Daromiła Wąsowska-Tomawska, Tadeusz, flaga i znicz

Obrazki z przeszłości, część 7.


TADEUSZ, FLAGA I ZNICZ


Duży pokój w jednym z szarych bloków w nadodrzańskiej dzielnicy Opola. Na ścianie obraz świętej rodziny, pod telewizorem haftowana serweta, na stole kilka ciastek rozłożonych na porcelanowej paterze. Niby wszystko normalnie, tak zwyczajnie jak w wielu domach w Opolu czy Polsce. Jednak jeden szczegół zmienia wszystko. Amerykańska flaga, postawiona na bufecie w centralnym miejscu tuż pod zdjęciem Tadeusza z żoną zawieszonym na ścianie.

Od razu widać, że ta flaga ma swoją historię, że jest ważnym elementem w tym domu oraz czymś wyjątkowym dla właściciela.

– Ta flaga jest ze mną od 1945 roku – zaczyna opowieść Tadeusz. – Nie zdjąłem jej nigdy. Wisiała nawet w cholernych latach 50., gdy za taką flagę do więzienia można było trafić. Dla mnie ta flaga to symbol wolności, takiej amerykańskiej legendarnej wolności, której szukałem na swojej życiowej drodze zawsze.



Droga Tadeusza Kruszony rozpoczęła się w Szamotułach jako najmłodszego z jedenaściorga rodzeństwa. Urodził się w roku 1926, wtedy, kiedy „Gazeta Szamotulska” kosztowała 4,55 zł, a „ za odnoszenie jej przez listowego do domu” płaciło się 55 groszy miesięcznie. W czasie, kiedy się urodził, Cielink i Synowie z Szamotuł reklamowali się swoją „wypożyczalnią nowoczesnych garniturów młóckarnych do młócki ziemiopłodów”, a kapelmistrz orkiestry „Dom Sierot” ‒ Franc Bronowski ogłaszał w „Gazecie Szamotulskiej”, że u niego: „lubownicy muzyki na wszelkich instrumentach dętych i rżniętych znajdą sumienne lekcje”.

Tadeusza świat muzyki jednak nie wciągał, scenariusz dalszego życia napisała za niego wojna… Kiedy 1 września 1939 roku Ignacy Klemenczak organizował w Szamotułach Obronę Cywilną, Tadeusz miał 13 lat. Dorósł bardzo szybko. Najpierw wywieziony był do pracy w Niemczech, tam przez 3 lata koło Drezna pracował w gospodarstwie rolnym. Uciekł jednak, gdy miał 16 lat, i dostał się do Francji, przedostał się na północ kraju, gdzie trafił na lądowanie  Aliantów, czyli D-Day. Dzień, w którym tylko w pierwszym rzucie zginęło ponad 2,5 tysiąca żołnierzy alianckich, a blisko 8,5 tysiąca było rannych, dzień który całkowicie zmienił los II wojny światowej. Tego dnia Tadeusz miał już 18 lat. Wtedy przyłączył się do wojsk amerykańskich. Jeździł Willysem MB i zbierał zwłoki do worków. Jak sam mówił – tak aby się zgadzało: głowa, tułów, dwie ręce, dwie nogi. Rzadko trafiły się ciała nierozczłonkowane. – To były naprawdę chwile, których nigdy się nie zapomni. Ten obraz będzie wracał zawsze – mówił Tadeusz. – Ale były też wspaniałe momenty – jak ten, gdy rękę mi uścisnął generał Eisenhower, czy ten, gdy zaproponowano mi, że mam płynąć do Japonii, a stamtąd już prosto do Stanów, bo otrzymam obywatelstwo. Włączyła mi się jednak cholerna ciekawość, co w Szamotułach słychać po wojnie. Razem z przyjacielem mieliśmy plan, by pojechać do Polski na chwilę, następnie wrócić i lecieć na front do Japonii, a potem już do USA. I tak na chwilę wróciłem i tak tu siedzę całe życie.

Szamotuły odwiedzili na krótko w 1945 roku, bo widzieli, co się tu dzieje. Od razu podjęli decyzję, że uciekają z Polski. Złapali ich na granicy. Areszt, więzienie w Raciborzu i kilka lat znów z życia zabrane. Gdy wyszedł, od razu chciał uciekać po raz drugi. I po raz drugi go aresztowano. Wtedy już miał dość. Został. Nie w Szamotułach, lecz w Opolu. Był pracownikiem i brygadzistą w energetyce w Opolu. I przez 40 lat z Szamotułami w pamięci, z amerykańskim snem w sercu i flagą USA, która każdego dnia ten sen przypominała. Czy był szczęśliwy? Był bardzo. Żona, córka, dobre, spokojne życie. Czy chciałby zamiast w Opolu to gdzieś w Arizonie sprawdzać linie energetyczne – na pewno. Czy tęsknił za Szamotułami? Nie. Dobrze mu było na Śląsku. Ale miał je zawsze w pamięci. Opowiadał o nich, jakie były w jego dzieciństwie, wspominał rodzeństwo, rodziców, to były już inne Szamotuły po 70 latach. I właśnie tych Szamotuł mu brakowało, kiedy stanął nad grobem siostry Leontyny i szwagra Teodora, kiedy zapalił im znicz, podniósł się z kolan i otarł łzę z policzka. Taką łzę z tęsknoty za siostrą i tymi Szamotułami, gdy „Gazeta Szamotulska” kosztowała 4,55 kwartalnie, a 55 groszy miesięcznie dodatkowo za „odnoszenie jej przez listowego do domu”.

Konrad Pontus


Szamotuły, 22.02

13-letni Tadeusz Kruszona (w dolnym rzędzie 2. od lewej) na zdjęciu zrobionym z okazji ślubu siostry Leontyny, 5.08.1939 r.

Tadeusz Kruszona (1926-2008)

Grób Leontyny i Teodora Wąsowskich na cmentarzu w Szamotułach


Na górze – Willys MB. Zdjęcie Michał Jelionek / Trojmiasto.pl


Daromiła Wąsowska-Tomawska, Tadeusz, flaga i znicz2025-01-04T11:50:02+01:00

Wojenne losy rodziny Kwiatkowskich z Otorowa

Wojenne losy rodziny Kwiatkowskich z Otorowa

Wojciech Kwiatkowski – jeden z rozstrzelanych na szamotulskim Rynku

Szamotuły, luty 2001

Koniec wieku skłania do podsumowań. W XX-wiecznym świecie, przez który przetaczały się wojny, rewolucje, powstawały i upadały systemy polityczne, ginęły narody, żyli nasi przodkowie, nasi pradziadkowie i ich dzieci. Byli oni świadkami zbrodni nazizmu. To na ich oczach rozgrywała się tragedia II wojny światowej. To na ich życiu odcisnęła ona swoje krwawe piętno. To właśnie oni byli jej niewinnymi ofiarami. W ich pamięci utrwaliły się straszne, ale prawdziwe obrazy wojny. Ich doświadczenia i przeżycia są bardzo cenne, gdyż każdy z członków naszych rodzin współtworzył historię naszego narodu i kraju. Ich relacje mogłyby być ciekawym i wstrząsającym wykładem historycznym. Dlatego też poznawanie i zagłębianie się w historię losów swojej rodziny może być pouczającą i niezapomnianą podróżą w przeszłość.

Myślę, że każdy przechodzący przez Rynek w Szamotułach zauważa pamiątkową tablicę z pięcioma nazwiskami rozstrzelanych w 1939 roku przez gestapowców otorowian. Wśród nich był Wojciech Kwiatkowski ‒ brat mojego pradziadka.

Zdjęcie Jan Kulczak

Przedwojenne losy rodziny Kwiatkowskich

Wojtek był najmłodszym synem Andrzeja i Marii Kwiatkowskich. Mój prapradziadek Andrzej pochodził z Chomranic koło Marcinkowic w Nowosądeckiem. W roku 1922, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, przeprowadził się do Wielkopolski, do Otorowa, z żoną i ośmiorgiem dzieci: Stefanią, Teofilem, Władysławem, Ludwikiem (moim pradziadkiem), Genowefą, Ferdynandem, Stefanem, Wojciechem. Syn Franciszek wcześniej się już ożenił i został w Marcinkowicach, Józef zginął w czasie I wojny, a czworo innych dzieci zmarło w dzieciństwie lub wczesnej młodości, przed wyjazdem rodziny Kwiatkowskich do Wielkopolski.

Kwiatkowscy od razu zaangażowali się w życie społeczności Otorowa. Synowie  byli członkami Towarzystwa Gimnastycznego „Sokółˮ, założonego w Otorowie 8 sierpnia 1926 roku, które oprócz rozwoju fizycznego pielęgnowało tradycje polskie i patriotyczne postawy. Zachowały się liczne zdjęcia z tego okresu. Spośród Kwiatkowskich szczególnymi zdolnościami akrobatycznymi wyróżniał się mój pradziadek Ludwik.

W Otorowie działała też przed II wojną prężna polska organizacja: Przysposobienie Rolnicze do Potęgi Rzeczpospolitej Polskiej, do której także należeli bracia Kwiatkowscy.

Siostry Stefania i Genowefa należały do Towarzystwa Młodych Polek. Z pełnym zaangażowaniem włączały się w organizowanie zabaw, dożynek, festynów, uroczystości kościelnych i świeckich.

Genowefa brała również udział w zajęciach Szkoły Gospodarstwa Domowego, prowadzonej przez siostry urszulanki. Wspominała postać siostry Urszuli Ledóchowskiej, późniejszej świętej, którą osobiście poznała.

Bracia Kwiatkowscy byli bardzo muzykalni, grali na różnych instrumentach i ‒ jak wspominała ich siostra Genowefa ‒ wiedli prym w czasie zabaw wiejskich. Dziewczęta polskie miały większe powodzenie wśród chłopców niż mniej urodziwe Niemki, co miało być też późniejszym powodem do napiętnowania Kwiatkowskich w czasie okupacji.


