Stanisław Kowalewski

Wspomnienia

część 1: Powstanie wielkopolskie i praca w szamotulskiej policji w okresie międzywojennym

Zawsze sobie mawiałem, że kiedy dorosnę i będę już w wieku podeszłym, napiszę książkę o moich przeżyciach, mojej młodości, moich radościach i smutkach, o współżyciu z rodziną, o zdobywaniu pracy, o zakochaniu się, o zawarciu związku małżeńskiego, o Powstaniu Wielkopolskim, o obowiązkowej służbie wojskowej, o pracy w kopalni, o okupacji i różnych przeżyciach, o całym życiu do roku 1975.

Pierwsze kroki w dorosłe życie

Urodziłem się dnia 1 maja 1901 roku w Szamotułach jako syn Franciszki Filipiak i jej męża Jakuba Kowalewskiego. W tym czasie ojciec mój pracował w Niemczech Zachodnich (Westfalia).

Wychowywany byłem wyłącznie przez własnych rodziców. Kiedy ukończyłem 6. rok życia, zmuszony byłem pomagać w gospodarstwie domowym rodziców. Pochodzę z wieloletniej rodziny: było nas aż jedenaście dzieci i to z prawego łoża. Ojciec był pochodzenia robotniczo-chłopskiego, a pracował prawie całe życie na roli u gospodarzy niemieckich lub właścicieli dużych majątków rolnych.

W 1907 roku rozpocząłem uczęszczać do szkoły podstawowej w Szamotułach (nr 2), którą ukończyłem w 1914 roku.

Właśnie w tym czasie wybuchła I wojna światowa. Miałem wtedy 14 lat, a pamiętam, że była to niedziela 5 sierpnia 1914 r. Wtedy to dostarczano karty mobilizacyjne mężczyznom, którzy wychodzili z kościoła (kolegiaty). Pamiętam nawet, że była wtedy godzina 10. Kiedy wiadomość o wybuchu wojny dotarła do rodzin (żon i dzieci), zapanował ogólny smutek. Ludzie płakali w domach i na ulicach. Rozgardiasz i zamieszanie panowały na ulicach: mężczyźni śpieszyli do punktów zbornych (komend) z różnych stron miasta. Byłem w tym czasie także w kościele i wszystkie te zaistniałe sytuacje i sceny dobrze widziałem, zapamiętałem. W tę niedzielę wjechała policja niemiecka na koniach celem utrzymania porządku na ulicach miasta. Ojca mojego zatrudniono do kopania okopów przeznaczonych dla wojska.

Był to czas smutny i nikt nie był pewny życia. Zaczęły się ograniczenia żywnościowe. Trzeba było pod wielkim strachem szukać i kupować żywność, jak również ukrywać posiadane zapasy, bo zauważone przez Niemców nadwyżki natychmiast rekwirowano.

W czasie trwania wojny (1914-1918) wychowywałem się przy rodzicach, pomagałem w gospodarstwie, troszczyłem się o żywy inwentarz, a także pracowałem w majątku rolnym, którego właścicielem był dziedzic. Zarabiałem w tym majątku po 50 pfenigów dziennie.


Marcin Kowalewski (brat Stanisława) pod Verdun, 1916 r.


Udział w wojnie brali moi dwaj bracia: Marcin i Jan, a przebywali na froncie francuskim. Po powrocie z frontu, gdzie został ranny, brat Marcin jako ochotnik wziął udział w Powstaniu Wielkopolskim, rezydując w Poznaniu. Drugi brat Jan, powrócił z frontu w okresie późniejszym i wstąpił w szeregi (ochotniczo) Wojska Polskiego, także w Poznaniu, w dzielnicy Sołacz, służąc w artylerii konnej.

Kontynuując opowieść o sobie, przekazuję potomnym, że w szkole uczono nas tylko po niemiecku, stąd moja teraz, do dnia dzisiejszego, znajomość języka obcego − niemieckiego. Po polsku nawet mówić nie było nam wolno. I taka jest prawda. Nauka języka polskiego mogła odbywać się tylko w ukryciu i we własnym zakresie i dzięki własnym staraniom. Bardzo zależało mi na tym, aby zachować polskość i dlatego ze wszystkich sił starałem się uczyć po polsku − tak czytać, jak i pisać. Jak widać, udało mi się to zrealizować. Byłem samoukiem. Rodzice moi po prostu nie mieli czasu, aby zająć się moją edukacją, a także nie umieli nawet dobrze po polsku pisać.

W szkole była stosowana i ściśle przestrzegana bardzo ostra i surowa dyscyplina. Celowali w tym szczególnie nauczyciele pochodzenia czysto niemieckiego. Niektóre nazwiska tych nauczycieli pamiętam do dnia dzisiejszego. Nie wiem, czy dobrze napiszę ich nazwiska, ale tak je zapamiętałem: Decker, Wekler, Rothe, Kahl, Kluge, Schuster, Kemnitz i Miękwicz − dyrektor szkoły. Najgorszy z nich wszystkich był Rothe! To on karał tych, którzy według opinii nauczycieli coś spsocili. A robił to z wielką satysfakcją i okrucieństwem. Na przykład podczas przerw między lekcjami obowiązkowo należało chodzić parami i rozmawiać wyłącznie po niemiecku. Jeżeli ktokolwiek się z tego chociaż w najmniejszym stopniu wyłamał, został natychmiast lub po lekcjach ukarany. Przeważnie karano biciem.


Katolicka szkoła elementarna na pocztówce z ok. 1905 r. (artykuł o strajku szkolnym z lat 1906-1907 http://regionszamotulski.pl/strajk-szkolny-1906-1907/)


W 16. roku życia nabawiłem się ciężkiego zapalenia płuc i myślałem, że skończy się to dla mnie bardzo tragicznie. Miałem jednak wyjątkowe szczęście. Dość szybko przyszedłem do zdrowia. W tym okresie życia pracowałem jako robotnik rolny w majątku w Słopanowie. Tam też zamieszkiwali moi rodzice.

