About Agnieszka Krygier-Łączkowska

Autor nie uzupełnił żadnych szczegółów
So far Agnieszka Krygier-Łączkowska has created 368 blog entries.

Letnisko Morminówek koło Ostroroga

Letnisko Morminówek w Wielonku

W książce Pamiętnik Koła Śpiewackiego św. Cecylji w Ostrorogu z okazji uroczystości 25-letniego istnienia 1911-1936 znaleźć można bardzo ciekawą historię dotyczącą powstania letniska Morminówek w Wielonku (Wielonek 1).

Pierwszy dom w Wielonku od strony Ostroroga był w przeszłości słynnym na całą okolicę letniskiem „Morminówek”. Historia tego miejsca zaczyna się już w 1900 roku. Właścicielem pięknego terenu nad jeziorem Mormin, położnego z drugiej strony dzisiejszej plaży, był Franciszek Białasik.

Jego syn Stanisław zamarzył sobie stworzenie w tym miejscu letniska. Pracę rozpoczął od zalesienia terenu. W 1911 roku wystąpił o pozwolenie na wzniesienie budynku, choćby mieszkalnego, gdyż teren ten był całkowicie niezabudowany. Jednak ograniczenia, jakie stawiano Polakowi w czasach zaboru pruskiego, zablokowały możliwość wzniesienia budynku. Dwa lata później Białasik postanowił ponownie wystąpić o pozwolenie na budowę. Tym razem udał się jednak osobiście do Wronek do komisarza obwodowego i prosił o zgodę na budowę mniejszego domu, choćby dla jednej rodziny. Komisarz odpowiedział, że należy wskazać odpowiednie powody do wydania pozwolenia na budowę.


Pocztówka – ok. 1927 r.


Białasik wpadł wówczas na genialny pomysł. W odległości około 300 metrów od jego nieruchomości znajdował się wiatrak – młyn, który planowano sprzedać ze względu na położenie w niezbyt korzystnym miejscu. Wiatrak znajdował się bowiem na terenie niezbyt wysokim, a ponadto był otoczony budynkami wsi Wielonek oraz lasem. Białasik kupił ten wiatrak z rzekomym zamiarem przeniesienia go na miejsce odpowiednio wysokie. Skoro wiatrak miałby stanąć na jego terenie, niezbędny byłby dom mieszkalny dla osoby, która miałaby go obsługiwać.

Odpowiednio zredagowany wniosek Stanisław Białasik osobiście dostarczył do komisarza Massa, który obiecał, że go poprze (komisarz sam ożeniony był z Polką i nie traktował Polaków wrogo). Wniosek poparł również landrat, czyli starosta, a następnie został wysłany do prezydenta Poznania, który orzekł, że nie sprzeciwia się tej budowie. Po kilku tygodniach Białasik otrzymał pozwolenie na budowę domu mieszkalnego dla jednej rodziny.

Przystąpił więc szybko do pracy, by nie utracić uzyskanego pozwolenia, co w okresie zaboru pruskiego się zdarzało. Cztery tygodnie od otrzymania zgody na budowę, w czerwcu 1914 roku, w Wielonku stały już mury domu pod dachem. Dalsze prace właściciel postanowił wstrzymać do czasu wyschnięcia murów. Niestety, zbiegło się to z wybuchem I wojny światowej. Już w czwartym dniu mobilizacji Stanisław Białasik został powołany do wojska na front zachodni.


„Morminówek” i jez. Mormin – 1936 r.


W cztery lata po zakończeniu wojny, w 1922 r., Białasik przystąpił do rozbudowy domu. Z budynku o trzech pokojach stworzył pensjonat o 20 pokojach. Letnisko zostało oficjalnie otwarte w czerwcu 1925 r. i od samego początku cieszyło się ogromnym powodzeniem. Gościło mieszkańców całej okolicy.

Michał Dachtera


Wielonek 1 – wygląd współczesny. Zdjęcie Michał Dachtera

Mapa współczesna

Plan z 1936 r.

Odpoczynek nad jeziorem Mormin – lata 30. XX w. Zdjęcia rodziny Madalińskich – właścicieli majątku w Kluczewie (więcej na temat tej rodziny w artykule http://regionszamotulski.pl/madalinscy-z-kluczewa/):


Nad Jez. Mormin, 1933 r. – szamotulski zapaśnik i siłacz Wacław Badurski ze znajomymi. Zdjęcia z albumu Izabelli Kulińskiej z domu Badurskiej:


Zapraszamy do przeczytania wspomnień Ireny Kuczyńskiej Kiedy myślę: Ostroróg, widzę Mormin  http://regionszamotulski.pl/wspomnienia-znad-mormina/.


Szamotuły, 27.09.2018

Michał Dachtera

Mieszka w Szamotułach, ale jego serce zostało w Ostrorogu i okolicach.

Miłośnik historii, poszukiwacz archiwalnych zdjęć. Na Facebooku prowadzi profil Ostroróg na kartach historii.

Letnisko Morminówek koło Ostroroga2025-09-06T22:39:31+02:00

Ewa Krygier, Przyszliśmy wyzwolić was od panów


Wspomnienia wojenne (1939-1940)

„Przyszliśmy wyzwolić was od panów”


Pamiętam atmosferę sierpnia 1939 roku. Tatuś, podporucznik rezerwy, jeszcze w lipcu został powołany na ćwiczenia wojskowe 1. Pułku Kawalerii Korpusu Ochrony Pogranicza. W ostatnich dniach sierpnia zjawił się na krótko w domu, żeby się z nami pożegnać. Pamiętam, jak odprowadzałyśmy go z Mamą do placu Zamkowego. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że rozstajemy się na 6 lat.

Kiedy widzę w telewizji, a w przeszłości także przy okazji wizyt w Warszawie, narożnik ul. Świętojańskiej i placu Zamkowego, przypominam sobie, że właśnie w tym miejscu na pożegnanie Tatuś pocałował mnie w lewą skroń, a ja w duchu przyrzekłam sobie, że do Jego powrotu tego miejsca nie będę myła. Moje plany pokrzyżowała Mama, która tego samego dnia wieczorem włożyła mnie do wanny i całą wyszorowała.


Najpóźniejsze zachowane zdjęcie moich Rodziców razem ze mną (inne przepadły w czasie powstania warszawskiego) – 1937 r. Mama trzyma na kolanach moją ulubioną lalkę – Murzynkę


W sierpniu 1939 roku spędzały u nas wakacje dwie nauczycielki pracujące w Szamotułach: siostra mojej babci Jadwigi Kędzierskiej – ciocia Zosia Janikówna oraz jej koleżanka pani Stefa (Stefania) Jońcówną. Zbliżająca się wojna, a potem jej wybuch  zatrzymał je w Warszawie. Tak więc lata wojenne przeżywaliśmy z bratem Krzysiem bez ojca, za to pod opieką aż czterech kobiet: Mamy  – Haliny Budzyńskiej, Babci Jadzi, Cioci Zosi i pani Stefy. Te ostatnie wkrótce zajęły się moją edukacją, w lipcu skończyłam siedem lat i trzeba było zacząć regularnie się uczyć (por. wspomnienie http://regionszamotulski.pl/domowa-edukacja-w-czasie-wojny/).

W ostatnich dniach sierpnia gosposia „Złotowłosa Stacha” codziennie rano, wchodząc do naszego mieszkania, stwierdzała, że właśnie wybuchła wojna. Nie powiedziała tego tylko 1 września. Zagadnięta potem przez Mamę: „Stasiu, wojna, a Stasia nic nie mówi”, odpowiedział: „A bo myślałam, że to znowu jakieś plotki”.

Z pierwszych dni wojny zapamiętałam jedną charakterystyczną scenę. Spodziewano się, że Niemcy będą zrzucać nie tylko bomby burzące, ale posłużą się też bronią chemiczną. Z tego powodu musieliśmy zaopatrzyć się w maski przeciwgazowe i okleić szczelnie taśmą okna i drzwi jednego pokoju, żeby w razie ataku chemicznego mieć się gdzie schronić. Nasz dozorca pan Dec, na pytanie Mamy, skąd ma wiedzieć, kiedy ma uciekać do piwnicy, a kiedy zamknąć się w tym właśnie pokoju, uspakajająco odpowiedział, że zależnie od typu bombardowania będzie inaczej uderzał w gong. Skąd będzie wiedział, jaki to atak, Mama już nie dopytywała.

Raz schroniliśmy się w tym właśnie pokoju. Ostatnia wkroczyła nasza gosposia, która przed chwilą wyjęła z pieca placek, a ponieważ nie chciała go narazić na zanieczyszczenie środkami chemicznymi, wzięła go ze sobą. Pamiętam pełne przerażenia okrzyki dorosłych, którzy byli przekonani, że w razie zagrożenia ten gorący placek może nas pozbawić resztek tlenu – i gosposia, ku swemu zmartwieniu, musiała wystawić go na korytarz.


Bombardowanie Warszawy we wrześniu 1939 r.


W pierwszych dniach września Mama odebrała pensję Tatusia i w Ministerstwie powiedziano jej, że następuje ewakuacja do Dubna (wówczas był to teren Polski, woj. wołyńskie, dziś zachodnia Ukraina). Zaproponowano Mamie wyjazd z Warszawy razem z innymi rodzinami pracowników Ministerstwa Sprawiedliwości. Oficjalnie w naszej rodzinie mówiło się, że trzeba jechać, bo w Warszawie nie dostaniemy już żadnych pieniędzy w związku z tym, że zakład pracy Tatusia przenosi się do Dubna. Z perspektywy czasu myślę jednak, że wówczas w Ministerstwie mama poczuła, że z Warszawy trzeba uciekać. Tak więc całą szóstką znaleźliśmy się na dworcu i wyruszyliśmy w podróż, która trwała kilka dni. Pociąg był często ostrzeliwany przez pikujące nad nim samoloty niemieckie. Schronienia szukaliśmy wtedy w okolicznych lasach lub po prostu kryliśmy się w krzakach obok torów.

W czasie tej podróży po raz pierwszy w życiu doznałam uczucia głodu. Ja, która doprowadzałam do rozpaczy Rodziców swoim wybrzydzaniem na wszystko, co znalazło się na stole (choć mieliśmy wspaniale gotującą gosposię), z ogromnym apetytem zjadłam wtedy zdobytą jakimś cudem przez Mamę skibkę czarnego chleba posypaną grubo cukrem. Mam w oczach obraz pani Stefy, jak na jednym z postojów tryumfalnie wkroczyła do wagonu z butelką mleka dla Krzysia. Mój brat miał wtedy dopiero 10 miesięcy.

Po latach ten pociąg wracał do mnie we wspomnieniach innych osób. Znalazłam gdzieś informacje, że jechali nim m.in. Jerzy Giedroyć, późniejszy redaktor paryskiej „Kultury”, oraz pisarz i tłumacz – Tadeusz Boy-Żeleński, który dotarł do Lwowa.

Kilka lat temu córka i wnuczka zaczęły weryfikować moje wspomnienia, dotarły do wielu dokumentów i publikacji. Wiem stąd, że decyzja o ewakuacji biur Ministerstwa Sprawiedliwości do Dubna w województwie wołyńskim zapadła jeszcze przed początkiem wojny, w sierpniu. Pracownicy ministerstwa ewakuowali się z Warszawy wraz z rodzinami, w budynkach gimnazjum w Dubnie rozpoczęto normalną pracę.


Dubno, jedna z ważniejszych ulic. Zdjęcie z okresu międzywojennego


Potwierdzenie znalazła też informacja, że pociągiem tym podróżował Tadeusz Boy-Żeleński. Józef Hen, badacz biografii Boya i autor książki Błazen-wielki mąż, tak opowiadał w jednym z wywiadów: „Pociąg, którym jechał, był kilkakrotnie bombardowany. Wszyscy wtedy wybiegali w panice, szukali schronienia. Tylko nie Boy. Tak pamięta go uczestnik tamtej podróży, mecenas Krzysztof Bieńkowski. Ale to nie była jakaś brawura czy nieostrożność. Raczej fatalizm. Może w tym kontekście nie brzmi to zbyt poważnie, ale Boy przecież przetłumaczył Kubusia fatalistę. Teraz na pewno wziął do siebie lekcję Diderota, że wszystko co się ma przytrafić, zostało zapisane gdzieś w górze. Stanie się to, co ma się stać. Przeznaczenie”. Być może w podróży zajmował się tłumaczeniami, według znalezionej gdzie indziej relacji syna w podróż zabrał szkice Prousta. A ja przez wiele lat wyobrażałam sobie, że może pod jakimś krzaczkiem chowałam się razem z Boyem-Żeleńskim!

Sprawa podróży Jerzego Giedroycia nie jest oczywista, nawet w świetle źródeł historycznych, w tym wspomnień późniejszego redaktora paryskiej „Kultury”, a przed wojną pracownika Ministerstwa Przemysłu i Handlu. Wiadomo jednak, że jechał na wschód ostrzeliwanym pociągiem i przez Lublin, Kowel, Łuck dotarł do Równego, a stamtąd – po kilku dniach – już samochodem został z innymi przedstawicielami rządu ewakuowany do Rumunii. Czy ten mój pociąg jechał tą samą trasą, tego (na razie) nie udało się ustalić nawet mojej dociekliwej córce. Dopiero po latach dowiedziałam się, że Jerzy Giedroyć był naszym najbliższym sąsiadem w przedwojennej Warszawie w domu przy Brzozowej 2/4. W książce Marka Żebrowskiego Jerzy Giedroyć. Życie przed „Kulturą” opublikowany został fragment planu kamienicy z zaznaczonym mieszkaniem, które zajmował. Widać tam także część naszego mieszkania w kamienicy, której po wojnie już nie odbudowano. Ja zapamiętałam miłych starszych państwa Giedroyciów, którzy w czasie wojny przenieśli się do mieszkania syna. Po latach dowiedziałam się, że w czasie powstania zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach.

Na dworcu w Dubnie na naszą rodzinę czekali państwo Dębińscy. W czasie, gdy Tatuś był sędzią grodzkim we Wronkach, Dębiński pracował na stanowisku naczelnika więzienia, a jego rodzina mieszkała w naszym sąsiedztwie. Później, gdy wyprowadziliśmy się z Wronek i mieszkaliśmy w Poznaniu, a potem w Warszawie, Rodzice musieli mieć z nimi jakiś kontakt. Przed wojną Dębiński został przeniesiony służbowo do Dubna. Przez cały czas pobytu w tym mieście mieszkaliśmy u nich, otoczeni ogromną życzliwością.


Armia Czerwona wkracza na teren Polski. Zdjęcie Narodowe Archiwum Cyfrowe


Dzień 17 września 1939 roku przeżyliśmy właśnie w Dubnie, zajętym już pierwszego dnia sowieckiej inwazji. Pamiętam, jak wkraczający, często obdarci, z karabinami na sznurkach, żołnierze Armii Czerwonej – ku naszemu zdumieniu – powtarzali, że „przyszli nas wyzwolić od panów”. Z opracowań historycznych wynika, że w rozkazach bojowych, odczytanych żołnierzom przed atakiem na Polskę, znalazły się fałszywe informacje o tym, jakoby Armia Czerwona szła na pomoc robotnikom i chłopom Białorusi, Ukrainy i Polski, którzy powstali przeciw kapitalistom i obszarnikom. Armia Czerwona miała więc wkroczyć nie jako zdobywca, lecz jako „wyzwoliciel braci Białorusinów, Ukraińców i ludu pracującego Polski”.

Mama skrzętnie ukrywała fakt, że jest żoną sędziego. Nasz gospodarz, pan Dębiński, zniknął zaraz po zajęciu Dubna przez wojska sowieckie. Pewnej nocy Mama usłyszała przez ścianę jego głos. Kiedy jednak rano spytała panią Dębińską, czy to naprawdę był on, ta gwałtownie zaprzeczyła i widać było, że jest bardzo niespokojna. Mama zrozumiała, że dalszy pobyt u rodziny Dębińskich może stanowić zagrożenie dla obu rodzin. Po latach dowiedziałam się, że Sowieci po wkroczeniu do Dubna aresztowali niemal wszystkich pracowników przeniesionego tam ministerstwa, tylko kilka osób zdążyło się przed nimi ukryć lub uciec.

Przenieśliśmy  się wtedy na wieś pod Dubno. Pamiętam, że w domu, w którym się zatrzymaliśmy, poprzedniego dnia zmarło na biegunkę małe dziecko jakichś uciekinierów wojennych. Po podwórzu krążył zrozpaczony ojciec dziecka.

Zanim to jednak nastąpiło, Mama, Ciocia Zosia i pani Stefa chodziły często na targ w Dubnie i sprzedawały, co się dało. Szczególnym wzięciem wśród Rosjanek cieszyły się koszule nocne, które kupowały jako suknie balowe. Te „suknie balowe” odnajdywałam potem w różnych tekstach. Niedawno w jednej z książek trafiłam na informację, że we Lwowie na początku sowieckiej okupacji na jakąś imprezę kulturalną wkroczyła grupa kobiet przybyłych wraz z armią Czerwoną. Wszystkie ubrane były w efektowne koszule nocne. U nas zresztą podobne sytuacje też się zdarzały. Znajoma opowiadała mi, jak w latach osiemdziesiątych przyszła do niej paczka z odzieżą z Zachodu. Na wierzchu leżała bluzka w kolorze, który nie odpowiadał obdarowanej, dała ją więc koleżance, która dumnie paradowała w niej po Szamotułach. Po jakimś czasie dostała kolejną paczkę od tego samego nadawcy, w której znalazły się pasujące do rzekomej bluzki spodnie. Okazało się, że to, co obie z koleżanką uznały za bluzkę, było górą od piżamy.


