Dawne szamotulskie restauracje

Cykl Kiedy myślę: Szamotuły…

Po maturze chodziliśmy na … Moje kulinarne Szamotuły

Dziś kolejny spacer po Szamotułach z moich lat licealnych (1963-1967). Tym razem zapraszam na sentymentalną wycieczkę po lokalach gastronomicznych. Co prawda, licealista nie zaglądał do nich. Po pierwsze, nie miał pieniędzy, a gdyby nawet miał parę groszy, to by się bał, że spotka tam profesora i nazajutrz będzie wezwany do odpowiedzi i usłyszy: To ty, panna, chodzisz do „Szamotulankiˮ, a zadania z matematyki nie umiesz rozwiązać?!

Obiecywaliśmy sobie, że jak zdamy maturę, pójdziemy na kawę i nawet papierosa sobie oficjalnie zapalimy. Wtedy w kawiarniach się paliło. Papierosowy dym i zapach czarnej kawy tworzyły atmosferę lokalu, dla uczniów niedostępnego, może dlatego pożądanego.

Bo jak po dopuszczeniu do matury poszłyśmy z dziewczynami do „Szamotulankiˮ na lody i kawę, okazało się, że jest tu zwyczajnie. Pomiędzy stolikami chodziły panie kelnerki w czarnych sukienkach, przepasane małymi białymi fartuszkami z kieszenią, w której miały bloczek do zamówień i miejsce na pieniądze. Do włosów miały przypięte kawałki białej koronki.

Kawa była w szklankach z koszyczkami. Można było zamówić za 2 złote „pół czarnejˮ, czyli pół szklanki kawy. Można było poprosić „małą kawę z dużą wodąˮ w cenie „pół czarnejˮ albo dużą kawę za 4 złote (chyba). Do tego ciastko za 2 złote albo lody kulkowe w miseczce. Na każdym stoliku była oczywiście popielniczka.

W lecie można było wejść do „Szamotulankiˮ po loda kulkowego umieszczonego między dwoma kawałkami wafla. Chyba 1 gałka była za złotówkę, ale dokładnie nie pamiętam. Loda kupowało się przy bufecie.

Dopiero w czasie egzaminów maturalnych miałam okazję odwiedzić szamotulską restaurację, która mieściła się przy kinie. Nie pamiętam nazwy, ale wiem, że kelnerką była tam pani z Wielonka koło Ostroroga.

Pierwszy obiad w tym lokalu jadłam w czasie ustnej matury. Egzaminy zdawało się po południu, od godziny 15.00. Z domu wyjeżdżało się pociągiem „Jasiemˮ o 12.00, dlatego rodzice dawali pieniądze na obiad w restauracji. Co jadłam, nie pamiętam. Ale chyba jakąś pomidorową i na drugie pewnie kotleta z ziemniakami i kapustą. Wyboru na pewno za dużego nie było. Ale było miło i dość czysto. Były dwie sale: jedna bezalkoholowa, druga z alkoholem. Ale pijaków przy stolikach nie pamiętam. Dla nich chyba było w tej restauracji za drogo. Dla nich był raczej „Zagłobaˮ przy Rynku.

Bardzo blisko dawnego liceum była cukiernia Nowaczyńskich. Rzadko się tam wchodziło, bo nie było zwyczaju kupowania ciastek czy pączków. Dopiero w maju, jak zaczął się sezon lodów, ustawiały się kolejki. Cukiernia była na trasie ze szkoły na przystanek autobusowy przy Rynku. I zawsze się miało złotówkę, żeby loda sobie kupić. Zwłaszcza, kiedy lekcje kończyły się o 12.35, a autobus odjeżdżał godzinę później. Dodać tu muszę, że często było 5 lekcji. Ale chodziliśmy też do szkoły w soboty.

W cukierni Nowaczyńskich było pomieszczenie oddzielone drewnianą ścianą, gdzie można było wypić małą czarną i zjeść ciastko na miejscu. To było ulubione miejsce naszych nauczycieli. Wychodzili ze szkoły i tam wpadali na kawkę. Ja dopiero weszłam tam po maturze. Usiadłam sobie przy stoliku i z lubością wdychałam zapach czarnej mocnej kawy. I tak mi zostało do dziś. Kawa jest moim ulubionym napojem.


Spotkanie pracowników szamotulskiej drukarni z okazji Dnia Kobiet, kawiarnia „Pod Basztą”, 1967 r.


Zanim przejdę do bardzo eleganckiej kawiarni „Pod Basztąˮ, gdzie przez wiele lat kierowniczką była moja kochana Bogusia ‒ sąsiadka z Ostroroga, powspominam lokal, który dla szamotulskich licealistów, szczególnie tych dojeżdżających, był najważniejszy.

Chodzi o „Bar mlecznyˮ. Z szacunku wzięłam go w cudzysłów i napisałam dużą literą. Dzisiaj po nim nie ma śladu. Znajdował się przy ulicy Braci Czeskich, w narożnikowej kamienicy przylegającej do Kościelnej. Wchodziło się do niego po schodach, które zostały zamurowane. W barze w okienku siedziała sympatyczna pani, która sprzedawała herbatę z cytryną w szklance w koszyczku. Pytała, ile cukru wsypać.

W barze można było kupić dużą bułkę z masłem i z serem. Była też zupa pomidorowa, jakieś leniwe pierogi, budyń. Nie pamiętam menu. Ale pamiętam takie duże tablice z plastikowymi literkami, gdzie były wypisane dania z cenami. Jak czegoś brakowało, literki były odpinane.

W głębi baru była kuchnia. Pani z okienka zamawiała w kuchni dania i potem krzyczała: – Leniwe do odebrania, kalafiorowa gotowa! Siedzący przy stolikach, nakrytych kolorową ceratą klienci, podchodzili po talerze, a po zjedzeniu zupy czy leniwych odnosili talerz do okienka.

Bar był też miejscem, gdzie można było posiedzieć, czekając na autobus. Świetlicy nie było, sklepy od 13.00 do 15.00 miały przerwę obiadową, nie było co robić, kiedy na dworze na przykład padało, a parasolek też nie było. Nawet by nie było gdzie takiej parasolki w szkole zostawić.

Od wiosny w barze pani sprzedawała lody. Były to chyba lody „Pingwinˮ takie okrągłe na patyku. Pyszne! W tym czasie chyba w Ostrorogu lodów nie było.


Pracownicy i współpracownicy kawiarni „Pod Basztą”, początek lat 70.


I wracam do kawiarni „Pod Basztąˮ. Nie pamiętam, czy ona już była w 1967 roku, czy bywałam w niej w czasach studiów, kiedy przyjeżdżałam do Szamotuł. Było tu luksusowo, nowocześnie, ładnie. Pyszna kawa, desery, lody cassate w miseczkach. We wnętrzu ładne meble, firanki. Na dwudziestolecie matury mieliśmy tam spotkanie klasowe. Jeszcze wtedy, w 1987 roku, kawiarnia była ładna. Potem przeszła do historii, podobnie jak inne wspomniane przeze mnie lokale. Tylko cukiernia Nowaczyńskich trwa od ponad stu lat!

Od mojej matury minęło pół wieku. Zmieniły się Szamotuły. Ale ja chętnie przywołuję obrazy i sytuacje z czasów mojej edukacji w szamotulskim liceum. I dziękuję twórcom portalu region szamotulski.pl, że są moimi wspomnieniami zainteresowani.

Irena Kuczyńska

1 marca 2018 r.


Lokale, których już nie ma


Rynek – nie istnieje już dom, w którym mieściła się „Szamotulanka”

Zielony niewielki budynek widoczny na zdjęciu z 2008 r. – Andrzej Bednarski

Po likwidacji kawiarni w budynku przez wiele lat mieścił się sklep odzieżowy. Zdjęcie z 1991 r., Fotopolska

Więcej o historii tego domu: http://regionszamotulski.pl/andrzej-nowak-dom-stanislawy-burzynskiej-rynek-nr-5/

Zdjęcie z 2018 r.

Dworcowa, budynek obok kina – tu znajdowała się kiedyś restauracja, a później – w innej części – bar mleczny

Miejsce, gdzie znajdował się bar mleczny – narożnik Braci Czeskich i Kościelnej

Wroniecka – na narożniku mieściła się kawiarnia „Pod Basztą”



Pracownicy i współpracownicy kawiarni „Pod Basztą”, początek lat 70. Więcej zdjęć https://www.facebook.com/regionszamotulskiportal/posts/5129700260479408?rdid=M6TSvuZMpoATdrHv#

Irena Kuczyńska z domu Leśna

Urodzona w Ostrorogu, absolwentka szamotulskiego liceum (1967).

Emerytowana nauczycielka języka rosyjskiego w pleszewskim liceum, dziennikarka, blogerka (http://irenakuczynska.pl/).

Dawne szamotulskie restauracje2025-08-24T00:53:31+02:00

Bitwa pod Szamotułami 1383

15 lutego 1383 roku pod Szamotułami rozegrała się największa bitwa w tzw. wojnie Grzymalitów z Nałęczami


Herb Grzymała



„Jakaż więc była przyczyna tej wojny?” – pytał w swej Kronice Janko z Czarnkowa. I sam odpowiadał: „Oto, zdaje się, mówiąc prawdę, nie było innej, jak tylko nienawiść walczących, z dawna wzajemnie ku sobie powzięta, i zapalczywość w tej nienawiści i zazdrości, które do walki popychały”.


Herb Nałęcz

Ugrupowaniu ziemian, w którym najważniejszą rolę odgrywali Nałęczowie, przewodził właściciel Szamotuł Sędziwój Świdwa. Ze strony Grzymalitów walkami kierował starosta wielkopolski Domarat z Pierzchna (zwany też Domaratem z Iwna) herbu Grzymała. Przedmiot sporu stanowiło obsadzenie tronu polskiego po śmierci króla Ludwika Węgierskiego oraz sama osoba wpływowego starosty. Ziemianie godzili się na objęcie tronu przez popieranego wówczas przez Grzymalitów Zygmunta Luksemburczyka, męża starszej córki Ludwika ‒ Marii, stawiali jednak warunek nie do przyjęcia. Było nim odsuniecie od wpływów  Domarata, który pod koniec rządów Ludwika Węgierskiego stał się niezwykle ważną politycznie postacią, wchodził nawet w skład czteroosobowego kolegium w imieniu króla rządzącego Polską. Stało się to powodem wybuchu w grudniu 1382 roku walk w różnych częściach Wielkopolski.

Domarat najechał własności i dzierżawy Sędziwoja. Jak opisywał Janko z Czarnkowa, złupił Wronki i zniszczył „miasto Szamotuły”. Chodziło tu najprawdopodobniej o miasto w pierwszej jego lokacji, czyli znajdujące się niedaleko dzisiejszego Mutowa i Piotrkówka, gdzie założył swój obóz (więcej na temat pierwszej lokacji Szamotuł w artykule http://regionszamotulski.pl/szamotulscy/).

Sędziwój Świdwa zgromadził rycerzy z południowej Wielkopolski i o świcie 15 lutego 1383 roku z 300 pocztami rycerskimi zaatakował i rozbił kompletnie zaskoczone wojska Domarata. Wkrótce karta się odwróciła, gdyż w pogoni za przeciwnikami siły ziemian się rozproszyły, a na pole bitwy z okolic Obrzycka nadciągnął wspierający Domarata Wierzbięta ze Smogulca. Tym razem rozgromione zostały wojska Nałęczów, a Sędziwój Świdwa schronił się w małej warowni w Ostrorogu. Po dwóch dniach oblegania Domarat wycofał się, jednak dalsze walki i grabieże trwały. Pokój w Wielkopolsce zapanował dopiero po wstąpieniu na tron Władysława Jagiełły i jego ślubie z Jadwigą.

***


Ławeczka Janka z Czarnkowa, pl. Wolności w Czarnkowie. Źródło: domena publiczna

Janko z Czarnkowa, Kronika

rozdziały 69-70, Wydawnictwo E. Wende i  Sp., przekład Józef Żerbiłło, Warszawa 1905.


O potyczce Domarata z ziemianami

W kilka dni później starosta Domarat, przybywszy z Pomorzanami, Kaszubami i Sasami, złupił najpierw miasto Wronki i wiele wsi w tymże powiecie, a potem, ciągnąc przez kraj i wszystko po drodze pustosząc, przybył do pewnej, zwanej pospolicie Piotrkowicami, majętności kasztelana nakielskiego, Świdwy, około Szamotuł, miasta, należącego również do tego kasztelana, i w niej się rozłożył, niszcząc wspomniane miasto okropnie.

O tym najeździe Domarata ani Świdwa, ani ziemianie nic nie wiedzieli; wszakże Świdwa, skoro tylko usłyszał o zebranych przez Domarata ludziach i srogich jego napadach, posłał potajemnie do Kalisza i do Pyzdr po Bartosza z Odolanowa i po N., kasztelana szremskiego, aby mu śpiesznie przybyli z pomocą, lecz w najściślejszej jak tylko można tajemnicy. Wezwani stawili się w Poznaniu w sobotę [14 lutego 1383 r.] przed pamiętną niedzielą i tejże nocy niezwłocznie z trzystu kopijnikami do bitwy z Domaratem wystąpili.

Aczkolwiek około północy dano znać Domaratowi, że nieprzyjaciel się zbliża i ma napaść na jego leże, jednakże on, nie wiedząc nic o przybyciu Bartosza i kasztelana szremskiego, a przekonany, że Świdwa nie ma dostatecznych sił, aby się odważyć na napad na niego, wiadomości tej nie uwierzył.

Atoli rano w pamiętną niedzielę, która była dniem 15 lutego, szpiedzy Domarata, wracając do jego obozu, donieśli mu, że nieprzyjaciel już się gotuje do bitwy, i rzeczywiście, o brzasku dnia, prawie połowa wojska Domarata, nie zdążywszy nawet przywdziać na siebie, z powodu tak przyśpieszonej bitwy, zbroi, zabiegła ‒ bezbronni razem z uzbrojonymi ‒ nieprzyjacielowi drogę około swoich leż nocnych. Tam zetknąwszy się, zawzięcie bić się z sobą zaczęli; wszelako nieuzbrojeni Pomorzanie i Sasi, zaraz po natarciu, podali tył i uciekli.

Kasztelan nakielski ze swoimi ludźmi gonił ich więcej niż dwie mile za Wronki i wielu z nich zabrał do niewoli. Byłby jednak ostrożniej i rozsądniej postąpił, gdyby jako zwycięzca pozostał na placu boju razem z Bartoszem. Bóg wszakże odebrał mu tę cześć, a nawet tego jeszcze dnia, aby wybujałą dumę jego i ludzi jego ukrócić, haniebnie poraził, niewątpliwie za napady i spustoszenia, czynione przezeń, jak wyżej powiedziano, w dobrach kościelnych.

