About Agnieszka Krygier-Łączkowska

Autor nie uzupełnił żadnych szczegółów
So far Agnieszka Krygier-Łączkowska has created 368 blog entries.

Aleksander Trąbczyński opowiada o filmie „Niepodległość”


Aleksander Trąbczyński opowiada o powstawaniu filmu Niepodległość

W rodzinnych Szamotułach Aleksander Trąbczyński znany jest głównie jako aktor i śpiewający bard,  także tłumacz tekstów piosenek. Właściwie co roku można go posłuchać na koncercie, w bardzo różnym zresztą repertuarze. Ostatnio śpiewał i recytował wiersze Zbigniewa Herberta. Od dobrych kilku lat artysta angażuje się też w projekty innego rodzaju. Ponad półtora roku zajęła mu intensywna praca przy realizacji dokumentalnego filmu Niepodległość.

Jak doszło do Twojego udziału w realizacji filmu „Niepodległość”?

Wiosną 2017 roku Mirosław Bork, mój przyjaciel i szef wielu projektów, w których uczestniczyłem, reżyser, scenarzysta i producent filmowy, pokazał mi około półgodzinny archiwalny materiał filmowy nakręcony przez ekipę filmową, która wiosną 1919 roku wraz z armią gen. Hallera dotarła do Polski. Materiał przedstawiał sceny z przybycia do Polski: powitania na dworcach, przywitanie Hallera w Warszawie, msze przed Bitwą Warszawską, Piłsudskiego z oficerami na Cytadeli… I wiele ujęć terenów, które właśnie stawały się Polską: zniszczony Kazimierz Dolny, jakieś miasteczko w Galicji, skarpę wiślaną i most pod Płockiem, Polesie. Materiał był świetnej jakości – technicznie i artystycznie – od razu było widać, że kadry komponowali fachowcy.

Okazało się, że materiał jest częścią, około 1/5 całości, którą reżyser Krzysztof Talczewski i jego żona Aśka odnaleźli w archiwum firmy Gaumont TV. Przyjechali do Polski z ideą, by o powstawaniu Niepodległej po zaborach opowiedzieć materiałami autentycznymi, powstałymi właśnie wtedy – sto lat temu. Wyszli z założenia, że skoro Francuzi dokumentowali kamerą historię, najpewniej inni uczestnicy zdarzeń robili to także, tylko trzeba te materiały odnaleźć, skomponować w wiarygodną i prawdziwą opowieść i pokazać widzom. Oczywiście, nie w stanie, w jakim są obecnie w archiwach. Krzysztof Talczewski, pracujący wiele dla francuskich telewizji, opowiadał o niezwykłej popularności w Francji filmów historycznych montowanych ze zrekonstruowanych i pokolorowanych archiwaliów. Jak Powstanie Warszawskie Jana Komasy, tylko dłuższych. W porze najwyższej oglądalności największych nadawców ten gatunek odnotowuje niezwykłą i rosnącą oglądalność.

Pomysł od razu wydał się genialny – odkrywczy (nikt dotąd na to nie wpadł) i nie do powtórzenia, bo nieznane archiwalia tylko raz można pokazać po raz pierwszy, a to były nieznane, dotąd nieprezentowane archiwalia. Tylko pojedyncze kilkunastosekundowe ujęcia wydawały się znane, ogromna większość wywoływała efekt „wow”. Tę ocenę potwierdzili też eksperci, których powołali późniejsi współproducenci – historycy z wiedzą właśnie o publikowanych materiałach filmowych jak prof. Zbigniew Wawer, opiniujący materiał na spotkaniu z prof. Piotrem Glińskim w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które zaowocowało deklaracją współfinansowania produkcji przez podlegającą ministerstwu instytucję – FINA [Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny]. W momencie tego spotkania wiadomo już było, że także komercyjna telewizja POLSAT chce realizować ten pomysł – pełnometrażowego historycznego dokumentu z tych archiwaliów. Trochę czasu zabrało ustalenie zakresu zaangażowania obu podmiotów, ale obaj decydenci – premier Piotr Gliński i prezes Zygmunt Solorz – podobnie wysoko ocenili potencjał projektu. Każdy z nich był gotów na samodzielne finansowanie, obaj jednak widzieli też pożytek i wagę gestu, jakim była współpraca na rzecz sukcesu tego filmu w roku 100-lecia Niepodległej. Termin premiery był dla wszystkich jasny od początku – listopad 2018.


ZWIASTUN NR 2

ZWIASTUN | Drugi zwiastun filmu Niepodległość.

Opublikowany przez Niepodległość Czwartek, 8 listopada 2018


Na czym polegała Twoja praca przy filmie?

Jako, że doprowadziłem do spotkania w ministerstwie, wcześniej – przy innych projektach – byłem już kierownikiem produkcji, a dodatkowo przyjaźnię się z Mirkiem Borkiem (razem żeglujemy, czasem uczę go gry na gitarze), naturalne było, że zacząłem pracę przy powstającym filmie w charakterze kierownika produkcji, czyli człowieka od wiązania nitek, oliwienia trybów, organizacji życia twórcom. Ale to etykietka. Robiłem różności: szperałem po archiwach w poszukiwaniu zdjęć, pocztówek. Korespondowałem i targowałem się z archiwami z Niemiec: Bundesarchiv i jednym prywatnym z Nadrenii.

