About Agnieszka Krygier-Łączkowska

Autor nie uzupełnił żadnych szczegółów
So far Agnieszka Krygier-Łączkowska has created 368 blog entries.

Cmentarze choleryczne w regionie szamotulskim

Ubranie lekarza w czasie dawnych epidemii. W dziobie maski umieszczano środki zapachowe (wierzono, że uchronią one przed zarażeniem się od chorego). Miedzioryt Paula Fürsta, ok. 1656 r.

Gaj Mały – krzyż na cmentarzu cholerycznym

Koźle – krzyż i oznakowanie drogi do cmentarza

Binino – krzyż (wykonany przez miejscowego artystę Eugeniusza Tacika) i tabliczka umieszczona na kamieniu

Krzeszkowice – krzyż na cmentarzu cholerycznym. Zdjęcia Zbigniew Dobak

Cmentarze choleryczne w regionie szamotulskim

Z powodu pandemii koronawirusa straciliśmy poczucie bezpieczeństwa. Nie ma jednak wątpliwości, że jesteśmy w dużo lepszej sytuacji niż nasi przodkowie, którzy zmagali się z różnymi chorobami zakaźnymi w czasach, kiedy nie zdawano sobie sprawy z przyczyn ich powstania i nie umiano ani się przed nimi chronić, ani ich leczyć.

Epidemie powracały co kilkadziesiąt, a nawet kilkanaście lat. Na nowy obszar przynoszą je − oczywiście − ludzie, kiedyś jednak myślano, że winą jest tu złe powietrze – „morowe”, czyli niosące śmierć (mór).

Choroby zakaźne rozprzestrzeniały się wraz w wojskami. Tragiczny był tu, na przykład, XVII-wieczny najazd Szwedów (potop szwedzki), który – oprócz strat wojennych (ludzkich i materialnych) − przyniósł głód i empidemie. Doszło wówczas do wyludnienia wielu miast w Wielkopolsce. Szamotuły, w połowie XVI w. zamieszkiwane przez 1500 osób, ponad sto lat później (w 1676 r.) stały się niewielką miejscowością, liczącą 384 mieszkańców (Wronki – 455). Chorobą, która zbierała wówczas śmiertelne żniwo, była – najczęściej – dżuma, zwana „czarną śmiercią”.

Podobna sytuacja nastąpiła w czasach wojen napoleońskich. W 1813 roku, w czasie epidemii ospy, zmarł Stanisław Mycielski − właściciel, m.in., Szamotuł. W kampanii 1806/1807 dosłużył się on stopnia pułkownika, a później − jako lekarz − w stworzonym przez siebie szpitalu w Poznaniu opiekował się chorymi żołnierzami wojsk francuskich i polskich. Tam też zaraził się ospą od chorych.


Binino – cmentarz choleryczny


XIX wiek przyniósł koszmar cholery. Głównymi objawy tej choroby: silna biegunka i uporczywe wymioty powodowały odwodnienie organizmu i pozbycie się z niego niezbędnych elektrolitów, mogły też doprowadzić do niewydolności sercowo-naczyniowej. Śmiertelność cholery była wysoka − ok. 50%. Do zakażenia dochodziło zwykle przez wypicie wody zanieczyszczonej ludzkimi odchodami lub zjedzenie skażonej żywności (owoców i warzyw). Mechanizm zakażenia nie był znany do 1883 r., kiedy to opisał go Robert Koch − odkrywca bakterii cholery. Dopiero wówczas można było skutecznie zapobiegać tej strasznej chorobie, głównie przez dostęp do nieskażonej wody.

Pierwszą epidemię cholery − z 1831 r. − znów związać można z  ruchami wojsk. W 1830 r. choroba ta z Azji dotarła do Rosji, na ziemie zaboru rosyjskiego przynieśli je żołnierze, którzy przybyli, aby stłumić powstanie listopadowe. Ofiarami tej epidemii byli np. książę Konstanty i dowódca armii rosyjskiej Iwan Dybicz. Epidemia rozprzestrzeniała się dalej, objęła pozostałe ziemie polskie pod zaborami (przenosili ją powstańcy i kupcy), a także inne państwa europejskie.

W Szamotułach pierwsze śmiertelne ofiary tej epidemii wystąpiły w październiku 1831 r. Na cholerę zmarł ówczesny rabin i wielu innych mieszkających w mieście Żydów. Jak można przeczytać w piśmie „Z Grodu Halszki” (1933 nr 5), „ludzie marli tak, że nie można było nadążać grzebać zmarłych”. Miejscem pochówku stał się założony w tym roku cmentarz parafii kolegiackiej, a także specjalny cmentarz na położony po lewej stronie drogi do Obrzycka, pomiędzy Szamotułami a Gajem Małym. Na miejscu tym, na niewielkim pagórku,  do dziś stoi krzyż (obecny z 2009 r.). „Jak opowiadają ludzie starsi, wspomniany pagórek był daleko większy, lecz deszcze, wichry i pług go coraz bardziej niwelowały. Ponieważ jednak oracz zbyt często za daleko sięgał i wygrzebywał jeszcze kości, wobec tego władza w obawie przed ewentualnym powtórzeniem się epidemii rozkazała to miejsce opłocić lasem” − pisze autor artykułu. Dziś z lasu zostało zaledwie kilka drzew.


Niewierz – krzyż na dawnym cmentarzu cholerycznym


Trzeba tu dodać, że zmarłych grzebano zwykle w mogiłach zbiorowych, trumny posypywano wapnem. Pochówki odbywały się najcześciej w dniu śmierci. Na ziemiach polskich przyjęło się stawianie na cmentarzach cholerycznych − wzorem hiszpańskim − specjalnych krzyży z dwoma ramionami poprzecznymi, zwanych karawakami. Cmentarze choleryczne uznawane były przez lokalne społeczności za „miejsca nieczyste”, których się nie odwiedza. Czasami krzyże − karawaki stawiane były także dla ochrony miejscowości przed zarazą, noszono je też jako amulety.

Kolejne epidemie cholery przeszły przez Wielkopolskę, w tym przez region szamotulski, w latach 1848, 1852, 1860-1862, 1872-73.

Jesienią 1848 r. do rozprzestrzenienia się choroby w naszym regionie najprawdopodobniej przyczynił się ruch osobowy na nowo otwartej linii kolejowej Poznań − Szczecin.

W najbliższych okolicach Szamotuł istniały jeszcze − prawdopodobnie − dwa inne cmentarze choleryczne: pomiędzy Szamotułami i Gałowem (nowy krzyż postawiono tam w 2018 r.) oraz na łąkach po prawej stronie przy wjeździe do Śmiłowa.

Kolejne cmentarze choleryczne w gminie Szamotuły znajdują się w Krzeszkowicach koło Otorowa (krzyż w kępie drzew, 200 m od budynku dawnej szkoły) oraz w Koźlu (krzyż w lesie po lewej stronie drogi w kierunku Zapustu i Ostroroga).

W gminie Ostroróg cmentarz choleryczny zachował się w Bininie. Odnowiono go w 2010 r.: oprócz nowego drewnianego krzyża umieszczono tam pamiątkowy głaz, postawiono też nowe metalowe ogrodzenie. Obok rośnie dąb-pomnik przyrody.


Koźmin – krzyż na dawnym cmentarzu cholerycznym


Wcześniej, bo w 2007 r., uporządkowano dawny cmentarz choleryczny w Nowej Wsi koło Wronek (ul. Kasztanowa). Teren ten przez wiele lat stanowił dzikie wysypisko śmieci, obecnie znajduje się tam krzyż i głaz z tabliczką. Jako kolejne miejsca w gminie Wronki, gdzie chowano ofiary epidemii cholery, wymienia się Nadolnik (droga z Wronek w kierunku Smolnicy) oraz Wróblewo (prawdopodobnie).  

Dawne cmentarze choleryczne znajdowały się również w Koźminie koło Obrzycka (krzyż) i w Niewierzu koło Dusznik (krzyż z datą epidemii: 1852, ul. Leśna). Zagadnienie to niewątpliwie wymaga dalszego opracowania.

Agnieszka Krygier-Łączkowska i Andrzej Bednarski

Zdjęcia Andrzej Bednarski


Karawaka – zdjęcie poglądowe (Bartniki, pow. przasnyski). Zdjęcie – domena publiczna


Szamotuły, 03.05.2020

Cmentarze choleryczne w regionie szamotulskim2025-01-06T11:40:32+01:00

Tomasz Kotus – Szamotuły w czasie pandemii koronawirusa 2020


W obiektywie Tomasza Kotusa i Dominika Kotusa

Szamotuły w czasie pandemii koronowirusa

Z powodu koronawirusa świat, w tym nasz świat lokalny, się zatrzymał. Ulice i place opustoszały, nie widać na nich ludzi, a ruch samochodowy w mieście wrócił do poziomu sprzed kilkudziesięciu lat. Reportaż fotograficzny z tego czasu przygotowali Tomasz i Dominik Kotusowie, zdjęcia powstały 27 marca 2020 r.


Szamotuły, 01.05.2020

Tomasz Kotus – Szamotuły w czasie pandemii koronawirusa 20202025-01-07T10:09:10+01:00

Aktualności – maj 2020

Konkurs na rodzinną baśń

15 czerwca to Międzynarodowy Dzień Rodziny. Zapraszamy do udziału w rodzinnym konkursie z nagrodami! Oto zadanie: trzeba napisać międzypokoleniową baśń (stworzoną przez rodzinny zespół) do jednego z 10 obrazków, których autorką jest Maria Martin-Olszewska – młoda ilustratorka pochodząca z Szamotuł. Obrazki  i regulamin konkursu zamieszczamy poniżej. Organizatorzy konkursu to dwie szamotulskie organizacje: Fundacja Varietae oraz Stowarzyszenie Wolna Grupa Twórcza (które prowadzi portal Regionszamotulski.pl). Prace można nadsyłać do 15 czerwca.

Maria Martin-Olszewska rysuje, odkąd tylko pamięta. W czasach szkolnych rozwijała swe umiejętności na zajęciach plastycznych w Szamotulskim Ośrodku Kultury, nowe techniki podsuwała jej też starsza siostra – malarka. Ukończyła architekturę krajobrazu. Od 2013 r. rysuje dla innych, stworzyła setki kartek, portretów, zaproszeń, maluje na płótnie, płycie – rzeczy małe i duże. Uczy się rysować na iPadzie, żeby móc drukować swoje prace, marzy o zilustrowaniu książki. Na razie jednak czasu ma niewiele, bo jest mamą dwójki małych dzieci i rysuje wtedy, kiedy maluchy już zasną (o ile nie zaśnie razem z nimi – kto z rodziców tego nie zna?).



Jubileusz Zespołu Folklorystycznego „Szamotuły”

Na dzisiaj – 17 maja – planowaliśmy uroczystość jubileuszową 75-lecia Zespołu Folklorystycznegp „Szamotuły”. Kiedy pomyślę o wartościach, przyjaźniach, wspólnych fascynacjach, sukcesach, trudach i wyrzeczeniach, jakie zebrały te lata w zespole, serce rośnie i obecne, trudne czasy zdają się łatwiejsze do przetrwania. Nieoceniona jest też rola zespołu w budowaniu lokalnej tożsamości. Tak silnej w Mieście i Gminie Szamotuły. Odczuwam to wśród wielu ludzi i w różnych sytuacjach. To również może nam teraz pomóc.

Zadowolenie z tak wieloletniej tradycji zespołu jest wielką sprawą. Jednak jeszcze piękniejsze jest to, że teraźniejszość zespołu jest tak wspaniała. Tę tradycję przenoszą, tworząc jednocześnie nową wartość członkowie Zespołu, instruktorzy, pod przewodnictwem kierownika Macueja Sierpińskiego. Jestem Wam bardzo wdzięczny. Dziękuję za wasze zaangażowanie i wielką pasję. Dziękuję też wszystkim osobom i instytucjom wspierającym działalność zespołu, w tym szczególnie rodzicom najmłodszych członków zespołu.

Życzę Wam zdrowia i tej wymarzonej chwili, kiedy znowu będziecie mogli się spotkać na próbach i na scenie.

Piotr Michalak, dyrektor Szamotulskiego Ośrodka Kultury


Zdjęcia z bazyliki kolegiackiej – Ryszard Kurczewski


Halszka 2020

Halszka w tegorocznym wydaniu wiosennym − nowy plakat szamotulskiego artysty Damiana Kłaczkiewicza (zwracamy uwagę na motyw haftu szamotulskiego). Może stać się symbolem czasu, w którym przyszło nam teraz żyć. Polecamy plakaty Damiana Kłaczkiewicza związane z kulturą, problemami społecznymi, ekologią, a w ostatnim czasie − także z sytuacją epidemiczną. Są to prace nagradzane, biorą udział w wielu międzynarodowych wystawach, także poza Europą.



Uroczystość św. Stanisława Biskupa

8 maja w Kościele katolickim obchodzone jest święto biskupa Stanisława. Czy wiecie, że przez setki lat był on jedynym patronem szamotulskiej parafii i że jego postać we wnętrzu kościoła upamiętniona została aż 4 razy? Matka Boża Pocieszenia stała się drugą patronką kościoła i parafii w Szamotułach dopiero po koronacji obrazu Szamotuł Pani, czyli w w 1970 r. Stanisław ze Szczepanowa został kanonizowany przez papieża Innocentego IV w 1253 r., w Polsce uroczystość kanonizacyjna odbyła się 8 maja 1254 r. Na obrazach i rzeźbach osobę świętego przedstawia się w szatach liturgicznych biskupa, a jego atrybuty to orzeł, pastorał i postać Piotrowina (wegług legendy został on wskrzeszony przez biskupa).

  1. Obraz św. Stanisława znalazł się w głównym ołtarzu już w 1521 r. (był częścią – znakomitego tryptyku, skradzionego przez Niemców w 1942 r.); w 1964 r. umieszczono w ołtarzu kopię tego obrazu.
  2. Witraż św. Stanisława dziś znajduje się w nawie Matki Bożej, wcześniej jednak (do 1981 r.) umieszczony był w jednym z okien za głównym ołtarzem.
  3. Wydarzenia z życia św. Stanisława przedstawia polichromia na bocznej ścianie prezbiterium, wykonana w 1954 r. według projektu Wacława Taranczewskiego. Są to dwie sceny: Wskrzeszenie Piotrowina i Św. Stanisław przed Bolesławem Śmiałym.
  4. W 2009 r. poświęcono nową drewnianą rzeźbę św. Stanisława, znajdującą się na filarze między nawą główną i południową (Matki Bożej). Poniżej umieszczono relikwie świętego, uroczystość wprowadzenia relikwii odbyła się w kwietniu 2008 r. Rzeźba przedstawia biskupa z klęczącym u jego stóp Piotrowinem, ten ostatni ukazany jest – zgodnie z zasadami tego typu przedstawień – jako mała klęcząca postać.

Zdjęcia Andrzej Bednarski i Ireneusz Walerjańczyk



Reportaż o nieczynnej linii kolejowej

Sprawa powrotu linii kolejowej nr 368 (Szamotuły − Międzychód) jest ważna dla naszego regionu. Reportaż, zrealizowany przez Łukasza Wlazika i Krystiana Janiszewskiego z Szamo Urbex, jest bogaty w materiały archiwalne i piękne zdjęcia współczesne. Do tego duża porcja wiedzy! Polecamy!



Szukamy zdjęć z Atelier Adolfa Roepkego

To jedyne zachowane zdjęcie, na którym jest Adolf Roepke − główny szamotulski fotograf z lat 1895-1918. Tak to zwykle bywa, że fotografowie własnych zdjęć mają niewiele (zgodnie z powiedzeniem: „Szewc bez butów chodzi”). Przypominamy, że na naszym portalu opublikowaliśmy bardzo ciekawy artykuł o nim, w którym znajdą Państwo bogatą ilustrację fotograficzną (http://regionszamotulski.pl/adolf-roepke-fotograf-szamotulan-w-czasach-zaborow/). Szukamy jednak kolejnych zdjęć. Może znajdą Państwo w swoich albumach rodzinnych zdjęcia z napisem „Atelier A. Roepke” i adresem: Samter (siedziby się zmieniały: Bahnhofstrasse 39 – ul. Dworcowa, Neustadt 111 – Nowe Miasto, czyli dzisiejszy pl. Sienkiewicza, i Töpferstrasse 6 – dziś Garncarska 13, budynek przy dawnej przychodni)? Adolf Roepke przeniósł się do Szamotuł z Friedebergu, czyli dzisiejszych Strzelec Krajeńskich. Zmarł krótko przed końcem I wojny światowej. Przez trzy lata zakład prowadziła jeszcze jego żona Alwina, która potem firmę sprzedała i przeniosła się do Poznania i zamieszkała z córką Anelizą.

Zdjęcie z ok. 1903 r. udostępniła prawnuczka Angela Felińska. Nasz adres: wgt.szamotuly@gmail.com



Szamotulskie pochody 1-majowe 

1 Maja – oficjalne (i obowiązkowe!) obchody tego święta rozpoczęły się w Polsce 75 lat temu, w 1945 r. W pierwszym roku świętowanie 1 Maja i 3 Maja specjalnie się nie różniło, gdyż w oba te dni rozpoczynano je od mszy św. Z perspektywy następnego 45-lecia dziwne może się też wydawać, że 1 Maja w czasie uroczystości szkolnych śpiewano pieśni Boże, coś Polskę i Rotę. Po południu w Szamotułach odbył się apel w miejscu egzekucji 5 mieszkańców Otorowa. W kolejnych latach władze zaczęły ograniczać obchody 3-majowe, a potem ich zakazały. Szamotulanie pamiętają, jak do ich domów pod koniec lat 40. 2 maja przychodził milicjant, aby przypomnieć o konieczności… zdjęcia flagi

Święto 1-majowe wiąże się – oczywiście – z pochodami. Trybuna, z której władze pozdrawiały maszerujących pracowników poszczególnych zakładów pracy i uczniów miejscowych szkół, stała w Szamotułach na Rynku – najpierw przed biblioteką, a później przed księgarnią. My pamiętamy lata 70., kiedy pochód wkraczał na Rynek ul. Ratuszową, starsze zdjęcia pokazują, że we wcześniejszych latach kierunek marszu był odwrotny – od ulicy Wronieckiej (wówczas gen. Świerczewskiego). Obok trybuny stała orkiestra, a spiker przedstawał i charakteryzował poszczególne grupy uczestników pochodu. Uczniowie co najmniej kilka dni wcześniej zaczynali ćwiczyć na szkolnych boiskach różne sposoby prezentowania swoich umiejętności, długo przygotowywano rozmaite – niesione w pochodzie – rekwizyty.

W latach 80. – po powstaniu „Solidarności” i stanie wojennym – świadomość się zmieniła i coraz częściej święto to traktowano z niechęcią.Pochody, przemarsze i defilady w latach międzywojennych odbywały się bardzo często i przy różnych okazjach, czasy PRL-u skutecznie obrzydziły Polakom tę formę świętowania i po roku 1990 jej zaprzestano.

Prezentujemy kilka zdjęć z szamotulskich pochodów w 2. połowie lat 60. (zdjęcia czarno-białe) i końca lat 70. (zdjęcie kolorowe) – pochodzą one z kroniki Prezydium Miejskiej Rady Narodowej oraz kronik szkół podstawowych nr 2 i 3.



W maju – na Szlak św. Jakuba!

Wyruszajmy na Szlak św. Jakuba w powiecie szamotulskim − dla ducha i zdrowia, oczywiście z zachowaniem zasad bezpieczeństwa! Można iść pieszo, można wybrać się rowerem, to wszystko boczne i malownicze drogi. Szlak św. Jakuba, czyli Camino (oznakowania: żółte strzałki i muszla na niebieskim tle), prowadzi w naszym regionie przez Szamotuły, Jastrowo, Rudki, Rudki Huby, Ostroróg, Dobrojewo, Oporowo, Oporowo Huby, Nową Wieś, Wronki, Biezdrowo, Wartosław i Chojno. Po drodze można obejrzeć wiele historycznych miejsc, a na naszym portalu znajdziecie informacje o nich (http://regionszamotulski.pl/camino-szlak-sw-jakuba-przez-powiat-szamotulski/).  Zdjęcia Andrzej Bednarski.