Inni zaś ziemianie zawzięcie ścigali samego Domarata i jego ludzi, którzy w popłochu rozpierzchli się po polach; wielu z nich wzięli do niewoli, pozabierali im konie i tyle broni, że z niej ułożyli kilka stosów na kształt gór. Wierzbięta ze Smogulca, ze swymi stu kopijnikami i pięciuset pieszymi, nie przybliżał się do placu bitwy, gdyż nocował około Obrzycka za rzeką Wartą i nic o wyniku walki nie wiedział.

W bitwie tej padł ciężko raniony pewien szlachetny, wszelkiemi darami cnót nad podziw ozdobiony, młodzian, imieniem Trojan, syn Tomisława z Gołączy, niegdyś sędziego kaliskiego, i w najbliższy wtorek, w dzień św. Macieja apostoła [22 lutego 1383 r.] w Poznaniu zakończył życie. Zabito także Grzymka z Czenina, męża dobrego i szlachetnego, a i wielu innych, niestety, tak ze szlachty jak z ludu poległo także w tej bitwie.

O drugiej bitwie tego samego dnia między nimi stoczonej

Skoro tylko wieść o tej bitwie doszła do Wierzbięty ze Smogulca i jego stronników, wnet zwinął on swój obóz i pośpieszył do miejsca spotkania; przybywszy tam, ziemian, których znalazł, zabrał do niewoli i nie tylko pozabierał im ich własne konie i broń, ale odbił również broń i konie ludzi Domaratowych, których ci poprzednio do niewoli wzięli, poczem, jako zwycięzca, z honorem pozostał na polu bitwy.

Wnet do niego ściągnęli pobici i rozbrojeni Domarat i brat jego Mroczko, razem z innymi ludźmi swoimi, tak wziętymi do niewoli jak i po polach rozpierzchłymi, i uradowani z tego zwycięstwa, nabrawszy sił i śmiałości, czekali na placu boju powrotu swych nieprzyjaciół, którzy się uganiali za Sasami. Wprawdzie kasztelanowi nakielskiemu i jego wojsku, wracającemu po rzezi, sprawionej przeciwnikom, doniesiono, że Wierzbięta razem z Domaratem oczekują jego przybycia na placu boju, jednakże on, mniemając, że rozproszył zupełnie hufce Domarata, śmiało naprzeciw niego kroczył i dopiero gdy zbliżywszy się ujrzał jego wojsko i poczuł, że w porównaniu z nim o wiele słabsze ma siły, przestraszył się i upadłszy na duchu, rzucił się do ucieczki, uważając odwrót, chociażby w nieładzie, za skuteczniejszy ratunek, niż wydanie bitwy.

Podczas jego ucieczki wojsko Domarata i Wierzbięty położyło trupem lub wzięło do niewoli bardzo wielu ziemian. Sam zaś Sędziwój, kasztelan nakielski, z małą tylko liczbą ludzi ledwo umknął do pewnej twierdzy Dzierżka Grocholi, kasztelana santockiego, zwanej Ostroróg, zamierzając w niej stawić czoło wrogom. We dworze czyli we wsi tej warowni było wzięto do niewoli bardzo wielu szlachetnych i zamożnych Polaków, którzy się nie mogli dostać do samej twierdzy, a będąc prawie bezbronnymi, nie byli w stanie wrogom się opierać.

Tam w Ostrorogu Domarat i Wierzbięta ze swem wojskiem przepędzili resztę dnia tego, zdobywając twierdzę, do której Świdwa ze swoimi ludźmi tak haniebnie uciekł; oblegali ją całą noc aż do rana i prawie cały dzień następny, ale ponieważ jej tak prędko zdobyć nie mogli, a przytem obawiali się nadejścia ziemian, o których myśleli, że są w Poznaniu, więc następnej nocy odeszli do miasta Oborników, weseląc się i tryumfując ze zwycięstwa.

Z tego miasta, począwszy od wtorku, który był dniem 17 miesiąca lutego, aż do dnia 8 miesiąca marca, wojsko Domarata czyniło bezustannie, po nieprzyjacielsku, grabieże, pożogi i łupiestwa po całej ziemi między Poznaniem, Bukiem, Wronkami a rzeką Wartą. Podobnież i inni pomocnicy Domarata ze wszystkich wyżej wspomnianych zamków i twierdz, szerzyli okropne spustoszenie po całej ziemi polskiej, jak gdyby chcieli ją swoją bezustanną grabieżą w niwecz obrócić.

W walce tej oba wojska wzywały imienia tego samego pana: bo i ziemianie zwoływali siebie imieniem Maryi, córki zmarłego króla Ludwika, a żony Zygmunta, margrabiego brandenburskiego, i Domarat ze swojem wojskiem również imienia tej pani wzywał. Jakaż więc była przyczyna tej wojny, kiedy wszyscy uznawali tego samego pana i w jego imieniu walczyli?

Oto, zdaje się, mówiąc prawdę, nie było innej, jak tylko nienawiść walczących, z dawna wzajemnie ku sobie powzięta, i zapalczywość w tej nienawiści i zazdrości, które do walki popychały. Niektórzy bowiem z ziemian nie chcieli mieć Domarata za starostę dla tego, że jego zawiści przypisywali unieważnienie elekcyi Dobrogosta na arcybiskupa gnieźnieńskiego i Mikołaja na biskupa poznańskiego, o czem było wyżej. To była główna przyczyna, dlaczego nie chcieli go mieć za starostę, ważniejsza zapewne od niesprawiedliwości, które miał często ziemianom wyrządzać. On zaś ze swojej strony uważał za wstyd dla siebie ugiąć się przed ich wolą; a z tego tylko ziemia polska podlegała, niestety, niczem prawie nie dającemu się wynagrodzić spustoszeniu.

Sędziwój Świdwa Szamotulski (1. poł. XIV w.-1403) pochodził z Dzwonowa, rozległe dobra szamotulskie przejął jako zięć jednego z dziedziców Szamotuł, podobnie jak on sam herbu Nałęcz. Początki jego kariery politycznej przypadły na czas panowania króla Ludwika Węgierskiego, któremu najprawdopodobniej oddał cenne usługi na pograniczu z Marchią Brandenburską. Po śmierci króla w 1382 r. stał się jednym z przywódców szlachty wielkopolskiej. Należał do najliczniejszego obozu, tzw. ziemian, stanowiących opozycję wobec starosty wielkopolskiego Domarata. Do znacznych urzędów Sędziwój doszedł za czasów Władysława Jagiełły: był kasztelanem gnieźnieńskim i wojewodą poznańskim.

Domarat z Pierzchna (Iwna) (zm. ok. 1400 r.) herbu Grzymała – starosta wielkopolski, kasztelan poznański, zwalczany przez część wielkopolskich możnych, w latach 1382-84 kierował działaniami zbrojnymi przeciw tej opozycji (tzw. wojna Grzymalitów z Nałęczami).

Janko z Czarnkowa (ok. 1320-1387) należał do drobnego rycerstwa z rodu Nałęczów, w trakcie kariery kościelnej i politycznej zdobył spory majątek. Najwyższe pełnione przez niego funkcje to podkanclerzy koronny (w kancelarii króla Kazimierza Wielkiego) oraz archidiakon gnieźnieński (zarządca diecezji). Jego kariera polityczna załamała się po śmierci Kazimierza Wielkiego, kiedy nie tylko nie poparł Andegawenów w staraniach o polski tron, a nawet wplątał się w spisek przeciwko nim. Skazany na banicję, na cztery lata musiał opuścić Polskę.  W latach 1377-1386 pisał kronikę. Rozpoczął ją od śmierci Władysława Łokietka, krótko opisał  czasy Kazimierza, a skupił się na wydarzeniach z lat 1370-1384, których był bezpośrednim świadkiem.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 15.02.2018 r.


Okolice, gdzie toczyły się walki. Jaka była wówczas pogoda, nie wiadomo…

Zdjęcia Andrzej Bednarski

Bitwa pod Szamotułami 13832025-08-28T16:37:40+02:00

Halszka z Ostroga i jej matka – Beata Kościelecka

Renesansowe emancypantki. Księżne Ostrogskie – Beata i Halszka

Niewiele jest kobiet staropolskich, o których wiemy więcej niż tylko to, czyimi były córkami, żonami, matkami. Na kartach historii zapisały się jedynie te niezwykłe, o nieprzeciętnych charakterach i losach, jak księżne Ostrogskie, matka i córka. Beata była opozycjonistką Zygmunta II Augusta, jedną z pierwszych Polek zajmujących się administrowaniem, ofiarą łowcy posagów i pierwszą znaną z nazwiska turystką tatrzańską. Jej córka, Halszka, zasłynęła jako dziedziczka ogromnej fortuny kniaziów Ostrogskich, antykrólewska buntowniczka, bohaterka obyczajowego skandalu, bigamistka, tajemnicza Czarna Księżniczka, która niczym więźniarka przez czternaście lat mieszkała w szamotulskiej baszcie.



Beata Kościelecka (1515-1576), portret z epoki

Katarzyna Telniczanka, babka Halszki i matka Beaty rozkochała w sobie przyszłego króla Zygmunta I Starego, z którym miała trójkę dzieci. Niewiele o niej wiemy. Być może była jedną z dam należących do dworu królowej matki, Elżbiety Habsburżanki? Zwała się Telniczanką od wsi Telnice na Morawach, co wskazywałoby na to, że była Czeszką. Jej niezalegalizowany związek z Zygmuntem trwał jedenaście lat, w tym dwa lata, gdy był on królem Polski. Nie zamierzał jej poślubić, gdyż jako władca musiał w wyborze żony kierować się względami dynastycznymi. Zapewnił jednak ukochanej dostatnie życie, wydając ją za mąż za podskarbiego wielkiego koronnego, a jednocześnie swojego przyjaciela, Andrzeja Kościeleckiego. Z tego małżeństwa w 1515 roku urodziła się jako pogrobowiec Beata Kościelecka. Współcześni twierdzili, że była córką króla, a w tym przekonaniu tym utwierdzał ich fakt, że mała Kościelecka wychowywała się nie przy matce, tylko razem z królewnami na dworze królowej Bony.

Beata słynęła z niezwykłej urody, opiewanej przez poetę Andrzeja Krzyckiego, ale wygląd nie był dla niej najważniejszy. Za sprawą Bony bliskie stały się jej zachodnie, renesansowe ideały podniesienia godności i znaczenia niewiast. Obserwując królową, przekonała się, że polityka, władza nie muszą być obce kobiecie, że kobieta może zarządzać majątkiem, formować stronnictwa, forsować swoje plany równie dobrze jak mężczyzna. Łasa na władzę i bogactwo Beata miała świadomość, że jedno i drugie da jej odpowiednie zamążpójście. W XVI wieku małżeństwa zawierano głównie w celach materialnych, służyły produkcji, utrzymywaniu i przekazywaniu dóbr. Gdy chodziło o wielki majątek, na dobór małżonków wpływał sam król, mając na względzie własne sympatie i interesy polityczne. Kościelecka, ciesząca się względami Zygmunta Starego i Bony, zadbała więc o to, by królewska para wydała ją za mąż za majętnego księcia, który uchodził za najlepszą partię w kraju ‒ litewskiego kniazia Ilię Ostrogskiego, starostę bracławskiego i winnickiego, pierworodnego syna słynnego wodza Konstantyna Iwanowicza Ostrogskiego. Ilia często przebywał na monarszym dworze, gdzie poznał i pokochał pięć lat młodszą od siebie ulubienicę Bony.

Ślub i wesele Ilii i Beaty odbyły się na Wawelu 3 lutego 1539 roku. Uroczystość uświetniły turnieje rycerskie, w jednym z nich król Zygmunt II August pojedynkował się na kopie z panem młodym. Ostrogski nie atakował, zapewne z szacunku dla osoby króla, gdyż młody władca natychmiast zrzucił go z konia, a Ilia doznał poważnych wewnętrznych obrażeń. Piękna, bogata, młoda para niedługo cieszyła się swoim szczęściem. Wkrótce po feralnym upadku kniaź czuł się tak źle, że postanowił napisać testament. Zadbał w nim przede wszystkim o żonę i dziecko, którego się spodziewali. Miało ono objąć część fortuny Ostrogskich po osiągnięciu pełnoletniości, a resztę ‒ po śmierci matki. Do czasu jego dorosłości całym spadkiem zarządzać miała Beata. Ilia zmarł 19 sierpnia 1539 roku, a trzy miesiące później, 19 listopada 1539 roku w Ostrogu, na dzisiejszej Ukrainie, przyszła na świat jego spadkobierczyni. Otrzymała imię Elżbieta, nazywana była zdrobniale Halszką.

Beata chciała, aby córka jak najdłużej pozostała dzieckiem ‒ małą Halszką, co dawało wdowie możliwość dysponowania jej majątkiem. Według prawa litewskiego nieletniość kończyła się u kobiet po ukończeniu piętnastego roku życia. W praktyce nie miało to znaczenia, gdyż dziewczyna aż do zamążpójścia pozostawała pod opieką, co wiązało się to z obowiązującym w monarchii ostatnich Jagiellonów prawem. Kobiety uznawane były za słabe fizycznie i psychiczne, w związku z czym potrzebowały opieki mężczyzny: ojca, brata albo męża. Ograniczenia te dotyczyły prawa spadkowego, opiekuńczego, małżeńskiego oraz zdolności sądowej w procesie cywilnym. W sądzie panny i mężatki nie mogły występować w swoim imieniu. Musiał je reprezentować mężczyzna. Samodzielnie czyniła to tylko wdowa. O dziecku, które zostało osierocone przez ojca, tak jak Halszka urodzona jako pogrobowiec, decydowali opiekunowie naznaczeni – powołani do opieki przez ojca w testamencie. Najważniejszym z ich uprawnień było zezwolenie na wejście w związki małżeńskie podopiecznych. Jeśli kobieta bez zgody opiekunów wyszła za mąż, traciła przypadające na nią mienie.

Posag wnuczki królewskiej kochanki obejmował: zamki w Połonnem, Krasiłowie, Cudnowie wraz z przyległościami, dwór Góry, dom w Wilnie i 1/5 dochodów z Ostroga. Elżbieta szybko zyskała sławę bogatej, a do tego pięknej dziedziczki. Nie wiemy, kto nauczył Halszkę czytać i pisać: ochmistrzyni, czy – wyedukowana dzięki Bonie – matka? Z pewnością były to umiejętności rzadkie wśród szesnastowiecznych niewiast. O tym, że nawet znaczniejsze szlachcianki nie potrafiły złożyć podpisu, mówią akta sądowe. Dziewczęta przygotowywano do roli żony i matki, osoby biernej i uległej, której znajomość prac gospodarskich i modlitw wpajano w rodzinnym domu. Jedynie na większych dworach były ochmistrzynie, uczące je odpowiednich manier, tańca, niekiedy gry na jakimś instrumencie.