Byłem dyżurnym lektorem wszystkich wersji roboczych,  kiedy trzeba było „na wczoraj” nagrać komentarz, jeszcze bez podziału na role, to nie szukałem wolnych kolegów, tylko sam stawałem przed mikrofonem. Taka sesja to około 5 godzin, zwykle w środku nocy, bo decydent nagle chce kolaudacji, a studio wcześniej zajęte. W efekcie moje nagrania były bazą i punktem wyjścia do korekt słabości, które przecież w pracy nad formą każdej opowieści zwykle się pojawiają. Mając punkt odniesienia w postaci pierwszej i kolejnych wersji – można łatwiej decydować, jaki rodzaj głosu należy związać z postacią (wysoki – niski, młody – stary), energii (animujący czy uspokajający, łagodny i smooth [aksamitny] czy zadzierzysty, itd.

No właśnie. Filmowa opowieść składa się z wielu głosów i różnych punktów widzenia…

Trzeba był znaleźć sposób opowiadania, a konkretnie odpowiedzieć sobie na pytanie, czyimi oczami widz ma oglądać przedstawiane zdarzenia. Nie od razu upewniliśmy się w przekonaniu, że wydarzenia przedstawione przez prawdziwe, autentyczne, nieinscenizowane nieme materiały filmowe trudno wiarygodnie komentować słowami napisanymi w innym czasie, niż te wydarzenia miały miejsce. A więc gdzie się tylko dało zrezygnowaliśmy zarówno z komentarzy współczesnych ekspertów, z konwencji znanej np. z programów red. Wołoszańskiego. Oparliśmy się też pomysłom, by np. powierzyć opowiadanie współczesnym raperom. Uznaliśmy, że dzienniki, listy świadków i uczestników to najbardziej wiarygodne źródło wiedzy nie tylko o przebiegu wydarzeń, ale zwłaszcza o zmieniających się nastrojach, emocjach i motywacjach ich uczestników. Dlatego prócz wypowiedzi postaci znanych z podręczników: ojców niepodległości, dowódców i polityków, przywołaliśmy – na przykład – listy młodego kpt. de Gaulle (wówczas francuskiego instruktora) do matki, legionisty Broniewskiego, który bił się pod Lwowem i w bitwie warszawskiej, Żeromskiego – kilkutygodniowego prezydenta Rzeczpospolitej Zakopiańskiej, warszawskiej młodej szlachcianki Janiny Gajewskiej i kilku innych osób, do których dzienników dotarliśmy.

Ta wielość głosów pozwalała też podać ogromną porcję informacji w nienużącej formie. Jeden, nawet wyjątkowy, głos narratora towarzyszący przez 1,5 h tak intensywnym obrazom nużyłby nieuchronnie. A wielość głosów, punktów widzenia, emocji, oddaje też lepiej prawdę nie tylko o tamtych, przełomowych, ale każdych w ogóle, czasach. Ja w tym wielogłosie prezentowałem ostatecznie Żeromskiego i jednego z legionowych poetów.



Wróćmy może do poszukiwania archiwaliów…

Poszukiwanie nie były łatwe. Okazało się, że wiele z wydarzeń, o których musieliśmy opowiedzieć, bo były ważne, decydujące, znamienne etc., nie zostało sfilmowanych albo brak o ewentualnych materiałach wiedzy. Czasem brakowało nawet dobrych fotografii. Nie mówię o oczywistym fakcie, że w ogóle rzadko walkom, strzałom i wybuchom towarzyszyła przypadkowo kamera, ówczesny sprzęt nie oferował dzisiejszych fenomenalnych możliwości utrwalania obrazu świata i natychmiastowej obróbki, upowszechnienia etc. Kamera była duża, ciężka, statyczna, rolki z celuloidową taśmą również bardziej wymagające i mniej poręczne od współczesnych „nośników”. Na marginesie: czy wiecie, że celuloidowa taśma filmowa jest najtrwalszym z wynalezionych dotąd nośników obrazu? Okazuje się, że procesowi digitalizacji tradycyjnych archiwów filmowych towarzyszy odwrotny, czyli że realizacje współczesne są archiwizowane na taśmie światłoczułej, bo ta potwierdziła, że może przetrwać wiek i więcej, a o nośnikach elektronicznych, cyfrowych nikt tego nie może jeszcze powiedzieć.