Rynek w Dubnie w okresie międzywojennym. Być może właśnie tam Ciocia Zosia sprzedawała nasze rzeczy, abyśmy mieli z czego żyć.


Ponieważ stanęło nam przed oczyma widmo wywózki w głąb ZSRR, po krótkim pobycie na wsi pod Dubnem wyruszyliśmy do Przemyśla. San stanowił granicę między obu naszymi okupantami i krążyły wieści, że Niemcy od czasu do czasu przyjeżdżają do Przemyśla, aby – po uzgodnieniu z Rosjanami – wydać niektórym uciekinierom przepustki na powrót do ich domów. W Przemyślu koczowaliśmy przez wiele tygodni, głodując, wyprzedając resztki osobistych rzeczy. Mieszkaliśmy w jakimś ponurym gmaszysku (klasztorze?). Mający ledwo roczek Krzyś poważnie zachorował. Pamiętam chwile, w których Babcia i Ciocia mierzyły mu gorączkę, a przerażona Mama biegała po korytarzu, bojąc się wrócić do pokoju, aby nie usłyszeć, że gorączka wzrosła. Strach ten był w pełni uzasadniony, bo dzieci – szczególnie te najmłodsze – masowo umierały, głównie na biegunkę. Na szczęście gorączka zaczęła spadać i Krzyś powoli wracał do zdrowia.

Kiedy rozeszła się wieść, że Niemcy przyjechali i będą wydawać „bieżeńcom” przepustki, zostaliśmy z Babcią w domu, a Mama, Ciocia i pani Stefa wyruszyły przed budynek, w którym urzędowali Niemcy. Co wieczór wracały zrezygnowane, bo przed drzwiami wejściowymi kłębił się ogromny tłum. Próbujący utrzymać porządek Kozak na koniu, z nahajką w ręce, rozganiał ludzi, krzycząc: „Dawaj nazad!”

Któregoś z kolei dnia do stojącej z boku Mamy, która była bardzo ładną, pełną wdzięku młodą kobietą, podszedł jakiś mówiący po polsku człowiek i spytał: „Dlaczego jesteście taka smutna?” Wtedy Mama odpowiedziała, że ma małe dzieci, chce wrócić do Warszawy, gdzie jest jej dom, ale nie ma żadnych szans zdobycia przepustki. Wtedy nasz (jak się później okazało) dobroczyńca powiedział, że następnego dnia o wskazanej godzinie ma stać na tym samym miejscu, a on jej pomoże. Mama – nie mając wielkiej nadziei – czekała na niego, na wszelki wypadek wzięła z sobą panią Stefę. Ku ich zdumieniu tajemniczy człowiek zjawił się punktualnie, podprowadził je do jakiegoś bocznego okna, które wcześniej musiał odblokować od środka, podsadził i w ten sposób znalazły się wewnątrz obleganego gmachu. Teraz już z łatwością udało im się stanąć przed niemiecko-rosyjską komisją i z przepustkami wróciły do nas. Ten człowiek, prawdopodobnie żołnierz sowiecki, naraził własne życie. Za ten czyn groziła mu kara śmierci, pomógł bowiem uciec spod władzy Stalina „niebezpiecznym elementom”. Być może uratował nam życie: był to kwiecień 1940 roku, a w czerwcu zaczęły się masowe wywózki Polaków w głąb Związku Sowieckiego.


Przemyśl, cywile przechodzący przez most ze strony sowieckiej na niemiecką. My przeszliśmy tamtędy w kwietniu 1944 r.


Bezpośrednio po przekroczeniu Sanu Niemcy skierowali nas do jakiegoś budynku, w którym podzielono nas według płci i wieku, rozebrano do naga i dezynfekowano. W pewnym momencie nas – nieco starsze dzieci wpędzono do pomieszczenia, w którym siedziały w wannie maluchy. Wśród wrzeszczących dzieciaków z trudem rozpoznałam Krzysia. Przeżyłam też moment zdumienia, gdy z prawej strony wkroczyła grupa nagich kobiet i zniknęły w drzwiach po lewej stronie. Wówczas nagość dorosłych była dla mnie czymś zupełnie nieznanym i szokującym. Rozpoznałam tylko panią Stefę i to po… bursztynowych koralach, które stale nosiła i których Niemcy nie kazali jej zdjąć.

Gdy dotarliśmy do Warszawy, zastaliśmy prawie całe mieszkanie zajęte przez uciekinierów z Wielkopolski. Wujostwo, którzy mieszkali w tym samym domu i u których zostawiliśmy klucze, chyba raczej nie spodziewali się naszego powrotu i ulokowali u nas ludzi, którzy stracili dach nad głową. Kiedy Wujek Feliks Rankowski zobaczył Mamusię, spytał krótko: „Dzieci są?” W Warszawie mówiono, że kto jak kto, ale dzieci raczej żywe z tego piekła nie wracają.

Nasza Mama do końca swojego długiego życia pościła w 1. święto Wielkanocy. W czasie śniadania wielkanocnego jadła tylko jajka i sałatkę warzywną. Zachowanie to wiązało się ze złożonym przez nią przyrzeczeniem postu w intencji uratowania życia dzieci i wydostania się spod okupacji sowieckiej. Wielkanoc w 1940 roku wypadał 24 marca, był to zatem czas, gdy Mama próbowała zdobyć przepustkę do niemieckiej strefy okupacyjnej.

Ewa Budzyńska-Krygier

wrzesień 2018 r.

Szamotuły, 20.09.2018


Wejście do naszego domu w Warszawie, ul. Brzozowa 2/4. Mieszkaliśmy na trzecim piętrze.

Przedwojennych zdjęć z moim bratem nie mam. Jedyne można zobaczyć tym zdjęciu jako fotografię wiszącą na ścianie.

Podział Przemyśla pomiędzy dwóch okupantów

Zdjęcie zrobione z części Przemyśla zajętej przez Niemców. Po drugiej stronie rzeki widać wielkie propagandowe płachty, wywieszone na domach w części zajętej przez Związek Sowiecki.

Most drogowy na Sanie w Przemyślu został zniszczony na początku wojny. Granicę przekraczało się więc przez most kolejowy. Zdjęcia od strony sowieckiej i niemieckiej.

Kiedy udało nam się wrócić do Warszawy, przekonaliśmy się, że w czasie oblężenia Warszawy we wrześniu 1939 r. bomba uszkodziła nasz dom, a dokładnie jego dolną część od ul. Bugaj. Na szczęście nikt nie ucierpiał.

Wyrwa w domu widziana od góry. 1944 r., przed powstaniem warszawskim

Zdjęcia, które Mama wysłała Tatusiowi do oflagu po naszym powrocie do Warszawy, zrobione na tarasie naszej kamienicy. Tatuś miał dzięki nim potwierdzenie, że żyjemy i rośniemy

Moja mama zmarła w 1997 r. Do dziś niektóre osoby w Szamotułach pamiętają jej elegancję i urodę.

Ostatnie zdjęcie wysłane Tatusiowi z Warszawy. Ogrody Zamkowe, 1944 r., przed powstaniem


Wspomnienia Ewy Budzyńskiej-Krygier z powstania warszawskiego można przeczytać pod linkiem:

Powstanie warszawskie widziane oczami dziecka (http://regionszamotulski.pl/powstanie-warszawskie-oczami-dziecka/)

Inne wspomnienia tej samej Autorki:

Tęsknota za tornistrem, czyli wojenna edukacja (http://regionszamotulski.pl/domowa-edukacja-w-czasie-wojny/)

Za wcześnie, kwiatku, z wcześnie…, czyli moja nauka w szamotulskich szkołach (http://regionszamotulski.pl/w-szamotulskich-szkolach-1945-51/)

Studia w czasach stalinowskich (http://regionszamotulski.pl/studia-w-czasach-stalinowskich/)

Ewa Krygier z domu Budzyńska – w Szamotułach miała spędzić kilka tygodni 1945 roku, tragedia rodzinna zdecydowała, że została tu na całe życie. Żałuje, że nie została nauczycielką matematyki, bo wtedy miałaby więcej czasu na czytanie książek.

Ponad 40 lat uczyła języka polskiego w szamotulskim Liceum Ogólnokształcącym.

Ewa Krygier, Przyszliśmy wyzwolić was od panów2025-01-03T21:15:01+01:00

Zapust – historia najmłodszej wsi w Gminie Ostroróg

Zapust – najmłodsza wieś w Gminie Ostroróg

Wieś Zapust dość późno pojawia się w źródłach historycznych, bo dopiero pod koniec XVI wieku. Dla porównania pierwsze wzmianki o Bininie, Bobulczynie, Bielejewie, Dobrojewie, Oporowie, Rudkach, Szczepankowie i Wielonku pochodzą z lat 1391-1408, a o Kluczewie z 1465 roku.

Zapust na mapie z 1892 r.

Zapust na mapie z ok. 1915 r. – zestawienie gospodarcze Dobrojewa


Z dawnej prasy

Informacja w „Gazecie Szamotulskiej”

Egzekucje komornicze 1926, 1927 i 1933

Kradzież i napad – 1927, 1933 i 34

Ogłoszenia z „Gazety Szamotulskiej”

Niestety, nie znamy zbyt wielu kart z historii Zapustu. Wiadomo na pewno, że w 1718 roku właścicielem Zapustu był kasztelan kaliski Maciej Malechowski, który w tym samym roku sprzedał go Sapiehom. Z kolei od 1737 r. do 1939 r. Zapust był własnością rodu Kwileckich.

Pod koniec XVIII wieku we wsi stało 6 domów i mieszkało w niej 50 osób. Natomiast w folwarku Zapust był jeden dom i 31 osób.

W 1893 r. Edmund Callier tak opisał Zapust:

„Zapust wioska. W niej folwarcznego budynku nic ma tylko ratajska stodoła folwarkowa stara o jednej bojewicy, wrota dwoiste proste o jednej kunie żelaznej, poszycie miejscami poprawy potrzebuje. Tamże owczarnia w słupy dylowana, kilka ich ugniło, drzwi u niej na sypanie na zawiasach, poszycie na niej dobre. Rataj ma chałupę ze stodółką dobrą. Item owczarz ma chałupę ze stodółką. Chałupnik ma chałupę dobrą. Tamyże rataj ma wołów pańskich osiem, krowę pańską i świnię, ma pługi dwa, radła dwa, wóz ze wszystkiem trzema z wiciami żelaznemi.

Owce w Zapuście. Owiec maciórek sto dwadzieścia jedna, owieczek latosich dwadzieścia siedem, baranów z młodymi siedem, skopów dwuletnich trzynaście, skopów latosich dwadzieścia sześć, skopów trzyletnich trzynaście.

Osiadłość w Zapuście. Rataj ma swoich wołów dwa, świni dwoje, owiec trzydzieści. Owczarz Wojciech nie poddany ma koni dwa, krów trzy, owiec sześćdziesiąt, świnię jednę.”

Tak jak pisał Callier, we wsi nie ma obiektów historycznych. Na uwagę zasługują natomiast dwie kapliczki, zapewne postawione w 1945 r. Jedna znajduje się pod lasem przy drogach do Otorowa i Koźla. Druga natomiast w centrum wsi. Warto zobaczyć również współczesną kapliczkę Św. Huberta znajdującą się w lesie przy tzw. „siedmiu dębach”. Przy drogach do Wielonka, Koźla i Otorowa znajdują się dwie grupy około 20-metrowych modrzewi.

Michał Dachtera

Literatura:

  1. „Gazeta Szamotulska” 1926 nr 105, 1927 nr 12, 73; 1932 nr 42, 88; 1933 nr 10, 42; 1934 nr 125, 132, 136; 1938 nr33.
  2. Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, tom 14.
  3. Edmund Callier, Ostroróg: monografia w głównych zarysach, Poznań 1891.
  4. Paweł Mordal, Inwentaryzacja krajoznawcza miasta i gminy Ostroróg, Ostroróg 1990.

Michał Dachtera


Zapust i jego mieszkańcy na dawnych fotografiach


Zapust nr 5 – Stanisław Kucharczyk i jego wnuki. Zdjęcia przesłała Elwira Kuźniak

Zapust nr 6 – zdjęcia przesłała Agata Bober. Ostatnie zdjęcie (1995 r.) – ze zbiorów Aleksandry Papis


Zapust i okolice – zdjęcia współczesne Andrzeja Benarskiego


Szamotuły, 17.09.2018

Mieszka w Szamotułach, ale jego serce zostało w Ostrorogu i okolicach.

Miłośnik historii, poszukiwacz archiwalnych zdjęć. Na Facebooku prowadzi profil Ostroróg na kartach historii.

Zapust – historia najmłodszej wsi w Gminie Ostroróg2025-09-05T22:57:56+02:00

Strona główna – wrzesień 2018

Dzieje obrazu Matki Bożej Szamotulskiej. Część 1.

Obraz z kościoła w Szamotułach, czyli … Czarna Madonna

Zapewne większość mieszkańców Szamotuł i okolic słyszała o tym, w jaki sposób obraz określany jako „Matka Boża Pocieszenia” lub „Szamotuł Pani” trafił do szamotulskiej bazyliki kolegiackiej. Warto sobie uświadomić, że powtarzana opowieść opiera się na źródłach historycznych, spisanych w czasie, gdy główni jej bohaterowie jeszcze żyli. Można ją też uzupełnić wieloma interesującymi szczegółami.

Z Rosji do Szamotuł

Po raz pierwszy historię obrazu w 1666 roku spisał Walenty Jan Wiroboski, urodzony w Szamotułach, wywodzący się z rodziny mieszczańskiej, wykształcony na Akademii Krakowskiej. Wizerunkiem Matki Bożej z Dzieciątkiem Wiroboski był zainteresowany nie tylko jako późniejszy szamotulski kapłan, kanonik kolegiaty szamotulskiej i dziekan tutejszej kapituły. Obraz interesował go także z przyczyn osobistych, sam miał bowiem zostać uzdrowiony dzięki wstawiennictwu Matki Boskiej Szamotulskiej. Sprawa wydarzeń uznanych za cudowne, które doprowadziły do wydania zgody na publiczny kult wizerunku, przedstawiona zostanie w kolejnym tekście, głównym tematem tego artykułu jest sam obraz i jego pochodzenie.

Tekst Walentego Jana Wiroboskiego umieszczony był w pisanej ręcznie księdze, w większości zawierającej kazania. Była ona przechowywana w archiwum parafialnym, zaginęła prawdopodobnie w czasie wojny, ale zachowały się odpisy z okresu międzywojennego. Przytoczymy go w uwspółcześnionej pisowni.

Descriptio miraculosae imaginis B.M.V. in Arce Szamotuliensi I-mum, Anno Domini 1666 [Opisanie cudownego obrazu Najświętszej Maryi Panny na zamku szamotulskim po raz pierwszy. W roku Pańskim 1666]

Ten obraz wyszedł z Moskwy, który miał jeden Moskwicin przy sobie. Ten wzięty w niewolę (kniaź, to jest u nich wojewoda (u Moskwy) ) od Polaków i w Warszawie zostawał z żoną w więzieniu pod wartą. Pan Aleksander Wolf, starosta feliński,  obornicki i praszecki itd., często nawiedzał go i o obraz Najświętszej Panny upraszał go, aby mu darował, czego on to Moskwicin nie chciał na uproszenie uczynić. Już mu obiecał wyjednać u króla Jana wolny paszport, wolne przejście do Moskwy. Rzekł mu ten Moskwicin: Wolę nie wiedzieć co stracić, aniżeli ten obraz, bo, gdy mam do niego nabożeństwo swoje, wielką w smutkach pociechę czuję, i tym się najbardziej w więzieniu cieszę i mam nadzieję, że mię P. Bóg pocieszy, że prędko stąd wynijdę i w zdrowiu dobrym do swoich powrócę się nazad do Moskwy. Interea [tymczasem] od frasunku on to kniaź Moskwicin zachorzał i umarł w Warszawie. Żona miała przy sobie jego ten obraz. Jegomość pan Aleksander Wolff pilnie około tego chodził, ażeby onego obrazu dostał. Darowała go jemuż żona post multas preces [po wielu prośbach], żeby tylko wolna była i do swoich powróciła się szczęśliwie. Omnibus modis curavit id fieri [starał się o to wszelkimi sposobami]. U króla Jegomości wymógł to pan starosta feliński, że ją odprowadzono na granicę moskiewską. Ten obraz przywiózł z sobą pan Wolff do Szamotuł.


Z lewej obraz Matki Bożej Pocieszenia z szamotulskiej bazyliki kolegiackiej (zdjęcie Jarosław Kałużyński). Z prawej rycina z książki Wielkimi wsławiona cudami w obrazie sławnej kollegiaty szamotulskiej… (1687 r.). Zachowano na niej układ postaci, w stosunku do oryginału obrazu zostały zmienione proporcje i rysy twarzy postaci.