Ledwie Halszka skończyła dziesięć lat, a już do Ostroga zaczęły przyjeżdżać matrymonialne poselstwa możnych panów litewskich i koronnych. Beata konsekwentnie je zbywała, więc niedoszli zięciowie jak najgorzej ją oceniali, zarzucając poświęcenie szczęścia córki dla własnych ambicji. Życie wdowy wypełniało wychowywanie Halszki w bezwzględnym posłuszeństwie i procesowanie się z młodszym bratem zmarłego męża, Konstantym Wasylem Ostrogskim o rodzinne dobra Ostrogskich. Do czasu aż Konstanty Wasyl postanowił skończyć z sądami i przejąć włości należące kiedyś do jego ojca poprzez małżeństwo bratanicy z wybranym przez siebie kandydatem. Dla niej ślub oznaczał wejście w posiadanie spadku, ale w rzeczywistości ‒ przejęcie go przez jej męża. Stryj dziedziczki chciał znaleźć takiego absztyfikanta, który zadowoliłby się częścią wielkiego majątku księżniczki, a resztę przekazał jemu. Jako bliski krewny był opiekunem przyrodzonym, czyli spokrewnionym, miał więc prawo wyboru męża dla Halszki. Ale to prawo mieli też wyznaczeni przez Ilię w testamencie opiekunowie, zwłaszcza matka i Zygmunt II August.

Ostróg, ruiny zamku Ostrogskich. Widoczne dwie baszty i zarys murów, w środku Cerkiew Objawienia Pańskiego, odbudowana w zmienionym stylu w II poł. XIX w. Źródło wolhynia.pl

Płyta nagrobna Dymitra Sanguszki, kościół św. Mikołaja w Jaromierzu, Czechy

Ostrogski zaplanował wydać bratanicę za księcia Dymitra Sanguszkę, starostę kaniowskiego i czerkaskiego. Dymitr początkowo uzyskał zgodę Beaty, jednak później ta wycofała się ze złożonej obietnicy. 6 września 1553 roku Konstanty i Dymitr z blisko stu oddanymi sobie ludźmi najechali zbrojnie Ostróg. Pokonali załogę zamkową: jednego poddanego kniahini zabili, ranili ośmiu. Prosili, aby Ostrogskie zgodziły się oddać rękę panny Sanguszce. Bezskutecznie. Beatę zamknięto w izdebce i sprowadzono duchownego, by związał młodych stułą. Ponieważ Halszka nie chciała wymówić słów przysięgi, stryj zrobił to za nią. Następnie odprowadził młodych do łożnicy, gdzie oddał żonę mężowi.

Słudzy księżnej donieśli o napadzie i wymuszonym ślubie wojewodzie kaliskiemu Marcinowi Zborowskiemu, jednemu z wielu, który pragnął, aby Halszka została jego synową. Zborowski zaś poinformował o tym króla. Zygmunt August uznał najazd na Ostróg za osobistą zniewagę i natychmiast wysłał pisma do Wasyla i Dymitra z rozkazem, aby wszystko wróciło do dawnego stanu, dopóki sprawą nie zajmie się sąd w Knyszynie. Spór został rozstrzygnięty na płaszczyźnie narodowościowej. Senatorowie litewscy poparli pretensje Sanguszki i stojącego za nim Ostrogskiego, wskazując na zniewalający wpływ matki na Elżbietę. Senatorowie polscy, dążący do tego, by scheda Ostrogskiej trafiła w ręce jednego spośród nich, stanęli po stronie Beaty. Zygmunt August oburzony był tym, że Halszka została poślubiona bez jego wiedzy i zgody, rozsierdziło go też samowolne opuszczenie pogranicznych zamków przez Dymitra i narażenie ich na niebezpieczeństwo ze strony Tatarów. Władca domyślał się, że za całą sprawą stoi znany z antykrólewskich knowań hetman wielki koronny Jan Tarnowski, teść Konstantego Wasyla. Wyrok, jaki zapadł w Knyszynie 5 stycznia 1554 roku, skazywał Sanguszkę na infamię, czyli – w dawnym prawie polskim – utratę czci i praw obywatelskich oraz gardło, a więc śmierć. Jednocześnie na prośbę Beaty król zarządził rozesłanie uniwersałów, na podstawie których miano pojmać Dymitra, a jego żonę oddać matce. Ostrogski wywinął się z opresji dzięki interwencji króla Czech, Ferdynanda, nakłonionego do niej przez Tarnowskiego.

Sanguszko postanowił salwować się ucieczką. Wraz z przebraną w męskie szaty Halszką, udał się do czeskiej posiadłości hetmana Tarnowskiego – Roudnic. W pościg za nim ruszyły zbrojne drużyny: Marcina Zborowskiego i jego syna, też Marcina, Janusza i Jędrzeja Kościeleckich – krewnych Beaty oraz Łukasza i Andrzeja Górków. Początkowo wszyscy jechali razem, lecz Zborowscy potajemnie wypuścili się do przodu, chcąc, aby tylko na nich spadła sława wybawicieli porwanej księżniczki i tym samym przychylność jej opiekunów. Pod koniec stycznia uciekający dotarli do czeskiej Lysy, nieopodal Jaromierza. Zatrzymali się w zajeździe, gdzie odbywało się wesele. Ucztujący zapamiętali Dymitra jako pogodnego kniazia, który chętnie z nimi rozmawiał, a nawet brał udział w tańcach w parze ze swoją towarzyszką. Następnego dnia rano Sanguszko, jeszcze niekompletnie ubrany, zszedł do świetlicy zajazdowej zamówić śniadanie. Wtedy do pomieszczenia wpadli Zborowscy i zaczęli strzelać z rusznic. Ranili dwoje weselnych gości. Książę wybiegł na podwórze. W czasie gonitwy rozdarto na nim koszulę i uciekał zupełnie nagi. Ostatecznie pojmano go, pobito, a kilka dni później uduszono łańcuchem. Piętnastoletnia Halszka została wdową. Przez ostatnie pięć miesięcy dwa razy obserwowała krwawe walki o swoją rękę, a naprawdę o posag – najpierw w Ostrogu, potem w Czechach. Był to jednak zaledwie początek dramatu polskiej Heleny Trojańskiej. Jak zanotował kronikarz Marcin Bielski, „Zborowski córkę księżnie matce oddał, o którą potem wielkie burdy były”.

Losy pierwszego małżeństwa Halszki stały się źródłem inspiracji dla wielu twórców. W XIX wieku po tę historię sięgnęli – powieściopisarz Stanisław Jaszowski oraz dramatopisarze: Józef Ignacy Kraszewski, Aleksander Narcyz Przeździecki, Józef Wojciechowski i Józef Szujski. Dramat Szujskiego Halszka z Ostroga z 1858 roku cieszył się największą popularnością i był wystawiany na scenach teatrów w: Pradze, Krakowie, Poznaniu i Warszawie. Postać Halszki kreowała między innymi zachwycająca w tej roli Helena Modrzejewska. O Halszce powstały też opowieści w języku czeskim i niemieckim. W tych romantycznych utworach widziano w Sanguszce rycerza, który poniósł śmierć w imię miłości. Jednak za legendą o uczuciu zakazanym przez matkę kryła się antykrólewska polityka możnowładców, prywata, żądza władzy i pieniędzy – uczucia, dla których umierano jak dla miłości. Ale to miłość jest wdzięczniejszym tematem dla twórców…

Krytycznie do wydarzeń związanych z Halszką i Dymitrem takich jak: najazd na Ostróg, porwanie, lekceważenie powagi królewskiej, konflikty rodzinne, zabójstwo odniósł się Jan Matejko. Umieścił Ostrogską na płótnie Kazanie Skargi, które jest malarską wizją wewnętrznych przyczyn rozbiorów Polski. Halszka symbolizuje na nim awanturniczą szlachtę przedkładającą prywatę nad dobro ojczyzny. Samej Elżbiecie słuchającej matki, a sprzeciwiającej się monarsze, można zarzucić samowolę oraz brak dbałości o dobro powszechne. Na obrazie została przedstawiona jako młoda kobieta w niebieskiej sukni i białej kryzie, z głową wspartą na ręce, górująca nad skuloną w sobie Anną Jagiellonką. Leciwa królowa siedzi tuż przy Halszce na zasadzie kontrastu. Anna nie miała posagu, urody, jej samotność i nieszczęścia, w tym późne i nieudane zamążpójście, nie budziły zainteresowania. Mimo iż urodziła się królewną, cechowała ją przeciętność. Elżbieta była niepospolita zarówno pod względem wyglądu, charakteru, jak i osobistych losów.


Jan Matejko, Kazanie Skargi (obraz ukończony w 1864 r.) – fragment



Z prawej: Helena Modrzejewska jako Halszka i Antonina Hoffmann jako Beata w spektaklu Halszka z Ostroga Józefa Szujskiego, zdjęcie Walery Rzewuski, 1866 r. Źródło: Foundation for Modjeska

Łukasz III Górka, obraz namalowany przez Jarka Kałużyńskiego na podstawie wizerunku z epoki

Wracająca z Czech Halszka spotkała się z matką w Poznaniu 18 marca 1554 roku. Dzień później złożyła skargę na stryja Konstantego Wasyla z powodu napadu na Ostróg, zagrabienia kosztowności i zmuszenia do ślubu. O rękę wdowy wystąpili przedstawiciele rodów biorących udział w pościgu za Sanguszką. Zabójcy pierwszego męża dziedziczki ‒ Zborowscy doszli do porozumienia z Tarnowskim i królową Boną. Król, widząc zbliżenie opozycyjnych magnatów, sam postanowił wydać Halszkę za mąż. Tylko dzięki temu mógł zyskać pewność, że majątek księżniczki nie zasili jego przeciwników. Pragnąc zjednać dla swej polityki protestantów, zadecydował, że księżniczkę poślubi luterański przywódca, wojewoda brzesko-kujawski i jeden z najzamożniejszych panów wielkopolskich ‒ Łukasz III Górka.

Władca, udając się wiosną 1555 roku z Litwy do Piotrkowa na sejm, zatrzymał się w Warszawie u matki, królowej Bony, gdzie przebywały obie wdowy. Przez kilkanaście dni bez skutku namawiał Beatę i Halszkę do zgody na ślub z Górką. W dzień odjazdu na sejm Zygmunt August postanowił sprawę zakończyć. Wszystko było przygotowane do ślubu, z wyjątkiem panny młodej i jej matki.  Beata schowała się w łaźni. Znaleziono ją i siłą zdjęto pierścień z palca, który dano Halszce, jako rzekomy znak przyzwolenia na małżeństwo. Podczas ceremonii zaślubin Elżbieta wciąż powtarzała, że zgadza się wyjść za Górkę, jeżeli jej matka się na to zgodziła i taka jest matczyna wola. To wymuszone „tak” stało się podstawą starań Beaty o unieważnienie ślubu Halszki z Łukaszem. Ich małżeństwo nie zostało skonsumowane dzięki interwencji Bony, u której Ostrogskie nadal pozostały, nie uznając ślubu za ważny.

Górka, za namową królowej, zostawił niechętną mu żonę teściowej, a sam ruszył z Zygmuntem Augustem na sejm. Liczył, że z czasem obie księżne pogodzą się z nowym status quo. Wracając z Piotrkowa na Litwę, król ponownie zajechał do Warszawy i daremnie starał się nakłonić Beatę do oddania Halszki mężowi. Łukasz odłożył sprawy osobiste na później. Pochłonęła go działalność reformatorska.

Wkrótce Ostrogskie straciły potężną opiekunkę, gdyż Bona rozgoryczona z powodu odsunięcia przez syna od władzy wróciła do Włoch. Mimo tego Halszka osobiście napisała do Łukasza, „że woli gardło dać niźli zań iść”, o czym w liście z 26 października 1556 roku donosił Zygmunt August wojewodzie wileńskiemu, Mikołajowi Radziwiłłowi Czarnemu. Jednocześnie prosił o radę, co ma dalej czynić, „bo to najtrudniejsze, iż dziewka nie chce”. Beata potajemnie rozpoczęła układy z nowym konkurentem do ręki jedynaczki, księciem Siemionem Słuckim.

W 1557 roku uparte buntowniczki schroniły się przed Górką i królem we Lwowie. Zamieszkały w domu, który znajdował się między potężnym murem obronnym a klasztorem dominikanów. Władca nakazał staroście lwowskiemu Piotrowi Barzemu, by zmusił Halszkę i jej matkę do podporządkowania się jego woli i uznania ślubu z Łukaszem. Beata hardo się temu przeciwstawiła, odpowiadając staroście, iż wolałaby puginałem zabić córkę i siebie, niż widzieć ją w niewoli u Górki. Z pewnością miała świadomość dramatu realiów epoki, w której kobieta była przedmiotem w ręku mężczyzn, ale nie myślała bez walki podporządkowywać się bezwzględnym prawom. Barzy złożył raport o niewykonaniu zadania Zygmuntowi Augustowi. Ten, zatroskany o swój monarszy autorytet, wysłał do Lwowa swego sekretarza, Łukasza Górnickiego, który postawił straże u bram miasta z rozkazem, aby nikogo z niego nie wypuszczały ani do niego nie wpuszczały. Strażnikom udało się przechwycić listy Mikołaja Radziwiłła Czarnego do Beaty z radą, aby nie dawała Halszki Górce, jeśli nie chce stracić wszystkich majętności. Odkrywszy poparcie Czarnego dla Ostrogskiej król stracił do niego nieograniczone zaufanie, którym dotąd go darzył, częstokroć pytając o radę także w sprawie Halszki.

Tymczasem w żebraczym przebraniu do lwowskiego klasztoru przedostał się książę Siemion Słucki. 11 marca 1559 roku Halszka dopuściła się bigamii. Odtąd miała dwóch mężów: jednego uznanego przez władcę i jego stronników, drugiego uznanego przez antykrólewską opozycję, do której należała wraz z matką. Skandal przybierał coraz większe rozmiary, a we Lwowie nastroje stawały się coraz bardziej niespokojne. Łukasz Górka z braćmi Andrzejem i Stanisławem oraz zbrojnym pocztem gotów był do oblężenia klasztoru. Starosta Barzy, chcąc uchronić Lwów przed rozlewem krwi, przeciął rury dostarczające do klasztoru wodę. Wówczas Beata powiadomiła go, iż z wolą bożą oddała córkę w stan święty małżeński księciu Słuckiemu, który małżeństwo w przeciwieństwie do Górki skonsumował. Ostrogska chciała, aby Barzy przekazał tę wieść królowi i liczyła, że teraz nieuznawany przez nią zięć zaprzestanie starań o wydanie mu Halszki. Jednak po trzech dniach bez wody złamała się i dała jedynaczkę w sekwestr do czasu rozwiązania sporu. Dwa dni później, wbrew obietnicy danej księżnej, a zgodnie z rozporządzeniem władcy, Halszkę przekazano Górce.


