Pomnik Wacława z Szamotuł

Łukasz Bernady

Pomnik – obelisk Wacława z Szamotuł

Pocztówki z lat 1960-65

Historia

Pomnik Wacława z Szamotuł w Szamotułach to, o ile nam wiadomo, jedyny w Polsce i na świecie monument poświęcony temu kompozytorowi. Został on odsłonięty 13 lipca 1947 r.

Uroczystości związane z tym wydarzeniem przygotowano „na miarę ogólnopolską” – jak wspominał anonimowy autor broszury upamiętniającej 50-lecie powstania Koła Śpiewackiego „Lutnia”. Rok ten wybrano dlatego, że obchodzono wówczas 375. rocznicę śmierci Wacława i 400. rocznicę powołania na go stanowisko nadwornego kompozytora Kapeli Królewskiej na Wawelu. Zgodnie z ówczesnym stanem badań przyjęto, że Wacław z Szamotuł zmarł w 1572 r. Akt deklaracji podpisano 8 lipca 1947 („w szóstym dniu po święcie Piotra i Pawła”), a datki na budowę złożyli mieszkańcy Szamotuł oraz członkowie chórów świeckich i kościelnych z całej Polski.

Pomnik powstał z inicjatywy funkcjonującego wówczas w Szamotułach Towarzystwa Miłośników Sztuki i Pięknej Książki, któremu przewodniczył Józef Preuss, wybitny szamotulski regionalista. W zarządzie tej organizacji zasiadali ponadto Henryk Przybylski (regionalista, popularyzator kultury i historii, notabene autor książki Wacław z Szamotuł. Nadworny kompozytor króla Zygmunta Augusta) z materiałami o kompozytorze i epoce Renesansu w muzyce, wydanej w Szamotułach jeszcze przed wojną), Danuta Wyrybkowska-Białasikowa (dziennikarka), Tadeusz Pogański i Ludwik Gomolec (historyk, regionalista). Obelisk postawił miejscowy kamieniarz, Marian Kołakowski, według projektu prof. Bazylego Wojtowicza i Czesława Woźniaka – znakomitych artystów rzeźbiarzy.

Wykonany z piaskowca pomnik okazał się bardzo wrażliwy na aurę, dlatego stosunkowo szybko zaczął ulegać zniszczeniu. Zdobiące go płaskorzeźby pokryły się zielonym nalotem, a następnie sczerniały. Trudno było ustalić, co przedstawiają. Także umieszczony na czołowej stronie pomnika napis stracił na wyrazistości. Z tego powodu działacze Towarzystwa Kultury Ziemi Szamotulskiej wyszli z inicjatywą odnowienia pomnika i po wielu latach dopięli celu. W roku 2013 (jubileuszowym roku 50-lecia istnienia TKZS) gruntownie odświeżono pomnik i dzięki temu nadal cieszy on oczy przechodniów. Niestety, piaskowiec jest materiałem stosunkowo nietrwałym, dlatego już w 2018 r., gdy powstaje ten tekst, wydaje się, że przydałoby się ponowne odnowienie monumentu.

Forma i idee artystyczne

Pomnik Wacława z Szamotuł w Szamotułach ma formę czworokątnego obelisku z płyt wykonanych z piaskowca. Całość wieńczy metalowy, stylizowany instrument – lira, powszechnie rozpoznawalny symbol muzyczny, który już z daleka informuje przechodniów że mijany pomnik ma związek z muzyką.

Na górnej części ścian obelisku umieszczono cztery płaskorzeźby o tematyce nawiązującej do muzyki, którą komponował Wacław z Szamotuł.

  1. Postać Dawida z harfą, umieszczona na płycie czołowej, podkreśla religijny charakter zachowanej twórczości kompozytora. Bezpośrednio odnosi się również do faktu, że Wacław komponował muzykę do biblijnych psalmów, zgodnie z tradycją przypisywanym Dawidowi, królowi Izraela. Monarcha został ukazany dynamicznie, w ruchu. Harfę trzyma on w lewej dłoni, prawą rękę zaś kieruje w górę. Również w górę zwraca głowę. Wygląda tak, jakby prawą ręką właśnie przed chwilą szarpnął struny i teraz śpiewał z akompaniamentem wzbudzonego akordu.
  2. Płyty boczne stanowią kontynuację metafory Dawida psalmisty. Przedstawiają muzykujące postacie aniołów. Jednoznaczną identyfikację umożliwiają typowe anielskie atrybuty – skrzydła. Płaskorzeźba umieszczona z prawej strony płyty czołowej ukazuje anioła, który gra instrumencie dętym, prawdopodobnie na szałamai, używanej w epoce Wacława, a później zastąpionej obojem.
  3. Anioł wyrzeźbiony na lewej od czoła ścianie pomnika śpiewa. Uroczysta pozycja jego ciała przywodzi na myśl śpiew pochwalny „Alleluja”, kierowany bezpośrednio do Boga. Anioł ten trzyma w ręce zagadkowy przedmiot. Nie jest to jednak instrument muzyczny, a raczej zbiór nut. Oba anioły (zarówno ten z lewej, jak i ten prawej strony) niejako wtórują śpiewającemu Dawidowi.
  4. Z tyłu pomnika, czyli po przeciwległej stronie płaskorzeźby z Dawidem, autorzy wyrzeźbili postać, która słucha. Odziany w długą szatę mężczyzna trzyma w prawej dłoni pergaminowy zwój, a lewą rękę przytyka do ucha. Można przyjąć, w kontekście całości, że jest to kompozytor, który słucha muzyki wykonywanej przez anioły i Dawida, aby za chwilę przenieść zapis tych niebiańskich dźwięków na papirus, który trzyma w prawej dłoni. Jest to więc sam Wacław i źródło jego natchnienia – biblijna Księga Psalmów. Rysy twarzy kompozytora pochodzą prawdopodobnie z wyobraźni samych rzeźbiarzy. Nie znamy portretów Wacława z Szamotuł pochodzących z czasów jego życia. Jedyny jego wizerunek zachował się z wieku XIX. To niejako usprawiedliwia swobodę autorów rzeźby. 

    Pod płaskorzeźbą z wizerunkiem króla Dawida umieszczono tekst informujący o idei pomnika oraz o okolicznościach jego wzniesienia:

WACŁAW Z SZAMOTUŁ \ VENCESLAUS SAMOTULINUS \ + 1572 \ DUMA I CHLUBA ~ \ ~ POLSKIEJ SZTUKI \MUZYKĘ POLSKĄ \ NA WIDOWNIĘ ŚWIATA \ ~ WPROWADZIŁ \ NADWORNY KOMPO- \ ZYTOR KRÓLA ~ \ ZYGMUNTA AUGUSTA \ W 375 ROCZNICĘ \ ŚMIERCI RODACY

Zdjęcia Andrzej Bednarski

Pomnik Adama Mickiewicza w Poznaniu, fragment pocztówki z lat 1960-65

O artystach rzeźbiarzach

Warto przy okazji przypomnieć sylwetki autorów szamotulskiego pomnika. Bazyli Wojtowicz (1899-1985) był rzeźbiarzem i pedagogiem. Naukę rzeźby rozpoczął w roku 1923 w Warszawie pod kierunkiem Henryka Kuny. Później kształcił umiejętności w Miejskiej Szkole Sztuk Zdobniczych u prof. Jana Szczepkowskiego, a w roku 1925 wstąpił na Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie do pracowni prof. Tadeusza Breyera. Po studiach przeniósł się do Poznania, gdzie w 1936 r. w Państwowej Szkole Sztuk Zdobniczych otworzył własną pracownię rzeźby dekoracyjnej, a w roku 1938 – pracownię rzeźby monumentalnej. Podczas II wojny światowej został wysiedlony do Częstochowy, następnie przeniósł się do Warszawy. Po wojnie wrócił do Poznania, by kontynuować pracę pedagogiczną. W 1956 r. został profesorem nadzwyczajnym Państwowej Wyższej Szkoły Plastycznej. W latach 1963–1969 pełnił funkcję prodziekana Wydziału Malarstwa Grafiki i Rzeźby. Od 1969 przeszedł na emeryturę. Jego uczniami, wybitnymi rzeźbiarzami, byli m.in.: Jan Berdyszak, Józef Kopczyński, Anna Krzymańska, Anna Rodzińska, Olgierd Truszyński, Mieczysława Welter. Jego najbardziej znanym dziełem jest pomnik Nike w Poznaniu oraz poznański pomnik Adama Mickiewicza, wykonany również razem z Czesławem Woźniakiem.

Z kolei wspomniany Czesław Woźniak (1905-1982) – również rzeźbiarz i pedagog – podjął naukę w dziedzinie rzeźby w Państwowej Szkole Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego w Poznaniu na Wydziale Rzeźby w Metalu, Brązownictwa i Jubilerstwa w pracowni prof. Jana Wysockiego. Swój warsztat doskonalił w Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych w Rzymie. Został przyjęty do grupy „Plastyka”, z którą wystawiał w Poznaniu i Warszawie. W 1939 r. skończył III rok studiów. Po wojnie podjął pracę w Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Poznaniu jako starszy asystent. Od 1953 r. był wykładowcą w pracowni Bazylego Wojtowicza. Prowadził zajęcia z form architektoniczno-rzeźbiarskich. Współpracował z prof. Wojtowiczem nie tylko na niwie pedagogicznej, ale również artystycznej. Obaj brali udział jako duet w wielu konkursach rzeźbiarskich i wykonali liczne wspólne realizacje. Jedną z nich jest pomnik Wacława z Szamotuł i pomnik Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Źródła informacji

Zdjęcia panoramiczne Ireneusz Walerjańczyk, zdjęcie na górze strony – Jerzy Walkowiak



Inne szamotulskie pomniki

Pomnik Wacława z Szamotuł2021-01-19T00:06:49+01:00

10-lecie odzyskania niepodległości

Szamotuły w 1928 roku

Obchody 10-lecia odzyskania niepodległości

Na prośbę burmistrza Konstantego Scholla Polacy wywiesili na swych domach flagi. Najpiękniej wyglądał budynek szamotulskiej poczty, przyozdobiony zielonymi girlandami, w które wpleciono kolorowe lampki elektryczne.

Szamotuły w tamtych czasach były miastem, w którym oprócz Polaków mieszkali Niemcy i Żydzi. Do roku 1922 roku musieli się opowiedzieć, czy przyjmują polskie obywatelstwo, czy też się na to nie decydują i wyjeżdżają z Polski. Sporo osób sprzedało wówczas swoje domy i firmy i wraz z rodzinami wyjechało do Niemiec. Ci, którzy zostali, nie świętowali 10-lecia razem z Polakami, nie przyozdobili swoich domów polskimi flagami. Można to zrozumieć, jednak dziennikarz „Gazety Szamotulskiej” pisał o tym z rozgoryczeniem: „Jest to wielka niewdzięczność, gdy zważymy, że nasze państwo otacza wszystkich obywateli równą pieczołowitością”.

11 listopada wypadał 90 lat temu tak jak w tym roku – w niedzielę. Obchody 10. rocznicy  odzyskania niepodległości trwały dwa dni, rozpoczęły się w sobotę rano. Trudno mówić o jakiejś wyjątkowości tamtych uroczystości, z pewnością dużo ważniejszym wydarzeniem dla mieszkańców miasta było odsłonięcie pomnika Powstańca, które odbyło się we wrześniu następnego roku (por. artykuł http://regionszamotulski.pl/pomnik-powstania-wielkopolskiego/).

Większość tamtych obchodów miała charakter typowy dla rocznic i świąt państwowych. W kościołach odbyły się nabożeństwa, w szkołach akademie „z obfitym programem, na który złożyły się śpiewy, deklamacje i okolicznościowe przemówienie” – relacjonowała „Gazeta Szamotulska”. Uczniowie szkoły podstawowej (powszechnej) uczestniczyli we mszy w kolegiacie. Akademia dla nich odbyła się w poświęconym dwa miesiące wcześniej nowym budynku przy ul. Staszica. Zapewne na korytarzu, bo sali gimnastycznej jeszcze nie było. Młodzież z gimnazjum zebrała się na mszę w kościele św. Krzyża, który w okresie międzywojennym przeznaczony był właśnie na potrzeby duszpasterstwa gimnazjalnego. Nabożeństwo zapewne odprawił wówczas ks. Aleksy Sobaszek – prefekt gimnazjum w latach 1929-1931, w czasie II wojny zamęczony w obozie koncentracyjnym w Dachau, a w 1999 roku ogłoszony błogosławionym. Akademia dla gimnazjum odbyła się w auli budynku przy ul. Piotra Skargi, który został wzniesiony w 1882 roku na potrzeby ówczesnej Szkoły Rolniczej (Landwirstschaftsschule), a od 1919 do 1976 roku stanowił siedzibę Gimnazjum i Liceum im. Piotra Skargi (wspomnienia z lat nauki w tym budynku publikowała na naszym portalu Irena Kuczyńska http://regionszamotulski.pl/budynek-dawnego-liceum/).

Własną akademię z zabawą taneczną urządzili w sobotę jeszcze kolejowcy (pracownicy kolei) z odcinka Rokietnica – Szamotuły – Wronki – Sieraków. Odbyła się ona w sali Strzelnicy, budynku za szamotulskim Jeziorkiem, który należał do Bractwa Strzeleckiego.


Kwatera powstańców i żołnierzy na cmentarzu w Szamotułach. Zdjęcie z lat 20. XX w. Z archiwum Ireneusza Walerjańczyka


O 15.00 odprawiono w kolegiacie specjalne nabożeństwo (nieszpory) żałobne za poległych w walce o wolność Polski. Brali w nim udział przedstawiciele stowarzyszeń ze sztandarami. Później uczestnicy nabożeństwa przeszli na cmentarz; przy kwaterze powstańców złożono wieniec, zapalono znicze i zaciągnięto wartę. Kazanie na cmentarzu wygłosił niezwykle zasłużony dla Szamotuł proboszcz ks. Bolesław Kaźmierski. Apele przy kwaterze powstańców i żołnierzy są organizowane także współcześnie, w przeddzień Wszystkich Świętych. Dziś mają jednak znaczenie symboliczno-patriotyczne, wtedy było to oddanie hołdu i modlitwa za konkretne, pamiętane przez lokalną społeczność osoby. Żyły wówczas nie tylko żony i dzieci poległych, często nieletnie. Żyli nawet rodzice poległych.

Tego samego dnia zorganizowano jeszcze capstrzyk, czyli wieczorny przemarsz ulicami miasta oddziałów i organizacji, które następnego dnia wezmą udział w jakiejś uroczystości. Uczestniczyli w nim: oddział Przysposobienia Wojskowego, Towarzystwo Powstańców i Wojaków, Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”, Kolejowcy oraz Straż Pożarna; przemarsz przez miasto odbył się z orkiestrą.

Główne nabożeństwo z okazji 10-lecia odbyło się w niedzielę, 11 listopada, w kolegiacie. Uczestniczyli w nim przedstawiciele władz Szamotuł z burmistrzem Konstantym Schollem i starostą Bronisławem Ruczyńskim, delegacje stowarzyszeń. Kazanie wygłosił ks. Marian Koszewski.

Przy okazji takich oficjalnych świąt zwykle organizowano pochody, przemarsze. W okresie międzywojennym pochody zwykle maszerowały do kolegiaty, na uroczyste msze, a potem przez Rynek ulicą Dworcową. Od 1929 roku ważnym miejscem, przed którym defilowali przedstawiciele różnych organizacji czy szkół, był stojący obok mostu, w pobliżu kościoła św. Krzyża, pomnik Powstańca. Przedstawiciele miejscowej władzy stawali przed głównym wejściem do starostwa (dziś to wejście do Urzędu Miasta i Gminy) i odbierali pochód. Tak było także 11 listopada 1928 roku. Najpierw pochód uformował się przy budynku dawnego klasztoru, gdzie mieściła się siedziba Powiatowej Komendy Uzupełnień i udał się do Kolegiaty, a po nabożeństwie przemaszerował przez Rynek i ul. Dworcową w okolice 3 Maja.


Tak w latach międzywojennych wyglądały defilady ul. Dworcową przed starostwem (dziś budynek Urzędu Miasta i Gminy). „Jedniodniówka Strzelecka”, Szamotuły, kwiecień 1939 r.


Akademia z udziałem władz i mieszkańców odbyła się wieczorem w tzw. Złotej Sali hotelu Eldorado, czyli w miejscu, gdzie pięć lat później – w 1933 roku – powstało istniejące do dziś kino. Dziś jedyne, wówczas trzecie w Szamotułach. Takie to były czasy! Warto dodać, że za wstęp na tego typu uroczystości był w międzywojniu płatny; w tym wypadku kosztował – w zależności od miejsc – 1 zł, 50 gr lub 20 gr.

W pierwszej części akademii płk Eustachy Serafinowicz, dowódca Powiatowej Komendy Uzupełnień w Szamotułach, przedstawił „długi i dobrze przygotowany odczyt” zatytułowany 10 lat Wolnej i Niepodległej. W programie znalazły się patriotyczne deklamacje, nie mogło zabraknąć występu chóru „Lutnia” pod dyrekcją Tomasza Leśnika. Koło Śpiewacze „Lutnia”, bo taka była oficjalna nazwa, swymi tradycjami sięgało 1905 roku, a w okresie międzywojennym występowało na najważniejszych uroczystościach miejskich i parafialnych, organizowało również własne koncerty, głównie o charakterze charytatywnym.