Szamotuły, 01.05.2020

MAJ 2020

IMPREZY I KONCERTY


Muzeum – Zamek Górków otwarte dla zwiedzających od 8 maja (tylko budynek zamku; w poniedziałki i wtorki nieczynne)

Wszystkie imprezy i koncerty zostały odwołane

Nowa działalność SzOK w Internecie



Konkurs plastyczny SzOK – adresowany jest do dzieci i młodzieży z Miasta i Gminy Szamotuły.

Regulamin: ↪ http://szok.info.pl/wp-content/uploads/2020/05/KonkursplastycznyKoronawirus_regulamin.pdf

Termin nadsyłania prac: 21.05.-11.06.2020


Plakaty Damiana Kłaczkiewicza (SzOK)

KINO

Kino nieczynne

Aktualności – maj 20202025-02-24T18:35:28+01:00

Strona główna – kwiecień 2020


DAWNE SZAMOTUŁY

Ks. Bolesław Kaźmierski w pierwszych miesiącach II wojny światowej

Nie poddajmy się rozpaczy!

Ks. Bolesław Kaźmierski był szamotulskim proboszczem od 1 maja 1913 r. do 18 kwietnia 1945 r., czyli do dnia śmierci. Działał w wielu dziedzinach: był duszpasterzem, za którego czasów powstało wiele stowarzyszeń katolickich, sprawnym administratorem parafii, który przeprowadził wiele inwestycji, społecznikiem, dbającym o kulturę i oświatę, a w odrodzonej Polsce również radnym miejskim i powiatowym. Bardzo ważną rolę odegrał w czasie powstania wielkopolskiego: zainicjował jego organizację w Szamotułach, a później przewodził powiatowej Radzie Ludowej.

Postać ks. Bolesława Kaźmierskiego z pewnością zasługuje na obszerne opracowanie, może nawet w postaci książki. Artykuł niniejszy dotyczy działań szamotulskiego proboszcza, a także dziekana dekanatu szamotulskiego, na początku II wojny światowej. Tekst powstał na podstawie dwóch źródeł rękopiśmiennych, spisanych jeszcze podczas trwania okupacji niemieckiej lub zaraz po jej zakończeniu. Chodzi tu o dziennik prowadzony przez Jana Rudzkiego, woźnego szamotulskiego magistratu, oraz o kronikę Publicznej Żeńskiej Szkoły Powszechnej im. Marii Konopnickiej (dzisiejszej Szkoły Podstawowej nr 2). Wpisów w szkolnej kronice w tym czasie dokonywała Antonina Nowicka, wieloletnia kierowniczka szkoły, która cały okres okupacji spędziła w Szamotułach i w swoim ówczesnym mieszkaniu prowadziła tajne nauczanie (por. http://regionszamotulski.pl/tajne-nauczanie/).


1. z prawej ks. Bolesław Kaźmierski, obok niego Konstanty Scholl (1874-1930) – pierwszy polski burmistrz Szamotuł po odzyskaniu niepodległości, jego nadzwyczaj udaną kadencję przerwała śmierć w wypadku samochodowym. Pozostałe osoby: Michał Szydlarski (z lewej; szamotulski kupiec, przez 40 lat prowadził sklep z tkaninami i nakryciami głowy, był członkiem Rady Miasta od 1919 r.), Władysław Witkowski (na górze z lewej; jeden z założycieli w 1887 r. w Szamotułach koła (gniazda) Towarzystwa Gimnastycznego Sokół, wieloletni członek zarządu i członek honorowy) oraz Wiktor Krukowski (na górze z prawej; lekarz, od 1926 r. pełniący funkcję lekarza powiatowego, przewodniczący szamotulskiego koła oficerów rezerwy). Fotografię wykonano przed 1928 r. – Witkowski i Szydlarski zmarli w tym roku. Zdjęcie z archiwum rodzinnego Urszuli Dudzik – wnuczki Konstantego Scholla.


Antonina Nowicka rozpoczęła odpowiedni fragment kroniki zdaniem: „Duchowieństwo tutejsze z księdzem dziekanem Kaźmierskim na czele zapisało się chlubnie w historii miasta w pierwszych dniach września 1939 roku”. Jan Rudzki, swój wpis na ten sam temat, zakończył słowami odnoszącymi się do osoby proboszcza: „Cześć mu!”

Postawa szamotulskich księży, oceniona przez świadków ówczesnych wydarzeń tak bardzo pozytywnie, stanowiła kontrast wobec zachowania władz Szamotuł i powiatu. Pierwsze dni września były czasem pospiesznej ewakuacji. Przez miasto przeciągały tłumy uciekinierów od strony Wronek, Międzychodu i Czarnkowa. Władze miasta, z burmistrzem Leonardem Bartkowskim, i władze powiatowe, ze starostą Adamem Narajewskim, wyjechały z Szamotuł w pierwszych dniach wojny. Jana Rudzki był tym faktem bardzo poruszony, w swoim dzienniku w stosunku do obu wymienionych przedstawicieli władz użył słów bardzo dosadnych. Wspomniał także, że starosta Narajewski wzywany był do powrotu do Szamotuł przez wojewodę, Ludwika Bociańskiego, za pośrednictwem radia: „Co też uczynił, lecz po kilku godzinach znowu wsiąkł”.

Miasto opuścili także funkcjonariusze Policji Państwowej: „W niedzielę 3 września 1939 roku za drogie pieniądze nie znalazłbyś miejscowego policjanta, jeżeli się jaki granatowy mundur dał widzieć, to był to przez Szamotuły uciekający” − pisał Jan Rudzki.


Ks. Kaźmierski w gronie członków Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, sala hotelu Eldorado, ok. 1929 r. Zdjęcie – własność Jan Kulczak


Kolejne szczegóły wydarzeń z pierwszych dni września podaje Antonina Nowicka: „W ten czas, gdy władza świecka uciekła, gdy obywatele szamotulscy posiadający albo środki lokomocji, albo odpowiednią ilość gotówki wyjechali z Szamotuł, powstała plotka, że główna rozstrzygająca bitwa odbędzie się w okolicy Szamotuł, że miasto Szamotuły przeznaczono na zagładę. Rozpacz ogarnęła wtedy ludność, przede wszystkim biedniejszą. Obiecano im przecież w lipcu zorganizować ogólną ewakuację, gdyby okolica miała stać się terenem działań wojennych. A teraz ci, którzy mieli zająć się tą sprawą, uciekli pierwsi. Czy coś dziwnego że w duszach szamotulan zrodził się bunt przeciwko tym, którzy dotychczas stali na czele? Niepokój ogarnął całe miasto”.

W tej sytuacji w sobotę, 2 września, ks. Bolesław Kaźmierski postanowił pocieszyć i wesprzeć mieszkańców Szamotuł. Informacje na ten temat znaleźć można w obu wspomnianych źródłach. Antonina Nowicka pisze tak:  

„Wtedy ksiądz dziekan Kaźmierski okazał się prawdziwym duszpasterzem. W sobotę dnia 2 września, gdy ludzie po nieprzespanej nocy zebrali się w rynku, przemówił do nich uspokajająco. Tak samo przemawiał w tym dniu do wiernych w Kolegiacie po każdej mszy świętej: «Wróg się zbliża. Nie poddajmy się rozpaczy! Mężczyźni niech uchodzą, niech starają się dostać do wojska. Kobiety i dzieci niech zostaną. I ja, wasz duszpasterz, zostanę z wami i moi konfratrzy również pozostaną. Ufajmy Bogu i Najświętszej Maryi, Pani Szamotuł». To były niektóre z jego słów. Szloch ogólny słychać było w kościele. Słowa księdza przyniosły pewną ulgę i wlały otuchę w serca rozdzierane strachem, rozpaczą i buntem. Więc jest ktoś, który będzie dbał o nas. Nie jesteśmy sami. Wzruszająco było, jak po przemówieniu księdza dziekana starcy mogący zaledwie chodzić o lasce przystąpili do niego do ołtarza i zapytali się: «A co my mamy zrobić? Czy możemy pozostać albo mamy też uciekać?» Ksiądz dziekan położył im uspokajająco rękę na ramiona i powiedział: «Zostańcie spokojnie! Myślę, że się wam nic nie stanie»”.


Ks. Kaźmierski przy wyjściu z probostwa w Szamotułach. Uroczystość prymicyjna, ok. 1930 r. Zdjęcie – własność Ewa Michalska-Czajka


W dzienniku Jana Rudzkiego znajdujemy zapis:

„Gdy przez nasze miasto dniem i nocą lawiny uchodźców sie przesuwały, tutejsi wikarzy całą noc po mieście krążyli − widocznie proboszcza o panicznym nastroju poinformowali, który u miejscowej ludności zauważyli. Ponieważ w sobotę 2 września 1939 r. rano między godziną 4 a 5 ks. proboszcz wyszedł uliczką Szkolną na Rynek i przemówił − jakby właśnie na pocieszenie − do czekających. Wszyscy, którzy jego słowa słyszeli, uspokoili się. Treść jego pocieszenie − wskazówek − jeden drugiemu dopowiedział i on osobiście, idąc Rynkiem, pocieszał wielu, którzy tego potrzebowali, i ta − przed chwilą jeszcze w jakimś strachu − niepewności wzburzona masa zrównoważyła się. To powtórzył ks. proboszcz w towarzystwie hrabiny Zofii Mycielskiej z Gałowa we wtorek 5 września 1939 roku jeszcze raz”.

Ks. Bolesław Kaźmierski nie tylko wspierał duchowo i psychicznie mieszkańców Szamotuł, lecz faktycznie przejął władzę w mieście. 4 września zorganizował bowiem Komitet Obywatelski, na którego czele sam stanął.

Czytaj dalej

Szamotuły, 17.04.2020


Zdjęcie Paweł Paprocki


Michał Barczak − aktor o dużych możliwościach

Kiedyś w wywiadzie powiedział, że dla kilku chwil na scenie warto poświęcić wszystko. Dziś wie, że to nieprawda, chociaż swoją pracę nadal bardzo kocha. Najważniejsze, aby mądrze połączyć ją z życiem rodzinnym.

Szamotulskie dzieciństwo Michała Barczaka było krótkie, bo już po ukończeniu czwartej klasy w Szkole Podstawowej nr 2 przeniósł się do Poznania. Dalej uczył się w szkole baletowej i mieszkał w internacie. Szybko musiał stać się samodzielny i do Szamotuł już nie wrócił. Tu do dziś mieszka jego mama i dwie siostry.

Miłość do tańca pojawiła się wcześniej. W Szamotulskim Ośrodku Kultury uczestniczył w zajęciach Klubu Tańca Towarzyskiego „Filemon”, którym kierował wówczas Grzegorz Kałmuczak. Tańczył też w Zespole Folklorystycznym „Szamotuły” pod kierunkiem Janiny Foltynowej i Jerzego Foltyna.


Michał Barczak z Zespołem Folklorystycznym „Szamotuły” (partnerka Daria Krzyżaniak)


Po maturze i dyplomie w poznańskiej Ogólnokształcącej Szkole Baletowej im. Olgi Sławskiej-Lipczyńskiej otrzymał dwie propozycje pracy: w Państwowym Zespole Ludowym Pieśni i Tańca „Mazowsze” oraz w Teatrze Wielkim w Łodzi. Wybrał teatr. Już w pierwszym roku przekonał się, że chciałby czegoś więcej niż praca w teatralnym balecie. Tych kilka chwil na scenie wiąże się z wielkimi wyrzeczeniami, tańczy się zwykle do trzydziestki, bo tylko na tyle pozwala nadmiernie obciążony kręgosłup. W wypadku Michała to bardzo długi kręgosłup. Do dziś wspomina pierwszą noc w łódzkim Domu Aktora, kiedy to okazało się, że w łóżku mieści się, leżąc tylko po przekątnej. Ma w końcu 195 cm wzrostu.


Michał Barczak z Klubem Tańca Towarzyskiego „Filemon” (partnerka Joanna Wiśniewska)


W jednym z przedstawień realizowanych przez łódzki Teatr Wielki grała Zofia Uzelac – aktorka i pedagog teatralny, dziekan Wydziału Aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej. Zachęciła Michała do studiów aktorskich. I tak – po półrocznych przygotowaniach pod okiem starszego kolegi – Michał Barczak został studentem łódzkiej filmówki. Każdy, kto choć trochę orientuje się w temacie, wie, że dostanie się do szkoły aktorskiej za pierwszym razem nie jest czymś częstym. Rozpoczęła się wspaniała przygoda, podczas której na nowo zakochał się w scenie. W 2014 roku otrzymał nagrodę Ministra Edukacji i Szkolnictwa Wyższego za wybitne osiągnięcia artystyczne, w 2015 roku – stypendium rektora dla najlepszych studentów.


Och Teatr – spektakl Nos, 2016 r. Zdjęcie Kasia Chmura-Cegiełkowska


Po szkole zaproponowano mu pracę w Teatrze im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Zakopanem. Andrzej Dziuk – jeden ze współzałożycieli teatru i reżyser większości spektakli – daje szanse młodym ludziom, potrafi ich zainspirować i stwarza warunki do rozwoju. To ciekawy zespół teatralny. Tworzy go niewielka, 13-osobowa grupa. Codziennie grają inny spektakl, aktorzy sami zmieniają dekoracje, wpuszczają widzów i sprzedają bilety, a po przedstawieniach długo dyskutują. Takie podejście do sztuki dziś to rzadkość, zwykle każdy robi swoje i spieszy się do domu. Dla Michała Barczaka dwa lata spędzone w Zakopanem były czasem niezwykle wzbogacającym, trudnym jednak ze względu na rozłąkę z narzeczoną.

Na początku 2016 r. z propozycją współpracy zadzwoniła do niego Krystyna Janda. W prowadzonym przez nią warszawskim Och Teatrze Michał Barczak zagrał jedną z głównych ról w przedstawieniu Nos w reżyserii Janusza Wiśniewskiego. Spektakl zebrał sporo dobrych recenzji, a Michał Barczak uznał, że może to czas na początek kolejnego etapu w życiu osobistym i zawodowym. W 2017 roku zrezygnował z etatu w Teatrze Witkacego i przeniósł się do Warszawy.

To tam mieszka z tymi, którzy są dla niego najważniejsi, czyli z niespełna dwuletnim synem Gawełem i żoną Anną, w Teatrze Polskim w Warszawie zajmującą się koordynacją pracy artystycznej.

Czytaj dalej


Kronika szamotulskiego liceum w czasach stalinowskich

W archiwum szamotulskiego liceum ogólnokształcącego znajduje się bardzo interesująca kronika z lat 1950-1963. Od reformy szkolnictwa w roku 1948/49, kiedy to zlikwidowano czteroletnie gimnazja i dwuletnie licea, a na ich miejsce utworzono czteroletnie licea, placówka nosiła oficjalną nazwę Państwowa Szkoła Ogólnokształcąca Stopnia Licealnego w Szamotułach. W tym okresie przestano używać imienia patrona szkoły – ks. Piotra Skargi. W 1957 r. do nazwy dodano numer 54.

Kronika stanowi interesujący dokument nie tylko ówczesnej szkoły, ale także szerzej – tamtych czasów. Wybraliśmy z niej fragmenty związane z życiem społeczno-politycznym, tekst wzbogaciliśmy skanami stron kroniki oraz zdjęciami z archiwum Jana Kulczaka – ucznia szkoły z 1. połowy lat 50.

Warto także sięgnąć do wspomnień Ewy Budzyńskiej-Krygier, które opublikowaliśmy w 2018 r.: http://regionszamotulski.pl/w-szamotulskich-szkolach-1945-51/.


7 stycznia 1950 r. – wystrój auli z okazji uroczystości 30-lecia szkoły


1949/1950

Coraz wyraźniej szkoła nasza wkracza na nowe tory, staje się prawdziwą kuźnią socjalizmu. Świadczy o tym chociażby to, że w ostatnim czasie wzrósł znacznie procent młodzieży robotniczo-chłopskiej. Gruntownej przemianie uległy metody nauczania stosowane przez grono nauczycielskie. Profesorowie dążą do wyrobienia w uczniach naukowego, marksistowskiego poglądu na świat, uczą ich socjalistycznego stosunku do pracy i własności, zrozumienia dla pracy planowej, zaszczepiają w uczniach zasady socjalistycznej dyscypliny.



Zbliżające się święto klasy robotniczej odbiło się szerokim echem wśród uczniów naszej szkoły. W celu uczczenia go podjęliśmy szereg zobowiązań. Poszczególne klasy we własnym zakresie dokonały naprawy sprzętu, dekoracji sal, a istniejące na terenie szkoły organizacje wykonały transparenty i emblematy, które młodzież niosła w czasie uroczystego pochodu pierwszomajowego. Uczniowie gimnazjum wzięli udział w akademii młodzieżowej zorganizowanej w dniu 1 Maja.


ZMP* – to dobry duch naszej szkoły. On nadaje ton szkole, kieruje młodzieżą zorganizowaną i niezorganizowaną, czuwa nad pracą kółek naukowych, organizuje kółka samokształceniowe. Z jego inicjatywy cała szkoła brała udział w akcji przeciwstonkowej i pomagała przy budowie nawierzchni na trasie Szamotuły – Baborówko.

[*ZMP – Związek Młodzieży Polskiej, organizacja ideowo-polityczna, powołana w 1948 r., działająca na wzór radzieckiego Komsomołu; zlikwidowana po Październiku 1956. Jest jednym z symboli stalinizmu.]


Z prof. Stanisławą Kulmaczewską, zdjęcie – własność Jan Kulczak


Dzień bez nauczycieli…

W dniu 13 maja profesorowie brali udział w powiatowej konferencji ZNP [Związku Nauczycielstwa Polskiego – przyp. red.]. Uczniowie samorzutnie zorganizowali dyrektora, którym został przewodniczący szkolnego koła ZMP – kol. Modzelewski. Kilku uczniów czuwało nad porządkiem na korytarzach i na dziedzińcu.

Młodzież poważnie ustosunkowała się do swych młodych przełożonych, dzięki czemu w całej szkole panował wzorowy porządek. Pod kierunkiem starszych kolegów odbywały sie na auli lekcje śpiewu, na boisku gry i ćwiczenia, poszczególne organizacje przeprowadziły zebrania.

W dniu tym młodzież zdała egzamin, wykazując, że jest zdolna do samodzielnego rządzenia się.


Na boisku szkolnym, w tle budynek szpitala przy ul. Sukienniczej. Zdjęcie – własność Jan Kulczak


W marcu i w maju br. [1950] zaszły na terenie szkoły niemile wypadki. Aresztowano kilku uczniów*, którzy – jak się okazało – byli członkami antypaństwowych związków terrorystycznych. Grono profesorskie i młodzież surowo potępiła działalność tych kolegów. Wypadek ten spowodował wzmocnienie czujności ze strony nauczycieli, uczniów i rodziców i wykazał niezbicie, że tylko poprzez bezkompromisową walkę można wychować budowniczych socjalizmu.

[*W Szamotułach pod koniec lat 40. i na początku 50. działało kilka młodzieżowych grup oporu: „Grupa Andrzejewskiego”, „Jutrzenka”, „RSS” oraz „Błękitni Rycerze”. Informacja z kroniki dotyczy aresztowań członków dwóch pierwszych organizacji; członkowie dwóch kolejnych zostali zatrzymani w 1952 r. Zasądzono wobec nich kilkuletnie wyroki (zazwyczaj wychodzili z więzienia wcześniej), uczniowie liceum zostali wydaleni ze szkoły.]

Czytaj dalej

Wspomnienia

Stanisław Kowalewski

Wspomnienia

część 1: Powstanie wielkopolskie i praca w szamotulskiej policji w okresie międzywojennym

Zawsze sobie mawiałem, że kiedy dorosnę i będę już w wieku podeszłym, napiszę książkę o moich przeżyciach, mojej młodości, moich radościach i smutkach, o współżyciu z rodziną, o zdobywaniu pracy, o zakochaniu się, o zawarciu związku małżeńskiego, o Powstaniu Wielkopolskim, o obowiązkowej służbie wojskowej, o pracy w kopalni, o okupacji i różnych przeżyciach, o całym życiu do roku 1975.

