Boże Narodzenie w latach 50. i 60.


Ręcznie malowana kartka z czasów PRL, ok. 1950-1970

https://krukzzabiejgory.wordpress.com/tag/stare-kartki/



Moje pierwsze Boże Narodzenie w grudniu 1949 roku. Na odwrocie zdjęcia mama napisała: „Lalunia ma 8 miesięcy”.



Odtworzona wspolcześnie choinka w stylu lat 50. XX wieku i papierowa szopka z 1956 roku.

Źródło: http://muzeumplaza.pl



Bombki choinkowe i lampki z lat 60.



Ostroróg na dawnej fotografii

Zdjęcie: Urząd Miasta i Gminy Ostroróg (za: FB Ostroróg na kartach historii)

Boże Narodzenie mojego dzieciństwa. Tak świętowaliśmy w Ostrorogu

Przed nami święta Bożego Narodzenia. Tak bardzo różnią się od tych, które pamiętam z mojego dzieciństwa, a przypadło ono na lata 50. i 60. Na pewno wielu z Was w moich wspomnieniach znajdzie okruchy własnych przeżyć.

Zorganizowanie świąt było na pewno wielkim wyzwaniem dla rodziców i dziadków, bo żyło się w rodzinie wielopokoleniowej i każdy miał jakieś zadania i obowiązki. Trzeba było wysprzątać cały dom, a nie było to takie proste jak teraz. Miotła, szczotka, wiaderko z wodą zagrzaną z jakimś mydłem albo z sodą, ścierka i zaczynało się mycie drzwi, podłóg, które potem zwykle pastowało się a na końcu froterowało, żeby błyszczały.

Szyby w oknach były myte wodą z octem i do błysku polerowane starymi gazetami. W oknach wieszało się firanki – niciane. Trzeba było je uprać, wykrochmalić i uprężyć samodzielnie, albo zanieść do punktu „prężenia firan”. Podobnie  było z białą pościelą (innej nie było) i serwetami, które trzeba było wymoczyć, ręcznie uprać, wykrochmalić, wysuszyć i albo uprasować, albo zanieść do magla. U mnie w domu dość wcześnie (lata 60.) pojawiła się pralka elektryczna, ale w latach 50. jeszcze pranie przedświąteczne odbywało się w balii i przy użyciu tarki. Na szczęście było pomieszczenie zwane pralnią i nie trzeba było tego robić w kuchni.

Zakupy świąteczne to było kolejne wyzwanie. W sklepach prowadzonych w Ostrorogu przez Gminną Spółdzielnię „Samopomoc Chłopska”, były tylko bardzo podstawowe produkty, z których w domach wyczarowywało się wszystko samodzielnie. Kto miał gdzie, hodował więc świnkę, którą zabijał na święta, a kto nie hodował świnki, to miał rodzinę na wsi, od której przywoził mięso i kiełbasy na świąteczny stół. Ale w żniwa musiał jechać i pomagać w polu. Warzywa uprawiano w ogródkach, potem je kopcowano, albo przechowywano w piwnicy w piasku. Ogórki i kapustę kiszono, grzyby zbierano w lesie, owoce suszono,  ryby łowiono w jeziorze, orzechy rosły na drzewie, które posadził dziadek w 1939 roku. Miód był swój, bo dziadek miał w ogrodzie kilkanaście uli.

Od połowy grudnia wypatrywano w sklepach kubańskich cytryn i pomarańcz. Nadsłuchiwano komunikatów radiowych, albo szukano informacji w „Gazecie Poznańskiej”, czy „statki z pomarańczami z Kuby zdążą na czas dopłynąć”. Przed świętami rodzice udawali się  autobusem do Poznania, skąd przywozili lepsze rzeczy do jedzenia i prezenty, które były przed dziećmi ukrywane do Gwiazdki. Na książkach, które zawsze były do prezentów dodawane, mam jeszcze dedykacje pisane ręką mojej mamy: Dla Irki na Gwiazdkę. Zachowało się ich kilkanaście. I są pięknym wspomnieniem z rodzinnego domu.

Ale wracam do przygotowań do świąt, bo one  są istotą tego artykułu. A poprzedzający je  adwent był czasem wyciszenia i oczekiwania na uroczystości religijne. Był też czasem  spotkań z rodziną, wypoczynku, prezentów, czasem też lepszego jedzenia.

Przez cały grudzień dzieci robiły ozdoby choinkowe, mimo iż bombki w naszym domu były, nawet kilka przedwojennych. Ale te robótki z bardzo prymitywnych materiałów, wprowadzały w nastrój. A dzieci miały zajęcie. Siedzieliśmy więc przy dużym stole i kleiliśmy  (klejem gotowanym z mąki) łańcuchy z kolorowego papieru. Czasem robiło się  łańcuchy z bibułki i ciętej słomy.  Były też domki z pudełek od zapałek z śniegiem z waty.

Oczekiwanie na święta, to też pieczenie pierników w kuchennym piecu, wykrawanie figurek foremkami  i lukrowanie. Było wysypywanie maku z makówek, które rosły w ogrodzie. Z tego maku potem mama piekła zawijane makowce. Pamiętam też łuskanie orzechów, które potem leżały na stole w miseczce.

Dzieci w czasie Adwentu budowały mały żłóbek dla Jezuska. Najczęściej było to jakieś pudełeczko, do którego wrzucały sianko, jedno źdźbło za każdy dobry uczynek. Zachęcała do tego babcia Józefka, która była pierwszą nauczycielką religii w moim domu. To ona opowiadała nam  o Bożym Narodzeniu. W kościele w latach 50. i do połowy lat 60., msze św. były odprawiane tyłem do wiernych, po łacinie i dzieci za dużo nie rozumiały z tego, co się dzieje w kościele.

Od wprowadzania w życie religijne były babcie. Babcia Ania – mama  naszego taty, która po śmierci dziadka spędzała u nas całe dnie,  czytała nam do snu opowieści ze Starego Testamentu, np. o stworzeniu świata czy o tym, jak bracia sprzedali Józefa do Egiptu. W grudniu nawiedzał  wszystkie domy w całej rozległej parafii w Ostrorogu, pan kościelny Ludwik Burdajewicz, który rozwoził rowerem opłatki zakupione gdzieś u sióstr w Poznaniu. Czekało się na pana kościelnego. Zawsze miał czerwony opłatek dla zwierząt i kolorowy dla dzieci.

Przed samymi świętami przychodzili do naszego domu wędkarze, którzy łowili ryby w dwóch jeziorach: Wielkim i Mormin i przynosili wiaderka pełne małych rybek, które potem mama i babcie patroszyły i smażyły.

Trzeba było też pamiętać o kartkach świątecznych. W czasach, kiedy telefon był rzadkością, list i kartka były dowodem pamięci. Wysyłało się ich kilkadziesiąt do krewnych i znajomych. I czekało się na kartki od nich. Potem leżały na stole w specjalnym koszyczku i były kilkakrotnie odczytywane.  Wspominano tych, którzy je nadesłali.

Przez cały adwent rodzice chodzili na próby chóru kościelnego. Podczas Pasterki chór zawsze śpiewał kolędy. My w tym czasie byliśmy w domu pod opieką babć. Kilka dni przed Wigilią ktoś przywoził nam choinkę z leśniczówki w Wielonku, albo kuzynowie z Wielonka wycinali drzewko w swoim lesie i nam podrzucali.

Jeszcze pół wieku temu żyło się w „budującej socjalizm Polsce” rytmem kalendarza kościelnego. Od 30 listopada do 24 grudnia był adwent – czas umartwienia, postu, rekolekcji, roratów, spowiedzi adwentowej. Przez cały adwent raczej wystrzegano się jadania smakołyków, co nie  było trudne, bo ich w sklepach, przynajmniej w Ostrorogu,  nie było. A ciast w adwencie się nie piekło. Choinkę ubierało się dopiero w Wigilię rano.  Nie wolno było wcześniej, bo przecież był adwent. Kolęd też nie wolno było śpiewać do Pasterki.

W Wigilię już od rana dzieci były podekscytowane. Tata osadzał choinkę w specjalnym stojaku, stawiał na stole w pokoiku najsłabiej ogrzewanym (żeby nie obleciała) i zaczynało się ubieranie. Na wierzchołku był błyszczący czubek. Potem bombki, cukierki zwane choinkowymi, które przed świętami pojawiały się w geesowskim sklepie. Niektórzy wieszali cukierki owijane w sreberko, pierniki, orzechy, jabłka, które na strychu w zimnie przechowywano. Obwieszano drzewko łańcuchami, włosami anielskimi, obrzucano watą, która „udawała śnieg” ale też była towarem deficytowym. Wisiały na choince „zimne ognie”, które tylko dorośli mogli, ku radości dzieci, zapalić. Na choince były „świeczki choinkowe”, mocowane na takich specjalnych „żabkach”. Oczywiście dzieci miały zakaz zapalania świeczek.  Tak w ogóle to zapalano je tylko na czas śpiewania kolęd. A kolędowaliśmy w naszym domu chętnie i często. Tata brał w ręce skrzypce i było granie i śpiewanie wszystkich kolęd po kolei.