W drugiej części akademii znalazło się przedstawienie Szaleńcy, czyli „sztuka teatralna na tle historycznym w jednym akcie”, jak zapowiadała „Gazeta Szamotulska”. Przedstawienie wystawiło Koło Sceniczne im. Juliusza Słowackiego, powstałe w końcu 1926 roku i przez następnych pięć lat regularnie wystawiające kilka premier rocznie. Najważniejszą osobą był w nim Wacław Masłowski, nauczyciel szamotulskiego gimnazjum, który w przedstawienia reżyserował, występował w nich jako aktor oraz przygotowywał scenografię, bo przede wszystkim był właśnie malarzem.

Akademię zakończył wspólny śpiew Jeszcze Polska nie zginęła. Można w tym miejscu przypomnieć, że pieśń ta stała się oficjalnym hymnem Polski w lutym 1927 roku. Lektura szamotulskiej prasy, która szczegółowo relacjonowała różne uroczystości, uświadamia, że do tego czasu w podczas różnego typu uroczystości w naszym mieście śpiewano pieśń Boże, coś Polskę.


Członkowie szamotulskiej Rady Miasta i magistratu w czasach obchodów 10-lecia odzyskania niepodległości (zdjęcie wykonano w 1928 r.). W 1. rzędzie 4. od lewej burmistrz Konstanty Scholl. Zdjęcie z archiwum Urszuli Dudzik


Ostatnim elementem obchodów 10. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości były trwające do rana zabawy taneczne. W Szamotułach zorganizowano dwie: w sali hotelu Eldorado oraz w sali Sundmanna. Jak napisał dziennikarz „Gazety Szamotulskiej”, „bawiono się ochoczo do świtu”. W tamtych czasach zabawy taneczne były częste, widać, że szamotulanie lubili i potrafili się bawić, także z okazji, z jakich dziś pewnie zabawy by nie zorganizowano. Nasi przodkowie po tych trwających do rana obchodach 10-lecia mogli czuć się zmęczeni i na pewno 12 listopada potrzebowali odpoczynku.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 11 listopada 2018 r.

Ogłoszenia z „Gazety Szamotulskiej” 1928 nr 132

Szkoła Podstawowa nr 1. (L. Wojczyńska, ok. 1932 r.). Zdjęcie z książki Szamotuły na dawnej pocztówce 1898-1939, Muzeum – Zamek Górków, Szamotuły 2000

Budynek Gimnazjum im. Piotra Skargi. „Z Grodu Halszki” 1934 nr 8

Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół” w Szamotułach – nieznane uroczystości z przełomu lat 20. i 30. Zdjęcia z archiwum Jana Kulczaka

Burmistrz Konstanty Scholl i ks. proboszcz Bolesław Kaźmierski to dwie najważniejsze osoby Szamotuł w okresie międzywojennym (na zdjęciu w środku i obok po prawej stronie).  Konstanty Scholl (1874-1930) był pierwszym polskim burmistrzem po odzyskaniu niepodległości, jego nadzwyczaj udaną kadencję przerwała śmierć w wypadku samochodowym. Ks. Bolesław Kaźmierski (1879-1945) był szamotulskim proboszczem od 1913 r. do śmierci. Na fotografii są również Michał Szydlarski (z lewej; szamotulski kupiec, przez 40 lat prowadził sklep z tkaninami i nakryciami głowy, był członkiem Rady Miasta od 1919 r.), Władysław Witkowski (na górze z lewej; jeden z założycieli w 1887 r. w Szamotułach koła (gniazda) Towarzystwa Gimnastycznego Sokół, wieloletni członek zarządu i członek honorowy) oraz Wiktor Krukowski (na górze z prawej; lekarz, od 1926 r. pełniący funkcję lekarza powiatowego, przewodniczący szamotulskiego koła oficerów rezerwy). Fotografię wykonano przed 1928 r. – Władysław Witkowski i Michał Szydlarski zmarli w tym roku.

Zdjęcie z archiwum rodzinnego Urszuli Dudzik – wnuczki Konstantego Scholla.

Ks. Bolesław Kaźmierski. Zdjęcie – Narodowe Archiwum Cyfrowe

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Od urodzenia związana z Szamotułami. Polonistka (jak mama) i regionalist(k)a (jak tata).

Dr nauk humanistycznych, redaktor i popularyzator nauki. Prezes Stowarzyszenia WOLNA GRUPA TWÓRCZA, wiceprezes Szamotulskiego Stowarzyszenia Charytatywnego POMOC.

10-lecie odzyskania niepodległości2025-08-29T00:12:13+02:00

Matka Boża Szamotulska – pochodzenie obrazu

Dzieje obrazu Matki Bożej Szamotulskiej. Część 1.

Obraz z kościoła w Szamotułach, czyli … Czarna Madonna

Zapewne większość mieszkańców Szamotuł i okolic słyszała o tym, w jaki sposób obraz określany jako „Matka Boża Pocieszenia” lub „Szamotuł Pani” trafił do szamotulskiej bazyliki kolegiackiej. Warto sobie uświadomić, że powtarzana opowieść opiera się na źródłach historycznych, spisanych w czasie, gdy główni jej bohaterowie jeszcze żyli. Można ją też uzupełnić wieloma interesującymi szczegółami.

Z Rosji do Szamotuł

Po raz pierwszy historię obrazu w 1666 roku spisał Walenty Jan Wiroboski, urodzony w Szamotułach, wywodzący się z rodziny mieszczańskiej, wykształcony na Akademii Krakowskiej. Wizerunkiem Matki Bożej z Dzieciątkiem Wiroboski był zainteresowany nie tylko jako późniejszy szamotulski kapłan, kanonik kolegiaty szamotulskiej i dziekan tutejszej kapituły. Obraz interesował go także z przyczyn osobistych, sam miał bowiem zostać uzdrowiony dzięki wstawiennictwu Matki Boskiej Szamotulskiej. Sprawa wydarzeń uznanych za cudowne, które doprowadziły do wydania zgody na publiczny kult wizerunku, przedstawiona zostanie innym razem, głównym tematem tego artykułu jest sam obraz i jego pochodzenie.

Tekst Walentego Jana Wiroboskiego umieszczony był w pisanej ręcznie księdze, w większości zawierającej kazania. Była ona przechowywana w archiwum parafialnym, zaginęła prawdopodobnie w czasie wojny, ale zachowały się odpisy z okresu międzywojennego. Przytoczymy go w uwspółcześnionej pisowni.

Descriptio miraculosae imaginis B.M.V. in Arce Szamotuliensi I-mum, Anno Domini 1666 [Opisanie cudownego obrazu Najświętszej Maryi Panny na zamku szamotulskim po raz pierwszy. W roku Pańskim 1666]

Ten obraz wyszedł z Moskwy, który miał jeden Moskwicin przy sobie. Ten wzięty w niewolę (kniaź, to jest u nich wojewoda (u Moskwy) ) od Polaków i w Warszawie zostawał z żoną w więzieniu pod wartą. Pan Aleksander Wolf, starosta feliński,  obornicki i praszecki itd., często nawiedzał go i o obraz Najświętszej Panny upraszał go, aby mu darował, czego on to Moskwicin nie chciał na uproszenie uczynić. Już mu obiecał wyjednać u króla Jana wolny paszport, wolne przejście do Moskwy. Rzekł mu ten Moskwicin: Wolę nie wiedzieć co stracić, aniżeli ten obraz, bo, gdy mam do niego nabożeństwo swoje, wielką w smutkach pociechę czuję, i tym się najbardziej w więzieniu cieszę i mam nadzieję, że mię P. Bóg pocieszy, że prędko stąd wynijdę i w zdrowiu dobrym do swoich powrócę się nazad do Moskwy. Interea [tymczasem] od frasunku on to kniaź Moskwicin zachorzał i umarł w Warszawie. Żona miała przy sobie jego ten obraz. Jegomość pan Aleksander Wolff pilnie około tego chodził, ażeby onego obrazu dostał. Darowała go jemuż żona post multas preces [po wielu prośbach], żeby tylko wolna była i do swoich powróciła się szczęśliwie. Omnibus modis curavit id fieri [starał się o to wszelkimi sposobami]. U króla Jegomości wymógł to pan starosta feliński, że ją odprowadzono na granicę moskiewską. Ten obraz przywiózł z sobą pan Wolff do Szamotuł.

Opisane wydarzenia miały miejsce za czasów króla Jana II Kazimierza z dynastii Wazów. Jego panowanie przypadło na lata od 1648 (od śmierci jego brata Władysława IV) do 1668, w którym to roku król, zmęczony ciągłymi wojnami i  znajdujący się w złym stanie psychicznym, podjął decyzję o abdykacji. W okresie swego panowania był zmuszony do zmagań z trzema różnymi przeciwnikami. W latach 1648-49 i 1651-54 trwała wojna domowa na południowym-wschodzie Rzeczypospolitej, nazywana powstaniem Chmielnickiego. W 1654 roku powstanie to wsparła Rosja, która przeprowadziła inwazję na tereny wschodniej Rzeczypospolitej, co stanowiło to początek wojny polsko-rosyjskiej, trwającej długo, bo prawie 14 lat (1654-1667). W tym samym czasie rozgrywała się też wojna polsko-szwedzka, czyli „potop szwedzki” (1655-1660), który z kolei w znacznym stopniu zniszczył środkową część Rzeczypospolitej, a króla zmusił nawet do opuszczenia na pewien czas granic Rzeczypospolitej.

Wspomniane przez Jana Wiroboskiego wydarzenia najprawdopodobniej wiązały się z fazą wojny polsko-rosyjskiej, która nastąpiła od połowy 1660 roku, kiedy to polskie wojska zaczęły odzyskiwać stracone na skutek inwazji tereny. Bardzo możliwe, że niewymieniany z nazwiska wojewoda rosyjski właśnie wtedy dostał się do niewoli i znalazł się w warszawskim więzieniu. Nie wiadomo, dlaczego tak bardzo Aleksander Wolff zainteresował się obrazem należącym do wojewody. Nie był to obraz wówczas cenny ze względu na swój wiek, gdyż historycy sztuki określają jego powstanie na 1. połowę XVII w. Nie wiadomo, czy Wolff wiedział, że ten typ obrazów jest w Rosji szczególnie otaczany kultem. Do podejmowania – jak wynika z opisu – długotrwałych prób pozyskania obrazu mógł skłonić go sam opór wojewody, jego kult wizerunku. Sam Wolff przed specjalną komisją, powołaną w maju 1665 roku przez biskupa poznańskiego Stefana Wierzbowskiego zeznał, że ponad rok (prawdopodobnie: od przywiezienia do Szamotuł) obraz leżał zawinięty w tkaninę w kącie kaplicy na zamku w Szamotułach, a on sam zajrzał do niego dopiero w momencie sporządzania rejestru majątku przed planowaną podróżą. Z jednej strony mamy więc długotrwałe starania o obraz, z drugiej – brak zainteresowania nim po przewiezieniu do Szamotuł. W opisie Jana Wiroboskiego i zeznaniu Wolffa można by doszukiwać się pewnej sprzeczności i uznać, że opis pochodzenia obrazu, powstały w czasie, gdy biskup zezwolił już na jego publiczny kult, jest nieco „podkoloryzowany”. Wcale tak jednak być nie musi. Usilne zabiegi o coś, co wydaje się niedostępne, da się przecież psychologicznie pogodzić z postawą zobojętnienia po osiągnięciu celu.


Herb rodziny Wolffów – Lew w błękitnym polu z trzema żółtymi pasami. Herbarz polski ks. Kaspra Niesieckiego


Aleksander Wolff w dokumentach z lat 60. XVII w. nazywany jest czasem „właścicielem” lub „panem Szamotuł”, nie do końca są to jednak sformułowania prawdziwe. Rodzina Wolffów w tym czasie zamieszkiwała w Polsce na Pomorzu i w Inflantach, Aleksander Ludwik być może urodził się w Jani pod Pelplinem, gdzie znajdował się majątek jego rodziców. Rodzina Wolffów pozostawała w bliskich relacjach z dworem Wazów, ojciec Jan przed zawarciem małżeństwa był pułkownikiem gwardii królewskiej, a sam Aleksander był dworzaninem króla Jana Kazimierza od początku jego panowania.

W styczniu 1658 roku Aleksander Wolff ożenił się z Jadwigą z domu Gułtowską (najbliższą kuzynką hetmana Jana Sobieskiego, późniejszego króla). Jadwiga była wdową po Stanisławie Kostce, ostatnim dziedzicu Szamotuł z rodziny Kostków. Ślub odbył się w szamotulskiej kolegiacie, a udzielił go ówczesny biskup poznański Wojciech Tolibowski herbu Nałęcz. Dziedziczkami majątku po ojcu Stanisławie Kostce były córki Joanna i Ludwika, matka zaś prawdopodobnie miała w Szamotułach dożywocie. Aleksander Wolff nie był zatem właścicielem Szamotuł, przebywał tu kilkanaście lat (i to z przerwami na długie podróże), do śmierci żony w 1670 lub 1671 roku. Majątek po ojcu Stanisławie Kostce – Szamotuły i Wronki – stał się posagiem Ludwiki Kostkówny, która po śmierci matki wyszła za Jana Korzbok Łąckiego, podkomorzego wschowskiego i późniejszego kasztelana kaliskiego. To właśnie Jan Korzbok Łącki w 1675 roku oddał starszy z szamotulskich zamków – Zamek Świdwiński franciszkanom reformatom, a ci na jego miejscu wznieśli zabudowania klasztorne. W 1683 roku wziął udział w wyprawie pod Wiedeń, najprawdopodobniej zabrał na nią obraz Matki Bożej Szamotulskiej.

Po opuszczeniu Szamotuł Aleksander Wolff utrzymywał kontakty z kolejnymi władcami, wielokrotnie spotykał się z nimi, doradzał i uczestniczył w niektórych wyprawach. Był wykonawcą testamentu króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego, zmarłego w 1673 roku. W styczniu 1676 roku brał udział w podwójnym pochówku królewskim w podziemiach katedry na Wawelu. Chowano tam wówczas razem króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego i – również bliskiego Aleksandrowi Wolffowi – Jana Kazimierza, zmarłego we Francji w 1672 roku.  Po uroczystościach pogrzebowych odbyła się koronacja Jana III Sobieskiego, jak wspomniano, najbliższego kuzyna zmarłej żony Wolffa. Od trzech lat Aleksander Wolff był już wtedy opatem klasztoru cysterskiego w Pelplinie, w wyborze na to stanowisko poparli go zresztą i Michał Korybut Wiśniowiecki, i Jan Sobieski. W 1676 roku w klasztorze pelplińskim podejmował króla Jana III Sobieskiego i królową Marię Kazimierę. Zmarł w końcu 1678 roku.

Obraz Matki Bożej Pocieszenia z szamotulskiej bazyliki kolegiackiej. Zdjęcie Jarosław Kałużyński

Jan II Kazimierz Waza – grafika (1649 r.), autor Wilhelm Hondius. Źródło Polona.pl

W 1668 r. król Jan Kazimierz ofiarował tę lampę do kościoła kolegiackiego, wśród innych darów znalazły się „złocista sukienka” [na obraz], kapy, ornaty i lichtarze. Przekazanie darów królewskich opisał ks. Jan Walenty Wiroboski . Zdjęcie Jerzy Walkowiak

Michał Korybut Wiśniowiecki – grafika (przed 1678 r.). Źródło Polona.pl

Jan III Sobieski – grafika na karcie tytułowej dzieła Mikołaja Chwałkowskiego Regni Poloniae Ius Publicum ex statutis ac constitutionibus depromptum, wydanego u Fryderyka Reusnera w Królewcu w 1676 r., a więc w roku koronacji Sobieskiego. Źródło Polona

Z osobą króla Jana III Sobieskiego związane są szamotulskie podania – por. http://regionszamotulski.pl/wiaz-przy-kosciele-w-szamotulach/

Opactwo cysterskie w Pelplinie, obraz nieznanego malarza z 1774 r. Muzeum Diecezjalne w Pelplinie

Ikona

Obraz umieszczony w 1666 roku w szamotulskim kościele św. Stanisława Biskupa jest ikoną Matki Bożej z Dzieciątkiem. Ma niewielkie rozmiary (32,5 x 26,5 cm), pierwotnie przeznaczony był najprawdopodobniej do domowego (prywatnego) kultu. Został namalowany temperą na desce. Od samego początku w Szamotułach znano jego pochodzenie, co potwierdzają zachowane źródła, w których określa się go jako „obraz Najświętszej Panny Moskiewskiej” (zeznanie świadka, 1665 rok), a opisuje w ten sposób: „Ten obraz jest moskiewski, niewielki, szeroki i długi na piędzi dwie, mniej albo więcej, greckiej kompozycyi, malatury moskiewskiej, na desce odmalowany, blaszkami złocistemi po bokach przyozdobiony” (opis z zaginionej księgi parafialnej, przytoczony przez Józefa Łukaszewicza w jego pracy opublikowanej w 1858 roku).