Zdjęcie przedstawia dożynki w Kocim Borku, między Otorowem a Lipnicą, w punkcie masowych spotkań kulturalnych, przedstawień i zabaw otorowian. Mężczyźni stojący na górze to bracia Kwiatkowscy: Teofil ‒ powożący, Wojciech ‒ skrzypce, Ludwik ‒ klarnet, syn Stefanii Ignacy ‒ altówka, Ferdynand ‒ kontrabas. U dołu od prawej stoją Genowefa i Stefania.


Wojciech Kwiatkowski urodził się w 1916 roku, uczył się w szkole średniej w Szamotułach. W 1939 roku uczęszczał do klasy maturalnej. Był oczytany, wprowadzał eksperymentalną hodowlę wikliny w rodzinnej miejscowości, czego ślady zachowały się do dziś.

Losy rodzeństwa Wojciecha były różne. Starszy brat Władysław ożenił się i zamieszkał w Szamotułach. Stefan został powołany do marynarki wojennej w Gdańsku, a 27 sierpnia 1939 roku został zmobilizowany do obrony Helu. Ferdynand w latach 30. wyjechał do Gdańska i pracował w porcie przy obsłudze dźwigów. Losy Stefanii były dość zawiłe, gdyż straciła męża na I wojnie światowej, a w końcu lat 20. wyjechała do Argentyny, gdzie wyszła za brata swego nieżyjącego męża. Genowefa wyszła za mąż i zamieszkała w Sannikach koło Kostrzyna. Teofil ożenił się w Otorowie i zamieszkał z rodzicami Andrzejem i Marią. Razem prowadzili gospodarstwo.

Mój pradziadek Ludwik założył rodzinę w Otorowie. Poślubił Franciszkę Marszałek i z tego związku przyszła na świat czwórka dzieci, w tym moja babcia Irena (po mężu Krupińska). W 1937 roku moja prababcia Franciszka umarła w wieku 26 lat, zostawiając malutkie dzieci. W pół roku po tym Ludwik ożenił się powtórnie z Marią Baran.


Siedzą Maria z domu Wójs (1873-1966) i Andrzej (1861-1944) Kwiatkowscy. Stoją od lewej: synowie Władysław (1899-1977), Ludwik (1905-1995), Teofil (1897-1968), córka Genowefa po mężu Zając (1909-2010), zieć Czesław Zając (1903-1992), synowie Stefan (1912-2009), Ferdynand (1911-1953) i Wojciech (1916-1939)


Maria i Andrzej Kwiatkowscy z otoczeniu dzieci i wnuków. Stoją od lewej: Władysław, Wojciech, Ferdynand, Genowefa, Ludwik i Stefan


Drugi ślub Ludwika Kwiatkowskiego, 1937 r.


Z prawej: Wojciech Kwiatkowski, fragment zdjęcia ze ślubu brata

Zdjęcia z archiwum rodzinnego Jerzego Zająca (siostrzeńca Wojciecha Kwiatkowskiego)

Egzekucje otorowian

1 września 1939 roku Niemcy rozpętały II wojnę światową. Dnia 7 września żołnierze niemieccy zajęli Szamotuły. W październiku 1939 roku rozpoczęły się prześladowania i aresztowania tych najbardziej niepokornych wobec Niemców. Również w małym Otorowie stacjonował niemiecki oddział wojskowy. Miejscowi Niemcy pamiętali opór większości otorowian wobec zaborcy i to oni byli głównymi donosicielami do swoich władz. Wybierano tych najbardziej aktywnych w życiu miejscowej społeczności, ludzi zdolnych, kształcących się w szkołach średnich. Pewną rolę w tym donosicielstwie odegrały animozje sąsiedzkie, wcześniejsze zatargi z Polakami, a nawet urażone ambicje Niemek, które ‒ jak wspominają świadkowie ‒ nie cieszyły się powodzeniem na zabawach wśród młodych otorowian. Szczególną bezwzględnością w egzekwowaniu niemieckiego prawa wsławił się niemiecki żandarm Harder.

Jak wspominała Genowefa, Wojtek spodziewał się aresztowania, a donieśli mu o tym, być może, jacyś życzliwsi Niemcy. Podjął decyzję, że schroni się właśnie u niej i jej rodziny, za Poznaniem. Jechał rowerem. Towarzyszył mu znajomy Ignacy Gołaś. Na miejscu okazało się, że siostra jest po porodzie i najprawdopodobniej zdecydował się na powrót do Otorowa, by w tej sytuacji nie stwarzać jej dodatkowych problemów. 11 października wieczorem wrócili do domu.

Dnia 12 października rozeszła się wiadomość o aresztowaniu dziesięciu Polaków. Oskarżono ich o wywieszenie polskiej flagi i sprofanowanie swastyki na budynku władz niemieckich w Otorowie. Jak się okazało, zrobili to sami Niemcy, aby stworzyć powód do krwawego rozliczenia się z rzekomymi winowajcami i aby zastraszyć ludność. Była to prowokacja gestapowców, jedna z wielu, jakie zarejestrowano na początku wojny w całej Polsce. Na liście rzekomych sprawców widniało także nazwisko Wojciecha Kwiatkowskiego. Niemcy wpadli około ósmej rano do domu. Zastali go przy zabawie z rocznym bratankiem Wiktorem, synem Teofila. Niemcy związali Wojciecha, kopali i bili. Podobny los spotkał pozostałych dziewięciu otorowian.

Spośród mieszkańców Otorowa wybrano również zakładników, w tym Andrzeja Kwiatkowskiego, ojca Wojciecha. Wszystkich mieszkańców wpędzono z pól i z domów pod kościół, gdzie po południu nastąpiła egzekucja pięciu aresztowanych. Jako pierwsi zginęli: Józef Ceglarz, Aleksander Gołaś, Zdzisław Jajuga (najmłodszy, nie miał jeszcze 18 lat), Witold Chełmiński, Ludwik Kalemba. Ciała zamordowanych załadowano na wóz i kazano m.in. księdzu proboszczowi Tadeuszowi Zamysłowskiemu ciągnąć go aż na cmentarz, gdzie zwłoki wrzucono do wspólnego dołu.

Rozpacz i żałoba zapanowała wśród Polaków, a Niemcy bawili się tego wieczoru przy wesołej muzyce i głośnych śpiewach w sali w pobliżu miejsca rozstrzelania. Oni świętowali „zwycięstwoˮ. Świadkowie tego mordu wspominali wiele bardzo drastycznych scen z tego dnia.

Pozostałych pięciu miało przed sobą ostatnią, koszmarną noc. Oprócz Wojciecha Kwiatkowskiego byli to: Jan Pietraszewski, Stanisław Bednarz, Józef Furmanek i Wiktor Bilon. Zamknięci w ciasnym pomieszczeniu gospodarczym przy siedzibie okupantów, czekali na przewiezienie następnego dnia do Szamotuł, gdzie czekała ich śmierć. Mieszkańcy Otorowa wspominają heroiczną postawę ks. Zamysłowskiego, który nie zostawił skazanych w osamotnieniu. Mimo straży odważnie podszedł do drzwi komórki i przez szpary między deskami spowiadał i udzielał rozgrzeszenia. Był to ostatni obrachunek uwięzionych z Bogiem.

Następnego dnia rano, 13 października 1939 roku, w piątek, wywieziono ich do Szamotuł i postawiono pod murem na Rynku ‒ tam gdzie obecnie umieszczona jest tablica pamiątkowa. Niemcy spędzili tym razem szamotulan, aby patrzyli na to barbarzyńskie widowisko. Wyrzucali Polaków ze sklepów, domów i zakładów pracy, aby ich zastraszyć i uświadomić im bezsilność wobec potęgi „rasy panów”.

W wydanej krótko po wojnie pracy Wojciecha Próchnickiego Ziemia szamotulska w walce, cierpieniu ‒ i wolności tak opisano ostatnie chwile życia pięciu skazanych:

Tuż przed wystrzałem młodzi otorowanie pożegnali się ze sobą, a Jan Pietraszewski ponoć zdążył wykrzyknąć: „Umieramy niewinnie. Niech żyje Polska!… Niech żyje Chrystus Król!ˮ

Potem nastąpiły strzały plutonu egzekucyjnego…

Martwe ciała ułożono na wozie i ‒ jak wspominają świadkowie ‒ zaprzężono do niego szamotulskiego adwokata i lekarza. Oni mieli je przeciągnąć na cmentarz i zagrzebać we wspólnej mogile. Miejscowe Niemki rzucały się na szyję „bohateromˮ z plutonu egzekucyjnego z wiązankami kwiatów, a szamotulanie oddają w ciszy hołd Straconym.


Zdjęcie Muzeum – Zamek Górków


Zanim wrócę do wojennych losów pozostałych członków rodziny Kwiatkowskich, kilka słów o powojennym pogrzebie rozstrzelanych w Otorowie i Szamotułach.

Dnia 12 października 1945 roku nastąpiła ekshumacja zwłok z cmentarza szamotulskiego. Prochy otorowian wróciły do rodzinnej ziemi. W uroczystościach ponownego pochówku brali udział zarówno mieszkańcy Szamotuł, jak i Otorowa. Część uroczystości odbyła się na Rynku w Szamotułach, a po przewiezieniu zwłok do Otorowa nastąpił pogrzeb wszystkich dziesięciu ofiar w grobowcu pod kościołem w Otorowie, gdzie spoczywają do dziś.

Na zdjęciach z tego wydarzenia widać członków rodzin zamordowanych, ówczesne władze, siostry Urszulanki. Wśród przemawiających jest też ksiądz proboszcz Tadeusz Zamysłowski, który spowiadał skazanych przed ich rozstrzelaniem. Widać też ogolone głowy jeńców niemieckich, którzy zostali przymuszeni do wykopywania zwłok.



Zdjęcia z archiwum rodzinnego Jerzego Zająca

Wojenne losy pozostałych członków rodziny Kwiatkowskich

Dla mojej rodziny nie był to koniec tragedii. Andrzej Kwiatkowski z synem Teofilem i jego rodziną musieli opuścić swoje gospodarstwo. Kazano im zostawić wszystko. Ich dostatnie gospodarstwo zajęli napływowi Niemcy. Wywieziono ich aż nad Bug do maleńkiej wioski ‒ Wojciechowa koło Łęcznej w Lubelskiem. Prapradziadek Andrzej, ojciec Wojciecha, nigdy nie mógł pogodzić się ze śmiercią ukochanego najmłodszego syna i zmarł tam w lutym 1944 roku, jak mówią członkowie rodziny, ze zgryzoty. Pochowano go w pobliskim Hańsku.