Kiedy choinka już była gotowa, w dużym pokoju ustawiany był stół, pokryty obrusem wyhaftowanym w gwiazdki i bombki specjalnie na Boże Narodzenie. Z kredensu wydobywano odświętne naczynia. Dzieci, ubrane w świeże i czyste ubrania, cały czas biegały od okna do okna i sprawdzały, czy jest już gwiazda na niebie, czy jeszcze jej nie ma.

Tymczasem w kuchni mama i dwie babcie gotowały, piekły, smażyły. U nas w domu na wieczerzę była zupa rybna, grzybowa albo barszcz. Zawsze była smażona ryba, ryba w occie  i śledzie w śmietanie (kupione w sklepie z beczki, bardzo słone i długo moczone). Była też kapusta z grzybami i obowiązkowe makiełki, czyli moczona bułka z mlekiem i makiem na słodko. Na deser kompot z suszonych owoców, makowce, pierniki, placek drożdżowy. W Wielkopolsce jeszcze w latach 60. nikt nie jadł  pierogów na Wigilię ani uszek. Ten zwyczaj przyszedł  ze wschodniej Polski i się zadomowił w polskim wigilijnym menu, pewnie też dzięki telewizji. Ale do stołu można było zasiąść dopiero, jak dzieci wypatrzyły gwiazdę. Nie wcześniej, mimo iż głód doskwierał, wszak w Wigilię się pościło. Jadło się niewiele, pamiętam polewkę z maślanki, ziemniaki, chleb z masłem.

Wieczerza wigilijna zaczynała się od dzielenia opłatkiem. Potem była  modlitwa przed jedzeniem : Pobłogosław, Panie Boże, nas i te dary.…  Czytania Ewangelii św. Łukasza o Bożym Narodzeniu nie było. Dopiero  po Soborze Watykańskim II księża zaczęli do tego zachęcać. Biblia Tysiąclecia zaczęła być dostępna dla zwykłych ludzi dopiero po roku 1966.

Ponieważ w Wigilię wieczorem chodziły po naszym miasteczku Gwiazdory, pilnowaliśmy, żeby dobrze  zamknąć drzwi. Rodzice wpuszczali do domu tylko „zamówionego Gwiazdora”. Ten przychodził, odkąd tylko sięgam pamięcią. Między mną a moją najmłodszą siostrą jest 8 lat różnicy, więc Gwiazdor długo przychodził, a ja, nawet jak już wiedziałam, że to przebieraniec, zawsze czekałam na niego. Prezenty były niespodzianką.

Zawsze były piękne i bogate. Często zrobione przez rodziców. Najpiękniejszy był dom dla lalek z dachem i z mebelkami, potem były też same mebelki do sypialni z uszytą przez mamę pościelą i serwetkami, był wózek dla lalki zrobiony przez tatę (stolarza), były lalki w sukienkach uszytych przez mamę lub wydzierganych z wełny, były kuchenki, garnuszki, serwisy dla lalek, Mały doktor, były wspomniane już wyżej książki. Dla brata był wóz zrobiony przez tatę, samochód, potem kiedy podrósł, był „Mały inżynier” do konstruowania, którym bawiliśmy się wszyscy. Były klocki, budownictwo, zawsze jakaś gra planszowa, w którą grała cała rodzina. Pamiętam bierki, domino, szachy, chińczyka. A jak pewnego roku dostaliśmy rowerek, to jeździliśmy nim po mieszkaniu. Zawsze też były słodycze, gwiazdorki z cukru i z czekolady przywożone z poznańskich Delikatesów, były pomarańcze. Ale w dużej rodzinie obowiązywała  zasada częstowania wszystkich  i dopiero to, co zostało, można było zjeść. Trzeba też było dzielić się zabawkami.

Wracając do Gwiazdora (bo w Wielkopolsce św. Mikołaj 6 grudnia podrzucał do wyczyszczonych bucików słodycze i znikał), to  każde dziecko  przepytywał on z wierszyka, pacierza, śpiewania kolędy, a potem wręczał wszystkim prezenty i odchodził. A my siedzieliśmy pod choinką i bawiliśmy się. Śpiewaliśmy też kolędy i słuchaliśmy kolęd z Radia Wolna Europa, bo w Polskim Radiu kolęd nie było.

O północy rodzice szli na Pasterkę, śpiewali w chórze kościelnym św. Cecylii, w którym ja też w czasach licealnych śpiewałam. Jak już trochę podrosłam, może tak po I Komunii św., szłam na Pasterkę z nimi.  Młodsze rodzeństwo zostawało z babcią i dziadkiem w domu. Szliśmy z ulicy Wronieckiej pieszo po śniegu w kierunku kościoła. A od Dobrojewa, Binina, Oporowa też szli szosą ludzie. Było ich dużo. Kościół był pełen. Ksiądz święcił żłóbek, do którego mój tata robił w domu gwiazdę z napisem „Gloria in excelcis Deo”. Było uroczyście, chór śpiewał kolędy. Ludzie byli odświętnie ubrani, niektórzy w kożuchach, bo zimy były tęgie. Zawsze (prawie) był mróz i śnieg.

Potem wracało się do domu, gdzie już można było sobie podgryźć kiełbaski czy szyneczki, bo było po północy i post nie obowiązywał. My najchętniej jedliśmy ryby z octu, które uwielbialiśmy. Potem do łóżek. Rano śniadanie w pokoju przy stole i zabawa prezentami blisko choinki. Dopóki  nie umiałam czytać, zamęczałam babcię lub mamę, żeby mi czytały. Potem czytałam sama, czytałam też młodszym siostrom.

Pierwszy dzień świąt zwykle spędzało się w domu na leniuchowaniu. Obiadu się nie gotowało, były resztki po Wigilii wzbogacone mięsem, kiełbasą grzaną, bigosem, sałatką. Po południu obowiązkowo rodzice szli z nami do kościoła śpiewać kolędy przy żłóbku. Czasem tata wiózł nas na sankach. Potem znów się w domu grało w planszówki, czytało książki, bawiło. Telewizora nie  było. Pojawił się w naszym domu w 1963 roku, kiedy poszłam do liceum w Szamotułach. Ale nawet jak był już telewizor, to i tak program zaczynał się po południu i nie trwał długo. Dużo czasu spędzało się w rodzinnym gronie na rozmowach, rysowaniu, czytaniu, graniu w chińczyka albo w młynek.

W drugie święto kościół i spacer albo wyprawa na cmentarz, lub na lód (z łyżwami, które przyniósł Gwiazdor) na Jezioro Wielkie, albo na sanki (które zrobił tata pod choinkę) na Żydowską Górę albo na Zamek. W święta zwykle odwiedzały nas ciocie Stasia i Marcysia – siostry mojej babci Józefki. Z nami śpiewały kolędy, opowiadały o swoim dzieciństwie, kołysały na kolanach młodsze dzieci.

Jak przymknę oczy, to te obrazki z dzieciństwa przesuwają się jak kadry filmu. Widzę tatę, który przed świętami w warsztacie hebluje deski na domek dla lalek, mamę, która wraca z rynku z torbami pełnymi zakupów, babcię, która zarabia ciasto na pierniki, drugą babcię, która czyta bajki, dziadka, który siedzi przy radiu i nasłuchuje zagłuszanych wiadomości ze świata. A pod choinką przysiadło moje młodsze rodzeństwo. Kazik montuje jakiś dźwig, Dziunia gotuje lalkom obiad w maleńkich garnuszkach, Ela ogląda książeczkę, a najmłodsza Fredka przysypia u babci na kolanach.

Irena Kuczyńska

Boże Narodzenie 2017 r.


Z lewej: domek dla lalek zrobiony przez Ojca Ireny Kuczyńskiej w gwiazdkowym prezencie dla córki 64 lata temu. W środku były miniaturowe mebelki, także ręcznej roboty. Z prawej: sama Autorka z odnalezionym na strychu domkiem.

Szamotuły, 22.12.2017

Irena Kuczyńska z domu Leśna

Urodzona w Ostrorogu, absolwentka szamotulskiego liceum (1967).

Emerytowana nauczycielka języka rosyjskiego w pleszewskim liceum, dziennikarka, blogerka (http://irenakuczynska.pl/).

