About Agnieszka Krygier-Łączkowska

Autor nie uzupełnił żadnych szczegółów
So far Agnieszka Krygier-Łączkowska has created 368 blog entries.

Martyna Kaczmarek – polsko-irlandzka artystka

Szamotulanka w Irlandii

Martyna Kaczmarek to młoda artystka, która urodziła się w Szamotułach, ale od kilkunastu lat mieszka z rodziną w Irlandii. Ukończyła sztuki wizualne w Instytucie Technologicznym w Waterford.

W Waterford współpracowała z Benem Hennessym przy tworzeniu obiektów scenicznych do przedstawienia „Little Red Kettle”, uczestniczyła w warsztatach performancu Amandy Coogan, znanej irlandzkiej artystki tej sztuki, oraz – w grupie osób wybranych – wzięła udział w jej przedstawieniu. W Kikenny, gdzie mieszka na co dzień, przez dwa lata jako wolontariuszka prowadziła zajęcia w Art Projekt – centrum pomocy dla osób z problemami psychicznymi, w którym prowadzone sa różnego typu zajęcia z arteterapii. Martyna Kaczmarek prowadziła tam lekcje rysunku, pomagała w organizacji wystaw; wspólnie z podopiecznymi stworzyła – między innymi – mural. W 2020 roku miała zacząć studia magisterskie z arteterapii, ale z powodu pandemii zostało to odsunięte w czasie.

W ostatnim czasie najbardziej interesuje się sztuką tworzenia ilustracji. Dwa lata temu wróciła do baśni, podań i legend, przekazywanych jej kiedyś przez babcię Danutę. Zaczęła czytać je na nowo z młodszą siostrą Amelią, urodzoną już w Irlandii. Od niedawna prowadzi własną stronę na FB (Babyblue MK), dla nas stworzyła kolaż, stanowiący nową wersję historii Halszki (o szczęśliwym zakończeniu)  ̶  przeczytać ją można poniżej. Co roku razem z najbliższymi odwiedza rodzinę w Szamotułach, lubi okoliczne lasy i jeziora, ciasta od Nowaczyńskiego i Gościniec „Sanguszko”.

Halszka z Ostroga, czyli (baśniowa) historia alternatywna (ze szczęśliwym zakończeniem)

Po wymuszonych podstępem zaślubinach Halszki z Łukaszem III Górką obie z matką schroniły się w klasztorze dominikanów we Lwowie. Nie uznawały tego ślubu za ważny i nie zamierzały podporządkować się woli króla i udać się do Szamotuł do Łukasza. Rozpoczęło się wtedy oblężenie klasztoru.

Matka Halszki − Beata uknuła plan, aby uwolnić córkę od niechcianego małżeństwa z Łukaszem i wydać ją za księcia litewskiego Siemiona Olelkowicza-Słuckiego. Ten wkradł się do klasztoru w przebraniu żebraka i poślubił Halszkę. Razem z nim przedostał się tam czarnoksiężnik, który – rzucając na nich czar – miał ułatwić małżonkom ucieczkę z klasztoru. Ostrzegł ich jednak, że za użycie magii przychodzi płacić cenę. Innego wyjścia nie było, więc Halszka i Siemion na to przystali. Czarnoksiężnik zamienił ich w białe jelenie. Blask pełni księżyca miał odwrócić ten czar i  oboje mieli powrócić do swojej normalnej postaci. Los miał jednak inny plan.

Po ucieczce z klasztoru małżonkowie schronili się w pobliskim lesie i wyczekiwali pierwszej pełni. Wszystko szło zgodnie z planem. O północy Halszka i Siemion znów stali się ludźmi i w umówionym miejscu spotkali się z czarnoksiężnikiem i matką Halszki. Razem wyruszyli do pałacu księcia. Kiedy pojawiły się pierwsze promienie słońca, oboje na nowo przybrali postać jeleni.

Czarnoksiężnik próbował odwrócić czar, lecz żadne z jego zaklęć nie miało tej mocy. Para już na wieki miała pozostać w postaci jeleni, ponieważ ich losem pokierowało przeznaczenie − magia tak stara, że nawet najbardziej umiejętny czarnoksiężnik nie byłyby w stanie pokrzyżować jej planów.

Halszka i Siemion pozostali strażnikami wolności, ujawniając się tym, którzy potrzebują ich pomocy. Informacje o tym, że Halszka miała zostać siłą sprowadzona do Szamotuł przez Łukasza Górkę, dotarły do małżonków. Co roku Halszka wraz z Siemionem powracają do Szamotuł, aby świętować swoją wolność i początek ich niesamowitej historii na przekór błędnej legendzie.

Inne prace Martyny Kaczmarek

Szamotuły, 19.08.2020

Martyna Kaczmarek – polsko-irlandzka artystka2025-01-10T12:49:35+01:00

Leszek Kozielski – powstaniec wielkopolski, żołnierz wojny polsko-bolszewickiej i kampanii wrześniowej

Mój ojciec chrzestny − bohater

Leszek Kozielski (1900-1980) − powstaniec wielkopolski, żołnierz wojny polsko-bolszewickiej i kampanii wrześniowej

Od nekrologu wszystko się zaczęło…

W roku 2001, po śmierci mojej Mamy, przejąłem rodzinne archiwum. Setki zdjęć, dziesiątki dokumentów i innych pamiątek. Zdałem sobie sprawę, że archiwum, w którym ja dobrze się orientuję, dla moich następców może już okazać się nieczytelne. Podjąłem więc decyzję o jego usystematyzowaniu, opisaniu wszystkich zdjęć i spisaniu historii rodziny. Wśród zbioru dokumentów znajdował się wycięty z „Głosu Wielkopolskiego” nekrolog zmarłego w 1980 roku mojego ojca chrzestnego Leszka Kozielskiego. Biorąc, nie po raz pierwszy, ten nekrolog do ręki uświadomiłem sobie, że niewiele właściwie o moim ojcu chrzestnym wiem.

Z opowiadań rodziców wiedziałem, że był przyjacielem mojego Ojca, właścicielem młyna wodnego w Chojnie-Młynie, powstańcem wielkopolskim, kawalerem Orderu Wojennego Virtuti Militari. W pamięci miałem jego pobyt na mojej I Komunii Świętej w 1961 roku i kilka lat później, gdy przyjechał do nas w odwiedziny. Miałem wtedy kilkanaście lat. Za mało, by zainteresować się historią jego życia. W 1970 roku zmarł mój Ojciec i kontakt z Leszkiem Kozielskim się urwał. W archiwum rodzinnym pozostało jeszcze kilka zdjęć z nim z czasów mojego dzieciństwa i I Komunii, a także krótki liścik, który dołączył do prezentu dla mnie (kompletu posrebrzanych sztućców z moimi inicjałami) na moje piąte imieniny. I właściwie to wszystko.


Leszek Kozielski z chrześniakiem Pawłem Przewoźnym w 1955 r. w Chojnie (z lewej) i w 1961 r. w Szczepankowie


Wczytuję się ponownie w jego nekrolog: „Leszek Kozielski, powstaniec wlkp., odznaczony Orderem Virtuti Militari, dwukrotnie Krzyżem Walecznych, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.” A więc to postać nietuzinkowa. Takich odznaczeń nie otrzymuje się za wzorową służbę czy za „całokształt”. Artykuł 4 Ustawy Orderu Wojskowego „Virtuti Miltari” (Dz. Ustaw nr 67, poz. 409 z dnia 1 sierpnia 1919 r.) mówi bowiem, że: „Krzyż Srebrny – otrzymuje oficer, podoficer lub żołnierz za czyn wybitnego męstwa, połączony z narażeniem życia”. Podobnie Artykuł 1 Rozporządzenia Rady Obrony Państwa o ustanowieniu Krzyża Walecznych (Dz. Ustaw nr 87, poz. 572 z dnia 11 sierpnia 1920 r.) mówi: „Ustanawia się celem nagradzania czynów męstwa i odwagi, wykazanych w boju, odznakę wojskową pod nazwą Krzyż Walecznych”.

Moja ciekawość zwyciężyła i postanowiłem odkryć na nowo czyny, których dokonał Leszek Kozielski. Zacząłem poszukiwania.

Najpierw, oczywiście, źródła pisane. Książki, opracowania i czasopisma dotyczące powstania wielkopolskiego, rejestry odznaczonych powstańców w bibliotekach. Poszukiwania w internecie (nie tak bogatym jak dziś), w bibliotekach cyfrowych itp. Bez specjalnego efektu. Tylko strzępy informacji.



Przełom nastąpił, gdy zdecydowałem się przeprowadzić kwerendę w Centralnym Archiwum Wojskowym w Rembertowie. Po przejściu wielu formalności związanych z uzyskaniem zgody na kwerendę, odnalezieniu właściwych sygnatur archiwalnych i konkretnych akt oraz uzyskaniu terminu kwerendy, pojechałem do CAW, by zapoznać się z zawartością trzech teczek z dokumentami personalnymi Leszka Kozielskiego. A w nich same skarby! Pełna dokumentacja jego żołnierskiej drogi: kwestionariusze, wyciągi ewidencyjne, wnioski na odznaczenia Orderem Virtuti Militari i Krzyżami Walecznych, przebieg służby, własnoręcznie pisane życiorysy, akta personalne, itp., itd.

Dopiero wtedy dowiedziałem się, że po powstaniu wielkopolskim wyjechał wraz ze swoim pułkiem na front litewsko-białoruski wojny z bolszewikami. I to z tej wojny wrócił z orderami na piersi.

Następny krok to zwrócenie się do Archiwum Prezydenta RP z prośbą o wnioski na odznaczenia i uchwały Rady Państwa przyznające mu kolejne odznaczenia, tj. Wielkopolski Krzyż Powstańczy i Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. W nich znajduję dokładniejszy opis jego walk w powstaniu wielkopolskim i we wrześniu 1939 roku.

Niedługo później na portalu aukcyjnym trafiłem na wystawiony na sprzedaż maszynopis (z lat 30. XX w.) niepublikowanej monografii 14 Pułku Artylerii Polowej Wlkp., obejmującej okres od chwili jego powstania w 1919 roku do listopada 1920 roku. Zdecydowałem się na jego zakup, który okazał się strzałem w dziesiątkę. W tej pracy został przedstawiony cały szlak bojowy pułku, w którym służył Leszek Kozielski, wszystkie jego walki i potyczki z wrogiem oraz zamieszczono wspomnienia bezpośrednich uczestników tych walk. Jeden z nich, kpt. Wacław Gadomski, dowódca 7 baterii, w swoich wspomnieniach opisał m. in. dokładny przebieg wydarzeń z 16 lipca 1920 roku, rolę, jaką w nich odegrał Leszek Kozielski i bohaterstwo, którym się wówczas odznaczył, i za które otrzymał Order Virtuti Militari.

Przez cały czas wracałem do przeglądania Internetu w poszukiwaniu nowych informacji. Wielką pomocą były informacje o rodzinie Kozielskich uzyskane od lokalnych pasjonatów historii: Henryka Olszewskiego z Żychlina i Jarosława Mikołajczaka z Chojna.

Przez kilkanaście lat zebrałem o moim ojcu chrzestnym tyle informacji, że mogę pokusić się o przedstawienie jego biografii.

„Głos Wielkopolski”, 1.10.1980 r.

Leszek Kozielski i Edward Przewoźny, Szczepankowo, 11.06.1961 r.

Uczestnicy przyjęcia komunijnego z okazji I komunii Pawła Przewoźnego, 11.06.1961, Szczepankowo. Leszek Kozielski w górnym rzędzie, 1. z prawej

Własnoręczny życiorys Leszka Kozielskiego, spisany 29.05.1933 r. Źródło: Centralne Archiwum Wojskowe

Wacław Gadomski (1892-1939) – autor wspomnień, w których zawarte są szczegółowe informacje o czynach Leszka Kozielskiego w czasie wojny polsko-bolszewickiej

Leszek Kozielski w 1928 r. Źródło: Archiwum Państwowe w Płocku

Nieistniejący budynek koszar artylerii polowej przy ul. Magazynowej (obecnie Solnej) w Poznaniu, 1905-1915. Źródło: Fotopolska

Źródło:
https://www.powiatwolsztyn.pl/powstanie/historia%20powstania.html

Stanowisko artylerii powstańczej pod Chobienicami, 1919 r. Źródło: https://www.powiatwolsztyn.pl/powstanie/galeria.html

Defilada oddziałów po uroczystości zaprzysiężenia 4 baterii 1 Pułku Artylerii Lekkiej, Poznań, pl. Wolności, 2.03.1919 r. Źródło: Archiwum Państwowe w Poznaniu

Armata polowa wz. 1897 75 mm, Muzeum Wojskowe w Warszawie. Zdjęcie z 2013 r.

Ludwik Nawrocki (1892-1974), wnioskodawca odznaczenia Leszka Kozielskiego orderem Virtuti Militari. Źródło:
http://www.muzeum.gostyn.pl/Gosty%C5%84ski%20S%C5%82ownik%20Biograficzny?idAkt=2385

Samochód pancerny Uralec zdobyty 4 czerwca 1920 roku przez żołnierzy 56. Pułku Piechoty Wielkopolskiej w czasie walk pod Bobrujskiem w miejscowości Stołpiszcze. Samochód ściągnięto do Bobrujska i włączono w skład wielkopolskiego plutonu samochodów pancernych, gdzie nadano mu nazwę „Generał Szeptycki” na cześć generała Stanisława Szeptyckiego, pojazd pozostał na stanie uzbrojenia Wojska Polskiego do końca lat 20. XX wieku. Źródło: Cyryl

Leszek Kozielski, 1933 r. Źródło: Centralne Archiwum Wojskowe

14 Pułk Artylerii Polowej w czasie defilady w Poznaniu (w głębi widoczny wysadzony przez Niemców w 1939 r. pomnik Wdzięczności), 1935 r. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Leszek Kozielski

Lech (Leszek) Kozielski, najstarszy syn Tomasza i Kazimiery z domu Piotrowskiej, urodził się w Gdańsku 15 marca 1900 roku. Miał dwie siostry: Bolesławę i Helenę oraz trzech braci: Mariana, Jana i Henryka.

Po wstępnym przygotowaniu w Kruszwicy i szkole fabrycznej Cukrowni Brześć Kujawski wstąpił w 1912 roku do 8-klasowej niemieckiej szkoły średniej w Inowrocławiu. Wybuch I wojny światowej przerwał jego dalszą naukę szkolną, przebywał bowiem w tym czasie na wakacjach u rodziców w ówczesnym zaborze rosyjskim i do Niemiec, do szkoły, wrócić nie mógł. Uczył się w domu i przy pomocy korepetytora przygotowywał się do wstąpienia do jednej ze szkół zaboru rosyjskiego.

Internowanie ojca, obywatela niemieckiego, przez Rosjan w roku 1915 i wywiezienie go w głąb Rosji, zmieniło warunki materialne rodziny. Leszek zmuszony był zrezygnować z dalszej nauki i wstąpił na praktykę handlową w Poznaniu. 15 czerwca 1918 r. został wcielony do armii niemieckiej. Służbę odbywał służbę w 5 Batalionie Strzelców w Hirschbergu (Jeleniej Górze).

20 grudnia 1918 roku − podobnie jak wielu innych Polaków − zbiegł z wojska i zamieszkał z rodzicami w Dobrzelinie, w byłym już zaborze rosyjskim. Jednak już po kilkunastu dniach, na wieść o powstaniu w Wielkopolsce, wyjechał do Poznania i 19 stycznia zgłosił się ochotniczo do tworzącej się w tzw. „białych” koszarach przy ul. Magazynowej (dziś Solnej) wielkopolskiej artylerii polowej. Przydzielony został do pierwszej formującej się baterii artylerii polowej (przemianowanej potem na 4 Baterię 1 Pułku Artylerii Lekkiej, później na 3 Pułk Artylerii Polowej Wlkp. a na koniec na 14 Pułk Artylerii Polowej) i wraz z nią wyjechał pod dowództwem kpt. Michała Chłapowskiego na front zachodni powstania wielkopolskiego. Walczył pod Zbąszyniem, a następnie pod Chobienicami, Babimostem i Kargową.


3 Pułk Artylerii Polowej Wielkopolskiej przy załadunku działa na platformę kolejową przed wyjazdem na front litewsko-białoruski, lipiec 1919 r. Kartka wydana przez Siedlecki Klub Kolekcjonerów


14 Pułk Artylerii Polowej wrócił do Poznania 28 lipca 1919 roku, uzupełnił braki i po dwóch dniach załadował się i transportem kolejowym wyruszył na front litewsko-białoruski do walki z bolszewikami. 3 sierpnia 1919 r. pułk wyładował się na stacji kolejowej Radoszkowicze, na północny-zachód od Mińska Litewskiego. I tu rozpoczął się, trwający 15 miesięcy, udział Leszka Kozielskiego w wojnie polsko-bolszewickiej.

W charakterze celowniczego i bombardiera działowego 4. działonu, 4. baterii, 2. dywizjonu, 14. Pułku Artylerii Polowej brał udział we wszystkich bez wyjątku działaniach wojennych 4 baterii 14 pap na froncie wschodnim, a więc: w walce pod Zasławiem i Radoszkowiczami, ofensywie i zdobyciu Mińska Litewskiego, w walkach pod Hołujem i Świsłoczem, zdobyciu twierdzy Bobrujsk, walkach pod Michalewem, folwarkiem Rynia i Bartnikami, wypadzie nad rzekę Ołę.

30 września 1919 roku jego 4 bateria została pod wsią Babin zupełnie odcięta od 57 Pułku Piechoty, z którą współdziałali, a nieprzyjaciel podchodził już pod baterię. Aby nawiązać łączność z piechotą, kanonier Kozielski wraz z plut. Prauzińskim na ochotnika przedostali się do 57 Pułku Piechoty i poinformowali o sytuacji, co pozwoliło ocalić baterię. A gdy bateria rozpoczęła odwrót, działo Leszka Kozielskiego zostało i ostrzeliwało nieprzyjaciela, osłaniając do końca odwrót własnych oddziałów. Po wyjściu oddziałów z Babina jego działo wycofało się bez strat. Za ten czyn Leszek Kozielski odznaczony został po raz pierwszy Krzyżem Walecznych.

Dalsze walki Leszka Kozielskiego to: walki na przyczółku Bobrujska, pod Michalewem, wypad na szosę mohylewską, w dniach 9-16 kwietnia 1920 r., walki pod Rudnią (codzienne zapory ogniowe do 500 strzałów na baterię), wypad na Iwanówkę, kontrakcja na linii Szaciłki – Strakowicze, obrona linii piechoty Szaciłki – Żerdź, walka pod Szaciłkami i Gorwalem.


14 Wielkopolski Pułk Artylerii Lekkiej, ok. 1920 r. Źródło: aukcja internetowa


9 lipca 1920 roku 14 Dywizja Piechoty, a wraz z nią 14 pap, rozpoczęła planowy marsz odwrotowy. Wszystkie formacje w miarę zwartymi kolumnami kierowały się z powrotem na zachód, nękane i atakowane przez nieprzyjaciela. W straży tylnej dywizji maszerował 58 Pułk Piechoty z II dywizjonem 14 Pułku Artylerii Polowej.  

16 lipca 1920 roku 4 bateria maszerowała szosą na Sieniawkę, pomiędzy folwarkiem Płaskowicze a wsią Nagórna. W tym miejscu szosa prowadziła po nasypie w otwartym terenie, ponad rozłożystą łąką z lewej strony. Z prawej strony, z gęstych krzaków, nieprzyjaciel zaatakował silnym ogniem z karabinów maszynowych. Zaskoczona atakiem bateria stoczyła się z szosy na rozległą łąkę, starając się schronić za jej nasypem i wydostać się ze strefy ognia. Łąka okazała się jednak bagnista, działa i jaszcze zaczęły coraz bardziej grzęznąć, aż wreszcie przystanęły. Nieprzyjaciel, pewny już sukcesu, wzmógł ostrzał, a zza zadrzewień wyjechały dwa samochody pancerne, z których prowadzono ogień.

W tej krytycznej sytuacji Leszek Kozielski, z pomocą ppor. Ludwika Nawrockiego, pod gradem kul odwrócił swoje działo i w roli celowniczego i działonowego równocześnie, otworzył ogień. Trzeci strzał z działa, oddany celownikiem na 700 metrów, trafił w sam środek pierwszego wozu pancernego i go rozbił. Wóz zapalił się i spłonął, a jego załoga zginęła. Drugi wóz pancerny wycofał się i znikł za zaroślami. Mimo tego Leszek Kozielski oddał następny strzał z działa za znikającym wozem, który jak później stwierdzono, został 150 metrów za pierwszym trafiony i rozbity. Działo Leszka Kozielskiego skierowało następnie swój ogień na karabiny maszynowe, które zaczęły ostrzeliwać baterię z folwarku Płaskowicze. Po kilku celnych strzałach, na celowniku 1200 metrów, nieprzyjaciel zaprzestał ataku, a jego wycofywanie się nabrało charakteru ucieczki. Za ten czyn bojowy, ratujący baterię przed całkowitym rozbiciem, kanonier Leszek Kozielski, na wniosek ppor. Ludwika Nawrockiego, odznaczony został Orderem Virtuti Militari kl. V.


Gen. bryg. Daniel Konarzewski podczas inspekcji u artylerzystów z 6 baterii 14 pap, luty 1920 r., Bobrujsk przedmoście. Źródło: Archiwum Państwowe w Poznaniu


Po tym wydarzeniu nastąpił dalszy marsz odwrotowy i kolejne walki. Już 20 lipca walczył pod miasteczkiem Bytoń, dalej uczestniczył w walkach o Dobuczyn, pod Ogrodnikami, Prużaną i Dereczynem. Pod Jachnowiczami i Cierpiłowiczami brał udział w natarciu na umocnienia polowe pod Bobrami. 1 i 2 sierpnia 1920 roku walczył pod Janowem Podlaskim w obronie miasta.

4 sierpnia 1920 roku pod miejscowością Wierzchlas nad Bugiem działo Leszka Kozielskiego odparło nieoczekiwany nocny atak nieprzyjaciela na czwartą baterię. Za tę obronę, jak również za podobną obronę swojej baterii pod Mińskiem Mazowieckim w dniu 17 sierpnia, Leszek Kozielski otrzymał po raz drugi Krzyż Walecznych.

W sierpniu 1920 roku Leszek Kozielski wraz ze swoim 14 Pułkiem Artylerii Polowej brał udział w bitwie warszawskiej, w grupie kontruderzeniowej znad Wieprza, dowodzonej przez wodza naczelnego Józefa Piłsudskiego. Potem nastąpiła ponowna ofensywa na wschód: Łomża, walki pod Brześciem, bitwa nad Niemnem, ponowne walki i zajęcie Mińska Litewskiego. To tylko te najważniejsze, oprócz nich kilkadziesiąt innych potyczek i pościgów.


Krzyż srebrny Orderu Wojskowego Virtuti Militari, kl. V oraz Krzyż Walecznych


Z wojny polsko-bolszewickiej wrócił z baterią do Poznania 18 października 1920 roku. W lutym 1921 roku po przejściu kursu przeszkolenia przy działach francuskich mianowany został kapralem. W tym samym roku zdał egzamin dla aspirantów oficerskich przed komisją przy Kuratorium szkolnym w Poznaniu. Wobec mającego nastąpić w krótkim czasie zwolnienia rocznika 1900 z wojska nie składał podania o przyjęcie do podchorążówki. Do rezerwy został zwolniony 20 grudnia 1921 roku, a od 22 maja do 17 czerwca 1925 roku odbył jeszcze ćwiczenia w 4 pap w Inowrocławiu. W 1932 roku po ukończeniu 8-tygodniowego kursu Szkoły Podchorążych Rezerwy Piechoty mianowany został podporucznikiem rezerwy.

Po zwolnieniu z wojska Leszek Kozielski zamieszkał u swoich rodziców w Dobrzelinie. Pracował jako handlowiec – buchalter kolejno w firmach St. Musiał i Spółka w Inowrocławiu, młynie Płonkówko i wydziale handlowym Polskich Zakładów Elektrycznych Brown Boveri i Spółka w Żychlinie.

W 1932 roku ojciec Leszka, Tomasz Kozielski, kupił gospodarstwo rolne oraz młyn wodny w Chojnie Młynie. Prowadzeniem młyna zajęli się jego synowie: najpierw Leszek, a od 1937 roku również Jan. Przystąpili od razu do modernizacji i unowocześnienia młyna. Działania te spowodowały wzrost jego mocy przerobowej i jakości wytwarzanych produktów. Młyn cieszył się z coraz lepszą renomą, nie tylko w najbliższej okolicy. Okres prosperity nie trwał jednak długo.


Młyn wodny, Chojno Młyn, 1934 r. Źródło: http://zychlin-historia.com.pl


Nadszedł rok 1939. Leszek Kozielski 24 sierpnia tegoż roku zmobilizowany został do wojska, z przydziałem do 31 Pułku Artylerii Lekkiej w Toruniu, i od 1 września brał czynny udział w wojnie obronnej w Armii „Pomorze” w grupie gen. Mikołaja Bołtucia. Przeszedł szlak bojowy od miejscowości Gniew, przez Grudziądz, Toruń i Kutno. Walczył w bitwie nad Bzurą, po której 22 września w Laskach koło Warszawy dostał się do niewoli niemieckiej. Kilkakrotnie przenoszony, przebywał kolejno w oflagach: IIA Prenzlau, IIB Arnswalde (Choszczno), IID Gross Born (Borne Sulinowo), XIA Osterode am Harz; przydzielono mu numer 962. W niewoli przebywał do końca wojny.