Szamotulską Matkę Bożą ze względu na sposób przedstawienia postaci należy uznać za ikonę  „Matki Bożej Kazańskiej”, na Rusi właśnie te ikony należały do szczególnie popularnych i darzono je wyjątkową czcią. Uznać je należy za wariant typu „Hodegetria” (z języka greckiego – przewodniczka, wskazująca drogę). Na ikonach tych Matka Boża przedstawiona jest w półpostaci (od pasa w górę), na ręce, najczęściej lewej, trzyma Jezusa, a drugą ręką pokazuje Syna. Ikony te wyrażają myśl teologiczną, że Maryja prowadzi do Chrystusa. Jezus na tych ikonach jest wielkości dziecka, ale rysy twarzy ma człowieka dorosłego, co podkreślać ma jego dojrzałość duchową. Prawą rękę zazwyczaj unosi w geście błogosławieństwa, a w lewej trzyma zwój lub księgę. Realizacją takiego typu ikonograficznego jest na przykład obraz Matki Bożej Częstochowskiej, której kopie znajdują się także w innych sanktuariach Polski, na przykład w Dąbrówce Kościelnej w archidiecezji gnieźnieńskiej.

Ikony Matki Bożej Kazańskiej ukazują Maryję jedynie do wysokości ramion. Przed nią, trochę z lewego boku, widać postać Jezusa, jakby stojącego na niewidocznych na obrazie kolanach Matki. Głowa Maryi jest nieco pochylona w stronę Syna. Matka Boża Kazańska jest dość późnym typem Hodegetrii, gdyż w cudowny sposób pojawić się miała dopiero w 1579 roku. Swoją szczególną sławę ikona zyskała kilkanaście lat później, w czasie wojny polsko-rosyjskiej (1609-1618) za panowania Zygmunta III Wazy. Obraz Matki Bożej Kazańskiej miał przyczynić się w 1612 roku do pokonania okupujących moskiewski Kreml Polaków. W 1649 roku car Aleksy Romanow ogłosił dzień 22 października (współcześnie, zgodnie z kalendarzem gregoriańskim to 4 listopada) świętem ogólnorosyjskim jako upamiętnienie zwycięstwa nad Polakami; z tej samej okazji dzień ten stał się też w cerkwi świętem Matki Bożej Kazańskiej. Można dodać, że do święta tego w Rosji powrócono w 2004 roku, ustanawiając tego dnia Dzień  Jedności Narodowej, w miejsce zlikwidowanych obchodów wybuchu rewolucji październikowej, które obchodzono 7 listopada.

Ten sam car Aleksy w 1654 roku rozpoczął kolejną wojnę z Rzeczpospolitą – tę, podczas której w polskiej niewoli znalazł się nieznany z imienia i nazwiska kniaź, właściciel ikony Matki Bożej Kazańskiej, która trafiła potem do Szamotuł. Czy ów „Moskwicin” znał tę dodatkową symbolikę ikony? Zapisano, że modlił się przed nią o powrót do swoich, do Moskwy, a powrót ten nastąpiłby na pewno, gdyby Rosja w wojnie z Polakami zwyciężyła. Ikona znalazła się jednak w Szamotułach, zaczęto ją nazywać Matką Bożą Szamotulską i o jej wstawiennictwo w wojnach prosili już polscy królowie.

Czarna Madonna

Jeśli dziś mówi się o Czarnej Madonnie, ma się na myśli wizerunek Matki Bożej Częstochowskiej. Ciemne twarze pojawiają się także na innych ikonach, co niektórzy wiążą z techniką ich wykonania, inni z oddziaływaniem kolejnych warstw werniksu. Twarze na szamotulskiej ikonie też są dość ciemne i nie należy tego kojarzyć z wpływem konserwacji.

Na tę ciemną barwę zwracano od samego początku obecności obrazu w kościele w Szamotułach. Na końcu księgi wydanej w 1687 roku, a zawierającej akta komisji orzekającej 20 lat wcześniej o cudowności obrazu, na samym końcu znalazły się pisane po polsku inskrypcje – napisy, które miały być umieszczone przy obrazie:

Czarna lubom jest,
jestem jednak wdzięczna.
W Oczach Synowskich
Matka nader śliczna.

Sprawiedliwości Słońce mię przejęło
I twarzy mojej nieco przypaliło.
Nie uważajcie odmiany takowej
Jest to albowiem dzieło Boskiej głowy.

A więc jednak – Czarna Madonna!

Agnieszka Krygier-Łączkowska




Bibliografia:

Herbarz polski ks. Kaspra Niesieckiego, t, 9, Lipsk 1842, 395-398.

Józef Łukaszewicz, Krótki opis historyczny kościołów parochialnych […] w dawnej diecezyj poznańskiej, t. 1, Poznań 1858, s. 302.

Krzysztof Jodłowski, Starodruk „Wielkimi Wsławiona Cudami” opisujący dzieje cudownego obrazu Matki Boskiej z Szamotuł i łaski przy nim wyproszone – przyczynek do historii kultury religijnej doby baroku w Wielkopolsce, „Ochrona Zabytków” 1999, t. 52, nr 206, s. 304-311.

Piotr Nowak, Dzieje bazyliki kolegiackiej oraz parafii Matki Bożej Pocieszenia i św. Stanisława Biskupa, Szamotuły 2018.

Józef Piszczek, Materiały do historii cudownego obrazu Matki Boskiej Szamotulskiej, „Tygodnik Parafii Szamotulskiej” 1938 nr 8-15, 17-18, 21-40, 42, 44-46, 49-52; 1939 nr 1-5, 9-12, 15, 19, 22, 24, 27, 29, 31, 33-34.

Wielkimi wsławiona cudami w obrazie sławnej kollegiaty szamotulskiej Najdostojniejsza Jedynego Boga Matka Maria, w roku 1666 dnia 15 maja światu polskiemu za cudowną ogłoszona, a w roku 1687 za pozwoleniem Jaśnie Wielmożnego Jegomości Księdza Hieronima z Wielkiego Chrzęstowa Wierzbowskiego (…) a za pilnym staraniem wielebnego duchowieństwa do druku z cudami podana, ku większej Chwale Bożej i czci Boga Rodzicy Panny, Poznań 1687.

Walenty Jan Wiroboski, Descriptio miraculosae imaginis BMV in Arce Szamotulensi I-um. Anno 1666, za: „Tygodnik Parafii Szamotulskiej” 1938 nr 11.

Matka Boża Częstochowska – typ ikony Hodegetria, w klasztorze na Jasnej Górze od 1384 r.

Współczesna kopia szamotulskiej ikony, autor Tomasz Matusewicz

Rycina z książki Wielkimi wsławiona cudami w obrazie sławnej kollegiaty szamotulskiej… (1687 r.). Zachowano układ postaci, w stosunku do obrazu Matki Bożej Szamotulskiej zmienione zostały proporcje i rysy twarzy postaci

Matka Boża Kazańska – XIX w. Ikona z kolekcji Muzeum – Zamku Górków w Szamotułach

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Od urodzenia związana z Szamotułami. Polonistka (jak mama) i regionalist(k)a (jak tata).

Dr nauk humanistycznych, redaktor i popularyzator nauki. Prezes Stowarzyszenia WOLNA GRUPA TWÓRCZA, wiceprezes Szamotulskiego Stowarzyszenia Charytatywnego POMOC.

Matka Boża Szamotulska – pochodzenie obrazu2025-08-27T20:52:50+02:00

Szamotulskie sklepy w PRL-u 2

Szamotulskie sklepy w „drugiej połowie” PRL-u

część 2. Handel poza Rynkiem

Jakiś czas temu na facebookowym profilu naszego portalu zapytaliśmy czytelników o nazwy dawnych szamotulskich sklepów. Odzew był bardzo duży, posypały się wspomnienia…

Pierwszy kierunek od Rynku, który chciałabym opisać, to ul. Wroniecka, wówczas gen. Karola Świerczewskiego. Najpierw dom, którego dwie części mają różne adresy: Rynek 13 i Wroniecka 1. Jak wspomniałam w poprzedniej części artykułu , w moim dzieciństwie pod numerem 13. był placyk po wyburzonej kamienicy, na którym stały niewielkie pawilony. W budynku obok (Wroniecka 1) mieścił się pierwszy sklep Buszewka w Szamotułach i pasmanteria, a wcześniej zegarmistrz. Dzisiejszy budynek powstał dla Banku Gospodarki Żywnościowej, który zajął wówczas pomieszczenia na piętrze, i dla RKS-u Buszewko, który objął przestrzenie handlowe na parterze. Na przełomie lat 80. i 90. mieścił się tu jeden ze sklepów Buszewka i bar Halszka.

Wroniecka 3 ‒ pod tym adresem chyba przez całe moje dzieciństwo działał sklep rybny, wyłożony płytkami, ze zbiornikami, w których pływały ryby. Na Wronieckiej 5 mieścił się sklep z kapeluszami (Fręśko) i – na narożniku z Kościelną – spożywczy MHD z kierowniczką Ludwiką Narożną (mówiło się więc „U Ludki” lub „U Luty”). Na przeciwnym rogu, chyba od lat 50., działał sklep mleczno-nabiałowy (niektórzy pamiętają, jak chodzili tam z kankami po mleko), potem spożywczy sam samoobsługowy, z którego w 2. połowie lat 70. wyodrębniono dwa lokale: narożny spożywczy i Nastolatkę. Po kilkunastu latach Nastolatka trafiła do budynku naprzeciwko, a jej miejsce zajął sklep Sportowy. Dalej pamiętam fryzjera (Skarupska), odzieżowy MHD, potem kiosk po schodkach, a blisko skrzyżowania z Kapłańską sklep spożywczy.

Po prawej stronie Wronieckiej, gdzie działa duży sklep odzieżowy (Wroniecka 4), kiedyś był sklep z telewizorami Witolda Trojanowskiego, a wcześniej dwa lokale: z trumnami i motoryzacyjny z obiegową nazwą od nazwiska właściciela U Koli (przeniósł się potem dalej, pod nr 16).

Po prawej, już za Kościelną, mieściła się Cukiernia Halszka. Tę nazwę odczytuję z archiwalnego zdjęcia, sama jej jednak nie pamiętam, raczej tylko to, że ciastka i lody kupowano U Kasperskiego (Wroniecka 10). Tam gdzie dziś znajduje się zakład szklarski i oprawa obrazów Mizgalskiego, mieścił się sklep z firankami i dywanami. Zakład Mizgalskiego to szamotulska firma o tradycji sięgającej 2. połowy XIX w. (1886 r.), w czasach, o których piszę, do zakładu wchodziło się z boku, od ul. Piekarskiej.

W domu nr 16 – przed jego przebudową – znajdował się sklep warzywniczy, o którym mówiło się U Miężała. Obok działał sklep Auto Moto – z częściami motoryzacyjnymi, ale także np. wózkami dziecięcymi, czyli wspominany już sklep U Koli. Wielu szamotulan pamięta, jak właściciel żegnał klientów, którzy dokonali u niego zakupu, słowami „Niech się psuje” (żebyś do mnie wrócił).

Szamotulanie starszego i średniego pokolenia ciepło wspominają piekarnię Ignacego Czwojdy (nr 20), o której pisałam w odrębnym tekście (http://regionszamotulski.pl/ignacy-czwojda-piekarz/). Wiele osób z pewnością dobrze pamięta istniejącą jeszcze do końca lat 90. kawiarnię Pod Basztą (prowadziło ją WSS „Społem”; kawiarnię wspominała ją u nas na portalu Irena Kuczyńska http://regionszamotulski.pl/dawne-szamotulskie-restauracje/). Obok znajdowała się sala, w której odbywały się zabawy i dyskoteki. Dziś uczestnicy niektórych imprez otrzymują papierowe opaski na rękę, wtedy swego rodzaju biletem była odbita na ręce pieczątka.

Dużo emocji wiąże się ze smakami dzieciństwa. Wiele osób do dziś wspomina lizaki, gumę do żucia Donald, ciepłe lody i oranżadę w szklanych butelkach z porcelanowym korkiem, zamykanych w charakterystyczny sposób. Niektórzy te stanowiące w PRL-u rarytasy kosztowali w sklepie położonym na rogu Wronieckiej i Kapłańskiej (przeciwległym do kawiarni Pod Basztą), nazywanym U Frankego. Ja lepiej pamiętam mały sklepik na rogu Kościelnej i Braci Czeskich (wejście od tej ostatniej ulicy) z obiegową nazwą od nazwiska właścicielki lub przekształconego nazwiska: U Ekiertowej lub U Ekiertki.

Jeśli już mowa o ul. Kościelnej, warto wymienić jeszcze trzy miejsca przy niej. Pierwszy to mieszczący się w budynku (nr 5) kiosk Ruchu, o którym mówiło się U Palickiej. W kiosku znajdowała się również kolektura Koziołków (Poznańskiej Gry Liczbowej Koziołki). Gra ta istniała w latach 1958-1982, a dochód z niej przeznaczony był na inwestycje w Wielkopolsce. Moja rodzina w pewnym sensie stała się nawet zakładnikiem tej gry, bo zawsze obstawiała te same liczby i trudno było przerwać to w obawie, że właśnie wtedy padnie główna wygrana.

Drugie miejsce to bar Wiwat (należący do PSS „Społem”), powstały w połowie lat 70., przeznaczony dla gości, którzy głównie mają potrzebę wypicia (pod tym względem Wiwat zastąpił zlikwidowany wówczas bar Zagłoba). Myślę, że klienci tego „przybytku” nie zdawali sobie sprawy, że intencją twórcy jego nazwy było uczczenie elementu kultury ludowej ‒ regionalnego tańca. Ta sama myśl przyświecała nadaniu nazwy Maryna restauracji powstałej mniej więcej w tym samym czasie przy ul. Kapłańskiej. W tym wypadku Maryna to nie imię dziewczyny, a instrument basowy ludowej kapeli szamotulskiej. O ile nikomu z szamotulan nie przyszłoby chyba do głowy pójście na obiad do Wiwatu, o tyle Maryna przez kilka dziesięcioleci była popularnym miejscem obiadowym. Ilu szamotulan bawiło się tam na weselach, zabawach czy spotykało się przy smutniejszych okazjach ‒ stypach! Tamtejsza kuchnia była smaczna, niektórzy z sentymentem wspominają gotowaną tam polewkę. W 2. połowie lat 70. tamtejsza kuchnia zdobyła nagrodę – Srebrną Patelnię.

I jeszcze jedno miejsce ‒ sklep rzeźnicki Jądrzyka w osobnym budyneczku przy Kościelnej (w tym miejscu od 1972 roku przez 10 lat, później na rogu Poznańskiej i Sukienniczej, a od lat 90. na Poznańskiej 11). To też szamotulska firma z długimi tradycjami, bo założona przez Leona Jądrzyka w 1924 roku, kontynuowana przez synów Gustawa i Bolesława. Od połowy lat 90. działa już tylko jako sklep mięsny, bez własnego wyrobu. Warto spojrzeć na wiszący w sklepie przy Poznańskiej 11 dawny sztandar cechu rzeźników. W pobliżu rzeźni znajdował się sklep Tania Jatka, czyli sklep, w którym sprzedawano mięso gorszej jakości. Potem w tym miejscu pojawił się sklep rzeźnicki firmy Miko, od imienia popularnego sprzedawcy nazywany sklepem U Grzesia.

W północnej części miasta mieściły się sklep spożywczy o obiegowej nazwie U Turka (plac Sienkiewicza 2), rzeźnicki o długiej tradycji (w tamtych czasach GS-u, potem prywatny, pl. Sienkiewicza 5), monopolowo-delikatesowy Krakus (pl. Sienkiewicza 9) z pięknym wystrojem – meblami z Obornickich Fabryk Mebli. Od 1983 r. do dziś działa sklep spożywczo-przemysłowy Marii Nadolnej (al. 1 Maja 4, początkowo w małym domku). Dalej mieścił się sklep spożywczy w pawilonie obok numeru 34, ze względu na wygląd budynku określany obiegowo jako Kamieniołomy lub Kamieniok. I obok, powstały w latach 80., duży pawilon Dębiny. Ostatni był sklep spożywczy PSS, położony już za torami przy Ostrorogskiej 12A.

W tej samej części miasta znajdował się spożywczy U Błocha przy Powstańców Wlkp. i najbardziej oddalony spożywczy na Zielonej przy lasku. Był jeszcze sklep, do którego w przerwy biegało się ze szkoły nr 3 i technikum rolniczego ‒ Pawilon na rogu Szczuczyńskiej i Zamkowej. Atrakcją dla mojego pokolenia była kupowana tam oranżada w proszku. Wysypywało się na tyle dłoni, ile w danym momencie się po nią wyciągnęło, a potem zlizywało. Ewentualnie można była nalać na dłoń trochę wody ze stojącej obok pompy.

ul. Wroniecka (kamienica na rogu z Kościelną)

Wroniecka 10

ul. Wroniecka

ul. Kościelna 15

ul. Ratuszowa 1




We wnętrzu restauracji „Maryna”

ul. Ratuszowa 1

Kolejny kierunek od Rynku to Poznańska. Po prawej stronie w okresie mojego dzieciństwa był sklep warzywniczy, o którym mówiło się U Pietrzaka (później U Walczaka), a dalej fryzjer (Neumannowie, potem córka Irena Schmidt).

Po lewej stronie, na narożniku Poznańskiej i Wodnej znajdował się oddział PKO, w 2. połowie lat 70. przeniesiony na Rynek. Potem działał tam jeden ze sklepów Buszewka, na przełomie lat 80. i 90. można tam było kupić także różne artykuły z importu. Obok (Poznańska 30) mieścił się sklep elektryczny (U Gierczyńskiego).