Podczas gdy bracia byli na wojnie, ja jako w tym czasie najstarszy z rodzeństwa w domu, opiekowałem się młodszymi siostrami i braćmi. Od czasu do czasu przyjeżdżali na urlop starsi bracia , opowiadając wszystkie ciekawe zdarzenia i epizody z przeżytych dni i stoczonych walk. A opowiadali naprawdę, jak na owe czasy, historie, które podtrzymywały nas na duchu. Stwierdzali, że w wojsku niemieckim jest rozluźniona dyscyplina, że żołnierze nie chcą się już bić, że niedługo wojna się zakończy.

Słuchaliśmy tego z zapartym tchem i pewnym niedowierzaniem. Ale to była prawda! W tym czasie w kraju organizowane były różne potajemne spotkania, przeważnie przez rezerwistów, których tematem było przygotowywanie się do zbrojnego powstania. W tego typu spotkaniach brało udział bardzo dużo młodzieży polskiej. Panowała ogólna gorączka, gorączka czynu!

I oto nadeszła ta oczekiwana chwila: dnia 20 grudnia 1918 roku, pamiętam jak dziś, do majątku, gdzie mieszkaliśmy, doszło kilkunastu żołnierzy w mundurach powstańczych! Byli to prawdziwi uczestnicy Powstania Wielkopolskiego! Przybyli po wyfasowane podwody, które mieli dostarczyć na stanowiska powstańców, do Czarnkowa przy rzece Noteć. Mnie osobiście przypadł zaszczyt przewiezienia ich na miejsce. Byłem wzruszony, oszołomiony, szczęśliwy i zadowolony. Nareszcie mogłem sam uczestniczyć w przedsięwzięciu, które według mojego rozumowania, było ważne, potrzebne i niezbędne dla powstania. W dniu 25 grudnia przewiozłem zaprzęgiem konnym wszystkich żołnierzy do miejsca przeznaczenia. Przy tej okazji widziałem i słyszałem mnóstwo rzeczy i sytuacji, o których po powrocie wszystkim znajomym opowiedziałem.

Aż nadszedł już czas, by chwycić za broń. Naród Polski dążył do zrzucenia 100-letniej pruskiej niewoli. Mnóstwo młodzieży wstępowało, jako ochotnicy, w szeregi powstańców wielkopolskich. Nadchodziły nowe czasy. Czasy wyzwolenia!


Powstańcy wielkopolscy – Kompania szamotulska w Lubaszu, zdjęcie Muzeum-Zamek Górków


Dnia 29 grudnia 1918 roku zgłosiłem się ochotniczo w szeregi powstańców wielkopolskich. Było to dla mnie bardzo duże przeżycie. Na drugi dzień wyjechałem na front, który przebiegał obok Czarnkowa, nad rzeką Noteć. Spotkanie z frontem, jak też sam fakt przynależenia do, jakby nie było, wojskowej organizacji, zostawił u mnie głębokie i wrażenia i trwałe ślady. Pamiętać należy, że byłem wtedy bardzo młody, nigdy nie miałem do czynienia z bronią palną, pierwszy raz byłem na prawdziwym froncie. Każde tutaj zaistniałe sytuacje przeżywałem tak mocno, że pamiętam je do dnia dzisiejszego. Pierwszy chrzest bojowy przeszedłem już na drugi dzień pobytu na froncie − w tym dniu była pierwsza potyczka z wojskami niemieckimi. Ze strony powstańców było kilku rannych i dwóch zabitych. Nie miałem czasu nawet być przerażonym. Wszystko wokół zaczęło nabierać tempa. Z każdym dniem, z każdą chwilą zmieniały się sytuacje. Jak w kalejdoskopie. Wtedy to właśnie zdobyliśmy pierwsze trofeum: jeden karabin maszynowy (nie przypominam sobie jego charakterystyki) oraz dwa karabiny ręczne. Było to wielkie i wspaniałe przeżycie, bo nie mieliśmy jeszcze w posiadaniu dobrego i czynnego karabinu maszynowego!

W ten oto sposób rozpocząłem swój udział w powstaniu wielkopolskim. Wiele miałem przeżyć, wiele przygód, wiele różnych sytuacji, które byłyby tematem do kilkutomowej książki. Ograniczę się tutaj tylko do stwierdzenia, że w powstaniu brałem udział aż do dnia 15 lutego 1919 roku. Po powrocie do domu, po dwumiesięcznym odpoczynku, zostałem powołany do odbycia służby wojskowej. „Karierę” wojskową zakończyłem w 1923 roku.


Zdjęcie dawnych powstańców wielkopolskich z Szamotuł, 1980 r. 3. z prawej Stanisław Kowalewski, 2. z lewej Antoni Śmiglak, 2. z prawej Antoni Śmigielski, 1. z prawej Stanisław Krupski, działacz ZBoWiD-u.


I teraz rozpoczęło się normalne cywilne życie. A polegało ono między innymi na tym, że trzeba było przez długi, bardzo długi okres czasu szukać pracy. Tak, po prostu szukać pracy! Dzisiaj takie sytuacje wydają się mało ważne, nieistotne przecież tyle jest wokół wolnych miejsc, że tylko „sięgnąć ręką” i już można pracować. W poszukiwaniu pracy zawędrowałem aż na Górny Śląsk, Tutaj rzeczywiście udało mi się pracę znaleźć. Nie byłem wybredny. Brałem to, co mi się nawinęło. Była to praca ciężka, brudna, zagrażająca nie tylko zdrowiu, ale i życiu. Pracowałem jako górnik na dole w kopalni. Na Śląsku przebywałem około półtora roku i wróciłem do domu.

Dlaczego wróciłem? Po prostu musiałem. W kopalni wprawdzie dobrze płacono i może bym coś zaoszczędził, ale ciągłe strajki powodowały, że więcej nie pracowałem, niż pracowałem. W takim układzie zdecydowałem się na powrót do rodziny.