Halszka z Ostroga, obraz namalowany przez Jarka Kałużyńskiego na podstawie wizerunku z epoki

Baszta Halszki – obraz Arlety Eiben, 2013 r.

Halszka wpadła w depresję, została przewieziona przez Łukasza Górkę do Szamotuł. Tymczasem Beata uprosiła króla, aby polecił rozsądzić sprawę małżeństwa jej jedynaczki. O ewentualnym unieważnieniu ślubu mieli zdecydować prymas Jan Przerębski wraz z biskupem poznańskim Andrzejem Czarnkowskim. Ostrogska rozpoczęła szeroką kampanię na rzecz odzyskania Halszki dla Siemiona. Pisała dziesiątki listów, kaptowała sprzymierzeńców. Pragnęła wyciągnąć córkę z „piekielnego Babilonu niechrześcijańskiego”, jak nazywała dom luteranina Górki. Ten zaś chciał zatrzymać Halszkę przy sobie i sprawić, by przestała być mu „wrogiem w domu”.  Jak zapewniał w liście prymasa, sumienie nie pozwoliłoby mu zerwać ślubów, nawet gdyby za wydanie Halszki miał otrzymać jakąś nagrodę. W listach krążących między Ostrogską, Zborowskim, Przerębskim a Górką kwota za Elżbietę wciąż rosła, aż osiągnęła 100 000 zł, które proponowała Beata Łukaszowi. W liście do prymasa Przerębskiego pisała, że jeśli jej nieprzyjaciel zażąda więcej pieniędzy, zostanie jej tylko zagroda. Łukasz ostatecznie okazał się nieprzekupny. Na pytania prymasa o małżeńskie życie odpowiadał, że wszelkimi sposobami próbuje dojść do porozumienia z żoną, ale ta uparcie każe mu starać się o akceptację teściowej.

Halszka nigdy nie złamała przysięgi danej matce, by niczego bez jej woli nie czynić – nie pogodziła się z Łukaszem. Żałobny strój, jaki nosiła po śmierci Siemiona Słuckiego, zmarłego w 1560 roku sprawił, że nazywano ją Czarną Księżniczką. Aby zaprotestować przeciwko ubezwłasnowolnieniu, odsunęła się od narzuconego męża. Aż do jego śmierci 23 stycznia 1573 roku, czyli w sumie czternaście lat, mieszkała z dala od niego w szamotulskiej baszcie. Ponieważ ówczesnym tak niepokorna postawa kobiety nie mieściła się w głowach, powstała legenda, że to Górka kazał umieścić Halszkę w wieży. Legenda zrobiła z Łukasza tyrana i kata swej żony, który kazał zakuć jej twarz w żelazną maskę. Miała nim powodować zazdrość z powodu urody Halszki. Najpierw burzliwe, a potem pustelnicze życie sprawiły, że ‒ jak napisał heraldyk Bartosz Paprocki ‒ Elżbieta „była potem mente capta”, czyli obłąkana. Czy tak było w istocie? Czy może jej postępowanie do tego stopnia zadziwiało współczesnych, że uznali, iż straciła rozum? Z pewnością była w złej kondycji psychicznej, ale jako osoba chora psychicznie nie mogłaby napisać testamentu, a taki po niej pozostał. Każdy testament musiał zawierać klauzulę, że sporządza się go przy zdrowym umyśle i pamięci. Inne napisane przez nią dokumenty, listy również przeczą legendzie, że po opuszczeniu baszty popadła w obłęd.

Dla Beaty nawet utrata podstawowego argumentu w walce z Górką, czyli śmierć Słuckiego, nie była powodem do kapitulacji. Uciekła się do ostatecznego środka, by przeciwny oddaniu Halszki Górka nie wszedł w posiadanie jej majątku. Wyszła za mąż, co wkrótce okazało się jej największym życiowym błędem. W swoim wybranku, przedsiębiorczym, pozbawionym skrupułów wojewodzie sieradzkim, Olbrachcie Łaskim, Beata widziała wymarzonego obrońcę jej pieniędzy i wybawiciela córki. Łaski z kolei widział w starszej od siebie o dwadzieścia jeden lat kobiecie swą przyszłą ofiarę, dzięki której będzie mógł zrealizować nietuzinkowe, wymagające dużych funduszy marzenie, by zostać mołdawskim władcą. Pełni nowych nadziei Beata i Olbracht 12 kwietnia 1564 roku zawarli związek małżeński. Po ślubie wyjechali do rodzinnej posiadłości Łaskiego, położonej w Tatrach Słowackich ‒ Kieżmarku. Beacie spodobały się góry. Zadziwiła wszystkich, wyruszając na górską wycieczkę, by zobaczyć piękne krajobrazy. Było to zachowanie na ówczesne czasy tak niezwykłe, że kronikarz odnotował ten fakt między opisami działań wojennych i klęsk żywiołowych, które dotykały Kieżmark. Dzięki temu matka Halszki stała się pierwszą znaną z nazwiska turystką tatrzańską.

Olbracht dbał o dobry nastrój małżonki i pozory miłości. Organizował huczne uczty, festyny, turnieje rycerskie, aż w stosownej chwili, niespełna rok po ślubie, oświadczył Beacie, iż jego sytuacja finansowa jest fatalna i dla utrzymania kieżmarskiego dworu potrzeba mu znacznych sum. Wówczas ta zapisała mężowi wszelkie prawa do zamków i dóbr książąt Ostrogskich oraz odziedziczonych po bracie Janie, biskupie wileńskim. Zapis miał być oznaką wdzięczności za starania czynione w celu uwolnienia Halszki spod władzy Łukasza Górki. Gdy tylko żona złożyła podpis na cesji, zwinął dwór i udał się do Polski, by za zyskane pieniądze spełnić swe marzenie o mołdawskim tronie. Beatę pozostawił w Kieżmarku, otoczył strażą i kazał pilnie strzec.

Przez osiem lat nikt nie upomniał się o nią, choć wiedziano, że była przetrzymywana w bardzo złych warunkach. Księżna przekonała się o tym, że przywileje szlacheckie nie obejmowały kobiet. O ile szlachcic mógł zostać uwięziony jedynie na mocy prawomocnego wyroku sądu, to ten sam szlachcic mógł bezpodstawnie więzić szlachciankę przez długie lata. Beata zakończyła życie w 1576 roku, nie odzyskawszy wolności.

Gdy trzy lata wcześniej, wraz ze śmiercią męża skończyło się dla Halszki dobrowolne więzienie, zamieszkała u stryja w Dubnie, gdyż Konstanty Wasyl przysiągł, że zrobi wszystko, by zwrócić wolność jej matce. Z wdzięczności to właśnie jemu oraz jego synom – Januszowi, Konstantemu i Aleksandrowi, w testamencie z 16 marca 1579 roku zapisała swój wielki posag, który wywołał tyleż samo emocji, co konfliktów. Do śmierci, czyli do grudnia 1582 roku mieszkała w Dubnie.

W XX wieku literaci zwrócili uwagę na perypetie Elżbiety i Łukasza III Górki oraz związane z nimi legendy, takie jak zakucie twarzy Halszki w czarną maskę przez zazdrosnego męża, czy podążanie szukającej pociechy księżnej podziemnym gankiem na nabożeństwa z baszty do kolegiaty. Jej zbeletryzowany życiorys wydał Mieczysław Dereżyński, a powieści historyczne poświęcone Halszce stworzyli: Maria Wicherkiewiczowa, Amelia Łączyńska i Janusz Teodor Dybowski. Przeżycia Ostrogskiej stały się też inspiracją do napisania sonetów przez Stanisława Helsztyńskiego. W literaturze popularnonaukowej – u Zbigniewa Kuchowicza, Marka Ruszczyca, Krystyny Kolińskiej księżne Ostrogskie zasiliły grono niepospolitych niewiast.

Daromiła Wąsowska-Tomawska

ZNÓW NARODZINY HALSZKI

W cieniu księżyca
w żelaznej masce na twarzy
W mroku baszty
Mówią
Czarna Księżniczka
A dzisiaj chce znów
być piękna
W kolorach przy jędrnych piersiach
i kryzie
Jak nimfa odpłynąć
z kaczeńcem przy uchu
w złocistym skręcie loka
I wznieść się
unieść w oparach Samy
pomiędzy krzykiem a głuszą
I czekać
aż drgną znów usta
i słońce zatrzyma promień
nad pierwszą literą
imienia

tomik Fotografie, 2017 r.

Halszka i Beata należały do nielicznych kobiet, które w XVI wieku odebrały wykształcenie, umiały czytać i pisać. Beatę pochłaniało wszystko, co dotychczas było zarezerwowane dla mężczyzn: władza, walka o rodzinne dobra, zarząd ogromnymi majętnościami. To, że starała się być aktywna, niepodporządkowana mężczyznom, stało się przyczyną legendy jakoby była złą, wyrodną matką. Z kolei Halszka pragnęła pozostać wierna przysiędze złożonej matce i nie godziła się na męską dominację w kwestii małżeństwa. Manifestowała niechęć do narzuconego jej przez króla męża życiem w wieży, izolacją, noszeniem czarnych strojów. W czasach, kiedy od kobiet wymagano przede wszystkim posłuszeństwa, takie zachowanie budziło agresję i było źródłem negatywnego etykietowania. Wyemancypowane zachowanie Ostrogskich tłumaczono podłym charakterem, chorobą psychiczną. Powstały o nich legendy. Ich źródłem był konflikt o rękę bogatej księżniczki, ale również – i to niezwykłe – pragnienie wyjścia Elżbiety i jej matki Beaty poza role przeznaczone dla renesansowych kobiet, które były związane wyłącznie z płcią. Nieprzeciętne, tajemnicze postacie żyją drugim, legendarnym życiem. Do dziś w okolicach szamotulskiej baszty można spotkać mroczne widmo – ducha Czarnej Księżniczki.

Sylwia Zagórska

Szamotuły, 6 lutego 2018 r.

Sylwia Zagórska

Od dzieciństwa mieszka w Kaźmierzu, absolwentka szamotulskiego liceum, nauczycielka historii, dr nauk humanistycznych. Autorka biografii Elżbiety Ostrogskiej pt. Halszka z Ostroga. Między faktami a mitami oraz specjalnego wydania „Obserwatora Kaźmierskiego” – Urnental. Okupacyjne losy mieszkańców gminy Kaźmierz.

Lubi gwarę wielkopolską, kolarstwo. Biega.

Halszka z Ostroga i jej matka – Beata Kościelecka2025-08-27T21:23:46+02:00

Szamotulska wieża ciśnień

Szamotulska wieża ciśnień

Dokumentacja projektu i ozdobny prospekt z motywem podania o Czarnej Księżniczce ‒ Muzeum – Zamek Górków


Okoliczności powstania

Zanim powstały szamotulskie wodociągi, mieszkańcy miasta pobierali wodę ze studni. Studnie publiczne usytuowano na obecnym placu Sienkiewicza, na Rynku oraz w pobliżu budynku byłego klasztoru franciszkanów, który pod koniec XIX w. pełnił rolę koszar wojskowych. Każdy, kto chciał skorzystać ze studni, musiał udać się z wiadrem i samodzielnie napompować wodę. Bardziej zamożni szamotulanie starali się o ujęcie wody w pobliżu własnej posesji.

Niektóre takie prywatne studnie pozostały do dziś, choć nikt już ich nie używa. Kwestię usuwania nieczystości rozwiązywano w prymitywny sposób, wylewając je do rynsztoków. Ale według ustnych relacji istniał pewien system zbierania ścieków, które przystosowanymi do tego celu wozami zwożono ponoć w okolicę starej rzeźni (ul. Wodna), gdzie istniały odstawnie. Stamtąd woda opadowa, niestety, zmywała dużą ilość fekaliów bezpośrednio do rzeki Samy.

W tym czasie Szamotuły, tak jak większa część Wielkopolski, znajdowały się pod panowaniem niemieckim. Pokonawszy Francję w wojnie 1870-1871, Prusy (po zjednoczeniu się z innymi państewkami ‒ Niemcy) uzyskały ogromną kontrybucję wojenną.

Władze młodego państwa mogły sobie po pozwolić na rozwój infrastruktury – i to nie tylko w dużych ośrodkach, ale też na prowincji. Wiele miast i miasteczek w niedługim czasie zgazyfikowano, zelektryfikowano, skanalizowano oraz zwodociągowano.

Dzieło inżyniera Schevena

Wodociągi i kanalizację w Szamotułach wzniesiono z funduszy kontrybucyjnych. Projekt i kompleksowe wykonanie obu inwestycji powierzono wyspecjalizowanej w tego typu przedsięwzięciach firmie Heinricha Schevena z Düsseldorfu. Do dziś zachowała się teka z planami przebiegu sieci wodociągowej i kanalizacyjnej oraz projektami obiektów przyszłego zakładu przechowywana w Muzeum – Zamku Górków.

Inżynier Scheven zastosował nowatorskie rozwiązania techniczne. Sam wybór miejsca na budowę ujęcia wody świadczy o ogromnym doświadczeniu i wiedzy Schevena i jego pracowników oraz ich pomysłowości. Początkowo wskazano tereny w okolicy Mutowa jako najkorzystniejsze miejsce na usytuowanie studni głębinowej, wieży wodnej oraz urządzeń służących uzdatnianiu. Okazało się jednak, że przeciągnięcie rurociągu z Mutowa do miasta byłoby zbyt kosztowne. Dlatego studnię głębinową wywiercono naprzeciwko cukrowni przy ul. Wojska Polskiego (w tamtych czasach Schützenstrasse). Woda była pozyskiwania za pomocą pomp napędzanych silnikami parowymi i podawana najpierw na filtry koksowe, a następnie, po odżelazieniu i uzdatnianiu, transportowana do wieży wodnej, z której spływała dzięki siłom grawitacji do wodociągów. Wieża wodna (zwana wieżą ciśnień) została wyposażona w zbiornik typu Barkhausen o pojemności 150 m3, umieszczony na wysokości około 36 m nad ziemią. Pozwalało to wytworzyć ciśnienie 3,6 atmosfery, co z powodzeniem wystarczało mieszkańcom podłączonych domostw.

Budowa przebiegała błyskawicznie. Zachowany projekt pochodzi z czerwca 1906 roku, a według relacji już jesienią tego roku obiekt ze studniami, zabudowaniami i wieżą ciśnień został uruchomiony.

Kilkukilometrowa sieć zbudowana z rur żeliwnych objęła teren Rynku i kilku głównych ulic (obecne nazwy: Lipowa, Dworcowa, Poznańska, Wroniecka). Wodociągi mimo upływu lat nie wymagały większych modernizacji ani nakładów inwestycyjnych, a pewna część dawnej infrastruktury funkcjonuje do dziś. Wieża ciśnień była wykorzystywana aż do 1978 roku.

