Stanisław Kowalewski, Przeżycia z czasów niemieckiej okupacji w Szamotułach

Stanisław Kowalewski

Wspomnienia

część 2: Przeżycia z czasów okupacji niemieckiej w Szamotułach

Pierwsze tygodnie okupacji

Pracę w Policji Państwowej rozpocząłem dnia 17 sierpnia 1925 roku, a zakończyłem , jak się później okazało, 1 września 1939 roku z chwilą wybuchu drugiej wojny światowej. Pamiętam, że właśnie 1 września 1939 roku syreny Straży Ogniowej oraz wszystkie dzwony kościelne oznajmiły, że wybuchła wojna i wojska niemieckie przekroczyły granice Polski. Około godziny 11. słychać było bombardowanie, dokładnie nie wiadomo, w którym miejscu. Znane mi były dokładnie instrukcje, co na wypadek wojny należało do obowiązków funkcjonariuszy Policji Państwowej. Zasadniczy rozkaz nakazywał natychmiastowe wycofanie się do województwa tarnopolskiego, czyli na wschód. Policjanci posiadający własne motocykle wyjechali do wyznaczonego miejsca, natomiast ich rodziny, w tym i moja, zostały umieszczone na wozach drabiniastych lub platformach, ciągnionych przez konie, celem wyjazdu także na wschód. Dla mnie rozkaz był tak ustalony, abym rodzinę (żonę i dzieci) Komendanta Policji wywiózł samochodem służbowym także na wschód, do miejscowości, z której rodzina ta pochodziła, to jest w województwie białostockim. Po dowiezieniu tej rodziny na miejsce, zgodnie z rozkazem, udałem się do miejscowości Złoczów w województwie tarnopolskim.


Zdjęcie z początkowego okresu Stanisława Kowalewskiego w policji. 11 XI 1927 r., Posterunek Policji – budynek ówczesnego starostwa (dziś UMiG). W górnym rzędzie 2. od lewej Stanisław Kowalewski. Siedzą od lewej: sędzia Tadeusz Dutkiewicz, starosta Bronisław Ruczyński i komendant powiatowy policji Stanisław Skąpski. Zdjęcie udostępnił Wojciech Musiał.


Podczas udawania się do miejsca przeznaczenia byłem kilkakrotnie zatrzymywany przez posterunki wojskowe z poleceniem zabierania rannych żołnierzy i podwiezienia ich do najbliższego punktu sanitarnego Czerwonego Krzyża. Jeden z rannych, po paru minutach jazdy, zmarł. Jego ciało zabrano na najbliższym punkcie Czerwonego Krzyża. Na miejscu w Złoczowie zgłosiłem się do sztabu wojewódzkiego Policji Państwowej i przydzielono mnie do służby obserwacyjnej, oczywiście wraz z samochodem. W służbie tej byłem do dnia 17 września 1939 roku. Wtedy nastąpił nieoczekiwany i trudny do zrozumienia zwrot. Rozbroiły nas wojska radzieckie. Oświadczono nam, że jesteśmy zwolnieni ze służby państwowej. Rozbrojonych, także wojskowych i innych służb, dzielono na określone grupy. Większość grup była skierowana w głąb Rosji, a grupa, w której się znalazłem, została wysłana w głąb kraju, aby udać się w strony rodzinne. W tym czasie nie zdawałem sobie sprawy, że miałem wielkie szczęście i ocaliłem życie. Ciekawe, jakie to kryteria decydowały, że nie zabrano mnie do Rosji.

W Złoczowie zapoznałem młodego policjanta, który pochodził. ze Szczuczyna, około 3 kilometry od Szamotuł. Nazywał się Edmund Kabat. Wspólnie postanowiliśmy powrócić do domów. Na peryferiach Złoczowa kupiliśmy cywilne ubrania. Razem udaliśmy się w stronę Lwowa. Taki obraliśmy kierunek powrotu. Nadmienić należy, że wszystkie nasze rzeczy osobiste, jak bieliznę, ubranie, płaszcz zimowy i drobne przedmioty, zapakowałem do poszewki (takiej na poduszkę) i całość niosłem na ramieniu. Było bardzo ciężko. Znaleziony rozklekotany rower posłużył nam w pierwszych dniach za środek transportu. Jeden z nas jechał nim około 200 metrów, zostawiał rower w rowie, drugi z nas dochodził do roweru, znowu jechał 200 metrów i rower zostawiał dla kolegi. Taka podróż była bardzo powolna i była obawa, że ktoś nam rower ukradnie. I tak się stało. Postanowiliśmy kupić sobie dwa rowery, szczególne, że posiadaliśmy nieco gotówki. Dopisało nam szczęście, gdyż w jednej z wiosek, w której nocowaliśmy, sołtys poznał nas z mężczyzną, który ofiarował się załatwić dwa rowery po 120 złotych każdy. Pieniądze, mimo naszych obaw, musieliśmy wręczyć przed realizacją transakcji. Nie mieliśmy wyjścia. Jednak w ciągu jednej godziny otrzymaliśmy dwa rowery. Radość była bardzo duża.


Zdjęcie niemieckich oddziałów w Szamotułach, wrzesień 1939 r. Wykonano je na boisku dawnego Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi. Źródło Fotopolska


Jadąc swoimi rowerami, mijaliśmy mnóstwo spalonych wsi i zburzonych miasteczek, a nawet spotykaliśmy znajomych, udających się w swoje strony rodzinne. Kiedy odczuwaliśmy głód, zwracałem się do żołnierzy niemieckich, w czym dopomogła mi znajomość języka niemieckiego. Często otrzymywaliśmy żołnierską grochówkę. W końcu dojechaliśmy do Częstochowy. Miasto było opanowane przez cywili i wojskowych niemieckich. Na dworcu kolejowym niemiecki żołnierz wskazał nam pociąg, którym możemy dojechać do Poznania. Jak się okazało, pociągi już kursowały, jednak bardzo rzadko. Pociąg, który nam wskazał żołnierz, miał odjechać za kilka godzin w kierunku… Wrocławia. Wszystko jedno. Stamtąd można będzie dojechać do Poznania. Poszukaliśmy sobie pusty przedział i zajęliśmy go, ładując tam także rowery. Jazda rowerami była dla nas już za ciężka.

Teraz czekaliśmy cierpliwie na odjazd. Mijały godziny, a nawet noc. W tym czasie pociąg powoli się zaludniał. Przespaliśmy kilka godzin. Obudził nas gwar przekupek, które przy pociągu sprzedawały żywność (między innymi mleko, masło, świeże pieczywo, wędliny). Nakupiliśmy sobie zapasów, a nawet popiliśmy ciepłego mleka. Pociąg ruszył dopiero w porze obiadowej, jednak do Wrocławia dotarł około godziny 14. Tutaj czekali na pasażerów niemieccy cywile, z opaskami na rękach. Wszystkich Polaków z pociągu zabrali i zaprowadzili na salę dawnej restauracji dworcowej, gdzie nas nakarmiono bardzo dobrą grochówką, której najedliśmy się do syta. Mieliśmy dużo czasu przed dalszą wędrówką. W pewnym momencie weszło do sali dwóch niemieckich cywilów, rozkazując nam wyjście na perony, gdzie dokonano powtórnego segregowania i kierowano poszczególne osoby do pociągów do ich stron rodzinnych. Myśmy zostali skierowani na kierunek poznański, gdyż był on zgodny do naszej stacji docelowej, czyli Szamotuł. Szczęśliwie dojechaliśmy do stacji Poznań Ławica. Tutaj także segregowano podróżnych. Na moją prośbę jeden z cywili niemieckich wyraził zgodę  abyśmy udali się do Szamotuł na własną rękę. Jak wsiedliśmy na nasze rowery, to bez zsiadania dojechaliśmy do Szamotuł.


Rynek w Szamotułach w czasie okupacji – pierzeja północna. Obok słupa z zegarem nie ma już usuniętej przez Niemców jesienią 1939 r. figury św. Jana Nepomucena


Po drodze spotykaliśmy szamotulaków, którzy nas poznawali. Jeden z nich, znający moją rodzinę, powiedział, że właśnie cała rodzina wróciła do Szamotuł, gdyż przed Niemcami uciekali aż pod Warszawę. Natomiast wszyscy krewni i znajomi powtarzali, że zginąłem podczas niemieckiego bombardowania. Rodzina była pogrążona w smutku. Dojechałem do domu, w którym mieszkaliśmy przed wojną. Rower oparłem o mur pod oknem kuchennym. Pierwsza zauważyła mnie żona. Cofnęła się w głąb kuchni ze słowami „Jezus, Maria, dzieci: ojciec przyjechał!” Była bowiem przekonana, że już nie wrócę. Radość z powitania była ogromna, wprost nie do opisania. Syn Marian złapał mój rower i − jeżdżąc naokoło − z uciechą krzyczał, że ojciec wrócił. z wojny. Po powitaniach żona mi powiedziała, że właśnie wczoraj była policja niemiecka, pytając o mnie, gdzie aktualnie jestem i dlaczego uciekałem przed Niemcami. Po powrocie mam się, do nich zgłosić. Mimo że byłem jeszcze pod wrażeniem podróży, zadecydowałem, że muszę tam pójść, gdyż nie mam się  już gdzie schować i gdzie uciekać.

Z kolegą Kabatem pożegnałem się w Szamotułach. Udał się do swojej rodziny w Szczuczynie. Nie widziałem go przez prawie 30 lat. Na trzeci dzień od powrotu zgłosiłem się do komendy policji niemieckiej, informując, że właśnie powróciłem do domu. Razem ze mną zgłosiło się jeszcze trzech policjantów polskich i ja − jako woźny-szofer. Pytano mnie, dlaczego uciekałem przed Niemcami. Moja odpowiedź była taka, że musiałem wyjechać służbowo, gdyż taki otrzymałem rozkaz i tak jak Niemcy przyszli do Szamotuł, bo także otrzymali odpowiedni rozkaz. Na tym wypytywanie się skończyło. Wszyscy otrzymaliśmy polecenie, aby na następny dzień stawić się na szosie pod miejscowością Piaskowo, tam dostaniemy kilofy i łopaty, a będziemy naprawiać szosę. Pracowałem tam przez jeden tydzień. Zjawił się tam Niemiec ubrany po cywilnemu i zapytał: „Kto posiada prawo jazdy i ma uprawnienia do prowadzenia samochodu?” Zgłosiłem się, gdyż miałem takie dokumenty. Po zdaniu narzędzi kierownikowi robót udałem się z tym Niemcem do Szamotuł, gdzie zostałem przedstawiony staroście. Ten przyjął mnie natychmiast do pracy, przydzielił mi samochód i skierował do niemieckiego rolnika, który prowadził firmę pod nazwą: „Zakup i zbyt materiałów opałowych, ziemiopłodów itd.” Przydzielony mi samochód to 6-tonowy silny i duży pojazd, bodajże marki Griel Stydt, wyprodukowany we Wiedniu.

Praca moja polegała na codziennym wyjeździe do dużych majątków ziemskich i przywożeniu zboża i ziemniaków dla celów handlowych przez firmę oraz dla potrzeb Wermachtu. Wykorzystywano mnie w firmie, między innymi dlatego, że potrafiłem nie tylko mówić po niemiecku, ale także pisać w tym języku. Bardzo często kierownik firmy angażował mnie po godzinach pracy do obsługiwania samochodu osobowego marki Opel lub DKW, które były wykorzystywane dla prywatnych wyjazdów kierownika do swoich znajomych w powiecie lub po prostu na tak zwane popijawy albo wypożyczano je do dyspozycji Gestapo, oczywiście bez kierowcy. Podczas wyjazdów najbardziej dręczyły mnie powroty, gdy Niemcy już dobrze sobie popili i wyczyniali różne brewerie w samochodzie, do bicia mnie włącznie (między innymi złamano mi palec, który już nie zrósł się prawidłowo).


Stanisław Kowalewski w latach okupacji niemieckiej przy samochodzie Kiocka. Zdjęcie udostępnił Grzegorz Aleksander Trojanek.


Mój niemiecki kierownik i jego wyskoki

W momencie wybuchu drugiej wojny światowej mieszkałem z rodziną w Szamotułach przy ulicy Sądowej 16 [obecnie al. 1 Maja – przyp. red.], mając do dyspozycji trzy pokoje, kuchnię, piwnicę, chlew, garaż i duży ogród wokół domu. Po kilku miesiącach okupacji zostaliśmy wyrzuceni z tego mieszkania (które przydzielono mi jako służbowe), otrzymaliśmy pomieszczenie zastępcze w rynku szamotulskim, składające się z jednego pokoju, kuchenki (na poddaszu), piwnicy. Ustępy znajdowały się w podwórzu. Zbędne meble z poprzedniego mieszkania spaliłem. Mieszkaliśmy tutaj przez okres około trzech lat. Pewnego dnia przybiegł do mnie do pracy mój syn Marian, informując, że Niemcy po cywilnemu oraz Gestapo wyrzucili całą moją rodzinę z mieszkania, nie pozwalając nawet zabrać jakichkolwiek rzeczy osobistych. Zabrano także klucze do drzwi wejściowych. Bardzo zdenerwowany udałem się do mojego aktualnego kierownika, nazwiskiem  Kiock z zapytaniem, czy jest mu coś wiadomo na temat takiego postępowania moją rodziną. Jego odpowiedź była negatywna i obiecał, że natychmiast się zainteresuje tą sprawą i ją wyjaśni.

I rzeczywiście. Ponieważ byłem w firmie potrzebny, a kierownikowi zależało na mojej pracy jako kierowcy, szybko interweniował i już wieczorem otrzymałem klucze do mieszkania. Poinformowałem swojego kierownika, że jeśli moja rodzina zostanie wywieziona w nieznane lub do obozów, ja także tam się z nią udam. Ten dzień zapisał się we wspomnieniach jako koszmar, który niełatwo było przeżyć.

Jednak od tego zdarzenia już nigdy nie miałem trudności z tym mieszkaniem, aż do zakończenia wojny. Także moja praca w zakładzie trwała aż do czasu zakończenia działań wojennych. Byłem wykorzystywany do różnych robót, a między innymi do nadzoru przy wydawaniu przydziału węgla opałowego dla Polaków, na podstawie specjalnych „kwitków”. Nadzór ten wykonywałem przeważnie w porze obiadowej, gdy pracownicy niemieccy wychodzili na obiad. Czasami wydawałem Polakom węgiel bez odbierania im „kwitka” aby mogli skorzystać powtórnie z przydziału opału. O węgiel było zawsze trudno. Nigdy mnie na tym nie złapano.


Stanisław Kowalewski w latach okupacji. Zdjęcie udostępnił Grzegorz Aleksander Trojanek.


Pewnego razu dostałem polecenie przygotowania samochodu osobowego do wyjazdu. Miał jechać mój kierownik wraz ze swoimi kumplami na pijatykę do miasta Obrzycka, do ich znajomego aptekarza. Musiałem załadować do samochodu 50 kilogramów owsa przeznaczonego dla królików aptekarza. Innym razem mój kierownik zaprosił na popijawę do Obrzycka jednego Niemca z tytułem doktora oraz zastępcę starosty szamotulskiego, a także umundurowanego partyjniaka z SA.

Podczas jazdy usłyszałem, że powrót ma nastąpić około godziny 24, a wyjechaliśmy z Szamotuł o godzinie 18. Do Obrzycka było kilkanaście kilometrów. Zastępca starosty uprzedził, że w innym przypadku sam, na piechotę pójdzie do Szamotuł. O północy mój kierownik nie miał jeszcze zamiaru przerwać libacji. Ja cały czas siedziałem w samochodzie, czekając na rozkaz wyjazdu. Zastępca starosty, widząc, że popijawa się nie kończy, ukradkiem udaje się do garderoby, zabiera płaszcz, wychodzi z budynku i wychodzi na szosę w kierunku Szamotuł. Nikt tego nie widział. Nawet ja, siedząc w samochodzie.

Kiedy całe to towarzystwo zauważyło brak ich kompana (zastępcy starosty), postanowili go poszukać. W tym celu, tak jak stali, w spodniach i koszulach, wyszli na ulice miasta Obrzycka. A był to już listopad i na dworze było bardzo zimno. Będąc podpici, szukali ofiary, aby rozładować swoją wściekłość. Obróciło się to w moim kierunku. Wrzeszcząc, oczywiście po niemiecku, w te słowa: ,,Kowalewski, ty przeklęta świnio, chodź tu zaraz do nas i powiadaj, gdzie jest landrat, bo inaczej, jak go nie znajdziesz, to będziesz rozstrzelany”. Nie pomogły moje tłumaczenia, że było ciemno i że nic nie widziałem. Mój kierownik, pijany jak bela, ostrzegł mnie, że jeżeli nie znajdę landrata [landrat − starosta, przyp. red.], to mnie zabije na miejscu, a na zadatek uderzył mnie w twarz. Przestraszył mnie nie na żarty. Szczególnie, że pod wpływem wódki naprawdę mógł spełnić swoje groźby. Dostałem polecenie uruchomienia samochodu i zapalenia reflektorów oraz wspólnej jazdy po rynku i ulicach Obrzycka. Poszukiwanego nigdzie nie było. Następnie podjęli decyzję, aby jechać w kierunku Szamotuł. Po ujechaniu około 500 metrów, zatrzymała nas cywilna Schutzpolizei. Kiedy zorientowali się, kto jedzie w samochodzie, zezwolili na dalszą jazdę, zaznaczając, że szosą idzie prawdopodobnie zastępca starosty z Szamotuł. Kierownik  Kiock, wrzeszcząc na mnie, wymusił, abym maksymalnie przyśpieszył jazdę. Zastępca starosty doszedł już do miejscowości Słopanowo w pobliżu lasu. Jest to około 2 kilometry od Obrzycka.  Kiock i aptekarz próbowali zmusić zastępcę do zajęcia miejsca w samochodzie, chwytając go za marynarkę. Rozpoczęła się szarpanina, podczas której poobrywano zastępcy wszystkie guziki od marynarki, a on wyrwał się i pomaszerował dalej w kierunku Szamotuł.


Rynek w Szamotułach w czasie okupacji – pierzeja wschodnia. Jesienią 1939 r. Niemcy usunęli stojący na rynku krzyż. Źródło – aukcje internetowe


Zniechęceni takim obrotem sprawy, kazali mi zawrócić do Obrzycka. Tutaj na nowo rozpoczęła się popijawa, a kiedy wreszcie zabrakło wódki, pili anodynę z szuflad w aptece. Po godzinie pierwszej w nocy ruszyliśmy do Szamotuł. I dogoniliśmy zastępcę, który doszedł już do wsi Mały Gaj. Zaczęła się znowu szamotanina, którą zainicjował  Kiock. Jednak bez skutku. Zastępca starosty maszerował dalej, nie chcąc wejść do samochodu. Sytuacja na tyle mnie zdenerwowała, że chcąc raptownie ruszyć dalej, wyrwałem drążek biegowy. Jazda dalej nie była możliwa. Rozwścieczyło to moich pasażerów: raz, że zastępca starosty ich nie słuchał, a po drugie, że samochód uległ awarii.

Wyszedłem z samochodu i podniosłem maskę nad silnikiem, aby sprawdzić, jakie są możliwości naprawy. Dostałem w twarz od kierownika  Kiocka. Uderzenie było tak mocne, że zobaczyłem wszystkie gwiazdy i wszystkich świętych. Poczułem także wiele kopniaków w tyłek i nie mogłem praktycznie zorientować się, jakie mam możliwości naprawy. Zwróciłem się do  Kiocka i powiedziałem, że jeżeli będzie mnie dalej bić, to nie  będę w stanie samochodu naprawić. Oberwałem znowu w twarz i usłyszałem po niemiecku, że jeżeli w ciągu pięciu minut samochód nie będzie sprawny, to zostanę na miejscu zastrzelony jak pies. Byłem przekonany, że dotrzymają słowa, gdyż wszyscy byli pijani i nie zdawali sobie sprawy ze swoich czynów.

Kiedy  Kiock i jego kumple zdali sobie sprawę, że dalsza jazda jest niemożliwa, polecili mi udać się do majątku w Małym Gaju po parę koni, aby możne było samochód dostarczyć do warsztatu naprawczego w Szamotułach. Natychmiast udałem sie do tego majątku i zauważyłem, że na podwórku przechadza sie jego zarządca, którego znałem jeszcze sprzed wojny. Nazwiska jego już nie pamiętam. Było już około drugiej w nocy. Opowiedziałem mu, co mi się przydarzyło, prosząc go o pomoc, gdyż niechybnie  Kiock mnie zastrzeli, jeżeli nie przyprowadzę koni. Zarządca zapytał mnie, czy czasem nie wiozłem  Kiocka, gdyż jego wrzaski były mu znane. Oczywiście potwierdziłem. Zarządca okazał się przyzwoitym człowiekiem i konie wraz z fornalem zorganizował w dość krótkim czasie. Trwało to jednak kilkadziesiąt minut. Moim pijanym pasażerom wydawało się to za długo i sami przyszli do majątku (około 800 metrów). Gdy weszli do stajni, zobaczyli fornala, który przygotowywał konie do wyjścia. Kiock podszedł do niego, kopiąc go w tyłek ze słowami: „Polskę byś chciał, co, ty świnio polska?” i kopiąc go powtórnie. Fornal upadł, a potem wstał, zabrał konie i udał się do samochodu. Poszedłem razem z nim, aby dopomóc przy mocowaniu barków do samochodu. W tym czasie moi pasażerowie pobudzili w wiosce wszystkich fornali i przyprowadzili ich do stajni, gdzie kazali im włożyć uprząż na wszystkie, konie i… wrócili do samochodu. Czekając na swoich pasażerów, usłyszeliśmy w odległości około 400 metrów strzały oddawane w naszym kierunku. To  Kiock i jego kompani biegli, strzelając do nas. Ze strachu schowaliśmy się za grube drzewa (chyba topole).  Kiock wołał: „Kowalewski, ty polska świnio, ja cię dzisiaj zabiję”.


Żołnierze niemieccy przy kościele ewangelickim na pl. Kościelnym (obecnie pl. Sienkiewicza). Źródło Fotopolska


Wreszcie wszystko się uspokoiło: weszli do samochodu, ja przy kierownicy i ruszyliśmy do Szamotuł. Konie ciągnęły samochód. Przy mnie siedział  Kiock i co najmniej cztery razy uderzył mnie w twarz, aż zalałem się krwią. Wtedy przestał mnie bić. Dwaj pozostali pasażerowie zabawiali się, strzelając z krótkiej broni w szyby samochodu, a dwie kule przebiły także przednią szybę. Bardzo się bałem, czy któraś z kul nie trafi w moją głowę. Na placu Sienkiewicza w Szamotułach zwolnili fornala i przykazali mu odprowadzić konie do dworu w Małym Gaju. Mnie natomiast wyciągnęli z samochodu, uderzyli kilkakrotnie w twarz, aż znowu zalałem się krwią. Przewrócili mnie na ziemię, uklękli na moim ciele i zaczęli bić. W konsekwencji straciłem kilka zębów w szczęce górnej i dolnej. Oprócz mnóstwa siniaków, które mi zostały przez długi czas. Rozkazano mi samemu pchać samochód, aż do ulicy Dworcowej (naprzeciw fabryki mebli) do warsztatu naprawy samochodów. Sami udali się do swoich domów. Byłem bardzo obolały, ale ze wszystkich sił pchałem ten nieszczęsny samochód. Gdy go dopchnąłem, mniej więcej na wysokości piekarni Czwojdy [ul. Wroniecka, dziś nr 22 – przyp. red.], nie miałem już więcej sił, gdyż ulica biegła tu pod górkę. Przechodziło tam kilku Niemców, którzy mnie znali i pomogli mi tę górkę pokonać.

O godzinie 8. rano zjawiłem się w pracy, obolały, posiniaczony, bez części zębów. Zobaczył mnie  Kiock i pyta, co mi się stało i kto mnie tak urządził. Zabrał mnie do swego gabinetu i kazał szczegółowo opowiedzieć, co się działo w ostatnią noc. Gdy już mu zdałem dokładną relację, nie chciał w to uwierzyć. Polecił mi, że jeżeli samochód już jest naprawiony, to mam go przyprowadzić. Wtedy dopowiedziałem mu o strzelaninie w samochodzie i powybijanych szybach.  Kiock zapytał mnie, co ja chcę teraz zrobić. Byłem taki zdeterminowany, że powiedziałem mu, iż chyba zamelduję o ich wyczynach w Gestapo. Wtedy  Kiock zagroził mi, że jeżeli bym to zrobił, to na drugi dzień nie będzie mnie na świecie, a cała rodzina zostanie wywieziona do obozu do Oświęcimia. Gdy w domu powtórzyłem tę rozmowę, żona błagała mnie, aby tego nie robić. Na Gestapo nie poszedłem, ale przyrzekłem sobie, że jeżeli jeszcze raz zdarzy się taka sytuacja, że będę bity, to spowoduję katastrofę, uderzając na przykład w drzewo i wszystkich pozabijam, włącznie ze mną. Jednak do tego nie doprowadziłem.


Stanisław Kowalewski na ulicy w Szamotułach podczas okupacji. Zdjęcie udostępnił Grzegorz Aleksander Trojanek.


Koniec wojny

Czas mijał, a ja dalej pracowałem w firmie u  Kiocka. Wszyscy czekali na koniec wojny i oswobodzenie. Miałem stałe kontakty z kolegami z podziemia. Gdy już wiadomo było, że wojska radzieckie zbliżały się do Szamotuł, powstało wśród Niemców wielkie zamieszanie. Przez miasto przejeżdżały samochody z czerwonymi krzyżami oraz samochody z niemiecką policją. Było już pewne, że na froncie wschodnim dzieją sie sprawy dla nas korzystne. W tym czasie otrzymałem od kierownika  Kiocka polecenie przydziału do Oddziału Czerwonego Krzyża, przejmując jeden ambulans, aby w razie potrzeby wyjechać nim do Reichu. Byłem zmuszony być w dyspozycji  Kiocka.

Zgłosiłem się do kierownika całego taboru z prośbą o pozwolenie oddalenia się na pół godziny do rodzinnego domu, aby się odpowiednio przygotować do wyjazdu oraz pożegnać z rodziną. Zezwolenie otrzymałem z zaznaczeniem, że wyłącznie na pół godziny. Wychodząc z gmachu, napotkałem innego kierowcę, który przyjechał z Gniezna i po zorientowaniu się, że też jestem kierowcą i to polakiem, zapytał dokąd się udaję. Powiedziałem mu prawdę. Sugerował mi wspólną ucieczkę, aby nie jechać z Niemcami do Reichu. Kiedy zobaczył, że nie jestem zdecydowany, sam pozamykał swój ambulans, zabrał kluczyki i ulotnił się w nieznanym kierunku. Cały czas myślałem o tym, czy dobrze robię, aż doszedłem do domu, do rodziny. Pożegnałem się, poinformowałem żonę, że wkrótce wyjeżdżam do Reichu. Wychodząc z domu, spotkałem byłego pracownika mojej firmy, przyjaznego dla mnie, który nazywał się Golczewski. Dowiedziawszy się o mojej sytuacji, zaczął mnie namawiać gorąco, abym natychmiast uciekał i nie jechał z Niemcami. Wtedy zdecydowałem się posłuchać dobrej rady, prosząc go, aby nic nie mówił mojej rodzinie o mojej decyzji.


Rynek w Szamotułach w czasie okupacji – pierzeja zachodnia. Źródło Fotopolska


Pan Golczewski dotrzymał słowa. Była godzina 18. Był styczeń 1945 roku. Wychodząc na Rynek, zobaczyłem, jak jeszcze kręcą się gestapowcy i policja niemiecka. To upewniło mnie, że trzeba uciekać. Przez ulicę Kościelną udałem się na ulicę Szeroką [obecnie Braci Czeskich – przyp. red.]. Mieszkał tam Wincenty Wojciechowski wraz z żoną. Tam skierowałem swoje kroki. Gospodarza, niestety, nie było w domu. Pani Wojciechowska wysłuchała mojej prośby o ukrycie mnie chociaż przez kilka godzin, gdyż chcę się schować przed moim niemieckim kierownikiem  Kiockiem. Przestraszyła się nie na żarty i tłumaczyła mi, że jeżeli Niemcy odkryją, że mnie ukrywa, to wszystkich rozstrzelają na miejscu. Proponowała mi ucieczkę do lasu, jednak później zmieniła zdanie. Pozostałem tam kilka godzin, to jest od 18. do godziny 23.

Miałem na bieżąco informacje, czy Niemcy wyjeżdżają i czy ktoś zabrał „mój” ambulans. O godzinie 22. dowiedziałem się, że Niemcy opuścili już Szamotuły. Chciałem spotkać się z własną żoną, aby poinformować ją o istniejącej sytuacji oraz dowiedzieć się, co działo się podczas mojej nieobecności w domu. A działo się wiele i to niedobrych rzeczy. Według relacji żony wiedziała już o moim ukryciu, gdyż pani Schollowa, mieszkająca tam gdzie pani Wojciechowska, powiedziała jej o zaistniałej sytuacji. W tym czasie do mojego domu przybyła niemiecka policja i zrobiła szczegółową rewizję. Odgrażali się, że jeżeli w ciągu trzech godzin żona mnie nie odszuka, to cała rodzina będzie rozstrzelana. Żona nic nie powiedziała, mimo że wiedziała już, gdzie przebywałem. W tym też czasie zjawił się w domu mój kierownik Kiock, pytając, gdzie aktualnie przebywam. I tym razem nie powiedziała mimo, że też straszył, że wszyscy zostaną rozstrzelani. Opuścił wkrótce Szamotuły.

