Stanisław Kowalewski

Wspomnienia

część 2: Przeżycia z czasów okupacji niemieckiej w Szamotułach

Pierwsze tygodnie okupacji

Pracę w Policji Państwowej rozpocząłem dnia 17 sierpnia 1925 roku, a zakończyłem , jak się później okazało, 1 września 1939 roku z chwilą wybuchu drugiej wojny światowej. Pamiętam, że właśnie 1 września 1939 roku syreny Straży Ogniowej oraz wszystkie dzwony kościelne oznajmiły, że wybuchła wojna i wojska niemieckie przekroczyły granice Polski. Około godziny 11. słychać było bombardowanie, dokładnie nie wiadomo, w którym miejscu. Znane mi były dokładnie instrukcje, co na wypadek wojny należało do obowiązków funkcjonariuszy Policji Państwowej. Zasadniczy rozkaz nakazywał natychmiastowe wycofanie się do województwa tarnopolskiego, czyli na wschód. Policjanci posiadający własne motocykle wyjechali do wyznaczonego miejsca, natomiast ich rodziny, w tym i moja, zostały umieszczone na wozach drabiniastych lub platformach, ciągnionych przez konie, celem wyjazdu także na wschód. Dla mnie rozkaz był tak ustalony, abym rodzinę (żonę i dzieci) Komendanta Policji wywiózł samochodem służbowym także na wschód, do miejscowości, z której rodzina ta pochodziła, to jest w województwie białostockim. Po dowiezieniu tej rodziny na miejsce, zgodnie z rozkazem, udałem się do miejscowości Złoczów w województwie tarnopolskim.


Zdjęcie z początkowego okresu Stanisława Kowalewskiego w policji. 11 XI 1927 r., Posterunek Policji – budynek ówczesnego starostwa (dziś UMiG). W górnym rzędzie 2. od lewej Stanisław Kowalewski. Siedzą od lewej: sędzia Tadeusz Dutkiewicz, starosta Bronisław Ruczyński i komendant powiatowy policji Stanisław Skąpski. Zdjęcie udostępnił Wojciech Musiał.


Podczas udawania się do miejsca przeznaczenia byłem kilkakrotnie zatrzymywany przez posterunki wojskowe z poleceniem zabierania rannych żołnierzy i podwiezienia ich do najbliższego punktu sanitarnego Czerwonego Krzyża. Jeden z rannych, po paru minutach jazdy, zmarł. Jego ciało zabrano na najbliższym punkcie Czerwonego Krzyża. Na miejscu w Złoczowie zgłosiłem się do sztabu wojewódzkiego Policji Państwowej i przydzielono mnie do służby obserwacyjnej, oczywiście wraz z samochodem. W służbie tej byłem do dnia 17 września 1939 roku. Wtedy nastąpił nieoczekiwany i trudny do zrozumienia zwrot. Rozbroiły nas wojska radzieckie. Oświadczono nam, że jesteśmy zwolnieni ze służby państwowej. Rozbrojonych, także wojskowych i innych służb, dzielono na określone grupy. Większość grup była skierowana w głąb Rosji, a grupa, w której się znalazłem, została wysłana w głąb kraju, aby udać się w strony rodzinne. W tym czasie nie zdawałem sobie sprawy, że miałem wielkie szczęście i ocaliłem życie. Ciekawe, jakie to kryteria decydowały, że nie zabrano mnie do Rosji.

W Złoczowie zapoznałem młodego policjanta, który pochodził. ze Szczuczyna, około 3 kilometry od Szamotuł. Nazywał się Edmund Kabat. Wspólnie postanowiliśmy powrócić do domów. Na peryferiach Złoczowa kupiliśmy cywilne ubrania. Razem udaliśmy się w stronę Lwowa. Taki obraliśmy kierunek powrotu. Nadmienić należy, że wszystkie nasze rzeczy osobiste, jak bieliznę, ubranie, płaszcz zimowy i drobne przedmioty, zapakowałem do poszewki (takiej na poduszkę) i całość niosłem na ramieniu. Było bardzo ciężko. Znaleziony rozklekotany rower posłużył nam w pierwszych dniach za środek transportu. Jeden z nas jechał nim około 200 metrów, zostawiał rower w rowie, drugi z nas dochodził do roweru, znowu jechał 200 metrów i rower zostawiał dla kolegi. Taka podróż była bardzo powolna i była obawa, że ktoś nam rower ukradnie. I tak się stało. Postanowiliśmy kupić sobie dwa rowery, szczególne, że posiadaliśmy nieco gotówki. Dopisało nam szczęście, gdyż w jednej z wiosek, w której nocowaliśmy, sołtys poznał nas z mężczyzną, który ofiarował się załatwić dwa rowery po 120 złotych każdy. Pieniądze, mimo naszych obaw, musieliśmy wręczyć przed realizacją transakcji. Nie mieliśmy wyjścia. Jednak w ciągu jednej godziny otrzymaliśmy dwa rowery. Radość była bardzo duża.