Opisane wydarzenia miały miejsce za czasów króla Jana II Kazimierza z dynastii Wazów. Jego panowanie przypadło na lata od 1648 (od śmierci jego brata Władysława IV) do 1668, w którym to roku król, zmęczony ciągłymi wojnami i  znajdujący się w złym stanie psychicznym, podjął decyzję o abdykacji. W okresie swego panowania był zmuszony do zmagań z trzema różnymi przeciwnikami. W latach 1648-49 i 1651-54 trwała wojna domowa na południowym-wschodzie Rzeczypospolitej, nazywana powstaniem Chmielnickiego. W 1654 roku powstanie to wsparła Rosja, która przeprowadziła inwazję na tereny wschodniej Rzeczypospolitej, co stanowiło to początek wojny polsko-rosyjskiej, trwającej długo, bo prawie 14 lat (1654-1667). W tym samym czasie rozgrywała się też wojna polsko-szwedzka, czyli „potop szwedzki” (1655-1660), który z kolei w znacznym stopniu zniszczył środkową część Rzeczypospolitej, a króla zmusił nawet do opuszczenia na pewien czas granic Rzeczypospolitej.

Wspomniane przez Jana Wiroboskiego wydarzenia najprawdopodobniej wiązały się z fazą wojny polsko-rosyjskiej, która nastąpiła od połowy 1660 roku, kiedy to polskie wojska zaczęły odzyskiwać stracone na skutek inwazji tereny. Bardzo możliwe, że niewymieniany z nazwiska wojewoda rosyjski właśnie wtedy dostał się do niewoli i znalazł się w warszawskim więzieniu. Nie wiadomo, dlaczego tak bardzo Aleksander Wolff zainteresował się obrazem należącym do wojewody. Nie był to obraz wówczas cenny ze względu na swój wiek, gdyż historycy sztuki określają jego powstanie na 1. połowę XVII w. Nie wiadomo, czy Wolff wiedział, że ten typ obrazów jest w Rosji szczególnie otaczany kultem. Do podejmowania – jak wynika z opisu – długotrwałych prób pozyskania obrazu mógł skłonić go sam opór wojewody, jego kult wizerunku. Sam Wolff przed specjalną komisją, powołaną w maju 1665 roku przez biskupa poznańskiego Stefana Wierzbowskiego zeznał, że ponad rok (prawdopodobnie: od przywiezienia do Szamotuł) obraz leżał zawinięty w tkaninę w kącie kaplicy na zamku w Szamotułach, a on sam zajrzał do niego dopiero w momencie sporządzania rejestru majątku przed planowaną podróżą. Z jednej strony mamy więc długotrwałe starania o obraz, z drugiej – brak zainteresowania nim po przewiezieniu do Szamotuł. W opisie Jana Wiroboskiego i zeznaniu Wolffa można by doszukiwać się pewnej sprzeczności i uznać, że opis pochodzenia obrazu, powstały w czasie, gdy biskup zezwolił już na jego publiczny kult, jest nieco „podkoloryzowany”. Wcale tak jednak być nie musi. Usilne zabiegi o coś, co wydaje się niedostępne, da się przecież psychologicznie pogodzić z postawą zobojętnienia po osiągnięciu celu.


Z lewej Jan II Kazimierz Waza – grafika (1649 r.), autor Wilhelm Hondius. Źródło Polona.pl. Z prawej herb rodziny Wolffów – Lew w błękitnym polu z trzema żółtymi pasami. Herbarz polski ks. Kaspra Niesieckiego


Aleksander Wolff w dokumentach z lat 60. XVII w. nazywany jest czasem „właścicielem” lub „panem Szamotuł”, nie do końca są to jednak sformułowania prawdziwe. Rodzina Wolffów w tym czasie zamieszkiwała w Polsce na Pomorzu i w Inflantach, Aleksander Ludwik być może urodził się w Jani pod Pelplinem, gdzie znajdował się majątek jego rodziców. Rodzina Wolffów pozostawała w bliskich relacjach z dworem Wazów, ojciec Jan przed zawarciem małżeństwa był pułkownikiem gwardii królewskiej, a sam Aleksander był dworzaninem króla Jana Kazimierza od początku jego panowania.

W styczniu 1658 roku Aleksander Wolff ożenił się z Jadwigą z domu Gułtowską (najbliższą kuzynką hetmana Jana Sobieskiego, późniejszego króla). Jadwiga była wdową po Stanisławie Kostce, ostatnim dziedzicu Szamotuł z rodziny Kostków. Ślub odbył się w szamotulskiej kolegiacie, a udzielił go ówczesny biskup poznański Wojciech Tolibowski herbu Nałęcz. Dziedziczkami majątku po ojcu Stanisławie Kostce były córki Joanna i Ludwika, matka zaś prawdopodobnie miała w Szamotułach dożywocie. Aleksander Wolff nie był zatem właścicielem Szamotuł, przebywał tu kilkanaście lat (i to z przerwami na długie podróże), do śmierci żony w 1670 lub 1671 roku. Majątek po ojcu Stanisławie Kostce – Szamotuły i Wronki – stał się posagiem Ludwiki Kostkówny, która po śmierci matki wyszła za Jana Korzbok Łąckiego, podkomorzego wschowskiego i późniejszego kasztelana kaliskiego. To właśnie Jan Korzbok Łącki w 1675 roku oddał starszy z szamotulskich zamków – Zamek Świdwiński franciszkanom reformatom, a ci na jego miejscu wznieśli zabudowania klasztorne. W 1683 roku wziął udział w wyprawie pod Wiedeń, być może zabrał na nią obraz Matki Bożej Szamotulskiej.

Po opuszczeniu Szamotuł Aleksander Wolff utrzymywał kontakty z kolejnymi władcami, wielokrotnie spotykał się z nimi, doradzał i uczestniczył w niektórych wyprawach. Był wykonawcą testamentu króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego, zmarłego w 1673 roku. W styczniu 1676 roku brał udział w podwójnym pochówku królewskim w podziemiach katedry na Wawelu. Chowano tam wówczas razem króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego i – również bliskiego Aleksandrowi Wolffowi – Jana Kazimierza, zmarłego we Francji w 1672 roku.  Po uroczystościach pogrzebowych odbyła się koronacja Jana III Sobieskiego, jak wspomniano, najbliższego kuzyna zmarłej żony Wolffa. Od trzech lat Aleksander Wolff był już wtedy opatem klasztoru cysterskiego w Pelplinie, w wyborze na to stanowisko poparli go zresztą i Michał Korybut Wiśniowiecki, i Jan Sobieski. W 1676 roku w klasztorze pelplińskim podejmował króla Jana III Sobieskiego i królową Marię Kazimierę. Zmarł w końcu 1678 roku.


Czytaj dalej

Zdjęcie Piotr Mańczak


Irena Kiełczewska

SZAMOTUŁ PANI

Matko Pocieszenia
z śladami krwawych łez na twarzy
z Dzieciątkiem na lewym ręku
namalowana na drewnie
owiana stepowym wiatrem

W ciszy kolegiaty
nasłuchujesz kroków
jak matka
nachylasz się nad złożonymi rękoma
nad zaciśniętymi powiekami
zbierasz łzy przeźroczyste
by zawiesić je na witraż
zbliżasz niebo

Wzięłaś koronę Polski pod swoją obronę
jak Czarna Madonna z pociętym bólem twarzy
Jak Przenajświętsza Panna z Ostrej Bramy
jak Pani Licheńska z orłem na piersiach
jak Matka Katyńska pochylona nad każdą raną

Cudowny znaku
światło wiekuiste wymowna obecność
dziękują Ci
Panno Zwycięska
nie tylko polskie serca

Szamotuły, 12.09.2018

Zdjęcie Piotr Mańczak

Szamotulskie sklepy w „drugiej połowie” PRL-u

część 1. Rynek


Jakiś czas temu na facebookowym profilu naszego portalu zapytaliśmy czytelników o nazwy dawnych szamotulskich sklepów. Odzew był bardzo duży, posypały się wspomnienia…

Cofnijmy się więc do czasów, gdy na szamotulskim Rynku nie było dziewięciu banków i czterech punktów obsługi telefonii komórkowej (ta ostatnia zresztą jeszcze nie istniała). To na Rynku, a nie w powstających od połowy lat 90. marketach, koncentrował się handel.



Zacznijmy okrążać Rynek od ul. Poznańskiej. Tą właśnie ulicą zawsze docierałam do Rynku w dzieciństwie i młodości, tylko wtedy w PRL-u była to ul. Rewolucji Październikowej (por. tekst  http://regionszamotulski.pl/nazwy-szamotulskich-ulic/).

Na narożniku przy ul. Poznańskiej mieścił się wtedy sklep z artykułami gospodarstwa domowego, który przez kilka lat sklep działał pod nazwą 1001 Drobiazgów (wcześniejsza nazwa Jubileuszowy). Starsze pokolenie mówiło też czasem Po Kroschlu – od jeszcze nazwiska dawnego kupca, który prowadził ten sklep (dom należy do rodziny Kroschlów). Obecnie od wielu lat działa tam sklep z tkaninami i firankami.

W domu nr 25, odkąd pamiętam, był sklep Zabawkowy. Przez jakiś czas na szybie widniała nazwa Grajdudek, ale na co dzień się jej nie używało. W latach 90. sklep powiększono i nadano mu nazwę Czarny Piotruś. Obok jest sklep, o którym przez dziesięciolecia mówiło się, od nazwiska właściciela: U Przybylaka ‒ jeden z tych, które przez cały PRL pozostawał w rękach prywatnych. Jak pamiętam, w latach 70. i 80. pracowała tam córka Walentego Przybylaka Maria Bąk i jej mąż Stefan. Rodzina obdarzona była talentem muzycznym. Walenty Przybylak grał w kapeli szamotulskiej, a córka, o silnym i pięknym głosie, śpiewała w chórze parafialnym. Kiedyś był to sklep pasmanteryjno-odzieżowy, a do niedawna sklep z odzieżą, prowadzony przez kolejne pokolenie właścicieli.



W kolejnym domu (nr 26) mieścił się sklep spożywczy Konsumy, czyli ‒ według obiegowej nazwy ‒ U Praksi. W PRL-u pod nazwą Konsumy funkcjonowały sklepy i stołówki milicyjne (wcześniej nazwa dotyczyła wszelkich sklepów zakładowych). W szamotulskim sklepie przy wejściu po prawej stronie wisiały w gablocie elementy milicyjnego munduru (pewnie można je tam było kupić), najpierw sklep był tylko dla wybranych, z czasem jednak stał się ogólnodostępny. Potem, już „w nowych czasach”, w tym samym miejscu przez ponad 20 lat był Jubiler Ireny Jęczmyk. W drugim sklepie w tym samym domu przez wiele lat działał sklep z koszulami, w którym sprzedawała Krystyna Bielikowa, mama mojej szkolnej koleżanki.

Pod numerem 27, gdzie od wielu lat są dwa nieduże sklepy z tkaninami i pościelą, wcześniej działał jeden sporej wielkości sklep z odzieżą o nazwie Elegant. Jeszcze dalej (Rynek 30) ‒ po schodkach ‒ był należący do Gminnej Spółdzielni sklep z dywanami i tkaninami, niezwykle ważny w czasach, gdy odzież szyło się na miarę u któregoś z szamotulskich krawców: Niemczyka, Cejby, Kalotki, Guzego, Nowakowej, Nowickiej i innych. Przez jakiś czas sklep nosił nazwę Wełna, ale mówiło się też U Leśnikowej, od nazwiska kierowniczki sklepu. Potem w tym samym miejscu działał sklep spożywczy Tęcza.

Dalej (nr 31) był Fryzjer Krystyna (Krystyny Tanalskiej). Ostatni na tej ścianie Rynku (nr 32) sklep z długimi tradycjami to Romex, nazwa pojawiła się w 1. połowie lat 90., kiedy modne były wszelkie nazwy z końcówką -ex. Wcześniej był tu Polmozbyt, mówiono więc o kupowaniu w Polmozbycie lub w  Motoryzacyjnym.

Jeszcze przed II wojną na narożniku Rynku powstała stacja benzynowa. W czasach kryzysu kolejki samochodów nawet trzykrotnie oplatały Rynek. Przez wiele powojennych lat była to jedyna stacja w Szamotułach, centrum miasta skazane było więc na dość uciążliwe zapachy i narażone na niebezpieczeństwo wiążące się z funkcjonowaniem tego typu obiektu. Stacja przestała działać dopiero na początku lat 90.



Na południowej pierzei rynku, czyli między ulicami Skargi i Ratuszową. W budynku nr 33 dość długo znajdował się sklep z kryształami, artykułami szklanymi Irena (WSS Społem). Pod nr. 35, odkąd pamiętam, znajdowały się Upominki (głównie torebki, galanteria), przez lata prowadził ją Walczak.

Rynek 36 ‒ mieścił się tu dawniej sklep z telewizorami i radioodbiornikami, czyli szamotulski ZURiT. Z pewnością wielu mieszkańców naszego miasta kupiło tam swoje pierwsze telewizory. Później przez wiele lat działał tam sklep z elegancką odzieżą damską Eland, wiele osób używało jednak nazwiska pierwszej właścicielki i posługiwało się nazwą U Liberowej.

Pod nr. 37 długie lata działał sklep obuwniczy. Starsze od mojego pokolenie szamotulan mówiło o nim Bata, ale w okresie, który pamiętam, nie była to już nazwa oficjalna. W tym samym domu na rogu po schodkach długo mieściła się Drogeria (wcześniej własność Urbaniaków). Pamiętam zapach tego sklepu. Oprócz środków czystości sprzedawano tam rozpuszczalniki i farby. Na pewno klimatem i zapachem sklep ten zdecydowanie różnił się od Perfumerii Uroda, znajdującej się wewnątrz rynku, na narożniku koło Nowaczyńskiego. Perfumeria to był w czasach PRL-u trochę inny świat: świat pięknych zapachów, starannych fryzur i wyróżniającego się makijażu sprzedających tam pań.

Wracam do pierzei południowej, tym razem na przeciwległy do dawnej drogerii narożnik rynku i Dworcowej. Przez lata był tam sklep Sportowy, niektórzy pamiętają działające tam wcześniej Upominki. Później – w 1. połowie lat 90. – w tym miejscu mieściła się kawiarnia w stylu nieco artystycznym – Portia. Dalej był Fryzjer męski, wcześniej Ubowski, potem Narcyz Bajdziński.


Czytaj dalej


Źródła zdjęć archiwalnych: Muzeum – Zamek Górków i Ireneusz Walerjańczyk

Strona główna – wrzesień 20182025-01-02T11:43:51+01:00

Matka Boża Szamotulska – pochodzenie obrazu

Dzieje obrazu Matki Bożej Szamotulskiej. Część 1.

Obraz z kościoła w Szamotułach, czyli … Czarna Madonna

Zapewne większość mieszkańców Szamotuł i okolic słyszała o tym, w jaki sposób obraz określany jako „Matka Boża Pocieszenia” lub „Szamotuł Pani” trafił do szamotulskiej bazyliki kolegiackiej. Warto sobie uświadomić, że powtarzana opowieść opiera się na źródłach historycznych, spisanych w czasie, gdy główni jej bohaterowie jeszcze żyli. Można ją też uzupełnić wieloma interesującymi szczegółami.

Z Rosji do Szamotuł

Po raz pierwszy historię obrazu w 1666 roku spisał Walenty Jan Wiroboski, urodzony w Szamotułach, wywodzący się z rodziny mieszczańskiej, wykształcony na Akademii Krakowskiej. Wizerunkiem Matki Bożej z Dzieciątkiem Wiroboski był zainteresowany nie tylko jako późniejszy szamotulski kapłan, kanonik kolegiaty szamotulskiej i dziekan tutejszej kapituły. Obraz interesował go także z przyczyn osobistych, sam miał bowiem zostać uzdrowiony dzięki wstawiennictwu Matki Boskiej Szamotulskiej. Sprawa wydarzeń uznanych za cudowne, które doprowadziły do wydania zgody na publiczny kult wizerunku, przedstawiona zostanie innym razem, głównym tematem tego artykułu jest sam obraz i jego pochodzenie.

Tekst Walentego Jana Wiroboskiego umieszczony był w pisanej ręcznie księdze, w większości zawierającej kazania. Była ona przechowywana w archiwum parafialnym, zaginęła prawdopodobnie w czasie wojny, ale zachowały się odpisy z okresu międzywojennego. Przytoczymy go w uwspółcześnionej pisowni.