Zbudowana przez Schevena przy ul. Wodnej oczyszczalnia ścieków, o wydajności 1.100 m3 na dobę, z systemem osadników zespolonych Imhof z komorą fermentacyjną i poletkami do osuszania osadów, wraz z siecią kanalizacyjną z rur kamionkowych, funkcjonowała do 1995 r.


Józef Rybarczyk z zięciem Edmundem Zawadzkim we wnętrzu pompowni (zwanej wówczas maszynownią), lata 20. Wnętrza pompowni, ok. 1910 r.  Zdjęcia z archiwum rodzinnego Jana Kulczaka.


Pierwsze lata

Funkcję kierownika ówczesny niemiecki Magistrat powierzył 30-letniemu Polakowi, Józefowi Rybarczykowi. Nikt tak jak on nie znał szamotulskich wodociągów, ponieważ jako monter zatrudniony był przy realizacji inwestycji przez firmę Heinricha Schevena z Düsseldorfu. Początkowo miał do dyspozycji trzech maszynistów. We wspomnieniach Mariana Zawadzkiego, wnuka Rybarczyka, zachowały się nazwiska maszynistów z 20-lecia międzywojennego: Musiał, Stachowiak, Szymański. Potem dołączył czwarty – Jóźwiak. Pracowali oni przy pompowaniu i uzdatnianiu wody, odpowiadali za konserwację i naprawy urządzeń, sieci wodociągowej, utrzymywali ład i porządek na terenie zakładu, dbali o zieleń. Do ich obowiązków należało również pobieranie opłat za wodę od mieszkańców miasta. Obsługą kanalizacji zajmowali się, według relacji Zawadzkiego, dwaj pracownicy, pp. Kalotka i Perz. Sprawy finansowe zakładu wodociągów i kanalizacji w latach 20. i 30. prowadził księgowy, który wypracowywał pół etatu w wodociągach, a drugie pół w zakładzie energetycznym. Oba przedsiębiorstwa prowadziła gmina.

Zarówno dyrektor, jak i pracownicy, mieszkali w zabudowaniach zakładu. Mieszkania znajdowały się w obecnym budynku dyrekcji. Niewielki budynek, w którym aktualnie funkcjonuje kasa Oddziału Wodociągów i Kanalizacji ZGK, służył jako zaplecze gospodarcze. Był tam np. chlewik, w którym hodowano świnie.

Zakład, przystosowany do obsługi miasta zamieszkałego przez 6 000 osób (tyle liczyły Szamotuły w 1906 r.), działał sprawnie do 1939 roku. Większą modernizację przeprowadzono w latach 30., kiedy silniki parowe pomp pompujących wodę ze studni głębinowej zastąpiono elektrycznymi. W 1939 roku przedsiębiorstwo obsługiwało 50% mieszkańców miasta.


Architektura wieży ciśnień

Szamotulskie wodociągi zaprojektowano i zbudowano w czasie, gdy Wielkopolska była pod zaborem niemieckim. Nic dziwnego, że projekt realizowała niemiecka firma i to w zgodzie z założeniami obowiązującymi w niemieckiej architekturze użytkowej XIX wieku. Zalecano wówczas, aby budowlom użyteczności publicznej nadawać charakter monumentalny. W wypadku wież wodnych, które stawały się istotnym elementem krajobrazu miejskiego, dokładano szczególnych starań, aby były ozdobą miasta i podkreślały jego prestiż.

Heinrich Scheven był doświadczonym wykonawcą dziesiątek wież ciśnień, wodociągów i kanalizacji. Wypracował charakterystyczny styl: w podobnej cylindrycznej konstrukcji z bębnem wystającym poza obręb trzonu stosował nawiązania stylistyczne do warownych budowli średniowiecza i baroku. W projekcie szamotulskiej wieży skorzystał z rozwiązań znanych głównie w budownictwie romańskim i barokowym.

Cokół wieży o kształcie ośmiokąta wykonany został z kamienia i cegły. Boniowanie, czyli dekoracyjne opracowanie kamiennej ściany z wyeksponowaniem układu kamieni, podkreśla monumentalny charakter budowli. W cokół wkomponowano okna i neobarokowy portal, w którym osadzono drzwi wejściowe z kamiennym gankiem. Z ośmiopolowego, pokrytego ceramiczną dachówką daszku podstawy wyrasta smukły walcowaty trzon wieży. Zwęża się on ku górze, dzięki czemu sprawia mniej masywne wrażenie. Trzon zwieńczony jest bębnem umocowanym na wklęsłym pierścieniu. Niegdyś wewnątrz był stalowy zbiornik wodny typu Barkhausen.

Na wysokości 4. kondygnacji (licząc od piwnicy) wystaje z trzonu niewielki balkon umieszczony na kamiennych wsporni­kach w kształcie wysuniętych zakończeń belek stropowych, czyli krosztynów. Ośmiokątną zasadę konstrukcji podkreślają: pierścienie wąskich neoromańskich i neogotyckich okien na kilku kondygnacjach trzonu oraz prostokąt­nych neobarokowych okien na tarasie widoko­wym, pilastry, to jest filary wtopione w ścianę pomiędzy oknami bębna, nieznacznie odstają­ce od ściany, a także ozdoba kopuły dachu wie­ży – zbudowana na planie ośmiokąta latarnia z metalową iglicą, zapożyczoną z barokowych baszt zamkowych.

Reliefowe ornamenty ro­ślinne na portalu drzwi i pod najwyższym pierścieniem okien trzonu, na­wiązują do baroku. Pierwotnie dach zdobiły cztery lukarny, czyli pionowe okienka doświetlające poddasze. Dziś ich nie ma – zostały zlikwidowane podczas remontu w latach 90. XX wieku.

Szamotulska wieża nie jest budowlą o znaczeniu regionalnym. Liczne po­dobne obiekty (niektóre bliźniacze, wykonane przez tę samą firmę) można do dziś spotkać w Niemczech, na Śląsku, na Pomorzu, Warmii, a nawet w Okręgu Kaliningradzkim.

Szamotulska wieża ciśnień stanowi efekt realizacji naj­nowszych europejskich technologii przełomu XIX i XX wieku, przykład doskonałego rzemiosła budowlanego i architektonicznego. Jej architektura jest wyrazem modnego w tej epoce eklekty­zmu, czyli łączenia ze sobą elementów różnych stylów i epok.


Wieże według tego samego projektu – Trzemeszno, Pisz (woj. warmińsko-mazurskie) i Zielenogradsk (dawniej Cranz) w Okręgu Kaliningradzkim. W 2013 r. w Piszu w przebudowanej górnej części wieży oddano do użytku taras widokowy. W Zielenogradsku remont wieży sfinansował rosyjski biznesmen; urządzono tam muzeum kotów.

Źródła zdjęć:  fotopolska.eu,  http://pisz.wm.pl/51633-178273,Wieza-cisnien-w-Piszu,1249501.html,  http://ilikeloft.ru/upload/iblock/6e7/27944_original.jpg


Józef Rybarczyk z Edmundem Kaniewskim (kierownikiem szamotulskiej elektrowni) i innymi nieznanymi mężczyznami. Zdjęcia z archiwum rodzinnego Jana Kulczaka, lata 20. XX w.



Zdjęcie z archiwum rodzinnego Jana Kulczaka, lata 30. XX w.


Życie rodzinne w cieniu wieży


Józef Rybarczyk (1876-1955) całe swoje dorosłe życie był związany z szamotulskimi wodociągami. Po służbie w wojsku zaborcy wrócił do rodzinnego miasta. W 1900 roku ożenił się z Marią z domu Hetman (1877-1958). Jego domem rodzinnym stał się budynek na terenie zakładu: 3 pokoje z kuchnią, na strychu pomieszczenia gospodarcze. Tam wychowywały się jego dzieci: syn Władysław (1901-1991) i trzy córki: Cecylia (po mężu Zawadzka, 1907-1998), Marta (po mężu Kulczak, 1902-1973) i Leokadia (po mężu Ignasiak, 1909-1995). To w domu na terenie wodociągów odbywały się wesela córek, teren przy wieży ciśnień był naturalnym miejscem spacerów. Za maszynownią (pompownią) znajdował się sad i pasieka. Józef Rybarczyk był zapalonym pszczelarzem, działał w przedwojennym Bractwie Kurkowym i stowarzyszeniu cyklistów. W czasie II wojny rodzina Rybarczyków została wysiedlona z mieszkania, a sam Józef pozbawiony stanowiska kierownika. Zajął je Niemiec Giese, który traktował Józefa Rybarczyka jako prawą rękę, wybronił go nawet przed wywiezieniem do obozu, gdy przypadkiem natrafiono na zakopaną przez Rybarczyka skrzynkę z bronią. W 1943 roku Giese został powołany do armii, a Józef Rybarczyk wrócił na dawne stanowisko. Z funkcji kierownika odwołano go ze względów politycznych w 1950 roku, kiedy to za przygotowywanie ulotek o ‒ jak to wtedy określano ‒ „treściach antypaństwowychˮ aresztowano i skazano jego wnuka Mariana Zawadzkiego (w 1952 r. za działalność konspiracyjną skazano też dwóch innych wnuków: Edwarda Rybarczyka i Edmunda Zawadzkiego). Do śmierci Józef Rybarczyk mieszkał w pokoju na terenie wodociągów.


Zdjęcia w dolnym rzędzie: z lewej i w środku – przy budynku filtrów; z prawej – przed wejściem do budynku mieszkalnego (dziś dyrekcja): Józef Rybarczyk z czworgiem swoich dzieci, synową i zięciami (Władysław i Klara Rybarczykowie, Marta i Stefan Kulczakowie, Cecylia i Edmund Zawadzcy, Leokadia i Władysław Ignasiakowie) oraz z Edmundem Kaniewskim i jego żoną, 1933 r.


Zdjęcia z archiwum rodzinnego Jana Kulczaka, lata 20. i 30. XX w.

Wieża – jeden z symboli Szamotuł i źrodło inspiracji artystycznych


Grafika sitodrukowa Jarosława Kałużyńskiego



Fotografia Andrzeja Bednarskiego



Rzeźba z brązu Arlety Eiben



Statuetka „Wieża” – przyznawana od 2014 r. przez Burmistrza Miasta i Gminy  wybitnym szamotulanom i osobom związanym z Ziemią Szamotulską


Zdjęcia: Andrzej Franke i Tomasz Koryl

VII Samsung Półmaraton, Szamotuły 2017 r. – medale i przedmioty dla zawodników



Inne




Zdjęcia Jan Kulczak

Wieża ciśnień współcześnie


Planów na zagospodarowanie budowli było sporo. Wieżą interesowały się różne szamotulskie organizacje, które chciały mieć tam swą siedzibę. Jest to jednak obiekt nieogrzewany, wymagający dużych inwestycji. Działająca w Berlinie firma turecka planowała na szczycie urządzić restaurację, kilka lat temu bliski realizacji był projekt uruchomienia tam planetarium.

Z wieży roztacza się piękny widok na miasto. Może więc, wzorem Pisza, urządzić tam taras widokowy? Z pewnością potrzebne byłyby na to bardzo duże fundusze, ale na pewno warto by to zrobić. Wieży, która jest jednym z symboli miasta, nie można przecież pozwolić umrzeć.


Zdjęcia Jan Kulczak, 2016 r.


Teksty: Łukasz Bernady i Agnieszka Krygier-Łączkowska

Opracowanie całości – Agnieszka Krygier-Łączkowska


Teksty Łukasza Bernadego pochodzą z książki Rys historii wodociągów w Szamotułach 1906-2006, Szamotuły 2006. Zob. także  http://zgkszamotuly.pl  (zakładka Nasza historia).

Szamotulska wieża ciśnień2021-01-18T23:57:22+01:00

Wiąz przy kościele w Szamotułach

Wiązy króla Jana III Sobieskiego


Szamotulanie są przekonani, że wiązy rosnące jeszcze w latach 70. XX wieku przy kościele kolegiackim (dzisiejszej bazylice) osobiście sadził wracający spod Wiednia król Jan III Sobieski (w innej wersji podania jedynie odpoczywał w cieniu drzewa). Wiązy były trzy: Marysieńki, Sobieski i Rok 1683.

Najstarszy był ten pierwszy. Na fotografii powstałej  pomiędzy rokiem 1905 a 1918 określono go jako najpotężniejszy wiąz w Wielkopolsce (znajdującej się pod zaborem pruskim Prowincji Poznańskiej). Wiąz mierzył wtedy około 28 metrów wysokości i 9 metrów w obwodzie. Kolejne zdjęcie – z połowy lat trzydziestych XX wieku – przedstawia go w gorszym stanie. Jego korona nie jest już tak rozłożysta, konarów jest wyraźnie mniej. Nadal jednak jest to bardzo potężne drzewo. W latach 60. wiąz już umierał. Widać to na zdjęciu, które w tym czasie wykonał Jan Kulczak. Z ogromu drzewa pozostało niewiele, właściwie tylko złamany gruby pień. Wiąz choruje, całe partie pozbawione są już kory.

W 1956 roku wszystkie trzy wiązy zostały uznane za pomniki przyrody. W „Dzienniku Urzędowym” Wojewódzkiej Rady Narodowej w Poznaniu (1957 nr 3) odnotowano rozmiary Wiązu Marysieńki: wysokość pnia – 8 m, obwód na wys. ok. 150 cm – 760 cm. Wiąz Sobieski miał mieć obwód 600 cm, a Rok 1683 – 250 cm. Najdłużej przetrwał z nich właśnie najpotężniejszy Wiąz Marysieńki. Resztki tego drzewa, uzupełniane coraz nowymi betonowymi plombami, stały jeszcze do 1984 roku, przez kilka lat pod kościołem leżał już tylko fragment pnia.

Przez lata na Wiązie Marysieńki wisiała kapliczka Jezusa Frasobliwego. Drewnianą XVIII-wieczną rzeźbę widać na fotografii z połowy lat 60. Z czasem trafiła ona do Muzeum Archidiecezjalnego w Poznaniu.


