiad, dostałam jakąś książkę o treści religijnej. Cieszyłam się, że chociaż duchem jest z nami tatuś, który o odprawienie mszy o tej samej godzinie poprosił wojskowego kapelana w oflagu. Mama posłała mu potem zdjęcia, które fotograf zrobił przy tylnym wejściu do katedry.


W ogrodzie między naszym domem a Zamkiem Królewskim. Chyba ostatnie nasze zdjęcia sprzed powstania.


W moim domu jest sporo fotografii z okresu przedwojennego i wojennego. Te przedwojenne uratowały się dzięki temu, że były własnością cioci Zosi i wojnę „spędziły” w Szamotułach pod troskliwą opieką pani Skrzypczyńskiej, u której ciocia mieszkała. W czasie wojny mama mnie i brata często fotografowała, zdjęcia wysyłała do oflagu, żeby tatuś widział, że żyjemy i rośniemy. Te właśnie zdjęcia wróciły razem z nim.

Wreszcie przyszedł sierpień 1944 roku, najbardziej dramatyczny miesiąc w moim życiu.

cdn.

Ewa Budzyńska-Krygier

Pozostałe części wspomnień Ewy Krygier:

Za wcześnie, kwiatku, za wcześnie…, czyli moja nauka w szamotulskich szkołach (http://regionszamotulski.pl/w-szamotulskich-szkolach-1945-51/)

„Mówi pani tak, jakby się pani nie podobało”, czyli studia na poznańskiej polonistyce (http://regionszamotulski.pl/studia-w-czasach-stalinowskich/)

„Przyszliśmy wyzwolić was od panów”. Wspomnienia wojenne (1939-1940) (http://regionszamotulski.pl/przyszlismy-wyzwolic-was-od-panow/)

Powstanie warszawskie widziane oczami dziecka. Z perspektywy piwnic i gruzowisk (http://regionszamotulski.pl/powstanie-warszawskie-oczami-dziecka/)

Ewa Krygier z domu Budzyńska – w Szamotułach miała spędzić kilka tygodni 1945 roku, tragedia rodzinna zdecydowała, że została tu na całe życie. Żałuje, że nie została nauczycielką matematyki, bo wtedy miałaby więcej czasu na czytanie książek.

Ponad 40 lat uczyła języka polskiego w szamotulskim Liceum Ogólnokształcącym.

Szamotuły, 21.05.2018

Ewa Krygier, Domowa edukacja w czasie wojny2025-01-03T21:24:09+01:00

Maruszka pod okupacyjnym niebem Szamotuł

Maruszka, czyli odrobina słońca pod okupacyjnym niebem

Wielkopolska czasów okupacji kojarzy nam się z całym wachlarzem okrucieństw, represji, szykan i z terrorem, jakie zgotowali Niemcy Polakom i Żydom. Wielu szamotulan zginęło, wielu zostało deportowanych na tereny Generalnego Gubernatorstwa, w Kieleckie, na Zamojszczyznę i Lubelszczyznę. Wielu zakatowano we Wronkach, w Forcie VII w Poznaniu i innych miejscach kaźni. Niektóre miejscowości spacyfikowano, jak np. wieś Brodziszewo. Napisano o tym liczne artykuły i książki, pozostały też setki świadectw i setki miejsc pamięci pomordowanych…

Wielu jednak przeżyło i musiało borykać się z dniem codziennym. A w tej codzienności oprócz sytuacji tragicznych, poniżających i smutnych zdarzały się także chwile radosne. Tak! Mimo wszystko Polacy starali się normalnie żyć, a nawet – wbrew intencjom okupanta – dążyć do szczęścia.

Czyż takim szczęściem nie były narodziny dziecka? W roku 1940 moja babcia, Genowefa z Koniecznych Poniatowska, urodziła swą pierwszą córeczkę, Marię… Maruszkę, jak ją pieszczotliwie nazwano i pod tym imieniem już pozostała dla znajomych w Szamotułach do dzisiaj. Rodzi się dziecko, a więc pieluchy, ubranka, tulenie, całusy, pieszczoty, zabawy, kołysanki…, a wszystko w Samter, w Warthelandzie, pod niebem zasnutym flagami z ponurą swastyką…


Na tle domu dziecka

Maruszka na szamotulskich błoniach. W tle widać charakterystyczny Dom Dziecka. Ktoś podpisał to zdjęcie w albumie tak: „Jak tu ślicznie – z podziwem myśli Maruszka. Spadła z nieba”.


Pradziadkowie do 1939 roku mieszkali we własnym domu, zbudowanym w latach 30. staraniem mojego pradziadka, Jakuba Koniecznego – muzyka, organisty kościelnego, organizatora zespołów muzycznych i prywatnego nauczyciela. Z kolei dziadkowie zasiedlili mieszkanie służbowe przydzielone dziadkowi przez cukrownię. Po wejściu Niemców czekał ich smutny los – konfiskata domu i wywózka do Generalgouvernement für die besetzten polnischen Gebiete. Skończyło się na wypędzeniu z mieszkań. Podobno za pradziadkami i dziadkami wstawiła się „Fraulein Bohm”, niemiecka nauczycielka. Panna Johanna Bohm kilka lat przed wojną podjęła pracę w Szkole Powszechnej (przemianowanej na Arbeitsamt) na ul. Staszica (przemianowanej na Uhlandstrasse). Johanna Bohm wynajmowała w domu pradziadków całe piętro. Po wkroczeniu Niemców ujawniła się jako oddana III Rzeszy patriotka, ale dzięki swoim wpływom skutecznie interweniowała – z własnej inicjatywy – w sprawie swoich gospodarzy. Sama oczywiście nadal pozostała na piętrze, ale zapobiegła wywózce. Wprawdzie musieli się bezzwłocznie wyprowadzić z własnego domu, ale zostali w Szamotułach. Tułali się po jakichś suterenach z urzędowego przydziału: przy obecnej ulicy Chrobrego, przy Szerokiej (dziś Braci Czeskich), przy Ratuszowej. Danke schoen, Fraulein Bohm… W końcu jakaś polska rodzina zlitowała się i wynajęła im pokój w podwórzu przy u. Sądowej. I tam już do końca wojny przemieszkali.

W jednej z tych lokalizacji przyszła na świat Maruszka. Dziecko wniosło szczęście w rodzinę, tym bardziej że dziadkowie przeżyli, jeszcze przed wojną, straszliwą rodzicielską traumę. Stracili dwoje dzieci, bliźniąt. Chłopcy urodzili się z wadą serca i zmarli niedługo po chrzcie w kolegiacie. Przejmujące zdjęcia białych trumienek i dosłownie zgiętych bólem młodych rodziców do dziś rozrzewniają oglądających stare rodzinne albumy. Józiu i Genia całą miłość, którą mieli dla tych bliźniąt, mogli ponownie ożywić i przelać na malutką Maruszkę.

Myślałem, że Polacy nie mogli mieć aparatów fotograficznych. Bo przecież radia odbierano… Zaskakujące jest zdjęcie wykonane w miejscu publicznym. W każdym razie dzieciństwo córek (bo wkrótce na świat przyszła siostra Maruszki) jak na wojenne czasy moi dziadkowie całkiem nieźle zilustrowali fotografiami. Maruszka z lalką, Maruszka z królikiem, Maruszka z biedronką, Maruszka na spacerze z mamą i ciocią Malą (tzn. również Marią) lub Irką (siostry babci), Maruszka na łące… Te sielskie fotografie mogłyby świadczyć, że wcale nie tak źle było w czasie okupacji. Jakież to mylące!


Majowy spacer 1

Rok 1941. Maruszka na majowym spacerze z mamą (Genowefą Poniatowską) i jej siostrą Ireną Konieczną. Kobiety stoją na prowizorycznym moście na Samie na ulicy obecnie Wojska Polskiego. W tle – otwarta rogatka przejazdu kolejowego. Dalej widać dom starosty i zabudowania przy ul. Dworcowej.

Majowy spacer 2

Zdjęcia z majowego spaceru uzmysławiają, że Polki nawet w 1941 roku w Samter starały się ubierać w miarę możliwości elegancko.


Mój dziadek, inżynier, świetnie władający językiem niemieckim, a nawet – mam ku temu przypuszczeniu przekonujące dowody – do końca życia myślący w języku niemieckim, był potencjalnie kandydatem na Volksdeutscha. Proponowano mu w miarę intratne stanowisko w zakładach Siemensa w Poznaniu pod warunkiem, że podpisze volkslistę. Uparcie jednak odmawiał. Wolał pozostać przy „Nationalität: Pole” i wykonywać prace niewykwalifikowane. Jego żonę, czyli moją babcię, przymusowo zatrudniono w szwalni mundurów, która mieściła się przy Wronkerstrasse w restauracji Zamlewskiego (znanej po wojnie jako Pod Basztą). Ze względu na zmianowy charakter pracy otrzymała mały różowy Nachtausweis, czyli dodatkowy dokument tożsamości, uprawniający do poruszania się po mieście w czasie godziny policyjnej. Do końca życia wstydziła się tego szycia mundurów „niemieckim draniom”. Oj, ta babcia Genia! A przecież rodzina jej męża, chociaż pochodziła z Wileńszczyzny, po wielu tarapatach znalazła się w Niemczech, w Wiesdorfie. Mój dziadek zaś gdy przybył do Polski jako Joseph von Poniatowsky (po ukończeniu seminarium nauczycielskiego w Dusseldorfie, dającego także uprawnienia inżyniera), znał język niemiecki lepiej niż mowę przodków.

Maruszka wspomina z tych czasów nie tylko beztroskie chwile, ale też dwa zdarzenia dla niej dramatyczne. Pewnego zimowego dnia, gdy już chodziła, ale jej siostra była jeszcze wożona w wózku, mama wpadła wózkiem w wysoki śnieg i nie potrafiła się stamtąd wydostać. Bezradna kobieta wyjęła z budy maleństwo i przykazała starszej córeczce, by stała obok wózka i czekała, aż mama wróci z odsieczą. I odeszła! Samotne minuty ciągnęły się Maruszce jak wieki, a strach podchodził do gardła. W końcu ujrzała w oddali dwie sylwetki. Pamięta też radość i ulgę, gdy w jednym z nadchodzących rozpoznała ojca, bo w charakterystyczny sposób kuśtykał (dziadek Józef stracił w młodości palec u nogi).

Drugie wspomnienie też dotyczy ojca, który wychodził do pracy, gdy jeszcze spała, a wracał, gdy już spała. Tęskniła za nim tak bardzo, że – bywało – pod nieobecność taty wślizgiwała się do jego łóżka i wtulała w piżamę. A pewnego razu, wykorzystując nieuwagę mamy, wybrała się sama za moim dziadkiem na dworzec kolejowy. Dziadek musiał dojeżdżać do Poznania, bo z cukrowni został wyrzucony na podstawie „życzliwego” donosu. Z ulicy Sądowej (dziś ul. 1 Maja) jest na dworzec bardzo daleko. Dziecko zniknęło! W domu zarządzono alarm i wszyscy zaczęli szukać. Znalazła Maruszkę ciocia, gdy, dygocząc z zimna, siedziała w okolicach klasztoru na jakimś murku. Jak dziewczynka z zapałkami, tylko tych zapałek na sprzedaż nie miała…

Łukasz Bernady

Szamotuły, 16.05.2018

Frau Bohm

Johanna Bohm – Niemka, nauczycielka języka niemieckiego i prac ręcznych w Szkole Powszechnej nr 1. W końcu lat 20. wynajęła mieszkanie u moich pradziadków.

Grono pedagogiczne

Jedyne zdjęcie z archiwum Fraulein Bohm, jakie zostało w rodzinie Maruszki: grono pedagogiczne Szkoły Powszechnej nr 1 w Szamotułach – luty 1929. Stoją z tyłu (od lewej): Elimer, Szubszyński, Dolski, Zgaiński, Typ. W środkowym rzędzie (od lewej): Jankowski, Pstyka, Jaszewicz, Kluge, Jonć, Kania, Bartecki. Z przodu (od lewej): Schuster, Bohm, Wankowicz, Nowicka, Gierszewski, Zwierzyńska, Janek, Lis [nazwiska odczytane z notatki panny Bohm na odwrocie].

Maruszka z dziadkiem

Maruszka z dziadkiem Jakubem Koniecznym. Obok siedzi jego córka, czyli jej mama, czyli babcia piszącego te słowa, Genowefa Poniatowska.

Maruszka z królikiem

Ktoś podpisał: „1941 rok. Zielone Święto. Małe Bo-bo. Zawarcie przyjaźni ze światem zwierzęcym”.

Maruszka z lalką

Mała Maruszka z lalką. Ok. 1943 r.

Babcia Genia

Genia, czyli Genowefa z Koniecznych Poniatowska. Dopóki dziadek Józiu był sprawny, każdej wiosny przynosił jej z ogrodu bukiecik krokusów. Myślę, że gdy wchodził po schodach z kwiatami, miał w oczach ten właśnie uśmiech.

Cała rodzina

Jesień 1940. Szczęśliwa rodzina. Od lewej u dołu: Józef Poniatowski, Genowefa Poniatowska z Maruszką w objęciach. Obok rodzice młodej mamy: Genowefa ze Zgołów Konieczna i Jakub Konieczny, powyżej ciotka Irka (później Irena Firlejowa) i ciotka Mania, czyli Maria Konieczna. Nazwiska osoby w prawym górnym rogu nie można już teraz ustalić.

Maruszka pod okupacyjnym niebem Szamotuł2025-01-03T21:26:24+01:00

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Lata w liceum – pożegnanie

Proza – cykl: Obrazki z przeszłości, część 13.


Daromiła Wąsowska-Tomawska

SZAMOTULSKIE LICEUM I POŻEGNANIE


Było to tak, jakby wczoraj – mówiła mama. Życie przeleciało jak film.

Oglądam fotografię z zabawy naszych rodziców w szamotulskim Liceum Ogólnokształcącym. Siedzą i bawią się wspólnie z nauczycielami. Na kolejnym zdjęciu połączone są dwie nasze maturalne klasy. W pierwszym rzędzie zasiadają profesorowie. Pierwsza z prawej siedzi moja uwielbiana polonistka, Pani Profesor Ewa Budzyńska-Krygier.


Zdjęcie na górze: pierwszy z lewej Teodor Wąsowski, dalej – Leontyna Wąsowska; zdjęcie na dole: pierwsza z prawej siedzi Ewa Budzyńska-Krygier


Po pięćdziesięciu paru latach Pani Profesor zaszczyciła swoją obecnością moje spotkanie autorskie w ramach Salonu Artystycznego im. Jackowskich w Pobiedziskach. Impreza pt. „Z Szamotuł do Wielkich Mistrzów” odbyła się w Szamotułach w listopadzie 2017 roku w uroczej Cafe „Marzenie” przy pysznej „Herbatce szamotulskiej” receptury właścicieli. Ten wyjątkowy obrazek ze spotkania z rodziną i przyjaciółmi pozostanie we mnie na zawsze. Przybyły też moje szkolne koleżanki. Wieczór uświetniła Agnieszka Krygier-Łączkowska, która pięknie recytowała wiersze z tomiku Fotografie, poświęcone Szamotułom.

Widzę te twarze, których już nie ma wśród nas. Odszedł Rysiu Badoń, Czesia Galas, Wojtek Zgaiński, Tadeusz Kruppik. Odeszli wspaniali profesorowie: dyrektor Stefan Pawela- łacinnik, znakomity historyk prof. Braniewicz. Pamiętam o Wszystkich.


ZNÓW NARODZINY HALSZKI

W cieniu księżyca
w żelaznej masce na twarzy
W mroku baszty
Mówią
Czarna Księżniczka
A dzisiaj chcę znów
być piękna
W kolorach przy jędrnych piersiach
i kryzie
Jak nimfa odpłynąć
z kaczeńcem przy uchu
w złocistym skręcie loka
I wznieść się
unieść w oparach mgle Samy
pomiędzy krzykiem a głuszą
I czekać
aż drgną znów usta
i słońce zatrzyma promień
nad pierwszą literą
imienia


MIEJSCE POD GWIAZDAMI

W kruchcie świata

na przysiółku Boga

są miejsca

gdzie cisza wie

wszystko

Tam drzewo Gorca

szumi własnym

cieniem

Tu nad basztą Halszki

gwiazdy na błękicie

Migają jak tamte

dziewczęce marzenia

I dom pokoleń

przy muzyce w gnieździe

To są takie miejsca

przypięte do ciała

Rozświetlonej ciszy

Zatrzymane


KONIEC


Daromiła Wąsowska ze szkolnymi koleżankami

90-letnia Leontyna Wąsowska z dziećmi

Od lewej Bożena Turowska, Daromiła Wąsowska, prof. Ewa Budzyńska-Krygier, Bożena Liberska, Jadwiga Nowaczyk i Wielisława Murek

Daromiła Wąsowska-Tomawska i Agnieszka Krygier-Łączkowska

Współtwórcy Obrazków z przeszłości: Maria Wąsowska-Grajkowska, Zenon Wąsowski i Daromiła Wąsowska-Tomawska

Daromiła Wąsowska-Tomawska

Urodzona w Szamotułach, absolwentka miejscowegoo liceum. Po ojcu – znanym szamotulskim dentyście – odziedziczyła zawód i zamiłowanie do muzyki klasycznej.

Mieszka w Pobiedziskach koło Poznania. Prezes i współzałożycielka Salonu Artystycznego im. Jackowskich. Poetka.

http://regionszamotulski.pl/daromila-wasowska-tomawska/

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Lata w liceum – pożegnanie2025-08-23T16:27:54+02:00

Irena Kuczyńska, Matura 1967

Moja matura w szamotulskim Liceum Ogólnokształcącym

Mimo iż od mojej matury w Szamotułach minęło 51 lat, pamiętam, jak gdyby to działo się wczoraj. W niedzielę, poprzedzającą egzamin z języka polskiego, moja najmłodsza siostra miała uroczystość pierwszokomunijną. W domu panowało zamieszanie i nie było czasu na nerwy.

Biała bluzka i granatowa spódniczka wisiały obok pierwszokomunijnej sukienki Fredki, żeby się nie pogniotły. Nie było przecież wtedy materiałów niemnących. Wszystko trzeba było prasować. A niektóre koleżanki jeszcze żelazkami „na duszę” prasowały. Ja na szczęście nie. W Ostrorogu od dawna był już prąd elektryczny.

W poniedziałek rano, wystrojona, z błogosławieństwem mamy, biegłam na 6.00 rano na dworzec kolejowy. Bałam się jechać autobusem. A nużby się spóźnił? A musieliśmy być w szkole wcześniej. Do sali wpuszczano nas od 7.45 i to według kolejności alfabetycznej. Nie wszystkich się znało. Koleżanki z Szamotuł i Wronek uczyły się na drugiej zmianie. Praktycznie nie mieliśmy z nimi kontaktu. Nie wiedziałam, kto będzie koło mnie siedział.

Ściąg na język polski nie miałam. Niektórzy mieli takie paski papieru nawijane na szpulki z opracowanymi gotowymi tematami. Potem, w miarę możliwości, starali się dopasować ściągę do tematu. Czasem kończyło się to tragicznie. Ale posiadacz takiej ściągi napisanej maczkiem, czuł się pewniej. Chociaż nie zawsze mógł z niej korzystać. Nauczyciele pilnowali.


Ok. 1967 r. – klasa XI B. Stoją od lewej: Ania Cejba, Janka Kowalewska, śp. ks. Lucjan Ronduda, Irena Leśna (Kuczyńska – autorka tekstu), Tereska Muszyńska, Ewa Szymkowska, Ela Gacka, śp. Maria Helak, Basia Biniek, Emilia Szymczak. II rząd: Michał Granops, Heniu Matjasz, Andrzej Wachowiak, Marek Białkowski, Andrzej Zięba, Tadziu Kujawski, Michał Fąka, Marian Skowroński, III rząd: Zdzisław Piber, Jan Golon, Piotr Chmielewski, Marian Fiksa, Janusz Niedźwiedź, śp. Maciej Dybizbański, Marian Kasprzak, Jan Bierka, Adam Unger. Brakuje Emilii Krawczyk, śp. Eli Grzesiak, Wandy Romanowskiej, śp. Jacka Mackiewicza, Lilli Mojzesowicz, Danki Wojciechowskiej, Teresy Goździerskiej, Barbary Pałubickiej.


Język polski pisałam w auli. Obok mnie siedziała koleżanka z mojej klasy z nazwiskiem na literę „L” i koleżanka z popołudniowej klasy też na literę „L”. Nieźle, ale polskiego się nie bałam. Lubiłam czytać, lubiłam pisać. No i nauczycielkę miałam fantastyczną. Konkretną, zasadniczą, zawsze egzekwującą wszystko i o wszystkim pamiętającą.

Prof. Ewa Krygier była wymagająca, ale z siebie też dawała wszystko. Nie spóźniała się na lekcje, zawsze była przygotowana, nie marnotrawiła czasu. Traktowała wszystkich równo. Prymus dostał dwóję (jedynek nie było jeszcze), jak coś zawalił. Ale uczeń słaby, jeśli się nauczył, mógł liczyć na dobrą ocenę.

Matury z języka polskiego źle nie wspominam. Komisja z dyrektorem Stanisławem Krzyśką siedziała za stołem, po sali chodziła wychowawczyni prof. Teodozja Bąkowa. Pięć godzin pisania, na brudno i potem na czysto. Tematu (były trzy do wyboru) dokładnie nie pamiętam, ale na pewno był związany z II wojną światową. Moja matura przypadła 22 lata po wojnie, w epoce Władysława Gomułki, po słynnym liście biskupów polskich do biskupów niemieckich.

Po pięciu godzinach koniec pisania. Wyjście do miasta ze szkoły, gdzie wszyscy patrzyli na elegancko ubranych maturzystów. Rzucaliśmy się w oczy. Było miło. Ludzie pytali, jakie były tematy. Nikt ich nie znał, program telewizyjny zaczynał się dopiero pod wieczór. A i wtedy co najwyżej pokazali maturzystów z Warszawy. Każde województwo miało swoje tematy maturalne.

Nazajutrz było gorzej, przynajmniej dla mnie. Matematyka nie była moim ulubionym przedmiotem, mimo iż śp. prof. Władysława Paśkę lubiłam. Chyba z wzajemnością. Ten egzamin pisałam dla odmiany w sali gimnastycznej. Obok siedziały koleżanki, które też za bardzo matematyki nie umiały. Według ówczesnych przepisów trzeba było rozwiązać poprawnie jedno z trzech zadań i drugie „poprawnie rozpocząć”. I udało mi się to jedno zadanie z algebry rozwiązać i drugie rozpocząć. Udało się też sprawdzić z kolegami, czy wynik rozwiązanego zadania jest poprawny. Potem, już po wyjściu, z sali nerwowo przypominaliśmy sobie to, co napisaliśmy.

Czas, który pozostał do egzaminów ustnych, wykorzystywaliśmy na tzw. konsultacje, czyli spotkania w grupach przedmiotowych. Egzaminy ustne były z języka obcego. Jeśli się miało przynajmniej ocenę dobrą w klasie X i na dopuszczeniu do matury, było się zwolnionym z egzaminu. Tym sposobem z języka rosyjskiego u prof. Jadwigi Skorackiej egzaminu nie zdawałam. Byłam zwolniona. Język polski i matematyka były tylko na egzaminie pisemnym.

Zdawałam z historii i z biologii. Wyboru za dużego nie było: fizyka, chemia, biologia, geografia. Fizyka nie wchodziła w rachubę. Chemia też. Chociaż prof. Irena Krawczyk bardzo się starała, nie zdołała mnie zainteresować swoim przedmiotem. Podobnie jak śp. Irena Fludra geografią.

Pozostała więc biologia i prof. Marianna Łuś. Nie to, że lubiłam biologię, ale z czworga złego ten przedmiot i nauczycielka najbardziej mi odpowiadały. Powtarzaliśmy więc budowę pantofelka, euglenę zieloną, odnóża raka, małpę człekokształtną, kończąc na obowiązującej wówczas teorii Aleksandra Oparina ‒ radzieckiego uczonego, który stworzył teorię na temat powstania życia. Prof. Łusiowa na konsultacjach pozwoliła nam dotknąć wszystkich eksponatów, wypchanych ptaków, planszy. W sumie z biologii nawet czwórkę dostałam.

Ostatnie wspólne zdjęcie mojej klasy – kwiecień 1967 r., po dopuszczeniu do matury, park za SP nr 2

Ciężki był egzamin z historii. Tego przedmiotu uczył nas w każdej klasie inny nauczyciel. W klasie VIII – prof. Duszyńska, potem dyrektor Stanisław Krzyśko, potem przez jakiś czas pani Bańczyk. W maturalnej klasie zabrała się za nas prof. Teodozja Bąkowa. I to ona systematyzowała naszą wiedzę. Pamiętam, że przygotowywaliśmy tematy m.in. dzieje Pomorza w Tysiącleciu, dzieje Śląska w Tysiącleciu. Był taki podręcznik historii Polski do rozbiorów. Potem były kolejne podręczniki. Mnóstwo materiału do zapamiętania i m.in. takich „kwiatków” jak ten, że (nie żartuję) w wyniku Wielkiej Socjalistyczej Rewolucji Październikowej w Związku Radzieckim powstało niepodległe państwo polskie w 1918 roku.

Matura z historii obejmowała trzy pytania: z historii Polski, z historii powszechnej i z historii współczesnej, czyli powojennej. Zdawałam ją po południu w auli. Czekaliśmy na swoją kolejkę w klasie obok (z jednym oknem).

Po maturze czekało się na świadectwo i dopiero tam widziało się swoje oceny. Nie było oddzielnych stopni za egzamin dojrzałości. Wszystko na jednym świadectwie.

Świadectwo maturalne w II połowie lat 60. miało dużą wartość. Można było, mając maturę, podjąć pracę w urzędzie. Można było ubiegać się o miejsce na studiach. Ale trzeba było zdawać kolejny egzamin, więc po maturze zaczynało się zakuwanie do egzaminów. Były one znacznie trudniejsze od matury. Chętnych dużo, a miejsc na uczelniach mało.

Mnie udało się zdać na filologię rosyjską na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Zdawałam pisemny i ustny egzamin z języka polskiego oraz pisemny i ustny egzamin z języka rosyjskiego. Byłam przez szkołę dobrze przygotowana, a właściwie ukierunkowana, bo dużo uczyłam się sama. W latach 60. korepetycje nikomu się nawet nie śniły.

Po studiach zaczęłam pracować w Liceum Ogólnokształcącym im. Stanisława Staszica w Pleszewie. I znów matura. Przez 30 z górą lat, bo język rosyjski zdawano w mojej szkole chętnie i licznie. W tym czasie przeżywałam trzykrotnie matury moich dzieci, które zdawały w szkole, w której pracowałam. Było to trudne przeżycie.

4 maja maturę zdaje mój wnuk. Trzymam za niego kciuki. I życzę mu tak jak przez lata moim maturzystom „ni pucha ni piera”, co po rosyjsku znaczy „połamania!”.

2018 r.

Irena Kuczyńska

Szamotuły, 03.05.2018

Budynek późniejszego Gimnazjum  i Liceum przed rokiem 1918


To już czasy, kiedy Liceum Ogólnokształcące przeniosło się do nowego budynku – początek lat 80. XX w. W tych latach mieściła się tam Szkoła Podstawowa nr 4.


Obecny wygląd budynku, zdjęcie Jan Kulczak, 2018 r.


Tarcza mojej szkoły


Inne tekst Ireny Kuczyńskiej o szamotulskim liceum:

Irena Kuczyńska z domu Leśna
Urodzona w Ostrorogu, absolwentka szamotulskiego liceum (1967).
Emerytowana nauczycielka języka rosyjskiego w pleszewskim liceum, dziennikarka, blogerka (http://irenakuczynska.pl )

Irena Kuczyńska, Matura 19672025-01-04T11:42:27+01:00

Daromiła Wąsowska-Tomawska, ks. Narcyz Putz

Obrazki z przeszłości, część 12.


Daromiła Wąsowska-Tomawska

PROBOSZCZ LUDZI BIEDNYCH I MŁODE POLKI W SZAMOTUŁACH


Urodzony w Sierakowie Narcyz Putz (1877-1942), po studiach teologicznych w Poznaniu i Gnieźnie, przyjął w roku 1901 święcenia kapłańskie. Od roku 1925 do wybuchu wojny był proboszczem parafii św. Wojciecha. Przyczynił się do powstania w Poznaniu nowych parafii w dzielnicach: Winiary, Naramowice i Sołacz. Pracował w różnych miastach powiatu wielkopolskiego.

Podczas Powstania Wielkopolskiego włączył się w działania niepodległościowe. Sam z fuzją myśliwską na ramieniu prowadził Powstańców swojej parafii na Inowrocław. Po odzyskaniu niepodległości ks. Narcyz Putz nadal czynnie uczestniczy w życiu społecznym i politycznym. W Poznaniu współpracuje z organizacjami charytatywnymi Caritas, Polski Czerwony Krzyż. Należy do komitetu do Spraw Bezrobocia na miasto Poznań. W parafii św. Wojciecha powołuje Towarzystwo św. Wincentego à Paulo dla mężczyzn i kobiet zajmujące się biedą poznańską. Nazwany jest proboszczem ludzi biednych. Zajmuje się również pracą redaktorsko-wydawniczą. W latach 1928-1939 jest redaktorem „Tygodnika Kościelnego Parafii św. Wojciecha”.

Po wkroczeniu Niemców do Polski zostaje uwięziony i osadzony 3 listopada 1939 roku w Forcie VII w Poznaniu. Tutaj poddawany jest torturom fizycznym i moralnym. Jest przewodnikiem duchowym dla współwięźniów. Wywieziony do obozu koncentracyjnego w Dachau, potem Gusen i znowu Dachau, nie traci pogody ducha, zagrzewa innych do wytrwania. Na skutek wyziębienia organizmu umiera w roku 1942 w Dachau na zapalenie płuc.


Pamiątka ze zjazdu kół śpiewaczych w Kaźmierzu, 17 czerwca 1932 r. Pierwsza z lewej – Leontyna Kruszona, po mężu Wąsowska


Od października 1903 do maja 1913 roku ksiądz Narcyz Putz był wikariuszem w Szamotułach. Brał aktywny udział w pracach pozakościelnych. Był współzałożycielem Spółdzielni „Rolnik”, inicjatorem powstania i pierwszym prezesem chóru „Lutnia”, angażował się w prace powstających związków zawodowych, mocno wspierał polskiego kandydata w wyborach do parlamentu pruskiego. W roku 1909 w Szamotułach ks. Narcyz Putz czytał wiersze w czasie spotkania poświęconego 100-leciu urodzin Juliusza Słowackiego. Policja pruska dopatrzyła się nieprawidłowości i ukarała go grzywną. Działał również w Towarzystwie Czytelni Ludowych. Wspierał ubogą uczącą się młodzież, organizował dla niej kolonie letnie. Dużo czasu poświęcał młodzieży zrzeszonej w organizacjach kościelnych.

Był patronem Towarzystwa Kobiet „Oświata”, zatrudnionych w handlu i konfekcji. W roku 1927 powołał do życia KSMM ‒ Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Męskiej, które liczyło 50 członków. W tym samym roku 1927 założył Stowarzyszenie Młodych Polek. Pod jego patronatem organizowane były lekcje śpiewu, wystawiano sztuki amatorskie, urządzano wycieczki i gry sportowe.

Ksiądz prymas August Hlond mianował księdza Narcyza Putza patronem powstałego Okręgu Poznańskiego Związku Młodych Polek. Po reorganizacji tego ruchu w roku 1934 został asystentem kościelnym Okręgu Poznańskiego KSMŻ – Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Żeńskiej. Wiele uwagi poświęcał wychowaniu fizycznemu młodzieży. Organizował dla nich zawody sportowe.

Wśród innych polskich męczenników II wojny światowej w 1999 roku papież Jan Paweł II wyniósł na ołtarze również księdza Narcyza Putza.


Bł. ks. Narcyz Putz, portret Jerzego Oleksiaka  http://jerzy-oleksiak.pl/portrety

Leontyna Kruszona, po mężu Wąsowska

Obraz beatyfikacyjny 108 Męczenników II wojny światowej

Na górze strony – ks. Narcyz Putz jako wikariusz parafii kolegiackiej w Szamotułach (zdjęcie z archiwum parafii) i członkowie prezydium Stowarzyszenia Młodych Polek z pocztami sztandarowymi, 1932 r. (zdjęcie – Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Daromiła Wąsowska-Tomawska

Urodzona w Szamotułach, absolwentka miejscowegoo liceum. Po ojcu – znanym szamotulskim dentyście – odziedziczyła zawód i zamiłowanie do muzyki klasycznej.

Mieszka w Pobiedziskach koło Poznania. Prezes i współzałożycielka Salonu Artystycznego im. Jackowskich. Poetka.

http://regionszamotulski.pl/daromila-wasowska-tomawska/

Daromiła Wąsowska-Tomawska, ks. Narcyz Putz2025-01-04T11:43:19+01:00

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Naciągacze i kapusie

Obrazki z przeszłości, część 11.


Daromiła Wąsowska-Tomawska

NACIĄGACZE I KAPUSIE


Ojciec Teodor Wąsowski prowadzi w Szamotułach prywatny gabinet dentystyczny. Chociaż źle się dzisiaj czuje, idzie do pracy. Przyjadą przecież pacjenci z Pamiątkowa i okolic. Nie może ich zawieść.


Po godzinach urzędowania prace protetyczne wykonuje w domu sam. Robi protezy, chromowane mosty, złote koronki ‒ nie z tombaku, lecz ze złota. Każdy materiał przyniesiony przez pacjenta zapisuje dokładnie w specjalnej księdze. Nie może być pomyłek. Resztę złota, z podpisem odbioru, zwraca pacjentowi. Mama doskonale jest zorientowana w dokumentacji prowadzonej przez męża. Każdy zabieg zarejestrowany jest w innej księdze wraz z nazwiskiem, adresem i zapłaconą lub wpłaconą kwotą. Tu też jest wszystko prawidłowo prowadzone.

Po kilku dniach pobytu w szpitalu ojciec umiera. Ciężka żałoba, a już następują rozliczenia z pacjentami. Są i tacy, którzy żądają zwrotu złota, chociaż nie byli zarejestrowani w żadnej z ksiąg. Takich naciągaczy było kilku, co urągało solidności i uczciwości rodziców.


Rynek w Szamotułach, dom, w którym mieszkała rodzina Wąsowskich


Dzisiaj uroczystości rodzinne, w inny dzień odwiedzą nas miejscowi goście. Zbliża się wieczór i pojawiają się na ulicy specjalne indywidua. Stoją w bramie po przeciwnej stronie ulicy. Nie trzeba się domyślać – kto to? Czarne skórkowe płaszcze i takie same kapelusze. Ten ubiór odróżnia ich od reszty społeczeństwa. Ktoś mówi: „Znów stoją kapusie, szybko doniosą, gdzie trzeba”.

Jeden taki zjawia się w drzwiach naszego mieszkania z pretensją, że został czymś przed chwilą oblany. Kapał mu jeszcze z kapelusza nie ściągnięty galaretą – rosół. Mama wystawiła go za okno na parapecie do szybszego zastygnięcia. Lodówki przecież nie mamy. Ktoś z nas nieświadomie przymknął okno i … Nie wiem tylko, dlaczego jegomość spacerował pod naszymi oknami, które mieszczą się na drugim piętrze. Jest w związku z tym duże zamieszanie. Rodzice płacą odszkodowanie. Nie wiem też za co, skoro tłuszcz dobrze konserwuje skórę?

I to wszystko działo się w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku.


CZERWIEC 1956

Mama kroi chleb

Zawsze robi znak krzyża

Łamie rozkłada i suszy

na rozgrzanej blasze

kuchennego pieca

Nocą uszyje płócienny worek

i powiesi go we wnęce

na drzwiach

pod kredowym napisem

K + M + B 1956

Ktoś rozpowiada szepce

W Poznaniu na ulicy czołgi

na bruku krew

Pod kaflem iskra żar

Poci się dzień

w dreszczu stoi noc

W szczelinie stołu

okruch chleba




Szamotuły, 10.04.2018

Gabinet dentystyczny Teodora Wąsowskiego

Wizyta u kolegi dentysty Mackiewicza we Wronkach (Tadeusz Hancyk, gospodarz, Teodor Wąsowski)

Teodor Wąsowski (1911-1967)

Poznań, 28 czerwca 1956 r.

Daromiła Wąsowska-Tomawska

Urodzona w Szamotułach, absolwentka miejscowegoo liceum. Po ojcu – znanym szamotulskim dentyście – odziedziczyła zawód i zamiłowanie do muzyki klasycznej.

Mieszka w Pobiedziskach koło Poznania. Prezes i współzałożycielka Salonu Artystycznego im. Jackowskich. Poetka.

http://regionszamotulski.pl/daromila-wasowska-tomawska/

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Naciągacze i kapusie2025-01-04T11:44:12+01:00

Wielkopolskie smaki dzieciństwa

Smaki dzieciństwa: ślepe ryby z myrdyrdą, gzik z pyrkami, plyndze z faryną, ajntopf

Kiedy byłam małą dziewczynką, jeszcze żyło pokolenie, które pamiętało czasy zaboru pruskiego trwającego ponad 100 lat. Mieszkając w państwie niemieckim, Wielkopolanie mimo woli przejmowali kulinarne nowinki  od Niemców. I nadawali im swoje własne, spolszczone nazwy. Pozostały one dotąd w wielkopolskiej gwarze.

Ale może zacznę od ziemniaków, chociaż w latach 50. XX wieku, a na ten czas przypadło moje dzieciństwo, w Wielkopolsce nazywano je raczej z niemiecka kartoflami, kartofelkami albo z poznańska pyrami lub pyrkami, pyreczkami, pyruszkami. Ziemniaki, które w połowie XIX wieku stały się pruskim warzywem prawie narodowym, pokochali też mieszkańcy Poznańskiego. Gospodynie wyczarowywały z ziemniaków wiele potraw. Nie było obiadu bez kartofelków.

Niepowtarzalny smak miały kartofle w mundurkach, czyli gotowane z łupiną, podawane w piątek np. do śledzi w śmietanie, albo odsmażane ze słoninką – podawane z pyszną maślanką  czy zsiadłym mlekiem. W czasie Wielkiego Postu jadano je z olejem lnianym. Smakowite bywało ziemniaczane purée, czyli „deptane (lub krychane) pyrki” ze słoninką i cebulką.  Do tego sadzone jajeczko, wiosną sałata albo mizeria.



W niedzielę musiały być kartofle z sosem. Było oczywiście mięso, czasem świeże z kury, kaczki, perliczki, królika, ale najczęściej ze słoika, bo do słoików po świniobiciu trafiało mięso, kości, kiełbasy, kaszanki, salcesony, skwarki mielone, a nawet galart, czyli „zimne nóżki”. W latach 50. w sklepach mięsa raczej nie można było kupić. Przynajmniej w małym miasteczku, jakim był Ostroróg.

Ale wracam do sosu, takiego zawiesistego, który był niedzielnym przysmakiem do kartofli. Sposób na zawiesiste sosy wzbogacane mąką, przywiozły z sobą żony osadników z Bambergu, którzy osiedlali się w Poznaniu i pod Poznaniem już w XVIII wieku.

Z surowych tartych kartofli robiło się szare kluski i plyndze.  Kluski z tartych surowych kartofli nazywano też szarymi kluskami lub żelaznymi kluskami, ze względu na kolor. Uwielbialiśmy je jako dzieci. Utarte na tarce ziemniaki, odciśnięte, połączone z mąką i jajkiem, nabierało się łyżką i wrzucało na wrzątek. Do tego smażony boczek albo słoninka wędzona, gotowana kwaszona kapusta i … niebo w gębie.

Plyndze to placki ziemniaczane – czyli danie na piątek. Ciasto robione tak samo o jak na żelazne kluski, tylko nie gotowane, a smażone na oleju, czy może na smalcu? Tego dokładnie nie pamiętam. Za to ich smak pamiętam. Posypane cukrem lub „faryną” – tak w niektórych domach moich kolegów mówiono na cukier.

Były też kluchy z gotowanych kartofli, do których dodawano mąkę i jajko. Po wyrobieniu ciasta, kulano wałeczek, a potem na ukos lub z niemiecka „na szagę” cięto kluseczki zwane „szagówkami” , które trafiały do wrzątku. Po wypłynięciu jadło się je albo z sosem, który pozostał od niedzielnego obiadu mięsnego, albo na słodko, albo z boczusiem, cebulką podsmażaną i gotowaną kiszoną kapustą.

Gotowana kiszona kapusta była w domu na okrągło. Kraszona smalcem, z dodatkiem skórki od wędzonego boczku, była jadana w różnych zestawach albo dodawana do zupy jarzynowej, kartoflanki, krupniku, fasolowej czy grochowej.

Kartofle jadło się też z polewką – aksamitną smaczną zupą z maślanki albo zsiadłego mleka. Do wrzącej wody wlewało się mąkę rozbełtaną w zimnej wodzie i do tego dolewało się maślankę, zsiadłe mleko, śmietanę kwaśną. Ale to wszystko było pełnowartościowe ‒ z mleka od własnej krowy, a w naszym przypadku z mleka kupowanego u sąsiadów.

Gotowane kartofle łączono także  z „kiszczonką”. Była to woda, w której w czasie świniobicia gotowały się kaszanki, bułczanki (też wielkopolski specjał). Starsi się tym zajadali.

No i przebój  poznańskiej kuchni, czyli gzik z pyrkami. Gzik czy gziczek to nic innego jak sos śmietanowo-twarogowy wzbogacony cebulką, szczypiorkiem, koperkiem. Z gorącymi kartoflami w mundurkach był naprawdę przysmakiem

Poznańska kuchnia to zupy i to z kartoflami. Najpopularniejsza była kartoflanką, która pojawiała się na stole co najmniej raz w tygodniu. Czasem gotowana na mięsie, jeśli było to po świniobiciu, częściej na wędzonym boczku albo na skórce od boczku wędzonego. W kartoflance była marchewka, cebula, pietruszka, seler – te warzywa, które dało się przechować w piwnicy czy w kopcu.

Zdarzała się kartoflanka bez mięsa, wzbogacana śmietaną, wtedy nazywano ją po prostu „ślepe ryby”. Ale jeśli gospodyni zrobiła zasmażkę, czyli myrdyrdę, wtedy były to „ślepe ryby z myrdyrdą”. Owa myrdyrda to nic innego jak podsmażona na patelni wędzona słoninka z cebulką, posypana mąką, rozprowadzona wodą i wlana do ugotowanej już zupy. Ziemniaki w „śleperybach” musiały być rozgotowane na miazgę. Do tej zupy dokładano chętnie kiszoną kapustę, ugotowaną. Danie było sycące i naprawdę smakowite.

Podczas gdy „ślepe ryby” były zupą na co dzień, to na niedzielę musiał być rosół, który  przeniosły do Poznańskiego żony niemieckich osadników. Rosół z kury z makaronem (oczywiście robionym w domu, bo gotowych makaronów nie było) albo lanymi kluseczkami, jeśli w kościele była procesja, a w sobotę nie zdążyła mama lub babcia zrobić makaronu. Ale były też kluseczki z kaszki manny. Gotowało się kaszkę na wodzie, na bardzo gęsto. Wylewało się na płaski talerz i kroiło w kwadraciki. Pychota!

Pomidorowej z resztek rosołu w poniedziałek nie było. Dlaczego? W latach 50. pomidory były tylko w lecie, kiedy owocowały w ogródku.  Z czasem zaczęto je wekować (słowo „weka” – niemieckie – tak jak zwyczaj  robienia przetworów w słoikach, który przyszedł z Niemiec). Ale pomidorowa zrobiła się popularna dopiero w latach 60. kiedy „Pomona” w Międzychodzie zaczęła robić przecier z pomidorów kupowanych od rolników.

Kiedy późnym latem urosły kaczki, nastawał czas czerniny – kolejnej zupy, która jest wielkopolskim daniem. Czernina to zupa z kaczej krwi, jadana z makaronem lub z ziemniakami. Kaczka pieczona najczęściej z dodatkiem buraczków, które też trzeba było przechować w piwnicy.

I na koniec przebój kuchni poznańskiej sprzed pół wieku – „ajntopf”   (ein Topf  po niemiecku) – czyli „jeden garnek” – danie jednogarnkowe. „Ajntopfy” były rozmaite. Gotowane na mięsach, na kościach, na boczku wędzonym lub skórkach od boczku, na kiełbasie. Zawsze z warzywami. W lecie ze słodką kapustą, z kalarepką, groszkiem, zimą z kwaśną kapustą, przeważnie z kartoflami, grochem, fasolą. Czasem ze śmietanką, kiedy indziej z zasmażką, czyli wspomnianą już myrdyrdą.

Do „ajntopfa” nadawało się wszystko, co gospodyni miała w spiżarni albo w ogródku czy w zimie w piwnicy. Lodówek przecież nie było. Jeśli był „ajntopf”, to zawsze do tego był  kawał chleba i na deser kompot, w moim domu obowiązkowy po każdym obiedzie.

W piwnicy stały rzędy słoi z kompotami i innymi przetworami, piklami, ogórkami, marchwią na sałatkę, fasolą szparagową, kapustą kiszoną, marynatą z korbola. Korbol to poznańska nazwa dyni. A kompot z korbola to był smakołyk prawdziwy. Bo kompotu z „angrystu” czy „świętojanków” za bardzo się nie lubiło. Był za kwaśny.

Chociaż w moim domu się „kwaśnych jaj”, zwanych inaczej „pierdutami”, nie gotowało, to były one w domach moich koleżanek.  Dlatego muszę o nich wspomnieć. Kwaśne jaja jedzone w szarym albo białym sosie, robiło się, wrzucając surowe jajko na wrzącą wodę z octem. Błyskawicznie się ścinało.

Jeśli rzecz o jajach, to muszę wspomnieć poznańską jajecznicę. Przygotowane do jajecznicy jajka roztrzepywało się trzepaczką w garnuszku, dolewało się mleka i dodawało mąki. Potem wlewało się to na gorący tłuszcz, mieszało się, dosypywało szczypiorku i puchata, pyszna jajecznica była gotowa do jedzenia, oczywiście z kartofelkami albo z chlebkiem. Taką jajecznicę uwielbiał mój dziadek Wincenty, który w młodości pracował w Westfalii i prawdopodobnie tam poznał jej smak.

W kuchni mojej babci Anny (rocznik 1888) i Józefki (rocznik 1901) królowały potrawy, które wymieniłam. Nie było barszczu czerwonego (był zabielany), pierogów, naleśników. Te dania trafiły do Wielkopolski w czasie wielkiej wędrówki ludów po 1945 roku. I powoli wzbogacały menu.

Irena Kuczyńska

Szamotuły, 27.03.2018

Zdjęcie Narodowe Archiwum Cyfrowe

Trzy ostatnie zdjęcia – Marcin Rurarz

Irena Kuczyńska z domu Leśna

Urodzona w Ostrorogu, absolwentka szamotulskiego liceum (1967).

Emerytowana nauczycielka języka rosyjskiego w pleszewskim liceum, dziennikarka, blogerka (http://irenakuczynska.pl/).

Wielkopolskie smaki dzieciństwa2025-01-04T11:45:12+01:00

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Wielkanoc, Bach i kokardy

Obrazki z przeszłości, część 10.


Daromiła Wąsowska-Tomawska

WIELKANOC, BACH I KOKARDY


SZAMOTULSKIE ŚWIĘTE DRZEWO

Przed pruskim pościgiem

ucieka chowa się w parku

u dziedzica Gałowa

na najwyższym konarze

najlichszej gałęzi

powstaniec Wiosny Ludów

miastowy stolarz

Antoni Śramkiewicz

Przylepiony

uczepiony liścia i nieba

Ślubuje i obiecuje

I stoi krzyż

na Rynku

Na tym samym drzewie

Bóg i człowiek


Mieszkamy przy Rynku. Ojciec Teodor zachorował. Nie stanie dzisiaj w oknie przy górnym balkonie z widokiem prosto na krzyż. Pomodli się w łóżku. Mama mówi do męża „Dorciuˮ, czasem „Teośˮ – ładnie. Nie podnosi głowy z poduszki. Wielka, potężna grypa. Dzisiaj jest Wielkanoc. Oprócz modlitwy jest specjalna muzyka. Ta przez wielkie M., więc Fugi Jana Sebastiana Bacha i jakby w corocznej tradycji … pacjent z bolącym zębem (gabinet dentystyczny jest w pokoju obok). Przyszedł i mówi, że nie wyjdzie, bo tylko ojciec itd. „Musisz coś zrobić” ‒ ledwo szepce do mnie tata. „Mam przecież dziesięć lat, a ten pan taki duży” ‒ odpowiadam i boję się. Pomogłam mu. Ząb przestał boleć, a ja mam ochotę zemdleć. Pan mnie ściska, całuje i życzy zdrowia. Już wiem, co będę w życiu robiła.