Zdjęcie niemieckich oddziałów w Szamotułach, wrzesień 1939 r. Wykonano je na boisku dawnego Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi. Źródło Fotopolska


Jadąc swoimi rowerami, mijaliśmy mnóstwo spalonych wsi i zburzonych miasteczek, a nawet spotykaliśmy znajomych, udających się w swoje strony rodzinne. Kiedy odczuwaliśmy głód, zwracałem się do żołnierzy niemieckich, w czym dopomogła mi znajomość języka niemieckiego. Często otrzymywaliśmy żołnierską grochówkę. W końcu dojechaliśmy do Częstochowy. Miasto było opanowane przez cywili i wojskowych niemieckich. Na dworcu kolejowym niemiecki żołnierz wskazał nam pociąg, którym możemy dojechać do Poznania. Jak się okazało, pociągi już kursowały, jednak bardzo rzadko. Pociąg, który nam wskazał żołnierz, miał odjechać za kilka godzin w kierunku… Wrocławia. Wszystko jedno. Stamtąd można będzie dojechać do Poznania. Poszukaliśmy sobie pusty przedział i zajęliśmy go, ładując tam także rowery. Jazda rowerami była dla nas już za ciężka.

Teraz czekaliśmy cierpliwie na odjazd. Mijały godziny, a nawet noc. W tym czasie pociąg powoli się zaludniał. Przespaliśmy kilka godzin. Obudził nas gwar przekupek, które przy pociągu sprzedawały żywność (między innymi mleko, masło, świeże pieczywo, wędliny). Nakupiliśmy sobie zapasów, a nawet popiliśmy ciepłego mleka. Pociąg ruszył dopiero w porze obiadowej, jednak do Wrocławia dotarł około godziny 14. Tutaj czekali na pasażerów niemieccy cywile, z opaskami na rękach. Wszystkich Polaków z pociągu zabrali i zaprowadzili na salę dawnej restauracji dworcowej, gdzie nas nakarmiono bardzo dobrą grochówką, której najedliśmy się do syta. Mieliśmy dużo czasu przed dalszą wędrówką. W pewnym momencie weszło do sali dwóch niemieckich cywilów, rozkazując nam wyjście na perony, gdzie dokonano powtórnego segregowania i kierowano poszczególne osoby do pociągów do ich stron rodzinnych. Myśmy zostali skierowani na kierunek poznański, gdyż był on zgodny do naszej stacji docelowej, czyli Szamotuł. Szczęśliwie dojechaliśmy do stacji Poznań Ławica. Tutaj także segregowano podróżnych. Na moją prośbę jeden z cywili niemieckich wyraził zgodę  abyśmy udali się do Szamotuł na własną rękę. Jak wsiedliśmy na nasze rowery, to bez zsiadania dojechaliśmy do Szamotuł.


Rynek w Szamotułach w czasie okupacji – pierzeja północna. Obok słupa z zegarem nie ma już usuniętej przez Niemców jesienią 1939 r. figury św. Jana Nepomucena


Po drodze spotykaliśmy szamotulaków, którzy nas poznawali. Jeden z nich, znający moją rodzinę, powiedział, że właśnie cała rodzina wróciła do Szamotuł, gdyż przed Niemcami uciekali aż pod Warszawę. Natomiast wszyscy krewni i znajomi powtarzali, że zginąłem podczas niemieckiego bombardowania. Rodzina była pogrążona w smutku. Dojechałem do domu, w którym mieszkaliśmy przed wojną. Rower oparłem o mur pod oknem kuchennym. Pierwsza zauważyła mnie żona. Cofnęła się w głąb kuchni ze słowami „Jezus, Maria, dzieci: ojciec przyjechał!” Była bowiem przekonana, że już nie wrócę. Radość z powitania była ogromna, wprost nie do opisania. Syn Marian złapał mój rower i − jeżdżąc naokoło − z uciechą krzyczał, że ojciec wrócił. z wojny. Po powitaniach żona mi powiedziała, że właśnie wczoraj była policja niemiecka, pytając o mnie, gdzie aktualnie jestem i dlaczego uciekałem przed Niemcami. Po powrocie mam się, do nich zgłosić. Mimo że byłem jeszcze pod wrażeniem podróży, zadecydowałem, że muszę tam pójść, gdyż nie mam się  już gdzie schować i gdzie uciekać.