Brak filmowego obrazu wielu zdarzeń wymusił na twórcach sięgnięcie po inne obrazy: fotografie, plakaty, ważne dokumenty. W filmie ok 15% czasu pokazujemy obrazy nieruchome; inna kwestia, że współczesna technika pozwala „ożywić” takie martwe obrazy. Można np. naśladować ruch kamery: panoramę, szwenk [energiczną panoramę] , zoom etc. Ożywianie tych nieruchomych obrazów to ciekawy proces. Jednak dla sukcesu filmu najważniejsze było zdobycie materiałów, bez których opowieść o procesie odradzania się, kształtowania Niepodległej byłaby niemożliwa. Dobór tych kamieni węgielnych, kluczowych wydarzeń, był dziełem konsultantów filmu: prof. Grzegorza Nowika – dyrektora Muzeum Piłsudskiego w Sulejówku i prof. Wojciecha Roszkowskiego. A teren poszukiwania to archiwa w Moskwie, Kijowie, Paryżu, Berlinie, Wilnie, oczywiście, w Warszawie. I inne. Ile ciekawych materiałów i inspiracji do kolejnych projektów wpadło w nasze sieci, to temat na oddzielną opowieść.


Źródło: https://www.facebook.com/niepodlegloscfilm/posts/375121639988112


Nie wystarczyło przecież znaleźć te wszystkie materiały archiwalne.

Proces rekonstrukcji to też oddzielna opowieść. Stary, porysowany, nierówno naświetlony film z szybko i kancisto poruszającymi się postaciami trzeba było przemienić w film, który wydaje się nakręcony współczesną kamerą. To żmudna i złożona praca, wielotygodniowa praca około 10 osób na etapie rekonstrukcji obrazu czarno-białego i gigantyczna praca, momentami ponad 20 osób, przy kolorowaniu. Jakieś pojęcie o skali zadania daje szacunek, że jeden programista w ciągu jednego dnia koloruje 20-30 klatek – 1 sekunda to 25 klatek, a film zawiera ponad 70 minut. Zatem samo kolorowanie to 400 roboczodni, jeśli nie robi się błędów, a te są nieuchronne.

W Polsce nie było firmy o takim potencjale „na dzień dobry”, bo też nie było dotąd takiego zadania. „Powstanie Warszawskie” kolorowano w Indiach, my długo rozmawialiśmy z najbardziej znaną firmą francuską, która po blisko trzech miesiącach oświadczyła, że może pokolorować nasz film na luty-marzec 2019, czyli po terminie zaplanowanej premiery, a ten był dla nas nie do ruszenia. Uratowała sprawę młoda polska firma z Trójmiasta, która nie miała takich prac w dorobku, ale w projekcie dostrzegła szansę na coś więcej niż zarobek – na zdobycie unikatowej kompetencji. Nie było łatwo, uczyliśmy się razem, do wielu ujęć wracając po kilka razy, zanim efekt zadowalał.

Ogromną pracą był wybór kolorów – stworzenie i dostarczenie referencji kolorystycznych dla każdego elementu obrazu: natury (nieba, chmur, traw, drzew, zwierząt, wody, światła, etc.), architektury (murów, dachów, okien i drzwi), ubiorów cywilnych i mundurów, ornatów, guzików i w ogóle wszystkiego, co widać. Ogromna i bardzo ciekawa poznawczo praca; np. jak winna wyglądać sama postać Naczelnika – kolor wyłogów, niuanse szarości. Tu ostatnie poprawki robiliśmy już po premierze. Tę pracę wykonała w ogromnej części Ida Bork-Buszkowska. Ja w kurii warszawskiej i katedrze polowej szukałem wiedzy o stroju duchownych podczas pogrzebu prezydenta Narutowicza i uroczystości wręczenia Naczelnikowi marszałkowskiej buławy. Fiolet, amarant, czy kardynalska purpura?

W sumie to fascynująca praca pod sporą presją czasu i oczekiwań, ale z przekonaniem, że robimy coś unikatowego, co powinno powstać. I opowiedzieć nam naszą historię inaczej, nie przez kolejne lekcyjne wycinkowe tematy, tylko w skondensowanej, atrakcyjnej i wiarygodnej formie. Opowiedzieć, że porozumienie, determinacja i wspólny cel to warunek tego sukcesu, którego jesteśmy dziedzicami.

Udało się?

Odbyły się jednocześnie uroczysta premiera w Teatrze Wielkim i emisje w obu największych telewizjach w najlepszym czasie. Były powtórki w telewizji publicznej, przez 2 tygodnie film można było oglądać w otwartym dostępie na IPLA. W sumie zanotowano ponad 8-milionową oglądalność. Żaden dokument dotąd takiej nie miał. Film natychmiast zyskał wersje obcojęzyczne. Jest ich już 6, ostatnia to chińska. No i dostaliśmy Telekamerę w nowej kategorii Produkcja Roku, przyznaną przez kapitułę złożoną z laureatów Złotych Telekamer z lat ubiegłych. To wyraz uznania środowiska, które na co dzień wcale nie spija sobie z dzióbków. Stało się coś znaczącego – tak się dziś wydaje.

A plany na przyszłość?

Nasza producencka wiarygodność wzrosła. Pracujemy nad kolejnymi projektami, które może wcale nie mniej się zaznaczą. Ale o tym – kiedy naprawdę ruszą.