Pod kolejnymi adresami przy Poznańskiej (5, 7 i 9) mieściły się firmy i sklepy braci Grygierów (szamotulanie mówią częściej Grygrów, ale nie jest to forma poprawna językowo): Leona (szewca), Stanisława (rzeźnika) i Wacława (piekarza) oraz ich potomków. Leon Grygier jako szewc (nr 5) nie zajmował się wówczas tylko naprawą obuwia, ale wyrabiał je także na zamówienie (ciepłe buty zimowe zamawiane u Grygiera wspominała Ewa Budzyńska-Krygier). W sklepie w domu Leona Grygiera w tamtych czasach był sklep odzieżowy, potem – już po przejęciu go przez właścicieli – buty i kwiaty, które hodowali synowie Leona. Rzeźnik Stanisław Grygier założył firmę w 1930 r. Po wojnie otworzył sklep pod numerem 7., w 1950 r. odebrało mu go państwo i dawny właściciel pracował w nim jako sprzedawca. Do dziś w sklepie wiszą stare haki do mięsa i wędlin, które, jak wspomina córka Stanisława, kiedyś obwieszone były aż po sam sufit. Właściciele odzyskali sklep na początku lat 90. i do dziś prowadzą go Jessowie (Arkadiusz Jessa jest wnukiem Stanisława Grygiera). Pod numerem 9. Mieścił się sklep piekarniczy Wacława Grygiera, ja jednak pamiętam czasy, kiedy był tam sklep z elegancką odzieżą (wtedy mówiono: butik). W tym samym domu przez ponad 30 lat, do połowy lat 80., znajdował się też zakład zegarmistrza Edwarda Duraka.

W kolejnym domu (Poznańska 11) przez wiele lat mieścił się sklep obuwniczy (w latach 90. także rybny) i sklep z torebkami, paskami i rękawiczkami (tam gdzie wspominany już sklep mięsny Jądrzyków), oba prowadzone przez tę samą firmę z Poznania (Otex). Dalsza część ulicy wygląda dziś inaczej niż kiedyś. Na miejscu starych, niskich domków powstały nowe kamienice. Z czasów mojego dzieciństwa pamiętam dwa zakłady rymarsko-kaletnicze: Skrzypczaka (potem przeniesiony na drugą stronę ulicy) i Nowaka. Wiosną do zakładu rymarskiego Skrzypczaka wchodziło się też po truskawki. Ten zapach truskawek pomieszany z zapachem skór jest dla mnie ciągle bardzo silnym wspomnieniem. Przed mostkiem, jeszcze chyba w latach 70., powstał zakład fotograficzny Janusza Piszczoły.

Wielu szamotulan dobrze pamięta mały sklep monopolowy, obiegowo nazywany Kubuś, U Kubusia przy Poznańskiej 21. Obok mieścił się sklep spożywczy Agatka. Nazwa Kubuś była tak popularna, że gdy rodzina Kubowiczów na początku lat 90. otworzyła tam duży sklep z tapetami, nazwę tę umieszczono w formie szyldu na domu. Trzeba wspomnieć też nieduży sklep spożywczy (mleczny), nazywany od imienia kierowniczki U Krysi (Krystyny Ciesielskiej) (Poznańska 18). W tamtych czasach mleko i śmietanę sprzedawano w szklanych butelkach z aluminiowym kapslem, trzeba było uważać, żeby przypadkowo go czymś nie przebić. Butelki stały w pojemnikach z metalowych cienkich prętów. Kiedy w 2. połowie lat 70. zaczęły się problemy z masłem, towaru tego nie było w stałym obrocie, lecz wprowadzono zasadę, że dostawę z danego dnia sprzedaje się o godzinie 15. Trzeba było przyjść trochę wcześniej i stanąć w kolejce. Często nie starczało dla wszystkich chętnych z kolejki, czasami jednak można było kilka razy „obrócić” i kupić więcej niż jedną kostkę. To dopiero była radość! Można w tym miejscu wspomnieć także o kolejkach tak zwanych osób uprzywilejowanych, które ustawiały się z drugiej strony w stosunku do „normalnej” kolejki. Miały w niej prawo stanąć kobiety ciężarne, osoby dziećmi na rękach oraz kombatanci. Zdarzały się nawet wypożyczenia dzieci!

Już pod koniec Poznańskiej (nr 22) w domu należącym do rodziny Sundmannów mieścił się punkt pocztowy, nazywany Małą Pocztą. W tym samym miejscu powstał w końcu lat 80. – już prowadzony przez właścicieli kamienicy sklep obuwniczy Complex.  Moda nazewnicza była wtedy właśnie taka: dobrze, gdy nazwa ma obce brzmienie i zawiera -ex (jak Pewex, choć ta ostatnia nazwa była skrótowcem). Szamotulanie i tak zresztą woleli w tym przypadku posługiwać się obiegową nazwą U Sundmanna. Dla pokolenia, którego młodość przypadła na początek lat 90., ważnym miejscem był też klub Jocker – już w nowym stylu. Działał on w pomieszczeniach dawnego przedszkola Bolek i Lolek, śmialiśmy się, że dawni wychowankowie dorośli, ale nadal chodzą w to samo miejsce. W tym samym okresie krótko działała dyskoteka Pod Bykiem, w Sali Sundmanna, niezwykle ważnym dla starszego pokolenia szamotulan miejscu koncertów i przedstawień, po raz ostatni brzmiała wtedy muzyka.

W 2. połowie lat 80. na narożniku ul. Lipowej (wówczas Marchlewskiego) i Rolnej powstał duży, jak na tamte czasy, samoobsługowy sklep spożywczy Delicja (należący do PSS „Społem”). Pamiętam, że moja polonistyczna rodzina (łącznie ze mną) denerwowała się, bo rzeczownik, od którego utworzono nazwę, występuje tylko w liczbie mnogiej (delicje), nazwa była zatem niepoprawna językowo.

Dalej na Lipowej był nie istniejący już drewniany pawilon spożywczo-warzywny, nazywany obiegowo Zieleniakiem, a naprzeciw (Lipowa 6a) znajdował się Eldom (obiegowo także U Kołdykowej, od nazwiska kierowniczki Danuty Kołdyki). Można tam było kupić lodówki, pralki, elektryczne maszyny do szycia, suszarki do włosów itp., ale w sprzedaży były także, na przykład, rowery. Był to jeden z dwóch sklepów (drugim był Pawilon Meblowy lub po prostu Meblowy przy Sportowej), do których stały wielodniowe kolejki, w których tworzyły się tzw. komitety kolejkowe, przygotowujące listy obecności i sprawdzające je o określonych godzinach.  Zawiązywały się nowe znajomości, niektórzy w kolejce spędzali swój cały urlop wypoczynkowy. Pojawili się też niemal zawodowi „stacze”, czyli osoby, które za pewną dodatkową opłatą godziły się stać za kogoś w kolejce i kupić towar za jego pieniądze.

W drugiej połowie lat 70. między ul. Kołłątaja i Lipową powstał, istniejący do dziś, pawilon z samoobsługowym sklepem spożywczym PSS „Społem” i sklepem elektrycznym. W pobliżu w bloku mieszkał ówczesny naczelnik miasta Czesław Zasada, brat najważniejszej osoby w województwie – 1. sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR, stąd sklep szybko zyskał obiegową nazwę Zasadówka. Przychodziło się tam lub przyjeżdżało z innych części miasta i spoza niego, bo sklep traktowany był jako wizytówka i wyraźnie lepiej zaopatrzony.

Z dzieciństwa pamiętam nie istniejący dziś Sam na rogu Lipowej i Gąsawskiej. Był to wykonany z płyty lub blachy pawilon. Kupowało się tam cukierki malinki i drugi rodzaj ‒ groszki (wielokolorowe i brązowe) w płaskich okrągłych plastikowych pudełkach. Cukierki wysypywało się na rękę lub wprost do ust przez umieszczoną z boku dziurkę, a po opróżnieniu pudełka wykorzystywało się je do zabawy w radiotelefon.

Ja mieszkałam w bloku przy Obornickiej 9. Najpierw na parterze bloku mieścił się zakład fryzjerski i złotnik, a później sklep mięsny RKS Buszewko. Ludzie, często z innych miejscowości, nawet z Poznania, ustawiali się w kolejkę w godzinach nocnych. Nie było tu listy kolejkowej, więc trzeba było stać cały czas. Trudno wymagać, żeby ludzie spędzali ten czas w całkowitym milczeniu. Głosy niosły się tak, że w nocy nie można było w naszym mieszkaniu otworzyć okien. W sąsiednim bloku (Obornicka 7) znajdował się punkt usługowy o zabawnej nazwie Praktyczna Pani.

Przy Obornickiej ważny był też sklep spożywczy w bloku na rogu z Kiszewską (Kiszewska 2) i po drugiej stronie ulicy bar (pawilon Gastronomiczny ‒ głosił szyld) o obiegowej nazwie Akwarium. Pawilon w znacznej części był przeszklony. O nazwie zadecydował jeszcze inny wzgląd. Ja jako dziecko kupowałam tam głównie lizaki ‒ czerwone kogutki i kurki, głównie jednak kupowało się tam piwo. Panowie, siedzący przy oknie przez całe popołudnie, popijający ze szklanych kufli, wyglądali jak ryby w akwarium. Najdalej położony w tym kierunku był nie istniejący już sklep spożywczy przy Spółdzielczej 11.

ul. Poznańska

al. 1 Maja 32a

ul. Szczuczyńska (róg Zamkowej)

ul. Zielona 72

Dziś to al. Jana Pawła II 14, wówczas tej ulicy jeszcze nie było i mówiło się, że sklep jest przy Kołłątaja


ul. Obornicka (róg Kiszewskiej)

ul. Dworcowa 24, pocztówka – zdjęcie wykonano w 1973 r., są na nim dwie szamotulanki: Irena i Anna Kędzia

I ostatni kierunek od Rynku ‒ Dworcowa. Po prawej stronie najpierw mieścił się sklep odzieżowy Dworcowa 4 (potem były tam też rowery). Dla mnie jako dziecka najważniejsza była tu Bombonierka, czyli pachnący czekoladą sklep ze słodyczami i alkoholem (Dworcowa 6). W tym samym domu mieścił się też zakład fryzjerski, prowadzony przez małżeństwo – Janinę Górną i Mieczysława Mroziewicza. To był pierwszy fryzjer, do którego chodziłam. Lubiłam to miejsce, ale trochę bałam się maszynki do golenia. Pamiętam charakterystyczny fotel dla klienta, z przymocowanym obok  i jeżdżącym dookoła siedzeniem dla fryzjera. Pamiętam też, jak o wiszący w pobliżu drzwi kawałek skóry ostrzono brzytwę. Dalej po tej samej stronie ulicy był jeszcze sklep z tkaninami (Dworcowa 8).

Na początku Dworcowej, po lewej stronie, mieściła się siedziba spółdzielni kominiarzy, dalej oddział PTTK i obok budynku kina restauracja Popularna. Nie pamiętam, czy byłam tam kiedyś, z opowieści innych osób wiem, że ze względu na zamontowane tam drzwi wahadłowe, przez które kelner wyrzucał niepożądanych klientów, lokal ten nazywany był obiegowo Wyrzutnią.

W pawilonie naprzeciw kościoła św. Krzyża przez jakiś czas mieścił się Dom Książki, później spożywczy o nazwie Sezam. Dalej, na rogu Franciszkańskiej, stał nie istniejący już pawilon owocowo-warzywny U Lemoniady (od przezwiska właściciela – Januszaka) .

Ten kierunek od połowy lat 70. był szczególnie ważny ze względu na Dom Handlowy, należący do PZGS-u. Byliśmy bardzo dumni, gdy go uruchomiono. W pierwszym okresie na dole mieściły się artykuły żelazno-budowlane, wkrótce jednak sklep w całości został przeznaczony na odzież i obuwie. W stanie wojennym, na kartki, mój brat kupił tam jedyną stojącą parę butów rozmiar 46 i powiedział sprzedawczyni, że teraz może ogłosić upadłość. Spojrzała zdziwiona – takie kategorie przecież wtedy u nas nie funkcjonowały. My współczuliśmy sprzedawcom, którzy przez cały czas stali przy pustych półkach, bo to musiało być strasznie frustrujące. Nie było też wówczas czegoś takiego w sklepach odzieżowych jak podział na sezony i pory roku. Kiedyś w środku lata kupiłam sobie w Domu Handlowym ciepły płaszcz. Oczywiście, byłam bardzo zadowolona, bo czasy były takie, że towaru się nie „kupowało”, a „zdobywało”. Później, już w „nowych czasach” na piętrze były meble, a nawet – krótko – pierwsza w Szamotułach Biedronka.

Dalej, idąc w stronę Dworca, mieliśmy sklep metalowy U Dominiaka przy Urzędzie Miasta i Gminy, za nim z tyłu ogrodniczo-nasienny, a naprzeciw sklepy rzeźnicki i nabiałowy.

Za skrzyżowaniem z Wojska Polskiego mieścił się sklep motoryzacyjny U Koerpla (w przyziemiu Dworcowej 32) i po drugiej stronie ulicy pierwszy szamotulski komis w piwnicy budynku nr 33.

W tej części miasta znajdował się sklep spożywczy Szamotulanka (ul. 3 Maja 3, wtedy Dzierżyńskiego), niemal naprzeciw szamotulskiej mleczarni. Obok był jeszcze mały sklep owocowo- warzywny i monopolowy w nie istniejącym małym domku, na którego miejscu powstał potem sklep Bajbus.

Dalej, na Sportowej, restauracja Ustronie, której zniszczony budynek straszył przez ćwierć wieku od likwidacji. Dla mieszkańców powstającego od połowy lat 70. Osiedla Przyjaźni Polsko-Radzieckiej (w skrócie nazywanym Os. Przyjaźni), wokół ul. Findera (dziś Kolarska) ważne były tzw. sklep spożywczy W blokach (Sportowa 29) i Mleczny (pawilon, gdzie obecnie znajduje się oddział pocztowy). W tych czasach istniał też już kolejny szamotulski Zieleniak (Sportowa przy mostku) i Warzywniak Wojewódzkiej Spółdzielni Ogrodniczo-Pszczelarskiej na rogu Łąkowej i Pływackiej (dawnej Buczka).

Wspomnieć trzeba by jeszcze powstały chyba na przełomie lat 70. i 80. budynek Spółdzielni Mieszkaniowej przy ul. Łąkowej. Mieścił się tam duży sklep spożywczy PSS „Społem”, druga w mieście apteka (później nadano jej nazw Osiedlowa), punkty usługowe Praktyczna Pani, fryzjer, w tamtych czasach także kawiarnia Kameralna i – już w latach 90. – bar Snap w piwnicy. O sklepie meblowym przy stadionie już wspominałam.

Od połowy lat 70. do połowy 90. w mieście powstawały też ciągi mniejszych sklepików, często nazywane wtedy Butikami: wzdłuż Ratuszowej, pomiędzy Garncarską i Braci Czeskich (na dawnym placu targowym ‒ pamiętam tamte targi), przy Poznańskiej, wzdłuż parkingu za Urzędem Miasta, po obu stronach Sportowej, przy Kolarskiej.

Na przełomie lat 80. i 90. powstało wiele nowych sklepów. Na sklepy zamieniano mieszkania na parterze kamienic, budowano nowe, wolnostojące. Od połowy lat 90. w Szamotułach zaczęły pojawiać się markety. Z czasem okazało się, że tych małych sklepów jest zwyczajnie za dużo, wiele z nich nie wytrzymało konkurencji z miejscowymi dużymi sklepami i z handlem w marketach w Poznaniu. Nie oznacza to jednak, że małe sklepy straciły rację bytu. Jest to przecież nieco inny sposób kupowania i innego typu relacja sprzedający ‒ klient.

Kto nie żył  w tamtych czasach, nie może zrozumieć, jak ważne były kiedyś ‒ rozrzucone po całym mieście ‒ kioski Ruchu. Niemal ich już nie ma, a było około dwudziestu: przy skrzyżowaniu Obornickiej ze Spółdzielczą, przy Nowowiejskiego blisko elektrowni, przy Staszica, przy dworcu PKP, przy Kolarskiej, Sportowej, naprzeciw Urzędu Miasta, przy Skargi, przy Ratuszowej, na pl. Sienkiewicza, na al. 1 Maja, Ostrorogskiej. W Szamotułach działały też kioski spożywcze. Najlepiej pamiętam taki przy Poznańskiej (między domem nr 23 a 27), ale tego typu kioski były też przy Dworcowej – obok mostu i w pobliżu Franciszkańskiej, na miejscu dzisiejszej galerii Inbag i przy Jastrowskiej.

Kto nie żył w tamtych czasach, nie zrozumie też, jak ważną osobą był kiedyś kierownik sklepu. Byli kierownicy życzliwi, od których można się było dowiedzieć, kiedy będzie dostawa poszukiwanego towaru. Byli tacy, którzy wykorzystywali swoją uprzywilejowaną, na tamte czasy, pozycję, traktowali klientów z wyższością i większość poszukiwanego towaru sprzedawali osobom wybranym, czyli „spod lady”. W sklepach spożywczych i piekarniczych niektórzy robili tak, że przywieziony z piekarni świeży chleb chowali na zapleczu, a sprzedawali najpierw starszy, o której mówiono wówczas „z nocy” (raczej poprzedniej, nie ostatniej). W ten sposób zawsze w sprzedaży był chleb nieświeży. Tak, nasz handel pełen był wtedy absurdów. Ale powspominać miło…

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 10 sierpnia 2018 r.