Z kolegą Kabatem pożegnałem się w Szamotułach. Udał się do swojej rodziny w Szczuczynie. Nie widziałem go przez prawie 30 lat. Na trzeci dzień od powrotu zgłosiłem się do komendy policji niemieckiej, informując, że właśnie powróciłem do domu. Razem ze mną zgłosiło się jeszcze trzech policjantów polskich i ja − jako woźny-szofer. Pytano mnie, dlaczego uciekałem przed Niemcami. Moja odpowiedź była taka, że musiałem wyjechać służbowo, gdyż taki otrzymałem rozkaz i tak jak Niemcy przyszli do Szamotuł, bo także otrzymali odpowiedni rozkaz. Na tym wypytywanie się skończyło. Wszyscy otrzymaliśmy polecenie, aby na następny dzień stawić się na szosie pod miejscowością Piaskowo, tam dostaniemy kilofy i łopaty, a będziemy naprawiać szosę. Pracowałem tam przez jeden tydzień. Zjawił się tam Niemiec ubrany po cywilnemu i zapytał: „Kto posiada prawo jazdy i ma uprawnienia do prowadzenia samochodu?” Zgłosiłem się, gdyż miałem takie dokumenty. Po zdaniu narzędzi kierownikowi robót udałem się z tym Niemcem do Szamotuł, gdzie zostałem przedstawiony staroście. Ten przyjął mnie natychmiast do pracy, przydzielił mi samochód i skierował do niemieckiego rolnika, który prowadził firmę pod nazwą: „Zakup i zbyt materiałów opałowych, ziemiopłodów itd.” Przydzielony mi samochód to 6-tonowy silny i duży pojazd, bodajże marki Griel Stydt, wyprodukowany we Wiedniu.

Praca moja polegała na codziennym wyjeździe do dużych majątków ziemskich i przywożeniu zboża i ziemniaków dla celów handlowych przez firmę oraz dla potrzeb Wermachtu. Wykorzystywano mnie w firmie, między innymi dlatego, że potrafiłem nie tylko mówić po niemiecku, ale także pisać w tym języku. Bardzo często kierownik firmy angażował mnie po godzinach pracy do obsługiwania samochodu osobowego marki Opel lub DKW, które były wykorzystywane dla prywatnych wyjazdów kierownika do swoich znajomych w powiecie lub po prostu na tak zwane popijawy albo wypożyczano je do dyspozycji Gestapo, oczywiście bez kierowcy. Podczas wyjazdów najbardziej dręczyły mnie powroty, gdy Niemcy już dobrze sobie popili i wyczyniali różne brewerie w samochodzie, do bicia mnie włącznie (między innymi złamano mi palec, który już nie zrósł się prawidłowo).


Stanisław Kowalewski w latach okupacji niemieckiej przy samochodzie Kiocka. Zdjęcie udostępnił Grzegorz Aleksander Trojanek.


Mój niemiecki kierownik i jego wyskoki

W momencie wybuchu drugiej wojny światowej mieszkałem z rodziną w Szamotułach przy ulicy Sądowej 16 [obecnie al. 1 Maja – przyp. red.], mając do dyspozycji trzy pokoje, kuchnię, piwnicę, chlew, garaż i duży ogród wokół domu. Po kilku miesiącach okupacji zostaliśmy wyrzuceni z tego mieszkania (które przydzielono mi jako służbowe), otrzymaliśmy pomieszczenie zastępcze w rynku szamotulskim, składające się z jednego pokoju, kuchenki (na poddaszu), piwnicy. Ustępy znajdowały się w podwórzu. Zbędne meble z poprzedniego mieszkania spaliłem. Mieszkaliśmy tutaj przez okres około trzech lat. Pewnego dnia przybiegł do mnie do pracy mój syn Marian, informując, że Niemcy po cywilnemu oraz Gestapo wyrzucili całą moją rodzinę z mieszkania, nie pozwalając nawet zabrać jakichkolwiek rzeczy osobistych. Zabrano także klucze do drzwi wejściowych. Bardzo zdenerwowany udałem się do mojego aktualnego kierownika, nazwiskiem  Kiock z zapytaniem, czy jest mu coś wiadomo na temat takiego postępowania moją rodziną. Jego odpowiedź była negatywna i obiecał, że natychmiast się zainteresuje tą sprawą i ją wyjaśni.