W Szamotułach znalazłem pracę jako stangret ówczesnego burmistrza miasta, niejakiego [Konstantego] Scholla. Opiekowałem się końmi, powoziłem karetą. Nawet mi ta praca się podobała. Zdawałem sobie doskonale sprawę z tego, że przy braku pracy, dużym bezrobociu, taka praca może być zaliczana do majątku!

A na pracy zależało mi wyjątkowo, bo właśnie poznałem przyszłą swoją żonę: Mariannę Melonek. Ślub zawarliśmy w dniu 17 listopada 1924 roku w Szamotułach. Zakładając rodzinę, byłem odpowiedzialny za jej utrzymanie. Musiałem więc robić wszystko, aby mieć pracę, nie stracić jej i zarabiać na Życie. Dobrze pamiętam, co to znaczy być bez pracy!

Zanim zostałem tym stangretem, przez co najmniej 10 miesięcy chodziłem po wszystkich możliwych zakładach i instytucjach, szukając jakiejkolwiek pracy. Jakiejkolwiek! Dopiero później znalazłem. Była to bardzo ciężka praca. We wsi Stobnica i Stobnicko załadowywałem ciężkie podkłady kolejowe na tzw. szkuty, czyli barki rzeczne. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że jeden podkład ważył około 100 kilogramów!! Praca więc była wyczerpująca i niedługo tam wytrzymałem. Byłem całkowicie wyczerpany z sił i cieszyłem się, gdy dostałem tę drugą pracę. Muszę jeszcze dodać, że załadunek odbywał się na szkuty przycumowane na rzece Warta, w miejscowości Kiszewo.

Wracając myślą do mojego małżeństwa, najpierw zamieszkałem z żoną u jej siostry (Ćwiertnia) w Szamotułach (ul. Jastrowska). Już kilka miesięcy później otrzymaliśmy „własne” mieszkanko. Był to jeden pokój na poddaszu bez żadnych wygód. Nawet nie było chociaż maleńkiej kuchenki. Było to na ulicy Sądowej [obecnie al. 1 Maja – przyp. red.]. Można sobie wyobrazić: z jednej strony duża uciecha, bo mam własny kąt, z drugiej strony bytowanie w takich warunkach! Ale pocieszałem się, że i tak jesteśmy w lepszej sytuacji niż inni. Były to naprawdę ciężkie czasy. Patrząc z perspektywy lat na tamten okres mojego życia, wspominam go jako niedobry sen, który na szczęście się zakończył.

Do pracy dojeżdżałem rowerem przez cztery miesiące, gdyż w tym czasie nie było żadnego oficjalnego transportu między Szamotułami a Kiszewem. Razem ze mną pracował w tym lesie mój szwagier, Jan Ćwiertnia, który zmuszony był do miejsca pracy chodzić pieszo, po prostu z braku jakiegokolwiek środka lokomocji. Czasy były wyjątkowo ciężkie, a otrzymane zarobki ledwo pozwalały na wiązanie końca z końcem, czyli na marną wegetację.


Przed siedzibą Komendy Powiatowej Policji Państwowej, ul Sądowa (dziś al. 1 Maja), zdjęcie z okresu 1930-34. Stoją od lewej: N.N., Stanisława Samolowna (później Bartoszak), Stanisław Kowalewski i Jan Młynarczyk. Zdjęcie udostępnił Wojciech Musiał.


Pierwsza stała praca

W miesiącu sierpniu 1925 roku urodziło mi się pierwsze dziecko, które otrzymało imię Jadwiga. Mniej więcej w tym okresie los okazał się dla mnie łaskawy, czyli poszczęściło mi się, gdyż dostałem stałą pracę. Było to stanowisko woźnego w Powiatowej Komendzie Policji Państwowej w Szamotułach. Pracę rozpocząłem od dnia 17 sierpnia 1925 roku, otrzymując z góry pierwsze wynagrodzenie. Życie zaczęło układać mi się coraz lepiej. Dodatkowo otrzymałem pełne umundurowanie, co stanowiło dla mnie wielką pomoc materialną. Obowiązki, które musiałem spełniać, były bardzo absorbujące, a polegały miedzy innymi na tym, że:

– codziennie rano odbierałem z Urzędu Pocztowego nadesłane do Komendy korespondencje,
– przygotowane pisma do wysyłki musiałem odpowiednio zaadresować i  wpisać do właściwej Książki Pocztowej oraz całość korespondencji dostarczyć na pocztę,
– sprzątałem stajnię oraz karmiłem służbowego konia, odpowiednio dbałem o jego wygląd (stałe czyszczenie), kupowałem dla niego obrok, siano, słomę, owies,
– powoziłem bryczką i jeździłem wraz ze swoimi zwierzchnikami na kontrole do wszystkich posterunków, należących do Komendy,
– podczas okresu zimowego rozpalałem ogień w piecach, aby zapewnić odpowiednią temperaturę w trzech pomieszczeniach Komendy, zapewniając węgiel i drewno do rozpałki,
– utrzymywałem cały obiekt i pomieszczenia gospodarcze w należytym porządku i czystości.

W dniach, kiedy nie przeprowadzano żadnych kontroli, wyjeżdżałem konno w dowolny teren, w siodle, korzystając ze świeżego powietrza, a po powrocie i nakarmieniu konia oraz jego oczyszczeniu, miałem czas wolny.


Rodzina Kowalewskich na ul. Kościelnej w Szamotułach, 1935 r.


Dzieci rodziły mi się co dwa lata. W tym okresie nie miałem specjalnych kłopotów finansowych, zapewniałem całej rodzinie godziwe warunki odzieżowe i żywnościowe, gdyż otrzymałem dobre wynagrodzenie miesięczne oraz dodatek na każde dziecko, a także odpowiednio dużą dietę za każdy służbowy wyjazd w teren. W tym okresie zawsze dysponowałem kwotą około 300 złotych w układzie miesiąca, co było wystarczające do normalnego życia.