Pierwsze kroki w dorosłe życie

Urodziłem się dnia 1 maja 1901 roku w Szamotułach jako syn Franciszki Filipiak i jej męża Jakuba Kowalewskiego. W tym czasie ojciec mój pracował w Niemczech Zachodnich (Westfalia).

Wychowywany byłem wyłącznie przez własnych rodziców. Kiedy ukończyłem 6. rok życia, zmuszony byłem pomagać w gospodarstwie domowym rodziców. Pochodzę z wieloletniej rodziny: było nas aż jedenaście dzieci i to z prawego łoża. Ojciec był pochodzenia robotniczo-chłopskiego, a pracował prawie całe życie na roli u gospodarzy niemieckich lub właścicieli dużych majątków rolnych.

W 1907 roku rozpocząłem uczęszczać do szkoły podstawowej w Szamotułach (nr 2), którą ukończyłem w 1914 roku.

Właśnie w tym czasie wybuchła I wojna światowa. Miałem wtedy 14 lat, a pamiętam, że była to niedziela 5 sierpnia 1914 r. Wtedy to dostarczano karty mobilizacyjne mężczyznom, którzy wychodzili z kościoła (kolegiaty). Pamiętam nawet, że była wtedy godzina 10. Kiedy wiadomość o wybuchu wojny dotarła do rodzin (żon i dzieci), zapanował ogólny smutek. Ludzie płakali w domach i na ulicach. Rozgardiasz i zamieszanie panowały na ulicach: mężczyźni śpieszyli do punktów zbornych (komend) z różnych stron miasta. Byłem w tym czasie także w kościele i wszystkie te zaistniałe sytuacje i sceny dobrze widziałem, zapamiętałem. W tę niedzielę wjechała policja niemiecka na koniach celem utrzymania porządku na ulicach miasta. Ojca mojego zatrudniono do kopania okopów przeznaczonych dla wojska.

Był to czas smutny i nikt nie był pewny życia. Zaczęły się ograniczenia żywnościowe. Trzeba było pod wielkim strachem szukać i kupować żywność, jak również ukrywać posiadane zapasy, bo zauważone przez Niemców nadwyżki natychmiast rekwirowano.

W czasie trwania wojny (1914-1918) wychowywałem się przy rodzicach, pomagałem w gospodarstwie, troszczyłem się o żywy inwentarz, a także pracowałem w majątku rolnym, którego właścicielem był dziedzic. Zarabiałem w tym majątku po 50 pfenigów dziennie.


Marcin Kowalewski (brat Stanisława) pod Verdun, 1916 r.


Udział w wojnie brali moi dwaj bracia: Marcin i Jan, a przebywali na froncie francuskim. Po powrocie z frontu, gdzie został ranny, brat Marcin jako ochotnik wziął udział w Powstaniu Wielkopolskim, rezydując w Poznaniu. Drugi brat Jan, powrócił z frontu w okresie późniejszym i wstąpił w szeregi (ochotniczo) Wojska Polskiego, także w Poznaniu, w dzielnicy Sołacz, służąc w artylerii konnej.

Kontynuując opowieść o sobie, przekazuję potomnym, że w szkole uczono nas tylko po niemiecku, stąd moja teraz, do dnia dzisiejszego, znajomość języka obcego − niemieckiego. Po polsku nawet mówić nie było nam wolno. I taka jest prawda. Nauka języka polskiego mogła odbywać się tylko w ukryciu i we własnym zakresie i dzięki własnym staraniom. Bardzo zależało mi na tym, aby zachować polskość i dlatego ze wszystkich sił starałem się uczyć po polsku − tak czytać, jak i pisać. Jak widać, udało mi się to zrealizować. Byłem samoukiem. Rodzice moi po prostu nie mieli czasu, aby zająć się moją edukacją, a także nie umieli nawet dobrze po polsku pisać.

W szkole była stosowana i ściśle przestrzegana bardzo ostra i surowa dyscyplina. Celowali w tym szczególnie nauczyciele pochodzenia czysto niemieckiego. Niektóre nazwiska tych nauczycieli pamiętam do dnia dzisiejszego. Nie wiem, czy dobrze napiszę ich nazwiska, ale tak je zapamiętałem: Decker, Wekler, Rothe, Kahl, Kluge, Schuster, Kemnitz i Miękwicz − dyrektor szkoły. Najgorszy z nich wszystkich był Rothe! To on karał tych, którzy według opinii nauczycieli coś spsocili. A robił to z wielką satysfakcją i okrucieństwem. Na przykład podczas przerw między lekcjami obowiązkowo należało chodzić parami i rozmawiać wyłącznie po niemiecku. Jeżeli ktokolwiek się z tego chociaż w najmniejszym stopniu wyłamał, został natychmiast lub po lekcjach ukarany. Przeważnie karano biciem.


Powstańcy wielkopolscy – Kompania szamotulska w Lubaszu, zdjęcie Muzeum-Zamek Górków


W 16. roku życia nabawiłem się ciężkiego zapalenia płuc i myślałem, że skończy się to dla mnie bardzo tragicznie. Miałem jednak wyjątkowe szczęście. Dość szybko przyszedłem do zdrowia. W tym okresie życia pracowałem jako robotnik rolny w majątku w Słopanowie. Tam też zamieszkiwali moi rodzice.

Podczas gdy bracia byli na wojnie, ja jako w tym czasie najstarszy z rodzeństwa w domu, opiekowałem się młodszymi siostrami i braćmi. Od czasu do czasu przyjeżdżali na urlop starsi bracia , opowiadając wszystkie ciekawe zdarzenia i epizody z przeżytych dni i stoczonych walk. A opowiadali naprawdę, jak na owe czasy, historie, które podtrzymywały nas na duchu. Stwierdzali, że w wojsku niemieckim jest rozluźniona dyscyplina, że żołnierze nie chcą się już bić, że niedługo wojna się zakończy.

Słuchaliśmy tego z zapartym tchem i pewnym niedowierzaniem. Ale to była prawda! W tym czasie w kraju organizowane były różne potajemne spotkania, przeważnie przez rezerwistów, których tematem było przygotowywanie się do zbrojnego powstania. W tego typu spotkaniach brało udział bardzo dużo młodzieży polskiej. Panowała ogólna gorączka, gorączka czynu!

I oto nadeszła ta oczekiwana chwila: dnia 20 grudnia 1918 roku, pamiętam jak dziś, do majątku, gdzie mieszkaliśmy, doszło kilkunastu żołnierzy w mundurach powstańczych! Byli to prawdziwi uczestnicy Powstania Wielkopolskiego! Przybyli po wyfasowane podwody, które mieli dostarczyć na stanowiska powstańców, do Czarnkowa przy rzece Noteć. Mnie osobiście przypadł zaszczyt przewiezienia ich na miejsce. Byłem wzruszony, oszołomiony, szczęśliwy i zadowolony. Nareszcie mogłem sam uczestniczyć w przedsięwzięciu, które według mojego rozumowania, było ważne, potrzebne i niezbędne dla powstania. W dniu 25 grudnia przewiozłem zaprzęgiem konnym wszystkich żołnierzy do miejsca przeznaczenia. Przy tej okazji widziałem i słyszałem mnóstwo rzeczy i sytuacji, o których po powrocie wszystkim znajomym opowiedziałem.

Aż nadszedł już czas, by chwycić za broń. Naród Polski dążył do zrzucenia 100-letniej pruskiej niewoli. Mnóstwo młodzieży wstępowało, jako ochotnicy, w szeregi powstańców wielkopolskich. Nadchodziły nowe czasy. Czasy wyzwolenia!


Zdjęcie dawnych powstańców wielkopolskich z Szamotuł, 1980 r. 3. z prawej Stanisław Kowalewski, 2. z lewej Antoni Śmiglak, 1. z prawej Stanisław Krupski, działacz ZBoWiD-u.


Czytaj dalej

Strona główna – kwiecień 20202025-01-02T11:51:57+01:00

Ks. Bolesław Kaźmierski w pierwszych miesiącach II wojny światowej

Ks. Bolesław Kaźmierski w pierwszych miesiącach II wojny światowej

Nie poddajmy się rozpaczy!

Ks. Bolesław Kaźmierski był szamotulskim proboszczem od 1 maja 1913 r. do 18 kwietnia 1945 r., czyli do dnia śmierci. Działał w wielu dziedzinach: był duszpasterzem, za którego czasów powstało wiele stowarzyszeń katolickich, sprawnym administratorem parafii, który przeprowadził wiele inwestycji, społecznikiem, dbającym o kulturę i oświatę, a w odrodzonej Polsce również radnym miejskim i powiatowym. Bardzo ważną rolę odegrał w czasie powstania wielkopolskiego: zainicjował jego organizację w Szamotułach, a później przewodził powiatowej Radzie Ludowej.


Ks. Bolesław Kaźmierski (15.05.1879-18.04.1945), ur. w Żegocinie (pow. pleszewski), święcenie kapłańskie – 1902. Od 1913 r. proboszcz parafii św. Stanisława Biskupa w Szamotułach, od 1923 r. radca duchowny, od 1930 r. dziekan dekanatu szamotulskiego. Odznaczony, m.in.,  Krzyżem Oficerskim „Polonia Restituta”, Złotym Krzyżem Zasługi i Krzyżem Niepodległości. Zdjęcie – 1938 r., NAC

1926 r.

Ks. Kaźmierski ok. 1938 r. Zdjęcie – Archiwum Parafii Kolegiackiej

Ks. Kaźmierski w czasie wizytacji biskupa Walentego Dymka, 26.08.1933. Zdjęcie – kronika Szkoły Podstawowej nr 2

Kościół św. Stanisława i Starostwo (Landratsamt) w okresie niemieckiej okupacji – dwie z kilkunastu pocztówek wykonanych przez P.Olexijenkę

W okresie okupacji budynek ten był siedzibą Gestapo, ul. Dworcowa. Zdjęcie z lat 60. XX w., kronika Miejskiej Rady Narodowej, własność UMiG Szamotuły

Miejsce egzekucji 10 Polaków (13.12.1939 r.). Zdjęcie Andrzej Bednarski

Akt zgonu ks. Kaźmierskiego. Miejsce śmierci – szpital (Zakład św. Józefa) w Szamotułach

Postać ks. Bolesława Kaźmierskiego z pewnością zasługuje na obszerne opracowanie, może nawet w postaci książki. Artykuł niniejszy dotyczy działań szamotulskiego proboszcza, a także dziekana dekanatu szamotulskiego, na początku II wojny światowej. Tekst powstał na podstawie dwóch źródeł rękopiśmiennych, spisanych jeszcze podczas trwania okupacji niemieckiej lub zaraz po jej zakończeniu. Chodzi tu o dziennik prowadzony przez Jana Rudzkiego, woźnego szamotulskiego magistratu, oraz o kronikę Publicznej Żeńskiej Szkoły Powszechnej im. Marii Konopnickiej (dzisiejszej Szkoły Podstawowej nr 2). Wpisów w szkolnej kronice w tym czasie dokonywała Antonina Nowicka, wieloletnia kierowniczka szkoły, która cały okres okupacji spędziła w Szamotułach i w swoim ówczesnym mieszkaniu prowadziła tajne nauczanie (por. http://regionszamotulski.pl/tajne-nauczanie/).


1. z prawej ks. Bolesław Kaźmierski, obok niego Konstanty Scholl (1874-1930) – pierwszy polski burmistrz Szamotuł po odzyskaniu niepodległości, jego nadzwyczaj udaną kadencję przerwała śmierć w wypadku samochodowym. Pozostałe osoby: Michał Szydlarski (z lewej; szamotulski kupiec, przez 40 lat prowadził sklep z tkaninami i nakryciami głowy, był członkiem Rady Miasta od 1919 r.), Władysław Witkowski (na górze z lewej; jeden z założycieli w 1887 r. w Szamotułach koła (gniazda) Towarzystwa Gimnastycznego Sokół, wieloletni członek zarządu i członek honorowy) oraz Wiktor Krukowski (na górze z prawej; lekarz, od 1926 r. pełniący funkcję lekarza powiatowego, przewodniczący szamotulskiego koła oficerów rezerwy). Fotografię wykonano przed 1928 r. – Witkowski i Szydlarski zmarli w tym roku. Zdjęcie z archiwum rodzinnego Urszuli Dudzik – wnuczki Konstantego Scholla.


Antonina Nowicka rozpoczęła odpowiedni fragment kroniki zdaniem: „Duchowieństwo tutejsze z księdzem dziekanem Kaźmierskim na czele zapisało się chlubnie w historii miasta w pierwszych dniach września 1939 roku”. Jan Rudzki, swój wpis na ten sam temat, zakończył słowami odnoszącymi się do osoby proboszcza: „Cześć mu!”

Postawa szamotulskich księży, oceniona przez świadków ówczesnych wydarzeń tak bardzo pozytywnie, stanowiła kontrast wobec zachowania władz Szamotuł i powiatu. Pierwsze dni września były czasem pospiesznej ewakuacji. Przez miasto przeciągały tłumy uciekinierów od strony Wronek, Międzychodu i Czarnkowa. Władze miasta, z burmistrzem Leonardem Bartkowskim, i władze powiatowe, ze starostą Adamem Narajewskim, wyjechały z Szamotuł w pierwszych dniach wojny. Jana Rudzki był tym faktem bardzo poruszony, w swoim dzienniku w stosunku do obu wymienionych przedstawicieli władz użył słów bardzo dosadnych. Wspomniał także, że starosta Narajewski wzywany był do powrotu do Szamotuł przez wojewodę, Ludwika Bociańskiego, za pośrednictwem radia: „Co też uczynił, lecz po kilku godzinach znowu wsiąkł”.

Miasto opuścili także funkcjonariusze Policji Państwowej: „W niedzielę 3 września 1939 roku za drogie pieniądze nie znalazłbyś miejscowego policjanta, jeżeli się jaki granatowy mundur dał widzieć, to był to przez Szamotuły uciekający” − pisał Jan Rudzki.


Ks. Kaźmierski w gronie członków Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, sala hotelu Eldorado, ok. 1929 r. Zdjęcie – własność Jan Kulczak


Kolejne szczegóły wydarzeń z pierwszych dni września podaje Antonina Nowicka: „W ten czas, gdy władza świecka uciekła, gdy obywatele szamotulscy posiadający albo środki lokomocji, albo odpowiednią ilość gotówki wyjechali z Szamotuł, powstała plotka, że główna rozstrzygająca bitwa odbędzie się w okolicy Szamotuł, że miasto Szamotuły przeznaczono na zagładę. Rozpacz ogarnęła wtedy ludność, przede wszystkim biedniejszą. Obiecano im przecież w lipcu zorganizować ogólną ewakuację, gdyby okolica miała stać się terenem działań wojennych. A teraz ci, którzy mieli zająć się tą sprawą, uciekli pierwsi. Czy coś dziwnego że w duszach szamotulan zrodził się bunt przeciwko tym, którzy dotychczas stali na czele? Niepokój ogarnął całe miasto”.

W tej sytuacji w sobotę, 2 września, ks. Bolesław Kaźmierski postanowił pocieszyć i wesprzeć mieszkańców Szamotuł. Informacje na ten temat znaleźć można w obu wspomnianych źródłach. Antonina Nowicka pisze tak:  

„Wtedy ksiądz dziekan Kaźmierski okazał się prawdziwym duszpasterzem. W sobotę dnia 2 września, gdy ludzie po nieprzespanej nocy zebrali się w rynku, przemówił do nich uspokajająco. Tak samo przemawiał w tym dniu do wiernych w Kolegiacie po każdej mszy świętej: «Wróg się zbliża. Nie poddajmy się rozpaczy! Mężczyźni niech uchodzą, niech starają się dostać do wojska. Kobiety i dzieci niech zostaną. I ja, wasz duszpasterz, zostanę z wami i moi konfratrzy również pozostaną. Ufajmy Bogu i Najświętszej Maryi, Pani Szamotuł». To były niektóre z jego słów. Szloch ogólny słychać było w kościele. Słowa księdza przyniosły pewną ulgę i wlały otuchę w serca rozdzierane strachem, rozpaczą i buntem. Więc jest ktoś, który będzie dbał o nas. Nie jesteśmy sami. Wzruszająco było, jak po przemówieniu księdza dziekana starcy mogący zaledwie chodzić o lasce przystąpili do niego do ołtarza i zapytali się: «A co my mamy zrobić? Czy możemy pozostać albo mamy też uciekać?» Ksiądz dziekan położył im uspokajająco rękę na ramiona i powiedział: «Zostańcie spokojnie! Myślę, że się wam nic nie stanie»”.


Ks. Kaźmierski przy wyjściu z probostwa w Szamotułach. Uroczystość prymicyjna, ok. 1930 r. Zdjęcie – własność Ewa Michalska-Czajka


W dzienniku Jana Rudzkiego znajdujemy zapis:

„Gdy przez nasze miasto dniem i nocą lawiny uchodźców sie przesuwały, tutejsi wikarzy całą noc po mieście krążyli − widocznie proboszcza o panicznym nastroju poinformowali, który u miejscowej ludności zauważyli. Ponieważ w sobotę 2 września 1939 r. rano między godziną 4 a 5 ks. proboszcz wyszedł uliczką Szkolną na Rynek i przemówił − jakby właśnie na pocieszenie − do czekających. Wszyscy, którzy jego słowa słyszeli, uspokoili się. Treść jego pocieszenie − wskazówek − jeden drugiemu dopowiedział i on osobiście, idąc Rynkiem, pocieszał wielu, którzy tego potrzebowali, i ta − przed chwilą jeszcze w jakimś strachu − niepewności wzburzona masa zrównoważyła się. To powtórzył ks. proboszcz w towarzystwie hrabiny Zofii Mycielskiej z Gałowa we wtorek 5 września 1939 roku jeszcze raz”.

Ks. Bolesław Kaźmierski nie tylko wspierał duchowo i psychicznie mieszkańców Szamotuł, lecz faktycznie przejął władzę w mieście. 4 września zorganizował bowiem Komitet Obywatelski, na którego czele sam stanął.


W czasie wizyty w Szamotułach gen. Józefa Hallera, 7.06.1931. Zdjęcie – własność Barbara Piekarzewska


Niemcy wkroczyli do Szamotuł 7 września we wczesnych godzinach porannych. Jak pisze Antonina Nowicka, „dowódca ich wjechał na koniu rychło rano przez ogród i altankę do probostwa i zaaresztował księdza dziekana. Zabrali jego i mansjonarzy ks.ks. [Bolesława] Bałoniaka i [Władysława] Kawskiego oraz ks. [Teofila] Kubisza do ratusza, gdzie zamknęli ich w piwnicy z węglami, dokąd zaprowadzono również Żydów szamotulskich. Księży zwolniono w południe, ale przez kilka dni mieli areszt domowy i mogli wychodzić tylko do Kolegiaty dla odprawienia nabożeństw. W następnych dniach młodzi księża byli też brani jako zakładnicy”.

Wkrótce ks. Kaźmierski został usunięty z probostwa. Początkowo mieszkał u sióstr służebniczek Maryi w szamotulskim szpitalu (Zakładzie św. Józefa), a później − od listopada − w pokoju wynajętym u zasłużonej szamotulskiej rodziny Sławskich przy ul. Wronieckiej (dziś nr 22).

W październiku władze okupacyjne zaczęły ograniczać możliwość sprawowania praktyk religijnych. Msza św. mogła być odprawiana tylko raz w tygodniu, w niedzielę między godziną 9 i 11, a w soboty po południu kapłani mogli słuchać spowiedzi. Z przestrzeni publicznej zaczęto usuwać krzyże i inne symbole religijne. W Szamotułach usunięto z Rynku figurę św. Jana Nepomucena (najpierw pozbawiając postać świętego głowy), przewrócono krzyże: na Rynku, ul. Poznańskiej i Ostrorogskiej (por. http://regionszamotulski.pl/figura-sw-jana-nepomucena/ i http://regionszamotulski.pl/krzyz-na-rynku-w-szamotulach/).

Nabożeństwa, jak wspomina Antonina Nowicka, były kontrolowane przez zaufanych volksdeutchów oraz policjantów w mundurach, a księża często byli wzywani na odprawy u landrata (starosty): „Tam gestapowcy wydawali im swe zarządzenia, odwracając się przy tym plecami do nich”.