I rzeczywiście. Ponieważ byłem w firmie potrzebny, a kierownikowi zależało na mojej pracy jako kierowcy, szybko interweniował i już wieczorem otrzymałem klucze do mieszkania. Poinformowałem swojego kierownika, że jeśli moja rodzina zostanie wywieziona w nieznane lub do obozów, ja także tam się z nią udam. Ten dzień zapisał się we wspomnieniach jako koszmar, który niełatwo było przeżyć.

Jednak od tego zdarzenia już nigdy nie miałem trudności z tym mieszkaniem, aż do zakończenia wojny. Także moja praca w zakładzie trwała aż do czasu zakończenia działań wojennych. Byłem wykorzystywany do różnych robót, a między innymi do nadzoru przy wydawaniu przydziału węgla opałowego dla Polaków, na podstawie specjalnych „kwitków”. Nadzór ten wykonywałem przeważnie w porze obiadowej, gdy pracownicy niemieccy wychodzili na obiad. Czasami wydawałem Polakom węgiel bez odbierania im „kwitka” aby mogli skorzystać powtórnie z przydziału opału. O węgiel było zawsze trudno. Nigdy mnie na tym nie złapano.


Stanisław Kowalewski w latach okupacji. Zdjęcie udostępnił Grzegorz Aleksander Trojanek.


Pewnego razu dostałem polecenie przygotowania samochodu osobowego do wyjazdu. Miał jechać mój kierownik wraz ze swoimi kumplami na pijatykę do miasta Obrzycka, do ich znajomego aptekarza. Musiałem załadować do samochodu 50 kilogramów owsa przeznaczonego dla królików aptekarza. Innym razem mój kierownik zaprosił na popijawę do Obrzycka jednego Niemca z tytułem doktora oraz zastępcę starosty szamotulskiego, a także umundurowanego partyjniaka z SA.

Podczas jazdy usłyszałem, że powrót ma nastąpić około godziny 24, a wyjechaliśmy z Szamotuł o godzinie 18. Do Obrzycka było kilkanaście kilometrów. Zastępca starosty uprzedził, że w innym przypadku sam, na piechotę pójdzie do Szamotuł. O północy mój kierownik nie miał jeszcze zamiaru przerwać libacji. Ja cały czas siedziałem w samochodzie, czekając na rozkaz wyjazdu. Zastępca starosty, widząc, że popijawa się nie kończy, ukradkiem udaje się do garderoby, zabiera płaszcz, wychodzi z budynku i wychodzi na szosę w kierunku Szamotuł. Nikt tego nie widział. Nawet ja, siedząc w samochodzie.

Kiedy całe to towarzystwo zauważyło brak ich kompana (zastępcy starosty), postanowili go poszukać. W tym celu, tak jak stali, w spodniach i koszulach, wyszli na ulice miasta Obrzycka. A był to już listopad i na dworze było bardzo zimno. Będąc podpici, szukali ofiary, aby rozładować swoją wściekłość. Obróciło się to w moim kierunku. Wrzeszcząc, oczywiście po niemiecku, w te słowa: ,,Kowalewski, ty przeklęta świnio, chodź tu zaraz do nas i powiadaj, gdzie jest landrat, bo inaczej, jak go nie znajdziesz, to będziesz rozstrzelany”. Nie pomogły moje tłumaczenia, że było ciemno i że nic nie widziałem. Mój kierownik, pijany jak bela, ostrzegł mnie, że jeżeli nie znajdę landrata [landrat − starosta, przyp. red.], to mnie zabije na miejscu, a na zadatek uderzył mnie w twarz. Przestraszył mnie nie na żarty. Szczególnie, że pod wpływem wódki naprawdę mógł spełnić swoje groźby. Dostałem polecenie uruchomienia samochodu i zapalenia reflektorów oraz wspólnej jazdy po rynku i ulicach Obrzycka. Poszukiwanego nigdzie nie było. Następnie podjęli decyzję, aby jechać w kierunku Szamotuł. Po ujechaniu około 500 metrów, zatrzymała nas cywilna Schutzpolizei. Kiedy zorientowali się, kto jedzie w samochodzie, zezwolili na dalszą jazdę, zaznaczając, że szosą idzie prawdopodobnie zastępca starosty z Szamotuł. Kierownik  Kiock, wrzeszcząc na mnie, wymusił, abym maksymalnie przyśpieszył jazdę. Zastępca starosty doszedł już do miejscowości Słopanowo w pobliżu lasu. Jest to około 2 kilometry od Obrzycka.  Kiock i aptekarz próbowali zmusić zastępcę do zajęcia miejsca w samochodzie, chwytając go za marynarkę. Rozpoczęła się szarpanina, podczas której poobrywano zastępcy wszystkie guziki od marynarki, a on wyrwał się i pomaszerował dalej w kierunku Szamotuł.