Red. Agnieszka Krygier-Łączkowska



Reżyseria: Krzysztof Talczewski

Scenariusz: Mirosław Bork, Krzysztof Talczewski,

Producent kreatywny: Mirosław Bork

Muzyka: Krzesimir Dębski

Montaż: Aśka Talczewski, Mariusz Tytoń

Konsultacja naukowa: prof. Grzegorz Nowik, prof. Wojciech Roszkowski

Kierownik Produkcji: Magdalena Jóźwiak, Aleksander Trąbczyński

Koproducenci: Telewizja Polsat Sp. z o. o., Filmoteka Narodowa – Narodowy Instytut Audiowizualny

© MWM Media Sp. z o.o., Polsat Sp. z o.o., FINA, 2018

Szamotuły, 13.03.2019

Aleksander Trąbczyński opowiada o filmie „Niepodległość”2025-01-10T13:16:25+01:00

Strona główna – marzec 2019


Wierny Bogu, Ojczyźnie i ludziom

Na początku 2019 roku zrodziła się inicjatywa, aby patronem jednej z ulic w Szamotułach został ks. Henryk Szklarek-Trzcielski. W podpisywanej petycji można przeczytać: „Był skromnym człowiekiem, zawsze skłonnym do pomocy, niezłomnym patriotą, pracującym dla dobra kraju i Szamotuł. Ks. Szklarek-Trzcielski był obywatelem naszego miasta i jego zasługi dla naszego kraju i miasta są bezsporne”.

Henryk Szklarek przyszedł na świat 19 lipca 1908 r. w leśniczówce Polesie koło Pakosławia (powiat nowotomyski). Ojciec był leśniczym, przed I wojną pracował w powiecie nowotomyskim: Szklarce Trzcielskiej koło Miedzichowa i wspomnianym Polesiu. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości pełnił funkcję nadleśniczego w Klemensowie koło Wielonka (gmina Ostroróg), w dobrach Kwileckich z Dobrojewa, potem na jakiś czas został delegowany do Wejherowa i powrócił do pracy w Klemensowie. Z małżeństwa z Józefą z domu Nowak przyszło na świat pięcioro dzieci: Władysław, Henryk, Aleksander, Halina (później Kozłowska) i Edward.

Kiedy Henryk miał 15 lat, rodzinę spotkało nieszczęście – na dyzenterię zmarła matka i najstarszy syn, wówczas uczeń szamotulskiego gimnazjum. Ojcu w wychowaniu i kształceniu dzieci w niezwykły sposób zaczęli pomagać bracia zmarłej żony. Henrykiem opiekował się najpierw ks. Antoni Nowak – proboszcz z Biezdrowa, a po jego śmierci, już w czasach nauki seminaryjnej, zajął się nim Ignacy Nowak – lekarz z Chorzowa. Młodszego brata – Aleksandra wychowywał z kolei Franciszek Nowak – nadleśniczy z Kąt koło Murowanej Gośliny.


Henryk Szklarek, 1929 i 1934 r. (z prawej zdjęcie ofiarowane Antoniemu Cieciorze – koledze z lat szkolnych i seminaryjnych)


W Szamotułach Henryk uczył się najpierw w Miejskiej Szkole Przygotowawczej, która znajdowała się w budynku przy ul. Poznańskiej (w późniejszych latach budynek należał do gimnazjum, potem do szkoły zawodowej, obecnie to własność prywatna). Szkoły tego typu uczyły na poziomie pierwszych klas szkół powszechnych i przygotowywały uczniów do pójścia do – wówczas ośmioklasowego i kończącego się maturą – gimnazjum. Henryk Szklarek – podobnie jak w tamtych latach inni uczniowie spoza Szamotuł – mieszkał na stancji, maturę zdał w 1929 roku. W 1990 roku, już na emeryturze, z wielką energią włączył się w działania Stowarzyszenia Wychowanków  Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi. Wielokrotnie bardzo ciepło wspominał swoich dawnych nauczycieli. Cenił sobie nie tylko wysoki poziom kształcenia szamotulskiego gimnazjum (wówczas Państwowego Gimnazjum Humanistycznego), ale także postawę moralno-religijną grona profesorskiego. Z rocznika maturalnego Henryka Szklarka księżmi zostali także Antoni Cieciora i Alojzy Sławski.

Po maturze Henryk Szklarek studiował teologię – najpierw w Seminarium Duchownym w Gnieźnie, a potem w Poznaniu, święcenia kapłańskie otrzymał w 1934 roku. Do wybuchu II wojny był wikariuszem w kilku różnych parafiach: Kamionnej koło Międzychodu, na poznańskich Winiarach, w Rydzynie, Rozdrażewie i Rogoźnie, dokąd trafił w 1939 roku.


Ks. Szklarek jako wikariusz parafii św. Stanisława Kostki (Poznań Winiary) z członkiniami Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Żeńskiej, 1935 r.