Po godzinie 23. postanowiłem wrócić do domu. Tak też uczyniłem i ułożyłem się do snu. Miałem przy sobie krótką broń, którą zdobyłem w niecodzienny sposób, a ułożyłem ją pod poduszkę, aby w razie niespodziewanej wizyty Niemców można było jej użyć. Nie myślałem wtedy o skutkach. Nie chciałem oddać się żywcem. Noc jednak minęła bez większych zakłóceń.


Rynek w Szamotułach w czasie okupacji – pierzeja północna. Źródło Fotopolska


Wstałem dość wcześnie i poszedłem na Rynek miasta, aby zorientować się o aktualnej sytuacji. Na chodnikach i jezdni walały się papiery, puste i pełne pudełka i skrzynie (także z jedzeniem), różne narzędzia kuchenne i gospodarskie oraz wiele, wiele innych przedmiotów. Leżały też zabite konie. Były to pozostałości po uciekających Niemcach.

Aktywni szamotulanie rozpoczęli tworzyć tak zwaną Milicję, której zadaniem było utrzymanie porządku w mieście po ucieczce Niemców. Zgłosiłem się na ochotnika. Częściowo brałem udział w pogoni za ukrywającymi się Niemcami, na przykład w miejscowości Baborówko czy Gąsawy.

Ciekawostką jest, że po dwóch dniach, pojawił się w Szamotułach mój już były kierownik  Kiock wraz z kierownikiem mleczarni. Nabrali mnóstwo masła, pobili kilku Polaków na środku Rynku, obok stojącego tam na słupie zegara i ulotnili się na zachód. Później dowiedziałem się, że  Kiock zginął wraz z innymi Niemcami we Wronkach, gdzie już byli Rosjanie.

Wydawało się, że Niemcy odeszli na zawsze. A jednak nie. Będąc w Milicji, otrzymywałem zadanie pilnowania magazynu, popularnie zwanego Betlejemką (z uwagi na słomiany dach na budynku) przed ewentualnymi kradzieżami. I właśnie w tym czasie zauważyłem, że do budynku zbliża się dwóch gestapowców. Coś podobnego! Myślałem, że idą po mnie z uwagi na dokonaną ucieczkę. Myślałem, że mnie rozstrzelają na miejscu. Okazało się, że jeden z nich to pracownik  Kiocka, który mnie znał, a drugi to Niemiec z Reichu. Obaj byli w mundurach Gestapo. Ten pracownik nazywał się Dietrich. Nic nie wiedział o mojej ucieczce. Wszystko skończyło się dobrze. Na pytanie, co ja tu robię, odpowiedziałem, że jest nas tutaj trzech milicjantów i pilnujemy, by nikt nie ukradł rzeczy niemieckich, bo gdy znowu tutaj wrócą, to będą mieli wszystko na miejscu. W duchu się zaśmiałem, gdyż byłem pewny, że ich noga tu już nigdy nie postanie. Życzyli sobie obejrzeć niektóre pokoje. W jednym z nich było nagromadzone różnego rodzaju trunki (wina, wódki). Dietrich polecił mi zebrać czuwających ludzi i każdemu wręczył po dwie butelki zielonego likieru, a jedną z butelek otworzył, zagrzał w garnku i wypił wraz z nami. Podczas picia powiedział: „Na zdrowie! I do widzenia. Pilnujcie dobrze, by nic nie zginęło, a my za trzy dni powrócimy, jak tylko skończą boje wojenne”. Stuknął się z nami szklanką. Po ich wyjściu, wydawało mi się, że zmartwychwstałem. Ale to jeszcze nie był koniec z „wizytami”. Po dwóch godzinach po ich wyjściu zjawił się nieznany mi przybłęda policjant niemiecki i zażądał, abym dostarczył mu cywilne ubranie. Ze strachu wydałem mu jeden komplet ze zbiorów w Betlejemce. Przebrał się, ubranie policyjne zostawił i szybko się ulotnił. Od tego czasu nie było już żadnych niemieckich wizyt. Za to często zjawiali się Polacy, prosząc o różne potrzebne im rzeczy. Wydawaliśmy im różne przedmioty, przedtem zrabowane przez Niemców rowery, ubrania, także dla małych dzieci i inne.

cdn.


***

Wspomnienia Stanisława Kowalewskiego oraz zdjęcia zamieszczone zdjęcia rodzinne stanowią własność jego wnuka – Dariusza Kowalewskiego


Część 1. wspomnień:

Szamotuły, 05.05.2020

Stanisław Kowalewski, Przeżycia z czasów niemieckiej okupacji w Szamotułach2025-01-03T13:07:50+01:00

Stanisław Kowalewski, Powstanie wielkopolskie i praca w szamotulskiej policji w okresie międzywojennym

Stanisław Kowalewski

Wspomnienia

część 1: Powstanie wielkopolskie i praca w szamotulskiej policji w okresie międzywojennym

Zawsze sobie mawiałem, że kiedy dorosnę i będę już w wieku podeszłym, napiszę książkę o moich przeżyciach, mojej młodości, moich radościach i smutkach, o współżyciu z rodziną, o zdobywaniu pracy, o zakochaniu się, o zawarciu związku małżeńskiego, o Powstaniu Wielkopolskim, o obowiązkowej służbie wojskowej, o pracy w kopalni, o okupacji i różnych przeżyciach, o całym życiu do roku 1975.

Pierwsze kroki w dorosłe życie

Urodziłem się dnia 1 maja 1901 roku w Szamotułach jako syn Franciszki Filipiak i jej męża Jakuba Kowalewskiego. W tym czasie ojciec mój pracował w Niemczech Zachodnich (Westfalia).

Wychowywany byłem wyłącznie przez własnych rodziców. Kiedy ukończyłem 6. rok życia, zmuszony byłem pomagać w gospodarstwie domowym rodziców. Pochodzę z wieloletniej rodziny: było nas aż jedenaście dzieci i to z prawego łoża. Ojciec był pochodzenia robotniczo-chłopskiego, a pracował prawie całe życie na roli u gospodarzy niemieckich lub właścicieli dużych majątków rolnych.

W 1907 roku rozpocząłem uczęszczać do szkoły podstawowej w Szamotułach (nr 2), którą ukończyłem w 1914 roku.

Właśnie w tym czasie wybuchła I wojna światowa. Miałem wtedy 14 lat, a pamiętam, że była to niedziela 5 sierpnia 1914 r. Wtedy to dostarczano karty mobilizacyjne mężczyznom, którzy wychodzili z kościoła (kolegiaty). Pamiętam nawet, że była wtedy godzina 10. Kiedy wiadomość o wybuchu wojny dotarła do rodzin (żon i dzieci), zapanował ogólny smutek. Ludzie płakali w domach i na ulicach. Rozgardiasz i zamieszanie panowały na ulicach: mężczyźni śpieszyli do punktów zbornych (komend) z różnych stron miasta. Byłem w tym czasie także w kościele i wszystkie te zaistniałe sytuacje i sceny dobrze widziałem, zapamiętałem. W tę niedzielę wjechała policja niemiecka na koniach celem utrzymania porządku na ulicach miasta. Ojca mojego zatrudniono do kopania okopów przeznaczonych dla wojska.

Był to czas smutny i nikt nie był pewny życia. Zaczęły się ograniczenia żywnościowe. Trzeba było pod wielkim strachem szukać i kupować żywność, jak również ukrywać posiadane zapasy, bo zauważone przez Niemców nadwyżki natychmiast rekwirowano.

W czasie trwania wojny (1914-1918) wychowywałem się przy rodzicach, pomagałem w gospodarstwie, troszczyłem się o żywy inwentarz, a także pracowałem w majątku rolnym, którego właścicielem był dziedzic. Zarabiałem w tym majątku po 50 pfenigów dziennie.


Marcin Kowalewski (brat Stanisława) pod Verdun, 1916 r.


Udział w wojnie brali moi dwaj bracia: Marcin i Jan, a przebywali na froncie francuskim. Po powrocie z frontu, gdzie został ranny, brat Marcin jako ochotnik wziął udział w Powstaniu Wielkopolskim, rezydując w Poznaniu. Drugi brat Jan, powrócił z frontu w okresie późniejszym i wstąpił w szeregi (ochotniczo) Wojska Polskiego, także w Poznaniu, w dzielnicy Sołacz, służąc w artylerii konnej.

Kontynuując opowieść o sobie, przekazuję potomnym, że w szkole uczono nas tylko po niemiecku, stąd moja teraz, do dnia dzisiejszego, znajomość języka obcego − niemieckiego. Po polsku nawet mówić nie było nam wolno. I taka jest prawda. Nauka języka polskiego mogła odbywać się tylko w ukryciu i we własnym zakresie i dzięki własnym staraniom. Bardzo zależało mi na tym, aby zachować polskość i dlatego ze wszystkich sił starałem się uczyć po polsku − tak czytać, jak i pisać. Jak widać, udało mi się to zrealizować. Byłem samoukiem. Rodzice moi po prostu nie mieli czasu, aby zająć się moją edukacją, a także nie umieli nawet dobrze po polsku pisać.

W szkole była stosowana i ściśle przestrzegana bardzo ostra i surowa dyscyplina. Celowali w tym szczególnie nauczyciele pochodzenia czysto niemieckiego. Niektóre nazwiska tych nauczycieli pamiętam do dnia dzisiejszego. Nie wiem, czy dobrze napiszę ich nazwiska, ale tak je zapamiętałem: Decker, Wekler, Rothe, Kahl, Kluge, Schuster, Kemnitz i Miękwicz − dyrektor szkoły. Najgorszy z nich wszystkich był Rothe! To on karał tych, którzy według opinii nauczycieli coś spsocili. A robił to z wielką satysfakcją i okrucieństwem. Na przykład podczas przerw między lekcjami obowiązkowo należało chodzić parami i rozmawiać wyłącznie po niemiecku. Jeżeli ktokolwiek się z tego chociaż w najmniejszym stopniu wyłamał, został natychmiast lub po lekcjach ukarany. Przeważnie karano biciem.


Katolicka szkoła elementarna na pocztówce z ok. 1905 r. (artykuł o strajku szkolnym z lat 1906-1907 http://regionszamotulski.pl/strajk-szkolny-1906-1907/)


W 16. roku życia nabawiłem się ciężkiego zapalenia płuc i myślałem, że skończy się to dla mnie bardzo tragicznie. Miałem jednak wyjątkowe szczęście. Dość szybko przyszedłem do zdrowia. W tym okresie życia pracowałem jako robotnik rolny w majątku w Słopanowie. Tam też zamieszkiwali moi rodzice.

Podczas gdy bracia byli na wojnie, ja jako w tym czasie najstarszy z rodzeństwa w domu, opiekowałem się młodszymi siostrami i braćmi. Od czasu do czasu przyjeżdżali na urlop starsi bracia , opowiadając wszystkie ciekawe zdarzenia i epizody z przeżytych dni i stoczonych walk. A opowiadali naprawdę, jak na owe czasy, historie, które podtrzymywały nas na duchu. Stwierdzali, że w wojsku niemieckim jest rozluźniona dyscyplina, że żołnierze nie chcą się już bić, że niedługo wojna się zakończy.

Słuchaliśmy tego z zapartym tchem i pewnym niedowierzaniem. Ale to była prawda! W tym czasie w kraju organizowane były różne potajemne spotkania, przeważnie przez rezerwistów, których tematem było przygotowywanie się do zbrojnego powstania. W tego typu spotkaniach brało udział bardzo dużo młodzieży polskiej. Panowała ogólna gorączka, gorączka czynu!

I oto nadeszła ta oczekiwana chwila: dnia 20 grudnia 1918 roku, pamiętam jak dziś, do majątku, gdzie mieszkaliśmy, doszło kilkunastu żołnierzy w mundurach powstańczych! Byli to prawdziwi uczestnicy Powstania Wielkopolskiego! Przybyli po wyfasowane podwody, które mieli dostarczyć na stanowiska powstańców, do Czarnkowa przy rzece Noteć. Mnie osobiście przypadł zaszczyt przewiezienia ich na miejsce. Byłem wzruszony, oszołomiony, szczęśliwy i zadowolony. Nareszcie mogłem sam uczestniczyć w przedsięwzięciu, które według mojego rozumowania, było ważne, potrzebne i niezbędne dla powstania. W dniu 25 grudnia przewiozłem zaprzęgiem konnym wszystkich żołnierzy do miejsca przeznaczenia. Przy tej okazji widziałem i słyszałem mnóstwo rzeczy i sytuacji, o których po powrocie wszystkim znajomym opowiedziałem.

Aż nadszedł już czas, by chwycić za broń. Naród Polski dążył do zrzucenia 100-letniej pruskiej niewoli. Mnóstwo młodzieży wstępowało, jako ochotnicy, w szeregi powstańców wielkopolskich. Nadchodziły nowe czasy. Czasy wyzwolenia!


Powstańcy wielkopolscy – Kompania szamotulska w Lubaszu, zdjęcie Muzeum-Zamek Górków


Dnia 29 grudnia 1918 roku zgłosiłem się ochotniczo w szeregi powstańców wielkopolskich. Było to dla mnie bardzo duże przeżycie. Na drugi dzień wyjechałem na front, który przebiegał obok Czarnkowa, nad rzeką Noteć. Spotkanie z frontem, jak też sam fakt przynależenia do, jakby nie było, wojskowej organizacji, zostawił u mnie głębokie i wrażenia i trwałe ślady. Pamiętać należy, że byłem wtedy bardzo młody, nigdy nie miałem do czynienia z bronią palną, pierwszy raz byłem na prawdziwym froncie. Każde tutaj zaistniałe sytuacje przeżywałem tak mocno, że pamiętam je do dnia dzisiejszego. Pierwszy chrzest bojowy przeszedłem już na drugi dzień pobytu na froncie − w tym dniu była pierwsza potyczka z wojskami niemieckimi. Ze strony powstańców było kilku rannych i dwóch zabitych. Nie miałem czasu nawet być przerażonym. Wszystko wokół zaczęło nabierać tempa. Z każdym dniem, z każdą chwilą zmieniały się sytuacje. Jak w kalejdoskopie. Wtedy to właśnie zdobyliśmy pierwsze trofeum: jeden karabin maszynowy (nie przypominam sobie jego charakterystyki) oraz dwa karabiny ręczne. Było to wielkie i wspaniałe przeżycie, bo nie mieliśmy jeszcze w posiadaniu dobrego i czynnego karabinu maszynowego!

W ten oto sposób rozpocząłem swój udział w powstaniu wielkopolskim. Wiele miałem przeżyć, wiele przygód, wiele różnych sytuacji, które byłyby tematem do kilkutomowej książki. Ograniczę się tutaj tylko do stwierdzenia, że w powstaniu brałem udział aż do dnia 15 lutego 1919 roku. Po powrocie do domu, po dwumiesięcznym odpoczynku, zostałem powołany do odbycia służby wojskowej. „Karierę” wojskową zakończyłem w 1923 roku.


Zdjęcie dawnych powstańców wielkopolskich z Szamotuł, 1980 r. 3. z prawej Stanisław Kowalewski, 2. z lewej Antoni Śmiglak, 2. z prawej Antoni Śmigielski, 1. z prawej Stanisław Krupski, działacz ZBoWiD-u.


I teraz rozpoczęło się normalne cywilne życie. A polegało ono między innymi na tym, że trzeba było przez długi, bardzo długi okres czasu szukać pracy. Tak, po prostu szukać pracy! Dzisiaj takie sytuacje wydają się mało ważne, nieistotne przecież tyle jest wokół wolnych miejsc, że tylko „sięgnąć ręką” i już można pracować. W poszukiwaniu pracy zawędrowałem aż na Górny Śląsk, Tutaj rzeczywiście udało mi się pracę znaleźć. Nie byłem wybredny. Brałem to, co mi się nawinęło. Była to praca ciężka, brudna, zagrażająca nie tylko zdrowiu, ale i życiu. Pracowałem jako górnik na dole w kopalni. Na Śląsku przebywałem około półtora roku i wróciłem do domu.

Dlaczego wróciłem? Po prostu musiałem. W kopalni wprawdzie dobrze płacono i może bym coś zaoszczędził, ale ciągłe strajki powodowały, że więcej nie pracowałem, niż pracowałem. W takim układzie zdecydowałem się na powrót do rodziny.

W Szamotułach znalazłem pracę jako stangret ówczesnego burmistrza miasta, niejakiego [Konstantego] Scholla. Opiekowałem się końmi, powoziłem karetą. Nawet mi ta praca się podobała. Zdawałem sobie doskonale sprawę z tego, że przy braku pracy, dużym bezrobociu, taka praca może być zaliczana do majątku!

A na pracy zależało mi wyjątkowo, bo właśnie poznałem przyszłą swoją żonę: Mariannę Melonek. Ślub zawarliśmy w dniu 17 listopada 1924 roku w Szamotułach. Zakładając rodzinę, byłem odpowiedzialny za jej utrzymanie. Musiałem więc robić wszystko, aby mieć pracę, nie stracić jej i zarabiać na Życie. Dobrze pamiętam, co to znaczy być bez pracy!

Zanim zostałem tym stangretem, przez co najmniej 10 miesięcy chodziłem po wszystkich możliwych zakładach i instytucjach, szukając jakiejkolwiek pracy. Jakiejkolwiek! Dopiero później znalazłem. Była to bardzo ciężka praca. We wsi Stobnica i Stobnicko załadowywałem ciężkie podkłady kolejowe na tzw. szkuty, czyli barki rzeczne. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że jeden podkład ważył około 100 kilogramów!! Praca więc była wyczerpująca i niedługo tam wytrzymałem. Byłem całkowicie wyczerpany z sił i cieszyłem się, gdy dostałem tę drugą pracę. Muszę jeszcze dodać, że załadunek odbywał się na szkuty przycumowane na rzece Warta, w miejscowości Kiszewo.

Wracając myślą do mojego małżeństwa, najpierw zamieszkałem z żoną u jej siostry (Ćwiertnia) w Szamotułach (ul. Jastrowska). Już kilka miesięcy później otrzymaliśmy „własne” mieszkanko. Był to jeden pokój na poddaszu bez żadnych wygód. Nawet nie było chociaż maleńkiej kuchenki. Było to na ulicy Sądowej [obecnie al. 1 Maja – przyp. red.]. Można sobie wyobrazić: z jednej strony duża uciecha, bo mam własny kąt, z drugiej strony bytowanie w takich warunkach! Ale pocieszałem się, że i tak jesteśmy w lepszej sytuacji niż inni. Były to naprawdę ciężkie czasy. Patrząc z perspektywy lat na tamten okres mojego życia, wspominam go jako niedobry sen, który na szczęście się zakończył.

Do pracy dojeżdżałem rowerem przez cztery miesiące, gdyż w tym czasie nie było żadnego oficjalnego transportu między Szamotułami a Kiszewem. Razem ze mną pracował w tym lesie mój szwagier, Jan Ćwiertnia, który zmuszony był do miejsca pracy chodzić pieszo, po prostu z braku jakiegokolwiek środka lokomocji. Czasy były wyjątkowo ciężkie, a otrzymane zarobki ledwo pozwalały na wiązanie końca z końcem, czyli na marną wegetację.


Przed siedzibą Komendy Powiatowej Policji Państwowej, ul Sądowa (dziś al. 1 Maja), zdjęcie z okresu 1930-34. Stoją od lewej: N.N., Stanisława Samolowna (później Bartoszak), Stanisław Kowalewski i Jan Młynarczyk. Zdjęcie udostępnił Wojciech Musiał.


Pierwsza stała praca

W miesiącu sierpniu 1925 roku urodziło mi się pierwsze dziecko, które otrzymało imię Jadwiga. Mniej więcej w tym okresie los okazał się dla mnie łaskawy, czyli poszczęściło mi się, gdyż dostałem stałą pracę. Było to stanowisko woźnego w Powiatowej Komendzie Policji Państwowej w Szamotułach. Pracę rozpocząłem od dnia 17 sierpnia 1925 roku, otrzymując z góry pierwsze wynagrodzenie. Życie zaczęło układać mi się coraz lepiej. Dodatkowo otrzymałem pełne umundurowanie, co stanowiło dla mnie wielką pomoc materialną. Obowiązki, które musiałem spełniać, były bardzo absorbujące, a polegały miedzy innymi na tym, że:

– codziennie rano odbierałem z Urzędu Pocztowego nadesłane do Komendy korespondencje,
– przygotowane pisma do wysyłki musiałem odpowiednio zaadresować i  wpisać do właściwej Książki Pocztowej oraz całość korespondencji dostarczyć na pocztę,
– sprzątałem stajnię oraz karmiłem służbowego konia, odpowiednio dbałem o jego wygląd (stałe czyszczenie), kupowałem dla niego obrok, siano, słomę, owies,
– powoziłem bryczką i jeździłem wraz ze swoimi zwierzchnikami na kontrole do wszystkich posterunków, należących do Komendy,
– podczas okresu zimowego rozpalałem ogień w piecach, aby zapewnić odpowiednią temperaturę w trzech pomieszczeniach Komendy, zapewniając węgiel i drewno do rozpałki,
– utrzymywałem cały obiekt i pomieszczenia gospodarcze w należytym porządku i czystości.

W dniach, kiedy nie przeprowadzano żadnych kontroli, wyjeżdżałem konno w dowolny teren, w siodle, korzystając ze świeżego powietrza, a po powrocie i nakarmieniu konia oraz jego oczyszczeniu, miałem czas wolny.


Rodzina Kowalewskich na ul. Kościelnej w Szamotułach, 1935 r.


Dzieci rodziły mi się co dwa lata. W tym okresie nie miałem specjalnych kłopotów finansowych, zapewniałem całej rodzinie godziwe warunki odzieżowe i żywnościowe, gdyż otrzymałem dobre wynagrodzenie miesięczne oraz dodatek na każde dziecko, a także odpowiednio dużą dietę za każdy służbowy wyjazd w teren. W tym okresie zawsze dysponowałem kwotą około 300 złotych w układzie miesiąca, co było wystarczające do normalnego życia.

Ówczesny komendant Policji miał prawo posiadać w swoim gospodarstwie jedną krowę oraz trzodę chlewną. Tak też to zezwolenie wykorzystał. Aby jednak utrzymać krowę, dzierżawił odpowiednio dużą łąkę, którą musiałem kosić, suszyć trawę i gotowe siano zwozić i lokować w szopie. Była to praca poza godzinami służbowymi (traktowałem ją jako przymusowy obowiązek), niepłatna. Wysługiwanie się swoim przełożonym traktowałem jako podziękowanie za to, że miałem wreszcie stałą pracę. Stan ten trwał około sześć lat.


11 XI 1927 r., Posterunek Policji – budynek ówczesnego starostwa (dziś UMiG). W górnym rzędzie 2. od lewej Stanisław Kowalewski. Siedzą od lewej: sędzia Tadeusz Dutkiewicz, starosta Bronisław Ruczyński i komendant powiatowy policji Stanisław Skąpski. Zdjęcie udostępnił Wojciech Musiał.


W 1928 roku decyzją moich władz zostałem skierowany do Poznania, aby ukończyć szkołę dla kierowców samochodowych, zdać pozytywnie właściwy egzamin i otrzymać prawo jazdy. Tak też się stało. Egzamin zdałem z wynikiem bardzo dobrym i otrzymałem prawo jazdy 1. kategorii. Także w 1928 roku otrzymaliśmy jako Komenda przydział samochodu. Był to stary, wysłużony i podniszczony samochód marki „Ford”, który przez długi okres czasu był używany przez szamotulskiego Starostę. Było to możliwe, gdyż Starostwo zakupiło dla własnych celów nowy pojazd, a dotychczas używany został przekazany do dyspozycji policji. Samochód ten nazywał po prostu „Kitajec”.

Po dokładnym obejrzeniu i przeprowadzonych próbach jazdy, okazało się, że otrzymany pojazd nadawał się do generalnego remontu. Z uwagi na to, że posiadałem pewien zasób wiadomości, które nabyłem na kursie, rozpocząłem naprawę i remont tego pojazdu. Trwało to dość długo, jakieś trzy miesiące, między innymi z powodu dużych trudności z zakupem części zamiennych do tak starego typu samochodu. Dokonywanie remontu nie zwalniało mnie od obowiązków woźnego, z których musiałem się dobrze wywiązywać. Mimo starań moja wiedza na temat wyremontowanego samochodu nie była pełna. Na przykład nie miałem rozeznania, ile rzeczywiście zużywa benzyny na 100 kilometrów tego typu pojazd.

Pierwszy raz wyjechałem tym samochodem służbowo do powiatu obornickiego. Po przejeździe określonej ilości kilometrów stwierdziłem brak benzyny w baku. Był to czas, kiedy nie woziło się zapasowych kanistrów z paliwem. Zatrzymałem się w jakimś lesie, była godzina ok. 21, a pora była zimowa. Wszędzie leżał śnieg. Było zimno. Byłem sam zdany na łaskę losu. Komisarz, który wyjechał ze mną, był bezradny. Pamiętałem, że ok. 5 kilometrów od mojego przymusowego postoju znajdował się majątek ziemski, którego nazwiska właściciela nie pamiętam. Udaliśmy się więc do najbliższej wioski, w której był majątek, po chociaż kilka litrów benzyny. Niestety, nikt nie posiadał tego rodzaju paliwa.

Zastanawialiśmy się, co robić dalej. Wpadła mi myśl do głowy, czy nie można zastąpić benzyny na przykład naftą. Mieszkańcy naftę posiadali, gdyż była im potrzebna dla celów oświetleniowych. Był to z mojej strony wielki błąd! Ani nafta, ani ropa nie może zastąpić benzyny. Kupiliśmy 10 litrów nafty, którą wlałem do baku. Była już północ. Uruchomienie silnika było wyjątkowo trudne. Manipulowałem przy silniku bardzo długo, aż wreszcie dał się uruchomić. Ruszyliśmy w dalszą drogę. Po przejechaniu około 3 kilometrów zauważyłem, że silnik przestaje pracować normalnie. Po zatrzymaniu samochodu stwierdziłem, że rura wydechowa nagrzała się do czerwoności. Przestraszyłem się, że cały pojazd może się zapalić. Przez co najmniej godzinę trzeba było czekać, aż silnik się ochłodzi. Dobrze, że w pobliżu znajdował się inny majątek ziemski, gdzie zakupiliśmy kilkanaście litrów właściwej benzyny. Potwierdziłem sobie, że na kursie nie wszystko można było się nauczyć, szczególnie zagadnienia praktyczne.


1929 r., na stopniu samochodu siedzi komendant Stanisław Skapski, za kierownicą Stanisław Kowalewski. Zdjęcie udostępnił Wojciech Musiał.


Od tego zdarzenia zapamiętałem, że pod żadnym pozorem nie można samochodzie zastąpić benzyny innym rodzajem paliwa (np. naftą). Tym wyremontowanym samochodem jeździłem około roku. Komendantura zakupiła pojazd nowy, także marki „Ford”, rocznik 1929. Odbioru nowego pojazdu dokonałem w Poznaniu u sprzedawcy p. Zagórskiego, od którego otrzymałem nagrodę 500 złotych za to, że zademonstrowałem bardzo dobrą jazdą próbną, co było dla sprzedawcy szczególną i skuteczną reklamą. Byłem z tej transakcji bardzo zadowolony i przyrzekłem sobie, że będę dbał i właściwie wykorzystywał nowy nabytek.

Nowy pojazd eksploatowałem przez około 6 lat, cały czas był na stanie Komendy Policji i przejechałem nim ponad 150 000 kilometrów i to bez kapitalnego remontu. Za ten wyczyn dostałem 3000 złotych nagrody. Wykonując zawód kierowcy, zwiedziłem służbowo wiele miejscowości, a między innymi Poznań, Toruń, Bydgoszcz, Czarnków, a nawet Warszawę. W 1934 roku zostałem oddelegowany do odbycia ćwiczeń wojskowych w okolicach Bydgoszczy. Przybyłem tam wraz z samochodem i byłem do wyłącznej dyspozycji dowódcy całych ćwiczeń, który był w randze generała. Za właściwe wykonywanie powierzonych obowiązków awansowano mnie do stopnia plutonowego, a oprócz tego otrzymałem nagrodę pieniężną, wynagrodzenie za 14 dni służby, a także za okres delegacji.

Kiedy urodziło mi się drugie dziecko (1927 r.), a był to syn Marian, otrzymałem przydział na służbowe mieszkanie. Przeżywaliśmy z żoną szczęśliwe chwile, gdyż w zasadzie niczego nam nie brakowało, o ile chodzi o podstawowe potrzeby życiowe. Jednakże moja praca była niejednokrotnie bardzo niebezpieczna, a między innymi dlatego, że często zmuszony byłem pozostawać w samochodzie, gdy były organizowane obławy i pogonie za przestępcami. W takim układzie mogło się zdarzyć, że przestępca zaatakuje właśnie mnie, chcąc odebrać mi samochód.