Rynek w Szamotułach w czasie okupacji – pierzeja wschodnia. Jesienią 1939 r. Niemcy usunęli stojący na rynku krzyż. Źródło – aukcje internetowe


Zniechęceni takim obrotem sprawy, kazali mi zawrócić do Obrzycka. Tutaj na nowo rozpoczęła się popijawa, a kiedy wreszcie zabrakło wódki, pili anodynę z szuflad w aptece. Po godzinie pierwszej w nocy ruszyliśmy do Szamotuł. I dogoniliśmy zastępcę, który doszedł już do wsi Mały Gaj. Zaczęła się znowu szamotanina, którą zainicjował  Kiock. Jednak bez skutku. Zastępca starosty maszerował dalej, nie chcąc wejść do samochodu. Sytuacja na tyle mnie zdenerwowała, że chcąc raptownie ruszyć dalej, wyrwałem drążek biegowy. Jazda dalej nie była możliwa. Rozwścieczyło to moich pasażerów: raz, że zastępca starosty ich nie słuchał, a po drugie, że samochód uległ awarii.

Wyszedłem z samochodu i podniosłem maskę nad silnikiem, aby sprawdzić, jakie są możliwości naprawy. Dostałem w twarz od kierownika  Kiocka. Uderzenie było tak mocne, że zobaczyłem wszystkie gwiazdy i wszystkich świętych. Poczułem także wiele kopniaków w tyłek i nie mogłem praktycznie zorientować się, jakie mam możliwości naprawy. Zwróciłem się do  Kiocka i powiedziałem, że jeżeli będzie mnie dalej bić, to nie  będę w stanie samochodu naprawić. Oberwałem znowu w twarz i usłyszałem po niemiecku, że jeżeli w ciągu pięciu minut samochód nie będzie sprawny, to zostanę na miejscu zastrzelony jak pies. Byłem przekonany, że dotrzymają słowa, gdyż wszyscy byli pijani i nie zdawali sobie sprawy ze swoich czynów.

Kiedy  Kiock i jego kumple zdali sobie sprawę, że dalsza jazda jest niemożliwa, polecili mi udać się do majątku w Małym Gaju po parę koni, aby możne było samochód dostarczyć do warsztatu naprawczego w Szamotułach. Natychmiast udałem sie do tego majątku i zauważyłem, że na podwórku przechadza sie jego zarządca, którego znałem jeszcze sprzed wojny. Nazwiska jego już nie pamiętam. Było już około drugiej w nocy. Opowiedziałem mu, co mi się przydarzyło, prosząc go o pomoc, gdyż niechybnie  Kiock mnie zastrzeli, jeżeli nie przyprowadzę koni. Zarządca zapytał mnie, czy czasem nie wiozłem  Kiocka, gdyż jego wrzaski były mu znane. Oczywiście potwierdziłem. Zarządca okazał się przyzwoitym człowiekiem i konie wraz z fornalem zorganizował w dość krótkim czasie. Trwało to jednak kilkadziesiąt minut. Moim pijanym pasażerom wydawało się to za długo i sami przyszli do majątku (około 800 metrów). Gdy weszli do stajni, zobaczyli fornala, który przygotowywał konie do wyjścia. Kiock podszedł do niego, kopiąc go w tyłek ze słowami: „Polskę byś chciał, co, ty świnio polska?” i kopiąc go powtórnie. Fornal upadł, a potem wstał, zabrał konie i udał się do samochodu. Poszedłem razem z nim, aby dopomóc przy mocowaniu barków do samochodu. W tym czasie moi pasażerowie pobudzili w wiosce wszystkich fornali i przyprowadzili ich do stajni, gdzie kazali im włożyć uprząż na wszystkie, konie i… wrócili do samochodu. Czekając na swoich pasażerów, usłyszeliśmy w odległości około 400 metrów strzały oddawane w naszym kierunku. To  Kiock i jego kompani biegli, strzelając do nas. Ze strachu schowaliśmy się za grube drzewa (chyba topole).  Kiock wołał: „Kowalewski, ty polska świnio, ja cię dzisiaj zabiję”.