PS Czekam na uwagi, zwłaszcza starszych szamotulan. Bardzo chętnie tekst uzupełnię o wcześniejsze lata. Kontakt z redakcją: wgt.szamotuly@gmail.com

Piewszą część artykułu (Rynek) można przeczytać pod linkiem http://regionszamotulski.pl/szamotulskie-sklepy-w-prl-u/.




Wnętrze Domu Handlowego

ul. Sportowa

ul. Sportowa 37

ul. Rzeczna 2

Źródła zdjęć: Muzeum – Zamek Górków, Archiwum Biblioteki Publicznej, Ireneusz Walerjańczyk, Szamotulski Fotoplastykon, zbiory prywatne

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Od urodzenia związana z Szamotułami. Polonistka (jak mama) i regionalist(k)a (jak tata).

Dr nauk humanistycznych, redaktor i popularyzator nauki. Prezes Stowarzyszenia WOLNA GRUPA TWÓRCZA, wiceprezes Szamotulskiego Stowarzyszenia Charytatywnego POMOC.

Szamotulskie sklepy w PRL-u 22025-08-26T19:44:38+02:00

Szamotulskie sklepy w PRL-u

Szamotulskie sklepy w „drugiej połowie” PRL-u

część 1. Rynek

Jakiś czas temu na facebookowym profilu naszego portalu zapytaliśmy czytelników o nazwy dawnych szamotulskich sklepów. Odzew był bardzo duży, posypały się wspomnienia…

Cofnijmy się więc do czasów, gdy na szamotulskim Rynku nie było dziewięciu banków i czterech punktów obsługi telefonii komórkowej (ta ostatnia zresztą jeszcze nie istniała). To na Rynku, a nie w powstających od połowy lat 90. marketach, koncentrował się handel.

Zacznijmy okrążać Rynek od ul. Poznańskiej. Tą właśnie ulicą zawsze docierałam do Rynku w dzieciństwie i młodości, tylko wtedy w PRL-u była to ul. Rewolucji Październikowej (por. tekst  http://regionszamotulski.pl/nazwy-szamotulskich-ulic/).

Na narożniku przy ul. Poznańskiej mieścił się wtedy sklep z artykułami gospodarstwa domowego, który przez kilka lat sklep działał pod nazwą 1001 Drobiazgów (wcześniejsza nazwa Jubileuszowy). Starsze pokolenie mówiło też czasem Po Kroschlu – od jeszcze nazwiska dawnego kupca, który prowadził ten sklep (dom należy do rodziny Kroschlów). Obecnie od wielu lat działa tam sklep z tkaninami i firankami.

W domu nr 25, odkąd pamiętam, był sklep Zabawkowy. Przez jakiś czas na szybie widniała nazwa Grajdudek, ale na co dzień się jej nie używało. W latach 90. sklep powiększono i nadano mu nazwę Czarny Piotruś. Obok jest sklep, o którym przez dziesięciolecia mówiło się, od nazwiska właściciela: U Przybylaka ‒ jeden z tych, które przez cały PRL pozostawał w rękach prywatnych. Jak pamiętam, w latach 70. i 80. pracowała tam córka Walentego Przybylaka Maria Bąk i jej mąż Stefan. Rodzina obdarzona była talentem muzycznym. Walenty Przybylak grał w kapeli szamotulskiej, a córka, o silnym i pięknym głosie, śpiewała w chórze parafialnym. Kiedyś był to sklep pasmanteryjno-odzieżowy, a do niedawna sklep z odzieżą, prowadzony przez kolejne pokolenie właścicieli.

W kolejnym domu (nr 26) mieścił się sklep spożywczy Konsumy, czyli ‒ według obiegowej nazwy ‒ U Praksi. W PRL-u pod nazwą Konsumy funkcjonowały sklepy i stołówki milicyjne (wcześniej nazwa dotyczyła wszelkich sklepów zakładowych). W szamotulskim sklepie przy wejściu po prawej stronie wisiały w gablocie elementy milicyjnego munduru (pewnie można je tam było kupić), najpierw sklep był tylko dla wybranych, z czasem jednak stał się ogólnodostępny. Potem, już „w nowych czasach”, w tym samym miejscu przez ponad 20 lat był Jubiler Ireny Jęczmyk. W drugim sklepie w tym samym domu przez wiele lat działał sklep z koszulami, w którym sprzedawała Krystyna Bielikowa, mama mojej szkolnej koleżanki.

Pod numerem 27, gdzie od wielu lat są dwa nieduże sklepy z tkaninami i pościelą, wcześniej działał jeden sporej wielkości sklep z odzieżą o nazwie Elegant. Jeszcze dalej (Rynek 30) ‒ po schodkach ‒ był należący do Gminnej Spółdzielni sklep z dywanami i tkaninami, niezwykle ważny w czasach, gdy odzież szyło się na miarę u któregoś z szamotulskich krawców: Niemczyka, Cejby, Kalotki, Guzego, Nowakowej, Nowickiej i innych. Przez jakiś czas sklep nosił nazwę Wełna, ale mówiło się też U Leśnikowej, od nazwiska kierowniczki sklepu. Potem w tym samym miejscu działał sklep spożywczy Tęcza.

Dalej (nr 31) był Fryzjer Krystyna (Krystyny Tanalskiej). Ostatni na tej ścianie Rynku (nr 32) sklep z długimi tradycjami to Romex, nazwa pojawiła się w 1. połowie lat 90., kiedy modne były wszelkie nazwy z końcówką -ex. Wcześniej był tu Polmozbyt, mówiono więc o kupowaniu w Polmozbycie lub w  Motoryzacyjnym.

Jeszcze przed II wojną na narożniku Rynku powstała stacja benzynowa. W czasach kryzysu kolejki samochodów nawet trzykrotnie oplatały Rynek. Przez wiele powojennych lat była to jedyna stacja w Szamotułach, centrum miasta skazane było więc na dość uciążliwe zapachy i narażone na niebezpieczeństwo wiążące się z funkcjonowaniem tego typu obiektu. Stacja przestała działać dopiero na początku lat 90.













Na południowej pierzei rynku, czyli między ulicami Skargi i Ratuszową. W budynku nr 33 dość długo znajdował się sklep z kryształami, artykułami szklanymi Irena (WSS Społem). Pod nr. 35, odkąd pamiętam, znajdowały się Upominki (głównie torebki, galanteria), przez lata prowadził ją Walczak.

Rynek 36 ‒ mieścił się tu dawniej sklep z telewizorami i radioodbiornikami, czyli szamotulski ZURiT. Z pewnością wielu mieszkańców naszego miasta kupiło tam swoje pierwsze telewizory. Później przez wiele lat działał tam sklep z elegancką odzieżą damską Eland, wiele osób używało jednak nazwiska pierwszej właścicielki i posługiwało się nazwą U Liberowej.

Pod nr. 37 długie lata działał sklep obuwniczy. Starsze od mojego pokolenie szamotulan mówiło o nim Bata, ale w okresie, który pamiętam, nie była to już nazwa oficjalna. W tym samym domu na rogu po schodkach długo mieściła się Drogeria (wcześniej własność Urbaniaków). Pamiętam zapach tego sklepu. Oprócz środków czystości sprzedawano tam rozpuszczalniki i farby. Na pewno klimatem i zapachem sklep ten zdecydowanie różnił się od Perfumerii Uroda, znajdującej się wewnątrz rynku, na narożniku koło Nowaczyńskiego. Perfumeria to był w czasach PRL-u trochę inny świat: świat pięknych zapachów, starannych fryzur i wyróżniającego się makijażu sprzedających tam pań.

Wracam do pierzei południowej, tym razem na przeciwległy do dawnej drogerii narożnik rynku i Dworcowej. Przez lata był tam sklep Sportowy, niektórzy pamiętają działające tam wcześniej Upominki. Później – w 1. połowie lat 90. – w tym miejscu mieściła się kawiarnia w stylu nieco artystycznym – Portia. Dalej był Fryzjer męski, wcześniej Ubowski, potem Narcyz Bajdziński.

Pierzeję wschodnią, od Ratuszowej do Wronieckiej, rozpoczynał dom, w którym mieściła się pralnia chemiczna i zakład zegarmistrzowski Grysa. Antoni Grys, znany także jako turysta, prowadził swój zakład przez wiele lat. Pamiętam, że z okazji jubileuszu w oknie wystawowym pojawił się napis: „50 lat w służbie czasu”. Wtedy wydawał mi się śmieszny, dziś myślę inaczej, poza tym przez lata przyzwyczailiśmy się do różnych sloganów reklamowych. W kolejnym domu przez wiele lat funkcjonowała kawiarnia Szamotulanka (m.in. o niej pisała u nas na portalu Irena Kuczyńska, por.  http://regionszamotulski.pl/dawne-szamotulskie-restauracje/), a po jej likwidacji sklep odzieżowy (przez pewien czas pod nazwą Merkury). Dalej kiosk Ruchu, którego obiegowa nazwa utrwaliła się w gwarowej formie Po schódkach. Pod numerem 9. do dziś działa nieduży sklep odzieżowy, kiedyś był to sklep określany od nazwiska właścicielki: U Koszudowej, a obok był w tamtych czasach sklep z butami U Pawlakowej.

Za biblioteką przez kilkadziesiąt lat, jeszcze do niedawna działał duży sklep spożywczy o nazwie Weska (WSS „Społem”), w ostatnim okresie „uszlachetniony” dodaniem członu Delikatesy. Nazwa była jeszcze przedwojenna, być może została utworzona od skrótu (W. i Spółka?). Jej niezrozumienie prowadziło do przekręcania, Weskę zamieniano na Westkę, co w gwarze oznacza kamizelkę. W latach 70. w większych sklepach spożywczych były młynki do kawy (kawę można było kupić na wagę) i informowano klientów „Mielimy kawę” (choć jedynie poprawną formą było wtedy „mielemy”). Kiedy w 2. połowie lat 70. rozpoczął się w Polsce kryzys gospodarczy i kawa stała się, jak to wówczas mówiono, „towarem deficytowym”, krążył dowcip: „Jaki sens ma informowanie, że kawa się skończyła – «Mieli my kawę»?”.

Obok w latach 70. i 80. był sklep Nasiona, należący do PZGS-u (Powiatowego Związku Gminnych Spółdzielni), a później do Jana Żwawiaka (Rynek 12). Rynek w tamtych czasach zamykał mały placyk z kilkoma pawilonami. Na pewno był tam rożen, prowadzony przez Gustawa Jądrzyka, i pierwsze lody włoskie w Szamotułach, pyszne gofry i bułki z pieczarkami, czyli U Budycha.

Na pierzei północnej, czyli między ulicami Wroniecką i Poznańską, w przyziemiu domu nr 14, znajdował się warsztat i sklep z artykułami metalowymi – konewkami, wiadrami, rynnami (U Brzezińskiego). Obok mniej więcej do połowy lat 70.  znajdował się bar Zagłoba (Rynek 15). Po przebudowie kamienicy kilka lat mieścił się tam po lewej stronie sklep rzeźnicki, w głębi z zabawkami, a po prawej sklep z modną odzieżą i równie modną nazwą Lux Styl.

Pamiętam remont parteru budynku obok (Rynek 16/17), gdzie wcześniej działały trzy sklepy. Pierwszym z nich był sklep z artykułami żelaznymi i gospodarstwa domowego, w tym czasie należący do Gminnej Spółdzielni. Niektórzy wspominają stojącą tam beczkę z naftą i skupowanie monet. O sklepie mówiło się  U Sikorskiego, od nazwiska długoletniego kierownika. W połowie lat 70. Sklep przeniesiono na parter nowo wybudowanego Domu Handlowego, a później do pawilonu na ul. Rzeczną. W kolejnym sklepiku mieścił się kiosk, a na rogu punkt należący do znajdującego się wówczas przy Rynku dworca PKS (por. tekst http://regionszamotulski.pl/autobusy-przy-szamotulskim-rynku/). Po połączeniu sklepów przez ponad ćwierć wieku mieścił się tam oddział PKO. Od czasu przeniesienia się banku do nowej siedziby pomieszczenia stoją puste, a kamienica zdecydowanie szpeci Rynek.

Bardzo ważnym miejscem dla wielu pokoleń szamotulan była Apteka Pod Orłem (Rynek 18). Tradycyjną nazwę przywrócono po reprywatyzacji w 1991 roku. W okresie międzywojennym, w latach 1945-50 oraz do sprzedaży kamienicy już na początku XXI wieku  stanowiła ona własność rodziny Galińskich. Przez wiele powojennych lat była to jedyna apteka w mieście, a swymi tradycjami sięgała aż 1795 roku, długo kierowniczką była tam ciocia mojego męża – Mirosława Łączkowska. Warto dodać, że apteka w tamtych czasach pełniła dyżur całonocny.

W kolejnych sklepach po tej stronie Rynku mieściły się sklep Chemiczny (potem krótko telewizory) i sklep ogrodniczy (nr 19). Ta strona Rynku kojarzy mi się ze sklepem z zabawkami i artykułami papierniczymi. Nie wiem, czy była to ogólna tendencja, czy też zwyczaj mojego domu, ale my zawsze nazywaliśmy go Papierniczym, a nazwa Zabawkowy  była zarezerwowana dla sklepu na sąsiedniej pierzei, późniejszego Czarnego Piotrusia. O tym sklepie mówiono też obiegowo od nazwiska kierowniczki U Szuflakowej (choć było to nazwisko panieńskie).

W tym samym domu (nr 20), odkąd sięgam pamięcią, mieści się także Pasmanteria. Przez wiele lat całą ścianę zajmował tam regał składający się z samych szufladek z guzikami, zamkami błyskawicznymi, wstążkami, szpulkami nici itp. Został on jeszcze z czasów, gdy sklep prowadził mój dziadek, Kazimierz Krygier. W 1950 roku władze odebrały go dziadkowi, jak wspominał mój tata, odszkodowanie za sprzęt było żenująco niskie i w dodatku płatne przez dłuższy czas w ratach miesięcznych. Sklep przejął MHD – Miejski Handel Detaliczny. Potem dziadek prowadził kioski spożywcze, których od dawna już nie ma, przy ul. Nowowiejskiego, Poznańskiej i Dworcowej. Starsze pokolenie ponoć mówiło o pasmanterii Po Krygierze (albo raczej Po Krygrze, jak znam problemy szamotulan z odmianą naszego nazwiska). Ja jednak tego nie pamiętam, podobnie jak samego dziadka, który zmarł kilka lat przed moimi narodzinami. Dziadek nazywał swój sklep Składem towarów krótkich (z niemieckiego Kurzwaren) – tak właśnie określano w Wielkopolsce do okresu powojennego pasmanterie i sklepy z drobną galanterią.

Obok, pod numerem 21, jeszcze w starym budynku, funkcjonował sklep odzieżowy, wtedy używało się nazwy Konfekcja lub U Taisnerowej (sklep MHD, czyli Miejskiego Handlu Detalicznego). Dobrze pamiętam, jak w oknie wystawowym zmieniano wystrój przed świętami religijnymi, zwłaszcza przed procesją Bożego Ciała, w czasie której jeden z ołtarzy stał właśnie w pobliżu tego sklepu. W PRL-u w sklepach należących do państwowych firm żadne oficjalne dekoracje z okazji świąt religijnych, oczywiście, nie mogły się pojawić, sprzedawczynie wprowadzały więc elementy kolorystyki kościelnej: barwy biało-żółte i biało-niebieskie. I tak w oknie wystawowym pojawiały się w stosownym czasie żółte, białe i niebieskie … koszule nocne i halki. W tym samym miejscu działał potem sklep instalacyjny Anny Szmani z armaturą, rurami i kablami. W latach 90. stanął w tym miejscu zupełnie nowy budynek.

W budynku nr 22 (narożnikowym z Wodną)  mieścił się w latach 60. (na pewno w jego 2. połowie) sklep meblowy. W moim domu przetrwała anegdota, jak to mój brat, który w wieku czterech lat z drewnianych klocków nauczył się liter, pytał mamę, czy czyta się „Elbem”, czy „Meble”, bo nie był pewien, od której strony należy łączyć litery. Potem wiele lat działał tam sklep odzieżowy (płaszcze, kurtki), a na przełomie lat 80. i 90. samoobsługowy sklep spożywczy.

Przejdźmy teraz na wewnętrzną część Rynku. Przy krzyżu, od wschodniej strony, pod numerem 48, przed kilkadziesiąt lat mieścił się sklep z drobnymi artykułami gospodarstwa domowego. Obiegową nazwą była U Sucharskiego, od nazwiska właściciela (drewniane zabawki tam kupowane wspominała Daromiła Wąsowska-Tomawska w jednym z Obrazków z przeszłości http://regionszamotulski.pl/daromila-wasowska-tomawska-dziupla-bak-i-sama/), a w późniejszym okresie U Lembicza.

W domu nr 50 w tamtych czasach mieścił się sklep owocowo-warzywny (PSS Społem), o którym mówiło się U Girusowej. Po przejęciu sklepu przez właścicieli kamienicy, u progu „nowych czasów” najpierw działał tam duży sklep z dywanami, oknami, lampami, a później nastąpił podział na dwa mniejsze lokale.