Descriptio miraculosae imaginis B.M.V. in Arce Szamotuliensi I-mum, Anno Domini 1666 [Opisanie cudownego obrazu Najświętszej Maryi Panny na zamku szamotulskim po raz pierwszy. W roku Pańskim 1666]

Ten obraz wyszedł z Moskwy, który miał jeden Moskwicin przy sobie. Ten wzięty w niewolę (kniaź, to jest u nich wojewoda (u Moskwy) ) od Polaków i w Warszawie zostawał z żoną w więzieniu pod wartą. Pan Aleksander Wolf, starosta feliński,  obornicki i praszecki itd., często nawiedzał go i o obraz Najświętszej Panny upraszał go, aby mu darował, czego on to Moskwicin nie chciał na uproszenie uczynić. Już mu obiecał wyjednać u króla Jana wolny paszport, wolne przejście do Moskwy. Rzekł mu ten Moskwicin: Wolę nie wiedzieć co stracić, aniżeli ten obraz, bo, gdy mam do niego nabożeństwo swoje, wielką w smutkach pociechę czuję, i tym się najbardziej w więzieniu cieszę i mam nadzieję, że mię P. Bóg pocieszy, że prędko stąd wynijdę i w zdrowiu dobrym do swoich powrócę się nazad do Moskwy. Interea [tymczasem] od frasunku on to kniaź Moskwicin zachorzał i umarł w Warszawie. Żona miała przy sobie jego ten obraz. Jegomość pan Aleksander Wolff pilnie około tego chodził, ażeby onego obrazu dostał. Darowała go jemuż żona post multas preces [po wielu prośbach], żeby tylko wolna była i do swoich powróciła się szczęśliwie. Omnibus modis curavit id fieri [starał się o to wszelkimi sposobami]. U króla Jegomości wymógł to pan starosta feliński, że ją odprowadzono na granicę moskiewską. Ten obraz przywiózł z sobą pan Wolff do Szamotuł.

Opisane wydarzenia miały miejsce za czasów króla Jana II Kazimierza z dynastii Wazów. Jego panowanie przypadło na lata od 1648 (od śmierci jego brata Władysława IV) do 1668, w którym to roku król, zmęczony ciągłymi wojnami i  znajdujący się w złym stanie psychicznym, podjął decyzję o abdykacji. W okresie swego panowania był zmuszony do zmagań z trzema różnymi przeciwnikami. W latach 1648-49 i 1651-54 trwała wojna domowa na południowym-wschodzie Rzeczypospolitej, nazywana powstaniem Chmielnickiego. W 1654 roku powstanie to wsparła Rosja, która przeprowadziła inwazję na tereny wschodniej Rzeczypospolitej, co stanowiło to początek wojny polsko-rosyjskiej, trwającej długo, bo prawie 14 lat (1654-1667). W tym samym czasie rozgrywała się też wojna polsko-szwedzka, czyli „potop szwedzki” (1655-1660), który z kolei w znacznym stopniu zniszczył środkową część Rzeczypospolitej, a króla zmusił nawet do opuszczenia na pewien czas granic Rzeczypospolitej.

Wspomniane przez Jana Wiroboskiego wydarzenia najprawdopodobniej wiązały się z fazą wojny polsko-rosyjskiej, która nastąpiła od połowy 1660 roku, kiedy to polskie wojska zaczęły odzyskiwać stracone na skutek inwazji tereny. Bardzo możliwe, że niewymieniany z nazwiska wojewoda rosyjski właśnie wtedy dostał się do niewoli i znalazł się w warszawskim więzieniu. Nie wiadomo, dlaczego tak bardzo Aleksander Wolff zainteresował się obrazem należącym do wojewody. Nie był to obraz wówczas cenny ze względu na swój wiek, gdyż historycy sztuki określają jego powstanie na 1. połowę XVII w. Nie wiadomo, czy Wolff wiedział, że ten typ obrazów jest w Rosji szczególnie otaczany kultem. Do podejmowania – jak wynika z opisu – długotrwałych prób pozyskania obrazu mógł skłonić go sam opór wojewody, jego kult wizerunku. Sam Wolff przed specjalną komisją, powołaną w maju 1665 roku przez biskupa poznańskiego Stefana Wierzbowskiego zeznał, że ponad rok (prawdopodobnie: od przywiezienia do Szamotuł) obraz leżał zawinięty w tkaninę w kącie kaplicy na zamku w Szamotułach, a on sam zajrzał do niego dopiero w momencie sporządzania rejestru majątku przed planowaną podróżą. Z jednej strony mamy więc długotrwałe starania o obraz, z drugiej – brak zainteresowania nim po przewiezieniu do Szamotuł. W opisie Jana Wiroboskiego i zeznaniu Wolffa można by doszukiwać się pewnej sprzeczności i uznać, że opis pochodzenia obrazu, powstały w czasie, gdy biskup zezwolił już na jego publiczny kult, jest nieco „podkoloryzowany”. Wcale tak jednak być nie musi. Usilne zabiegi o coś, co wydaje się niedostępne, da się przecież psychologicznie pogodzić z postawą zobojętnienia po osiągnięciu celu.


Herb rodziny Wolffów – Lew w błękitnym polu z trzema żółtymi pasami. Herbarz polski ks. Kaspra Niesieckiego


Aleksander Wolff w dokumentach z lat 60. XVII w. nazywany jest czasem „właścicielem” lub „panem Szamotuł”, nie do końca są to jednak sformułowania prawdziwe. Rodzina Wolffów w tym czasie zamieszkiwała w Polsce na Pomorzu i w Inflantach, Aleksander Ludwik być może urodził się w Jani pod Pelplinem, gdzie znajdował się majątek jego rodziców. Rodzina Wolffów pozostawała w bliskich relacjach z dworem Wazów, ojciec Jan przed zawarciem małżeństwa był pułkownikiem gwardii królewskiej, a sam Aleksander był dworzaninem króla Jana Kazimierza od początku jego panowania.

W styczniu 1658 roku Aleksander Wolff ożenił się z Jadwigą z domu Gułtowską (najbliższą kuzynką hetmana Jana Sobieskiego, późniejszego króla). Jadwiga była wdową po Stanisławie Kostce, ostatnim dziedzicu Szamotuł z rodziny Kostków. Ślub odbył się w szamotulskiej kolegiacie, a udzielił go ówczesny biskup poznański Wojciech Tolibowski herbu Nałęcz. Dziedziczkami majątku po ojcu Stanisławie Kostce były córki Joanna i Ludwika, matka zaś prawdopodobnie miała w Szamotułach dożywocie. Aleksander Wolff nie był zatem właścicielem Szamotuł, przebywał tu kilkanaście lat (i to z przerwami na długie podróże), do śmierci żony w 1670 lub 1671 roku. Majątek po ojcu Stanisławie Kostce – Szamotuły i Wronki – stał się posagiem Ludwiki Kostkówny, która po śmierci matki wyszła za Jana Korzbok Łąckiego, podkomorzego wschowskiego i późniejszego kasztelana kaliskiego. To właśnie Jan Korzbok Łącki w 1675 roku oddał starszy z szamotulskich zamków – Zamek Świdwiński franciszkanom reformatom, a ci na jego miejscu wznieśli zabudowania klasztorne. W 1683 roku wziął udział w wyprawie pod Wiedeń, najprawdopodobniej zabrał na nią obraz Matki Bożej Szamotulskiej.

Po opuszczeniu Szamotuł Aleksander Wolff utrzymywał kontakty z kolejnymi władcami, wielokrotnie spotykał się z nimi, doradzał i uczestniczył w niektórych wyprawach. Był wykonawcą testamentu króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego, zmarłego w 1673 roku. W styczniu 1676 roku brał udział w podwójnym pochówku królewskim w podziemiach katedry na Wawelu. Chowano tam wówczas razem króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego i – również bliskiego Aleksandrowi Wolffowi – Jana Kazimierza, zmarłego we Francji w 1672 roku.  Po uroczystościach pogrzebowych odbyła się koronacja Jana III Sobieskiego, jak wspomniano, najbliższego kuzyna zmarłej żony Wolffa. Od trzech lat Aleksander Wolff był już wtedy opatem klasztoru cysterskiego w Pelplinie, w wyborze na to stanowisko poparli go zresztą i Michał Korybut Wiśniowiecki, i Jan Sobieski. W 1676 roku w klasztorze pelplińskim podejmował króla Jana III Sobieskiego i królową Marię Kazimierę. Zmarł w końcu 1678 roku.

Obraz Matki Bożej Pocieszenia z szamotulskiej bazyliki kolegiackiej. Zdjęcie Jarosław Kałużyński

Jan II Kazimierz Waza – grafika (1649 r.), autor Wilhelm Hondius. Źródło Polona.pl

W 1668 r. król Jan Kazimierz ofiarował tę lampę do kościoła kolegiackiego, wśród innych darów znalazły się „złocista sukienka” [na obraz], kapy, ornaty i lichtarze. Przekazanie darów królewskich opisał ks. Jan Walenty Wiroboski . Zdjęcie Jerzy Walkowiak

Michał Korybut Wiśniowiecki – grafika (przed 1678 r.). Źródło Polona.pl

Jan III Sobieski – grafika na karcie tytułowej dzieła Mikołaja Chwałkowskiego Regni Poloniae Ius Publicum ex statutis ac constitutionibus depromptum, wydanego u Fryderyka Reusnera w Królewcu w 1676 r., a więc w roku koronacji Sobieskiego. Źródło Polona

Z osobą króla Jana III Sobieskiego związane są szamotulskie podania – por. http://regionszamotulski.pl/wiaz-przy-kosciele-w-szamotulach/

Opactwo cysterskie w Pelplinie, obraz nieznanego malarza z 1774 r. Muzeum Diecezjalne w Pelplinie

Ikona

Obraz umieszczony w 1666 roku w szamotulskim kościele św. Stanisława Biskupa jest ikoną Matki Bożej z Dzieciątkiem. Ma niewielkie rozmiary (32,5 x 26,5 cm), pierwotnie przeznaczony był najprawdopodobniej do domowego (prywatnego) kultu. Został namalowany temperą na desce. Od samego początku w Szamotułach znano jego pochodzenie, co potwierdzają zachowane źródła, w których określa się go jako „obraz Najświętszej Panny Moskiewskiej” (zeznanie świadka, 1665 rok), a opisuje w ten sposób: „Ten obraz jest moskiewski, niewielki, szeroki i długi na piędzi dwie, mniej albo więcej, greckiej kompozycyi, malatury moskiewskiej, na desce odmalowany, blaszkami złocistemi po bokach przyozdobiony” (opis z zaginionej księgi parafialnej, przytoczony przez Józefa Łukaszewicza w jego pracy opublikowanej w 1858 roku).

Szamotulską Matkę Bożą ze względu na sposób przedstawienia postaci należy uznać za ikonę  „Matki Bożej Kazańskiej”, na Rusi właśnie te ikony należały do szczególnie popularnych i darzono je wyjątkową czcią. Uznać je należy za wariant typu „Hodegetria” (z języka greckiego – przewodniczka, wskazująca drogę). Na ikonach tych Matka Boża przedstawiona jest w półpostaci (od pasa w górę), na ręce, najczęściej lewej, trzyma Jezusa, a drugą ręką pokazuje Syna. Ikony te wyrażają myśl teologiczną, że Maryja prowadzi do Chrystusa. Jezus na tych ikonach jest wielkości dziecka, ale rysy twarzy ma człowieka dorosłego, co podkreślać ma jego dojrzałość duchową. Prawą rękę zazwyczaj unosi w geście błogosławieństwa, a w lewej trzyma zwój lub księgę. Realizacją takiego typu ikonograficznego jest na przykład obraz Matki Bożej Częstochowskiej, której kopie znajdują się także w innych sanktuariach Polski, na przykład w Dąbrówce Kościelnej w archidiecezji gnieźnieńskiej.

Ikony Matki Bożej Kazańskiej ukazują Maryję jedynie do wysokości ramion. Przed nią, trochę z lewego boku, widać postać Jezusa, jakby stojącego na niewidocznych na obrazie kolanach Matki. Głowa Maryi jest nieco pochylona w stronę Syna. Matka Boża Kazańska jest dość późnym typem Hodegetrii, gdyż w cudowny sposób pojawić się miała dopiero w 1579 roku. Swoją szczególną sławę ikona zyskała kilkanaście lat później, w czasie wojny polsko-rosyjskiej (1609-1618) za panowania Zygmunta III Wazy. Obraz Matki Bożej Kazańskiej miał przyczynić się w 1612 roku do pokonania okupujących moskiewski Kreml Polaków. W 1649 roku car Aleksy Romanow ogłosił dzień 22 października (współcześnie, zgodnie z kalendarzem gregoriańskim to 4 listopada) świętem ogólnorosyjskim jako upamiętnienie zwycięstwa nad Polakami; z tej samej okazji dzień ten stał się też w cerkwi świętem Matki Bożej Kazańskiej. Można dodać, że do święta tego w Rosji powrócono w 2004 roku, ustanawiając tego dnia Dzień  Jedności Narodowej, w miejsce zlikwidowanych obchodów wybuchu rewolucji październikowej, które obchodzono 7 listopada.

Ten sam car Aleksy w 1654 roku rozpoczął kolejną wojnę z Rzeczpospolitą – tę, podczas której w polskiej niewoli znalazł się nieznany z imienia i nazwiska kniaź, właściciel ikony Matki Bożej Kazańskiej, która trafiła potem do Szamotuł. Czy ów „Moskwicin” znał tę dodatkową symbolikę ikony? Zapisano, że modlił się przed nią o powrót do swoich, do Moskwy, a powrót ten nastąpiłby na pewno, gdyby Rosja w wojnie z Polakami zwyciężyła. Ikona znalazła się jednak w Szamotułach, zaczęto ją nazywać Matką Bożą Szamotulską i o jej wstawiennictwo w wojnach prosili już polscy królowie.

Czarna Madonna

Jeśli dziś mówi się o Czarnej Madonnie, ma się na myśli wizerunek Matki Bożej Częstochowskiej. Ciemne twarze pojawiają się także na innych ikonach, co niektórzy wiążą z techniką ich wykonania, inni z oddziaływaniem kolejnych warstw werniksu. Twarze na szamotulskiej ikonie też są dość ciemne i nie należy tego kojarzyć z wpływem konserwacji.

Na tę ciemną barwę zwracano od samego początku obecności obrazu w kościele w Szamotułach. Na końcu księgi wydanej w 1687 roku, a zawierającej akta komisji orzekającej 20 lat wcześniej o cudowności obrazu, na samym końcu znalazły się pisane po polsku inskrypcje – napisy, które miały być umieszczone przy obrazie:

Czarna lubom jest,
jestem jednak wdzięczna.
W Oczach Synowskich
Matka nader śliczna.

Sprawiedliwości Słońce mię przejęło
I twarzy mojej nieco przypaliło.
Nie uważajcie odmiany takowej
Jest to albowiem dzieło Boskiej głowy.

A więc jednak – Czarna Madonna!

Agnieszka Krygier-Łączkowska




Bibliografia:

Herbarz polski ks. Kaspra Niesieckiego, t, 9, Lipsk 1842, 395-398.

Józef Łukaszewicz, Krótki opis historyczny kościołów parochialnych […] w dawnej diecezyj poznańskiej, t. 1, Poznań 1858, s. 302.

Krzysztof Jodłowski, Starodruk „Wielkimi Wsławiona Cudami” opisujący dzieje cudownego obrazu Matki Boskiej z Szamotuł i łaski przy nim wyproszone – przyczynek do historii kultury religijnej doby baroku w Wielkopolsce, „Ochrona Zabytków” 1999, t. 52, nr 206, s. 304-311.

Piotr Nowak, Dzieje bazyliki kolegiackiej oraz parafii Matki Bożej Pocieszenia i św. Stanisława Biskupa, Szamotuły 2018.

Józef Piszczek, Materiały do historii cudownego obrazu Matki Boskiej Szamotulskiej, „Tygodnik Parafii Szamotulskiej” 1938 nr 8-15, 17-18, 21-40, 42, 44-46, 49-52; 1939 nr 1-5, 9-12, 15, 19, 22, 24, 27, 29, 31, 33-34.

Wielkimi wsławiona cudami w obrazie sławnej kollegiaty szamotulskiej Najdostojniejsza Jedynego Boga Matka Maria, w roku 1666 dnia 15 maja światu polskiemu za cudowną ogłoszona, a w roku 1687 za pozwoleniem Jaśnie Wielmożnego Jegomości Księdza Hieronima z Wielkiego Chrzęstowa Wierzbowskiego (…) a za pilnym staraniem wielebnego duchowieństwa do druku z cudami podana, ku większej Chwale Bożej i czci Boga Rodzicy Panny, Poznań 1687.

Walenty Jan Wiroboski, Descriptio miraculosae imaginis BMV in Arce Szamotulensi I-um. Anno 1666, za: „Tygodnik Parafii Szamotulskiej” 1938 nr 11.

Matka Boża Częstochowska – typ ikony Hodegetria, w klasztorze na Jasnej Górze od 1384 r.

Współczesna kopia szamotulskiej ikony, autor Tomasz Matusewicz

Rycina z książki Wielkimi wsławiona cudami w obrazie sławnej kollegiaty szamotulskiej… (1687 r.). Zachowano układ postaci, w stosunku do obrazu Matki Bożej Szamotulskiej zmienione zostały proporcje i rysy twarzy postaci

Matka Boża Kazańska – XIX w. Ikona z kolekcji Muzeum – Zamku Górków w Szamotułach

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Od urodzenia związana z Szamotułami. Polonistka (jak mama) i regionalist(k)a (jak tata).

Dr nauk humanistycznych, redaktor i popularyzator nauki. Prezes Stowarzyszenia WOLNA GRUPA TWÓRCZA, wiceprezes Szamotulskiego Stowarzyszenia Charytatywnego POMOC.