Żołnierze niemieccy przy kościele ewangelickim na pl. Kościelnym (obecnie pl. Sienkiewicza). Źródło Fotopolska


Wreszcie wszystko się uspokoiło: weszli do samochodu, ja przy kierownicy i ruszyliśmy do Szamotuł. Konie ciągnęły samochód. Przy mnie siedział  Kiock i co najmniej cztery razy uderzył mnie w twarz, aż zalałem się krwią. Wtedy przestał mnie bić. Dwaj pozostali pasażerowie zabawiali się, strzelając z krótkiej broni w szyby samochodu, a dwie kule przebiły także przednią szybę. Bardzo się bałem, czy któraś z kul nie trafi w moją głowę. Na placu Sienkiewicza w Szamotułach zwolnili fornala i przykazali mu odprowadzić konie do dworu w Małym Gaju. Mnie natomiast wyciągnęli z samochodu, uderzyli kilkakrotnie w twarz, aż znowu zalałem się krwią. Przewrócili mnie na ziemię, uklękli na moim ciele i zaczęli bić. W konsekwencji straciłem kilka zębów w szczęce górnej i dolnej. Oprócz mnóstwa siniaków, które mi zostały przez długi czas. Rozkazano mi samemu pchać samochód, aż do ulicy Dworcowej (naprzeciw fabryki mebli) do warsztatu naprawy samochodów. Sami udali się do swoich domów. Byłem bardzo obolały, ale ze wszystkich sił pchałem ten nieszczęsny samochód. Gdy go dopchnąłem, mniej więcej na wysokości piekarni Czwojdy [ul. Wroniecka, dziś nr 22 – przyp. red.], nie miałem już więcej sił, gdyż ulica biegła tu pod górkę. Przechodziło tam kilku Niemców, którzy mnie znali i pomogli mi tę górkę pokonać.

O godzinie 8. rano zjawiłem się w pracy, obolały, posiniaczony, bez części zębów. Zobaczył mnie  Kiock i pyta, co mi się stało i kto mnie tak urządził. Zabrał mnie do swego gabinetu i kazał szczegółowo opowiedzieć, co się działo w ostatnią noc. Gdy już mu zdałem dokładną relację, nie chciał w to uwierzyć. Polecił mi, że jeżeli samochód już jest naprawiony, to mam go przyprowadzić. Wtedy dopowiedziałem mu o strzelaninie w samochodzie i powybijanych szybach.  Kiock zapytał mnie, co ja chcę teraz zrobić. Byłem taki zdeterminowany, że powiedziałem mu, iż chyba zamelduję o ich wyczynach w Gestapo. Wtedy  Kiock zagroził mi, że jeżeli bym to zrobił, to na drugi dzień nie będzie mnie na świecie, a cała rodzina zostanie wywieziona do obozu do Oświęcimia. Gdy w domu powtórzyłem tę rozmowę, żona błagała mnie, aby tego nie robić. Na Gestapo nie poszedłem, ale przyrzekłem sobie, że jeżeli jeszcze raz zdarzy się taka sytuacja, że będę bity, to spowoduję katastrofę, uderzając na przykład w drzewo i wszystkich pozabijam, włącznie ze mną. Jednak do tego nie doprowadziłem.


Stanisław Kowalewski na ulicy w Szamotułach podczas okupacji. Zdjęcie udostępnił Grzegorz Aleksander Trojanek.