Przypominam sobie mój udział w poszukiwaniu i ujęciu zbrodniarza, który zabił strażnika na pograniczu polsko-niemieckim w miejscowości Miały. Przekroczył on granicę, uciekając do Polski, chcąc uniknąć kary. Był to rok 1931 lub 1932, dokładnie nie pamiętam. Podczas ucieczki przestępca zmuszony był przedzierać się przez lasy na terenie Polski, w których to lasach pracowały kobiety zatrudnione przy sadzonkach leśnych, będące świadkami przemykania się uciekiniera. Rozpoznały go podczas konfrontacji.

W roku 1932 byłem oddelegowany na Międzynarodowy Zlot Harcerzy, który odbywał się w miejscowości Spała. Byłem do dyspozycji pułkownika [Pawła] Thomasa z RKU [Rejonowej Komendy Uzupełnień – przyp. red.] z Szamotuł. Delegacja trwała około tygodnia. Widziałem harcerzy z różnych stron świata oraz obserwowałem różnorakie ćwiczenia wykonywane przez samych harcerzy, jak również przez żołnierzy Wojska Polskiego. Był to bardzo ciekawy, a nawet cudowny okres w moim życiu. Za czas przebywania w Spale zostałem osobno wynagrodzony, niezależnie od należnych mi poborów w pracy.


Lipiec 1931 r. W samochodzie siedzi z lewej sędzia Tadeusz Dutkiewicz, za kierownicą – komendant Stanisław Skąpski, za samochodem stoi Stanisław Kowalewski. Zdjęcie udostępnił Wojciech Musiał.


Blaski i cienie pracy w policji

W tym rozdziale opiszę jeden z ciekawszych epizodów mojego życia. Przestępca, o którym pisałem w poprzednim rozdziale, pochodził z Ostroroga, powiat Szamotuły. Był to jeden z groźniejszych bandytów, często napadał z użyciem broni. Gdy popełniał przestępstwo po stronie polskiej, starał się przekroczyć granicę z Niemcami − i odwrotnie, gdy wchodził w konflikt z prawem po stronie niemieckiej, uciekał do Polski. W Niemczech, podczas ucieczki, gdy pościg deptał mu po piętach, zastrzelił niemieckiego policjanta. W czasie, gdy przebywał już na terenie Polski w okolicach Miałów, zauważył na spacerze człowieka, spacerującego ze swoim 9-letnim synem, a był to polski strażnik pogranicza ubrany po cywilnemu. Strażnik ów był zorientowany w poszukiwaniu przestępcy, znał jego rysopis na podstawie listów gończych. Uciekający przestępca zorientował się w istniejącej sytuacji i przygotował sobie broń do strzału. Oddał w kierunku strażnika trzy lub cztery strzały, raniąc go śmiertelnie, gdy strażnik nawet nie zdołał sięgnąć po swoją broń. Syn strażnika uciekł, ale doskonale zapamiętał niektóre rzeczy charakterystyczne przestępcy, a między innymi ubranie, buty oraz rower, którym się posługiwał.

Przez co najmniej dwa tygodnie trwało poszukiwanie i pościg tak na terenie Polski jak i Niemiec. Za pomoc w ujęciu zbiega Niemcy wyznaczyli 500 marek nagrody, a także strona polska określiła wysokość nagrody. Pochodził z Ostroroga i wiadomym było, że tam przestępca będzie szukał schronienia u znajomych. I tak rzeczywiście było. Aparat służby śledczej, jak też cała społeczność miasta, była zorientowana o istniejącej sytuacji. Pewnego wieczora jedna z mieszkanek Ostroroga zawiadomiła policję, że u swoich znajomych przebywa poszukiwany. Natychmiastowa obława doprowadziła do ujęcia przestępcy. Do mieszkania weszli ochotnicy zwerbowani z pracowników policyjnych. Poszukiwany miał przy sobie dwa pistolety, jednak nie zdążył żadnego użyć, gdy szybka akcja policji i uderzenie go kolbą karabinu, spowodowało jego natychmiastowe obezwładnienie. Dodatkowo przestępca miał przygotowaną siekierę. Po nałożeniu kajdanek został przewieziony do Komendy Policji w Szamotułach, poddany szczegółowej rewizji osobistej.

Rozpoczęto śledztwo, podczas którego nastąpiło wiele konfrontacji z ludźmi, którzy widzieli uciekiniera w różnych sytuacjach i jadącego na rowerze. Zeznawały między innymi kobiety pracujące w lesie przy sadzonkach, jednak najważniejszym świadkiem był syn zamordowanego strażnika. We wszystkich akcjach poszukiwawczych brałem bezpośrednio udział, przewożąc samochodem funkcjonariuszy policji.

Ciekawa konfrontacja nastąpiła pomiędzy przestępcą a jego rodziną: żoną i dziećmi. Wyparł się całkowicie swojej rodziny, twierdząc, że ich nie zna. Żona nie wytrzymała tej sytuacji i powiedziała: „O, ty zbrodniarzu! Wreszcie Matka Boska dotknęła cię swoją ręką i będziesz w końcu wisiał na szubienicy, a z dziećmi będę miała spokój”. Wszystkie dokumenty ze śledztwa wraz z przestępcą zostały przekazane do Prokuratury w Poznaniu. W krótkim czasie sprawiedliwości stało się zadość i przestępca zawisł na szubienicy. Za pomoc udzieloną przy ujęciu przestępcy, zainteresowani zostali nagrodzeni 500 markami niemieckimi oraz nagrodą ufundowaną przez władze polskie.


Od 1934 r. siedziba Komendy Powiatowej Policji Państwowej w Szamotułach mieściła się przy ul Sądowej 5 (dziś al. 1 Maja 12). Zdjęcie udostępnił Wojciech Musiał.


Tematem działania policji były oczywiście także inne wykroczenia, na przykład różnego rodzaju kradzieże trzody chlewnej, drobiu czy rozboje. Kradzieże były przeważnie dokonywane z soboty na niedzielę, a do ich wykrycia często używano psa tropiącego, którego wraz z jego przewodnikiem przewoziłem na miejsce przestępstwa. Jednym z ciekawszych zdarzeń było wykorzystanie psa dla poszukiwania złodziei świni. Rzecz działa się w miejscowości Połajewo w powiecie Oborniki. Jeden z gospodarzy stwierdził, że ukradziono mu świnię. Złodzieje weszli od tylnej strony budynku (chlewa) i świnię zabili na miejscu, wypatroszyli wnętrze, a pozostałą część zabrali. Pies podjął ślad, który prowadził między innymi także przez strumyk, pola oziminy, łąki i różne zarośla. Pies poprowadził do jednej z wiosek [odległej o] około 5 kilometrów [z] powiatu czarnkowskiego. Lustracji przyglądali ludzie z wioski, zastanawiając się, gdzie pies zaprowadzi policjantów. Poprowadził do jednego z domów, stojących nieco na uboczu. W domu znajdowało się trzech mężczyzn i jedna kobieta, która na widok policjantów wrzuciła do paleniska smażone mięso. Zauważył to jeden z policjantów i szybko wyciągnął z paleniska tę część. Po krótkiej szamotaninie, w której brał udział także pies, mężczyźni nie przyznawali się do kradzieży. Rozpoczęła się więc rewizja. Podczas tego działania pies nie chciał wyjść z pomieszczenia kuchni‚ a tylko obwąchiwał podłogę. Po usunięciu stołu oraz ustawionej tam wanny okazało się, że jest tam wejście do sekretnej piwnicy, w której były przechowywane także ziemniaki. Jak zauważył jeden z policjantów, ziemniaki były niedawno przerzucane. Włożenie szabli w ten kopiec pozwoliło ustalić, że coś tam jeszcze się znajduje. Przy pomocy właścicieli mieszkania przerzucono ziemniaki w inne miejsce i okazało się, że znajduje się tam balia (wanna) ze świeżym mięsem wieprzowym. W tej sytuacji mężczyźni przyznali się do winy. Mięso zostało zwrócone poszkodowanym, przestępcy odstawieni do Komendy, a za tę akcję otrzymaliśmy pochwałę i nagrody pieniężne.


Stanisław Kowalewski przy samochodzie


Opiszę jeszcze jedną z pamiętnych dla mnie sytuacji, która wydarzyła się jeszcze przed wybuchem wojny. Było to w roku 1932, kiedy to w jedną z sobót został okradziony pałac, którego właścicielem był Niemiec, który nazywał się Massenbach. Rzecz działa się w Pniewach-Zamku. Po zawiezieniu policyjnych inspektorów do Pniew na miejsce kradzieży udałem samochodem do Poznania, skąd przywiozłem policyjnego psa wraz z jego przewodnikiem. Noc była ciemna i to nie pozwalało na uzyskane miarodajnych rezultatów, nawet przy użyciu psa. Dochodzenie trwało przez całą niedzielę Także bez konkretnych wyników. Wieczorem odwiozłem przewodnika i psa do Poznania.

Wracając do Pniew, a była już godzina 24, zauważyłem na szosie prowadzącej do zamku, w miejscowości Jakubowo niedaleko od Pniew stojącą w lesie taksówkę ze znakami miasta Poznania. Skojarzyło mi się to z kradzieżą dokonaną w Zamku. Prawdopodobnie złodzieje powrócili po łup, który ukradli w sobotę. Rzeczywiście tak było. Gdy prowadzący śledztwo usłyszał tę informację, natychmiast zorganizował trzy samochody pełne inspektorów policji i obstawiono miejsce, gdzie stała ta poznańska taksówka. Taksówkarz potwierdził, że przywiózł nieznane mu osoby, a jeden z nich zapowiedział, aby w ty miejscu czekał do ich powrotu. Policjanci zostali rozlokowani w taki sposób, aby każdej chwili mogli aresztować podejrzanych.

Traf chciał, że właśnie wieczorem tą szosą jechał dziedzic, a jechał tzw. „powózką” ze stangretem, z Jakubowa do Chełmna do swojego dworu. Zauważył samochody oraz policjantów ukrytych w rowach. Było ciemno i nie rozpoznał, kto leży przyczajony. Dziedzic ten, zorganizował zespół swoich pracowników, to jest polowych i stróżów odpowiednio uzbrojonych w karabiny i polecił im udanie się w miejsce, gdzie widział auta i ukrytych ludzi, aby wyjaśnili zaistniałą tam sytuację. Ludzie ci, nie sprawdziwszy, kto leży w rowie, otworzyli ogień z broni, którą posiadali, i zrobili to albo ze strachu, albo wydało im się, że są tam przestępcy. W takiej sytuacji policja też otworzyła ogień z karabinów, będąc przekonana, że są to powracający przestępcy. Po wspólnych nawoływaniach strzelanina ustała.

Wyjechałem samochodem na teren strzelaniny, aby przez oświetlenie pola sprawdzić, czy nie został ktoś ranny czy zabity. Na szczęście takowych nie było. Na polecenie Komendanta kilku policjantów zawiozłem samochodem do Chełmna celem potwierdzenia wysłania przez dziedzica zespołu do interwencji pod lasem. Wjeżdżając do bramy pałacu, zauważyłem, że w oknie stoi prawdopodobnie sam dziedzic z dubeltówką wymierzoną w naszą stronę. Gdyśmy wszyscy stanęli w świetle reflektorów samochodu, dziedzic rozpoznał w nas policję. Potwierdził wysłanie zespołu ludzi uzbrojonych na interwencję.

Prawdopodobnie, podczas zaistniałej strzelaniny, powracający złodzieje zorientowali się sytuacji dla nich niebezpiecznej i po prostu uciekli. Dopiero w kilka tygodni później, w wyniku intensywnego śledztwa, poszukiwani zostali ujęci aż w Łodzi, osądzeni i ukarani. Łupu nie odzyskano. Podobnych sytuacji, przez okres trzynastu lat pracy, miałem bardzo dużo, ale zajęłoby to wiele miejsca do ich opisania.


***

Wspomnienia Stanisława Kowalewskiego oraz zdjęcia zamieszczone zdjęcia rodzinne stanowią własność jego wnuka – Dariusza Kowalewskiego



Komentarz Wojciecha Musiała

W wielkim zainteresowanie przeczytałem historię życia śp. Stanisława Kowalewskiego. Wraz z kustosz Moniką Romanowską-Pietrzak z szamotulskiego muzeum oraz  moim przyjacielem, Mariuszem Sołtysiakiem, mieliśmy okazję „poznać” wymienionego w trakcie zbierania i opracowywania materiałów na temat Policji Państwowej powiatu szamotulskiego (Granatowy porządek. Policja Państwowa w Powiecie szamotulskim 1919-39, Szamotuły 2019). Opublikowane wspomnienia S. Kowalewskiego są tym cenniejsze, że  pochodzą bezpośrednio od osoby, która – chociaż była pracownikiem cywilnym – na własne oczy widziała służbę policyjną w okresie międzywojennym, z niemal wszelkimi jej aspektami, znała osobiście kolejnych komendantów powiatowych: Stanisława Skąpskiego (od VIII 1924) oraz Józefa Holzhausena (od 1932) oraz pozostałych funkcjonariuszy. Relacja S. Kowalewskiego uzupełnia i wzbogaca nasze dotychczasowe ustalenia, bazujące w zasadzie na dokumentach archiwalnych oraz wspomnieniach potomków przedwojennych policjantów, a dodatkowo przekazuje jego własne, oryginalne i osobiste spostrzeżenia.


Komentarz Grzegorza Aleksandra Trojanka

Stanisław Kowalewski w 40-stronicowych wspomnieniach opowiada o swoim życiu, dzieciach, rodzinie i pracy. Być może razić będzie archaiczny język, braki warsztatowe, kładzenie nacisku na swoją osobę, a tylko marginalne informacje o rodzicach, rodzeństwie, a nawet o swoich najbliższych. Może należałoby usunąć niektóre watki i zdania, tylko wówczas „Wspomnienia” straciłyby walor autentyczny, prawdy czasu ich powstania. Stąd decyzja, by opublikować całość.

W końcu to prawdziwy świadek naszej historii: zaborów do 1918 roku, I wojny światowej, powstania wielkopolskiego, służby w Wojsku Polskim, w policji, o pracy, bezrobociu, poziomie życia codziennego oraz II wojny światowej i życia od 1945 roku aż do 1975 roku. To jest ten największy walor tych wspomnień, które jeszcze bardziej zostają wzbogacone wspaniałymi zdjęciami z tych czasów.

Zdziwienie, że Stanisław Kowalewski tak mało pisał o swojej rodzinie spowodowało, że przy ogromnej pracy Jakuba Trojanka − archiwisty udało się ustalić najważniejsze dane o Rodzinie Marcina Kowalewskiego.

Jego ojciec Jakub Kowalewski urodził się 11 lipca 1869 roku w Gaju w powiecie szamotulskim, a zmarł pod koniec II wojny światowej − 17 stycznia 1945 roku w Szamotułach i tu jest pochowany, wraz ze swoją małżonką Franciszką (zmarła w Szamotułach w 1943 roku) z domu Filipak, urodzonej 25 lutego 1873 roku w Lipnicy k. Szamotuł. Okazało się, że na grobie Franciszki i Jakuba zostali pochowani Helena i Władysław Różańscy (Helena była ich córką).

Jakub i Franciszka Kowalewscy po ślubie 3 czerwca 1893 roku w Ostrorogu często zmieniali miejsce zamieszkania ze względu na poszukiwanie pracy w rolnictwie przez Jakuba. Najlepiej widać to, jeśli prześledzi się miejsca urodzin ich jedenaściorga dzieci!

Pierwszy syn − Vincent Kowalewski urodził się 30 czerwca 1894 roku w Piotrkówku k. Szamotuł. Niestety, umiera już 15 lipca 1899 roku także w Piotrkówku w wieku 5 lat.

W rok i jeden miesiąc później rodzi się drugi syn Michał, także w Piotrkówku, 25 sierpnia 1895 roku, ale umiera już po 55 dniach życia − 19 października 1895 roku.

Dopiero trzeci syn staje się tym najstarszym Rodu. To późniejszy ułan, chluba  rodziców. Przypomnijmy: Marcin Kowalewski urodził się 6 października 1896 roku w Piotrkówku. 2 marca 1919 roku, już w wolnej Polsce, żeni się z  Marią Marciniak, z tego związku przyszło na świat jedno dziecko − córka Aniela (ur. 23.06.1920 roku w Szamotułach, zmarła 22.01.2001 roku w Górze Śląskiej, po mężu Trojanek). Marcin umiera w Gnieźnie 14 kwietnia 1926 roku i tam też jest pochowany w Kwaterze Żołnierzy 1920 roku (por. http://regionszamotulski.pl/marcin-kowalewski/).

Po trzech latach od urodzenia Marcina na świat przychodzi Jan Kowalewski, rodzi się w Piotrkówku 25 maja 1899 roku. Z relacji Stanisława Kowalewskiego wiemy, że Jan po powrocie z I wojny światowej − tak jak Marcin – wstępuje do Armii Powstania Wielkopolskiego, na Sołaczu w Poznaniu zostaje artylerzystą konnym, a  po Powstaniach: Wielkopolskim i Śląskim zostaje żołnierzem zawodowym −  jak Marcin. Kolejna informacja o nim to ta, że umiera 4 maja 1988 roku w Oławie na Dolnym Śląsku. Skąd się tam wziął, jak długo mieszkał w Oławie, co robił i czy miał rodzinę oprócz żony Marii − nie wiadomo. Być może był w wojsku do września 1939 roku, a po 1945 roku wyjechał z jakiegoś powodu na Ziemie Odzyskane do Oławy. Jego żona Maria umarła w 1980 roku, a Jan w dniu 4 maja 1988 roku w wieku 89 lat. Oboje zostali pochowani na Cmentarzu Komunalnym w Oławie. Ich grób jest w bardzo złym stanie, zarośnięty polnym kwieciem, tablice na grobie są przerdzewiałe… To bardzo przykry widok! Pamiętajmy, że mówimy o Powstańcu Wielkopolskim i żołnierzu Wojska Polskiego!

Potem − 1 maja 1901 roku w Szamotułach − na świat przyszedł Stanisław Kowalewski − autor publikowanych wspomnień. W 1924 roku ożenił się z Marianną z domu Melonek (1902-1988). Oboje spoczywają na szamotulskim cmentarzu.

Kolejnym dzieckiem Jakuba i Franciszki Kowalewskich (szóstym) była Maria, która rodzi się w Piotrkówku 2 listopada 1903 roku. Żyje krótko, bo tylko do 21 marca 1906 roku, umiera również w Piotrkówku (wtedy wieś nosiła nazwę Lindenhoöhe, czyli Wysokie Lipy).

Następne dziecko przychodzi na świat 5 stycznia 1906 r. w Piotrkówku (Lindenhöhe) − syn Antoni. Z danych wynika, że całe życie mieszka w Szamotułach. Jak wspomina wnuk Stanisława Kowalewskiego, nigdy gdy był u dziadka w Szamotułach, nawet słowem nikt nie wspomniał o Antonim, ani nigdy, choć mieszkał w Szamotułach, go Dziadek Stanisław nie odwiedził. Antoni wraz z żoną są pochowani na szamotulskim cmentarzu. Grób jest w dobrym stanie, zadbany. Widać, że w Szamotułach jest jakaś rodzina Antoniego, może teraz ktoś się odezwie.

Po Antonim Kowalewskim rodziły się kolejne dzieci. Helena przyszła na świat 25 maja 1908 roku w Piotrkówku (Lindenhöhe), zmarła 20 kwietnia 1981 roku w wieku 73 lat. Była żoną Władysława Różańskiego, który zmarł w 1978 roku, zostali pochowani w Szamotułach na grobie rodziców Heleny Różańskiej z domu Kowalewskiej [syn Heleny i Władysława − Marian Różański był znanym szamotulskim fotografem, działaczem społecznym i dziennikarzem – przyp. red. Por. http://regionszamotulski.pl/marian-rozanski/].

W dniu 20 lutego 1911 roku, w gminie Obrzycko w Karczemce koło Słopanowa urodziła się Pelagia, która umarła 14 października 1982 roku w Opalenicy – brak więcej informacji o niej i jej rodzinie.

Po Pelagii 25 września 1912 roku rodzi się syn Franciszek Kowalewski. Przeżył on 83 lata, zmarł w 1995 roku i został pochowany na cmentarzu w Ostrorogu. Prowadził gospodarstwo rolne w Szczepankowie koło Szamotuł (gmina Ostroróg), miał żonę Katarzynę i pięcioro dzieci.

I wreszcie ostatnie − 11 − dziecko. To Viktoria Kowalewska, która rodzi się w Karczemce 12 grudnia 1915 roku. Trwa wówczas I wojna światowa. Viktoria zawsze wspominała córce Marcina, że była jego ulubioną siostrą, ledwo 5 lat starszą od jego córki Anieli. W czasie II wojny światowej bardzo dużo osób z Wielkopolski jest wywożone przez machinę hitlerowskich Niemiec do Generalnego Gubernatorstwa. Prawdopodobnie tym sposobem Viktoria znalazła się w okupowanej Warszawie, gdzie poznała inżyniera Stanisława Łysiaka i została jego żoną. Dwie córki Viktorii zginęły w powstaniu warszawskim, natomiast syn Waldemar Łysiak urodził się 8 marca 1944 roku w Warszawie. To znany pisarz eseista publicysta, architekt, miłośnik Napoleona i bibliofil. Waldemar ma  jeszcze młodszego brata, który mieszka w Warszawie.

Waldemar Łysiak napisał bardzo ważne dla szamotulan powieści: Szachista oraz Kolebka. W  książkach, wywiadach i artykułach widać olbrzymią miłość i czułość  do matki Viktorii. W Szamotułach był na pewno 23 kwietnia 1981 roku na pogrzebie siostry jego matki – Heleny Kowalewskiej po mężu Różańskiej. Wtedy też jego mama Viktoria spotkała się ostatni raz z córką Marcina Kowalewskiego − Anielą Trojanek.

Mam nadzieję, że wspomnienia Stanisława Kowalewskiego oraz zarys tej wielkopolskiej rodziny znajdą ciekawego jej losów poszukiwacza i ten ktoś napisze monografię rodu Kowalewskich z Szamotuł.

Szamotuły, 04.04.2020

Stanisław Kowalewski, Powstanie wielkopolskie i praca w szamotulskiej policji w okresie międzywojennym2025-01-03T13:09:03+01:00

Kronika szamotulskiego liceum w czasach stalinowskich

Budynek liceum w 1950 r., zdjęcie z kroniki szkolnej


Fragmenty kroniki szkolnej z lat 1950-63


Zdjęcia z lat szkolnych w szamotulskim liceum, 1.poł. lat 50. XX w.

udostępnił Jan Kulczak


Z prof. Konradem Roszczakiem

Z prof. Ewą Budzyńską (Krygier)

Z prof. Stefanem Pawelą

Z prof. Gabrielą Tomaszek

Na boisku szkolnym, w tle budynek szpitala przy ul. Sukienniczej

Na boisku przy ul. Sportowej

W parku Sobieskiego

Obowiązkowa praca uczniów klas przedmaturalnych (10.) w brygadzie Służby Polsce przez miesiąc wakacji – PGR Komarowo koło Goleniowa (pomoc przy żniwach, przerywanie buraków cukrowych itp.), 1954 r.

Kronika szamotulskiego liceum w czasach stalinowskich


W archiwum szamotulskiego liceum ogólnokształcącego znajduje się bardzo interesująca kronika z lat 1950-1963. Od reformy szkolnictwa w roku 1948/49, kiedy to zlikwidowano czteroletnie gimnazja i dwuletnie licea, a na ich miejsce utworzono czteroletnie licea, placówka nosiła oficjalną nazwę Państwowa Szkoła Ogólnokształcąca Stopnia Licealnego w Szamotułach. W tym okresie przestano używać imienia patrona szkoły – ks. Piotra Skargi. W 1957 r. do nazwy dodano numer 54.

Kronika stanowi interesujący dokument nie tylko ówczesnej szkoły, ale także szerzej – tamtych czasów. Wybraliśmy z niej fragmenty związane z życiem społeczno-politycznym, tekst wzbogaciliśmy skanami stron kroniki oraz zdjęciami z archiwum Jana Kulczaka – ucznia szkoły z 1. połowy lat 50.

Warto także sięgnąć do wspomnień Ewy Budzyńskiej-Krygier, które opublikowaliśmy w 2018 r.: http://regionszamotulski.pl/w-szamotulskich-szkolach-1945-51/.


1949/1950

Coraz wyraźniej szkoła nasza wkracza na nowe tory, staje się prawdziwą kuźnią socjalizmu. Świadczy o tym chociażby to, że w ostatnim czasie wzrósł znacznie procent młodzieży robotniczo-chłopskiej. Gruntownej przemianie uległy metody nauczania stosowane przez grono nauczycielskie. Profesorowie dążą do wyrobienia w uczniach naukowego, marksistowskiego poglądu na świat, uczą ich socjalistycznego stosunku do pracy i własności, zrozumienia dla pracy planowej, zaszczepiają w uczniach zasady socjalistycznej dyscypliny.


Zbliżające się święto klasy robotniczej odbiło się szerokim echem wśród uczniów naszej szkoły. W celu uczczenia go podjęliśmy szereg zobowiązań. Poszczególne klasy we własnym zakresie dokonały naprawy sprzętu, dekoracji sal, a istniejące na terenie szkoły organizacje wykonały transparenty i emblematy, które młodzież niosła w czasie uroczystego pochodu pierwszomajowego. Uczniowie gimnazjum wzięli udział w akademii młodzieżowej zorganizowanej w dniu 1 Maja.



7 stycznia 1950 r. – uroczystości 30-lecia szkoły. Tak to się jeszcze wtedy wszystko łączyło: portret Bolesława Bieruta i Konstantego Rokossowskiego (ministra Obrony Narodowej i marszałka Polski) i emblematy organizacji o ideologii komunistycznej (Związku Młodzieży Polskiej, Służby Polsce, Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej) z wiszącym powyżej krzyżem. Zdjęcie z kroniki szkoły


ZMP* – to dobry duch naszej szkoły. On nadaje ton szkole, kieruje młodzieżą zorganizowaną i niezorganizowaną, czuwa nad pracą kółek naukowych, organizuje kółka samokształceniowe. Z jego inicjatywy cała szkoła brała udział w akcji przeciwstonkowej i pomagała przy budowie nawierzchni na trasie Szamotuły – Baborówko.

[*ZMP – Związek Młodzieży Polskiej, organizacja ideowo-polityczna, powołana w 1948 r., działająca na wzór radzieckiego Komsomołu; zlikwidowana po Październiku 1956. Jest jednym z symboli stalinizmu.]


Dzień bez nauczycieli…

W dniu 13 maja profesorowie brali udział w powiatowej konferencji ZNP [Związku Nauczycielstwa Polskiego – przyp. red.]. Uczniowie samorzutnie zorganizowali dyrektora, którym został przewodniczący szkolnego koła ZMP – kol. Modzelewski. Kilku uczniów czuwało nad porządkiem na korytarzach i na dziedzińcu.

Młodzież poważnie ustosunkowała się do swych młodych przełożonych, dzięki czemu w całej szkole panował wzorowy porządek. Pod kierunkiem starszych kolegów odbywały sie na auli lekcje śpiewu, na boisku gry i ćwiczenia, poszczególne organizacje przeprowadziły zebrania.

W dniu tym młodzież zdała egzamin, wykazując, że jest zdolna do samodzielnego rządzenia się.


W marcu i w maju br. [1950] zaszły na terenie szkoły niemile wypadki. Aresztowano kilku uczniów*, którzy – jak się okazało – byli członkami antypaństwowych związków terrorystycznych. Grono profesorskie i młodzież surowo potępiła działalność tych kolegów. Wypadek ten spowodował wzmocnienie czujności ze strony nauczycieli, uczniów i rodziców i wykazał niezbicie, że tylko poprzez bezkompromisową walkę można wychować budowniczych socjalizmu.

[*W Szamotułach pod koniec lat 40. i na początku 50. działało kilka młodzieżowych grup oporu: „Grupa Andrzejewskiego”, „Jutrzenka”, „RSS” oraz „Błękitni Rycerze”. Informacja z kroniki dotyczy aresztowań członków dwóch pierwszych organizacji; członkowie dwóch kolejnych zostali zatrzymani w 1952 r. Zasądzono wobec nich kilkuletnie wyroki (zazwyczaj wychodzili z więzienia wcześniej), uczniowie liceum zostali wydaleni ze szkoły.]


Z prof. Stanisławą Kulmaczewską


1950/1951

Celem podniesienia poziomu nauki wprowadzono „piątki” samokształceniowe, w których dzięki pracy kolektywnej słabsi uczniowie poprawiają wyniki swej pracy.

Nie zapomniano i o pracy oświatowo-kulturalnej. Wspólnie z TPPR [Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej – przyp. red.] ZMP urządził w listopadzie konkurs na najlepsze wygłoszenie wiersza Broniewskiego „Pokłon Rewolucji Październikowej”. Zwycięzcą konkursu był Krutki.


W kwietniu 1951 roku ZMP-owcy prowadzą lekcje!

16 IV 1951, godz. 8 rano. Drzwi pokoju nauczycielskiego otwierają się i grono młodych ludzi ubranych w ZMP-owskie koszule sunie poważnie po korytarzu gmachu szkolnego. Każdy z nich dzierży olbrzymi dziennik. Drzwi klas otwierają się. „Dzień dobry, panie profesorze”. Dziś ZMP-owcy zastępują profesorów będących na konferencji. Podjęli ten czyn, aby nie zmarnować dnia szkolnego. Z zadania wywiązali się znakomicie.