W sierpniu 1946 roku wrócił do Polski i do Chojna, uznano go za inwalidę wojennego III grupy. Do Chojna wrócił też z niewoli jego brat Jan – powstaniec warszawski oraz ich matka Kazimiera (ojciec zmarł w Dobrzelinie w 1938 roku). Obaj bracia przejęli na powrót swój młyn. Nastąpił krótki okres ponownej prosperity młyna. W maju 1948 roku brat Leszka, Jan Kozielski, umarł w wieku 36 lat. Pochowany został na cmentarzu w Chojnie. Prowadzeniem młyna zajmował się już tylko Leszek. Jednak w Polsce Ludowej nic, co prywatne, nie mogło długo istnieć. Represyjna polityka ówczesnych władz w stosunku do prywatnych właścicieli stwarzała coraz więcej problemów, a w roku 1949 bez uprzedzenia, decyzją władz młyn został zamknięty i zaplombowany.


Nieistniejący już dziś dom młynarza, w którym mieszkał Leszek Kozielski. Chojno Młyn, 1937 r. Źródło: http://chojno.pl


W tej sytuacji, nękani represjami i domiarami, mając coraz więcej kłopotów niż zysków, wiosną 1956 roku rodzina Kozielskich postanawia sprzedać młyn. Jak czas pokazał, była to chyba najbardziej niefortunna decyzja w ich życiu, której długo nie mogli przeboleć. Młyn wraz z przyległym parkiem sprzedali siłą rzeczy za bardzo niską cenę. Już pół roku później, w wyniku tzw. „przemian październikowych” sytuacja gospodarcza na wsi zdecydowanie się poprawiła. Nowy nabywca młyna wyciął kilka topoli w przyległym parku i za sprzedaż pozyskanego w ten sposób drewna uzyskał taką samą cenę, za jaką kupił młyn i całą posiadłość od rodziny Kozielskich.

Leszek Kozielski zajmował się jeszcze swoim gospodarstwem rolnym do początku lat 60. XX w., kiedy to ostatecznie opuścił Chojno i przeniósł się do Puszczykowa, a później do Buku i do Poznania. W 1964 roku odznaczony został Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym za udział w powstaniu wielkopolskim, a w roku 1976 Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski za powstanie wielkopolskie i wojnę obronną 1939 roku.



Nigdy się nie ożenił i nie zostawił potomstwa. Zmarł w Poznaniu, w stopniu kapitana Wojska Polskiego, 1 października 1980 roku w Domu Weterana przy ul. Ugory 20, gdzie spędził kilka ostatnich lat życia. Pochowany został na cmentarzu komunalnym Junikowo w Poznaniu.

11 listopada 2019 roku z okazji Narodowego Święta Niepodległości na budynku w Żychlinie przy placu Wolności 10 odsłonięty został mural upamiętniający Kawalerów Orderu Virtuti Militari związanych z ziemią żychlińską. Wśród wymienionych na nim 15 nazwisk znajduje się również nazwisko Leszka Kozielskiego.

Grób Leszka Kozielskiego odwiedziłem po raz pierwszy w sierpniu 2002 roku. Był wówczas bardzo zaniedbany. Przez kilka lat próbowałem ustalić, czy ktoś się nim opiekuje (np. zostawiałem kartki na grobie). W końcu sam przejąłem nad nim opiekę.

W moim życiu młodzieńczym ojciec chrzestny nie odegrał większej roli. W życiu dojrzałym, jego odtwarzany przez lata los, będący udziałem także całego pokolenia osób urodzonych na przełomie XIX i XX w., stał mi się bliski. I z dumą mogę powiedzieć: mój ojciec chrzestny był bohaterem!

Paweł Przewoźny

Szamotuły, 13.08.2020 r.

Rodzina Kozielskich, 1929 r. Leszek Kozielski stoi pierwszy od lewej. Źródło: http://zychlin-historia.com.pl

Tomasz Kozielski z synami i wnukiem, ok. 1932 r. Leszek Kozielski – 2. od lewej. Źródło: http://zychlin-historia.com.pl

Młyn wodny, Chojno Młyn, 1945-1950. Źródło: http://chojno.pl

Dom postawiony na fundamentach dawnego młyna, Chojno Młyn, 2008 r.

Wielkopolski Krzyż Powstańczy

Tabliczka przy grobie Leszka Kozielskiego, 2020 r.

Mural w Żychlinie, 11.11.2019 r.

Mural w Żychlinie, nazwiska kawalerów Virtuti Militari

Leszek Kozielski – powstaniec wielkopolski, żołnierz wojny polsko-bolszewickiej i kampanii wrześniowej2025-08-31T12:14:52+02:00

Wnętrze budynku klasztornego w Szamotułach w obiektywie Tomasza Kotusa i Andrzeja Bednarskiego

Zdjęcia Tomasza Kotusa i Andrzeja Bednarskiego

Wnętrze budynku klasztornego i krypty pod kościołem św. Krzyża w Szamotułach


Tomasz Kotus, lipiec 2020 r. 

Andrzej Bednarski, czerwiec 2020 r.

Szamotuły, 12.08.2020

Wnętrze budynku klasztornego w Szamotułach w obiektywie Tomasza Kotusa i Andrzeja Bednarskiego2025-01-07T10:07:00+01:00

Różowa Kukułka, czyli poznańskie losy Ludwika Pugeta

Izolda Kiec

Różowa Kukułka, czyli poznańskie losy Ludwika Pugeta

Ludwik „Lulu” Puget (1877-1942), krakowski rzeźbiarz i historyk sztuki, który sławę zdobył, projektując lalki dla Szopek Zielonego Balonika, ożeniony się z Wielkopolanką Julią Kwilecką, współwłaścicielką Oporowa niedaleko Szamotuł, w 1926 r. przeniósł się wraz z rodziną do tamtejszego dworku. Oczywiście, skorzystał z okazji i nie odpuścił Poznaniowi.

Po pierwsze – szukał w stolicy Wielkopolski odpowiedniej dla siebie pracowni. W 1926 r. trafił na Władysława Czarneckiego, zatrudnionego w Poznaniu wybitnego architekta ze Lwowa, który właśnie projektował kamienicę na rogu ulic Głogowskiej i Berwińskiego, tuż przy Parku Wilsona. „Typowy artysta malarz z bulwarów paryskich” – tak wspominał Czarnecki dopiero co poznanego rzeźbiarza i jego prośbę: „Panie architekcie, bratnia duszo, przecież tu na poddaszu można zrobić wspaniałą pracownię rzeźbiarsko-malarską. Północne światło, widok na zieleń parku, drzewa i stawek – nastrój. Pan rozumie – coś co przypominałoby mansardy na Montmartre”. Otrzymawszy zgodę prezydenta Cyryla Ratajskiego na zmianę planów i kosztorysu budowy, architekt przystąpił do pracy: „Rysunki wykonałem. Przy pracowni z dużym oknem wykroiłem mały pokoik dla artystycznej duszy, z kuchenką gazową, natryskiem i WC. Takich luksusów nawet w Paryżu na Montmartre nie robią”[1]. Z pewnością to osobisty urok Pugeta sprawił, że poznańscy artyści wspierali jego pomysły i projekty, liczyli na wzajemność i szczycili się obecnością w Poznaniu wybitnego twórcy uznanego za autorytet, mistrza i prawdziwego przyjaciela miejscowej cyganerii.


Poznań, budynek na narożniku ulic Głogowskiej i Berwińskiego, 1928 r. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe


Najgłośniejszą poznańską współpracą Pugeta była artystyczna „przyjaźń” z Arturem Marią Swinarskim, ekscentrycznym poetą, satyrykiem i malarzem. To był sam początek lat 30., a w niedługim czasie pan Ludwik musiał pożałować zawiązania spółki z nieodpowiedzialnym młodzieńcem, czego nie mówił – bo na to nie pozwalała mu osobista kultura i wrodzony takt, ale czego domyślamy się z wyznania samego Artura Marii, piszącego w 1933 r.:

Na początku było Ździebko, które wystawiło dwie moje Szopki i umarło. Przed mniej więcej rokiem stary samiec z Zielonego Balonika Ludwik Puget usiadł na jajach i wylągł Różową Kukułkę; w sposób lekkomyślny zaprosił i mnie do współpracy. Kukułka była mi zbyt łagodna i zbyt różowa, czyniłem więc, co mogłem, by to stworzenie zakatrupić. I tak też, po kilkumiesięcznym bytowaniu, szczęśliwie umarła. Z Pugetem łączą mnie nadal bardzo serdeczne stosunki…[2]


Karykatury: Ludwika Pugeta (autorstwa Andrzeja Stopki, za: Komedia ludzka Andrzeja Stopki, Kraków-Wrocław 1985) i Artura Marii Swinarskiego (rysunek H. Smuczyńskiego, za: Siedziała pod Kaktusem. Almanach Klubu Szyderców, Poznań 1933)


Zaufał więc Puget „demonicznemu Arturkowi” – jak o Swinarskim mawiano w artystycznym środowisku Poznania, razem z nim montując ekipę nowego kabaretu. Ale to Puget był tutaj hersztem, decydował o charakterze scenki, doborze wykonawców i repertuaru. Swinarski doradzał i kontynuował swoje knock-outy, szczególną formę żartów, którą upowszechnił kilka miesięcy wcześniej, na scenie pierwszego poznańskiego kabaretu Ździebko. Do szajki Aretino (tak jako herszt kazał się nazywać Puget) przyjął jeszcze: drugiego młodego satyryka – Jerzego Gerżabka, obiecującego malarza i karykaturzystę Henryka Smuczyńskiego, dwóch muzyków – braci Jerzego i Bronisława Młodziejowskich, wreszcie – wybitnie utalentowaną pieśniarkę Tolę Korian.

Siedzibę załatwił Puget w cukierni Warszawianka przy Alejach Marcinkowskiego 8, na piętrze kamienicy przylegającej do starego gmachu Muzeum Wielkopolskiego (dzisiaj znajduje się w tym miejscu nowy budynek poznańskiego Muzeum Narodowego). Artyści zajmowali tutaj dwa pomieszczenia: mniejsze, służące jako garderoba, i większe – z małą scenką i stolikami. Oprócz wieczorów kabaretowych w większej sali zorganizowano galerię malarską. Na stałe zdobiły jej ściany prace Ludwika Pugeta i Henryka Smuczyńskiego, planowano wystawiać dzieła innych artystów. Z prasowych anonsów wiadomo, że 6 marca 1932 r. odbył się wernisaż wystawy rysunków Julii Pugetowej.


Al. Marcinkowskiego w Poznaniu; obok gmachu muzeum nieistniejący budynek, w którym mieściła się cukiernia Warszawianka. Zdjęcie z lat 1940-42. Źródło: Fotopolska


Puget przygotowywał, redagował i podpisywał osobiście zaproszenia na kolejne premiery, wieczory specjalne i wernisaże. Zrobił pieczątkę z wzbijającą się do lotu kukułką, którą sygnował każde wysyłane zaproszenie – dla konkretnej osoby, zaufanej, zaprzyjaźnionej. To było prawdziwe wyróżnienie znaleźć się w gronie zaproszonych (choć pozostałe osoby miały szansę uczestnictwa w spotkaniu po opłaceniu biletu wstępu – bardzo drogiego, jak na ówczesne czasy, bo kosztującego aż pięć złotych, tyle, co bilet do „prawdziwego” teatru albo opery).

Tola Korian cytowała w swoich wspomnieniach treść zaproszenia na przedinauguracyjne spotkanie Różowej Kukułki: „Różowa Kukułka pokaże się światu dopiero później, ale tak sympatycznej osobie jak JWP……… pozwala przyjść podglądnąć, jak się cały kram urządza. […] bez tej przepustki ściśle osobistej nie wejdziesz, dziecko drogie, choćbyś pękł”[3]; i na premierę 5 marca 1932 roku: „Różowa Kukułka serdecznie prosi o przybycie, ale koniecznie z tym ściśle osobistym zaproszeniem w rączce. […] gdy przyjdziesz, zobaczysz jak się Tobą wszyscy szalenie ucieszą, ale jeśli się spóźnisz, Kochanie, to nikt na Ciebie czekać nie będzie i gotóweś się nie docisnąć”[4]. To ostatnie ostrzeżenie było zasadne, bo zdarzało się i tak, że w lokalu przy Alejach Marcinkowskiego wszystkie miejsca były zajęte, a spóźnialscy – jeśli chcieli obejrzeć program – musieli siadać na podłodze.

Ludwik Puget, 1897 r. Źródło: Polona

Ludwik Puget, ok. 1905 r.. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Lalka z szopki kabaretu Zielony Balonik przedtawiająca Jacka Malczewskiego, 1911 r., autor Ludwik Puget. Źródło: Muzeum Historyczne Miasta Krakowa

Ludwik Puget – portret Olgi Boznańskiej z 1907 r. Muzeum Narodowe w Warszawie

Ludwik Puget, prawdopodobnie lata 20. XX w. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Ludwik Puget – rysunek H. Smuczyńskiego (za: Siedziała pod Kaktusem. Almanach Klubu Szyderców, Poznań 1933)

Ludwik Puget na rysunku Bolesława Stawińskiego, ok. 1935 r. Źródło: aukcja sztuki

Tola Korian (1911-1983), właśc. Antonina Maria Janowska, pieśniarka i aktorka, wykształcona w Niemczech, w latach 30. występowała w poznańskiej Różowej Kukułce, skąd w 1933 r. przeniosła się do warszawskiej Bandy, kabaretu kierowanego przez Juliana Tuwima i Fryderyka Járosyego. Po wojnie przebywała na emigracji w Londynie; sporadycznie występowała na scenach polonijnych. Zdjęcie z 1932 r., źródło: Polona

Dekoracja na ścianie cukierni w Poznaniu – kompozycja L. Pugeta. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe


Wybrane rzeźby Ludwika Pugeta

Julia z Kwileckich Pugetowa (żona artysty), 1905 r. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Popiersie żony artysty, 1906 r. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Płacząca na ławce, 1895-1899. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Portret Jadwigi Sokołowskiej-Miączyńskiej, ok. 1900 r. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Fragment dekoracji ściennej przedstawiającej pochód artystów poznańskich, w karykaturze Henryka Smuczyńskiego, kawiarnia Pod Kaktusem w Poznaniu (z lewej Artur Maria Swinarski i Ludwik Puget). Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrrowe


Sam Puget witał przy drzwiach każdego zaproszonego gościa jako „eksternistę szajki”, śpiewając: „Ściśnij rękę, spójrz mi w oko, / niech ta chwila wiecznie trwa. / Ściśnij mocno, spójrz głęboko, / duli-duli-duli-da…”[5]. Każdego odprowadzał do zarezerwowanego stolika i zapraszał do wspólnej zabawy. To miała być – i była – prawdziwa duchowa uczta artystów (wzmocniona jedynie wermutem albo małą wódeczką)! Gdy zdarzało się, że któryś z gości przybyłych z zewnątrz zapominał się i próbował komentować występy albo – o zgrozo! – uczestniczyć w nich na prawach przedstawiciela bohemy, natychmiast Puget przypominał mu, że jest tylko pospolitym filistrem i ma siedzieć cicho.

Króciutka historia tej pierwszej, związanej z siedzibą w Warszawiance, Różowej Kukułki zamyka się w kilku tygodniach, kiedy zaprezentowano cztery premierowe programy: Pierwszy program, Słonie, Orzeł i Orlik oraz Pół na pół. Pod koniec marca 1933 r. zadebiutował na scenie Różowej Kukułki pisarz Julian Znaniecki w  autorskim wieczorze mającym charakter inicjacji literackiej. 8 kwietnia 1932 r. zorganizowano „popołudnicę literacką” z Janem Sztaudyngerem w roli główneji ze Swinarskim jako konferansjerem i wodzirejem. Odbył się także wyjątkowy wieczór wielkanocny w Wielki Czwartek, podczas którego wystąpili goście specjalni, a Tola Korian śpiewała m.in. fragmenty Jerozolimy wyzwolonej Torquata Tassa w oryginale włoskim.


Narodziny Różowej Kukułki – dekoracja z cukierni Warszawianka, kompozycja L. Pugeta. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe


Spotkania w Warszawiance miały własny porządek, którego przestrzegali wszyscy uczestnicy: na początek słynna Kukułka François’a Couperina (grana przez zapraszanego co wieczór do towarzystwa Miro Chłapowskiego), potem gawęda herszta, który otwierał zabawę, kronika satyryczna Swinarskiego i Gerżabka, przeplatana piosenkami Toli, wreszcie finał, czyli wspólne odśpiewanie hymnu O pile morskiej autorstwa Swinarskiego, który występował w tym numerze jako tzw. zapiewajło, a „cała sala podśpiewywała refren, przy czym Puszet pilnował, aby to było delikatne, nastrojowe >mruczando<, a nie wrzaski podochoconych słuchaczy, sprzeczne z nastrojem ballady”[6] – wspominała Tola Korian, odtwarzając z pamięci fragment owej kończącej wieczory Różowej Kukułki pieśni:

Wszystkie rybki śpią w jeziorze,
W morzu żadna spać nie może,
Na dnie dzisiaj są zapusty,
Tańczy rak i rekin tłusty.

Ryba w piasku łuski myje,
I korale wpina w szyję,
A sardynka złota cała,
W srebrnej puszce zajechała.

Rak za nową idąc modą,
Skoczył w wir z gorącą wodą
I w czerwonym przyszedł fraczku,
Ryba mówi: „Zatańcz, raczku”.

Tańcowała ryba z rakiem,
Łososiowa ze szczupakiem,
A rak w dowód swej miłości
Szczypnął rybę aż do ości.

Ryba mówi: „Fe, mój panie,
To rekina zachowanie”.
Rak, nieborak, zawstydzony,
Poszedł, przepił frak czerwony.

Morska piła się upiła,
Trzy sardynki pogwałciła,
Tym się wszyscy tak zgorszyli,
Że zabawę opuścili.

Wszystkie rybki śpią w jeziorze,
W morzu żadna spać nie może,
Na dnie były dziś zapusty,
Tańczył rak i rekin tłusty[7].

Jest to jeden z niewielu tekstów wygrzebanych z pamięci, zapamiętanych przez autorów bądź uczestników wieczorów Różowej Kukułki. Oprócz powyższego, najczęściej chyba cytowanym jest dwuwiersz Ludwika Pugeta: „Dała mu wiarę i miłość mu dała, / A przy nadziei sama została”[8].


Akt kobiecy, 1911-1913. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie


Dzięki Jackowi Pugetowi ocalały także inne okruchy humoru i frywolnego pióra jego ojca. Posłuchajmy:

Dwóch przy kolacji zerka ku pięknej Nastusi.
Ona, zalotna, obu jednocześnie kusi,
Tak boczkiem,
Oczkiem.
Wreszcie czas na dobranoc; i trzy rozmarzone
Serca odchodzą marzyć – każde w swoją stronę.
Jeden usnął jak kłoda i spał do dziewiątej.
Drugi wstaje o świcie, zwiedza wszystkie kąty
I przy strychu natrafia na drzwi uchylone.
Nic się nie przestraszyła! Takie to są one.
Czy cię przekonała
Ta historia cała
I czy w końcu wiesz,
Że kto rano wstaje,
Temu Pan Bóg daje?
(I Nastusia też!)[9].

Porządni poznaniacy musieli być zgorszeni! Głosili wszem i wobec, że Warszawianka stała się wylęgarnią wszeteczeństwa i niemoralnych haseł. Artyści, rzecz jasna, nic sobie z tego nie robili i kontynuowali swe żarty. Okazało się, że nie tylko demoniczny Arturek z lubością przypinał łatki swym przyjaciołom, także dobrotliwy Lulu potrafił mocno uderzyć – śmiechem, aluzją, tutaj, rykoszetem w Swinarskiego, do jego specjalnych upodobań seksualnych. Oto zatem Cud świętego Ekspedyta:

Artur, imię pogańskie mający i błędy,
Od wrogów raz się znalazł otoczon zewszędy.
Wtedy, ręce zatarłszy, szepnął: expedite!
Słyszy wszystkie westchnienia święty, słyszy i te.
Artur, głosem Kukułki w ustronie wiedziony,
Widzi w bieli niewiastę. Czuje się zbawiony.
Nawrócony, wziął imię nowe. Ci, co wiedzą,
Przyjaciele, wołają go odtąd: Expedzio[10].

Jak bardzo potrzebna była inicjatywa Pugeta w raczej ponurym, a może tylko nazbyt poważnym Poznaniu, świadczy recenzja, jaka po premierze drugiego wieczoru Różowej Kukułki ukazała się w „Nowym Kurierze”, pełna entuzjazmu, który towarzyszył kolejnym spotkaniom w kawiarence przy Alejach Marcinkowskiego:

Człowiekowi, który gani, krytykuje, wyśmiewa – wierzyć będą wszyscy. Ale spróbuj no pochwalić!… Powiedzą: reklama, panegiryk, bujda, „on ma w tem interes”, „coś się w tem kryje” – i w rezultacie nikt nie uwierzy.

A mimo to muszę „pochwalić” – a właściwie napisać prawdę. Teraz chodzi tylko o słowa. W jakich słowach? Człowiekowi zachwyconemu zawsze brakuje słów,podczas gdy rozjątrzony ma ich za wiele.

Powiedziałbym: oto wśród szarego światła ornitologicznego wszelkiego rodzaju przybytków i instytutów tzw. sztuki zjawił się nowy, wspaniały, niezwykły okaz. Nie jest podobny z tęczowego ogrodu pawiowi, ani nie śpiewa, jak słowik, ani nie reklamuje się zawzięcie, jak wróbel, ani nie wabi powierzchownością pozorów, jak łabędź… Jest sobie zwykłą, skromną, różową kukułką, która kuka w potrzebie kukania, nie dbając, czy ją kto słucha, a przecież…

Ale wszystko to brzmi zbyt pompatycznie, przypominając fanfary w operze.

A tu po prostu: żaden lew z dziewicą na grzbiecie nie strzeże wrót przybytku, ani nad sklepieniem nie fruwa kamiennych pegaz. Po prostu: w „Warszawiance” na drugim piętrze klub artystyczny Różowa Kukułka, poznański Zielony Balonik, daje już z rzędu drugą premierę i wejście kosztuje tylko 5 zł. Za 5 zł można kupić skarpetki, krawat, nawet kalesony – ale za 5 zł kupić szmat prawdziwej sztuki, to już naprawdę wyjątkowa okazja.

Przebrnąwszy szczęśliwie przez rafy powiedzenia, „gdzie i jak?”, mógłbym powiedzieć „kto i co?” Mógłbym powiedzieć, że A.M. Swinarski robi „kronikę poznańską”, która w krzywem zwierciadle ukazuje prawdziwe oblicze zjawisk. Powinienem dodać, że to ma znaczenie społeczne, albowiem: „Ridendocastigant mores”… Wszystko ten arcykucharz przepala na patelni swych obserwacyj: Sonnewend i Koler, Busiakiewicz i Lewandowska etc. etc. (Teraz dopiero jesteś zaciekawiony, Czytelniku, prawda?).

Mógłbym powiedzieć, że bawi satyrą Ger [Jerzy Gerżabek – I.K.], że szampan powszechnego zachwytu spija nadzwyczajna Korjan, że Smuczyński karykaturami obwiesił ściany, że…

Lecz nie chcę nikogo uprzedzać o jego wrażeniach. Nie piszę recenzji, tylko prawdę. Nie koloryzuję, ani nie kolleryzuję. Jestem jak człowiek spragniony, który wreszcie już się napił ambrozji.

Idźcie! –

Tam ktoś uderzył laską w skałę poznańskiego życia i z tej twardej skały trysnęło kryształowe źródło czystej sztuki.

Więcej nie mogę napisać i więcej chyba nie potrzeba[11].


L. Puget w pracowni w Poznaniu, 1935 r. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe


Mimo takich rekomendacji Różowa Kukułka nie miała szczęścia, bo już po miesiącu zaczęły się nieporozumienia, prowokowane głównie przez Swinarskiego, który nieustannie odchodził z zespołu (Tola Korian notuje, że 8 kwietnia 1932 r. nastąpiło jego pożegnanie z szajką, ale – jak wynika z anonsów prasowych – jeszcze przez kolejny rok, aż do połowy września 1933 r., Swinarski brał udział w zebraniach i występach Pugetowego towarzystwa). 11 kwietnia wypowiedziano artystom lokal, a przybyli w odwiedziny do Poznania Julian Tuwim i Fryderyk Jàrosy – zwabieni rosnącą sławą młodej tutejszej pieśniarki – natychmiast postanowili zaangażować Tolę Korian do swego nowego warszawskiego kabaretu o nazwie Banda.

Jak wynika z zachowanych dokumentów oraz z ogłoszeń zamieszczanych w poznańskiej prasie, już pod koniec kwietnia 1932 r. Puget otrzymał obietnicę nowego lokalu: restauracji przy Teatrze Wielkim.

16 czerwca zatem ogłosił „drugą premierę” Różowej Kukułki, co rozumieć chyba należy jako: drugie otwarcie, drugi start kabaretu – pod tytułem Pierwszy akord:

Wiesz, Duszko, co??
R Ó Ż O W A  K U K U Ł K A
urządza
drugą premierę
Tak jest, d r u g ą premierę
w piątek, dnia 16 czerwca o g. 20-30
„ P I E R W S Z Y  A K O R D ”
[…]

Przyjdź, przyjdź, Ty perełko nasza. Dostaniesz kawę, herbatę, wermucik lub wódkę, wybulisz za to raptem głupie 2,50 zł. Usłyszysz naszą cudowną Grossównę[12], a poza tem czeka Cię niebywała niespodzianka……

Stoliki zawczasu zamawiać można w Różowej Kukułce – Fredry 9, od godz. 16-19. Jeśli kto nie zamówi, a potem się nie zmieści, to co?[13]

Kilka dni później herszt zapowiedział wakacyjną przerwę w działalności swego kabaretu.