Matka Boża Szamotulska – pochodzenie obrazu2025-08-27T20:52:50+02:00

Aktualności – wrzesień 2018

Szamotulskie śluby

Stanisław Grygier i Bolesława z domu Wachowiak pobrali się w 1932 r. Ich rodzice przywędrowali do Szamotuł na początku lat 20.: Grygierowie wcześniej mieszkali w Buku, a Wachowiakowie w Kiszewie. Stanisław Grygier (1907-1988) został mistrzem rzeźnicko-wędliniarskim, własną firmę uruchomił w 1930 r. przy ul. Poznańskiej. Razem z żoną Bolesławą (1911-1995) doczekali się sześciorga dzieci – 3 córek i 3 synów. Najstarsza Maria (ur. w 1933 r.) zmarła w czasie wojennego wysiedlenia. Pozostałe dzieci to: Barbara (ur. 1934), Stanisława (ur. 1937), Andrzej (ur. 1940), Zbigniew (ur. 1945) i Wojciech (1951-2018).

Stanisław brał udział w wojnie obronnej Polski w 1939 r., krótko przebywał w niewoli i wrócił do Szamotuł. W grudniu 1939 r. Niemcy wysiedlili rodzinę Grygierów z własnego domu przy Poznańskiej 7, tydzień przetrzymywano ich w więzieniu we Wronkach, a następnie wywieziono do Generalnego Gubernatorstwa – do Jędrzejowa k. Kielc. Do Szamotuł powrócili zaraz po przejściu frontu, jeszcze przed zakończeniem wojny.

Stanisław Grygier wrócił do prowadzenia firmy rzeźniczej, jednak już w 1950 r. ją upaństwowiono i został pracownikiem w WSS „Społem”. Bardzo lubił przygotowywać wędliny, zwłaszcza wędzone kiełbasy, kaszanki i bułczanki; do końca życia robił to na potrzeby rodziny i przyjaciół. W 1990 r. sklep i dom przy ul. Poznańskiej 7 wróciły do rodziny, Stanisław jednak tego nie doczekał.

Zdjęcie wykonano na terenie gospodarstwa rodziców Panny Młodej przy ul. Słonecznej. Z archiwum córki Stanisławy Jessy.

Więcej wpisów z tej serii http://regionszamotulski.pl/szamotulskie-sluby/.



Pocztówka dźwiękowa

Kochamy takie drobne odkrycia. Ta pocztówka dźwiękowa jest dla nas wyjątkowa, bo ze strojem szamotulskim. Wyjątkowe było też połączenie obrazu, przedstawiającego element kultury ludowej, z dźwiękiem – piosenką „Everybody Loves Somebody” w wykonaniu Deana Martina, niezwykle popularnego amerykańskiego piosenkarza i aktora! Pocztówka dźwiękowa została wydana w 1965 r. przez „Ruch”, piosenka powstała 20 lat wcześniej, ale dopiero nagranie w wykonaniu Martina z 1964 r. stało się wielkim światowym przebojem.

Obrazek zaprojektowała Maria Orłowska-Gabryś, pocztówkę wydano w nakładzie 40 000 egzemplarzy i kosztowała 1,10 zł.

Ci, którzy chodzili w podszamotulskich wsiach w widocznych na obrazku strojach, a śpiewali

„W polu grusza stoi” czy „Jakżem jechał do mojej kochanki”, byliby chyba mocno zdziwieni, słysząc słowa „Everybody loves somebody sometime/,  Everybody falls in love somehow ./ Something in your kiss just told me / My sometime is now.” A może właśnie spodobałoby się im to połączenie? Najważniejszą swą rolę Dean Martin zagrał w słynnym westernie „Rio Bravo”, a kowboj to przecież pasterz bydła i hodowca koni. Poza tym język miłości jest językiem uniwersalnym.




Dożynki z Weselem szamotulskim

9 września odbyły się w Szamotułach dożynki gminno-powiatowe. Uroczystości rozpoczęły się mszą na placu Maryjnym przy bazylice kolegiackiej. Po niej nastąpił przemarsz do parku Zamkowego, gdzie zaplanowano kolejne imprezy: obrzęd dożynkowy, koncerty, występy laureatów konkursu gwarowego, wystawę sprzętu rolniczego i kiermasze.

Po raz kolejny można było obejrzeć „Wesele szamotulskie” – widowisko w wykonaniu Zespołu Folklorystycznego „Szamotuły” (więcej o samym widowisku w artykule http://regionszamotulski.pl/wesele-szamotulskie/). Zespół przedstawił również obrzęd dożynkowy, a w poprzednich tygodniach wystąpił na dożynkach w Miliczu (dożynki powiatowo-gminno-parafialne) i Kaziopolu (dożynki Miasta i Gminy Rogoźno) i Połajewie (dożynki gminne).

Zdjęcia Marta Szymankiewicz



Nowy pomnik w Szamotułach

8 września w Szamotułach odsłonięto pomnik ku czci gen. Stanisława Maczka. Po uroczystości u zbiegu ul. Tielt i Brignoles, gdzie usytuowany jest monument, nastąpiło otwarcie wystawy poświęconej generałowi (hotel Maraton) oraz koncert Orkiestry Reprezentacyjnej Wojsk Lotniczych (hala Wacław). Pomnik zaprojektował szamotulski artysta Jarosław Kałużyński – gratulujemy!

Stanisław Maczek (1892-1994) był humanistą (studiował filozofię i filologię polską), patriotą, którego historia wielokrotnie wysyłała na wojnę. Brał udział w I wojnie światowej, wojnie polsko-ukraińskiej i polsko-bolszewickiej, wojnie obronnej Polski w 1939 r., jako dowódca utworzonej w Wielkiej Brytanii 1. Dywizji Pancernej wyzwalał spod okupacji hitlerowskiej północną Francję, Holandię i Belgię (w tym Tielt – miasto partnerskie Szamotuł). Po wojnie nie mógł wrócić do Polski, a przez władze został nawet pozbawiony polskiego obywatelstwa. Mieszkał w Wielkiej Brytanii, pracował jako sprzedawca i barman w sieci hoteli prowadzonych przez polskich emigrantów. Zmarł w wieku 102 lat i zgodnie ze swoją wolą został pochowany na polskim cmentarzu w Bredzie – mieście, które wyzwolił i którego mieszkańcy przyczynili się do nadania generałowi honorowego obywatelstwa Holandii.

Jego pamięć kultywowana jest w Bredzie i zaprzyjaźnionym Tielt, a od dziś także w Szamotułach.

Zdjęcia Marta Szymankiewicz



Wspominamy szamotulskiego artystę

Henryk Hagel (1933-2001) – szamotulski twórca ludowy, rzeźbiarz, malarz i przemiły człowiek – był inicjatorem Ogólnopolskich Plenerów Monumentalnej Rzeźby Ludowej w Szamotułach, które odbyły się w latach 1976-77. Zamieszczone tu zdjęcia pochodzą właśnie z tego czasu, widać, jak tylko za pomocą dłuta i młotka (!) powstaje rzeźba „Babci” – pochylonej staruszki z tobołkiem na plecach. Była ona bardzo podobna do tej widocznej na trzeciej fotografii, stała w parku Zamkowym przy ścieżce naprzeciw fontanny. Podczas 2. pleneru do „Babci” dołączył nieco wyższy „Dziadek”.

Henryk Hagel był twórcą wielokrotnie nagradzanym, jego prace znajdują się w muzeach (m.in. w Warszawie, Poznaniu i Krakowie), poza Polską były pokazywane na wystawach w USA, Francji, Niemczech i w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Pod okiem ojca dojrzewały talenty artystyczne Jacka (malarza, grafika, twórcy ikon i poety, od wielu lat mieszkającego w Los Angeles) i Witolda (rzeźbiarza).

Źródło zdjęć – Narodowe Archiwum Cyfrowe.



Drogi wolności – nowy serial z muzyką Piotra Mikołajczaka

Od 2 września w programie 1 TVP emitowany będzie nowy serial historyczny, do którego temat przewodni i opartą na nim piosenkę Pani ze snów napisał pochodzący z Szamotuł Piotr Mikołajczak. Piosenkę wykonują Krzysztof i Piotr Cugowski. Emisja serialu w niedziele o godz. 20.10.

Od 3 września na telewizyjne ekrany wchodzi 2. sezon Leśniczówki, również serialu TVP1. W ramówce jesiennej serial emitowany był w piątki (po dwa odcinki), od września będzie się pojawiał o godz. 20.30 od poniedziałku do środy. Piotr Mikołajczak jest autorem pomysłu serialu, jego producentem wykonawczym oraz kompozytorem piosenki z czołówki Dom dobrych drzew w wykonaniu Edyty Górniak.

Zapraszamy na dwie strony Piotra Mikołajczaka na naszym portalu: http://regionszamotulski.pl/piotr-miki-mikolajczak-muzyka/  i

http://regionszamotulski.pl/piotr-miki-mikolajczak-producent/


1939 r. – dary szamotulan na Fundusz Obrony Narodowej

Zapraszamy do obejrzenia kilku ujęć filmowych z przedwojennych Szamotuł (uwaga – dźwięk nagrany z opóźnieniem). Uroczystość przekazania broni Szamotulskiemu Batalionowi Obrony Narodowej odbyła się na Rynku przy krzyżu 2 lipca 1939 r. (w czołówce podano złą datę). Już wkrótce na naszym portalu będzie można przeczytać tekst o Szamotułach w przededniu wojny.

Przypominamy, że nie jest to jedyny film, na którym można zobaczyć Szamotuły z okresu międzywojennego. Powstały prawdopodobnie w 1927 r. film oraz komentarz do niego znajdziecie pod linkiem http://regionszamotulski.pl/pierwszy-film-krecony-w-szamotulach/.


Szamotulska drukarnia 
Poszukiwane zdjęcia i informacje o osobach, które tam pracowały

Własną firmę drukarską Józef Kawaler (1881-1938) założył w Oberhausen w Nadrenii w 1906 r. (dwa lata wcześniej, jak wielu ówczesnych Polaków, wyjechał zarobkowo do sąsiedniej Westfalii), w 1921 r. przeniósł zakład do odrodzonej Polski, do Szamotuł. Drukarnia Józefa Kawalera byłą bardzo ważną firmą międzywojennych Szamotuł. Wydawano tu: „Gazetę Szamotulską” (1922-1937), pismo gimnazjalne „Z Grodu Halszki” (1931-36) i „Tygodnik Parafii Szamotulskiej” (1937-1939), wiele książek (w tym np. utwory Józefa Ignacego Kraszewskiego) i innych druków. Po śmierci Józefa firmą kierował syn Czesław, który prowadził ją także w latach 1945-150. W czasie wojny przejęli ją Niemcy, a w 1950 r. zakład znów został odebrany rodzinie Kawalerów i upaństwowiony. Firma powróciła w 1992 r. jako Szamotulska Drukarnia im. Józefa Kawalera, od 1994 r. kieruje nią Mariusz Kawaler. Przetrwała firma z tradycjami, ale nie dawny budynek drukarni, zasadniczo zmieniła się też technologia.

Maria Kuzioła, praprawnuczka Józefa Kawalera, napisała rok temu bardzo interesującą pracę o drukarni Kawalerów, ale też ogólnie – o dawnym sposobie opracowywania książek. Praca ta ukazała się w bardzo niewielkim nakładzie, teraz przygotowywana jest z myślą o większym nakładzie. Autorka chętnie uzupełni ją dodatkowymi materiałami. Prosimy więc o podzielenie się wspomnieniami związanymi z drukarnią w różnych czasach jej działania. Zdjęcia i inne materiały można przesyłać na adres wgt.szamotuly@gmail.com

Zdjęcie i grafika z archiwum rodzinnego Marii Kuzioły.



Szamotulska wieża ciśnień o zachodzie słońca

Stan budowli jest coraz gorszy i nie można już dłużej odsuwać jej remontu! Dla szamotulan jest to miejsce bardzo istotne i stanowi jeden z symboli Szamotuł (wieża to przecież także najważniejsza nagroda miasta, przyznawana od kilku lat przez burmistrza). Niestety, na razie wieża ma szczęście tylko do fotografów. Zdjęcia z końca sierpnia 2018 r. – Tomasz Kotus.

Przypominamy, że z historią wieży można się zapoznać na naszym portalu   http://regionszamotulski.pl/szamotulska-wieza-cisnien/.


Szamotuły, 30.08.2018

WRZESIEŃ 2018

IMPREZY I KONCERTY

Trwające

Spichlerz, wystawa czynna do końca grudnia


Minione


KINO

Aktualności – wrzesień 20182025-01-30T14:34:47+01:00

Wojciech Andrzejewski – budynki z datą

Budynki z datą

Przedstawiamy projekt fotograficzny Wojciecha Andrzejewskiego – szamotulanina, członka Klubu Fotograficznego SzOK.

W przeszłości na domach umieszczono datę ich powstania. Autorowi projektu udało się zebrać zdjęcia 14 takich dat z szamotulskich budynków. Są to prawdopodobnie wszystkie, które zachowały się w Szamotułach. W czasie kolejnych remontów daty były i są usuwane lub pokrywane tynkiem, choć stanowią świadectwo historii danej budowli.

Jeszcze w 1. połowie XIX domy w Szamotułach, nawet na samym Rynku, były drewniane i kryte słomą lub miały budowę szachulcową, czyli drewniany szkielet wypełniony był gliną i innymi materiałami. Rynek oraz jego najbliższe okolice najbardziej zmieniły się pod koniec XIX i na początku XX wieku, kiedy to powstało wiele nowych budynków.

Rynek 28

Rynek 18

Rynek 38

ul. Kościelna 2

ul. Wroniecka 12/ Piekarska

ul. Wroniecka 19

ul. Wroniecka 26

ul. Braci Czeskich

ul. Poznańska / Rynek widok od Poznańskiej

ul. Poznańska 1 / Wodna

ul. Poznańska 18

ul. Nowowiejskiego 10

ul. Nowa 6

Szamotuły, 31.08.2018

ul. Nowa 10 (w 2017 r. budynek został otynkowany, a napis znikł z elewacji)

Wojciech Andrzejewski – budynki z datą2025-01-07T12:45:29+01:00

Rynek w Ostrorogu. Historia wyczytana ze starych zdjęć i pocztówek

Historia wyczytana ze starych zdjęć i pocztówek

Rynek był sercem Ostroroga

Kiedy właściwie wytyczono rynek w Ostrorogu, tego nie wiemy. Skoro jednak miasta lokowane na prawie magdeburskim miały rynki, wypada uznać, że średniowieczny Ostroróg także rynek miał. Czy w tym samym miejscu co teraz? Można domniemywać, że tak. Główny plac w miasteczku, które istniało już w roku 1383 (wspomina o nim w swojej kronice Janko z Czarnkowa),  był usytuowany pomiędzy Zamkiem a kościołem. To tu odbywały się na pewno wszystkie jarmarki, których organizowanie potwierdził przywilejem król Stanisław August Poniatowski w II połowie XVIII wieku.

Nie bardzo wiadomo, gdzie obradowały władze średniowiecznego miasta Ostroroga, czyli burmistrz, który z rajcami rozstrzygał spory, np. o kradzieże, oraz wójt z ławnikami, którzy z kolei rozstrzygali sprawy kupna, sprzedaży, ugody, intercyzy.

W żadnej dostępnej historii czy monografii nie ma najmniejszej wzmianki o ratuszu. A takowe przeważnie stawiano na rynku. Ale nie w Ostrorogu. Zbudowany w czasach pruskich magistrat, zlokalizowano przy ul. Wronieckiej, niedaleko poczty i szkoły.

Ale to rynek był sercem miasta. Widać to na starych pocztówkach, które zamieszcza Michał Dachtera na profilu Ostroróg na kartach historii (FB).

Najstarsza pocztówka pochodzi z początku XX wieku, jeszcze z czasów pruskich. Rynek jest dużym placem z figurą św. Jana pośrodku. Widać zachodnią pierzeję rynku. Tylko jeden dom jest piętrowy.  Pozostały domki są parterowe.

Pocztówka wysłana z pozdrowieniami z Ostroga. Zawiera błąd, może to wynikać z braku znajomości zasad ortografii. Na początku XX wieku w szkołach nawet nauka religii odbywała się w języku niemieckim. Pocztówka jest znakiem czasu.

100 lat temu, na narożniku rynku i ul. Pniewskiej działała restauracja Weidnera. Nazywała się „Restaurant zum Deutschen Kaiser”, czyli „Restauracja pod niemieckim cesarzem”.

Ale nie tylko Niemiec miał knajpkę na rynku. Tam, gdzie dzisiaj jest lokal prowadzony przez panią Danutę, a w końcówce lat 40.  prowadzili tam niewielką restauracyjkę moi dziadkowie Leśni, za czasów pruskich była „Restauracya”  niejakiego Tamkiewicza. Fotograf uchwycił moment, kiedy na dachu stali kominiarze. „Restauracya” jest ukryta za drzewami. Przed nią stoi rodzinka: ostrorożanka w długiej sukience. Dopiero po I wojnie kobiety skróciły swoje sukienki. I to za sprawą Coco Chanel.