Ówczesny komendant Policji miał prawo posiadać w swoim gospodarstwie jedną krowę oraz trzodę chlewną. Tak też to zezwolenie wykorzystał. Aby jednak utrzymać krowę, dzierżawił odpowiednio dużą łąkę, którą musiałem kosić, suszyć trawę i gotowe siano zwozić i lokować w szopie. Była to praca poza godzinami służbowymi (traktowałem ją jako przymusowy obowiązek), niepłatna. Wysługiwanie się swoim przełożonym traktowałem jako podziękowanie za to, że miałem wreszcie stałą pracę. Stan ten trwał około sześć lat.


11 XI 1927 r., Posterunek Policji – budynek ówczesnego starostwa (dziś UMiG). W górnym rzędzie 2. od lewej Stanisław Kowalewski. Siedzą od lewej: sędzia Tadeusz Dutkiewicz, starosta Bronisław Ruczyński i komendant powiatowy policji Stanisław Skąpski. Zdjęcie udostępnił Wojciech Musiał.


W 1928 roku decyzją moich władz zostałem skierowany do Poznania, aby ukończyć szkołę dla kierowców samochodowych, zdać pozytywnie właściwy egzamin i otrzymać prawo jazdy. Tak też się stało. Egzamin zdałem z wynikiem bardzo dobrym i otrzymałem prawo jazdy 1. kategorii. Także w 1928 roku otrzymaliśmy jako Komenda przydział samochodu. Był to stary, wysłużony i podniszczony samochód marki „Ford”, który przez długi okres czasu był używany przez szamotulskiego Starostę. Było to możliwe, gdyż Starostwo zakupiło dla własnych celów nowy pojazd, a dotychczas używany został przekazany do dyspozycji policji. Samochód ten nazywał po prostu „Kitajec”.

Po dokładnym obejrzeniu i przeprowadzonych próbach jazdy, okazało się, że otrzymany pojazd nadawał się do generalnego remontu. Z uwagi na to, że posiadałem pewien zasób wiadomości, które nabyłem na kursie, rozpocząłem naprawę i remont tego pojazdu. Trwało to dość długo, jakieś trzy miesiące, między innymi z powodu dużych trudności z zakupem części zamiennych do tak starego typu samochodu. Dokonywanie remontu nie zwalniało mnie od obowiązków woźnego, z których musiałem się dobrze wywiązywać. Mimo starań moja wiedza na temat wyremontowanego samochodu nie była pełna. Na przykład nie miałem rozeznania, ile rzeczywiście zużywa benzyny na 100 kilometrów tego typu pojazd.

Pierwszy raz wyjechałem tym samochodem służbowo do powiatu obornickiego. Po przejeździe określonej ilości kilometrów stwierdziłem brak benzyny w baku. Był to czas, kiedy nie woziło się zapasowych kanistrów z paliwem. Zatrzymałem się w jakimś lesie, była godzina ok. 21, a pora była zimowa. Wszędzie leżał śnieg. Było zimno. Byłem sam zdany na łaskę losu. Komisarz, który wyjechał ze mną, był bezradny. Pamiętałem, że ok. 5 kilometrów od mojego przymusowego postoju znajdował się majątek ziemski, którego nazwiska właściciela nie pamiętam. Udaliśmy się więc do najbliższej wioski, w której był majątek, po chociaż kilka litrów benzyny. Niestety, nikt nie posiadał tego rodzaju paliwa.

Zastanawialiśmy się, co robić dalej. Wpadła mi myśl do głowy, czy nie można zastąpić benzyny na przykład naftą. Mieszkańcy naftę posiadali, gdyż była im potrzebna dla celów oświetleniowych. Był to z mojej strony wielki błąd! Ani nafta, ani ropa nie może zastąpić benzyny. Kupiliśmy 10 litrów nafty, którą wlałem do baku. Była już północ. Uruchomienie silnika było wyjątkowo trudne. Manipulowałem przy silniku bardzo długo, aż wreszcie dał się uruchomić. Ruszyliśmy w dalszą drogę. Po przejechaniu około 3 kilometrów zauważyłem, że silnik przestaje pracować normalnie. Po zatrzymaniu samochodu stwierdziłem, że rura wydechowa nagrzała się do czerwoności. Przestraszyłem się, że cały pojazd może się zapalić. Przez co najmniej godzinę trzeba było czekać, aż silnik się ochłodzi. Dobrze, że w pobliżu znajdował się inny majątek ziemski, gdzie zakupiliśmy kilkanaście litrów właściwej benzyny. Potwierdziłem sobie, że na kursie nie wszystko można było się nauczyć, szczególnie zagadnienia praktyczne.


1929 r., na stopniu samochodu siedzi komendant Stanisław Skapski, za kierownicą Stanisław Kowalewski. Zdjęcie udostępnił Wojciech Musiał.


Od tego zdarzenia zapamiętałem, że pod żadnym pozorem nie można samochodzie zastąpić benzyny innym rodzajem paliwa (np. naftą). Tym wyremontowanym samochodem jeździłem około roku. Komendantura zakupiła pojazd nowy, także marki „Ford”, rocznik 1929. Odbioru nowego pojazdu dokonałem w Poznaniu u sprzedawcy p. Zagórskiego, od którego otrzymałem nagrodę 500 złotych za to, że zademonstrowałem bardzo dobrą jazdą próbną, co było dla sprzedawcy szczególną i skuteczną reklamą. Byłem z tej transakcji bardzo zadowolony i przyrzekłem sobie, że będę dbał i właściwie wykorzystywał nowy nabytek.