Boże Narodzenie w latach 50. i 60.2025-01-04T12:04:27+01:00

Wspomnienie o Elwirze Dobkowiczowej

„Rozważna” wspomina „Romantyczną”.

Ewa Krygier (z domu Budzyńska) o Elwirze Dobkowiczowej

Elwira Dobkowiczowa 

polonistka szamotulskiego liceum w latach 1955-1971


Na przełomie stycznia i lutego 2017 roku w szamotulskiej prasie ukazały się nekrologi poświęcone „Pani Profesor Elwirze Dobkowiczowej”, napisane przez Jej byłych wychowanków. W jednym z nich czytamy: „nasza przewodniczka po literaturze polskiej i światowej, wspaniała i niezapomniana nauczycielka żywego słowa”. Kim była Elwira Dobkowiczowa, że po tylu latach budzi jeszcze tak żywe, gorące emocje?

Poznałam Ją w 1955 r., gdy obie rozpoczynałyśmy pracę w szamotulskim liceum jako polonistki. Ona miała już za sobą kilka lat doświadczeń, ja dopiero startowałam w tym zawodzie. Zapamiętałam Ją jako moją nieocenioną „mentorkę”: zawsze mogłam na Nią liczyć, dopuściła mnie do swojego polonistycznego warsztatu, razem (pod Jej kierunkiem) układałyśmy programy nauczania, wymyślałyśmy pisemne tematy egzaminów próbnych i tematy ustne egzaminów maturalnych. Była dla mnie wzorem nauczyciela, który nie żąda od uczniów tego, czego nie wymaga od samego siebie.

Znajdowałyśmy zawsze wspólny język, chociaż diametralnie różniły nas usposobienia: upraszczając można powiedzieć, że Ona byłą „romantyczką”, ja „realistką”. Elwira chętnie przygotowywała uczniów do konkursów recytatorskich. Byłam świadkiem jednej takiej próby. Z Irką Karpińską wspólnie opracowywały jakiś tekst, a Elwira razem ze swoją uczennicą bardzo go przeżywała. Omawiając utwory literackie, potrafiła się autentycznie wzruszyć. Raz w czasie przerwy powiedziała mi, że popłakała się w czasie omawiania Trenów Kochanowskiego. Mnie tego rodzaju emocje na lekcji były raczej obce. Kiedyś jeden z wychowanków powiedział mi, że nauczyłam go krytycznego i rzeczowego spojrzenia na literaturę.

Elwira Dobkowiczowa była ode mnie trochę starsza, ale podobnie jak ja była „dzieckiem wojny”. Czasy, w których się spotkałyśmy, były trudne i skomplikowane – niewiele mówiło się wtedy o swojej przeszłości, bo mogło to nam lub komuś zaszkodzić. Początkowo wiedziałam tylko, że Elwira jest tzw. „repatriantką”. Zdradzała Ją też wymowa. Bardzo lubiłam Jej lekki, wschodni „zaśpiew”, inaczej wymawiała „h” (dźwięczne) i „ch” (bezdźwięczne). Co bystrzejsi uczniowie w czasie dyktanda z łatwością mogli wyłapać, jak napisać słowa brzmiące pozornie identycznie, jak „hart” (ducha) i „chart” (rasa psa). Dopiero niedawno (dzięki uprzejmości Dyrekcji szkoły) dotarłam do Jej własnoręcznie napisanych życiorysów.


Elwira Dobkowicz (siedzi 5. od prawej) z gronem profesorskim i uczniami z rocznika maturalnego 1957


Elwira Dobkowiczowa, z domu Markowska, urodziła się w 1929 r. w Prozorokach na Wileńszczyźnie. Ojciec był stolarzem, później również właścicielem małego gospodarstwa, matka zmarła w 1931 r., gdy Ona miała niecałe 2 lata, a Jej starsza siostra Sławka zaledwie 4. Wychowaniem córek zajmował się ojciec, początkowo przy pomocy babci. Do Sześcioklasowej Szkoły Powszechnej w Zadorożu Elwira zaczęła chodzić w 1936 r. Do wybuchu II wojny światowej ukończyła 4 klasy, klasę 5 i 6 – w tym samym budynku, ale już w szkole sowieckiej. W czasie okupacji niemieckiej przerwała naukę. W 1944 r. zmarł nagle ojciec, pozostawiając córki, jak pisze Elwira, „bez środków do życia, na łasce rodziny”. Rok po śmierci ojca, w czerwcu 1945 r., same dziewczyny (16-latka i 18-latka) opuściły ziemię rodzinną. W ramach „repatriacji” zostały przesiedlone do Poznania. Początkowo korzystały z pomocy tzw. „PUR-u” (Państwowy Urząd Repatriacyjny). Siostra ukończyła kurs pielęgniarski i podjęła pracę zawodową. Elwira dorabiała jako „pomoc domowa”, równocześnie uczęszczała na kursy wieczorowe Szkoły dla Dorosłych i Młodocianych przy ul. Berwińskiego. W czerwcu 1946 r., po zdaniu „egzaminu specjalnego”, otrzymała świadectwo ukończenia „siedmiu klas szkoły podstawowej”. Następnie przeniosła się do ciotki na Ziemie Zachodnie i „natychmiast” (jak sama pisze) podjęła naukę w Liceum Pedagogicznym w Sulechowie. Zamieszkała w internacie szkoły – korzystała ze stypendium i finansowej pomocy siostry. W czerwcu 1950 r. zdała egzamin dojrzałości, a we wrześniu podjęła pracę w charakterze nauczycielki języka polskiego w Liceum Pedagogicznym Towarzystwa Przyjaciół Dzieci w Gorzowie Wlkp. W 1951 r. ukończyła Kurs Przygotowania Zawodowego w Krakowie. Naukę kontynuowała w zaocznym 2-letnim studium języka polskiego w Państwowej Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie, w 1954 r. zdała egzamin dyplomowy. W 1953 r. wyszła za mąż za Mariana Dobkowicza, a w 1955 r. wraz z mężem i maleńkim Sławkiem przeniosła się do Szamotuł, gdzie podjęła pracę w Państwowym Liceum Ogólnokształcącym. Jej mąż pełnił kilka ważnych funkcji w ówczesnych władzach lokalnych. Krótko po osiedleniu się w Szamotułach urodziła się córka Bożenka. Mimo nawału pracy w szkole, w domu (urlop macierzyński trwał wtedy tylko 3 miesiące!), z godnym podziwu uporem i samozaparciem kontynuowała zaoczne studia polonistyczne w PWSP w Krakowie i z pełnym sukcesem je ukończyła. W 1971 r. Elwira Dobkowiczowa z całą rodziną opuściła Szamotuły: mąż podjął pracę w Poznaniu, Ona pracowała w jednej z poznańskich szkół średnich, a po awansie męża – w warszawskim ogólniaku, z którego przeszła na emeryturę. Zmarła w Warszawie 24 stycznia 2017 r.

Kiedy w późniejszych latach spotykałam się z Nią, zawsze podkreślała, że „szamotulski okres” był dla niej szczególnie ważny. Świadczą o tym również Jej serdeczne kontakty, utrzymywane do końca życia, z byłymi wychowankami, które z czasem traktowała jak swoje przyjaciółki.

W czym tkwił fenomen Elwiry Dobkowiczowej jako człowieka, koleżanki, nauczycielki? Na Jej życie złożyły się rodzinne tragedie, trudności, z którymi zmagała się przez wiele lat. Była mądrą, oczytaną kobietą, choć Jej droga do ukończenia studiów była wyjątkowo wyboista. Jej zmaganie się z losem nie zostawiło na Niej śladów zgorzknienia, nieufności. Była otwarta na ludzi, ogromnie życzliwa. Nigdy nie chciała, by traktowano Ją jako żonę „wpływowego” męża. Uważała, że na szacunek trzeba sobie samemu zapracować. Wspomnienia Jej uczniów są pełne ciepła i serdeczności. W sposób szczególnie trafny pisała o swojej Pani Profesor Maria Poniatowska-Bernady („Z Grodu Halszki” nr 7/2006): „Od pierwszej lekcji wzbudziła w nas szacunek, a jednocześnie nie było w naszym stosunku do Niej żadnego elementu strachu (…), ale przez cały długoletni okres nauczania w naszej klasie nikt nigdy nie naruszył tej «cienkiej czerwonej linii», za którą jest niezdrowa poufałość.”

Ewa Krygierowa

Szamotuły, kwiecień 2017 r.

Pierwszy rocznik maturalny, który uczyły Elwira Dobkowicz i Ewa Budzyńska, 1966 r.


Fragment zdjęcia: Ewa Budzyńska (później Krygier), dyrektor liceum Stefan Pawela i Elwira Dobkowiczowa, 1956 r.


Rocznik maturalny z 1958 r.