Na narożniku ulicy Kościelnej i Głównej czyli Hauptstrasse (dzisiejsza Szamotulska) widoczny jest sklep Otto Kutzera – rzeźnika, który prowadził tu biznes prawie do 1945 roku. Kiedy w 1919 roku odrodziła się Polska, on postanowił zostać w Ostrorogu, dokąd przybyli przed laty jego przodkowie.

Górne zdjęcie pocztówki z lewej strony przedstawia tę samą perspektywę. Ale tym razem rynek jest pełen ludzi. Nie wiemy, jaka to uroczystość wyciągnęła naszych przodków ze swoich domów.  Może wyszli z kościoła? A może coś ważnego się odbywa? Widać eleganckie stroje. Na pierwszym planie dama w długiej spódnicy, białym żakiecie i białym kapeluszu z dużym rondem. Towarzysząca kobiecie mała dziewczynka ma białą sukienkę i kapelusik.  Może w tym tłumie jest moja babcia Józefa ze swoimi siostrami Stanisławą i Marcjanną? Na drugim planie widać mężczyzn w kapeluszach. Ktoś nawet prowadzi rower? Z lewej  chłopcy w czapeczkach i ciemnych odświętnych strojach. Wszyscy stoją w cieniu dużych drzew.

Zdjęcie na dole tej pocztówki przedstawia dworzec w Ostrorogu, który zbudowano w 1906 roku. Z boku domy urzędników miejskich. Na pocztówce z prawej na dole też jest dworzec kolejowy z pięknym zegarem.

Na tej pocztówce mamy zbliżenie na Restauracyę Tomkiewicza, do której wchodziło się po schodkach, oraz na ulicę Główną czyli Hauptstrasse. Wszędzie drzewa i sklepy. Na zdjęciu widać trzy sklepy: z lewej obok restauracji, sklep masarski Otto Kutzera i sklep na narożniku ul. Głównej i rynku.

Na następnej pocztówce widać kolejne sklepy na rynku. Na wschodniej pierzei, obok sklepiku, który widzieliśmy na poprzedniej pocztówce i którego witrynę zobaczycie za chwilę, był duży sklep kolonialny Brzozowskiego.  Jest to piękna kamienica piętrowa, przed którą stoi przystojny mężczyzna. Czyżby to był właściciel sklepu we własnej osobie? A na dolnym zdjęciu pocztówki to samo zdjęcie mieszkańców Ostroroga, które już było, tylko o wiele wyraźniejsze.

A teraz ta sama perspektywa, tylko rynek pusty, a właściwie z jednym człowiekiem.  Czasy jeszcze pruskie, na co wskazuje napis „Scharfenort” u dołu pocztówki. Budynek narożnikowy pokryty jest spadzistym dachem, ma parter i poddasze użytkowe, paradne wejście i sklep. Kamienice są już piętrowe, na parterze widać sklepy. I pompę, do której wszyscy chodzili po wodę. Prawdopodobnie z drugiej strony rynku, też była pompa.

I pierwsza pocztówka z napisem w języku polskim (powyżej). Może to być rok 1918? Przedstawia zachodnią pierzeję rynku.  Trzeci dom od prawej ma już dobudowane piętro. Jest też balkon. Widać witrynę sklepu. Doskonale widoczna jest też figura św. Jana otoczona „ogródkiem” i drzewami. Płyta rynku jest podzielona. Z prawej strony przebiega droga w kierunku Wronek i tu widać bruk. Reszta placu chyba nie jest brukowana.

Kolejna pocztówka przedstawia zdjęcia rynku z dwudziestolecia międzywojennego. Na zdjęciu z lewej figura św. Jana jeszcze wciąż „w ogródku”. Na drugim planie widać  małe domki. Jeden trochę wyższy, państwa Munków. Na zdjęciu z prawej strony kamienica z balkonem, ze sklepem i z napisem Dom bankowy. Inicjatorem utworzenia  Banku ludowego w Ostrorogu był ks. dr Włodzimierz Sypniewski, proboszcz w latach 1900-1933, postać tak ciekawa, że zasługuje na oddzielny artykuł.

W latach 30. XX wieku działał w rynku sklep drogeryjny Wacława Noskiewicza. Aktualnie tam znajduje się część sklepu spożywczego ABC.

Notatka z „Gazety Szamotulskiej”

W czasach II Rzeczpospolitej na rynku w Ostrorogu przyjmowano biskupów, którzy przyjeżdżali na wizytacje. Można przeczytać o tym w innym moim tekście:  http://irenakuczynska.pl/witano-biskupow-ostrorogu/.

Na zdjęciu z wizyty biskupa Walentego Dymka w sierpniu 1937 roku widać budynek, w którym w dwudziestoleciu międzywojennym na pewno też działała restauracja.

Zdjęcie poniżej może pochodzić z połowy 40. XX wieku. Figura św. Jana już nie ma kapliczki. Być może w czasie okupacji została zniszczona, a uratowano tylko figurkę i jej umieszczenie na cokole  uwieczniono na zdjęciu? Jest to bardzo prawdopodobne. Styczeń roku 1945 był wyjątkowo  mroźny i śnieżny.

Czyżby to zdjęcie było zrobione z balkonu domu, w którym w latach 50. XX w mieszkała rodzina państwa Hałych, z kamienicy piętrowej na rogu, gdzie był balkon? A może z kamienicy państwa Lesickich, gdzie też był balkon?

Po 1945 roku rynek zaczął się zmieniać.  W 1947 roku, wybrukowano go na nowo. Mamy nawet zdjęcie. Widać na nim wóz na drewnianych kołach, którym prawdopodobnie przywieziono kamienie do brukowania placu.

W narożnikowym budynku, gdzie w czasach zaboru pruskiego była „Restauracja pod niemieckim cesarzem” jest sklep, a może już biblioteka, którą pamiętam z II połowy lat 50.? Obok jest sklep. Jaki? Nie wiem. W latach 60. była to pracownia krawiecka pana Paciury.

Z lat 50. mamy jeszcze kilka zdjęć rynku, który wtedy tętnił życiem. Tu była gospoda – bo tak się nazywał lokal przejęty przez Gminną Spółdzielnię „Samopomoc Chłopska”. Kojarzy mi się raczej z alkoholem, chociaż była też sala bezalkoholowa, dla tych, którzy chcieli zjeść, a nie tylko wypić. W tej kamienicy mieszkali moi dziadkowie Anna i Michał Leśni. Z tego okna na piętrze był wspaniały widok na rynek, gdzie się dużo działo.

Na rynku, gdzie  nie widać  już „kocich łbów” tylko bruk, organizowano wyścigi rowerowe, co widać na zdjęciach.

W latach 50. powstał w rynku skwer, który wszyscy nazywali szumnie „Plantami”.  Pośrodku  była figura św. Jana, już bez ogródka. Wokół posadzono drzewa, krzewy, ustawiono ławki.

Wciąż jeszcze rynek był sercem Ostroroga. Tu znajdowały się sklepy, gdzie mieszkańcy miasteczka robili zakupy.

Doskonale pamiętam tamten rynek. Tędy wiodła droga na cmentarz i na dworzec kolejowy. Wtedy mówiło się, że „idzie się górą”. Kiedy rynek się omijało i szło się ulicą Kapłańską, wtedy się mówiło: „idę dołem”.

Rynek w końcówce lat 50. był brukowany, a kamienice bez elewacji, co doskonale widać na zdjęciu z pochodu pierwszomajowego w roku 1959. Kamienica z restauracją, czyli „Gospodą”, była nieotynkowana. Z lewej strony widać kiosk „Ruchu” i stolarnię pomiędzy kioskiem i kamienicą z „Gospodą”.

Świetnie pamiętam rynek lat 50. i 60. Wchodząc od ulicy Wronieckiej, miało się zaraz z lewej strony Fryzjera dla Pań i Panów – czyli pana Henryka Błajeta, który strzygł i golił panów albo paniom podcinał włosy, oczywiście na sucho.

Dwa domy dalej był drugi zakład fryzjerski dla Pań i Panów. Tu strzygł i golił pan Nowak.  I kolejne dwa domy oraz wspomniany już kiosk, gdzie można było kupić gazety, zeszyty, papierosy, gdzie można było wypełnić kupony Poznańskiej Gry Liczbowej „Koziołki”.

I dalej wspomniana już „Gospoda”, a przed nią stali bywalcy. Na budynku od strony ulicy Kościelnej wisiała gablota z repertuarem kina „Grunwald”. Mieściło się w odebranym kościołowi domu katolickim przy ul. Kościelnej.

Na początku ulicy Szamotulskiej, która w czasach pruskich nazywała się Główna, w dwudziestoleciu międzywojennym – Hallera, po wojnie Armii Czerwonej, były dwa sklepy obok siebie: masarnia i piekarnia. Oczywiście, żeby kupić mięso, trzeba było od świtu stać w kolejce. Chleb  był:  duży, mały, pszenny, bułki, „szneki”, plecionki i to wszystko.

Na wschodniej pierzei rynku, w wysokim domu z wejściem od ulicy Szamotulskiej, była restauracja pani Heleny Klimeckiej. Reklama niżej w lewym dolnym rogu.

Ja restauracji już nie pamiętam. W mojej świadomości w tym miejscu zawsze był sklep zwany „Jedynką”, gdzie kiedyś pracował pan Owoc, a potem przez lata pani Basia Jądrzyk i pani Krysia Markiewicz. W „Jedynce” był cukier sypany do „tytek”, mąka, kasza, smalec krojony z wielkiego bloku, podobnie jak marmolada, ceres czy margaryna. Stały śledzie w beczce.  Panie ważyły, pakowały, liczyły na szarym papierze kopiowym ołówkiem i kasowały.

W kamienicy Brzozowskich był sklep z „metrażem” czyli z materiałami z wałka. Nikt wtedy gotowych ubrań nie kupował. Jak przywieźli belę niebieskiej „zerówki”, to wszystkie panie na procesji Bożego Ciała były w niebieskich sukienkach. Pracowała tu pa ni Genia Michalicka.

I jeszcze dwa domy albo trzy i sklep nabiałowy, który mieścił się w dawnej piekarni. W tym sklepie w wielkich kanach stało mleko, maślanka, biały ser.

I jeszcze jeden sklep na rynku pamiętam. Znajdował się na wlocie ul. Wronieckiej w domu państwa Rychczyńskich. Sprzedawali tylko podroby i parówki, bo na tyle im ludowe państwo pozwalało. W ich domu wynajmował pomieszczenia pod zakład fotograficzny Janusz Kurczewski. Na domu państwa Rychczyńskich wisiała gablotka ze zdjęciami.

Dwa domy dalej, tam gdzie była w czasach pruskich Restauracja „Pod  niemieckim cesarzem” , w latach 40. zorganizowano bibliotekę publiczną. Na wysokich półkach stały książki obłożone w szary papier. Książki były czarno-białe, bez obrazków. Ale ja uwielbiałam to miejsce, gdzie królowała pani Maria Sobisiak.

Nie pamiętam zupełnie sklepu warzywnego. Nie było go ani na rynku ani w żadnej z uliczek. Każdy sobie uprawiał warzywa, a jak nie miał ogrodu, to u kogoś na polu siał czy sadził.

Ale trzymajmy się rynku. W końcówce lat 60. przebudowano dawny dom Otto Kutzera przy Szamotulskiej 1. Powstała tam klubokawiarnia, gdzie się wpadało na ciastko za 2 złote i pół czarnej, czyli pół szklanki kawy. Potem wyjadało się fusy, jeśli nie prosiło się o dolewkę.

W rynku w latach 60. powstał też pierwszy zakład fryzjerski dla pań, taki  z prawdziwego zdarzenia. Otworzył go Czesław Pośpieszny w domu państwa Lesickich. Do pań przyjeżdżała z Szamotuł prawdziwa fryzjerka. Była tu suszarka i trwała ondulacja. Pan Czesław strzygł i golił panów.

W Ostrorogu nie było targu, ale raz w tygodniu przyjeżdżał z Rudek pan Jan Bilski, rozkładał swój kramik i sprzedawał nowalijki i sadzonki  warzyw do wsadzenia w ogrodzie.

Przez rynek przechodził pochód pierwszomajowy. Odbywała się  też procesja z okazji Bożego Ciała. Ta sama orkiestra dęta grała na pochodzie i na procesji.

Oto kilka zdjęć z pochodu pierwszomajowego, który formował się na dworcu kolejowym, szedł ulicą Armii Czerwonej (Szamotulską), przez rynek do szkoły przy ul. Wronieckiej, gdzie się rozwiązywał.  Być może na rynku była trybuna, gdzie stali włodarze miasta i liderzy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, ale tego nie pamiętam.

Na rynku odbywała się też procesja z okazji Bożego Ciała. Pamiętam cztery ołtarze, w każdej stronie rynku.  Jeden na pewno  był w domu państwa Lesickich z balkonem. Procesja, z orkiestrą dętą i chórem kościelnym, szła wokoło rynku. Udekorowane były wszystkie okna.  Po obejściu rynku, na skrzyżowaniu z ul. Kościelną, odbywało się błogosławieństwo.

Zdjęcie na dole z lat 60. Dom na rogu już jest przebudowany.  Ale budynek „Gospody” wciąż bez elewacji.

I jeszcze jedno mi się przypomina. Pierwsze Dni Ostroroga w latach 60. odbywały się na rynku. Wiem, że był festyn i spotkanie z poznańskim pisarzem Gerardem Górnickim.

W latach 60. na rynku usytuowano przystanek autobusowy. Nie było żadnej wiaty. Po prostu się stało i czekało.  Odjeżdżały stąd autobusy do Szamotuł i dalej do Poznania. Jednym z nich wyjechałam z Ostroroga na stałe. I już tylko podczas odwiedzin rodzinnego domu obserwowałam  zmiany zachodzące na rynku.

Na pewno w czerwcu 1970 roku przez rynek przechodził kondukt pogrzebowy ks. proboszcza Alojzego Beckera.  Niestety, zdjęcia robiono tylko na ul. Szamotulskiej. W lipcu 1977 roku na pewno przez udekorowany rynek szła procesja z kopią Obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Relację z tego wydarzenia zawarłam w tekście http://irenakuczynska.pl/40-temu-matka-boska-przyjechala-ostroroga/.

Kiedy wracam do Ostroroga i błądzę po rynku, nie poznaję tętniącego życiem miasteczka z moich lat dziecinnych. Historyczne centrum Ostroroga opustoszało. Nie ma sklepów, nie ma ludzi. Tylko samochody przelatują powiatową drogą z Szamotuł do Wronek.  I trzeba uważać, żeby człowieka nie rozjechały.

Pamiątkowe zdjęcie na rynku ze spotkania absolwentów Szkoły Podstawowej z roku 1963. Relacja w tym linku: http://irenakuczynska.pl/spotkanie-ze-szkolnymi-kolegami-53-latach/.

Irena Kuczyńska

współpraca Michał Dachtera

Zdjęcia pochodzą z profilu FB Ostroróg na kartach historii.

Zdjęcia współczesne (na górze strony) – Andrzej Bednarski

Szamotuły – Pleszew – Ostroróg, 24.08.2018 r.

Irena Kuczyńska z domu Leśna

Urodzona w Ostrorogu, absolwentka szamotulskiego liceum (1967).

Emerytowana nauczycielka języka rosyjskiego w pleszewskim liceum, dziennikarka, blogerka ( http://irenakuczynska.pl).

Rynek w Ostrorogu. Historia wyczytana ze starych zdjęć i pocztówek2025-09-05T21:44:33+02:00

Szamotulskie sklepy w PRL-u 2

Szamotulskie sklepy w „drugiej połowie” PRL-u

część 2. Handel poza Rynkiem

Jakiś czas temu na facebookowym profilu naszego portalu zapytaliśmy czytelników o nazwy dawnych szamotulskich sklepów. Odzew był bardzo duży, posypały się wspomnienia…

Pierwszy kierunek od Rynku, który chciałabym opisać, to ul. Wroniecka, wówczas gen. Karola Świerczewskiego. Najpierw dom, którego dwie części mają różne adresy: Rynek 13 i Wroniecka 1. Jak wspomniałam w poprzedniej części artykułu , w moim dzieciństwie pod numerem 13. był placyk po wyburzonej kamienicy, na którym stały niewielkie pawilony. W budynku obok (Wroniecka 1) mieścił się pierwszy sklep Buszewka w Szamotułach i pasmanteria, a wcześniej zegarmistrz. Dzisiejszy budynek powstał dla Banku Gospodarki Żywnościowej, który zajął wówczas pomieszczenia na piętrze, i dla RKS-u Buszewko, który objął przestrzenie handlowe na parterze. Na przełomie lat 80. i 90. mieścił się tu jeden ze sklepów Buszewka i bar Halszka.