Nowy pojazd eksploatowałem przez około 6 lat, cały czas był na stanie Komendy Policji i przejechałem nim ponad 150 000 kilometrów i to bez kapitalnego remontu. Za ten wyczyn dostałem 3000 złotych nagrody. Wykonując zawód kierowcy, zwiedziłem służbowo wiele miejscowości, a między innymi Poznań, Toruń, Bydgoszcz, Czarnków, a nawet Warszawę. W 1934 roku zostałem oddelegowany do odbycia ćwiczeń wojskowych w okolicach Bydgoszczy. Przybyłem tam wraz z samochodem i byłem do wyłącznej dyspozycji dowódcy całych ćwiczeń, który był w randze generała. Za właściwe wykonywanie powierzonych obowiązków awansowano mnie do stopnia plutonowego, a oprócz tego otrzymałem nagrodę pieniężną, wynagrodzenie za 14 dni służby, a także za okres delegacji.

Kiedy urodziło mi się drugie dziecko (1927 r.), a był to syn Marian, otrzymałem przydział na służbowe mieszkanie. Przeżywaliśmy z żoną szczęśliwe chwile, gdyż w zasadzie niczego nam nie brakowało, o ile chodzi o podstawowe potrzeby życiowe. Jednakże moja praca była niejednokrotnie bardzo niebezpieczna, a między innymi dlatego, że często zmuszony byłem pozostawać w samochodzie, gdy były organizowane obławy i pogonie za przestępcami. W takim układzie mogło się zdarzyć, że przestępca zaatakuje właśnie mnie, chcąc odebrać mi samochód.

Przypominam sobie mój udział w poszukiwaniu i ujęciu zbrodniarza, który zabił strażnika na pograniczu polsko-niemieckim w miejscowości Miały. Przekroczył on granicę, uciekając do Polski, chcąc uniknąć kary. Był to rok 1931 lub 1932, dokładnie nie pamiętam. Podczas ucieczki przestępca zmuszony był przedzierać się przez lasy na terenie Polski, w których to lasach pracowały kobiety zatrudnione przy sadzonkach leśnych, będące świadkami przemykania się uciekiniera. Rozpoznały go podczas konfrontacji.

W roku 1932 byłem oddelegowany na Międzynarodowy Zlot Harcerzy, który odbywał się w miejscowości Spała. Byłem do dyspozycji pułkownika [Pawła] Thomasa z RKU [Rejonowej Komendy Uzupełnień – przyp. red.] z Szamotuł. Delegacja trwała około tygodnia. Widziałem harcerzy z różnych stron świata oraz obserwowałem różnorakie ćwiczenia wykonywane przez samych harcerzy, jak również przez żołnierzy Wojska Polskiego. Był to bardzo ciekawy, a nawet cudowny okres w moim życiu. Za czas przebywania w Spale zostałem osobno wynagrodzony, niezależnie od należnych mi poborów w pracy.


Lipiec 1931 r. W samochodzie siedzi z lewej sędzia Tadeusz Dutkiewicz, za kierownicą – komendant Stanisław Skąpski, za samochodem stoi Stanisław Kowalewski. Zdjęcie udostępnił Wojciech Musiał.


Blaski i cienie pracy w policji

W tym rozdziale opiszę jeden z ciekawszych epizodów mojego życia. Przestępca, o którym pisałem w poprzednim rozdziale, pochodził z Ostroroga, powiat Szamotuły. Był to jeden z groźniejszych bandytów, często napadał z użyciem broni. Gdy popełniał przestępstwo po stronie polskiej, starał się przekroczyć granicę z Niemcami − i odwrotnie, gdy wchodził w konflikt z prawem po stronie niemieckiej, uciekał do Polski. W Niemczech, podczas ucieczki, gdy pościg deptał mu po piętach, zastrzelił niemieckiego policjanta. W czasie, gdy przebywał już na terenie Polski w okolicach Miałów, zauważył na spacerze człowieka, spacerującego ze swoim 9-letnim synem, a był to polski strażnik pogranicza ubrany po cywilnemu. Strażnik ów był zorientowany w poszukiwaniu przestępcy, znał jego rysopis na podstawie listów gończych. Uciekający przestępca zorientował się w istniejącej sytuacji i przygotował sobie broń do strzału. Oddał w kierunku strażnika trzy lub cztery strzały, raniąc go śmiertelnie, gdy strażnik nawet nie zdołał sięgnąć po swoją broń. Syn strażnika uciekł, ale doskonale zapamiętał niektóre rzeczy charakterystyczne przestępcy, a między innymi ubranie, buty oraz rower, którym się posługiwał.

Przez co najmniej dwa tygodnie trwało poszukiwanie i pościg tak na terenie Polski jak i Niemiec. Za pomoc w ujęciu zbiega Niemcy wyznaczyli 500 marek nagrody, a także strona polska określiła wysokość nagrody. Pochodził z Ostroroga i wiadomym było, że tam przestępca będzie szukał schronienia u znajomych. I tak rzeczywiście było. Aparat służby śledczej, jak też cała społeczność miasta, była zorientowana o istniejącej sytuacji. Pewnego wieczora jedna z mieszkanek Ostroroga zawiadomiła policję, że u swoich znajomych przebywa poszukiwany. Natychmiastowa obława doprowadziła do ujęcia przestępcy. Do mieszkania weszli ochotnicy zwerbowani z pracowników policyjnych. Poszukiwany miał przy sobie dwa pistolety, jednak nie zdążył żadnego użyć, gdy szybka akcja policji i uderzenie go kolbą karabinu, spowodowało jego natychmiastowe obezwładnienie. Dodatkowo przestępca miał przygotowaną siekierę. Po nałożeniu kajdanek został przewieziony do Komendy Policji w Szamotułach, poddany szczegółowej rewizji osobistej.

Rozpoczęto śledztwo, podczas którego nastąpiło wiele konfrontacji z ludźmi, którzy widzieli uciekiniera w różnych sytuacjach i jadącego na rowerze. Zeznawały między innymi kobiety pracujące w lesie przy sadzonkach, jednak najważniejszym świadkiem był syn zamordowanego strażnika. We wszystkich akcjach poszukiwawczych brałem bezpośrednio udział, przewożąc samochodem funkcjonariuszy policji.