Koniec wojny

Czas mijał, a ja dalej pracowałem w firmie u  Kiocka. Wszyscy czekali na koniec wojny i oswobodzenie. Miałem stałe kontakty z kolegami z podziemia. Gdy już wiadomo było, że wojska radzieckie zbliżały się do Szamotuł, powstało wśród Niemców wielkie zamieszanie. Przez miasto przejeżdżały samochody z czerwonymi krzyżami oraz samochody z niemiecką policją. Było już pewne, że na froncie wschodnim dzieją sie sprawy dla nas korzystne. W tym czasie otrzymałem od kierownika  Kiocka polecenie przydziału do Oddziału Czerwonego Krzyża, przejmując jeden ambulans, aby w razie potrzeby wyjechać nim do Reichu. Byłem zmuszony być w dyspozycji  Kiocka.

Zgłosiłem się do kierownika całego taboru z prośbą o pozwolenie oddalenia się na pół godziny do rodzinnego domu, aby się odpowiednio przygotować do wyjazdu oraz pożegnać z rodziną. Zezwolenie otrzymałem z zaznaczeniem, że wyłącznie na pół godziny. Wychodząc z gmachu, napotkałem innego kierowcę, który przyjechał z Gniezna i po zorientowaniu się, że też jestem kierowcą i to polakiem, zapytał dokąd się udaję. Powiedziałem mu prawdę. Sugerował mi wspólną ucieczkę, aby nie jechać z Niemcami do Reichu. Kiedy zobaczył, że nie jestem zdecydowany, sam pozamykał swój ambulans, zabrał kluczyki i ulotnił się w nieznanym kierunku. Cały czas myślałem o tym, czy dobrze robię, aż doszedłem do domu, do rodziny. Pożegnałem się, poinformowałem żonę, że wkrótce wyjeżdżam do Reichu. Wychodząc z domu, spotkałem byłego pracownika mojej firmy, przyjaznego dla mnie, który nazywał się Golczewski. Dowiedziawszy się o mojej sytuacji, zaczął mnie namawiać gorąco, abym natychmiast uciekał i nie jechał z Niemcami. Wtedy zdecydowałem się posłuchać dobrej rady, prosząc go, aby nic nie mówił mojej rodzinie o mojej decyzji.


Rynek w Szamotułach w czasie okupacji – pierzeja zachodnia. Źródło Fotopolska


Pan Golczewski dotrzymał słowa. Była godzina 18. Był styczeń 1945 roku. Wychodząc na Rynek, zobaczyłem, jak jeszcze kręcą się gestapowcy i policja niemiecka. To upewniło mnie, że trzeba uciekać. Przez ulicę Kościelną udałem się na ulicę Szeroką [obecnie Braci Czeskich – przyp. red.]. Mieszkał tam Wincenty Wojciechowski wraz z żoną. Tam skierowałem swoje kroki. Gospodarza, niestety, nie było w domu. Pani Wojciechowska wysłuchała mojej prośby o ukrycie mnie chociaż przez kilka godzin, gdyż chcę się schować przed moim niemieckim kierownikiem  Kiockiem. Przestraszyła się nie na żarty i tłumaczyła mi, że jeżeli Niemcy odkryją, że mnie ukrywa, to wszystkich rozstrzelają na miejscu. Proponowała mi ucieczkę do lasu, jednak później zmieniła zdanie. Pozostałem tam kilka godzin, to jest od 18. do godziny 23.

Miałem na bieżąco informacje, czy Niemcy wyjeżdżają i czy ktoś zabrał „mój” ambulans. O godzinie 22. dowiedziałem się, że Niemcy opuścili już Szamotuły. Chciałem spotkać się z własną żoną, aby poinformować ją o istniejącej sytuacji oraz dowiedzieć się, co działo się podczas mojej nieobecności w domu. A działo się wiele i to niedobrych rzeczy. Według relacji żony wiedziała już o moim ukryciu, gdyż pani Schollowa, mieszkająca tam gdzie pani Wojciechowska, powiedziała jej o zaistniałej sytuacji. W tym czasie do mojego domu przybyła niemiecka policja i zrobiła szczegółową rewizję. Odgrażali się, że jeżeli w ciągu trzech godzin żona mnie nie odszuka, to cała rodzina będzie rozstrzelana. Żona nic nie powiedziała, mimo że wiedziała już, gdzie przebywałem. W tym też czasie zjawił się w domu mój kierownik Kiock, pytając, gdzie aktualnie przebywam. I tym razem nie powiedziała mimo, że też straszył, że wszyscy zostaną rozstrzelani. Opuścił wkrótce Szamotuły.