Wydarzenia z areny międzynarodowej znajdowały również swój oddźwięk w naszej szkole. 17 maja br. cała szkoła złożyła podpisy na Karcie Plebiscytu Pokoju. W czerwcu podpisaliśmy Narodową Pożyczkę Rozwoju Sił Polski, dorzucając swe drobne oszczędności do skarbca narodowego.

W szkole odbył się pobór do brygad. Gromada chłopców uda się w dniu 3 lipca do Nowej Huty.


Na boisku szkolnym, w tle budynek szpitala przy ul. Sukienniczej


1951/52

Wielu kolegów wróciło z 55 brygady SP*, która pracowała przy budowie Nowej Huty i odznaczyła się wybitnymi osiągnięciami w pracy, będąc stale na 1. miejscu w województwie krakowskim i na 2. w Polsce.

[*SP – Powszechna Organizacja „Służba Polsce”, organizacja paramilitarna, ideologicznie kierowana przez ZMP, a organizacyjnie podporządkowana wojsku; działała w latach 1948-55. Jednostkami organizacyjnymi były brygady, bataliony, hufce i drużyny. Członkowie brali udział m.in. w odbudowie Warszawy i budowie Nowej Huty. Przynależność do tej organizacji była dla uczniów obowiązkowa.]


W parku Sobieskiego – ulubione miejsce spacerów uczniów szamotulskiego liceum w tamtych czasach


1953/54

Z inicjatywy ZS ZMP [Zarząd Szkolny Związku Młodzieży Polskiej – przyp. red.], którego przewodniczącym został kol. Krysztofiak, zaprowadzono u nas apele poranne. Odtąd codziennie przed lekcjami rozbrzmiewa na dziedzińcu szkolnym hymn ŚFMD śpiewany młodymi, silnymi głosami. Na apelu jest przeprowadzana prasówka. Wygląda to w ten sposób, że prowadzący apel wywołuje kilku uczniów, ci następnie opowiadają wszystkim o wydarzeniach z Polski i ze świata.


Miesiąc październik. Bardzo często w godzinach popołudniowych stawał koło gmachu szkoły traktor z przyczepką. Wskakiwali do niego uczniowie naszej szkoły; dziewczynki z kolorowymi chusteczkami na głowie i często w spodniach.

Traktor ruszał – czy to do Gałowa, czy Szczepankowa, czy też Jastrowa, albo do jeszcze innej miejscowości – na wykopki. Bierzemy czynny udział w pracy wykopkowej.

Jak możemy, tak pomagamy sąsiednim PGR-om i spółdzielniom produkcyjnym. Niechaj nasza praca, nasza pomoc przy wybieraniu ziemniaków będą jedną z cegieł budujących gmach Nowej Polski.


W parku Sobieskiego – tego zachowania nauczyciele by nie pochwalili


Dobrą pracę przejawia w tym roku organizacja ZMP. W związku z bliskim końcem roku szkolnego podjęła ona prace zmierzające do dobrego wykorzystania wakacji przez uczniów. Każdy z nas wziął na siebie jakieś określone zadanie, które w czasie wakacji wypełni. Jedni postanowili wziąć udział w zwalczaniu stonki, inni zgłosili się do brygad rolnych SP bądź też jako wychowawcy kolonii.

Dla tych, którzy chcieliby poznać ziemię ojczystą, jej ludzi, jej zabytki Zarząd Szkolny zorganizował 17-dniową wycieczkę kolarską „Wędrujemy po rodzinnym kraju”. Wezmą w niej udział między innymi: kol. Krysztofiak, Nowak, Białasik T., Bańczyk, Francuzik, Kulczak. Obiecali oni, [że] po powrocie z wycieczki – kiedy znowu zbierzemy się razem w szkole – opowiedzą nam o swoich wrażeniach.


W czasie wycieczki rowerowej  „Wędrujemy po rodzinnym kraju”, 1954 r. Zdjęcie z kroniki szkolnej


1954/55

We wrześniu Szamotuły obchodziły wielkie święto. Przyjechali do nas goście z Warszawy – radzieccy budowniczowie Pałacu Kultury i Nauki. W świetlicy Olejarni odbyło się uroczyste przywitanie budowniczych. Wśród oklasków zebranych przedstawicieli społeczeństwa szamotulskiego witali gości, wręczając im skromne upominki. W imieniu uczniów liceum powitała budowniczych kol. Kraszewska Ewa z klasy XI. Gości było trzech: inż. Suworow, młody chłopak – spawacz i dziewczyna. Inż. Suworow w serdecznych słowach podziękował za miłe przyjęcie i opowiedział nam o budowie Pałacu Kultury.


Rok 1955 przebiegał pod znakiem przygotowań do wyborów do Rad Narodowych. Włączyliśmy się również w te prace. Z ramienia Powiatowego Komitetu Frontu Narodowego prowadziliśmy akcję agitacyjno-propagandową w mieście. Chodziliśmy po domach, sprawdzając, czy wszyscy obywatele są umieszczeni na listach wyborczych, sprzedawaliśmy broszurki propagandowe, pomagaliśmy w samych wyborach. […]


W parku Sobieskiego – na wesoło


1955/56

W okresie wakacji [1955] Warszawa gościła niezwykłych gości. W stolicy Polski, sercu naszej Ojczyzny, najlepsi młodzi patrioci ze wszystkich kontynentów, przedstawiciele wszystkich ras i wyznań zamanifestowali swe braterskie uczucia. W Warszawie odbywał się Światowy Festiwal Studentów i Młodzieży. Z naszej szkoły delegatami byli: kol. Bekasiak Teresa, kol. Jakubowska Danuta, kol. Bukowska Barbara i kol. Kierończyk Antoni.

Koledzy ci, zaraz po rozpoczęciu roku szkolnego, dzielili się z nami swymi wrażeniami z pobytu w stolicy.


Dumą nowo obranego Zarządu Szkolnego ZMP, który zaraz po wyborach zabrał się do pracy, są osiągnięcia na polu pracy kulturalnej i oświatowej, i pracy z harcerstwem.

Szkolny Zespół Artystyczny znany jest ze swych występów nie tylko na terenie szkoły, ale także oklaskiwany na wszystkich akademiach powiatowych w zakładach pracy.

Przewodniczki harcerskie z naszego koła ZMP kierują pracą OH* we wszystkich szkołach podstawowych na terenie Szamotuł.

Cieszymy się szczególnie z tego, że na terenie województwa nasza szkoła posiada najwięcej przewodników pracujących w harcerstwie.

Koleżanki i koledzy pracują chętnie i dobrze. Opiekunowie drużyn są z ich pracy bardzo zadowoleni.

A my… cieszymy się, że to może przyszli wychowawcy młodzieży.

[*OH – Organizacja Harcerska, utworzona w 1951 r. przy Związku Młodzieży Polskiej; wcześniej władze zlikwidowały Związek Harcerstwa Polskiego]


Zdjęcie maturalne – 1956 r. W 1. rzędzie od lewej nauczyciele: Gabriela Tomaszek, Marian Wawrzyniak, Aldona Grabarczyk, Adam Braniewicz, Ewa Budzyńska, Stefan Pawela, Elwira Dobkowicz, Konrad Roszczak, Helena Witkowska


1956/57

Polski Październik. W dniach od 18 do 21 października br. odbyło się  VIII Plenum Partii. Do Biura Politycznego wybrano Władysława Gomułkę, Logę-Sowińskiego i Mariana Spychalskiego, którzy od 1949 r. byli więzieni wskutek fałszywych oskarżeń minionego okresu. Jesteśmy przekonani, że nowe kierownictwo partii wyprowadzi nas z obecnych trudności gospodarczych i politycznych.

A oto słowa Władysława Gomułki:

„Nagromadziło się w Polsce wiele zła, nieprawości i bolesnych rozczarowań. Wierzę głęboko, że lata te minęły bezpowrotnie”.

Cały naród, robotnicy, chłopi, inteligencja, młodzież, wszyscy stanęli obok swego przywódcy. Patrzymy z ufnością i nadzieją w przyszłość. Byliśmy świadkami wielkich historycznych dni. Dni, w których została wypowiedziana nieubłagana walka krzywdzie, bezprawiu i zakłamaniu.

Będziemy uczyli się prawdy i tylko prawdy.


Młodzieżowa organizacja polityczna i wychowawcza, jaką była czy miała być organizacja Związek Młodzieży Polskiej, nie zdała egzaminu w skali nie tylko powiatu czy województwa, ale nawet kraju. Organizację rozwiązano. na jej miejsce powstał nowy związek – ZHP.

Opiekunką szkolnej drużyny żeńskiej jest p. prof. Ewa Budzyńska, a opiekunem drużyny męskiej – p. prof. Konrad Roszczak. Nowe harcerstwo czerpie wzory z dawnej organizacji. Znowu po latach słyszymy słowa komendy wyruszających na biwak harcerzy, znowu na dziedzińcu szkolnym rozlega się dziarskie i gromkie „czuwaj”. Z radością i ożywieniem słuchamy starych harcerskich piosenek.


Spotkanie rocznika maturalnego 1955 z okazji 30-lecia matury


Opracowała Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 13.03.2020

Kronika szamotulskiego liceum w czasach stalinowskich2025-01-03T13:11:12+01:00

Ludwik Mycielski – zapomniany bohater powstania listopadowego


Witold Mikołajczak

Ludwik Mycielski – zapomniany bohater powstania listopadowego

Ludwik Mycielski był synem Stanisława Mycielskiego (ur. 1743 r. w Nowej Wsi pod Wronkami, zm. 1813 w Poznaniu), działacza niepodległościowego i pułkownika wojsk napoleońskich, oraz Anny z Mielżyńskich (ur. 1767 r. w Gołańczy, zm. 1840 w Poznaniu). Badacze podają różne daty urodzenia Ludwika, najbardziej prawdopodobna − 1797 rok, miejsce − Kobylepole (dziś część Poznania). Kształcił się wraz z bratem bliźniakiem Michałem w Metz we Francji.

Następnie wstąpił do armii Księstwa Warszawskiego, w której dosłużył się stopnia porucznika. Brał udział w wojnie 1812 roku, podczas której dostał się do niewoli pod Słonimem. Uwolniony został dzięki interwencji następcy tronu szwedzkiego J. B. Bernadottego. W latach 1815-1817 służył w armii Królestwa Polskiego. Ze względu na zły stan zdrowia złożył dymisję i zamieszkał w majątku Gorzyce pod Kościanem.


Ludwik Mycielski – litografia. Źrodło: Polona


W 1822 roku ożenił się z Elżbietą Mielżyńską, w 1826 roku − po śmierci teścia Stanisława − osiadł w majątku żony w Wydawach pod Poniecem. Miał dwóch synów: Stanisława i Michała oraz trzy córki: Annę, Elżbietę i Marię.

Na wieść o wybuchu powstania wyruszył do Warszawy, by jako ochotnik wstąpić do armii. Brał udział w bitwie pod Dobrem 17 lutego, Wawrem − 19 lutego i w walkach o Olszynkę Grochowską − 20 i 25 lutego 1831 roku. W trakcie tej ostatniej bitwy poległ.


Bitwa pod Grochowem – obraz Bogdana Willewaldego z ok. 1850 r.


Gen. Ignacy Prądzyński pisał o ostatnim swoim spotkaniu z Ludwikiem Mycielskim, do którego doszło, kiedy przed świtem z rozkazu gen. Józefa Chłopickiego objeżdżał polskie pozycje w olszynie. Przyrzekli sobie, że gdyby któryś z nich zginął, to ten, który przeżyje, zaopiekuje się rodziną poległego.

Śmierć Mycielskiego podczas bitwy 25 lutego tak opisuje Stanisław Barzykowski:

Bogusławski swoich czwartaków wiedzie. Obok Bogusławskiego widać jakąś figurę w mundurze, żołnierza prostego… Był to Mycielski, obywatel zamożny z Księstwa Poznańskiego, mąż uwielbiany od nadobnej żony, ojciec szczęśliwy pięciorga dziatwy. Na odgłos powstania, jakby o wszystkim zapomniał, wszystkiego się wyrzekł, sercu nakazał milczeć, i pośpieszył, gdzie ojczyzna wzywa. Nie szukał rang i stopni, tylko za ojczyznę walczyć pragnął, z jej odwiecznym wrogiem bić się żądał. Wszedł jako prosty żołnierz do pułku czwartego, którego reputacja była mu zaręczeniem, że do najtrudniejszych spraw wojennych użytym będzie. Kolumny nasze śmiałym krokiem naprzód postępują, artyleria nieprzyjacielska na wzgórzach Kawęczyna ustawiona, rzęsisty sypie ogień i przystęp do lasu wzbronić usiłuje. Lecz nadaremne usiłowanie, nasi nie zachwiani posuwają się. Piechota nieprzyjacielska występuje na początek lasu i ogniem rotowym [ogień w szyku trzyszeregowym; każdy szereg strzelał kolejno, 1. − przyklękając, 2. i 3. na stojąco − przyp. red.] ich przyjmuje. Skrzynecki nie kazał odpowiadać, strzału dawać, „naprzód”, zawołał, „naprzód,” powtórzył Bogusławski i kolumna maszeruje. Mycielski ranny w rękę, jest to pierwsza jego rana, drugą ręką chustę spokojnie z szyi zdejmuje, ranę nią opatruje i dalej do boju śpieszy. Już nasi przybyli i smugów rowów i olszyny dosięgają. Mordercza walka wszczyna się, wpierają się wzajemnie i wypierają. Trzykroć nasi się wdzierają i trzykroć cofać się muszą. Mycielski po raz drugi ranny w nogę oddziera kawał podszewki od munduru, opatruje nią ranę i do boju wraca. Skrzynecki wyniosły wzrostem, wyniosły i męstwem, podnosi się jak sztandar wśród swoich i silnym głosem woła: „na bagnety”. „Na bagnety” powtarza waleczny Bogusławski, i olszyna bagnetami się jeży. Nieprzyjaciel już oprzeć się nie może, trupami zaściela pobojowisko i w nieporządku z lasu uchodzi. Polacy są panami lewej strony olszyny. Mycielskiego trzecia kula w pierś uderza, pada wtedy i jak bohater śmiercią kończy”.

Tak przedstawił okoliczności śmierci historyk powstania i członek Rządu Narodowego Stanisław Barzykowski. Czy rzeczywiście w tej fazie bitwy zginął nasz bohater? Autor tej relacji uczestniczył w bitwie, jednakże przebywał przy sztabie naczelnego wodza gen. Michała Radziwiłła, około 2 km od olszynki, w pałacyku, do dziś istniejącym. To właśnie w nim toczy się akcja Warszawianki Stanisława Wyspiańskiego, który w swojej sztuce wspomina o śmierci gen. Żymirskiego i jakimś dzielnym oficerze.


Olszynka Grochowska, Czwartacy – obraz Wojciecha Kossaka z 1928 r.


Aby spróbować ustalić okoliczności śmierci Ludwika Mycielskiego, trzeba odtworzyć ogólny przebieg walki tego dnia.

Olszynka Grochowska była niewielkim laskiem, długim na około 1,7 km, i przeciętym dwoma potężnymi rowami melioracyjnymi. Jak pisał gen. Prądzyński, rowy te nadawały pozycji wielkiej mocy, gdyż ograniczały możliwości manewru artylerii rosyjskiej i jeździe. W stosunku do obu rowów lasek ten biegł pod skosem. Południowa część olszyny znajdowała się pomiędzy obu rowami, natomiast północna jej część prawie cała znajdowała się po zachodniej stronie wewnętrznego rowu, była zatem znacznie cofnięta w stosunku do południowej części.

Takie jej usytuowanie było przyczyną wielu nieścisłości w relacjach pamiętnikarskich. Gdy w trzecim natarciu Rosjanie wyparli Polaków z północnej części olszyny, wielu uczestników bitwy było przekonanych, że cały lasek opanowali Rosjanie. Doszło nawet do tego, że ppłk Józef Święcicki zarzucił pułkowi grenadierów tchórzostwo, gdy ten nie natarł na południową część olszynki podczas kontrnatarcia brygady gen. Bogusławskiego. Tymczasem 2 pułk strzelców pieszych i 7 pułk piechoty liniowej zdołały utrzymać jej południową część i interwencja pułku grenadierów nie była konieczna.



Z innych relacji wynika, że odbicie północnej części olszynki odbyło się bardzo szybko. Tylko nacierający na lewym skrzydle 4 pułk strzelców pieszych na czele z gen. Franciszkiem Żymirskim, nacierając na wzgórza pod Kawęczynem, gdzie znajdowała się potężna bateria artylerii rosyjskiej, poniósł znaczne straty. W natarciu tym gen. Żymirskiemu kula armatnia urwała rękę, co było przyczyną jego śmierci.

Zasadniczy bój o olszynkę nastąpił podczas kolejnego − czwartego natarcia, gdy na ten niewielki lasek uderzyło 25 do 27 batalionów rosyjskich. Na czwartaków uderzyła wtedy brygada karabinierów z 2 dywizji grenadierów. Dowodził nią słynny z odwagi gen. Freigrant, który prawdopodobnie ruszył do natarcia szybciej, chcąc zyskać sławę pogromcy czwartaków. To prawdopodobnie dopiero w tej dramatycznej walce poległ Ludwik Mycielski.

Barzykowski tak ją opisał:

Pułk czwarty w miejscu na nią czeka, chce co prędzej zmierzyć się z owym wyborowym wojskiem cara, aby okazać, kto lepiej bagnetem władać potrafi. Z obydwu stron strzały jeszcze nie padły, bez grzmotów chmury do siebie się zbliżają, cichość ponura przepowiada wielką burzę. Dopiero gdy na pięćdziesiąt kroków do siebie się zbliżyły, raptem ogień rotowy się sypnął, jak grad rzęsisty kule padły. Bogusławski obiega swoją dziatwę i woła: „do oficerów strzelaj, zwolna mierz, w sam łeb pal; chciałeś rewolucji, teraz dobrze zabijaj, bo jak nie zwyciężymy będzie bieda”. Żołnierz zna głos swego dowódcy i wiernie go spełnia. Już rosyjski generał, naczelnik brygady ranny, już pułkownicy i szefowie batalionów z pola schodzą, brygada przerzedza się, wiele żołnierza traci, chwieje się na końcu tył podaje. Nie okryła się ona chwałą, gdyż ani jednego pułku polskiego przełamać nie mogła.



Michał Mycielski (1797-1849) – brat bliźniak Ludwika. Generał Wojska Polskiego, uczestnik walk napoleońskich, w latach 1824-29 adiutant księcia Konstantego, w czasie powstania listopadowego adiutant gen. Chłopickiego, po upadku powstania na emigracji we Francji. Litografia, źródło: Polona

Następnie czwartacy pomogli 8 pułkowi wyrzucić za rów zewnętrzny bataliony rosyjskie z VI korpusu litewskiego. Nie mniej dramatyczna walka podczas czwartego natarcia Rosjan rozegrała się w południowej jej części. Rosyjska 3 dywizja, wsparta pułkiem białostockim, dosłownie zalała południową część lasku, wypierając z niego 2 pułk strzelców pieszych.

Wtedy do kontrataku rusza pułk grenadierów, na czele poszczególnych batalionów stają: Chłopicki, u którego boku walczył jako adiutant Michał Mycielski (brat bliźniak Ludwika), Prądzyński i Milberg. Najpierw odrzucono brygadę, która obeszła olszynkę od południa. Następnie Prądzyński skierował swój batalion na południową część lasku, a 2 pułk strzelców pieszych zaatakował Rosjan od frontu. Bataliony rosyjskie w panice opuszczają południową część olszynki i próbują zorganizować opór w oparciu o rezerwową brygadę 3 dywizji w rejonie rowu zewnętrznego.


Chłopicki ze sztabem pod Olszynką – obraz Wojciecha Kossaka z 1914 r.


Chłopicki chce wykorzystać panikę w armii rosyjskiej i wysyła rozkaz gen. Tomaszowi Łubieńskiemu, by szarżował dwiema brygadami jazdy. Prawdopodobnie chciał, aby Łubieński zabrał rosyjskie działa ustawione w klinie pomiędzy szosą brzeską a starym traktem stanisławowskim. Ten jednak odmawia i szansa pozbawienia Rosjan znacznej części artylerii zostaje utracona. Niestety, również gen. Jan Krukowiecki, pobiwszy Rosjan pod Białołęką, stoi bezczynnie, ignorując rozkazy Chłopickiego. Tych dwóch generałów zmarnowało wysiłek całej armii polskiej.

Większość pamiętnikarzy zgodnie twierdzi, że armia Iwana Dybicza mogła zostać pobita, gdyby nie zranienie Chłopickiego i zła wola wymienionych generałów.


Bohaterska śmierć Ludwika Mycielskiego – grafika francuska z połowy XIX w. Źródło: Polona


Po bitwie w „Kurierze Polskim” opublikowano obszerny nekrolog poświęcony Ludwikowi Mycielskiemu. Oto jego treść:

„Kto nad wszystko kochał Ojczyznę i wszystko dla niej poświęcił, kto w jej obronie bohaterską poległ śmiercią, ten zasługuje na wdzięczność narodu i publiczne uwielbienie…Te same cnoty, nieograniczony patriotyzm i poświęcenie się dla Ojczyzny, okazał Ludwik hrabia Mycielski, obywatel Księstwa Poznańskiego, porucznik 4 pułku piechoty liniowej. Zaledwie promień zajaśniał swobody, zaledwie odgłos wolności wydobył się z polskich piersi, Ludwik Mycielski na te święte hasło żegna na zawsze ukochaną żonę i dzieci, zostawia cały majątek na grabież rządu, sprawie naszej nieprzychylnego, zgoła wszystkiego odstępuje, aby stanąć w szeregach uciemiężonej Polski… Ostatnie chwile tego męża, tego obrońcy wolności, równie są świetne jak jego patriotyczne uczucia… W bitwach w dniach 19 i 20 lutego stoczonych przewodniczył tyralierom, które chociaż po dwa razy zmieniano, Mycielski jednak niezmordowany żołnierz, zawsze był z nimi i męstwem swoim zagrzewał ich do wytrwałego boju; należał do wszystkich ataków, jakie w tych bitwach przez pułk 4 uczynione były i dał dowody nieustraszonej waleczności. Nadeszła pamiętna walka w dniu 25 lutego 1831 roku, na polach Grochowa. Była to już ostatnia dla Ludwika Mycielskiego; wytrwał godnie pod gromami dział nieprzyjacielskich, a na koniec w morderczym ataku na olszynę szedł na czele mężnych z karabinem w ręku; mimo odniesionych i otwartych ran nie chciał nawet na usilne prośby kolegów ustąpić z boju na jedną chwilę, broczył we krwi, bo jej dla Ojczyzny nie żałował, bo jeszcze miał siłę władać orężem, którym pragnął jak największą liczbę wrogów naszych wytępić. W tej morderczej bitwie kilka kul przeszyło mężne piersi nieodżałowanego Ludwika Mycielskiego… Korpus oficerów 4 ppl [pułku piechoty liniowej], chcąc uczcić pamięć cnót i waleczności poległego rycerza, imię jego i poświęcenie dla Ojczyzny do wiadomości współrodaków podaje”.

W następnym numerze tej samej gazety została umieszczona wzmianka: „Słychać, że bohaterski pułk 4 liniowy, chce zabalsamować serce Ludwika Mycielskiego i zamieścić u sztandaru pułkowego”.


Pomnik upamiętniający poległych w bitwie pod Grochowem. Warszawa Praga-Południe, u zbiegu ul. Szerokiej i Traczy. Zdjęcie Adrian Grycuk


Jak wiadomo, wkrótce powstanie upadło i gdyby nie pamiętnikarze, uczestnicy bitwy pod Grochowem, pamięć o Ludwiku Mycielskim by zaginęła. Z miast tylko Warszawa uczciła jego pamięć nazwą jednej z ulic. Natomiast rodzinna Wielkopolska całkowicie o nim zapomniała. Nie ma ulicy w rodzinnym Poznaniu, Kościanie, Gostyniu czy Szamotułach lub Gałowie, które jeszcze przed 1939 roku należało do jego rodziny.

Podobno Wojciech Kossak upamiętnił obu bliźniaków na słynnym obrazie Obrona Olszynki Grochowskiej. Tak twierdzi benedyktyn o. Ludwik Mycielski. Oryginał obrazu z 1887 roku, zakupiony przez rodzinę Mycielskich, spłonął jednak w Boryniczach podczas pierwszej wojny światowej. Kopia namalowana przez artystę w 1928 roku różni się w szczegółach od obrazu z roku 1887, dlatego trudno tę opinię potwierdzić.


Aleja Chwały – Głaz pamięci braci Mycielskich, Warszawa, ul. Traczy. Zdjęcie Józef Wieczorek


Anna Mycielska w powstaniu listopadowym oprócz Ludwika straciła jeszcze dwóch synów. Franciszek Mycielski poległ w słynnej szarży pułku jazdy poznańskiej pod Rajgrodem, zginął także Józef Gajewski − syn z pierwszego małżeństwa. W 1837 roku sprzedała majątek Szamotuły-Zamek, aby zapłacić kary finansowe, jakie rząd pruski nałożył na uczestników powstania. Musiała też wspomóc syna gen. Michała Mycielskiego, który w drodze na emigrację do Francji został okradziony.

Warto by uczcić pamięć rodziny Mycielskich, a szczególnie Ludwika, który wykazał się tak niezwykłym patriotyzmem. Również następne pokolenia Mycielskich przelewały krew w powstaniu styczniowym (kolejny Ludwik Mycielski poległ w październiku 1863 r. pod Lublinem) lub dawały przykład na polu gospodarczym w pracy organicznej.


Portret pośmiertny Anny z Mielżyńskich Mycielskiej – litografia. Źródło: Polona.


Szamotuły, 24.02.2020

Witold Mikołajczak

Historyk, absolwent UAM, nauczyciel, od 1990 r. mieszka w Szamotułach.

Autor 4 książek: Grunwald 1410. Bitwa, która przeszła do legendy (2010); Grunwald 1410. O krok od klęski (wyd. rozszerz. 2015); Wojny polsko-krzyżackie (2009) i Grochów 1831. Niedokończona bitwa (2014).

Na nowo interpretuje pewne wydarzenia i źródła historyczne, lubi polemikę.

Ludwik Mycielski – zapomniany bohater powstania listopadowego2025-01-03T13:12:35+01:00

Aleksander Trąbczyński – Wspomnienia z szamotulskiego liceum

Aleksander Trąbczyński

Wspomnienie absolwenta Państwowego Liceum nr 54 im. Piotra Skargi, ucznia w latach 1971-1975

Moja „buda”

Zwane „budą”, jak wiele innych polskich liceów, szamotulskie LO nr 54 im. Piotra Skargi zaistniało w moim życiu na długo przed tym, jak zostałem jego uczniem. Jako najmłodsze, piąte dziecko średnio licznej inteligenckiej rodziny, dla której edukacja dzieci była jednym z podstawowych, a może najważniejszym z priorytetów, chcąc nie chcąc, nasiąkałem wszystkim, co rodzeństwo ze swoich szkół przynosiło.

Moje siostry Małgorzata i Barbara rozpoczęły naukę w 54 LO, gdy ja zaczynałem podstawówkę. Ich sukcesy i kłopoty, mundurki, fryzury, wypracowania, wspólne z ojcem odrabianie zadań z matematyki, rozmowy o nauczycielach, a właściwie  o „profesorach” – to był jeden z intensywnych kolorów świata, w którym rosłem. Także ich towarzystwo, które się pojawiało w naszym otwartym domu, organizowane przez dziewczyny „fajfy” – spotkania z kolegami, prawdziwymi czy potencjalnymi sympatiami moich sióstr, podczas których niechętnie zajmowałem się swoimi, mniej ciekawymi dziecięcymi sprawami, wydawały mi się niezwykle atrakcyjne i jakoś w oczywisty sposób związane z nauką w 54 LO.



Gdy więc kończyłem wreszcie szkołę podstawową, a moje rodzeństwo, w tym troje jego absolwentów, było już na studiach, jasny był  wybór „budy” na miejsce dalszej edukacji – byłem dobrym uczniem, nawet prymusem, i zamiar studiów po maturze nie  budził wątpliwości. Miałem nawet już wybrany kierunek – tak jak Małgosia i obecna żona, wówczas sympatia brata Macieja – Alicja, chciałem zostać chemikiem. Dodatkową motywacją było zorganizowanie właśnie wówczas w szamotulskim liceum klasy sportowej – z poszerzonym programem wychowania fizycznego. Sprawność, szybkość w biegu zawsze mi imponowały, zresztą ojciec dbał o to, często – zwłaszcza na wakacjach – podejmując wspólne z nami sportowe aktywności. Cieszyłem się, że udało mi się zakwalifikować do wybranej grupy tych najsprawniejszych. Choć powstawała również klasa matematyczna i może rozsądniejsze byłoby aplikowanie do niej, zwłaszcza że w podstawówce uczestniczyłem w olimpiadzie matematycznej i planowałem „ścisłe” studia, prestiż, jaki dawał sport, przeważył.



Droga z domu [przy Sportowej 13] do „budy” [przy ul. Skargi] nie zabierała więcej niż 10 minut. Przez cztery lata pokonywałem ją na pewno ponad tysiąc razy. Każdy z kolejno mijanych wtedy domów niesie wspomnienia. Nowy, kanciasty, z płaskim dachem dom pana Zygmunta Starzonka, który miał warsztat mechaniki samochodowej dwie posesje dalej, zbudowany na tzw. plantach, którymi biegałem do przedszkola i podstawówki, był miejscem niemiłej przygody, która przesądziła o tym, że nie palę papierosów.