Ciekawa konfrontacja nastąpiła pomiędzy przestępcą a jego rodziną: żoną i dziećmi. Wyparł się całkowicie swojej rodziny, twierdząc, że ich nie zna. Żona nie wytrzymała tej sytuacji i powiedziała: „O, ty zbrodniarzu! Wreszcie Matka Boska dotknęła cię swoją ręką i będziesz w końcu wisiał na szubienicy, a z dziećmi będę miała spokój”. Wszystkie dokumenty ze śledztwa wraz z przestępcą zostały przekazane do Prokuratury w Poznaniu. W krótkim czasie sprawiedliwości stało się zadość i przestępca zawisł na szubienicy. Za pomoc udzieloną przy ujęciu przestępcy, zainteresowani zostali nagrodzeni 500 markami niemieckimi oraz nagrodą ufundowaną przez władze polskie.


Od 1934 r. siedziba Komendy Powiatowej Policji Państwowej w Szamotułach mieściła się przy ul Sądowej 5 (dziś al. 1 Maja 12). Zdjęcie udostępnił Wojciech Musiał.


Tematem działania policji były oczywiście także inne wykroczenia, na przykład różnego rodzaju kradzieże trzody chlewnej, drobiu czy rozboje. Kradzieże były przeważnie dokonywane z soboty na niedzielę, a do ich wykrycia często używano psa tropiącego, którego wraz z jego przewodnikiem przewoziłem na miejsce przestępstwa. Jednym z ciekawszych zdarzeń było wykorzystanie psa dla poszukiwania złodziei świni. Rzecz działa się w miejscowości Połajewo w powiecie Oborniki. Jeden z gospodarzy stwierdził, że ukradziono mu świnię. Złodzieje weszli od tylnej strony budynku (chlewa) i świnię zabili na miejscu, wypatroszyli wnętrze, a pozostałą część zabrali. Pies podjął ślad, który prowadził między innymi także przez strumyk, pola oziminy, łąki i różne zarośla. Pies poprowadził do jednej z wiosek [odległej o] około 5 kilometrów [z] powiatu czarnkowskiego. Lustracji przyglądali ludzie z wioski, zastanawiając się, gdzie pies zaprowadzi policjantów. Poprowadził do jednego z domów, stojących nieco na uboczu. W domu znajdowało się trzech mężczyzn i jedna kobieta, która na widok policjantów wrzuciła do paleniska smażone mięso. Zauważył to jeden z policjantów i szybko wyciągnął z paleniska tę część. Po krótkiej szamotaninie, w której brał udział także pies, mężczyźni nie przyznawali się do kradzieży. Rozpoczęła się więc rewizja. Podczas tego działania pies nie chciał wyjść z pomieszczenia kuchni‚ a tylko obwąchiwał podłogę. Po usunięciu stołu oraz ustawionej tam wanny okazało się, że jest tam wejście do sekretnej piwnicy, w której były przechowywane także ziemniaki. Jak zauważył jeden z policjantów, ziemniaki były niedawno przerzucane. Włożenie szabli w ten kopiec pozwoliło ustalić, że coś tam jeszcze się znajduje. Przy pomocy właścicieli mieszkania przerzucono ziemniaki w inne miejsce i okazało się, że znajduje się tam balia (wanna) ze świeżym mięsem wieprzowym. W tej sytuacji mężczyźni przyznali się do winy. Mięso zostało zwrócone poszkodowanym, przestępcy odstawieni do Komendy, a za tę akcję otrzymaliśmy pochwałę i nagrody pieniężne.


Stanisław Kowalewski przy samochodzie


Opiszę jeszcze jedną z pamiętnych dla mnie sytuacji, która wydarzyła się jeszcze przed wybuchem wojny. Było to w roku 1932, kiedy to w jedną z sobót został okradziony pałac, którego właścicielem był Niemiec, który nazywał się Massenbach. Rzecz działa się w Pniewach-Zamku. Po zawiezieniu policyjnych inspektorów do Pniew na miejsce kradzieży udałem samochodem do Poznania, skąd przywiozłem policyjnego psa wraz z jego przewodnikiem. Noc była ciemna i to nie pozwalało na uzyskane miarodajnych rezultatów, nawet przy użyciu psa. Dochodzenie trwało przez całą niedzielę Także bez konkretnych wyników. Wieczorem odwiozłem przewodnika i psa do Poznania.

Wracając do Pniew, a była już godzina 24, zauważyłem na szosie prowadzącej do zamku, w miejscowości Jakubowo niedaleko od Pniew stojącą w lesie taksówkę ze znakami miasta Poznania. Skojarzyło mi się to z kradzieżą dokonaną w Zamku. Prawdopodobnie złodzieje powrócili po łup, który ukradli w sobotę. Rzeczywiście tak było. Gdy prowadzący śledztwo usłyszał tę informację, natychmiast zorganizował trzy samochody pełne inspektorów policji i obstawiono miejsce, gdzie stała ta poznańska taksówka. Taksówkarz potwierdził, że przywiózł nieznane mu osoby, a jeden z nich zapowiedział, aby w ty miejscu czekał do ich powrotu. Policjanci zostali rozlokowani w taki sposób, aby każdej chwili mogli aresztować podejrzanych.

Traf chciał, że właśnie wieczorem tą szosą jechał dziedzic, a jechał tzw. „powózką” ze stangretem, z Jakubowa do Chełmna do swojego dworu. Zauważył samochody oraz policjantów ukrytych w rowach. Było ciemno i nie rozpoznał, kto leży przyczajony. Dziedzic ten, zorganizował zespół swoich pracowników, to jest polowych i stróżów odpowiednio uzbrojonych w karabiny i polecił im udanie się w miejsce, gdzie widział auta i ukrytych ludzi, aby wyjaśnili zaistniałą tam sytuację. Ludzie ci, nie sprawdziwszy, kto leży w rowie, otworzyli ogień z broni, którą posiadali, i zrobili to albo ze strachu, albo wydało im się, że są tam przestępcy. W takiej sytuacji policja też otworzyła ogień z karabinów, będąc przekonana, że są to powracający przestępcy. Po wspólnych nawoływaniach strzelanina ustała.

Wyjechałem samochodem na teren strzelaniny, aby przez oświetlenie pola sprawdzić, czy nie został ktoś ranny czy zabity. Na szczęście takowych nie było. Na polecenie Komendanta kilku policjantów zawiozłem samochodem do Chełmna celem potwierdzenia wysłania przez dziedzica zespołu do interwencji pod lasem. Wjeżdżając do bramy pałacu, zauważyłem, że w oknie stoi prawdopodobnie sam dziedzic z dubeltówką wymierzoną w naszą stronę. Gdyśmy wszyscy stanęli w świetle reflektorów samochodu, dziedzic rozpoznał w nas policję. Potwierdził wysłanie zespołu ludzi uzbrojonych na interwencję.

Prawdopodobnie, podczas zaistniałej strzelaniny, powracający złodzieje zorientowali się sytuacji dla nich niebezpiecznej i po prostu uciekli. Dopiero w kilka tygodni później, w wyniku intensywnego śledztwa, poszukiwani zostali ujęci aż w Łodzi, osądzeni i ukarani. Łupu nie odzyskano. Podobnych sytuacji, przez okres trzynastu lat pracy, miałem bardzo dużo, ale zajęłoby to wiele miejsca do ich opisania.


Komentarz Wojciecha Musiała

W wielkim zainteresowanie przeczytałem historię życia śp. Stanisława Kowalewskiego. Wraz z kustosz Moniką Romanowską-Pietrzak z szamotulskiego muzeum oraz  moim przyjacielem, Mariuszem Sołtysiakiem, mieliśmy okazję „poznać” wymienionego w trakcie zbierania i opracowywania materiałów na temat Policji Państwowej powiatu szamotulskiego (Granatowy porządek. Policja Państwowa w Powiecie szamotulskim 1919-39, Szamotuły 2019). Opublikowane wspomnienia S. Kowalewskiego są tym cenniejsze, że  pochodzą bezpośrednio od osoby, która – chociaż była pracownikiem cywilnym – na własne oczy widziała służbę policyjną w okresie międzywojennym, z niemal wszelkimi jej aspektami, znała osobiście kolejnych komendantów powiatowych: Stanisława Skąpskiego (od VIII 1924) oraz Józefa Holzhausena (od 1932) oraz pozostałych funkcjonariuszy. Relacja S. Kowalewskiego uzupełnia i wzbogaca nasze dotychczasowe ustalenia, bazujące w zasadzie na dokumentach archiwalnych oraz wspomnieniach potomków przedwojennych policjantów, a dodatkowo przekazuje jego własne, oryginalne i osobiste spostrzeżenia.


Komentarz Grzegorza Aleksandra Trojanka

Stanisław Kowalewski w 40-stronicowych wspomnieniach opowiada o swoim życiu, dzieciach, rodzinie i pracy. Być może razić będzie archaiczny język, braki warsztatowe, kładzenie nacisku na swoją osobę, a tylko marginalne informacje o rodzicach, rodzeństwie, a nawet o swoich najbliższych. Może należałoby usunąć niektóre watki i zdania, tylko wówczas „Wspomnienia” straciłyby walor autentyczny, prawdy czasu ich powstania. Stąd decyzja, by opublikować całość.

W końcu to prawdziwy świadek naszej historii: zaborów do 1918 roku, I wojny światowej, powstania wielkopolskiego, służby w Wojsku Polskim, w policji, o pracy, bezrobociu, poziomie życia codziennego oraz II wojny światowej i życia od 1945 roku aż do 1975 roku. To jest ten największy walor tych wspomnień, które jeszcze bardziej zostają wzbogacone wspaniałymi zdjęciami z tych czasów.

Zdziwienie, że Stanisław Kowalewski tak mało pisał o swojej rodzinie spowodowało, że przy ogromnej pracy Jakuba Trojanka − archiwisty udało się ustalić najważniejsze dane o Rodzinie Marcina Kowalewskiego.

Jego ojciec Jakub Kowalewski urodził się 11 lipca 1869 roku w Gaju w powiecie szamotulskim, a zmarł pod koniec II wojny światowej − 17 stycznia 1945 roku w Szamotułach i tu jest pochowany, wraz ze swoją małżonką Franciszką (zmarła w Szamotułach w 1943 roku) z domu Filipak, urodzonej 25 lutego 1873 roku w Lipnicy k. Szamotuł. Okazało się, że na grobie Franciszki i Jakuba zostali pochowani Helena i Władysław Różańscy (Helena była ich córką).

Jakub i Franciszka Kowalewscy po ślubie 3 czerwca 1893 roku w Ostrorogu często zmieniali miejsce zamieszkania ze względu na poszukiwanie pracy w rolnictwie przez Jakuba. Najlepiej widać to, jeśli prześledzi się miejsca urodzin ich jedenaściorga dzieci!

Pierwszy syn − Vincent Kowalewski urodził się 30 czerwca 1894 roku w Piotrkówku k. Szamotuł. Niestety, umiera już 15 lipca 1899 roku także w Piotrkówku w wieku 5 lat.

W rok i jeden miesiąc później rodzi się drugi syn Michał, także w Piotrkówku, 25 sierpnia 1895 roku, ale umiera już po 55 dniach życia − 19 października 1895 roku.

Dopiero trzeci syn staje się tym najstarszym Rodu. To późniejszy ułan, chluba  rodziców. Przypomnijmy: Marcin Kowalewski urodził się 6 października 1896 roku w Piotrkówku. 2 marca 1919 roku, już w wolnej Polsce, żeni się z  Marią Marciniak, z tego związku przyszło na świat jedno dziecko − córka Aniela (ur. 23.06.1920 roku w Szamotułach, zmarła 22.01.2001 roku w Górze Śląskiej, po mężu Trojanek). Marcin umiera w Gnieźnie 14 kwietnia 1926 roku i tam też jest pochowany w Kwaterze Żołnierzy 1920 roku (por. http://regionszamotulski.pl/marcin-kowalewski/).