Wroniecka 3 ‒ pod tym adresem chyba przez całe moje dzieciństwo działał sklep rybny, wyłożony płytkami, ze zbiornikami, w których pływały ryby. Na Wronieckiej 5 mieścił się sklep z kapeluszami (Fręśko) i – na narożniku z Kościelną – spożywczy MHD z kierowniczką Ludwiką Narożną (mówiło się więc „U Ludki” lub „U Luty”). Na przeciwnym rogu, chyba od lat 50., działał sklep mleczno-nabiałowy (niektórzy pamiętają, jak chodzili tam z kankami po mleko), potem spożywczy sam samoobsługowy, z którego w 2. połowie lat 70. wyodrębniono dwa lokale: narożny spożywczy i Nastolatkę. Po kilkunastu latach Nastolatka trafiła do budynku naprzeciwko, a jej miejsce zajął sklep Sportowy. Dalej pamiętam fryzjera (Skarupska), odzieżowy MHD, potem kiosk po schodkach, a blisko skrzyżowania z Kapłańską sklep spożywczy.

Po prawej stronie Wronieckiej, gdzie działa duży sklep odzieżowy (Wroniecka 4), kiedyś był sklep z telewizorami Witolda Trojanowskiego, a wcześniej dwa lokale: z trumnami i motoryzacyjny z obiegową nazwą od nazwiska właściciela U Koli (przeniósł się potem dalej, pod nr 16).

Po prawej, już za Kościelną, mieściła się Cukiernia Halszka. Tę nazwę odczytuję z archiwalnego zdjęcia, sama jej jednak nie pamiętam, raczej tylko to, że ciastka i lody kupowano U Kasperskiego (Wroniecka 10). Tam gdzie dziś znajduje się zakład szklarski i oprawa obrazów Mizgalskiego, mieścił się sklep z firankami i dywanami. Zakład Mizgalskiego to szamotulska firma o tradycji sięgającej 2. połowy XIX w. (1886 r.), w czasach, o których piszę, do zakładu wchodziło się z boku, od ul. Piekarskiej.

W domu nr 16 – przed jego przebudową – znajdował się sklep warzywniczy, o którym mówiło się U Miężała. Obok działał sklep Auto Moto – z częściami motoryzacyjnymi, ale także np. wózkami dziecięcymi, czyli wspominany już sklep U Koli. Wielu szamotulan pamięta, jak właściciel żegnał klientów, którzy dokonali u niego zakupu, słowami „Niech się psuje” (żebyś do mnie wrócił).

Szamotulanie starszego i średniego pokolenia ciepło wspominają piekarnię Ignacego Czwojdy (nr 20), o której pisałam w odrębnym tekście (http://regionszamotulski.pl/ignacy-czwojda-piekarz/). Wiele osób z pewnością dobrze pamięta istniejącą jeszcze do końca lat 90. kawiarnię Pod Basztą (prowadziło ją WSS „Społem”; kawiarnię wspominała ją u nas na portalu Irena Kuczyńska http://regionszamotulski.pl/dawne-szamotulskie-restauracje/). Obok znajdowała się sala, w której odbywały się zabawy i dyskoteki. Dziś uczestnicy niektórych imprez otrzymują papierowe opaski na rękę, wtedy swego rodzaju biletem była odbita na ręce pieczątka.

Dużo emocji wiąże się ze smakami dzieciństwa. Wiele osób do dziś wspomina lizaki, gumę do żucia Donald, ciepłe lody i oranżadę w szklanych butelkach z porcelanowym korkiem, zamykanych w charakterystyczny sposób. Niektórzy te stanowiące w PRL-u rarytasy kosztowali w sklepie położonym na rogu Wronieckiej i Kapłańskiej (przeciwległym do kawiarni Pod Basztą), nazywanym U Frankego. Ja lepiej pamiętam mały sklepik na rogu Kościelnej i Braci Czeskich (wejście od tej ostatniej ulicy) z obiegową nazwą od nazwiska właścicielki lub przekształconego nazwiska: U Ekiertowej lub U Ekiertki.

Jeśli już mowa o ul. Kościelnej, warto wymienić jeszcze trzy miejsca przy niej. Pierwszy to mieszczący się w budynku (nr 5) kiosk Ruchu, o którym mówiło się U Palickiej. W kiosku znajdowała się również kolektura Koziołków (Poznańskiej Gry Liczbowej Koziołki). Gra ta istniała w latach 1958-1982, a dochód z niej przeznaczony był na inwestycje w Wielkopolsce. Moja rodzina w pewnym sensie stała się nawet zakładnikiem tej gry, bo zawsze obstawiała te same liczby i trudno było przerwać to w obawie, że właśnie wtedy padnie główna wygrana.

Drugie miejsce to bar Wiwat (należący do PSS „Społem”), powstały w połowie lat 70., przeznaczony dla gości, którzy głównie mają potrzebę wypicia (pod tym względem Wiwat zastąpił zlikwidowany wówczas bar Zagłoba). Myślę, że klienci tego „przybytku” nie zdawali sobie sprawy, że intencją twórcy jego nazwy było uczczenie elementu kultury ludowej ‒ regionalnego tańca. Ta sama myśl przyświecała nadaniu nazwy Maryna restauracji powstałej mniej więcej w tym samym czasie przy ul. Kapłańskiej. W tym wypadku Maryna to nie imię dziewczyny, a instrument basowy ludowej kapeli szamotulskiej. O ile nikomu z szamotulan nie przyszłoby chyba do głowy pójście na obiad do Wiwatu, o tyle Maryna przez kilka dziesięcioleci była popularnym miejscem obiadowym. Ilu szamotulan bawiło się tam na weselach, zabawach czy spotykało się przy smutniejszych okazjach ‒ stypach! Tamtejsza kuchnia była smaczna, niektórzy z sentymentem wspominają gotowaną tam polewkę. W 2. połowie lat 70. tamtejsza kuchnia zdobyła nagrodę – Srebrną Patelnię.

I jeszcze jedno miejsce ‒ sklep rzeźnicki Jądrzyka w osobnym budyneczku przy Kościelnej (w tym miejscu od 1972 roku przez 10 lat, później na rogu Poznańskiej i Sukienniczej, a od lat 90. na Poznańskiej 11). To też szamotulska firma z długimi tradycjami, bo założona przez Leona Jądrzyka w 1924 roku, kontynuowana przez synów Gustawa i Bolesława. Od połowy lat 90. działa już tylko jako sklep mięsny, bez własnego wyrobu. Warto spojrzeć na wiszący w sklepie przy Poznańskiej 11 dawny sztandar cechu rzeźników. W pobliżu rzeźni znajdował się sklep Tania Jatka, czyli sklep, w którym sprzedawano mięso gorszej jakości. Potem w tym miejscu pojawił się sklep rzeźnicki firmy Miko, od imienia popularnego sprzedawcy nazywany sklepem U Grzesia.

W północnej części miasta mieściły się sklep spożywczy o obiegowej nazwie U Turka (plac Sienkiewicza 2), rzeźnicki o długiej tradycji (w tamtych czasach GS-u, potem prywatny, pl. Sienkiewicza 5), monopolowo-delikatesowy Krakus (pl. Sienkiewicza 9) z pięknym wystrojem – meblami z Obornickich Fabryk Mebli. Od 1983 r. do dziś działa sklep spożywczo-przemysłowy Marii Nadolnej (al. 1 Maja 4, początkowo w małym domku). Dalej mieścił się sklep spożywczy w pawilonie obok numeru 34, ze względu na wygląd budynku określany obiegowo jako Kamieniołomy lub Kamieniok. I obok, powstały w latach 80., duży pawilon Dębiny. Ostatni był sklep spożywczy PSS, położony już za torami przy Ostrorogskiej 12A.

W tej samej części miasta znajdował się spożywczy U Błocha przy Powstańców Wlkp. i najbardziej oddalony spożywczy na Zielonej przy lasku. Był jeszcze sklep, do którego w przerwy biegało się ze szkoły nr 3 i technikum rolniczego ‒ Pawilon na rogu Szczuczyńskiej i Zamkowej. Atrakcją dla mojego pokolenia była kupowana tam oranżada w proszku. Wysypywało się na tyle dłoni, ile w danym momencie się po nią wyciągnęło, a potem zlizywało. Ewentualnie można była nalać na dłoń trochę wody ze stojącej obok pompy.

ul. Wroniecka (kamienica na rogu z Kościelną)

Wroniecka 10

ul. Wroniecka

ul. Kościelna 15

ul. Ratuszowa 1




We wnętrzu restauracji „Maryna”

ul. Ratuszowa 1

Kolejny kierunek od Rynku to Poznańska. Po prawej stronie w okresie mojego dzieciństwa był sklep warzywniczy, o którym mówiło się U Pietrzaka (później U Walczaka), a dalej fryzjer (Neumannowie, potem córka Irena Schmidt).

Po lewej stronie, na narożniku Poznańskiej i Wodnej znajdował się oddział PKO, w 2. połowie lat 70. przeniesiony na Rynek. Potem działał tam jeden ze sklepów Buszewka, na przełomie lat 80. i 90. można tam było kupić także różne artykuły z importu. Obok (Poznańska 30) mieścił się sklep elektryczny (U Gierczyńskiego).

Pod kolejnymi adresami przy Poznańskiej (5, 7 i 9) mieściły się firmy i sklepy braci Grygierów (szamotulanie mówią częściej Grygrów, ale nie jest to forma poprawna językowo): Leona (szewca), Stanisława (rzeźnika) i Wacława (piekarza) oraz ich potomków. Leon Grygier jako szewc (nr 5) nie zajmował się wówczas tylko naprawą obuwia, ale wyrabiał je także na zamówienie (ciepłe buty zimowe zamawiane u Grygiera wspominała Ewa Budzyńska-Krygier). W sklepie w domu Leona Grygiera w tamtych czasach był sklep odzieżowy, potem – już po przejęciu go przez właścicieli – buty i kwiaty, które hodowali synowie Leona. Rzeźnik Stanisław Grygier założył firmę w 1930 r. Po wojnie otworzył sklep pod numerem 7., w 1950 r. odebrało mu go państwo i dawny właściciel pracował w nim jako sprzedawca. Do dziś w sklepie wiszą stare haki do mięsa i wędlin, które, jak wspomina córka Stanisława, kiedyś obwieszone były aż po sam sufit. Właściciele odzyskali sklep na początku lat 90. i do dziś prowadzą go Jessowie (Arkadiusz Jessa jest wnukiem Stanisława Grygiera). Pod numerem 9. Mieścił się sklep piekarniczy Wacława Grygiera, ja jednak pamiętam czasy, kiedy był tam sklep z elegancką odzieżą (wtedy mówiono: butik). W tym samym domu przez ponad 30 lat, do połowy lat 80., znajdował się też zakład zegarmistrza Edwarda Duraka.

W kolejnym domu (Poznańska 11) przez wiele lat mieścił się sklep obuwniczy (w latach 90. także rybny) i sklep z torebkami, paskami i rękawiczkami (tam gdzie wspominany już sklep mięsny Jądrzyków), oba prowadzone przez tę samą firmę z Poznania (Otex). Dalsza część ulicy wygląda dziś inaczej niż kiedyś. Na miejscu starych, niskich domków powstały nowe kamienice. Z czasów mojego dzieciństwa pamiętam dwa zakłady rymarsko-kaletnicze: Skrzypczaka (potem przeniesiony na drugą stronę ulicy) i Nowaka. Wiosną do zakładu rymarskiego Skrzypczaka wchodziło się też po truskawki. Ten zapach truskawek pomieszany z zapachem skór jest dla mnie ciągle bardzo silnym wspomnieniem. Przed mostkiem, jeszcze chyba w latach 70., powstał zakład fotograficzny Janusza Piszczoły.

Wielu szamotulan dobrze pamięta mały sklep monopolowy, obiegowo nazywany Kubuś, U Kubusia przy Poznańskiej 21. Obok mieścił się sklep spożywczy Agatka. Nazwa Kubuś była tak popularna, że gdy rodzina Kubowiczów na początku lat 90. otworzyła tam duży sklep z tapetami, nazwę tę umieszczono w formie szyldu na domu. Trzeba wspomnieć też nieduży sklep spożywczy (mleczny), nazywany od imienia kierowniczki U Krysi (Krystyny Ciesielskiej) (Poznańska 18). W tamtych czasach mleko i śmietanę sprzedawano w szklanych butelkach z aluminiowym kapslem, trzeba było uważać, żeby przypadkowo go czymś nie przebić. Butelki stały w pojemnikach z metalowych cienkich prętów. Kiedy w 2. połowie lat 70. zaczęły się problemy z masłem, towaru tego nie było w stałym obrocie, lecz wprowadzono zasadę, że dostawę z danego dnia sprzedaje się o godzinie 15. Trzeba było przyjść trochę wcześniej i stanąć w kolejce. Często nie starczało dla wszystkich chętnych z kolejki, czasami jednak można było kilka razy „obrócić” i kupić więcej niż jedną kostkę. To dopiero była radość! Można w tym miejscu wspomnieć także o kolejkach tak zwanych osób uprzywilejowanych, które ustawiały się z drugiej strony w stosunku do „normalnej” kolejki. Miały w niej prawo stanąć kobiety ciężarne, osoby dziećmi na rękach oraz kombatanci. Zdarzały się nawet wypożyczenia dzieci!

Już pod koniec Poznańskiej (nr 22) w domu należącym do rodziny Sundmannów mieścił się punkt pocztowy, nazywany Małą Pocztą. W tym samym miejscu powstał w końcu lat 80. – już prowadzony przez właścicieli kamienicy sklep obuwniczy Complex.  Moda nazewnicza była wtedy właśnie taka: dobrze, gdy nazwa ma obce brzmienie i zawiera -ex (jak Pewex, choć ta ostatnia nazwa była skrótowcem). Szamotulanie i tak zresztą woleli w tym przypadku posługiwać się obiegową nazwą U Sundmanna. Dla pokolenia, którego młodość przypadła na początek lat 90., ważnym miejscem był też klub Jocker – już w nowym stylu. Działał on w pomieszczeniach dawnego przedszkola Bolek i Lolek, śmialiśmy się, że dawni wychowankowie dorośli, ale nadal chodzą w to samo miejsce. W tym samym okresie krótko działała dyskoteka Pod Bykiem, w Sali Sundmanna, niezwykle ważnym dla starszego pokolenia szamotulan miejscu koncertów i przedstawień, po raz ostatni brzmiała wtedy muzyka.

W 2. połowie lat 80. na narożniku ul. Lipowej (wówczas Marchlewskiego) i Rolnej powstał duży, jak na tamte czasy, samoobsługowy sklep spożywczy Delicja (należący do PSS „Społem”). Pamiętam, że moja polonistyczna rodzina (łącznie ze mną) denerwowała się, bo rzeczownik, od którego utworzono nazwę, występuje tylko w liczbie mnogiej (delicje), nazwa była zatem niepoprawna językowo.

Dalej na Lipowej był nie istniejący już drewniany pawilon spożywczo-warzywny, nazywany obiegowo Zieleniakiem, a naprzeciw (Lipowa 6a) znajdował się Eldom (obiegowo także U Kołdykowej, od nazwiska kierowniczki Danuty Kołdyki). Można tam było kupić lodówki, pralki, elektryczne maszyny do szycia, suszarki do włosów itp., ale w sprzedaży były także, na przykład, rowery. Był to jeden z dwóch sklepów (drugim był Pawilon Meblowy lub po prostu Meblowy przy Sportowej), do których stały wielodniowe kolejki, w których tworzyły się tzw. komitety kolejkowe, przygotowujące listy obecności i sprawdzające je o określonych godzinach.  Zawiązywały się nowe znajomości, niektórzy w kolejce spędzali swój cały urlop wypoczynkowy. Pojawili się też niemal zawodowi „stacze”, czyli osoby, które za pewną dodatkową opłatą godziły się stać za kogoś w kolejce i kupić towar za jego pieniądze.

W drugiej połowie lat 70. między ul. Kołłątaja i Lipową powstał, istniejący do dziś, pawilon z samoobsługowym sklepem spożywczym PSS „Społem” i sklepem elektrycznym. W pobliżu w bloku mieszkał ówczesny naczelnik miasta Czesław Zasada, brat najważniejszej osoby w województwie – 1. sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR, stąd sklep szybko zyskał obiegową nazwę Zasadówka. Przychodziło się tam lub przyjeżdżało z innych części miasta i spoza niego, bo sklep traktowany był jako wizytówka i wyraźnie lepiej zaopatrzony.

Z dzieciństwa pamiętam nie istniejący dziś Sam na rogu Lipowej i Gąsawskiej. Był to wykonany z płyty lub blachy pawilon. Kupowało się tam cukierki malinki i drugi rodzaj ‒ groszki (wielokolorowe i brązowe) w płaskich okrągłych plastikowych pudełkach. Cukierki wysypywało się na rękę lub wprost do ust przez umieszczoną z boku dziurkę, a po opróżnieniu pudełka wykorzystywało się je do zabawy w radiotelefon.

Ja mieszkałam w bloku przy Obornickiej 9. Najpierw na parterze bloku mieścił się zakład fryzjerski i złotnik, a później sklep mięsny RKS Buszewko. Ludzie, często z innych miejscowości, nawet z Poznania, ustawiali się w kolejkę w godzinach nocnych. Nie było tu listy kolejkowej, więc trzeba było stać cały czas. Trudno wymagać, żeby ludzie spędzali ten czas w całkowitym milczeniu. Głosy niosły się tak, że w nocy nie można było w naszym mieszkaniu otworzyć okien. W sąsiednim bloku (Obornicka 7) znajdował się punkt usługowy o zabawnej nazwie Praktyczna Pani.