Potem dom p.p. Rembowskich; zacni państwo, kupowaliśmy u nich jajka, nosiliśmy im resztki warzyw, bo hodowali bobry czy nutrie… potem zaraz stary dom pp. Starzonków; wraz z p. Zygmuntem i jego synami Krzychem i Irkiem, mieszkała tam ciocia Józia i opiekowała się panami, bo żona pana Zygmunta, Wanda, wyjechała do NRF do rodziny, tam pracowała i przysyłała dewizy na budowę. Nie wróciła do Polski.

Dalej – dom pp. Cyprowskich – Zdzichu był moim kolegą w podstawówce, razem zaczynaliśmy muzykowanie – on uczył się gry na akordeonie, a miał także jakiś rodzaj „klawisza” – nie pamiętam marki (Vermona? Weltmeister?), ale pamiętam, że jeszcze w ósmej klasie próbowaliśmy, on na owym „klawiszu”, a ja na ściągniętej z szafy gitarze „Defil”, którą na 16. urodziny dostała Małgorzata, grać Dom wschodzącego słońca grupy The Animals. Zdzichu miał ładną mamę, ojca „złotą rączkę” i dwoje rodzeństwa – młodszego brata Witka i siostrę, którą słabo pamiętam. Pierwsze rozmowy o dziewczynach też prowadziłem ze Zdzichem. Chodził do 54 LO do klasy B…

Potem był dom na rogu Sportowej i Dzierżyńskiego – tam także znajomi, nie pamiętam nazwiska; przechodziłem przez ulicę, a na przeciwległym rogu dom pp. Gieremków, ich syn był ode mnie młodszy, bardzo wygadany z kabaretowym talentem – fajnie mówił monologi „Sołtysa Kierdziołka” i „Walerego Watróbki”. Nie wiem, co porabia. Jego rodzice napełniali naboje do syfonów, a my czasem przygotowywaliśmy je dla nich w dosyć paskudnym procesie z użyciem starej pralki ,,Frania” i kwasu solnego.

Dalej zaułek przy mleczarni, przez skwer po lewej na rogu Dworcowej mieszkali Bzdręgowie – Rysiek – zdolny nasz rówieśnik, chodził ze Zdzichem do klasy B; a także pełna werwy Ewa Kaźmierczak, której ojciec, pseudo „Myca”, był trenerem drużyny siatkówki. Jednak do „budy” szedłem ścieżką w prawo skos – koło kiosku „Ruchu” naprzeciw prezydium, koło banku, sklepu mięsnego i meblarni. Po drugiej stronie Dworcowej – sklep GS, dalej „klasztorek”, a naprzeciw niego stara willa, gdzie z ul. Lipowej przeprowadzili się wujostwo Nojmanowie. I sąsiednia willa, gdzie mieszkali Jęczmykowie; przyjaciel mojego brata Andrzej i Hania, ich ojciec był dyrektorem młyna i myśliwym. Sklep, wówczas chyba kwiaciarnia, naprzeciw pomnika Wacława z Szamotuł. Ulica do młyna nr 2. Most na Samie, poczta z czerwonej cegły i tuż za nią w prawo przez podwórze ścieżka już do bocznej furtki liceum. Zwykle otwarta, zazwyczaj wchodziłem nią tuż przed ósmą i po czarnych nasączonych oliwą schodach, skacząc po dwa stopnie, biegłem do naszej klasy, na pierwszym piętrze pierwsze drzwi po prawej…



Nasi profesorowie… Bardzo barwne grono. Wychowawcą był śp. „Pachol” – matematyk profesor Władysław Paśka, trochę się zacinający, zgrywający surowego, ale ciepły, dowcipny i bardzo naszej klasie oddany. Bronił nas na radach. Nie czuliśmy wielkiego respektu, ale też nie wchodziliśmy mu zanadto na głowę – chyba że pamięć mnie zawodzi.

Jeśli chodzi o respekt, to byli profesorowie płci obojga, którzy zasłużenie wzbudzali znacznie większy. Pani profesor Teodozja Bąkowa, wymagająca, inteligentnie uszczypliwa, potrafiła naprawdę surowo i dotkliwie, acz zwykle sprawiedliwie, kwitować słowem i oceną nasze niedostatki. Podobnie pani profesor Ewa Krygierowa – świetna polonistka, dowcipna, ironiczna, ceniąca indywidualność, a najbardziej „ponadobowiązkowe” osiągnięcia i wypowiedzi swoich uczniów. Prowadziła bardzo konkretne i świetnie opowiadane lekcje. Pamiętam jej wsparcie i uznanie dla Wieśka Sierszulskiego z Wronek, kolegi z aspiracjami poetyckimi, dziś męża naszej koleżanki Darii Budych, który pisał pracę o „Ferdydurke” – dla mnie Gombrowicz wtedy był białą plamą, zrozumiałem, o czym mówili, jakieś piętnaście lat później już w teatrze.



Państwo Fludrowie: Bronisław – fizyk i Irena – geografka, on przeinteligentny, wyniosły, trochę zniecierpliwiony, cierpiący z powodu tempa przyswajania przez nas tajników jego dyscypliny, jego żona najczęściej pobłażliwie uśmiechnięta, czerwonowłosa, pełna temperamentu, trochę zwariowana…

Dyrektor Krzyśko – dziarski historyk, spokojny pan. Chyba „słusznie” zaangażowany, ale nie indoktrynował nas zbytnio. Obie panie rusycystki – prof. Skoracka i prof. Szaniawska też nie przesadzały, naprawdę lubiły rosyjski język, wiersze i piosenki, i nie opowiadały nam bajek o cudach „dzieciątka Lenin”.

Pani prof. Irena Krawczyk – jej ciepło, spokój i wyrozumiałość, dla mnie tym większa, że deklarowałem „chemiczną” przyszłość, no i byłem uczniem szamotulskiego Społecznego Ogniska Muzycznego, które stworzył jej mąż Stefan, muzyk, pedagog, dyrygent i organizator – pasjonat życia muzycznego; owoce jego pracy zbieramy do dziś. Jego pomysły – przejęcie dla Ogniska, potem Szkoły Muzycznej budynku po Komendzie MO i budowa sali koncertowej to fundament szamotulskiej muzycznej edukacji. A ja i mój kolega z klasy Heniu Marczuk byliśmy pierwszymi uczniami w jego klasie gitary, jeszcze w budynku obecnego SZOK.

Któż jeszcze – prof. Konrad Roszczak, jowialny i sympatyczny, uczył PO (przysposobienie obronne, przyp. AT); jego legendę znałem wcześniej, był wychowawcą mojej siostry Basi. 



No i ówczesne moje pedagogiczne „spécialité de la maison”, wuefiści państwo Zielińscy; zwłaszcza Bohdan, kiedyś najlepszy w powiecie lekkoatleta – płotkarz, bardzo sympatyczny, ale wymagający. Nie odpuszczał nam, za co czuję wdzięczność do dziś. Gdyby nie porządnie przykręcona mi przez niego śruba na pierwszym zimowym obozie we Wronkach, nigdy bym się nie dowiedział, ile mogę „na raz” przebiec po lesie kilometrów – „mała zabawa biegowa” liczyła ich chyba ze 12…

Nie byłem wcale sportowym prymusem. W niemal każdej dyscyplinie (poza szachami i brydżem) koledzy – mistrzowie miasta, powiatu, byli o klasę lepsi. Moim sukcesem była gra w siatkówkę w szkolnej drużynie, a potem także w drużynie „Sparty” Szamotuły. Tam tym bardziej nie byłem liderem, ale w kadrze na niektóre mecze się łapałem. W sprintach, skokach, rzutach, piłce nożnej czy koszykówce już nie. Tu wszyscy koledzy – Andrzej Pieprzyk i Irek Nowak, Staszek Pikusa na 400 m, a w sprintach i skokach Leszek Tomczak, Krzysiek Konieczny, Janusz Kram, Piotrek Nowak, Wojtek Gajewski, Romek Pomianowski, Zbychu Stroński – byli bardziej utalentowani, może także inaczej zdeterminowani.

Moja siła to była nauka – łatwo zapamiętywałem i chętnie zgłaszałem się do odpowiedzi, więc oceny miałem bardzo dobre – tu liderowałem. Razem z Radkiem Pisulą, z którym potem rywalizowałem o  typowanie na studia.



Ale koledzy to była zdecydowanie mniej atrakcyjna część naszej klasy. Dziewczyny – to była nasza duma i przedmiot uwagi. Marzena Brzeźniak, moja kuzynka, i Ela Turek – bardzo sprawne, zgrabne – nasze lekkoatletki nr 1, świetna siatkarka, pięknooka szatynka Hania Grafka – od dziecka sąsiadka przez „planty”; Halinka Kriger i Dorota Duszyńska – drobniejsze, przezgrabne, o wiele bardziej od nas wytrzymałe; Małgosia Waszak – miła i mądra koleżanka od przedszkola, świetnie radziła sobie także na boisku i na bieżni; jej brat był kolegą, może i sympatią mojej siostry Małgosi, do dziś się trzymamy razem; Daria Budych – ładna siostra mojej bratowej, Grażyna Magdziarek – siatkarka o ekscytująco bujnej figurze i szelmowskim uśmiechu z 36 zębów, czarnowłosa, smagła Bogusia Orlik, Ela Turlejska, Halinka Kaczmarek, przeurocza Basia Ackermann, no i złoto, skromna, ale charakterna – Bogusia Osowska. W równoległych klasach też… Hania Grzegorzewska, Marysia Przybylska, silna grupa „wroniecka”… A w wyższych klasach – Halina Zmitrukiewicz, Marysia Ciszek, Teresa Szymkowiak – sympatie z przerw i z harcerstwa. Tyle urody i temperamentu…



Jak to się stało, że moją szkolną pierwszą miłością stała się dziewczyna z młodszej klasy? Chyba zaważyło to, że chłopaki w ogóle wolniej dojrzewają od dziewczyn, a nasze koleżanki zerkały w stronę starszych kolegów, niektóre tak skutecznie, że do dziś trwają w powstałych wtedy związkach; ja dojrzałem do decyzji o „chodzeniu” z dziewczyną dopiero w drugiej klasie. Ale wybrałem, albo dałem się wybrać, inteligentnej, dowcipnej i bardzo zgrabnej Irce Ciesielskiej – miała siostrę bliźniaczkę Ewę, były o rok ode mnie niżej, oczywiście grały w siatkówkę; ale grywaliśmy także w brydża z moimi rodzicami i z Maciejem i Alicją; uwielbiała powieści Joanny Chmielewskiej, miała wuja „Francypała”, poznańskiego lekarza, i babcię – panią Kurpisz, która lata wcześniej uczyła moje siostry gry na fortepianie. Iśka lubiła długie spacery i była odważna w słowie i w czynie.



Byliśmy niemal wszyscy harcerzami, wielu z nas instruktorami; choć trzeba powiedzieć, że nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę, czym była powołana po 1968 roku Harcerska Służba Polsce Socjalistycznej i skąd wzięli się nagle na naszych letnich obozach pionierzy z bratniej Czechosłowacji. Najbardziej pamiętną imprezą z udziałem szkolnej drużyny, nazwanej arcyoryginalnie, jak mi się wtedy wydawało, „KOT”, czyli Konny Omnibus Turystyczny, był Rajd Świętokrzyski w 1974 roku. Pamiętam, że grałem już na gitarze, napisałem na melodię The Banks of Ohio, ściągniętą z płyty Joan Baez, której słuchałem na okrągło, rodzaj hymnu, który nas wśród innych harcerskich drużyn jakoś wyróżniał. Rajd był wielką przygodą, trzydniowa trasa ze Skarżyska-Kamiennej do kieleckiej Kadzielni dla niektórych z nas była wędrówką w dorosłość, taką, jak ją wtedy rozumieliśmy… Wcale nie najważniejsze było zwycięstwo w konkursie na najlepszą potrawę naszej trasy rajdu, makaron z pomidorowym sosem, który żywcem przeniosłem na ten konkurs z rodzinnego domu…



Nie potrafię dziś inaczej uchwycić tego, co w samej szkole było tak szczególnego – chyba to, że była zawsze, że 54 LO kończyli nasi rodzice, rodzeństwo, krewni i pedagodzy,  że to liceum, w zgodnej, wszystkim wiadomej opinii, najlepiej w powiecie przygotowywało do egzaminów na studia – a były wtedy egzaminy co się zowie, prawdziwe egzaminy wstępne; gdy więc nie zostałem „wytypowany” na studia, to mogłem sobie śmiało powiedzieć: „trudno, OK, to sobie zdam” – i tak się rzeczywiście stało.

I na łódzką politechnikę, i do szkoły muzycznej, potem do filmówki zdawałem bez kompleksów, dobrze wyposażony i ufny w swoją wiedzę; choć nie zdziwi starszych, gdy powiem, że jeszcze na studiach wierzyłem, że Związek Radziecki walczy o pokój i sprawiedliwość na świecie. Gdy po 1976 roku poznałem łódzkich „korowców”, ich opowieści o śledzeniu przez „bezpiekę”, podsłuchach i donosach brałem za konfabulacje i zadawanie szyku… Trzeba było jeszcze kolejnych pięciu lat, żebym przy okazji pracy nad przedstawieniem Oskarżony Czerwiec 56 przejrzał… Cóż, taki był czas i taka była szkoła. Nie byłem dość dociekliwy…

Za te wszystkie kolory, które do dziś przebijają spod patyny mojej ponad sześćdziesiątki, za to czteroletnie intensywne nimi nasiąkanie, za spokojne w Twoich murach dojrzewanie do wyfrunięcia w świat, jestem Ci, „budo”, Jubilatko-Stulatko, ogromnie wdzięczny.

Szamotuły, 18.02.2020


Aleksander Trąbczyński – Wspomnienia z szamotulskiego liceum2025-08-17T20:33:55+02:00

Henryk Ludek, Okupacyjne dzieciństwo w Szamotułach

Henryk Ludek

Okupacyjne dzieciństwo w Szamotułach

Do dnia wybuchu wojny mieszkaliśmy w czterorodzinnym domu należącym do starostwa w Szamotułach, gdyż ojciec pracował w rejonie dróg podległym starostwu i było to mieszkanie służbowe. Dom stał na tyłach budynku obecnego banku Santander przy ul. Dworcowej [dziś nr 27].


Pracownicy Zarządu Drogowego przy Starostwie Powiatowym w Szamotułach, lata 30. XX w.


Zaraz na początku września 1939 r. ojciec dostał polecenie odprowadzenia w kierunku Warszawy walca drogowego, którym jeździł w pracy. Do Szamotuł powrócił dopiero po około pół roku. My zaś, to jest mama i brat, ruszyliśmy jak wielu uciekinierów na wschód kraju. Pod Kutnem moja rodzina, będąc w kolumnie uciekinierów, dostała się pod ostrzał Niemców. Wskutek wielkiego zamieszania brat Kaziu, mający wówczas 3 lata, odłączył się i zaginął. Matka podjęła poszukiwania i odnalazła go  dopiero po kilku godzinach.

Po pewnym czasie powróciliśmy do domu, ale ponieważ przyległy budynek zajęli Niemcy, dostaliśmy mieszkanie na narożniku ulicy Lipowej i Obornickiej [Lipowa 1], obok domu należącego do rodziny Rzepniewskich, którzy przed wojną posiadali w tym miejscu ziemię − 103 hektary.


Starostwo Powiatowe (landratura) w 1. połowie lat 40. XX w. Zdjęcie Fotopolska


W czasie okupacji matka z nieznanych mi powodów wieziona była około miesiąca czasu w siedzibie Gestapo przy ul. Dworcowej [wspomniany budynek banku przy Dworcowej 27] i o mało nie trafiła do obozu. Nie wiem, jaka była przyczyna aresztowania, ale mama zawsze mówiła to, co myślała i nie bała niczego. Jednakże nas ostrzegała, abyśmy uważali na Niemców w tym, co mówimy i robimy. Już po wojnie jakiś mieszkaniec Szamotuł przyszedł do niej do domu przepraszać za to, co się stało, twierdząc, że został do tego zmuszony. Być może miało to związek z aresztowaniem.

31 stycznia 1943 r. w wieku 33 lat zmarł nasz ojciec – Józef. Nie wiem do dzisiaj, gdzie ojciec zmarł ani z jakiej przyczyny, matka nigdy na ten temat nie chciała nic mówić. Jego brat Michał wykuł później własnoręcznie ozdobny łańcuch żelazny biegnący wokół grobu.


W czasie okupacji w tym budynku mieściła się siedziba Gestapo. Zdjęcie z lat 60. XX w., album Miejskiej Rady Narodowej.


W czasie okupacji często bawiliśmy się nad Samą, na tyłach obecnego InBagu, na znajdującym się tam wówczas boisku. Natomiast w miejscu, gdzie obecnie znajduje się plac przed sklepem „Zrób To Sam”, równolegle do ul. Nowowiejskiego, znajdowała się niemiecka stajnia na ok. 20 koni. Nie raz zdarzało się, że wraz z bratem oprowadzaliśmy te konie, za co czasem dostawaliśmy skibkę chleba.

W czasie wojny gospodarstwo Zamek dostał Niemiec nazwiskiem Hartmann [prawdopodobnie potomek dzierżawcy z lat 1907-21]. Potrafił strzelać do Polaków jak do wróbli. W ten sposób zranił mieszkającą na ul. Nowowiejskiego dziewczynę imieniem Wikcia.


Helena Ludek z synami, lata 40. XX w.


W dniu 26 stycznia 1945 r. wieczorem siedzieliśmy w piwnicy domu, gdzie mieszkaliśmy. W piwnicy tej siedzieli chyba wszyscy mieszkańcy kamienicy, a zwłaszcza kobiety i dziewczyny. W pewnym momencie ktoś zapukał do drzwi. Do środka weszło 4 żołnierzy radzieckich. Spytali, czy mamy spirytus. Nikt nie miał alkoholu i dlatego matka poczęstowała ich kawą lub herbatą. Wypili, pokręcili się jeszcze i wyszli.

Będąc jeszcze w piwnicy, usłyszeliśmy jeden głośny wystrzał armatni. To strzelono z niemieckiego czołgu, który znajdował się w rejonie mostu na ul. Poznańskiej. Pocisk trafił w dach domu u wylotu ul. Wronieckiej na Rynek, tam gdzie dziś jest Rossmann. Był to nieduży parterowy dom, ze spadzistym dachem. Pamiętam jak następnego dnia chodziliśmy oglądać dziurę w dachu, którą spowodował wybuch pocisku. Mieszkający tam p. [Władysław} Kałka wskutek tego stracił rękę.

Most na ul. Poznańskiej w obecnej postaci został pozostawiony dobrze po wojnie, wtedy był jeszcze drewniany. Po przejeździe niemieckich czołgów był już niestabilny i się kołysał.

Pamiętam zabitych niemieckich żołnierzy. Dwóch leżało przed budynkiem dawnej szkoły zawodowej na ul. Kołłątaja (w tym miejscu teraz jest trawnik i krzewy), inny leżał na samym Rynku, przy zegarze. Zwłoki znajdowały się w tych miejscach może 2-3 dni i były systematycznie odzierane z wyposażenia, butów itp. Później ktoś ich pozbierał.


Budynek sądu w Szamotułach w czasie niemieckiej okupacji, dzisiejsza al 1 Maja. Zdjęcie Fotopolska


Pamiętam też, że klasztorze w czasie okupacji Niemcy zrobili magazyn alkoholu. Wraz z bratem pewnego dnia, już po wyzwoleniu, poszliśmy tam. Kościół nie był zabezpieczony i można było bez problemu wejść do środka. Zabraliśmy skrzynkę butelek z winem, które na sankach przywieźliśmy do domu.

Pamiętam również pożar budynku sądu w Szamotułach [28?.01.1945 r.].

Byłem wtedy dzieckiem i wiele szczegółów zatarło się w pamięci…

Wspomnień wysłuchał i spisał Wojciech Musiał

Szamotuły, 25.01.2020

Henryk Ludek, Okupacyjne dzieciństwo w Szamotułach2025-08-22T09:48:38+02:00

Ewa Krygier, Dom kobiet

Ewa Krygier

Dom kobiet

Po wielu latach małżeństwa mąż powiedział mi, że kiedy braliśmy ślub i gdy syn i córka byli jeszcze mali, był przekonany, iż niedługo umrze. A ja – wspierana przez mamę i babcię – sama ich wychowam. Skąd takie (wręcz samobójcze!) przypuszczenia? Otóż mąż doskonale znał historię mojej rodziny, jako chłopiec, a później młody mężczyzna często u nas bywał, a mama i babcia bardzo lubiły wspominać dawne czasy.

Rzeczywiście, moja prababcia, babcia i mama wcześnie owdowiały. Powody stosunkowo wczesnego odejścia ich mężów były różne. Babcia i mama same wychowywały dzieci, zawsze wspierane przez swoje matki. Były to więc typowo „babskie” domy, w których walczyło się o przetrwanie, ale w których również funkcjonowało coś takiego, jak „pamięć pokoleniowa”, czynnik niezwykle mocno spajający dawne wielopokoleniowe rodziny. Kobiety łatwiej niż mężczyźni zapamiętywały różne (często zabawne) historie, lubiły je opowiadać. Może w ten sposób próbowały odwracać uwagę od nierzadko trudnej i smutnej rzeczywistości?

Moją prababcię, nazywaną przeze mnie „małą babcią”, Marię Janikową z domu Jezierską, pamiętam jak przez mgłę. Gdy została wdową, zamieszkała w Poznaniu razem z córką Jadwigą. O wiele lat przeżyła swojego męża Adama. Zmarła, kiedy miała ok. 90 lat. Urodziła troje dzieci, męża straciła chyba wtedy, gdy one już opuściły dom w Dakowach Suchych. Przeniosła się wtedy do tej córki, która najbardziej potrzebowała wsparcia. Jej córki: Jadwiga Kędzierska (moja babcia) i Zofia Janikówna (wieloletnia nauczycielka Szkoły Podstawowej im. Marii Konopnickiej w Szamotułach) często i bardzo serdecznie ją wspominały. Swojego męża poznała w czasie, gdy oboje przebywali w majątku hrabiego Bolesława Potockiego w Dakowach Mokrych. Adam Janik objął funkcję zarządcy majątku, w którym mieszkała też Maria Jezierska (była „panienką przy dworze”, gdzie przygotowywała się do dorosłego życia). Ich małżeństwo wywróżył… pies. Był taki zwyczaj, że panny w określonym dniu (ponoć w wieczór andrzejkowy) wybiegały przed dom i słuchały: z której strony zaszczekał pies, stamtąd miał się zjawić przyszły małżonek. Prababcia nie zdążyła otworzyć drzwi, gdy w sieni skoczył na nią pies. A więc mąż był już na miejscu!

Inna opowieść wyjaśnia, dlaczego prababcia żyła o wiele dłużej niż jej mąż. Podobno pradziadek lubił dobrze zjeść, mawiał: „Lepiej niech się zepsuje brzucho (!) niż te święte dary”. Natomiast według jego żony nigdy nie należy jeść „do sytości”, po odejściu od stołu trzeba zostawić trochę „wolnego miejsca w żołądku”. Może to było powodem długowieczności prababci i tego, że pradziadek umarł dużo wcześniej „rażony apopleksją”?

Z opowieści córek wyłania się postać bardzo ciepłej, serdeczniej osoby, która w domu w Dakowach Suchych (tam razem z mężem zamieszkali) pełniła rolę „szyi”, podczas kiedy jej mąż był oczywiście „głową”. Była bardzo dzielna, gdy miała już przeszło 80 lat, złamała nogę w biodrze. Przez kilka tygodni leżała nieruchomo w łóżku, po czym – przesuwając przed sobą stołek – nauczyła się ponownie chodzić, naturalnie z laseczką.


Maria Janikowa z domu Jezierska ( w środku zdjęcia), po lewej Łucja z domu Mazer (żona Ludwika Janika) z córką Bożeną (Rucińską), po prawej – Zofia Janikówna, stoi Jadwiga Kędzierska z domu Janik z córką Haliną (Kędzierską)


Szczególne miejsce w moich wspomnieniach zajmuje babcia Jadwiga Kędzierska. Nie spotkałam chyba człowieka, który tak mało jak ona uwagę zwracał na własne potrzeby, a zawsze służył innym, szczególnie najbliższym. Miała ogromne poczucie humoru, godny zazdrości dystans do siebie, złote serce i niezwykłe zdolności manualne. Była moją matką chrzestną, do niej najchętniej zwracałam się z moimi problemami. W pewnym momencie mama musiała przejąć rolę ojca, a wtedy babcia Jadzia świetnie ją zastępowała.

Wiem, że jej siostra ukończyła studium nauczycielskie, brat szkołę budowlaną w Berlinie. Gdzie i czego się uczyła babcia, nie wiem. Pisała bardzo poprawnie, świetnie liczyła, nie popełniała błędów językowych, chociaż w jej języku było dużo germanizmów, które weszły do gwary poznańskiej (np. ryczka). Babcia lubiła za to wspominać zabawne historyjki ze swojego życia. Kiedy przyjechała do Poznania, została kasjerką w dużym sklepie ze słodyczami przy placu Wolności. Właściciel powiedział, że może ich zjeść tyle, ile chce, ale nie wolno nic wynosić do domu. Pierwszego dnia babcia próbowała wszystkiego, dziwiła się tylko, że pozostałe pracownice w ogóle nie sięgają po te cuda. One tylko się śmiały i mówiły: „Porozmawiamy jutro”. Gdy nastało „jutro”, babcia do nich dołączyła. Często z dumą przytaczała zdanie swojego szefa: „Dlaczego tylko Janikównie zawsze zgadza się kasa?” A były to przecież czasy, gdy kasjerki pracowały metodą „Spuszczam 7, 3 w rozumie” (określenie Jacka Fedorowicza).

Na początku XX w. wyszła za mąż za Teodora Kędzierskiego, „przedstawiciela handlowego”, który z racji wykonywanego zawodu często bywał poza domem. Od 1908 r. (rok urodzin mojej mamy – jedynaczki) czekały na niego 3 kobiety! Dziadkowie Kędzierscy idealnie do siebie pasowali: mieli podobne podejście do życia, dystans do siebie samych i poczucie humoru. Babcia wspominała ze śmiechem, jak to na ślub i wesele syna przyjechała ze (Śremu? Środy?) jej przyszła teściowa i cały czas płakała! Dziadek odprowadził ją na dworzec, a po powrocie powtórzył ze śmiechem jej zdanie: „Nie dość, że wziąłeś za żonę biedną dziewczynę, to jeszcze z krzywymi nogami”. Bardzo się z tego śmiali. Nie wyobrażam sobie mojego ojca lub męża powtarzających nam takie stwierdzenie. Widocznie dziadek Teodor był pewien, że babcię po prostu rozśmieszy.


Jadwiga z domu Janik (1883-1976) i Teodor (ok. 1880-1916) Kędzierscy, zdjęcia z ok. 1905 r.


Spokojne, pogodne lata wkrótce się skończyły. Wybuchła I wojna światowa, dziadek został wcielony do armii pruskiej i wysłany na front zachodni, gdzie ciężko zachorował na serce. Przywieziono go do Poznania, umieszczono w lazarecie. Babcia dyżurowała przy nim dzień i noc, a małą Halinką opiekowała się jej babcia – Marysia. Któregoś dnia babcia Jadzia na chwilę wyszła do domu, gdy wróciła, zastała puste łóżko, a pielęgniarka obojętnym głosem poinformowała ją, że „ten pacjent” leży już w kostnicy, a ona szykuje miejsce dla następnego żołnierza. Wtedy babcia zemdlała i osunęła się na ziemię. Był to chyba jedyny w jej życiu przypadek. Mieszkałam później z babcią wiele lat, wiele przeżyłyśmy. Nawet w czasie powstania warszawskiego była spokojna, opanowana, robiła wszystko, żebyśmy oboje z bratem (ja lat 11, brat – 6) nie wpadli w panikę.

Babcia Jadzia po śmierci męża musiała szybko wrócić do rzeczywistości, bo została jedyną żywicielką i głową kobiecej rodziny. Matka prowadziła dom, córka Halina się uczyła, a ona podjęła pracę zawodową. Została szefową kancelarii działacza PSL-Piast prof. Franciszka Michałkiewicza, który skupił wokół siebie członków partii i wydawał czasopismo („Piast Wielkopolski” – może jakiś dodatek do ogólnopolskiego tygodnika). Pensja babci była kiepska, dostawała ją nieregularnie, bo wpływy do kasy partii były mizerne. Po skończeniu szkoły moja mama dołączyła do zespołu gazety, utrzymywała kontakty z dziećmi prenumeratorów, pisała jakieś teksty jako „ciocia Halinka”. Babcia Jadzia musiała dorabiać: zorganizowała więc w domu przy ul. Kwiatowej stołówkę, wydawała przy pomocy prababci smaczne obiady. Wynajmowała też chyba jeden z pokoi.


Halina Kędzierska z matką Jadwigą, ok. 1926 r.