Wesele szamotulskie – widowisko wystawiono z okazji wizyty biskupa Walentego Dymka, sala hotelu Eldorado, 27.08.1933. Zdjęcie – własność Muzeum-Zamek Górków


Ks. Kaźmierski często interweniował u władz okupacyjnych w różnych sprawach parafian. Antonina Nowicka jako przykład takiej, niestety nieudanej, interwencji podaje sprawę egzekucji 10 Polaków 13 grudnia 1939 roku przy ul. Franciszkańskiej. Stanowiła ona odwet za postrzelenie żołnierza niemieckiego w Gałowie. Choć w rzeczywistości przypadkowo zranił go kolega, Niemcy twierdzili, że zrobił to jakiś nieznany Polak. „Ksiądz dziekan Kaźmierski był w tej sprawie osobiście w gestapo, by stanąć w obronie swych parafian, jednakże daremne były jego starania”.

14 marca 1940 roku ks. proboszcz Bolesław Kaźmierski, a także księża Władysław Kawski i Teofil Kubisz, podobnie jak wielu innych księży z województwa poznańskiego, zostali aresztowani i umieszczeni w klasztorze w Chludowie (powiat obornicki). Po kilku tygodniach młodszych kapłanów wywieziono do obozu koncentracyjnego w Dachau. Ks. Bolesław Kaźmierski prawdopodobnie przez pewien czas internowany był w klasztorze w Lubiniu (powiat kościański), a następnie wyjechał do Generalnego Gubernatorstwa. Resztę wojny spędził w Kielcach, tam nadano mu godność kanonika kapituły kolegiackiej w Wiślicy. Do Szamotuł wrócił około Wielkanocy, która w 1945 roku wypadła 1 kwietnia. Jak odnotowała Antonina Nowicka, „powrócił do Szamotuł, by tu po trudach okupacji rozchorować się, i tu, w ziemi szamotulskiej, spocząć na wieki”. Pogrzeb, z udziałem ks. biskupa Walentego Dymka, władz miasta oraz tłumu parafian, odbył się 27 kwietnia 1945 roku.

Agnieszka Krygier-Łączkowska


Ks. Bolesław Kaźmierski w pierwszych miesiącach II wojny światowej2021-01-03T01:47:07+01:00

Michał Barczak – aktor o dużych możliwościach


Michał Barczak − aktor o dużych możliwościach

Kiedyś w wywiadzie powiedział, że dla kilku chwil na scenie warto poświęcić wszystko. Dziś wie, że to nieprawda, chociaż swoją pracę nadal bardzo kocha. Najważniejsze, aby mądrze połączyć ją z życiem rodzinnym.

Zdjęcia Paweł Paprocki

Zdjęcie N.Ilnicka

Serial Ojciec Mateusz

Teatr Telewizji – Inspekcja, 2018 r.

Och Teatr – spektakl Nos, reż. Janusz Wiśniewski, 2016 r. Zdjęcie Kasia Chmura-Cegiełkowska

Teatr Wielki w Łodzi, Człowiek z Manufaktury, reż. Waldemar Zawodziński, 2019 r. Zdjęcie Natalia Zdziebczyńska


Szamotulskie dzieciństwo Michała Barczaka było krótkie, bo już po ukończeniu czwartej klasy w Szkole Podstawowej nr 2 przeniósł się do Poznania. Dalej uczył się w szkole baletowej i mieszkał w internacie. Szybko musiał stać się samodzielny i do Szamotuł już nie wrócił. Tu do dziś mieszka jego mama i dwie siostry.

Miłość do tańca pojawiła się wcześniej. W Szamotulskim Ośrodku Kultury uczestniczył w zajęciach Klubu Tańca Towarzyskiego „Filemon”, którym kierował wówczas Grzegorz Kałmuczak. Tańczył też w Zespole Folklorystycznym „Szamotuły” pod kierunkiem Janiny Foltynowej i Jerzego Foltyna.


Michał Barczak z Klubem Tańca Towarzyskiego „Filemon” (partnerka Joanna Wiśniewska) i Zespołem Folklorystycznym „Szamotuły” (partnerka Daria Krzyżaniak)


Po maturze i dyplomie w poznańskiej Ogólnokształcącej Szkole Baletowej im. Olgi Sławskiej-Lipczyńskiej otrzymał dwie propozycje pracy: w Państwowym Zespole Ludowym Pieśni i Tańca „Mazowsze” oraz w Teatrze Wielkim w Łodzi. Wybrał teatr. Już w pierwszym roku przekonał się, że chciałby czegoś więcej niż praca w teatralnym balecie. Tych kilka chwil na scenie wiąże się z wielkimi wyrzeczeniami, tańczy się zwykle do trzydziestki, bo tylko na tyle pozwala nadmiernie obciążony kręgosłup. W wypadku Michała to bardzo długi kręgosłup. Do dziś wspomina pierwszą noc w łódzkim Domu Aktora, kiedy to okazało się, że w łóżku mieści się, leżąc tylko po przekątnej. Ma w końcu 195 cm wzrostu.

W jednym z przedstawień realizowanych przez łódzki Teatr Wielki grała Zofia Uzelac – aktorka i pedagog teatralny, dziekan Wydziału Aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej. Zachęciła Michała do studiów aktorskich. I tak – po półrocznych przygotowaniach pod okiem starszego kolegi – Michał Barczak został studentem łódzkiej filmówki. Każdy, kto choć trochę orientuje się w temacie, wie, że dostanie się do szkoły aktorskiej za pierwszym razem nie jest czymś częstym. Rozpoczęła się wspaniała przygoda, podczas której na nowo zakochał się w scenie. W 2014 roku otrzymał nagrodę Ministra Edukacji i Szkolnictwa Wyższego za wybitne osiągnięcia artystyczne, w 2015 roku – stypendium rektora dla najlepszych studentów.


Och Teatr – spektakl Nos, 2016 r. Zdjęcie Kasia Chmura-Cegiełkowska


Po szkole zaproponowano mu pracę w Teatrze im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Zakopanem. Andrzej Dziuk – jeden ze współzałożycieli teatru i reżyser większości spektakli – daje szanse młodym ludziom, potrafi ich zainspirować i stwarza warunki do rozwoju. To ciekawy zespół teatralny. Tworzy go niewielka, 13-osobowa grupa. Codziennie grają inny spektakl, aktorzy sami zmieniają dekoracje, wpuszczają widzów i sprzedają bilety, a po przedstawieniach długo dyskutują. Takie podejście do sztuki dziś to rzadkość, zwykle każdy robi swoje i spieszy się do domu. Dla Michała Barczaka dwa lata spędzone w Zakopanem były czasem niezwykle wzbogacającym, trudnym jednak ze względu na rozłąkę z narzeczoną.

Na początku 2016 r. z propozycją współpracy zadzwoniła do niego Krystyna Janda. W prowadzonym przez nią warszawskim Och Teatrze Michał Barczak zagrał jedną z głównych ról w przedstawieniu Nos w reżyserii Janusza Wiśniewskiego. Spektakl zebrał sporo dobrych recenzji, a Michał Barczak uznał, że może to czas na początek kolejnego etapu w życiu osobistym i zawodowym. W 2017 roku zrezygnował z etatu w Teatrze Witkacego i przeniósł się do Warszawy.

To tam mieszka z tymi, którzy są dla niego najważniejsi, czyli z niespełna dwuletnim synem Gawełem i żoną Anną, w Teatrze Polskim w Warszawie zajmującą się koordynacją pracy artystycznej.


Teatr Wielki w Łodzi, Człowiek z Manufaktury, 2019 r. Zdjęcie Natalia Zdziebczyńska


W ciągu kilku następnych lat Michał Barczak grał na deskach kilku warszawskich scen: Teatru Imka, Teatru Narodowego i Teatru Polskiego. Trzy razy wystąpił w spektaklach Teatru Telewizji, ostatnio w Zemście w reżyserii Redbada Klynstry-Komarnickiego był Śmigalskim, przygotował też choreografię, którą wykonał wspólnie ze Stefano Terrazzino.

Kilkakrotnie pojawił się w serialach, m.in. można go było zobaczyć w: Na Wspólnej, w Ojcu Mateuszu i Na dobre i na złe. Od czasu do czasu pracuje też w dubbingu, np. dla Netflixa. Zajęcia aktorskie prowadzi w warszawskim Liceum Ogólnokształcącym im. Batalionu „Zośka”.

Zapytany o role, które sprawiły mu najwięcej satysfakcji, wymienia dwie. Pierwsza to rola jakby skrojona specjalnie pod jego możliwości aktorsko-baletowe, choć stworzona z myślą o Wojciechu Pszoniaku. Chodzi o postać Przybysza-Prokuratora z przedstawienia Człowiek z Manufaktury, zrealizowanego przez Teatr Wielki w Łodzi w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego. Ta wystawiona w lutym 2019 roku opera o Łodzi w momencie powstawania budziła kontrowersje, natomiast okazała się dużym sukcesem artystycznym, o czym świadczy przyznana spektaklowi nadzwyczajna Złota Maska − coroczna nagroda recenzentów teatralnych. Rola Michała Barczaka była w tym monumentalnym przedstawieniu główną rolą dramatyczną, w recenzjach wskazywano, że to kreacja, która wręcz fascynuje. Druga rola szczególnie ważna dla aktora to postać Młodego z Trans(fuzji), według Wierzycieli Augusta Strindberga, spektaklu w reżyserii Andrzeja Dziuka, zrealizowanego w 2016 roku w Teatrze Witkacego w Zakopanem. To z kolei jakby rola wbrew warunkom aktorskim Michała Barczaka − Młody to niepełnosprawny chłopak, niezwykle wrażliwy artysta. Przedstawienie miało charakter kameralny, psychologiczny, opowiadało pewną smutną i ponadczasową historię, a niektórzy widzowie przychodzili oglądać je kilka razy.



Chociaż wielokrotnie kreacje Michała Barczaka spotykały się z dużym uznaniem, codzienność młodego aktora nie różni się od codzienności tysięcy aktorów w Polsce − tych spoza kilkudziesięciu aktorów-celebrytów, których można zobaczyć wszędzie. To godziny spędzone na korytarzach w czasie mnóstwa castingów. To ciągła niepewność. To konieczność zagospodarowania sobie wolnego czasu, w którym się nie gra. Michał Barczak doskonali wtedy grę na pianinie i uczy się języka francuskiego (angielski zna już bardzo dobrze), a w okresie letnim, kiedy nieczynne są wszystkie teatry, próbuje innego rodzaju zajęć, na przykład pracuje jako kelner. Bo aktorstwo to ciągła szkoła życia.

Pierwszy jego występ dla dużej publiczności był tańcem na scenie na szamotulskim rynku z okazji Dni Szamotuł. Michał Barczak wspomina to jako wydarzenie wręcz traumatyczne. Od tego czasu przeszedł długą drogę. A przecież dopiero pod koniec 2020 roku pierwsza cyfra w jego wieku zmieni się na trójkę.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 08.04.2020

Michał Barczak – aktor o dużych możliwościach2025-01-25T13:12:03+01:00

Aktualności – kwiecień 2020

Michał Barczak – aktor i tancerz z Szamotuł

Michał Barczak to dziś aktor zbierający świetne recenzje. Pamiętamy go z czasów, kiedy w Szamotułach stawiał pierwsze kroki na scenie. Michał tańczył w Klubie Tańca Towarzyskiego „Filemon” i w Zespole Folklorystycznym „Szamotuły”, ukończył poznańską szkołę baletową, a potem także Państwową Wyższą Szkołę Filmową, Telewizyjną i Teatralną w Łodzi. Pierwszą jego dużą widownię stanowili szamotulanie w dniu święta miasta, już wówczas przykuwał uwagę.

Zapraszamy do lektury artykułu http://regionszamotulski.pl/michal-barczak-aktor-o-duzych-mozliwosciach/.



Ostrorożanka od lat przed kamerą filmową

Amelia Czaja z Ostroroga, czyli Matylda Smuda z serialu „Na dobre i na złe” − co u niej nowego? Dwa lata temu poświęciliśmy jej duży artykuł (http://regionszamotulski.pl/amelia-czaja/). W tym roku Amelia kończy siódmą klasę. Rok temu została absolwentką szamotulskiej szkoły muzycznej. Żyje jej się trochę spokojniej, bo nie musi dzielić czasu między dwie szkoły i pracę na planie serialu. W 2018 i 2019 r. wątek Matyldy w serialu był dość mocno rozbudowany. Amelia grała już nie tylko z Michałem Żebrowskim i Iloną Ostrowską, ale także Mateuszem Janickim, Katarzyną Dąbrowską, Agnieszką Pilaszewską i samym Danielem Olbrychskim (jej serialowym pradziadkiem)! Matylda w serialu dorasta, pojawiają się nowe problemy: zakochanie w dużo starszym chłopaku, ryzykowne odchudzanie; kto zna tę postać, wie, że ona tak łatwo nie odpuszcza. Amelia w tym roku po raz ostatni była na planie na początku marca, kręcony wówczas odcinek został już wyemitowany. 29 kwietnia finał sezonu, skróconego ze względu na pandemię koronawirusa.

Zdjęcie Agnieszka Teska



Most w Stobnicy – Brączewie nie jest już zabytkiem!

Różne pory roku i dnia, ale obiekt ten sam − most w Stobnicy – Brączewie (zdjęcia Łukasz Wlazik Szamodron). Sytuacja mostu kilka miesięcy temu się pogorszyła, ponieważ został on wykreślony z rejestru zabytków. Urząd Ochrony Zabytków uchylił wpis, ponieważ wykryto w nim błąd, a konkretnie zły zapis numerów działek. Dlaczego tego wpisu po prostu nie poprawiono? Nie mamy pojęcia! Status mostu jest też nieuregulowany, ponieważ PKP TLK przekazała go na rzecz Skarbu Państw, korzystając z prawa do jednostronnej darowizny. W zeszłym roku stwierdzono, że dokonano tego niezgodnie z przepisami, ponieważ most – jako zabytek – przedstawia zbyt dużą wartość. Sprawę chciano odkręcić, ale nie zdążono, bo znów zmieniła się sytuacja mostu – przestał być zabytkiem. Istna kwadratura koła!



Szamotulscy weterani powstania wielkopolskiego

Jeszcze do końca lat 80. XX w. – przy okazji różnych uroczystości – można ich było spotkać na ulicach Szamotuł; ostatni znany uczestnik powstania – Jan Rzepa – zmarł we Wronkach w 2005 r. 3. od prawej to Stanisław Kowalewski (1901-1985) – autor opublikowanych przez nas niedawno wspomnień, 1. od lewej – Antoni Śmigielski ((1899-1988), 2. od lewej – Antoni Śmiglak (1899-1992). Na zdjęciu – oprócz weteranów powstania – jest Stanisław Krupski, długoletni działacz ZBOWiD oraz Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych (1. z prawej). Zdjęcie udostępnił Grzegorz Aleksander Trojanek, wykonano je w Szamotułach przy ul. Ratuszowej.

Może ktoś rozpozna pozostałe osoby z tego zdjęcia?



Kolejowa wieża ciśnień w Szamotułach w nowej odsłonie

Kolejowa wieża ciśnień (z 1912 r.) doczekała się wreszcie remontu! To jeszcze nie kompleksowa rewitalizaja z dostosowaniem do nowych celów. Wymontowano zbiornik i odtworzono górną część. Najważniejsze, że nie niszczeje, lecz zdobi miasto.

Zdjęcie na potrzeby dokumentacji wykonawcy remontu – firmy Rem-Moder Konstanty Łogwin (autor Marcin Drab).



Pamiętamy o ogrodach…

Ogrody, ogrody − dziś dają nam przede wszystkim przestrzeń tak bardzo potrzebną do życia, a niezmiennie oczyszczają głowę, choć nie zawsze odpoczywamy w nich fizycznie. Bo ogród to dużo pracy, ale jak bardzo przyjemnej. Dołączamy zdjęcia z lat 30. XX w. z ogrodu przy szamotulskich wodociągach, są na nich członkowie rodziny Józefa Rybarczyka − długoletniego kierownika wodociągów.  Zdjęcia udostępnił Jan Kulczak (wnuk).



Tak wiele zawdzięczamy naszym lekarzom!

Spośród tych, którzy opiekowali się nami w 2. połowie XX w., odeszli już: Mieczysława Ulanowska, Jerzy Malinowski, Andrzej Adamczyk, Ryszard Surma, Jan Leszek Adamski, Marian Kubiak, Ryszard Czubak, Włodzimierz Galus, Maciej Dybizbański, Jan Mańczak, Michał Sitowski, Barbara Fiszer, Barbara Strzelecka, Genowefa Abłażej, Wiktor Dullin, Franciszek Kociński i Irena Krzywoszyńska. W latach międzywojennych szamotulan leczyli, m.in., Sylwester Niziński, Wiktor Krukowski, Stanisław Owsiany, Zenon Włoch i Antoni Nowicki.

Zdjęcia z lat 30. XX w. − Antoni Nowicki, ordynator (dyrektor) szamotulskiego szpitala (Zakładu św. Józefa) w latach 1928-39, przy operacji asystują mu siostry służebniczki Maryi. W 1894 r. siostry zbudowały szamotulski szpital przy ul. Sukienniczej (dzisiejszy mały budynek z kaplicą), w latach 1929-30 dobudowały sąsiadujący z nim gmach widoczny na przedwojennej pocztówce.



Groby Pańskie 2020

Wielka Sobota – czas oczekiwania. Groby Pańskie w bazylice kolegiackiej i kościele św. Krzyża w Szamotułach – dla tych, ktorzy nie mogli dziś przy nich być. W tym roku uczymy się czekać, nie tylko na Zmartwychwstanie. Zdjęcia Maciej Borowczak



10. rocznica katastrofy smoleńskiej

To już 10 lat. Tragedia, która mogła nas połączyć, trwale nas, niestety, podzieliła. Nie szukajmy winnych, nie bijmy się w cudze piersi. Pomyślmy o tych 96 ludziach, którzy wówczas zginęli − o każdej z tych osób.

Autorem zdjęć, które powstały w tym czasie w Szamotułach, jest Piotr Mańczak. Wiersz napisał Łukasz Bernady.



Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”

W grupie teraz nie poćwiczymy, ale namiawiamy do ćwiczeń indywidualnych! Do tej zachęty dodajemy zdjęcie sprzed ponad stu lat. Są na nim członkowie szamotulskiego gniazda (oddziału) Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, które powstało w 1887 r. jako trzecie w Wielkopolsce.

Stowarzyszenie starało się o to, aby poprzez ćwiczenia fizyczne kształtować dyscyplinę ducha i ciała. Organizowało także przedsięwzięcia kulturalno-rozrywkowe, sprzyjające rozwojowi polskiego patriotyzmu. Warto wspomnieć, że „Sokół” odegrał ważną rolę w okresie powstania wielkopolskiego, kiedy kierował nim Zygmunt Ciesielczyk. Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół” działało w Szamotułach do II wojny, odrodziło się w 2016 r.

Na zdjęciu z Pamiętnika Jubileuszowego „Sokoła” w Szamotułach 1887-1927 widać między innymi członków zarządu z 1912 r. Od lewej siedzą Józef Bak, Zygmunt Ciesielczyk, Piotr Stroiński i Józef Gieremek. Kilka tygodni temu imię Zygmunta Ciesielczyka nadano rondu przy ul. Gąsawskiej.



15 rocznica śmierci Jana Pawła II

2 kwietnia 2005 r. zmarł Jan Paweł II – tamten czas był bardzo trudny, a jednak w sposob wyjątkowy, choć na krótko, nas ze sobą zjednoczył.

Tydzień wcześniej – 27 marca 2005 r. – obchodziliśmy Wielkanoc. Wiedzieliśmy, że stan zdrowia 85-letniego papieża jest zły, nie mógł mówić po przebytym kilka tygodni wcześniej zabiegu tracheotomii. W Wielki Piątek w prywatnej kaplicy samotnie – niemal wtulony w krzyż – modlił się w czasie nabożeństwa drogi krzyżowej, tydzień poźniej rozpoczęło się jego odchodzenie. Paliliśmy świece w oknach, zbieraliśmy się na czuwaniach – i w piątek, i w sobotę. Z niepokojem słuchaliśmy kolejnych komunikatów. Odszedł w sobotę wieczorem, o godz. 21.37.