Zdjęcia z połowy lat 60. – Jan Kulczak


Drzewo musiało być dla społeczności lokalnej szczególnie ważne, gdyż pojawia się w jeszcze jednym podaniu, tym razem nie mającym już związku z osobą króla Jana III Sobieskiego.  Łukasz Bernady spisał je w takiej wersji:

Krwawiący wiąz

Wiąz stał przy furcie wychodzącej w stronę cmentarza. Drzewo sprawiało kłopot, bo przeszkadzało procesjom i konduktom pogrzebowym w swobodnym przesuwaniu się ku bramie cmentarnej. Zdarzyło się kiedyś, że proboszcz szamotulski chciał temu zaradzić. Rozkazał więc ściąć drzewo. Kilku drwali wzięło się zaraz do roboty, ale jakież było ich zdziwienie, gdy uderzenia ostrą siekierą nie uczyniły drzewu żadnego uszczerbku. Nawet piła użyta do dalszej pracy wnet się złamała. Natomiast ze skaleczenia na korze popłynęła obficie krew. Widząc, co się stało, proboszcz natychmiast rozkazał prace wstrzymać Polecił też starannie zawinąć ranę, żeby szybko się zgoiła. Uznał, że to znak, iż drzewo ma tu pozostać. Całe zdarzenie niebawem puszczono w niepamięć. Nowy proboszcz powrócił do dawnego planu. Kiedy jednak znów przystąpiono do ścinania, krew z wiązu popłynęła tak obficie, że trudno było ją zatamować. Dopiero wtedy porzucono na zawsze myśl usunięcia drzewa. Wdzięczne za ocalenie rozrosło się do potężnych rozmiarów. Wieść gminna głosi, że ostatni strumień krwawych łez wypłynął z wiązu zaraz po trzecim rozbiorze Polski. Miejsca zaś owych nacięć sprzed wieków były ponoć widoczne do czasu, gdy drzewo rozsypało się ze starości.



Zdjęcia Marian Różański, 1971 r.


Postać króla Jana III Sobieskiego nie tylko pojawia się w przekazywanych z pokolenia na pokolenie podaniach. Władcy poświęcono także tablicę, którą w nawie południowej kościoła (nawie Matki Bożej) umieszczono z okazji 200. rocznicy odsieczy wiedeńskiej. Słowa o „królu polskim”, który „ratuje Niemcy i chrześcijaństwo” trzeba czytać, pamiętając, że napisano je w okresie po zjednoczeniu Niemiec, za panowania Żelaznego Kanclerza Ottona von Bismarcka.


Z lewej: zdjęcie tablicy, autor: Ireneusz Walerjańczyk. W środku: Chrystus Frasobliwy z kapliczki na wiązie. Z prawej: XVI-wieczny Chrystus Bolesny, w depozycie Muzeum – Zamku Górków. Rzeźba ta znajdowała się nad wejściem do kruchty kościoła; zdaniem niektórych wcześniej umieszczona była na jednym z wiązów. Zdjęcia z książki Skarby kościołów dekanatu szamotulskiego, Szamotuły 2005.


Obraz Szamotuł Pani pod Wiedniem

Z odsieczą wiedeńską jest związane jeszcze jedno z szamotulskich podań. Znów cytujemy je w opracowaniu Łukasza Bernadego:

Opowiadają, że XVII-wieczny dziedzic Szamotuł, podkomorzy wschowski Jan Eliasz Łącki, wyruszył wraz z polskim wojskiem pod dowództwem króla Jana III Sobieskiego na wyprawę wiedeńską. Podkomorzy darzył wielką czcią wizerunek Matki Bożej Pocieszenia Szamotuł Pani, dlatego zabrał go ze sobą, aby Maryja przyniosła zwycięstwo wojskom chrześcijan stającym przeciw potędze tureckiej.

Gdy się o tym król dowiedział, natychmiast kazał umieścić obraz w ołtarzu obozowym. Wieść głosi, że przed walną bitwą, 12 września 1683 roku, właśnie przed owym wizerunkiem, umieszczonym w ołtarzu polowym w zrujnowanej kaplicy spalonego klasztoru kamedułów, odbyła się solenna msza święta. Odprawił ją delegat papieski, kapucyn, ojciec Marek z Aviano, a do mszy z pokorą służył sam polski władca.

Po odniesionym zwycięstwie, gdy wyroki boskie się wypełniły, obraz cudowny odesłano z powrotem do Szamotuł. Król podarował też kolegiacie ów ołtarz obozowy, w którym jaśniał wizerunek Królowej Niebios. Jeszcze przed II wojną światową był on przechowywany w Szamotułach.

Do tej opowieści nawiązuje jedna ze zwrotek pieśni rozpoczynającej się od słów Witaj śliczna i dziedziczna, śpiewanej w czasie nabożeństwa nowennowego przy obrazie Szamotuł Pani. Na jej motywie Feliks Nowowiejski skomponował Motet o Najświętszej Pannie z Szamotuł ‒ dzieło wokalno-muzyczne na chór mieszany, sopran solo i organy, którego prawykonanie odbyło się w 1938 roku. Ten sam motyw muzyczny wygrywają też zamontowane w dzwonnicy szamotulskie kuranty, które po raz pierwszy zostały uruchomione w końcu 1930 roku, po dziesięciu latach zostały skradzione w czasie wojny przez Niemców, którzy przetopili wszystkie dzwony, a na nowo zabrzmiały dopiero w 2008 roku. Oto wspomniany fragment pieśni:

Ty na wojnie dajesz hojnie zwycięstwa znaki,
Król Jan Trzeci śmiało leci z Turkiem w ataki;
Szczęśliwie z nim wojuje,
Z wygranej tryumfuje,
Kiedy Ciebie w tej potrzebie
Na pomoc bierze.


Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 20.12.2017 r.


Bibliografia:

Łukasz Bernady, Królewna na dnie studni. Podania, opowieści, baśnie i legendy ludowe z powiatu szamotulskiego, Szamotuły 2010.

Źródła podań: 

Krwawiący wiąz: Knoop, Die blutende Pappel, „Rogasener Familienblatt” 1911, nr 22, s. 88; [I.S.], Krwawiący wiąz, „Z Grodu Halszki” 1931, nr 3, s. 29–30.

Wiązy króla Jana III Sobieskiego: Eugeniusz Preuss, Drzewa moje ojczyste. Opowiadania i legendy, „Tydzień. Pismo dla Rodzin Polskich. Dodatek Niedzielny do «Gazety Szamotulskiej»” 1938, nr 17, s. 2.

Obraz Szamotuł Pani pod Wiedniem: [NN], Jan Sobieski a Szamotuły, „Z Grodu Halszki”, 1933, nr 4, s. 4.

Wiąz Marysieńki – zdjęcie powstało po 1905, a przed 1918 rokiem. Źródło: Fotopolska

Ok. 1925 r. Zdjęcie z aukcji internetowej

Lata 30. XX w. Zdjęcie z aukcji internetowej

Ok. 1935 roku. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe


W czasie remontu kościoła, 1979-1980


Zenon Tomasz Pohl
STARY WIĄZ

Przetrwałeś burze, przetrwałeś dnie,
lata, wieki. Przeżyłeś młodość,
a dzisiaj ogołoconym pniem
z liści pleciesz legendy. Ludziom
na ustach słowa układasz snem,
śpiewasz, śpiewasz jak bukom buki
i dębom dęby. Wiatr twoją pieśń
niesie spod Kolegiaty hen,
przez pola w zielone łąki…

I mówią, że tą modlitwą Ty
się oparłeś najtęższym wichrom,
że krwią spłynąłeś jak płyną łzy
‒ krople deszczu jesienną porą.
Spłynąłeś skargą na ostrza pił,
Aby śpiewać legendy. ‒ Dzisiaj
Królewskim swym majestatem Ty,
jak sam król Jan Sobieski – trwasz,
liczysz pokoleniom koleje życia.

Przetrwałeś burze, przetrwałeś dnie,
lata, wieki. Przeżyłeś klęski, wzloty,
a dzisiaj ogołoconym pniem
z liści, wszystkich przechodniów oczy
zapalasz iskrą, jeszcze kto wie,
jakie myśli najskrytsze budzisz, bo objąć ramieniem Cię
nie mogę, ani przetrwać.


Marian Schwartz, Wiąz przy Kolegiacie szamotulskiej, tusz, 1996


Agnieszka Krygier-Łączkowska

Od urodzenia związana z Szamotułami. Polonistka (jak mama) i regionalist(k)a (jak tata).

Dr nauk humanistycznych, redaktor i popularyzator nauki. Prezes Stowarzyszenia WOLNA GRUPA TWÓRCZA, wiceprezes Szamotulskiego Stowarzyszenia Charytatywnego POMOC.

Wiąz przy kościele w Szamotułach2025-09-08T22:40:40+02:00

Krzyż na Rynku w Szamotułach

Krzyż na Rynku w Szamotułach – „droga pamiątka z czasów niewoli”




Krzyż na szamotulskim Rynku ma bardzo ciekawą historię. Już samo jego usytuowanie jest szczególne, bo chociaż krzyże w przestrzeni publicznej (poza terenem kościoła) pojawiają dość często, usytuowanie niemal na środku rynku jest już rzadkością.

Pierwszy krzyż postawiono w połowie XIX wieku. Antoni Śramkiewicz, szamotulski stolarz, uczestnik Wiosny Ludów, członek miejscowego komitetu powstańczego, był poszukiwany przez pruskich żandarmów. Schronił się w Gałowie. Prusacy przeszukali zabudowania i park, lecz nie zauważyli ukrytego w konarach drzewa Śramkiewicza. Ten, widząc poszukiwania (a kilku żandarmów miało nawet odpoczywać pod tym właśnie drzewem), modlił się i ślubował, że jeżeli uda mu się wyjść cało z opresji, na szamotulskim Rynku postawi drewniany krzyż. Śramkiewicz „z wdzięczności za to cudowne ocalenie życia, na które tak bardzo nastawali siepacze pruscy” (sformułowanie z „Gazety Szamotulskiej”, 1934 r.) postarał się o zgodę właściciela Gałowa, dziedzica Mycielskiego, na wycięcie drzewa i własnoręcznie wykonał z niego krzyż.

Nauczyciel historii, jej badacz i regionalista Andrzej Hanyż (1901-1973), w wydanej tuż przed II wojną książce Ziemia Szamotulska w walce o wolność: 1793-1991, uzupełnił tę opowieść kilkoma szczegółami. Według niego Śramkiewicz tropiony był przez 6 tygodni, nawet przy pomocy psów policyjnych, a drzewo w Gałowie stanowiło dla niego nie jednorazowe schronienie, lecz przebywał na nim „większą część dni w czasie tej nagonki na niego”. Według Hanyża stolarz trafił jednak do pruskiego więzienia, ale na krótko, gdyż już w październiku 1948 r. ogłoszono amnestię. Po wyjściu z więzienia  Śramkiewicz krzyż na Rynku „wzniósł podstępem” (?). „Krzyż ten jeszcze dziś jest nie tylko symbolem wiary, ale i cierpień społeczeństwa naszego za polskość” ‒ napisał Hanyż. Warto w tym miejscu dodać, że cytowana publikacja wiązała się z kolejną walką o polskość, dochód z niej miał być bowiem przeznaczony na ufundowanie broni dla Armii Związku Powstańców Wielkopolskich Powiatu Szamotulskiego. Co do dalszych losów Śramkiewicza wiadomo, że mieszkał w rodzinnym mieście jeszcze przez długie lata, uczestniczył w tworzeniu różnych organizacji, zmarł w 1883 roku.

Po roku 1918 ‒ w wolnej Polsce ‒ rada miasta postanowiła zadbać o krzyż i otoczono go pięknym metalowym płotkiem, wykonanym przez szamotulskiego rzemieślnika Bolesława Zawadzkiego. Krzyż miał stać tam do czasu potężnej wichury w 1934 roku. Wątpliwe jest, czy stale był to ten sam, który wykonał Śramkiewicz z drzewa ściętego w Gałowie. Musiałby on mieć wtedy już ponad 80 lat, a ‒ dla porównania ‒ w czasie od zakończenia II wojny (czyli w ciągu 70 lat), na Rynku stały już cztery różne krzyże.

W 1934 roku mieszkańcy przekonani byli, że wiatr powalił krzyż wykonany własnoręcznie przez stolarza Śramkiewicza. Tak ‒ emocjonalnie ‒ relacjonowała ten fakt „Gazeta Szamotulska” (1934 nr 17):

„Krzyż staruszek (…) legł na bruku szamotulskim z pogruchotanemi ramionami. Padając, uszkodził przewody elektryczne, wywołując krótkie spięcie. Nastąpiły błyskawice i ogromne snopy oślepiającego światła. Wszystkie lampy w mieście pogasły, nastąpiły ciemności egipskie. Zaalarmowano Straż Pożarną i personel elektrowni, którzy wspólnemi siłami, wśród niesłychanie trudnych warunków, wśród wichru i deszczu po półgodzinnej wytężonej pracy przeszkodę usunęli i przewody elektryczne prowizorycznie naprawili. Światło znów zabłysło. Tylko krzyż, ta droga pamiątka z czasów niewoli, leżał pogruchotany na bruku”.

Krzyż, po usunięciu spróchniałej części, wrócił na dawne miejsce, to przy nim odprawiono uroczystą mszę św. 2 lipca 1939 roku, kiedy na szamotulskim Rynku odbywało się przekazywanie broni ufundowanej przez okolicznych mieszkańców dla Szamotulskiego Batalionu Obrony Narodowej. Wlrótce – w listopadzie 1939 roku – krzyż zniknął z przestrzeni publicznej.

Okupant hitlerowski od razu rozpoczął walkę z kościołem katolickim, uznając go za ostoję polskości w Kraju Warty. Zmniejszono liczbę odprawianych w tygodniu nabożeństw do jednego ‒ niedzielnego. W całym powiecie czynne były tylko dwa kościoły: w Otorowie i Słopanowie, pozostałe zamknięto i najczęściej przekształcono na magazyny. Majątek kościołów, a także zlikwidowanych przez władze okupacyjne stowarzyszeń katolickich, skonfiskowano. Jeszcze w 1939 roku usunięto wszystkie krzyże i figury stojące przy placach i drogach:

„W niezatartej pamięci Szamotulan pozostanie owa niedziela listopadowa z roku 1939, w której, wychodząc rano na nabożeństwo, ujrzeli na Rynku powalony krzyż, a figurę św. Jana bez głowy” (cytat z wydanej w 1946 r. książki Wojciecha Próchnickiego Ziemia Szamotulska w walce, cierpieniu – i wolności. 1.09.1939-27.01.1945).

Krzyż wrócił na swe miejsce pod koniec maja 1945 roku. W uroczystej procesji przeniesiono wówczas nowy krzyż z kolegiaty na Rynek. Przetrwał cały okres PRL-u i trwa do dziś. Pierwszy (?) powojenny krzyż widać na starej fotografii. Był wysoki, miał charakterystyczne „promienie”, pod koniec istnienia nieco się przechylał. Wokół znajdował się metalowy płotek, wątpliwe, czy to ten sam, który zamontowano po odzyskaniu niepodległości. Zmieniono go później na niższy i już bez tych charakterystycznych „promieni”. Kolejny krzyż postawiono 2 kwietnia 2009 roku (w rocznicę śmierci Jana Pawła II). Zmieniło się też otoczenie krzyża, obecnie ‒ podobnie jak w innych częściach Rynku ‒ są metalowe słupki i łańcuchy.