Kiedyś w redakcji zjawił się młody, wysoki student prawa Zygmunt Budzyński, który przyjechał do Poznania ze wsi położonej w pobliżu Brześcia Kujawskiego. W Guźlinie jako najstarszy syn miał objąć gospodarstwo, największe we wsi i świetnie prosperujące. Ubłagał jednak rodziców, żeby pozwolili mu studiować, a on zobowiązał się zrezygnować ze spadku i sam na siebie zapracować. Podjął więc współpracę z czasopismem PSL Piasta. Od razu wpadła mu w oko energiczna brunetka, młodsza od niego o 8 lat. Szybko zdobył serce dziewczyny i sympatię jej matki. Chciał wynająć pokój u babci, ale ona, chociaż nie była szczególnie pruderyjna, wolała ograniczyć jego wizyty przy ul. Kwiatowej do stołowania go. Po kilku latach, gdy ów młodzieniec skończył studia, podjął pracę sędziego w Sądzie Grodzkim we Wronkach. Chyba rzadko spotkać można tak dobrany, zaprzyjaźniony duet teściowej i zięcia. Do końca jego życia pozostawał dla babci Jadzi wzorem cnót wszelakich, a w chwilach drobnych sporów córki z zięciem na ogół stawała po jego stronie!

Kiedy wracam myślami do wspomnień babci i mamy, przypominam sobie postać Stanisława Mikołajczyka, który swoją polityczną karierę zaczynał właśnie w poznańskim biurze PSL Piast. Jak wiadomo, po latach został na krótko wicepremierem powojennego rządu. Wtedy jednak przyjechał ze wsi do Poznania i pod czujnym okiem babci Jadzi obracał koperty „na lewą stronę” i je sklejał, aby mogły wrócić do obiegu, a trochę pieniędzy pozostawało w kasie. Stołował się również u babci Jadzi. Kiedy po wizycie w Moskwie w r. 1945 zjawił się w Polsce i został wicepremierem, a my przebywaliśmy w Krakowie, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, czekaliśmy na powrót tatusia z oflagu, a w zburzonej Warszawie nie mieliśmy czego szukać, babcia napisała do Stanisława Mikołajczyka list z prośbą o jakąkolwiek pomoc, nie doczekała się jednak żadnej reakcji. Mnie i moim najbliższym adresat tego listu chyba już na zawsze będzie się kojarzył z klejeniem kopert!

Maria Janik z domu Jezierska (ok. 1855-1938), zdjęcie z ok. 1880 r.

Adam Janik (1849-ok. 1905)

Dzieci Marii i Adama Janików: Jadwiga (ur. 1883), Ludwik i Zofia (ur. 1885 r.)

Jadwiga Kędzierska z córką Haliną, ok. 1916 r.

Halina Kędzierska, ok. 1918 r.

Halina Kędzierska, ok. 1926 r.

Halina Budzyńska z Ewą, 1934 r., Wronki

Halina Budzyńska z Ewą, ok. 1937 r., Poznań

Jadwiga Kędzierska, Józef Budzyński (ojciec Zygmunta), Zofia Janikówna, 1938 r., Poznań

Zofia Janikówna z Ewą, 1938 r., Poznań

Halina Budzyńska z Ewą i Krzysiem, początek 1939 r., Warszawa

Halina Budzyńska z Krzysiem, 1942 r., taras domu w Warszawie

Halina Budzyńska z dziećmi, 1942/43, Warszawa

Halina Budzyńska z Krzysiem, 1942/43, Warszawa

Halina Budzyńska, 1945 r.

Jadwiga Kędzierska, 1946 r.

Halina Budzyńska, 1947 r.

Halina Budzyńska, ok. 1970 r.


Moi rodzice pobrali się w 1930 roku, mama przeniosła się do Wronek. Tam ja się urodziłam, w 1935 r. przenieśliśmy się do Poznania, gdzie z kolei w 1938 r. urodził się mój brat. Tak więc stosunek sił męsko-damskich wynosił 2:2. Krótko przed wojną ojciec służbowo przeniesiony został do Warszawy. Razem z nami przeprowadziła się babcia Jadzia. Ostatnie przedwojenne wakacje spędziła u nas siostra babci Zofia Janikówna ze swoją przyjaciółką, również nauczycielką, Stefanią Jancówną. Wybuchła wojna i nie zdążyły wrócić do Szamotuł. Tatuś w sierpniu 1939 r. został zmobilizowany, 3 września znalazł się w niewoli niemieckiej. I tak w naszym mieszkaniu przy ul. Brzozowej znalazło się 5 kobiet i 1 „mężczyzna” – nie mający jeszcze roku Krzyś. Zgodnie z poleceniem ministerstwa sprawiedliwości uciekliśmy do Dubna w województwie wołyńskim, a w kwietniu 1940 r. udało się nam wrócić do Warszawy.


Halina z domu Kędzierska (1908-1997) i Zygmunt (1900-1946) Budzyńscy z Ewą, ok. 1937 r., Poznań


Trzeba było jakoś sobie radzić i dzieciom stworzyć w miarę bezpieczny (o ile to w ogóle było możliwe) dom. Mama i p. Stefa znalazły pracę: mama w biurze spółdzielni mleczarsko-jajczarskiej (codziennie przynosiła do domu stosy jakichś materiałów, które pomagał jej segregować nasz sąsiad, bo mama miała o istocie swojej pracy dość blade pojęcie), pani Stefa przy jakimś biurze prowadziła stołówkę. Babcia zajmowała się gospodarstwem domowym, zawsze prawie z niczego udawało się jej wyczarować jakąś potrawę, tak że mimo wszelkich trudności nigdy z bratem nie byliśmy głodni, nawet w czasie powstania, które spędziliśmy w piwnicach kilku domów. Ciocia Zosia opiekowała się Krzysiem, a ze mną przerabiała materiał pierwszych klas szkoły podstawowej.

Wszystkie 4 nasze opiekunki robiły, co się dało, żeby odcinać nas od potworności wojny (czego nie dało się w czasie powstania warszawskiego, które na Starówce miało przebieg wyjątkowo okrutny), zdobywały pieniądze na utrzymanie, karmiły nas, sprowadzały znajomych lekarzy, gdy zaszła taka potrzeba. Dbały o to, żebyśmy zimą nie marzli (w czasie wojny nie działały kaloryfery, więc mama zdobyła gdzieś tzw. „kozy”: szklarz wycinał kółka w szybach, tamtędy wyprowadzało się od piecyków na zewnątrz rury i ogrzewało niektóre pokoje). Często wyłączano światło, paliło się świece, lampy naftowe, ale mama najchętniej kupowała tzw. „karbidówki”. Kształtem przypominały stojące lampy elektryczne, miały ładne klosze, ich światło przypominało elektryczne. Ich mankamentem było to, że w czasie palenia się karbid trochę brzydko pachniał. Najgorsze było to, że nie można ich było gasić. I w tym przypadku niezawodna okazała się babcia, która prawie zawsze wkładała do lampy odpowiednią ilość karbidu, w przeciwnym razie lampa – albo gasła, zanim zdążyliśmy się położyć, albo musiała „dopalić się” zamknięta w łazience. Popołudniami i wieczorami dużo się rozmawiało, wspominało czasy przedwojenne, snuło się plany na przyszłość.


Halina Budzyńska z Ewą, 1943, taras domu w Warszawie


W czasie wojny w Warszawie ukrywało się wiele osób, również przez nasze mieszkanie przewinęło się wielu uciekinierów – szczególnie z Wielkopolski. Najdłużej mieszkał u nas kuzyn mamy występujący oficjalnie pod nazwiskiem Antoni Tankowski. Naprawdę nazywał się Alfred Taczak, uciekł z Bydgoszczy, ponieważ tam w każdej chwili mógł zostać aresztowany. Przed wojną pracował jako sędzia, ale jeszcze bardziej niebezpieczne było jego nazwisko – był bratankiem gen. Taczaka, przywódcy powstania wielkopolskiego w jego początkowym okresie. Najbliższa kuzynka babci, również Janikówna, była żoną brata generała.

Wujek gdzieś pracował, trochę pewno konspirował. Ja zapamiętałam jego walkę z pierwszymi objawami łysiny. Kiedyś pod wieczór nasze kobiety razem z wujkiem Alfredem zebrały się przy łóżeczku Krzysia, który już wykąpany bawił się jakimś autkiem i zdawało się, że kompletnie nie interesuje się rozmową dorosłych. Wujek siedział blisko niego, a cztery panie dyskutowały na temat stosowanego przez niego środka na porost włosów. Nie zapamiętałam, co która z nich mówiła, ale znałam je na tyle dobrze, że mogę z dużą dozą prawdopodobieństwa  wyobrazić sobie ich reakcje: mama, która lubiła mówić ludziom to, czego oczekiwali, z pewnością twierdziła, że widać zdecydowaną poprawę; babcia śmiała się i twierdziła, że łysi mężczyźni zawsze jej się  podobali; ciocia Zosia pewnie była lekko zgorszona tym, że wujek w czasie wojny zajmuje się tak błahą sprawą i na pewno mu to wypominała; pani Stefa pewno tylko coś mu wyraźnie pomrukiwała, bo z jednej strony przypominała naszą mamę (lubiła prawić komplementy), z drugiej strony była zapatrzona w ciocię Zosię i nie chciała jej się narazić. Niespodziewanie rozmowę przerwał chyba 4-letni wtedy Krzyś, który stanął na nóżkach, wychylił się z łóżeczka, poklepał wujka po głowie i, zanosząc się śmiechem, zawołał: „Łysek z pokładu Idy”. Zapadła cisza, a potem wszyscy zaczęli się śmiać. I tak można powiedzieć, że mój brat intelektualnie znokautował najbardziej znanego bohatera baśni Andersena. Ten krzyknął: „Król jest nagi”, co było „oczywistą oczywistością”, a Krzyś wykazał się znajomością tytułu opowiadania Morcinka i umiał go zastosować jako metaforę.


Halina Budzyńska z Ewą i Krzysiem, wiosna 1944 r., Ogrody Zamkowe w Warszawie


Po powstaniu warszawskim drogi naszych kobiet powoli zaczęły się rozchodzić. Pani Stefa, która nie zdążyła 1 sierpnia wrócić do domu przed godziną W, trafiła do obozu pracy, skąd po wojnie przyjechała prosto do Szamotuł. Po kilku miesiącach (byliśmy wtedy w Krakowie) wyruszyła do Szamotuł ciocia Zosia. Obie podjęły pracę w szkole im. M. Konopnickiej. Pozostała nasza czwórka dołączyła do nich w listopadzie 1945 r. I znów w szóstkę zamieszkaliśmy – ty razem w Szamotułach przy ul. Dworcowej. Ten „babski dom” miał funkcjonować przez kilka tygodni, a ja z mamą, babcią i bratem szykowałam się do przeprowadzki do Gorzowa Wlkp. Tatuś wrócił z Zachodu pierwszym transportem, ze Szczecina dotarł do Szamotuł (Warszawa ze względu na bezpieczeństwo raczej nie wchodziła w grę). Koledzy z Sądu Okręgowego w Poznaniu załatwili mu pracę i mieszkanie na Ziemiach Zachodnich. Niestety, w lutym 1946 r. zginął śmiercią tragiczną, a mama i babcia postanowiły, że zostajemy w Szamotułach.

I tak zaczął funkcjonować nasz „babiniec” – tym razem w 2 pokojach zamieszkało 5 osób płci żeńskiej i 1 siedmioletni „mężczyzna”. 38-letnia mama pozostała głową rodziny. Od razu przystąpiła do szukania pracy. Najpierw została kierowniczką stołówki Młynów, funkcjonującej w budynku przy ul. Dworcowej naprzeciw kościoła św. Krzyża. Wydawano tam również jakieś „deputaty”. Później mama pracowała aż do emerytury w księgowości Zakładów Młynarskich. Przez jakiś czas prowadziła również świetlicę dla dzieci pracowników młynów, z Poznania przyjeżdżała instruktorka tańca, wystawiano jasełka. Nikt mamie za to nie płacił. Była lubiana przez pracowników młynów, nieraz interweniowała w ich sprawach u dyr. Braunka, a później dyr. Jęczmyka. Byłą życzliwa ludziom, ale też trochę naiwna i łatwowierna. Kiedyś przyszła do niej zapłakana młoda pracownica, która – jak twierdziła – została niesłusznie zwolniona. Mama, nie drążąc sprawy, nie sprawdzając powodu zwolnienia, pobiegła do dyrektora Jęczmyka. Opowiadała potem, że dyrektor wyraźnie się ucieszył na jej widok, jakby się jej spodziewał. Wysłuchał obrończej mowy mamy, która twierdziła, że na pewno chodziło o jakiś drobiazg. Wtedy wyjawił powód zwolnienia: otóż dziewczynę na nocnej zmianie zauważyli młynarze, gdy stertę zboża potraktowała jako WC. Mama speszona wyszła z gabinetu, a na korytarzu gonił ją śmiech dyrektora.

Cała ta społeczna działalność mamy wynikała na pewno z potrzeby serca, ale miała chyba także inny cel. Nadeszły czasy stalinowskie, wyciągano ludziom różne rzekome „przestępstwa” z przedwojennych lat. Ja szykowałam się na studia. Mamie zależało na tym, żeby kojarzono mnie z nią – przodownicą pracy i działaczką społeczną, żeby zatrzeć ślady ojca, który zrobił autentyczną karierę w Polsce przedwojennej, wojnę spędził w oflagu, podejrzanie szybko wrócił do Kraju, a po wojnie zginął w trochę niejasnych, jak sądził np. nasz wuj, okolicznościach. Może ktoś „pomógł” mu spaść z pomostu do Noteci? W moim domu takiej okoliczności nie brano pod uwagę, jedynie mama dziwiła się, dlaczego tak ostrożny z natury człowiek znalazł się na samym brzegu pomostu.


Jasełka wystawiane w świetlicy przy Młynach, ok. 1948 r.


Mama i babcia robiły co mogły, żebyśmy z bratem nie czuli się inni, ubożsi niż otoczenie, bo w Szamotułach zaczynaliśmy właściwie od zera, a mama niewiele zarabiała. Kiedyś, gdy brat był uczniem liceum, na radzie pedagogicznej rozpatrywano sprawę przyznania mu stypendium. Odezwał się wtedy „czynnik społeczny” – jego kolega z klasy, który stwierdził, że często u Budzyńskich bywa, ale nie zauważył biedy. Uratował brata nasz sąsiad – nauczyciel Bolesław Szczerkowski, który powiedział, że objawem „biedy” nie musi być brud i ogólne zaniedbanie.

Babcia obracała w ręce każdy grosz zarobiony przez mamę, która co miesiąc brała tzw. chwilówkę, to znaczy kiedy około 10 dni przed kolejną wypłatą kończyły się pieniądze, brała z kasy zapomogowo-pożyczkowej pożyczkę (nieoprocentowaną!) i spłacała ją, gdy dostawała następną pensję. Tak więc „karuzela” obracała się bez przerwy. Może dzięki tym doświadczeniom przez całe życie byłam wrogiem brania pożyczek i zaciągania kredytów. Do dziś, kiedy otrzymuję telefoniczną ofertę lub słyszę, że coś „wygrałam” (chociaż nie grałam), natychmiast odkładam słuchawkę.

Nasze kobiety były twarde, odporne na przeciwności losu, pewne, że zawsze jest jakieś wyjście. Nas, dzieci, nie obciążały kłopotami finansowymi, my zresztą nie mieliśmy jakichś szczególnych wymagań, potrafiliśmy cieszyć się  drobiazgami. Poza tym mama i babcia były osobami pogodnymi, łatwo nawiązywały kontakty z ludźmi, lubiły śmiać się i żartować. Mama zakładała, że jakoś damy sobie radę, a babcia zakasywała rękawy i brała się do roboty. Do dziś obie są wspominane: babcia przez najstarsze szamotulanki, mama również przez nieco młodsze, które pamiętają ją jako „elegancką starszą panią ze starannie ułożonym kokiem, ciepłą, serdeczną i zawsze uśmiechniętą”.


Halina Budzyńska (2. od lewej) Jadwiga Kędzierska (4. z lewej) z Ewą i Krzysiem oraz Edmundem i Ludwiką Czerwińskimi. Przy świetlicy dla dzieci pracowników Młynów w Szamotułach, ok. 1948 r.


Do tej samej klasy co ja chodziła dziewczyna bardzo zdolna, nad wiek dojrzała, która wraz z siostrą wychowywana byłą przez samotną matkę. Gdy byłyśmy w klasie maturalnej, w jej domu toczyły się dyskusje, czy może iść na studia dzienne czy finansowo dadzą radę. Ostatecznie podjęła studia i ukończyła je celująco! Moja sytuacja materialna była podobna, ale nigdy w domu nie mówiło się o tym. Dopiero z perspektywy wielu lat zdałam sobie sprawę z tego, że decyzja o moim trafieniu na studia dzienne była bardzo odważna. Zresztą, raczej podświadomie, starałam się jak najmniej obciążać kasę rodzinną: przez kilka lat codziennie dojeżdżałam do Poznania i zabierałam „wałówkę” na cały dzień, wyjątkowo wpadałam do baru mlecznego, bo tam było najtaniej. Również 4 lata po mnie w 1956 r.  – brat podjął studia. Wtedy było już trochę łatwiej. Czasy mocno się zmieniły, pochodzenie mniej interesowało władzę, a poza tym do wspólnej kasy zaczęła wpływać moja pensja.

Warto tu wspomnieć jeszcze jeden fakt. Otóż mama po podjęciu pracy w młynach na wszelki wypadek zapisała się do PPS – partia kojarzyła jej się z Piłsudskim i innymi wybitnymi postaciami początku XX w. Dzieci rosły, może myślała, że dzięki temu będą bezpieczniejsze w ludowej ojczyźnie? Bardzo przeżyła moment „zlania się” PPS z PPR. Bała się jednak występować z PZPR, bo mogłoby to zaszkodzić – przede wszystkim – dzieciom. Wytrzymała parę lat, a gdy nastąpiła pierwsza fala „odwilży”, wystosowała list do Podstawowej Organizacji Partyjnej z prośbą o skreślenie. Działacze partyjni w młynach musieli być wyjątkowo porządnymi ludźmi, bo przystali na jej prośbę, śmiali się, że „Budzyńskiej przestała odpowiadać ideologia partii, bo córka właśnie kończy studia”. Mama musiała być pewna, że nie zaszkodzi w ten sposób bratu, który przecież niedługo potem ruszył na studia. W przeciwnym razie pewno by w tej partii tkwiła przez kolejnych kilka lat. Partyjni działacze w młynach mieli chyba dość beztroski stosunek do marksizmu-leninizmu. W czasie jednego z pochodów 1-majowych na czele grupy postawili starszego młynarza – „przodownika pracy”, przepasanego szarfą z liczbą „170%” . Kiedy nasza mama spytała, jak obliczyli ten procent, ze śmiechem stwierdzili, że właśnie skończył 70 lat, dlatego ta liczba!

I tak toczyło się życie mojej mamy, babci, prababci. Przeżywały tragedie, dramaty, niedogodności, ale po każdym upadku szybko się podnosiły, postępowały zgodnie z zawołaniem W. Młynarskiego: „róbmy swoje”. Zawsze najważniejsze były dla nich dzieci. Dla dzieci i wnuków zrobiłyby wszystko!

Życie w wielopokoleniowej rodzinie było dla mnie czymś tak oczywistym, że kiedy staraliśmy się z mężem o mieszkanie, wiadomo było, że razem z nami zamieszkają mama i babcia, a mężowi nawet nie przyszło do głowy przeciwko temu się zbuntować.

Szamotuły, 08.11.2019

Ewa Krygier z domu Budzyńska – w Szamotułach miała spędzić kilka tygodni 1945 roku, tragedia rodzinna zdecydowała, że została tu na całe życie. Żałuje, że nie została nauczycielką matematyki, bo wtedy miałaby więcej czasu na czytanie książek.

Ponad 40 lat uczyła języka polskiego w szamotulskim Liceum Ogólnokształcącym.

Ewa Krygier, Dom kobiet2025-01-03T13:21:10+01:00

Romuald Krygier, Szkoła w GG, koniec okupacji i powrót do Szamotuł

Romuald Krygier

Dzieciństwo wojenne – część 2.

Szkoła w GG, koniec okupacji hitlerowskiej i powrót do Szamotuł

 

Szkoła dla polskich dzieci w Generalnym Gubernatorstwie

Po przyjeździe do Włoszczowy Rodzice zaraz zapisali mnie do szkoły powszechnej. Budynek szkolny był już zajęty przez Niemców i użytkowany jako szpital. Uczęszczałem wówczas do 7-klasowej Polskiej Publicznej Szkoły Powszechnej. Nadzór nad nią sprawowali Niemcy, uczyli nauczyciele polscy. Do końca wojny ukończyłem w niej 4 klasy. Lekcje odbywały się w różnych punktach miasta. Klasy szkolne zlokalizowane były przede wszystkim w mieszkalnych lokalach prywatnych. Przypominam sobie, że uczyłem się w 4 punktach miasta: najpierw w uliczce z tyłu naszego domu, później na rogu ulicy blisko poczty (może ul. Pocztowej?) i w 2 izbach położonych w różnych punktach przy ul. Częstochowskiej.

Utkwiły mi w pamięci, zresztą niezbyt wyraziście, sylwetki niektórych nauczycieli: Stanisława Domańska-Kozakowa, Stanisława Kotapkówna, Witold Sacharz, Piotr Bartosz, Jan Stępień, zwany „Gorylem”. Kierownikiem szkoły był Henryk Czeczot. Religii uczył nas miejscowy proboszcz ksiądz kanonik Kazimierz Bialik. Oświatowe władze okupacyjne dążyły do tego, aby dzieci polskie niezbyt dużo umiały. Uczono nas tylko tyle, abyśmy umieli czytać ich zarządzenia, ogłoszenia i plakaty propagandowe, nieco pisać i podpisywać się, liczyć do 100, coś zaśpiewać i gimnastykować się.

W roku szkolnym 1940/41 uczęszczałem do klasy pierwszej. Lekcje przeważnie miały charakter zabawowy. Niewiele wiedzy wtłoczono nam wtedy do głów. Opuściłem 21 dni lekcyjnych – często byłem przeziębiony, chory na grypę lub anginę albo miałem rozstrój żołądka. W klasie drugiej uczono mnie religii, języka polskiego, arytmetyki z geometrią, rysunków, zajęć praktycznych, śpiewu i miałem ćwiczenia cielesne. Na obu świadectwach szkolnych z klas I i II moje nazwisko widniało jako Krieger. Nie wiem, czy uważano mnie za Niemca, czy też spolszczonego szkiebra. Interwencja Rodziców w tej sprawie spowodowała, że na następnych świadectwach pisownia mojego nazwiska była prawidłowa. W roku szkolnym 1942/43 uczęszczałem do klasy trzeciej. W programie nauki – obok 7 poprzednich przedmiotów – pojawiła się przyroda. W klasie czwartej program nauki został ograniczony tylko do 4 przedmiotów: religii, języka polskiego, rachunków i przyrody. Pozbawiono nas wówczas nawet gimnastyki. Na czterech świadectwach ze sprawowania otrzymałem stopnie bardzo dobre. Moją wiedzę oceniano na stopnie bardzo dobre i dobre. Odnotowano na nich także, iż jestem wyznania rzymskokatolickiego.

W szkole nie uczono nas literatury polskiej, historii, geografii, usunięto wszystkie wiadomości o Polsce, informacje z przyrody były bardzo skąpe. Hitlerowcy nie chcieli mieć pod bokiem mądrych dzieci polskich, bo w przyszłości — według ich założeń —miały spełniać rolę „ciemnych niewolników”. Gubernator Generalnego Gubernatorstwa Hans Frank w jednym ze swoich przemówień stwierdził: „Polakom należy zostawić tylko takie możliwości kształcenia się, które okażą im beznadziejność ich położenia narodowego”. W roku szkolnym 1944/45 rozpocząłem naukę w klasie piątej. Nie dokończyłem jej, ponieważ przerwano z nami lekcje na początku stycznia 1945 r. w związku ze zbliżającym się radziecko-niemieckim frontem wojennym. W mojej klasie było mniej więcej po połowie dziewcząt i chłopców. Dyscyplina chłopaków pozostawiała wiele do życzenia. Ks. kanonik bił po łapach specjalną gumą w kształcie osełki do ostrzenia noży, S. Kotapkówna na lekcjach śpiewu „kropiła” smyczkiem od skrzypiec, pozostali nauczyciele nie rozstawali się z trzcinkami, którymi „dawali łapę”. Czasami zdarzało się, że po większym wybryku delikwent dostawał lanie po wypiętym tyłku. Wielkim wisusem była jedna z dziewcząt, która częściej dostawała lanie po tyłku niż najwięksi dranie płci męskiej. Raz dostała nawet na goły tyłek.


Dzieci pierwszokomunijne z ks. kan. Bialikiem, 1942 r.


Poziom nauki w klasie był średni. Uczniowie dość często przychodzili do szkoły bez przygotowania, bez odrobionych zadań pisemnych. Najczęściej tłumaczyli się (lub kłamali) pomocą w pracy rodzicom, zabawianiem młodszego rodzeństwa, noszeniem wody do prania, rąbaniem drewna opałowego, noszeniem szyszek i suchych liści do opalania mieszkania, zrywaniem trawy do karmienia królików itp. Uczeń, który nie umiał zadanej lekcji z religii, „dostawał łapę” wspomnianą gumową „osełką”, ks. kanonik kładł na jego głowę swoją dużą dłoń, rozłożonymi palcami ściskał ją i powtarzał kilkakrotnie: „Ach, ty poganinie”. Najgroźniejszym nauczycielem był „Goryl” – Jan Stępień, nauczyciel gimnastyki. W czasie lekcji ciągle chodził z groźną miną, dużo i głośno krzyczał, często używał trzcinki, zachęcając do prawidłowych ćwiczeń. Jego trzcinka padała na ciało ucznia w różne miejsca. Po lekcji u niektórych było można zauważyć siniaki lub zadrapania. Jego krzyk trudno było znieść. Brzmiał on jeszcze długo, po lekcjach, w moich uszach. Traktowałem go jako osobistego wroga nr 1. Nauczycielka S. Kotapka uczyła mnie m.in. śpiewu i rysunków. Śpiewała sama jako tako, ale na skrzypcach niezbyt dobrze grała, raczej rzępoliła. Uczyła piosenek nijakich, chyba dlatego, że nie chciała narazić się okupacyjnym władzom oświatowym jakąś piosenką o zabarwieniu patriotycznym.

Do nauki nie mieliśmy żadnych podręczników. Uczyliśmy się z czasopisma szkolnego – miesięcznika „Ster”, wydawanego przez władze oświatowe Generalnego Gubernatorstwa. „Ster” był redagowany przez renegata i kolaboranta doktora Feliksa Burdeckiego. Później – obok „Steru” – ukazywał się „Mały Ster” dla uczniów młodszych klas. Czasopisma te stanowiły więc specyficzne podręczniki szkolne do nauczania wszystkich przedmiotów. Zawierały infantylne opowiadania i wierszyki, teksty obojętne wychowawczo lub popularyzujące sławnych Niemców. Na podstawie niektórych materiałów dzieci miały wbijać do swych głów niemieckie nazwy nadawane przez okupanta polskim miejscowościom. Przyjaźniłem się z Michałem Czeczotem, synem kierownika szkoły. Często bywałem w domu jego rodziców. Szczególnie latem bawiłem się z nim i kilku naszymi rówieśnikami. Miejscem zabaw był przede wszystkim duży przydomowy ogród.


Uczniowie szkoły we Włoszczowie, w ostatnim rzędzie Romek Krygier


Pan Henryk Czeczot uczył nas potajemnie, głównie przekazywał nam treści zakazane w szkole. Kiedyś do mieszkania Czeczotów wtargnęli niemieccy żandarmi. Nie wiem, jaki był powód ich najścia. Ostrzeżeni przez panią Czeczotową zdołaliśmy niemal błyskawicznie schować zeszyty i przybory szkolne do środka dużego rozkładanego stołu. Mimo tego jeden z żandarmów okaleczonym językiem polskim dopytywał się, czy aby tu nie odbywają się tajne lekcje. Kierownik Czeczot stanowczo zaprzeczył temu i oświadczył, że dzieci przyszły się pobawić, ponieważ syn ma dużo zabawek i różnych gier. Przy żandarmach udawałem, że z jakimś kolegą gram w Piotrusia. Od tego czasu tajne nauczanie u państwa Czeczotów odbywało się rzadziej i małymi grupkami.

Poza Michałem Czeczotem miałem jeszcze kilku dobrych kolegów. Do ich grona zaliczałem wówczas Jurka i Janka Jęczkowskich, Jasia Sobiaka, Jacka i Stefana Zabłockich (ojciec ich był poznańskim adwokatem), braci Szymankiewiczów (Zenon jest znanym regionalistą i historykiem Wielkopolski; lubię szczególnie jego książkę: Spadochrony nad okupowaną Wielkopolską, Poznań 1979), Kazia Kowalewskiego. Wszyscy (oprócz Czeczota) pochodzili z rodzin wysiedlonych z Wielkopolski. Z wielodzietnej rodziny włoszczowskiej pochodzili Rysiek Kaczmarski oraz Staszek Filipowski. W ogrodzie rodziny Kaczmarskich na przedmieściu Włoszczowy zajadałem się nasionami słoneczników, a w domu – przyniesionym i ugotowanym bobem. Z Kaziem „Pytką” wymieniałem znaczki pocztowe i guziki, przede wszystkim od polskich i niemieckich mundurów wojskowych.