Wydaje się jednak, że nie udało się Kukułce na dłużej zadomowić przy Fredry. Już w pierwszym anonsie informującym o zebraniu założycielskim drugiej Kukułczanej ekipy jest wzmianka o zamknięciu lokalu. To zamknięcie było spowodowane prawdopodobnie rozpoczynającym się właśnie generalnym remontem sali restauracyjnej. Kolejne informacje prasowe o wieczorach Różowej Kukułki wskazują nowy adres: Cukiernię Jóźwiaka przy placu Wolności 8, a zaproszenia zachowane w archiwum Henryka Ułaszyna gabinet Adrii przy Alejach Marcinkowskiego 23.


Nie kijem go, to lalką. Szopka wystawiona w Poznaniu w 1935 r. w Kubie Szuderców Pod Katusem (od lewej lalki przedstawiające malarza Henryka Jackowskiego-Nostiz, literata Hilarego Majkowskiego, profesora Henryka Ułaszyna i Artura Marię Swinarskiego. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe


Ostatecznym ciosem, a mówiąc słowami demonicznego Arturka: ukatrupieniem poznańskiej Kukułki – była zdrada tego ostatniego. 17 września 1933 r. „Kurier Poznański” anonsował Pożegnalny występ Artura Marii Swinarskiego w Różowej Kukułce, „nieodwołalnie ostatni”, w cukierni Jóźwiaka, o godzinie dziesiątej wieczorem. W zapowiedzi podkreślano: „Pan Swinarski otrzymał od dyrekcji Różowej Kukułki dłuższy urlop i dziś pożegna poznańską publiczność; zaznacza się, że pan Swinarski z Kukułką rozstaje się w zgodzie i pozostaje nieczuły na wszelkie propozycje engegementowe ze strony innych firm”[14].

Dzisiaj wiemy, że była to kolejna mistyfikacja Swinarskiego. Bo satyryk nigdzie się tymczasem nie wybierał, knuł już kolejną poznańską kabaretową intrygę: Klub Szyderców. Już bez starego rzeźbiarza z Krakowa, bo ten przecież należał do trochę innego, różowego świata…

Puget – jak to Puget – nie gniewał się, przychodził czasem do Szyderców, z dobrotliwym uśmiechem obserwował niewinne figle i głośne ekscesy młodzików, pykał w milczeniu swą fajeczkę, ale wystąpił tylko raz – z odczytem o Zielonym Baloniku i Różowej Kukułce. „Cała atmosfera, którą Puget stwarzał koło siebie, była mimo pozoru nowoczesności bardzo staroświecka i romantyczna” – zauważył Tadeusz Potworowski[15]. A u Swinarskiego było awangardowo, futurystycznie, rubasznie i trochę jak na bokserskim ringu.

Mrs Sturday z psem na ławce, 1906-1907. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Ławka, 1908 r. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Olga Boznańska, 1912-13. Źródło: Wikimedia

Karafka, 1914 r. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Dolores, 1915 r. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Saksonka, 1915-1916. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Tusia Grotowska w fotelu, 1916-1918. Źródło:archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Teofil Trzciński przy pianinie, 1918 r. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Popiersie Karola Huberta Rostworowskiego, 1938 r. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Centaury, ok. 1905. Źródło: Polona

Owce, 1903 r. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Lwica, 1908 r. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Pantera ogryzająca kość, 1912. Źródło: archiwum cyfrowe Muzeum Narodowego w Krakowie

Lwy, 1929 r., rzeźba prezentowana w czasie Powszechnej Wystawy Krajowej w Poznaniu. Źródło: repozytorium cyfrowe Cyryl

Ludwik Puget w czasie gry w szachy z wnukiem w krakowskiej pracowni, 1936 r. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

W 1935 r. zatem Ludwik Puget opuścił Poznań, by wrócić do swojego ukochanego staroświeckiego Krakowa. Różową Kukułkę – przecież też ukochaną i staroświecką – zabrał ze sobą.

W swoim rodzinnym domu, słynnej „Puszetówce” przy ul. Wolskiej w Krakowie, aż do roku 1939 Ludwik Puget organizował wieczory kabaretowe pod szyldem Różowej Kukułki. Świadkiem przygotowań do jednego z krakowskich wieczorów wygnanego z grodu Przemysława kabaretu był Kazimierz Pluciński, poznaniak, poeta (publikujący pod pseudonimem Szymon Pigwa), który kilka miesięcy przed wybuchem wojny odwiedził  Galicję, a tu obowiązkowo Lulu Pugeta:

[…] wkrótce rozległy się kroki na schodach i kilku drabów zaczęło wnosić spiętrzone stosy krzeseł. Puget z różnych kątów zaczął wyciągać drewniane paki i skrzynie. Zostały one rozstawione dokoła małego podium, z którego usunięto szybko rozpoczętą rzeźbę Ludwika czy Jacka Pugetów. Skrzynie nakryte papierem pakowym i serwetkami doskonale imitowały stoliki. Przy nich ustawiono krzesła i… pracownia rzeźbiarska dosłownie w ciągu kilku minut została zamieniona na salkę kawiarniano-występową[16].


Występ kabaretu Różowa Kukułka w Krakowie, 1939 r. Źródło Naodowe Archiwum Cyfrowe


Wizytę Plucińskiego w Krakowie relacjonował po latach Tadeusz Kraszewski, który z opowieści przyjaciela zapamiętał jeszcze epizod z odkryciem w jednej ze skrzyń ustawionych w pracowni kilkuletniego wnuczka pana Ludwika, który baaaardzo chciał zobaczyć figle Różowej Kukułki: dziadka śpiewającego zabawne piosenki, opowiadającego historyjkę o kukułce i orle, który każe się pocałować… w reszkę, a na zakończenie wygłaszającego puentę: „Gdy to kukułka słyszała, aż się ze śmiechu skukała!”[17], a poza tym jakiegoś znanego profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, który naprawdę grał na gitarze!

Jerzy Lau, poeta i aktor krakowskiego teatru Cricot, który częściej bywał na wieczornych spotkaniach w „Puszetówce”, wspominał niewielki poznański akcent, jaki pojawił się podczas jednego z wieczorów. Oto konferansjer Tadeusz Cybulski zaanonsował występ Jacka Pugeta, mówiąc, że oto przed publicznością pojawi się syn Różowej Kukułki. Zdumiony pan Ludwik poczuł się wywołany do odpowiedzi i postanowił wypowiedzieć się w trybie sprostowania: „Przepraszam, mego syna Jacka miałem z żoną moją Julią, natomiast Różową Kukułkę miałem z poetą Arturem Marią Swinarskim”[18]. Atmosfera natychmiast się rozjaśniła, nie było wątpliwości – że to dzięki poczuciu humoru, dzięki tolerancji, ciekawości świata, kulturze osobistej i konceptom towarzyskim Pugeta Różowa Kukułka przetrwała w swoim krakowskim gnieździe dłużej niż w miejscu swoich narodzin – bo niemal cztery lata!


Pracownia Ludwika Pugeta w Krakowie, 1936 r. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe


Post scriptum

Puget i Swinarski spotkali się raz jeszcze, w czasie okupacji, kiedy Artur Maria ukrywał się w Krakowie. Między innymi przy Wolskiej, u starego poznańskiego znajomego, co wspominał następująco: „Gdyby nie on, nie przeżyłbym okupacji. […] Dzielił się ze mną forsą, jedzeniem, własną koszulę ściągnąłby z grzbietu dla drugiego”[19].

Podczas okupacji Ludwik Puget pracował w krakowskiej Kawiarni Plastyków, w której organizowano podziemne życie kulturalne nielegalnie działającego Związku Artystów Plastyków. W kwietniu 1942 r., podczas akcji odwetowej gestapo za atak na wyższej rangi ofecera SS, aresztowano tutaj niemal dwieście osób, także Pugeta. Z więzienia przy ul. Monetlupich wywieziono go do Oświęcimia, gdzie został rozstrzelany 27 maja 1942 r. Ocalały relacje z jego pobytu w obozie i z samej egzekucji. Leonard Turkowski na ich podstawie napisał:

Może Puget nie wiedział, że ginie? Był podobno chory na zapalenie płuc i na rozstrzelanie przyniesiono go na noszach nieprzytomnego. A może widział w owej chwili świat przez mgiełkę błękitu, nie dostrzegając całej potworności sytuacji, i ufał, że wszystko musi skończyć się dobrze? Był przecież taki ufny…

Póki mu w obozie dopisywało zdrowie, zachowywał się jak święty. Przestał palić, tytoń swój oddawał innym. Ten nałogowy fajczarz, którego ani razu nie widziałem bez fajki! Dzielił się z towarzyszami niedoli także głodowymi racjami żywnościowymi. Dodawał wszystkim otuchy.

Tak, to się zgadza. Te relacje innych ludzi zgadzają się z moją pamięcią o nim. Piękny, wspaniały Lulu mógł postępować tylko tak, a nie inaczej[20].


Ludwik Puget, zdjęcie wykonane w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birwenau, 1942 r.


Przypisy:

[1] W. Czarnecki, To był też mój Poznań. Wspomnienia architekta miejskiego z lat 1925-1939, wybór i oprac. J. Dembski. Poznań 1987, s. 34-35.

[2] Siedziała Pod Kaktusem. Almanach Klubu Szyderców, pod red. A.M. Swinarskiego, Poznań 1933, s. 9.

[3] T. Korian, Wspomnienie o Różowej Kukułce, „Teatr” 1983, nr 7, s. 36.

[4] Tamże.

[5] L. Turkowski, Księga mojego miasta. Poznańskie wspomnienia z lat 1919-1939, Poznań 1983, s. 110.

[6] T. Korian, dz. cyt., s. 37.

[7] Tamże.

[8] Cyt. za T. Kraszewski, Jeszcze o cyganerii słów kilka…, w: Poznańskie wspominki z lat 1918-1939, red. T. Kraszewski, T. Świtała, przedmowa J. Maciejewski, Poznań 1973, s. 516.

[9] Cyt. za J. Kydryński, Był potrzebny. O Ludwiku Pugecie, Kraków 1972, s. 96.

[10] Cyt. za tamże, s. 97.

[11] Iks, Różowa Kukułka. Niezwykły okaz ptaka w gaiku poznańskiego życia, „Nowy Kurier” z 16 marca 1932 r., s. 6.

[12] Helena Grossówna (1904-1994), tancerka i aktorka rewiowa, teatralna oraz filmowa. W Poznaniu do roku 1935 była zatrudniona jako tancerka w Teatrze Wielkim, a następnie w zespole aktorskim Teatru Nowego.

[13] Ze zbiorów Biblioteki Raczyńskich w Poznaniu: spuścizna Henryka Ułaszyna.

[14] „Kurier Poznański” 1933, nr 427, z 17 września, s. 13.

[15] Cyt. za J. Kydryński, dz. cyt., s. 101-102.

[16] Za T. Kraszewski, dz. cyt., s. 517.

[17] L. Turkowski, dz. cyt., s. 111.

[18] Cyt. za tamże, s. 173.

[19] Cyt. za J. Korczak, Artura Maryi wzloty i upadki, „Dekada Literacka” 2006, nr 4.

[20] L. Turkowski, dz. cyt., s. 114.

Szamotuły, 03.08.2020

Zdjęcie Adrian Wykrota

Izolda Kiec – profesor doktor habilitowana w zakresie kulturoznawstwa, literaturoznawczyni i teatrolożka; prezeska Fundacji Instytut Kultury Popularnej, zatrudniona w Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu (w Katedrze Kuratorstwa i Teorii Sztuki). Autorka artykułów i monografii książkowych poświęconych literaturze i teatrowi XX w. oraz formom kultury popularnej.

Różowa Kukułka, czyli poznańskie losy Ludwika Pugeta2025-01-06T11:37:39+01:00

Aktualności – sierpień 2020

Spacer szamotulską dzielnicą żydowską i ewangelicką

Część 5. Spaceru z Historią miała rekordową frekwencję, było nas bowiem około 80 osób! Z pewnością zadecydował o tym temat spotkania − mówiliśmy o żydowskich i ewangelickich mieszkańcach Szamotuł. Spotkanie tradycyjnie już prowadzili: Agnieszka Krygier-Łączkowska, Piotr Nowak i Łukasz Bernady.

Pierwsze zachowane informacje o Żydach z Szamotuł pochodzą z początku XV w., w II połowie XVI w. mieliśmy już ulicę Żydowską (dziś Braci Czeskich), co świadczy o sporej grupie mieszkańców wyznania mojżeszowego. Procentowo najwięcej ludności żydowskiej było w Szamotułach w I połowie XIX w., kiedy to w pewnym okresie liczba Żydów przekroczyła liczbę Polaków. W drugiej połowie XIX w. − ze względów gospodarczych − rozpoczął się odpływ ludności żydowskiej w głąb Niemiec. W Szamotułach urodzili się, m.in., Alexander Hollaender, znany w świecie biolog i biofizyk (mieszkał w USA), a także Akiwa Baruch Posner – rabin, badacz pism i historii społeczności żydowskiej (mieszkał w Niemczech i Jerozolimie). Na przełomie XIX i XX w. żydowscy mieszkańcy Szamotuł w znacznym stopniu przyczynili się do rozwoju gospodarczego miasta. Można tu wymienić stworzone przez nich zakłady: młyn i meblarnię braci Koerpel, młyn Israela Gorzelańczyka i olejarnię Moritza Nathana. Kolejny odpływ ludności żydowskiej do Niemiec nastąpił po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, w 1939 r. w Szamotułach mieszkało tylko 88 Żydów, którzy jesienią tego roku zostali wywiezieni przez Niemców do Generalnego Gubernatorstwa.

Po żydowskich mieszkańcach miasta w przestrzeni miejskiej zostały wzniesione niegdyś przez nich domy (np. ostatnio odnowiona kamienica na narożniku Rynku i ul. Braci Czeskich czy znajdujący się w złym stanie dom na rogu Poznańskiej i Rynku). Nie ma śladu ani po synagodze, podpalonej i zburzonej przez Niemców na poczatku wojny (plac przy skrzyżowaniu Braci Czeskich i Garncarskiej), ani po kirkucie, do którego wchodziło się na narożniku ul. Powstańców Wielkopolskich i dzisiejszej Zamkowej (ta ulica przebiega przez teren dawnego cmentarza żydowskiego).

Ludność niemiecka mieszkała w Szamotułach od początku istnienia miasta, a język niemiecki do XV w. przeważał w życiu miejskim (jeszcze w 1423 r. w kościele św. Stanisława były odrębne nabożeństwa z kazaniami w języku polskim i niemieckim). Napływ ludności niemieckiej, wtedy już wyznania ewangelickiego, nastąpił w czasach zaboru (Szamotuły dostały się pod panowanie pruskie w 1793 r.). Koloniści osiedlali się głównie w Nowym Mieście (okolice dzisiejszego pl. Sienkiewicza). Odpływ ludności niemieckiej nastąpił po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, niewielka część Niemców przyjęła jednak obywatelstwo polskie i pozostała w Szamotułach (w całym powiecie w 1938 r. było 93% Polków). Ostatecznie niemieccy ewngelicy wyjechali po II wojnie światowej.

Pierwszy niewielki kościół ewangelicki powstał na północ od pl. Sienkiewicza jeszcze w 1786 r., obok znajdował się cmentarz ludności tego wyznania. W 1865 r. poświęcony został duży neogotycki kościół (w miejscu dzisiejszego skweru) z wysoką wieżą, który przetrwał do 1958 r., kiedy to wieża kościoła została wysadzona, a reszta budowli rozebrana. W czasie budowy obiektów szkoły rolniczej zlikwidowano także pozostałości cmentarza ewangelickiego. Do dziś przetrwały wzniesione w latach 90. XIX w. charakterystyczne budynki z czerwonej cegły: pastorówka i szpital diakonis (po II wojnie przez wiele lat siedziba sądu i prokuratury), a także szkoła ewangelicka (obecnie OPS).

Dziękujemy wszystkim, którzy wzięli udział w sobotnim spacerze. Zapraszamy na kolejne spotkania!

Zdjęcia Robert Kołdyka i Piotr Mańczak



„Urodzeni w czepku” – kolejny świetny projekt Szamotulskiego Ośrodka Kultury

Już 5 września rozpocznie się cykl warsztatów, w rezultacie których powstaną szamotulskie czepki i kryzy – zapowiada Szamotulski Ośrodek Kultury. Poprowadzi je Halina Krupińska, hafciarka starszego pokolenia, która sztuki tej nauczyła się wiele lat temu od siostry swojej babci i przekazuje ją członkom Zespołu Folklorystycznego „Szamotuły”, w przeszłości wykonała juz wiele elementów stroju dla zespołu. Teraz nauczy tej sztuki wszystkich zainteresowanych.

Ogromną wartością projektu będzie zarchiwizowanie warsztatów w postaci zdjęć i filmów. Będą one służyły przyszłym pokoleniom jako instruktaż.

Więcej szczegółów na stronie http://szok.info.pl/urodzeni-w-czepku/?fbclid=IwAR0Vnk_x2ZAxplIUvbcyKGrsg5Lpdwcg2xtqfiMOKoXj-G3Q8lXhLhld2Ao

W przyszłości z pewnością pokażemy rezultaty tej pracy.


26 sierpnia – święto Matki Bożej Częstochowskiej

Podróżując po Polsce, nie zapominamy o naszym regionie. Ten piękny witraż Matki Bożej Częstochowskiej na tle orła białego zaprojektował Marian Schwartz z Obrzycka, a wykonał szamotulanin Andrzej Kruszona. Znajduje się on w kościele Marii Magdaleny w Wielichowie (powiat grodziski, woj. wielkopolskie), powstał na pamiątkę nawiedzenia obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej w 1977 r. Zwróćmy uwagę na ciekawą koronę orła – przypominamy, że w tym okresie oficjalnym godle Polski korony nie było, przywrócono ją po przemianach 1989 r.



Szamotulanka w Irlandii

Martyna Kaczmarek to młoda artystka, która urodziła się w Szamotułach, ale od kilkunastu lat mieszka z rodziną w Irlandii. Ukończyła sztuki wizualne w Instytucie Technologicznym w Waterford.

W ostatnim czasie najbardziej interesuje się sztuką tworzenia ilustracji. Dwa lata temu wróciła do baśni, podań i legend, przekazywanych jej kiedyś przez babcię Danutę. Zaczęła czytać je na nowo z młodszą siostrą Amelią, urodzoną już w Irlandii. Od niedawna prowadzi własną stronę na FB (Babyblue MK), dla nas stworzyła kolaż, stanowiący nową wersję historii Halszki (o szczęśliwym zakończeniu)  ̶  przeczytać ją pod podanym linkiem (http://regionszamotulski.pl/martyna-kaczmarek-polsko-irlandzka-artystka/). Co roku razem z najbliższymi odwiedza rodzinę w Szamotułach, lubi okoliczne lasy i jeziora, ciasta od Nowaczyńskiego i Gościniec „Sanguszko”.



OSA – tym razem na ludowo

Sierpień to czas realizacji kolejnego projektu Szamotulskiego Ośrodka Kultury. Jest to OSA, czyli Objazdowa Scena Artystyczna, w tym roku prezentująca wartości kultury ludowej (projekt otrzymał dofinansowanie w ramach programu EtnoPolska 2020).

W pewnym sensie kultura ludowa wraca na wieś, gdyż istotą projektu są koncerty, warsztaty oraz gry i zabawy z dawnych odbywające się w różnych wsiach gminy Szamotuły. W tym roku jest to aż 12 wsi. Program tegorocznej edycji jest bardzo bogaty: występ kapeli dudziarskiej wraz z prezentacją instrumentu, prezentacja muzyki regionu w wykonaniu kapeli Zespołu Folklorystycznego „Szamotuły” oraz występ kilku par tanecznych zewspołu we fragmentach Wesela szamotulskiego, konkurs gwarowy, warsztaty z elementami wzorów z haftu szamotulskiego itp.

Dołączamy zdjęcia z pierwszej imprezy z tego cyklu, która odbyła się w Przecławiu.



Matka Boża Zielna w Słopanowie

W tradycji, zwłaszcza ludowej, 15 sierpnia obchodzony jest jako święto Matki Boskiej Zielnej. Temu świętu swoją pracę poświęcił Marian Schwartz z Obrzycka ( Pod drewnianym kościołem w Słopanowie obok figury Matki Bożej Niepokalanie Poczętej zebrała się grupa mieszkańców w strojach ludowych, z przyniesionymi do poświęcenia bukietami ziół, kwiatów ogrodowych czy kłosów; w bukietach przygotowanych na to święto mogły znajdować się też warzywa i owoce. Kiedyś wierzono (teraz czasem starsze pokolenie też wierzy) w ich cudowną moc. Zawieszano je – na przykład – przy obrazach, a w formie wianków również na drzwiach wejściowych domu jako obronę domu przed piorunami i gradobiciem. Suszone poświęcone zioła stosowane były także do okadzania domu, co miało chronić przed chorobami.

Linoryt jest barwiony akwarelami, powstał w latach 80. Udostępnił go nam Andrzej Kruszona.



Maksymilian Ciężki i zwycięstwo w wojnie polsko-bolszewickiej?

Zwykle mówi się roli szamotulanina w rozszyfrowaniu Enigmy – niemieckiej maszyny szyfrującej. A jednak pierwsze doświadczenia kryptologa i radiowca Ciężki zdobył właśnie w latach 1919-1920 r., a rozszyfrowanie depesz armii bolszewickiej odegrało w tej wojnie kluczową rolę.

W sierpniu 1919 r., na rok przed bitwą warszawską, por. Jana Kowalewskiego ze Sztabu Generalnego o zastępstwo na nocnym dyżurze poprosił kolega, którego siostra właśnie wychodziła za mąż. W czasie tego dyżuru Kowalewski, świetnie znający język rosyjski, mający za sobą doświadczenie służby w carskiej armii, rozszyfrował pierwszy telegram armii sowieckiej. Jeszcze w sierpniu 1919 r. w sekcji szyfrów polskiego wywiadu wojskowego utworzony został Wydział II Szyfrów Obcych. Kowalewski wybrał do niego kilku młodych oficerów, wśród nich był Maksymilian Ciężki z Szamotuł – harcerz i powstaniec wielkopolski. Oficerowie z Wydziału II wywodzili się z różnych zaborów, podchodzili do zadań nieszablonowo, a ich dowódca mawiał, że „swędzą ich mózgi”.

Według szacunków prof. Grzegorza Nowika podczas wojny polsko-bolszewickiej Polacy przejęli i odczytali ponad 3 tys. sowieckich szyfrogramów. Dzięki ich pracy – rozszyfrowaniu rozkazu z 13 sierpnia 1920 r., opisującego plan ataku na Warszawę, polski sztab poznał słaby punkt przeciwnika – kiepsko osłonięte południowe skrzydło. W to właśnie miejsce kilka dni później wbiło się polskie kontruderzenie znad Wieprza, które zadecydowało o zwycięstwie.

Oficerowei Biura Szyfrów, lata 20. XX w. 1. z prawej – Maksymilian Ciężki. Źródło: domena publiczna



Kasia Zaraś i Krzysztof Łączkowski w nagraniu autorskiego utworu

W listopadzie ubiegłego roku zadebiutowali razem w Turnieju Ożywiania Słowa O Laur Rodu Górków i zwyciężyli, choć ich pierwsza próba odbyła się pięć dni przed występem. Już wtedy Krzysztof zagrał Kasi szkic jednego ze swoich utworów. Kilkanaście taktów tak jej się spodobało, że postanowiła napisać słowa i zrobić z nich piosenkę. Zaprezentowali ją w czasie recitalu w szamotulskim kinie pod koniec lutego, a później nagrali. Jest to ich pierwszy całkowicie autorski utwór: Krzysztof Łączkowski − muzyka, aranżacja, wykonanie i produkcja muzyczna, Kasia Zaraś − tekst i śpiew. Przypominamy, że Kasia jest tegoroczną absolwentką szamotulskiego Liceum im. ks. Piotra Skargi, a Krzyś ukończył 1. klasę tej szkoły.

Zapraszamy do wysłuchania utworu!



Kościół św. Jana Chrzciciela w Pniewach

Do grupy dawnych kościołó ewangelicjich w naszym regionie należy kościół św. Jana Chrzciciela w Pniewach (zdjęcie kilka dni temu wykonał Łukasz Wlazik z SzamoDron). Budynek na planie krzyża wzniesiono w połowie XIX w. dla utworzonej w 1837 r. samodzielnej gminy ewangelickiej w Pniewach. Po kilkunastu latach dobudowano wysoką pięciokondygnacyjną wieżę-dzwonnicę, na planie kwadratu z ostrosłupowym chełmem.

Po II wojnie światowej początkowo kościół przekazano w administrację parafii katolickiej (św. Wawrzyńca), później władze odebrały budynek, chcąc przeznaczyć go na dom kultury lub ratusz, w końcu jednak przekształcono go w pomieszczenia magazynowe Gminnej Spółdzielni. Przez 30 lat takiego użytkowania (magazyn zboża, mebli i materiałów budowlanych) świątynia została zdewastowana, zachowała się tylko ambona i empory (drewniane balkony). W 1982 r. budynek przekazano Kościołowi katolickiemu, a w 1990 r. utworzono parafię św. Jana Chrzciciela. Świątynia zachowała skromny wystrój, charakterystyczny dla kościołów protestanckich. Kilkanaście dni temu, 1 sierpnia 2020 r., proboszczem obu dotychczasowych pniewskich parafii: św. Wawrzyńca i św. Jana Chrzciciela został pochodzący z Szamotuł ks. Wojciech Słomiński.

Inne kościoły poewangelickie w powiecie szamotulskim to kościoły w Nojewie (gmina Pniewy), Piotrowie (gmina Obrzycko) i w Wartosławiu (gmina Wronki). Opustoszałe stoją dawne kościoły w Dusznikach i Obrzycku.