Miejsce pobytu zadecydowało o powołaniu ks. Szklarka na kapelana Obornickiego Batalionu Obrony Narodowej. Przed wkroczeniem Niemców schronił się w Budziszewicach koło Skoków; nie wrócił już do Rogoźna, gdzie groziło mu aresztowanie, lecz zamieszkał w Poznaniu i przed poszukującym go Gestapo ukrywał się pod zmienionym nazwiskiem (Henryk Szymański). 7 września w Łankowicach koło Kcyni Niemcy rozstrzelali ojca Henryka – Jana, który od 1929 roku prowadził tam gospodarstwo rolne, w 1943 roku w Bielinach nad Sanem zginął także brat Aleksander (pseudonim „Lech”) – dowódca niewielkiego oddziału partyzanckiego Armii Krajowej, z zawodu leśniczy. W kampanii wrześniowej brał udział także brat Edward i – jako sanitariuszka – siostra Halina, oboje walczyli potem również w Powstaniu Warszawskim.

W Poznaniu Henryk Szklarek od razu włączył się w prace konspiracyjne. 8 grudnia 1939 roku w jego poznańskim mieszkaniu na tyłach kościoła przy ul. Dominikańskiej zawiązano tajną organizację pod nazwą Wojsko Ochotnicze Ziem Zachodnich. Organizacja ta pod dowództwem kpt. Leona Komorskiego zjednoczyła powstałe po klęsce wrześniowej mniejsze organizacje zbrojne działające na tym terenie. Ks. Szklarek pełnił funkcję naczelnego kapelana WOZZ.

W 1940 roku – w sytuacji zagrożenia dekonspiracją – części członków organizacji, wśród nich ks. Szklarkowi, udało się przedostać do Generalnego Gubernatorstwa. W styczniu 1941 roku zamieszkał w Warszawie i jako Henryk Szmytkowski sprawował posługę kapłańską na cmentarzu bródnowskim.

Dzięki spotkaniu z płk. Rudolfem Ostrihanskym, komendantem Okręgu Poznańskiego Związku Walki Zbrojnej, ks. Henryk nawiązał kontakt z tą organizacją i został kapelanem ZWZ (późniejszej Armii Krajowej) przy naczelnym dziekanie ks. płk. Tadeuszu Jachimowskim. W latach 1941-44 był także łącznikiem ks. ppłk. Romana Mielińskiego, dziekana Obszaru Zachód – Poznań z dowódcą Korpusu Zachodniego, Zygmuntem Łęgowskim. Ks. Szklarek w 1942 r. otrzymał awans na majora, a w czasie powstania został podpułkownikiem. W konspiracji używał pseudonimów „Mrówka”, „Trzcielski”, a w powstaniu „Rogoziński”. Od 1958 roku „Trzcielski” było oficjalnie drugim członem jego nazwiska.


Ks. Henryk Szklarek jako były dziekan Grupy Północ w Powstaniu Warszawskim, 18.06.1957 r.


W chwili wybuchu Powstania Warszawskiego ks. Szklarkowi zostało powierzone zadanie zorganizowania duszpasterstwa powstańczego na Starówce. Dzięki niezwykłej ofiarności i zaangażowaniu został dziekanem Grupy Północ, która działa w okresie od 7 sierpnia do 5 września 1944 r. Ks. Szklarek wspierał duchowo powstańców, organizował posługę rannym w szpitalach. Wspomnienia z tego okresu spisał w grudniu 1946 roku w 16-stronicowym maszynopisie „Mój udział w Powstaniu Warszawskim 1944 r.” 20 sierpnia 1944 r. podczas odprawiania polowej mszy dla powstańczych oddziałów przy ul. Bielańskiej został ciężko ranny odłamkiem, najpierw przebywał w szpitalu polowym, a po upadku Starówki w szpitalu na Woli. 3 września 1944 roku został odznaczony Srebrnym Krzyżem Orderu Virtuti Militari V klasy.


Czytaj dalej

Szamotuły, 09.03.2019



Imiona w regionie szamotulskim – współcześnie i w XVII w.

Od Reginy do Leny i od Stanisława do … Stanisława

Jakie imiona najczęściej noszą obecnie urodzone w naszym regionie dzieci, mniej więcej się orientujemy. Uogólniając, można powiedzieć, że dzieciom (zwłaszcza chłopcom) nadaje się imiona, jakie nosiło pokolenie ich pradziadków. Dziś nie decydują o tym ani względy rodzinne, ani religijne, lecz po prostu moda. A jak było w Szamotułach 400 lat temu? Zdecydowanie inaczej.

W ostatnich dziesięcioleciach bardzo widoczna jest pokoleniowa zmienność nadawanych imion. W latach 60. odstąpiono od tradycyjnych – popularnych wcześniej – imion typu Jan, Stanisław, Franciszek, Tadeusz, Henryk, Antoni czy Józef, a wśród kobiet rzadkie stały się imiona Maria, Helena, Zofia czy Krystyna. Dość powiedzieć, że w czasach szkolnych nie miałam żadnych kolegów i koleżanek o tych imionach. Moimi rówieśnicy to: Marek, Piotr, Paweł, Przemysław, Grzegorz, Małgorzata, Katarzyna, Magdalena, Marzena, Renata, Dorota i Beata. Agnieszki stały się popularne na początku lat 70., ja urodziłam się krótko przed tą modą i moje imię uzasadnione było literacko. Mama bardzo lubiła postać Agnieszki Niechcic z powieści Marii Dąbrowskiej Noce i dnie; była to córka Barbary i Bogumiła Niechciców, która połączyła ich najlepsze cechy.