Ministrantura

W połowie 1942 r. m.in. z Jasiem Sobiakiem przystąpiłem do I Komunii Św. Poczęstunek dla gości przypominał wielką ucztę, która odbyła się w mieszkaniu rodziny Sobiaków. Brały w niej udział całe rodziny wysiedlonych szamotulan. Wkrótce po I Komunii Św. na cmentarzu przykościelnym byłem bierzmowany przez jakiegoś biskupa kieleckiego. Byłem wtedy rozkojarzony i często zmieniałem miejsce stania. Dlatego nie wiem, kto wystąpił w roli moich rodziców. Na trzecie imię dostałem św. Antoniego. Przez jakiś czas koledzy za mną wołali: „Antoni myszy goni”.

Po bierzmowaniu zostałem ministrantem. W kościele bardzo lubiłem przyglądać się odsłanianiu i zasłanianiu obrazu Matki Bożej w głównym ołtarzu. Niezbyt dobrze służyłem do Mszy św., ponieważ źle dzwoniłem, spóźniając się w stosunku do swego partnera. W czasie kazań ministranci opierali się o balaski i cicho rozmawiali z dziewczętami, które stały po ich drugiej stronie. Pewnego razu tak się rozgadaliśmy, że nie spostrzegliśmy się, że rozmawiamy zbyt głośno. Proboszcz – kanonik Kazimierz Bialik z ambony musiał nas strofować. Wstyd na cały kościół!


Rodzina Krygierów w dniu 1. komunii Romka: rodzice Czesława i Kazimierz, Zofia (siostra Kazimierza), dzieci: Jurek, Andrzej i Romek, 1942 r.


W ogrodzie proboszcza rosło wiele drzew owocowych. Dlatego, kiedy pojawiły się na nich dojrzałe i dorodne owoce, ministranci blisko murowanego płotu chętnie rozżarzali węgiel drzewny do okadzenia trybularzem (kadzielnicą). Niby przypadkowo wiewaczka urywała się i wpadała do „księżowskiego” ogrodu. Był powód, aby wchodzić po nią do ogrodu, przy okazji narwać trochę gruszek, jabłek i śliwek. Kiedy w czasie jednej spowiedzi przyznałem się kanonikowi, że rwałem i jadłem owoce z jego ogrodu, ten wychylił się z konfesjonału i wytargał mnie za uszy.

Proboszcz czasami zapraszał swych ministrantów na plebanię i częstował słodyczami. Był to rodzaj ekwiwalentu za naszą „pracę społeczną” w kościele. Przy okazji wikariusz ks. Witold Pastuszko pokazywał nam swoje liczne zbiory znaczków pocztowych. Od trzech pokoleń był zapalonym filatelistą – znaczki przed nim zbierali jego wujek i wujka wuj. Ks. Pastuszko miał dwie czarne szafy pełne albumów ze znaczkami pocztowymi. Zbiór ks. Pastuszki był nie do wycenienia, wart – być może – kilka milionów przedwojennych polskich złotych.



Czesława i Kazimierz Krygierowie, 1942 r.

Romek Krygier w dniu 1. komunii św.

Romek Krygier i Jaś Sobiak

Książeczka do nabożeństwa – prezent podarowany Romkowi przez rodzinę Sobiaków

Kościół i rynek we Włoszczowie w czasie wojny

Zdjęcie zrobione w czasie bierzmowania Romka

Ołtarz główny w kościele Wniebowzięcia NMP we Włoszczowie, współczesny wygląd. W ołtarzu obraz Matki Bożej z Dzieciątkem oraz klęczącymi postaciami świętych: Joachima i Józefa

Ewa i Romuald Krygierowie przed kościołem we Włoszczowie, 2000 r.

Niedzielne spacery za miasto

Rodzina Krygierów

Krygierowie i inne zaprzyjaźnione rodziny (w czasie okupacji szamotulanie we Włoszczowie i nieodległym Jędrzejowie raczej trzymali się razem)

Romek i Andrzej Krygierowie

Romek z kolegą

Czesława Krygier z domu Górecka



Działka i wycieczki za miasto

Prawie na skraju miasta nasza rodzina miała ogródek – działkę. Uprawialiśmy na niej różne warzywa i trochę ziemniaków. W naszym ogródku uczyłem się przyrody, miałem możność przyjrzeć się wegetacji różnych roślin, a szczególnie chwastów, z którymi walka była wprost beznadziejna. Obserwowałem także rozwój różnych szkodników i motyli. Fascynował mnie przede wszystkim proces powstawania i rozwoju motyli. Najpierw przyglądałem się larwom – gąsienicom, później poczwarkom pokrytym kokonem i wykluwaniu się z nich motyli. Był czas, że kolekcjonowałem motyle, które urzekały mnie swą wielobarwnością.

We wrześniu lub październiku 1944 r. na naszej działce i sąsiednich pojawili się jeńcy – żołnierze polscy znad Oki. Kopali tu rowy strzeleckie – okopy obronne. Zyskałem ich sympatię, często przychodząc tu i przyglądając się ich pracy. Nie mogłem wtedy tylko zrozumieć, że żołnierze polscy mówią „z ruska”. Nie przeszkadzało mi to w pogawędkach. Przy kopaniu rowów jeńcy wydobywali z ziemi buraki, marchew i kartofle. Moja Mama gotowała z nich pożywne zupy, które jeńcom kilkakrotnie zanosiłem w wiadrze. Jedli je chętnie i łapczywie z talerzy, które także przynosiłem.

W pobliżu naszej działki, obok kilku willi, rosły drzewa morwowe. Dotychczas nie zetknąłem się z takimi drzewami i ich owocami. Kwitły ładnie, choć ich kwiaty były niepozorne, w kotkach. Owoce morwy były białe lub wiśniowe, mięsiste, z drobnymi pestkami, bardzo słodkie, podobne do jeżyn. Zajadałem się nimi dość często. Stanowiły one dla mnie „cymes”, delicje. Na liściach morwy można było zobaczyć liczne gąsienice jedwabników. Chyba część tych gąsienic przywędrowała także do naszego ogródka. Znajdowałem je przede wszystkim na liściach kapusty – obok gąsienic bielika kapustnika.

Przez cały okres okupacji hitlerowskiej w porach letnich, prawie co niedzielę, organizowaliśmy wycieczki piesze do wsi Kózki – w kierunku południowo-zachodnim od Włoszczowy, w kierunku wsi Czarnca, znanej jako miejsce urodzin hetmana polskiego koronnego Stefana Czarnieckiego (1599-1665). Udawaliśmy się tam całą rodziną i ze znajomymi rodzinami wysiedlonymi z Wielkopolski, szczególnie z Szamotuł i Poznania. Nasze wyprawy kierowały się przeważnie do zaprzyjaźnionego z nami kolejarza, Zenona Gładkiego. Obok jego domu rozkładaliśmy koce, tu jedliśmy jaja na twardo i suchy prowiant. Starsi opalali się, wypoczywali po trudach minionego tygodnia, młodzi bawili się piłkami, hasali po pobliskim lesie. Chętnie bawiłem się z synem p. Gładkiego, który zawsze chodził boso, skóra pod stopami była gruba i twarda jak podeszwy butów. Kiedyś nadepnął na pinezkę, która wbiła się w stopę; nawet nie poczuł bólu.

Atrakcją dla mnie i moich braci były odwiedziny Janusza Wiatrolika – leśniczego z podwłoszczowskich lasów. Był on kuzynem Mojej Mamy. Nasz dom odwiedzał z wielkim hałasem i szumem, nie pukał, a walił w drzwi wejściowe do kuchni i od progu krzyczał: „Jest Czecha?!” Wiatrolik przyjeżdżał do Włoszczowy małą, dwukołową (z gumy) powózką. Często korzystałem z jego pozwolenia i jeździłem dwukółką po bocznych uliczkach miasta. Każdy z braci, kiedy zobaczył blisko naszego domu stojącą bryczkę, przybiegał do mieszkania i informował Rodziców, że Wiatrolik stoi na Rynku (ten niedługo potem zjawiał się u nas). Był to człowiek wesoły, zawsze uśmiechnięty i życzliwy. Ja i moi bracia Wiatrolikiem nazywaliśmy jego konia.


Czesława i Kazimierz Krygierowie w czasie niedzielnego spaceru za miasto, ok. 1943 r.


Koniec okupacji hitlerowskiej i nowa rzeczywistość

Na początku stycznia 1945 r. mojego Ojca – w mieszkaniu, w godzinach wieczornych – odwiedził wyższy rangą oficer niemiecki, wysoki, barczysty i przystojny mężczyzna. Wypytywał Ojca o różne włoszczowskie sprawy. Szczególnie interesował się lokalizacją starostwa, Zarządu Miejskiego, siedzibą Gestapo i żandarmerii oraz innych ważnych urzędów niemieckich. Wszystkie uzyskane informacje skrzętnie notował, a równocześnie nanosił na przygotowany wcześniej szkic planu Włoszczowy. Ojciec zdziwiony był nieco, że oficer w tych sprawach nie udał się do jakiegoś niemieckiego urzędu. Ten oświadczył, że dopiero wieczorem dotarł do Włoszczowy i jest tu incognito.

16 stycznia, dzień po wyzwoleniu miasta, oficer ten ponownie zjawił się u Ojca, ale już jako wyższy oficer… radziecki. Jego sylwetka utkwiła mi w pamięci na całe życie. Ubrany był w biały kożuszek przewiązany paskiem, na głowie miał wysoką baranią czapkę, na nogach – wysokie filcowe białe buty. Po polsku powiedział Ojcu, że jest oficerem radzieckiego wywiadu, że kilka dni temu był tu na rozpoznaniu terenu. Oficer ten, jak sam powiedział, pochodził z rodu bojarów ruskich, jego rodzinę wymordowano w 1917 r., pozostała część rodziny została rozstrzelana w czasie masowych mordów stalinowskich w połowie lat trzydziestych. Oficer był człowiekiem wszechstronnie wykształconym, znał kilka języków obcych. Na pożegnanie zostawił Ojcu trochę papierosów i cygar.

Włoszczowa została wyzwolona w nocy z 14 na 15 stycznia 1945 r. Niemcy planowali, jak to wynikało z dokumentów znalezionych później w Starostwie, 15 stycznia rozstrzelać kilkuset mieszkańców Włoszczowy, a miasto spalić. Przyspieszone działania wojsk radzieckich zniweczyły te plany. Niemcy od początku stycznia masowo uciekali z miasta i przez miasto. Ucieczkę utrudniały przygotowane przez Niemców barykady przeciwczołgowe (wkopane w chodniki po cztery grube pale drewniane, między które wsunięto poziomo poprzez ulice także grube bele – po kilka, jedna na drugiej). Hitlerowcy sami sobie nieświadomie przygotowali to utrudnienie i udręczenie. Uciekający Niemcy barykady te klęli, na czym świat stoi.

Żołnierze radzieccy późno wieczorem 14 stycznia dotarli do Włoszczowy, przed miastem (blisko cmentarza) na środku drogi ustawili jeden czołg i z niego strzelali nad miastem do uciekających Niemców. W okolicy Włoszczowy, a także w samym mieście, poległo wielu żołnierzy niemieckich. Porzucili oni na Rynku i kilku ulicach dużo broni i amunicji. Niektórzy Polacy jak hieny ściągali z trupów niemieckich, co tylko się dało. Szczególnie grabiono buty. Straszny był widok zabitego żołnierza niemieckiego, leżącego goło na śniegu, zbroczonego krwią, często już rozszarpanego przez zgłodniałe psy. Z zabitych koni ludzie wycinali co lepsze kawały mięsa. Pamiętam, jak tłumy mieszkańców wdarły się do budynku Starostwa, niszczyły tam wszelkie ślady niemieckości i wykradały to wszystko, co zaraz można było wynieść. Niektórzy ludzie wracali więc do swych domów z karniszami do firanek, z muszlami klozetowymi i umywalkami, z wannami na głowach i ramionach, z krzesłami i taboretami itp. Takie obrazy utkwiły mi w pamięci z pierwszych dni wyzwolenia miasta, tak rodziła się ludowa rzeczpospolita włoszczowska, na czele władz której stanął burmistrz Jan Kotulski – obywatel tego miasta.

Kilka dni po wyzwoleniu przez Włoszczowę przeciągały liczne kolumny żołnierzy niemieckich. Mieszkańcy miasta tworzyli milczące i groźne szpalery. Twarze niedawnych zwycięzców nie były już butne. Szli powoli, obszarpani, zarośnięci, brudni, śmierdzący. Przedstawiali obraz nędzy i rozpaczy. W tych chwilach trochę było mi ich żal. (dlaczego?).


Zabawy chłopięce, tyłem stoi Romek Krygier, ok. 1944 r.


Wolność rozumiałem wtedy zbyt dosłownie. Najwspanialsze dziecięce zabawy polegały wówczas na rozbrajaniu amunicji, paleniu prochu i strzelaniu „z klucza” amunicją karabinową. Z kolegami organizowałem wspaniałe fajerwerki. Polegały one na tym, że w jakimś dołku kładliśmy dużo różnej amunicji, do której doprowadzaliśmy na bezpieczną odległość długie lonty. Poprzez podpalone lonty ogień docierał do amunicji i następował duży wybuch. Pociski karabinowe, kawałki amunicji czołgowej i działowej spadały wokół nas. Cud, że nikt wtedy z nas nie został zabity! Jako dzieciaki byliśmy beztroscy, nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że narażamy się na wielkie niebezpieczeństwo. Bardziej groźne mogły być skutki rozpalanych ognisk na materiałach wybuchowych. Po bolesnej dla nas interwencji Milicji Obywatelskiej zaprzestaliśmy tego rodzaju zabaw (z żalem!). Władze miejscowe zresztą nakazały zebrać pozostałe „militaria” niemieckie i odtąd te „atrakcje” z konieczności przestały nas bawić.

Żołnierze radzieccy niekiedy zachodzili do naszego domu. Jednemu z nich „na siłę” musiałem sprzedać cały zapas zeszytów szkolnych, za które zapłacił mi nowymi, nieznanymi banknotami polskimi. Atrakcyjnym dla nich towarem były zegarki — „czasy”. Niektórzy od Polaków chętnie je kupowali, inni w ordynarny i bezczelny sposób je po prostu zabierali. Wtedy o żołnierzach radzieckich krążyło wiele złośliwych anegdot. Np. żołnierz radziecki pyta w polu rolnika, która jest godzina. Ten wbija w ziemię łopatę i mówi, że jest około 11.15, gdyż tak wskazuje na ziemi cień uchwytu łopaty. Człowiek radziecki zabiera ten nieco dziwny „czas” i ucieka, gdzie pieprz rośnie. Do znajomego zegarmistrza Ludwika Flanca przyszedł żołnierz radziecki z dużym stojącym zegarem (komuś „buchnął”). Domagał się, aby ten zrobił mu z przyniesionego zegara kilka zegarków na rękę (autentyczne!). Przyłożył swój zegarek do dużej tarczy i odmierzył na niej kilka razy. Chyba myślał, że tak jak z rozwałkowanego ciasta wykrawa się ciasteczka, tak z tarczy zegarowej można wykroić kilka zegarków. Po zrobieniu zegarków zegarmistrz może zatrzymać sobie resztę materiałów jako zapłatę.

Mój starszy brat Jurek, po ukończeniu VII klasy szkoły powszechnej, został uczniem fotografa Romana Ulatowskiego, pochodzącego z Wielkopolski. Żołnierze radzieccy chętnie robili sobie zdjęcia, które wysyłali potem do rodzin. Lubili się fotografować z butelką wódki w prawej ręce i odkrytą do ramienia ręką lewą, na której często było po kilka zegarków. Jeden z ludzi radzieckich zrobił kiedyś wielką awanturę Ulatowskiemu o to, że zegarek przy łokciu na zdjęciu został częściowo „obcięty”.

Powrót do Szamotuł

W moich wspomnieniach z okresu okupacji hitlerowskiej mało miejsca poświęciłem Mamie Czesi i Cioci Zosi, a przecież obie były organizatorkami naszego codziennego życia. Bracia – Jurek i Andrzej (małe dziecię, na początku 1945 r. miał dopiero 6 lat!) chodzili własnymi ścieżkami. Jurek lubił fotografować jakimś podłym aparatem, budował ołtarzyki, ja sklepiki, a Andrzej (wówczas Jędruś) raczej przyglądał się temu, co robią bracia. Aktywny był w okresie przedgwiazdkowym, kiedy kleił z kolorowego papieru łańcuchy na choinkę. Każdy z naszej trójki braci, gdyby pisał swoje wspomnienia z tego czasu, zapisałby coś innego, co utrwaliło się w jego pamięci, bo przecież punkt widzenia zależy m.in. od punktu obserwacji.

Z wysiedlenia cała rodzina Krygierów powróciła do Szamotuł w Palmową Niedzielę 1945 r. Z Włoszczowy wracaliśmy wynajętym m.in. przez Rodziców i innych wysiedlonych wagonem towarowym. Podróż trwała kilka dni. Nasz wagon często stał na bocznicach kolejowych w różnych miejscowościach. Przyczepiano go do wielu składów pociągów towarowych, jadących w kierunku Poznania. Wreszcie dotarliśmy do stolicy Wielkopolski. Utrwaliły mi się na zawsze takie obrazy: morze gruzów, dymy ze zgliszcz „gryzące” w oczy i gardło, budowane przez żołnierzy radzieckich i jeńców niemieckich szerokie tory kolejowe. Szczęśliwie dotarliśmy do Szamotuł, miasta już zazielenionego i pełnego słońca.

Spisane w 1999 r.


Pierwsza część wspomnień wojennych Romualda Krygiera:

http://regionszamotulski.pl/dziecinstwo-wojenne-z-szamotul-do-wloszczowy/

Szamotuły, 02.10.2019

Romuald Krygier (1933-2009)

Dr etnografii, autor wielu publikacji o tematyce regionalnej, bibliotekarz

Współtwórca i wieloletni prezes Towarzystwa Kultury Ziemi Szamotulskiej

Romuald Krygier, Szkoła w GG, koniec okupacji i powrót do Szamotuł2025-08-18T23:44:06+02:00

Romuald Krygier, Dzieciństwo wojenne – z Szamotuł do Włoszczowy


Romuald Krygier

Dzieciństwo wojenne

Teraz jest wojna, kto handluje, ten żyje…

(część 1. wspomnień)

 Z Szamotuł do Włoszczowy

7 września 1939 r. Niemcy zajęli Szamotuły – moje rodzinne miasto. 16 września głuchy huk wstrząsnął miastem – to pomnik Powstańca Wielkopolskiego przy ul. Dworcowej został wysadzony w powietrze (więcej o pomniku w artykule http://regionszamotulski.pl/pomnik-powstania-wielkopolskiego/). Wieczorem tego dnia łuna ognia oświetliła Szamotuły – hitlerowcy podpalili żydowską bożnicę przy ul. Szerokiej. Szamotulanie nie tracili jednak nadziei nawet wtedy, kiedy 27 września wieczorem rozdzwoniły się kościelne dzwony „z niemieckiego rozkazu, na Polski zgon…”. Nastała czarna noc okupacji hitlerowskiej.

Mój Ojciec Kazimierz Krygier jako powstaniec wielkopolski był zakładnikiem hitlerowskim w październiku 1939 r. Przebywał po kilkanaście dni w więzieniach w Szamotułach i we Wronkach. 13 października na szamotulskim Rynku pluton egzekucyjny żandarmerii niemieckiej rozstrzelał pięciu mieszkańców Otorowa za rzekome „demonstracyjne podkreślanie polskości” tej podszamotulskiej wsi (zrywanie hitlerowskich flag ze swastyką, wywieszanie biało-czerwonych). Mój Ojciec jako zakładnik obecny był przy tej egzekucji. Po jej zakończeniu Ojciec wraz z innymi zakładnikami, m.in. z Janem Jęczkowskim – seniorem i Janem Galińskim, na szamotulski cmentarz parafialny przewozili na wózku zwłoki rozstrzelanych. Zakładnicy musieli wykopać groby i pochować przywiezione zwłoki.


Zdjęcie z egzekucji 5 mieszkańców Otorowa, Rynek w Szamotułach (więcej o tym wydarzeniu we wspomnieniach http://regionszamotulski.pl/wojenne-losy-kwiatkowskich-z-otorowa/)


Hitlerowcy naszą rodzinę wysiedlili 6 listopada 1939 r. (była to pierwsza akcja wysiedleń w Szamotułach). Do naszego mieszkania przyszło kilku typów z Schutzpolizei. Kierujący akcją oficer powiedział Rodzicom, że daje im do dyspozycji jedną godzinę na spakowanie niezbędnych rzeczy. Cały dobytek, jaki udało nam się spakować, został wyniesiony do sąsiadki p. Kuleszanki. Były to duże toboły – rzeczy spakowane w prześcieradła. Pamiętam, jak oficer niemiecki, zaraz po pierwszym wejściu do mieszkania, zabrał dużą kasetę Ojca, zawierającą pieniądze polskie, dolary, biżuterię i inne kosztowności. Kazał Ojcu przeliczyć złotówki i połowę z nich pozwolił sobie zabrać. Sam zabrał kasetę z pozostałą zawartością. Widziałem później, jak ją niósł na ulicy, kołysząc uchwytem. Do dziś mam w oczach naszą kuchnię, wysprzątaną dokładnie przez Ciocię Zosię, która nie wiem po co, umyła pedantycznie piec kuchenny. Czyżby liczyła się z tym, że do niej powróci niebawem?

Niemcy przedtem zabrali sklep Rodziców – „Skład towarów krótkich” [pasmanterię], z umeblowaniem i towarem (przy ul. Wronieckiej 31). Wyprowadzono nas z mieszkania na ulicę, przed dom przy Kościelnej 1 i kazano iść sobie w siną dal. Poszliśmy do domu Genowefy Błaszykowej (była Niemką, przed wojną wyszła za mąż za Polaka), która mieszkała blisko naszego domu, przy ul. Józefa Piłsudskiego 30 (dawniej i obecnie Wroniecka). U Błaszykowej dzierżawiliśmy mieszkanie do 1935 r. Jako stara nasza znajoma przygarnęła nas, dając nam w swoim mieszkaniu do dyspozycji jeden duży pokój. Tam początkowo mieszkaliśmy w piątkę, potem w czwórkę (Ciocia Zosia — siostra Ojca, ja i dwaj bracia: Jurek i Andrzej) do jesieni 1940 r.


Jurek i Romek Krygierowie, ok. 1937 r.


Matka, kiedy Ojciec przestał być zakładnikiem, po wysiedleniu, wyjechała z Nim w końcu listopada 1939 r. do Warszawy. Tam Rodzice zamieszkali wraz z kilkoma rodzinami z Szamotuł w jednym dużym mieszkaniu. W Warszawie żyli z pokątnego handlu. Od czasu do czasu przysyłali nam trochę żywności przez poznanego niemieckiego kolejarza, życzliwego Polakom. Z wiadomościami od Rodziców, z prowiantem i pieniędzmi przyjeżdżała do nas także z Warszawy znajoma Rodziców z Szamotuł – Halina Skoracka. Miała wtedy fałszywe dokumenty, zmienione nazwisko i imię (jakie, nie pamiętam). Była świetnie ucharakteryzowana, nie można było jej w ogóle poznać. Przypominam sobie, że wówczas nosiła czarne okulary, a oczy jej przesłaniała czarna woalka. Jedynie głos był znajomy.

Nieco później za chlebem Rodzice pojechali do Jędrzejowa. Tam spotkali Leonarda Bogajewicza – przemysłowca z Pniew, który był Freuhanderem (komisarzem, powiernikiem, nadzorcą), z upoważnienia władzy niemieckiej, sklepów pożydowskich na okręg jędrzejowski. L. Bogajewicz skierował Rodziców do Włoszczowy. Ojciec początkowo pracował w sklepie galanteryjnym, położonym blisko naszego mieszkania przy Rynku 9. Ekspedientką była Elżbieta Friske, córka wysiedlonych z Szamocina. Przed wojną właścicielem tego sklepu był Żyd – Icek Lajchter. Po jakimś czasie Ojca przeniesiono do sklepu takiej samej branży, także przy Rynku, na narożniku koło kościoła. Właścicielem tego sklepu był kiedyś Żyd – Aron Lajchter, chyba brat Icka lub kuzyn.

Rodzice po otrzymaniu mieszkania pożydowskiego i wyposażeniu go w prymitywne meble całą naszą czwórkę ściągnęli do Włoszczowy w październiku 1940 r.

Czesława Krygier (1904-1972) z domu Górecka w młodości

Kazimierz Krygier (1896-1963) w młodości

Czesława Krygier w czasie okupacji

Kazimierz Krygier w czasie okupacji

Romek i Jurek Krygierowie, w wózku najmłodszy brat Andrzej, 1938 r.

Zdjęcia z Włoszczowy w czasach okupacji (Fotopolska)

Pożydowskie mieszkanie i getto

Miasto zrobiło na mnie niezbyt korzystne wrażenie: było szare i brudne. Ponad połowę mieszkańców stanowili Żydzi. Mieszkaliśmy, jak już wspomniałem, w mieszkaniu pożydowskim. Przy każdych drzwiach znajdowała się mezuza, czyli zwój pergaminu z napisaną odręcznie modlitwą – dwoma fragmentami z Biblii. Zwoje te były umieszczone jakby w futerałach przybitych skośnie do futryn. Dowiedziałem się, że pobożni Żydzi, przechodząc przez drzwi, dotykali mezuzę palcami, które następnie przykładali do ust. Czynili tak zwłaszcza przy wychodzeniu z domu. Mezuzę uważało się wówczas powszechnie za rodzaj talizmanu, strzegącego domu przed złem. Często wyjmowałem te pergaminy i z nudów bawiłem się nimi. Robiłem z nich łódeczki, kwiatki, ptaszki i samolociki. Ciocia, będąca osobą bardzo przesądną, zabraniała mi tych zabaw, ostrzegała przed nieszczęściem. Nic to nie pomagało.

Niekiedy jadłem żydowską macę. Jest to przaśny chleb, spożywany w czasie świąt Paschy. W czasie okupacji hitlerowskiej włoszczowscy Żydzi (nie wiem, czy wszyscy) jedli mace cały rok. Kształtem przypominały duże naleśniki, tylko były dość twarde. Łamało się je jak wafle. Smakiem przypominały suchary wojskowe. Dostawałem je od kolegów żydowskich. Niektórzy znajomi rodziców odradzali mi ich jedzenia, ponieważ powtarzali dość obiegową opinię, że do pieczenia mac Żydzi używali krwi niemowląt.


Okolice kościoła we Włoszczowie, czas po zajęciu miasta przez Niemców (1939 r.)


Żydzi bronili się przed rekwirowaniem mąki przez hitlerowców w ten sposób, że mieszali ją z wodą i z powstałej papki robili kuleczki, które na blaszkach od placka wysuszali w gorących piekarnikach. Przed użyciem kulek, które przechowywano w torebkach lub słojach, rozkruszano je i używano jak mąkę. Niemcy tego podejrzanego artykułu spożywczego nie konfiskowali.

We Włoszczowie na początku lipca 1940 r. utworzono żydowskie getto, które zlikwidowano we wrześniu 1942 r. Jego mieszkańcy pracowali w pobliskich kamieniołomach i przy melioracji łąk. Hitlerowcy podczas likwidacji getta rozstrzelali ponad 100 osób, pozostałych jego mieszkańców wywieziono do niemieckiego ośrodka masowej zagłady w Treblince.


Mieszkańcy Włoszczowy na początku okupacji


W getcie miałem kolegów. Przedostawałem się do nich poprzez ruchome deski w szczelnym płocie. Nie bawiłem się z nimi inaczej jak w sklep, handel. Często też z nimi naprawdę handlowałem. Był to głównie handel wymienny. Wymieniałem z nimi stare monety, ładne guziki, znaczki pocztowe, widokówki, jakieś obrazki, różne małe pudełka. W getcie obserwowałem Żydów modlących się, chodzących w chałatach i myckach. Niekiedy Ojciec późnym wieczorem wysyłał mnie do getta. Przynosiłem stamtąd różne towary, przede wszystkim męskie kapelusze, które Ojciec sprzedawał spod lady w pożydowskim sklepie galanteryjnym, w którym pracował. Pewnego razu, po wyjściu z getta przez dziurę w płocie, natknąłem się na patrol żandarmerii. Jeden z żandarmów pomacał niesiony przeze mnie worek z kapeluszami i stwierdził (tyle zrozumiałem), że to jest szaber. Obaj roześmiali się głośno. Kontrolujący żandarm machnął jednak ręką i puścił mnie wolno (uciekałem z duszą na ramieniu; byłem wówczas małym i chudym dziewięciolatkiem!). Przypominam sobie, że Żydzi w getcie mieli do czynienia z własną policją żydowską – z pałkami, z polską policją granatową – z karabinami, niemiecką żandarmerią – z pistoletami automatycznymi. Porządku jakiś czas pilnowali także żołnierze ukraińscy, tzw. własowcy.