Elwira Dobkowicz i Ewa Budzyńska – fragment zdjęcia z 1958 r.


Komers (uroczyste spotkanie na koniec szkoły), 1958 r. Od lewej Aldona Grabarczyk, Ewa Budzyńska, Elwira Dobkowicz i Konrad Roszczak


Marian Wawrzyniak, Ewa Budzyńska, Elwira Dobkowicz, Danuta Sommer, Jadwiga Skoracka, 1. połowa lat 60.

Ewa Krygier z domu Budzyńska – w Szamotułach miała spędzić kilka tygodni 1945 roku, tragedia rodzinna zdecydowała, że została tu na całe życie. Żałuje, że nie została nauczycielką matematyki, bo wtedy miałaby więcej czasu na czytanie książek.

Ponad 40 lat uczyła języka polskiego w szamotulskim Liceum Ogólnokształcącym.

Wspomnienie o Elwirze Dobkowiczowej2025-08-20T19:05:06+02:00

Zbigniew Klatkiewicz

Z Oporowa do dywizjonu 300 i z powrotem w rodzinne strony, aby … umrzeć

Dzisiaj zapraszam do poznania wojennych losów sierż. pil. Zbigniewa Klatkiewicza, urodzonego w Oporowie (gm. Ostroróg), członka Dywizjonu 300 ‒ pierwszego polskiego oddziału lotnictwa bombowego w siłach powietrznych Wielkiej Brytanii.

Grudzień 1938 r. – Zbyszek Klatkiewicz na pierwszym urlopie


O swoim wuju, bracie mamy Jadwigi, opowiedziała mi Anna Sibilska ‒ żona Stanisława Sibilskiego, mojego kolegi z czasów podstawówki i szamotulskiego liceum. To Ania ze Stasiem zaprosili mnie do swojego domu w Ostrorogu i snuli opowieść o wujku Zbyszku, który od dziecka marzył o lotnictwie, a kiedy jego marzenia zaczęły się spełniać, wybuchła II wojna światowa i rodzina straciła go z oczu.

Do 1947 roku ani rodzice ‒ Marta i Marcin Klatkiewiczowie, którzy od 1918 roku mieszkali i pracowali w majątku Kwileckich w Oporowie, gdzie w 1922 roku przyszedł na świat ich najmłodszy syn Zbigniew, ani rodzeństwo nie mieli o nim żadnych wiadomości. Nawet pośrednictwo Polskiego Czerwonego Krzyża nie pomogło.

Dopiero w 1947 roku zaczęły do siostry Zofii przychodzić listy z zagranicznymi znaczkami na kopertach. Okazało się, że Zbigniew Klatkiewicz, który po zakończeniu wojny osiadł w Wielkiej Brytanii, też szukał rodziny w Polsce. „Nie miałem już dużo nadziei, że kogoś odnajdę, gdy nie miałem odpowiedzi na moje poprzednie listy” ‒ napisał 4 lutego 1947 roku do siostry Zofii. Zapewniał, że bardzo się martwił o swoich bliskich, podkreślał, że chętnie by w czasie wojny wysłał im z Francji paczki, ale „wszyscy tutaj mówili, że tych, co mają kogoś za granicą, niemcy (pisownia oryginalna) wywożą do obozów”. Dalej tłumaczył, że kiedy wojna się skończyła, pisał do Oporowa, wysłał kilka paczek w nadziei, że coś dojdzie, ale widać nie doszło. Nie dostał też żadnej odpowiedzi z PCK. „Myślałem, że niemcy ewakuowali większość z poznańskiego (‒). Ale Bóg dał, że jesteśmy wszyscy zdrowi i cali” ‒ pisał do Zofii i Mariana.

W liście z 14 marca 1947 roku opisał swoje wojenne losy, począwszy od 1 września 1939 roku, kiedy to, jako uczeń Szkoły Podoficerów Lotnictwa dla Małoletnich w Świeciu, przebywał na szkoleniu w Moderówce na Podkarpaciu.

1 września 1939 roku, o 6 rano byliśmy właśnie na gimnastyce i nikt o wojnie nie wiedział, nadleciało 27 samolotów i dawaj po nas z karabinów. Zginęło wtedy 32 kolegów i na domiar złego spalili nam wszystkie maszyny” ‒ pisał w liście do siostry Zbigniew Klatkiewicz.

O ataku na lotnisko w Moderówce pisze też Stanisław Fryc w książce Z dziejów lotniska w Krośnie 1927-1945 (wyd. Krosno-Jasło 1994). „Gdy nadleciały trzy klucze niemieckich maszyn typu Do-17F, mieszkańcy Moderówki wyszli na drogę i jak urzeczeni wpatrywali się w samoloty. Dopiero gdy zniżyły lot, pokazując czarne krzyże, ludzie zrozumieli, że to wojna i zaczęli się chować, gdzie kto mógł” ‒ napisał Stanisław Fryc.

Lotnisko w Moderówce nie było przygotowane do obrony, jedynym schronieniem był źle zamaskowany i doskonale widoczny z góry rów przeciwodłamkowy. Gdy niemieckie samoloty znalazły się nad polem wzlotów, uczniowie stojący w dwuszeregu na zbiórce, nie zareagowali. Zszokowani widokiem samolotów, stali bez ruchu w dwuszeregu, spoglądali w niebo, „gapiąc się na niemieckie maszyny”. Te zniżyły się do wysokości 100 metrów i skierowały na namioty, samoloty i uczniów…, którzy wciąż stali w dwuszeregu. Z odrętwienia miał ich wyrwać plut. pil. Jan Zawadzki, który krzyczał, żeby uciekali do rowu przeciwlotniczego. Wtedy rozpoczął się atak, kule dudniły po płycie lotniska, trafiały w namioty. W tym czasie pociski dosięgły rowu przeciwlotniczego, gdzie schronili się uczniowie. Byli zabici i ranni. Spłonął sprzęt i paliwo. Tyle relacji Stanisława Fryca.

Zbigniew Klatkiewicz przeżył atak lotniczy. Z listu wynika, że do 5 września siedział w Moderówce, a „oni tak raz albo dwa razy dziennie nas tam odwiedzali”. 5 września 1939 roku, w pełnym oporządzeniu, uczniowie SPLdM wyruszyli z Moderówki w kierunku Rzeszowa na Warszawę, ale po drodze skierowano ich na Łuck, a stąd do Śniatynia, gdzie przebiegała przedwojenna granica Polski z Rumunią.

17 września ‒ jak wynika z listu ‒ młodzi adepci lotnictwa, w tym siedemnastoletni mieszkaniec Oporowa, przekroczyli granicę z Rumunią, gdzie wszyscy zostali internowani. Zbigniew Klatkiewicz pisze, że koledzy natychmiast zaczęli uciekać z obozów. On zachorował na dezynterię, po wyleczeniu wystarał się o paszport na inne nazwisko i uciekł trochę później.

Najpierw dotarł do Syrii, a stamtąd do Francji. Tam służył trochę w lotnictwie, ale nie będąc całkiem wyszkolonym, musiał iść na osłonę odwrotu jako piechur. „Było ciężko, ale jakoś wytrzymałem” ‒ pisał do siostry i szwagra w 1947 roku. Z całej swojej wojennej tułaczki najgorzej wspominał właśnie pobyt we Francji, gdzie „Polaków wsadzili do obozu razem z Hiszpanami, tylko przedzielili na pół, bo miejsca nie było”. Po 6 tygodniach przenieśli Polaków do Lyonu, gdzie czekali na dalsze instrukcje pilotażu. Jednak to wszystko szło powoli, a że „szwaby dawały się ostro we znaki”, Francuzi wysłali Polaków na front jako „piechotę z karabinami z epoki napoleońskiej i dziesięcioma nabojami”.

Dopiero później Zbigniew Klatkiewicz zdobył ‒ jak pisze ‒ „porządny karabin po jakimś niemcu”. Cofali się przez cały czas w kierunku Tuluzy, gdzie „wyrzucił wszystko, co miał. Zostawił tylko karabin, chlebak i ładownicę”. Spod Tuluzy Polacy zostali przegonieni nad Morze Śródziemne. Mieli nadzieję, że na jakiś okręt wsiądą, ale się nie udało. Trzeba było ruszyć w powrotną drogę przez Pireneje nad Atlantyk, gdzie Zbigniewowi ‒ jak pisze ‒ „udało się wkręcić na przedostatni okręt z Francji do Afryki”.