Szamotuły dawniej i dziś

Wojciech Andrzejewski przygotował serię kilkudziesięciu par zdjęć: pocztówka sprzed 100 lat i zdjęcie współczesne (jego autorstwa). Prezentujemy tu dwie takie pary zdjęć.

Pierwsza para przedstawia siedzibę dzisiejszego Urzędu Miasta i Gminy i Starostwa Powiatowego, dawniej oba budynki należały do starostwa (landratury). Najpierw (prawdopodobnie w latach 80. XIX w.) powstała część budunku od strony ul. Dworcowej (z wejściem i lewe skrzydło), na początku XX w. dobudowano prawe skrzydło i część gmachu od ul. Wojska Polskiego (wówczas Strzeleckiej). Około 1912 r. wzniesiono willę służącą jako mieszkanie starosty i jego zastępcy, czyli obecny główny gmach starostwa.

Druga para prezentuje narożnikowe kamienice przy Rynku i ulicę Braci Czeskich (do 1956 r. była to Szeroka). Oba budynki pochodzą z początku XX w. Dom nr 18 został całkowicie zrewitalizowany przez prywatnego inwestrora w roku ubiegłym. Budynek nr 17 na razie ma wymieniony dach i odnowioną elewację; stanowi on własność miasta. Obie kamienice nie straszą już, lecz zdobią szamotulski rynek.

Widokówki pochodzi z ok. 1918 r., własność Muzeum – Zamek Górków.



Franciszkanie ponownie w Szamotułach

1 sierpnia 2020 r. posługę w parafii św. Krzyża ponownie objęli franciszkanie. O godz. 18.30 odbyła się msza św. pod przewodnictwem biskupa Damiana Bryla i prowincjała franciszkanów o. Bernarda Marciniaka. Nowym proboszczem został o. Eryk Katulski, który przez wiele lat był misjonarzem w Boliwii. Oprócz niego w Szamotułach pracować będzie jeszcze trzech innych ojców franciszkanów. Serdecznie witamy!

Prezentowane pocztówki pochodzą z początku XX w., w tym czasie w zabudowaniach klasztoru mieściła się Komenda Powiatowa Uzupełnień (Bezirkskommando), która prowadziła koszary, rejestr rezerwistów i poborowych (od 1836 r.; w okresie międzywojennym funkcja tego miejsca się nie zmieniła). Kasata zakonu franciszkanów – reformatów przez władze pruskie nastąpiła w 1839 r., ale już wcześniej ograniczano liczbę zakonników (w Szamotułach ostatni franciszkanin zmarł w 1832 r.). Ciekawe, jak teraz zmieni się to miejsce.

Źródło pocztówek: aukcja internetowa i książka Szamotuły na dawnej pocztówce. 1898-1939 (Muzeum – Zamek Górków, Szamotuły 2000).



Pamiętajmy o powstańcach warszawskich

W sobotę, 1 sierpnia, delegacje Wielkopolskiego Stowarzyszenia Pamięci Armii Krajowej koło w Szamotułach oraz Szamotulskiego Stowarzyszenia Rekonstrukcji Historycznych „Orzeł” zebrały się na szamotulskiej nekropolii. Dokładnie o godz. W, czyli 17.00, kiedy to 76 lat temu wybuchło powstanie w Warszawie, uczcili minutą ciszy pamięć o powstańcach. Następnie zapalone zostały znicze na grobie Leona Michalskiego – szamotulanina, który czynnie uczestniczył w walkach powstańczych w sierpniu i wrześniu 1944 r. W uroczystościach brali udział przedstawiciele rodziny powstańca – córka oraz zięć. Znicze zostały złożone również na grobach żołnierzy Armii Krajowej pochowanych na szamotulskim cmentarzu oraz pod Głazem Pamięci przy Bazylice.

Na szamotulskim cmentarzu pochowani są także dwaj kapelani powstania: ks. płk Henryk Szklarek-Trzcielski i ks. Alojzy Jakubczak.

Zdjęcia przy grobie Leona Michalskiego, razem z delegacjami stoi tam córka Ewa Michalska-Czajka.



Cezary Rajpert – Rynek w Szamotułach

Szamotulski artysta Cezary Rajpert zaprezentował niedawno na swojej stronie nowe rysunki przedstawiające szamotulski Rynku z jego charakterystycznymi punktami: słupem ogłoszeniowym z zegarem i krzyżem (technika – ołówek i mix media).



Cafe Piosenka z Piotrem Mikołajczakiem

Gościem jednego z lipcowych odcinków programu rozrywkowego TVP był Piotr Mikołajczak – artysta pochodzący z Szamotuł, kompozytor, muzyk i producent filmowy. Zapraszamy do obejrzenia programu pod dołaczonym linkiem.


Szamotuły, 02.08.2020

SIERPIEŃ 2020


Zapowiedź warsztatów:


IMPREZY I KONCERTY

Minione

W sierpniu:

Wykłady otwarte o muzyce dawnej i jej związków ze współczesnością – prof. Alina Mądry
15.08 godz. 15:30 – 16:30; miejsce: Szamotulski Ośrodek Kultury

Warsztaty śpiewu – Joanna Sykula Sykulska
terminy: 15.08, 16.08 godz. 17:00 – 19:00
19.08, 26.08, 27.08 godz. 18:00 – 20:00; miejsce: Szamotulski Ośrodek Kultury

Warsztaty produkcji muzyki elektronicznej – Patryk Lichota
terminy: 15.08, 16.08 godz. 17:00 – 19:00; miejsce: Szamotulski Ośrodek Kultury
terminy: 19.08 18:00 – 20:00; miejsce: Kino Halszka

Warsztaty rytmiczne i z ludowej muzyki tanecznej – Jacek Hałas
terminy: 26.08, 27.08 godz. 18:00 – 20:00; miejsce: Kino Halszka

Warsztaty field recording – Hubert Wińczyk
terminy: 26.08, 27.08 godz. 18:00 – 20:00; miejsce: Szamotulski Ośrodek Kultury


KINO

Aktualności – sierpień 20202025-02-24T18:38:01+01:00

Zygmunt Budzyński – ojciec, sędzia, wiezień oflagu

Zygmunt Budzyński − ojciec, sędzia, więzień oflagu

część 1. Ewa Krygier, Portret Ojca

Moja wiedza o Ojcu składa się z informacji, czasem drobnych, a jego portret powstał w mojej głowie i sercu w nieznacznym tylko stopniu na podstawie moich własnych doświadczeń i obserwacji. Składają się na niego przede wszystkim wspomnienia najbliższej rodziny i znajomych, listy, pisane do nas regularnie przez sześć lat z oflagu, z których do dziś zachowało się zaledwie kilka, bo większość spłonęła w powstaniu warszawskim i wreszcie niezbyt liczne zdjęcia uratowane z wojennej pożogi.

Uświadomiły mi to dwie informacje o Ojcu, które dotarły do mnie w ciągu ostatnich miesięcy. Pierwsza dotyczy jego działalności w Lidze Morskiej i Kolonialnej. Z notatek prasowych, udostępnionych przez Muzeum Ziemi Wronieckiej, dowiedziałam się, że w 1933 roku mój Ojciec został prezesem miejscowego oddziału tej organizacji, która na kilkanaście dni przed moimi narodzinami zorganizowała we Wronkach bogate obchody Święta Morza.


„Gazeta Szamotulska”, 29.06.1933


Niedawno wpadły mi także w ręce dwie inne wzmianki prasowe dotyczące mojego Ojca. Na początku kwietnia 1933 roku w „Gazecie Szamotulskiej” ukazała się informacja, że „sędzia Budzyński otrzymał awans na sędziego okręgowego i przeniesiony zostaje do Poznania”. Okazało się to żartem primaaprilisowym, wyjaśnionym w kolejnym numerze w ten sposób: „We Wronkach ogólnie ceniony i lubiany p. sędzia Z. Budzyński będzie nadal urzędował. Na razie awansu na sędziego okręgowego nie było”. Dziennikarz o dwa lata wyprzedził rzeczywistość, sędzią okręgowym Ojciec został bowiem dwa lata później.

Bezpośredni kontakt z Ojcem miałam jedynie w pierwszych latach życia (Wronki: 1933-35, Poznań: 1935-38 i Warszawa: pierwsze półrocze 1939 r.) i niewiele z tych czasów pamiętam. Lato 1939 roku Ojciec spędził na ćwiczeniach wojskowych, a w końcu sierpnia wyruszył na wojnę. Spotkaliśmy się dopiero w listopadzie 1945 roku w Szamotułach, a po kilku dniach wyruszył do Gorzowa, bo tam właśnie otrzymał posadę sędziego i mieszkanie po niemieckim krawcu, który został przesiedlony w głąb Niemiec.

Rodzice postanowili osiedlić się na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Wpłynęło na to kilka przyczyn, głównie obawa o losy Ojca − przedwojennego sędziego i pracownika ministerstwa Sprawiedliwości − w nowej rzeczywistości politycznej. Bezpieczniej było wtopić się w masę ludności szukającej nowego miejsca do życia na ziemiach zachodnich.

Ojciec, zajęty organizowaniem sądu w Gorzowie oraz urządzaniem naszego przyszłego mieszkania, chyba tylko raz na 2 lub 3 dni w czasie Świąt Bożego Narodzenia 1945 roku pojawił się w Szamotułach. My: Mama, Babcia, brat i ja mieliśmy dołączyć do niego w lutym 1946 roku. Niestety, na początku lutego Ojciec zginął tragicznie − utonął w Noteci w drodze na sesję wyjazdową sądu w Drezdenku.


To zdjęcie poznałam dopiero w tym roku. Ojciec przemawiający na trybunie na uroczystości z okazji Święta Morza we Wronkach, 29 czerwca 1933 r. Obok przy motocyklu burmistrz Stanisław Ratajczak. Zdjęcie – własność Muzeum Ziemi Wronieckiej


Miałam wtedy 12 lat. Dlatego mój obraz Ojca to przede wszystkim zlepek opowieści o nim, a nie własnych obserwacji. I dlatego przez wiele lat sama „malowałam” na własny użytek jego portret. Co wiem na pewno o Ojcu, o którym zawsze w domu mówiło się „Tatuś”?

Był człowiekiem mądrym, ambitnym, wytrwale dążącym do obranego we wczesnej młodości celu. Urodził się w 1900 roku w Guźlinie, wsi graniczącej z Brześciem Kujawskim, w rodzinie zamożnego gospodarza. Miał starszą siostrę, która zmarła w dzieciństwie, oraz sześcioro młodszego rodzeństwa (4 braci i 2 siostry). To właśnie mój Ojciec miał przejąć gospodarstwo, ale on marzył o zdobyciu wyższego wykształcenia. Oświadczył, że rezygnuje ze spadku i wyruszy w świat. Rodzice zrozumieli, że gospodarza z niego nie zrobią i zgodzili się na jego wyjazd.

Najpierw ukończył gimnazjum w Płocku, później Wydział Prawa na Uniwersytecie Poznańskim, po studiach odbył roczne obowiązkowe szkolenie wojskowe (zakończone uzyskaniem stopnia podporucznika rezerwy). Jako sędzia grodzki pracował przez kilka lat we Wronkach, potem w 1935 roku awansował − został sędzią okręgowym w Poznaniu, a w 1938 − sędzią apelacyjnym w Warszawie. Te kolejne awanse były wyłącznie zasługą Ojca, efektem jego zdolności, pracowitości i z pewnością również prawości. Na pewno nie kryły się za nimi jakieś układy czy rodzinne powiązania. Jak twierdzili jego koledzy, Ojciec nie lubił przenosin, przywiązywał się do ludzi i miejsc, „sędziego Budzyńskiego nie cieszyły awanse” – mówiono.

Niespełnienie początkowych oczekiwań rodziców nie miało żadnego wpływu na ich późniejsze stosunki z synem. Wspierali go w miarę swoich możliwości, musieli przygotować do życia jeszcze kilkoro młodszych dzieci. Mój Ojciec starał się zarabiać na swoje życie podczas nauki i studiów: udzielał korepetycji, jako student związał się z Polskim Stronnictwem Ludowym „Piast”, pisywał artykuły do „Włościanina”. W redakcji tego pisma poznał też swoją przyszłą żonę − Halinę Kędzierską. Każde wakacje, również te późniejsze z moją Mamą i ze mną, spędzał w Guźlinie, z zapałem pomagał w pracach polowych w gorącym okresie żniw.

Z rodzinnego domu Ojciec wyniósł wiarę, którą gorliwie praktykował. I znowu we wspomnieniach, listach, różnych materiałach znajduję na to dużo dowodów. Bardzo często w jego listach z oflagu pojawiają się informacje o odprawianych przez kapelana obozowego w naszej intencji mszach św., na przykład w dniu mojej I komunii św., z okazji różnych świąt. Szczególnie wzrusza mnie list z 29 września 1944 roku, w którym Ojciec napisał: „Ukochani moi! Nie możecie sobie wyobrazić, jak się ucieszyłem, gdy po wielu tygodniach strasznego niepokoju o Was otrzymałem Waszą kartkę i to na drugi dzień po nabożeństwie odprawianym w tutejszej kaplicy na Waszą intencję”. Tak zareagował Ojciec na wiadomość, że wszyscy wyszliśmy żywi z powstania warszawskiego”. Pod koniec 1944 roku Ojciec przysłał mi modlitewnik Ku Tobie, Panie…, wydany w 1942 roku nakładem Biura Opieki nad Jeńcami Wojennymi w Lyonie; dedykację dla mnie wpisał kapelan oflagu w Dössel. Po śmierci Ojca Mama otrzymała z Gorzowa pismo podpisane przez biskupa Edmunda Nowickiego, w którym oprócz wyrazów współczucia znalazły się słowa: „Kuria Administracji Apostolskiej korzystała z ofiarnej współpracy śp. Męża W. Pani, Sędziego Zygmunta Budzyńskiego. Śp. Sędzia Zygmunt Budzyński w ciągu działalności swojej okazał się nie tylko bardzo wybitnym prawnikiem, ale pełnym przywiązania synem Kościoła, poświęcającym wolne swe chwile trudom utwierdzania sprawy Bożej na Odzyskanych Ziemiach”.


Modlitewnik przysłany przez Ojca z oflagu


W sądzie Ojciec był konsekwentny i wymagający. Nie znam, oczywiście, jakichś konkretnych spraw, które prowadził. W naszym domu po wojnie wspominało się jeden proces z czasów wronieckich. Otóż kiedyś Ojciec sądził lekarza, dra K., który po latach w Szamotułach został naszym „domowym” lekarzem i pewnie nie kojarzył sobie tamtego sędziego z nami. Otóż do tego lekarza dotarł furą w śnieżycę późnym wieczorem przerażony chłop, którego żona nie mogła urodzić, błagając lekarza, żeby z nim pojechał, a ten odmówił. Kobieta i dziecko zmarły. Chłop podał lekarza do sądu. Ten się wybronił (był po wielogodzinnym dyżurze, pił alkohol…). Ojciec go uniewinnił, ale w komentarzu stwierdził, że lekarz chyba nieprędko zapomni twarz błagającego go o pomoc człowieka.

Niewiele potrafię powiedzieć na temat politycznych poglądów Ojca. Wiem z opowiadań kuzyna Mamy − wujka Andrzeja Janika i samej Mamy, że wiódł w rodzinnym gronie spory na temat Józefa Piłsudskiego, którego był gorącym zwolennikiem; miał twierdzić, że przewrót majowy wprowadzi w Polsce porządek. On − wychowany w zaborze rosyjskim − nie podzielał poglądów brata Babci, endeka, wychowanego w zaborze pruskim. Widocznie spory polityczne przy rodzinnym stole to nie tylko specjalność ostatnich lat.


Rodzice ze mną, ok. 1935 r., Poznań. Mama trzyma w ręce moją ulubioną czarnoskórą lalkę


Mój Ojciec miał wielu przyjaciół, którzy wspierali nas w czasie okupacji i po wojnie. Szczególnie mocno zapadli w moją pamięć znajomi z czasów wronieckich − państwo Dębińscy (on był naczelnikiem więzienia we Wronkach, a potem w Dubnie), którzy przygarnęli nas we wrześniu 1939 roku, gdy specjalnym pociągiem, wraz z innymi rodzinami pracowników ministerstwa sprawiedliwości, uciekliśmy z Warszawy i zatrzymaliśmy się w Dubnie.

Pamiętam dobrze żonę zmarłego jeszcze przed wojną adwokata z Wronek − panią Musiełową, z którą po powstaniu warszawskim spotkaliśmy w Krakowie. Utrzymywała się wtedy z wypieku ciastek. Kiedy moja Mama ranna w czasie oblężenia Krakowa leżała w szpitalu, pani Musiełowa zatrudniła mnie do roznoszenia ciastek po kawiarniach. Dzięki niej w wieku 12 lat zdobywałam trochę pieniędzy dla rodziny.

Jako przyjaciel naszej rodziny sprawdził się też dawny burmistrz Wronek Stanisław Ratajczak, który po śmierci Ojca utrzymywał z nami serdeczne kontakty, a do władz Szamotuł wystosował specjalne pismo z prośbą o wsparcie dla nas.

I wreszcie cecha szczególnie dla mnie ważna − wielka miłość do rodziny. Naszą Mamę Ojciec wprost uwielbiał. Poznał ją, gdy miała kilkanaście lat, a on był o 8 lat starszym od niej studentem. Pobrali się w 1930 roku, po kilku latach jego pracy we Wronkach. Pewna wronczanka po latach opowiadała mi, jaką piękną stanowili parę: on – wysoki, postawny, ona – mała, z szopą ciemnych włosów. Gdy spacerowali po mieście, widać było, że są w sobie bardzo zakochani! Mama – pełna werwy, łatwo nawiązująca kontakty z ludźmi, ojciec – bardziej poważny, stonowany.


„Gazeta Szamotulska”, 18.02.1930 r.


Wiem z opowiadań mojej Babci ze strony mamy, jak gorąco, emocjonalnie Ojciec reagował na moje, a po kilku latach mojego brata, narodziny. Fakt, że był uwielbiany przez swoją teściową, jest najlepszym dowodem na to, jak bardzo rodzinnym człowiekiem był mój Ojciec. Dowody na jego miłość do nas można odnaleźć w listach, które pisał do nas z oflagu.

Najbardziej namacalnym dowodem miłości Ojca do najbliższych i poczucia odpowiedzialności za nich jest fakt, że bez wahania, najszybciej, jak to możliwe, wrócił do kraju, mimo że lekarze zalecili mu kurację we Włoszech. Pod koniec wojny Ojciec zachorował bowiem na gruźlicę i zdążył ją tylko zaleczyć w takim stopniu, by nie zagrażać otoczeniu. Nie przestraszył się też − w dużym stopniu słusznych − ostrzeżeń, że wracający z zachodu oficerowie mogą zostać zesłani na wschód, żeby tam „paśli białe niedźwiedzie” (tak to obrazowo przedstawiano).

W późniejszych latach Mama często wspominała lata spędzone z Ojcem, a potem także ze mną, we Wronkach. Rodzice mieszkali w służbowej willi blisko więzienia przy ul. Lipowej (w czasach PRL-u była to ul. Róży Luksemburg). Czasem też przychodzili więźniowie pod nadzorem strażnika i przeprowadzali jakieś naprawy lub skopywali ogród. Mama z łatwością nawiązywała z nimi kontakt. Kiedyś spytała jednego z więźniów, który wydawał jej się szczególnie sympatyczny, za co siedzi. Ten odpowiedział, że za „chustę”. Jak się potem okazało, w języku więźniów znaczyło to, że zabił swoją narzeczoną, uderzając ją siekierą w głowę. U rodziców mieszkała służąca Aniela, która przyjechała ze wsi. Mama bardzo ją lubiła. Ona gotowała i sprzątała, a razem z mamą piekły ciasta i stale przemeblowywały mieszkanie. Kiedy Tatuś wracał z sądu, nigdy nie wiedział, w którym pokoju wylądują które meble.

Rodzice prowadzili bardzo ożywione życie towarzyskie. Często grywano w brydża. Jak opowiadała Mama, tylko kiepski partner brydżowy mógł ojca wyprowadzić z równowagi. Potrafił wtedy powiedzieć nieszczęśnikowi, że jest taka piękna gra „w klipę”, na którą mógłby się przerzucić. Nazwiska i funkcje różnych mieszkańców Wronek pojawiały się często w opowieściach Mamy. W brydża grywało się, na przykład, z proboszczem i przeorem klasztoru. Prowadzili oni ze sobą „podjazdową wojnę” o dusze. Proboszcz, żartując, twierdził, że nie pójść w niedzielę do kościoła to grzech śmiertelny, a pójść do klasztoru – to grzech powszedni. W spotkaniach uczestniczył także mecenas Musieł i jego żona. Rodzice przyjaźnili się także z burmistrzem Ratajczakiem i jego żoną. Z wronieckich czasów Mama wspominała dwie jego opowieści. Twierdził, że gości trzeba zawsze odprowadzać na dworzec, „żeby mieć pewność, że wyjechali”. Kiedy we Wronkach zaczęto mówić, że jeden z zakonników wdał się w jakiś romans i zostanie przeniesiony, burmistrz powiedział do niego: „Ja myślałem, że braciszek u nas ojcem zostanie, a tu braciszek dokądś się przenosi”.


Mieszkaliśmy w domu po przeciwnej stronie ul. Lipowej.


Pamiętam opowiadania o doktorze Zimniaku i doktorze Jewasińskim. Na punkcie zdrowia najbliższych (i chyba także własnego) Ojciec był wyraźnie przeczulony. Podobno twierdził, że lepiej 99 razy wezwać lekarza niepotrzebnie, niż zrobić to za późno. Dotyczyło to głównie mnie, bo w pierwszych miesiącach życia miałam poważne problemy zdrowotne (alergia na mleko, wysypki, drgawki itp.). Rodzice szukali pomocy u wronieckich lekarzy i prof. Zeylanda w Poznaniu. Dr Ignacy Zimniak i prof. Janusz Zeyland mają teraz swoje ulice, a ja żartuję, że dostałam od nich takiego „kopa”, który zapewnił mi długie życie i że w pewnym stopniu mnie te ulice zawdzięczają!

Okres wroniecki był chyba w życiu moich rodziców bardzo ważny, mnie wręcz jawi się jako „sielski i anielski”. Opowieści o tamtym szczęśliwym, pełnym miłości okresie sprawiły, że do dziś Wronki darzę specjalnym sentymentem, cieszą mnie sukcesy miasta i marki znane w świecie. Spędziłam tam zaledwie dwa pierwsze lata życia. Po epizodzie poznańsko-warszawskim od 12. roku życia mieszkam w Szamotułach. To miasto przygarnęło nas w najtrudniejszym okresie życia, znaleźliśmy wielu życzliwych ludzi, tu zbudowałam swój własny, szczęśliwy dom z mężem − szamotulaninem z krwi i kości, dziećmi zafascynowanymi (podobnie jak ich ojciec) ziemią szamotulską. Dla mnie Szamotuły to rzeczywistość, a Wronki to taka trochę baśniowa kraina z dawnych lat. Może ma na to wpływ fakt, że osiedliłam się w Szamotułach dlatego, że straciłam w tragicznych okolicznościach Ojca?


Zdjęcie Ojca z czasów przedwojennych i jego list z oflagu adresowany do mnie (1944 r.)


Może ktoś uznać, że ten portret Ojca jest wyidealizowany. Pewnie jest w tym trochę racji. Ojciec był fizycznie blisko mnie w czasie, którego nie pamiętam. Jego obraz stworzyłam z „okruchów”, do których dotarłam. Kiedy patrzę na życie z perspektywy mojego podeszłego wieku, dochodzę do wniosku, że łatwiej jest żyć, gdy wierzy się, że „świat nie jest taki zły”, jak śpiewała Halina Kunicka, że jest w nim też dużo dobra. Może to brzmi naiwnie, ale niech tak zostanie…

Szamotuły, lipiec 2020 r. 


Część 2. Wojenne losy i śmierć Zygmunta Budzyńskiego

(fragmenty książki Sześć lat dzieciństwa, sześć lat wojny. Wspomnienia wojenne Ewy Krygier z komentarzem historycznym Agnieszki Krygier-Łączkowskiej i Halszki Łączkowskiej, Poznań 2012)

Pamiętam atmosferę sierpnia 1939 roku. Tatuś, podporucznik rezerwy, został powołany na ćwiczenia wojskowe […]. W ostatnich dniach sierpnia zjawił się na krótko w domu, żeby się z nami pożegnać. Pamiętam, jak odprowadzałyśmy go z Mamą do Placu Zamkowego. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że rozstajemy się na 6 lat. Tatuś w pierwszych dniach wojny w okolicach Kępna został wzięty do niewoli, a potem do końca wojny przebywał w oflagu.

Zygmunt Budzyński 8 lipca 1939 roku jako podporucznik rezerwy został powołany do utworzonego pod koniec marca 1939 1 Pułku Kawalerii Korpusu Ochrony Pogranicza, dowodzonego przez podpułkownika kawalerii Feliksa Kopcia. Korpus Ochrony Pogranicza był formacją utworzoną we wrześniu 1924 roku; jej celem było wzmocnienie granicy wschodniej oraz zapewnienie ładu na Kresach Wschodnich. Na początku roku 1939 – w obliczu zagrożenia niemieckiego – z Korpusu wydzielono pododdziały przeznaczone na front polsko-niemiecki. W marcu 1939 roku zaczęto je przerzucać na zachód Rzeczypospolitej, na ich bazie sformowano między innymi dwie rezerwowe dywizje piechoty, jedną brygadę górską i wspomniany pułk kawalerii. Zygmunt Budzyński otrzymał przydział dowódcy plutonu w 5. szwadronie tegoż pułku (szwadron nosił nazwę „Żurno”). Dowódcą szwadronu był rotmistrz Kazimierz Minecki, zastępcą dowódcy – porucznik Mieczysław Perzyński. Obaj w początkowym okresie wojny znaleźli się w tym samym oflagu co Zygmunt Budzyński.