Starszy brat Wojciecha, Ludwik, mój pradziadek, został powołany do Wojska Polskiego już w sierpniu 1939 roku, brał udział w kampanii wrześniowej, a potem dostał się do niewoli niemieckiej i został wysłany na roboty przymusowe do Niemiec. Pracował u gospodarza niemieckiego, a w ostatnim okresie wojny w fabryce amunicji w Hanowerze. Po wywiezieniu na roboty utrzymywał z rodziną kontakt listowy. Wrócił dopiero po sześciu długich latach dnia 27 listopada 1945 roku. „Trudno zapomnieć tę datę. Przecież każdy czekał na ojca” ‒ wspominała moja babcia Irena. Gospodarstwo Ludwika w Otorowie też zostało przydzielone Niemcom, a jego żona wraz z czwórką małych dzieci, w tym z moją ośmioletnią babcią Ireną, schroniła się u rodziny we Lwówku-Józefowie. Mieszkali całą wojnę w jednej ciasnej izbie, często głodując.

Genowefa przez całą wojnę mieszkała ze swoimi małymi dziećmi koło Poznania. Stefan, w randze starszego marynarza, uczestniczył w walkach do końca kampanii wrześniowej na Helu do 2 października 1939 roku. Ranny trafił do więzienia w Wejherowie, a potem do obozu w Stargardzie. Był zmuszony do ciężkich prac polowych i innych robót, w wyniku czego odnowiła się rana. Przewieziono go do obozu i szpitala wojskowego w Greifswaldzie. W listopadzie 1940 roku stanął przed komisją wojskową, która uznała go za inwalidę wojennego i zwolniła do Polski. Przyjechał do Krakowa, gdzie skierowano go do pracy przymusowej. Po wojnie wrócił do Gdańska, nie rozstał się z morzem i został oficerem Żeglugi Morskiej. Władysław został wysiedlony z gospodarstwa w Szamotułach do Gąsaw.

Ferdynand w styczniu 1941 roku znalazł się w rodzinnych Marcinkowicach (w Nowosądeckiem) i tam wkrótce został aresztowany. W rodzinie przekazywane są dwie wersje wytłumaczenia przyczyn tego aresztowania. Pierwsza z nich mówi, że był to ciąg dalszy represji, jakie spadły na rodzinę Kwiatkowskich, w związku z wydarzeniami w Otorowie. Druga wskazuje na działalność polityczną rodziny w Marcinkowicach (wysokie struktury AK) i o aresztowaniu ich oraz wysyłce do Oświęcimia i Ravensbrück. W tych okolicznościach aresztowano Ferdynanda. Został on karnie skazany na katorżnicze prace w kamieniołomach (gdzieś na Dolnym Śląsku). Głodzony, szczuty psami, z pogryzionymi do kości nogami trafił wycieńczony po jakimś czasie do szpitala w Krakowie, gdyż miał być świadkiem w jakiejś sprawie. Potem wysłano go do obozu w Bawarii, najpewniej Dachau. Gdy wrócił po wojnie do Polski, był strzępem człowieka. Zmarł w wieku 36 lat w 1953 roku.

Katarzyna Krajcarz


Otorowo – zdjęcia współczesne


Zdjęcia Agnieszka Krygier-Łączkowska



Szamotuły, 21.02.2018

Wojenne losy rodziny Kwiatkowskich z Otorowa2025-01-04T11:51:28+01:00

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Koza, Głoguj i eksplozja

Obrazki z przeszłości, część 6.


Daromiła Wąsowska-Tomawska

KOZA, GŁOGUJ I EKSPLOZJA


Są późne lata czterdzieste XX wieku. Babcia Pelasia z domu Cicha z dziadkiem Franciszkiem przeprowadzają się. Mieszkają już sami. Ich jedyna córka – siostra Teodora,  Maria Gacka, czyli ciocia Mycha – żyje ze swoją rodziną w Krotoszynie. Tam prowadzi swój zakład fotograficzny.

Idziemy w odwiedziny do dziadków. Przechodzimy tory kolejowe relacji Poznań ‒ Szczecin. Minęliśmy aleję 1 Maja, idziemy dalej szosą w kierunku Ostroroga. W bliskiej odległości, po prawej stronie stoi samodzielny budynek, w którym na piętrze mieszkają dziadkowie. Z tyłu domu duże podwórze szczyci się wybudowanymi chlewikami. W jednym z nich babcia trzyma kozę. Jest okazała, z długimi niebezpiecznymi rogami. Zaczepna, goni po podwórku i, jak tylko może, stara się zaatakować. Być może zapamiętała, jak Bogusz, czyli Głoguj, ciągnął ją za „bumbulajdki”‒ tak mówimy. Są to z boku szyi dziwne ozdoby. Po jednej z każdej strony. Wyglądają jak żywe owłosione wiszące kolczyki. Nie wiem, jak babcia radzi sobie podczas dojenia. Mówi, że nieraz koza próbuje ją kopać. Mleko jednak nam smakuje. To chyba jedyne, co jest w tej kozie dobre.


al. 1 Maja, Zdjęcie Muzeum – Zamek Górków


Jak zwykle na okazałe wyjścia mam na głowie jak nie kokardę, to stroik. Brat uczesany jest w wymodelowanego loka. Mama jest specjalistką od tych dekoracji. Kładzie swój palec na włosach Głoguja i wokół niego grzebieniem układa fryzurę. On musi czekać cierpliwie, aż lok wyschnie.

Pierwsze kroki kierujemy w kierunku podwórza, gdyż z niego wchodzimy na klatkę schodową. Tego dnia koza biega po podwórku. Głoguj jest pierwszym, który chce się z nią przywitać. Oj, jest to gorące powitanie. Koza szybko wbija rogi pod jego krótkie spodenki i unosi do góry. Tak rusza z nim i jego krzykiem, oblatując podwórko. Rodzina goni za nimi, ile sił w nogach. Cała historia kończy się tylko wielkim strachem.

Po upływie jakiegoś czasu dochodzi do nas niepokojąca wiadomość. W kuchni jest już rozpalony piec. Robi się ciepło. Dziadkowie siedzą jeszcze w pokoju. Nagle potworny wybuch stawia ich na nogi. Prawdopodobnie odłamek dynamitu znalazł się w węglu. Przerażeni widzą kuchnię całą w sadzy. Okno z futryną wyleciało na podwórko, trafiając w … kozę. Nie przeżyła. Babcia nie ma już co doić, nie ma też mleka. Wkrótce potem dziadkowie przeprowadzają się do córki Mychy, do Krotoszyna. Szamotulski wilgotny klimat źle wpływa na pogarszającą się astmę dziadka. Tam dożyje 91 roku życia.

Więc już żadnej kozy, żadnego mleka?



Szamotuły, 13.02.2018

Pelagia (1879-1959) i Franciszek (1879-1970) Wąsowscy z synem Teodorem (1911-1967) i córką Marią (1912-2000), ok. 1918 r.


Pelagia i Franciszek Wąsowscy z synową Leontyną, okres II wojny


Daromiła Wąsowska-Tomawska

Urodzona w Szamotułach, absolwentka miejscowegoo liceum. Po ojcu – znanym szamotulskim dentyście – odziedziczyła zawód i zamiłowanie do muzyki klasycznej.

Mieszka w Pobiedziskach koło Poznania. Prezes i współzałożycielka Salonu Artystycznego im. Jackowskich. Poetka.

http://regionszamotulski.pl/daromila-wasowska-tomawska/

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Koza, Głoguj i eksplozja2025-01-04T11:52:48+01:00

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Krawcowa, egzekucja i narodziny

Po prawej – dom, w którym Pelagia i Franciszek Wąsowscy mieszkali z synową na początku II wojny, narożnik Rynku i ul. Dworcowej (wcześniej: Klasztornej). Pocztówka z ok. 1915 r.


Egzekucja 5 mieszkańców Otorowa – 13.10.1939 r.; Źródło: Muzeum – Zamek Górków


Żołnierze hitlerowscy na szamotulskim Rynku. Źródło: Fotopolska


Pelagia i Franciszek Wąsowscy z synową Leontyną, okres II wojny.


Tablica na miejscu egzekucji, zdjęcie współczesne – Jan Kulczak

Pozostałe zdjęcia z archiwum rodziny Wąsowskich i Tomawskich

Obrazki z przeszłości, część 5.


Daromiła Wąsowska-Tomawska

KRAWCOWA, EGZEKUCJA I NARODZINY


Z lewej: Pelagia (1879-1959) i Franciszek (1879-1970) Wąsowscy z synem Teodorem (Dorciem) (1911-1967), ok. 1914 r.; z prawej: zdjęcie ślubne Leontyny (1911-2001) i Teodora Wąsowskich, 2.08.1939 r.


Mija sześć tygodni od ślubu moich przyszłych rodziców. 1 września 1939 roku wybucha II Wojna Światowa. Niemcy napadają na Polskę. Młody małżonek Teodor żegna swoją Leontynę na ponad dwa lata. Idzie na front, gdzie jest sanitariuszem. Potem trafia jako jeniec do niewoli. Losia ‒ tak ją nazywa, zamieszkuje w tym czasie u teściów, Pelagii z domu Cichej i Franciszka Wąsowskich.

Moja przyszła babcia jest dokładną, pracowitą krawcową, dziadek – szanowanym cieślą. Zajmują mieszkanie w narożnikowej kamienicy, której okna wychodzą na szamotulski Rynek. Zza przysłoniętych szyb podglądają ulicę i są świadkami egzekucji. Pięciu polskich młodych chłopców, patriotów z pobliskiego Otorowa, zostaje rozstrzelanych przez Niemców. Ten makabryczny obraz pozostaje w sercu i umyśle Leontyny na całe życie. Po latach zdaje relację swoim dzieciom, opowiada ze łzami w oczach. Nie jest w stanie oglądać filmów związanych z wojną.