Niemcy próbowali przechwycić jednostkę przy użyciu okrętów podwodnych i samolotów, ale po 10 dniach żeglugi, udało się dopłynąć do Afryki (był rok 1941). Stamtąd Zbigniew Klatkiewicz przedostał się do Anglii, gdzie rozpoczął szkolenie na pilota, które ukończył w maju 1942 roku. Praktykę w lataniu odbył na Stacji RAF Henlow. Szkolenie bojowe miał w Jednostce Szkolenia Bojowego na Stacji RAF Finnigley od maja do sierpnia 1943 roku. Wówczas został wcielony do dywizjonu bombowego 300.

Miałem dużo szczęścia, zrobiłem dużo lotów, aż pod koniec stycznia 1944 roku, moja maszyna została mocno postrzelona, dwa silniki nawaliły i przy bombardowaniu na jednym z pierwszych lotnisk, maszyna się rozleciała. Załoga wyszła cało, nawet nikt nie był ranny . Tylko ja byłem przygnieciony, złamałem lewy obojczyk i parę żeber. Ale wszystko się zrosło” ‒ pisał do siostry i brata w roku 1947.


Wnuki przy tablicy upamiętniającej gen. Sikorskiego na cmentarzu, gdzie spoczywa dziadek


Z biogramu autorstwa Mieczysława Hasińskiego, który zamieszczono w książce Encyklopedia. Szkoła Podoficerów Lotnictwa dla Małoletnich (Poznań 1993-94, t. I-III) wynika, że 20 marca 1944 roku Zbigniew Klatkiewicz został wysłany „na odpoczynek po lotach bojowych” do Bazy Blackpool. Miesiąc później wrócił do pracy do Szkoły Strzelców Samolotowych na Stacji RAF Evanton, gdzie pełnił obowiązki pilota sztabowego. W Szkole Uzbrojenia Lotniczego na Stacji RAF Mamby nadal był pilotem sztabowym, instruktorem i oblatywaczem.

Kiedy w 1947 roku pisał listy do bliskich w Polsce, pracował jako instruktor lotnictwa, ale  zastanawiał się, czy zostać w Wielkiej Brytanii, czy wrócić do Polski. „Gdybym został tu, to nadal bym latał. A jeśli nie, to zawsze znajdę jakąś pracę. Źle tutaj nie jest, jedzenia jest dość, pieniędzy też, nawet mogę trochę zaoszczędzić, tylko daleko od domu” ‒ pisał w lutym 1947 roku.

Donosił siostrom i bratu, że „dorobił się chorążego, a nawet dwóch krzyżów: potrójnego walecznych i Virtuti Militari”, ale jak pisał, „własny krzyż jest najważniejszy”. Informował też rodzeństwo, że już umie dobrze mówić i pisać po angielsku. Pytał, czy czegoś nie potrzebują, to im przyśle. Cieszył się bardzo, że wreszcie z wszystkimi ma kontakt, że wszyscy są „cali i zdrowi”. Żyli jeszcze wtedy rodzice Zbigniewa. Ojciec Marcin zmarł w 1950 roku, mama Marta przeżyła go o 11 lat.

Do jednego z listów dołączył zdjęcie „swojej panny” ‒ jak pisał. Zdradził, że w Boże Narodzenie 1946 roku zaręczył się z dziewczyną, która mieszka pod tym adresem, „na który wysyłacie listy”. Narzeczona miała mamę i zamężną siostrę, prowadziły razem „skład z przyborami i bielizną dla dzieci”, a on od dwóch lat spędza u nich wszystkie urlopy. „Bardzo się o mnie starają, stale by coś dla mnie robiła czy kupowała. Planujemy sobie, że jak wyjdę z wojska, to wspólnymi siłami otworzymy sobie mały interes”. Narzeczona Zbigniewa, Marjorie Iseton, chciała napisać sama list do przyszłych teściów, ale on jej odradził, bo „byłby kłopot z przetłumaczeniem listu z angielskiego na polski”.

Z biogramu wynika, że w sierpniu 1948 roku sierż. pil. Zbigniew Klatkiewicz został przeniesiony do Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia (PRC) na Stacji RAF Hendesford. W lutym 1949 roku odszedł ze służby wojskowej. Początkowo pracował w piekarni, potem otworzył sklep spożywczy „Klat” Zbigniew Klatkiewicz. Urodzili się mu synowie: w 1949 roku Bernard, pięć lat później Paul.

Zbigniew Klatkiewicz planował przyjazd do Polski, jednak na początku mu go odradzano. W latach 70. odwiedził go siostrzeniec Janusz ‒ syn siostry Jadwigi. Sam zdecydował się odwiedzić rodzinne strony i pokazać żonie Polskę dopiero po zmianie ustroju.

W 1 września 1991 roku przyjechał do Poznania z żoną Marjorie i z wnuczką. Siostrzenica Ania Sibilska wspomina, że cała rodzina czekała na wujka w Ostrorogu, gdzie mieszkała już jej mama Jadwiga z mężem. Po gości z Anglii wyjechał do Poznania jeden z siostrzeńców. Powitanie nastąpiło przy hotelu Merkury. Od nadmiaru wrażeń 69-letni Zbigniew Klatkiewicz źle się poczuł. Kiedy dojechali do Ostroroga, zdążył przywitać się z bliskimi, których nie widział ponad  50 lat. Sił mu wystarczyło na dwie godziny rozmowy. Trzeba było wezwać lekarza. Dr Tadeusz Tanalski zdiagnozował zawał. Wezwane do Ostroroga pogotowie, zabrało Zbigniewa Klatkiewicza do szpitala w Szamotułach. Przebywał tam prawie trzy tygodnie. Jednak chorego serca nie dało się uratować. Zbigniew Klatkiewicz zmarł w szamotulskim szpitalu. Nie zdążył dojechać do Oporowa, gdzie wtedy jeszcze żyło wielu rówieśników i kolegów ze Szkoły Podstawowej w Bobulczynie.

Żona zabrała do Anglii trumnę ze zwłokami Zbigniewa Klatkiewicza. Został pochowany 21 września 1991 roku z innymi lotnikami Dywizjonu 300 na cmentarzu w Newark-on-Trent, w Nottinghamshire. Na tym cmentarzu znajduje się symboliczny grób generała Władysława Sikorskiego. Swoich synów Zbigniew Klatkiewicz wychował na Brytyjczyków. Ale zarówno dzieci, jak i wnuki znają jego przeszłość i wiedzą, że był Polakiem. Jeden wnuk jest pilotem, tak jak dziadek.

Rodzina w Polsce pamięta o wujku, szczególnie w listopadzie, kiedy katolicy w Polsce modlą się za zmarłych. Zawsze dokładają jego imię do wymienianek. I swoim dzieciom opowiadają o Zbigniewie Klatkiewiczu, który wyjechał z domu w Oporowie w 1938 roku. I wrócił w rodzinne strony po to, aby umrzeć wśród swoich.

Irena Kuczyńska

Szamotuły, 09.12.2017

W Szkole Podoficerów Lotnictwa dla Małoletnich w Świeciu nad Wisłą


PWS 18 – na takim, między innymi, samolocie Zbigniew Klatkiewicz szkolił się przed wojną


Avro Lancastery 300. Dywizjonu Bombowego „Ziemi Mazowieckiej”. Zdjęcie – domena publiczna


Zdjęcia przesłane rodzinie w 1947 r. z Anglii


Listy do rodziny – 1947 r.


Zdjęcie ślubne



Odznaczenia Zbigniewa Klatkiewicza: Srebrny Krzyż Orderu Virtuti Militari nr 8517, Krzyż Walecznych (trzykrotnie), Medal Lotniczy (dwukrotnie); odznaczenia brytyjskie: 1939-45 Star, Aircrew Europe Star, Defence Medal i War Medal.



Irena Kuczyńska z domu Leśna

Urodzona w Ostrorogu, absolwentka szamotulskiego liceum (1967).

Emerytowana nauczycielka języka rosyjskiego w pleszewskim liceum, dziennikarka, blogerka (http://irenakuczynska.pl/).

Zbigniew Klatkiewicz2025-08-19T22:52:39+02:00

Aleksander Przybylak

Modlitwa w areszcie UB

Gdy w czasie przesłuchań funkcjonariusze Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Szamotułach bili i znieważali 16-letniego Aleksandra Przybylaka, chłopak starał się głośno śpiewać kościelne pieśni i odmawiał modlitwy. Znał całą książeczkę do nabożeństwa ‒ wspomina jego późniejsza żona, Mirosława z domu Kawczyńska. Nie wiemy, czy bito wtedy jeszcze mocniej lub czy bardziej lżono, jednak na pewno modlitwa dawała mu wsparcie duchowe i pomagała oderwać się od strasznej rzeczywistości.