Agnieszka Krygier-Łączkowska




Daromiła Wąsowska-Tomawska
SZAMOTULSKIE ŚWIĘTE DRZEWO

Przed pruskim pościgiem
ucieka chowa się w parku
u dziedzica Gałowa
na najwyższym konarze
najlichszej gałęzi
powstaniec Wiosny Ludów
miastowy stolarz
Antoni Śramkiewicz
Przylepiony
uczepiony liścia i nieba
Ślubuje i obiecuje

I stoi krzyż
na Rynku
na tym samym drzewie
Bóg i człowiek






Krzyż z 2008 roku i obecny

Zdjęcia Andrzej Bednarski


Zdjęcia Jan Kulczak

Krzyż na Rynku w Szamotułach2021-01-31T00:59:36+01:00

Dworzec w Szamotułach

Cykl Kiedy myślę: Szamotuły…

Miejsce, skąd wyrusza się w świat


Szamotuły 1996 r.

Autor: Andrzej Klauza, www.bazakolejowa.pl


Dworzec kolejowy ‒ to moja kolejna szamotulska miejscówka. Nawet teraz, 50 lat po maturze zdanej w Liceum Ogólnokształcącym w Szamotułach, kiedy wracam w rodzinne strony, zawsze o niego zahaczam, przynajmniej wzrokiem.

Jeżeli podróżuję do Ostroroga pociągiem, wysiadam na dworcu, gdzie czeka na mnie siostra. Ale zawsze zerkam na peron 2, gdzie przez całe lata jak w wierszu Juliana Tuwima „stała i sapała, dyszała i dmuchała”  lokomotywa poczciwego „Jaśkaˮ, a konduktor  zachęcał przesiadających się z pociągu poznańskiego, żeby się pośpieszyli, bo „pociąg osobowy z Szamotuł do Międzychodu stoi gotowy do odjazduˮ.

Kiedy jadę do Ostroroga autem, lubię przejechać przez centrum Szamotuł koło dworca kolejowego. Nawet sznur samochodów przy przejeździe mnie nie denerwuje. Jest swojski, mimo iż w latach 60.  najwyżej jakieś furmanki tu stały, a woźnice pilnowali, żeby konie się nie wystraszyły  pociągu.

Pół wieku temu, kiedy aut było mało, autobusów było mało, kolej była głównym środkiem lokomocji. Pewnie nie uwierzycie, ale dworzec kolejowy w Szamotułach tętnił życiem. W budynku dworca była nie tylko poczekalnia, ale też dworcowy bufet, gdzie można było wypić herbatę w szklance w koszyczku, posilić się bigosem z bułką czy jakąś pomidorową.

Może  było też piwo z beczki i oranżada, ale to mi w pamięci jakoś nie utkwiło. Uczniowie, dojeżdżający do szamotulskich szkół z Ostroroga i okolicy, z Wronek, z Pamiątkowa, raczej rzadko do bufetu zaglądali. Mało kto miał pieniądze. W domu dostawało się na bilet miesięczny, na drugie śniadanie kanapki i koniec.

Poza tym, nikt na dworcu nie przesiadywał, bo świetlicy nie było. Ci z Wronek czy z Pamiątkowa wpadali  na ostatnią chwilę. Nie musieli długo czekać, bo pociągów relacji Poznań – Krzyż było dużo.

My z Ostroroga mieliśmy tylko jeden pociąg. Wyjeżdżał  około 16.00, kiedy już do Szamotuł dotarli  pasażerowie przesiadający się z pociągu poznańskiego.

„Jasiekˮ był podstawiony na peronie 2. przy torze 3. godzinę wcześniej i to tam, a nie w poczekalni, wszyscy siedzieli. Dla uczniów był przeznaczony specjalny wagon z wielką tablicą „dla młodzieży szkolnej”, żeby przypadkiem nikt starszy tam się nie zapędził.

Tylko konduktor do niego zaglądał. I to nie zawsze. W tym wagonie kwitło życie towarzyskie. Zawiązywały się znajomości, przyjaźnie, a nawet miłości. To tam popalano papierosy, czasem rano odpisywano zadania, doczytywano lektury, chociaż w wagonie światło było raczej mdłe.

Przedziałów w wagonach drugiej klasy nie było. Na środku było przejście, po obu stronach drewniane twarde siedziska. Jedni siedzieli, inni stali, nikt nie zdejmował wierzchniego okrycia. Okna się otwierały za pomocą taśmy. W wagonach wisiały tabliczki: nie pluć, nie zanieczyszczać pojazdu.

Była też toaleta, ale raczej się tam nie chodziło. Po pierwsze ‒ nie było tam za czysto, po drugie  ‒ korzystać można było tylko „podczas  biegu pociągu”. A ten do Ostroroga jechał tylko 20 minut. Toalety były na dworcu i w Ostrorogu, i w Szamotułach. Jedne i drugie miały deskę z wyciętą dziurą i z klapą. Kto nie musiał, to i tam nie wchodził.

Dojeżdżanie do szkoły pociągiem było nie lada wyzwaniem. Z Ostroroga pociąg wyjeżdżał kilka minut po godzinie 6.00 rano i był na miejscu około 6.45. W zimie było ciemno i chłodno. Szło się grupą w kierunku szkoły przy ulicy Piotra Skargi. Jesienią w okolicy dworca czuć było w powietrzu brzydki zapach wysłodków albo wytłoków z pobliskiej cukrowni albo może olejarni?

Kiedy jesienią padało, dziewczyny zakładały na głowy plastikowe ochraniacze na berety, bo parasolki raczej żadna nie miała. Około 7.00 było się już w szkole, która na szczęście, była otwarta. Ostrorogskie Jaśki, bo taką ksywę mieli uczniowie z Ostroroga, byli w szkole pierwsi.

Dopiero potem przychodzili ci z Wronek, Pamiątkowa, później dobijali „autobusowi”, a na końcu miejscowi, na których się patrzyło z zazdrością. Dla uczniów z  Ostroroga, Dobrojewa, Binina dzień zaczynał się o 5.00 rano, kiedy trzeba było wstać, żeby zdążyć na pociąg. W domu się było około 17.00. Dopiero wtedy można było zdjąć ubrania, które były przesiąknięte zapachami dawno nie sprzątanego wagonu kolejowego. I zabrać się do odrabiania zadań domowych.

Gwoli sprawiedliwości muszę dodać, że  często jeździłam autobusem. Rodzice zawsze znaleźli 50 złotych na bilet miesięczny, żebym mogła wcześniej wrócić do domu, czy rano dłużej pospać.  Kolejowy kosztował tylko 9 zł, to była różnica. Ja miałam wykupione dwa bilety, żeby korzystać z obu środków lokomocji.

Minęło pół wieku. „Jasia” już nie ma. Dworca w Ostrorogu już nie ma. Ale jest dworzec w Szamotułach. Co prawda, nie wypije się już tu herbaty w szklance z cukrem wsypanym od razu przez panią bufetową (ile łyżeczek wsypać?), nie kupi się kartonowego biletu ani nawet takiego wypisywanego kopiowym ołówkiem w specjalnym bloczku.

Można stąd jednak wyruszyć w świat, tak jak ja to zrobiłam w czerwcu 1967 roku i już do swojego Ostroroga oraz Szamotuł nie wróciłam. Ale mam dokąd wracać. Kiedy pociąg mija Baborówko i zbliża się do stacji w Szamotułach, serce mi mocniej bije. Wysiadam i od razu zaczynam szukać znajomych miejsc, zapachów, twarzy oraz wspomnień z szczęśliwych lat spędzonych w szamotulskim ogólniaku.

Irena Kuczyńska


Szamotulski dworzec PKP – 1997 r.

Autor: Miłosz Telesiński, http://sentymentalny.com/?page_id=42341

Zdjęcie Andrzej Bednarski


Eksponaty ze zbiorów Jacka Kowalskiego


Zdjęcia Ryszard Smulkowski


Irena Kuczyńska z domu Leśna

Urodzona w Ostrorogu, absolwentka szamotulskiego liceum (1967).

Emerytowana nauczycielka języka rosyjskiego w pleszewskim liceum, dziennikarka, blogerka (<a href=”http://irenakuczynska.pl/”>http://irenakuczynska.pl/</a>).

Dworzec w Szamotułach2021-01-04T14:03:31+01:00

Figura św. Jana Nepomucena

Figura na starych pocztówkach

Źródło: Muzeum – Zamek Górków, Biblioteka Główna UAM, Fotopolska i własność prywatna







Fotografia z początku wojny

Źródło: Muzeum – Zamek Górków


Miejsce po pomniku na zdjęciu z czasów niemieckiej okupacji


Inspiracja dla twórców współczesnych

Damian Kłaczkiewicz, Szamotuły. Nokturn

Magdalena Sowińska-Kaczmarek, Rynek w Szamotułach w wehikule czasu

Św. Jan Nepomucen w Szamotułach. Czy znacie historię tej figury?

Św. Jan Nepomucen czuwał niegdyś nad Szamotułami. Figura świętego pojawiła się na Rynku po wielkiej powodzi, jaka nawiedziła miasto. Prawdopodobnie ufundowali ją sami szamotulanie.

Św. Jan Nepomucen w Szamotułach

Wielu mieszkańców z sentymentem spogląda na stare pocztówki z Szamotuł prezentujące miasto, którego w zasadzie już nie ma. Część kamienic, stanowiących niegdyś wizytówkę szamotulskiego Rynku, uległa znacznemu przeobrażeniu. Po niektórych pozostało tylko wspomnienie. Inne, choć nie zmieniły się prawie w ogóle, są niemym świadkiem historii. Przedwojenne pokolenie szamotulan do znudzenia powtarza, że gdyby tylko mogły, pewnie niejedno by opowiedziały. Skrywają w sobie jednak tajemnice, które już nigdy nie ujrzą światła dziennego.

A zachowane pocztówki wciąż mówią: na przykład o dawnym handlu, po którym pozostał ślad w postaci szyldów kupieckich na kamienicach czy ogłoszeniach, jakie dostrzec można na zegarowym słupie. Jedną z najciekawszych historii, o których opowiadają, jest zaś ta o figurze św. Jana Nepomucena, która jeszcze niespełna 80 lat temu zdobiła Rynek, dając mieszkańcom poczucie bezpieczeństwa.

Święty otoczył mieszkańców opieką

– W 1725 roku Szamotuły nawiedziła wielka powódź – do tego stopnia, że w kolegiacie znajdował się metr wody nad posadzką – opowiada Monika Romanowska-Pietrzak, kustosz Muzeum Zamek – Górków w Szamotułach – Po tym zdarzeniu na Rynku postawiono figurę św. Nepomucena. Miał on czuwać nad szamotulanami i bronić ich przed kolejnymi żywiołami – dodaje.

Jan Nepomucen jest bowiem patronem tonących oraz orędownikiem podczas powodzi. Zatrwożeni szamotulanie wierzyli, że otoczy ich opieką i wsparciem. Z pewnością wielu zanosiło do niego swojego troski i zmartwienia. Niewykluczone, że przy figurze odbywały się nabożeństwa.

Niestety, nie wiadomo, w którym roku dokładnie stanęła ona w samym sercu miasta, nieopodal zegara miejskiego (który do dziś jest jednym z najbardziej charakterystycznych symboli Szamotuł). Musiało to jednak nastąpić stosunkowo krótko po tragicznych wydarzeniach, jakie rozegrały się w mieście. Powódź spowodowała straty nie tylko w świątyni, ucierpiały również okalające ją tereny. Zważywszy zaś na topografię i fakt, że kolegiata usytuowana jest na pewnej wyżynie (w stosunku do okolicznych łąk), możemy sobie wyobrazić, że rozmiary XVIII-wiecznej powodzi musiały być ogromne. Wywołały ją niezwykle obfite deszcze, które doprowadziły do podniesienia się poziomu wody w rzece Samie oraz pobliskich stawach. W walce z żywiołem mieszkańcy stali się bezsilni. Kolegiata zaczęła niszczeć. Dla jej ratowania sprzedawano nawet wota z cudownego obrazu Matki Bożej Szamotulskiej, aby zebrać pieniądze na materiał i robociznę.

W pojawieniu się św. Jana Nepomucena w mieście szamotulanie mogli zatem upatrywać pewnej nadziei. Najprawdopodobniej była to inicjatywa obywatelska, w związku z czym fundatorami figury stali się sami mieszkańcy. Pytanie o jej autora wciąż pozostaje otwarte. Nieznane są także dokładne dane techniczne obiektu. Spoglądając na stare pocztówki, możemy jedynie przypuszczać, że miał on ponad 10 metrów wysokości. Figura przedstawiająca świętego z pochyloną głową, zwróconego w stronę dzisiejszej ulicy Wronieckiej i trzymającego w ręku klucz lub krzyż (to atrybuty świętego; na widokówkach nie widać jednak dokładnie, czy był to krzyż, czy też klucz) usytuowana była na kilkumetrowym cokole. Figurę okalało również wysokie ozdobne ogrodzenie.

Cios dla miasta

Jan Nepomucen przez ponad 200 lat czuwał nad mieszkańcami, broniąc ich przed żywiołem wody. Był dla szamotulan nie tylko patronem, ale i symbolem pewnej jedności, siły, wsparcia. To dzięki niemu wierzono, że żadna powódź nie nawiedzi już Grodu Halszki.

Niestety, pod koniec lat 30. minionego stulecia miastu zadano wielki cios. W listopadzie 1939 roku figura została strącona przez niemieckich okupantów. Pozostał po niej tylko cokół, a wkrótce potem i on zniknął z miejskiej przestrzeni. Dziś po figurze zdobiącej niegdyś szamotulski Rynek nie ma już żadnego śladu. Funkcjonuje ona jedynie na zachowanych pocztówkach i we wspomnieniach starszego pokolenia mieszkańców.

Dzięki uprzejmości Muzeum Zamek Górków publikujemy dwa zdjęcia z archiwum pani Lalowej – szamotulanki pamiętającej czasy, kiedy to św. Jan Nepomucen czuwał nad miastem. Fotografie prezentują niemieckiego żołnierza przy cokole, na którym znajdowała się figura. Spoglądając na nie, pani Lalowa komentowała: „Niemiec na fotografii przy figurze św. Jana pochodził z Frankfurtu, był katolikiem. Fotkę zrobiono w niedzielę, kiedy figurę zniszczono. On przychodził do nas”.

Niestety, żadne inne świadectwa czy też dokumenty, dotyczące losów figury i przywiązania do niej społeczności lokalnej, nie zachowały się do czasów obecnych. Wiemy jednak, że zniszczenie pomnika stało się dla mieszkańców prawdziwym ciosem.