Lata 80. i 90. to powrót imion bardzo popularnych wcześniej: Jan i Maria oraz pojawienie się dotąd rzadkich: Bartosz, Mateusz, Łukasz, Marcin, Michał, Jakub, Mikołaj, Natalia, Marta, Weronika, Karolina, Wiktoria, Paulina, Dominika, Julia, Zofia, Zuzanna. Większość była powrotem do imion występujących dawniej, ale zaczęto też nadawać zupełnie nowe w naszym społeczeństwie obcojęzyczne imiona typu Andżelika, Diana (Dajana). Niektóre z tych imion popularne są do dziś, zwłaszcza Jakub, Zofia, Julia czy Zuzanna.

XXI wiek to powrót po co najmniej 60 latach imion Stanisław, Franciszek czy Antoni – to ostatnie imię było najpopularniejsze w Polsce w latach 2017-2018, także w naszym regionie. Nieco inaczej wygląda sytuacja z imionami żeńskimi. Nie wróciły przecież Stanisławy i Franciszki (małego Kazimierza zdarza się spotkać, Kazimierę – już nie), odwrotnie: popularność Antoniego można wiązać z popularnością Antoniny, która pojawiła się około 10 lat temu. Bardzo popularne stały się nieobecne wcześniej lub bardzo rzadkie w polskim nazewnictwie: Amelia i Oliwia, a ostatnio także Maja i Lena (wcześniej występujące tylko jako warianty imion Maria, Helena czy Magdalena).

W ostatnich dziesięcioleciach zmieniły się też czynniki decydujące o nadaniu imienia. Niemal nie występuje dziś ważna wcześniej motywacja religijna, czyli nadawanie imienia ze względu na szczególny kult patrona. Rzadkie jest też odwoływanie się do tradycji rodzinnej, uzasadnienia typu „Dziadek miał na imię Franciszek” stanowią jedynie wzmocnienie przy wyborze modnego znowu imienia. Współcześnie imię nadaje się właśnie głównie ze względu na modę. To, co częściej występuje, zaczyna się podobać jak – przepraszam za porównanie – kształt buta czy kolor odzieży. Czasem jako czynnik decydujący o wyborze imienia pojawia się dodatkowo sympatia do znanej postaci, współcześnie rzadko jednak chodzi o bohaterów historycznych, częściej – o osoby znane z mediów czy wręcz bohaterów seriali.

Jak sytuacja wyglądała 400 lat temu – w XVII w.? Odwołam się tu do badań, które na podstawie ksiąg metrykalnych parafii szamotulskiej w latach 80. przeprowadziła dr Bożena Mikołajczakowa.  Najpopularniejszymi imionami męskimi w Szamotułach i okolicy w 17. stuleciu były: Jan, Stanisław, Albert, Jakub, Walenty, Wawrzyniec, Sebastian, Bartłomiej, Kasper i Melchior. Najpopularniejsze  imiona żeńskie to: Regina, Katarzyna, Anna, Marianna, Agnieszka, Małgorzata, Teresa, Barbara, Zofia i Ewa. Oczywiście, pojawiały się także inne imiona, zróżnicowanie imion było jednak stosunkowo małe. Dowodem na to jest fakt, że 10 najczęściej nadawanych imion otrzymywało aż 90% dziewczynek.

Niektórych może zdziwić nieobecność w zestawieniu z XVII w. imienia Maria. Wydawać by się mogło, że powinno ono w tym okresie cieszyć się szczególną popularnością. Był to przecież czas pogłębienia kultu maryjnego, król Jan Kazimierz oddał Rzeczpospolitą pod opiekę Maryi – Królowej Polski (śluby lwowskie, 1656 r.), a do Szamotuł przywieziona została ikona, zwana współcześnie obrazem Matki Bożej Pocieszenia. Do XIX w. jednak imię to w Polsce obłożone było tabu religijnym, to znaczy traktowano je jako zarezerwowane dla Matki Jezusa, a dziewczynkom nadawano – popularne także w Szamotułach w XVII w. – imię Marianna.

Badania pokazały jeszcze jedną bardzo istotną zależność – chodzi o zależność od kalendarza, a dokładniej o związek między nadawaniem imienia a dniem, który Kościół katolicki wybrał jako tzw. wspomnienie  danego świętego czy błogosławionego. Nadanie imienia w Kościele katolickim jest wyborem świętego patrona, w tej sytuacji można mówić, że dziecko – przychodząc na świat w dniu (tygodniu czy miesiącu) szczególnego kultu danego świętego – jakby „samo wybierało sobie imię”. Oto przykłady: w styczniu większość dziewczynek otrzymywała imię Agnieszka, w listopadzie Katarzyna, Jan był najczęstszy w czerwcu, Jakub w lipcu, a Stanisław w maju i we wrześniu.