Do krawcowej Pelasi przychodzą Niemki ze swoimi materiałami, przeróbkami odzieży. Po ich wyjściu z mieszkania, babcia z wściekłością wrzuca – jak mówi ‒ „te szwabskie szmaty” pod łóżko. Przygryza wargi i szybko siada do maszyny. „Trzeba przecież z czegoś żyćˮ ‒ uspokaja ją synowa.

Teściowa ciągle nie wierzy, że jej syn wróci z wojny. Pełna energii i nadziei Losia ‒ obiecuje. Kontaktuje się z polskim dentystą, u którego Teodor pracował przed wojną. Robią starania o powrót z wojny dobrego fachowca, który jest tu, w Szamotułach, bardzo potrzebny. Teodor wraca z obciętym palcem lewej ręki, który stracił w niemieckiej młocarni. Wraz z żoną przeprowadza się do jednego – przechodniego pokoju w budynku przy placu Sienkiewicza w Szamotułach.

Urodzonemu w 1943 roku dziecku mama Leontyna robi z bandaży sweterek  Wybierają jedno z dziesięciu dziewczęcych i tylu samych chłopięcych imion nakazanych przez Niemców ‒ córka otrzymuje na chrzcie św. imię Daromiła. Wszystkie dziewczęta na drugie imię musiały mieć Kazimiera. Za półtora roku przyjdzie na świat brat Bogusz (mój Głoguj). Żadna miłość nie zna granic.



Z lewej: Leontyna Wąsowska, zdjęcie z 1939 r.; zdjęcie to miał ze sobą mąż Teodor w okresie niewoli; w środku: napis na odwrocie zdjęcia; z prawej: Daromiła Wąsowska, 1943 r.

Szamotuły, 04.02.2018

Daromiła Wąsowska-Tomawska

Urodzona w Szamotułach, absolwentka miejscowegoo liceum. Po ojcu – znanym szamotulskim dentyście – odziedziczyła zawód i zamiłowanie do muzyki klasycznej.

Mieszka w Pobiedziskach koło Poznania. Prezes i współzałożycielka Salonu Artystycznego im. Jackowskich. Poetka.

http://regionszamotulski.pl/daromila-wasowska-tomawska/

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Krawcowa, egzekucja i narodziny2025-01-04T11:54:18+01:00

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Wózek z dyszlem i złote monety


Marianna Kruszona (1889-1971)



Andrzej Kruszona (1882-1955)


FOTOGRAFIA

Słychać bliskie kroki

koń już gotowy w zaprzęgu

a słomiana wkładka w trzewiku babki

skręca się uwiera

W jelonkowej sakiewce

ofiarny talar

Widzę te fotografie

zamknięte w ramkach

i twarze za mgłą pergaminu

W albumie mundur proch

i panna we fiokach

pachnąca szarym mydłem

W kufrze mól

ktoś mówi

I wciąż szumi skrzypi

to dobre drzewo



Marianna i Andrzej Kruszonowie na ślubie córki Leontyny z Teodorem Wąsowskim, 5.08.1939 r.

Marianna siedzi obok córki, Andrzej stoi po lewej stronie

Obrazki z przeszłości, część 4.


Daromiła Wąsowska-Tomawska

WÓZEK Z DYSZLEM I ZŁOTE MONETY


Zenia nie ma na świecie. Jeszcze go bocian nie przyniósł ‒ tak wiemy. Marysia, Boguś i ja, najstarsza, idziemy do babci Maryni na służbę. Tak babcia mówi, jeśli ma w planie zrobienie wnukom dużo radości. Na Lipowej 13 śpimy wszyscy razem. Rano pijemy mleko od kozy. Babcia w chlewiku w podwórzu chowa również świnkę. Mówi: „idę napaść niudę”. Niesie jej w wiadrze ciepłe jedzenie. Przyniesie świeżo udojone mleko od kozy, też jeszcze ciepłe.

Wózek z dyszlem przygotowany jest już do drogi. Są sznurki, dzbanek z kawą, skibki na wycieczkę. Wózek jest drewniany, na czterech kołach. Pomieści dużo. Nasza trójka już siedzi w nim na workach. Babia chwyta dyszel i ciągnie. Jedziemy radośni na Łowizę. Mijamy Dom Dziecka, potem drogą brukowaną i dalej polną jedziemy w kierunku lasu. Babcia nie narzeka, że dzikujemy na tym wózku. Na głowie ma założoną płócienną chustkę, która chroni ją przed słońcem, ale i wysiłkiem. Ta jest mniejsza od takiej, jaką zakłada, idąc do miasta. Jest wtedy większa – czarna lub biała z długimi frędzlami. Inne kobiety też chodzą w chustach na głowie.

Babcia wygląda zawsze elegancko. Tę pedanterię odziedziczyła po swojej matce Mariannie z domu Tecław, zamieszkałej w Popowie. Mąż jej Jakub Nayder przycinał do aksamitnych bucików żony co tydzień słomiane, świeże wkładki. W niedzielę bryczką jechali do Szamotuł na Mszę Świętą. Marianna z gospodarstwa zawoziła do Żyda masło. Do swojego domu kupowała tańszy olej. Za zaoszczędzone pieniądze kupowała złote monety, które później przeznaczyła na odbudowę Państwa Polskiego. Przypomina mi o tym moja siostra Maria Grajkowska. Drzewo genealogiczne rodziny zrobił mój najmłodszy brat Zenon Wąsowski ‒ ten, którego dopiero miał przynieść bocian.

Babcia wie, gdzie przystanąć w lesie, w którym miejscu i jak ustawić wózek, by było najbliżej i najłatwiej do powrotu. To będzie ciężka droga. Biegamy po lesie tak, by babcia miała nas na oku. Wtedy musimy jej słuchać: oby się tylko nie zgubić! Wszyscy wiemy, po co tu przyjechaliśmy. Musimy nazbierać pełen wózek szyszek. Zima będzie długa. Szyszka jest najlepszym zapachem i rozpałką w kurierku, jaki jedyny na kuchnię i pokój babcia posiada. Szybko musi zrobić się ciepło, zanim wszyscy wstaną.

W LESIE

siostrze Marysi

Tyle szyszek
I ciągle ten sam
wózek z dyszlem
babci Maryni


Szamotuły, ul. Lipowa 20 (kiedyś 13)


Chodzimy po lesie, każdy z nas zbiera i układa szyszki w jedno miejsce. To trwa godzinami. Nikt się nie nudzi. Babcia odkarmia nas suchą, pyszną kiełbasą ze świniobicia, my ją miętowymi cukierkami. Wózek jest już pełen, ale jeszcze trzeba napełnić kilka worków. Te układa na samej górze. Grubymi zaś patykami – „knebloszkamiˮ i sznurkiem wzmacnia całą konstrukcję. Marysia jest jeszcze mała i już bardzo zmęczona. Siedzi na szyszkach pomiędzy workami. Babcia ciągnie wózek, my pchamy, ile tylko mamy jeszcze sił. Nikt prócz nas nie wie, jaki to był potem zdrowy sen.

Dziadek Andrzej (babcia mówi: Jędruś) wraca z pracy chory. Jest majstrem w szamotulskiej Fabryce Mebli. Łóżko z czystą, wykrochmaloną pościelą jest przygotowane. Babcia w nocy znajduje męża ubranego w kalesony i nocną koszulę, zaczepionego jednym kołem tego samego wózka o drzewo na ulicy. Dziadek jedzie do pracy w wysokiej gorączce. Nie odzyskuje już przytomności. Umiera z rozległym zapaleniem płuc.



Szamotuły, 27.01.2018

Daromiła Wąsowska-Tomawska

Urodzona w Szamotułach, absolwentka miejscowegoo liceum. Po ojcu – znanym szamotulskim dentyście – odziedziczyła zawód i zamiłowanie do muzyki klasycznej.

Mieszka w Pobiedziskach koło Poznania. Prezes i współzałożycielka Salonu Artystycznego im. Jackowskich. Poetka.

http://regionszamotulski.pl/daromila-wasowska-tomawska/

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Wózek z dyszlem i złote monety2025-01-04T11:55:30+01:00

Leon Michalski

Szamotulskie Koło Wielkopolskiego Stowarzyszenia Pamięci AK uwiecznia postać szamotulanina


Powstanie warszawskie odebrało mu marzenia o zostaniu chirurgiem, dało miłość życia


25 stycznia w Muzeum – Zamku Górków odbyła się konferencja poświęcona Leonowi Michalskiemu (1917-2010) – urodzonemu w Szamotułach żołnierzowi Armii Krajowej, powstańcowi warszawskiemu, wybitnemu lekarzowi i wspaniałemu człowiekowi. Jego sylwetkę w wyczerpującym referacie połączonym z prezentacją multimedialną przedstawiły Katarzyna Okraska i Maria Idziak – członkinie WSPAK, uczennice Zespołu Szkół nr 2 w Szamotułach. Obecna była córka Leona Michalskiego – Ewa Michalska-Czajka wraz z mężem Bogdanem Czajką, która o swoim ojcu opowiedziała we wzruszającym wystąpieniu.  Całość prowadził opiekun Koła Piotr Gotowy. Największa sala Muzeum wypełniona była po brzegi, część uczniów siedziała nawet na podłodze.

Rodzina

Leon Michalski urodził się 12 września 1917 roku w swoim domu rodzinnym przy ul. Poznańskiej w Szamotułach. Jego matką była Cecylia z domu Steinhauff, ojcem Edmund Michalski z rodziny od wielu pokoleń związanej z Szamotułami.

Matka Leona Michalskiego, Cecylia, urodziła się w 1874, a zmarła w 1967 r. Na uwagę zasługuje fakt, że gdy Leon przychodził na świat, miała 43 lata. Ojciec Cecylii, a dziadek Leona, Franz (Franciszek) Steinhauff urodził się w rodzinie niemieckiej w okolicach Międzyrzecza. Wbrew woli swojej rodziny ożenił się w szamotulskiej kolegiacie w 1854 r. z Polką, późniejszą babką ze strony matki Leona, Teofilą z domu Cwojdzińską. Franciszek Steinhauff osiadł na stałe w Szamotułach, do końca życia posługiwał się językiem polskim, a jego nazwisko często pojawiało sie w aktach miejscowego urzędu stanu cywilnego jako świadka na ślubach. Rodzicami Teofili, babki Leona, byli Jan Cwojdziński i Brygida z domu Jarnecka.