Aleksander Przybylak, 1947, 49 i 53 (w środku)



Aleksander Przybylak urodził się 10 grudnia 1933 roku w Szamotułach. Jako uczeń Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi wstąpił do drużyny harcerskiej. Władze starały się coraz bardziej podporządkować sobie te drużyny, które działały na wzór przedwojennego harcerstwa, aż w sierpniu 1950 roku całkowicie je zlikwidowały. Już wcześniej jednak wielu młodych ludzi z legalnych drużyn przechodziło do działań konspiracyjnych. Podobnie było w wypadku Aleksandra Przybylaka. Już w kwietniu 1948 roku brał udział w zebraniach grupy utworzonej przez Zenona Andrzejewskiego (pseudonim „Huragan”) i przekazywał na nich informacje z radia londyńskiego i Głosu Ameryki. Pod koniec 1949 roku stworzył organizację „Jutrzenka” i przybrał konspiracyjny pseudonim „Hanka”. Do „Jutrzenki” należeli także: Hieronim Woltmann, Cezary Sobański, Ryszard Matusz, Romuald Nadolle i Stanisław Szymański. Młodzi ludzie prowadzili akcje informacyjne, przeciwstawiając się oficjalnej propagandzie ‒ przygotowywali i rozrzucali ulotki. Próbowali też pozyskać broń.

UB szybko wpadło na ich ślad, cała szóstka została zatrzymana wieczorem 18 lutego 1950 roku lub następnej nocy. W ciągu kilku kolejnych miesięcy wszyscy aresztowani byli wiele razy przesłuchiwani ‒ wielogodzinne przesłuchania odbywały się głównie w nocy, przetrzymywano ich w gmachu szamotulskiego UB, przy ówczesnej ul. Dzierżyńskiego (ul. 3 Maja, budynek Państwowej Szkoły Muzycznej). Aby wyciągnąć z chłopców zeznania, bito ich po całym ciele, zmuszano do siadania na nodze odwróconego taboretu i wykonywania wyczerpujących ćwiczeń fizycznych, znieważano wulgarnymi słowami; grożono im także śmiercią. Zaraz po aresztowaniu niektórzy zostali umieszczeni w ciemnych i nieogrzewanych celach bez łóżek; dopiero po kilku dniach przeniesiono ich do cel z drewnianymi pryczami. Aleksander Przybylak na jakiś czas trafił do karceru.

21 czerwca 1950 r. Urząd Bezpieczeństwa wszystkim chłopcom postawił zarzut „usiłowania przemocą zmiany demokratycznego ustroju Państwa Polskiego”. Wobec Aleksandra Przybylaka sformułowano dodatkowy zarzut: od maja 1945 do 1946 roku miał być zastępcą dowódcy nielegalnej organizacji bez określonej nazwy, używać pseudonimu „Strzała” i ‒ co szczególnie ważne ‒ posiadać w tym czasie broń. Trudno powiedzieć, czy zastraszony i bity chłopiec przyznał się do działania w tej organizacji, czy ktoś na niego doniósł. Na pewno warto zwrócić uwagę na jedno: w maju 1945 roku Olek Przybylak miał 11 i pół roku!

30 września 1950 roku prokurator Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Poznaniu zatwierdził akt oskarżenia i 5 października przekazano go do Wojskowego Sądu Rejonowego. Sprawie nadano sygnaturę Sr. 539/50. Wyjazdowa sesja Wojskowego Sądu Rejonowego w Poznaniu odbyła się 30 października 1950 roku ‒ było to pokazowe posiedzenie w budynku szamotulskiego Starostwa. Aleksander Przybylak otrzymał najwyższy wyrok z całej grupy ‒ 8 lat więzienia (Cezary Sobański ‒ 6 i pół roku, Hieronim Woltman ‒ 6 lat, Stanisław Szymański ‒ 5, Ryszard Matusz ‒ 5, Romuald Nadolle ‒ 2 lata więzienia). Dodatkowo Aleksandra Przybylaka uznano za winnego działań w grupie Zenona Andrzejewskiego (sprawę tej grupy sąd rozstrzygnął w odrębnym postępowaniu 19 października 1950 roku).

Podobnie jak inni członkowie „Jutrzenki” karę więzienia Aleksander Przybylak odsiadywał najpierw we Wronkach, a następnie w Jaworznie, gdzie więźniowie pracowali w kopalni węgla. Praca była bardzo ciężka, Olek Przybylak zawsze starał się wspierać innych więźniów, pomagał im, jak tylko mógł. W Jaworznie poważnie zachorował: miał zapalenie płuc, gorączkę powyżej 40 stopni, w celi było strasznie zimno, a koledzy ‒ przekonani, że umiera, odmawiali za niego różaniec. Trafił wtedy do więziennego szpitala na Montelupich w Krakowie i w połowie 1953 roku został warunkowo zwolniony.

Jeszcze w tym samym roku poznał swoją przyszłą żonę Mirosławę Kawczyńską. Na początku znajomości młodzi nigdy nie przebywali w przestrzeni publicznej tylko we dwoje, dokądkolwiek by poszli: do kina czy na spacer, zawsze z tyłu towarzyszył im „smutny pan” z UB. Pobrali się w 1956 roku. W związku z pobytem w więzieniu Aleksander miał problemy z dalszą nauką i znalezieniem pracy. Został zegarmistrzem (uczył się tego zawodu u brata w Chodzieży), uzyskał też zawodowe prawo jazdy. Przez kilka lat pracował w Chodzieży i tylko w wolnym czasie przyjeżdżał do Szamotuł do żony i dzieci. Później wiele lat był kierowcą w szamotulskiej Gminnej Spółdzielni i pracował w sklepie żelaznym przy ul. Rzecznej.

Małżeństwo doczekało się czworga dzieci: trzech synów ‒ Wojciecha (ur. 1957), Romana (ur. 1958) i Grzegorza (ur. 1966) oraz córki Elżbiety (1961-1990). Przez lata Aleksander często chorował na płuca, co było skutkiem pobytu w więzieniu. Zachował młodzieńczą energię, podobnie jak inni członkowie jego rodziny był uzdolniony muzycznie: pięknie śpiewał i grał na akordeonie. Od lat 90. należał do Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych.

Zmarł nagle 16 stycznia 2000 roku i spoczywa na szamotulskim cmentarzu. Z okazji świąt wnuk obwiązuje jego nagrobek biało-czerwoną szarfą.

W ostatniej dekadzie XX wieku Główna Komisja Badania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu wszczęła śledztwo w sprawie „fizycznego i psychicznego znęcania się w latach 1952-1953 przez funkcjonariuszy Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Szamotułach” nad kilkunastoma aresztowanymi młodymi ludźmi. Po jej likwidacji w 1999 roku sprawę przejął Instytut Pamięci Narodowej ‒ Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Poznaniu. Śledztwo, w czasie którego przeanalizowano dokumenty i przesłuchano wielu świadków, potwierdziło zarzuty, jednak w 2006 roku prokurator je umorzył. Żaden ze sprawców bowiem już nie żył.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 05.12.2017

Aleksander Przybylak (1. z prawej) po wyjściu z więzienia – z bratem i ojcem

Z Mirosławą Kawczyńską, ok. 1954 r.

Z żoną i dziećmi, ok. 1964 r.

Lata 80.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Od urodzenia związana z Szamotułami. Polonistka (jak mama) i regionalist(k)a (jak tata).

Dr nauk humanistycznych, redaktor i popularyzator nauki. Prezes Stowarzyszenia WOLNA GRUPA TWÓRCZA, wiceprezes Szamotulskiego Stowarzyszenia Charytatywnego POMOC.

Aleksander Przybylak2025-08-18T14:49:12+02:00

Wspomnienia Jana Barańczaka

W ciągu swego życia każdy człowiek marzy o tym, by po jego śmierci o nim pamiętano. Ciekawe jest jednak to, że ludzie nie chcą przyjąć do wiadomości oczywistego faktu, że po swej śmierci nie będą się mogli przekonać, czy się o nich pamięta. Nie będą przecież istnieć, co więc daje im wiara w pośmiertną pamięć o sobie? Prawdziwą jednak pociechą jest fakt, że jeszcze żyjemy i że naszym życiem i naszym działaniem możemy pomóc innym ludziom. Bo rozsądek podpowiada nam, że tylko takie życie ma rzeczywisty sens.

(Jan Barańczak)

Ze wspomnień Jana Barańczaka

Lata tuż po wojnie w polskiej medycynie były niezwykle ciężkie, zwłaszcza na prowincji. Gmina wiejska Duszniki, mieszcząca się w południowej części powiatu szamotulskiego, miała pod tym względem dużo szczęścia, ponieważ trafiła nie tylko na bardzo dobrego lekarza, ale również wspaniałego człowieka. Jan Barańczak ‒ bo o nim mowa ‒ nie przebywał długo w Dusznikach, bo zaledwie rok. Jednakże jego działalność z lat 1947-48 spowodowała, że stał się częścią wsi, a pamięć po nim jest żywa do dziś. W prywatnych archiwach duszniczan istnieją dokumenty medyczne, podpisane przez doktora Barańczaka.