Współcześni rodzice chyba rzadko zgodziliby się na takie „poddanie się” kalendarzowi, chyba że potraktowaliby to jako swego rodzaju „wzmocnienie” dokonanego wyboru lub wyjście z sytuacji, gdy trudno samodzielnie podjąć decyzję.

Agnieszka Krygier-Łączkowska


Zdjęcia Agnieszka Teska

Strona główna – marzec 20192025-01-02T11:45:15+01:00

Aktualności – marzec 2019

Maria Kuzioła – niezwykle zdolna szamotulska artystka

Marta Kuzioła jest osobą utalentowaną plastycznie i muzycznie. Jako drogę zawodową wybrała grafikę i niedługo kończy Uniwersytet Artystyczny w Poznaniu (UAP). Jej projekt liter „Goplanka” w 2018 r. został zauważony w bardzo ważnym w środowisku grafików konkursie Polish Graphic Design Awards (znalazł się wśród trzech nominowanych do nagrody projektów w kategorii akcydensowych krojów pisma). Niedawno pisaliśmy o niezwykłej książce, której jest autorką, a która częściowo stanowi historię rodzinnej drukarni w Szamotułach (Maria Kuzioła jest praprawnuczką Józefa Kawalera). W przyszłości chciałaby zaprojektować coś w przestrzeni publicznej naszego miasta. Życzymy wielu sukcesów artystycznych i po prostu szczęścia – także na nowej drodze życia, na którą Maria wstępuje w sierpniu! Zapraszamy do przeczytania tekstu pod podanym linkiem  http://regionszamotulski.pl/maria-kuziola-miedzy-plastyka-a-muzyka/



Witraże Mariana Schwartza

Marian Schwartz (1906-2001) z Obrzycka – artysta ważny dla naszego regionu – zaprojektował około 200 witraży, 10 z nich znajduje się w kościele Bożego Ciała w Nowych Skalmierzycach koło Kalisza. Prezentujemy z nich dwa: witraż Boga Stwórcy (z jeleniem) i św. Jadwigi Śląskiej (z sugestywnie ukazanymi postaciami chorych i ubogich). W latach 1950-53 wykonał je szamotulski witrażysta Józef Elsner. W tym samym kościele znajduje się też namalowana przez Mariana Schwartza polichromia, m.in. ostatnia wieczerza, cud rozmnożenia chleba i ofiara Melchizedeka (1949 r.). W Szamotułach witraże Mariana Schwartza wykonane w warsztacie Józefa Elsnera można oglądać w Domu Rzemiosła i bazylice kolegiackiej.



Interesujące zdjęcie z 1934 roku (Gimnazjum im. ks. Piotra Skargi w Szamotułach, nauczyciele i uczniowie klasy maturalnej)

Chcemy zwrócić uwagę na kilka naprawdę wyjątkowych postaci z grona pedagogicznego. Osobą szczególnie wyeksponowaną, bo zasiadającą na podwyższeniu w środkowej części zdjęcia, jest ówczesny dyrektor szkoły – Kazimierz Beik (1886-1966). Funkcję dyrektora pełnił w latach 1924-1949 (z przerwą wojenną), z wykształcenia był germanistą, oprócz języka niemieckiego uczył łaciny, a później także języka polskiego, angielskiego, a nawet matematyki i biologii. Do końca życia czytał dużo książek naukowych, fascynował się wynalazkami i odkryciami naukowymi, np. w dziedzinie astronautyki i atomistyki. 4. od lewej siedzi Eliasz Arystow (1874-1953) – znakomity nauczyciel matematyki, z pochodzenia Rosjanin, a Polak z wyboru (Polką była jego żona, do Polski przyjechał w 1918 r. już jako wdowiec); w czasach studiów w Petersburgu za świetne wyniki w nauce otrzymał od cara tytuł szlachecki. Z drugiej strony dyrektora (4. z prawej) siedzi Stefan Pawela (1904-1964), dyrektor w latach 1955-64, z wykształcenia filolog klasyczny. W czasie wojny w Jędrzejowie (Kieleckie) uczył na tajnych kompletach. Był bardzo wymagającym nauczycielem, podziwianym ze względu na dużą erudycję i mającym świetny kontakt z młodzieżą. 1. z lewej siedzi Henryk Nowak (1909-2000) – nauczyciel wychowania fizycznego („ćwiczeń cielesnych”), sportowiec i trener, którego wspominaliśmy w osobnym tekście (http://regionszamotulski.pl/henryk-nowak-sportowiec-nauczyciel-i-trener/). Warto zwrócić uwagę na wystrój auli, przygotowany z okazji 10-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości, z medalionami marszałka Józefa Piłsudskiego i prezydenta Ignacego Mościckiego.

