About Agnieszka Krygier-Łączkowska

Autor nie uzupełnił żadnych szczegółów
So far Agnieszka Krygier-Łączkowska has created 368 blog entries.

Adwent, wigilia, kolęda


Marian Schwartz, Kolędnicy (linoryt)



Stanisław Zgaiński, Kolędnicy z Gwiazdą Betlejemską, ok. 1933 r. (drzeworyt)



Stanisław Zgański, Matka Boska Szamotulska, ok. 1933 r. (drzeworyt)

ADWENT – WIGILIA – KOLĘDA… – tajemnice słów

Słowa: adwent, wigilia, pasterka, pastorałka, kolęda, karnawał od razu kojarzą nam się ze świętami Bożego Narodzenia, z niepowtarzalną atmosferą tych grudniowych dni. Czy jednak zastanawialiśmy się kiedyś, wypowiadając te słowa, nad tym, skąd wzięły się one w naszym języku i jakie były ich językowe losy? Czy nasi przodkowie, mówiąc je, naprawdę myśleli o tym samym co my?

ADWENT, WIGILIA

Wyrazy te język polski przejął z łaciny. Adventus w języku łacińskim znaczyło „przyjście”, natomiast vigilia – „czuwanie, straż”. W języku polskim (w najstarszych znanych nam tekstach) odnaleźć możemy wyrazy adwent i wigilia w tych pierwotnych znaczeniach. Jednak od samego początku funkcjonowania tych wyrazów w polszczyźnie na plan pierwszy wysuwają się inne znaczenia. Wynika to z faktu, że słowa te zapożyczyliśmy z łaciny jako wyrazy-terminy związane z wiarą chrześcijańską, z Kościołem.

Słowo adwent oznaczać zaczęło czterotygodniowy okres poprzedzający święto Bożego Narodzenia. Nazwa wiąże się z tym, że czas ten ma być dla chrześcijan okresem duchowego przygotowania na narodziny, przyjście („adventus”) Chrystusa. Okres ten nazywa się niekiedy również postem mniejszym – dla odróżnienia od Wielkiego Postu poprzedzającego święta Wielkanocy. Pierwsi chrześcijanie spędzili dni poprzedzające święta religijne zgodnie z nakazem Chrystusa – to znaczy czuwając i modląc się. Stąd też słowem wigilia („czuwanie”) zaczęto nazywać wszystkie dni poprzedzające święta kościelne. Dziś również mówi się na przykład o wigilii wielkanocnej (Wigilii Paschalnej) – czyli Wielkiej Sobocie.

We współczesnym języku słowo wigilia odnosi się głównie do dnia poprzedzającego Boże Narodzenie. Gdy mówimy wigilia, bez podania, jaki dzień ona poprzedza, nie ma wątpliwości, że chodzi właśnie o wigilię Bożego Narodzenia i w tym znaczeniu w zapisie stosujemy dużą literę: Wigilia. Natomiast nie mówi się dziś wigilia ślubu, wigilia odjazdu. Tego typu wyrażenia można spotkać w dawnej polszczyźnie, gdyż słowo wigilia oznaczało w naszym języku nie tylko dzień przed świętem kościelnym, ale występowało również w znaczeniu bardziej ogólnym: „dzień poprzedzający inny (ważny) dzień”. W języku współczesnych Polaków nie występuje już chyba dawne wyrażenie Wigilie za umarłych ‒ określano nim niegdyś wieczorne nabożeństwa żałobne, modlitwy za zmarłych. Z wigilią Bożego Narodzenia wiąże się wieczerza wigilijna. Ten tradycyjny wieczorny posiłek również nazywany bywa wigilią (jeść z kimś wigilię). Mamy tu do czynienia z ciekawym procesem językowym: słowo wigilia, oznaczające cały dzień, przeniesione zostało na najbardziej charakterystyczny, nieodłączny element tego dnia – wspólne spożycie tradycyjnego posiłku.

KOLĘDA

Kolęda to dziś „pieśń związana tematycznie z narodzinami Chrystusa” lub „odwiedziny parafian przez księdza w okresie Bożego Narodzenia”. W języku staropolskim słowo to miało więcej znaczeń. Najczęściej określało ono podarek z okazji Bożego Narodzenia lub Nowego Roku, później – również daninę pobieraną przez duchownego w okresie świąt Bożego Narodzenia. Wyraz kolęda pojawiał się także w związku z ludowym zwyczajem składania życzeń przez – chodzących od domu do domu, najczęściej z szopką – przebierańców.

W XVI wieku wyraz ten odnosić zaczęto do pieśni związanych tematycznie z okresem Bożego Narodzenia. Na początku kolędami zwano nie tylko pieśni religijne, ale również piosenki świeckie, które ludowi kolędnicy kierowali do przyjmującego ich gospodarza. We współczesnym języku brak znaczenia kolęda – „Nowy Rok”. I w tym znaczeniu słowo kolęda pojawiło się w tekstach staropolskich. Zapomniane zostały przenośne związki wyrazowe nosić kogo, co po kolędzie czyli „obmawiać kogo, plotkować” i nogi komu chodzą po kolędzie ‒ to znaczy „plączą się komu nogi (ktoś jest pijany)”.

Wiemy już, jakim przemianom ulegało w ciągu wieków znaczenie słowa kolęda. Skąd jednak wyraz ten wziął się w naszym języku? Niektórzy dziewiętnastowieczni uczeni twierdzili, że kolęda to zapisane w inny sposób (z literą „ę”) imię słowiańskiego bóstwa zwanego Kolendą, Koladą lub Koledą, którego święto nasi przodkowie mieli rzekomo obchodzić 24 grudnia. W rzeczywistości słowo to jest zapożyczeniem z łaciny (calendae), przedostało się do języka Słowian prawdopodobnie jeszcze wtedy, gdy posługiwali się oni jednym, wspólnym językiem, który w językoznawstwie określa się mianem języka prasłowiańskiego. W łacinie wyraz calende oznaczał pierwszy dzień miesiąca, w niektórych językach romańskich (czyli wywodzących się z łaciny) znaczy również „Boże Narodzenie”. Warto dodać, że od łacińskiego calendae pochodzi słowo calendarium – po polsku kalendarz. Słowa kolęda i kalendarz mają więc wspólny rodowód.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 22.12.2017

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Od urodzenia związana z Szamotułami. Polonistka (jak mama) i regionalist(k)a (jak tata).

Dr nauk humanistycznych, redaktor i popularyzator nauki. Prezes Stowarzyszenia WOLNA GRUPA TWÓRCZA, wiceprezes Szamotulskiego Stowarzyszenia Charytatywnego POMOC.

Adwent, wigilia, kolęda2025-01-05T13:06:00+01:00

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Stalin, tarka i miętowe cukierki

Obrazki z przeszłości, część 1.

Daromiła Wąsowska-Tomawska

STALIN, TARKA I MIĘTOWE CUKIERKI


Są lata pięćdziesiąte XX wieku. W 1953 roku umiera Józef Dżugaszwili Stalin. Radiowęzeł szkolny obliguje klasę do uczczenia pamięci minutą ciszy. Jak ktoś umiera, zawsze jest smutno. Jesteśmy jednak zbyt młodzi, by cokolwiek zrozumieć z sytuacji politycznej „bratnich sąsiadów”. Nie jest wesoło. O wszystkim mówi się prawie szeptem. Z Wolnej Europy przenikają informacje do ucha ojca, matki, babci. Zakłócane radio, zgrzyta metalowa tarka.



Szamotuły, ul. Lipowa 20 (kiedyś 13)


Babcia Marynia Kruszona robi dzisiaj wielkie pranie. Nie mózgu, lecz pościeli. Zawsze mówi: „Pamiętaj, jak będzie ci źle, zrób duże ręczne pranie, takie, by się zmęczyć”. Mieszka z dziadkiem Andrzejem przy ulicy Lipowej 13. Nie była to dla niej przesądna cyfra. W szamotulskim podwórku jest wybudowana pralnia. W niej olbrzymia balia, w której przez połowę nocy moczy się w szarym mydle brudna bielizna. Babcia śpieszy się. Trzeba wymienić wodę na czystą mydlaną. Zawiesza metalową tarkę na balii i zaczyna prać w mocno podgrzanej uprzednio wodzie. Namydla jeszcze pościel i przesuwa ją w górę, to w dół – kilkanaście razy ‒ prawie do zdarcia paznokci, palców. Obok, w węglowy piec wmontowany jest kocioł, w którym gotować się będzie uprana powłoka. Babcia miesza białe płótna drewnianą kopyścią.

Na cementowym parapecie okiennym stoi metalowy dzbanek z dobrą, prawdziwą, pachnącą kawą. Babcia ją bardzo lubi, wszystko wypije. Na posiłek nie ma czasu. Pranie trzeba wypłukać znowu w czystej wodzie (wodę deszczówkę zbiera się z rynien dachu do wanienek). Trzeba przygotować krochmal zmieszany z niebieskim proszkiem ‒ ultramaryną, by pranie jeszcze wybielić i usztywnić. Jest prawie rano. Całe podwórze obwieszone jest już na linkach bielizną. Babcia gładzi, poprawia, pomiędzy dwie warstwy poszwy wpuszcza powietrze. Reszty dokona słońce i wiatr. Wkrótce wszystko zaczyna szeleścić, jak liście za płotem w ogrodzie gospodarzy. Teraz pralnia musi być posprzątana. Czekają już na nią w kolejce najbliżsi sąsiedzi babci: Szwedowie – gospodarze, Garczykowie, Orlikowie (ich dziadek grał na skrzypcach w szamotulskiej kapeli; zmęczony, spadł ze schodów i umarł – przypomina mi moja siostra). Są też lokatorzy z drugiej klatki schodowej. Zdjętą z linek sztywną pościel, przy pomocy drugiej osoby, trzeba ponaciągać po długości i szerokości, żeby była wszędzie równa. Taką dopiero babcia składa do dużego wiklinowego kosza. Zapach świeżego powietrza roznosi się po kuchni i pokoju. Wynagradza cały trud i wylany pot.

Babcia wie, że przyjdą wnuki z Rynku. My zaś wiemy, co babcia lubi. Za zaoszczędzone ze sprzedanych butelek pieniądze kupujemy w kiosku miętowe cukierki i dropsy, o takim samym smaku – orzeźwiającym, lotnym, jak ten wiatr z pościeli. Na wykrochmalonej i uprasowanej niebieskiej serwecie leży na stole codzienna gazeta. Babcia porównuje wiadomości z radiem Wolna Europa i zaskakuje inną prawdą o polityce, o świecie. Teraz otwiera oszkloną szafę kuchenną.

Do półek przytwierdzone są robione na szydełku ukrochmalone białe koronki, które babcia sama zrobiła. Na nich stoją w szeregu filiżanki, kubki. W nich pijemy przygotowaną kawę, parzoną w blaszanym dzbanku. Dla dobrego smaku, babcia hartuje ją niewielką ilością zimnej wody. Taka jest najlepsza, kiedy wspólnie się słucha i po prostu jest się razem.

Po latach rodzice kupują pierwszą pralkę na prąd. Babcia nie odda swojej bielizny do prania. Jak twierdzi ‒ nie może dopuścić do jej podarcia.




Szamotuły, 22.12.2017


Eksponaty z Muzeum – Zamku Górków (ekspozycja etnograficzna w Oficynie)

Daromiła Wąsowska-Tomawska

Urodzona w Szamotułach, absolwentka miejscowegoo liceum. Po ojcu – znanym szamotulskim dentyście – odziedziczyła zawód i zamiłowanie do muzyki klasycznej.

Mieszka w Pobiedziskach koło Poznania. Prezes i współzałożycielka Salonu Artystycznego im. Jackowskich. Poetka.

http://regionszamotulski.pl/daromila-wasowska-tomawska/

Daromiła Wąsowska-Tomawska, Stalin, tarka i miętowe cukierki2025-01-04T12:03:14+01:00

Boże Narodzenie w latach 50. i 60.


Ręcznie malowana kartka z czasów PRL, ok. 1950-1970

https://krukzzabiejgory.wordpress.com/tag/stare-kartki/



Moje pierwsze Boże Narodzenie w grudniu 1949 roku. Na odwrocie zdjęcia mama napisała: „Lalunia ma 8 miesięcy”.



Odtworzona wspolcześnie choinka w stylu lat 50. XX wieku i papierowa szopka z 1956 roku.

Źródło: http://muzeumplaza.pl



Bombki choinkowe i lampki z lat 60.



Ostroróg na dawnej fotografii

Zdjęcie: Urząd Miasta i Gminy Ostroróg (za: FB Ostroróg na kartach historii)

Boże Narodzenie mojego dzieciństwa. Tak świętowaliśmy w Ostrorogu

Przed nami święta Bożego Narodzenia. Tak bardzo różnią się od tych, które pamiętam z mojego dzieciństwa, a przypadło ono na lata 50. i 60. Na pewno wielu z Was w moich wspomnieniach znajdzie okruchy własnych przeżyć.

Zorganizowanie świąt było na pewno wielkim wyzwaniem dla rodziców i dziadków, bo żyło się w rodzinie wielopokoleniowej i każdy miał jakieś zadania i obowiązki. Trzeba było wysprzątać cały dom, a nie było to takie proste jak teraz. Miotła, szczotka, wiaderko z wodą zagrzaną z jakimś mydłem albo z sodą, ścierka i zaczynało się mycie drzwi, podłóg, które potem zwykle pastowało się a na końcu froterowało, żeby błyszczały.

Szyby w oknach były myte wodą z octem i do błysku polerowane starymi gazetami. W oknach wieszało się firanki – niciane. Trzeba było je uprać, wykrochmalić i uprężyć samodzielnie, albo zanieść do punktu „prężenia firan”. Podobnie  było z białą pościelą (innej nie było) i serwetami, które trzeba było wymoczyć, ręcznie uprać, wykrochmalić, wysuszyć i albo uprasować, albo zanieść do magla. U mnie w domu dość wcześnie (lata 60.) pojawiła się pralka elektryczna, ale w latach 50. jeszcze pranie przedświąteczne odbywało się w balii i przy użyciu tarki. Na szczęście było pomieszczenie zwane pralnią i nie trzeba było tego robić w kuchni.

Zakupy świąteczne to było kolejne wyzwanie. W sklepach prowadzonych w Ostrorogu przez Gminną Spółdzielnię „Samopomoc Chłopska”, były tylko bardzo podstawowe produkty, z których w domach wyczarowywało się wszystko samodzielnie. Kto miał gdzie, hodował więc świnkę, którą zabijał na święta, a kto nie hodował świnki, to miał rodzinę na wsi, od której przywoził mięso i kiełbasy na świąteczny stół. Ale w żniwa musiał jechać i pomagać w polu. Warzywa uprawiano w ogródkach, potem je kopcowano, albo przechowywano w piwnicy w piasku. Ogórki i kapustę kiszono, grzyby zbierano w lesie, owoce suszono,  ryby łowiono w jeziorze, orzechy rosły na drzewie, które posadził dziadek w 1939 roku. Miód był swój, bo dziadek miał w ogrodzie kilkanaście uli.

Od połowy grudnia wypatrywano w sklepach kubańskich cytryn i pomarańcz. Nadsłuchiwano komunikatów radiowych, albo szukano informacji w „Gazecie Poznańskiej”, czy „statki z pomarańczami z Kuby zdążą na czas dopłynąć”. Przed świętami rodzice udawali się  autobusem do Poznania, skąd przywozili lepsze rzeczy do jedzenia i prezenty, które były przed dziećmi ukrywane do Gwiazdki. Na książkach, które zawsze były do prezentów dodawane, mam jeszcze dedykacje pisane ręką mojej mamy: Dla Irki na Gwiazdkę. Zachowało się ich kilkanaście. I są pięknym wspomnieniem z rodzinnego domu.

Ale wracam do przygotowań do świąt, bo one  są istotą tego artykułu. A poprzedzający je  adwent był czasem wyciszenia i oczekiwania na uroczystości religijne. Był też czasem  spotkań z rodziną, wypoczynku, prezentów, czasem też lepszego jedzenia.

Przez cały grudzień dzieci robiły ozdoby choinkowe, mimo iż bombki w naszym domu były, nawet kilka przedwojennych. Ale te robótki z bardzo prymitywnych materiałów, wprowadzały w nastrój. A dzieci miały zajęcie. Siedzieliśmy więc przy dużym stole i kleiliśmy  (klejem gotowanym z mąki) łańcuchy z kolorowego papieru. Czasem robiło się  łańcuchy z bibułki i ciętej słomy.  Były też domki z pudełek od zapałek z śniegiem z waty.

Oczekiwanie na święta, to też pieczenie pierników w kuchennym piecu, wykrawanie figurek foremkami  i lukrowanie. Było wysypywanie maku z makówek, które rosły w ogrodzie. Z tego maku potem mama piekła zawijane makowce. Pamiętam też łuskanie orzechów, które potem leżały na stole w miseczce.

Dzieci w czasie Adwentu budowały mały żłóbek dla Jezuska. Najczęściej było to jakieś pudełeczko, do którego wrzucały sianko, jedno źdźbło za każdy dobry uczynek. Zachęcała do tego babcia Józefka, która była pierwszą nauczycielką religii w moim domu. To ona opowiadała nam  o Bożym Narodzeniu. W kościele w latach 50. i do połowy lat 60., msze św. były odprawiane tyłem do wiernych, po łacinie i dzieci za dużo nie rozumiały z tego, co się dzieje w kościele.

Od wprowadzania w życie religijne były babcie. Babcia Ania – mama  naszego taty, która po śmierci dziadka spędzała u nas całe dnie,  czytała nam do snu opowieści ze Starego Testamentu, np. o stworzeniu świata czy o tym, jak bracia sprzedali Józefa do Egiptu. W grudniu nawiedzał  wszystkie domy w całej rozległej parafii w Ostrorogu, pan kościelny Ludwik Burdajewicz, który rozwoził rowerem opłatki zakupione gdzieś u sióstr w Poznaniu. Czekało się na pana kościelnego. Zawsze miał czerwony opłatek dla zwierząt i kolorowy dla dzieci.

Przed samymi świętami przychodzili do naszego domu wędkarze, którzy łowili ryby w dwóch jeziorach: Wielkim i Mormin i przynosili wiaderka pełne małych rybek, które potem mama i babcie patroszyły i smażyły.

Trzeba było też pamiętać o kartkach świątecznych. W czasach, kiedy telefon był rzadkością, list i kartka były dowodem pamięci. Wysyłało się ich kilkadziesiąt do krewnych i znajomych. I czekało się na kartki od nich. Potem leżały na stole w specjalnym koszyczku i były kilkakrotnie odczytywane.  Wspominano tych, którzy je nadesłali.

Przez cały adwent rodzice chodzili na próby chóru kościelnego. Podczas Pasterki chór zawsze śpiewał kolędy. My w tym czasie byliśmy w domu pod opieką babć. Kilka dni przed Wigilią ktoś przywoził nam choinkę z leśniczówki w Wielonku, albo kuzynowie z Wielonka wycinali drzewko w swoim lesie i nam podrzucali.

Jeszcze pół wieku temu żyło się w „budującej socjalizm Polsce” rytmem kalendarza kościelnego. Od 30 listopada do 24 grudnia był adwent – czas umartwienia, postu, rekolekcji, roratów, spowiedzi adwentowej. Przez cały adwent raczej wystrzegano się jadania smakołyków, co nie  było trudne, bo ich w sklepach, przynajmniej w Ostrorogu,  nie było. A ciast w adwencie się nie piekło. Choinkę ubierało się dopiero w Wigilię rano.  Nie wolno było wcześniej, bo przecież był adwent. Kolęd też nie wolno było śpiewać do Pasterki.

W Wigilię już od rana dzieci były podekscytowane. Tata osadzał choinkę w specjalnym stojaku, stawiał na stole w pokoiku najsłabiej ogrzewanym (żeby nie obleciała) i zaczynało się ubieranie. Na wierzchołku był błyszczący czubek. Potem bombki, cukierki zwane choinkowymi, które przed świętami pojawiały się w geesowskim sklepie. Niektórzy wieszali cukierki owijane w sreberko, pierniki, orzechy, jabłka, które na strychu w zimnie przechowywano. Obwieszano drzewko łańcuchami, włosami anielskimi, obrzucano watą, która „udawała śnieg” ale też była towarem deficytowym. Wisiały na choince „zimne ognie”, które tylko dorośli mogli, ku radości dzieci, zapalić. Na choince były „świeczki choinkowe”, mocowane na takich specjalnych „żabkach”. Oczywiście dzieci miały zakaz zapalania świeczek.  Tak w ogóle to zapalano je tylko na czas śpiewania kolęd. A kolędowaliśmy w naszym domu chętnie i często. Tata brał w ręce skrzypce i było granie i śpiewanie wszystkich kolęd po kolei.

Kiedy choinka już była gotowa, w dużym pokoju ustawiany był stół, pokryty obrusem wyhaftowanym w gwiazdki i bombki specjalnie na Boże Narodzenie. Z kredensu wydobywano odświętne naczynia. Dzieci, ubrane w świeże i czyste ubrania, cały czas biegały od okna do okna i sprawdzały, czy jest już gwiazda na niebie, czy jeszcze jej nie ma.

Tymczasem w kuchni mama i dwie babcie gotowały, piekły, smażyły. U nas w domu na wieczerzę była zupa rybna, grzybowa albo barszcz. Zawsze była smażona ryba, ryba w occie  i śledzie w śmietanie (kupione w sklepie z beczki, bardzo słone i długo moczone). Była też kapusta z grzybami i obowiązkowe makiełki, czyli moczona bułka z mlekiem i makiem na słodko. Na deser kompot z suszonych owoców, makowce, pierniki, placek drożdżowy. W Wielkopolsce jeszcze w latach 60. nikt nie jadł  pierogów na Wigilię ani uszek. Ten zwyczaj przyszedł  ze wschodniej Polski i się zadomowił w polskim wigilijnym menu, pewnie też dzięki telewizji. Ale do stołu można było zasiąść dopiero, jak dzieci wypatrzyły gwiazdę. Nie wcześniej, mimo iż głód doskwierał, wszak w Wigilię się pościło. Jadło się niewiele, pamiętam polewkę z maślanki, ziemniaki, chleb z masłem.

Wieczerza wigilijna zaczynała się od dzielenia opłatkiem. Potem była  modlitwa przed jedzeniem : Pobłogosław, Panie Boże, nas i te dary.…  Czytania Ewangelii św. Łukasza o Bożym Narodzeniu nie było. Dopiero  po Soborze Watykańskim II księża zaczęli do tego zachęcać. Biblia Tysiąclecia zaczęła być dostępna dla zwykłych ludzi dopiero po roku 1966.

Ponieważ w Wigilię wieczorem chodziły po naszym miasteczku Gwiazdory, pilnowaliśmy, żeby dobrze  zamknąć drzwi. Rodzice wpuszczali do domu tylko „zamówionego Gwiazdora”. Ten przychodził, odkąd tylko sięgam pamięcią. Między mną a moją najmłodszą siostrą jest 8 lat różnicy, więc Gwiazdor długo przychodził, a ja, nawet jak już wiedziałam, że to przebieraniec, zawsze czekałam na niego. Prezenty były niespodzianką.

Zawsze były piękne i bogate. Często zrobione przez rodziców. Najpiękniejszy był dom dla lalek z dachem i z mebelkami, potem były też same mebelki do sypialni z uszytą przez mamę pościelą i serwetkami, był wózek dla lalki zrobiony przez tatę (stolarza), były lalki w sukienkach uszytych przez mamę lub wydzierganych z wełny, były kuchenki, garnuszki, serwisy dla lalek, Mały doktor, były wspomniane już wyżej książki. Dla brata był wóz zrobiony przez tatę, samochód, potem kiedy podrósł, był „Mały inżynier” do konstruowania, którym bawiliśmy się wszyscy. Były klocki, budownictwo, zawsze jakaś gra planszowa, w którą grała cała rodzina. Pamiętam bierki, domino, szachy, chińczyka. A jak pewnego roku dostaliśmy rowerek, to jeździliśmy nim po mieszkaniu. Zawsze też były słodycze, gwiazdorki z cukru i z czekolady przywożone z poznańskich Delikatesów, były pomarańcze. Ale w dużej rodzinie obowiązywała  zasada częstowania wszystkich  i dopiero to, co zostało, można było zjeść. Trzeba też było dzielić się zabawkami.

Wracając do Gwiazdora (bo w Wielkopolsce św. Mikołaj 6 grudnia podrzucał do wyczyszczonych bucików słodycze i znikał), to  każde dziecko  przepytywał on z wierszyka, pacierza, śpiewania kolędy, a potem wręczał wszystkim prezenty i odchodził. A my siedzieliśmy pod choinką i bawiliśmy się. Śpiewaliśmy też kolędy i słuchaliśmy kolęd z Radia Wolna Europa, bo w Polskim Radiu kolęd nie było.

O północy rodzice szli na Pasterkę, śpiewali w chórze kościelnym św. Cecylii, w którym ja też w czasach licealnych śpiewałam. Jak już trochę podrosłam, może tak po I Komunii św., szłam na Pasterkę z nimi.  Młodsze rodzeństwo zostawało z babcią i dziadkiem w domu. Szliśmy z ulicy Wronieckiej pieszo po śniegu w kierunku kościoła. A od Dobrojewa, Binina, Oporowa też szli szosą ludzie. Było ich dużo. Kościół był pełen. Ksiądz święcił żłóbek, do którego mój tata robił w domu gwiazdę z napisem „Gloria in excelcis Deo”. Było uroczyście, chór śpiewał kolędy. Ludzie byli odświętnie ubrani, niektórzy w kożuchach, bo zimy były tęgie. Zawsze (prawie) był mróz i śnieg.

Potem wracało się do domu, gdzie już można było sobie podgryźć kiełbaski czy szyneczki, bo było po północy i post nie obowiązywał. My najchętniej jedliśmy ryby z octu, które uwielbialiśmy. Potem do łóżek. Rano śniadanie w pokoju przy stole i zabawa prezentami blisko choinki. Dopóki  nie umiałam czytać, zamęczałam babcię lub mamę, żeby mi czytały. Potem czytałam sama, czytałam też młodszym siostrom.

Pierwszy dzień świąt zwykle spędzało się w domu na leniuchowaniu. Obiadu się nie gotowało, były resztki po Wigilii wzbogacone mięsem, kiełbasą grzaną, bigosem, sałatką. Po południu obowiązkowo rodzice szli z nami do kościoła śpiewać kolędy przy żłóbku. Czasem tata wiózł nas na sankach. Potem znów się w domu grało w planszówki, czytało książki, bawiło. Telewizora nie  było. Pojawił się w naszym domu w 1963 roku, kiedy poszłam do liceum w Szamotułach. Ale nawet jak był już telewizor, to i tak program zaczynał się po południu i nie trwał długo. Dużo czasu spędzało się w rodzinnym gronie na rozmowach, rysowaniu, czytaniu, graniu w chińczyka albo w młynek.

W drugie święto kościół i spacer albo wyprawa na cmentarz, lub na lód (z łyżwami, które przyniósł Gwiazdor) na Jezioro Wielkie, albo na sanki (które zrobił tata pod choinkę) na Żydowską Górę albo na Zamek. W święta zwykle odwiedzały nas ciocie Stasia i Marcysia – siostry mojej babci Józefki. Z nami śpiewały kolędy, opowiadały o swoim dzieciństwie, kołysały na kolanach młodsze dzieci.

Jak przymknę oczy, to te obrazki z dzieciństwa przesuwają się jak kadry filmu. Widzę tatę, który przed świętami w warsztacie hebluje deski na domek dla lalek, mamę, która wraca z rynku z torbami pełnymi zakupów, babcię, która zarabia ciasto na pierniki, drugą babcię, która czyta bajki, dziadka, który siedzi przy radiu i nasłuchuje zagłuszanych wiadomości ze świata. A pod choinką przysiadło moje młodsze rodzeństwo. Kazik montuje jakiś dźwig, Dziunia gotuje lalkom obiad w maleńkich garnuszkach, Ela ogląda książeczkę, a najmłodsza Fredka przysypia u babci na kolanach.

Irena Kuczyńska

Boże Narodzenie 2017 r.


Z lewej: domek dla lalek zrobiony przez Ojca Ireny Kuczyńskiej w gwiazdkowym prezencie dla córki 64 lata temu. W środku były miniaturowe mebelki, także ręcznej roboty. Z prawej: sama Autorka z odnalezionym na strychu domkiem.

Szamotuły, 22.12.2017

Irena Kuczyńska z domu Leśna

Urodzona w Ostrorogu, absolwentka szamotulskiego liceum (1967).

Emerytowana nauczycielka języka rosyjskiego w pleszewskim liceum, dziennikarka, blogerka (http://irenakuczynska.pl/).

Boże Narodzenie w latach 50. i 60.2025-01-04T12:04:27+01:00

Wiąz przy kościele w Szamotułach

Wiązy króla Jana III Sobieskiego


Szamotulanie są przekonani, że wiązy rosnące jeszcze w latach 70. XX wieku przy kościele kolegiackim (dzisiejszej bazylice) osobiście sadził wracający spod Wiednia król Jan III Sobieski (w innej wersji podania jedynie odpoczywał w cieniu drzewa). Wiązy były trzy: Marysieńki, Sobieski i Rok 1683.

Najstarszy był ten pierwszy. Na fotografii powstałej  pomiędzy rokiem 1905 a 1918 określono go jako najpotężniejszy wiąz w Wielkopolsce (znajdującej się pod zaborem pruskim Prowincji Poznańskiej). Wiąz mierzył wtedy około 28 metrów wysokości i 9 metrów w obwodzie. Kolejne zdjęcie – z połowy lat trzydziestych XX wieku – przedstawia go w gorszym stanie. Jego korona nie jest już tak rozłożysta, konarów jest wyraźnie mniej. Nadal jednak jest to bardzo potężne drzewo. W latach 60. wiąz już umierał. Widać to na zdjęciu, które w tym czasie wykonał Jan Kulczak. Z ogromu drzewa pozostało niewiele, właściwie tylko złamany gruby pień. Wiąz choruje, całe partie pozbawione są już kory.

W 1956 roku wszystkie trzy wiązy zostały uznane za pomniki przyrody. W „Dzienniku Urzędowym” Wojewódzkiej Rady Narodowej w Poznaniu (1957 nr 3) odnotowano rozmiary Wiązu Marysieńki: wysokość pnia – 8 m, obwód na wys. ok. 150 cm – 760 cm. Wiąz Sobieski miał mieć obwód 600 cm, a Rok 1683 – 250 cm. Najdłużej przetrwał z nich właśnie najpotężniejszy Wiąz Marysieńki. Resztki tego drzewa, uzupełniane coraz nowymi betonowymi plombami, stały jeszcze do 1984 roku, przez kilka lat pod kościołem leżał już tylko fragment pnia.

Przez lata na Wiązie Marysieńki wisiała kapliczka Jezusa Frasobliwego. Drewnianą XVIII-wieczną rzeźbę widać na fotografii z połowy lat 60. Z czasem trafiła ona do Muzeum Archidiecezjalnego w Poznaniu.


Zdjęcia z połowy lat 60. – Jan Kulczak


Drzewo musiało być dla społeczności lokalnej szczególnie ważne, gdyż pojawia się w jeszcze jednym podaniu, tym razem nie mającym już związku z osobą króla Jana III Sobieskiego.  Łukasz Bernady spisał je w takiej wersji:

Krwawiący wiąz

Wiąz stał przy furcie wychodzącej w stronę cmentarza. Drzewo sprawiało kłopot, bo przeszkadzało procesjom i konduktom pogrzebowym w swobodnym przesuwaniu się ku bramie cmentarnej. Zdarzyło się kiedyś, że proboszcz szamotulski chciał temu zaradzić. Rozkazał więc ściąć drzewo. Kilku drwali wzięło się zaraz do roboty, ale jakież było ich zdziwienie, gdy uderzenia ostrą siekierą nie uczyniły drzewu żadnego uszczerbku. Nawet piła użyta do dalszej pracy wnet się złamała. Natomiast ze skaleczenia na korze popłynęła obficie krew. Widząc, co się stało, proboszcz natychmiast rozkazał prace wstrzymać Polecił też starannie zawinąć ranę, żeby szybko się zgoiła. Uznał, że to znak, iż drzewo ma tu pozostać. Całe zdarzenie niebawem puszczono w niepamięć. Nowy proboszcz powrócił do dawnego planu. Kiedy jednak znów przystąpiono do ścinania, krew z wiązu popłynęła tak obficie, że trudno było ją zatamować. Dopiero wtedy porzucono na zawsze myśl usunięcia drzewa. Wdzięczne za ocalenie rozrosło się do potężnych rozmiarów. Wieść gminna głosi, że ostatni strumień krwawych łez wypłynął z wiązu zaraz po trzecim rozbiorze Polski. Miejsca zaś owych nacięć sprzed wieków były ponoć widoczne do czasu, gdy drzewo rozsypało się ze starości.



Zdjęcia Marian Różański, 1971 r.


Postać króla Jana III Sobieskiego nie tylko pojawia się w przekazywanych z pokolenia na pokolenie podaniach. Władcy poświęcono także tablicę, którą w nawie południowej kościoła (nawie Matki Bożej) umieszczono z okazji 200. rocznicy odsieczy wiedeńskiej. Słowa o „królu polskim”, który „ratuje Niemcy i chrześcijaństwo” trzeba czytać, pamiętając, że napisano je w okresie po zjednoczeniu Niemiec, za panowania Żelaznego Kanclerza Ottona von Bismarcka.


Z lewej: zdjęcie tablicy, autor: Ireneusz Walerjańczyk. W środku: Chrystus Frasobliwy z kapliczki na wiązie. Z prawej: XVI-wieczny Chrystus Bolesny, w depozycie Muzeum – Zamku Górków. Rzeźba ta znajdowała się nad wejściem do kruchty kościoła; zdaniem niektórych wcześniej umieszczona była na jednym z wiązów. Zdjęcia z książki Skarby kościołów dekanatu szamotulskiego, Szamotuły 2005.


Obraz Szamotuł Pani pod Wiedniem

Z odsieczą wiedeńską jest związane jeszcze jedno z szamotulskich podań. Znów cytujemy je w opracowaniu Łukasza Bernadego:

Opowiadają, że XVII-wieczny dziedzic Szamotuł, podkomorzy wschowski Jan Eliasz Łącki, wyruszył wraz z polskim wojskiem pod dowództwem króla Jana III Sobieskiego na wyprawę wiedeńską. Podkomorzy darzył wielką czcią wizerunek Matki Bożej Pocieszenia Szamotuł Pani, dlatego zabrał go ze sobą, aby Maryja przyniosła zwycięstwo wojskom chrześcijan stającym przeciw potędze tureckiej.

Gdy się o tym król dowiedział, natychmiast kazał umieścić obraz w ołtarzu obozowym. Wieść głosi, że przed walną bitwą, 12 września 1683 roku, właśnie przed owym wizerunkiem, umieszczonym w ołtarzu polowym w zrujnowanej kaplicy spalonego klasztoru kamedułów, odbyła się solenna msza święta. Odprawił ją delegat papieski, kapucyn, ojciec Marek z Aviano, a do mszy z pokorą służył sam polski władca.

Po odniesionym zwycięstwie, gdy wyroki boskie się wypełniły, obraz cudowny odesłano z powrotem do Szamotuł. Król podarował też kolegiacie ów ołtarz obozowy, w którym jaśniał wizerunek Królowej Niebios. Jeszcze przed II wojną światową był on przechowywany w Szamotułach.

Do tej opowieści nawiązuje jedna ze zwrotek pieśni rozpoczynającej się od słów Witaj śliczna i dziedziczna, śpiewanej w czasie nabożeństwa nowennowego przy obrazie Szamotuł Pani. Na jej motywie Feliks Nowowiejski skomponował Motet o Najświętszej Pannie z Szamotuł ‒ dzieło wokalno-muzyczne na chór mieszany, sopran solo i organy, którego prawykonanie odbyło się w 1938 roku. Ten sam motyw muzyczny wygrywają też zamontowane w dzwonnicy szamotulskie kuranty, które po raz pierwszy zostały uruchomione w końcu 1930 roku, po dziesięciu latach zostały skradzione w czasie wojny przez Niemców, którzy przetopili wszystkie dzwony, a na nowo zabrzmiały dopiero w 2008 roku. Oto wspomniany fragment pieśni:

Ty na wojnie dajesz hojnie zwycięstwa znaki,
Król Jan Trzeci śmiało leci z Turkiem w ataki;
Szczęśliwie z nim wojuje,
Z wygranej tryumfuje,
Kiedy Ciebie w tej potrzebie
Na pomoc bierze.


Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 20.12.2017 r.


Bibliografia:

Łukasz Bernady, Królewna na dnie studni. Podania, opowieści, baśnie i legendy ludowe z powiatu szamotulskiego, Szamotuły 2010.

Źródła podań: 

Krwawiący wiąz: Knoop, Die blutende Pappel, „Rogasener Familienblatt” 1911, nr 22, s. 88; [I.S.], Krwawiący wiąz, „Z Grodu Halszki” 1931, nr 3, s. 29–30.

Wiązy króla Jana III Sobieskiego: Eugeniusz Preuss, Drzewa moje ojczyste. Opowiadania i legendy, „Tydzień. Pismo dla Rodzin Polskich. Dodatek Niedzielny do «Gazety Szamotulskiej»” 1938, nr 17, s. 2.

Obraz Szamotuł Pani pod Wiedniem: [NN], Jan Sobieski a Szamotuły, „Z Grodu Halszki”, 1933, nr 4, s. 4.

Wiąz Marysieńki – zdjęcie powstało po 1905, a przed 1918 rokiem. Źródło: Fotopolska

Ok. 1925 r. Zdjęcie z aukcji internetowej

Lata 30. XX w. Zdjęcie z aukcji internetowej

Ok. 1935 roku. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe


W czasie remontu kościoła, 1979-1980


Zenon Tomasz Pohl
STARY WIĄZ

Przetrwałeś burze, przetrwałeś dnie,
lata, wieki. Przeżyłeś młodość,
a dzisiaj ogołoconym pniem
z liści pleciesz legendy. Ludziom
na ustach słowa układasz snem,
śpiewasz, śpiewasz jak bukom buki
i dębom dęby. Wiatr twoją pieśń
niesie spod Kolegiaty hen,
przez pola w zielone łąki…

I mówią, że tą modlitwą Ty
się oparłeś najtęższym wichrom,
że krwią spłynąłeś jak płyną łzy
‒ krople deszczu jesienną porą.
Spłynąłeś skargą na ostrza pił,
Aby śpiewać legendy. ‒ Dzisiaj
Królewskim swym majestatem Ty,
jak sam król Jan Sobieski – trwasz,
liczysz pokoleniom koleje życia.

Przetrwałeś burze, przetrwałeś dnie,
lata, wieki. Przeżyłeś klęski, wzloty,
a dzisiaj ogołoconym pniem
z liści, wszystkich przechodniów oczy
zapalasz iskrą, jeszcze kto wie,
jakie myśli najskrytsze budzisz, bo objąć ramieniem Cię
nie mogę, ani przetrwać.


Marian Schwartz, Wiąz przy Kolegiacie szamotulskiej, tusz, 1996


Agnieszka Krygier-Łączkowska

Od urodzenia związana z Szamotułami. Polonistka (jak mama) i regionalist(k)a (jak tata).

Dr nauk humanistycznych, redaktor i popularyzator nauki. Prezes Stowarzyszenia WOLNA GRUPA TWÓRCZA, wiceprezes Szamotulskiego Stowarzyszenia Charytatywnego POMOC.

Wiąz przy kościele w Szamotułach2025-09-08T22:40:40+02:00

Madalińscy – przedwojenni właściciele majątku Kluczewo koło Ostroroga

Madalińscy – przedwojenni właściciele Kluczewa


Stare zdjęcia publikowane na profilu Ostroróg na kartach historii na portalu społecznościowym inspirują do poszukiwania informacji o miejscach i ludziach, które się na nich znajdują. Tak było w przypadku wsi Kluczewo, której ostatnimi właścicielami byli Izabela z Karłowskich i Józef Madalińscy.

Izabela (1887-1973) z Karłowskich i Józef (1880-1945) Madalińscy z dziećmi: Józefem (0k. 1911-1942), Wandą (1913-1975), Izabelą (1915-1991) i Aleksandrem (1921-1989)  na werandzie dworku w Chłapowie


Członkinie Koła Włościanek z ks. dr. Włodzimierzem Sypniewskim i Izabelą Madalińską, 1928 r.

To pani Izabela, ostatnia dziedziczka Kluczewa, znajduje się na zamieszczonych obok zdjęciach ostrorogskiego koła Związku Włościanek Polskich, którego była prezeską. To jej podpis można odnaleźć na legitymacji członkowskiej z lat 1937-38.

Madalińskimi zainteresował się Michał Dachtera ‒ administrator profilu Ostroróg na kartach historii. To Michał dotarł do Leszka Umińskiego, spokrewnionego z rodziną ostatnich dziedziców Kluczewa. To od niego uzyskał informację o tym, że w majątku Madalińskich latem 1938 roku odbywały się manewry 7 Pułku Strzelców Konnych Wielkopolskich. Jeszcze żyją w Ostrorogu ludzie, którzy pamiętają nie tylko owe manewry, ale też rodzinę Madalińskich.

Izabela i Józef kupili Kluczewo w 1926 roku od Hektora Kwileckiego z Oporowa. Pani Izabela pochodziła z Karłowskich z Mystek herbu Prawdzic. Jej małżonek, Józef herbu Larysza, urodził się w Dębiczu koło Środy Wielkopolskiej. Najpierw Józef Madaliński dzierżawił od Stefana Chłapowskiego majątek wraz z pałacem we wsi Chłapowo w powiecie średzkim. Ponieważ właściciel postanowił sprzedać Chłapowo, Madalińscy z czworgiem dzieci: Józefem, Wandą, Izabelą i Aleksandrem przenieśli się do Kluczewa.


Rodzina Madalińskich w Kluczewie, 1936 r. Od lewej: Józef (ojciec), N.N., Izabela (matka) i dzieci: Wanda, Aleksander i Izabela


Rodzina zamieszkała w niewielkim dworku otoczonym parkiem i ogrodem, po którym dziś nie ma śladu. Madaliński chyba znał się na gospodarce. Po trzech latach miał podwoić zbiory. W 1929 roku w majątku zatrudniano 38 ordynariuszy, 60 pracowników zaciągu, 20 robotników dochodzących stale i 50 sezonowo na czas większych robót. Gospodarstwo liczyło 618 ha, z czego ziemi ornej było 533 ha. Pola obsiewano pszenicą, żytem, ziemniakami i burakami cukrowymi. W 1929 roku w stajniach kluczewskich stały 52 konie i 15 źrebaków, w oborach 42 krowy, 40 jałówek, 20 cieląt i 2 byki. Świń nie było. Zostały wybite z powodu pomoru. Kluczewskie krowy dziennie dawały około 550 litrów mleka. Ziemię obrabiano nie tylko końmi. Był  już w Kluczewie traktor Deering z przyczepkami i dwa garnitury młocarniane.

Konie były używane też pod siodło. W Szamotułach do dziś pamiętają, że pan Madaliński przyjeżdżał konno do miasta. Ba, czasem nawet wjeżdżał na wierzchowcu do sklepu. Taką miał fantazję. Także jego córki Wanda i Izabela jeździły konno. Pamięta to moja Mama Irena, która w Kluczewie miała babcię i dziadka oraz ciocię i czasem u nich bywała. A córki dziedzica jeżdżące na koniach widziała także w Ostrorogu.

Madalińscy przyjeżdżali też do kościoła w Ostrorogu, gdzie mieli swoją ławkę. Teraz stoi ona pod ścianą niedaleko konfesjonału. W ławkach kolatorskich z boku ołtarza siadali Kwileccy z Oporowa i z Dobrojewa.

W pamięci mieszkańców Kluczewa i okolic bardzo pozytywnie zapisała się pani Madalińska. Była przewodniczącą Koła Włościanek, była też chrzestną sztandaru Koła Śpiewackiego św. Cecylii w Ostrorogu. Uroczystość odbyła się 5 lutego 1933 roku. Jej małżonek oraz starszy syn Józef należeli do Primislavii – elitarnej organizacji zrzeszającej młodzież akademicką wyższych klas społecznych, zazwyczaj pochodzenia ziemiańskiego.


Rodzina Madalińskich z oficerami 7 Pułku Strzelców Konnych Wielkopolskich przed wejściem do dworu w Kluczewie, sierpień 1938 r. Od lewej: ppor. Czesław Sibilski, por. Mieczysław Moszczeński, Izabela i Józef Madalińscy, por. Orłowski, Wanda Madalińska, w 2. rzędzie: ppor. Ratajczak, pchor. Krzymowski, Aleksander Madaliński, Włodzimierz Jabłoński, pchor. Wybranowski


W lecie 1938 roku do majątku Madalińskich zjechali żołnierze 7 Pułku Strzelców Konnych Wielkopolskich, który stacjonował w Biedrusku. Odbyły się manewry i zawody z udziałem wybitnych jeźdźców, m.in. por. Mieczysława Moszczeńskiego. Odbyły parady, msza św. polowa w Karolewie, śniadanie w Szczepankowie i piknik nad Jeziorem Mormin w Wielonku. Wszystko to obrazują zdjęcia z portalu dobroni.pl.

Po manewrach gospodarze otrzymali podziękowanie tej treści: Przezacnym i Kochanym Państwu Madalińskim dziękujemy za szczerą i serdeczną gościnność tak rzadko dziś spotykaną, a jakiej doznaliśmy w Kluczewie podczas manewrów, podpisane przez najważniejszych dowódców. W Ostrorogu się mówiło, że mieszkaniec Kluczewskich Hubów ‒ Burał też uczestniczył w tych manewrach jako żołnierz służący w kawalerii.

Rok później wybuchła wojna. We wrześniu 1939 roku najstarszy syn Madalińskich, Józef, poszedł na wojnę. Zginął, zastrzelony przez Niemców, w 1942 roku. Rodzice z pozostałymi dziećmi zostali wysiedleni do Częstochowy, gdzie w kwietniu 1945 roku Józef Madaliński zmarł na raka krtani.


Izabela Madalińska po wojnie w Szamotułach


Pani Madalińska z córkami przyjechała do Szamotuł. Zamieszkały u zaprzyjaźnionej rodziny państwa Figlarzów. Żyły skromnie, pracowały na poczcie, w administracji w młynach, w biurze parafialnym. Po wojnie prochy ojca sprowadziły do Szamotuł. Na cmentarzu parafialnym jest rodzinny grób, gdzie spoczęła też Izabela Madalińska, która zmarła w 1973 roku, oraz obie córki: Wanda, która odeszła dwa lata później, i Izabela, która przeżyła wszystkich. Odeszła w roku 1991.

Dwa lata wcześniej zmarł ostatni z Madalińskich ‒ Aleksander. Po wojnie zamieszkał w Warszawie, był prywatnym przedsiębiorcą. Z Krystyną z domu Drecką miał dwie córki:  Annę Żychlińską i Katarzynę Golińską, która zmarła 6 lat temu. W Warszawie mieszka troje wnucząt Aleksandra: Aleksandra Żychlińska, Marianna Puciło i Jan Goliński oraz niedawno urodzony prawnuk Stefan Puciło. Niestety, ta linia Madalińskich wygasła na Aleksandrze.

Irena Kuczyńska

Współpraca Michał Dachtera i Agnieszka Krygier-Łączkowska

Pleszew – Szamotuły, 17.12.2017 r.


Kluczewo na mapie z 1940 r.

Członkinie Koła Włościanek z Izabelą Madalińską, 1930 r.

Legitymacja z podpisem Izabeli Madalińskiej

Spotkanie rodzinne. Na schodach dworu w Mystkach (obecnie gmina Nekla, powiat wrzesiński)

Wanda, Józef, Aleksander, Izabela Madalińscy i N.N.

Kluczewo, 1936 r. Siedzą: Adam Szczawiński, Hania Chełmicka, Izabela Madalińska, Stanisława Chełmicka, stoją: Aleksander Madaliński, Stanisław Kordyl

Podpis pod zdjęciem w albumie rodzinnym: „Wanda [Madalińska] na najukochańszej [klaczy], trzymając najdroższego [psa]”

W Kluczewie. Aleksander Madaliński z kuzynkami Aleksandrą i Hanną Chełmickimi

Kluczewo, 1934 r. Wizyta Kwileckich-Pugetów z Dobrojewa i Mańkowskich z Rudek

Zdjęcia z Kluczewa – archiwum Leszka Umińskiego (http://www.uminski.name)


Manewry 7 Pułku Strzelców Konnych Wielkopolskich, sierpień 1938 r.:

Pułkownik Włodzimierz Kownacki, wówczas dowódca 7 Pułku Strzelców Konnych Wielkopolskich, i dwie Izabele Madalińskie

Wanda Madalińska i porucznik Moszczeński karmią konie: Beduin, Czekan i Etyl

Por. Moszczeński, Włodek Jabłoński, Olek i Wanda Madaliński, por. Orłowski, Józefek [?], ppor. Sibilski, por. Bűlow

W tle dobrze widoczne zabudowania folwarku Kluczewo

Ołtarz do mszy polowej w Karolewie

Podziękowanie za manewry


Dom w Kluczewie – wygląd współczesny

Zdjęcia Anita Jaworska

Irena Kuczyńska z domu Leśna

Urodzona w Ostrorogu, absolwentka szamotulskiego liceum (1967).

Emerytowana nauczycielka języka rosyjskiego w pleszewskim liceum, dziennikarka, blogerka (http://irenakuczynska.pl/).

Madalińscy – przedwojenni właściciele majątku Kluczewo koło Ostroroga2025-09-09T20:22:53+02:00

Wspomnienie o Elwirze Dobkowiczowej

„Rozważna” wspomina „Romantyczną”.

Ewa Krygier (z domu Budzyńska) o Elwirze Dobkowiczowej

Elwira Dobkowiczowa 

polonistka szamotulskiego liceum w latach 1955-1971


Na przełomie stycznia i lutego 2017 roku w szamotulskiej prasie ukazały się nekrologi poświęcone „Pani Profesor Elwirze Dobkowiczowej”, napisane przez Jej byłych wychowanków. W jednym z nich czytamy: „nasza przewodniczka po literaturze polskiej i światowej, wspaniała i niezapomniana nauczycielka żywego słowa”. Kim była Elwira Dobkowiczowa, że po tylu latach budzi jeszcze tak żywe, gorące emocje?

Poznałam Ją w 1955 r., gdy obie rozpoczynałyśmy pracę w szamotulskim liceum jako polonistki. Ona miała już za sobą kilka lat doświadczeń, ja dopiero startowałam w tym zawodzie. Zapamiętałam Ją jako moją nieocenioną „mentorkę”: zawsze mogłam na Nią liczyć, dopuściła mnie do swojego polonistycznego warsztatu, razem (pod Jej kierunkiem) układałyśmy programy nauczania, wymyślałyśmy pisemne tematy egzaminów próbnych i tematy ustne egzaminów maturalnych. Była dla mnie wzorem nauczyciela, który nie żąda od uczniów tego, czego nie wymaga od samego siebie.

Znajdowałyśmy zawsze wspólny język, chociaż diametralnie różniły nas usposobienia: upraszczając można powiedzieć, że Ona byłą „romantyczką”, ja „realistką”. Elwira chętnie przygotowywała uczniów do konkursów recytatorskich. Byłam świadkiem jednej takiej próby. Z Irką Karpińską wspólnie opracowywały jakiś tekst, a Elwira razem ze swoją uczennicą bardzo go przeżywała. Omawiając utwory literackie, potrafiła się autentycznie wzruszyć. Raz w czasie przerwy powiedziała mi, że popłakała się w czasie omawiania Trenów Kochanowskiego. Mnie tego rodzaju emocje na lekcji były raczej obce. Kiedyś jeden z wychowanków powiedział mi, że nauczyłam go krytycznego i rzeczowego spojrzenia na literaturę.

Elwira Dobkowiczowa była ode mnie trochę starsza, ale podobnie jak ja była „dzieckiem wojny”. Czasy, w których się spotkałyśmy, były trudne i skomplikowane – niewiele mówiło się wtedy o swojej przeszłości, bo mogło to nam lub komuś zaszkodzić. Początkowo wiedziałam tylko, że Elwira jest tzw. „repatriantką”. Zdradzała Ją też wymowa. Bardzo lubiłam Jej lekki, wschodni „zaśpiew”, inaczej wymawiała „h” (dźwięczne) i „ch” (bezdźwięczne). Co bystrzejsi uczniowie w czasie dyktanda z łatwością mogli wyłapać, jak napisać słowa brzmiące pozornie identycznie, jak „hart” (ducha) i „chart” (rasa psa). Dopiero niedawno (dzięki uprzejmości Dyrekcji szkoły) dotarłam do Jej własnoręcznie napisanych życiorysów.


Elwira Dobkowicz (siedzi 5. od prawej) z gronem profesorskim i uczniami z rocznika maturalnego 1957


Elwira Dobkowiczowa, z domu Markowska, urodziła się w 1929 r. w Prozorokach na Wileńszczyźnie. Ojciec był stolarzem, później również właścicielem małego gospodarstwa, matka zmarła w 1931 r., gdy Ona miała niecałe 2 lata, a Jej starsza siostra Sławka zaledwie 4. Wychowaniem córek zajmował się ojciec, początkowo przy pomocy babci. Do Sześcioklasowej Szkoły Powszechnej w Zadorożu Elwira zaczęła chodzić w 1936 r. Do wybuchu II wojny światowej ukończyła 4 klasy, klasę 5 i 6 – w tym samym budynku, ale już w szkole sowieckiej. W czasie okupacji niemieckiej przerwała naukę. W 1944 r. zmarł nagle ojciec, pozostawiając córki, jak pisze Elwira, „bez środków do życia, na łasce rodziny”. Rok po śmierci ojca, w czerwcu 1945 r., same dziewczyny (16-latka i 18-latka) opuściły ziemię rodzinną. W ramach „repatriacji” zostały przesiedlone do Poznania. Początkowo korzystały z pomocy tzw. „PUR-u” (Państwowy Urząd Repatriacyjny). Siostra ukończyła kurs pielęgniarski i podjęła pracę zawodową. Elwira dorabiała jako „pomoc domowa”, równocześnie uczęszczała na kursy wieczorowe Szkoły dla Dorosłych i Młodocianych przy ul. Berwińskiego. W czerwcu 1946 r., po zdaniu „egzaminu specjalnego”, otrzymała świadectwo ukończenia „siedmiu klas szkoły podstawowej”. Następnie przeniosła się do ciotki na Ziemie Zachodnie i „natychmiast” (jak sama pisze) podjęła naukę w Liceum Pedagogicznym w Sulechowie. Zamieszkała w internacie szkoły – korzystała ze stypendium i finansowej pomocy siostry. W czerwcu 1950 r. zdała egzamin dojrzałości, a we wrześniu podjęła pracę w charakterze nauczycielki języka polskiego w Liceum Pedagogicznym Towarzystwa Przyjaciół Dzieci w Gorzowie Wlkp. W 1951 r. ukończyła Kurs Przygotowania Zawodowego w Krakowie. Naukę kontynuowała w zaocznym 2-letnim studium języka polskiego w Państwowej Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie, w 1954 r. zdała egzamin dyplomowy. W 1953 r. wyszła za mąż za Mariana Dobkowicza, a w 1955 r. wraz z mężem i maleńkim Sławkiem przeniosła się do Szamotuł, gdzie podjęła pracę w Państwowym Liceum Ogólnokształcącym. Jej mąż pełnił kilka ważnych funkcji w ówczesnych władzach lokalnych. Krótko po osiedleniu się w Szamotułach urodziła się córka Bożenka. Mimo nawału pracy w szkole, w domu (urlop macierzyński trwał wtedy tylko 3 miesiące!), z godnym podziwu uporem i samozaparciem kontynuowała zaoczne studia polonistyczne w PWSP w Krakowie i z pełnym sukcesem je ukończyła. W 1971 r. Elwira Dobkowiczowa z całą rodziną opuściła Szamotuły: mąż podjął pracę w Poznaniu, Ona pracowała w jednej z poznańskich szkół średnich, a po awansie męża – w warszawskim ogólniaku, z którego przeszła na emeryturę. Zmarła w Warszawie 24 stycznia 2017 r.

Kiedy w późniejszych latach spotykałam się z Nią, zawsze podkreślała, że „szamotulski okres” był dla niej szczególnie ważny. Świadczą o tym również Jej serdeczne kontakty, utrzymywane do końca życia, z byłymi wychowankami, które z czasem traktowała jak swoje przyjaciółki.

W czym tkwił fenomen Elwiry Dobkowiczowej jako człowieka, koleżanki, nauczycielki? Na Jej życie złożyły się rodzinne tragedie, trudności, z którymi zmagała się przez wiele lat. Była mądrą, oczytaną kobietą, choć Jej droga do ukończenia studiów była wyjątkowo wyboista. Jej zmaganie się z losem nie zostawiło na Niej śladów zgorzknienia, nieufności. Była otwarta na ludzi, ogromnie życzliwa. Nigdy nie chciała, by traktowano Ją jako żonę „wpływowego” męża. Uważała, że na szacunek trzeba sobie samemu zapracować. Wspomnienia Jej uczniów są pełne ciepła i serdeczności. W sposób szczególnie trafny pisała o swojej Pani Profesor Maria Poniatowska-Bernady („Z Grodu Halszki” nr 7/2006): „Od pierwszej lekcji wzbudziła w nas szacunek, a jednocześnie nie było w naszym stosunku do Niej żadnego elementu strachu (…), ale przez cały długoletni okres nauczania w naszej klasie nikt nigdy nie naruszył tej «cienkiej czerwonej linii», za którą jest niezdrowa poufałość.”

Ewa Krygierowa

Szamotuły, kwiecień 2017 r.

Pierwszy rocznik maturalny, który uczyły Elwira Dobkowicz i Ewa Budzyńska, 1966 r.


Fragment zdjęcia: Ewa Budzyńska (później Krygier), dyrektor liceum Stefan Pawela i Elwira Dobkowiczowa, 1956 r.


Rocznik maturalny z 1958 r.


Elwira Dobkowicz i Ewa Budzyńska – fragment zdjęcia z 1958 r.


Komers (uroczyste spotkanie na koniec szkoły), 1958 r. Od lewej Aldona Grabarczyk, Ewa Budzyńska, Elwira Dobkowicz i Konrad Roszczak


Marian Wawrzyniak, Ewa Budzyńska, Elwira Dobkowicz, Danuta Sommer, Jadwiga Skoracka, 1. połowa lat 60.

Ewa Krygier z domu Budzyńska – w Szamotułach miała spędzić kilka tygodni 1945 roku, tragedia rodzinna zdecydowała, że została tu na całe życie. Żałuje, że nie została nauczycielką matematyki, bo wtedy miałaby więcej czasu na czytanie książek.

Ponad 40 lat uczyła języka polskiego w szamotulskim Liceum Ogólnokształcącym.

Wspomnienie o Elwirze Dobkowiczowej2025-08-20T19:05:06+02:00

Zbigniew Klatkiewicz

Z Oporowa do dywizjonu 300 i z powrotem w rodzinne strony, aby … umrzeć

Dzisiaj zapraszam do poznania wojennych losów sierż. pil. Zbigniewa Klatkiewicza, urodzonego w Oporowie (gm. Ostroróg), członka Dywizjonu 300 ‒ pierwszego polskiego oddziału lotnictwa bombowego w siłach powietrznych Wielkiej Brytanii.

Grudzień 1938 r. – Zbyszek Klatkiewicz na pierwszym urlopie


O swoim wuju, bracie mamy Jadwigi, opowiedziała mi Anna Sibilska ‒ żona Stanisława Sibilskiego, mojego kolegi z czasów podstawówki i szamotulskiego liceum. To Ania ze Stasiem zaprosili mnie do swojego domu w Ostrorogu i snuli opowieść o wujku Zbyszku, który od dziecka marzył o lotnictwie, a kiedy jego marzenia zaczęły się spełniać, wybuchła II wojna światowa i rodzina straciła go z oczu.

Do 1947 roku ani rodzice ‒ Marta i Marcin Klatkiewiczowie, którzy od 1918 roku mieszkali i pracowali w majątku Kwileckich w Oporowie, gdzie w 1922 roku przyszedł na świat ich najmłodszy syn Zbigniew, ani rodzeństwo nie mieli o nim żadnych wiadomości. Nawet pośrednictwo Polskiego Czerwonego Krzyża nie pomogło.

Dopiero w 1947 roku zaczęły do siostry Zofii przychodzić listy z zagranicznymi znaczkami na kopertach. Okazało się, że Zbigniew Klatkiewicz, który po zakończeniu wojny osiadł w Wielkiej Brytanii, też szukał rodziny w Polsce. „Nie miałem już dużo nadziei, że kogoś odnajdę, gdy nie miałem odpowiedzi na moje poprzednie listy” ‒ napisał 4 lutego 1947 roku do siostry Zofii. Zapewniał, że bardzo się martwił o swoich bliskich, podkreślał, że chętnie by w czasie wojny wysłał im z Francji paczki, ale „wszyscy tutaj mówili, że tych, co mają kogoś za granicą, niemcy (pisownia oryginalna) wywożą do obozów”. Dalej tłumaczył, że kiedy wojna się skończyła, pisał do Oporowa, wysłał kilka paczek w nadziei, że coś dojdzie, ale widać nie doszło. Nie dostał też żadnej odpowiedzi z PCK. „Myślałem, że niemcy ewakuowali większość z poznańskiego (‒). Ale Bóg dał, że jesteśmy wszyscy zdrowi i cali” ‒ pisał do Zofii i Mariana.

W liście z 14 marca 1947 roku opisał swoje wojenne losy, począwszy od 1 września 1939 roku, kiedy to, jako uczeń Szkoły Podoficerów Lotnictwa dla Małoletnich w Świeciu, przebywał na szkoleniu w Moderówce na Podkarpaciu.

1 września 1939 roku, o 6 rano byliśmy właśnie na gimnastyce i nikt o wojnie nie wiedział, nadleciało 27 samolotów i dawaj po nas z karabinów. Zginęło wtedy 32 kolegów i na domiar złego spalili nam wszystkie maszyny” ‒ pisał w liście do siostry Zbigniew Klatkiewicz.

O ataku na lotnisko w Moderówce pisze też Stanisław Fryc w książce Z dziejów lotniska w Krośnie 1927-1945 (wyd. Krosno-Jasło 1994). „Gdy nadleciały trzy klucze niemieckich maszyn typu Do-17F, mieszkańcy Moderówki wyszli na drogę i jak urzeczeni wpatrywali się w samoloty. Dopiero gdy zniżyły lot, pokazując czarne krzyże, ludzie zrozumieli, że to wojna i zaczęli się chować, gdzie kto mógł” ‒ napisał Stanisław Fryc.

Lotnisko w Moderówce nie było przygotowane do obrony, jedynym schronieniem był źle zamaskowany i doskonale widoczny z góry rów przeciwodłamkowy. Gdy niemieckie samoloty znalazły się nad polem wzlotów, uczniowie stojący w dwuszeregu na zbiórce, nie zareagowali. Zszokowani widokiem samolotów, stali bez ruchu w dwuszeregu, spoglądali w niebo, „gapiąc się na niemieckie maszyny”. Te zniżyły się do wysokości 100 metrów i skierowały na namioty, samoloty i uczniów…, którzy wciąż stali w dwuszeregu. Z odrętwienia miał ich wyrwać plut. pil. Jan Zawadzki, który krzyczał, żeby uciekali do rowu przeciwlotniczego. Wtedy rozpoczął się atak, kule dudniły po płycie lotniska, trafiały w namioty. W tym czasie pociski dosięgły rowu przeciwlotniczego, gdzie schronili się uczniowie. Byli zabici i ranni. Spłonął sprzęt i paliwo. Tyle relacji Stanisława Fryca.

Zbigniew Klatkiewicz przeżył atak lotniczy. Z listu wynika, że do 5 września siedział w Moderówce, a „oni tak raz albo dwa razy dziennie nas tam odwiedzali”. 5 września 1939 roku, w pełnym oporządzeniu, uczniowie SPLdM wyruszyli z Moderówki w kierunku Rzeszowa na Warszawę, ale po drodze skierowano ich na Łuck, a stąd do Śniatynia, gdzie przebiegała przedwojenna granica Polski z Rumunią.

17 września ‒ jak wynika z listu ‒ młodzi adepci lotnictwa, w tym siedemnastoletni mieszkaniec Oporowa, przekroczyli granicę z Rumunią, gdzie wszyscy zostali internowani. Zbigniew Klatkiewicz pisze, że koledzy natychmiast zaczęli uciekać z obozów. On zachorował na dezynterię, po wyleczeniu wystarał się o paszport na inne nazwisko i uciekł trochę później.

Najpierw dotarł do Syrii, a stamtąd do Francji. Tam służył trochę w lotnictwie, ale nie będąc całkiem wyszkolonym, musiał iść na osłonę odwrotu jako piechur. „Było ciężko, ale jakoś wytrzymałem” ‒ pisał do siostry i szwagra w 1947 roku. Z całej swojej wojennej tułaczki najgorzej wspominał właśnie pobyt we Francji, gdzie „Polaków wsadzili do obozu razem z Hiszpanami, tylko przedzielili na pół, bo miejsca nie było”. Po 6 tygodniach przenieśli Polaków do Lyonu, gdzie czekali na dalsze instrukcje pilotażu. Jednak to wszystko szło powoli, a że „szwaby dawały się ostro we znaki”, Francuzi wysłali Polaków na front jako „piechotę z karabinami z epoki napoleońskiej i dziesięcioma nabojami”.

Dopiero później Zbigniew Klatkiewicz zdobył ‒ jak pisze ‒ „porządny karabin po jakimś niemcu”. Cofali się przez cały czas w kierunku Tuluzy, gdzie „wyrzucił wszystko, co miał. Zostawił tylko karabin, chlebak i ładownicę”. Spod Tuluzy Polacy zostali przegonieni nad Morze Śródziemne. Mieli nadzieję, że na jakiś okręt wsiądą, ale się nie udało. Trzeba było ruszyć w powrotną drogę przez Pireneje nad Atlantyk, gdzie Zbigniewowi ‒ jak pisze ‒ „udało się wkręcić na przedostatni okręt z Francji do Afryki”.

Niemcy próbowali przechwycić jednostkę przy użyciu okrętów podwodnych i samolotów, ale po 10 dniach żeglugi, udało się dopłynąć do Afryki (był rok 1941). Stamtąd Zbigniew Klatkiewicz przedostał się do Anglii, gdzie rozpoczął szkolenie na pilota, które ukończył w maju 1942 roku. Praktykę w lataniu odbył na Stacji RAF Henlow. Szkolenie bojowe miał w Jednostce Szkolenia Bojowego na Stacji RAF Finnigley od maja do sierpnia 1943 roku. Wówczas został wcielony do dywizjonu bombowego 300.

Miałem dużo szczęścia, zrobiłem dużo lotów, aż pod koniec stycznia 1944 roku, moja maszyna została mocno postrzelona, dwa silniki nawaliły i przy bombardowaniu na jednym z pierwszych lotnisk, maszyna się rozleciała. Załoga wyszła cało, nawet nikt nie był ranny . Tylko ja byłem przygnieciony, złamałem lewy obojczyk i parę żeber. Ale wszystko się zrosło” ‒ pisał do siostry i brata w roku 1947.


Wnuki przy tablicy upamiętniającej gen. Sikorskiego na cmentarzu, gdzie spoczywa dziadek


Z biogramu autorstwa Mieczysława Hasińskiego, który zamieszczono w książce Encyklopedia. Szkoła Podoficerów Lotnictwa dla Małoletnich (Poznań 1993-94, t. I-III) wynika, że 20 marca 1944 roku Zbigniew Klatkiewicz został wysłany „na odpoczynek po lotach bojowych” do Bazy Blackpool. Miesiąc później wrócił do pracy do Szkoły Strzelców Samolotowych na Stacji RAF Evanton, gdzie pełnił obowiązki pilota sztabowego. W Szkole Uzbrojenia Lotniczego na Stacji RAF Mamby nadal był pilotem sztabowym, instruktorem i oblatywaczem.

Kiedy w 1947 roku pisał listy do bliskich w Polsce, pracował jako instruktor lotnictwa, ale  zastanawiał się, czy zostać w Wielkiej Brytanii, czy wrócić do Polski. „Gdybym został tu, to nadal bym latał. A jeśli nie, to zawsze znajdę jakąś pracę. Źle tutaj nie jest, jedzenia jest dość, pieniędzy też, nawet mogę trochę zaoszczędzić, tylko daleko od domu” ‒ pisał w lutym 1947 roku.

Donosił siostrom i bratu, że „dorobił się chorążego, a nawet dwóch krzyżów: potrójnego walecznych i Virtuti Militari”, ale jak pisał, „własny krzyż jest najważniejszy”. Informował też rodzeństwo, że już umie dobrze mówić i pisać po angielsku. Pytał, czy czegoś nie potrzebują, to im przyśle. Cieszył się bardzo, że wreszcie z wszystkimi ma kontakt, że wszyscy są „cali i zdrowi”. Żyli jeszcze wtedy rodzice Zbigniewa. Ojciec Marcin zmarł w 1950 roku, mama Marta przeżyła go o 11 lat.

Do jednego z listów dołączył zdjęcie „swojej panny” ‒ jak pisał. Zdradził, że w Boże Narodzenie 1946 roku zaręczył się z dziewczyną, która mieszka pod tym adresem, „na który wysyłacie listy”. Narzeczona miała mamę i zamężną siostrę, prowadziły razem „skład z przyborami i bielizną dla dzieci”, a on od dwóch lat spędza u nich wszystkie urlopy. „Bardzo się o mnie starają, stale by coś dla mnie robiła czy kupowała. Planujemy sobie, że jak wyjdę z wojska, to wspólnymi siłami otworzymy sobie mały interes”. Narzeczona Zbigniewa, Marjorie Iseton, chciała napisać sama list do przyszłych teściów, ale on jej odradził, bo „byłby kłopot z przetłumaczeniem listu z angielskiego na polski”.

Z biogramu wynika, że w sierpniu 1948 roku sierż. pil. Zbigniew Klatkiewicz został przeniesiony do Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia (PRC) na Stacji RAF Hendesford. W lutym 1949 roku odszedł ze służby wojskowej. Początkowo pracował w piekarni, potem otworzył sklep spożywczy „Klat” Zbigniew Klatkiewicz. Urodzili się mu synowie: w 1949 roku Bernard, pięć lat później Paul.

Zbigniew Klatkiewicz planował przyjazd do Polski, jednak na początku mu go odradzano. W latach 70. odwiedził go siostrzeniec Janusz ‒ syn siostry Jadwigi. Sam zdecydował się odwiedzić rodzinne strony i pokazać żonie Polskę dopiero po zmianie ustroju.

W 1 września 1991 roku przyjechał do Poznania z żoną Marjorie i z wnuczką. Siostrzenica Ania Sibilska wspomina, że cała rodzina czekała na wujka w Ostrorogu, gdzie mieszkała już jej mama Jadwiga z mężem. Po gości z Anglii wyjechał do Poznania jeden z siostrzeńców. Powitanie nastąpiło przy hotelu Merkury. Od nadmiaru wrażeń 69-letni Zbigniew Klatkiewicz źle się poczuł. Kiedy dojechali do Ostroroga, zdążył przywitać się z bliskimi, których nie widział ponad  50 lat. Sił mu wystarczyło na dwie godziny rozmowy. Trzeba było wezwać lekarza. Dr Tadeusz Tanalski zdiagnozował zawał. Wezwane do Ostroroga pogotowie, zabrało Zbigniewa Klatkiewicza do szpitala w Szamotułach. Przebywał tam prawie trzy tygodnie. Jednak chorego serca nie dało się uratować. Zbigniew Klatkiewicz zmarł w szamotulskim szpitalu. Nie zdążył dojechać do Oporowa, gdzie wtedy jeszcze żyło wielu rówieśników i kolegów ze Szkoły Podstawowej w Bobulczynie.

Żona zabrała do Anglii trumnę ze zwłokami Zbigniewa Klatkiewicza. Został pochowany 21 września 1991 roku z innymi lotnikami Dywizjonu 300 na cmentarzu w Newark-on-Trent, w Nottinghamshire. Na tym cmentarzu znajduje się symboliczny grób generała Władysława Sikorskiego. Swoich synów Zbigniew Klatkiewicz wychował na Brytyjczyków. Ale zarówno dzieci, jak i wnuki znają jego przeszłość i wiedzą, że był Polakiem. Jeden wnuk jest pilotem, tak jak dziadek.

Rodzina w Polsce pamięta o wujku, szczególnie w listopadzie, kiedy katolicy w Polsce modlą się za zmarłych. Zawsze dokładają jego imię do wymienianek. I swoim dzieciom opowiadają o Zbigniewie Klatkiewiczu, który wyjechał z domu w Oporowie w 1938 roku. I wrócił w rodzinne strony po to, aby umrzeć wśród swoich.

Irena Kuczyńska

Szamotuły, 09.12.2017

W Szkole Podoficerów Lotnictwa dla Małoletnich w Świeciu nad Wisłą


PWS 18 – na takim, między innymi, samolocie Zbigniew Klatkiewicz szkolił się przed wojną


Avro Lancastery 300. Dywizjonu Bombowego „Ziemi Mazowieckiej”. Zdjęcie – domena publiczna


Zdjęcia przesłane rodzinie w 1947 r. z Anglii


Listy do rodziny – 1947 r.


Zdjęcie ślubne



Odznaczenia Zbigniewa Klatkiewicza: Srebrny Krzyż Orderu Virtuti Militari nr 8517, Krzyż Walecznych (trzykrotnie), Medal Lotniczy (dwukrotnie); odznaczenia brytyjskie: 1939-45 Star, Aircrew Europe Star, Defence Medal i War Medal.



Irena Kuczyńska z domu Leśna

Urodzona w Ostrorogu, absolwentka szamotulskiego liceum (1967).

Emerytowana nauczycielka języka rosyjskiego w pleszewskim liceum, dziennikarka, blogerka (http://irenakuczynska.pl/).

Zbigniew Klatkiewicz2025-08-19T22:52:39+02:00

Aktualności – grudzień 2017

Zapraszamy do kościoła w Sędzinach

W ostatnich kilkunastu latach bardzo popularny jest żłóbek w kościele franciszkanów przy placu Bernardyńskim w Poznaniu, który uznawany jest za największy w Europie. Tymczasem w kościele parafialnym w Sędzinach też jest co oglądać! 

Od czterech lat powstaje tam niezwykły żłóbek. W pierwszym roku była to jedna grota, teraz to już cała szerokość jednonawowego kościoła i kilka poziomów! Ponad 50 figur (w tym co najmniej 8 ruchomych), czterotygodniowa praca 15 osób. A przede wszystkim wielka radość dla całej wspólnoty lokalnej, szczególnie dzieci. Byliśmy i widzieliśmy.

W czasie pasterki ks. proboszcz Sławomir Pawlicki wnosi figurkę Dzieciątka i umieszcza ją w żłóbku, dzieli się też z wszystkimi obecnymi na nabożeństwie opłatkiem.

Więcej zdjęć na stronie  https://parafiasedziny.wiciak.com/




Wesołych Świąt!

Zapraszamy do wysłuchania naszej – szamotulskiej – kolędy. Szamotulskiej, bo słowa napisał Łukasz Bernady, muzykę skomponował Andrzej Warguła, a śpiewa Chór CANTABILE. Utwór pochodzi z płyty, którą Cantabile nagrało z myślą o pięknym brzmieniu muzyki w bazylice kolegiackiej: Dźwięk organów zależy też ode mnie. Zdjęcia architektury bazyliki – Jan Kulczak.




Stefan Krawczyk (1937- 2015)

Pod koniec listopada minął rok od otwarcia w Szamotułach auli imienia Stefana Krawczyka. Warto obejrzeć film przygotowany specjalnie na tę uroczystość.

Stefan Krawczyk przez wiele lat decydował o kształcie szamotulskiego życia muzycznego i jego naprawdę wysokim poziomie. Był człowiekiem obdarzonym wieloma talentami: muzykiem, kompozytorem, dyrygentem orkiestr, chórmistrzem, dydaktykiem, przez jakiś czas także redaktorem regionalnego pisma kulturalnego, osobą o wielkiej energii, pasji, autorem niezliczonych pomysłów, twórcą szamotulskiego Społecznego Ogniska Muzycznego (i innych tego typu ognisk w regionie) oraz Państwowej Szkoły Muzycznej, która w dniu otwarcia auli obchodziła swoje 35-lecie.

Film zawiera wspomnienia wielu szamotulan o osobie i działalności Stefana Krawczyka oraz świetne historyczne zdjęcia (niejeden może się na nich odnaleźć i wzruszyć).



Galeria Szamotulan

Otwieramy Galerię Szamotulan. Szamotulski strój regionalny nie tylko towarzyszy występom grup folklorystycznych (np. zespołów „Szamotuły” czy „Marynia” z Wronek), to także tradycja kultywowana przez mieszkańców. Widać to na procesjach Bożego Ciała czy w zwyczaju fotografowania dzieci w stroju szamotulskim.

Poniżej prezentujemy trzy zdjęcia. Na pierwszym są Alicja i Maria Kasprowicz, fotografia pochodzi z 1958 (lub 1959) roku. Na drugim Dorota  Kaczmarek, po mężu Nowak (1957-2008), zdjęcie wykonano w połowie lat 60. w zakładzie fotograficznym p. Mocka. Na trzecim, współczesnym zdjęciu – Marianna Sroka, która chociaż sama ma siedem lat, na Boże Ciało wkłada strój regionalny liczący lat 60. Może mają Państwo w albumach takie fotografie? Zapraszamy do ich przesyłania. Będziemy stopniowo tworzyć galerię. Przypominamy nasz adres internetowy: wgt.szamotuly@gmail.com

A dla tych, którzy nie mają takich zdjęć … planujemy niespodziankę w ramach przyszłorocznego „Tańczenia na plyndzu”.


… i galeria Szamotulskie Śluby

Helena z domu Sławska (1911-1981) i Józef Słomiński (1910-1981) pobrali się 16.10.1937 roku. Na pierwszym ze zdjęć para młoda wychodzi z domu przy Wronieckiej 22. Ojciec Heleny, Marceli Sławski, kupił tę kamienicę jeszcze w latach dwudziestych. Wcześniej z rodziną (żoną i sześciorgiem dzieci) mieszkał w Wielichowie (powiat grodziski), gdzie prowadził drogerię; w Szamotułach został dyrektorem banku (Marceli to ten pan z wąsami, który zaraz za parą młodą podąża chodnikiem do szamotulskiej świątyni). Ślub odbył się w kolegiacie ‒ na kolejnych fotografiach widać wnętrze kościoła (warto zwrócić uwagę na nieistniejące od kilkudziesięciu lat stalle). Następne zdjęcia zrobiono już po uroczystości zaślubin, przed bramą kościoła. Wesele prawdopodobnie – zwyczajem tamtych czasów – odbyło się w domu panny młodej.

Helena i Józef zamieszkali w rodzinnej kamienicy przy Wronieckiej 22. Józef pracował w kasie chorych, a Helena zajmowała się domem. Doczekali się czworga dzieci: córki Barbary (1940-2011) i 3 synów ‒ Tadeusza (ur. 1938), Jerzego (1942-1984) i Henryka (ur. 1946).

Zapraszamy do współtworzenia tej galerii: wgt.szamotuly@gmail.com


Uśmiech Małgorzaty Braunek

Pochmurne dni możemy sobie rozświetlić uśmiechem Małgorzaty Braunek (1947-2014). Przyszła aktorka urodziła się w Szamotułach, lecz mieszkała tu tylko jako małe dziecko. Jej ojciec Władysław po wojnie był dyrektorem szamotulskich młynów, wkrótce rodzina przeniosła się do Poznania, a stamtąd do Warszawy. Ojca Małgorzaty nie ominęły represje czasów stalinowskich. Przed wojną był oficerem kawalerii, rotmistrzem Wojska Polskiego, po kampanii wrześniowej znalazł się w oflagu w Woldenbergu, gdzie prowadził teatr. Kiedy po wojnie odmówił wstąpienia do Ludowego Wojska Polskiego, został aresztowany. Matka Ruta z domu Bem była niezwykle piękną kobietą, ponoć przed wojną została nawet Miss Poznania.

Małgorzata Braunek jako bardzo młoda dziewczyna zagrała w wielu ważnych polskich filmach tamtego czasu. Zadebiutowała już na pierwszym roku studiów aktorskich rolą wiejskiej dziewczyny w „Skokuˮ Kazimierza Kutza, w tym samym 1967 roku zagrała w „Żywocie Mateuszaˮ Witolda Lesiewicza. Wystąpiła w „Polowaniu na muchyˮ w reżyserii Andrzeja Wajdy, w „Krajobrazie po bitwieˮ, „Wniebowstąpieniuˮ, „Ruchomych piaskachˮ, „Trzeciej części nocyˮ. Była Oleńką w „Potopieˮ Jerzego Hoffmana (1974) i Izabelą Łęcką w serialu „Lalkaˮ (1977) w reżyserii Ryszarda Bera. W 2. połowie lat 70. zawiesiła karierę aktorską i poświęciła się rozwojowi duchowemu; została buddystką, wspierała ruch na rzecz praw człowieka w Chinach i propagowała akcję ochrony zwierząt (była wegetarianką).

Do aktorstwa wróciła w połowie lat 90. jako dojrzała, ale ciągle piękna kobieta. Zagrała w filmie „Tulipanyˮ Jacka Borcucha (2004), stworzyła znakomitą rolę w przedstawieniu „Persona. Ciało Simoneˮ w reżyserii Krystiana Lupy (Teatr Dramatyczny w Warszawie, 2010). Wielką popularność na nowo przyniósł jej serial oparty na powieściach Małgorzaty Kalicińskiej ‒ „Dom nad rozlewiskiemˮ. W serialu wystąpiła też córka Małgorzaty Braunek ‒ Orina Krajewska.



Szamotulskie rękodzieło  sprzed 90 lat

Piękne prace Marty Kulczak z domu Rybarczyk (1902-1973) jeszcze w latach 20. XX wieku zostały zebrane na wystawie, której zdjęcie prezentujemy. Haftowane obrazy, koronkowe serwetki i poduszki przechowywane są teraz w domach dzieci i dalszej rodziny pani Marty.