Lokale w kolejnej kamienicy (nr 51) mają ponad stuletnie tradycje piekarniczo-cukiernicze, związane z rodziną Nowaczyńskich. W 1911 roku firmę założyli małżonkowie Franciszek i Bronisława Nowaczyńscy (najpierw pod dzisiejszym adresem Rynek 50, a od 1913 roku Rynek 51). Piekarnię i cukiernię Nowaczyńscy prowadzili do X 1939 roku, kiedy to firmę odebrali im Niemcy. Po wojnie działalność wznowił syn Franciszka i Bronisławy ‒ Edmund, ale już po trzech latach firmę przejęły nowe władze. Zakład został upaństwowiony, dopiero w 1957 roku pozwolono Edmundowi i jego żonie Genowefie na prowadzenie mniejszego zakładu ‒ cukierni (po prawej stronie budynku). W 1987 roku piekarnię udało się odzyskać od „Społem”. Od 1992 roku firmę prowadzi następne pokolenie: małżeństwo Dariusz i Katarzyna Nowaczyńscy, w ostatnich latach wraz z kolejnym pokoleniem. W mniejszym lokalu w tym samym budynku mieścił się potem sklep warzywny, obiegowo nazywany od nazwiska właścicielki U Kary.

Na narożniku Rynku (nr 52) znajdowała się wspominana już Perfumeria Uroda (na początku lat 90. Kwiaciarnia Balcerowiaków), dalej zegarmistrz – Maria Kałużyńska, która swój zakład przejęła po zmarłym wcześnie mężu Marianie (Rynek 38). W kamienicy pod tym samym adresem, ale od kolejnej strony Rynku mieścił się jeden z kilku szamotulskich sklepów Mięso ‒  Wędliny RKS Buszewko. Siedziba zarządu Rolniczego Kombinatu Spółdzielczego Buszewko znajdowała się w pałacu w Dębinie, stąd o sklepach z tamtejszymi wyrobami mówiono zamiennie Buszewko i Dębina. W Szamotułach w poszczególnych okresach sklepy Buszewka mieściły się w różnych miejscach: właśnie przy Rynku 38, Wronieckiej 1, Poznańskiej 1, przy Obornickiej 9 i al. 1 Maja (pawilon obok nr. 30).

Obok (nr 39) w tamtych czasach stał niewielki parterowy dom, w którym znajdował się sklep piekarniczy (dawniej także piekarnia) Pabicha. W 1974 roku Tadeusz Pabich odkupił firmę od rodziny Mazurkiewiczów, która piekarnię prowadziła od 1921 roku. Firma Pabich ma zresztą prawie równie długą tradycję, bo pierwszą piekarnię założył ojciec Tadeusza Jan w 1930 roku w Przemęcie. Pod numerem 40 mieścił się Bar Grill, należący do PSS „Społem”, a potem sklep spożywczy. Teraz od wielu lat działa tam sklep drogeryjny Ariel.

Dalej (Rynek 41), też odkąd sięgam pamięcią, księgarnia. Kiedyś była większa, obejmowała powierzchnię obu sklepów pod tym adresem, zmieniali się też właściciele (pamiętam Jadwigę Białasik i Różę Cejbę). Od kilkunastu lat księgarnia funkcjonuje pod nazwą Muminek. W połowie lat 70. Tata kupił mi tam pięknie wydane bajki, takie przestrzenne, z różnymi ruchomymi elementami. Dziś to coś normalnego, wtedy – wielka atrakcja. W tamtych czasach można było też kupić losy, nagrodami były – oczywiście – książki, ja wygrałam tam ukochaną moją książkę – Kubusia Puchatka. I pamiętam jeszcze ogólnopolską akcję z najgłębszego kryzysu 1. połowy lat 80. – „Lektury z makulatury”: w zamian za oddanie iluś kilogramów makulatury otrzymywało się talon, potem ten talon trzeba było zarejestrować w księgarni, a książki – 4-tomowe wydanie dzieł Mickiewicza można było kupić dopiero po kilku latach. Były klejone i po otwarciu pękały.

Lokal w kolejnym domu (nr 42) to fryzjer, w podwórzu tej kamienicy w tamtych czasach (ja pamiętam połowę lat 70.) był punkt napełniania syfonów – jeszcze tych w szklanej butelce. Dopiero później pojawiły się metalowe syfony, do których kupowało się specjalne naboje ze sprężonym dwutlenkiem węgla. A ta woda sodowa, pita również z sokiem, to był dopiero rarytas!

Budynek stojący na rogu przy zegarze powstał w latach 80. W kamienicy, która stała tam wcześniej, mieścił się kiosk z gazetami, papierosami, od nazwisk osób go prowadzących określany jako U Jęchorka, a potem U Koputowej (albo U Węgierki, bo pani Koputowa z pochodzenia była Węgierką, która wyszła za mąż za Polaka, i mówiła z akcentem; później prowadziła kiosk przy Ratuszowej). W tym samym domu, ale na drugiej ścianie, za rogiem, działał punkt usługowy Praktyczna Pani – krawiectwo, dziewiarstwo, punkt repasacji pończoch (wtedy pończochy i rajstopy się naprawiało, czyli podciągano oczka i zaszywano dziurki) oraz wypożyczalnia naczyń.

Między zegarem a krzyżem w domu o numerze 44 kupowało się pieczywo z piekarni WSS-ów, obiegowo mówiło się od imienia sprzedawcy U Cezusia (zdrobnienie od Cezary). Pod numerem 45 w moim dzieciństwie mieścił się sklep Jubiler – Upominki, wcześniej działał tam zakład fotograficzny Alojzego Mocka, przeniesiony potem i funkcjonujący już w trzecim pokoleniu pod numerem 8. Po przełomie ustrojowym mieścił się tu, największy poza marketami, sklep drogeryjno-perfumeryjny Mefa, swego rodzaju symbol sukcesu tamtych lat.

Obok (nr 46) przez wiele lat znajdował się nieduży sklep z tkaninami i ręcznikami, a potem spożywczy, przez jakiś czas działający pod nazwą Brylant. Były to takie małe delikatesy, można tam było kupić najróżniejsze herbaty, kawy, słodycze, które właściciel (Sieklicki) osobiście sprowadzał z Berlina. Z czasem sklep poszerzył asortyment o owoce, warzywa i inne.

W domu pod nr. 47, gdzie od lat 90.  jest jeden duży sklep gospodarstwa domowego, kiedyś w lewej części był sklep obuwniczy GS (wiem, że wcześniej mówiono o nim Paputki, np. w Paputkach, koło Paputków), a później też obuwniczy (WZGS-u, U Walendowskiego); natomiast w prawej mieściły się dwa zakłady rzemieślnicze: w piwnicy szewc, a po schodkach rymarz Czechowski. W połowie lat 70. kamienicę kupił Jenek i w miejscu zakładów rzemieślniczych stworzył sklep gospodarstwa domowego, który po kilkunastu latach powiększył.

I ostatnia ściana domu, od którego zaczynaliśmy wędrówkę po wewnętrznej części Rynku. W piwnicy miał swój zakład blacharz Bajdziński, a na górze znajdowała się pierwsza w Szamotułach kolektura Toto-Lotka, gdzie co tydzień ustawiały się długie kolejki szamotulan marzących o zmianie swojego losu. Najpierw kolektura działała w wydzielonym kąciku znajdującego się tam sklepu z meblami, który obsługiwał Grajewski. Tego już nie pamiętam, zresztą w mojej rodzinie nie grało się w Toto-Lotka, a w wielkopolską grę liczbową Koziołki. Takie nieuleczalne przywiązanie do tego, co regionalne.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 28 lipca 2018 r.

Część druga tekstu (Handel poza Rynkiem)  http://regionszamotulski.pl/szamotulskie-sklepy-w-prl-u-2/.






Jadwiga Szymkowiak i Krystyna Łuczak w sklepie z tkaninami Rynek 46 (zdjęcie archiwalne Krystyny Kędziory)

Zdjęcia od lat 50. do 90. XX w.

Źródło pozostałych zdjęć: dawne pocztówki, Muzeum – Zamek Górków, Narodowe Archiwum Cyfrowe i Fotopolska

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Od urodzenia związana z Szamotułami. Polonistka (jak mama) i regionalist(k)a (jak tata).

Dr nauk humanistycznych, redaktor i popularyzator nauki. Prezes Stowarzyszenia WOLNA GRUPA TWÓRCZA, wiceprezes Szamotulskiego Stowarzyszenia Charytatywnego POMOC.

Szamotulskie sklepy w PRL-u2025-08-26T23:29:13+02:00

Ignacy Czwojda – piekarz

Jeśli knyple, to tylko od Czwojdy. Ignacy Czwojda – szamotulski piekarz

Piekarnia Czwojdy: knyple, pszenne chałki, bułki różnych wielkości, chleby o złotobrązowej skórce i ten niepowtarzalny zapach świeżego pieczywa! Oprószeni mąką piekarze co jakiś czas donosili w wiklinowych koszach gorące bułki i bochenki. Za powitanie słowami: „Niech będzie pochwalony…” dostawało się w prezencie dodatkowego knypelka. Na ścianie wisiał nieduży obrazek, chyba z Matką Bożą, z maleńką czerwoną „wieczną lampką”.

Ignacy Czwojda (1897-1977) jako młody człowiek wziął udział w powstaniu wielkopolskim, w Szamotułach zamieszkał jeszcze w latach 20. XX wieku. Odkupił istniejącą już wcześniej piekarnię ze sklepem przy ul. Wronieckiej. Widać ją na pocztówce sprzed 1918 roku, na szyldzie widać nazwisko ówczesnego właściciela: Michaelis Lewinsohn. Trudno dociec, czy Czwojda kupił bezpośrednio piekarnię od Lewinsohna. Pierwsze dziesięciolecie po odzyskaniu przez Polskę niepodległości było czasem, gdy wielu Niemców, a także Żydów, sprzedawało swoje firmy i wyprowadzało się z Szamotuł, a na ich miejsce napływali nowi przedsiębiorcy.


Pocztówka – Muzeum-Zamek Górków, zdjęcie współczesne Marta Szymankiewicz


Podobnie jak inni szamotulscy przedsiębiorcy Ignacy Czwojda wspierał bezrobotnych, w listopadzie 1933 r. kandydował do Rady Miejskiej z listy Obozu Narodowego, z tej samej listy startowali, między innymi, dwaj inni znani szamotulscy piekarze: Franciszek Nowaczyński i Władysław Mazurkiewicz.

W latach 30. Ignacy Czwojda w życzeniach noworocznych, które zamieszczała „Gazeta Szamotulska”, polecał „Szanownej Klienteli” „chleb zdrowotny Steinmetza” i pumpernikiel. Pierwszy był pieczony według specjalnego przepisu z gruboziarnistej mąki żytniej, dostarczanej ze Starogardu, drugi – znany do dziś – to bardzo ciemny razowy chleb, pieczony w stosunkowo niskiej temperaturze, nawet przez kilkanaście godzin, z gruboziarnistej mąki żytniej.


„Gazeta Szamotulska” 1935 nr 1


Ignacy nie był pierwszym piekarzem w rodzinie. Jego ojciec Franciszek założył firmę piekarską w Kobylinie w 1895 roku. W 1926 r. piekarnia została przeniesiona do Krotoszyna, gdzie Franciszek kupił kamienicę. W 1936 roku krotoszyńską firmę przejął syn Stanisław. W 1952 roku piekarnia została znacjonalizowana, a w 1990 r. syn Stanisława – Aleksander odzyskał kamienicę i aby móc prowadzić działalność, wykupił od Społem należące dawniej do rodziny maszyny. Od kilkunastu lat piekarnię Czwojda prowadzą Mateusz i Jakub ‒ synowie Aleksandra, czyli już czwarte pokolenie rodzinnej firmy.

Losy szamotulskiej piekarni Ignacego Czwojdy potoczyły się inaczej. Ignacemu pomagała siostra Maria, zdrobniale nazywana Maniusią. Ożenił się późno, również z Marią, małżeństwo było bezdzietne. Dla siostry  ślub brata był wstrząsem, podkreślała – może mimo woli – że to ona jest osobą, która na wszystkim się zna. Najpierw zmarła siostra, później – w 1979 roku – brat. Ponieważ w Szamotułach nie mieli żadnej rodziny, wrócili do ziemi krotoszyńskiej ‒ są pochowani na tamtejszym cmentarzu.

Piekarnia w tym samym miejscu przetrwała do dziś, od kilu lat prowadzi ją już trzeci po Ignacym Czwojdzie właściciel. Wielu szamotulan pamięta jednak i wspomina, jak to było „u Czwojdy”. Łukasz Bernady napisał nawet kiedyś baśń o piekarzu, któremu nadał to nazwisko (tekst na stronie  http://regionszamotulski.pl/lukasz-bernady/ ). Bo smaki dzieciństwa są czymś, co pozostaje z nami na zawsze.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Ignacy Czwojda – piekarz2021-02-18T11:20:53+01:00

Wesele szamotulskie

Wesele szamotulskie

W 2017 roku „Tradycje weselne z Szamotuł i okolic” zostały wpisane na Krajową Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego. Ludowe obrzędy weselne Ziemi Szamotulskiej znalazły się w grupie 25 innych tradycji z całej Polski, obok np. krakowskiego Lajkonika, łowickich procesji Bożego Ciała czy koronek z Koniakowa.

Tradycje te sięgają XIX wieku. Zawarcie ślubu w stroju ludowym świadczyło wówczas o przywiązaniu do polskości. W wielu opracowaniach wymienia się osobę ks. Walentego Kryzana, który – jako wikariusz parafii szamotulskiej w latach 1896-1907 – nakazywał nowożeńcom, aby do ślubu wkładali stroje szamotulskie.

Do zachowania wielu tradycji weselnych: obrzędów, pieśni, tańców, strojów przyczyniło się stworzenie na początku lat 30. XX wieku widowiska scenicznego zatytułowanego Wesele szamotulskie. Tekst Wesela spisał Władysław Frąckowiak (1908-1987), muzykę opracował Stanisław Zgaiński (1907-1944). Materiały do widowiska zbierała znawczyni folkloru Stanisława Koputowa (1892-1959) oraz członkinie Stowarzyszenia Kobiet Katolickich.

To właśnie na zebraniu tego stowarzyszenia, po wysłuchaniu referatu Konieczność zachowania zwyczajów i obrzędów ludowych, zrodził się pomysł zbierania elementów obrzędu weselnego. Inicjatywę stworzenia Wesela szamotulskiego podjęło Akademickie Koło Szamotulan ‒ grupa skupiająca absolwentów szamotulskiego gimnazjum oraz studentów pochodzących z regionu szamotulskiego, działająca od 1924 roku i szczególnie zainteresowana kulturą regionu. Na specjalne spotkanie Akademickie Koło Szamotulan zaprosiło znawców i miłośników regionu: Tadeusz Dutkiewicza, Józef Preussa, Stanisława Zgaińskiego oraz ks. Bronisława Heruda, którzy przyłączyli się do inicjatywy. Po zebraniu materiału opracowanie scenariusza powierzono Władysławowi Frąckowiakowi, działającemu w Kole młodemu poecie i literatowi. Wszystkie te okoliczności powstania Wesela sprawiły, że od początku traktowane było ono jako swego rodzaju dzieło zbiorowe.

Widowisko składa się z IV odsłon: Zmówiny, Wyjazd do kościoła, Przed dworem oraz Wesele i zawiera wszystkie elementy tradycyjnych zaślubin. Trzy pierwsze odsłony są znacznie krótsze od ostatniej, najważniejszej. Tekst w wielu miejscach jest zabawny, postaci zróżnicowane, pojawiają się najładniejsze piosenki i tańce regionu. Wszystko to sprawia, że Wesele do dziś ogląda się z przyjemnością.


Z lewej: prawdziwe wiejskie wesele w Przyborówku, 30.04.1932 r. Z prawej: premiera widowiska Wesele szamotulskie, sala Sundmanna, 11.1932 r.


Próby przedstawienia trwały od września 1932 roku, a premiera odbyła się w listopadzie w sali Sundmanna (ul. Poznańska), najpierw dla szkół – w sobotę 19 listopada, a następnego dnia – dla ogółu mieszkańców. W niedzielę odbyły się dwa przedstawienia: w południe dla mieszkańców okolicznych wsi i wieczorem dla mieszkańców miasta. „Gazeta Szamotulska” donosiła, że z niektórych wsi zorganizowane zostały na przedstawienie specjalne wycieczki. Na premierę przybyli dziennikarze poznańskiej prasy oraz ponad dwudziestu przedstawicieli Poznańskiego Towarzystwa Krajoznawczego, którzy przy tej okazji zwiedzili miasto.

Jako aktorzy wystąpili rolnicy i robotnicy rolni („oderwani od ciężkiej pracy w polu czy od młotów fabrycznych”) oraz członkinie Towarzystwa Kobiet Pracujących. Reżyserował Władysław Frąckowiak, a dekoracje przygotował Stanisław Zgaiński.