Jan Barańczak – na odwrocie tekst:
Serdeczne pozdrowienia z Konina przesyła dr Jan Barańczak (w 81 r. życia…), 27 VI 95


Młody medyk wspominał, że lata bezpośrednio po II wojnie światowej cechowały się ogromnym parciem na tworzenie samorządów lokalnych, głównie pod skrzydłami Polskiej Partii Socjalistycznej, która opowiadała się przeciw wszelkiej centralizacji. Również powiat szamotulski, a także same Duszniki były we władzy PPS, która pielęgnowała tradycje niepodległościowe i idee państwa opiekuńczego.

Właśnie w takim klimacie społeczno-politycznym rozpoczął pracę Jan Barańczak, ojciec Małgorzaty Musierowicz (ur. 1945) i Stanisława Barańczaka (ur. 1946). Fotografię lekarza, przesłaną przez Jana Barańczaka z serdecznymi pozdrowieniami można obejrzeć w Izbie Regionalnej w Dusznikach, prowadzonej przez Towarzystwo Miłośników Ziemi Dusznickiej.

Jak wspominał na łamach „Medyczka Konińskiego”, zadanie, jakiego się podjął, było bardzo trudne. Musiał bowiem zacząć od stworzenia miejsca pracy. Barańczak był organizatorem i kierownikiem gminnego ośrodka zdrowia. Była to jego pierwsza samodzielna praktyka, do której został skierowany latem 1947 roku. Po latach twierdził, że przydział do Dusznik był czymś  wyjątkowym. W zniszczonym wojną kraju lekarz wiejski był rzadkością. Jeśli przed wojną było około 14 tysięcy lekarzy, to po wojnie zostało już ich tylko około 7 tysięcy. Rozlokowani byli przede wszystkich w większych ośrodkach miejskich. Te mniejsze, jak Szamotuły czy Gostyń, posiadały co prawda szpitale, ale na 200-300 łóżek. Wszystkimi chorymi opiekował się jeden lekarz, który rzadko miał pomoc asystenta. Nie było także pielęgniarek, gdyż nie funkcjonowały wówczas szkoły pielęgniarskie. Funkcje te pełniły siostry zakonne. Nie było pogotowia ratunkowego, ponieważ nie było samochodów. Te, które uzyskano z tzw. demobilu (sprzęt wojskowy, który pozostał po zdemobilizowaniu wojska), wykorzystano w inny sposób i to najczęściej w większych miastach.

A jednak mimo tych wszystkich trudności rok pracy w Dusznikach uważał Barańczak za najszczęśliwszy. Bardzo szybko nadarzyła się okazja, by wyposażyć ośrodek, którego był jednocześnie i pracownikiem, i kierownikiem, w sprzęt medyczny. Były to narzędzia do zabiegów chirurgicznych, położniczych, a nawet stomatologicznych. Sprzęt pozwalał wiejskiemu lekarzowi wykonywać wszystkie zabiegi małej chirurgii, interny, pediatrii. Na wezwanie położnej (porody w Dusznikach jeszcze w latach 60. odbywały się w domu) wykonywał porody kleszczowe, obroty na nóżkę, ręczne wydobycie łożyska itd. Jan Barańczak wykonywał także sekcje sądowe i szpitalne w Szamotułach.

Leczył wielu pracowników państwowych, m.in. poczty, kolei i urzędników gminnych oraz rolników w trzynastotysięcznym rejonie. To właśnie im ośrodek w Dusznikach zastępował odległy i mały szpital w Szamotułach. Nic dziwnego, że ta ciężka praca cieszyła się ogromnym szacunkiem.

Z inicjatywy wiejskiego lekarza powstała w Dusznikach pierwsza bezpłatna Poradnia dla Matki i Dziecka. Doradcami lekarza z Dusznik byli dr Bremborowicz, położnik i profesor patomorfologii oraz dr Wiktor Dullin, dyrektor szpitala w Szamotułach. Z pomocą przychodziły także władze, które Poradnię wyposażały w produkty pochodzące z UNRRY. Były to odżywki, bielizna dziecięca, leki, a nawet trwała żywność.

Jako naukowiec zainteresował się częstymi porodami z wadami wrodzonymi noworodków. Źródłem wielu z nich była ciężka praca w polu. Pochylona pozycja przy wykopkach powodowała uszkodzenia niedojrzałego jeszcze płodu. Liczne przypadki wad wrodzonych noworodków tłumaczy się tym, że największa ilość porodów miała miejsce zimą (jak podkreśla młody badacz, jest to zgodne z prawami natury ‒ wiosna i lato to czas spotęgowanej rozrodczości. Rolnicy mieli mówić „najlepsze cielęta są zimowe”). Najcięższe prace w polu, kiedy kobiety pracowały mocno pochylone ku przodowi, przypadały na początkowe lub środkowe okresy ciąży.

Kiedy nie leczył, zajmował się działalnością kulturalną. Organizował w niedzielne popołudnia pogadanki. Tematy tychże wybierali sami słuchacze. Udzielał się również w organizowaniu teatru ludowego. Bywał zapraszany do rodzin rolników jako gość honorowy.

Nic więc dziwnego, że mieszkańcy Dusznik nie chcieli „oddać” swojego lekarza, kiedy ten we wrześniu 1948 roku został przymusowo powołany do wojska. Zwłaszcza miejscowa Liga Kobiet miała słać reklamacje. Niestety, bez skutku. Jan Barańczak opuścił Duszniki, pozostawiając po sobie miłe wspomnienie. A i sam Barańczak zachował w pamięci Duszniki.

Marcin Malczewski

Jan Barańczak w młodości


Jan Barańczak urodził się 22 kwietnia 1915 roku w Piaskach koło Gostynia, zmarł 2 maja 2000 roku w Koninie. Uczył się w Gimnazjum i Liceum im. Józefa Wybickiego w Śremie (szkoła o profilu klasycznym). Przed wojną rozpoczął studia na Akademii Medycznej w Poznaniu. W 1944 roku ożenił się z Zofią Konopińską (1916-2014) – koleżanką z roku, absolwentką szamotulskiego Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi (w tym czasie wraz z rodziną mieszkała w Kluczewie i Lulinie), siostrą ks. Mariana Konopińskiego (zamęczonego w obozie koncentracyjnym w 1943 r., beatyfikowanego w 1999 r.). Z tego związku urodziło się dwoje dzieci: Małgorzata (ur. 1945, po mężu Musierowicz, z wykształcenia grafik, autorka popularnych powieści dla młodzieży) oraz Stanisław (1946-2014, poeta, tłumacz, literaturoznawca). Biografia zawodowa Jana Barańczaka była dość skomplikowana; pracował w wielu specjalnościach: był lekarzem rodzinnym i wojskowym, pracował jako asystent w Klinice Psychiatrycznej Akademii Medycznej w Poznaniu (tam uzyskał stopień doktora), następnie specjalizował się w patomorfologii. Na Ziemi Szamotulskiej pracował najpierw w Dusznikach (1947-48), a następnie w Nojewie (2. połowa lat 50.; leczył wówczas także pacjentów z Ostroroga i okolic). W szpitalu w Szamotułach wykonywał sekcje zwłok (por. wiersz S. Barańczaka, Czerwiec 1962). Założył i prowadził Zakład Anatomii Patologicznej w Szpitalu Miejskim im. Karola Marcinkowskiego w Inowrocławiu (1963-1972) i Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Koninie (1974-1977). Był także publicystą i malarzem, interesowała go filozofia, miał zdolności literackie. W 2002 r. w  konińskim szpitalu odsłonięto tablicę pamiątkową poświęconą jego osobie.


Rodzina Barańczaków na Ziemi Szamotulskiej

(ze wspomnień Małgorzaty Musierowicz)

Pierwszą pracę po ukończeniu studiów dostali moi rodzice w Dusznikach Wielkopolskich, w tamtejszym ośrodku zdrowia. Mama często wspomina, jak jeździła furmanką gdzieś do zapadłych w lasach wsi, do porodów. Opiekowała się nami gosposia – na imię miała Emilia, a my mówiliśmy na nią Masia. Masia była macierzyńska, ciepła, gadatliwa, wesoła i gderliwa, skora do pieszczot, żartów, piosenek i przytulanek. […] Cudownie gotowała – proste potrawy, ale jakoś tak niezwykle smacznie, ze zmiataliśmy z talerzy wszystko, cokolwiek podała. Była niezamężna, samotna i kochała nas jak własne dzieci, zwłaszcza Stasinka. Stasinek też miał do niej dużą słabość, wielokrotnie obiecywał, że się z nią ożeni, gdy już będzie duży. Kiedy powróciliśmy z Dusznik do Poznania, Masia przyjechała z nami i przez długie lata mieszkała […] w naszych kolejnych mieszkaniach – póki, po odchowaniu nas, nie wyszła za pana Franke, zamożnego wdowca.