Ojcem Leona Michalskiego był Edmund, urodzony w 1889 roku, a zmarły w 1978. W okresie międzywojennym był to znany animator szamotulskiego życia muzycznego. Pracował jako dentysta, niektórzy najstarsi mieszkańcy Szamotuł mogą pamiętać wizyty w jego gabinecie. Dziadkiem ojca Leona Michalskiego ze strony ojca był Leon Michalski, urodzony w 1861 r., najprawdopodobniej to po nim otrzymał imię. Babką ze strony ojca była Ludwika z domu Boksch (bądź Boks), urodzona w 1867 r. Rodzicami Leona Michalskiego – dziadka Leona, który był budowniczym m.in. budynków przy ul. Ratuszowej w Szamotułach, byli Stanisław Michalski oraz Julianna z domu Seelender. Rodzicami Ludwiki Boksch byli Józef Boksch oraz Antonina z domu Ruczyńska.


Leon Michalski z ojcem, Szamotuły, początek lat 20. XX wieku


Młodość

Leon Michalski wraz z rodzicami mieszkał w Szamotułach najpierw w domu przy ul. Poznańskiej, później nieopodal Kościoła Św. Krzyża. Miał jedną siostrę, Bożenę, która w czasie wojny również związała się z Armią Krajową: pracowała w sekretariacie Kedywu, czyli Kierownictwa Dywersji.

Leon Michalski uczęszczał do szkoły powszechnej (dziś to Szkoła Podstawowa nr 2 im. Marii Konopnickiej ) w Szamotułach. Następnie był uczniem Gimnazjum im. Piotra Skargi, które miało swoją siedzibę w tym czasie tuż przy szamotulskim Rynku. W czasach szkolnych wyróżniał się tężyzną fizyczną, szczególnie jeśli chodzi o biegi krótkodystansowe. Dowodem na to są dyplomy za II miejsce w biegu na 100 metrów ‒ dystansie, na którym rywalizował częstokroć z Marianem Orlikiem, późniejszym wojskowym, zamordowanym w czasach stalinowskich. Jak przyznał po latach, na 200 metrów lepszy był kolega Marian, natomiast na 100 metrów zwyciężał zazwyczaj on. Pozostałe dwa zachowane dyplomy uzyskał za start w zawodach w trójboju, w którym również odnosił sukcesy. Przez cały okres nauki szkolnej wziął udział w wielu zawodach lekkoatletycznych, w których uzyskiwał rekordy i tytuły mistrzowskie w biegach sprinterskich na szczeblu międzyszkolnym i powiatowym.

Oprócz tego jako uczeń szamotulskiej szkoły im. Piotra Skargi udzielał się w harcerstwie, a także był członkiem Sodalicji Mariańskiej, do której został przyjęty 8 grudnia 1934 r. Leon Michalski zdał maturę w 1939 r. i odbył przeszkolenie wojskowe.


Leon Michalski z siostrą Bożeną, oboje w strojach ludowych. 2. połowa lat 30. XX w.


Druga wojna światowa

W momencie wybuchu II wojny światowej Leon Michalski miał 22 lata. W pierwszych tygodniach wojny brał udział w walkach podczas kampanii wrześniowej – w 57.  Pułku Piechoty. Po opanowaniu ziem polskich przez okupantów wrócił do rodzinnych Szamotuł. Wtedy to jego ojciec Edmund otrzymał ostrzeżenie w związku z tym, że jego żona Cecylia nie podpisała niemieckiej listy narodowościowej, czyli tzw. volkslisty. By uniknąć aresztowania, Leon wraz z rodzicami i siostrą wyjechali do Warszawy. Tam zmieniali kilkakrotnie mieszkanie, w końcu osiedli na Pradze przy ul. Biaołostockiej 20a/45, gdzie mieszkali do powrotu do Szamotuł po zakończeniu II wojny.

Leon Michalski bardzo szybko, bo już w lutym 1940 roku, został zaprzysiężony do Związku Walki Zbrojnej, później Armii Krajowej. Od samego początku został przydzielony do komórki informacyjno-wywiadowczej „Stragan” w Komendzie Głównej AK. Do konspiracji wciągnął go jego serdeczny przyjaciel Wojciech Stanisławski, podchorąży Oficerskiej Szkoły Piechoty w Ostrowii Mazowieckiej. Z wywiadu, który z Leonem Michalskim przeprowadził wnuk Krzysztof wynika, że w czasie pobytu w Warszawie pracował w powstałym jeszcze w połowie XIX w. browarze Haberbusch&Schiele. W czasie wojny zakład znalazł się pod administracją niemiecką, zatrudniał jednak głównie Polaków. Niemieccy właściciele mieli zdawać sobie sprawę, że wśród pracowników znajduje się kilka osób związanych ze zbrojnym podziemiem. Leon Michalski był zatrudniony w charakterze konwojenta wagonów z piwem. Jego zadanie polegało na prowadzeniu wagonów do miast znajdujących się w Generalnej Guberni, zazwyczaj w okolicach Warszawy i Lublina. Dzięki przemieszczaniu się pociągiem uzyskał wiele kontaktów z członkami ruchu oporu w różnych miastach. A zdarzało się, że w wagonach znajdowała się broń i amunicja dla różnych jednostek w terenie. W browarnej straży pożarnej zatrudnieni byli w większości młodzi ludzie w wieku studenckim, co uwolniło ich od wywozu na roboty przymusowe do Niemiec. Należy wspomnieć, że również Leon Michalski rozpoczął wtedy studia. W 1941 roku został studentem medycyny na Wydziale Lekarskim Tajnego Uniwersytetu Warszawskiego. Do wybuchu powstania w Warszawie udało mu się ukończyć trzy lata studiów. Bardzo długo wspominał, że wykładowcami na tej tajnej uczelni byli także profesorowie z przedwojennego Uniwersytetu Poznańskiego.

Dowodem działalności konspiracyjnej Leona Michalskiego, pseudonim Żuk, jest dokument spisany w 1969 r. przez podporucznika Wojciecha Stanisławskiego. Potwierdza on, że w 1940 roku Leon Michalski, rocznik 1917, pełnił funkcję dowódcy drużyny, następnie zastępcy dowódcy plutonu i w końcu dowódcy plutonu Związku Walki Zbrojnej. Najpierw dowodził grupą 12-15 przesiedleńców z Poznańskiego w rejonie Starego Miasta. Następnie ze swoimi ludźmi działał w Śródmieściu w rejonie ul. Śniadeckich i Koszykowej. Dowódcą jego kompanii był ppor. Wojciech Stanisławski, pseudonim Chrząszcz, a dowódcą batalionu – ppor. Alfred Henker, pseudonim Fred. Przez cały rok 1942 kapral podchorąży Leon Michalski działał na terenie osi Warszawa – Siedlce – Międzyrzec Podlaski – Terespol, Warszawa – Łuków oraz Warszawa – Radom. W tym czasie zbierał bądź przewoził materiały informacyjne dotyczące dyslokacji wojsk niemieckich w czasie przygotowań i walk Niemców z Armią Czerwoną. Poza tym przewoził instrukcje, rozkazy organizacyjne, prasę konspiracyjną oraz broń i amunicję. Jak dodaje ppor. rezerwy Wojciech Stanisławski, Leon Michalski przez cały okres służby wykazywał wzorową żołnierską dyscyplinę, opanowanie i przytomność umysłu w bardzo niebezpiecznych sytuacjach. Na początku 1942 r. Stanisławski przerwał kontakt służbowy z Leonem Michalskim ze względu na przeniesienie do innej jednostki organizacyjnej Armii Krajowej. Poświadczył jednak, że do wybuchu powstania warszawskiego brał udział w działalności konspiracyjnej Armii Krajowej. Z innego dokumentu wiadomo, że ze względu na zagrożenie aresztowaniem przez Niemców został przydzielony do 3. Kompanii zgrupowania AK „Golski”.



Powstanie Warszawskie

Wybuch powstania warszawskiego w dniu 1 sierpnia 1944 roku zastał Leona Michalskiego na Mokotowie. Został o nim powiadomiony przed dowódcę swojego plutonu, który również był strażakiem w browarze. Jak wspominał Leon Michalski, bardzo szybko udał się na miejsce zbiórki, gdzie miał oczekiwać na dostarczenie broni. Grupa osłonowa, która miała to zrobić, została jednak ostrzelana i rozbita przez Niemców. Leon Michalski z grupą żołnierzy został więc bez broni, otoczony przez oddziały niemieckie. Na szczęście nocną porą udało się grupie AK-owców schronić w willi przy ul. Prezydenckiej. Wkrótce dowództwo nawiązało kontakt z żołnierzami i po 9 dniach tułaczki dołączyli do reszty batalionu.

Od pierwszego dnia powstania Leon Michalski brał udział w walkach jako żołnierz 3. Batalionu Pancernego AK „Golski”, kwaterując w budynku Architektury Politechniki Warszawskiej przy ul. Koszykowej. Teren walk o wyzwolenie stolicy zakreślały ul. Koszykowa, Kolonia Staszica, pole Mokotowskie, ul. Mokotowska i Plac Zbawiciela. Jak potwierdza ppor. Wojciech Stanisławski, Leon Michalski, nie zmieniając swojego pseudonimu, walczył w rejonie Al.. Niepodległości – ul. 6 sierpnia i ul. Filtrowej. Głównym zadaniem żołnierzy walczących w tym miejscu było opanowanie terenu pobliskiego parku i stacjonującego tam sprzętu pancernych jednostek hitlerowskich. Jego dowódcą był por. Zdzisław Zakrzewski, pseudonim Zieliński, a Komendantem Obwodu – kpt. Golski z Centrum Wyszkolenia Broni Pancernych w Modlinie.