Po godzinie 23. postanowiłem wrócić do domu. Tak też uczyniłem i ułożyłem się do snu. Miałem przy sobie krótką broń, którą zdobyłem w niecodzienny sposób, a ułożyłem ją pod poduszkę, aby w razie niespodziewanej wizyty Niemców można było jej użyć. Nie myślałem wtedy o skutkach. Nie chciałem oddać się żywcem. Noc jednak minęła bez większych zakłóceń.


Rynek w Szamotułach w czasie okupacji – pierzeja północna. Źródło Fotopolska


Wstałem dość wcześnie i poszedłem na Rynek miasta, aby zorientować się o aktualnej sytuacji. Na chodnikach i jezdni walały się papiery, puste i pełne pudełka i skrzynie (także z jedzeniem), różne narzędzia kuchenne i gospodarskie oraz wiele, wiele innych przedmiotów. Leżały też zabite konie. Były to pozostałości po uciekających Niemcach.

Aktywni szamotulanie rozpoczęli tworzyć tak zwaną Milicję, której zadaniem było utrzymanie porządku w mieście po ucieczce Niemców. Zgłosiłem się na ochotnika. Częściowo brałem udział w pogoni za ukrywającymi się Niemcami, na przykład w miejscowości Baborówko czy Gąsawy.

Ciekawostką jest, że po dwóch dniach, pojawił się w Szamotułach mój już były kierownik  Kiock wraz z kierownikiem mleczarni. Nabrali mnóstwo masła, pobili kilku Polaków na środku Rynku, obok stojącego tam na słupie zegara i ulotnili się na zachód. Później dowiedziałem się, że  Kiock zginął wraz z innymi Niemcami we Wronkach, gdzie już byli Rosjanie.

Wydawało się, że Niemcy odeszli na zawsze. A jednak nie. Będąc w Milicji, otrzymywałem zadanie pilnowania magazynu, popularnie zwanego Betlejemką (z uwagi na słomiany dach na budynku) przed ewentualnymi kradzieżami. I właśnie w tym czasie zauważyłem, że do budynku zbliża się dwóch gestapowców. Coś podobnego! Myślałem, że idą po mnie z uwagi na dokonaną ucieczkę. Myślałem, że mnie rozstrzelają na miejscu. Okazało się, że jeden z nich to pracownik  Kiocka, który mnie znał, a drugi to Niemiec z Reichu. Obaj byli w mundurach Gestapo. Ten pracownik nazywał się Dietrich. Nic nie wiedział o mojej ucieczce. Wszystko skończyło się dobrze. Na pytanie, co ja tu robię, odpowiedziałem, że jest nas tutaj trzech milicjantów i pilnujemy, by nikt nie ukradł rzeczy niemieckich, bo gdy znowu tutaj wrócą, to będą mieli wszystko na miejscu. W duchu się zaśmiałem, gdyż byłem pewny, że ich noga tu już nigdy nie postanie. Życzyli sobie obejrzeć niektóre pokoje. W jednym z nich było nagromadzone różnego rodzaju trunki (wina, wódki). Dietrich polecił mi zebrać czuwających ludzi i każdemu wręczył po dwie butelki zielonego likieru, a jedną z butelek otworzył, zagrzał w garnku i wypił wraz z nami. Podczas picia powiedział: „Na zdrowie! I do widzenia. Pilnujcie dobrze, by nic nie zginęło, a my za trzy dni powrócimy, jak tylko skończą boje wojenne”. Stuknął się z nami szklanką. Po ich wyjściu, wydawało mi się, że zmartwychwstałem. Ale to jeszcze nie był koniec z „wizytami”. Po dwóch godzinach po ich wyjściu zjawił się nieznany mi przybłęda policjant niemiecki i zażądał, abym dostarczył mu cywilne ubranie. Ze strachu wydałem mu jeden komplet ze zbiorów w Betlejemce. Przebrał się, ubranie policyjne zostawił i szybko się ulotnił. Od tego czasu nie było już żadnych niemieckich wizyt. Za to często zjawiali się Polacy, prosząc o różne potrzebne im rzeczy. Wydawaliśmy im różne przedmioty, przedtem zrabowane przez Niemców rowery, ubrania, także dla małych dzieci i inne.

cdn.


Część 1. wspomnień: