About Agnieszka Krygier-Łączkowska

Autor nie uzupełnił żadnych szczegółów
So far Agnieszka Krygier-Łączkowska has created 368 blog entries.

Wspomnienia Jana Barańczaka

W ciągu swego życia każdy człowiek marzy o tym, by po jego śmierci o nim pamiętano. Ciekawe jest jednak to, że ludzie nie chcą przyjąć do wiadomości oczywistego faktu, że po swej śmierci nie będą się mogli przekonać, czy się o nich pamięta. Nie będą przecież istnieć, co więc daje im wiara w pośmiertną pamięć o sobie? Prawdziwą jednak pociechą jest fakt, że jeszcze żyjemy i że naszym życiem i naszym działaniem możemy pomóc innym ludziom. Bo rozsądek podpowiada nam, że tylko takie życie ma rzeczywisty sens.

(Jan Barańczak)

Ze wspomnień Jana Barańczaka

Lata tuż po wojnie w polskiej medycynie były niezwykle ciężkie, zwłaszcza na prowincji. Gmina wiejska Duszniki, mieszcząca się w południowej części powiatu szamotulskiego, miała pod tym względem dużo szczęścia, ponieważ trafiła nie tylko na bardzo dobrego lekarza, ale również wspaniałego człowieka. Jan Barańczak ‒ bo o nim mowa ‒ nie przebywał długo w Dusznikach, bo zaledwie rok. Jednakże jego działalność z lat 1947-48 spowodowała, że stał się częścią wsi, a pamięć po nim jest żywa do dziś. W prywatnych archiwach duszniczan istnieją dokumenty medyczne, podpisane przez doktora Barańczaka.


Jan Barańczak – na odwrocie tekst:
Serdeczne pozdrowienia z Konina przesyła dr Jan Barańczak (w 81 r. życia…), 27 VI 95


Młody medyk wspominał, że lata bezpośrednio po II wojnie światowej cechowały się ogromnym parciem na tworzenie samorządów lokalnych, głównie pod skrzydłami Polskiej Partii Socjalistycznej, która opowiadała się przeciw wszelkiej centralizacji. Również powiat szamotulski, a także same Duszniki były we władzy PPS, która pielęgnowała tradycje niepodległościowe i idee państwa opiekuńczego.

Właśnie w takim klimacie społeczno-politycznym rozpoczął pracę Jan Barańczak, ojciec Małgorzaty Musierowicz (ur. 1945) i Stanisława Barańczaka (ur. 1946). Fotografię lekarza, przesłaną przez Jana Barańczaka z serdecznymi pozdrowieniami można obejrzeć w Izbie Regionalnej w Dusznikach, prowadzonej przez Towarzystwo Miłośników Ziemi Dusznickiej.

Jak wspominał na łamach „Medyczka Konińskiego”, zadanie, jakiego się podjął, było bardzo trudne. Musiał bowiem zacząć od stworzenia miejsca pracy. Barańczak był organizatorem i kierownikiem gminnego ośrodka zdrowia. Była to jego pierwsza samodzielna praktyka, do której został skierowany latem 1947 roku. Po latach twierdził, że przydział do Dusznik był czymś  wyjątkowym. W zniszczonym wojną kraju lekarz wiejski był rzadkością. Jeśli przed wojną było około 14 tysięcy lekarzy, to po wojnie zostało już ich tylko około 7 tysięcy. Rozlokowani byli przede wszystkich w większych ośrodkach miejskich. Te mniejsze, jak Szamotuły czy Gostyń, posiadały co prawda szpitale, ale na 200-300 łóżek. Wszystkimi chorymi opiekował się jeden lekarz, który rzadko miał pomoc asystenta. Nie było także pielęgniarek, gdyż nie funkcjonowały wówczas szkoły pielęgniarskie. Funkcje te pełniły siostry zakonne. Nie było pogotowia ratunkowego, ponieważ nie było samochodów. Te, które uzyskano z tzw. demobilu (sprzęt wojskowy, który pozostał po zdemobilizowaniu wojska), wykorzystano w inny sposób i to najczęściej w większych miastach.

A jednak mimo tych wszystkich trudności rok pracy w Dusznikach uważał Barańczak za najszczęśliwszy. Bardzo szybko nadarzyła się okazja, by wyposażyć ośrodek, którego był jednocześnie i pracownikiem, i kierownikiem, w sprzęt medyczny. Były to narzędzia do zabiegów chirurgicznych, położniczych, a nawet stomatologicznych. Sprzęt pozwalał wiejskiemu lekarzowi wykonywać wszystkie zabiegi małej chirurgii, interny, pediatrii. Na wezwanie położnej (porody w Dusznikach jeszcze w latach 60. odbywały się w domu) wykonywał porody kleszczowe, obroty na nóżkę, ręczne wydobycie łożyska itd. Jan Barańczak wykonywał także sekcje sądowe i szpitalne w Szamotułach.

Leczył wielu pracowników państwowych, m.in. poczty, kolei i urzędników gminnych oraz rolników w trzynastotysięcznym rejonie. To właśnie im ośrodek w Dusznikach zastępował odległy i mały szpital w Szamotułach. Nic dziwnego, że ta ciężka praca cieszyła się ogromnym szacunkiem.

Z inicjatywy wiejskiego lekarza powstała w Dusznikach pierwsza bezpłatna Poradnia dla Matki i Dziecka. Doradcami lekarza z Dusznik byli dr Bremborowicz, położnik i profesor patomorfologii oraz dr Wiktor Dullin, dyrektor szpitala w Szamotułach. Z pomocą przychodziły także władze, które Poradnię wyposażały w produkty pochodzące z UNRRY. Były to odżywki, bielizna dziecięca, leki, a nawet trwała żywność.

Jako naukowiec zainteresował się częstymi porodami z wadami wrodzonymi noworodków. Źródłem wielu z nich była ciężka praca w polu. Pochylona pozycja przy wykopkach powodowała uszkodzenia niedojrzałego jeszcze płodu. Liczne przypadki wad wrodzonych noworodków tłumaczy się tym, że największa ilość porodów miała miejsce zimą (jak podkreśla młody badacz, jest to zgodne z prawami natury ‒ wiosna i lato to czas spotęgowanej rozrodczości. Rolnicy mieli mówić „najlepsze cielęta są zimowe”). Najcięższe prace w polu, kiedy kobiety pracowały mocno pochylone ku przodowi, przypadały na początkowe lub środkowe okresy ciąży.

Kiedy nie leczył, zajmował się działalnością kulturalną. Organizował w niedzielne popołudnia pogadanki. Tematy tychże wybierali sami słuchacze. Udzielał się również w organizowaniu teatru ludowego. Bywał zapraszany do rodzin rolników jako gość honorowy.

Nic więc dziwnego, że mieszkańcy Dusznik nie chcieli „oddać” swojego lekarza, kiedy ten we wrześniu 1948 roku został przymusowo powołany do wojska. Zwłaszcza miejscowa Liga Kobiet miała słać reklamacje. Niestety, bez skutku. Jan Barańczak opuścił Duszniki, pozostawiając po sobie miłe wspomnienie. A i sam Barańczak zachował w pamięci Duszniki.

Marcin Malczewski

Jan Barańczak w młodości


Jan Barańczak urodził się 22 kwietnia 1915 roku w Piaskach koło Gostynia, zmarł 2 maja 2000 roku w Koninie. Uczył się w Gimnazjum i Liceum im. Józefa Wybickiego w Śremie (szkoła o profilu klasycznym). Przed wojną rozpoczął studia na Akademii Medycznej w Poznaniu. W 1944 roku ożenił się z Zofią Konopińską (1916-2014) – koleżanką z roku, absolwentką szamotulskiego Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi (w tym czasie wraz z rodziną mieszkała w Kluczewie i Lulinie), siostrą ks. Mariana Konopińskiego (zamęczonego w obozie koncentracyjnym w 1943 r., beatyfikowanego w 1999 r.). Z tego związku urodziło się dwoje dzieci: Małgorzata (ur. 1945, po mężu Musierowicz, z wykształcenia grafik, autorka popularnych powieści dla młodzieży) oraz Stanisław (1946-2014, poeta, tłumacz, literaturoznawca). Biografia zawodowa Jana Barańczaka była dość skomplikowana; pracował w wielu specjalnościach: był lekarzem rodzinnym i wojskowym, pracował jako asystent w Klinice Psychiatrycznej Akademii Medycznej w Poznaniu (tam uzyskał stopień doktora), następnie specjalizował się w patomorfologii. Na Ziemi Szamotulskiej pracował najpierw w Dusznikach (1947-48), a następnie w Nojewie (2. połowa lat 50.; leczył wówczas także pacjentów z Ostroroga i okolic). W szpitalu w Szamotułach wykonywał sekcje zwłok (por. wiersz S. Barańczaka, Czerwiec 1962). Założył i prowadził Zakład Anatomii Patologicznej w Szpitalu Miejskim im. Karola Marcinkowskiego w Inowrocławiu (1963-1972) i Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Koninie (1974-1977). Był także publicystą i malarzem, interesowała go filozofia, miał zdolności literackie. W 2002 r. w  konińskim szpitalu odsłonięto tablicę pamiątkową poświęconą jego osobie.


Rodzina Barańczaków na Ziemi Szamotulskiej

(ze wspomnień Małgorzaty Musierowicz)

Pierwszą pracę po ukończeniu studiów dostali moi rodzice w Dusznikach Wielkopolskich, w tamtejszym ośrodku zdrowia. Mama często wspomina, jak jeździła furmanką gdzieś do zapadłych w lasach wsi, do porodów. Opiekowała się nami gosposia – na imię miała Emilia, a my mówiliśmy na nią Masia. Masia była macierzyńska, ciepła, gadatliwa, wesoła i gderliwa, skora do pieszczot, żartów, piosenek i przytulanek. […] Cudownie gotowała – proste potrawy, ale jakoś tak niezwykle smacznie, ze zmiataliśmy z talerzy wszystko, cokolwiek podała. Była niezamężna, samotna i kochała nas jak własne dzieci, zwłaszcza Stasinka. Stasinek też miał do niej dużą słabość, wielokrotnie obiecywał, że się z nią ożeni, gdy już będzie duży. Kiedy powróciliśmy z Dusznik do Poznania, Masia przyjechała z nami i przez długie lata mieszkała […] w naszych kolejnych mieszkaniach – póki, po odchowaniu nas, nie wyszła za pana Franke, zamożnego wdowca.

(Tym razem serio, Łódź 1995)

Małgosia i Staś Barańczakowie z dziadkiem Walentym Konopińskim, Duszniki 1948 r.


Stanisław Barańczak
CZERWIEC 1962 (fragment)

Chciałeś, bym poszedł w twoje ślady, wprasowane
w osobliwą glinę tych okolic (coś w rodzaju białawego szamotu)
przez stare bieżniki opon garbatej, spracowanej
warszawy (ta skrzynia biegów: ileś się naszamotał
z jej topornym lewarkiem), gdy woziła cię do wiejskich pacjentów:
więc zdawało się naturalne, że zabrałeś mnie do Szamotuł,
gdzie Szpital Powiatowy rozpłaszczał się burą, pacniętą

w pobliże rynku grudą. […]

(tomik Widokówka z tego świata i inne rymy z lat 1986-88, Paryż 1988)

***

Oprac. Agnieszka Krygier-Łączkowska

Duszniki – Szamotuły, 30.11.2017 r.

***

Aktualizacja: W 2018 r. na YouTubie zamieszczono film – fragmenty rozmowy z Janem Barańczakiem z 1993 r. Można go obejrzeć pod podanym poniżej linkiem.

Marcin Malczewski

Poznaniak od urodzenia, który przez całe życie marzył o mieszkaniu na wsi. Obecnie szczęśliwy mieszkaniec powiatu szamotulskiego, realizujący w Dusznikach „wiejskie” zainteresowania.

Dr nauk humanistycznych, bloger (Prowincja noc, http://prowincjanoc.pl), członek zarządu Towarzystwa Miłośników Ziemi Dusznickiej.

Wspomnienia Jana Barańczaka2025-08-29T15:15:11+02:00

Krzyż na Rynku w Szamotułach

Krzyż na Rynku w Szamotułach – „droga pamiątka z czasów niewoli”




Krzyż na szamotulskim Rynku ma bardzo ciekawą historię. Już samo jego usytuowanie jest szczególne, bo chociaż krzyże w przestrzeni publicznej (poza terenem kościoła) pojawiają dość często, usytuowanie niemal na środku rynku jest już rzadkością.

Pierwszy krzyż postawiono w połowie XIX wieku. Antoni Śramkiewicz, szamotulski stolarz, uczestnik Wiosny Ludów, członek miejscowego komitetu powstańczego, był poszukiwany przez pruskich żandarmów. Schronił się w Gałowie. Prusacy przeszukali zabudowania i park, lecz nie zauważyli ukrytego w konarach drzewa Śramkiewicza. Ten, widząc poszukiwania (a kilku żandarmów miało nawet odpoczywać pod tym właśnie drzewem), modlił się i ślubował, że jeżeli uda mu się wyjść cało z opresji, na szamotulskim Rynku postawi drewniany krzyż. Śramkiewicz „z wdzięczności za to cudowne ocalenie życia, na które tak bardzo nastawali siepacze pruscy” (sformułowanie z „Gazety Szamotulskiej”, 1934 r.) postarał się o zgodę właściciela Gałowa, dziedzica Mycielskiego, na wycięcie drzewa i własnoręcznie wykonał z niego krzyż.

Nauczyciel historii, jej badacz i regionalista Andrzej Hanyż (1901-1973), w wydanej tuż przed II wojną książce Ziemia Szamotulska w walce o wolność: 1793-1991, uzupełnił tę opowieść kilkoma szczegółami. Według niego Śramkiewicz tropiony był przez 6 tygodni, nawet przy pomocy psów policyjnych, a drzewo w Gałowie stanowiło dla niego nie jednorazowe schronienie, lecz przebywał na nim „większą część dni w czasie tej nagonki na niego”. Według Hanyża stolarz trafił jednak do pruskiego więzienia, ale na krótko, gdyż już w październiku 1948 r. ogłoszono amnestię. Po wyjściu z więzienia  Śramkiewicz krzyż na Rynku „wzniósł podstępem” (?). „Krzyż ten jeszcze dziś jest nie tylko symbolem wiary, ale i cierpień społeczeństwa naszego za polskość” ‒ napisał Hanyż. Warto w tym miejscu dodać, że cytowana publikacja wiązała się z kolejną walką o polskość, dochód z niej miał być bowiem przeznaczony na ufundowanie broni dla Armii Związku Powstańców Wielkopolskich Powiatu Szamotulskiego. Co do dalszych losów Śramkiewicza wiadomo, że mieszkał w rodzinnym mieście jeszcze przez długie lata, uczestniczył w tworzeniu różnych organizacji, zmarł w 1883 roku.

Po roku 1918 ‒ w wolnej Polsce ‒ rada miasta postanowiła zadbać o krzyż i otoczono go pięknym metalowym płotkiem, wykonanym przez szamotulskiego rzemieślnika Bolesława Zawadzkiego. Krzyż miał stać tam do czasu potężnej wichury w 1934 roku. Wątpliwe jest, czy stale był to ten sam, który wykonał Śramkiewicz z drzewa ściętego w Gałowie. Musiałby on mieć wtedy już ponad 80 lat, a ‒ dla porównania ‒ w czasie od zakończenia II wojny (czyli w ciągu 70 lat), na Rynku stały już cztery różne krzyże.

W 1934 roku mieszkańcy przekonani byli, że wiatr powalił krzyż wykonany własnoręcznie przez stolarza Śramkiewicza. Tak ‒ emocjonalnie ‒ relacjonowała ten fakt „Gazeta Szamotulska” (1934 nr 17):

„Krzyż staruszek (…) legł na bruku szamotulskim z pogruchotanemi ramionami. Padając, uszkodził przewody elektryczne, wywołując krótkie spięcie. Nastąpiły błyskawice i ogromne snopy oślepiającego światła. Wszystkie lampy w mieście pogasły, nastąpiły ciemności egipskie. Zaalarmowano Straż Pożarną i personel elektrowni, którzy wspólnemi siłami, wśród niesłychanie trudnych warunków, wśród wichru i deszczu po półgodzinnej wytężonej pracy przeszkodę usunęli i przewody elektryczne prowizorycznie naprawili. Światło znów zabłysło. Tylko krzyż, ta droga pamiątka z czasów niewoli, leżał pogruchotany na bruku”.

Krzyż, po usunięciu spróchniałej części, wrócił na dawne miejsce, to przy nim odprawiono uroczystą mszę św. 2 lipca 1939 roku, kiedy na szamotulskim Rynku odbywało się przekazywanie broni ufundowanej przez okolicznych mieszkańców dla Szamotulskiego Batalionu Obrony Narodowej. Wlrótce – w listopadzie 1939 roku – krzyż zniknął z przestrzeni publicznej.

Okupant hitlerowski od razu rozpoczął walkę z kościołem katolickim, uznając go za ostoję polskości w Kraju Warty. Zmniejszono liczbę odprawianych w tygodniu nabożeństw do jednego ‒ niedzielnego. W całym powiecie czynne były tylko dwa kościoły: w Otorowie i Słopanowie, pozostałe zamknięto i najczęściej przekształcono na magazyny. Majątek kościołów, a także zlikwidowanych przez władze okupacyjne stowarzyszeń katolickich, skonfiskowano. Jeszcze w 1939 roku usunięto wszystkie krzyże i figury stojące przy placach i drogach:

„W niezatartej pamięci Szamotulan pozostanie owa niedziela listopadowa z roku 1939, w której, wychodząc rano na nabożeństwo, ujrzeli na Rynku powalony krzyż, a figurę św. Jana bez głowy” (cytat z wydanej w 1946 r. książki Wojciecha Próchnickiego Ziemia Szamotulska w walce, cierpieniu – i wolności. 1.09.1939-27.01.1945).

Krzyż wrócił na swe miejsce pod koniec maja 1945 roku. W uroczystej procesji przeniesiono wówczas nowy krzyż z kolegiaty na Rynek. Przetrwał cały okres PRL-u i trwa do dziś. Pierwszy (?) powojenny krzyż widać na starej fotografii. Był wysoki, miał charakterystyczne „promienie”, pod koniec istnienia nieco się przechylał. Wokół znajdował się metalowy płotek, wątpliwe, czy to ten sam, który zamontowano po odzyskaniu niepodległości. Zmieniono go później na niższy i już bez tych charakterystycznych „promieni”. Kolejny krzyż postawiono 2 kwietnia 2009 roku (w rocznicę śmierci Jana Pawła II). Zmieniło się też otoczenie krzyża, obecnie ‒ podobnie jak w innych częściach Rynku ‒ są metalowe słupki i łańcuchy.

Agnieszka Krygier-Łączkowska




Daromiła Wąsowska-Tomawska
SZAMOTULSKIE ŚWIĘTE DRZEWO

Przed pruskim pościgiem
ucieka chowa się w parku
u dziedzica Gałowa
na najwyższym konarze
najlichszej gałęzi
powstaniec Wiosny Ludów
miastowy stolarz
Antoni Śramkiewicz
Przylepiony
uczepiony liścia i nieba
Ślubuje i obiecuje

I stoi krzyż
na Rynku
na tym samym drzewie
Bóg i człowiek






Krzyż z 2008 roku i obecny

Zdjęcia Andrzej Bednarski


Zdjęcia Jan Kulczak

Krzyż na Rynku w Szamotułach2021-01-31T00:59:36+01:00

Generał Emilian Węgierski

Pomnik z Ostroroga zniknął w niejasnych okolicznościach

Generał Emilian Węgierski

Mało kto zapewne wie, że z Ziemią Szamotulską: Ostrorogiem, Rudkami i Otorowem jest związany generał brygady powstania listopadowego, gubernator wojskowy Warszawy, uczestnik kampanii moskiewskiej pod dowództwem Napoleona Bonaparte ‒ Emilian Tadeusz Węgierski herbu Wieniawa.

Obelisk generała jeszcze w latach 30. XX wieku stał przy kościele parafialnym w Ostrorogu.  Kiedy zniknął i dlaczego? Tego, niestety, nie wie nikt.




Nieduży pomnik znajdujemy na przedwojennych pocztówkach. I to na niejednej. W 1913 roku jego zdjęcie opublikował „Przewodnik Katolickiˮ. Stał na cmentarzu przy kościele w Ostrorogu. Obok był grób żony Teodory z Cieleckich Węgierskiej, która zmarła 19 września 1870 roku.

Pomnik generała wypatrzył na pocztówkach Michał Dachtera ‒ pasjonat historii, administrator profilu Ostroróg na kartach historii na portalu społecznościowym. To on dotarł do pierwszych informacji o generale i zainspirował mnie do napisania wspomnienia o wybitnym człowieku związanym z Ostrorogiem.

Informację o generale i o obelisku, wraz ze zdjęciem, znajdujemy nie tylko na pocztówkach, ale też w okolicznościowym wydawnictwie: Pamiętniku Koła Śpiewackiego św. Cecyliji w Ostrorogu z okazji uroczystości 25-letniego istnienia 1911 – 1936, a także w „Gazecie Szamotulskiejˮ z dnia 23 VII 1932 roku. Wacław M. pisze: „Na cmentarzu przy kościele w Ostrorogu stoi piękny pomnik, na którego szczycie umieszczono żelazny hełm rycerski ‒ kopję hełmów używanych przez wojsko polskie. Obok grób chroniący doczesne szczątki Teodory z Cieleckich ‒ jenerałowej Węgierskiej, która zmarła 19 IX 1970 rokuˮ.

Obelisk znajdował się w południowo-zachodniej części cmentarza, zwieńczony był żelaznym hełmem, a na cokole znajdował się napis następującej treści: „Emilianowi Węgierskiemu generałowi Wojsk Polskich – żył lat 54, umarł dnia 15 maja 1840 roku – żołnierz żołnierzowi – obywatele obywatelowi ten pomnik założyliˮ.


Emilian Węgierski (1788-1841), grafika, autor Fabian Sarnecki, 1820. Źródło: Polona


Emilian Węgierski urodził się w Poznaniu około roku 1787. Był synem podpułkownika Waleriana Węgierskiego herbu Wieniawa oraz Zofii z Sypniewskich. Szkoły kończył w Poznaniu. Służbę wojskową rozpoczął w roku 1806, kiedy do Wielkopolski wkroczyli Francuzi i zaczęli tworzyć polskie wojsko. Odznaczył się i w 1809 roku uzyskał awanse od podporucznika do kapitana w 11. pułku piechoty.

W kampanii austriackiej 1809 roku dowodził batalionem w 15. pułku piechoty. W tymże środowisku walczył w kampanii moskiewskiej 1812 roku aż do zdobycia Smoleńska, a jako podpułkownik 21. pułku piechoty litewskiej w 1813 roku bronił twierdzy Modlin. Po upadku twierdzy dostał się do niewoli rosyjskiej. Po dwóch latach został zwolniony. Ze względu na zły stan zdrowia podał się do dymisji. Zachował się akt dymisji zatwierdzony „Rozkazem Najjaśniejszego Aleksandra I Cesarza Wszech Rosji i Króla Polskiˮ, w którym  można też przeczytać, że Emilian Węgierski posiada Krzyż Kawalerski Orderu Wojskowego Polskiego.

W tym samym roku, 15 maja 1815 roku, w kościele parafialnym w Otorowie (pow. szamotulski) Emilian Węgierski poślubił Teodorę Józefę Cielecką z Cielczy herbu Zaremba.

W Rudkach, które po bezpotomnej śmierci Jana Mańkowskiego przeszły na własność Cieleckich, zbudowano w 1800 r. pałac dla Teodora Cieleckiego (więcej w artykule http://regionszamotulski.pl/palac-w-rudkach/). Teodor nie miał dzieci, tym samym po jego śmierci Rudki przypadły jego bratanicy – córce Macieja Cieleckiego, Teodorze Węgierskiej.


Pałac w Rudkach, 1911. Źródło: Polona


Pałac projektował znany warszawski architekt Hilary Szpilowski ‒ zatrudniony przy Zamku Królewskim w Warszawie, kolumnie Zygmunta III Wazy, twórca wielu zespołów dworskich w całej Polsce. Kolejne lata mijały Węgierskiemu na zarządzaniu majątkiem. Rodziły się dzieci, małżonkowie mieli ich ośmioro.

Na wieść o wybuchu powstania w Królestwie Polskim, Emilian Węgierski opuszcza wielkopolską wieś i w 1830 roku przeprawia się przez kordon (na Prośnie od 1816 roku była granica prusko-rosyjska) do stolicy.

Początkowo jest oficerem sztabu 4. Dywizji Piechoty. Od marca 1831 ‒ dowódcą 8. pułku piechoty, a od maja dowódcą brygady w 3 Dywizji Piechoty. „Prowadzi ją z nadzwyczajnym męstwem przeciw nieprzyjaciołom w bitwie pod Grochowemˮ ‒ czytamy w Historii powstania narodu polskiego 1830-1831.

W czerwcu 1831 roku pułkownik Węgierski otrzymuje awans na generała brygady. W sierpniu 1831 roku pełni obowiązki gubernatora wojskowego Warszawy. Po kapitulacji stolicy krótko pełni obowiązki ministra wojny. Sprzeciwia się złożeniu broni przez armię powstańczą i optuje za kontynuacją walki. Po upadku powstania nie może wrócić do Rudek. Udaje się na emigrację. Po jakimś czasie wraca do żony i dzieci. Nie mamy za dużo wiadomości o życiu generała w tych ostatnich latach życia.

Z krótkich wzmianek w książce Andrzeja Kwileckiego Wielkopolskie rody ziemiańskie wynika, że Węgierscy spotykali się z Kwileckimi z Oporowa i Dobrojewa, Kurnatowskimi z Chalina (pow. międzychodzki). „W 1838 roku generałowa Węgierska wyprawiła w Rudkach swoje imieninyˮ ‒ pisze Andrzej Kwilecki.

Gen. Emilian Węgierski umiera w Rudkach 15 maja w 1840 roku. W „Tygodniku Literackim literaturze, sztukom pięknym i krytyce poświęconymˮ z dnia 31 maja 1841 roku zamieszczona jest relacja z pogrzebu, poprzedzona obszerną biografią zmarłego. Autor podkreśla, że po upadku powstania generał „tylko w postępie zbawienie dla ojczyzny widział.ˮ

Na jego pogrzebie w kościele w Ostrorogu „płakały wszystkie stany (…), a dziesięciu towarzyszów oręża i przyjaciół złożyli zwłoki u drzwi katakomby na cmentarzu, a myśl zewsząd się objawiała, że pomnikiem trzeba uczcić tego, który tyle razy dla sprawy ogółu ukochaną rodzinę, majątek i życie na igraszkę losu wystawiał.ˮ

Gen. Emilian Węgierski nie ma już w Ostrorogu pomnika, ale na pewno zasługuje na pamięć. Może warto go uhonorować tablicą pamiątkową?

Irena Kuczyńska

współpraca Michał Dachtera

Szamotuły, 23.11.2017

Zdjęcie pomnika z roku 1936 r.

Kościół od ul. Kapłańskiej z widocznym pomnikiem

Pocztówka z ok. 1910 r.

Akt dymisji generała z 1815 roku

Pałac w Rudkach na obrazie Piotra Potworowskiego,  około 1930 r. Źródło: Andrzej Emeryk Mańkowski, Kronika rodziny Mańkowskich, Szczawnica 2017.


Miejsce, gdzie znajdował się pomnik, wygląd współczesny

„Gazeta Szamotulskaˮ z dnia 23 VII 1932 roku

Irena Kuczyńska z domu Leśna

Urodzona w Ostrorogu, absolwentka szamotulskiego liceum (1967).

Emerytowana nauczycielka języka rosyjskiego w pleszewskim liceum, dziennikarka, blogerka (http://irenakuczynska.pl/).

Generał Emilian Węgierski2025-09-12T22:14:58+02:00

Dworzec w Szamotułach

Cykl Kiedy myślę: Szamotuły…

Miejsce, skąd wyrusza się w świat


Szamotuły 1996 r.

Autor: Andrzej Klauza, www.bazakolejowa.pl


Dworzec kolejowy ‒ to moja kolejna szamotulska miejscówka. Nawet teraz, 50 lat po maturze zdanej w Liceum Ogólnokształcącym w Szamotułach, kiedy wracam w rodzinne strony, zawsze o niego zahaczam, przynajmniej wzrokiem.

Jeżeli podróżuję do Ostroroga pociągiem, wysiadam na dworcu, gdzie czeka na mnie siostra. Ale zawsze zerkam na peron 2, gdzie przez całe lata jak w wierszu Juliana Tuwima „stała i sapała, dyszała i dmuchała”  lokomotywa poczciwego „Jaśkaˮ, a konduktor  zachęcał przesiadających się z pociągu poznańskiego, żeby się pośpieszyli, bo „pociąg osobowy z Szamotuł do Międzychodu stoi gotowy do odjazduˮ.

Kiedy jadę do Ostroroga autem, lubię przejechać przez centrum Szamotuł koło dworca kolejowego. Nawet sznur samochodów przy przejeździe mnie nie denerwuje. Jest swojski, mimo iż w latach 60.  najwyżej jakieś furmanki tu stały, a woźnice pilnowali, żeby konie się nie wystraszyły  pociągu.

Pół wieku temu, kiedy aut było mało, autobusów było mało, kolej była głównym środkiem lokomocji. Pewnie nie uwierzycie, ale dworzec kolejowy w Szamotułach tętnił życiem. W budynku dworca była nie tylko poczekalnia, ale też dworcowy bufet, gdzie można było wypić herbatę w szklance w koszyczku, posilić się bigosem z bułką czy jakąś pomidorową.

Może  było też piwo z beczki i oranżada, ale to mi w pamięci jakoś nie utkwiło. Uczniowie, dojeżdżający do szamotulskich szkół z Ostroroga i okolicy, z Wronek, z Pamiątkowa, raczej rzadko do bufetu zaglądali. Mało kto miał pieniądze. W domu dostawało się na bilet miesięczny, na drugie śniadanie kanapki i koniec.

Poza tym, nikt na dworcu nie przesiadywał, bo świetlicy nie było. Ci z Wronek czy z Pamiątkowa wpadali  na ostatnią chwilę. Nie musieli długo czekać, bo pociągów relacji Poznań – Krzyż było dużo.

My z Ostroroga mieliśmy tylko jeden pociąg. Wyjeżdżał  około 16.00, kiedy już do Szamotuł dotarli  pasażerowie przesiadający się z pociągu poznańskiego.

„Jasiekˮ był podstawiony na peronie 2. przy torze 3. godzinę wcześniej i to tam, a nie w poczekalni, wszyscy siedzieli. Dla uczniów był przeznaczony specjalny wagon z wielką tablicą „dla młodzieży szkolnej”, żeby przypadkiem nikt starszy tam się nie zapędził.

Tylko konduktor do niego zaglądał. I to nie zawsze. W tym wagonie kwitło życie towarzyskie. Zawiązywały się znajomości, przyjaźnie, a nawet miłości. To tam popalano papierosy, czasem rano odpisywano zadania, doczytywano lektury, chociaż w wagonie światło było raczej mdłe.

Przedziałów w wagonach drugiej klasy nie było. Na środku było przejście, po obu stronach drewniane twarde siedziska. Jedni siedzieli, inni stali, nikt nie zdejmował wierzchniego okrycia. Okna się otwierały za pomocą taśmy. W wagonach wisiały tabliczki: nie pluć, nie zanieczyszczać pojazdu.

Była też toaleta, ale raczej się tam nie chodziło. Po pierwsze ‒ nie było tam za czysto, po drugie  ‒ korzystać można było tylko „podczas  biegu pociągu”. A ten do Ostroroga jechał tylko 20 minut. Toalety były na dworcu i w Ostrorogu, i w Szamotułach. Jedne i drugie miały deskę z wyciętą dziurą i z klapą. Kto nie musiał, to i tam nie wchodził.

Dojeżdżanie do szkoły pociągiem było nie lada wyzwaniem. Z Ostroroga pociąg wyjeżdżał kilka minut po godzinie 6.00 rano i był na miejscu około 6.45. W zimie było ciemno i chłodno. Szło się grupą w kierunku szkoły przy ulicy Piotra Skargi. Jesienią w okolicy dworca czuć było w powietrzu brzydki zapach wysłodków albo wytłoków z pobliskiej cukrowni albo może olejarni?

Kiedy jesienią padało, dziewczyny zakładały na głowy plastikowe ochraniacze na berety, bo parasolki raczej żadna nie miała. Około 7.00 było się już w szkole, która na szczęście, była otwarta. Ostrorogskie Jaśki, bo taką ksywę mieli uczniowie z Ostroroga, byli w szkole pierwsi.

Dopiero potem przychodzili ci z Wronek, Pamiątkowa, później dobijali „autobusowi”, a na końcu miejscowi, na których się patrzyło z zazdrością. Dla uczniów z  Ostroroga, Dobrojewa, Binina dzień zaczynał się o 5.00 rano, kiedy trzeba było wstać, żeby zdążyć na pociąg. W domu się było około 17.00. Dopiero wtedy można było zdjąć ubrania, które były przesiąknięte zapachami dawno nie sprzątanego wagonu kolejowego. I zabrać się do odrabiania zadań domowych.

Gwoli sprawiedliwości muszę dodać, że  często jeździłam autobusem. Rodzice zawsze znaleźli 50 złotych na bilet miesięczny, żebym mogła wcześniej wrócić do domu, czy rano dłużej pospać.  Kolejowy kosztował tylko 9 zł, to była różnica. Ja miałam wykupione dwa bilety, żeby korzystać z obu środków lokomocji.

Minęło pół wieku. „Jasia” już nie ma. Dworca w Ostrorogu już nie ma. Ale jest dworzec w Szamotułach. Co prawda, nie wypije się już tu herbaty w szklance z cukrem wsypanym od razu przez panią bufetową (ile łyżeczek wsypać?), nie kupi się kartonowego biletu ani nawet takiego wypisywanego kopiowym ołówkiem w specjalnym bloczku.

Można stąd jednak wyruszyć w świat, tak jak ja to zrobiłam w czerwcu 1967 roku i już do swojego Ostroroga oraz Szamotuł nie wróciłam. Ale mam dokąd wracać. Kiedy pociąg mija Baborówko i zbliża się do stacji w Szamotułach, serce mi mocniej bije. Wysiadam i od razu zaczynam szukać znajomych miejsc, zapachów, twarzy oraz wspomnień z szczęśliwych lat spędzonych w szamotulskim ogólniaku.

Irena Kuczyńska


Szamotulski dworzec PKP – 1997 r.

Autor: Miłosz Telesiński, http://sentymentalny.com/?page_id=42341

Zdjęcie Andrzej Bednarski


Eksponaty ze zbiorów Jacka Kowalskiego


Zdjęcia Ryszard Smulkowski


Irena Kuczyńska z domu Leśna

Urodzona w Ostrorogu, absolwentka szamotulskiego liceum (1967).

Emerytowana nauczycielka języka rosyjskiego w pleszewskim liceum, dziennikarka, blogerka (<a href=”http://irenakuczynska.pl/”>http://irenakuczynska.pl/</a>).

Dworzec w Szamotułach2021-01-04T14:03:31+01:00

Quiz. Nazwy ulic

Quiz miesiąca

Czy znasz ulice w Szamotułach?

Zapraszamy do rozwiązywania i sprawdzenia swojego wyniku!





Nazwy szamotulskich ulic

W ilu nazwach ulic pojawia się data?

 
 

Niedaleko od Śmiłowa leży ulica
 

Jaką nazwę w PRL-u nadano ulicy Lipowej? (zadanie dla osób powyżej 35. roku życia 😉 )?

 
 

Ulica Halszki leży w pobliżu ulicy Łukasza Górki

 
 

Nazwy ulic mogą pochodzić od drzew owocowych. Pierwszą taką ulicą w Szamotułach była Wiśniowa ‒ od rosnących w pobliżu sadów. Od którego z wymienionych poniżej drzew nie utworzono nazwy dla ulicy w Szamotułach?

 
 

W Szamotułach urodził się znany badacz przyrody, filozof, lekarz, historyk i pedagog ‒ patron jednej z ulic

 
 

Nazwa ulicy może wskazywać na jej usytuowanie i panującą atmosferę. Wbrew znaczeniu jedna z tych „spokojnych” ulic leży przy bardzo ruchliwej ulicy Bolesława Chrobrego

 
 

Patronami ulic w Szamotułach jest 58 mężczyzn. Ile kobiet ma swe ulice?

 
 

Ulica Strzeleckiego usytuowana jest

 
 

Który władca Polski nie jest patronem żadnej z szamotulskich ulic?

 

Źródła zdjęć: fotopolska.eu



Zapraszamy do lektury tekstu  http://regionszamotulski.pl/nazwy-szamotulskich-ulic/

Autor quizu: Agnieszka Krygier-Łączkowska

Quiz. Nazwy ulic2017-11-13T10:58:48+01:00

Projekt „Śladami szamotulskich Żydów”

Zespół Szkół nr 2 im. Stanisława Staszica w Szamotułach uczestniczy w programie edukacyjnym warszawskiej Fundacji Forum Dialogu ‒ największej i najstarszej polskiej organizacji pozarządowej zajmującej się dialogiem polsko-żydowskim.


Śladami szamotulskich Żydów


Celem naszych działań jest pogłębianie wiedzy na temat historii, tradycji i kultury żydowskiej, a także próba samodzielnego odkrycia i upamiętnienia historii społeczności żydowskiej  na ziemi szamotulskiej. Nasze projektowe działania to szereg inicjatyw, których efekty dostrzegalne są dla całej naszej szkolnej społeczności i nie tylko dla niej. Projekt zainicjowały nasze nauczycielki: Krystyna Warguła i Klaudia Tomaszak-Ślipka, które zainteresowane tematem, przelały na nas swoje pasje.

Jednym z zadań, których się podjęliśmy, było przeprowadzenie ankiety, aby dowiedzieć się,  jaki jest stan wiedzy naszych koleżanek i kolegów na temat obecności Żydów w  dawnych Szamotułach, ale także współistnienia dwóch społeczności: polskiej i żydowskiej. Z analizy prawie 300 ankiet wynika, że 35% naszych rówieśników i starszych kolegów nie wie, gdzie przed wojną znajdowała się w Szamotułach synagoga. 30% ankietowanych nie wie, ilu Żydów żyło wówczas w mieście. Najbardziej jednak zastanawia przekonanie pytanych, że ludność żydowska nadal zamieszkuje Szamotuły. Wyniki ankiety stały się punktem wyjścia do dalszych podejmowanych przez nas działań projektowych.

15 lutego 2017 roku udaliśmy się do Zamku Górków, by wziąć udział w spotkaniu z Joanną Sobolewską ze Stowarzyszenia „Dzieci Holokaustu” w Polsce. Najbliżsi pani Joanny, w tym rodzice, zginęli w czasie wojny. Ona sama, odnaleziona w kanale, została uratowana dzięki polskiej rodzinie Sobolewskich, a o swoich korzeniach żydowskich dowiedziała się dopiero w wieku 18 lat. Wysłuchanie przejmującej opowieści, pełnej refleksji, ale i niepozbawionej humoru, z pewnością na długo zostanie w naszej pamięci.

7 marca 2017 roku obejrzeliśmy w Zamku Górków czasową wystawę „Moi żydowscy rodzice, moi polscy rodzice”, opowiadającą o losach piętnaściorga dzieci urodzonych w latach 1939-1942 i ocalałych dzięki miłości rodziców ‒ żydowskich i polskich.

Realizując  projekt, współpracowaliśmy z Muzeum – Zamek Górków. Korzystaliśmy ze zbiorów tej instytucji, gościliśmy także dwukrotnie na lekcjach muzealnych. Pierwsza z nich, przeprowadzona  przez panią kustosz Monikę Romanowską-Pietrzak, była dla nas największą skarbnicą wiedzy na temat historii szamotulskich Żydów. Oprócz ciekawej narracji prowadzonej przy autorskiej prezentacji otrzymaliśmy także karty pracy z najważniejszym dla dziejów miejscowej społeczności żydowskiej dokumentem przywileju z 1714 r.
Nie bez znaczenia dla naszego projektu było zwiedzanie stałej wystawy  poświęconej Żydom, znajdującej się na terenie Baszty Halszki. Towarzyszył nam Waldemar Górny, który przyczynił się do jej powstania. Na tę właśnie wystawę, już w roli przewodników, zabraliśmy panie Ewelinę i Magdę ‒ edukatorki z Forum Dialogu. Druga część tej lekcji muzealnej została przeprowadzona w terenie. Jej celem było poznanie lokacji związanych z żydowską społecznością Szamotuł.

W czasie Tygodnia Bibliotek, obchodzonego w tym roku w dniach 8-15 maja, nasze koleżanki, Dominika i Julia, zaprosiły swoich rówieśników do głośnej lektury pamiętnika Janusza Korczaka i opowieści Marka Edelmana zawartych w książce I była miłość w getcie. Zaintrygowały swoich słuchaczy treścią czytanych książek i zachęciły do czytania w ogóle.

W poniedziałek, 22 maja 2017 roku, zorganizowaliśmy dla naszych kolegów i koleżanek z klas gimnazjalnych projekcję filmu Cud purymowy w reżyserii Izabelli Cywińskiej, podejmującego niezwykle ważny i niestety wciąż aktualny temat antysemityzmu. Dominika i Julia opatrzyły film komentarzem, zachęcając odbiorców do dyskusji o postawach wyrażających uprzedzenie, niechęć, dyskryminację i wrogość w stosunku do Żydów.

Odwiedzając stolicę, w trakcie majowej wycieczki szkolnej, nieprzypadkowo znaleźliśmy się w miejscu spotkań i dialogu tych wszystkich, którzy pragną lepiej poznać przeszłość i współczesną kulturę żydowską, którzy z polsko-żydowskiej historii chcą wyciągnąć wnioski na przyszłość – Muzeum Historii Żydów Polin w Warszawie. Przeżycie niezapomniane.

Pracując nad projektem z paniami z Forum Dialogu, zastanawialiśmy się, jak ma wyglądać finał naszych działań. Oczywistą formą dla poszukiwaczy śladów szamotulskich Żydów była wycieczka. Pomysłów jednak na prezentację efektów pracy mieliśmy znacznie więcej. Jednym z nich była wystawa. Chcieliśmy unaocznić uczestnikom wycieczki to, nad czym i jak  pracowaliśmy przez ponad 2 miesiące, a co dotyczyło szeroko pojętej kultury i tradycji żydowskiej, niezależnie od jej szamotulskich śladów.

Ostateczny kształt wystawy jest efektem nie tylko naszej wielotygodniowej pracy, zawdzięczamy go również życzliwości wszystkich interesujących się jej powstawaniem osób. W ten sposób zyskaliśmy możliwość zaprezentowania prawdziwych unikatów. Finałowa wersja wystawy zawiera:

  • gabloty z książkami o tematyce żydowskiej, pochodzącymi ze zbiorów prywatnych
  • wydruki zdjęć synagog oraz ich modele (owoce pracy uczniów klas pierwszych gimnazjum, biorących udział w zorganizowanym przez nas konkursie)
  • prezentację informacji dotyczących Zagłady Żydów i zachowań świadków Holokaustu
  • opisy żydowskich świąt
  • wizerunki przedstawicieli historii i kultury polskiej żydowskiego pochodzenia
  • zilustrowane zdjęciami opisy naszych projektowych działań
  • odręcznie wykonany plan współczesnych Szamotuł z zaznaczonymi miejscami związanym z obecnością społeczności żydowskiej w mieście
  • plan Szamotuł z początku wieku XX, ilustrujący położenie kirkutu
  • zdjęcia szamotulskiej synagogi
  • judaiki  w formie hologramów przywiezionych z Lwowa, gdzie mieści się nasza szkoła partnerska (po raz pierwszy prezentowane, będące własnością Muzeum – Zamek Górków)
  • fragmenty Tory z synagogi w Ryczywole
  • kolekcję jarmułek ‒ nakryć głowy pobożnych  Żydów
  • medal Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata wraz z certyfikatem, których dysponentem jest pan Eugeniusz Napierała z Popówka
  • oryginalny, wełniany tałes przywieziony z Izraela
  • kopie aktów urodzenia szamotulskich Żydów (po raz pierwszy prezentowane)
  • przepisy kulinarne na smakołyki żydowskie degustowane podczas wystawy ‒ czulent i uszy Hamana
  • materiały do ćwiczeń kaligraficznych pisma hebrajskiego
  • menorę i świeczniki chanukowe z prywatnej kolekcji

Naszą ambicją było pozostawienie po projekcie czegoś trwałego, co mogłoby służyć innym mieszkańcom Szamotuł. Przygotowaliśmy:

  • prezentację multimedialną zatytułowaną „Śladami szamotulskich Żydów”
  • kartę pracy w formie schematu planu współczesnych Szamotuł z zaznaczonymi miejscami związanymi z obecnością społeczności żydowskiej w naszym mieście (materiały te, w formie płyty CD z okolicznościowym nadrukiem i załączoną kartą pracy, stanowiły także prezent dla odwiedzających wystawę gości).

W naszym mieście istnieją tylko dwa miejsca z informacją odnoszącą się do obecności Żydów w dawnych Szamotułach. Są to: dom przedpogrzebowy oraz mostek na ulicy 3 Maja, umocniony macewami z szamotulskiego kirkutu. Naszym zdaniem odpowiedniego oznaczenia wymagają jeszcze dwa miejsca, na których przed II wojną światową stały: synagoga oraz kirkut. W tym celu, jako młodzi obywatele Szamotuł, podjęliśmy inicjatywę i wystosowaliśmy do Starosty Powiatu Szamotulskiego prośbę o upamiętnienie tych właśnie miejsc. 19 czerwca, podczas wizyty w urzędzie w towarzystwie przedstawicieli fundacji Forum Dialogu, naszą prośbę złożyliśmy także na ręce Burmistrza Miasta i Gminy Szamotuły ‒ Włodzimierza Kaczmarka.

Naszych gości, jeszcze przed wycieczką, postanowiliśmy poczęstować czymś szczególnym, tak by nie ruszali w miasto z pustymi żołądkami. Od rana w szkole unosiły się zapachy tradycyjnych potraw kuchni żydowskiej. Pierwsza z nich to szabasowy czulent, czyli gorące danie przyrządzane z koszernego mięsa z ziemniakami, pęczakiem, fasolą i cebulą. Pycha!   Na deser zaserwowaliśmy hamantasze, zwane też uszami Hamana, czyli nadziewane ciasteczka w kształcie trójkątów, wypiekane w przeddzień święta Purim i spożywane w czasie tego święta. Potrawy przygotowywaliśmy z pomocą naszych starszych kolegów z technikum żywienia i usług gastronomicznych, którzy – choć o wiele bardziej doświadczeni w gotowaniu i pieczeniu – o takich rarytasach usłyszeli po raz pierwszy. Właściwym określeniem na takie smakołyki jest słowo cymes, pochodzące z jidysz.

Najważniejszym elementem finału projektu była wycieczka, podczas której jej uczestnikom pokazywaliśmy miejsca związane z obecnością Żydów w dawnym Szamotułach. Grupa lektorów pracowała w roli przewodników miejskich, opowiadając o budynkach, które niegdyś tętniły życiem ich żydowskich mieszkańców. Zaproszeni goście mieli okazję zapoznać się z  bogatą historią miejsc, które do tej pory mijali bezrefleksyjnie. Na pierwszą wycieczkę, w dniu 7 czerwca, zaprosiliśmy między innymi przedstawicieli władz samorządowych oraz lokalnych instytucji oświatowych i kulturalnych.
W drugiej wycieczce, 12 czerwca, udział wzięli nasi rodzice, nauczyciele oraz mieszkańcy Szamotuł zachęceni plakatami rozwieszonymi w najważniejszych punktach miasta. Tak liczna grupa podążająca za przewodnikiem wzbudzała duże zainteresowanie przechodniów. Szczególnie, gdy nasi najżyczliwsi odbiorcy nagradzali naszą pracę oklaskami.
Kolejne wycieczki realizowaliśmy w ostatnich dwóch tygodniach czerwca. Na wystawę i spacer śladami szamotulskich Żydów zaprosiliśmy naszych szkolnych kolegów oraz uczniów szamotulskich szkół podstawowych.

19 czerwca z naszej inicjatywy i na nasze zaproszenie przyjechał do szkoły Naczelny Rabin Polski Michael Schudrich. Spotkanie z nim było ostatnim akordem finału projektu. Rabin obejrzał wystawę oraz prezentację, a swoją pozytywną opinię na ich temat zapisał po hebrajsku w księdze pamiątkowej. Na spotkaniu obecni byli również przedstawiciele władz samorządowych, instytucji kulturalnych i oświatowych oraz rodzina pani Zofii Napierały, odznaczonej medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Do niej w szczególny sposób zwrócił się Rabin Schudrich, określając jej członków mianem „najlepszych ludzi świata”, „wzorem człowieczeństwa”. Druga część spotkania poświęcona była sytuacji współczesnych Żydów w Polsce. Rabin opowiadał również ciekawie o swoich korzeniach i odpowiadał  na pytania. Na zakończenie otrzymaliśmy z rąk starosty powiatu szamotulskiego, Józefa Kwaśniewicza, pamiątki będące nagrodami za naszą pracę.

19 czerwca gościliśmy przedstawicieli Forum Dialogu – Fundacji, która zainspirowała nas do poszukiwania w Szamotułach śladów społeczności żydowskiej. Z uwagi na ogrom wykonanej pracy, nasze zaangażowanie i kreatywność, to właśnie nas odwiedzili przedstawiciele Fundacji, aby uwiecznić projektowe działania na filmie. Film ten wysłany zostanie do wszystkich zainteresowanych Fundacją osób, a także pokazany na uroczystej Gali Szkoły Dialogu w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Niewielka trema nas wprawdzie nie ominęła, ale przede wszystkim poczuliśmy się bardzo wyróżnieni na tym etapie naszych działań.

Uczniowie Zespołu Szkół nr 2 im. Stanisława Staszica ‒ uczestnicy projektu


Poniżej zamieszczamy interesującą prezentację przygotowaną przez uczniów. Zapraszamy do jej pobierania i oglądania!

Żydzi w Szamotułach

Szamotuły, 12.11.2017

Projekt „Śladami szamotulskich Żydów”2025-01-02T12:15:28+01:00

Miłość w pałacu w Kobylnikach

Miłość w pałacu w Kobylnikach

Dzisiaj  zapraszam w sentymentalną podróż do Kobylnik, gdzie w ostatniej dekadzie XIX wieku, w pałacu Twardowskich ze Skrzypny herbu Ogończyk, poznali się i pokochali dziadkowie Anny Wujs z Pleszewa.



Pałac w Kobylnikach, 1911

W 1888 roku pałac już stał. Kazali go zbudować: Tadeusz Twardowski (1854-1914) ‒ właściciel ordynacji kobylnickiej i jego żona Ludwika z Karśnickich (1860-1923) „po pięciu latach wspólnego, z łaski Boga szczęśliwego pożycia”.

Budowlę, tak bardzo różniącą się od innych dworów w okolicy, zaprojektował Zygmunt Gorgolewski (1845-1903), który później stworzył też gmach Opery we Lwowie. Prace murarskie i ciesielskie wykonywał Henryk Wysocki z Szamotuł. Na frontonie gospodarz umieścił herb Ogończyk i dewizę „W pracy szczęście”.

Zygmunt Gorgolewski, 1879, grafika, autor – Aleksander Regulski. W powiecie szamotulskim architekt zaprojektował dwa pałace – w Kobylnikach i w Oporowie (por. http://regionszamotulski.pl/palac-w-oporowie/).

Herb Ogończyk i dewiza – tablica na wieży pałacu w Kobylnikach

W tym pałacu, w ostatnich latach XIX wieku, spotkało się dwoje młodych ludzi. Marcin Opaska był szefem służby dworskiej. Pochodził z Tłok koło Wolsztyna. Jego rodzice, Apolonia i Augustyn, mieli tam duże gospodarstwo i prowadzili handel zbożem.

Prawdopodobnie  hrabia Twardowski spotykał się z Augustynem Opaską w interesach. Poznał Marcina  i zaproponował mu pracę w pałacu, gdzie młodzieniec szybko awansował i kiedy do Twardowskich zjeżdżali goście, to on w eleganckim stroju podawał do stołu, co widać na zdjęciu przechowywanym przez wnuczkę.

Przystojnemu Marcinowi na pewno spodobała się panna Felicja Gallówna z Książa Wielkopolskiego, która w pałacu pełniła funkcję kredensowej.  Jej rodzina miała w Książu Wielkopolskim piekarnię. Odbył się ślub, a młoda para zamieszkała w Kobylnikach. Ich wnuczka Anna mówi, że w rodzinnej tradycji przetrwało wspomnienie o prezentach, jakie młoda para otrzymała od swoich chlebodawców. Kiedy zaczęły przychodzić na świat kolejne dzieci Opasków, Felicja przestała pracować. Jej mąż Marcin nadal nadzorował pracę pałacowej służby.



Felicja i Marcin Opaskowie – to oni poznali się w pałacu w ostatniej dekadzie XIX wieku. Zdjęcie zrobione w Poznaniu w zakładzie R.S. Ulatowski przy Placu Wilhelmowskim 17.

Marcin Opaska przy pracy w pałacu w Kobylnikach



Po nagłej śmierci Tadeusza Twardowskiego (II ordynata) majątek rodzinny przejął najstarszy syn Teodor (1882-1924, III ordynat). Po nim formalnym ordynatem został jego syn Tadeusz (1911-1985), ale z powodu małoletniości IV ordynata majątkiem do II wojny światowej zarządzał stryj Stefan Twardowski (1888-1956).

Stefan Twardowski najpierw służył w wojsku pruskim, potem walczył w Powstaniu Wielkopolskim, a po śmierci brata osiadł w Kobylnikach – w pałacu, gdzie się urodził. Był dobrym gospodarzem ‒ pisze Andrzej Kwilecki w książce Wielkopolskie rody ziemiańskie. Kupił duże pakiety akcji cukrowni w Szamotułach, należał do rady nadzorczej poznańskiego Bazaru. Przez wiele lat sam nadzorował siedem majątków, w tym Kobylniki ze Szczuczynem.

Stefan Twardowski i Eleonora z Kurnatowskich (1898-1968) mieli pięcioro dzieci – trzech synów: Jana (1921-2010), Andrzeja (1922-1930), Krzysztofa (1929-1999) i dwie córki: Marię (1925-1990) i Annę (1937-1996).

Stefan Twardowski w parku w Kobylnikach (okres międzywojenny)



Wnętrza pałacu w Kobylnikach – jadalnia i salon, lata 20. XX w. Źródło: Złota księga ziemiaństwa polskiego, 1929

Część budynków gospodarczych w majątku w Kobylnikach, lata 20. XX w., Źródło: Złota księga ziemiaństwa polskiego, 1929

Anna Opaska (córka Felicji i Marcina) – piastunka hrabiów z podopiecznymi

Najstarsza córka Marcina i Felicji Opasków ‒ Anna, imienniczka jednej z hrabianek, też pracowała w pałacu, była piastunką młodych Twardowskich. Znakomicie opanowała język francuski i wyjeżdżała razem z hrabiami na wakacje. U Twardowskich pracowała też druga córka Opasków ‒ Katarzyna, która w latach 30. wyjechała do Pleszewa i tam się osiedliła.

Opaskowie mieli dziesięcioro dzieci. W latach 30. wyjechali z Kobylnik do Inowrocławia. Ale dobre stosunki z hrabiami Twardowskimi przetrwały.

U Twardowskich w Kobylnikach (i nie tylko tam) bywał też syn Felicji i Marcina Opasków ‒ Marek, który był z zawodu introligatorem i naprawiał okładki i obwoluty książek w bibliotekach.  To on zbierał wszelkie informacje o rodzinie i opracowywał drzewo genealogiczne Opasków, którzy poznali się i pokochali w pałacu jednego z najbardziej znanych wielkopolskich rodów ziemiańskich.

Żyje jeszcze w Opolu Jerzy Opaska ‒  wnuk Felicji i Marcina ‒ syn najstarszego syna Józefa, który wychowywał się u dziadków i dużo pamięta. To on opowiedział swojej kuzynce – córce najmłodszej siostry Barbary ‒ o kontaktach swoich dziadków z hrabiami. Wspominał o tym, jak na święta wielkanocne w prezencie od Twardowskich do Inowrocławia przyjeżdżała furmanka pełna szynek, kiełbas i innych smakołyków.



Pozdrowienia przysłane Opaskom z wygnania w Bawarii w Boden Kirchen



Kontakty Opasków  z hrabiami przetrwały. W czasie wojny Twardowscy najpierw trafili do obozu w Gniewkowie, potem krewny baron Fritz von Twardowski ściągnął wszystkich do Bawarii, gdzie żyli z oszczędności oraz ze sprzedaży wyrobów porcelanowych malowanych przez  hrabinę Eleonorę. W końcu mieli do wyboru: volkslista lub wysiedlenie do Generalnego Gubernatorstwa. Wybrali wysiedlenie.

Po wojnie do Kobylnik i innych majątków oczywiście nie wrócili. Potomkowie ordynata Stefana i Eleonory mieszkali w Poznaniu i w Warszawie. Kiedy w 1948 roku zmarła w Inowrocławiu  Anna Opaska, czyli piastunka Twardowskich, na pogrzeb przyjechał  Krzysztof Twardowski ‒ syn Stefana i Eleonory.

Wracając do Felicji i Marcina Opasków, którzy są głównymi bohaterami tych wspomnień, to po śmierci  małżonkowie się rozdzielili. Marcin zmarł w 1944 roku w Inowrocławiu i tam spoczywa. Jego żona Felicja przyjechała do córki Barbary  do Pleszewa i tam zmarła w 1952 roku.

Nieliczne zdjęcia i pamiątki  po dziadkach przechowuje w Pleszewie Anna – córka  Barbary.  Niewiele babcię pamięta, ale od starszych kuzynów zbiera okruchy wspomnień i dla swoich dzieci i wnuków spisuje rodzinną, ciekawą historię o dziadkach, którzy się poznali i pokochali w Kobylnikach w pałacu Twardowskich ze Skrzypny.

Irena Kuczyńska

Pleszew – Szamotuły, 10.11.2017 r.

Fragment fasady pałacu w Kobylnikach. Zdjęcie Jan Kulczak

Klatka schodowa w wieży pałacu w Kobylnikach – witraże z herbem Ogończyk i kręcone schody. Zdjęcie Jan Kulczak

Pałac w Kobylnikach. Zdjęcie Jan Kulczak

Pałac w Kobylnikach widziany zza stawu. Zdjęcie Andrzej Bednarski

Grób Jana Twardowskiego na cmentarzu  rodziny Twardowskich w Kobylnikach. Zdjęcie Jan Kulczak

Pałac i park w Kobylnikach późnym latem. Zdjęcie Tomasz Kotus

Pałac i park w Kobylnikach jesienią. Zdjęcie Łukasz Wlazik

Wspominała: Anna Wujs

Irena Kuczyńska z domu Leśna

Urodzona w Ostrorogu, absolwentka szamotulskiego liceum (1967).

Emerytowana nauczycielka języka rosyjskiego w pleszewskim liceum, dziennikarka, blogerka (http://irenakuczynska.pl/).

Miłość w pałacu w Kobylnikach2025-09-13T21:12:14+02:00

Strona główna – listopad

Szamotulscy. Dzięki miastu przeszli do historii jako Szamotulscy, ale Szamotuły zawdzięczają im, że w ogóle powstały

„Jest rzeczą zdumiewającą, w jak niewielkim stopniu postacie Szamotulskich przetrwały w pamięci miasta ‒ prawie nikogo z nich na przykład nie upamiętniono w nazwach ulic, placów, a chyba i instytucji miejskich, jak szkoły czy biblioteki. Wszystkich ich w tradycji i legendzie zdominowała marginalna postać Halszki Ostrogskiej, żony zmarłego w 1573 roku Łukasza Górki”.

Słowom prof. Antoniego Gąsiorowskiego ‒ wybitnego historyka, znawcy średniowiecza ‒ nie sposób odmówić racji. Mniej więcej trzydzieści lat temu imieniem Dobrogosta Szamotulskiego nazwano jedną z ulic, a w 2006 roku hali widowiskowo-sportowej przy Zespole Szkół nr 2 im. Hugona Kołłątaja nadano nazwę herbu Nałęcz, nadal jednak nie można mówić o adekwatnym w stosunku do zasług dla miasta uczczeniu tego niezwykle ważnego wielkopolskiego rodu.

Pierwsza wzmianka potwierdzająca istnienie Szamotuł związana jest z postacią Wincentego (herbu Nałęcz), który w dokumencie z 1231 roku wspomniany został jako Wincencius de Samotul (por. tekst Pochodzenie nazwy Szamotuły http://regionszamotulski.pl/pochodzenie-nazwy-szamotuly/). Świadectwa pisane z tamtych czasów, choć jest ich niewiele, wyraźnie wskazują, że już od początku XIII wieku przedstawiciele tej gałęzi rodu odgrywali niezwykle ważną rolę u boku książąt wielkopolskich w czasach rozbicia dzielnicowego Polski, później wspierali królów Przemysła II, Władysława Łokietka i Kazimierza Wielkiego. Oprócz wspomnianego Wincentego Nałęczami „z Szamotuł” byli kolejno: Tomisław (kasztelan i wojewoda poznański, bratanek Wincentego), Dobrogost Mały (kasztelan gnieźnieński, syn Tomisława) oraz znów (imiona w rodzinie Nałęczów się powtarzają): Wincenty (wojewoda poznański, starosta Wielkopolski, bratanek Dobrogosta Małego), Dobrogost (kasztelan czarnkowski, brat Wincentego) i Tomisław (kasztelan poznański, brat Wincentego i Dobrogosta) (por. tekst Herb Nałęcz http://regionszamotulski.pl/dzieje-ziemi-szamotulskiej/page/3/).

„Prawdziwym ojcem miasta” prof. Tomasz Jurek nazywa pierwszego wymienionego Tomisława, który dokonał pierwszej lokacji Szamotuł, najprawdopodobniej w okresie 1284-1296. Miasto wytyczone zostało w pobliżu wcześniejszej osady o charakterze wiejskim, położonej po prawej stronie Samy, naprzeciw Szczuczyna. W osadzie tej, zwanej potem Starymi Szamotułami, a istniejącej jeszcze do początków XIX wieku, znajdował się kościół św. Marcina i cmentarz, musiała znajdować się też rezydencja właścicieli. To ślady tego miasta w 2006 roku odkryli ‒ dzięki zastosowaniu fotografii lotniczej ‒ archeolodzy Ryszard Pietrzak i Włodzimierz Ręczkowski; odkrycie to zostało wówczas mocno nagłośnione przez media.

Koniec dynastii Piastów w Polsce zbiegł się ze zmianą dziedziców Szamotuł. Nadal byli nimi przedstawiciele Nałęczów, ale innej gałęzi tego potężnego rodu. Pierwszym dziedzicem z tej nowej gałęzi został Sędziwój, używający przydomka Świdwa (wojewoda poznański, Szamotuły i inne dobra przejął jako zięć Dobrogosta lub Tomisława). Na nowe ‒ dzisiejsze miejsce ‒ Szamotuły zostały przeniesione po zniszczeniu pierwszego ośrodka miejskiego koło Starych Szamotuł. Przez miejsce wcześniejszej lokacji przetoczyło się kilka fal spustoszeń. Największe walki toczono w czasie wojny domowej rodów wielkopolskich w okresie bezkrólewia po śmierci Ludwika Węgierskiego, nazywanej wojną Grzymalitów z Nałęczami. Przedmiot sporu stanowiło wówczas obsadzenie tronu polskiego oraz niechęć do wywodzącego się z rodu Grzymałów, starosty wielkopolskiego Domarata (Grzymalici popierali kandydaturę Zygmunta Luksemburczyka na króla). Walki wygasły po wstąpieniu na tron Władysława Jagiełły i jego ślubie z Jadwigą. W okolicach Piotrkówka, a więc w pobliżu wsi Stare Szamotuły i założonego przez Tomisława miasta Szamotuły, w lutym 1383 roku rozegrała się największa bitwa tej wojny. Sędziwój Świdwa grał rolę jednego z najważniejszych przywódców szlachty wielkopolskiej, złupienie i zniszczenie jego własności było więc dla jego przeciwników politycznych ważne. Być może po tych wydarzeniach Sędziwój postanowił odbudować Szamotuły na nowym miejscu: lepiej odpowiadającym wymogom obronności (wyniesienie terenu oblane wokół wodami Samy i jej dopływów) oraz nowemu przebiegowi dróg lokalnych. Nie jest to jednak całkiem oczywiste (por. tekst Zagadka powstania kościoła św. Stanisława. Kiedy Szamotuły przeniesiono na dzisiejsze miejsce? http://regionszamotulski.pl/dzieje-ziemi-szamotulskiej/).

Czytaj dalej


Obrazy Jarka Kałużyńskiego: Dobrogost Świdwa Szamotulski i Andrzej Szamotulski


Zagadka powstania kościoła Św. Stanisława.

Kiedy Szamotuły przeniesiono na dzisiejsze miejsce?

Dla szamotulan bazylika, kolegiata czy po prostu „duży kościół” to taka „oczywista oczywistość”. Miejsce przyjęcia przez nich sakramentów, odwiedzane co tydzień lub rzadziej, w czasie ślubów i pogrzebów. Coś, co jest od zawsze, więc w pewnym sensie staje się przezroczyste. A przecież to najcenniejszy szamotulski zabytek, ciągle jeszcze nie do końca zbadany. Warto to robić, bo mury bazyliki są w stanie opowiedzieć nie tylko własną historię, ale ‒ przynajmniej częściowo ‒ rozwiązać jedną z największych zagadek Szamotuł: kiedy miasto przeniesiono na dzisiejsze miejsce.

Zmiana lokalizacji miasta bez wątpienia spowodowana była zniszczeniami pierwszego miasta, położonego na prawym brzegu Samy na wysokości Szczuczyna (na północ od dzisiejszych ogródków działkowych przy ul. Nowowiejskiego). Do przeniesienia miasta doszło jednak prawdopodobnie wcześniej, niż zakładali badacze historii, którzy wydarzenie to wiązali z postacią Sędziwoja Świdwy Szamotulskiego i datowali na ostatnie dziesięciolecie XIV wieku. Impulsem do nowego spojrzenia na tę kwestię stały się prace historyka sztuki Jacka Kowalskiego, badacza gotyku w Wielkopolsce, który zajął się również szamotulskim kościołem św. Stanisława.

Najstarszy zachowany dokument, który wspomina o kościele parafialnym św. Stanisława, pochodzi z roku 1423 i dotyczy ustanowienia fundacji prepozytury oraz kolegium ośmiu mansjonarzy, czyli wynagrodzenia proboszcza i niższego duchowieństwa. Następne dokumenty mówią o wyposażeniu świątyni i o organizacji szkoły. W związku z tym przez lata zakładano, że rok 1423 był początkiem budowy kościoła św. Stanisława. Nie jest to jednak przecież jednoznaczne. Zwłaszcza, jeśli uwzględni się fakt, że drewniany krucyfiks z belki tęczowej (nad prezbiterium) datowany jest na lata 1380-1390. Świątynia musiała już wówczas stać w dzisiejszym miejscu, choć z tej XIV-wiecznej budowli do dziś zachowało się niewiele. Jej ślady najbardziej widoczne są w północnym szczycie kościoła, czyli fasadzie od strony ul. Kapłańskiej. Pierwotne mury wtopiły się w nowsze (XV-wieczne): z dwiema dobudowanymi nawami bocznymi, różnego rodzaju „szwy” budowli, widoczne są jednak do dziś.

Jacek Kowalski stawia interesującą hipotezę dotyczącą początków budowy kościoła św. Stanisława i zarazem lokacji miasta w nowym miejscu. Otóż wiąże je z czasami ostatniego z Piastów ‒ Kazimierza Wielkiego (zmarłego w roku 1370), a zatem także z czasem pierwszej gałęzi Nałęczów Szamotulskich: z Wincentym albo Dobrogostem (por. tekst Szamotulscy http://regionszamotulski.pl/dzieje-ziemi-szamotulskiej/page/5/). Hipoteza ta oparta jest na kilku przesłankach. Po pierwsze: wygląd herbu Szamotuł. Zdaniem historyka Tomasza Jurka, na pierwszej, bardzo zniszczonej, pieczęci miasta z 1401 roku dopatrzeć się można korony, można więc przyjąć, że już wtedy herbem miasta była głowa brodatego króla w koronie. Jedynym królem z brodą wśród Piastów był właśnie Kazimierz Wielki, chętnie nadający herb z własnym wizerunkiem lokowanym przez siebie miastom. Szamotuły nie były wprawdzie miastem królewskim, lecz prywatnym, należącym do rycerskiego rodu Nałęczów. Umieszczenie postaci króla na herbie miasta prywatnego stanowiłby zatem ukłon w stronę władcy, ważną deklarację polityczną właścicieli Szamotuł. Warto w tym momencie dodać, że Szamotulscy stanowili tu wyjątek wśród rycerstwa wielkopolskiego, niechętnego dwom ostatnim Piastom. Drugą przesłankę może stanowić wezwanie kościoła: św. Stanisław jest przecież patronem królewskiej katedry na Wawelu. Zdaniem Jacka Kowalskiego wnętrze katedry  wawelskiej zainspirowało także fundatorów szamotulskiej świątyni do stworzenia interesującego sklepienia nad ołtarzem głównym, niezachowanego na skutek późniejszej przebudowy.


Wschodni szczyt kościoła (od ul. Kościelnej). Pierwotnie prezbiterium kończyło się w górnej części dzisiejszych okien (widoczny fryz). Szczyt też był niższy, stare cegły odznaczają się w nadbudowanej partii (nowy szczyt powtarza układ sterczyn, czyli pionowych elementów dekoracyjnych w postaci kamiennej wieżyczki, zakończonej od góry ostrosłupem).

Anioły z cmentarza w Szamotułach ‒ Andrzej Bednarski ( https://bednarski-andrzej.flog.pl/)

Szamotuły, 03.11.2017



Płyta nagrobna Andrzeja Świdwy Szamotulskiego z bazyliki kolegiackiej

Starsze i średnie pokolenie szamotulan pamięta, jak na początku lat 90. XX wieku na ścianie nawy południowej (Matki Bożej) pojawiła się spiżowa płyta nagrobna jednego z właścicieli Szamotuł, w czasie II wojny wywieziona przez hitlerowców, a po latach razem z kilkoma innymi tego samego typu zabytkami odnaleziona … w magazynach Ermitażu w ówczesnym Leningradzie (Petersburgu) i zwrócona państwu polskiemu. Skomplikowane dzieje tablicy nieco przesłoniły jej wyjątkową wartość artystyczną i historyczną.

Płyta ukazuje wojewodę poznańskiego Andrzeja Świdwę w pozycji stojącej, w kontrapoście, czyli z oparciem ciężaru ciała na jednej nodze. Ubrany w zbroję wojewoda stoi w otwartej arkadowej przestrzeni, u jego stóp z jednej strony leży hełm z bujnym pióropuszem, dalej widać sztandar, a po drugiej stronie umieszczony został miecz. Spod beretu wystają długie, starannie uczesane loki. Płyta zamawiana była prawdopodobnie jeszcze za życia Andrzeja Szamotulskiego i z pewnością uchwycono na niej podobieństwo do właściciela Szamotuł (por. tekst Szamotulscy  http://regionszamotulski.pl/dzieje-ziemi-szamotulskiej/page/5/).

Tło dla postaci wojewody stanowi tkanina z frędzlami po bokach, o bogatym ornamencie roślinnym, natomiast w górnej części (w obramowaniu arkady) zastosowano motyw dekoracyjny przedstawiający małych nagich chłopców (putto). Historycy sztuki zwracają uwagę na bogactwo rytych w spiżu linii, dzięki któremu osiągnięto efekty malarskie, np. błyszczenie zbroi, plastykę twarzy wojewody, cień rzucany przez postać. Szkoda, że oświetlenie nawy jest słabe i na co dzień trudno dostrzec te wszystkie szczegóły.

W rogach znajdują się cztery tarcze herbowe ‒ jest to swoista genealogia Andrzeja Szamotulskiego. Umieszczono na nich herby: Nałęcz (po ojcu i dziadku z jego strony), Sulima (herb matki i jej ojca) i Korczak (herb babki ze strony ojca). Czwarta tarcza jest pusta, co oznacza, że babka ze strony matki pochodziła z rodziny bezherbowej (por. tekst Herb Nałęcz  http://regionszamotulski.pl/dzieje-ziemi-szamotulskiej/page/3/ ).

Czytaj dalej


Stanisław Helsztyński
ANDRZEJ SZAMOTULSKI

Postawcie mnie pod światło, a zgaszony witraż
rozgorzeje światłami, każdy sztych ożyje,
miecz zabłyśnie brzeszczotem, sztandar się rozwieje,
stropem drgnie zamku mego gotycki korytarz.
Stu wzorami zakwita poza mną gobelin,
naramiennik lśni ze stali i pancerz bez szczerby,
cztery po rogach tarcze, trzy wielmożów herby,
oblicze moje czyste jak różowy welin.
Piotr Vischer w Norymberdze rysy moje żłobił,
w trzech płytach przysłał postać jeszcze za żywota,
w ostrołuk mię oprawił, gotykiem ozdobił,
przyłbicę do stóp rzucił i rzekł: Trwaj na wieki.
Nie boję się styksowej zmiennej czasów rzeki –
zginę, gdy ziemię strawi fala ogniów złota.



Pierwszy pisany po polsku list miłosny

Pochodzenie listu

Omawiany w zamieszczonym poniżej artykule Tomasza Lisowskiego najstarszy zachowany polski list miłosny pochodzi z podręcznika retoryki Macieja z Międzyrzecza, czyli swego rodzaju poradnika pisania. Podręcznik ten został spisany (ręcznie, bo to przecież czasy przed wynalezieniem druku) w latach 1428-1429. Trudno powiedzieć, czy Marcin z Międzyrzecza umieścił tu własny list, list innego nadawcy, czy też ‒ na potrzeby podręcznika ‒ taki list spreparował jako swego rodzaju wzór do naśladowania. Jak to zwykle bywa, znaleźć można zwolenników każdej z tych koncepcji. Autor podręcznika był najpierw zajmował stanowisko urzędnika w kancelarii starosty wielkopolskiego, a następnie pracował dla biskupa poznańskiego Stanisława Ciołka (dawnego podkanclerzego koronnego i sekretarza króla Władysława Jagiełły). Ci, którzy uważają, że jest to autentyczny list prywatny Marcina, wiążą fakt jego powstania z podróżą Marcina z rodzinnego miasta do Poznania i pozostawieniem przez niego w rodzinnych stronach nieznanej z imienia ukochanej. Jeśli jest to list autentyczny, a nie spreparowany, zapewne jego autor zatrzymał się na szamotulskim dworze, przesiąkniętym właściwymi całej średniowiecznej Europie ideami kultury rycerskiej, a więc także ideą miłości dworskiej (por. tekst Szamotulscy http://regionszamotulski.pl/dzieje-ziemi-szamotulskiej/page/5/).

Służba ma naprzod ustawiczna… 

Polski list miłosny, choć nie ma tak długiej historii, jest jednak sędziwym jubilatem. Pierwsze pisane po polsku listy miłosne znane są z XV wieku. Wśród nich jest list, który powstał w 1. połowie tego wieku w Szamotułach właśnie. Warto wspomnieć, że na terenach polskich listy powstawały od XI wieku. Były to dokumenty państwowe bądź kościelne pisane wyłącznie po łacinie. Na tym tle list szamotulski rysuje się więc tym bardziej interesująco ‒ pisany jest po polsku, jest listem prywatnym, a nawet intymnym!

O nadawcy i adresacie nie wiemy nic ponad to, co wynika z treści listu. Wiemy, że pisał go mężczyzna do swojej wybranki, która ukryta jest pod wytwornymi określeniami „twa miłość”, „panna najmilejsza”. Wiemy, że nie są oni małżeństwem. Wiemy, że list powstał w środę (którego dnia, miesiąca, roku?) w Szamotułach, gdzie nadawca był „na służbie”. Wiemy, że dom jego matki znajdował się w pewnym oddaleniu od Szamotuł w okolicy, w której również mieszkała jego ukochana. List napisany jest wytworną polszczyzną i cechuje się wyszukaną kompozycją, co świadczy o tym, że jego autorem był człowiek wykształcony.

Łamiąc zasadę prywatności korespondencji, przeczytajmy list do ukochanej sprzed sześciuset lat.

Czytaj dalej
Strona główna – listopad2025-01-02T11:37:10+01:00

Nazwa Szamotuły

Pochodzenie nazwy Szamotuły (Szamotuły czy Samotuły? A może jeszcze inaczej…)

Niektóre miejscowości noszą nazwy, których pochodzenie i znaczenie można dość łatwo wyjaśnić. Tak jest na przykład z nazwą miasta Środa – wszyscy, którzy wiedzą, że była to niegdyś osada targowa, bez trudu skojarzą nazwę miasta z dniem tygodnia, w którym kupcy gromadzili się ze swym towarem. Pochodzenie nazwy miejscowości nie zawsze jednak jest jasne. Taką niezrozumiałą, nie do końca wyjaśnioną nazwą jest nazwa Szamotuły. Podania ludowe wiążą ją z losem kogoś, kto samotnie błądził (czyli sam tułał się) po terenie, na którym powstały Szamotuły.

Nazwy miejsc od dawna stanowią przedmiot zainteresowania przedstawicieli wielu nauk. Istnieje nawet odrębna gałąź językoznawstwa, która zajmuje się nazwami, jest to onomastyka (od greckiego onoma – 'imię’). W pracach znanych językoznawców: Karola i Zofii Zierfofferów, Stanisława Rosponda i Kazimierza Rymuta brak jednoznacznego rozstrzygnięcia kwestii pochodzenia i pierwotnego znaczenia nazwy Szamotuły.

Pierwszy problem to ustalenie początkowego brzmienia nazwy: Szamotuły czy Samotuły. W alfabecie łacińskim nie było litery na oznaczenie polskiego dźwięku sz. Zanim w polskich tekstach ostatecznie utrwaliła się pisownia tej głoski za pomocą dwóch znaków (s oraz z), przez kilka stuleci głoski s i sz zapisywano jednakowo. Trudno jest więc dziś stwierdzić, jak dawniej brzmiały niektóre wyrazy. Druga sprawa, którą warto sobie uświadomić, to mnogi (pluralny) charakter nazwy. Pokazuje to przykład: „Te dawne Szamotuły szczyciły się wieloma uczonymi i artystami”.

Jeśli przyjąć, że miasto od początku było Szamotułami, jego nazwę należałoby wiązać z przezwiskiem Szamotuła (lub Szamotuł), utworzonym od czasownika szamotać. Byłoby więc tak, że istniał pewien człowiek, którego  ‒ w związku z jego sposobem zachowania lub z jakąś sytuacją ‒ nazwano Szamotułą. Człowiek ten stał się założycielem rodu, nazwanego od jego imienia: Szamotuły (liczba mnoga). Od rodu z kolei wzięła swą nazwę osada. Tego typu nazwy w onomastyce określa się właśnie jako rodowe: wywodzą się od imienia (przezwiska) przodka, w formie liczby mnogiej przenoszą się potem na cały ród, a jeszcze później zaczynają określać osadę, którą dany ród założył lub w której zamieszkiwał. Podobnego typu nazwy są w Polsce dość liczne – można tu wymienić na przykład Kozietuły, Kozierady, Bolesty. Warto jednak dodać, że w Wielkopolsce nazwy tego typu nie są częste.

Za dawną postacią nazwy Samotuły opowiadają się ci, którzy chcieliby widzieć związek nazwy miasta z jakimś samotnym tułaczem lub z nazwą rzeki Samy. Z językoznawczego punktu widzenia takie przekształcenie postaci Samotuły w Szamotuły jest możliwe, choć raczej mało prawdopodobne. Tłumaczyć by je można wpływem dawnej postaci graficznej (jak wspomniano,  w czasach przed powstaniem druku s i sz pisano często jednakowo) lub wymowy niemieckiej, oddającej polskie s jako sz.

Interpretacja postaci Samotuły przebiegałaby podobnie jak w wypadku  Szamotuły, czyli ze względu na formę liczby mnogiej uznać by ją należało za nazwę rodową. Imię-przezwisko założyciela rodu brzmiałoby wówczas Samotuła lub Samotuł. Pierwszy człon przezwiska to zaimek sam. Kolejna trudność pojawia się przy określeniu znaczenia członu drugiego. Wywodzić się on może od czasownika tułać się ‒ przezwisko znaczyłoby wtedy 'tułacz, włóczęga’. Człon -tuł łączyć by można jednak również z czasownikiem tulić, który znaczył niegdyś 'chować’.

W świadomości niektórych mieszkańców Szamotuł istnieje poczucie związku nazwy miasta z nazwą rzeki Samy. Według najwybitniejszych wielkopolskich badaczy nazw, Karola i Zofii Zierhofferów, brzmieniowe podobieństwo nazw Szamotuły i Sama jest przypadkowe. Sama bądź Samica (z tą wersją nazwy również można się spotkać) to dawne określenie głównego koryta rzeki. Skojarzenie nazw SamaSzamotuły pojawia się jednak w niektórych pracach regionalistycznych. Zasłużony regionalista i historyk Wielkopolski Ludwik Gomolec genezę nazwy miasta łączył z dużą ilością strumieni uchodzących do rzeki Samy. Strumienie te, zdaniem Gomolca, miejscowa ludność określała wspólną nazwą Samotuły. Kilka takich strumieni wpadało do Samy w okolicach dzisiejszych Szamotuł. W tym wypadku nazwa miasta należałaby do tzw. nazw relacyjnych – to znaczy nazw utworzonych od innych nazw. Proces nazwotwórczy wyglądałby w tym wypadku w sposób następujący: od nazwy rzeki (Sama) utworzono nazwę wpadających do niej strumieni (Samotuły), potem nazwę strumieni zaczęto odnosić do terenu, na którym występowała duża liczba strumieni, w końcu zaś ‒ do osady. Interpretacja ta jest jednak zbyt skomplikowana, sztuczna, niezgodna z mechanizmami tworzenia polskich nazw miejscowości. Romuald Krygier przytacza wersję Gomola i dodaje jeszcze inne wyjaśnienie nazwy Szamotuły ‒ „miasto, które przytuliło się do Samy”. Tę ostatnią koncepcję trzeba odrzucić, ponieważ nie uwzględniono, że wyraz tulić miał dawniej znaczenie 'chować’. Czy nazwa mogłaby zatem pochodzić od błądzącej (tułającej się) po terenie rzeki Samy? Nazwy miejscowości powstałe od rzek są dość częste, w tym wypadku jednak należy pamiętać, że forma nazwy wskazuje raczej na jej rodowy charakter, czyli powstanie od przezwiska założyciela rodu.

Można wspomnieć o jeszcze jednej hipotezie dotyczącej nazwy Szamotuły. Językoznawca Andrzej Bańkowski w nazwie miasta dopatrzył się śladów staropolskiego zaimka wszamo, który znaczył 'na wsze strony’. Pojawił się więc kolejny problem: być może pierwotnie nie były to ani Szamotuły, ani Samotuły, ale Wszamotuły. Zmiana pierwotnej nazwy polegałaby w tym wypadku na uproszczeniu początkowej, trudnej do wymówienia, grupy spółgłoskowej.

Jak więc brzmiała pierwotnie nazwa miasta: Szamotuły, Samotuły czy może Wszamotuły? W jaki sposób ta nazwa powstała i co znaczyła? Przedstawione tu różne interpretacje nazwy ukazały, jak trudno odpowiedzieć na postawione wyżej pytania.

Czy zatem możliwe jest, że w podaniach ludowych tkwi jakieś ziarno prawdy? Czy początek osady wiązał się z jakimś samotnym tułaczem? Przy założeniu, że pierwotna postać nazwy brzmiała Samotuły, niewielkie prawdopodobieństwo odnotowania w nazwie takiej tułającej się osoby istnieje. Trzeba jednak pamiętać, że na pewno nie chodziło tu o błąkającą się po baszcie i parku Halszkę z Ostroga. Halszka to bowiem postać historyczna: żyła w wieku XVI, za czasów panowania ostatnich Jagiellonów, a nazwę miasta zanotowano po raz pierwszy w 1231 roku. Bardziej prawdopodobna jest jednak interpretacja nazwy, wiążąca jej powstanie z postacią kogoś, kto miał jakiś związek z szamotaniem. Z jaką sytuacją się ono wiązało, nie wiadomo. Odpowiedzi na takie pytanie analiza językowa nie jest już w stanie dać.

 

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 02.11.2017



Podania o powstaniu Szamotuł często wiążą nazwę miasta z postacią z „Wieży Czarnej Księżniczki” (por. http://regionszamotulski.pl/podania-o-powstaniu-szamotul/).

Zamieszczony poniżej wiersz świadczy o kojarzeniu nazwy Szamotuły z nazwą rzeki Samy (utwór z I Turnieju Jednego Wiersza O Pierścień Halszki ).

Maria Kaczmarek
SZAMOTUŁY ‒ SAMOTUŁY?

Sama tuła się sama?
wije się płynie?
Mieszkają w niej kaczory i
Kaczki.
Omija Basztę Halszki
Zaszczyca parki
W upalne dni chłodzi.
Spacerom sprzyja.
Przytul się do mnie kochanie
odpoczniemy na ławce –
przy fontannie.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Od urodzenia związana z Szamotułami. Polonistka (jak mama) i regionalist(k)a (jak tata).

Dr nauk humanistycznych, redaktor i popularyzator nauki. Prezes Stowarzyszenia WOLNA GRUPA TWÓRCZA, wiceprezes Szamotulskiego Stowarzyszenia Charytatywnego POMOC.

Nazwa Szamotuły2025-01-05T13:08:24+01:00

Aktualności – listopad 2017

Jesienno-zimowa moda w dawnych Szamotułach

Lata 20., lata 30. XX wieku


Na zdjęciach trzy córki długoletniego kierownika szamotulskich wodociągów, Józefa Rybarczyka: Marta Kulczak, Celina Zawadzka i Leokadia Ignasiak. Na jednej fotografii widać też żonę Józefa – Marię; pojawiają się też dwaj zięciowie: Stefan Kulczak i Władysław Ignasiak.

Zdjęcia z albumu rodzinnego Jana Kulczaka



Film Nie tylko Błękitni Rycerze ‒  Szamotuły,  czasy stalinowskie, młodzi ludzie i ich próba oporu przeciw władzy komunistycznej

Zapomniane Historie ‒ kto nie zna tego cyklu dokumentalnego, emitowanego w TVP 3 od ponad roku, niech czym prędzej nadrabia zaległości!

Młodzi ludzie, uczniowie szamotulskich szkół, zostali aresztowani, byli bici i dręczeni w dawnym budynku milicji (dziś szkoła muzyczna), a następnie skazano ich na kary więzienia za „próbę obalenia przemocą państwa polskiego”. W rzeczywistości na podstawie treści z zagranicznych rozgłośni opracowywali ulotki, samodzielnie je drukowali i rozrzucali w mieście. Po prostu: nie zgadzali się na to, co działo się w Polsce w tamtym czasie, nie akceptowali narzuconej Polsce władzy. O swoich przeżyciach z tamtego czasu opowiedzieli Edmund Zawadzki (wyrok 1,5 roku więzienia) i Jan Strycharz (skazany na 9 lat); w wyniku amnestii wyszli z więzienia wcześniej. Wkrótce na naszym portalu znajdzie się więcej informacji na ten temat.

Premiera telewizyjna odbyła się 10 listopada. Film można obejrzeć online  http://www.poznan.tvp.pl/34771011/10112017

Warto napisać trochę więcej o powstaniu filmu. Tematem szamotulskich konspiracyjnych organizacji młodzieżowych w 2012 roku zajęli się Wojciech Rzepiński i Aleksandra Ławniczak, wówczas uczniowie Liceum im. ks. Piotra Skargi. Wykonali ogromną pracę: przeprowadzili wiele rozmów, dotarli do świadków, zebrali dokumenty i sporządzili naukowe opracowanie tematu (praca wyróżniona w XVI edycji ogólnopolskiego konkursu „Historia Bliska”, organizowanego przez Ośrodek KARTA). Wiosną 2017 roku Agnieszka Krygier-Łączkowska postanowiła zainteresować tym tematem twórcę cyklu „Zapomniane Historie”, redaktora Zbysława Kaczmarka. Przesłała mu tekst pracy szamotulskich uczniów, przekazała kontakty do uczestników i świadków wydarzeń, a we wrześniu wsparła organizacyjnie przy realizacji filmu. Na miejscu pomagały Małgorzata Jagielłowicz (dyrektor szkoły, która mieści się w dawnym budynku liceum) oraz Natalia Szulc (przygotowanie uczniów szamotulskiego liceum do scen rekonstrukcyjnych). Oprócz uczniów (Natalia Bartkowiak, Adrianna Dobrychłop, Filip Jakubowski, Robert Kołodziejczyk, Patrycja Mikita, Patryk Napierała, Eryk Nowak, Adrianna Skórnicka, Mateusz Stanisławiak, Dominika Telak, Jędrzej Warguła) w rekonstrukcji wydarzeń wzięli udział Tomasz Kaczmarek i Marcin Kruszona (GRH Rogatywka 1939-1945). Scenariusz i reżyseria filmu Zbysław Kaczmarek.

Prezentujemy zdjęcia z planu filmowego.





Sukces Karoliny Martin

Uwaga talent! Karolina Martin ‒ szamotulanka, która studiuje aktorstwo na Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie (wydział w Białymstoku), odniosła sukces w Konkursie Verba Sacra na Interpretację Tekstu Biblijnego i Klasycznego. 11 listopada Karolina zdobyła Grand Prix tego konkursu.

Pamiętamy ją świetnie z wielu imprez recytatorskich organizowanych przez Szamotulski Ośrodek Kultury: Artystyczne Spotkania Recytatorów, Zaduszki Poetyckie, eliminacje Ogólnopolskiego Konkursu Recytatorskiego… Karolina Martin pochodzi z artystycznie uzdolnionej rodziny, wiele zawdzięcza też konsekwentnemu dążeniu do celu (najpierw ukończyła towaroznawstwo, jednak studia aktorskie były jej marzeniem). W jej sukcesie swoją cząstkę mają także ci, którzy od wielu lat pracują z szamotulskimi recytatorami: Aleksandra Słomińska i Piotr Dehr.

Zdjęcia: Archiwum Verba Sacra oraz SzOK (konkursy z 2007 i 2012 roku)



Rogale świętomarcińskie  ‒ tradycja wielkopolska i szamotulska!



Już! To ten czas, kiedy zjedzenie czegoś słodkiego i pysznego jest czynem patriotycznym (w tym wypadku to patriotyzm wielkopolski).

W Szamotułach tradycyjne rogale świętomarcińskie (z certyfikatem!) można kupić cukierni Nowaczyńskich, też o pięknych tradycjach. Firma powstała w 1911 roku, założyli ją małżonkowie Franciszek i Bronisława Nowaczyńscy (najpierw pod dzisiejszym adresem Rynek 50, a od 1913 roku Rynek 51). Piekarnię i cukiernię Nowaczyńscy prowadzili do X 1939 roku, kiedy to firmę odebrali im Niemcy. Po wojnie działalność wznowił syn Franciszka i Bronisławy ‒ Edmund. Po trzech latach firmę przejęły nowe władze. Zakład został upaństwowiony, dopiero w 1957 roku pozwolono Edmundowi i jego żonie Genowefie na prowadzenie mniejszego zakładu ‒ cukierni (w drugiej części budynku). W 1987 roku bardzo zniszczoną piekarnię udało się odzyskać od „Społem”. Od 1992 roku firmę prowadzi następne pokolenie: małżeństwo Dariusz i Katarzyna Nowaczyńscy. W 1998 roku zakład przeszedł kapitalny remont, otwarto też małą kawiarenkę. W cukierni Nowaczyńskich działa (i inspiruje firmę do przemian) kolejne pokolenie: synowie Artur i Kamil (z żoną Alicją).

Jak smakują wyroby z firmy Nowaczyńskich? Odpowiemy anegdotą. Pewna szamotulanka  ‒ wtedy nastolatka ‒ powiedziała tak: „Gdybym miała tylko jeden dzień życia, skoczyłabym na bungee i zjadła 5 pączków od Nowaczyńskiego”. Kolejność czynności na pewno była tu przemyślana. I chyba nie może być lepszej reklamy!




Ks. Walenty Kryzan (1864-1912) dbał o regionalną tradycję, my zadbajmy o jego grób. Zapalmy znicze!





W czasie zaboru pruskiego ‒ pod koniec XIX wieku ‒ ks. Walenty Kryzan wymagał od przyszłych nowożeńców z Szamotuł i okolic, aby brali ślub w ludowych strojach szamotulskich. Był wielkim miłośnikiem naszego regionalnego folkloru. Trzeba pamiętać też o tym, że wkładanie stroju ludowego stanowiło w tamtych czasach manifestację polskości!

Ks. Kryzan przebywał w Szamotułach jako wikariusz i administrator parafii na przełomie XIX i XX wieku, potem był proboszczem w Pszczewie (k. Międzyrzecza), jednak to właśnie Szamotuły szczególnie go ukochały (z wzajemnością) i tu został pochowany. Jego nagrobek znajduje się po lewej stronie alejki wiodącej od głównej bramy cmentarza. Jest nieco zaniedbany. Już kilkadziesiąt lat temu skradziono z niego duży marmurowy czarny krzyż, zniknęła część ozdobnych łańcuchów, a reszta jest pozrywana. W ostatnią sobotę umyliśmy nagrobek, położyliśmy zrobiony przez nas stroik i zapaliliśmy znicz (my ‒ członkowie Stowarzyszenia Wolna Grupa Twórcza). Ks. Kryzan zasługuje na naszą pamięć: „Wiecznie żyć będzie, kto złożon w tym grobie, bowiem na świecie bliźnim żył, nie sobie” (napis z płyty nagrobnej).

Agnieszka Krygier-Łączkowska



Z okazji Wszystkich Świętych ‒ o błogosławionym ks. Marianie Konopińskim (1907-1943)

Marian Konopiński urodził się w Kluczewie niedaleko Szamotuł w ubogiej rodzinie kowala; był najstarszym z pięciorga dzieci. Naukę rozpoczął jeszcze w szkołach niemieckich (czasy zaborów) w Szczepankowie i Wronkach. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości (od 1919 roku) uczył się w Szamotułach, w dzisiejszym Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi. Szkoła była wówczas płatna, dzięki bardzo dobrym wynikom w nauce Marian Konopiński otrzymywał obniżkę czesnego. Po zdanej z wyróżnieniem maturze (w 1927 roku) wstąpił do Seminarium Duchownego w Gnieźnie, później przeniósł się do seminarium w Poznaniu. Po święceniach kapłańskich (1932 rok) został wikariuszem ‒ najpierw w parafii Najświętszej Maryi Panny Wniebowziętej w Ostrzeszowie, następnie w parafiach poznańskich: Bożego Ciała i św. Michała Archanioła.

1 września 1939 roku zgłosił się ochotniczo do Wojska Polskiego, został kapelanem 15. Pułku Ułanów Poznańskich (wchodzącego w skład Wielkopolskiej Brygady Kawalerii ‒ część Armii „Poznań”). Uczestniczył w całym jego szlaku bojowym. Po bitwie nad Bzurą razem z oddziałem przedarł się, poprzez Puszczę Kampinoską, do oblężonej przez Niemców Warszawy. Tam walczył aż do kapitulacji stolicy.

Został przez Niemców internowany i przewieziony do oficerskiego obozu jenieckiego (Oflag X B nr 2, Nienburg (Weser) w Dolnej Saksonii). Formalnie zwolniono go stamtąd w maju 1940 roku, zaraz jednak został aresztowany i przewieziony do obozu koncentracyjnego w Hamburgu, a następnie do Dachau. W Dachau umieszczono go na specjalnym bloku, na którym przytrzymywano tysiące polskich kapłanów.

Początkowo dobrze znosił trudy pracy obozowej, głównie na okolicznych polach i plantacjach, przy transporcie towarów, a zimą przy uprzątaniu śniegu; pomagał też starszym kapłanom. We wrześniu 1941 r. Niemcy zaostrzyli obozowy rygor: księżom nie wolno było odprawiać Mszy św., modlić się i mieć przy sobie jakiegokolwiek przedmiotu kultu religijnego, zakazano niesienia pomocy duchowej umierającym. Duchownych zmuszono do niewolniczej pracy, zaczęto ich także wykorzystywać do badań pseudomedycznych. Pod koniec listopada 1942 roku Marian Konopiński znalazł się w grupie 20 kapłanów, którym wstrzyknięto zarazki ropotwórcze. W wyniku tego eksperymentu Marian Konopiński zmarł (1.01.1043 r.). Ostatnie tygodnie życia spędził na modlitwie, z kolegą kapłanem pożegnał się słowami: „Do zobaczenia w niebie”. 13.06.1999 r. papież Jan Paweł II beatyfikował go w gronie 108 polskich męczenników niemieckiego terroru II wojny światowej.

W liceum w Szamotułach uczyło się także młodsze rodzeństwo Mariana, między innymi Zofia Konopińska-Barańczakowa, matka Stanisława Barańczaka (poety i tłumacza) oraz Małgorzaty Musierowicz (powieściopisarki).

Los i charakter błogosławionego Mariana Konopińskiego pięknie oddaje kierowana do niego litania:

Kyrie Elejson, Chryste Elejson, Kyrie Elejson,

Chryste usłysz nas, Chryste wysłuchaj nas,

Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się za nami,

Synu Odkupicielu świata, Boże

Duchu Święty, Boże,

Święta Maryjo, módl się za nami,

Błogosławiony Marianie,

Wzorowy synu znoszący trudy wraz z ubogą rodziną,

Podporo w wychowaniu rodzeństwa,

Troskliwy, ofiarny i pogodny bracie,

Przykładzie pilności, sumienności i wytrwałości w zdobywaniu wiedzy,

Młodzieńcze poważny, rozumny, opiekuńczy,

Kapłanie rozmiłowany w modlitwie,

Wielki czcicielu Maryi,

Natchniony głosicielu słowa Bożego.

Ceniony katecheto i opiekunie młodzieży,

Żołnierzu – ochotniku, który jako kapelan

Wspomagałeś na duchu i ratowałeś życie,

Więźniu, w Imię Boże znoszący upokorzenia i cierpienia,

Więźniu, któremu usiłowano odebrać godność ludzką,

Więźniu, opiekujący się chorymi i starszymi kolegami,

Więźniu, zatroskany o los żyjących poza obozem,

Kapłanie poddany pseudomedycznym, śmiertelnym doświadczeniom,

Kapłanie ofiarujący swe życie za Kościół i Ojczyznę,

Marianie, któryś w obozie koncentracyjnym dostąpił łaski

Przyjęcia Sakramentów Świętych w ostatnich chwilach życia.

Męczenniku umierający z nadzieją spotkania bliskich w niebie

Błogosławiony Marianie, nasz Patronie,

Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie

Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas Panie

Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami

K.: Kto straci swe życie z mego powodu,

W.: Znajdzie je w wieczności.

Módlmy się: Boże, nasz Ojcze, przez zasługi błogosławionego Mariana Kapłana i Męczennika, + udziel nam hojnie Swojej łaski, * aby przykład jego bohaterstwa pomógł nam wytrwać w chwili próby i osiągnąć ostateczne zwycięstwo. Przez Chrystusa, Pana Naszego.

W.: Amen

Szamotuły, 01.11.2017

LISTOPAD 2017

IMPREZY I KONCERTY



Wojtek Szczepanik – 5 listopada, godz. 19.00,  Aula Szkoły Muzycznej w Szamotułach

Młody pianista i kompozytor w autorskich kompozycjach

UWAGA ‒ koncert charytatywny!

Organizatorzy koncertu: Rotary Club Szamotuły i Szamotulski Ośrodek Kultury

http://imu.uz.zgora.pl/instytut-muzyki/koncert-kameralny-muzykow-z-akademii-muzycznej-w-poznaniu/


8 listopada, godz. 18, Aula im. Stefana Krawczyka PSM I i II st. w Szamotułach
Koncert jesienny „Odlot wiolinowych kluczy”

Wykonawcy: trio w składzie: Hanna Lizinkiewicz – fortepian, Paweł Kroczek – klarnet, Kamil Babka – altówka
oraz Michał Francuz – fortepian. W programie utwory Domenica Scarlattiego, Wolfganga Amadeusza Mozarta, Fryderyka Chopina, Maxa Brucha, Jeana Francaix.
WSTĘP WOLNY
Organizator: Państwowa Szkoła Muzyczna I i II st. im. Wacława z Szamotuł



9 listopada o godz. 17.00 Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Szamotuły (Rynek 10) zaprasza na spotkanie z wykonawczynią poezji śpiewanej ‒ Małgorzatą Bratek. Pieśniarka jest laureatką wielu ogólnopolskich festiwali, m.in. VI Ogólnopolskich Spotkań Zamkowych „Śpiewajmy poezję” w Olsztynie, legendarnego już I Przeglądu Poezji Prawdziwej „Zakazane Piosenki” (20-22.08.1981 r., gdańska hala OLIWA), Ogólnopolskich Przeglądów Piosenki Autorskiej w Warszawie. W czasach PRL-u działała w opozycji. Uważa się, że to ona pierwsza zaczęła śpiewać wiersze Stanisława Barańczaka…









15.11. godz. 18.00 – otwarcie wystawy „Lwów w grafice”, Muzeum – Zamek Górków

Organizatorzy: Muzeum Historii Religii we Lwowie i Muzeum – Zamek Górków w Szamotułach



18.11. godz. 17.00 ‒ spotkanie z poetką Daromiłą Wąsowską-Tomawską

Na naszym portalu można bliżej zapoznać się z sylwetką i poezją tej pochodzącej z Szamotuł autorki.

http://regionszamotulski.pl/daromila-wasowska-tomawska/

Organizatorzy: Café MARZENIE i Salon Artystyczny im. Jackowskich

19.11., godz. 19, kino „Halszka”

Buslav, czyli Tomasz Nikodem Busławski, komponuje, śpiewa, gra na wielu instrumentach i pisze teksty. W jego muzyce można znaleźć elementy popu, elektroniki i piosenki poetyckiej. Współpracował z wieloma muzykami polskimi i zagranicznymi (m.in. z Mieczysławem Szcześniakiem, Anną Marią Jopek, Noviką, TGD). Jego debiutancki album Buslav był nominowany do Nagrody Muzycznej Fryderyk.

Organizator: SzOK







KINO

Aktualności – listopad 20172025-01-30T14:17:41+01:00
Go to Top