Przy Obornickiej ważny był też sklep spożywczy w bloku na rogu z Kiszewską (Kiszewska 2) i po drugiej stronie ulicy bar (pawilon Gastronomiczny ‒ głosił szyld) o obiegowej nazwie Akwarium. Pawilon w znacznej części był przeszklony. O nazwie zadecydował jeszcze inny wzgląd. Ja jako dziecko kupowałam tam głównie lizaki ‒ czerwone kogutki i kurki, głównie jednak kupowało się tam piwo. Panowie, siedzący przy oknie przez całe popołudnie, popijający ze szklanych kufli, wyglądali jak ryby w akwarium. Najdalej położony w tym kierunku był nie istniejący już sklep spożywczy przy Spółdzielczej 11.

ul. Poznańska

al. 1 Maja 32a

ul. Szczuczyńska (róg Zamkowej)

ul. Zielona 72

Dziś to al. Jana Pawła II 14, wówczas tej ulicy jeszcze nie było i mówiło się, że sklep jest przy Kołłątaja


ul. Obornicka (róg Kiszewskiej)

ul. Dworcowa 24, pocztówka – zdjęcie wykonano w 1973 r., są na nim dwie szamotulanki: Irena i Anna Kędzia

I ostatni kierunek od Rynku ‒ Dworcowa. Po prawej stronie najpierw mieścił się sklep odzieżowy Dworcowa 4 (potem były tam też rowery). Dla mnie jako dziecka najważniejsza była tu Bombonierka, czyli pachnący czekoladą sklep ze słodyczami i alkoholem (Dworcowa 6). W tym samym domu mieścił się też zakład fryzjerski, prowadzony przez małżeństwo – Janinę Górną i Mieczysława Mroziewicza. To był pierwszy fryzjer, do którego chodziłam. Lubiłam to miejsce, ale trochę bałam się maszynki do golenia. Pamiętam charakterystyczny fotel dla klienta, z przymocowanym obok  i jeżdżącym dookoła siedzeniem dla fryzjera. Pamiętam też, jak o wiszący w pobliżu drzwi kawałek skóry ostrzono brzytwę. Dalej po tej samej stronie ulicy był jeszcze sklep z tkaninami (Dworcowa 8).

Na początku Dworcowej, po lewej stronie, mieściła się siedziba spółdzielni kominiarzy, dalej oddział PTTK i obok budynku kina restauracja Popularna. Nie pamiętam, czy byłam tam kiedyś, z opowieści innych osób wiem, że ze względu na zamontowane tam drzwi wahadłowe, przez które kelner wyrzucał niepożądanych klientów, lokal ten nazywany był obiegowo Wyrzutnią.

W pawilonie naprzeciw kościoła św. Krzyża przez jakiś czas mieścił się Dom Książki, później spożywczy o nazwie Sezam. Dalej, na rogu Franciszkańskiej, stał nie istniejący już pawilon owocowo-warzywny U Lemoniady (od przezwiska właściciela – Januszaka) .

Ten kierunek od połowy lat 70. był szczególnie ważny ze względu na Dom Handlowy, należący do PZGS-u. Byliśmy bardzo dumni, gdy go uruchomiono. W pierwszym okresie na dole mieściły się artykuły żelazno-budowlane, wkrótce jednak sklep w całości został przeznaczony na odzież i obuwie. W stanie wojennym, na kartki, mój brat kupił tam jedyną stojącą parę butów rozmiar 46 i powiedział sprzedawczyni, że teraz może ogłosić upadłość. Spojrzała zdziwiona – takie kategorie przecież wtedy u nas nie funkcjonowały. My współczuliśmy sprzedawcom, którzy przez cały czas stali przy pustych półkach, bo to musiało być strasznie frustrujące. Nie było też wówczas czegoś takiego w sklepach odzieżowych jak podział na sezony i pory roku. Kiedyś w środku lata kupiłam sobie w Domu Handlowym ciepły płaszcz. Oczywiście, byłam bardzo zadowolona, bo czasy były takie, że towaru się nie „kupowało”, a „zdobywało”. Później, już w „nowych czasach” na piętrze były meble, a nawet – krótko – pierwsza w Szamotułach Biedronka.

Dalej, idąc w stronę Dworca, mieliśmy sklep metalowy U Dominiaka przy Urzędzie Miasta i Gminy, za nim z tyłu ogrodniczo-nasienny, a naprzeciw sklepy rzeźnicki i nabiałowy.

Za skrzyżowaniem z Wojska Polskiego mieścił się sklep motoryzacyjny U Koerpla (w przyziemiu Dworcowej 32) i po drugiej stronie ulicy pierwszy szamotulski komis w piwnicy budynku nr 33.

W tej części miasta znajdował się sklep spożywczy Szamotulanka (ul. 3 Maja 3, wtedy Dzierżyńskiego), niemal naprzeciw szamotulskiej mleczarni. Obok był jeszcze mały sklep owocowo- warzywny i monopolowy w nie istniejącym małym domku, na którego miejscu powstał potem sklep Bajbus.

Dalej, na Sportowej, restauracja Ustronie, której zniszczony budynek straszył przez ćwierć wieku od likwidacji. Dla mieszkańców powstającego od połowy lat 70. Osiedla Przyjaźni Polsko-Radzieckiej (w skrócie nazywanym Os. Przyjaźni), wokół ul. Findera (dziś Kolarska) ważne były tzw. sklep spożywczy W blokach (Sportowa 29) i Mleczny (pawilon, gdzie obecnie znajduje się oddział pocztowy). W tych czasach istniał też już kolejny szamotulski Zieleniak (Sportowa przy mostku) i Warzywniak Wojewódzkiej Spółdzielni Ogrodniczo-Pszczelarskiej na rogu Łąkowej i Pływackiej (dawnej Buczka).

Wspomnieć trzeba by jeszcze powstały chyba na przełomie lat 70. i 80. budynek Spółdzielni Mieszkaniowej przy ul. Łąkowej. Mieścił się tam duży sklep spożywczy PSS „Społem”, druga w mieście apteka (później nadano jej nazw Osiedlowa), punkty usługowe Praktyczna Pani, fryzjer, w tamtych czasach także kawiarnia Kameralna i – już w latach 90. – bar Snap w piwnicy. O sklepie meblowym przy stadionie już wspominałam.

Od połowy lat 70. do połowy 90. w mieście powstawały też ciągi mniejszych sklepików, często nazywane wtedy Butikami: wzdłuż Ratuszowej, pomiędzy Garncarską i Braci Czeskich (na dawnym placu targowym ‒ pamiętam tamte targi), przy Poznańskiej, wzdłuż parkingu za Urzędem Miasta, po obu stronach Sportowej, przy Kolarskiej.

Na przełomie lat 80. i 90. powstało wiele nowych sklepów. Na sklepy zamieniano mieszkania na parterze kamienic, budowano nowe, wolnostojące. Od połowy lat 90. w Szamotułach zaczęły pojawiać się markety. Z czasem okazało się, że tych małych sklepów jest zwyczajnie za dużo, wiele z nich nie wytrzymało konkurencji z miejscowymi dużymi sklepami i z handlem w marketach w Poznaniu. Nie oznacza to jednak, że małe sklepy straciły rację bytu. Jest to przecież nieco inny sposób kupowania i innego typu relacja sprzedający ‒ klient.

Kto nie żył  w tamtych czasach, nie może zrozumieć, jak ważne były kiedyś ‒ rozrzucone po całym mieście ‒ kioski Ruchu. Niemal ich już nie ma, a było około dwudziestu: przy skrzyżowaniu Obornickiej ze Spółdzielczą, przy Nowowiejskiego blisko elektrowni, przy Staszica, przy dworcu PKP, przy Kolarskiej, Sportowej, naprzeciw Urzędu Miasta, przy Skargi, przy Ratuszowej, na pl. Sienkiewicza, na al. 1 Maja, Ostrorogskiej. W Szamotułach działały też kioski spożywcze. Najlepiej pamiętam taki przy Poznańskiej (między domem nr 23 a 27), ale tego typu kioski były też przy Dworcowej – obok mostu i w pobliżu Franciszkańskiej, na miejscu dzisiejszej galerii Inbag i przy Jastrowskiej.

Kto nie żył w tamtych czasach, nie zrozumie też, jak ważną osobą był kiedyś kierownik sklepu. Byli kierownicy życzliwi, od których można się było dowiedzieć, kiedy będzie dostawa poszukiwanego towaru. Byli tacy, którzy wykorzystywali swoją uprzywilejowaną, na tamte czasy, pozycję, traktowali klientów z wyższością i większość poszukiwanego towaru sprzedawali osobom wybranym, czyli „spod lady”. W sklepach spożywczych i piekarniczych niektórzy robili tak, że przywieziony z piekarni świeży chleb chowali na zapleczu, a sprzedawali najpierw starszy, o której mówiono wówczas „z nocy” (raczej poprzedniej, nie ostatniej). W ten sposób zawsze w sprzedaży był chleb nieświeży. Tak, nasz handel pełen był wtedy absurdów. Ale powspominać miło…

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 10 sierpnia 2018 r.

PS Czekam na uwagi, zwłaszcza starszych szamotulan. Bardzo chętnie tekst uzupełnię o wcześniejsze lata. Kontakt z redakcją: wgt.szamotuly@gmail.com

Piewszą część artykułu (Rynek) można przeczytać pod linkiem http://regionszamotulski.pl/szamotulskie-sklepy-w-prl-u/.




Wnętrze Domu Handlowego

ul. Sportowa

ul. Sportowa 37

ul. Rzeczna 2

Źródła zdjęć: Muzeum – Zamek Górków, Archiwum Biblioteki Publicznej, Ireneusz Walerjańczyk, Szamotulski Fotoplastykon, zbiory prywatne

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Od urodzenia związana z Szamotułami. Polonistka (jak mama) i regionalist(k)a (jak tata).

Dr nauk humanistycznych, redaktor i popularyzator nauki. Prezes Stowarzyszenia WOLNA GRUPA TWÓRCZA, wiceprezes Szamotulskiego Stowarzyszenia Charytatywnego POMOC.

Szamotulskie sklepy w PRL-u 22025-08-26T19:44:38+02:00

Karol Cyprowski – tekst gwarowy


Karol Cyprowski – pochodzi z Szamotuł, absolwent Liceum im. ks. Piotra Skargi. Ukończył stosunki międzynarodowe oraz filologię serbską i chorwacką. Jego pasją jest nauka języków obcych, pracuje jako programista. Mieszka w Warszawie.

Zapraszamy do przeczytania wywiadu, którego udzielił  http://wspolnymianownik.pl/czytaj.php?s=wywiady&a=karol-cyprowski.

Karol Cyprowski prowadzi serwis Woofla.pl, o którym pisze:

„Początki serwisu sięgają roku 2010, kiedy samodzielnie zacząłem prowadzić blog pod tytułem Świat języków obcych. Chciałem przede wszystkim dzielić się na nim moimi doświadczeniami z nauki języków, ciekawostkami z lingwistycznego świata oraz przede wszystkim przekonywać czytelników, że nauczyć się można każdego języka pod warunkiem, że osoba ucząca się poświęci nań odpowiednią ilość czasu. Strona rozwijała się w niezwykłym tempie – już rok po starcie znalazła się wśród 25 najlepszych językowych blogów świata według portalu bab.la, a sam zostałem zaproszony do udziału w prestiżowym jak na owe czasy projekcie, jakim było stworzenie firmowanego przez szkołę językową Sprachcaffe poradnika pod tytułem Jak nauczyć się języka obcego? (https://www.sprachcaffe.com/fileadmin/Redaktion/docs/Sprachcaffe-Polska/).

W 2014 roku zdałem sobie jednak sprawę z tego, że dotychczasowa formuła bloga z różnych powodów się wyczerpała i zaapelowałem do czytelników o współtworzenie na gruncie przygotowanym przez Świat języków obcych czegoś o znacznie szerszym zasięgu oddziaływania. Tak powstała Woofla, na której łamach ukazało się już 335 artykułów napisanych przez 29 autorów. Oprócz strony internetowej woofla.pl prowadzimy też fanpage na Facebooku, obserwowany przez niemal 6000 czytelników (stan na 03.08.2018). Naszemu zespołowi zależy przede wszystkim na popularyzacji wiedzy z dziedziny językoznawstwa oraz nauki języków obcych w sposób przystępny zarówno dla profesjonalistów, jak i kompletnych laików”.


Fragment tekstu w interpretacji Bartłomieja Firleta. Zapraszamy na stronę aktora: http://regionszamotulski.pl/bartlomiej-firlet/

Ćwiczenia z gwary ? tekst Karol Cyprowski. Dla Portalu Region szamotulski – portal kulturalno-historyczny. Miłej niedzieli ?

Opublikowany przez Bartłomiej Firlet Niedziela, 12 sierpnia 2018

Tekst w gwarze poznańskiej

Łe jery!


Rychu dał se wczoraj w tytę, śruba fest, bo Kolejorz majstra zdobył i łaził z modrakowo-biołą faną – dzie był to nie wie, purtelam też chyba u kuzaja w Szamotułach zaliczył, ale ućkło mu. Pamięta ino, że gorunc był i jak wracoł oślómprany na szage przez chynchy, pogonił go kejter jakiś. Aż do chaty go gonił, tak że porty, fifne takie, prawie zgubił, jak ten go szczapił. Łe jery, to by była poruta – Rychu bez portek – dość że szplejty mioł bose. Nie, że był fleja… Normalny szczun, sznupa taka fajna, bystry taki, ino klapioki mioł fest, takie same jak brachol, co sie z nich w budzie chichrali.

Stetrany Rychu wpadł do sklepu, zapalił światło, zgasił, zapalił, czorno. I cug jaki taki łed łekna. „Tu wyra se nie zrobię” – pomyśloł Rychu, że sie w sklepie nie skitra i taki rozmemłany poszedł do góry, gdzie brachol ćmika polił. „Ole mosz jape, tej! Gdzie żeś se je tak obrzympolił?” – i nie czekając na Rycha – „Pa to tej!”. I śwignął Rycha po glacy. „Nyga!”. Rychu wiedzioł, że muły ma jak bocian pjynty i że z takim patanem jak Przemo mu łatwo nie pójdzie. Wziął wjync drabke, ćpnoł porty na ryczke, gdzie już leżały klunkry, cuś tutej mu nie gra – wykukuje z wyra, a Przemo se łoblek korbol na glace. „Tyn to ma z gorem”. Rychu rozumiał – stara Fydlera go łociotała, czarciego żebra nie było. Mogło być gorzy, wiadomo. Wtedy mieszkali w Poznaniu – bilety w bimbie odbijali, bejmy mieli, szneki kupowali za winklem, na wildeckim fyrtlu ze szczunami było szukano, było gonito, bioło była zawsze na stole. Tera bioły ni mo. Tu, na wygnajewie, zostały ino haferfloki, korbol, pyry i modro. Erzac. I hyćka za łeknem. I chójka, ale ta ino na gwiazdora.

Na gwiazdora to zawsze bana przyjeżdża zez Wronek i wuja Lechu – kakalud taki z kluką jak u gapy, stara Fydlera by powiedziała, że nojszpłat. Rojber był za młodu, na blałki łaził, kamlotami świgał najdali, na kaście w trampkarzach Kolejorza – a tera sie brynkot zrobił. Frechowny taki na dodatek. I makiełki żre, ino do chaty wejdzie. I plyndze. I gzik (z pyr i gziku glajde robi, nie to co my). I nasze szare kluchy. Pener po prostu. Szkieły też go nie lubieją, ale to dlatego, że rojbrował, a potem kielczył się jak go złapali. W tych laczkach swoich, z jabzem w ręku, ino co zerwanym, tak że z jabłoni ino ogigle zostawały. Taki Lechu, no. Nahajcowali jak gość przyjechoł, dziecioki rychło wstały, ojciec ćpnoł do skrytki haczke i szype, zakluczył takim dynksem, co go na jarmarku świętojańskim za golitko wymienił. Przemo oczywiście już jest precz, dzieś na dworze, goni kociambry.

A Rychu? Ten to ma rułe. Nim wstanie, nadusi guzik radia, obejrzy pamperki stojące pod łeknem, zaś pójdzie do łazienki ze swoją szwamką. Słyszy jak mama kroi skibki, podjadając kromke, cuś kwirlejką robi (plyndze pewno), nabierką wlewa ślepe ryby. „Łe jery! – krzyczy – Jakieś fafoły pływają”. Pomojtała troche – fafołów ni mo. Wuchta wiary ma dziś przyjść, każdy z tytką czegoś, a Rychu ołówkiem na oszczytku naoszczonym pisze, co kto ma – buchalterem chce być. Bejmy liczyć. Cała wiara przyszła – nawet ta miągwa spod łebory Altmanów z kanką mleka. Jak Rychu był fertyś, skoczył na stopy, powiedział: „Ide los” i pobiegł do Jadzi. Fajna dziewucha taka. Na szukano i gonito już są za starzy, ale w tytę zawsze dać se można.

Karol Cyprowski

Szamotuły, 07.08.2018

Karol Cyprowski – tekst gwarowy2025-01-05T12:54:08+01:00
Go to Top