Warto przy tej okazji wspomnieć o najważniejszych dokonaniach zgrupowania, w którym walczył Leon Michalski. Na godzinę „W”, czyli wybuchu powstania, Batalion AK „Golski” zmobilizował ok. 85% żołnierzy. Uzbrojenia starczyło zaledwie dla jednej trzeciej stanu. 1. kompania czołgów w składzie 47 żołnierzy dysponowała 1 pistoletem maszynowym, 5 pistoletami, 20 granatami i butelkami zapalającymi. W pierwszym uderzeniu udało się zrealizować postawione zadania. Opanowano ulice: Mokotowską – od placu Zbawiciela, Polną, budynki Politechniki, Emilii Plater, Lwowską, Śniadeckich i Noakowskiego. Zdobyty rejon umocniono barykadami zbudowanymi w nocy z 1 na 2 sierpnia. Nie zdobyto szpitala na ul. 6 Sierpnia, budynku Ministerstwa Komunikacji i Kolonii Staszica. Od 2 sierpnia Niemcy prowadzili zmasowany ogień od strony Pola Mokotowskiego i szpitala na ul. 6 Sierpnia w kierunku barykad na Polnej, 6 Sierpnia, Śniadeckich, Lwowskiej oraz na teren Politechniki. Tutaj zapewne musiał walczyć Leon Michalski. 5 i 6 sierpnia oraz 13 i 14 sierpnia nieprzyjaciel atakował, bez powodzenia, budynki Politechniki. 15 sierpnia Niemcom udało się wedrzeć pomiędzy stanowiska powstańcze. 17 sierpnia odparto dwukrotny atak z kierunku Pola Mokotowskiego. Zabudowania Politechniki stały się środkiem odcinka wrzynającego się w oddziały nieprzyjaciela. 19 sierpnia, po zaciętych walkach, Politechnika została zdobyta przez Niemców. 22 sierpnia oddział bojowy batalionu „Golski” wziął udział w udanym ataku na stację telefonów przy ul. Piusa XI (obecnie Pięknej), tzw. Małej Pasty, który został przeprowadzony przez oddziały batalionu „Ruczaj”, dowodzone przez kpt. Franciszka Malika, pseudonim Piorun. 9 i 10 września Niemcy podejmowali nieudane próby ataku na barykady na placu Zbawiciela, bronione przez kompanię pod dowództwem por. Zdzisława Zakrzewskiego, pseudonim Zieliński. Walki pozycyjne trwały do kapitulacji powstania. Batalion utrzymał bronione pozycje. 5 października batalion pancerny „Golski”, jako 1. batalion 72. Pułku Piechoty AK wymaszerował do niewoli przez barykadę na ul. Śniadeckich. Razem z nim wyszła część oficerów Komendy Głównej AK. m.in. gen. Tadeusz Komorowski „Bór”.

W czasie powstania warszawskiego Leon Michalski został dwukrotnie ranny. Pierwszy raz  ‒ w ramię, 16 września, kiedy po wyjściu ze szpitala natychmiast powrócił na barykadę. Ranny po raz drugi 26 września trafił do szpitala PCK przy ul. Jaworzyńskiej, położonego w rejonie walk batalionu „Golski”. Przestrzelony nerw łokciowy wykluczył go z walki do końca powstania, a niesprawność lewej dłoni, powstała w wyniku postrzału, uniemożliwiła mu specjalizację w chirurgii, którą zamierzał podjąć po studiach. Pobytu w szpitalu był dla Ludwika Michalskiego niezwykle ważny także z innego względu. Jak wspominał swojemu wnukowi, bardzo sobie chwalił troskliwą opiekę personelu lekarsko-pielęgniarskiego. To właśnie w tym szpitalu poznał swą przyszłą żonę, Hannę z domu Rutkowską, zmarłą w 2005 r., pracującą tam jako pielęgniarka, warszawiankę, studentkę medycyny Tajnego Uniwersytetu Poznańskiego.

Z pobytem w szpitalu PCK związana jest również inna historia. Przebywał w nim ranny niemiecki oficer, przedwojenny śpiewak operowy, który został wzięty do niewoli przez powstańców. Przez cały czas żołnierz walczący podczas wojny dla III Rzeszy traktowany był na równi z innymi pacjentami. Po upadku powstania grasowały po mieście oddziały SS, które często wpadały do szpitali. Esesmani wtargnęli również do szpitala, w którym przebywał Leon Michalski. Wówczas niemiecki oficer, leżący razem z powstańcami, oświadczył im, że w tym szpitalu nie ma żadnych żołnierzy AK, lecz tylko przypadkowo ranni cywile. To najprawdopodobniej ocaliło życie m.in. Leonowi Michalskiemu. Po kapitulacji powstania cały szpital został ewakuowany do Krakowa i zakwaterowany w akademiku przy ul. Grzegórzeckiej. Leon Michalski, wykorzystując umiejętności nabyte podczas studiów, pracował w tym szpitalu od 1 stycznia do 15 kwietnia 1945 r. w charakterze medyka.


Leon Michalski w pracy


Po II wojnie światowej

Zaraz po zakończeniu II wojny światowej, w kwietniu 1945 r., Leon Michalski wraz z narzeczoną powrócił do wyzwolonej Warszawy. 29 kwietnia wzięli ślub w Bazylice Katedralnej św. Floriana na Pradze. W tym samym roku latem przenieśli się do Poznania i kontynuowali przerwane studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Poznańskiego. Leon Michalski uzyskał dyplom lekarski w roku 1947. Jeszcze jako student, od października 1945 r., pełnił przez 2,5 roku obowiązki asystenta Zakładu Fizjologii Uniwersytetu Poznańskiego, a później pracował jako starszy asystent Oddziału Dermatologicznego Szpitala Miejskiego w Poznaniu. 2 lipca 1949 r. uzyskał stopień doktora medycyny na podstawie pracy „Biała plamistość skóry”, której promotorem był prof. dr Adam Straszyński. Uzyskał także specjalizację II stopnia z dermatologii oraz specjalizację I stopnia z zakresu organizacji ochrony zdrowia. W trakcie pracy zawodowej był m.in. lekarzem w Stacji Krwiodawstwa w Poznaniu, twórcą i wieloletnim dyrektorem Miejskiej Przychodni Specjalistycznej i Poradni Skórno-Wenerologicznej tej przychodni przy ul. Chudoby w Poznaniu, zastępcą kierownika Wydziału Zdrowia i kierownikiem Oddziału Lecznictwa i Profilaktyki tego wydziału, Wojewódzkim Inspektorem Więziennej Służby Zdrowia.

3 października 1990 roku Komisja Weryfikacyjna Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej Okręg Wielkopolska stwierdziła, że spełnia warunki, aby być członkiem tego stowarzyszenia. Za udział w walkach powstańczych otrzymał po wojnie m.in. Krzyż Armii Krajowej nadawany w Londynie, ustanowiony w roku 1966 przez gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego, a przez polskie władze uznany dopiero w 1992 r. Poza tym został odznaczony w 1983 r. Warszawskim Krzyżem Powstańczym.

Można powiedzieć, że Leon Michalski „od zawsze” pracował społecznie. Był przez wiele lat m.in. konsultantem z zakresu dermatologii w Domu Pomocy Społecznej dla Dorosłych przy ul. Mogileńskiej w Poznaniu i członkiem Rady Nadzorczej tego Domu. Mimo że swoje dalsze życie i pracę zawodową związał z Poznaniem i nigdy już do Szamotuł nie wrócił na stałe, w duszy pozostał do końca życia „szamotulakiem”. Z tym miastem związany był najserdeczniejszymi wspomnieniami i swoje przywiązanie do Szamotuł podkreślał przy każdej okazji. Warto podkreślić, że przez niemal 50 lat prowadził społecznie poradnię dla inwalidów przy Związku Inwalidów Wojennych w Szamotułach.

Bardzo ciekawym wątkiem z życia Leona Michalskiego było sprawowanie opieki nad grobami profesorów Gimnazjum im. Piotr Skargi w Szamotułach Był jednym z inicjatorów ufundowania przez byłych uczniów pomnika znakomitemu przedwojennemu matematykowi tej szkoły prof. Eliaszowi Arystowowi. Prof. Arystow urodził się w Woromierzu w Rosji Carskiej, był Rosjaninem, narzeczoną miał Polkę. Studiował w Petersburgu, a jako wybitny absolwent otrzymał od cara tytuł szlachecki. Po śmierci swojej narzeczonej w 1918 roku przyjechał do Polski z matką swojej niedoszłej żony, którą się opiekował. W gimnazjum w Szamotułach uczył od 1923 roku. Przez uczniów nazywany był kochanym dziadkiem. W 1950 roku, mając 75 lat, przeszedł na emeryturę. Miał wtedy czas na spacery po Rynku, był zawsze pogodny i uśmiechnięty. Profesor był sam, ale nie samotny. Dawni uczniowie odwiedzali go, pomagali w zakupach. Profesor zmarł w 1953 r. a na pogrzebie było wielu jego wychowanków. Leon Michalski w czasie częstych wizyt na szamotulskim cmentarzu do końca opiekował się grobami przedwojennych nauczycieli szamotulskich, nie tylko prof. Arystowa, ale także grobem prof. Jana Kotlarza.

Leon Michalski zawsze traktował Szamotuły jako swoje miasto, a szczególnym sentymentem darzył centrum grodu Halszki. Po raz ostatni odwiedził Szamotuły 22 listopada 2009 r., kiedy przyjechał na cmentarz  na grób matki. Zmarł 24 stycznia 2010 r. w Poznaniu. Zgodnie ze swoim życzeniem został pochowany w grobie rodzinnym na cmentarzu w ukochanych Szamotułach. Do ostatnich dni cechowała go skromność, a w swoim życiu dowiódł, że bardzo ważne były dla niego umiłowanie ojczyzny i uczciwość.

Piotr Gotowy – opiekun Szamotulskiego Koła Wielkopolskiego Stowarzyszenia Armii Krajowej

Katarzyna Okraska i Maria Idziak

Źródła:

  • Rys życiorysu spisany przez córkę Leona Michalskiego – Ewę Michalską-Czajkę;
  • Fragment wywiadu przeprowadzonego z Leonem Michalskim przez wnuka Krzysztofa Czajkę;
  • Dokumenty, zdjęcia i pamiątki rodzinne ze zbiorów rodzinnych Leona Michalskiego;
  • Dokumenty Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej Okręg Wielkopolska w Poznaniu;
  • http://www.info-pc.home.pl/whatfor/baza/golski.htm.

Leon Michalski na uroczystościach AK-owskich w Poznaniu oraz z wnukiem. Lata 90.


Ostatnie wspólne zdjęcie Leona Michalskiego z rodziną, Swarzędz 2009. Obok Leona Michalskiego siedzi córka Ewa Michalska-Czajka z prawnuczką Emilką, z tyłu stoją wnuczki Alicja i Zuzanna oraz wnuk Krzysztof. Zdjęcie wykonał zięć Bogdan Czajka.

Edmund Michalski z orkiestrą


Leon Michalski, 1926 r.


Leon Michalski na wycieczce uczniów  Gimnazjum im. ks. Piotra Skargi


Dyplomy za osiągnięcia sportowe


Zaświadczenie o udziale Leona Michalskiego w wojnie obronnej 1939 r.


Zaświadczenie komisji weryfikacyjnej – przebieg służby ppor. Leona Michalskiego w ZWZ i AK


Leon Michalski z innymi rannymi powstańcami po ewakuacji szpitala PCK do Krakowa, 1944 r.


Hanna z domu Rutkowska i Leon Michalski w dniu ślubu, 29.04.1945 r.


Nadanie Leonowi Michalskiemu stopnia doktora nauk medycznych, 1949 r.


Leon Michalski z kolegami z gimnazjum – spotkanie w sprawie ufundowania nagrobka prof. E. Aristowa

Konferencja Szamotulskiego Koła Wielkopolskiego Stowarzyszenia Pamięci Armii Krajowej – 25 stycznia 2018 r.

Szamotuły, 27.01.2018

Leon Michalski2025-01-04T11:59:02+01:00

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Szorowanie desek i procesja Bożego Ciała


Marianna Kruszona (1889-1971)


Proza – cykl: Obrazki z przeszłości, część 3.


Daromiła Wąsowska-Tomawska

SZOROWANIE DESEK I PROCESJA BOŻEGO CIAŁA


Babcia Marynia jest bardzo pedantyczną kobietą. U niej wszystko musi mieć swoje miejsce. W stojącym lustrze odbija się gipsowe popiersie panny, stojące na przyściennym wąskim stoliku ‒ konsoli. Na głowie gipsowa panna ma świeżo wykrochmalony szamotulski czepek, na szyi ‒ sznury prawdziwych czerwonych korali. Babcia zakłada te cudeńka na specjalne kościelne okazje. Włoży też aksamitną jaczkę i biały fartuch. Wszystko musi być „jak z igły zdjęte”. Podwójne łóżko przykryte jest jasną kapą, na stole czysta, wyprasowana serweta i gazeta do czytania ‒ żeby była pod ręką.

Babci mieszkanie jest małe. Wychowuje się w nim (pokój z kuchnią) jedenaścioro dzieci. Nie wszystkie są razem, ale i tak gromadka. Podłogę i piętrową klatkę schodową pokrywają surowe deski. W każdą sobotę są szorowane (myte) mydlaną wodą i szczotką ostrą, ryżową. Wszystko po kolanach. Potem należy zmyć jeszcze raz ciepłą, czystą wodą i czekać, aż podłogi wyschną.

Za chwilę pachnie już prawdziwą kawą i trwają przygotowania do procesji Bożego Ciała. Babcia prasuje koronkowe obrusy na ołtarz. Ubiera co roku ten sam, jeden z czterech ołtarzy na szamotulskim Rynku. Przeciera obraz z Chrystusem, który też z sobą zabierze. Jest też pełne wiadro zakupionych pięknych piwonii, które co roku w tych samych wazonach ozdabiają ołtarz. To wszystko trzeba zrobić od rana, by zdążyć jeszcze wrócić do domu.

Babcia ubiera się odświętnie. Znów wszystko szeleści, wszyte koronki na fartuchu, usztywniona halka, gładko uczesane sztywno włosy, upięte z tyłu głowy w sznekę. Są to dwa warkocze fantazyjnie zakręcone i przypięte szpangą, czyli klamrą. Stopy obute są (ubrane) w czarne sznurowane trzewiki na płaskim obcasie. Są wypastowane i wyświecone. Babcia mówi, że spód buta też należy wypastować, bo przecież jak się uklęknie, musi wyglądać estetycznie.


Szamotuły, 2. połowa lat 40. XX w.


W procesji wokół Rynku niesie szarfę kościelnego sztandaru, w asyście szeregu harcerzy. Za tydzień w czwartek jest zakończenie oktawy Bożego Ciała. Tym razem cztery ołtarze ustawiane są wokół Kolegiaty. Babcia znów ubiera ołtarz, ten od strony cmentarza. Idzie w procesji i szczęśliwa wraca do domu. Wkrótce przyjdą wnuki z Rynku. Babcia upiekła wysoki drożdżowy placek z kruszanką na wierzchu. Będzie kawa zbożowa i ta druga pachnąca na całą klatkę schodową – dla dorosłych.

Babcia za chwilę pójdzie do chlewika nakarmić kozę i świnkę. Udojone mleko przecedzi przez gęste sitko. Jeszcze ciepłe wypiją wnuki, resztę doleje do jedzenia dla „niudki”. Ona rośnie i potrzebuje. Po świniobiciu cała duża rodzina zasiada przy stole. Babcia cieszy się, że może podzielić wszystkich równo swoimi wyrobami, mięsem. Sobie pozostawi trochę smalcu, słoniny i zrzynki mięs. To jej wystarczy ‒ mówi. W chlewiku przecież jest beczka kapusty, groch i ziemniaki. Będą więc pyszne szare kluski z kiszoną kapustą.

Zadowolona teraz odpocznie, a za parę dni odwiedzi znów wnuki. Za każdym razem idąc, niesie ze sobą zakupione u Czwojdy bułki. Są olbrzymie. Jest ich zawsze dziesięć. Ona nie potrafi przyjść z pustymi rękami. My natomiast 15 sierpnia, w dzień jej imienin, niesiemy pełne wiadro pięknych kolorowych gladioli, czyli mieczyków. Babcia je uwielbia. Są też prezenty, miętowe cukierki i nasza miłość.


Anna Czerniak, Iwona Majewska, Lucyna Bródka, Aldona Góźdź z Zespołu Folklorystycznego „Szamotuły” w strojach regionalnych mężatek – zdjęcia z albumu Wesele szamotulskie (Szamotuły 2016) – Tomasz Koryl;  http://www.relacje-fotograficzne.com/wesele-szamotulskie-w-wykonaniu-zespolu-folklorystycznego-szamotuly/

Procesja Bożego Ciała z udziałem Zespołu Folklorystycznego „Szamotuły” – 2017 r. Zdjęcia Sylwia Firlet.

Szamotuły, 20.01.2018

Daromiła Wąsowska-Tomawska

Urodzona w Szamotułach, absolwentka miejscowegoo liceum. Po ojcu – znanym szamotulskim dentyście – odziedziczyła zawód i zamiłowanie do muzyki klasycznej.

Mieszka w Pobiedziskach koło Poznania. Prezes i współzałożycielka Salonu Artystycznego im. Jackowskich. Poetka.

http://regionszamotulski.pl/daromila-wasowska-tomawska/

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Szorowanie desek i procesja Bożego Ciała2025-01-04T12:00:04+01:00

Anna i Michał Leśni

Wkrótce Dzień Babci i Dziadka


Stare ślubne zdjęcie

Anna z domu Brzozowska (1888-1964) i Michał Leśni (1887-1955) pobrali się w Oberhausen w lutym 1910 roku. Oboje pochodzą z Wielkopolski. Anna wyjechała do Westfalii do pracy ze swoimi trzema siostrami z rodzinnego gospodarstwa w Dalewie w pow. gostyńskim. Michał z braćmi opuścił rodzinny dom w Wolkowie koło Opalenicy. Młodzi się poznali i wzięli ślub w Oberhausen, gdzie w 1911 roku przyszedł na świat pierworodny syn Michał. Dwa lata później w Dortmundzie urodziła się Wanda. W 1914 roku Michał został powołany do pruskiej armii. Zaczynała się pierwsza wojna światowa. Ranny, wrócił do żony i dzieci. W 1917 roku w Ponoszewie koło Lublińca urodził się Edmund.

W 1922 roku, kiedy już były ustalone granice II Rzeczpospolitej, rodzina przyjechali  do Polski. W końcówce lat 20. lasy nadnoteckie niszczyła sówka choinówka. Anna i Michał tam pojechali za pracą. W latach 30. osiedlili się w Bininie koło Ostroroga, gdzie Michał z synem Michałem prowadził wymianę zboża na mąkę.

W pierwszych tygodniach II wojny światowej zostali wysiedleni z Binina do Jędrzejowa w Generalnym Gubernatorstwie, gdzie zmarł najmłodszy syn – Edmund. Michał – żołnierz Września – po bitwie nad Bzurą trafił do niewoli niemieckiej.

W 1945 roku Leśni przyjechali do Ostroroga. W 1946 roku z prac przymusowych w Niemczech wrócił do rodziców Michał. W 1948 roku ożenił się z Ireną Ratajczakówną. W 1955 roku Michał Leśny (ojciec) wskutek wylewu zmarł.

Anna Leśna, po śmierci męża, pomagała Irenie i Michałowi w wychowywaniu pięciorga wnucząt.  Anna i Michał Leśni spoczęli w grobie rodzinnym na cmentarzu w Ostrorogu.

Irena Kuczyńska

z domu Leśna

Szamotuły, 16.01.2018





Więcej starych zdjęć ślubnych można obejrzeć tutaj:

http://regionszamotulski.pl/szamotulskie-sluby/


Anna i Michał Leśni2025-08-29T14:50:31+02:00

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Magiel i stodoła z duchem

Obrazki z przeszłości, część 2.

Daromiła Wąsowska-Tomawska

 

MAGIEL I STODOŁA Z DUCHEM


Siedzę z babcią Marynią na ławce w murowanym budynku, zwanym maglem. Czekamy na swoją kolejkę. Podwórko przy ulicy Lipowej 13 w Szamotułach obwieszone jest kolejnym praniem. My będziemy tutaj swoją wypraną i wykrochmaloną pościel maglować, czyli wygładzać. W niewielkim pomieszczeniu znajduje się pokaźny, solidny stół, na którym rozłożony jest długi, około 2-3-metrowy maglownik. Jest to gęste płótno, na którym rozkłada się bardzo dokładnie nasze lekko skropione pranie. Do zwinięcia potrzebny jest specjalny wałek wyciągnięty spod magla. Jest też rzecz najważniejsza – sam magiel.


Szamotuły, ul. Lipowa 20 (kiedyś 13)


Na betonowej posadzce ustawiony jest prostokątny, drewniany postument, przymocowany śrubami do podłogi. Na nim leżą dwa drewniane wałki o średnicy około 10 cm (te, na które nawijamy bieliznę). Jeden z przodu, drugi po przeciwległej stronie. Na wałkach postawiona jest prostokątna drewniana skrzynia (około 3 metrów długości, około1 metra szerokości) wypełniona kamieniami, celem obciążenia podczas maglowania. Do skrzyni umocowana jest korba połączona z trybami. Podczas ręcznego kręcenia nią cała skrzynia przesuwa się na tych wałkach owiniętych maglownikiem – do przodu i z powrotem. W tych pozycjach skrzynia unosi się nieco, po to, by można wałek wyjąć i ponownie nawinięty włożyć. I tak kilkanaście razy: do przodu i do tyłu, aż babcia uzna, że jest już dobrze.

Wymaglowaną bieliznę zdejmuje z wałków, składa swój maglownik i wypełniony wiklinowy kosz znajduje się już w mieszkaniu. Bo to przecież parę kroków.

Nie wszystko układa w pokojowej szafonierce. Jest to wysoka ozdobna szafka z półkami i szufladami. W nich ułoży obrusy i poszwy na duże poduszki z pierzem. Wcześniej pedantyczna babcia musi je jeszcze „po magliˮ – wyprasować.

Z tym też nie ma problemu. Przyszyte do poszewek poduszek falbany, muszą wyjść eleganckie spod żelazka. Pościel świeżo powleczona, przykryta tylko dużą kapą na podwójne łóżko, jest nieskażona pomięciem przez dłuższy okres używania.

Babcia rozpala ogień w żeliwnym piecyku ‒ kurierku. Najpierw gotuje obiad. Spód garnków czyści dokładnie z sadzy i wyciera gazetą. Teraz układa je do góry dnem na wyścielonej papierem półce w szafce kuchennej. Węgiel w kurierku już rozżarzony. Można do niego wkładać żeliwne wnętrze żelazka, tzw. duszę. Gorącą, czerwoną wyciąga babcia haczykiem z żaru i wkłada do pustego żelazka, którego tył zabezpieczony jest ruchomą blachą. Teraz można prasować, tak długo, aż ono wystygnie.

Specjalne miejsce w szafonierce zajmuje półka na halki, takie od pasa do stóp. Ukrochmaloną, wyprasowaną zakłada babcia pod spódnicę, też długą. Na nią ‒ jeszcze długi wykrochmalony i wyprasowany fartuch. Na ramiona wkłada wdzianko, czyli jaczkę. Pod nią na ciele założona jest sznurówka „z kiełbasą”, na której wiszą: halka, spódnica i fartuch. Kiełbasa to przyszyty do sznurówki bawełniany wałek. Sznurówka zaś, to płócienne wdzianko, bez rękawów, zesznurowane z przodu. Przy szyi pięknie obszydełkowane. Do kościoła strój jest bardziej elegancki, uszyty z lepszych materiałów. Musi być też regionalny piękny czepek, który babcia jako jedna z niewielu osób w Szamotułach sama robi ‒ podpowiada mi moja siostra Marysia.

Jest już bardzo ciemno. Przy ulicy, wtedy Marchlewskiego, stoi wymurowana przy samym chodniku stodoła. Ulica jest nie oświetlona, pusta. Babcia wraca do domu sama. Ale czy sama? Strach ściska powoli gardło. Boi się. Im szybciej idzie, tym większy słyszy obok siebie szelest, szum. Zaczyna modlić się do ducha, który kroczy razem z nią i nie chce jej opuścić. Jest już blisko domu. Nagle zdaje sobie sprawę z tego, że ten duch był w jej szeleszczących od krochmalu: halce, fartuchu i czepku.



Eksponaty z Muzeum – Zamku Górków (ekspozycja etnograficzna w Oficynie), obrazek wyróżniający e-muzeum.eu

Szamotuły, 03.01.2018

Daromiła Wąsowska-Tomawska

Urodzona w Szamotułach, absolwentka miejscowegoo liceum. Po ojcu – znanym szamotulskim dentyście – odziedziczyła zawód i zamiłowanie do muzyki klasycznej.

Mieszka w Pobiedziskach koło Poznania. Prezes i współzałożycielka Salonu Artystycznego im. Jackowskich. Poetka.

http://regionszamotulski.pl/daromila-wasowska-tomawska/

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Magiel i stodoła z duchem2025-01-04T12:02:04+01:00

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Stalin, tarka i miętowe cukierki

Obrazki z przeszłości, część 1.

Daromiła Wąsowska-Tomawska

STALIN, TARKA I MIĘTOWE CUKIERKI


Są lata pięćdziesiąte XX wieku. W 1953 roku umiera Józef Dżugaszwili Stalin. Radiowęzeł szkolny obliguje klasę do uczczenia pamięci minutą ciszy. Jak ktoś umiera, zawsze jest smutno. Jesteśmy jednak zbyt młodzi, by cokolwiek zrozumieć z sytuacji politycznej „bratnich sąsiadów”. Nie jest wesoło. O wszystkim mówi się prawie szeptem. Z Wolnej Europy przenikają informacje do ucha ojca, matki, babci. Zakłócane radio, zgrzyta metalowa tarka.



Szamotuły, ul. Lipowa 20 (kiedyś 13)


Babcia Marynia Kruszona robi dzisiaj wielkie pranie. Nie mózgu, lecz pościeli. Zawsze mówi: „Pamiętaj, jak będzie ci źle, zrób duże ręczne pranie, takie, by się zmęczyć”. Mieszka z dziadkiem Andrzejem przy ulicy Lipowej 13. Nie była to dla niej przesądna cyfra. W szamotulskim podwórku jest wybudowana pralnia. W niej olbrzymia balia, w której przez połowę nocy moczy się w szarym mydle brudna bielizna. Babcia śpieszy się. Trzeba wymienić wodę na czystą mydlaną. Zawiesza metalową tarkę na balii i zaczyna prać w mocno podgrzanej uprzednio wodzie. Namydla jeszcze pościel i przesuwa ją w górę, to w dół – kilkanaście razy ‒ prawie do zdarcia paznokci, palców. Obok, w węglowy piec wmontowany jest kocioł, w którym gotować się będzie uprana powłoka. Babcia miesza białe płótna drewnianą kopyścią.

Na cementowym parapecie okiennym stoi metalowy dzbanek z dobrą, prawdziwą, pachnącą kawą. Babcia ją bardzo lubi, wszystko wypije. Na posiłek nie ma czasu. Pranie trzeba wypłukać znowu w czystej wodzie (wodę deszczówkę zbiera się z rynien dachu do wanienek). Trzeba przygotować krochmal zmieszany z niebieskim proszkiem ‒ ultramaryną, by pranie jeszcze wybielić i usztywnić. Jest prawie rano. Całe podwórze obwieszone jest już na linkach bielizną. Babcia gładzi, poprawia, pomiędzy dwie warstwy poszwy wpuszcza powietrze. Reszty dokona słońce i wiatr. Wkrótce wszystko zaczyna szeleścić, jak liście za płotem w ogrodzie gospodarzy. Teraz pralnia musi być posprzątana. Czekają już na nią w kolejce najbliżsi sąsiedzi babci: Szwedowie – gospodarze, Garczykowie, Orlikowie (ich dziadek grał na skrzypcach w szamotulskiej kapeli; zmęczony, spadł ze schodów i umarł – przypomina mi moja siostra). Są też lokatorzy z drugiej klatki schodowej. Zdjętą z linek sztywną pościel, przy pomocy drugiej osoby, trzeba ponaciągać po długości i szerokości, żeby była wszędzie równa. Taką dopiero babcia składa do dużego wiklinowego kosza. Zapach świeżego powietrza roznosi się po kuchni i pokoju. Wynagradza cały trud i wylany pot.

Babcia wie, że przyjdą wnuki z Rynku. My zaś wiemy, co babcia lubi. Za zaoszczędzone ze sprzedanych butelek pieniądze kupujemy w kiosku miętowe cukierki i dropsy, o takim samym smaku – orzeźwiającym, lotnym, jak ten wiatr z pościeli. Na wykrochmalonej i uprasowanej niebieskiej serwecie leży na stole codzienna gazeta. Babcia porównuje wiadomości z radiem Wolna Europa i zaskakuje inną prawdą o polityce, o świecie. Teraz otwiera oszkloną szafę kuchenną.

Do półek przytwierdzone są robione na szydełku ukrochmalone białe koronki, które babcia sama zrobiła. Na nich stoją w szeregu filiżanki, kubki. W nich pijemy przygotowaną kawę, parzoną w blaszanym dzbanku. Dla dobrego smaku, babcia hartuje ją niewielką ilością zimnej wody. Taka jest najlepsza, kiedy wspólnie się słucha i po prostu jest się razem.

Po latach rodzice kupują pierwszą pralkę na prąd. Babcia nie odda swojej bielizny do prania. Jak twierdzi ‒ nie może dopuścić do jej podarcia.




Szamotuły, 22.12.2017


Eksponaty z Muzeum – Zamku Górków (ekspozycja etnograficzna w Oficynie)

Daromiła Wąsowska-Tomawska

Urodzona w Szamotułach, absolwentka miejscowegoo liceum. Po ojcu – znanym szamotulskim dentyście – odziedziczyła zawód i zamiłowanie do muzyki klasycznej.

Mieszka w Pobiedziskach koło Poznania. Prezes i współzałożycielka Salonu Artystycznego im. Jackowskich. Poetka.

http://regionszamotulski.pl/daromila-wasowska-tomawska/

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Stalin, tarka i miętowe cukierki2025-01-04T12:03:14+01:00
Go to Top