1 Pułk Kawalerii Korpusu Ochrony Pogranicza został przydzielony do Armii „Łódź”. Przez całe lato poszczególne szwadrony, stopniowo uzupełniane, odbywały intensywne ćwiczenia bojowe; szwadron 5. stacjonował wówczas w Opatowie i Łęce Opatowskiej, dowództwo pułku mieściło się w cukrowni w Wieluniu. 5. i 6. szwadron pułku weszły w skład 1 Oddziału Wydzielonego 10 dywizji piechoty Armii „Łódź” pod dowództwem pułkownika Jana Ziętarskiego. Zadaniem Oddziału Wydzielonego było obsadzenie odcinka granicy państwa pomiędzy Wieruszowem a Kępnem oraz rozpoznanie sił nieprzyjaciela na tym odcinku, a następnie przejście do osłony prawego skrzydła 10 dywizji piechoty. 1 września 1 Oddział Wydzielony walczy w rejonie Ostrzeszowa i Kępna z oddziałami 8 armii niemieckiej, 2 września, kontynuując walkę, wycofuje się za Prosnę.

3 września cały 5 szwadron rotmistrza Kazimierza Mineckiego dostał się do niewoli. Z dokumentu podpisanego przez dowódców Zygmunta Budzyńskiego wynika, że nastąpiło to w lesie koło wsi Kierzenko, ok. 6 km na północny-wschód od Kępna (wschodnią ścianą lasu przebiega obecnie granica między województwem wielkopolskim i łódzkim).


Dokumenty dotyczące wojennych losów Ojca i jego listy przekazaliśmy kilkanaście lat temu do Muzeum – Zamku Górków w Szamotułach


Z oflagu Tatuś pisał do nas listy i kartki szczególnego formatu – odrywało się drugą część i tylko na niej można było odpisywać. W miarę naszych skromnych możliwości wysyłaliśmy do oflagu paczki żywnościowe – tylko wtedy, gdy dostaliśmy od Tatusia specjalny przekaz. Wielką radość sprawiały nam paczki przysyłane z oflagu: były w nich pięknie inkrustowane pudełka, rzeźbione w drewnie figurki. Kiedyś brat dostał wspaniałego husarza. Oficerowie, których zgodnie z międzynarodową konwencją nie wolno było zmuszać do niewolniczej pracy, różnie wypełniali sobie czas – Tatuś nauczył się w oflagu języka angielskiego, a dzięki współtowarzyszowi ze swojego baraku opanował sztukę rzeźbienia.

Większość listów pisanych przez Zygmunta Budzyńskiego z oflagu w latach 1939-VIII 1944 przepadła w powstaniu warszawskim. Zachowały się dwa, które jego żona miała przy sobie. W pierwszym, datowanym na czerwiec 1944, Zygmunt Budzyński szczegółowo opisywał zawartość wysłanej do rodziny paczki, która nie zdążyła już do niej trafić. Były w niej kolejne rzeźbione pudełka i okładki do albumu do zdjęć.

Mając świadomość zbliżającego się frontu, w ostatnim liście sprzed powstania Zygmunt Budzyński pisał:

VII 1944 r.

„Piszę dziś do Was, nie czekając już dłużej na list, bo bardzo zależy mi na dalszych listach od Ciebie, tym bardziej, że nie wiadomo, jak długo jeszcze będziemy mogli do siebie pisywać (…). Niepokoję się teraz znów bardzo o Was, bo nie wiadomo, jakie wam jeszcze sądzone jest przechodzić koleje wojny. U mnie nic nowego – ciągle te same nudy i niepokój o Was”.

Z prac rzeźbiarskich Zygmunta Budzyńskiego wykonanych w oflagu zachowała się tylko jedna. Jest to okrągła szkatułka, którą otrzymała siostra Zygmunta Maria Matusiak;  stąd umieszczone na niej inicjały MM.

W Dӧssel – podobnie jak w innych obozach jenieckich – prowadzono szeroko zakrojoną akcję oświatową, rozwijało się życie kulturalne i artystyczne. W obozie działało koło nauczycieli (kształcące na poziomie wyższym na kierunkach: pedagogika, geografia, filologia polska, historia, matematyka, fizyka, muzyka i wychowanie fizyczne) oraz koło ekonomistów i prawników; jest duże prawdopodobieństwo, że do tego ostatniego należał Zygmunt Budzyński. Dużym powodzeniem cieszyły się kursy języków obcych: angielskiego, francuskiego, hiszpańskiego, rosyjskiego i niemieckiego.

Jeńcy redagowali dwa tygodniki: polityczno-kulturalne Komentarze oraz społeczno-polityczne 7 kresek w kalendarzu, autorem wielu artykułów w tym ostatnim piśmie był Adam Rapacki, późniejszy minister spraw zagranicznych PRL-u (w latach 1956-1968). Istniała 52-osobowa orkiestra symfoniczna, orkiestra kameralna, orkiestra kościelna, 10-osobowy zespół jazzowy, 16-osobowa orkiestra taneczna i chór rewelersów. Organizowano wystawy obozowych artystów plastyków, funkcjonowała biblioteka, a obozowy teatr dał ponad sto przedstawień. Dbano także o utrzymanie sprawności fizycznej więźniów.


Pudełko wykonane przez Ojca w oflagu


W czasie pobytu w Zakrzowie [po powstaniu warszawskim] Mama skontaktowała się ze swoją kuzynką Bożeną Rucińską, która wywieziona z Obornik wraz z mężem, synem, matką i wujem, znalazła schronienie w Krakowie. Jak się okazało, Rucińscy szukali nas przez RGO i ogłoszenia w gazetach. Z kartki przysłanej przez Rucińskich, w której zapraszali nas do przyjazdu do Krakowa, dowiedzieliśmy się też, że rozpaczliwie poszukuje nas Tatuś.

Tymczasem Mama zaraz po naszym przybyciu do Zakrzowa napisała do oflagu zwykłą kartkę, która na szczęście po dłuższej wędrówce do niego dotarła. Tatuś natychmiast odpisał, adresując do Zakrzowa, ale list dotarł do nas, gdy byliśmy już w Krakowie.

Leży przede mną wyblakły już list o dziwnym kształcie: na górze napis po niemiecku i polsku: „Na tej stronie pisze wyłącznie jeniec wojenny! Pisać tylko ołówkiem, wyraźnie i nad liniami!” A dalej Tatuś: „29 września 1944. Ukochani moi! Nie możecie sobie wyobrazić, jak się ucieszyłem, gdy po wielu tygodniach strasznego niepokoju o Was otrzymałem Waszą kartkę i to na drugi dzień po nabożeństwie odprawionym w tutejszej kaplicy na Waszą intencję…” Nie do końca chyba Tatuś wierzył, że wszyscy przeżyliśmy to piekło, bo w liście z 16 października 1944 pisał: „Czy dzieci zdrowe? − niech koniecznie do mnie napiszą, żebym mógł wierzyć, że naprawdę żyjecie wszyscy”.

Natychmiast po otrzymaniu informacji, że rodzina przeżyła powstanie, Zygmunt Budzyński zaczyna kompletować paczkę dla najbliższych. O tym, że nie ma zgody na jej wysłanie, a następnie o niepokoju związanym z tym, czy przesyłka dotrze do adresata, wspominał w kilku listach.

Listy Zygmunta Budzyńskiego pełne są niepokoju o najbliższych: o ich stan fizyczny i nerwowy. Kilkakrotnie powtarza się w nich próba pocieszenia rodziny po stracie wszystkiego. Jak wspomina Ewa Krygier, zaraz po wojnie jej ojciec Zygmunt pytał żonę, co myślała, kiedy widziała, jak płonie ich dom w Warszawie. Halina odpowiedziała, że nic nie myślała. Dla jej męża, który lata wojny spędził w odosobnieniu, strata ta wydawała się czymś bardziej istotnym, niż dla Haliny, która przez wiele dni w każdej chwili stracić mogła życie.



Fragmenty listów Zygmunta Budzyńskiego do żony i dzieci (te listy docierały już do Krakowa):   

29.09.1944 r.

„Kochanie! Jestem zupełnie zdrów, jak i nasi wspólni znajomi. Staram się wysłać Ci paczkę z bielizną, papierosami amerykańskimi i angielskimi, czekoladą, kakaem, kawą – koledzy się złożyli, nie mam pewności jednak, czy dojdzie. Zrobię wszystko, by wysłać, dojście nie w mojej mocy. Jak Wasze zdrowie, czy nie przeziębiacie się, jak dzieci? Pisz, Kochanie, pisz o wszystkim, nic nie ukrywaj przede mną”.

16.10.1944 r.

„Koledzy dali mi na ten cel bieliznę, swetry, szale, rękawiczki, paręset papierosów amerykańskich i angielskich, herbaty angielskiej itp., obym tylko mógł tym ulżyć Waszej ciężkiej doli. Obecna pora roku przejmuje mnie grozą, gdy o was myślę – a nie ma chwili, bym o Waszym losie nie myślał”.

08.11.1944 r.

„Kochanie moje najdroższe! Wczoraj otrzymałem Twoją kartkę z 23.10. Ucieszyłem się bardzo, że macie chociaż dach nad głową i serdeczną opiekę. Zapomnijcie szybko o stracie i przeżyciach – tyle ludzi w tej wojnie utraciło wszystko i co dzień traci. Da Bóg przeżyć do końca, a życie ułoży się znów. Ja z resztą tak przyzwyczaiłem się do mieszkania w baraku i kontentowania się najmniejszym, że na pewno nigdy nie będę narzekał”.

10.11.1944 r.

„Ukochane moje maleństwa! Już drugi raz w swoim krótkim życiu musieliście iść na tułaczkę – tatuś przez cały ten czas był myślą i sercem z Wami. Znaleźliście się znów w nowych warunkach, trudniejszych, niż dotychczasowe. Wiem, że nie potrzebuję Wam nawet o tym pisać, że tym bardziej teraz musicie Waszymi gorącymi serduszkami ułatwiać życie Mamusi, Babci i Cioci. Pamiętajcie o tym, ile wdzięczności jesteście winni tym, którzy Was przygarnęli i Wam tak dużo pomagają. Czy wiecie coś o Waszych koleżankach i kolegach z Warszawy? – rozproszyli się pewnie po całym kraju. Biedne Wy nasze polskie dzieci!”

22.11.1944 r.

„Ponieważ tak długo teraz listy idą, już teraz przesyłam Wam najserdeczniejsze życzenia świąteczne – jakie smutne będziecie mieli te święta – niech Wam Bóg oszczędzi nowych tragicznych przeżyć tej wojny – to są moje bodaj jedyne i najważniejsze na dziś życzenia; oby huragan wojny nie dotknął Was ponownie, bo tyle już przeżyliście i przecierpieliście. Starajcie się zapomnieć ostatnie przeżycia i niech żadne smutki i bolesne przeżycie czy wspomnienie nie smuci Waszych twarzy chociaż w dni świąt. Jak tułacze spędzać będziecie te święta – bez własnego domu i dachu nad głową – ale wiem, że spotkacie wokół siebie tyle serca i uczucia, że choć na chwilę uśmiech zagości na Waszych twarzach. Ja będę sercem z Wami – ja tyle już świąt przeżyłem z dala od najbliższych, bez domu, bez rodziny, że prawie już nie umiem sobie wyobrazić świąt naprawdę radosnych i wesołych – jak to kiedyś, dawniej bywało – a czy będzie jeszcze kiedyś?”

1.12.1944 r.

„Krzyś ślicznie już pisze – i pomyśleć, że dopiero 6 lat skończył – pewno będzie pilnym uczniem. Ucz się, synku, bo czego się nauczysz, tego nawet wojna Ci nie zabierze”.



Tatuś po wzięciu do niewoli przeszedł przez kilka oflagów, by wreszcie znaleźć się w oflagu VI B w Dӧssel, na pograniczu Westfalii i Hesji. Szczególnie ciężkie były ostatnie miesiące niewoli.

Oflag był dwukrotnie bombardowany: 27 września 1944 w wyniku nalotu zginęło 90 oficerów, a 230 zostało rannych. Bombę zrzucił angielski lotnik, który nie zdawał sobie sprawy, w co celuje. Drugie bombardowanie miało miejsce w marcu 1945 roku, zginęło wtedy 2 oficerów, a kilkunastu zostało rannych.

W Dӧssel także miała miejsce najtragiczniejsza ucieczka: w 1943 roku w nocy wydostało się podkopem 47 jeńców, z czego 37 Niemcy bestialsko zamordowali. Po tej ucieczce przez pół roku obóz był pod szczególną „opieką” gestapo (dane zawarte w książce Juliusza Pollacka „Jeńcy polscy w hitlerowskiej niewoli”). O tych faktach Tatuś nie mógł do nas pisać. Pamiętam tylko, że przez parę miesięcy listy do Warszawy docierały bardzo rzadko (musiała to być druga połowa 1943 r.), a w październiku 1944 roku Tatuś pisał do nas do Krakowa: „Los nasz jest okropny, a koniec wojny stokroć gorszy niż początek. Jedynie silna wiara w lepszą przyszłość może nam pozwolić przetrwać!”

Udokumentowany jest pobyt Zygmunta Budzyńskiego w dwóch oflagach. Po wzięciu do niewoli przebywał w obozie X A w Sandbostel (Dolna Saksonia). W drugiej części wojny znalazł się w oflagu VI B w Dӧssel (dziś część miasta Warburg).

Jak wspominał Wincenty Kawalec, przez kilkanaście miesięcy jeniec Sandbostel, uciekinier z Dӧssel, obóz w Sandbostel był olbrzymi, zgodnie z nazwą zbudowano go na piaszczystym pustkowiu. Sypiący się do oczu i gardła piasek dodatkowo utrudniał życie przetrzymywanych tam jeńców. Gdy w połowie 1941 roku jeden z jeden z jeńców- Volksdeutchów zdradził Niemcom plany rozbrojenia obozu, gestapo urządziło tzw. nagi apel – wszyscy jeńcy przez kilka godzin stali nago na placu apelowym [książka Pięćdziesięciu z Dössel, Warszawa 1977].



W obozie w Dӧssel początkowo przetrzymywano oficerów brytyjskich, francuskich i kanadyjskich, Polaków sprowadzono tu prawdopodobnie pod koniec 1942 roku. Podkop, o którym pisze Ewa Krygier, zaczęli kopać Kanadyjczycy. W tym czasie polscy jeńcy przebywający w karnym obozie w Colditz pod Dreznem przez wiele miesięcy również przygotowywali gigantyczny tunel. Gdy prace nie zostały jeszcze ukończone, Polacy dowiedzieli się, że przeniesieni zostaną do obozu w Dössel, a ich miejsce zajmą jeńcy brytyjscy. W tej sytuacji przed wyjazdem przekazali tunel oficerom brytyjskim, a sami otrzymali od nich szkic podkopu w Dössel. Ucieczka z Dössel miała miejsce w nocy z 19 na 20 września 1943 roku. Wincenty Kawalec, jeden z dziesięciu oficerów, którzy nie zostali schwytani po ucieczce, opisał podkop jako własne dzieło polskich jeńców; jego początek zamaskowany był w magazynie węgla, a koniec znajdował się w opuszczonym baraku poza ogrodzeniem strzeżonego pilnie tzw. obozu wewnętrznego, gdzie mieszkali jeńcy. Wydrążony tunel miał kilkadziesiąt metrów długości, średnicę około pół metra, przebiegał na głębokości dwóch i pół metra, wewnątrz było potwornie duszno. Uciekinierzy mieli z sobą doskonale podrobione przez współwięźniów dokumenty i cywilne ubrania, uszyte głównie z obozowych koców. Złapanych dwudziestu oficerów przywieziono z powrotem do obozu, skąd odtransportowano ich do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie i tam rozstrzelano, kolejnych siedemnastu oficerów zamordowano w siedzibie gestapo w Dortmundzie. W kilka tygodni po tej ucieczce aresztowano trzech oficerów wchodzących w skład obozowego kierownictwa ruchu oporu, w tym ówczesnego konspiracyjnego komendanta – podpułkownika  Bronisława Kowalczewskiego; wszyscy zginęli w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie. Pozostałych jeńców w Dӧssel trzymano wtedy podczas apeli na deszczu i mrozie, ograniczono im racje żywnościowe i – najprawdopodobniej – wprowadzono zakaz korespondencji.

Bombowiec brytyjski, który omyłkowo zrzucił bombę na obóz w nocy 27 września 1944, brał udział w ataku lotniczym na stację kolejową w Nӧrde. Juliusz Pollack podaje informację, że w końcowym okresie wojny obóz w Dössel liczył ponad 2 500 oficerów, w tym 15 generałów, oraz około 300 podoficerów i szeregowców. Dużą, ponadtysięczną grupę więzionych w Dӧssel stanowili oficerowie polscy, którzy po klęsce wrześniowej chcieli przedostać się na Zachód i przekroczyli granicę Polski z Rumunią. Tam internowani, w 1941 roku wydani zostali Niemcom. W każdym baraku obozu w Dӧssel mieszkało od 120 do 160 jeńców.

Starszym obozu, czyli wyłonionym przez jeńców ich reprezentantem wobec władz niemieckich i organizacji pomocy jeńcom, był gen. broni Leon Berbecki, przed wojną inspektor armii i prezes Ligi Obrony Powietrznej państwa. W ramach obozowego ruchu oporu działały sekcje: radiowa i propagandowa, ucieczkowa, wywiadu i kontrwywiadu oraz sekcja łączności z Komendą Główną AK. Sztab tajnej organizacji opracował plan opanowania w sprzyjających okolicznościach ważnych obiektów w obozie i okolicy.


Ojciec wysłał do nas paczkę z żywnością i innymi artykułami, które mogliśmy spieniężyć. Wszystko to zebrał wśród kolegów z oflagu. Wkrótce sam potrzebował pomocy, bo nie miał co jeść.


Pamiętam dzień 9 maja 1945 roku. Szłam wtedy z Ciocią Zosią krakowskimi Plantami, gdy odezwały się syreny zwiastujące zakończenie wojny. Pod koniec wojny znów straciliśmy kontakt z Tatusiem. Tuż przed wyzwoleniem przez aliantów w obozie panował straszny głód, a Tatuś zachorował na gruźlicę.

W końcu września i w październiku Zygmunt Budzyński z wielkim zaangażowaniem kompletuje paczki z ubraniami i jedzeniem dla swoich najbliższych, pomagają mu w tym koledzy – oficerowie. W listopadzie sytuacja w obozie się pogarsza; w grudniu sam szuka osób, którym mógłby przesłać nalepkę uprawniającą do wysłania przesyłki dla jeńca. Oto fragmenty listów do żony Haliny:

12.11.1944 r.

„Jakbym chciał teraz, Kochanie, być z Tobą, dzielić Twoje kłopoty i trudy! U mnie teraz gorzej, paczki z kraju się skończyły, amerykańskie też – zaciskam pasa, ale to już niekrótko [?] potrwa”.

10.12.1944 r.

„Może wyślę Ci, Kochanie, nalepkę – tylko Ty nie wysyłaj, a poproś ode mnie burmistrzów, Sokołowskich lub kogo ze znajomych w moim imieniu. Może będą mogli przysłać mi coś do gotowania, choćby samej kaszy i nieco tłuszczu. Ciężko mi występować z tego rodzaju prośbą – Ty, Kochanie, masz tyle na głowie, ale ostatnia konieczność mnie do tego zmusza”.

27.12.1944 r.

„Więc już i po świętach – dzięki Bogu nie byłem w święta głodny – kartofle od paru tygodni oszczędzane po jednym z każdego obiadu stanowiły podstawę świąt – w formie kotletów kartoflanych z sosem czy samych kartofli z tymże sosem do tego śliwki suszone w kompocie i kawa. Nastrój świąteczny był chyba podobny do Waszego – za długo, stanowczo za długo już to wszystko trwa i w dodatku pod koniec przybiera takie okropne formy”.

Jak pisze Juliusz Pollack, w obozach jenieckich były często długie okresy głodu mimo pomocy żywnościowej z kraju i zagranicy (Międzynarodowy Czerwony Krzyż, Polski Czerwony Krzyż, instytucje charytatywne i osoby prywatne wielu krajów). „Szczególnie ciężkie były ostatnie miesiące niewoli. Przerwana łączność z krajem, trudności transportowe w Niemczech wywołane bombardowaniami powodowały, że paczki żywnościowe przestały docierać do obozów. Zapasy szybko się skończyły. Niemcy zmniejszyli i tak już głodowe racje żywnościowe”.


Portret Ojca narysowany przez jego współtowarzysza, 1945 r.


31 marca 1945 roku, gdy słychać już było zbliżające się wojska alianckie i cywilna ludność niemiecka uciekała przed frontem na wschód, obóz został ewakuowany. Na miejscu zostało tylko około 200 oficerów niezdolnych do większego wysiłku fizycznego. Pozostali, otoczeni gęstymi strażami, wędrowali w kolumnie, wieczorem zatrzymali się na nocleg w miasteczku Borgentreich. Rano, w pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych, Niemcy zarządzili dalszy marsz, ale jeńcy starali się opóźnić wymarsz. Po krótkim bombardowaniu do miasteczka wjechały amerykańskie czołgi. Po kilku godzinach czołgi 5 kompanii 9 dywizji pancernej, wchodzącej w skład 1 korpusu pierwszej armii amerykańskiej, wjechały też na teren obozu w Dössel. Oflag przekształcono w Polski Obóz Wojskowy.

Oto fragmenty listów Zygmunta Budzyńskiego pisanych po wyzwoleniu obozu do rodziny w Guźlinie (rodziców i rodzeństwa):

16.04.1945 r.

„Kochani! Dnia 1.04.1945 r. uwolniły nas wojska amerykańskie. Niemcy w Wielką Sobotę ewakuowali nas, uszliśmy jednak tylko 10 km. Amerykanie nas dopędzili i uwolnili. W ostatnich miesiącach niewoli, gdy nie mieliśmy paczek, mieliśmy straszny głód. Dożywialiśmy się łupinami z brukwi i korzeniami mlecza. Obecnie opływamy we wszystko – żywności mamy bardzo dużo od Amerykan [sic!] i to nadzwyczajnej. Mieliśmy odlecieć na zachód, ale na razie zostajemy w Dӧssel – mieszkamy po staremu. Może niedługo już wrócimy wprost do kraju”.

25.09.1945 r.

„Kiedy my wrócimy do Polski, nie wiadomo. Ja chcę wracać jak najprędzej, ale dotychczas z angielskiej strefy nie repatriują – ma to być w najbliższych czasach, ale my tak czekamy i czekamy i ciągle nic. Jestem zdrów i mam co jeść, ale co z tego, kiedy prawie rok nie mam wiadomości od swoich najbliższych i nie mogę do nich wrócić”.

Zygmunt Budzyński opowiadał żonie, że zimą 1944/45 on i jego koledzy z baraku – w sytuacji strasznego głodu – wpadli na pomysł, że zabiją i zjedzą kota – wcześniej po terenie obozu kręciło się wiele kotów. Kiedy zaczęli się rozglądać, okazało się, że nie ma już ani jednego, widocznie innym ta myśl przyszła do głowy wcześniej.



Z Krakowa pojechaliśmy do Guźlina, wsi położonej koło Brześcia Kujawskiego, zaproszeni przez Dziadków Budzyńskich. W Guźlinie czekaliśmy na wiadomość od Tatusia.

Z ogromną radością przeczytaliśmy list z wieścią, ze Tatuś przyjechał do Szamotuł, bo wiedział, że tam zastanie Ciocię Zosię i dowie się, gdzie my jesteśmy – był to listopad 1945 roku. Mimo że namawiano go, by dla ratowania zdrowia został dłużej na Zachodzie, straszono, że oficerowie wracający z Zachodu wywożeni są na Syberię, gdzie „będą paśli białe niedźwiedzie”, wrócił pierwszym transportem, żeby dłużej nie zostawiać nas samych.

Zygmunt Budzyński wrócił do Polski 9 listopada 1945 roku. Datę tę odnotowano na zaświadczeniu wydanym przez Państwowy Urząd Repatriacyjny w Szczecinie. Z dokumentu wyczytać można jeszcze, że Zygmunt Budzyński, dawny jeniec wojenny, ma „pierwszeństwo i prawo jednorazowego bezpłatnego przejazdu wszelkimi środkami lokomocji” do Warszawy oraz uzyskał zapomogę doraźną w kwocie 80 zł. Trzy dni później – 12.11.1945 – Zygmunt wysłał z Szamotuł do Guźlina telegram do żony: „Przyjeżdżajcie. Wróciłem. Zygmunt”.

To, że małżonkowie spotkają się w Szamotułach, musiało być przez nich jakoś uzgodnione w listach i kartkach, które się nie zachowały. Wynika to z listu pisanego 27.09.1945 przez Zygmunta z Dӧssel, adresowanego do Zofii Janik (do Szamotuł):

„Droga Ciociu! Wczoraj otrzymałem kartkę Halki z 7 VII 45 – radość moja była nie do opisania. Niestety nie wiem, czy Halka już przeprowadziła się do Szamotuł, toteż piszę na adres Cioci, nie do Halki, z prośbą o przekazanie listu Halce”.

Zygmunt nawiązał dawne kontakty z sądem poznańskim, tam pracował przecież do jesieni 1938 roku. 24 listopada prezes Sadu Apelacyjnego w Poznaniu podpisał nową legitymację służbową Zygmunta Budzyńskiego – „sędziego sądu okręgowego w Poznaniu”.