Przedstawienie okazało się dużym sukcesem. Recenzje były pozytywne, Wesele bardzo spodobało się licznie zgromadzonej publiczności. Dużo osób nie zmieściło się w sporej, jak na szamotulskie warunki, sali, w związku z czym przedstawienie kilkukrotnie powtórzono w kolejnych tygodniach. Wystawiano je także w następnych latach, na przykład w 1933 roku z okazji wizytacji parafii przez bpa Walentego Dymka. W tym samym roku 5 czerwca, w Zielone Świątki, Wesele pokazano także w Poznaniu na scenie Domu Rzemieślniczego. W 1934 roku tekst widowiska wydano drukiem w Księdze Pamiątkowej Akademickiego Koła Szamotulan. Również w 1934 r. widowisko wystawili uczniowie Gimnazjum Humanistycznego im. ks. Piotra Skargi pod kierunkiem nauczyciela i opiekuna Kółka Historyczno-Literackiego. Wesele w tej inscenizacji było prezentowane w rożnych miejscowościach Wielkopolski oraz w Krakowie.


Z lewej strony afisz przedstawienia, w środku „Gazeta Szamotulska” 1932 nr 134, z prawej – okładka Księgi Pamiątkowej Akademickiego Koła Szamotulan, w której zamieszczono tekst Wesela szamotulskiego.


Po wojnie – od 1950 roku – Wesele wystawiane było wielokrotnie przez Zespół Folklorystyczny „Szamotuły” pod kierunkiem Janiny Foltynowej (1921-2008) ‒ współzałożycielki i przez pół wieku kierowniczki zespołu, wspaniałej wykonawczyni tańców i pieśni szamotulskich. Od premiery przez wiele lat w czasie kolejnych inscenizacji występowała kapela braci Orlików. Fragment Wesela szamotulskiego znalazł się w telewizji poznańskiej na samym początku jej istnienia, bo już w roku 1957, rok później nagrano Wesele dla rozgłośni Polskiego Radia w Poznaniu. Kolejnego filmowego nagrania widowiska na kasetę dokonał Pałac Kultury w Poznaniu w 1992 r. Spośród wykonań Wesela w Szamotułach warto wymienić występ z okazji 500-lecia miasta (czerwiec 1956 roku), z okazji 30-lecia zespołu (maj 1975 r., występ przed Zamkiem Górków) oraz z okazji jubileuszu 50-lecia zespołu (maj 1995, hala Wacław).


Inscenizacje przygotowane przez Janinę Foltynową. Źródło zdjęć: strona folklorszamotuly.pl oraz publikacja Urszuli Ćwirlej, 50 lat Zespołu Folklorystycznego „Szamotuły” (Szamotuły 1995).


Od 2015 roku zespół „Szamotuły” gra Wesele w reżyserii i według choreografii Macieja Sierpińskiego, obecnego kierownika zespołu. Premiera nowej inscenizacji odbyła się z okazji 70-lecia zespołu, 9 maja 2015 roku, w Baborówku. Od tego czasu w rodzinnym mieście prezentowano ją już kilka razy. W październiku 2015 roku zespół zaprezentował Wesele w czasie XXXI Ogólnopolskiego Konkursu Tradycyjnego Tańca Ludowego w Rzeszowie, gdzie otrzymał główną nagrodę w kategorii zespoły taneczne. Jeszcze większym sukcesem była nagroda, którą w 2017 roku „Szamotuły” zdobyły w czasie Międzynarodowych Spotkań Folklorystycznych, odbywających się w czasie 54. Tygodnia Kultury Beskidzkiej. Wykonanie Wesela szamotulskiego nagrodzone zostało „za wierną prezentację fragmentu obrzędu weselnego swojego regionu”. Należy dodać, że „Szamotuły” były jedynym wyróżnionym w ten sposób wykonawcą z Polski.

W 2017 roku Szamotulski Ośrodek Kultury wydał publikację Wesele szamotulskie. Składa się na nią: album (teksty dotyczące kultury ludowej regionu, dziejów widowiska i Zespołu „Szamotuły” oraz piękne zdjęcia), płyta z zapisem filmowym Wesela szamotulskiego (Baborówko 2015) oraz reprint scenariusza z roku 1934.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

maj 2018 r.



9.05.2015 r., Baborówko. Zdjęcia Tomasz Koryl. Więcej zdjęć  http://www.relacje-fotograficzne.com/jubileusz-70-lecia-zespolu-folklorystycznego-szamotuly/

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Od urodzenia związana z Szamotułami. Polonistka (jak mama) i regionalist(k)a (jak tata).

Dr nauk humanistycznych, redaktor i popularyzator nauki. Prezes Stowarzyszenia WOLNA GRUPA TWÓRCZA, wiceprezes Szamotulskiego Stowarzyszenia Charytatywnego POMOC.

Wesele szamotulskie2021-02-18T12:33:11+01:00

Pomnik Powstańców Wielkopolskich

Szamotulskie pomniki poświęcone powstańcom wielkopolskim

W pobliżu kościoła Świętego Krzyża, obok mostu na Samie, od 1978 roku znajduje się  pomnik  w formie głazu narzutowego. Nie jest to pierwszy, lecz trzeci pomnik stojący w Szamotułach w tym miejscu.


Zdjęcia Andrzej Bednarski i Ireneusz Walerjańczyk


Obecny pomnik zaprojektował Ryszard Skupin (1930-2005), polski malarz i rzeźbiarz, twórca, między innymi, pomnika Powstańców Wielkopolskich na poznańskim Górczynie oraz popiersia Stanisława Staszica, stojącego obok Zespołu Szkół Ekonomicznych jego imienia przy ul. Marszałkowskiej w Poznaniu.

Na głównej części szamotulskiego pomnika umieszczone są dwie tablice. Jedna przedstawia Wielkopolski Krzyż Powstańczy ‒ odznaczenie wojskowe, ustanowione w 1957 roku przez Radę Państwa PRL i do 1999 roku nadawane, także pośmiertnie, osobom zaangażowanym w powstanie wielkopolskie. Po lewej stronie głazu znajduje się tablica: „Powstańcom Wielkopolskim w sześćdziesiątą rocznicę walk o niepodległość narodową ‒ społeczeństwo Ziemi Szamotulskiej”. Na tym samym betonowym podwyższeniu co głaz umieszczono drugi nieduży postument z informacją o wcześniejszym pomniku: „W tym samym miejscu w latach 1928-1939 stał pomnik Powstańca Wielkopolskiego zniszczony przez hitlerowców”.

Pomnik stanowi wyraz wdzięczności dla powstańców, równocześnie upamiętnia starania szamotulan, którzy w okresie międzywojennym wznieśli pomnik dla uczczenia w większości żyjących przecież jeszcze wtedy rodaków, czasem z sąsiedniego domu czy z tej samej ulicy.

W sześćdziesiątą rocznicę powstania nie zdecydowano się na odtworzenie tego dawnego pomnika. Być może wybrano rozwiązanie tańsze, a może zadecydowały o tym względy polityczne, bowiem czasy nie sprzyjały popularyzacji dzieł Marcina Rożka, twórcy przedwojennego pomnika. Skoro do dziś stoi pomnik z głazem narzutowym, należałoby zadbać o usunięcie z tablic błędnych zapisów: „w 60-tą” (powinno być „w 60.”) i „Wlkp” (na końcu skrótu musi być kropka). Trzeba zmienić też datę wzniesienia pomnika w okresie międzywojennym: w rzeczywistości pomnik odsłonięto w 1929, a nie ‒ jak podano ‒ w 1928 roku.

Od 2013 roku w rocznicę wybuchu powstania szamotulski fanklub „Lecha” Poznań organizuje Marsz Powstańczy, który rozpoczyna się pod bazyliką kolegiacką, a kończy właśnie pod prezentowanym pomnikiem. 16 kwietnia 2018 roku kwiaty złożył w tym miejscu także prezydent Andrzej Duda.

Odsłonięcie pierwszego pomnika powstańców

Idea upamiętnienia powstańców pojawiła się wkrótce po wojnie, inicjatywę tę podjęło Towarzystwo Powstańców i Wojaków. 21 października 1923 roku na budynku dworca kolejowego odsłonięto, przechowywaną obecnie w Muzeum – Zamku Górków, tablicę upamiętniającą oswobodzenie Szamotuł spod władzy niemieckiej. Już w następnym roku rozpoczęły się starania, aby w Szamotułach, podobnie jak w innych miastach, stanął pomnik ku czci poległych powstańców. Kilkakrotnie zmieniały się plany jego usytuowania. Początkowo pomnik miał stanąć, jak donosiła „Gazeta Szamotulska” (1924 nr 110), „pomiędzy ul. Sportową a willą p. Burmistrza”, czyli w okolicach dzisiejszego Szamotulskiego Ośrodka Kultury lub terenu za nim (w okresie międzywojennym nazywano ten teren placem Dąbrowskiego). Późnej myślano o lokalizacji pomnika na Rynku, brano też pod uwagę pl. Kościuszki, ale Rada Miejska nie zgodziła się ze względu na trudności związane z przeniesieniem fontanny. Ostatecznie wyznaczono miejsce przy kościele św. Krzyża.

Już samo poświęcenie kamienia węgielnego miało bardzo uroczysty charakter. 19 lipca 1925 roku najpierw odbyło się nabożeństwo w kościele kolegiackim, a następnie uczestnicy przeszli w pochodzie na miejsce wybrane pod pomnik przy kościele św. Krzyża. Jak odnotowała „Gazeta Szamotulska” (1925 nr 83), w przemówieniu ks. proboszcz Bolesław Kaźmierski nazwał powstańców bohaterami, którzy „swym czynem dowiedli prawdziwości słów hymnu: Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród, nie damy pogrześć mowy”. Do specjalnej urny włożono dokument poświęcenia pomnika, egzemplarze, między innymi, „Gazety Szamotulskiej” i broszury Michała Skiby Szamotuły w Powstaniu Wielkopolskim 1918/1919 oraz ówczesne monety. Urnę wsunięto w fundament, a pierwszą cegłę położył starosta Bronisław Ruczyński. Rozpoczęto zbieranie funduszy na pomnik, po domach chodzili specjalni kwestarze.


Pomnik Powstańca, Widoki Powiatu Szamotulskiego na starych pocztówkach 1898-1945, Szamotuły 2016


Odsłonięcie pomnika miało miejsce cztery lata później ‒ we wrześniu 1929 roku. Liczono, że dojdzie do niego znacznie wcześniej, na skutek trudności jeden komitet organizacyjny zrezygnował i powołano następny. Kilka razy zmieniał się także sam projekt pomnika.

Uroczystości odbyły się w dniach 7-8 września i ‒ trzeba przyznać ‒ miały charakter wyjątkowy. Autor relacji zamieszczonej w „Gazecie Szamotulskiej” (1929 nr 106) zatytułował swój tekst Wielkie dni Szamotuł. Miasto było pięknie przystrojone kwiatami i flagami narodowymi, ustawiono też wiele dekoracji dziś rzadko używanych, określanych jako bramy triumfalne. Nie obyło się bez kłopotów, gdyż którejś nocy skradziono zasłonę z gotowego pomnika i od tej pory pilnował go nocny stróż. Dwudniowe uroczystości rozpoczęły się w sobotę, 7 września. Rano ks. proboszcz Kaźmierski odprawił nabożeństwo żałobne, a delegacja szamotulskiego Towarzystwa Powstańców i Wojaków złożyła kwiaty na grobach poległych powstańców. Po południu zaciągnięto wartę przed pomnikiem, a wieczorem odbył się capstrzyk ‒ przemarsz różnych organizacji z orkiestrą i pochodniami, zakończony wieczornicą w sali Sundmanna przy ul. Poznańskiej. W czasie wieczornicy śpiewał chór Lutnia, grała orkiestra. Głównym punktem programu był referat Zygmunta Ciesielczyka ‒ osoby niezwykle zasłużonej dla Szamotuł w okresie powstania wielkopolskiego. To właśnie Zygmunt Ciesielczyk, jako prezes oddziału (gniazda) Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, zorganizował pierwszy oddział zbrojny, był ważną osobą w Powiatowej Radzie Ludowej i pierwszym komendantem wojskowym miasta.

W niedzielę od wczesnego rana do miasta przybywały delegacje, które na dworcu witał burmistrz Konstanty Scholl ‒ z perspektywy czasu można powiedzieć, że najbardziej zasłużony i popularny włodarz Szamotuł. Członek Komitetu Organizacyjnego, znany działacz społeczny i regionalista Józef Preuss sprawnie uformował pochód, który wyruszył na nabożeństwo do kościoła kolegiackiego.


Przemawia generał Józef Dowbor-Muśnicki


Po nabożeństwie „wielotysięczne rzesze”, jak to opisał dziennikarz „Gazety Szamotulskiej”, ustawiły się w kolumnach na Rynku. Chorągiew wciągnął na maszt szamotulski powstaniec Kazimierz Lurka, a zastępca dowódcy Okręgu Korpusu Nr VII płk Gomółowski dokonał przeglądu zgromadzonych organizacji. Wszyscy udali się w pochodzie na plac w pobliżu pomnika. Najważniejszym gościem uroczystości był Józef Dowbor-Muśnicki ‒ generał w stanie spoczynku, dawny dowódca powstania wielkopolskiego. W czasie uroczystości odsłonięcia pomnika przemawiali ks. Kaźmierski, gen. Dowbor-Muśnicki i burmistrz Scholl. Nadesłane telegramy, między innymi przez marszałka Józefa Piłsudskiego, odczytał prezes szamotulskiego okręgu Towarzystwa Powstańców i Wojaków, a zarazem przewodniczący Komitetu Organizacyjnego, Edward Müller. W czasie apelu poległych odczytano nazwiska szamotulan ‒ uczestników walk niepodległościowych z lat 1918-1920, którzy zginęli w czasie walk lub zmarli na skutek odniesionych ran. Na koniec uroczystości odbyła się defilada, w której oprócz Towarzystwa Powstańców i Wojaków wzięły udział takie organizacje jak „Sokół”, Bractwo Strzeleckie, Młode Polki, harcerze, a także młodzież, cechy i organizacje rolnicze. Podobnie jak dnia poprzedniego w czasie nabożeństwa i uroczystości pod pomnikiem śpiewał chór Lutnia pod kierunkiem Tomasza Leśnika.

Po południu odbyły się „zabawy ludowe” z konkursami, a wieczorem tańce w hotelu Eldorado (budynek kina) i w obiekcie Strzelnicy przy dzisiejszej ul. Wojska Polskiego.

„Gazeta Szamotulska” 1929 nr 104


Pomnik Powstańca Wielkopolskiego

Zdjęcia z archiwum Ireneusza Walerjańczyka i rodziny Józefa Preussa (koloryzacja Anna Marjańska)

Groby powstańców wielkopolskich i żołnierzy I wojny światowej na cmentarzu w Szamotułach

Zdjęcia: z archiwum Ireneusza Walerjańczyka (lata 20. XX w.) i Andrzej Bednarski (2008 r.)

Zdjęcia: NAC i Ireneusz Walerjańczyk

Pomnik i jego twórca

W przemówieniu pod pomnikiem burmistrz Konstanty Scholl powiedział: „Pomnik ten stanie się prawdziwą ozdobą naszego miasta. Położony w cieniu kościoła klasztornego, będzie przykuwał uwagę i wzrok przechodnia”.

Widoczny na starych zdjęciach pomnik przedstawiał umieszczoną na prostopadłościennym cokole postać powstańca w płaszczu wojskowym i czapce, z bronią opartą o ziemię i leżącym z tyłu ekwipunkiem. Głowa powstańca zwrócona jest w lewo, w stronę szamotulskiego Rynku. Twórcą pomnika był Marcin Rożek (1885-1944), rzeźbiarz i malarz, który sam brał udział w powstaniu wielkopolskim. W Szamotułach do dziś w nawie Matki Bożej bazyliki kolegiackiej przetrwały dwie jego prace: drewniana rzeźba św. Antoniego z Dzieciątkiem oraz gipsowa płaskorzeźba Matki Bożej i św. Stanisława Kostki.

Marcin Rożek stworzył wiele pomników, między innymi pomnik Bolesława Chrobrego z placu Katedralnego w Gnieźnie, popiersia Chopina i Moniuszki z poznańskich parków, a także budzącą dziś kontrowersje figurę z pomnika Serca Jezusowego w Poznaniu (zwanego Pomnikiem Wdzięczności). Jego dzieła znajdują się w poznańskim Muzeum Narodowym oraz w muzeach warszawskich.

Już na początku II wojny Rożek znalazł się na liście osób poszukiwanych przez Gestapo. Ukrywał się pod zmienionym nazwiskiem w różnych miejscowościach, jednak w 1942 roku został aresztowany i osadzony w Forcie VII w Poznaniu. Chociaż przyjaciele stworzyli mu możliwość ucieczki w czasie przewożenia do prac poza obozem, nie skorzystał z niej, ponieważ nie chciał opuszczać towarzyszy więzienia, którym czuł się potrzebny. Na polecenie komendanta obozu namalował kilka obrazów na podstawie niemieckich pocztówek, odmówił jednak wykonania portretu Hitlera do siedziby Gestapo w Poznaniu, przez co wydał na siebie wyrok śmierci. W lipcu 1943 r. wysłano go do obozu Auschwitz-Birkenau, gdzie zmarł wiosną 1944 roku.