Restytucja pomnika

Szamotulanie podjęli się kilku prób przywrócenia miastu figury św. Nepomucena. Gorącym orędownikiem tego pomysłu był Marek Szczepański, pełniący przed laty funkcję dyrektora Muzeum Zamek Górków.
– Rynek jest wizytówką miasta. Szamotuły zyskałyby wiele, gdyby udało się doprowadzić go do kolorytu, jaki posiadał przed wojną – mówił na łamach „Dnia” Marek Szczepański w roku 2004.

Pomysł ten podchwycił Jacek Grabowski, ówczesny burmistrz Szamotuł. W akcję bardzo mocno zaangażowali się również członkowie Rotary Club Szamotuły. „Dzień” poruszał ten temat kilkakrotnie. „W szamotulskim Rotary jest architekt wojewódzki Andrzej Nowak, na południu Polski ktoś z RC może dać piaskowiec na rzeźbę, jest już artysta zainteresowany jej wykonaniem. Jest więc szansa, że w przyszłym roku święty powróci na swe dawne miejsce. Ma zostać również odtworzony tzw. dzwon trwogi, który wisiał na kamienicy nieopodal figury. Dzwon ten w dawnych Szamotułach alarmował mieszkańców, kiedy działo się coś złego. Teraz będzie bił na znak czegoś dobrego – na przykład na odsłonięcie zrekonstruowanego pomnika św. Jana Nepomucena” – tak o szczytnej inicjatywie mieszkańców oraz władz pisał w październiku 2004 roku na łamach „Dnia” Piotr Michalak.

Kilka miesięcy później – w marcu 2005 roku ‒ Rada Miasta i Gminy Szamotuły podjęła uchwałę w sprawie restytucji pomnika św. Jana Nepomucena na Rynku. W styczniu tego samego roku natomiast „Gazeta Poznańska” informowała o powołaniu społecznego komitetu odnowy pomnika na czele z Markiem Szczepańskim. „Członkowie komitetu postanowili wydać 4 tysiące sztuk cegiełek o nominale 5 i 10 złotych. Dochód ma być przeznaczony na realizację przedsięwzięcia. Jeśli wszystkie cegiełki znalazłyby nabywców, byłoby 30 tysięcy złotych. Ta kwota zapewniłaby sfinansowanie pomnika. Tym bardziej, że wiele prac jest i zapewne będzie wykonywanych społecznie. Wstępnie określono już miejsce, gdzie ponownie ma stanąć św. Nepomucen. Pierwotnie był on kilka metrów od zegara. Teraz, ze względu na rozwiązanie komunikacyjne w centrum miasta, nie będzie już w tym miejscu. Ma być kilkanaście metrów dalej, naprzeciw budynku biblioteki, w miejscu gdzie zaczyna się postój taksówek, przy wejściu w uliczkę przecinającą Rynek. Dzięki temu byłby też widoczny po drugiej stronie starówki. Odsłonięcie pomnika jest planowane latem tego roku podczas Dni Szamotuł i jubileuszu nadania praw miejskich. Odtworzenie tego pomnika ma być pierwszym krokiem do nadania starówce świetności i klimatu z dawnych lat” – pisała „Gazeta Poznańska”.

Niestety, na pomysłach i inicjatywach się skończyło. Do dziś na Rynek nie powrócił ani św. Nepomucen, ani dzwon trwogi. I chociaż Szamotułom powodzie obecnie raczej nie grożą, nawiązanie do historii miasta stanowiłoby piękny gest, a przede wszystkim zaś ukłon wobec tych, którzy ponad 200 lat temu potrafili się zjednoczyć w imię wspólnej inicjatywy. Dziś pozostaje tylko wiara i nadzieja – pobożne życzenie, aby serce miasta mogło jeszcze kiedyś zabić wraz ze św. Janem Nepomucenem.

Magda Prętka

Źródło:   http://szamotuly.naszemiasto.pl/artykul/sw-jan-nepomucen-w-szamotulach-czy-znacie-historie-tej,3773280,artgal,t,id,tm.html

Opublikowano 27.10.2017 r.

Figura św. Jana Nepomucena2025-08-22T18:01:22+02:00

Autobusy przy szamotulskim Rynku

Cykl Kiedy myślę: Szamotuły…

Autobusy na szamotulskim Rynku

Zapraszam na kolejną porcję wspomnień o Szamotułach w latach 1963-1967.

Na drugim miejscu mojej subiektywnej top listy szamotulskich miejscówek jest Rynek, gdzie w latach 60. XX wieku był przystanek autobusowy, a właściwie trzy przystanki obok siebie. Było to w tej pierzei Rynku, z której odchodzi ulica Braci Czeskich. I jak na prawdziwym dworcu, zawsze się miało przed oczami zegar.

W narożnikowym budynku, od strony Braci Czeskich, był bar mleczny, w którym bardzo sympatyczna pani sprzedawała gorące mleko, herbatę z cytryną, bułki z masłem i żółtym serem, a wiosną lody na patyku.

Czasem wchodziło się tam, szczególnie kiedy padał deszcz, bo nie przypominam sobie żadnego zadaszonego miejsca, gdzie można by było poczekać na autobus. A czasem bardzo wiało i padało.

Pamiętam, że autobusy do Wronek, do Ostroroga i do Pniew przez Ostroróg, odjeżdżały z pierwszego przystanku. Autobusy do Pniew przez Otorowo i Koźle ‒ z drugiego przystanku, który był zlokalizowany za wlotem w ulicę Braci Czeskich pod apteką. Teraz chyba tej apteki już nie ma, ale „za moich czasów” była [od redakcji: Apteki rzeczywiście od dobrych kilku lat nie ma już w tym miejscu].

Nie pamiętam już, z którego przystanku odjeżdżały autobusy w kierunku na Obrzycko, Kaźmierz, pewnie gdzieś razem z ostrorogskimi i pniewskimi. Bo wszyscy staliśmy na tych przystankach razem. I baliśmy się, że autobus nas nie zabierze. Czasem oprócz uczniów z biletami miesięcznymi byli inni pasażerowie, wtedy wejście do autobusu było prawdziwym wyzwaniem.

Największy ruch na przystankach był rano, kiedy przed godziną 8.00 autobusy zjeżdżały się na Rynek. Wysypywali się z nich uczniowie i biegli albo szli wolno w kierunku swoich szkół.

Najbliżej mieliśmy my, czyli licealiści. Wystarczyło przeciąć Rynek na skos i już się było w szkole. Niekiedy autobusy się spóźniały, ale czasem się kombinowało i szło się do szkoły dłuższą drogą, żeby jakoś przeczekać pytanie i potem powiedzieć: „Przepraszam, panie profesorze, ale autobus się spóźnił”.

Trochę dalej mieli koledzy ze szkoły zawodowej, która mieściła się na dawnej ulicy Rewolucji Październikowej [dziś Poznańska] oraz koledzy z technikum rolniczego, które mieściło się w Zamku. Tak, nie przejęzyczyłam się. W latach 60. szkoła była w Zamku, a siedzibą Muzeum Ziemi Szamotulskiej była Baszta Halszki.

Po godzinie 8.00 Rynek pustoszał. Być może jakieś autobusy potem jeszcze odjeżdżały, ale bez uczniów, którzy stanowili najliczniejszą grupę pasażerów. Ruch na Rynku wzmagał się około 13.30. Pamiętam, że mój autobus odjeżdżał o 13.35. Szósta lekcja kończyła się o 13.25.

Nie każdy profesor chciał zwolnić dojeżdżających 5 minut wcześniej, a jeszcze przecież płaszcz trzeba było z szatni odebrać. Więc biegło się z teczką w ręce, w rozpiętym płaszczu „na szagę” przez Rynek i machało się kolegom, żeby poprosili kierowcę, aby trochę poczekał.

Dobrze, że samochodów wtedy prawie wcale nie było. Jakieś nieliczne auta dostawcze, jakieś motocykle, zdarzały się też wozy, którymi w dni targowe rolnicy przywozili warzywa, ziemniaki, owoce na targowisko przed dawną ubezpieczalnię [ul. Garncarska].

Niektórzy koledzy dojeżdżali do szkoły pociągiem. Bilet miesięczny na „Jasia” kosztował tylko 9 zł. Bilet autobusowy ‒ 50 złotych i można było jechać autobusem KSK (Krajowej Spółdzielni Komunikacyjnej) do Szamotuł i z powrotem, bo konduktor dziurkował bilet.

Jeśli chciało się jechać do Szamotuł po południu jeszcze raz, na przykład na zabawę szkolną, trzeba było kupić bilet jednorazowy, a wracało się do domu pociągiem przed godziną 22.00.

Ale dworzec kolejowy (i podróżowanie do szkoły kultowym „Jasiem”, które też się zdarzało) będzie moją kolejną szamotulską miejscówką.

Irena Kuczyńska



Polecamy wspomnienie tej samej Autorki:

Irena Kuczyńska z domu Leśna

Urodzona w Ostrorogu, absolwentka szamotulskiego liceum (1967).

Emerytowana nauczycielka języka rosyjskiego w pleszewskim liceum, dziennikarka, blogerka (http://irenakuczynska.pl/).

Autobusy przy szamotulskim Rynku2021-02-18T13:02:21+01:00

Zagadka powstania kościoła Św. Stanisława

Wschodni szczyt kościoła. Pierwotnie prezbiterium kończyło się w górnej części dzisiejszych okien (widoczny fryz). Szczyt też był niższy, stare cegły odznaczają się w nadbudowanej partii (nowy szczyt powtarza układ sterczyn, czyli pionowych elementów dekoracyjnych w postaci kamiennej wieżyczki, zakończonej od góry ostrosłupem).

Zachodni szczyt kościoła. Dobrze widoczne granice między nawą główną a dobudowanymi później nawami bocznymi.

Zagadka powstania kościoła Św. Stanisława.

Kiedy Szamotuły przeniesiono na dzisiejsze miejsce?

Dla szamotulan bazylika, kolegiata czy po prostu „duży kościół” to taka „oczywista oczywistość”. Miejsce przyjęcia przez nich sakramentów, odwiedzane co tydzień lub rzadziej, w czasie ślubów i pogrzebów. Coś, co jest od zawsze, więc w pewnym sensie staje się przezroczyste. A przecież to najcenniejszy szamotulski zabytek, ciągle jeszcze nie do końca zbadany. Warto to robić, bo mury bazyliki są w stanie opowiedzieć nie tylko własną historię, ale ‒ przynajmniej częściowo ‒ rozwiązać jedną z największych zagadek Szamotuł: kiedy miasto przeniesiono na dzisiejsze miejsce.

Zmiana lokalizacji miasta bez wątpienia spowodowana była zniszczeniami pierwszego miasta, położonego na prawym brzegu Samy na wysokości Szczuczyna (na północ od dzisiejszych ogródków działkowych przy ul. Nowowiejskiego). Do przeniesienia miasta doszło jednak prawdopodobnie wcześniej, niż zakładali badacze historii, którzy wydarzenie to wiązali z postacią Sędziwoja Świdwy Szamotulskiego i datowali na ostatnie dziesięciolecie XIV wieku. Impulsem do nowego spojrzenia na tę kwestię stały się prace historyka sztuki Jacka Kowalskiego, badacza gotyku w Wielkopolsce, który zajął się również szamotulskim kościołem św. Stanisława.

Najstarszy zachowany dokument, który wspomina o kościele parafialnym św. Stanisława, pochodzi z roku 1423 i dotyczy ustanowienia fundacji prepozytury oraz kolegium ośmiu mansjonarzy, czyli wynagrodzenia proboszcza i niższego duchowieństwa. Następne dokumenty mówią o wyposażeniu świątyni i o organizacji szkoły. W związku z tym przez lata zakładano, że rok 1423 był początkiem budowy kościoła św. Stanisława. Nie jest to jednak przecież jednoznaczne. Zwłaszcza, jeśli uwzględni się fakt, że drewniany krucyfiks z belki tęczowej (nad prezbiterium) datowany jest na lata 1380-1390. Świątynia musiała już wówczas stać w dzisiejszym miejscu, choć z tej XIV-wiecznej budowli do dziś zachowało się niewiele. Jej ślady najbardziej widoczne są w północnym szczycie kościoła, czyli fasadzie od strony ul. Kapłańskiej. Pierwotne mury wtopiły się w nowsze (XV-wieczne): z dwiema dobudowanymi nawami bocznymi, różnego rodzaju „szwy” budowli, widoczne są jednak do dziś.

Jacek Kowalski stawia interesującą hipotezę dotyczącą początków budowy kościoła św. Stanisława i zarazem lokacji miasta w nowym miejscu. Otóż wiąże je z czasami ostatniego z Piastów ‒ Kazimierza Wielkiego (zmarłego w roku 1370), a zatem także z czasem pierwszej gałęzi Nałęczów Szamotulskich: z Wincentym albo Dobrogostem (por. tekst Szamotulscy http://regionszamotulski.pl/dzieje-ziemi-szamotulskiej/page/5/). Hipoteza ta oparta jest na kilku przesłankach. Po pierwsze: wygląd herbu Szamotuł. Zdaniem historyka Tomasza Jurka, na pierwszej, bardzo zniszczonej, pieczęci miasta z 1401 roku dopatrzeć się można korony, można więc przyjąć, że już wtedy herbem miasta była głowa brodatego króla w koronie. Jedynym królem z brodą wśród Piastów był właśnie Kazimierz Wielki, chętnie nadający herb z własnym wizerunkiem lokowanym przez siebie miastom. Szamotuły nie były wprawdzie miastem królewskim, lecz prywatnym, należącym do rycerskiego rodu Nałęczów. Umieszczenie postaci króla na herbie miasta prywatnego stanowiłby zatem ukłon w stronę władcy, ważną deklarację polityczną właścicieli Szamotuł. Warto w tym momencie dodać, że Szamotulscy stanowili tu wyjątek wśród rycerstwa wielkopolskiego, niechętnego dwom ostatnim Piastom. Drugą przesłankę może stanowić wezwanie kościoła: św. Stanisław jest przecież patronem królewskiej katedry na Wawelu. Zdaniem Jacka Kowalskiego wnętrze katedry  wawelskiej zainspirowało także fundatorów szamotulskiej świątyni do stworzenia interesującego sklepienia nad ołtarzem głównym, niezachowanego na skutek późniejszej przebudowy.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Bibliografia:

Tomasz Jurek, Średniowieczne Szamotuły i ich dziedzice, w: Szamotuły. Karty z dziejów miasta, red. Antoni Gąsiorowski, Szamotuły 2006, s. 25-26.

Jacek Kowalski, Gotyk wielkopolski. Architektura sakralna XIII-XVI wieku, Poznań 2010.

Zdjęcie na górze strony – Maciej Borowczak

Zagadka powstania kościoła Św. Stanisława2019-09-18T22:20:35+02:00
Go to Top