(Tym razem serio, Łódź 1995)

Małgosia i Staś Barańczakowie z dziadkiem Walentym Konopińskim, Duszniki 1948 r.


Stanisław Barańczak
CZERWIEC 1962 (fragment)

Chciałeś, bym poszedł w twoje ślady, wprasowane
w osobliwą glinę tych okolic (coś w rodzaju białawego szamotu)
przez stare bieżniki opon garbatej, spracowanej
warszawy (ta skrzynia biegów: ileś się naszamotał
z jej topornym lewarkiem), gdy woziła cię do wiejskich pacjentów:
więc zdawało się naturalne, że zabrałeś mnie do Szamotuł,
gdzie Szpital Powiatowy rozpłaszczał się burą, pacniętą

w pobliże rynku grudą. […]

(tomik Widokówka z tego świata i inne rymy z lat 1986-88, Paryż 1988)

***

Oprac. Agnieszka Krygier-Łączkowska

Duszniki – Szamotuły, 30.11.2017 r.

***

Aktualizacja: W 2018 r. na YouTubie zamieszczono film – fragmenty rozmowy z Janem Barańczakiem z 1993 r. Można go obejrzeć pod podanym poniżej linkiem.

Marcin Malczewski

Poznaniak od urodzenia, który przez całe życie marzył o mieszkaniu na wsi. Obecnie szczęśliwy mieszkaniec powiatu szamotulskiego, realizujący w Dusznikach „wiejskie” zainteresowania.

Dr nauk humanistycznych, bloger (Prowincja noc, http://prowincjanoc.pl), członek zarządu Towarzystwa Miłośników Ziemi Dusznickiej.

Wspomnienia Jana Barańczaka2025-08-29T15:15:11+02:00

Groby nauczycieli

Cykl Kiedy myślę: Szamotuły…

Groby moich licealnych nauczycieli

Jeśli Wszystkich Świętych ‒ to oczywiście cmentarz szamotulski i wspomnienia o ludziach, którzy tam spoczywają. W moich licealnych latach była szamotulska nekropolia miejscem, które chętnie się odwiedzało w czasie wolnym pomiędzy lekcjami i odjazdem autobusu. Niedaleko od Rynku, blisko kolegiaty, z licznymi grobowcami ale też grobami krewnych, którzy mieszkali w Szamotułach i okolicy. Nawiedzałam też grób Stefana Paweli ‒ dyrektora liceum, który zmarł w 1963 roku, akurat wtedy, kiedy ja zaczynałam naukę w szamotulskim ogólniaku. Pamiętałam jego pogrzeb, a znałam Go z opowiadań Mamy i Cioci, które uczył języka łacińskiego.

Teraz na szamotulskim cmentarzu mam wielu bliskich znajomych. Zawsze zatrzymuję się przy grobach kolegów z klasy: Macieja Dybizbańskiego i Elżbiety Grzesiak-Fiksy. Zapalam też świeczki na grobach moich nauczycieli.

Kiedy stoję nad grobem nauczyciela matematyki prof. Władysława Paśki, dziękuję Bogu za to, że był wyrozumiały i pozwolił mi na rozwój moich humanistycznych zainteresowań i talentów. Nie dręczył ponad miarę sinusami i równaniami kwadratowymi. „Władek” chyba mnie lubił, zresztą z wzajemnością. Pamiętam, że przyjeżdżał czasem do szkoły zielonym skuterem, który stał na boisku, a my go podziwialiśmy. Był niewiele starszy od nas, razem zaczynaliśmy przygodę z szamotulskim liceum.

Moim dobrym duchem był prof. Konrad Roszczak ‒ nauczyciel przysposobienia wojskowego. Uczył trochę dziwnego przedmiotu, ale za to można było z Nim rozmawiać i to na każdy (prawie) temat. Kiedy „Trąbol” miał na boisku dyżur, zawsze był otoczony uczniami. Bywałam z Nim na obozach harcerskich, gdzie był komendantem. Miał tę niezwykłą zdolność budowania relacji z uczniami, blisko ale nie na tyle, żeby stracić autorytet. Uwielbiałam go. A profesor mnie pamiętał, mimo iż widywaliśmy się tylko na zjazdach absolwentów.

I kolejny grób na szamotulskim cmentarzu. Niedaleko wejścia głównego z lewej strony spoczywa prof. Rafał Pisula, który w moich licealnych czasach uczył matematyki i fizyki. Mnie, co prawda, uczył tylko przez rok i to fizyki. Było to w XI klasie, kiedy mój wychowawca ‒ fizyk, zmienił pracę i odszedł ze szkoły. Fizyka nie była moim ulubionym przedmiotem, ale „diodę i triodę” pamiętam do dziś. Profesor Pisula  był mi bliski jeszcze z innego powodu. Mieszkał przy ul. Rewolucji Październikowej [dziś Poznańska] i po warzywa i owoce chodził naprzeciwko do ogrodu mojego wujka Jana Ratajczaka. Czasem go tam spotykałam, ale nie miało to wpływu na moje oceny z fizyki.

W Dzień Zaduszny na pewno zatrzymam się przy grobie prof. Ireny Fludry, która uczyła mnie geografii w klasie X. Zafascynowana swoim przedmiotem, stworzyła w starym gmachu liceum – na parterze,  gabinet geograficzny na miarę tamtych czasów. Na suficie było wymalowane niebo z najważniejszymi gwiazdozbiorami. W szafach były zebrane mapy, a w gablotach skamieliny i skamieniałości. Zapamiętałam panią profesor jako osobę bardzo stanowczą i wymagającą. I tę ciszę na lekcji geografii, szczególnie kiedy otwierała dziennik i zaczynała pytać. Ale to dzięki Niej zaprzyjaźniłam się z mapą, potrafię bez zastanowienia wymienić prawobrzeżne i lewobrzeżne dopływy Wisły i nie tylko.

Na szamotulskim cmentarzu spoczywają Państwo Jakubowscy, którzy mieszkali w starym budynku liceum przy Rynku i jako woźni byli dobrymi duchami szkoły. Mieli wszystko na oku, czasem pożyczali igłę i nitkę do przyszycia tarczy, bez której wstęp do szkoły był wzbroniony. Bywało, że ocierali łzy, kiedy człowiek dostał dwóję, szczególnie jego zdaniem, niezasłużoną. To w suterenie u pani Jakubowskiej można było odprasować bluzkę przed występem na szkolnej akademii, można się było ogrzać, wygadać. Jakubowscy kochali swoją pracę, kochali uczniów, prawie wszystkich znali. Szkoła bez Nich nie miałaby tylu barw.

Ostatnie wspomnienie poświęcam prof. Gabrieli Tomaszek ‒ nauczycielce wychowania fizycznego, która dojeżdżała do Szamotuł tym samym autobusem co ja. Wsiadała w Szczepankowie i potem spotykałyśmy się w sali gimnastycznej. Pani Tomaszkowa, bo tak o niej mówili uczniowie, pochodziła z dawnych Kresów. Zdradzał ją piękny, śpiewny język, który uwielbiałam. Była konkretna, energiczna, można z Nią było porozmawiać o wszystkim, nawet o dziewczyńskich przypadłościach. Rozumiała, doradzała, zachęcała do ćwiczeń i dbałości o ciało. Pani profesor spoczywa na cmentarzu w Ostrorogu, naprzeciwko kaplicy.

Wszystkie te Osoby, które już są po drugiej stronie tęczy, chowam we wdzięcznej pamięci. Nad Ich grobami płaczą cmentarne anioły, na grobach płoną znicze, a przy grobach na chwilę refleksji zatrzymują się dawni uczniowie. I wspominają. Dzięki temu pamięć o Nich trwa.

1 listopada 2017 r.

Irena Kuczyńska



Zdjęcia Agnieszka Krygier-Łączkowska (z lewej), Andrzej Bednarski (powyżej), Wojciech Andrzejewski (na górze strony)

Szamotuły, 01.11.2017

Irena Kuczyńska z domu Leśna

Urodzona w Ostrorogu, absolwentka szamotulskiego liceum (1967).

Emerytowana nauczycielka języka rosyjskiego w pleszewskim liceum, dziennikarka, blogerka (<a href=”http://irenakuczynska.pl/”>http://irenakuczynska.pl/</a>).

Groby nauczycieli2025-01-04T12:11:23+01:00
Go to Top