W Szamotułach żegnaliśmy Jana Pawła II, paląc znicze pod kamieniem przy kościele kolegiackim i wzdłuż alei jego imienia. W dniu pogrzebu – 8 kwietnia – na szamotulskim Rynku odprawiona została uroczysta msza św. Było nas dużo, bardzo dużo, trudno powiedzieć, ile tysięcy. Na koniec usłyszeliśmy głos Jana Pawła – fragment homilii z pielgrzymki do Polski w 1979 r.: „I dlatego – zanim stąd odejdę, proszę was, abyście całe to duchowe dziedzictwo, któremu na imię Polska, raz jeszcze przyjęli z wiarą, nadzieją i miłością taką, jaką zaszczepia w nas Chrystus na chrzcie świętym, […] abyście nigdy nie wzgardzili tą Miłością, która jest największa, która się wyraziła przez Krzyż, a bez której życie ludzkie nie ma ani korzenia, ani sensu. Proszę was o to…” Wieczorem w kościele św. Krzyża odbył się jeszcze apel maryjny, a po nim przejście na al. Jana Pawła II. Po modlitwie na chwilę zgasły uliczne latarnie, ale było i tak jasno od palacych się zniczy. Znów było nas bardzo dużo. W poczuciu osierocenia bardzo potrzebowaliśmy siebie nawzajem. Dziś też się potrzebujemy.

Zdjęcia Andrzej Bednarski i Piotr Mańczak.



Zielonagóra pod Obrzyckiem

Dobrze, że są zdjęcia, na których możemy podziwiać piękno regionu. Pałac w Zielonejgórze pod Obrzyckiem (obecnie Dom Pracy Twórczej UAM) uwiecznił ostatnio na fotografiach Tomasz Kotus. Na tym miejscu w latach 20. XIX w. powstała willa dla linii obrzyckiej Raczyńskich. Rozbudował ją Atanazy Raczyński, twórca ordynacji obrzyckiej, młodszy brat zasłużonego dla Wielkopolski Edwarda (do budynku dodano wówczas dwa piętra). Kolejne przebudowy nastąpiły na początku XX w: wzniesiono wówczas kwadratową wieżę i parterową sień z głównym wejściem, dodano ornamenty na fasadzie. Do 1945 roku pałac był własnością tzw. kurlandzkiej linii rodu Raczyńskich.


Szamotuły, 05.04.2020

KWIECIEŃ 2020

IMPREZY I KONCERTY


Muzeum – Zamek Górków nieczynne dla zwiedzających do odwołania

Wszystkie imprezy i koncerty zostały odwołane


Autor plakatów – Damian Kłaczkiewicz (SzOK)

KINO

Kino nieczynne

Aktualności – kwiecień 20202025-02-24T18:34:25+01:00

Stanisław Kowalewski, Powstanie wielkopolskie i praca w szamotulskiej policji w okresie międzywojennym

Stanisław Kowalewski

Wspomnienia

część 1: Powstanie wielkopolskie i praca w szamotulskiej policji w okresie międzywojennym

Zawsze sobie mawiałem, że kiedy dorosnę i będę już w wieku podeszłym, napiszę książkę o moich przeżyciach, mojej młodości, moich radościach i smutkach, o współżyciu z rodziną, o zdobywaniu pracy, o zakochaniu się, o zawarciu związku małżeńskiego, o Powstaniu Wielkopolskim, o obowiązkowej służbie wojskowej, o pracy w kopalni, o okupacji i różnych przeżyciach, o całym życiu do roku 1975.

Pierwsze kroki w dorosłe życie

Urodziłem się dnia 1 maja 1901 roku w Szamotułach jako syn Franciszki Filipiak i jej męża Jakuba Kowalewskiego. W tym czasie ojciec mój pracował w Niemczech Zachodnich (Westfalia).

Wychowywany byłem wyłącznie przez własnych rodziców. Kiedy ukończyłem 6. rok życia, zmuszony byłem pomagać w gospodarstwie domowym rodziców. Pochodzę z wieloletniej rodziny: było nas aż jedenaście dzieci i to z prawego łoża. Ojciec był pochodzenia robotniczo-chłopskiego, a pracował prawie całe życie na roli u gospodarzy niemieckich lub właścicieli dużych majątków rolnych.

W 1907 roku rozpocząłem uczęszczać do szkoły podstawowej w Szamotułach (nr 2), którą ukończyłem w 1914 roku.

Właśnie w tym czasie wybuchła I wojna światowa. Miałem wtedy 14 lat, a pamiętam, że była to niedziela 5 sierpnia 1914 r. Wtedy to dostarczano karty mobilizacyjne mężczyznom, którzy wychodzili z kościoła (kolegiaty). Pamiętam nawet, że była wtedy godzina 10. Kiedy wiadomość o wybuchu wojny dotarła do rodzin (żon i dzieci), zapanował ogólny smutek. Ludzie płakali w domach i na ulicach. Rozgardiasz i zamieszanie panowały na ulicach: mężczyźni śpieszyli do punktów zbornych (komend) z różnych stron miasta. Byłem w tym czasie także w kościele i wszystkie te zaistniałe sytuacje i sceny dobrze widziałem, zapamiętałem. W tę niedzielę wjechała policja niemiecka na koniach celem utrzymania porządku na ulicach miasta. Ojca mojego zatrudniono do kopania okopów przeznaczonych dla wojska.

Był to czas smutny i nikt nie był pewny życia. Zaczęły się ograniczenia żywnościowe. Trzeba było pod wielkim strachem szukać i kupować żywność, jak również ukrywać posiadane zapasy, bo zauważone przez Niemców nadwyżki natychmiast rekwirowano.

W czasie trwania wojny (1914-1918) wychowywałem się przy rodzicach, pomagałem w gospodarstwie, troszczyłem się o żywy inwentarz, a także pracowałem w majątku rolnym, którego właścicielem był dziedzic. Zarabiałem w tym majątku po 50 pfenigów dziennie.


Marcin Kowalewski (brat Stanisława) pod Verdun, 1916 r.


Udział w wojnie brali moi dwaj bracia: Marcin i Jan, a przebywali na froncie francuskim. Po powrocie z frontu, gdzie został ranny, brat Marcin jako ochotnik wziął udział w Powstaniu Wielkopolskim, rezydując w Poznaniu. Drugi brat Jan, powrócił z frontu w okresie późniejszym i wstąpił w szeregi (ochotniczo) Wojska Polskiego, także w Poznaniu, w dzielnicy Sołacz, służąc w artylerii konnej.

Kontynuując opowieść o sobie, przekazuję potomnym, że w szkole uczono nas tylko po niemiecku, stąd moja teraz, do dnia dzisiejszego, znajomość języka obcego − niemieckiego. Po polsku nawet mówić nie było nam wolno. I taka jest prawda. Nauka języka polskiego mogła odbywać się tylko w ukryciu i we własnym zakresie i dzięki własnym staraniom. Bardzo zależało mi na tym, aby zachować polskość i dlatego ze wszystkich sił starałem się uczyć po polsku − tak czytać, jak i pisać. Jak widać, udało mi się to zrealizować. Byłem samoukiem. Rodzice moi po prostu nie mieli czasu, aby zająć się moją edukacją, a także nie umieli nawet dobrze po polsku pisać.

W szkole była stosowana i ściśle przestrzegana bardzo ostra i surowa dyscyplina. Celowali w tym szczególnie nauczyciele pochodzenia czysto niemieckiego. Niektóre nazwiska tych nauczycieli pamiętam do dnia dzisiejszego. Nie wiem, czy dobrze napiszę ich nazwiska, ale tak je zapamiętałem: Decker, Wekler, Rothe, Kahl, Kluge, Schuster, Kemnitz i Miękwicz − dyrektor szkoły. Najgorszy z nich wszystkich był Rothe! To on karał tych, którzy według opinii nauczycieli coś spsocili. A robił to z wielką satysfakcją i okrucieństwem. Na przykład podczas przerw między lekcjami obowiązkowo należało chodzić parami i rozmawiać wyłącznie po niemiecku. Jeżeli ktokolwiek się z tego chociaż w najmniejszym stopniu wyłamał, został natychmiast lub po lekcjach ukarany. Przeważnie karano biciem.


Katolicka szkoła elementarna na pocztówce z ok. 1905 r. (artykuł o strajku szkolnym z lat 1906-1907 http://regionszamotulski.pl/strajk-szkolny-1906-1907/)


W 16. roku życia nabawiłem się ciężkiego zapalenia płuc i myślałem, że skończy się to dla mnie bardzo tragicznie. Miałem jednak wyjątkowe szczęście. Dość szybko przyszedłem do zdrowia. W tym okresie życia pracowałem jako robotnik rolny w majątku w Słopanowie. Tam też zamieszkiwali moi rodzice.

Podczas gdy bracia byli na wojnie, ja jako w tym czasie najstarszy z rodzeństwa w domu, opiekowałem się młodszymi siostrami i braćmi. Od czasu do czasu przyjeżdżali na urlop starsi bracia , opowiadając wszystkie ciekawe zdarzenia i epizody z przeżytych dni i stoczonych walk. A opowiadali naprawdę, jak na owe czasy, historie, które podtrzymywały nas na duchu. Stwierdzali, że w wojsku niemieckim jest rozluźniona dyscyplina, że żołnierze nie chcą się już bić, że niedługo wojna się zakończy.

Słuchaliśmy tego z zapartym tchem i pewnym niedowierzaniem. Ale to była prawda! W tym czasie w kraju organizowane były różne potajemne spotkania, przeważnie przez rezerwistów, których tematem było przygotowywanie się do zbrojnego powstania. W tego typu spotkaniach brało udział bardzo dużo młodzieży polskiej. Panowała ogólna gorączka, gorączka czynu!

I oto nadeszła ta oczekiwana chwila: dnia 20 grudnia 1918 roku, pamiętam jak dziś, do majątku, gdzie mieszkaliśmy, doszło kilkunastu żołnierzy w mundurach powstańczych! Byli to prawdziwi uczestnicy Powstania Wielkopolskiego! Przybyli po wyfasowane podwody, które mieli dostarczyć na stanowiska powstańców, do Czarnkowa przy rzece Noteć. Mnie osobiście przypadł zaszczyt przewiezienia ich na miejsce. Byłem wzruszony, oszołomiony, szczęśliwy i zadowolony. Nareszcie mogłem sam uczestniczyć w przedsięwzięciu, które według mojego rozumowania, było ważne, potrzebne i niezbędne dla powstania. W dniu 25 grudnia przewiozłem zaprzęgiem konnym wszystkich żołnierzy do miejsca przeznaczenia. Przy tej okazji widziałem i słyszałem mnóstwo rzeczy i sytuacji, o których po powrocie wszystkim znajomym opowiedziałem.

Aż nadszedł już czas, by chwycić za broń. Naród Polski dążył do zrzucenia 100-letniej pruskiej niewoli. Mnóstwo młodzieży wstępowało, jako ochotnicy, w szeregi powstańców wielkopolskich. Nadchodziły nowe czasy. Czasy wyzwolenia!


Powstańcy wielkopolscy – Kompania szamotulska w Lubaszu, zdjęcie Muzeum-Zamek Górków


Dnia 29 grudnia 1918 roku zgłosiłem się ochotniczo w szeregi powstańców wielkopolskich. Było to dla mnie bardzo duże przeżycie. Na drugi dzień wyjechałem na front, który przebiegał obok Czarnkowa, nad rzeką Noteć. Spotkanie z frontem, jak też sam fakt przynależenia do, jakby nie było, wojskowej organizacji, zostawił u mnie głębokie i wrażenia i trwałe ślady. Pamiętać należy, że byłem wtedy bardzo młody, nigdy nie miałem do czynienia z bronią palną, pierwszy raz byłem na prawdziwym froncie. Każde tutaj zaistniałe sytuacje przeżywałem tak mocno, że pamiętam je do dnia dzisiejszego. Pierwszy chrzest bojowy przeszedłem już na drugi dzień pobytu na froncie − w tym dniu była pierwsza potyczka z wojskami niemieckimi. Ze strony powstańców było kilku rannych i dwóch zabitych. Nie miałem czasu nawet być przerażonym. Wszystko wokół zaczęło nabierać tempa. Z każdym dniem, z każdą chwilą zmieniały się sytuacje. Jak w kalejdoskopie. Wtedy to właśnie zdobyliśmy pierwsze trofeum: jeden karabin maszynowy (nie przypominam sobie jego charakterystyki) oraz dwa karabiny ręczne. Było to wielkie i wspaniałe przeżycie, bo nie mieliśmy jeszcze w posiadaniu dobrego i czynnego karabinu maszynowego!

W ten oto sposób rozpocząłem swój udział w powstaniu wielkopolskim. Wiele miałem przeżyć, wiele przygód, wiele różnych sytuacji, które byłyby tematem do kilkutomowej książki. Ograniczę się tutaj tylko do stwierdzenia, że w powstaniu brałem udział aż do dnia 15 lutego 1919 roku. Po powrocie do domu, po dwumiesięcznym odpoczynku, zostałem powołany do odbycia służby wojskowej. „Karierę” wojskową zakończyłem w 1923 roku.


Zdjęcie dawnych powstańców wielkopolskich z Szamotuł, 1980 r. 3. z prawej Stanisław Kowalewski, 2. z lewej Antoni Śmiglak, 2. z prawej Antoni Śmigielski, 1. z prawej Stanisław Krupski, działacz ZBoWiD-u.


I teraz rozpoczęło się normalne cywilne życie. A polegało ono między innymi na tym, że trzeba było przez długi, bardzo długi okres czasu szukać pracy. Tak, po prostu szukać pracy! Dzisiaj takie sytuacje wydają się mało ważne, nieistotne przecież tyle jest wokół wolnych miejsc, że tylko „sięgnąć ręką” i już można pracować. W poszukiwaniu pracy zawędrowałem aż na Górny Śląsk, Tutaj rzeczywiście udało mi się pracę znaleźć. Nie byłem wybredny. Brałem to, co mi się nawinęło. Była to praca ciężka, brudna, zagrażająca nie tylko zdrowiu, ale i życiu. Pracowałem jako górnik na dole w kopalni. Na Śląsku przebywałem około półtora roku i wróciłem do domu.

Dlaczego wróciłem? Po prostu musiałem. W kopalni wprawdzie dobrze płacono i może bym coś zaoszczędził, ale ciągłe strajki powodowały, że więcej nie pracowałem, niż pracowałem. W takim układzie zdecydowałem się na powrót do rodziny.

W Szamotułach znalazłem pracę jako stangret ówczesnego burmistrza miasta, niejakiego [Konstantego] Scholla. Opiekowałem się końmi, powoziłem karetą. Nawet mi ta praca się podobała. Zdawałem sobie doskonale sprawę z tego, że przy braku pracy, dużym bezrobociu, taka praca może być zaliczana do majątku!

A na pracy zależało mi wyjątkowo, bo właśnie poznałem przyszłą swoją żonę: Mariannę Melonek. Ślub zawarliśmy w dniu 17 listopada 1924 roku w Szamotułach. Zakładając rodzinę, byłem odpowiedzialny za jej utrzymanie. Musiałem więc robić wszystko, aby mieć pracę, nie stracić jej i zarabiać na Życie. Dobrze pamiętam, co to znaczy być bez pracy!

Zanim zostałem tym stangretem, przez co najmniej 10 miesięcy chodziłem po wszystkich możliwych zakładach i instytucjach, szukając jakiejkolwiek pracy. Jakiejkolwiek! Dopiero później znalazłem. Była to bardzo ciężka praca. We wsi Stobnica i Stobnicko załadowywałem ciężkie podkłady kolejowe na tzw. szkuty, czyli barki rzeczne. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że jeden podkład ważył około 100 kilogramów!! Praca więc była wyczerpująca i niedługo tam wytrzymałem. Byłem całkowicie wyczerpany z sił i cieszyłem się, gdy dostałem tę drugą pracę. Muszę jeszcze dodać, że załadunek odbywał się na szkuty przycumowane na rzece Warta, w miejscowości Kiszewo.

Wracając myślą do mojego małżeństwa, najpierw zamieszkałem z żoną u jej siostry (Ćwiertnia) w Szamotułach (ul. Jastrowska). Już kilka miesięcy później otrzymaliśmy „własne” mieszkanko. Był to jeden pokój na poddaszu bez żadnych wygód. Nawet nie było chociaż maleńkiej kuchenki. Było to na ulicy Sądowej [obecnie al. 1 Maja – przyp. red.]. Można sobie wyobrazić: z jednej strony duża uciecha, bo mam własny kąt, z drugiej strony bytowanie w takich warunkach! Ale pocieszałem się, że i tak jesteśmy w lepszej sytuacji niż inni. Były to naprawdę ciężkie czasy. Patrząc z perspektywy lat na tamten okres mojego życia, wspominam go jako niedobry sen, który na szczęście się zakończył.

Do pracy dojeżdżałem rowerem przez cztery miesiące, gdyż w tym czasie nie było żadnego oficjalnego transportu między Szamotułami a Kiszewem. Razem ze mną pracował w tym lesie mój szwagier, Jan Ćwiertnia, który zmuszony był do miejsca pracy chodzić pieszo, po prostu z braku jakiegokolwiek środka lokomocji. Czasy były wyjątkowo ciężkie, a otrzymane zarobki ledwo pozwalały na wiązanie końca z końcem, czyli na marną wegetację.


Przed siedzibą Komendy Powiatowej Policji Państwowej, ul Sądowa (dziś al. 1 Maja), zdjęcie z okresu 1930-34. Stoją od lewej: N.N., Stanisława Samolowna (później Bartoszak), Stanisław Kowalewski i Jan Młynarczyk. Zdjęcie udostępnił Wojciech Musiał.


Pierwsza stała praca

W miesiącu sierpniu 1925 roku urodziło mi się pierwsze dziecko, które otrzymało imię Jadwiga. Mniej więcej w tym okresie los okazał się dla mnie łaskawy, czyli poszczęściło mi się, gdyż dostałem stałą pracę. Było to stanowisko woźnego w Powiatowej Komendzie Policji Państwowej w Szamotułach. Pracę rozpocząłem od dnia 17 sierpnia 1925 roku, otrzymując z góry pierwsze wynagrodzenie. Życie zaczęło układać mi się coraz lepiej. Dodatkowo otrzymałem pełne umundurowanie, co stanowiło dla mnie wielką pomoc materialną. Obowiązki, które musiałem spełniać, były bardzo absorbujące, a polegały miedzy innymi na tym, że:

– codziennie rano odbierałem z Urzędu Pocztowego nadesłane do Komendy korespondencje,
– przygotowane pisma do wysyłki musiałem odpowiednio zaadresować i  wpisać do właściwej Książki Pocztowej oraz całość korespondencji dostarczyć na pocztę,
– sprzątałem stajnię oraz karmiłem służbowego konia, odpowiednio dbałem o jego wygląd (stałe czyszczenie), kupowałem dla niego obrok, siano, słomę, owies,
– powoziłem bryczką i jeździłem wraz ze swoimi zwierzchnikami na kontrole do wszystkich posterunków, należących do Komendy,
– podczas okresu zimowego rozpalałem ogień w piecach, aby zapewnić odpowiednią temperaturę w trzech pomieszczeniach Komendy, zapewniając węgiel i drewno do rozpałki,
– utrzymywałem cały obiekt i pomieszczenia gospodarcze w należytym porządku i czystości.

W dniach, kiedy nie przeprowadzano żadnych kontroli, wyjeżdżałem konno w dowolny teren, w siodle, korzystając ze świeżego powietrza, a po powrocie i nakarmieniu konia oraz jego oczyszczeniu, miałem czas wolny.


Rodzina Kowalewskich na ul. Kościelnej w Szamotułach, 1935 r.


Dzieci rodziły mi się co dwa lata. W tym okresie nie miałem specjalnych kłopotów finansowych, zapewniałem całej rodzinie godziwe warunki odzieżowe i żywnościowe, gdyż otrzymałem dobre wynagrodzenie miesięczne oraz dodatek na każde dziecko, a także odpowiednio dużą dietę za każdy służbowy wyjazd w teren. W tym okresie zawsze dysponowałem kwotą około 300 złotych w układzie miesiąca, co było wystarczające do normalnego życia.