Ponieważ w czasie wojny straciliśmy wszystko, a on – przedwojenny prawnik nie miał czego szukać w Ministerstwie Sprawiedliwości, postanowił wyruszyć na Ziemie Zachodnie. Podjął pracę w Sądzie Okręgowym w Gorzowie Wielkopolskim, otrzymał w pełni wyposażone mieszkanie (po krawcu Niemcu, którego przesiedlono do Niemiec). My – wydawało się, że chwilowo – zostaliśmy w Szamotułach. By nie tracić czasu, zaczęliśmy z bratem chodzić do szkoły. Na początku lutego 1946 roku mieliśmy się przeprowadzić do Gorzowa, ale brat zachorował na świnkę i przeprowadzka się opóźniła.

Tymczasem Tatuś 5 lutego miał sesję wyjazdową w Drezdenku, w ostatnim liście pisał, że spróbuje kupić tam jakąś żywność. Do miasta z dworca można się było dostać tylko promem, gdyż oba mosty były zburzone. Gdy czekał na przeprawę, pomost załamał się, Tatuś wpadł do Noteci i utonął. Miał wtedy 45 lat. W kwietniu woda wyrzuciła zwłoki w Trzebiczu, po roku został ekshumowany i pochowany w Szamotułach, gdyż Mama i Babcia zdecydowały, że tu zostajemy na stałe.

I tak – już bez Tatusia – rozpoczęliśmy nasze powojenne życie. Jak widać, wojna skończyła się w maju 1945 roku, ale długo jeszcze zbierała swoje okrutne żniwo.

Czekając na przeprowadzkę do Gorzowa, Halina Budzyńska z matką i dziećmi zamieszkały na kilka tygodni (jak się wtedy wydawało) z Zofią Janik i Stefą Joniec w mieszkaniu przy ul. Dworcowej 1 (potem numeracja się zmieniła), w domu rzeźnika Antoniego Wrzyszcza. Zygmunt Budzyński podjął pracę w Sądzie Okręgowym w Gorzowie Wielkopolskim. W okresie bożonarodzeniowym przyjechał do żony i dzieci, żona raz odwiedziła go w Gorzowie, obejrzała mieszkanie i wróciła zadowolona. W kilku zachowanych listach z tego czasu Zygmunt pisał o podjęciu współpracy z Kurią, przyszłych dochodach, kłopotach z zatkanymi w mieszkaniu rurami. Rodzina przygotowywała się do przeprowadzki.

Nagle – 6 lutego 1946 – zjawił się u Haliny Budzyńskiej jakiś sędzia z Gorzowa Wlkp. z wiadomością, że poprzedniego dnia zginął tragicznie jej mąż. Zygmunt w drodze na wyjazdowe posiedzenie sądu w Drezdenku nad Notecią czekał wraz z innymi ludźmi na prom; mosty zniszczone zostały w czasie działań wojennych. Pod ciężarem ludzi pomost ugiął się i dwie osoby, w tym Zygmunt Budzyński, wpadły do rzeki. Zygmunt Budzyński ubrany był w mundur amerykański (cywilnego ubrania jeszcze się nie dorobił) i swój gruby – przedwojenny – płaszcz. Mundury amerykańskie, a także obuwie i bielizna, dotarły do polskich jeńców wojennych pod koniec ich niewoli za pośrednictwem Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Mundury polskie, noszone przez ponad pięć lat, mimo dbania o nie były wtedy już mocno podniszczone.

Wracając do wypadku, trzeba wspomnieć, że woda była lodowata, prąd bardzo wartki, ubranie szybko nasiąkło wodą, a Zygmunt nie umiał pływać. Mimo to dość długo utrzymywał się na powierzchni wody. Sędzia Cyplik, który jechał na rozprawę razem z nim, opowiadał, że biegł wzdłuż rzeki, rzucał jakieś gałęzie, słyszał krzyk: „Cyplik, ratuj”, ale sam nic nie mógł zrobić. Chociaż na brzegu stało dwóch żołnierzy radzieckich, żaden z nich nie ruszył na pomoc, nie ruszył też nikt inny z pomostu. Ewa Krygier tłumaczy ten fakt charakterem czasów: ludzie mieli jeszcze w oczach wiele tragedii i nie reagowali spontanicznie na ludzką śmierć.


„Głos Wielkopolski”, 13.02.1946 r.


Szamotuły, 23.07.2020

Zygmunt Budzyński – ojciec, sędzia, wiezień oflagu2025-01-03T12:57:25+01:00

Wspomnienia Jerzego Moroza z dziecięcych lat na Kresach Południowo-Wschodnich

Wspomnienia Jerzego Moroza z dziecięcych lat na Kresach Południowo-Wschodnich

Cudem ocalałem

Każdy rodzic marzy o beztroskim dzieciństwie dla swojego dziecka, moje też miało takie być, ale nie było… Urodziłem się 7 stycznia 1936 roku w Brzuchowicach w pensjonacie „Litwinka”, stanowiącym własność dziadków − rodziców mamy, Ireny z domu Koske. Przed wojną była to dla lwowiaków miejscowość wypoczynkowa, dziś to dzielnica Lwowa.

Długo tam nie mieszkaliśmy, bo ojciec mój dostał pracę w majątku u pani hrabiny Baworowskiej w Baworowie koło Tarnopola. Zamieszkaliśmy tam w służbowym mieszkaniu − mama Irena, tata Fryderyk i ja − Jurek. Życie zapowiadało się sielsko-anielskie. Szczęście rodzinne nie trwało jednak zbyt długo.


Brzuchowice, początek lat 20., moja mama Irena w otoczeniu rodziny. Rodzina Koske (moi dziadkowie) byli właścicielami pensjonatu „Litwinka” z kawiarenką, mieli też kamienicę we Lwowie.


Kiedy Niemcy 1 września 1939 roku napadli na Polskę, ojciec zawiózł mnie i mamusię do swoich rodziców − Gizeli i Franciszka Wilgosiewiczów (po śmierci mojego biologicznego dziadka Jerzego Moroza babcia ponownie wyszła za mąż), którzy mieszkali na Pokuciu w miejscowości Pistyń (położonej przy trasie Kołomyja − Kosów − Kuty), a sam, jako podchorąży, mobilizacyjnie należący do Pułku Ułanów Krechowieckich, poszedł na wojnę.

W Pistyniu dziadek Franciszek Wilgosiewicz od 1921 roku był dyrektorem szkoły. Początkowo mieszkaliśmy w szkolnym mieszkaniu, potem w drewnianym domku zakupionym przez dziadków. Tu zaczęły się nasze represje.


Szkoła w Pistyniu, której dyrektorem był mój dziadek Franciszek Wilgosiewicz


Po 17 września 1939 roku − najeździe na Polskę Związku Sowieckiego − zaczęło się wyłapywanie polskich oficerów i wywózki Polaków na Syberię.

Mojemu Ojcu udało się uciec do Rumunii. Tam pół roku siedział w więzieniu, bo dla Rumunów był dezerterem. Potem przedostał się do Francji, gdzie walczył z Niemcami − wspólnym wrogiem. Kiedy Francja skapitulowała, wraz z innymi żołnierzami przepłynął do Anglii. Brał udział w bitwie o Anglię. Na ochotnika zgłosił się na wyjazd do Iraku, by przyłączyć się do Armii Andersa. Przeszedł razem z nią cały szlak bojowy.

Tymczasem do Urzędu Gminy w Pistyniu przyszedł list gończy za moją mamą i za mną − rodziną polskiego oficera (groził nam wywóz na Sybir). Uprzedzeni przez zaprzyjaźnionych pracowników gminy, zdążyliśmy uciec z domu dziadków. Pod osłoną nocy wywieziono nas daleko od Pistynia do miejscowości Łuchy (powiat Dolina), gdzie mieszkała siostra babci. Trzymano nas w budynku gospodarczym na strychu na sianie. Jeść podawano nam w nocy, żeby w dzień nie wzbudzić podejrzeń, że ktoś jest w gospodarstwie.


Dom w Łuchach, w którym dwukrotnie się ukrywaliśmy


Kiedy Niemcy wypowiedziały wojnę Rosjanom i wkroczyły na te tereny, wróciliśmy do Pistynia do dziadków. Tym razem przyszedł za nami niemiecki list gończy (groźba wywiezienia do obozu koncentracyjnego). Ponownie uprzedził nas goniec z Urzędu Gminy i dlatego udało nam się uciec do sprawdzonego miejsca w Łuchach.

Nastała okupacja niemiecka. Sytuacja ustabilizowała się na tyle, że polscy nauczyciele otworzyli szkoły, a ksiądz odprawiał mszę po polsku. Wróciliśmy znowu do dziadków do Pistynia. Miałem 7 lat. Zacząłem chodzić do szkoły i zapisałem się do ministrantów. Długo ministrantem nie byłem, bo pewnego dnia do proboszcza przyjechali, w niemieckich mundurach, Ukraińcy. Skrępowali księdzu ręce, wyprowadzili go z probostwa i na długiej linie przywiązali do siodła konia. Ciągnęli tak długo, aż wyzionął ducha. Ostatni raz służyłem do mszy na pogrzebie mojego księdza proboszcza.


Drewniany kościół w Pistyniu (poświęcony w 1770 r.) w okresie międzywojennym i miejscowy proboszcz ks. Józef Grzesiowski w otoczeniu harcerek

Przy grobie zabitego przez Ukraińców ks. proboszcza. Kościół został spalony w nocy z 7 na 8 grudnia 1944 r. w czasie ludobójstwa polskich mieszkańców Pistynia, z pawej strony miejsce po nim.


W tym czasie doświadczyłem wielu okrucieństw wojny. Kiedy szedłem ze szkoły, w połowie drogi do domu, zatrzymały się nagle przede mną dwa opancerzone samochody. Wyskoczyli z nich żołnierze niemieccy i zaczęli strzelać do idących ulicą Żydów. Poznawali ich po myckach, brodach i ubiorze. Gdy zastrzelili Żyda idącego obok mnie i zobaczyłem cieknącą strumieniem po chodniku krew i rozbryzgany na ubraniu mózg, stanąłem jak posąg bez ruchu. Akcja trwała krótko. Nie wiem, jak długo tak stałem, nie wiem, dlaczego mnie nie zastrzelili.

Do Pistynia zbliżał się front. Schowaliśmy się w huculskiej chacie − 7 osób: pięć kobiet i dwoje dzieci. Jeden z wycofujących się żołnierzy niemieckich wszedł do tej chaty, spędził nas do jednej izby, wyciągnął pistolet i zaczął rozstrzeliwać po kolei. Mamusia chwyciła mnie i wciągnęła na kaflowy piec pod ścianą. Przytuliła do siebie, kazała zrobić znak krzyża i tak, leżąc, czekaliśmy na śmierć. Kiedy żołnierz  wszystkich zastrzelił, podszedł do pieca, przesunął lufą pistoletu nogę mamusi i strzelił. Kula przeszła między nami, drasnęła mnie tylko po nosie, a mamusię w czoło. Pocisk rozerwał się w ścianie. Oboje straciliśmy przytomność. Leżeliśmy tak kilkanaście godzin. O świcie znaleźli nas żywych ludzie, którzy przyszli wynosić zabitych. Stres był tak ogromny, że przez trzy dni nie mogłem stać o własnych siłach, nie jadłem, nie piłem (zwilżano mi tylko usta wodą). W tym domu rozstrzelano pięć osób, ja z mamą cudem ocalałem.


W tym domu rozstrzelano pięć z osób. My z mamą cudem ocaleliśmy.


Po wyzwoleniu Pistynia przez Rosjan 8 maja 1944 roku gehenna Polaków się nie skończyła. Żołnierze-wyzwoliciele osiedlili się w miastach, a na wsiach Ukraińcy zaczęli palić polskie kościoły, domy i w najokrutniejszy sposób mordować Polaków.

Pistyńskie domy paliły się 8 listopada 1944 roku. W nocy usłyszeliśmy hałasy, krzyki ludzi. Zdążyliśmy uciec z domu. Schroniliśmy się u zaufanego Hucuła na strychu w sianie. Tam przeczekaliśmy do rana. Musieliśmy dostać się do miasta, do Kołomyi.

Dziadek załatwił transport, ale dopiero następnego dnia, więc kolejną noc trzeba było spędzić w Pistyniu. Znaleźliśmy nocleg w niespalonej chacie „mieszanego” małżeństwa (Polka − Hucuł albo odwrotnie, nie pamiętam) pod górą Hołycią. Ta noc również nie była spokojna. Obudziło nas walenie do drzwi i krzyk „Witwiraj dwery!”. Jakiś Ukrainiec zaczął wyrąbywać siekierą dziurę w drzwiach wejściowych. Mamusia spojrzała na mnie, przyłożyła palec do ust i powiedziała szeptem „Jureczku, klękamy i modlimy się”. Nagle, gdzieś na zewnątrz pada strzał. Słychać, jak Ukrainiec ucieka za chatę. Modliliśmy się do świtu. Ukrainiec nie wrócił. Okazało się, że w nocy przejeżdżał na koniu rosyjski żołnierz patrolujący teren. Akurat przed tym domem jego koń złamał nogę i żołnierz na miejscu go zastrzelił (tym jednym strzałem), a Ukrainiec zwyczajnie się wystraszył i uciekł. Wreszcie świt.

Zaprzyjaźniony, zaufany Hucuł przebrał nas w huculskie stroje i wozem drabiniastym ruszyliśmy do Kołomyi. Po drodze też przygody. Dziadek Franciszek, dzięki swoim znajomościom, załatwił mieszkanie w mieście koło cegielni.


Gimnazjum urszulanek w Kołomyi w okresie międzywojennym


Znowu zacząłem chodzić do szkoły (szkoła podstawowa Urszulanek), do drugiej klasy. Nie trwało to długo, około dwóch miesięcy. Pewnego dnia w trakcie lekcji weszła do klasy nauczycielka i powiedziała, że przyjechali Sowieci i zabierają chłopców (nie wiadomo dlaczego), mówiła, że oni (nauczyciele) nic nie mogą zrobić i gdzie kto może, niech ucieka, natychmiast! Wyskoczyłem przez okno, potem przez płot kuty, wysoki (pamiętam, że rozdarłem spodnie), na ulicę i biegiem do domu. Do szkoły więcej nie poszedłem.

14 stycznia 1945 roku pod dom w Kołomyi podjechał ciężarowy samochód, wyszło dwóch rosyjskich żołnierzy, powiedzieli, że zabierają nas do meldunku i że nic ze sobą nie mamy zabierać. Oczywiście kłamali. Zawieźli nas na dworzec kolejowy w Kołomyi, wsadzili do bydlęcego wagonu i zabronili wychodzić. Zapełnili w ten sposób około 40 wagonów nami, Polakami. Pociąg ruszył drugiego dnia, czyli 15 stycznia 1945 roku. Po raz pierwszy stanął we Lwowie − uzupełniał wodę, węgiel. Nie wolno nam było opuszczać pociągu. Mamusia jednak wyszła, była w swoim parafialnym kościele Św. Elżbiety (niedaleko dworca), by się pomodlić, pewnie pożegnać. Kiedy wróciła, po paru godzinach pociąg ruszył.

Jechaliśmy w okrutnych warunkach, bez wody, toalety i jeść też nikt nam nie dawał. Warunki poprawiły się po przekroczeniu Wisły. Przejazd pociągiem przez Wisłę był dla mnie ostatnim silnym przeżyciem. Mostu nie było. Saperzy pobudowali prowizoryczny, drewniany most. Podczas przejazdu po nim belki zaczęły skrzypieć, a cały pociąg się kołysał.

Dowiadywaliśmy się , gdzie można się osiedlać. Dziadek wybrał Wielkopolskę. W Szamotułach wysiedliśmy 15 kwietnia 1945 roku. Miałem wtedy 9 lat. Tu poszedłem do I Komunii Św., chodziłem do szkoły, pracowałem i założyłem rodzinę. Cieszę się, że Bóg pozwolił mi skończyć 83 lata i mogę przekazać historię i opowiedzieć o gehennie, jaką przeżyli podczas II wojny światowej Polacy na Kresach Południowo-Wschodnich.

Jerzy Moroz

spisane w 2017 r.

Szamotuły, 11.07.2020

Brzuchowice były piękną miejscowością wśród lasów, na widocznym wzgórzu znajdowała się skocznia narciarska


Rodzice Irena (1918-1969) i Fryderyk (1908-1985) Morozowie ze mną (byłem ich jedynym dzieckiem), 1936 r. Ojciec był absolwentem 4-letniej szkoły ekonomiczno-handlowej we Lwowie.


Moi rodzice chrzestni – hrabina Baworowska i zarządca majątku Franciszek Skóra. Po wojnie hrabina wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych.


Pistyń to bardzo malownicza wieś na granicy Pokucia i Huculszczyzny. Od XIX w. była to miejscowość sanatoryjna i wypoczynkowa.


Na tym dworcu w styczniu 1945 r. zapakowano nas w bydlęce wagony i wywieziono na zachód Polski.


Kościół św. Elżbiety we Lwowie znajduje się niedaleko dworca. W 1945 r. nazwano kościołem łez – to w nim modlili się Polacy zmuszeni do opuszczenia rodzinnych stron.


Z mamą – 1946 r. Zdjęcie zrobione w Szamotułach


Wojna na zawsze rozdzieliła moich rodziców. Zobaczyli się dopiero po 25 latach – zdjęcie zostało zrobione w czasie tego spotkania (od lewej Fryderyk, Irena i ja – Jurek, 1964 r.).

Ojciec przeszedł szlak bojowy z 2 Korpusem Polskim pod dowództwem gen. Władysława Andersa – dawny ułan przesiadł się do czołgu. Po wojnie szukał nas przez Czerwony Krzyż i otrzymał informację o naszej śmierci. Prawdę o losie najbliższych poznał dzięki znajomemu, z którym miał kontakt, a który także osiedlił się w Wielkopolsce. W obawie o życie nie zdecydował się jednak na powrót do kraju.

Mama zmarła na nowotwór w wieku 51 lat, a ojciec ponownie się ożenił. Po śmierci Ojca jego poważnie chora żona Maria przez kilka lat mieszkała z nami w Szamotułach (zmarła w 1995 r.). Dziadek Franciszek Wilgosiewicz (1893-1982) po wojnie uczył w szkołach w Nojewie i Ostrorogu. W latach szkolnych i na początku mojej pracy często miałem nieprzyjemności związane z tym, że ojciec mieszkał w Anglii.

Strony, z których pochodzę, odwiedziłem kilkakrotnie – z rodziną i jako przedstawiciel Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich.




Zdjęcia – własność Jerzy Moroz i Polona.pl

Wspomnienia Jerzego Moroza z dziecięcych lat na Kresach Południowo-Wschodnich2025-01-03T12:59:22+01:00

Stanisław Kowalewski, Życie w powojennej rzeczywistości

Stanisław Kowalewski

Wspomnienia

część 3: Życie w powojennej rzeczywistości

W nowej rzeczywistości

Gdy już Niemcy opuścili Szamotuły i powstała Milicja Obywatelska, zostałem mianowany referentem brygady śledczej w Szamotułach. Rozpocząłem więc trudną pracę wywiadowczo-śledczą w mieście i na terenie powiatu. Zdarzały się różne trudne, nieprzyjemne sytuacje, szczególnie, że dużo policjantów odeszło do lasu, gdyż nie zgadzali się z nową rzeczywistością. Należało bardzo ostrożnie postępować, gdyż zginęły także wraz z nimi różne dokumenty ważne dla działalności. Ci, co odeszli, to już nie powrócili, a zgłosiła się ich część dopiero wtedy, gdy został ogłoszony komunikat, że kto zgłosi się w wyznaczonym terminie, uniknie kary, a kto po tym terminie − zostanie złapany, będzie rozstrzelany.

Tych, którzy się ujawnili, miałem możność spotkać i z nimi porozmawiać. Twierdzili, że często mnie obserwowali, gdy chodziłem po ulicach miasta Wronki, gdzie pełniłem funkcję Komendanta Milicji Obywatelskiej. Oni często jeździli po mieście motocyklami. Mam dużą satysfakcję, że podczas sprawowania tak odpowiedzialnej pracy zaskarbiłem sobie szacunek u mieszkańców miasta. Niektórzy nawet po latach wspominali moje dobre działania we Wronkach.

Zdarzały się także różne nieprzyjemne sytuacje. Pewnego dnia, podczas mojej nieobecności na posterunku we Wronkach, do komendantury przyjechało samochodem osobowym dwóch żołnierzy w randze kaprala i porucznika Wojska Polskiego. Na posterunku przebywało aktualnie kilku milicjantów, przygotowujących się do pełnienia służby w terenie. Przybyli poinformowali, że będą przeprowadzali kontrolę działalności Posterunku. Jednocześnie polecili, aby ktoś mnie odszukał, jako odpowiedzialnego za Posterunek. Odszukano mnie na dworcu kolejowym we Wronach, gdzie załatwiałem sprawę służbową. Po usłyszeniu informacji o niespodziewanej wizycie, a zawsze bytem uprzedzany, wróciłem do komendantury, jednak po drodze nabrałem pewnych podejrzeń. Na posterunku zaskoczyłem przybyszy, mając w ręku broń, zawołałem, aby podnieśli ręce do góry. Moi współpracownicy szybko ich rozbroili, gdyż nie spodziewali się takiego obrotu sprawy.

Do końca nie byłem pewny, czy są to właściwi żołnierze, czy przyszli z lasu. Mimo przedstawionych mi dokumentów, z właściwymi podpisami i pieczęciami (okrągłymi), miałem prawie pewność, że przyszli z lasu, aby narozrabiać w komendanturze. Dokumenty były potwierdzone przez władze z Warszawy i Poznania, a rozkaz wyjazdu do Wronek w zasadzie nie budził zastrzeżeń. Udawałem, że wszystko jest w porządku i udostępniłem im tylko niektóre akta. W tym czasie moi współpracownicy byli bardzo czujni i nie zostawiali ich samym sobie. Widząc, jak ich traktujemy, szybko uwinęli się z kontrolą i odjechali. Prawdziwe władze śledcze potwierdziły moje obawy i domysł, że byli to ludzie z lasu, gdyż na stanie wojska nie było takiego samochodu (chodziło także o kolor) ani numery rejestracyjne auta nie figurowały w spisie. Okazało się także, że opisany kapral pracował krótko w Milicji Obywatelskiej i uciekając do lasu, zabrał ze sobą mnóstwo dokumentów niewypełnionych oraz wiele różnych pieczątek. Łatwo więc było podrobić papiery, które wydawały się prawdziwe.

Podczas pracy w milicji miałem jeszcze wiele sytuacji, które wymagały dużo wysiłku z mojej strony oraz nieprzespanych nocy. Był to bowiem okres kształtowania się władzy ludowej w Polsce.


Dwaj szamotulscy weterani powstania wielkopolskiego. Z prawej Stanisław Kowalewski


Po odejściu z milicji zostałem zatrudniony w Prezydium Powiatowej Rady Narodowej, Wydział Rolnictwa i Leśnictwa w Szamotułach. Odpowiadało mi to, gdyż nie musiałem jeździć do pracy do Wronek, bowiem rodzina moja mieszkała w Szamotułach.

Prowadziłem Referat Państwowego Funduszu Ziemi jako starszy referent. W tym biurze przepracowałem od 1946 roku do 1954. Praca była również odpowiedzialna i czasem niebezpieczna. Brałem między innymi udział w:

– organizowaniu Spółdzielni Produkcyjnych,
– kontraktacji trzody chlewnej oraz zboża,
– likwidacji zużytych maszyn rolniczych poniemieckich,
– rejestracji poniemieckiej trzody chlewnej, bydła, koni,
– różnych czynach społecznych według aktualnych potrzeb,
– zawieraniu umów dzierżawnych na ziemię orną, lasy, łąki, ogrody itd.

Takich umów dzierżawnych wypisałem kilkanaście tysięcy. Była to nader uciążliwa i pracochłonna praca, gdyż każda była wykonywana w czterech egzemplarzach, a przecież nie było wtedy takich maszyn jak ksero. Za prawidłowe i rzetelne wywiązywanie się ze swoich obowiązków często otrzymywałem nagrody i premie, a także pochwały na piśmie. Kiedy w 1955 roku nastąpiła wielka reorganizacja Urzędu, bardzo dużo pracowników zwolniono. Wśród nich byłem i ja.

Znalazłem pracę w Ochronie Obiektów Mienia Państwowego i Spółdzielczego, gdzie pracowałem przez okres jednego roku. Zajmowałem tam stanowisko kierownika Spółdzielni Ochrony Obiektów w Szamotułach. Do moich obowiązków należało między innymi przeprowadzanie nocnych kontroli obiektów oraz kierowanie ruchem pracowników danego obiektu. W tym czasie miałem duże kłopoty ze zdrowiem, co spowodowało, że byłem zmuszony zwolnić się z pracy.

Poszukiwanie pracy i licha egzystencja

Przez kilka miesięcy byłem bez pracy i to utrudniało nam życie. Wyczytałem w gazecie, że istnieje możliwość zatrudnienia w nowo budowanym mieście obok Krakowa, w Nowej Hucie. Mimo że zdrowotnie nie byłem w porządku, zmuszony byłem skorzystać z takiej okazji.

Miałem trochę szczęścia, gdyż właśnie poszukiwani byli kierowcy z I i II kategorią prawa jazdy, a ja takie miałem. Po przebadaniu przez lekarza, który mimo wszystko uznał, że mogę pracować jako kierowca, oraz zdaniu egzaminu wstępnego zostałem zatrudniony i przydzielono mi ciężarowy samochód 5-tonowy, przystosowany do przewozu pracowników. Woziłem do pracy i z pracy pracowników z odległości około 80 kilometrów, zatrudnionych w Hucie. W międzyczasie przewoziłem na terenie Huty różne materiały budowlane.