Od lewej Leontyna Wąsowska, Bogusz Wąsowski, Teodor Wąsowski, poniżej Maria Wąsowska-Grajkowska i Daromiła Wąsowska-Tomawska, 1947 r.


LIST DO JANA SEBASTIANA BACHA

W mym rodzinnym domu

pamiętam – wielka grypa ojca

chyba w dziesiątą moją Wielkanoc

Pańska Kantata i potem Fuga

Krzyk pacjenta

Więc ja z lusterkiem w ręku

wysoko na palcach

przy jego bolącym zębie

I tak już zostać musiało

Sztuczne fugi pomiędzy zębami

i te prawdziwe

wciąż zawieszone

jakby czas

nie drgnął


Idę na pierwsze lekcje muzyki do znakomitego szamotulskiego organisty, pana Jana Bukowskiego. Mieszka tuż obok kościoła. Mam osiem lat. Dzisiaj niedziela. Znów jesteśmy rodzinnie na sumie w gotyckiej Kolegiacie, by oprócz modlitwy wysłuchać pięknej organowej gry i doskonałego potężnego chóru prowadzonego przez tego muzyka. Prawdziwy koncert, chór i ta muzyka unoszą gotycką wieżę i nasze odczucia. Po wyjeździe mojego nauczyciela z Szamotuł do Gorzowa Wielkopolskiego kontynuuję naukę na fortepianie u pani Haliny Górskiej.

Są święta, ale i też dni zwyczajne. Jesteśmy z siostrą Marysią ubierane przez cioteczkę Pelę. W czasie wojny ciocia pracuje przy kopaniu rowów. Choruje i przeżywa tylko dwadzieścia osiem lat. Opiekują się nią moi rodzice, nami ‒ trojgiem dzieci ‒ również ona. Cioteczka dziedziczy pedanterię po swej matce, a naszej babci Maryni. We włosy wpina nam szeroką, ukrochmaloną, wyprasowaną kokardę, ściągniętą szpangą – klamrą. Chodzimy jak wymodelowane. Dzieci z nas się chyba śmieją.

SZAMOTULSKIE KASZTANY

Znów śni mi się

kraina Samy

Pękatych soczystych kasztanów

Piaskownica nasze kokardy

i brylantowy lok brata

Cioteczka Pela

z gazetą na ławce

w antyfonie na dwa chóry

suchotniczego kaszlu

darowanego z okopów

i omdlałym szeleście pobłysku

parkowego cienia

Kto z nas wtedy rozumie

Nic nie wie o pieśni

że zapachnie zbutwiały liść

kasztanu


Na tyłach Szkoły Podstawowej nr 2 jest nasz kasztanowy park, piaskownica i ławka. Chodzę do tej szkoły. Dziewczynki mają obowiązek wplatania do włosów wstążki. Jest „koleżanka kokardzianka”, która przez radiowęzeł szkolny codziennie zapowiada, jaki kolor założyć następnego dnia. W dzień powszedni zakładamy granatowe, w święta ‒ czerwone lub niebieskie. Co kilka dni piorę i prasuję biały kołnierzyk. Przypinam go na guziczkach do granatowego fartuszka szkolnego. Jego fason nie jest obowiązujący, jednak aż do klasy maturalnej właśnie takie fartuszki nosimy.

OPOWIEŚĆ PRZY RYNKU

Pani Ewie Budzyńskiej-Krygier

mojej licealnej polonistce

Znów w gotyckiej Kolegiacie

przed obliczem Szamotuł Pani

Ona pobłogosławi przed bitwą

pod Wiedniem

i pocieszy strapionych

rozstrzelanych na Rynku

za swą polskość

W miejscu Ratusza kamienice

brukowane uliczki

pełne westchnień

stuku obcasów

Po tych łbach wilgotnych

ze starej szkoły idzie

pierwszą kaligrafią i cyfrą

uśmiechem i przyjaźnią

pani Zofia Janikówna

Obok swym autorytetem

licealni profesorowie

i rodzice z prawdą o miłości

Po lekcjach cukierki malinki

i malowane nimi usta

Też skąd i od kogo

te pierścionki ze słomy?

I Wacław z Szamotuł

z przesłaniem w swej pieśni

„Jam jest pasterz dobry”



Szamotuły, 25.03.2018

Wschodnia strona rynku w Szamotułach, początek lat 60. XX w. Zdjęcie Fotopolska

Po prawej stronie, na rogu rynku i ul. Poznańskiej, dom, w którym mieszkała rodzina Wąsowskich. Zdjęcie współczesne – Cezary Rajpert

Gabinet dentystyczny Teodora Wąsowskiego

Wizyta u kolegi dentysty Mackiewicza we Wronkach (Tadeusz Hancyk, gospodarz, Teodor Wąsowski)

Organy w kościele św. Stanisława w Szamotułach, zdjęcie po 1952 r. Instrument był używany do lat 80.

Klasa IV b Szkoły Podstawowej nr 2 z wychowawczynią Zofią Janikówną

Zofia Janik (1885-1958)


Daromiła Wąsowska-Tomawska

Urodzona w Szamotułach, absolwentka miejscowegoo liceum. Po ojcu – znanym szamotulskim dentyście – odziedziczyła zawód i zamiłowanie do muzyki klasycznej.

Mieszka w Pobiedziskach koło Poznania. Prezes i współzałożycielka Salonu Artystycznego im. Jackowskich. Poetka.

http://regionszamotulski.pl/daromila-wasowska-tomawska/

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Wielkanoc, Bach i kokardy2025-01-04T11:46:11+01:00

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Dziupla, bąk i Sama

Obrazki z przeszłości, część 9.


Daromiła Wąsowska-Tomawska

DZIUPLA, BĄK I SAMA


Czasami wiosna jest już ciepła. W Święta Wielkanocne zakładam białe kolanówki i tenisówki. Często smaruję je pastą do zębów, specjalnym proszkiem rozpuszczalnym w wodzie lub białą szkolną kredą. Zawsze muszą być czyste. Sukienki, czy krochmalone marszczone spódnice, trudno wyprasować. Miałam taką w duże czerwone maki. Łatwiej wpiąć we włosy kokardę, a brata Bogusia uczesać w fantazyjnego loka.

Wszystko przygotowane do wyjazdu na piknik. Kilka szamotulskich zaprzyjaźnionych rodzin wyjeżdża dużą ciężarówką nad jezioro do Zaniemyśla. Inne koleżanki jadą nad morze. My siedzimy na rozłożonych na trawie kocach, wśród gwaru i śmiechu innych dzieci. Potem biegamy i szukamy kryjówek. Znajdujemy w pobliskim lesie olbrzymie drzewo z wydrążoną dziurą – dziuplą. Bogusz pierwszy się do niej wciska, my – w połowie zadowolone – staramy się jakoś uśmiechać do stojącego z aparatem fotograficznym taty. Wypożyczona łódka obwozi nasze kokardy po wodzie jeziora. Wszyscy szczęśliwi i osmagani „innym słońcem” (jak to morskie), wracamy wieczorem do domu.


W Zaniemyślu – Leontyna Wąsowska i jej dzieci: Daromiła, Maria i Bogusz (1944-2016)


W domu wymyślamy różne zabawy. Nikt się nie nudzi, mimo że nie ma telewizora, komórek i gier komputerowych. Brat goni za „kołem”. Jest to koło od roweru pozbawione szprych. W ręce trzyma wygięty, dopasowany do obręczy haczyk. Puszcza koło w ruch i haczykiem prowadzi je po ulicach szamotulskiego Rynku. Robi się hałas tartego o siebie metalu. Jeden z kolegów kupuje w sklepie u pana Sucharskiego przy Rynku wystruganego z drzewa bąka osadzonego na gwoździu. Zakręca go ręcznie na chodniku i popędza grubym sznurem przyczepionym do kija. Goni za bąkiem, ile ma sił w nogach.

Inni grają w cymbergaja. Na prostym stole rysują dwie bramki. Pomiędzy nimi leży drobna moneta. Każdy z dwóch graczy ma swój pieniążek. Przesuwa go grzbietem grzebienia, do bramki przeciwnika musi wbić nim – jak piłkę – ten trzeci pieniążek.