Reportaż telewizyjny

18 listopada telewizja wyemitowała reportaż (TVP 3, cykl TVP Poznań „Widziane po drodzeˮ) o wpisaniu „Tradycji weselnych z Szamotuł i okolicˮ na Krajową Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego i o współczesnym Zespole Folklorystycznym „Szamotułyˮ, którym kieruje Maciej Sierpiński.

Program można obejrzeć  http://poznan.tvp.pl/34871791/wesele-szamotulskie-18112017

„W Szamotułach zawsze były dziewczyny eleganckie. Pamiętasz, jak babcia mówiła, że one były dumne, ale nie zarozumiałe. Były ładne, ale nie wyzywające. Były oszczędne, ale nie były skneramiˮ ‒ te słowa Iwony Majewskiej z tego filmu szczególnie nam się spodobały.

O uroczystości związanej z tym wydarzeniem pisaliśmy w październiku: http://regionszamotulski.pl/aktualnosci-pazdziernik-2017. 20 listopada minęło 85 lat od pierwszego wystawienia widowiska Wesele szamotulskie.

Szamotuły, 06.12.2017

GRUDZIEŃ 2017

IMPREZY I KONCERTY

Trwające



Muzeum – Zamek Górków, Sala Wystaw Czasowych, 14.12.2017-20.01.2018

Malarstwo Szymona Ćwiklińskiego. Wystawa pod Patronatem Wielkopolskiego Związku Artystów Plastyków.


Minione


29 grudnia, godz. 19.00 Chilli Crew, support: Pikes; kino „Halszka”

Chilli Crew z wokalistką Martyną Baranowską – mieszanka reggae, soul i rocka. Grupa będzie promowała swoją najnowszą płytę wydaną tej jesieni.


KINO

Aktualności – grudzień 20172025-01-30T14:18:40+01:00

Kościoły i cmentarze protestanckie – zdjęcia

Klub i Sekcja Fotograficzna SzOK



W projekcie uczestniczyli:

  • Tomasz Koryl (opiekun sekcji)
  • Monika Boch
  • Anita Czarnecka-Tafelska
  • Marysia Kaczmarek
  • Tymoteusz Lendzion
  • Agata Michalska
  • Anna Salita
  • Krzysztof Szymański
  • Beata Szulc-Nosek
  • Ireneusz Walerjańczyk

Wykonano około 400 zdjęć, kilkanaście z nich złożyło się na wystawę, prezentowaną od lipca do września 2017 r. w Spichlerzu Muzeum – Zamku Górków

500-lecie Reformacji. Kościoły i cmentarze protestanckie na Ziemi Szamotulskiej

Projekt fotograficzny – 2017 r.



Niezwykłe zdjęcia cmentarzy protestanckich połączyliśmy z muzyką Wacława z Szamotuł. Utwory: Nakłoń, Panie, ku mnie ucho Twoje (psalm 86.), Kryste, dniu naszej światłości, Błogosławiony człowiek (psalm 1.) oraz Powszechna spowiedź śpiewa Chór CANTABILE pod kierunkiem Andrzeja Warguły. Pochodzą one z płyty Pieśni i psalmy Wacława z Szamotuł, wydanej w 2012 roku (nakład wyczerpany).


Zdjęciom dawnych ewangelickich kościołów z powiatu szamotulskiego towarzyszy utwór Wacława z Szamotuł (też przecież protestanta) Alleluja, chwalcie Pana z płyty Maleńczuk i Tarczewski. Reformacja. Płytę w 2017 roku wydało Muzeum – Zamek Górków (do nabycia na miejscu).

Szamotuły, 05.12.2017

Kościoły i cmentarze protestanckie – zdjęcia2025-01-07T13:06:43+01:00

Aleksander Przybylak

Modlitwa w areszcie UB

Gdy w czasie przesłuchań funkcjonariusze Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Szamotułach bili i znieważali 16-letniego Aleksandra Przybylaka, chłopak starał się głośno śpiewać kościelne pieśni i odmawiał modlitwy. Znał całą książeczkę do nabożeństwa ‒ wspomina jego późniejsza żona, Mirosława z domu Kawczyńska. Nie wiemy, czy bito wtedy jeszcze mocniej lub czy bardziej lżono, jednak na pewno modlitwa dawała mu wsparcie duchowe i pomagała oderwać się od strasznej rzeczywistości.


Aleksander Przybylak, 1947, 49 i 53 (w środku)



Aleksander Przybylak urodził się 10 grudnia 1933 roku w Szamotułach. Jako uczeń Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi wstąpił do drużyny harcerskiej. Władze starały się coraz bardziej podporządkować sobie te drużyny, które działały na wzór przedwojennego harcerstwa, aż w sierpniu 1950 roku całkowicie je zlikwidowały. Już wcześniej jednak wielu młodych ludzi z legalnych drużyn przechodziło do działań konspiracyjnych. Podobnie było w wypadku Aleksandra Przybylaka. Już w kwietniu 1948 roku brał udział w zebraniach grupy utworzonej przez Zenona Andrzejewskiego (pseudonim „Huragan”) i przekazywał na nich informacje z radia londyńskiego i Głosu Ameryki. Pod koniec 1949 roku stworzył organizację „Jutrzenka” i przybrał konspiracyjny pseudonim „Hanka”. Do „Jutrzenki” należeli także: Hieronim Woltmann, Cezary Sobański, Ryszard Matusz, Romuald Nadolle i Stanisław Szymański. Młodzi ludzie prowadzili akcje informacyjne, przeciwstawiając się oficjalnej propagandzie ‒ przygotowywali i rozrzucali ulotki. Próbowali też pozyskać broń.

UB szybko wpadło na ich ślad, cała szóstka została zatrzymana wieczorem 18 lutego 1950 roku lub następnej nocy. W ciągu kilku kolejnych miesięcy wszyscy aresztowani byli wiele razy przesłuchiwani ‒ wielogodzinne przesłuchania odbywały się głównie w nocy, przetrzymywano ich w gmachu szamotulskiego UB, przy ówczesnej ul. Dzierżyńskiego (ul. 3 Maja, budynek Państwowej Szkoły Muzycznej). Aby wyciągnąć z chłopców zeznania, bito ich po całym ciele, zmuszano do siadania na nodze odwróconego taboretu i wykonywania wyczerpujących ćwiczeń fizycznych, znieważano wulgarnymi słowami; grożono im także śmiercią. Zaraz po aresztowaniu niektórzy zostali umieszczeni w ciemnych i nieogrzewanych celach bez łóżek; dopiero po kilku dniach przeniesiono ich do cel z drewnianymi pryczami. Aleksander Przybylak na jakiś czas trafił do karceru.

21 czerwca 1950 r. Urząd Bezpieczeństwa wszystkim chłopcom postawił zarzut „usiłowania przemocą zmiany demokratycznego ustroju Państwa Polskiego”. Wobec Aleksandra Przybylaka sformułowano dodatkowy zarzut: od maja 1945 do 1946 roku miał być zastępcą dowódcy nielegalnej organizacji bez określonej nazwy, używać pseudonimu „Strzała” i ‒ co szczególnie ważne ‒ posiadać w tym czasie broń. Trudno powiedzieć, czy zastraszony i bity chłopiec przyznał się do działania w tej organizacji, czy ktoś na niego doniósł. Na pewno warto zwrócić uwagę na jedno: w maju 1945 roku Olek Przybylak miał 11 i pół roku!

30 września 1950 roku prokurator Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Poznaniu zatwierdził akt oskarżenia i 5 października przekazano go do Wojskowego Sądu Rejonowego. Sprawie nadano sygnaturę Sr. 539/50. Wyjazdowa sesja Wojskowego Sądu Rejonowego w Poznaniu odbyła się 30 października 1950 roku ‒ było to pokazowe posiedzenie w budynku szamotulskiego Starostwa. Aleksander Przybylak otrzymał najwyższy wyrok z całej grupy ‒ 8 lat więzienia (Cezary Sobański ‒ 6 i pół roku, Hieronim Woltman ‒ 6 lat, Stanisław Szymański ‒ 5, Ryszard Matusz ‒ 5, Romuald Nadolle ‒ 2 lata więzienia). Dodatkowo Aleksandra Przybylaka uznano za winnego działań w grupie Zenona Andrzejewskiego (sprawę tej grupy sąd rozstrzygnął w odrębnym postępowaniu 19 października 1950 roku).

Podobnie jak inni członkowie „Jutrzenki” karę więzienia Aleksander Przybylak odsiadywał najpierw we Wronkach, a następnie w Jaworznie, gdzie więźniowie pracowali w kopalni węgla. Praca była bardzo ciężka, Olek Przybylak zawsze starał się wspierać innych więźniów, pomagał im, jak tylko mógł. W Jaworznie poważnie zachorował: miał zapalenie płuc, gorączkę powyżej 40 stopni, w celi było strasznie zimno, a koledzy ‒ przekonani, że umiera, odmawiali za niego różaniec. Trafił wtedy do więziennego szpitala na Montelupich w Krakowie i w połowie 1953 roku został warunkowo zwolniony.

Jeszcze w tym samym roku poznał swoją przyszłą żonę Mirosławę Kawczyńską. Na początku znajomości młodzi nigdy nie przebywali w przestrzeni publicznej tylko we dwoje, dokądkolwiek by poszli: do kina czy na spacer, zawsze z tyłu towarzyszył im „smutny pan” z UB. Pobrali się w 1956 roku. W związku z pobytem w więzieniu Aleksander miał problemy z dalszą nauką i znalezieniem pracy. Został zegarmistrzem (uczył się tego zawodu u brata w Chodzieży), uzyskał też zawodowe prawo jazdy. Przez kilka lat pracował w Chodzieży i tylko w wolnym czasie przyjeżdżał do Szamotuł do żony i dzieci. Później wiele lat był kierowcą w szamotulskiej Gminnej Spółdzielni i pracował w sklepie żelaznym przy ul. Rzecznej.

Małżeństwo doczekało się czworga dzieci: trzech synów ‒ Wojciecha (ur. 1957), Romana (ur. 1958) i Grzegorza (ur. 1966) oraz córki Elżbiety (1961-1990). Przez lata Aleksander często chorował na płuca, co było skutkiem pobytu w więzieniu. Zachował młodzieńczą energię, podobnie jak inni członkowie jego rodziny był uzdolniony muzycznie: pięknie śpiewał i grał na akordeonie. Od lat 90. należał do Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych.

Zmarł nagle 16 stycznia 2000 roku i spoczywa na szamotulskim cmentarzu. Z okazji świąt wnuk obwiązuje jego nagrobek biało-czerwoną szarfą.

W ostatniej dekadzie XX wieku Główna Komisja Badania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu wszczęła śledztwo w sprawie „fizycznego i psychicznego znęcania się w latach 1952-1953 przez funkcjonariuszy Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Szamotułach” nad kilkunastoma aresztowanymi młodymi ludźmi. Po jej likwidacji w 1999 roku sprawę przejął Instytut Pamięci Narodowej ‒ Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Poznaniu. Śledztwo, w czasie którego przeanalizowano dokumenty i przesłuchano wielu świadków, potwierdziło zarzuty, jednak w 2006 roku prokurator je umorzył. Żaden ze sprawców bowiem już nie żył.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 05.12.2017

Aleksander Przybylak (1. z prawej) po wyjściu z więzienia – z bratem i ojcem

Z Mirosławą Kawczyńską, ok. 1954 r.

Z żoną i dziećmi, ok. 1964 r.

Lata 80.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Od urodzenia związana z Szamotułami. Polonistka (jak mama) i regionalist(k)a (jak tata).

Dr nauk humanistycznych, redaktor i popularyzator nauki. Prezes Stowarzyszenia WOLNA GRUPA TWÓRCZA, wiceprezes Szamotulskiego Stowarzyszenia Charytatywnego POMOC.

Aleksander Przybylak2025-08-18T14:49:12+02:00
Go to Top