Budowa Nowej Huty. Źródło zdjęcia Muzeum Historii Miasta Krakowa


Żona została w Szamotułach, mając na swojej głowie sześcioro dzieci, gdyż żadne jeszcze nie pracowało. Wprawdzie Jadwiga i Marian próbowali sobie radzić, ale pozostała czwórka wymagała opieki i wyżywienia, a także odzieży.

Trudny był czas oczekiwania na pierwszą wypłatę. Nikt nie pomógł mi w tym trudnym okresie. Żona zmuszona była szukać pracy, którą znalazła we Wronkach w fabryce Mączkarnia. W tym czasie mieszkała u najstarszej córki i jej męża we Wronkach w pokoiku nad pomieszczeniami gospodarczymi.

Młodszy syn wyjechał na stałe do Skarżyska Kamiennej, gdzie pracował w Zakładach Metalowych. Młodsza córka także znalazła sobie pracę, najpierw jako fryzjerka, potem w biurze opałowym.

Przeniosłem się do Krakowa, gdzie rozpocząłem pracę w Przedsiębiorstwie Geofizyki jako pracownik umysłowy na etacie starszego referenta transportu w bazie transportowej w Pile, a następnie jako mechanik. W Przedsiębiorstwie Geofizyki przepracowałem cztery lata i stąd przeszedłem na rentę inwalidzką, między innymi w wyniku zatrucia benzyną. Wróciłem do Wronek i tutaj znalazłem pracę w Spółdzielni Metalowej jako kierowca samochodu ciężarowego. Tutaj pracowałem przy obsłudze samochodu i w warsztacie.

Moja żona już nie pracowała i zdecydowaliśmy się opuścić Wronki. Ponieważ w Śmiłowie miałem przydzieloną ziemię (1 ha) z reformy rolnej, postanowiłem pobudować na niej szałas z drzewa i płyt pilśniowych i tam zamieszkać. Była z nami juz tylko najmłodsza córka, Elżbieta.

Na tym polu założyłem sobie ogrodnictwo oraz zakontraktowałem na sprzedaż cebulę. Oprócz podstawowego szałasu zbudowałem sobie także dwie szopy na przechowywanie sprzętu ogrodniczego oraz na przechowywanie produktów. Zbudowałem także chlew do hodowania trzody chlewnej oraz drobiu.

Podczas budowy 7-metrowej studni nie zabezpieczyłem wykopu i osunęła mi się ziemia. Miałem szczęście, że wyszedłem z tego cało. Woda okazała się wyjątkowo dobra i przeznaczałem ją nie tylko do celów spożycia, ale także do ogrodnictwa i trzody żywej. Nawet ze Śmiłowa przychodzili do nas ludzie na dobra herbatę. Na tym polu uprawiałem cebulę, marchew, ogórki, kapustę, ziemniaki. Za uzyskanie z jednego hektara 40 kwintali pszenicy otrzymałem nagrodę z PZGS w Szamotułach.

Dla wygody kupiłem sobie motocykl, aby sprawy związane między innymi z ogrodnictwem nie utrudniały mi życia. Trzy razy w tygodniu sprzedawałem swoje produkty na rynku w Szamotułach. Ponadto zawarłem umowy kontrakcyjne na zbyt cebuli, ogórków, kapusty i ziemniaków. Umowę zawarłem ze Spółdzielnią Ogrodniczą w Szamotułach.

Teraz także hodowałem inwentarz żywy: kury, świnie, króliki i gołębie. Z gołębiami miałem zawsze kłopot i żadnych korzyści. Często w nocy zakradały się do gołębnika sowy lub koty czy jastrzębie, które przetrzebiały mi moje stadko. Miałem dwa psy: Murzyna i Norusa. Raz nawet schwytałem sowę w specjalnie zastawione sidła. Któregoś dnia uciekły mi w pole dwa dorodne prosięta. Poszukiwania nie dały rezultatu.

W tym okresie było mi bardzo ciężko. Nie miałem czym zawozić warzyw na targ do Szamotuł, a także już odczuwałem skutki podeszłego wieku. Trudno było też fizycznie pracować na działce. W 1966 roku uległem nieszczęśliwemu wypadkowi: miałem kolizję, jadąc na motocyklu, z wozem. Straciłem przytomność, wstrząs mózgu, pęknięta czaszka. Jechałem bez okularów. Do przytomności doprowadzono mnie za pomocą wstrząsu prądem w szpitalu w Obrzycach, gdzie leżałem 5 tygodni.

Po powrocie do domu zamieszkaliśmy już w Szamotułach na Rynku 49, byłem jeszcze przez okres 3 miesięcy pod kontrolą lekarską.

Zdecydowałem się jeszcze na pracę. Znalazłem ją jako szatniarz w nowo wybudowanej restauracji pod nazwą „Ustronie” przy ulicy Sportowej w Szamotułach. Wytrzymałem tam pół roku. Powodem zwolnienia było między innymi to, że miałem do czynienia z wieloma pijakami, którzy zaczepiali mnie w sposób chamski, a musiałem po nich sprzątać także w ubikacji.

Następną moją pracę rozpocząłem w Miejskiej Radzie Narodowej jako magazynier i referent do spraw bezpieczeństwa drogowego. Pracowałem tutaj przez 7 lat, aż do czasu reorganizacji Urzędu. Praca moja polegała między innymi na kontrolowaniu naprawy chodników ułożonych z płyt cementowych, naprawy dziur w jezdniach, ustawianiu nowych znaków drogowych i ich konserwacja. Ponadto sprowadzałem materiały betonowe, płyty chodnikowe. krawężniki, trylinkę rury do mostów itd.


Zdjęcie dawnych powstańców wielkopolskich z Szamotuł, 1980 r. 3. z prawej Stanisław Kowalewski, 2. z lewej Antoni Śmiglak, 2. z prawej Antoni Śmigielski, 1. z prawej Stanisław Krupski, działacz ZBoWiD-u.


Podsumowanie życia

Była to moja ostatnia praca. Teraz wraz z żoną chodzimy na spacery, do kościoła, przypominamy sobie dawne czasy, analizujemy życie naszych dzieci, rozwiązujemy na bieżąco nasze kłopoty gospodarcze. Dzięki Radzie Państwa Rzeczypospolitej Ludowej mamy dobrą emeryturę i nie możemy narzekać na biedę i niedostatek.

W 1974 roku obchodziliśmy 50-lecie pożycia małżeńskiego. Był to dla nas wielki, wspaniały dzień. Urząd Miejski w Szamotułach zorganizował dla nas wielką uroczystość w Urzędzie. Powitali nas Naczelnik miasta p. [Zdzisław] Korpik oraz sekretarz Partii, zapraszając na lampkę wina i ciasto. Podczas tej uroczystości udekorowano nas medalem 50-lecia za długotrwałe pożycie małżeńskie. Oczywiście nie byliśmy tam sami. Było kilkanaście par, które też obchodziły taką uroczystość. Na tę uroczystość wolno było zaprosić dwie osoby z najbliższej rodziny. Zaprosiliśmy moją siostrę Różańską i córkę Stanisławę. Na zakończenie tej imprezy, w imieniu wszystkich zebranych, przemówiłem, dziękując władzom miejskim za to, co nam zorganizowali, z prośbą o przekazanie Radzie Państwa i Partii naszych podziękowań. Całość była fotografowana.

Była także uroczystość w kościele. Udzielono nam błogosławieństwa bożego i z żoną przystąpiliśmy do komunii świętej. Była dużo zaproszonych gości. Uroczystość rodzinna odbywała się w mieszkaniu oraz w restauracji „Maryna”. Przyjechała moja siostra Wiesia z Warszawy. Nazywa się teraz Łysiak. Ofiarowała kwiat, który bardzo długo przypominał nam o przeżytych chwilach. Z Elbląga przyjechał młodszy syn z synową własnym samochodem marki „Trabant”, aby w takiej chwili odwiedzić rodziców. Nie przybyli najstarsza córka Jadwiga oraz syn Marian. Szkoda, że rodzina nie była w komplecie.


50-lecie ślubu Marianny i Stanisława Kowalewskich. Z prawej proboszcz ks. prałat Albin Jakubczak i kościelny Stanisław Kaliszan, 1974 r.


Nasza rodzina

Poprzez tak długie pożycie doczekaliśmy się siedmiorga dzieci, z których jedna córka zmarła, przeżywszy 11 miesięcy. Na imię miała Weronika. Pozostałe dzieci już dorosłe wyszły z domu rodzicielskiego i pozakładały własne rodziny. Każde z nich ma inny charakter i różny status materialny.

Kiedy urodziła się pierwsza córka, nie miałem stałego zajęcia, a dorywczo byłem zatrudniony przy wyrębie lasu. A że urodziła się 9 sierpnia 1925 roku, wróżyłem sobie z tego, że przyniosła mi szczęście, bo po upływie siedmiu dni od urodzin, otrzymałem stałą pracę woźnego w Komendzie Państwowej Policji w Szamotułach. Zaczęło się inne lepsze życie, córka rozwijała się prawidłowo, a ja juk dostawałem stałą pensję.

Po roku czasu, gdy wszystko w domu przebiegało dobrze, postanowiliśmy z żoną, że postaramy się o drugie dziecko. Córka była dla żony, a więc powinien być chłopiec dla mnie. Tak się stało. Dnia 7 marca 1927 roku urodził się syn, który otrzymał imię Marian. Ważył aż 5 kilogramów, a rozwijał się znakomicie. Chcieliśmy z żoną wykształcić go na kapłana, bo tak mądrze patrzył, a wzrok miał naprawdę uczciwy. Lecz niestety. Nie został kapłanem ani się nawet nie ożenił. Gdy był młodzieńcem, wmawialiśmy mu, aby poszedł do Seminarium, a on na to, „że już poznał życie i świat musi należeć do niego”. Przyuczył się na kursach lotniczych, pracował w Poznaniu-Ławicy jako mechanik na lotnisku. Było te podczas okupacji. Roznosił także gazety w Szamotułach i krótko pracował w warsztatach naprawy samochodów. Ukończył przeszkolenie i jako operator koparki pracował w różnych miastach Polski, a między innymi w Częstochowie, Turoszowie, Nowej Hucie, Gdańsku.

Córka Jadwiga podczas okupacji była zatrudniana jako kelnerka, po wojnie wyszła za mąż i urodziła czterech synów : Andrzeja, Grzegorza, Romana i Piotra. Mieszkali cały czas w Wronkach.

Z żona stanowiliśmy dobraną parę, razem prowadziliśmy gospodarstwo domowe, a nawet wspólnie planowaliśmy narodziny dzieci. Teraz, kiedy mieliśmy już parkę dzieci, doszliśmy do wniosku, że do tej parki do tańca przydałby się ktoś, kto by zagrał im na instrumencie lub zaśpiewał. Żona stwierdziła, że obojętnie, co będzie, byleby było zdrowe.

Urodziła się Weronika, ale niestety zmarła po 11 miesiącach życia. Dopiero 18 sierpnia 1930 roku urodziła się następna córka, której daliśmy imię Maria. Miała bardzo dużo umiejętności. Kiedy skończyła 7 lat, potrafiła grać na akordeonie. Śmialiśmy się, że przygrywa starszej parze do tańca. Skończyła szkołę podstawową i kurs szycia w Spółdzielni Inwalidów we Wronkach. Ukończyła także przeszkolenie jako kelnerka, czyli kurs gastronomiczny i przez długi czas pracowała w gastronomii Kiedy wyszła za mąż, kupili sobie motocykl, a później samochód. Po ukończeniu kursu dla kierowców otrzymała prawo jazdy. Z Szamotuł przeniosła się do Poznania, gdzie pracuje w gastronomii, a jej mąż Tadeusz Figlarz jest taksówkarzem.

21 maja 1932 roku urodził się nam syn Wincenty. Po ukończeniu szkoły podstawowej, a zaczynał już po zakończeniu wojny od razu od 4 klasy, pobierał nauki w Liceum Ogólnokształcącym w Szamotułach, a następnie ukończył w dwa lata 4-letnie Technikum Mechaniczno-Elektryczne stopnia licealnego w Poznaniu. Po otrzymaniu nakazu pracy rozpoczął pracę w Zakładach Metalowych w Skarżysku-Kamiennej. Ożenił się i ma dwóch synów: Marka i Darka. Po uzyskaniu tytułu inżyniera mechanika na wyższych studiach na Politechnice Warszawskiej, wydział w Radomiu z siedzibą w Skarżysku, został służbowo delegowany do Elbląga, gdzie rozpoczął pracę w Zakładach Mechanicznych im. gen. Karola Świerczewskiego. Zajmował tutaj różne stanowiska w zarządzie tego przedsiębiorstwa. Dla podniesienia swoich kwalifikacji ukończył 3,5-letnie studia doktoranckie na Politechnice Warszawskiej i Gdańskiej.


Rodzina Kowalewskich – Marianna z domu Melonek i Stanisław z dziećmi: Marianem, Wincentym, Marią i Jadwigą. Ul. Kościelna w Szamotułach


Dnia 1 sierpnia 1942 roku, czyli podczas okupacji niemieckiej, urodziła nam się kolejna córka − Stanisława. Oczywiście wychowywała się podczas wojny, gdy obowiązywały kartki na podstawowe wyżywienie. Sześć tygodni po połogu żona została zabrana przez Gestapo i przekazana do Piotrkówka do niemieckiego gospodarza do pracy przy wykopkach ziemniaków. Nic czuła się dobrze, a mimo to musiała dziennie robić po 10 kilometrów (licząc tam i z powrotem), aby dojść do pracy. Na moją interwencję przydzielono nam do opieki nad córką starszą panią, bliżej nam nieznaną. Gdy już wykopki dobiegły końca, przekazano żonę do pracy przy budowie kanału przeciwpożarowego, gdzie przepracowała kilka miesięcy. Jakoś udało nam się córkę wychować, a było z nią wiele trudności. W 1962 roku wyszła za mąż, z tego małżeństwa ma dwie córki: Katarzynę i Anetę. Po rozwodzie znalazła drugiego męża − wojskowego w randze majora.

W dniu 2 października 1948 urodziła się nam ostatnia córka, Elżbieta. Była z nami bardzo długo, także gdy mieszkaliśmy w Śmiłowie. Chodziła wtedy do szkoły podstawowej w Szczepankowie. Skończyła Studium Nauczycielskie i zamieszkała w Poznaniu. Wyszła za mąż za rozwodnika, urodziła dwóch synów, wkrótce się rozwiodła.


Msza św. w kościele Matki Bożej Pocieszenia i św. Stanisława Biskupa w Szamotułach; 60-lecie ślubu Stanisława i Marianny Kowalewskich, 1984 r.


Wesołe życie staruszków

W miesiącu październiku 1976 roku na zaproszenie syna i synowej byliśmy w Elblągu przez 10 dni. Syn przywiózł nas tam swoim trabantem. Bardzo dobrze się tam czuliśmy, bo byliśmy przez syna i synową miło traktowani.

Elbląg jest pięknym miastem, posiada dużo krzewów, drzew, zabytków. W 1974 roku został miastem wojewódzkim. Miasto jest dobrze zagospodarowane, co chyba wynika też z tego, że leży blisko morza. Wincenty jest dobrym synem, ma dobry charakter, a jest zadowolony, że jako inżynier może w Zamechu zrobić dużo dobrego.

W dniu l0 maja 1977 roku syn przyjechał do Szamotuł własnym trabantem i zabrał nas do Elbląga na miesiąc. Byliśmy bardzo ucieszeni. Chodziliśmy po ulicach, syn robił zdjęcia, zwiedzaliśmy miasto. Często jeździliśmy na działkę, która leży około 3 kilometrów od miasta. Działka nam się podobała. Jest tam dużo krzewów agrestu i porzeczek, wiele drzew owocowych. W tym roku dobrze obrodziły owoce i warzywa. Bo dużo jabłek, śliwek, porzeczek, agrestu, truskawek. Przyjemnie jest tak sobie popracować, a potem zbierać owoce.

W czerwcu syn i synowa otrzymali urlopy i przydział na wczasy w Krynicy Morskiej. My z żoną, chociaż tak długo żyjemy, nigdy nie widzieliśmy z bliska morza. Zrobiło ono na nas niesamowite wrażenie. Nawet żona zapytała, czy ta woda nie wyleje się na plażę. Nie muszę dodawać, że syn załatwił nam pobyt w Krynicy przez cały czas ich urlopu. Z tego pobytu mamy wiele zdjęć. Cudowna pamiątka. Żadne z dzieci nigdy nas na takie wczasy nie zaprosiło.

Droga do Krynicy z Elbląga jest bardzo kręta, jedzie się cały czas lasami. Sama Krynica jest pięknym nadmorskim kurortem. Wracając z Krynicy, zajechaliśmy po drodze do Sztutowa, gdzie podczas okupacji był obóz koncentracyjny pod nazwą Stutthof. Obóz zrobił na nas niesamowite wrażenie. Pierwszy raz oglądaliśmy taki lager. Widzieliśmy zdjęcia katów niemieckich, wnętrza baraków, krematorium, szubienice. Tego nie da się zapomnieć.


Spotkanie rodzinne w 1984 r., po mszy z okazji 60-lecia ślubu Stanisława i Marianny


Dawno obiecałem żonie, że jak już wychowamy dzieci i doczekamy się emerytury, to spełni swoje marzenia i pojedzie na wycieczką do Częstochowy na Jasną Górę. W dniu 22 września 1977 roku proboszcz szamotulskiej parafii zorganizował wycieczkę dla 50 parafian do miejsca pielgrzymek w Częstochowie. Nie tylko że dojechali do celu podróży, ale jak gdyby po drodze zwiedzili także katedrę w Gnieźnie, kościół w Licheniu oraz w Pleszewie. Powrót nastąpił 23 września. Żona przez kilka dni opowiadała o tym wszystkim, co widziała oraz co przeżyła. Była bardzo zadowolona z tej wyprawy. Często wracała do tego tematu.

Kiedy jeszcze chodziłem do szkoły podstawowej, marzyło mi się, że jak dorosnę, to zwiedzę całą Polskę, dużo wsi i miast. Jednak w życiu ułożyło mi się inaczej. Wprawdzie byłem na Śląsku i brałem udział (jako ochotnik) w powstaniu wielkopolskim, ale nie miałem możliwości, aby moje marzenia się spełniły.

Teraz odwiedzamy nasze dzieci, wspominamy przeszłość i cieszymy się, że doczekaliśmy tych lat w niezłym zdrowiu.

Stanisław Kowalewski spisał swoje wspomnienia w 1976 r. Zmarł w 1985 r., a jego żona Marianna w r. 1988; oboje spoczywają na cmentarzu w Szamotułach.

***

Wspomnienia Stanisława Kowalewskiego oraz zdjęcia zamieszczone zdjęcia rodzinne stanowią własność jego wnuka – Dariusza Kowalewskiego

Szamotuły, 09.07.2020

Stanisław Kowalewski, Życie w powojennej rzeczywistości2025-01-03T13:02:23+01:00

Aktualności – lipiec 2020

Linia kolejowa 368 

Zapraszamy do obejrzenia 2. odcinka reportażu filmowego z nieczynnej linii kolejowej nr 368 (Szamotuły – Międzychód). Zrealizowali go Krystian Janiszewski i Łukasz Wlazik z kanału Szamo Urbex – całość stanowi rezultat ich wielomiesięcznej pracy. Czy są szanse na rewitalizację tej ważnej dla regionu linii? W jakim stanie jest infrastruktura kolejowa na odcinku Chrzypsko – Międzychód? Wywiady, ciekawostki historyczne, zdjęcia z drona – polecamy.


Promocja książki Szamotuły. Dzieje miasta – tę publikację trzeba mieć!

Zapraszamy na promocję książki Piotra Nowaka, spotkanie odbędzie się 30 lipca o godz. 19.00 w kinie „Halszka”.

Autorowi zadaliśmy 3 pytania: 1. Co dla szamotulan stanowi największy historyczny skarb? 2. Co zaskoczyło go w dziejach miasta i mieszkańców? 3. Z jakiego historycznego odkrycia jest dumny autor pierwszej monografii Szamotuł? Oto odpowiedzi, które uzyskaliśmy:

  1. Zwróciłbym uwagę na dwa obiekty, których roli nigdy nie da się przecenić: Zamek Górków i bazylikę kolegiacką. Od czasu średniowiecza promieniowały na miasto i region: zamek jako siedziba właścicieli Szamotuł, a kolegiata jako centrum ważnego ośrodka parafialnego z kapitułą oraz sanktuarium maryjne. Do tego dochodzi sporej wielkości rynek z unikatową zabudową śródrynkową, jedyną w Wielkopolsce po Poznaniu, typową dla miast monarszych. Te trzy miejsca, w bliskiej odległości od siebie, stanowią wyjątkowy potencjał turystyczny Szamotuł, chyba wciąż nie do końca wykorzystany.
  2. Zdziwiła mnie na pewno ewolucja poglądów politycznych szamotulan w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Po przewrocie majowym w 1926 r. ludność wykazywała nadzwyczaj duże poparcie dla Józefa Piłsudskiego i jego stronnictwa. Na tle całej Wielkopolski, gdzie dominowało stronnictwo narodowe, w wyborach parlamentarnych w 1928 r. piłsudczycy zdobyli procentowo najwięcej głosów właśnie w okręgu wyborczym szamotulskim. To zjawisko utrzymało się jeszcze w latach trzydziestych.
  3. W kontekście wydanej monografii Szamotuł nie doszukiwałbym się spektakularnych odkryć. Syntetyczne ujęcie całych dziejów miasta wymagało raczej uzupełnienia szeregu brakujących zagadnień i w tym sensie czuję największą satysfakcje. Natomiast istotnym problemem, z jakim należało się zmierzyć, były niejasne, a nawet sprzeczne informacje, których dostarczają starsze publikacje. Cieszę się, że w efekcie często żmudnych badań udało się sprostować kilka ważnych faktów i dat.

Od siebie dodamy, że to już kolejna obszerna, oparta na wszelkich dostępnych źródłach i bogato ilustrowana publikacja dr. Piotra Nowaka poświęcona Szamotułom. W 2018 r. ukazała się książka Dzieje bazyliki kolegiackiej oraz parafii Matki Bożej Pocieszenia i św. Stanisława Biskupa w Szamotułach.  Piotr Nowak jest dr. historii i absolwentem szamotulskiego Liceum im. ks. Piotra Skargi; od 2016 r. mieszka w naszym mieście.


Szamotuły − miejsce dla talentów!

W tym roku z powodów pandemii koronawirusa nie odbyła się X edycja konkursu pod nazwą „Szamotuły − miejsce dla talentów”. 12 lipca Szamotulski Ośrodek Kultury − w ramach cyklu letnich koncertów − zorganizował imprezę, na którą złożyły się występy kilku laureatek i finalistek z lat poprzednich. Wystąpiły: Zosia Dobak (zwyciężczyni z 2019 r.), Marcelina Dera (zwyciężczyni z 2018 r.), Julianna Sroka-Kierończyk (zwyciężczyni z 2017 r.), Kasia Zaraś (finalistka z 2016 r.) i Joanna Majchrzak (finalistka z 2011 r.). Towarzyszyli im muzycy: Krzysztof Łączkowski, Natalia Jędrzejczak i Maria Halamska.

Zdjęcia SzOK



„Świat Wacława z Szamotuł”

Po przerwie wracają koncerty, zwłaszcza te w organizowane w plenerze, a my wspominamy „Świat Wacława z Szamotuł” − interesujące cykliczne wydarzenie kulturalne z lat 70. (zdjęcia z 1973 r.). Pierwsze uroczystości odbyły 17.06.1973 r. i miały charakter interdyscyplinarny; w widocznym na afiszu programie znalazły się 3 koncerty, sesja popularnonaukowa poświęcona kulturze Odrodzenia, wystawa muzealna, a nawert zlot turystów. Imprezę zainaugurował koncert przy obelisku Wacława, w którym wystąpili Wielkopolska Symfoniczna Orkiestra im. Karola Kurpińskiego z Poznania pod dyr. Jerzego Młodziejewskiego i chór mieszany „Halka” z Dusznik pod dyr. Mieczysława Dondajewskiego. Kolejny koncert odbył się na dziedzińcu Zamku Górków; w widowisku „Halszka z Ostroga” wystąpili uczniowie IX LO z Poznania (scenariusz i reżyseria Jadwiga Menzfeld), pieśni z XVI w. przedstawił Zespół Madrygalistów Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej z Poznania pod dyrekcją Leszka Bajona, a wiersze recytował szamotulanin Stefan Maćkowiak. W auli LO odbył się także „Wieczór muzyki i poezji polskiego Odrodzenia” w wykonaniu Szamotulskiego Chóru Chłopięco-Męskiego Cechu Rzemiosł Różnych pod dyrekcją Stefana Krawczyka, uczniów Społecznego Ogniska Muzycznego i laureatów konkursow recytatorskich.

Kolejne imprezy z cyklu odbyły się 25.05.1975 i 19.05.1977 r. Głównym organizatorem tego cyklu było Towarzystwo Kultury Ziemi Szamotulskiej. Od drugiej połowy lat 90. odbywały się w Szamotułach cykliczne Spotkania Zespołów Chóralnych „Świat Wacława z Szamotuł”, organizowane przez Fundację Kultury „Zamek Górków”.

Zdjęcia Marian Różański i Janusz Piszczoła



Oby nie wróciła taka „demokracja”!

Dla tych, którzy mają siły przeczytać coś jeszcze o wyborach! 51 lat temu − 1.06.1969 r. − w Szamotułach, podobnie jak w całej Polsce, odbyły się równoczesne wybory do sejmu i rad narodowych. Oficjalnie podano, że frekwencja wyniosła 97,61%. Przypominamy, że wówczas głosowało się na kandydatów z jedynej listy wyborczej − Frontu Jedności Narodu, a mandaty przydzielano według ustalonej puli. Pierwsi głosujący tradycyjnie otrzymywali goździki. Zobaczmy, jak wówczas wyglądały lokale wyborcze i głosujący w nich szamotulanie.