Ja spotykam się dzisiaj u koleżanki z klasy na jej podwórku. Rzucamy do siebie z dużej odległości piłkę. Aż dudnią nasze wątłe klatki piersiowe. Żadna z nas nie chce wypuścić piłki z rąk. Gra jest bardzo zacięta, nawet zawzięta, często kończy się remisem. Ogród Hani sięga rzeki Samy. Gonimy się. Dotknięty rozkłada w poprzek ręce i czeka na „wybawienieˮ ‒ odklepanie, by mógł dalej gonić. Tak uwolniony dotknięciem kolegi, wpada do rzeki nasz brat Bogusz. Mokry, kończy naszą dalszą zabawę. Dziewczynki skaczą jeszcze na skakance, inne w wyrysowane kredą na chodniku – klasy.

NAD SAMĄ

Biegnę znów przez most
nad Samą w tenisówkach
w kokardzie z nutami
na lekcje do pani Górskiej
a potem pod mostek
przy torach
Tam jeszcze pachnie młoda trawa
i stokrotka wciąż bieli
Jasiu − ciuchcia gwiżdże
dwa wagony na węgiel
jak pudełka szyte klejone z pocztówek
diabliki chochły amorki
i pierścionek ze słomy
Już się zmierzcha pieśnią Wacława
i tylko nad Samą
tuła się jeszcze jeden wiersz

Trzeba jeszcze odrobić lekcje, poćwiczyć na pianinie. Jakie te dni są krótkie. Na dobranoc dzieci całują w rękę rodziców i dziadków. Wychodząc do szkoły, czynimy to samo.


Szamotuły, 12.03.2018

Od lewej Leontyna Wąsowska, Bogusz Wąsowski, Teodor Wąsowski, poniżej Maria Wąsowska-Grajkowska i Daromiła Wąsowska-Tomawska, 1947 r.

Leontyna i Teodor Wąsowscy z Daromiłą i Boguszem

Dom, w którym mieszkali Wąsowscy, Rynek, narożnik ul. Poznańskiej. Zadjęcie Marta Szymankiewicz

Most na Samie przy ul. Dworcowej. Zdjęcie Marta Szymankiewicz

Dom w pobliżu dworca – miejsce lekcji muzycznych. Zdjęcie Marta Szymankiewicz

Zdjęcia na górze: Jerzy Walkowiak i Ryszard Smulkowski

Daromiła Wąsowska-Tomawska

Urodzona w Szamotułach, absolwentka miejscowegoo liceum. Po ojcu – znanym szamotulskim dentyście – odziedziczyła zawód i zamiłowanie do muzyki klasycznej.

Mieszka w Pobiedziskach koło Poznania. Prezes i współzałożycielka Salonu Artystycznego im. Jackowskich. Poetka.

http://regionszamotulski.pl/daromila-wasowska-tomawska/

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Dziupla, bąk i Sama2025-01-04T11:47:17+01:00

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Pierwsze radio, kluczyk i chichot diabła

Obrazki z przeszłości, część 8.


Daromiła Wąsowska-Tomawska

PIERWSZE RADIO, KLUCZYK I CHICHOT DIABŁA


Rozpoczynają się lata trzydzieste XX wieku. Mój przyszły ojciec ‒ Teodor Wąsowski, urodzona „złota rączka”, konstruuje dla siebie pierwsze słuchawkowe radio na kryształek, podpowiada mi najmłodszy brat Zenon Wąsowski. Zeniu po ojcu odziedziczył wszystkie najlepsze zdolności.

W tym też okresie Teodor uczy się czytania pierwszych nut. Przez szparę uchylonych drzwi podgląda, jak syn jego pracodawcy pobiera lekcje muzyki. Zaraz siada do fortepianu, jak tylko nauczyciel wychodzi. Szybko powtarza podsłuchaną lekcję. Nie przeszkadza to dentyście – panu Edmundowi Michalskiemu, gdyż sam jest wielkim pasjonatem muzyki. W Teodorze znajduje nie tylko dobrego pracownika ‒ technika dentystycznego, ale i swojego sprzymierzeńca. Często organizuje w swoim mieszkaniu spotkania z muzykami. W krótkim czasie dołącza do nich Teodor. Zakładają w Szamotułach kwartet muzyczny i wspólnie koncertują. Mój przyszły ojciec do perfekcji opanowuje grę na fortepianie, akordeonie, skrzypcach.


Rynek w Szamotułach – dom, w którym po wojnie mieszkała rodzina Wąsowskich. Zdjęcie Marta Szymankiewicz


BALLADA O DOMU

[…] Ojciec uniesie ramię adapteru

otworzy się stanie cisza

I tylko Muzyka

Wtedy trudna

I ten sam oddech matki

za uchem na szyi

Potem zaskrzypi krzesło

Będą czytać dziś Słowackiego

a my z umazanymi wargami od kremu

podglądać

jak ojciec gra Chopina


Lata pięćdziesiąte. Spotykamy się wszyscy w pokoju „męskim”. Tak go rodzice nazywają. Obsiadamy dwa opasłe fotele i czekamy, aż ojciec otworzy „zaczarowaną szafkę”, pełną klasycznej muzyki. Dolna jej część przeznaczona jest dla winylowych płyt. Każda ma swoją przegródkę i numer w katalogu. My wiemy, która płyta jest dla nas, dzieci, najważniejsza. W górnej części, też zamykanej, szafki umieszczony jest gramofon z rączką na wymienną igłę. Tato dorabia do niego jednak wzmacniacz lampowy, by można regulować głośność.

Po każdym czwartkowym wysłuchaniu jednej z płyt (w przymuszonej powadze ‒ na początku wdrażania się w muzykę), szafka zostaje zamknięta na kluczyk. Wiemy, gdzie on jest i tylko czekamy na okazję, by szafkę pod nieobecność rodziców otworzyć. Śpieszymy się, byle zdążyć przed ich powrotem z kina. I staje się. Kluczyk łamie się i zdradza popełniony czyn, ale cel zostaje osiągnięty. Jest ulubiona nasza wspólna płyta Serenada Mefista z opery Faust Charlesa Gounoda. Czekamy na „chichot diabła”, tak ten śmiejący śpiew nazywamy. Śpiewa swym cudownym basem Bernard Ładysz. Czekamy też znów na dwuznaczne spojrzenie po sobie i uśmiech naszych rodziców. „Złapali bakcylaˮ – komentuje półgłosem tato.

ŚWIĘTA SZAFA RADIOLA

bratu Zenonowi Wąsowskiemu

Skleiłeś uratowałeś ją

76 obrotów

I mówisz mi Zeniu

że prasujesz

starą zapisaną ręcznie

wyblakłą kartę

– katalog płyt- ręka ojca

I jak wtedy

ty dzisiaj układasz

w dębowej świętej szafce

czarny krążek

Znów ma swoje miejsce

Ważne jak każdy palec

Tylko siąść na kolanach matki

przyłożyć do ucha skupione wargi

I słuchać słuchać


Radiola Teodora Wąsowskiego

Zdjęcia orkiestry Edmunda Michalskiego z archiwum rodzinnego Ewy Michalskiej-Czajki, pozostałe – z archiwum rodziny Wąsowskich


Szamotuły, 02.03.2018

Teodor Wąsowski, lata 30. XX w.

Zespół muzyczny Edmunda Michalskiego, połowa lat 20. XX w. Na dole siedzi Leon Michalski – to z prowadzonych dla niego lekcji muzyki korzystał także Teodor Wąsowski.

Zespół muzyczny Edmunda Michalskiego, 1. połowa lat 30. XX w. W orkiestrze grają dzieci Edmunda: Leon (3. z lewej na górze) i Bożena (w środku zdjęcia).

Teodor Wąsowski przy pianinie, 2. połowa lat 30. XX w.

Od lewej Leontyna Wąsowska, Bogusz Wąsowski, Teodor Wąsowski, poniżej Maria Wąsowska-Grajkowska i Daromiła Wąsowska-Tomawska, 1947 r.

Kompozycja Teodora Wąsowskiego

Daromiła Wąsowska-Tomawska

Urodzona w Szamotułach, absolwentka miejscowegoo liceum. Po ojcu – znanym szamotulskim dentyście – odziedziczyła zawód i zamiłowanie do muzyki klasycznej.

Mieszka w Pobiedziskach koło Poznania. Prezes i współzałożycielka Salonu Artystycznego im. Jackowskich. Poetka.

http://regionszamotulski.pl/daromila-wasowska-tomawska/

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Pierwsze radio, kluczyk i chichot diabła2025-01-04T11:48:34+01:00
Go to Top