Ówczesny komendant Policji miał prawo posiadać w swoim gospodarstwie jedną krowę oraz trzodę chlewną. Tak też to zezwolenie wykorzystał. Aby jednak utrzymać krowę, dzierżawił odpowiednio dużą łąkę, którą musiałem kosić, suszyć trawę i gotowe siano zwozić i lokować w szopie. Była to praca poza godzinami służbowymi (traktowałem ją jako przymusowy obowiązek), niepłatna. Wysługiwanie się swoim przełożonym traktowałem jako podziękowanie za to, że miałem wreszcie stałą pracę. Stan ten trwał około sześć lat.


11 XI 1927 r., Posterunek Policji – budynek ówczesnego starostwa (dziś UMiG). W górnym rzędzie 2. od lewej Stanisław Kowalewski. Siedzą od lewej: sędzia Tadeusz Dutkiewicz, starosta Bronisław Ruczyński i komendant powiatowy policji Stanisław Skąpski. Zdjęcie udostępnił Wojciech Musiał.


W 1928 roku decyzją moich władz zostałem skierowany do Poznania, aby ukończyć szkołę dla kierowców samochodowych, zdać pozytywnie właściwy egzamin i otrzymać prawo jazdy. Tak też się stało. Egzamin zdałem z wynikiem bardzo dobrym i otrzymałem prawo jazdy 1. kategorii. Także w 1928 roku otrzymaliśmy jako Komenda przydział samochodu. Był to stary, wysłużony i podniszczony samochód marki „Ford”, który przez długi okres czasu był używany przez szamotulskiego Starostę. Było to możliwe, gdyż Starostwo zakupiło dla własnych celów nowy pojazd, a dotychczas używany został przekazany do dyspozycji policji. Samochód ten nazywał po prostu „Kitajec”.

Po dokładnym obejrzeniu i przeprowadzonych próbach jazdy, okazało się, że otrzymany pojazd nadawał się do generalnego remontu. Z uwagi na to, że posiadałem pewien zasób wiadomości, które nabyłem na kursie, rozpocząłem naprawę i remont tego pojazdu. Trwało to dość długo, jakieś trzy miesiące, między innymi z powodu dużych trudności z zakupem części zamiennych do tak starego typu samochodu. Dokonywanie remontu nie zwalniało mnie od obowiązków woźnego, z których musiałem się dobrze wywiązywać. Mimo starań moja wiedza na temat wyremontowanego samochodu nie była pełna. Na przykład nie miałem rozeznania, ile rzeczywiście zużywa benzyny na 100 kilometrów tego typu pojazd.

Pierwszy raz wyjechałem tym samochodem służbowo do powiatu obornickiego. Po przejeździe określonej ilości kilometrów stwierdziłem brak benzyny w baku. Był to czas, kiedy nie woziło się zapasowych kanistrów z paliwem. Zatrzymałem się w jakimś lesie, była godzina ok. 21, a pora była zimowa. Wszędzie leżał śnieg. Było zimno. Byłem sam zdany na łaskę losu. Komisarz, który wyjechał ze mną, był bezradny. Pamiętałem, że ok. 5 kilometrów od mojego przymusowego postoju znajdował się majątek ziemski, którego nazwiska właściciela nie pamiętam. Udaliśmy się więc do najbliższej wioski, w której był majątek, po chociaż kilka litrów benzyny. Niestety, nikt nie posiadał tego rodzaju paliwa.

Zastanawialiśmy się, co robić dalej. Wpadła mi myśl do głowy, czy nie można zastąpić benzyny na przykład naftą. Mieszkańcy naftę posiadali, gdyż była im potrzebna dla celów oświetleniowych. Był to z mojej strony wielki błąd! Ani nafta, ani ropa nie może zastąpić benzyny. Kupiliśmy 10 litrów nafty, którą wlałem do baku. Była już północ. Uruchomienie silnika było wyjątkowo trudne. Manipulowałem przy silniku bardzo długo, aż wreszcie dał się uruchomić. Ruszyliśmy w dalszą drogę. Po przejechaniu około 3 kilometrów zauważyłem, że silnik przestaje pracować normalnie. Po zatrzymaniu samochodu stwierdziłem, że rura wydechowa nagrzała się do czerwoności. Przestraszyłem się, że cały pojazd może się zapalić. Przez co najmniej godzinę trzeba było czekać, aż silnik się ochłodzi. Dobrze, że w pobliżu znajdował się inny majątek ziemski, gdzie zakupiliśmy kilkanaście litrów właściwej benzyny. Potwierdziłem sobie, że na kursie nie wszystko można było się nauczyć, szczególnie zagadnienia praktyczne.


1929 r., na stopniu samochodu siedzi komendant Stanisław Skapski, za kierownicą Stanisław Kowalewski. Zdjęcie udostępnił Wojciech Musiał.


Od tego zdarzenia zapamiętałem, że pod żadnym pozorem nie można samochodzie zastąpić benzyny innym rodzajem paliwa (np. naftą). Tym wyremontowanym samochodem jeździłem około roku. Komendantura zakupiła pojazd nowy, także marki „Ford”, rocznik 1929. Odbioru nowego pojazdu dokonałem w Poznaniu u sprzedawcy p. Zagórskiego, od którego otrzymałem nagrodę 500 złotych za to, że zademonstrowałem bardzo dobrą jazdą próbną, co było dla sprzedawcy szczególną i skuteczną reklamą. Byłem z tej transakcji bardzo zadowolony i przyrzekłem sobie, że będę dbał i właściwie wykorzystywał nowy nabytek.

Nowy pojazd eksploatowałem przez około 6 lat, cały czas był na stanie Komendy Policji i przejechałem nim ponad 150 000 kilometrów i to bez kapitalnego remontu. Za ten wyczyn dostałem 3000 złotych nagrody. Wykonując zawód kierowcy, zwiedziłem służbowo wiele miejscowości, a między innymi Poznań, Toruń, Bydgoszcz, Czarnków, a nawet Warszawę. W 1934 roku zostałem oddelegowany do odbycia ćwiczeń wojskowych w okolicach Bydgoszczy. Przybyłem tam wraz z samochodem i byłem do wyłącznej dyspozycji dowódcy całych ćwiczeń, który był w randze generała. Za właściwe wykonywanie powierzonych obowiązków awansowano mnie do stopnia plutonowego, a oprócz tego otrzymałem nagrodę pieniężną, wynagrodzenie za 14 dni służby, a także za okres delegacji.

Kiedy urodziło mi się drugie dziecko (1927 r.), a był to syn Marian, otrzymałem przydział na służbowe mieszkanie. Przeżywaliśmy z żoną szczęśliwe chwile, gdyż w zasadzie niczego nam nie brakowało, o ile chodzi o podstawowe potrzeby życiowe. Jednakże moja praca była niejednokrotnie bardzo niebezpieczna, a między innymi dlatego, że często zmuszony byłem pozostawać w samochodzie, gdy były organizowane obławy i pogonie za przestępcami. W takim układzie mogło się zdarzyć, że przestępca zaatakuje właśnie mnie, chcąc odebrać mi samochód.

Przypominam sobie mój udział w poszukiwaniu i ujęciu zbrodniarza, który zabił strażnika na pograniczu polsko-niemieckim w miejscowości Miały. Przekroczył on granicę, uciekając do Polski, chcąc uniknąć kary. Był to rok 1931 lub 1932, dokładnie nie pamiętam. Podczas ucieczki przestępca zmuszony był przedzierać się przez lasy na terenie Polski, w których to lasach pracowały kobiety zatrudnione przy sadzonkach leśnych, będące świadkami przemykania się uciekiniera. Rozpoznały go podczas konfrontacji.

W roku 1932 byłem oddelegowany na Międzynarodowy Zlot Harcerzy, który odbywał się w miejscowości Spała. Byłem do dyspozycji pułkownika [Pawła] Thomasa z RKU [Rejonowej Komendy Uzupełnień – przyp. red.] z Szamotuł. Delegacja trwała około tygodnia. Widziałem harcerzy z różnych stron świata oraz obserwowałem różnorakie ćwiczenia wykonywane przez samych harcerzy, jak również przez żołnierzy Wojska Polskiego. Był to bardzo ciekawy, a nawet cudowny okres w moim życiu. Za czas przebywania w Spale zostałem osobno wynagrodzony, niezależnie od należnych mi poborów w pracy.


Lipiec 1931 r. W samochodzie siedzi z lewej sędzia Tadeusz Dutkiewicz, za kierownicą – komendant Stanisław Skąpski, za samochodem stoi Stanisław Kowalewski. Zdjęcie udostępnił Wojciech Musiał.


Blaski i cienie pracy w policji

W tym rozdziale opiszę jeden z ciekawszych epizodów mojego życia. Przestępca, o którym pisałem w poprzednim rozdziale, pochodził z Ostroroga, powiat Szamotuły. Był to jeden z groźniejszych bandytów, często napadał z użyciem broni. Gdy popełniał przestępstwo po stronie polskiej, starał się przekroczyć granicę z Niemcami − i odwrotnie, gdy wchodził w konflikt z prawem po stronie niemieckiej, uciekał do Polski. W Niemczech, podczas ucieczki, gdy pościg deptał mu po piętach, zastrzelił niemieckiego policjanta. W czasie, gdy przebywał już na terenie Polski w okolicach Miałów, zauważył na spacerze człowieka, spacerującego ze swoim 9-letnim synem, a był to polski strażnik pogranicza ubrany po cywilnemu. Strażnik ów był zorientowany w poszukiwaniu przestępcy, znał jego rysopis na podstawie listów gończych. Uciekający przestępca zorientował się w istniejącej sytuacji i przygotował sobie broń do strzału. Oddał w kierunku strażnika trzy lub cztery strzały, raniąc go śmiertelnie, gdy strażnik nawet nie zdołał sięgnąć po swoją broń. Syn strażnika uciekł, ale doskonale zapamiętał niektóre rzeczy charakterystyczne przestępcy, a między innymi ubranie, buty oraz rower, którym się posługiwał.

Przez co najmniej dwa tygodnie trwało poszukiwanie i pościg tak na terenie Polski jak i Niemiec. Za pomoc w ujęciu zbiega Niemcy wyznaczyli 500 marek nagrody, a także strona polska określiła wysokość nagrody. Pochodził z Ostroroga i wiadomym było, że tam przestępca będzie szukał schronienia u znajomych. I tak rzeczywiście było. Aparat służby śledczej, jak też cała społeczność miasta, była zorientowana o istniejącej sytuacji. Pewnego wieczora jedna z mieszkanek Ostroroga zawiadomiła policję, że u swoich znajomych przebywa poszukiwany. Natychmiastowa obława doprowadziła do ujęcia przestępcy. Do mieszkania weszli ochotnicy zwerbowani z pracowników policyjnych. Poszukiwany miał przy sobie dwa pistolety, jednak nie zdążył żadnego użyć, gdy szybka akcja policji i uderzenie go kolbą karabinu, spowodowało jego natychmiastowe obezwładnienie. Dodatkowo przestępca miał przygotowaną siekierę. Po nałożeniu kajdanek został przewieziony do Komendy Policji w Szamotułach, poddany szczegółowej rewizji osobistej.

Rozpoczęto śledztwo, podczas którego nastąpiło wiele konfrontacji z ludźmi, którzy widzieli uciekiniera w różnych sytuacjach i jadącego na rowerze. Zeznawały między innymi kobiety pracujące w lesie przy sadzonkach, jednak najważniejszym świadkiem był syn zamordowanego strażnika. We wszystkich akcjach poszukiwawczych brałem bezpośrednio udział, przewożąc samochodem funkcjonariuszy policji.

Ciekawa konfrontacja nastąpiła pomiędzy przestępcą a jego rodziną: żoną i dziećmi. Wyparł się całkowicie swojej rodziny, twierdząc, że ich nie zna. Żona nie wytrzymała tej sytuacji i powiedziała: „O, ty zbrodniarzu! Wreszcie Matka Boska dotknęła cię swoją ręką i będziesz w końcu wisiał na szubienicy, a z dziećmi będę miała spokój”. Wszystkie dokumenty ze śledztwa wraz z przestępcą zostały przekazane do Prokuratury w Poznaniu. W krótkim czasie sprawiedliwości stało się zadość i przestępca zawisł na szubienicy. Za pomoc udzieloną przy ujęciu przestępcy, zainteresowani zostali nagrodzeni 500 markami niemieckimi oraz nagrodą ufundowaną przez władze polskie.


Od 1934 r. siedziba Komendy Powiatowej Policji Państwowej w Szamotułach mieściła się przy ul Sądowej 5 (dziś al. 1 Maja 12). Zdjęcie udostępnił Wojciech Musiał.


Tematem działania policji były oczywiście także inne wykroczenia, na przykład różnego rodzaju kradzieże trzody chlewnej, drobiu czy rozboje. Kradzieże były przeważnie dokonywane z soboty na niedzielę, a do ich wykrycia często używano psa tropiącego, którego wraz z jego przewodnikiem przewoziłem na miejsce przestępstwa. Jednym z ciekawszych zdarzeń było wykorzystanie psa dla poszukiwania złodziei świni. Rzecz działa się w miejscowości Połajewo w powiecie Oborniki. Jeden z gospodarzy stwierdził, że ukradziono mu świnię. Złodzieje weszli od tylnej strony budynku (chlewa) i świnię zabili na miejscu, wypatroszyli wnętrze, a pozostałą część zabrali. Pies podjął ślad, który prowadził między innymi także przez strumyk, pola oziminy, łąki i różne zarośla. Pies poprowadził do jednej z wiosek [odległej o] około 5 kilometrów [z] powiatu czarnkowskiego. Lustracji przyglądali ludzie z wioski, zastanawiając się, gdzie pies zaprowadzi policjantów. Poprowadził do jednego z domów, stojących nieco na uboczu. W domu znajdowało się trzech mężczyzn i jedna kobieta, która na widok policjantów wrzuciła do paleniska smażone mięso. Zauważył to jeden z policjantów i szybko wyciągnął z paleniska tę część. Po krótkiej szamotaninie, w której brał udział także pies, mężczyźni nie przyznawali się do kradzieży. Rozpoczęła się więc rewizja. Podczas tego działania pies nie chciał wyjść z pomieszczenia kuchni‚ a tylko obwąchiwał podłogę. Po usunięciu stołu oraz ustawionej tam wanny okazało się, że jest tam wejście do sekretnej piwnicy, w której były przechowywane także ziemniaki. Jak zauważył jeden z policjantów, ziemniaki były niedawno przerzucane. Włożenie szabli w ten kopiec pozwoliło ustalić, że coś tam jeszcze się znajduje. Przy pomocy właścicieli mieszkania przerzucono ziemniaki w inne miejsce i okazało się, że znajduje się tam balia (wanna) ze świeżym mięsem wieprzowym. W tej sytuacji mężczyźni przyznali się do winy. Mięso zostało zwrócone poszkodowanym, przestępcy odstawieni do Komendy, a za tę akcję otrzymaliśmy pochwałę i nagrody pieniężne.


Stanisław Kowalewski przy samochodzie


Opiszę jeszcze jedną z pamiętnych dla mnie sytuacji, która wydarzyła się jeszcze przed wybuchem wojny. Było to w roku 1932, kiedy to w jedną z sobót został okradziony pałac, którego właścicielem był Niemiec, który nazywał się Massenbach. Rzecz działa się w Pniewach-Zamku. Po zawiezieniu policyjnych inspektorów do Pniew na miejsce kradzieży udałem samochodem do Poznania, skąd przywiozłem policyjnego psa wraz z jego przewodnikiem. Noc była ciemna i to nie pozwalało na uzyskane miarodajnych rezultatów, nawet przy użyciu psa. Dochodzenie trwało przez całą niedzielę Także bez konkretnych wyników. Wieczorem odwiozłem przewodnika i psa do Poznania.

Wracając do Pniew, a była już godzina 24, zauważyłem na szosie prowadzącej do zamku, w miejscowości Jakubowo niedaleko od Pniew stojącą w lesie taksówkę ze znakami miasta Poznania. Skojarzyło mi się to z kradzieżą dokonaną w Zamku. Prawdopodobnie złodzieje powrócili po łup, który ukradli w sobotę. Rzeczywiście tak było. Gdy prowadzący śledztwo usłyszał tę informację, natychmiast zorganizował trzy samochody pełne inspektorów policji i obstawiono miejsce, gdzie stała ta poznańska taksówka. Taksówkarz potwierdził, że przywiózł nieznane mu osoby, a jeden z nich zapowiedział, aby w ty miejscu czekał do ich powrotu. Policjanci zostali rozlokowani w taki sposób, aby każdej chwili mogli aresztować podejrzanych.

Traf chciał, że właśnie wieczorem tą szosą jechał dziedzic, a jechał tzw. „powózką” ze stangretem, z Jakubowa do Chełmna do swojego dworu. Zauważył samochody oraz policjantów ukrytych w rowach. Było ciemno i nie rozpoznał, kto leży przyczajony. Dziedzic ten, zorganizował zespół swoich pracowników, to jest polowych i stróżów odpowiednio uzbrojonych w karabiny i polecił im udanie się w miejsce, gdzie widział auta i ukrytych ludzi, aby wyjaśnili zaistniałą tam sytuację. Ludzie ci, nie sprawdziwszy, kto leży w rowie, otworzyli ogień z broni, którą posiadali, i zrobili to albo ze strachu, albo wydało im się, że są tam przestępcy. W takiej sytuacji policja też otworzyła ogień z karabinów, będąc przekonana, że są to powracający przestępcy. Po wspólnych nawoływaniach strzelanina ustała.

Wyjechałem samochodem na teren strzelaniny, aby przez oświetlenie pola sprawdzić, czy nie został ktoś ranny czy zabity. Na szczęście takowych nie było. Na polecenie Komendanta kilku policjantów zawiozłem samochodem do Chełmna celem potwierdzenia wysłania przez dziedzica zespołu do interwencji pod lasem. Wjeżdżając do bramy pałacu, zauważyłem, że w oknie stoi prawdopodobnie sam dziedzic z dubeltówką wymierzoną w naszą stronę. Gdyśmy wszyscy stanęli w świetle reflektorów samochodu, dziedzic rozpoznał w nas policję. Potwierdził wysłanie zespołu ludzi uzbrojonych na interwencję.

Prawdopodobnie, podczas zaistniałej strzelaniny, powracający złodzieje zorientowali się sytuacji dla nich niebezpiecznej i po prostu uciekli. Dopiero w kilka tygodni później, w wyniku intensywnego śledztwa, poszukiwani zostali ujęci aż w Łodzi, osądzeni i ukarani. Łupu nie odzyskano. Podobnych sytuacji, przez okres trzynastu lat pracy, miałem bardzo dużo, ale zajęłoby to wiele miejsca do ich opisania.


***

Wspomnienia Stanisława Kowalewskiego oraz zdjęcia zamieszczone zdjęcia rodzinne stanowią własność jego wnuka – Dariusza Kowalewskiego



Komentarz Wojciecha Musiała

W wielkim zainteresowanie przeczytałem historię życia śp. Stanisława Kowalewskiego. Wraz z kustosz Moniką Romanowską-Pietrzak z szamotulskiego muzeum oraz  moim przyjacielem, Mariuszem Sołtysiakiem, mieliśmy okazję „poznać” wymienionego w trakcie zbierania i opracowywania materiałów na temat Policji Państwowej powiatu szamotulskiego (Granatowy porządek. Policja Państwowa w Powiecie szamotulskim 1919-39, Szamotuły 2019). Opublikowane wspomnienia S. Kowalewskiego są tym cenniejsze, że  pochodzą bezpośrednio od osoby, która – chociaż była pracownikiem cywilnym – na własne oczy widziała służbę policyjną w okresie międzywojennym, z niemal wszelkimi jej aspektami, znała osobiście kolejnych komendantów powiatowych: Stanisława Skąpskiego (od VIII 1924) oraz Józefa Holzhausena (od 1932) oraz pozostałych funkcjonariuszy. Relacja S. Kowalewskiego uzupełnia i wzbogaca nasze dotychczasowe ustalenia, bazujące w zasadzie na dokumentach archiwalnych oraz wspomnieniach potomków przedwojennych policjantów, a dodatkowo przekazuje jego własne, oryginalne i osobiste spostrzeżenia.