Po trzech latach od urodzenia Marcina na świat przychodzi Jan Kowalewski, rodzi się w Piotrkówku 25 maja 1899 roku. Z relacji Stanisława Kowalewskiego wiemy, że Jan po powrocie z I wojny światowej − tak jak Marcin – wstępuje do Armii Powstania Wielkopolskiego, na Sołaczu w Poznaniu zostaje artylerzystą konnym, a  po Powstaniach: Wielkopolskim i Śląskim zostaje żołnierzem zawodowym −  jak Marcin. Kolejna informacja o nim to ta, że umiera 4 maja 1988 roku w Oławie na Dolnym Śląsku. Skąd się tam wziął, jak długo mieszkał w Oławie, co robił i czy miał rodzinę oprócz żony Marii − nie wiadomo. Być może był w wojsku do września 1939 roku, a po 1945 roku wyjechał z jakiegoś powodu na Ziemie Odzyskane do Oławy. Jego żona Maria umarła w 1980 roku, a Jan w dniu 4 maja 1988 roku w wieku 89 lat. Oboje zostali pochowani na Cmentarzu Komunalnym w Oławie. Ich grób jest w bardzo złym stanie, zarośnięty polnym kwieciem, tablice na grobie są przerdzewiałe… To bardzo przykry widok! Pamiętajmy, że mówimy o Powstańcu Wielkopolskim i żołnierzu Wojska Polskiego!

Potem − 1 maja 1901 roku w Szamotułach − na świat przyszedł Stanisław Kowalewski − autor publikowanych wspomnień. W 1924 roku ożenił się z Marianną z domu Melonek (1902-1988). Oboje spoczywają na szamotulskim cmentarzu.

Kolejnym dzieckiem Jakuba i Franciszki Kowalewskich (szóstym) była Maria, która rodzi się w Piotrkówku 2 listopada 1903 roku. Żyje krótko, bo tylko do 21 marca 1906 roku, umiera również w Piotrkówku (wtedy wieś nosiła nazwę Lindenhoöhe, czyli Wysokie Lipy).

Następne dziecko przychodzi na świat 5 stycznia 1906 r. w Piotrkówku (Lindenhöhe) − syn Antoni. Z danych wynika, że całe życie mieszka w Szamotułach. Jak wspomina wnuk Stanisława Kowalewskiego, nigdy gdy był u dziadka w Szamotułach, nawet słowem nikt nie wspomniał o Antonim, ani nigdy, choć mieszkał w Szamotułach, go Dziadek Stanisław nie odwiedził. Antoni wraz z żoną są pochowani na szamotulskim cmentarzu. Grób jest w dobrym stanie, zadbany. Widać, że w Szamotułach jest jakaś rodzina Antoniego, może teraz ktoś się odezwie.

Po Antonim Kowalewskim rodziły się kolejne dzieci. Helena przyszła na świat 25 maja 1908 roku w Piotrkówku (Lindenhöhe), zmarła 20 kwietnia 1981 roku w wieku 73 lat. Była żoną Władysława Różańskiego, który zmarł w 1978 roku, zostali pochowani w Szamotułach na grobie rodziców Heleny Różańskiej z domu Kowalewskiej [syn Heleny i Władysława − Marian Różański był znanym szamotulskim fotografem, działaczem społecznym i dziennikarzem – przyp. red. Por. http://regionszamotulski.pl/marian-rozanski/].

W dniu 20 lutego 1911 roku, w gminie Obrzycko w Karczemce koło Słopanowa urodziła się Pelagia, która umarła 14 października 1982 roku w Opalenicy – brak więcej informacji o niej i jej rodzinie.

Po Pelagii 25 września 1912 roku rodzi się syn Franciszek Kowalewski. Przeżył on 83 lata, zmarł w 1995 roku i został pochowany na cmentarzu w Ostrorogu. Prowadził gospodarstwo rolne w Szczepankowie koło Szamotuł (gmina Ostroróg), miał żonę Katarzynę i pięcioro dzieci.

I wreszcie ostatnie − 11 − dziecko. To Viktoria Kowalewska, która rodzi się w Karczemce 12 grudnia 1915 roku. Trwa wówczas I wojna światowa. Viktoria zawsze wspominała córce Marcina, że była jego ulubioną siostrą, ledwo 5 lat starszą od jego córki Anieli. W czasie II wojny światowej bardzo dużo osób z Wielkopolski jest wywożone przez machinę hitlerowskich Niemiec do Generalnego Gubernatorstwa. Prawdopodobnie tym sposobem Viktoria znalazła się w okupowanej Warszawie, gdzie poznała inżyniera Stanisława Łysiaka i została jego żoną. Dwie córki Viktorii zginęły w powstaniu warszawskim, natomiast syn Waldemar Łysiak urodził się 8 marca 1944 roku w Warszawie. To znany pisarz eseista publicysta, architekt, miłośnik Napoleona i bibliofil. Waldemar ma  jeszcze młodszego brata, który mieszka w Warszawie.

Waldemar Łysiak napisał bardzo ważne dla szamotulan powieści: Szachista oraz Kolebka. W  książkach, wywiadach i artykułach widać olbrzymią miłość i czułość  do matki Viktorii. W Szamotułach był na pewno 23 kwietnia 1981 roku na pogrzebie siostry jego matki – Heleny Kowalewskiej po mężu Różańskiej. Wtedy też jego mama Viktoria spotkała się ostatni raz z córką Marcina Kowalewskiego − Anielą Trojanek.

Mam nadzieję, że wspomnienia Stanisława Kowalewskiego oraz zarys tej wielkopolskiej rodziny znajdą ciekawego jej losów poszukiwacza i ten ktoś napisze monografię rodu Kowalewskich z Szamotuł.