W skali kraju najwięcej głosów (99,78%) zdobył Edward Gierek − przywódca partii w województwie katowickim, startujący w okręgu Sosnowiec. Ówczesny I sekretarz Komitetu Centralnego PZPR − Władysław Gomułka startował w okręgu wyborczym Warszawa-Praga; zdobył 99,44% głosów.

Zdjęcia z kroniki Prezydium Miejskiej Rady Narodowej (własność Urząd Miasta i Gminy).



Wakacje blisko domu?

Znacie szamotulskie powiedzenie: „jeździć wkoło komina cukrowni”, czyli nie oddalać się z Szamotuł, podróżować po najbliższej okolicy? Kominy cukrownicze były dwa: wyższy przy kotłowni i niższy przy suszarni, oba było widać już z prostej z kierunku Lipnicy. Dawni pracownicy opowiadali, że w 1945 r. we mgle o ten wyższy komin zahaczył radziecki samolot, ciało pilota znaleziono wówczas w osadnikach między Samą a rowem Gałowskim. Konstrukcja komina została naruszona, odbudowano go do wysokości 78 m (był niższy niż przed wypadkiem).

Zdjęcia pochodzą z publikacji 100 lat Cukrowni Szamotuły”, wydanej w 1995 r. Zakład w tym czasie zatrudniał 284 stałych pracowników. Później został wykupiony przez niemiecki koncern cukrowniczy „Nordzucker”. Chociaż cukrownia stale była modernizowana i osiągała dobre wyniki, w 2003 r. właściciele − niestety − podjęli decyzję o jej zamknięciu.



Kejter, czyli pies

1 lipca wypada Międzynarodowy Dzień Psa. Popatrzmy na ilustracje − każdy z tych psów ma swój charakter! Ciekawe, czy słowo „kejter” znał autor tych obrazków − Janusz Grabiański (1929-1976)?

Urodził się w Szamotułach, w dzieciństwie mieszkał w Poznaniu i we Wronkach. Nad rozwojem jego talentu plastycznego czuwał wówczas Wacław Masłowski (1887-1943) − cioteczny dziadek, ceniony malarz i nauczyciel szamotulskiego gimnazjum. Wielkopolskę rodzina Grabiańskich opuściła na początku wojny. Janusz Grabiański studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie i Warszawie (dyplom w pracowni Józefa Mroszczaka).

Zilustrował ponad 100 książek z klasyki polskiej i obcej, a opracował graficznie ponad 300. Współpracował z wydawnictwami m.in. z Austrii, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji, Finlandii, Włoch, RPA, Szwecji i Stanów Zjednoczonych. Psy pojawiały się na jego projektach ilustracji książkowych, plakatów i i na znaczkach pocztowych.



Halszka – lato 2020

Halszka w tegorocznym wydaniu letnim – najnowszy plakat Damiana Kłaczkiewicza, znów z motywem haftu szamotulskiego i baszty! Halszka z wyrusza w letnią podróż. Może płynie Samą do Warty, a może jest na którymś z okolicznych jezior? Dokądkolwiek się udamy, nie uciekniemy przed samymi sobą, kapelusz Halszki zdaje się to potwierdzać.

Kiedy wszyscy siedzieli w domu, prace Damiana Kłaczkiewicza podróżowały. Rosja, Meksyk, Iran, Hiszpania, Ukraina, Jamajka, Tajwan, Ekwador, Chiny, Niemcy – stamtąd w ostatnim czasie do szamotulskiego artysty płynęły zaproszenia i wyróżnienia. A w Szamotułach możemy oglądać jego grafiki realizowane dla Szamotulskiego Ośrodka Kultury – ostatnio serię „plakatów profilaktycznych”, związanych z epidemią koronawirusa, ale wkrótce także koncertowe, bo już za kilka dni pierwszy letni koncert plenerowy.


Szamotuły, 02.07.2020

LIPIEC 2020

IMPREZY I KONCERTY


Muzeum – Zamek Górków otwarte dla zwiedzających (tylko budynek zamku; w poniedziałki i wtorki nieczynne)


Najbliższe


Minione



Plakaty Damiana Kłaczkiewicza (SzOK)


KINO

Aktualności – lipiec 20202025-02-24T18:37:06+01:00

Ks. Antoni Cieciora i Wilm Hosenfeld – polski kapłan i niemiecki oficer

Ks. Antoni Cieciora i Wilm Hosenfeld

Polski kapłan i niemiecki oficer

To miał być tekst o kapłanie − absolwencie szamotulskiego gimnazjum, kolejny – po artykułach o kolegach z tego samego rocznika: ks. płk. Henryku Szklarku-Trzcielskim, kapelanie powstania warszawskiego, i ks. Alojzym Sławskim, w czasie wojny więzionym w Dachau. Wojenna historia ks. Antoniego Cieciory, zdawałoby się − mniej dramatyczna, okazała się zaskakująca ze względu na przyjaźń z niezwykłym Niemcem Wilmem Hosenfeldem.

Antoni Cieciora urodził się 12 kwietnia 1910 roku w Szamotułach. Jego rodzicami byli Szczepan Cieciora (1880-1963, stolarz) i Maria z domu Palacz (1870-1959). Miał starszego brata Stanisława (1907-1987) i młodszą siostrę Marię (1913-2004; po mężu Kozłowska). Uczęszczał do Gimnazjum im. ks. Piotra Skargi w Szamotułach. W latach szkolnych angażował się w działalność harcerską, kierował drużyną męską im. Bolesława Chrobrego.

Po maturze w 1929 roku wstąpił do seminarium duchownego w Poznaniu. Święcenia kapłańskie otrzymał 17 czerwca 1934 roku w Poznaniu, a następnego dnia odprawił w Szamotułach swoją pierwszą mszę św. Od lipca 1934 roku pracował jako wikariusz w parafii w Kępnie, następnie − do wybuchu wojny − w parafii św. Wojciecha w Poznaniu. W czasie okupacji, poszukiwany przez Gestapo, ukrywał się w Warszawie pod fałszywym nazwiskiem.


Ksiądz Aleksy Sobaszek, który wygłosił kazanie w czasie mszy prymicyjnej, w latach 1926-31 był prefektem szamotulskiego gimnazjum, stał się w tym czasie ważną osobą dla Antoniego Cieciory. W 1942 r. zginął w Dachau, beatyfikowany w 1999 r. „Gazeta Szamotulska”, 21.06.1934 r.


W 1945 roku ksiądz Antoni Cieciora został powołany do pełnienia posługi duszpasterskiej jako proboszcz parafii NMP Niepokalanie Poczętej w Poznaniu. Niezwłocznie, przy wydatnej pomocy parafian, przystąpiono do odbudowy zniszczonego kościoła, a prace malarskie we wnętrzu obiektu wykonali znani profesorowie Wacław Taranczewski i Stanisław Szczepański. Funkcję proboszcza ks. Antoni Cieciora pełnił przez 36 lat, był także dziekanem jednego z czterech ówczesnych poznańskich dekanatów (Poznań Wschód). Otrzymał godność kanonika. Zmarł 30 maja 1981 roku, spoczywa na cmentarzu na Miłostowie w Poznaniu.

***

Życiorys księdza wydaje się wyjątkowo prosty: matura, seminarium, święcenia oraz posługa proboszcza w jednej parafii. A jednak pozory mylą. Każdy, kto widział Pianistę − obsypany amerykańskimi Oscarami, francuskimi Cezarami i polskimi Orłami − film Romana Polańskiego z 2002 roku, z pewnością zapamiętał postać niemieckiego oficera, który uratował życie Władysława Szpilmana. Artykuły, które powstały w ostatnich 20 latach, a zwłaszcza książka Starałem się ratować każdego, udowadniają, że postawa wobec Szpilmana nie była jednorazowym aktem dobroci wobec człowieka, którego nazizm i wojna postawiły po przeciwnej stronie. Co więcej, ten oficer − Wilhelm (Wilm) Hosenfeld, przyjaźnił się z Polakami, pomagał Żydom i już jesienią 1939 roku postępowanie Niemców w Polsce nazywał w listach do żony i pamiętniku „zbrodniami przeciw ludzkości”. Jednym z tych, których Hosenfeld uratował i obdarzył przyjaźnią, był ks. Antoni Cieciora.   


Zdjęcie ślubne Zofii z domu Wika i Stanisława Cieciorów, 1936 r. Zofia Cieciora w Szamotułach przed wojną


Zanim Hosenfeld poznał ks. Antoniego, zetknął się z jego rodziną z Szamotuł. W październiku 1939 r. w obozie jenieckim w Pabianicach przebywał starszy brat księdza Antoniego, Stanisław. Przed wojną Stanisław Cieciora pracował w księgowości starostwa powiatowego w Szamotułach, we wrześniu 1939 roku walczył w 69 Pułku Piechoty (17 Wielkopolska Dywizja Piechoty, w ramach Armii „Poznań”) i w czasie bitwy nad Bzurą dostał się do niewoli. Komendantem obozu, do którego trafił, był Wilm Hosenfeld − wówczas sierżant Wehrmachtu.

Któregoś dnia przed bramą obozu zaczepiła go kobieta. Zaczęła płynnie mówić po niemiecku: – Proszę pana, w tym obozie siedzi mój mąż. Ja jestem w ciąży, a matka męża jest w Szamotułach umierająca. To jej ostatnie chwile, chciałaby jeszcze zobaczyć syna przed śmiercią. Proszę coś zrobić, żeby go wypuścili.

Była to Zofia Cieciora, od trzech lat żona Stanisława. Kiedy tylko dowiedziała się, gdzie przebywa mąż, wyruszyła z domu, aby spróbować go uwolnić. Informacje o ciąży i chorobie teściowej nie były prawdą. Hosenfeld poprosił, żeby następnego dnia przyszła do niego do biura. – Jestem katolikiem i pani pomogę. Zapisał nazwisko więźnia i powiedział: – Mąż wróci do domu za trzy dni.

Tak rzeczywiście się stało, a Cieciorowie przesłali Niemcowi podziękowania. Uznali, że to po prostu dobry człowiek, któremu można zaufać. Od tego czasu utrzymywali kontakt, co więcej − Hosenfeld, a także jego żona Annemarie i jedna z córek, wielokrotnie ich odwiedzali. W listach do żony Wilm chwalił gościnność Cieciorów i wiejskie jedzenie, w które go zaopatrywali.

Po powrocie do rodziny Stanisław Cieciora rozpoczął pracę jako kasjer-księgowy w ordynacji obrzyckiej Raczyńskich, najpierw w majątku Obrowo, a potem − do końca okupacji − w głównej siedzibie ordynacji − w pałacu w Gaju Małym. Jako zarządca u hrabiego Raczyńskiego pracował też teść Stanisława − Michał Wika (1881-1951).


Wilm Hosenfeld w czasie rozmowy z Żydem, Węgrowo 1940 r.


Późną jesienią 1939 roku Wilma Hosenfelda przeniesiono do Węgrowa koło Sokołowa Podlaskiego, gdzie dowodził oddziałem ochrony linii kolejowej. Pewnego dnia zobaczył, jak esesmani wloką po ulicy Węgrowa małego chłopca, którego przyłapali na kradzieży siana. Jeden z esesmanów wyciągnął pistolet i przytknął chłopcu do głowy. Hosenfeld krzyknął: – Przecież nie może pan zabić dziecka! – Jak nie zamkniesz mordy, to ciebie też zatłuczemy – odwarknął esesman i pociągnął za spust.

To wydarzenie było przełomowe w życiu Wilhelma: „Wstydzę się, że jestem niemieckim żołnierzem” − napisał w liście do żony. Pisał też dziennik, który krótko przed powstaniem, ukryty w bieliźnie, wysłał żonie pocztą polową. Gdyby któryś z jego zeszytów dostał się w niepowołane ręce, czekałby go sąd wojenny. Stał się zamknięty w sobie, czytał głównie Biblię i dużo się modlił.

W lipcu 1940 roku Hosenfeld po raz kolejny został przeniesiony, tym razem do Warszawy. Stopniowo awansował − doszedł do stopnia kapitana; wiosną 1941 roku został kapitanem i „oficerem wychowania fizycznego i obrony przeciwgazowej” garnizonu warszawskiego. Zarządzał obiektami sportowymi przedwojennego klubu „Legia”, organizował dla żołnierzy treningi i zawody: lekkoatletyka, pływanie, gry zespołowe, jazda konna.


Zawody sportowe na obiektach przy Łazienkowskiej w Warszawie, którymi zarządzał wówczas Wilm Hosenfeld, 1942 r. (źródło zdjęcia – Fotopolska)


Po jakimś czasie Zofia Cieciora napisała do Hosenfelda list z kolejną prośbą. Brat jej męża − ksiądz Antoni Cieciora, wikary w poznańskiej parafii św. Wojciecha, ukrywał się w Warszawie. Był członkiem ruchu oporu poszukiwanym przez Gestapo. Znalazł się w trudnej sytuacji, gdyż nie miał ani bezpiecznych dokumentów, ani środków do życia. Hosenfeld poszedł w mundurze Wehrmachtu(!) pod wskazany adres i zapytał o ks. Cieciorę. Przestraszona kobieta, która otworzyła mu drzwi, powiedziała, że nigdy o takim nie słyszała. Po godzinie udał się w to samo miejsce jeszcze raz i tym razem pokazał list od rodziny księdza.

Hosenfeld załatwił księdzu dokumenty na nazwisko Antoni Cichocki, w marcu 1943 roku zatrudnił go też jako pracownika biurowego na stadionie sportowym warszawskiej Legii (w Szkole Sportowej Wehrmachtu). Połączyła ich głęboka wiara, z czasem nawiązała się też między nimi męska przyjaźń. Wilm miał wówczas 48 lat, ks. Antoni był od niego 15 lat młodszy. Często razem jadali posiłki, podróżowali, dużo rozmawiali. W listach do żony nazywał „Cichockiego” swoim „największym oparciem”, „dobrym kolegą” i „drogim przyjacielem”. Kiedy ks. Antoni obchodził 10. rocznicę kapłaństwa, Hosenfeld służył mu do mszy w mundurze niemieckim. Było to nabożeństwo odprawione potajemnie wcześnie rano w jednym z warszawskich kościołów.

W 1943 roku Hosenfeld uratował jeszcze jednego członka rodziny Cieciorów − o nazwisku Kroszel. Znalazł się on w grupie Polaków aresztowanych w odwecie za akcję podziemia. W tym wypadku Hosenfeld wykazał się niezwykłą przytomnością umysłu: zauważył go w ciężarówce, zatrzymał pojazd i oświadczył dowódcy, że potrzebny mu jest pilnie jeden człowiek, po czym wybrał właśnie Kroszla. Z najbliższymi uratowanego także utrzymywał potem serdeczne relacje i odwiedzał ich w Miechowie.

W ramach obowiązków służbowych Hosenfeld organizował kursy dokształcające dla żołnierzy, m.in. wprowadził naukę języka polskiego, do wykładania którego namówił „Cichockiego”. Sam także uczył się polskiego − z ks. Antonim, a także z książek: „Taki jestem szczęśliwy, kiedy mogę rozmawiać z Polakami, to znaczy, kiedy oni mnie rozumieją i ja ich rozumiem” − pisał do żony. Podobały mu się polskie zwyczaje, na przykład dzielenie się opłatkiem.


29 marca 1944 r. Polacy, których uratował Hosenfeld, dając im pracę w warszawskiej Szkole Sportowej Wehrmachtu, przekazali mu ten dokument jako podziękowanie wraz z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej (archiwum rodziny Hosenfeldów)


Wśród pracujących na stadionie około trzydziestu Polaków był Leon Warm-Warczyński, który uciekł z transportu wywożącego mieszkańców getta w Warszawie do Treblinki. Hosenfeld doskonale zdawał sobie sprawę z jego pochodzenia. Boleśnie przeżył powstanie w getcie i jego likwidację. W czerwcu 1943 roku zanotował w dzienniku: „Popełniając ten straszliwy masowy mord na Żydach, przegraliśmy wojnę. Sprowadziliśmy na siebie nie dającą się zmyć hańbę, wieczną klątwę. Nie zasługujemy na jakąkolwiek łaskę, wszyscy jesteśmy współwinni”.

Dwa dni przed wybuchem powstania, w chwili, gdy zbliżała się Armia Czerwona, został przydzielony do nowo utworzonego sztabu Komendantury Wehrmachtu Warszawa. Po raz kolejny pomógł ks. Antoniemu Cieciorze, który znalazł się w niemieckim obozie przejściowym pod Warszawą i − jak wielu innych polskich cywilów − musiał kopać rowy w strefie między linią niemiecką i radziecką, pod obstrzałem.

W listopadzie 1944 roku Wilm Hosenfeld przypadkowo trafił na kompozytora Władysława Szpilmana, który ukrywał się budynku przy al. Niepodległości 223. Poruszony sytuacją wynędzniałego pianisty, regularnie przynosił mu żywność, zaopatrzył go też w płaszcz i kołdrę.


Tablica na domu przy Al. Niepodległości 223, gdzie ukrywał się Władysław Szpilman w końcowym okresie okupacji niemieckiej. Zdjęcie Adrian Grycuk


Po upadku powstania spotkał się pod Warszawą z księdzem Antonim Cieciorą. – Wilm, zrzuć mundur. Wojna jest przegrana. Ukryjemy cię – proponował ks. Antoni. – Nie, Antoni. Wiem, że Bóg przeklął Niemców, ale nie mogę zostawić swoich żołnierzy − miał odpowiedzieć kapitan Hosenfeld. Był wówczas dowódcą 200-osobowej „kompanii specjalnego przeznaczenia”, pilnującej rozgłośni radiowych i magazynów.

Został w Warszawie. 17 stycznia 1945 r. dostał się do niewoli sowieckiej, przebywał w obozie jenieckim pod Błoniem. Rodzinie powiedzieli o tym jego koledzy, którym udało się wrócić do Niemiec. Żona Hosenfelda Annemarie przez niemal półtora roku czekała na list od męża. Pierwszy przyszedł dopiero na Wielkanoc 1946 roku. Wilm wysłał go z obozu jenieckiego w Mińsku. W jednym z kolejnych listów przysłał Annemarie nazwiska Polaków, którzy − jak sądził − mogą mu pomóc. Byli to: ks. Antoni Cieciora, Leon Nachamczyk, Wacław Krawczyk, Wacław Patela, Józef Pacanowski, Achim Prut, Władysław Szpilman. „Skontaktujcie się z Cieciorą. Cieciora najważniejszy. On może tez znaleźć więcej Żydów, którym pomagałem” − pisał.

Annemarie szybko odnalazła ks. Cieciorę, który pełnił już funkcję proboszcza w parafii Najświętszej Marii Panny w Poznaniu. Ksiądz niezwłocznie przygotował dwa dokumenty, każdy w wersji polskiej i niemieckiej:

„Ja niżej podpisany ks. Antoni Cieciora, zamieszkały przy ul. Mariackiej 15 w Poznaniu, oświadczam, że Wilma Hosenfelda znam od 1942 r. Nadzorując prace na stadionie w Warszawie, był dla zatrudnionych tam Polaków jak ojciec. I oni traktowali go jak ojca, zwracając się do niego z pełnym zaufaniem ze wszystkimi swoimi problemami osobistymi. Wszelkie wykroczenia niemieckich żołnierzy wobec Polaków surowo karał. Postarał mi się o papiery, które dwa razy uratowały mi życie. Nigdy nie był hitlerowcem. Pośród 30 pracowników było dwóch Żydów, o czym Wilm Hosenfeld wiedział”.

Annemarie wysłała dokumenty do męża, lecz trafiły do niego − przebywającego w kolejnym obozie jenieckim w Bobrujsku − dopiero na początku 1947 roku.


Wilm i Annemarie Hosenfeldowie – zdjęcie przesłane z podziękowaniami Zofii Cieciorze w maju 1944 r.


W lipcu tego roku Wilm Hosenfeld doznał wylewu krwi do mózgu i przejściowego paraliżu lewej strony ciała. Drugi nastąpił rok później, następne − w kolejnych latach. W maju 1950 roku trybunał wojskowy, obradujący bez prokuratora i obrońcy, skazał Hosenfelda na 25 lat więzienia.

Niestety, mimo że Hosenfeld uratował wiele ludzkich istnień, nie zdołał ocalić własnego życia. Ot, prawdziwy obraz totalitaryzmu. Zmarł 13 sierpnia 1952 roku w obozie pod Stalingradem, gdzie odbywał karę razem z tymi, za których zbrodnie się wstydził.

Stanisław i Zofia Cieciorowie przez pierwsze powojenne lata wysyłali paczki żywnościowe do Annemarie i jej dzieci. Sami potomstwa doczekali się dopiero 10 lat po ślubie. Najpierw na świat przyszli dwaj synowie: Maciej (ur. 1946) i Jacek (1949-2014), potem Maria Ewa (ur. 1951, po mężu Prange). Później to Hosenfeldowie wspierali paczkami Cieciorów. Stanisław do emerytury pracował jako główny księgowy w kilku okolicznych PGR-ach, wybudował dom na osiedlu spółdzielczym w Szamotułach, a żona prowadziła kiosk „Ruchu”.


Wręczenie Zofii i Stanisławowi Cieciorom Medali za Długoletnie Pożycie Małżeńskie, 1986 r., Urząd Miasta i Gminy Szamotuły (1. z lewej – ówczesny naczelnik miasta Jerzy Bukowski)


Szamotulską rodzinę i parafię często odwiedzał ks. Antoni Cieciora. Brał udział w większych uroczystościach kościelnych: koronacji obrazu „Szamotuł Pani” w 1970 r. czy nawiedzeniu parafii przez obraz Matki Bożej Częstochowskiej. Był człowiekiem bardzo serdecznym, skromnym i otwartym na ludzi. O sprawie Hosenfelda nie lubił wspominać, bolało go, że nie mógł mu pomóc. Ale nie mógł go też ocalić Władysław Szpilman, który późno, bo dopiero w 1950 roku, poznał nazwisko i los niemieckiego oficera, który go uratował. Próbował interweniować u ówczesnych władz polskich, na nic to się jednak nie zdało.

W październiku 2007 r. Wilm Hosenfeld został pośmiertnie odznaczony Orderem Odrodzenia Polski przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Dzięki staraniom Andrzeja Szpilmana, syna kompozytora, Hosenfeld otrzymał w 2009 r. tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. Wcześniej − w styczniu 2005 roku − w Łodzi odbyła się konferencja naukowa „Wilm Hosenfeld − wspólna pamięć Polaków i Niemców”. Oprócz historyków, władz miasta i przedstawicieli różnych środowisk wzięli w niej udział także − jako goście honorowi − potomkowie Hosenfelda, Halina Szpilman − żona Władysława oraz Maciej Cieciora − syn Stanisława i bratanek ks. Antoniego.

Agnieszka Krygier-Łączkowska i Zbigniew Cofta

Zdjęcia rodzinne udostępniła Maria Ewa Prange

Szamotuły, 21.06.2020


Maria Palacz (później Cieciora), ok. 1895 r.

Rodzeństwo – Stanisław, Antoni i Maria Cieciorowie, ok. 1919 r.

Antoni Cieciora w latach gimnazjalnych

Rodzina Cieciorów – od lewej: Stanisław, Maria, Antoni, Szczepan i Maria (później Kozłowska), ok. 1934 r.

Uroczystości prymicyjne kolegi z rocznika – ks. Alojzego Sławskiego, Szamotuły 1934; ks. A. Cieciora siedzi 1. z lewej

Ks. Antoni Cieciora, ok. 1939 r.

Wilm i Annemarie mieli pięcioro dzieci: Helmuta (ur. 1921), Anemone (1924), Detleva (1927), Jorinde (1932) i Utę (1937). Wilm Hosenfeld urodził się w 1895 r., brał udział w I wojnie  światowej, w okresie międzywojennym pracował jako wiejski nauczyciel w Hesji (zdjęcie z archiwum rodziny Hosenfeldów)

Wilm Hoselfeld, Warszawa 1942 (zdjęcie z archiwum rodziny Hosenfeldów)

Wilm Hosenfeld, Warszawa 1943 – ulubione zdjęcie jego żony Annemarie (z archiwum rodziny Hosenfeldów)

Annemarie i Wilm Hosenfeldowie z córką Jorinde – wizyta u rodziny Cieciorów, wiosna 1944 r.

Wilm Hosenfeld w czasie ostatniej wizyty w rodzinnym domu, czerwiec 1944 r. (zdjęcie z archiwum rodziny Hosenfeldów)

Portret Wilma Hosenfelda narysowany przez współwięźnia w niewoli radzieckiej (z archiwum rodziny Hosenfeldów)

50-lecie ślubu Marii i Szczepana Cieciorów – Szamotuły, 8.02.1953 r.

Zofia i Stanisław Cieciorowie z dziećmi: Marią Ewą (później Prange), Jackiem i Maciejem, Boże Narodzenie 1954 r.

25-lecie święceń kapłańskich ks. Antoniego Cieciory, Poznań 1959 r.

Ks. Antoni Cieciora w stroju kanonika, Poznań, ok. 1960 r.

Kościół NMP Niepokalanie Poczętej w Poznaniu – ks. Antoni Cieciora był tam proboszczem przez 36 lat (źródło zdjęcia – Fotopolska)

Cieciorowie: Stanisław, Jacek, Antoni i Maciej. Szamotuły, lata 70.

50-lecie ślubu Zofii i Stanisława Cieciorów. Uroczystość w Urzędzie Miasta i Gminy, Szamotuły 1986 r.



Ks. Antoni Cieciora i Wilm Hosenfeld – polski kapłan i niemiecki oficer2025-08-18T12:19:10+02:00
Go to Top