Jeszcze na początku wojny Niemcy zniszczyli wiele prac Marcina Rożka: w Gnieźnie ‒ pomnik Bolesława Chrobrego, w Poznaniu ‒ Pomnik Wdzięczności, w Kartuzach ‒ pomnik Matki Boskiej Królowej Korony Polskiej. Ten sam los spotkał, niestety, jego szamotulskie dzieło. 16 września 1939 r. Niemcy wysadzili dwa obiekty w Szamotułach: pomnik Powstańca oraz synagogę przy ul. Szerokiej (dzisiejszej  Braci Czeskich).

Kriegerdenkmal

Zanim w 1925 roku wmurowano kamień węgielny pod pomnik wdzięczności bohaterom powstania wielkopolskiego, członkowie Towarzystwa Powstańców i Wojaków „własnymi rękami wyrzucili stare podstawy niemieckiego Kriegerdenkmalu” („Gazeta Szamotulska” 1925 nr 84).

Wspomniany tu pomnik ku czci żołnierzy pruskich, którzy zginęli w czasie wojny prusko-austriackiej (1866) i prusko-francuskiej (1870-1871), od kilku lat stał już wtedy w innym miejscu. W pobliżu kościoła wzniesiono go w 1896 roku, a po odzyskaniu przez Polskę niepodległości przeniesiono na nieistniejący już dzisiaj cmentarz ewangelicki. Na cmentarz ten wchodziło się od placu Henryka Sienkiewicza przy ówczesnym szpitalu diakonis (protestanckich sióstr) i pastorówce, czyli obok zachowanych do dziś budynków, które przez kilkadziesiąt lat po II wojnie zajmowały sąd i prokuratura. Zachowały się także część ogrodzenia cmentarza od ul. Powstańców Wielkopolskich oraz jego brama. Znakiem pamięci o szamotulskich ewangelikach są wiszące na niej często wiązanki sztucznych kwiatów.


Kriegerdenkmal, Szamotuły na dawnej pocztówce 1898-1939, Szamotuły 2000


Obecnie na miejscu cmentarza ewangelickiego oraz usytuowanego obok niego kirkutu, czyli cmentarza żydowskiego, znajdują się obiekty Zespołu Szkół nr 2 oraz odcinek ulicy Zamkowej od strony Powstańców Wielkopolskich. Niemcy w czasie wojny zniszczyli cmentarz żydowski, a Polacy, po wojnie, zlikwidowali cmentarz ewangelicki.

Walki narodów są nie tylko walkami na śmierć i życie. Towarzyszy im walka pamięci z niepamięcią, czego wyrazem jest stawianie i usuwanie pomników, a także likwidacja cmentarzy.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 20 kwietnia 2018 r.


Agnieszka Krygier-Łączkowska

Od urodzenia związana z Szamotułami. Polonistka (jak mama) i regionalist(k)a (jak tata).

Dr nauk humanistycznych, redaktor i popularyzator nauki. Prezes Stowarzyszenia WOLNA GRUPA TWÓRCZA, wiceprezes Szamotulskiego Stowarzyszenia Charytatywnego POMOC.

Pomnik widziany z budynku poczty – początek lat 30. XX w. Zdjęcie wykonane przez Stefana Górczyńskiego. Archiwum rodzinne Iwony Górczyńskiej-Hapko.

Kolaż – Ireneusz Walerjańczyk

Pomnik Powstańców Wielkopolskich2021-12-28T16:51:38+01:00

Dawna poczta w Szamotułach

Dawna poczta w Szamotułach

Korespondencję i przesyłki ‒ także w Szamotułach ‒ dostarczano, zanim powstała jakakolwiek poczta, czyli specjalna instytucja tym się zajmująca. W Szamotułach datowany był przecież najstarszy zachowany napisany po polsku list miłosny z połowy XV wieku (por. http://regionszamotulski.pl/pierwszy-list-milosny/). W tamtych czasach wiadomości i przesyłki przewozili konni posłańcy.

W Szamotułach mamy dwa obiekty pocztowe z czasów zaborów: budynek dawnej poczty konnej przy placu Sienkiewicza i budynek z ul. Dworcowej, stanowiący siedzibę urzędu pocztowego do dziś.


Zdjęcia: Widoki Powiatu Szamotulskiego na starych pocztówkach 1898-1945, Szamotuły 2016 (pocztówka z lat 1905-1915) i  Andrzej Bednarski (2008)

Zdjęcia: Widoki Powiatu Szamotulskiego na starych pocztówkach 1898-1945, Szamotuły 2016 (pocztówka z lat 1910-1919) i  Andrzej Bednarski (2008)


Ponieważ ludzie chcieli coraz więcej podróżować, to właśnie poczta wprowadziła płatne przewozy osób. Odbywały się one dyliżansami na stałych trasach i według ustalonego rozkładu jazdy. Dyliżanse pocztowe były pojazdami zamkniętymi, mogącymi przewieźć od dziewięciu do trzynastu osób. Ciągnęło je od czterech do ośmiu koni. Z przodu siedział woźnica, a obok niego konduktor. Na niektórych trasach obie funkcje pełniła ta sama osoba.

W utworzonym w 1818 roku powiecie szamotulskim stacje dyliżansów znajdowały się, oprócz Szamotuł, w Gaju Wielkim, Bytyniu, Pniewach, Obrzycku i we Wronkach. Znaczenie tzw. poczty osobowej spadło w momencie uruchomienia linii kolejowej, co w naszym mieście nastąpiło w 1848 roku. Wcześniej, aby dojechać publicznym transportem do Poznania, trzeba było właśnie skorzystać z dyliżansu, który z Szamotuł wyjeżdżał drogą przez Kaźmierz do  jedynej utwardzonej w powiecie drogi ‒ traktu Poznań – Berlin. W Gaju Wielkim następowała przesiadka i dalsza podróż do stolicy ówczesnej Prowincji Poznańskiej. Tak jeździły dyliżanse. Inne podróże z Szamotuł do Poznania odbywały się nieutwardzoną drogą od szamotulskiego Rynku ul. Poznańską, dalej w kierunku Kępy, przez Baborówko, Pamiątkowo, Przecławek, Rokietnicę i Kiekrz, czyli tak jak dziś często jeżdżą rowerzyści.

Budynek dawnej poczty przy placu Sienkiewicza powstał około połowy XIX wieku. Tę część dzisiejszych Szamotuł nazywano wtedy Nowym Miastem, a sam plac ‒ placem Kościelnym, od znajdującego się tam kościoła ewangelickiego. W latach 70. XX wieku budynek poddano generalnemu remontowi. Fasada pozostała bez zmian, natomiast kilkanaście lat temu z tyłu dobudowano jedną kondygnację. Na tyłach budynku znajdowały się stajnie, z których do dziś pozostał niewielki fragment murów. Jeszcze kilkanaście lat temu były tam również pozostałości poideł dla koni. Do stajni dojeżdżało się wąską uliczką od strony dzisiejszej alei 1 Maja.

Drugi istniejący do dziś budynek poczty powstał w 1883 roku przy ówczesnej ul. Klasztornej, a dzisiejszej Dworcowej. Wygląd budynku koresponduje z wyglądem innych powstałych w tamtym czasie ceglanych gmachów z elementami w stylu neogotyckim. Są to, na przykład, dawna szkoła parafialna z ul. Kapłańskiej (czyli dzisiejsza Szkoła Podstawowa nr 2), dawna pastorówka i szpital diakonisek przy pl. Sienkiewicza (czyli budynki, w których od 2. połowy lat 40. XX w. do 2008 r. mieściły się sąd i prokuratura). W 1872 roku funkcjonował już w Szamotułach telegraf, a pomiędzy 1898 a 1905 rokiem powstała centrala telefoniczna. W 1910 roku dobudowano, widoczne na starych fotografiach, skrzydło, które zakłóciło symetrię budynku. Przetrwało ono do dużego remontu budynku w latach 2000-2001.

Agnieszka Krygier-Łączkowska


Zdjęcia: Widoki Powiatu Szamotulskiego na starych pocztówkach 1898-1945, Szamotuły 2016 (pocztówki z lat 1913 i 1939-1944)

Dawny budynek poczty konnej, pl. Sienkiewicza – 2018 r.


Zdjęcia Agnieszka Krygier-Łączkowska


Poczta, ul. Dworcowa

Zdjęcia Andrzej Bednarski

Dawna poczta w Szamotułach2019-09-18T21:24:13+02:00

Szamotulskie ślady w Deklaracji z 1926 r.

Szamotulskie ślady w Polskiej Deklaracji o Podziwie i Przyjaźni dla Stanów Zjednoczonych z 1926 roku


Autografy naszych dziadków w Bibliotece Kongresu USA


Jak wiadomo, do odzyskania przez Polskę niepodległości przyczyniła się pomoc dyplomatyczna Stanów Zjednoczonych, a następnie – pomoc gospodarcza. Polacy w różny sposób dziękowali za to Amerykanom: czynili prezydentów USA patronami ulic i placów, budowali im pomniki (wystarczy wspomnieć nieistniejący już dziś monument Thomasa Woodrowa Wilsona w parku Wilsona w Poznaniu), polskie uczelnie przyznawały prezydentom doktoraty honoris causa. Ale najbardziej oryginalnym i – niestety, przez wiele lat zapomnianym – pomnikiem wdzięczności obywateli Rzeczypospolitej jest Polska Deklaracja o Podziwie i Przyjaźni dla Stanów Zjednoczonych.


Okazja do jej stworzenia i wręczenia deklaracji nadarzyła się w roku 1926, czyli w 150. rocznicę ogłoszenia Deklaracji Niepodległości USA. Nie wiadomo, czy na pomysł podpisania deklaracji przez Polaków wpadł Leopold Kotnowski, prezes Amerykańsko-Polskiej Izby Handlowo-Przemysłowej, czy ktoś inny, dość, że właśnie Kotowski mocno poparł akcję i przekonał do niej władze II RP. I tak zaczęła się ogólnopolska akcja podpisywania. Prowadzono ją w instytucjach państwowych, w kościołach, urzędach, a przede wszystkim – w szkołach na terenie całej Polski. W ten sposób powstał monumentalny, bo liczący 111 tomów (sic!) zbiór podpisów mieszkańców Polski (Polaków, Niemców Ukraińców, Litwinów, Żydów…), który zawiera pięć i pół miliona podpisów obywateli – począwszy od prezydenta, Naczelnika Państwa marszałka Józefa Piłsudskiego, a skończywszy na uczniach najniższych klas szkolnych.

Akcja trwała przez 8 miesięcy. Następnie całość przekazano do Białego Domu i przedstawiono ówczesnemu prezydentowi USA, Calvinowi Collidge’owi. Potem deklaracja trafiła do Biblioteki Kongresu USA, gdzie leżałaby nadal zapomniana, gdyby nie polskiego pochodzenia pracownicy tej instytucji. W 2010 roku zeskanowali oni 13 tomów deklaracji. Dzięki staraniom Biblioteki Polskiej w Waszyngtonie, prezes Biblioteki Grażyny Żebrowskiej, Samuela Ponczaka i Krzysztofa Willmanna, a także Ambasady RP w Waszyngtonie, w 2015 r. wdrożono projekt „Klasa 1926” w celu digitalizacji pozostałych 98 tomów. W ubiegłym roku całość została umieszczona w internecie.

Piszę o tym dlatego, że akcję zbierania podpisów do deklaracji zorganizowano również na ziemi szamotulskiej. Oprócz deklaracji z Szamotuł w zbiorze można odnaleźć dokumenty ze szkół w Pniewach, Dusznikach, Ostrorogu, Obrzycku, Kaźmierzu, Zielonejgórze, Gaju Małym, Chojnie… Tak więc również szamotulanie mogą dziś po latach obejrzeć szamotulskie strony deklaracji, a także zabawić się w poszukiwanie podpisów swoich przodków. Poniżej udostępniamy linki do odpowiednich stron. Ponadto zachęcamy do oglądania innych stron deklaracji, również dostępnych na podanej stronie internetowej.

W porównaniu z innymi miejscowościami szamotulskie strony deklaracji nie wyróżniają się niczym szczególnym: nazwa szkoły, klasy, nazwiska nauczycieli, inspektorów i sznureczki podpisów. Nie ma na tych stronach zdjęć, rysunków, ozdób, osobistych życzeń, wierszy itp., jakimi często starały się wyróżnić w deklaracji inne placówki w kraju. Wklejano zdjęcia całych klas, a niekiedy pocztówki, rysunki zaś przedstawiały budynki szkolne, zabytki miejscowości, niekiedy sylwetki uczennicy czy  ucznia.

https://deklaracja.genealodzy.pl

Mimo braku tego typu ozdób i dokumentów na stronach szamotulskich, poruszający jest fakt obecności w tym niezwykłym dokumencie epoki podpisów szamotulan. Prawdopodobnie żadna spośród podpisanych osób już nie żyje, ale na pewno żyją ich dzieci, wnuki, prawnuki… Wzruszają zwłaszcza podpisy dzieci. Można podziwiać równe, pięknie wykaligrafowane nazwiska chłopców i dziewczynek. Można sobie wyobrazić, co czuły te maluchy, gdy w skupieniu, być może w obawie, by nie zrobić atramentowego kleksa, wykonywały pierwsze poważne zadanie przedstawione przez nauczyciela: „Wasze pismo będzie czytał sam Prezydent Stanów Zjednoczonych, postarajcie się, dzieci”.

Chcemy zachęcić naszych Czytelników do udziału w inicjatywie portalu internetowego polska1926.pl, za którego pośrednictwem prezentujemy materiał graficzny. Otóż za każdym z podpisów kryje się konkretna osoba, konkretny ludzki los. Autorzy apelują, by krewni i znajomi osób uwzględnionych w deklaracji identyfikowali ich podpisy, pozwolili zadbać o ich prawidłowe odczytanie, a także by przesyłali na adres portalu zdjęcia tych osób i opowieści o ich losach. Link do strony z materiałami pomocnymi w tym dziele również zamieszczamy poniżej.

Łukasz Bernady

Adres portalu, za pomocą którego można w wygodny sposób (i przy użyciu różnych filtrów) przeszukiwać poszczególne strony deklaracji:
http://polska1926.pl

Deklaracja Państwowego Gimnazjum Humanistycznego im. Piotra Skargi w Szamotułach (kierownik Kazimierz Beik)

tom 12, s. 285 i 286





Deklaracja Siedmioklasowej Szkoły Powszechnej w Szamotułach (kierownik L.[eon] Gierszewski)

tom 106, s. 195  http://polska1926.pl/karty/30192 ; tom 106, s. 196  http://polska1926.pl/karty/30193

tom 106, s. 197  http://polska1926.pl/karty/30194; tom 106, s. 198  http://polska1926.pl/karty/30195

tom 106, s. 199  http://polska1926.pl/karty/30196; tom 106, s. 200  http://polska1926.pl/karty/30197

tom 106, s. 201  http://polska1926.pl/karty/30198; tom 106, s. 202  http://polska1926.pl/karty/30199

tom 106, s. 203  http://polska1926.pl/karty/30200; tom 106, s. 204  http://polska1926.pl/karty/30201



Deklaracje innych szkół z powiatu szamotulskiego:

Baborowo: t. 98, s. 27-28

http://www.polska1926.pl/karty/27764http://www.polska1926.pl/karty/27765

Chojno -Wieś: t. 106, s. 221-222

http://www.polska1926.pl/karty/30218http://www.polska1926.pl/karty/30219

Duszniki: t. 79, s. 39-40

http://www.polska1926.pl/karty/22346http://www.polska1926.pl/karty/22347

Gaj Mały: t. 106, s. 223

http://www.polska1926.pl/karty/30220

Jaryszewo: t. 98, s. 53

http://www.polska1926.pl/karty/27790

Kaźmierz: t. 79, s. 41-42

http://www.polska1926.pl/karty/22348http://www.polska1926.pl/karty/22349

Młynkowo: t. 98, s. 77-78

http://www.polska1926.pl/karty/27814http://www.polska1926.pl/karty/27815

Obrzycko: t. 106, s. 217-218

http://www.polska1926.pl/karty/30214http://www.polska1926.pl/karty/30215

Ostroróg: t. 106, s. 207-208

http://www.polska1926.pl/karty/30204http://www.polska1926.pl/karty/30205

Pamiątkowo: t. 64, s. 147-148

http://www.polska1926.pl/karty/18155http://www.polska1926.pl/karty/18156

Pniewy: t. 79, s. 35-38

http://www.polska1926.pl/karty/22342http://www.polska1926.pl/karty/22343http://www.polska1926.pl/karty/22344http://www.polska1926.pl/karty/22345

Przecław: t. 98, s. 99-100

http://www.polska1926.pl/karty/27836http://www.polska1926.pl/karty/27837

Psarskie: t. 64, s. 171

http://www.polska1926.pl/karty/18179

Słopanowo: t. 106, s. 205

http://www.polska1926.pl/karty/30202

Stobnicko: t. 98, s. 117

http://www.polska1926.pl/karty/27854

Szczepankowo: t. 106, s. 215-216

http://www.polska1926.pl/karty/30212http://www.polska1926.pl/karty/30213

Wronki: t. 79, s. 31-34

http://www.polska1926.pl/karty/22338http://www.polska1926.pl/karty/22339http://www.polska1926.pl/karty/22340http://www.polska1926.pl/karty/22341

Zielonagóra: t. 106, s. 219-220

http://www.polska1926.pl/karty/30216http://www.polska1926.pl/karty/30217

Szamotulskie ślady w Deklaracji z 1926 r.2021-01-03T21:55:03+01:00
Go to Top