Komentarz Grzegorza Aleksandra Trojanka

Stanisław Kowalewski w 40-stronicowych wspomnieniach opowiada o swoim życiu, dzieciach, rodzinie i pracy. Być może razić będzie archaiczny język, braki warsztatowe, kładzenie nacisku na swoją osobę, a tylko marginalne informacje o rodzicach, rodzeństwie, a nawet o swoich najbliższych. Może należałoby usunąć niektóre watki i zdania, tylko wówczas „Wspomnienia” straciłyby walor autentyczny, prawdy czasu ich powstania. Stąd decyzja, by opublikować całość.

W końcu to prawdziwy świadek naszej historii: zaborów do 1918 roku, I wojny światowej, powstania wielkopolskiego, służby w Wojsku Polskim, w policji, o pracy, bezrobociu, poziomie życia codziennego oraz II wojny światowej i życia od 1945 roku aż do 1975 roku. To jest ten największy walor tych wspomnień, które jeszcze bardziej zostają wzbogacone wspaniałymi zdjęciami z tych czasów.

Zdziwienie, że Stanisław Kowalewski tak mało pisał o swojej rodzinie spowodowało, że przy ogromnej pracy Jakuba Trojanka − archiwisty udało się ustalić najważniejsze dane o Rodzinie Marcina Kowalewskiego.

Jego ojciec Jakub Kowalewski urodził się 11 lipca 1869 roku w Gaju w powiecie szamotulskim, a zmarł pod koniec II wojny światowej − 17 stycznia 1945 roku w Szamotułach i tu jest pochowany, wraz ze swoją małżonką Franciszką (zmarła w Szamotułach w 1943 roku) z domu Filipak, urodzonej 25 lutego 1873 roku w Lipnicy k. Szamotuł. Okazało się, że na grobie Franciszki i Jakuba zostali pochowani Helena i Władysław Różańscy (Helena była ich córką).

Jakub i Franciszka Kowalewscy po ślubie 3 czerwca 1893 roku w Ostrorogu często zmieniali miejsce zamieszkania ze względu na poszukiwanie pracy w rolnictwie przez Jakuba. Najlepiej widać to, jeśli prześledzi się miejsca urodzin ich jedenaściorga dzieci!

Pierwszy syn − Vincent Kowalewski urodził się 30 czerwca 1894 roku w Piotrkówku k. Szamotuł. Niestety, umiera już 15 lipca 1899 roku także w Piotrkówku w wieku 5 lat.

W rok i jeden miesiąc później rodzi się drugi syn Michał, także w Piotrkówku, 25 sierpnia 1895 roku, ale umiera już po 55 dniach życia − 19 października 1895 roku.

Dopiero trzeci syn staje się tym najstarszym Rodu. To późniejszy ułan, chluba  rodziców. Przypomnijmy: Marcin Kowalewski urodził się 6 października 1896 roku w Piotrkówku. 2 marca 1919 roku, już w wolnej Polsce, żeni się z  Marią Marciniak, z tego związku przyszło na świat jedno dziecko − córka Aniela (ur. 23.06.1920 roku w Szamotułach, zmarła 22.01.2001 roku w Górze Śląskiej, po mężu Trojanek). Marcin umiera w Gnieźnie 14 kwietnia 1926 roku i tam też jest pochowany w Kwaterze Żołnierzy 1920 roku (por. http://regionszamotulski.pl/marcin-kowalewski/).

Po trzech latach od urodzenia Marcina na świat przychodzi Jan Kowalewski, rodzi się w Piotrkówku 25 maja 1899 roku. Z relacji Stanisława Kowalewskiego wiemy, że Jan po powrocie z I wojny światowej − tak jak Marcin – wstępuje do Armii Powstania Wielkopolskiego, na Sołaczu w Poznaniu zostaje artylerzystą konnym, a  po Powstaniach: Wielkopolskim i Śląskim zostaje żołnierzem zawodowym −  jak Marcin. Kolejna informacja o nim to ta, że umiera 4 maja 1988 roku w Oławie na Dolnym Śląsku. Skąd się tam wziął, jak długo mieszkał w Oławie, co robił i czy miał rodzinę oprócz żony Marii − nie wiadomo. Być może był w wojsku do września 1939 roku, a po 1945 roku wyjechał z jakiegoś powodu na Ziemie Odzyskane do Oławy. Jego żona Maria umarła w 1980 roku, a Jan w dniu 4 maja 1988 roku w wieku 89 lat. Oboje zostali pochowani na Cmentarzu Komunalnym w Oławie. Ich grób jest w bardzo złym stanie, zarośnięty polnym kwieciem, tablice na grobie są przerdzewiałe… To bardzo przykry widok! Pamiętajmy, że mówimy o Powstańcu Wielkopolskim i żołnierzu Wojska Polskiego!

Potem − 1 maja 1901 roku w Szamotułach − na świat przyszedł Stanisław Kowalewski − autor publikowanych wspomnień. W 1924 roku ożenił się z Marianną z domu Melonek (1902-1988). Oboje spoczywają na szamotulskim cmentarzu.

Kolejnym dzieckiem Jakuba i Franciszki Kowalewskich (szóstym) była Maria, która rodzi się w Piotrkówku 2 listopada 1903 roku. Żyje krótko, bo tylko do 21 marca 1906 roku, umiera również w Piotrkówku (wtedy wieś nosiła nazwę Lindenhoöhe, czyli Wysokie Lipy).

Następne dziecko przychodzi na świat 5 stycznia 1906 r. w Piotrkówku (Lindenhöhe) − syn Antoni. Z danych wynika, że całe życie mieszka w Szamotułach. Jak wspomina wnuk Stanisława Kowalewskiego, nigdy gdy był u dziadka w Szamotułach, nawet słowem nikt nie wspomniał o Antonim, ani nigdy, choć mieszkał w Szamotułach, go Dziadek Stanisław nie odwiedził. Antoni wraz z żoną są pochowani na szamotulskim cmentarzu. Grób jest w dobrym stanie, zadbany. Widać, że w Szamotułach jest jakaś rodzina Antoniego, może teraz ktoś się odezwie.

Po Antonim Kowalewskim rodziły się kolejne dzieci. Helena przyszła na świat 25 maja 1908 roku w Piotrkówku (Lindenhöhe), zmarła 20 kwietnia 1981 roku w wieku 73 lat. Była żoną Władysława Różańskiego, który zmarł w 1978 roku, zostali pochowani w Szamotułach na grobie rodziców Heleny Różańskiej z domu Kowalewskiej [syn Heleny i Władysława − Marian Różański był znanym szamotulskim fotografem, działaczem społecznym i dziennikarzem – przyp. red. Por. http://regionszamotulski.pl/marian-rozanski/].

W dniu 20 lutego 1911 roku, w gminie Obrzycko w Karczemce koło Słopanowa urodziła się Pelagia, która umarła 14 października 1982 roku w Opalenicy – brak więcej informacji o niej i jej rodzinie.

Po Pelagii 25 września 1912 roku rodzi się syn Franciszek Kowalewski. Przeżył on 83 lata, zmarł w 1995 roku i został pochowany na cmentarzu w Ostrorogu. Prowadził gospodarstwo rolne w Szczepankowie koło Szamotuł (gmina Ostroróg), miał żonę Katarzynę i pięcioro dzieci.

I wreszcie ostatnie − 11 − dziecko. To Viktoria Kowalewska, która rodzi się w Karczemce 12 grudnia 1915 roku. Trwa wówczas I wojna światowa. Viktoria zawsze wspominała córce Marcina, że była jego ulubioną siostrą, ledwo 5 lat starszą od jego córki Anieli. W czasie II wojny światowej bardzo dużo osób z Wielkopolski jest wywożone przez machinę hitlerowskich Niemiec do Generalnego Gubernatorstwa. Prawdopodobnie tym sposobem Viktoria znalazła się w okupowanej Warszawie, gdzie poznała inżyniera Stanisława Łysiaka i została jego żoną. Dwie córki Viktorii zginęły w powstaniu warszawskim, natomiast syn Waldemar Łysiak urodził się 8 marca 1944 roku w Warszawie. To znany pisarz eseista publicysta, architekt, miłośnik Napoleona i bibliofil. Waldemar ma  jeszcze młodszego brata, który mieszka w Warszawie.

Waldemar Łysiak napisał bardzo ważne dla szamotulan powieści: Szachista oraz Kolebka. W  książkach, wywiadach i artykułach widać olbrzymią miłość i czułość  do matki Viktorii. W Szamotułach był na pewno 23 kwietnia 1981 roku na pogrzebie siostry jego matki – Heleny Kowalewskiej po mężu Różańskiej. Wtedy też jego mama Viktoria spotkała się ostatni raz z córką Marcina Kowalewskiego − Anielą Trojanek.

Mam nadzieję, że wspomnienia Stanisława Kowalewskiego oraz zarys tej wielkopolskiej rodziny znajdą ciekawego jej losów poszukiwacza i ten ktoś napisze monografię rodu Kowalewskich z Szamotuł.

Szamotuły, 04.04.2020

Stanisław Kowalewski, Powstanie wielkopolskie i praca w szamotulskiej policji w okresie międzywojennym2025-01-03T13:09:03+01:00

Kronika szamotulskiego liceum w czasach stalinowskich

Budynek liceum w 1950 r., zdjęcie z kroniki szkolnej


Fragmenty kroniki szkolnej z lat 1950-63


Zdjęcia z lat szkolnych w szamotulskim liceum, 1.poł. lat 50. XX w.

udostępnił Jan Kulczak


Z prof. Konradem Roszczakiem

Z prof. Ewą Budzyńską (Krygier)

Z prof. Stefanem Pawelą

Z prof. Gabrielą Tomaszek

Na boisku szkolnym, w tle budynek szpitala przy ul. Sukienniczej

Na boisku przy ul. Sportowej

W parku Sobieskiego

Obowiązkowa praca uczniów klas przedmaturalnych (10.) w brygadzie Służby Polsce przez miesiąc wakacji – PGR Komarowo koło Goleniowa (pomoc przy żniwach, przerywanie buraków cukrowych itp.), 1954 r.

Kronika szamotulskiego liceum w czasach stalinowskich


W archiwum szamotulskiego liceum ogólnokształcącego znajduje się bardzo interesująca kronika z lat 1950-1963. Od reformy szkolnictwa w roku 1948/49, kiedy to zlikwidowano czteroletnie gimnazja i dwuletnie licea, a na ich miejsce utworzono czteroletnie licea, placówka nosiła oficjalną nazwę Państwowa Szkoła Ogólnokształcąca Stopnia Licealnego w Szamotułach. W tym okresie przestano używać imienia patrona szkoły – ks. Piotra Skargi. W 1957 r. do nazwy dodano numer 54.

Kronika stanowi interesujący dokument nie tylko ówczesnej szkoły, ale także szerzej – tamtych czasów. Wybraliśmy z niej fragmenty związane z życiem społeczno-politycznym, tekst wzbogaciliśmy skanami stron kroniki oraz zdjęciami z archiwum Jana Kulczaka – ucznia szkoły z 1. połowy lat 50.

Warto także sięgnąć do wspomnień Ewy Budzyńskiej-Krygier, które opublikowaliśmy w 2018 r.: http://regionszamotulski.pl/w-szamotulskich-szkolach-1945-51/.


1949/1950

Coraz wyraźniej szkoła nasza wkracza na nowe tory, staje się prawdziwą kuźnią socjalizmu. Świadczy o tym chociażby to, że w ostatnim czasie wzrósł znacznie procent młodzieży robotniczo-chłopskiej. Gruntownej przemianie uległy metody nauczania stosowane przez grono nauczycielskie. Profesorowie dążą do wyrobienia w uczniach naukowego, marksistowskiego poglądu na świat, uczą ich socjalistycznego stosunku do pracy i własności, zrozumienia dla pracy planowej, zaszczepiają w uczniach zasady socjalistycznej dyscypliny.


Zbliżające się święto klasy robotniczej odbiło się szerokim echem wśród uczniów naszej szkoły. W celu uczczenia go podjęliśmy szereg zobowiązań. Poszczególne klasy we własnym zakresie dokonały naprawy sprzętu, dekoracji sal, a istniejące na terenie szkoły organizacje wykonały transparenty i emblematy, które młodzież niosła w czasie uroczystego pochodu pierwszomajowego. Uczniowie gimnazjum wzięli udział w akademii młodzieżowej zorganizowanej w dniu 1 Maja.



7 stycznia 1950 r. – uroczystości 30-lecia szkoły. Tak to się jeszcze wtedy wszystko łączyło: portret Bolesława Bieruta i Konstantego Rokossowskiego (ministra Obrony Narodowej i marszałka Polski) i emblematy organizacji o ideologii komunistycznej (Związku Młodzieży Polskiej, Służby Polsce, Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej) z wiszącym powyżej krzyżem. Zdjęcie z kroniki szkoły


ZMP* – to dobry duch naszej szkoły. On nadaje ton szkole, kieruje młodzieżą zorganizowaną i niezorganizowaną, czuwa nad pracą kółek naukowych, organizuje kółka samokształceniowe. Z jego inicjatywy cała szkoła brała udział w akcji przeciwstonkowej i pomagała przy budowie nawierzchni na trasie Szamotuły – Baborówko.

[*ZMP – Związek Młodzieży Polskiej, organizacja ideowo-polityczna, powołana w 1948 r., działająca na wzór radzieckiego Komsomołu; zlikwidowana po Październiku 1956. Jest jednym z symboli stalinizmu.]


Dzień bez nauczycieli…

W dniu 13 maja profesorowie brali udział w powiatowej konferencji ZNP [Związku Nauczycielstwa Polskiego – przyp. red.]. Uczniowie samorzutnie zorganizowali dyrektora, którym został przewodniczący szkolnego koła ZMP – kol. Modzelewski. Kilku uczniów czuwało nad porządkiem na korytarzach i na dziedzińcu.

Młodzież poważnie ustosunkowała się do swych młodych przełożonych, dzięki czemu w całej szkole panował wzorowy porządek. Pod kierunkiem starszych kolegów odbywały sie na auli lekcje śpiewu, na boisku gry i ćwiczenia, poszczególne organizacje przeprowadziły zebrania.

W dniu tym młodzież zdała egzamin, wykazując, że jest zdolna do samodzielnego rządzenia się.


W marcu i w maju br. [1950] zaszły na terenie szkoły niemile wypadki. Aresztowano kilku uczniów*, którzy – jak się okazało – byli członkami antypaństwowych związków terrorystycznych. Grono profesorskie i młodzież surowo potępiła działalność tych kolegów. Wypadek ten spowodował wzmocnienie czujności ze strony nauczycieli, uczniów i rodziców i wykazał niezbicie, że tylko poprzez bezkompromisową walkę można wychować budowniczych socjalizmu.

[*W Szamotułach pod koniec lat 40. i na początku 50. działało kilka młodzieżowych grup oporu: „Grupa Andrzejewskiego”, „Jutrzenka”, „RSS” oraz „Błękitni Rycerze”. Informacja z kroniki dotyczy aresztowań członków dwóch pierwszych organizacji; członkowie dwóch kolejnych zostali zatrzymani w 1952 r. Zasądzono wobec nich kilkuletnie wyroki (zazwyczaj wychodzili z więzienia wcześniej), uczniowie liceum zostali wydaleni ze szkoły.]


Z prof. Stanisławą Kulmaczewską


1950/1951

Celem podniesienia poziomu nauki wprowadzono „piątki” samokształceniowe, w których dzięki pracy kolektywnej słabsi uczniowie poprawiają wyniki swej pracy.

Nie zapomniano i o pracy oświatowo-kulturalnej. Wspólnie z TPPR [Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej – przyp. red.] ZMP urządził w listopadzie konkurs na najlepsze wygłoszenie wiersza Broniewskiego „Pokłon Rewolucji Październikowej”. Zwycięzcą konkursu był Krutki.


W kwietniu 1951 roku ZMP-owcy prowadzą lekcje!

16 IV 1951, godz. 8 rano. Drzwi pokoju nauczycielskiego otwierają się i grono młodych ludzi ubranych w ZMP-owskie koszule sunie poważnie po korytarzu gmachu szkolnego. Każdy z nich dzierży olbrzymi dziennik. Drzwi klas otwierają się. „Dzień dobry, panie profesorze”. Dziś ZMP-owcy zastępują profesorów będących na konferencji. Podjęli ten czyn, aby nie zmarnować dnia szkolnego. Z zadania wywiązali się znakomicie.


Wydarzenia z areny międzynarodowej znajdowały również swój oddźwięk w naszej szkole. 17 maja br. cała szkoła złożyła podpisy na Karcie Plebiscytu Pokoju. W czerwcu podpisaliśmy Narodową Pożyczkę Rozwoju Sił Polski, dorzucając swe drobne oszczędności do skarbca narodowego.

W szkole odbył się pobór do brygad. Gromada chłopców uda się w dniu 3 lipca do Nowej Huty.


Na boisku szkolnym, w tle budynek szpitala przy ul. Sukienniczej


1951/52

Wielu kolegów wróciło z 55 brygady SP*, która pracowała przy budowie Nowej Huty i odznaczyła się wybitnymi osiągnięciami w pracy, będąc stale na 1. miejscu w województwie krakowskim i na 2. w Polsce.

[*SP – Powszechna Organizacja „Służba Polsce”, organizacja paramilitarna, ideologicznie kierowana przez ZMP, a organizacyjnie podporządkowana wojsku; działała w latach 1948-55. Jednostkami organizacyjnymi były brygady, bataliony, hufce i drużyny. Członkowie brali udział m.in. w odbudowie Warszawy i budowie Nowej Huty. Przynależność do tej organizacji była dla uczniów obowiązkowa.]


W parku Sobieskiego – ulubione miejsce spacerów uczniów szamotulskiego liceum w tamtych czasach


1953/54

Z inicjatywy ZS ZMP [Zarząd Szkolny Związku Młodzieży Polskiej – przyp. red.], którego przewodniczącym został kol. Krysztofiak, zaprowadzono u nas apele poranne. Odtąd codziennie przed lekcjami rozbrzmiewa na dziedzińcu szkolnym hymn ŚFMD śpiewany młodymi, silnymi głosami. Na apelu jest przeprowadzana prasówka. Wygląda to w ten sposób, że prowadzący apel wywołuje kilku uczniów, ci następnie opowiadają wszystkim o wydarzeniach z Polski i ze świata.


Miesiąc październik. Bardzo często w godzinach popołudniowych stawał koło gmachu szkoły traktor z przyczepką. Wskakiwali do niego uczniowie naszej szkoły; dziewczynki z kolorowymi chusteczkami na głowie i często w spodniach.

Traktor ruszał – czy to do Gałowa, czy Szczepankowa, czy też Jastrowa, albo do jeszcze innej miejscowości – na wykopki. Bierzemy czynny udział w pracy wykopkowej.

Jak możemy, tak pomagamy sąsiednim PGR-om i spółdzielniom produkcyjnym. Niechaj nasza praca, nasza pomoc przy wybieraniu ziemniaków będą jedną z cegieł budujących gmach Nowej Polski.


W parku Sobieskiego – tego zachowania nauczyciele by nie pochwalili


Dobrą pracę przejawia w tym roku organizacja ZMP. W związku z bliskim końcem roku szkolnego podjęła ona prace zmierzające do dobrego wykorzystania wakacji przez uczniów. Każdy z nas wziął na siebie jakieś określone zadanie, które w czasie wakacji wypełni. Jedni postanowili wziąć udział w zwalczaniu stonki, inni zgłosili się do brygad rolnych SP bądź też jako wychowawcy kolonii.

Dla tych, którzy chcieliby poznać ziemię ojczystą, jej ludzi, jej zabytki Zarząd Szkolny zorganizował 17-dniową wycieczkę kolarską „Wędrujemy po rodzinnym kraju”. Wezmą w niej udział między innymi: kol. Krysztofiak, Nowak, Białasik T., Bańczyk, Francuzik, Kulczak. Obiecali oni, [że] po powrocie z wycieczki – kiedy znowu zbierzemy się razem w szkole – opowiedzą nam o swoich wrażeniach.