Handel

Od kolegi Kazia nauczyłem się gotować pastę do butów, którą sprzedawałem chłopom stojącym z furmankami na Rynku. Pastę gotowałem z następujących składników: resztek „prawdziwej” czarnej pasty, sadzy ze spalonego papieru, wosku ze świec, mleka i wody. Po ugotowaniu, rozlaniu i zastygnięciu pasta prezentowała się wspaniale. Później jednak okazywało się, że woda oddzielała się pod spodem, na wierzchu był czarny wosk. Przy naciśnięciu górnej warstwy bokami wypływała woda. Po kilku awanturach, jakie urządzili mi kupujący chłopi, zaprzestałem „produkcji” pasty do butów. Chłopom na Rynku sprzedawałem także światełka odblaskowe do wozów. Byłem wtedy ich włoszczowskim monopolistą. W jednym sklepie z tzw. artykułami żelaznymi wykupywałem całą dostawę światełek, o czym dowiadywałem się od znajomych Rodziców, którzy prowadzili ten sklep (Jan Jęczkowski i Franciszek Sobiak). Światełka te kupowałem po złotówce, a sprzedawałem po cztery lub pięć złotych.

Latem ze starszym bratem Jurkiem zbieraliśmy i suszyliśmy zioła, np. babkę szeroko- i wąskolistną, bylicę piołun, dziurawiec zwyczajny, krwawnik pospolity, kwiat lipy, liście mięty, podbiał pospolity, pokrzywę zwyczajną. Sprzedawaliśmy je w punkcie skupu, w którym nas instruowano, jakie zioła zbierać, gdzie najczęściej rosną, jak je suszyć. Dostawaliśmy również ulotki z rysunkami i objaśnieniami ziół. Sprzedaż suszonych ziół była bardzo opłacalna.

W okresie jesiennym handlowałem jabłkami, które skupowałem od okolicznych sadowników. Jako handlarz jabłek byłem domokrążcą. Sprzedawałem je głównie rodzinom wysiedlonym z Wielkopolski. Najpierw zbierałem zamówienia na jabłka, potem dostarczałem je bezpośrednio od sadowników. Od Kazia kupiłem prymitywną szlifierkę, na której ostrzyłem noże i nożyczki, nie tylko dla swego domu i nie tylko za darmo. Opuszczając Włoszczowę w 1945 r., rozstałem się z wielkim żalem z moją ukochaną szlifierką. Ojciec po prostu wystawił ją na podwórze i ktoś sobie ją zabrał. W wolnych od nauki, zabawy i handlowania chwilach zajmowałem się m.in. zelowaniem butów. Kupowałem w specjalnych torebkach skrawki skóry podeszwowej i flekowałem nimi buty wszystkich domowników.


Rodzina Krygierów w mieszkaniu we Włoszczowie: Zofia Krygier (siostra Kazimierza), Kazimierz i Czesława Krygierowie, z tyłu synowie: Jurek, Andrzej i Romek. Boże Narodzenie 1942 lub 43


Lubiłem kupować tzw. odciągane (chude) mleko. Szedłem po nie dość wcześnie, ponieważ sprzedaż mleka była ograniczona. Wtedy utrwalił się taki zwyczaj, że nie ludzie stawali w kolejce, tworzyły ją natomiast ustawione kanki, dzbanki, garnki i wiaderka. Często wybuchały awantury, ponieważ nieuczciwi ludzie, którzy przychodzili później, przestawiali naczynia do mleka, wciskając swoje do kolejki, bliżej wydającego mleko okienka. Zanim przywieziono mleko, bawiłem się z chłopakami w grę z monetami uderzanymi o ścianę. Jeśli moja moneta znalazła się w zasięgu monety przeciwnika i mogłem ją dotknąć rozwartymi palcami swojej dłoni, moneta taka stawała się moją własnością. Często także grałem w Piotrusia i kartami w oczko na pieniądze. Udawało mi się czasami wygrywać spore kwoty. Pod koniec 1944 r. w mleczarni został zatrudniony syn znajomych. Wówczas zmieniłem trasę chodzenia po mleko. W mleczarni synowi znajomych pomagałem niekiedy kręcić korbą centryfugi i odciągać od mleka śmietanę.

Chodzić po mleko i handlować czym się dało, mogłem tylko dlatego, że do szkoły uczęszczałem na ogół w godzinach południowo-popołudniowych. W okresie jesiennym zaopatrywałem rodzinę w ziemniaki. Po wykopkach chodziłem po polach i zbierałem pozostałe tam ziemniaki. Z kolegami czasami w polu rozpalaliśmy ogniska, w których piekliśmy ziemniaki. Pieczone kartofle bardzo lubiłem, szczególnie te ich części spieczone – pod łupiną. W mieście polowałem także na wozy wiozące „pyrki”. Z przepełnionych wozów niekiedy spadały ich większe ilości, a ja je skrzętnie zbierałem. Rodzice hodowali przeważnie od 30 do 40 królików, których mięso stanowiło dla nas podstawę wyżywienia. Ze starszym bratem byłem zobowiązany dostarczać paszę dla „królasów”. Trawę rwaliśmy na łąkach poza miastem. Po siano z workami chodziliśmy na Podzamcze, do dużego folwarku, którym kierował znajomy Rodziców – Franciszek Winiarski.

Romek i Jurek Krygierowie, ok. 1940 r.

Romek Krygier z kolegą, 1943 lub 1944 r.

Rynek i kościół we Włoszczowie w czasie wojny, zdjęcie z albumu Krygierów

Czesława i Kazimierz Krygierowie przed domem we Włoszczowie, 1943 r.

Czesława Krygier z Andrzejem


Spacer po Włoszczowie – 2000 r.

Romuald Krygier z żoną Ewą przed kościołem we Włoszczowie

Na Rynku – na tyłach tego domu Krygierowie mieszkali w czasie okupacji

Przed wejściem do mieszkania z jego obecnym lokatorem

Na tę łąkę w 1944 r. spadła bomba

Jedna z pierzei rynku we Włoszczowie

Partyzanci, hitlerowcy i niebezpieczna ciekawość

W latach 1943-1944 nasiliły się nocne wyprawy partyzantów do miasta. Włoszczowa leżała w centrum lasów, każda droga wychodząca z miasta przechodziła – po kilku kilometrach – przez lasy, w których roiło się od partyzantów różnych orientacji. Partyzanci rozbijali głównie sklepy spożywcze, choć także z artykułami bławatniczymi [tkaninami], galanteryjnymi i pasmanteryjnymi. W czasie ich nocnego pobytu w mieście „była Polska”.

Pewnego razu, zimą, nocną porą partyzanci przystawili drabinę do balkonu mieszkania burmistrza Leona von Rybińskiego przy Rynku. Wyciągnęli go z mieszkania, rozebrali do naga, położyli na porzucony na środku Rynku nagrobek z cmentarza żydowskiego i na nim sprawili mu ciężkie lanie. Pobity Rybiński musiał śpiewać: „Jeszcze Polska nie zginęła”. Wkrótce po tym wydarzeniu burmistrz opuścił Włoszczowę. Wsławił się w mieście m.in. tym, że chodniki Rynku – zamiast płytkami – kazał wyłożyć nagrobkami z cmentarza żydowskiego.

W nocy z 18 na 19 lipca 1943 r. Włoszczowa została całkowicie opanowana przez oddziały Armii Krajowej. 18 marca i 25 lipca 1944 r. odbyły się tu akcje oddziału AK „Marcina”. 6 czerwca i 27 listopada 1944 r. we Włoszczowie swe zasadzki zorganizował oddział Armii Ludowej „Garbatego”. Za różne akcje partyzantów często konsekwencje ponosiła miejscowa ludność. Niektórzy mieszkańcy dostawali się do istniejącego tu aresztu żandarmerii, który utworzono już pod koniec września 1939 r. Z tego aresztu więźniów wywożono głównie do obozów koncentracyjnych. Po przeprowadzonych śledztwach ponad 250 osób zostało rozstrzelanych. 31 października 1943 r. na cmentarzu żydowskim we Włoszczowie zamordowano około 100 kobiet i mężczyzn. Dzień ten nazwano „krwawą niedzielą”. Szczególnie pamiętam ich duży pogrzeb. Wśród rozstrzelanych Polaków był syn znajomych Rodziców – 20-letni Czesław Friske, brat Elżbiety. Ciała chowano w surowych drewnianych trumnach. Był to dzień żałoby i płaczu.


Romek Krygier (z prawej) z kolegami we Włoszczowie


Hitlerowcy stosowali również inne represje, np. w czasie rewizji mieszkań zabierali wszystko, co im się podobało. Strzelaniny zdarzały się także w ciągu dnia, kiedy Niemcy stwierdzili obecność partyzantów w mieście. Pewnego razu przyglądałem się takiej strzelaninie, stojąc na progu naszego domu. Hitlerowcy i partyzanci ostrzeliwali się wzajemnie, kryjąc się za narożnikowe domy Rynku. Pociski z pistoletów świstały mi koło uszu. Łatwo wtedy mogłem zginąć. Ojciec, zorientowawszy się, że nie ma mnie w mieszkaniu, korytarzem frontowego domu podszedł do progu, skąd wciągnął mnie siłą do domu. Dostałem wówczas po portkach potworne lanie. Ojciec krzyczał, że mnie zabije, jeśli przedtem nie zginę od przypadkowej kuli. Niezdrowa moja ciekawość, nie tylko w tym wypadku, doprowadzała mojego Ojca do szału, do białej gorączki.

Kiedyś biegałem po Rynku w czasie, kiedy niemieccy żołnierze zgarniali ludzi do jakichś robót lub do wywózki – może do obozów koncentracyjnych? Do mnie dobiegło dwóch szkopów i jeden z nich chwycił mnie mocno za prawą rękę, aby mnie gdzieś odprowadzić. Zacząłem potwornie krzyczeć i beczeć jak baran odzierany ze skóry. Próbowałem wyrwać się szwabowi, ale ten nie puszczał. Zrozpaczony, pełen strachu, ugryzłem Niemca w rękę powyżej dłoni. W ten sposób uwolniłem się i zacząłem uciekać. Szkop dobiegł do mnie i swym ciężkim żołnierskim buciorem kopnął mnie w kość ogonową (do dziś w czasie zmieniającej się pogody czuję ból w tej okolicy!). Po chwili usłyszałem repetowanie karabinu. Strach spowodował, że uciekałem bardzo szybko. Jako dziecko czasu wojny już wiedziałem, że należy „wiać wężykiem”. Nie biegłem w kierunku domu, tylko boczną uliczką do uliczki przebiegającej z tyłu za naszym domem. Ojciec znowu był zmuszony spuścić mi tęgie lanie.

W lecie 1944 r. hitlerowcy, spodziewając się przesunięcia frontu na zachód, szykowali się do obrony. W okolicy Włoszczowy nakazali Polakom kopać rowy strzeleckie i przeciwczołgowe. W niedzielne ranki ogłaszali zbiórki ludzi do kopania rowów poprzez bicie w małe dzwony, znajdujące się na narożnikach Rynku. Kilka razy pojechałem z Matką, podstawioną na Rynku ciężarówką, kopać rowy przeciwczołgowe, ponieważ w tym czasie Ojciec ciężko chorował. Za kilkugodzinną pracę Niemcy płacili wszystkim „okopowiczom” ohydnymi papierosami, po 10 sztuk na twarz.


Rodzina Krygierów w dniu 1. komunii Romka (1943 r.): Jurek, Czesława, Kazimierz i Zofia, z przodu Andrzej i Romek


Ojciec pracował we Włoszczowie w pożydowskich sklepach galanteryjnych (pisałem o tym już wcześniej). Niemcy do sklepów pożydowskich angażowali wysiedlonych Polaków z Wielkopolski, ponieważ ci znali język niemiecki. W drugim z kolei sklepie Ojciec pracował wspólnie z mieszkańcem Szamotuł, kupcem Kazimierzem Starczewskim, przedwojennym właścicielem sklepu odzieżowego i bławatów na narożniku ul. Kościelnej i ul. Wronieckiej. Część towarów sprzedawano Polakom na specjalne bony – znaczki. Wieczorami, przy karbidówce, cała nasza rodzina siadała do ich naklejania na duże arkusze papieru. Ojciec z tymi bonami dokonywał jakichś manipulacji, nie wiem tylko, na czym one polegały. Czasami bony już naklejone odklejaliśmy (klej był podły!) i przenosiliśmy na inne arkusze.

Zdarzało się, że – szczególnie w 1944 r. – do sklepu przychodzili wyżsi oficerowie niemieccy i domagali się sprzedaży guzików wojskowych z polskimi orzełkami (zapasy przedwojenne). Ojciec za każdym razem twierdził, że takich guzików w sklepie nie ma. Wówczas ci informowali, że wiedzą o pewnych zapasach takich guzików w sklepie. W czasie nieobecności innych klientów oficerowie rozpinali swe niemieckie mundury i pokazywali, że pod spodem mieli polskie mundury wojskowe. Byli to ludzie z lasu. Sprzedaż guzików następowała wówczas od razu. Ojciec czasami myślał, czy nie były to prowokacje niemieckie. Ojciec ze swoim współpracownikiem, po wyczerpaniu zapasu tych guzików, upozorował włamanie do sklepu. Bał się konsekwencji ze strony Niemców. Po „włamaniu” mógł tłumaczyć się, że polskie guziki wojskowe zginęły w czasie rabunku. Sprawa jakoś rozeszła się po kościach.


Czesława i Kazimierz Krygierowie w czasie niedzielnego spaceru za miasto, ok. 1942 r.


Od 1944 r. nasiliła się propaganda hitlerowska, eksponująca liczne zwycięstwa niemieckie na wszystkich frontach. Pamiętam kolorowe afisze (plakaty), na których widniały wielkie liczby zdobytej na żołnierzach radzieckich broni i amunicji. Wyczuwało się już wówczas dużą nerwowość wśród fryców. Zorganizowali oni blisko naszego domu małą szkółkę podoficerską. Po pewnym czasie Niemcy chcieli do niej werbować młodych Polaków. Dlatego w oknie wystawowym blisko położonego sklepu umieścili wielką planszę z orłem polskim na … czarnym tle. Nie wiem, czy ta zachęta wpłynęła na werbunek Polaków do Wehrmachtu.

W lecie 1944 r. na podwłoszczowską łąkę przypadkowo spadła bomba, która jednak nie wybuchła, tylko zaryła się w ziemię. W leju bomby powstała mała górka. Tłum ciekawskich zbiegł się oglądać to „cudo”. Naturalnie, nie mogło tu zabraknąć również mnie. W pewnym momencie skoczyłem na bombę i zacząłem po niej skakać. Ludzie w popłochu odskoczyli od tego miejsca, bali się eksplozji bomby. Pod moim adresem poleciały brzydkie i niewybredne słowa. Z tłumu wyskoczył jakiś mężczyzna i ściągnął mnie z tej niebezpiecznej górki. Odbyło się publiczne bicie. Kilku ludzi lało mnie bez opamiętania. Zaprowadzono mnie do domu i tu odbyła się dodatkowa „lana” egzekucja.

We Włoszczowie mieszkało kilkoro kolaborantów tzw. Volksdeutschów. Z Chodzieży przywędrowała tu rodzina Krügerów, która niezbyt dobrze zapisała się w pamięci mieszkańców Włoszczowy. Zbieżność w brzmieniu naszych nazwisk powodowała, że Niemcy często nas ze sobą mylili. Rodzice z trudem musieli tłumaczyć odrębność naszych nazwisk, ich pisownię, określać nasze pochodzenie i miejscowość, skąd tu przybyliśmy. Odwiedzali nas też ludzie z lasu. Także im trzeba było tłumaczyć tę pomyłkę. Po oswobodzeniu Włoszczowy Ojciec w tej sprawie był kilkakrotnie wzywany do ludzi „Garbatego”, do nowych władz polskich. Z tego wynika, że trudny i tak żywot okupacyjny oraz zaraz powojenny komplikowało nasze nazwisko. Wśród dzieci krążyła wtedy parafraza znanego wiersza – katechizmu dla dzieci Władysława Bełzy:

Kto ty jesteś? Volksdeutsch cwany.
Jaki znak twój? Krzyż złamany.
Kto cię zrodził? Zawierucha.
Co cię czeka? Gałąź sucha.

Spisane w 1999 r.

Szamotuły, 10.09.2019

Romuald Krygier (1933-2009)

Dr etnografii, autor wielu publikacji o tematyce regionalnej, bibliotekarz

Współtwórca i wieloletni prezes Towarzystwa Kultury Ziemi Szamotulskiej

Romuald Krygier, Dzieciństwo wojenne – z Szamotuł do Włoszczowy2025-08-18T23:24:51+02:00

Adolf Roepke – fotograf szamotulan w czasach zaborów

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Adolf Roepke – fotograf szamotulan w czasach zaborów

Fotografie z napisem u dołu „Atelier A. Roepke” i adresem z pewnością można znaleźć w wielu albumach ze zdjęciami szamotulan z początku XX wieku. Bo też zakład fotograficzny Adolfa Roepkego był przez ponad ćwierć wieku prawdopodobnie jedynym miejscem, w którym mieszkańcy Szamotuł i okolic mogli się sfotografować.

Adolf Roepke nie był pierwszym fotografem, który miał swój zakład w Szamotułach. W zbiorach krakowskiego Muzeum Fotografii odnalazłam kilka zdjęć dwóch autorów, przy nazwisku których widnieje miejsce: Samter (Szamotuły). Są to P. Gull i Emil Müller. Zdjęcia datowane są orientacyjnie na ostatnią dekadę XIX w., brak też dokładnego adresu zakładu. Istnieje prawdopodobieństwo, że któryś z tych zakładów (a być może był to jeden zakład, który przechodził z rąk do rąk) przejął właśnie Adolf Roepke, który zamieszkał w Szamotułach ok. 1895 roku.

Historii Adolfa Roepkego i jego rodziny nie poznałabym, gdyby nie odezwała się do mnie jego prawnuczka – Angela Felińska z Poznania.

Adolf Roepke przeniósł się do Szamotuł z Friedebergu, czyli dzisiejszych Strzelec Krajeńskich. Na zdjęciach powstałych w latach 1895-1900 widnieją dwa adresy: Friedeberg, Richtstrasse 88 (dziś Strzelce Krajeńskie, ul. Bolesława Chrobrego)  i Samter, Bahnhofstrasse 39 (Szamotuły, ul. Dworcowa). Wynika z tego, że przez pierwsze lata pobytu w Szamotułach Adolf Roepke utrzymywał dwa zakłady: nowy w Szamotułach i dawny w Strzelcach Krajeńskich. Na zdjęciach powstałych ok. 1902 roku jest już tylko jeden napis: Samter i nowa lokalizacja zakładu: Neustadt 111 (Nowe Miasto, czyli dzisiejszy pl. Sienkiewicza). Na początku XX w. Adolf Roepke działał także we Wronkach – na zdjęciach znów pojawia się podwójna lokalizacja firmy. Najdłużej – od ok. 1905 r. – zakład mieścił się przy Töpferstrasse 6 (dziś Garncarska 13). W tym miejscu zamieszkała też rodzina fotografa.


Anneliese Roepke, ok. 1899 r. i z braćmi Albertem i Erichem, ok. 1901 r.


Adolf był z pochodzenia Niemcem i ewangelikiem. Ożenił się jednak – jak to wówczas często bywało – z Polką i katoliczką – Alwiną z domu Fautler. Alwina (1863-1958) urodziła się w Birnbaum, czyli w Międzychodzie. Młodzi pobrali się w 1884 r. w okolicach Frankfurtu. Na zdjęciach widać, że Alwina była bardzo piękną kobietą. Małżeństwo doczekało się trojga dzieci: dwóch synów i córki. Najstarszy był Albert, potem Anneliese (później nazywana Anelizą i Anną, 1898-1974) i Erich (1900-1986). Dwójka młodszych urodziła się już w Szamotułach. Wszystkie dzieci kształciły się w miejscowej szkole, tak jak ojciec zostały ewangelikami. W zachowanym pamiętniku Anelizy z wpisami kolegów z lat 1909-12 znaleźć można nazwiska dzieci wielu znanych w tamtym czasie szamotulan, są Niemcy, Polacy i Żydzi. Aneliza opowiadała wnuczce, że chodziła do szkoły razem z dziećmi różnych wyznań, a pastor, ksiądz katolicki i rabin przychodzili i na lekcje religii zabierali uczniów – każdy swoją grupkę. Albert i Erich po ukończeniu szkoły wyjechali dalej się kształcić w głębi Niemiec, obaj zostali inżynierami i nie powrócili już do Szamotuł.

W domu Angeli Felińskiej znajduje się także puchar – nagroda zdobyta przez pradziadka Adolfa w zorganizowanych w Szamotułach zawodach strzeleckich. Przez długie lata przechowywana była moneta, prawdopodobnie denar z czasów Władysława IV. W czasie kopania kanalizacji w Szamotułach znaleziono garnek z tymi monetami i mieszkańcy mogli je kupić. Niestety, jakiś czas temu denar poszedł na oględziny do rzeczoznawcy i już nie wrócił do właścicieli.


Zwykle najmniej zdjęć ma sam fotograf. Prawdopodobnie jedyne zachowane zdjęcie Adolfa Roepkego. Razem z nim na fotografii są żona Alwina i dzieci. Ok. 1903-1904.


W latach 1. wojny światowej Adolfowi Roepkemu przydzielono zadania związane z łącznością, zajmował się gołębiami, które wykorzystywane były przez armię niemiecką do przenoszenia wiadomości, a nawet przymocowywano do nich miniaparaty fotograficzne. W tej pracy pomagała mu córka Aneliza. Zmarł krótko przed zakończeniem wojny – 12 lipca 1918 r. Pochowany został prawdopodobnie na cmentarzu ewangelickim w Szamotułach przy pl. Kościelnym (Sienkiewicza), zlikwidowanym po 2. wojnie światowej. Alwina Roepke przez 3 lata prowadziła jeszcze zakład fotograficzny po mężu.

Informacje o kolejnych właścicielach można znaleźć w prasie. „Dziennik Powiatu Szamotulskiego” z 14 lipca 1921 roku zamieścił ogłoszenie, w języku polskim i niemieckim, o przejęciu zakładu przez Nowackiego i Porawskiego, nazywających siebie „długoletnimi fachowcami”, którzy będą się starali „ku ogólnemu zadowoleniu wszelkie prace wykonać” i proszą, aby „zaufanie byłej firmy na nich przenieść”. Trudno powiedzieć, czy jakość pracy była gorsza, czy zaufanie mniejsze niż wobec poprzednika, pewne jest natomiast, że już po roku zakład objął kolejny właściciel, a właściwie właścicielka – Zofia Brzezińska z domu Matuszczak – żona szamotulskiego witrażysty Michała Brzezińskiego, którego prace – wystawione w 1929 r. na Powszechnej Wystawie Krajowej – chwalił sam prezydent Ignacy Mościcki. Brzezińscy w budynku na Garncarskiej prowadzili oba zakłady: fotograficzny i witrażowniczy, a na początku lat 30. przenieśli je do nowego budynku przy Kościelnej 11 (dziś 13). Zdjęcia wykonywane w Szamotułach w okresie międzywojennym mają zwykle właśnie charakterystyczny odcisk „Foto Z. Brzezińska Szamotuły”.


Dom przy ul. Garncarskiej w Szamotułach – miejsce zamieszkania rodziny Roepków i zakład fotograficzny Adolfa


Wróćmy jednak do rodziny Adolfa Roepkego. Sprzedaż zakładu przez wdowę po nim wiązała się z wyprowadzką z Szamotuł. Właśnie w 1921 r, 28.06, Aneliza wyszła za mąż za Aleksandra Brodniewicza (1888-1933) z Sierakowa. Sama z rodziny mieszanej niemiecko-polskiej i ewangeliczka poślubiła Polaka, powstańca wielkopolskiego i katolika. Pochodzenie nie miało tu jednak większego znaczenia, bo Aleksander – kapitan Wojska Polskiego – bez trudu uzyskał zgodę władz zwierzchnich na ślub. Mąż Anelizy był kuzynem ks. Narcyza Putza, dawnego wikariusza szamotulskiej parafii kolegiackiej (1903-13), w czasie II wojny zamęczonego w obozie koncentracyjnym w Dachau i w 1999 r. ogłoszonego przez Jana Pawła II błogosławionym. Po ślubie młodzi zamieszkali w Poznaniu, razem z Alwiną, która po jakimś czasie przeniosła się do Niemiec do najmłodszego syna.

Aneliza z sentymentem wspominała Szamotuły. To było miasto jej dzieciństwa i młodości. Z niektórymi koleżankami z czasów szkolnych utrzymywała kontakty przez długie lata. W szamotulskim „Jeziórku” uczyła się pływać podtrzymywana na wędce, z rodzicami i rodzeństwem jeździła na majówki do Gałowa i Gaju Małego. Jeśli na początku października było jeszcze ciepło, swoje urodziny wyprawiała na dworze, w ogrodzie. Stykał się z nim sad, z którego owoce mama ofiarowywała w prezencie innym ludziom. Mieli kota, odprowadzającego Anelizę aż do dworca. I widocznego na fotografiach psa, który – gdy klient atelier nie zdjął kapelusza – na rzuconą przez Adolfa uwagę „Panu jest chyba gorąco” skakał wysoko i zrzucał nakrycie z głowy delikwenta.


Anneliese Roepke z psem, ok. 1920 r.


Wspominała, jak razem z rówieśnikami – jako duch – straszyła ludzi na ulicy i w pobliskim parku, w prześcieradle i z głową w wydrążonej dyni. Chodziła też na szkolne bale przebierańców. Na jednym z nich w stroju dziewczęcym wystąpił jej starszy brat Albert. Wpadł w oko jednemu z nauczycieli, który adorował go w czasie całej zabawy i miał potem z tego powodu duże nieprzyjemności.

Wspominała, jak w jej domu komentowano bicie dzwonów przy kolegiacie. Kiedy odbywał się pogrzeb jakiegoś zamożnego mieszkańca Szamotuł, odzywał się duży dzwon, który swoim niskim tonem rozgłaszał: „Miał – dał – miał – dał”. Kiedy chowano jakiegoś biedniejszego szamotulanina, słychać było mniejszy dzwon, który wyższym głosem jakby powtarzał: „Nie miał – nie dał – nie miał – nie dał”.  Opowiadała też o wielkim drzewie rosnącym przy kolegiacie – były to czasy kiedy był to najpotężniejszy wiąz w całej Wielkopolsce. W jej wersji opowieści drzewo nie było kojarzone z postacią króla Jana III Sobieskiego, lecz z Napoleonem Bonaparte, który miał ukryć się w konarach drzewa.

Kiedy w latach 50. i 60. Aneliza przyjeżdżała z wnuczką Andżelą do Szamotuł, wiele osób mówiło jej na ulicy: „dzień dobry”. Prawdopodobnie w starszym wieku upodobniła się do swojej matki Alwiny, a tę szamotulanie dobrze pamiętali.


Aneliza i Aleksander Brodnieiczowie z córką Gizelą, ok. 1930 r.


Inne fotografie wykonane w Atelier A. Roepkego


Z lewej – zdjęcie ślubne Franciszki i Bronisława Napierałów, 1906 r. (własność Jan Kulczak). Z prawej – nieznana rodzina (zdjęcie z aukcji internetowej)

Z lewej – zdjęcie dziewczynki w stroju komunijnym, ok. 1895-1900 (Muzeum  Fotografii w Krakowie). Z prawej – nieznane z nazwiska matka i córka, ok. 1900-1905 (zdjęcie z aukcji internetowej)

Z lewej Edward Karpiński (por. http://regionszamotulski.pl/rodzina-karpinskich/, zdjęcie – właśność Irena Krawczyńska). Z prawej – nieznane dzieci (zdjęcie z aukcji internetowej).

Z lewej – Kazimierz Maciej i Marianna Ludkowie, zdjęcie A. Roepke, 1910-14 (własność Wojciech Musiał). Z prawej – nieznana para (zdjęcie z aukcji internetowej).

Zdjęcia komunijne (własność Ewa Napierała)

Z lewej rodzina Gimzickich, stoi Kornelia Ossowska; z prawej – mężczyzna w mundurze (własność obu zdjęć Ewa Napierała)

Szamotuły, 22.08.2019

Zdjęcia innych szamotulskich fotografów (ok. 1885-1895)

Źródła fotografii powyżej – Muzeum Fotografii w Krakowie


Rewers fotografii z zakładu Adolfa Roepkego


Rodzina Adolfa Roepkego

Alwina Roepke w młodości (ok. 1885 r.)

Alwina Roepke, przed 1920 r.

Albert Roepke, ok. 1920 r.

1. strona pamiętnika Annelisy, 1909 r.

Anneliese, ok. 1915 r.

Anneliese Roepke, ok. 1920 r.

Anneliese Roepke, ok. 1920 r.

Aneliza i Aleksander Brodniewiczowie, 1. połowa lat 20. XX w.

Fragment ekspozycji w baszcie Halszki. Zdjęcie – Klub i Sekcja Fotograficzna SzOK


Zdjęcia rodzinne udostępniła Angela Felińska


Rodzina Rybarczyków: Władysław i Marta (w strojach komunijnych) z rodzicami Marią i Józefem oraz z młodszymi siostrami – Cecylią i Leokadią, 1912 r. (własność Jan Kulczak)

Nieznana kobieta (zdjęcie z aukcji internetowej)

Adolf Roepke – fotograf szamotulan w czasach zaborów2025-01-03T13:23:53+01:00
Go to Top