W czasie wycieczki rowerowej  „Wędrujemy po rodzinnym kraju”, 1954 r. Zdjęcie z kroniki szkolnej


1954/55

We wrześniu Szamotuły obchodziły wielkie święto. Przyjechali do nas goście z Warszawy – radzieccy budowniczowie Pałacu Kultury i Nauki. W świetlicy Olejarni odbyło się uroczyste przywitanie budowniczych. Wśród oklasków zebranych przedstawicieli społeczeństwa szamotulskiego witali gości, wręczając im skromne upominki. W imieniu uczniów liceum powitała budowniczych kol. Kraszewska Ewa z klasy XI. Gości było trzech: inż. Suworow, młody chłopak – spawacz i dziewczyna. Inż. Suworow w serdecznych słowach podziękował za miłe przyjęcie i opowiedział nam o budowie Pałacu Kultury.


Rok 1955 przebiegał pod znakiem przygotowań do wyborów do Rad Narodowych. Włączyliśmy się również w te prace. Z ramienia Powiatowego Komitetu Frontu Narodowego prowadziliśmy akcję agitacyjno-propagandową w mieście. Chodziliśmy po domach, sprawdzając, czy wszyscy obywatele są umieszczeni na listach wyborczych, sprzedawaliśmy broszurki propagandowe, pomagaliśmy w samych wyborach. […]


W parku Sobieskiego – na wesoło


1955/56

W okresie wakacji [1955] Warszawa gościła niezwykłych gości. W stolicy Polski, sercu naszej Ojczyzny, najlepsi młodzi patrioci ze wszystkich kontynentów, przedstawiciele wszystkich ras i wyznań zamanifestowali swe braterskie uczucia. W Warszawie odbywał się Światowy Festiwal Studentów i Młodzieży. Z naszej szkoły delegatami byli: kol. Bekasiak Teresa, kol. Jakubowska Danuta, kol. Bukowska Barbara i kol. Kierończyk Antoni.

Koledzy ci, zaraz po rozpoczęciu roku szkolnego, dzielili się z nami swymi wrażeniami z pobytu w stolicy.


Dumą nowo obranego Zarządu Szkolnego ZMP, który zaraz po wyborach zabrał się do pracy, są osiągnięcia na polu pracy kulturalnej i oświatowej, i pracy z harcerstwem.

Szkolny Zespół Artystyczny znany jest ze swych występów nie tylko na terenie szkoły, ale także oklaskiwany na wszystkich akademiach powiatowych w zakładach pracy.

Przewodniczki harcerskie z naszego koła ZMP kierują pracą OH* we wszystkich szkołach podstawowych na terenie Szamotuł.

Cieszymy się szczególnie z tego, że na terenie województwa nasza szkoła posiada najwięcej przewodników pracujących w harcerstwie.

Koleżanki i koledzy pracują chętnie i dobrze. Opiekunowie drużyn są z ich pracy bardzo zadowoleni.

A my… cieszymy się, że to może przyszli wychowawcy młodzieży.

[*OH – Organizacja Harcerska, utworzona w 1951 r. przy Związku Młodzieży Polskiej; wcześniej władze zlikwidowały Związek Harcerstwa Polskiego]


Zdjęcie maturalne – 1956 r. W 1. rzędzie od lewej nauczyciele: Gabriela Tomaszek, Marian Wawrzyniak, Aldona Grabarczyk, Adam Braniewicz, Ewa Budzyńska, Stefan Pawela, Elwira Dobkowicz, Konrad Roszczak, Helena Witkowska


1956/57

Polski Październik. W dniach od 18 do 21 października br. odbyło się  VIII Plenum Partii. Do Biura Politycznego wybrano Władysława Gomułkę, Logę-Sowińskiego i Mariana Spychalskiego, którzy od 1949 r. byli więzieni wskutek fałszywych oskarżeń minionego okresu. Jesteśmy przekonani, że nowe kierownictwo partii wyprowadzi nas z obecnych trudności gospodarczych i politycznych.

A oto słowa Władysława Gomułki:

„Nagromadziło się w Polsce wiele zła, nieprawości i bolesnych rozczarowań. Wierzę głęboko, że lata te minęły bezpowrotnie”.

Cały naród, robotnicy, chłopi, inteligencja, młodzież, wszyscy stanęli obok swego przywódcy. Patrzymy z ufnością i nadzieją w przyszłość. Byliśmy świadkami wielkich historycznych dni. Dni, w których została wypowiedziana nieubłagana walka krzywdzie, bezprawiu i zakłamaniu.

Będziemy uczyli się prawdy i tylko prawdy.


Młodzieżowa organizacja polityczna i wychowawcza, jaką była czy miała być organizacja Związek Młodzieży Polskiej, nie zdała egzaminu w skali nie tylko powiatu czy województwa, ale nawet kraju. Organizację rozwiązano. na jej miejsce powstał nowy związek – ZHP.

Opiekunką szkolnej drużyny żeńskiej jest p. prof. Ewa Budzyńska, a opiekunem drużyny męskiej – p. prof. Konrad Roszczak. Nowe harcerstwo czerpie wzory z dawnej organizacji. Znowu po latach słyszymy słowa komendy wyruszających na biwak harcerzy, znowu na dziedzińcu szkolnym rozlega się dziarskie i gromkie „czuwaj”. Z radością i ożywieniem słuchamy starych harcerskich piosenek.


Spotkanie rocznika maturalnego 1955 z okazji 30-lecia matury


Opracowała Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 13.03.2020

Kronika szamotulskiego liceum w czasach stalinowskich2025-01-03T13:11:12+01:00

Strona główna – marzec 2020


DAWNE SZAMOTUŁY

Projekt rozbudowy Szamotuł z 1933 r.

Wielkie Szamotuły

W 1933 r. „Gazeta Szamotulska” opublikowała cykl artykułów poświęconych projektowi rozbudowy Szamotuł (nr 88-92), zatytułowany Szamotuły w przyszłości. Artykuły połączyliśmy w jednym tekście i zamieszczamy z niewielkimi zmianami (skrócono głównie artykuł z numeru 88 − prezentujący rozbudowę miasta w okresie po odzyskaniu niepodległości). Jak zatem 90 lat temu wyobrażano sobie rozwój Szamotuł? Warto zapoznać się z tym materiałem i porównać ze stanem współczesnym.

***

Cztery kościoły, siedem szkół, liczne parki i boiska, tereny wystawowe i rozrywkowe, stadion, szpital centralny, hale targowe…

Takie i inne projekty na przyszłość przewiduje plan rozbudowy miasta Szamotuł, opracowany przez radcę E. Chmielewskiego, świeżo zatwierdzony przez Dyrekcję Robót Publicznych przy Urzędzie Wojewódzkim.

[…]


Pocztówka z 1907 r. Źródło: Powiat szamotulski na dawnej pocztówce (1897-1945), Szamotuły 2002.


Na przedmieściu obrzyckiem

Rozbudowa przyszłych Szamotuł przewidziana jest w kształcie koła, z centrum w samym Rynku. Koło będzie nieco wydłużone w dwóch kierunkach, mianowicie w pobliżu toru, wiodącego do Wronek, i w pobliżu toru poznańskiego, mniej więcej przy budce dróżnika kolejowego na wprost Kępy.

Zacznijmy przechadzkę po wielkich Szamotułach. Idziemy więc ul. Obrzycką [1], od placu Sienkiewicza. Obok cmentarza żydowskiego idzie jedna z bocznych ulic, która łączy się wprost z obecnie istniejącą ulicą, wiodącą z terenu zamkowskiego do ul. Nowowiejskiej [2] Ulica ta na prawo [precyzyjniej: na zachód – przyp. red.] (nazwijmy ją ulicą Maksa Rabesa, znanego malarza z Szamotuł) przejdzie obok byłego Urzędu Skarbowego przez ulicę Sądową [3], i złączy się z ulicą Cmentarną, która również będzie wyprostowana i nie pójdzie obok sądu i więzienia, raczej wysunięta będzie nieco na prawo [4].

Druga boczna ulica ciągnąć się będzie w pobliżu obecnie istniejącej, tuż przy nowo wzniesionym budynku mieszkalnym. Następna boczna ulica projektowana jest poprzez obecny wjazd do zakładów graficznych J. Kawalera [5] obok cegielni w górę wiaduktem kolejowym. Drugi wiadukt kolejowy znajdować się będzie na tej samej ulicy, wiodącej ponad torem kolejowym do Ostroroga [6]. My wracajmy do ul. Obrzyckiej. Nowa ulica (nazwijmy ją ul. Graficzną) będzie miała połączenie wprost z drogą, wiodącą do Szczuczyna, by później połączyć się znowu, z drogą, wiodącą do Piotrkówek.

Gdy skierujemy się głębiej ul. Obrzycką, znajdziemy znowu boczną ulicę, ciągnącą się na prawo i na lewo. Ta ulica ciągnąć się będzie obok obecnego lasku zamkowskiego [7].

Objaśnienia
1.Obecnie ul. Powstańców Wielkopolskich. Jeszcze w 1933 r. nazwę ulicy Obrzyckiej zmieniono na Edmunda Calliera, w 1945 r. – na Bohaterów (w związku z umiejscowionym przy tej ulicy pomnikiem wdzięczności żołnierzom radzieckim), w 1957 r. nadano nazwę funkcjonującą do dziś.
2. Obecnie ul. Feliksa Nowowiejskiego (od 1946 r.). Nowa Wieś była osadą podmiejską, rozpoczynającą się u zbiegu ulic Poznańskiej, Lipowej i Obornickiej.
3. Obecnie al. 1 Maja (od ok. 1946 r.). Urząd Skarbowy w latach 1928-33 mieścił się  budynku naprzeciwko sądu (dziś nr 12); od 1933 była to siedziba komendy powiatowej Policji Państwowej.
4. Por. dzisiejszy przebieg ul. Targowej.
5. Zakłady graficzne Józefa Kawalera mieściły się przy ul. Obrzyckiej 11 (dziś Powstańców Wlkp. 39). Kawaler do Szamotuł przeniósł firmę z Oberhausen, gdzie działała od 1906 r. Była to bardzo ważna firma międzywojennych Szamotuł. W 1950 r. zakład został odebrany rodzinie Kawalerów i upaństwowiony. Firma powróciła w 1992 r. jako Szamotulska Drukarnia im. Józefa Kawalera (siedziba dawnego zakładu już nie istnieje).
6. Drugi wiadukt nad torem do Ostroroga – pomyłka w opisie. Tor ten biegnie po drugiej stronie ul. Ostrorogskiej (równolegle do niej), do której dochodziłaby projektowana ulica.
7. Por. dzisiejsza ul. Leśna.

Czytaj dalej

Szamotuły, 07.03.2020

Szamotuły na dawnej pocztówce

Piękna pocztówka z Szamotuł, której nie ma w żadnym z wydanych albumów. Data na stemplu pocztowym: 7.08.1903 r. W tym czasie w Szamotułach nie było jeszcze wodociągów i wieży ciśnień, za Jeziorkiem widać budynek Strzelnicy i cukrownię. Ciekawie wygląda ul. Dworcowa widziana z wysokości ul. 3 Maja (wówczas ta ul. nosiła niemiecką nazwę Hartmannstrasse).



Kolejna pocztówka, podobnie jak poprzednia znaleziona przez nas na aukcji internetowej, też nie była dotąd publikowana. Są na niej dwa budynki, które już nie istnieją. Pierwszy z lewej to nie poczta, tylko dawny sąd, a w głębi po lewej wejście na teren więzienia (zdjęcie od dzisiejszej al. 1 Maja). Drugi budynek to elektrownia przy Nowowiejskiego (wówczas to była jeszcze Nowa Wieś pod Szamotułami), z prawej strony widać istniejący do dziś budynek (nr 4). Na dole pocztówki – oczywiście – budynek dworca kolejowego. Gmach sądu został oddany do użytku w 1874 r., w niejasnych okolicznościach spłonął 28 styczna 1945 r. Budynek więzienia powstał prawdopodobnie kilkanaście lat wcześniej. Budynek elektrowni  pochodzi z 1904 r. Stempel na pocztówce pochodzi z 1916 r., musiała być zatem wydana pomiędzy 1904 a 1916 r.



I jeszcze jeden unikat. Warto spojrzeć na dawną mleczarnię – ten zakład wyjątkowo pojawiał się na szamotulskich pocztówkach (cukrownia przedstawiana była wielokrotnie). Spółka mleczarska została zawiązana w Szamotułach w 1888 r., na cel jej działalności wzniesiono budynek przy dzisiejszej ul. 3 Maja (na początku XX w. wyposażony był w silnik parowy i elektryczną instalację oświetleniową). W latach 90. zakład zamknięto, a obiekt przeznaczono na cele handlowe. Zlikwidowano charakterystyczną rampę w szczycie budynku, pozostał tylko komin. Po lewej stronie od budynku – ul. Kręta, którą można było dojść do Młyńskiej w pobliżu młyna. Pocztówka pochodzi z okresu 1906-1918.


8 marca – Dzień Kobiet

Piękne (do dziś) szamotulanki – Irka Karpińska (Irena Krawczyńska) i Wiesia Zielińska (Wielisława Wawrzyniak) zaprezentowały się w 1963 r. w programie artystycznym uroczystości zorganizowanej w szamotulskim Liceum Ogólnokształcącym właśnie z okazji Dnia Kobiet. Tak opisano ich występ w szkolnej kronice: „Uwagę zwróciła zwłaszcza piosenka włoska Mamma interpretowana przez Irkę Karpińską, która okazała się wszechstronnie utalentowaną, recytując również wiersz. Rewelacyjną okazała się także Wiesia Zielińska, która wręcz porwała salę najnowszymi przebojami: Cztery mile za piec oraz Nie płacz, kiedy odjadę. Nawiasem mówiąc, uznana została za najlepszą wykonawczynię wieczoru”. Irena Krawczyńska i Wielisława Wawrzyniak od wielu lat mieszkają w Poznaniu, chętnie jednak odwiedzają miasto rodzinne i dawną szkołę.




Wspomnienia

Witold Mikołajczak

Ludwik Mycielski – zapomniany bohater powstania listopadowego

Ludwik Mycielski był synem Stanisława Mycielskiego (ur. 1743 r. w Nowej Wsi pod Wronkami, zm. 1813 w Poznaniu), działacza niepodległościowego i pułkownika wojsk napoleońskich, oraz Anny z Mielżyńskich (ur. 1767 r. w Gołańczy, zm. 1840 w Poznaniu). Badacze podają różne daty urodzenia Ludwika, najbardziej prawdopodobna − 1797 rok, miejsce − Kobylepole (dziś część Poznania). Kształcił się wraz z bratem bliźniakiem Michałem w Metz we Francji.

Następnie wstąpił do armii Księstwa Warszawskiego, w której dosłużył się stopnia porucznika. Brał udział w wojnie 1812 roku, podczas której dostał się do niewoli pod Słonimem. Uwolniony został dzięki interwencji następcy tronu szwedzkiego J. B. Bernadottego. W latach 1815-1817 służył w armii Królestwa Polskiego. Ze względu na zły stan zdrowia złożył dymisję i zamieszkał w majątku Gorzyce pod Kościanem.


Ludwik Mycielski – litografia. Źrodło: Polona


W 1822 roku ożenił się z Elżbietą Mielżyńską, w 1826 roku − po śmierci teścia Stanisława − osiadł w majątku żony w Wydawach pod Poniecem. Miał dwóch synów: Stanisława i Michała oraz trzy córki: Annę, Elżbietę i Marię.

Na wieść o wybuchu powstania wyruszył do Warszawy, by jako ochotnik wstąpić do armii. Brał udział w bitwie pod Dobrem 17 lutego, Wawrem − 19 lutego i w walkach o Olszynkę Grochowską − 20 i 25 lutego 1831 roku. W trakcie tej ostatniej bitwy poległ.

Czytaj dalej

Region

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Tekla Kwilecka i krzyż z Binina

W lipcu 1862 roku przed sądem w Szamotułach toczyła się sprawa przeciwko hrabinie Tekli Kwileckiej z Dobrojewa oraz jej rządcy Walentemu Janasowi. Oskarżeni zostali oni  o „opór stawiany władzy rządowej”. Za sformułowaniem tym kryła się sprawa umieszczenia przy drodze w Bininie drewnianego krzyża pomalowanego biało-czerwono.

Tekla Kwilecka w Dobrojewie zamieszkała w listopadzie 1932 roku, po ślubie z Leonardem Kwileckim. Był on synem Klemensa i jego najbliższej kuzynki Anieli – jedynej córki Adama Kwileckiego, który w latach 90. XVIII w. wzniósł dobrojewski pałac, spalony i zburzony w okresie okupacji hitlerowskiej (por. artykuły http://regionszamotulski.pl/palac-w-dobrojewie/ i http://regionszamotulski.pl/dobrojewo-historia/).


Krzyż w Bininie – wygląd współczesny. Zdjęcie Andrzej Bednarski


Tekla pochodziła z rodziny Sieroszewskich herbu Nabram (rodzice Kazimierz i Anna z domu Swinarska), przyszła na świat 16 września 1807 roku w Kakawie (Kaliskie). Jej przyszły mąż – Leonard Kwilecki wziął udział w powstaniu listopadowym, walczył pod dowództwem gen. Giorolamo Ramorino − Włocha zwerbowanego do służby w wojskach powstańczych. Według przekazów Leonard zabrał do powstania konie ze stadniny w Dobrojewie (por. http://regionszamotulski.pl/stadnina-w-dobrojewie/).

Leonard Kwilecki zmarł w 1844 r. po długiej chorobie. Tekla przez wiele lat troskliwie opiekowała się mężem, na nią spadło wychowanie dzieci i troska o rozległy majątek. Małżeństwo doczekało się trojga dzieci. Najstarsza był Wanda (1834-1912), która w 1855 r. poślubiła Władysława Niegolewskiego (1819-1885) − doktora prawa, działacza niepodległościowego, posła na sejm pruski, współzałożyciela Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, a zarazem syna Andrzeja Niegolewskiego − ziemianina, bohatera szarży pod Samosierrą (1808). Spadkobiercą majątku, tzw. Dobrojewszczyzny, został Stefan Kwilecki (1839-1900), który w 1866 roku ożenił się z Barbarą z Mańkowskich (1845-1910), panną z nieodległych Rudek (por. http://regionszamotulski.pl/barbara-kwilecka-dzialaczka-narodowa-i-spoleczna/). Syn Klemens, najmłodsze dziecko Tekli i Leonarda, zmarł w wieku 12 lat.

Czytaj dalej


Monika Kijek: Wszystko zawdzięczam Wronkom!

2019 rok był dla Moniki Kijek przełomowy. Ukończyła Wyższą Szkołę Muzyczną w Gdańsku na jedynym w Polsce kierunku musicalowym, zagrała Fionę w teatrze w Niemczech i została partnerem biznesowym Studia Piosenki „Metro”.

Zaprzyjaźnić się z chorobą

Zawsze była perfekcjonistką. Jak mówi, musi pracować nad tym, żeby ta cecha nie ograniczała jej życia swoimi negatywnymi konsekwencjami. Dobre przygotowanie do różnych zadań, pragnienie osiągnięcia jak najlepszego wyniku − to jedno, ale trzeba też być przygotowanym na zmiany, stale próbować, nie zrażając się chwilowymi porażkami, po prostu być twórczym.

Monika uczyła się w szkole podstawowej we Wronkach i tutejszym gimnazjum. Wyniki miała bardzo dobre i bez trudu dostała się do poznańskiego Liceum Marii Magdaleny. Po raz pierwszy usłyszała wtedy: nie. Na wybranej drodze zatrzymali ją rodzice, którzy chcieli, aby dalej uczyła się we Wronkach. Kilka lat wcześniej, kiedy miała 11 lat, wykryto u niej cukrzycę. Rodzice nie chcieli, aby córka całe dni spędzała poza domem, żeby męczyły ją dojazdy do szkoły. Została więc uczennicą liceum w Zespole Szkół nr 1 im. Powstańców Wielkopolskich, czyli tzw. Szkole na Leśnej.


Czytaj dalej

Strona główna – marzec 20202025-01-02T11:50:38+01:00
Go to Top