Zdjęcie – własność Andrzej Nowak



Film Niepodległość z Telekamerą w kategorii Produkcja Roku

Kierownikiem produkcji tego niezwykle ważnego pełnometrażowego filmu dokumentalnego był Aleksander Trąbczyński. 

W rodzinnych Szamotułach Olek znany jest głównie jako aktor i śpiewający bard,  także tłumacz tekstów piosenek. Właściwie co roku można go posłuchać na koncercie, w bardzo różnym zresztą repertuarze. Ostatnio śpiewał i recytował wiersze Zbigniewa Herberta. Od dobrych kilku lat artysta angażuje się też w projekty innego rodzaju. Ponad półtora roku zajęła mu intensywna praca przy realizacji dokumentalnego filmu Niepodległość.

Zapraszamy do lektury tekstu, w którym Aleksander Trąbczyński bardzo ciekawie opowiedział nam o powstawaniu filmu i swoim w nim udziale.

http://regionszamotulski.pl/aleksander-trabczynski-opowiada-o-filmie-niepodleglosc/


Zdjęcie za: https://www.facebook.com/niepodlegloscfilm/posts/375121639988112


Halszka z Ostroga na jednym ze znaczków pocztowych (Ukraina 2015 r.)

Halszka należała do książęcego (kniaziowskiego) rodu Ostrogskich, a ich nazwisko pochodzi od rodowej siedziby – Ostroga na Wołyniu. Ostrogscy najprawdopodobniej wywodzili się z jednej z gałęzi Rurykowiczów; był to jeden z najważniejszych rodów magnackich w Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Ostrogscy pełnili niezwykle ważne funkcje w państwie, dowodzili wojskami, zakładali miasta, rozwijali kulturę i oświatę. Najpotężniejsi z rodu byli Konstanty (1460-1530) i Konstanty Wasyl (1526-1608) – dziadek i stryj Halszki. Współcześnie posiadłości Ostrogskich leżą na Ukrainie, przed II wojną Ostróg należał do Polski.



Rynek 1986 r.

Połowa lat 80. na szamotulskim Rynku to czas parkowania głównie Fiatów – „małych” i „dużych”. Ale na tym zdjęciu jest jeszcze coś, co – przyznajemy – nas zaskoczyło. Spójrzmy na panie stojące z przodu zdjęcia. Jedna ma na sobie letnią sukienkę w kwiatki, druga ubrana jest … w codzienną wersję tradycyjnego stroju szamotulskiego: ciemna spódnica i fartuch do pasa, czarny kaftan do bioder („rurok” bądź „jaczka”, czyli coś w rodzaju żakietu), a na głowie chusta. Sądziliśmy, że te ostatnie tak ubrane „po szamotulsku” można było spotkać na  naszych ulicach w latach 70.

Zdjęcie z „Szamotulskiego Wieńca”, jednodniówki wydanej z okazji Centralnych Dożynek w Szamotułach, wrzesień 1986.



Książka o drukarni Józefa Kawalera i nie tylko

Publikujemy dwa zdjęcia z okresu międzywojennego z szamotulskiej drukarni Józefa Kawalera (wjazd od dzisiejszej ul. Powstańców Wlkp. oraz zecernia). Chcemy nimi zachęcić do zapoznania się z wydaną niedawno książką „Wyszykowanie. Poligraficzne wspomnienie XX wieku”, której autorką jest Maria Kuzioła, praprawnuczka Józefa Kawalera. To interesująca i bogato ilustrowana opowieść o dawnym sposobie wydawania książek, o typografii, tradycyjnych metodach składu, druku oraz reprodukowania ilustracji. Wszystko to połączone jest z historią należącej do rodziny drukarni, założonej przez Józefa Kawalera (1881-1938) w 1906 r. w Oberhausen w Nadrenii, a od początku 1921 r. działającej w odrodzonej Polsce – w Szamotułach.

Dziś już takich książek nie drukują! – zdanie to odnosi się nie tylko do publikacji, które wychodziły w firmie Józefa Kawalera, ale także do książki Marii Kuzioły, która jest unikatem wydawniczym (żeby to zrozumieć, trzeba wziąć ją do ręki). Gorąco polecamy!

Książkę wydało Muzeum – Zamek Górków w Szamotułach, współpraca wydawnicza Jarek Kałużyński.

Zdjęcia – Archiwum Biblioteki Publicznej Miasta i Gminy w Szamotułach.



Działalność społeczna naszych przodków. Józef Preuss

Aktywność niektórych szamotulan zadziwia. Jedną z takich postaci jest właśnie Józef Preuss (1891-1953) – zasłużony szamotulski regionalista i działacz społeczny.

Od 1929 r. pełnił funkcję prezesa Koła Śpiewaczego „Lutnia” – chóru bardzo ważnego dla kultury muzycznej Szamotuł, a powstałego jeszcze w 1905 r. (w okresie międzywojennym dyrygentem był Tomasz Leśnik). Równocześnie w latach 30. kierował chórem parafialnym, którym dyrygował organista Andrzej Przybylski. Brał udział w pracach Komitetu Organizacyjnego w związku z odsłonięciem pomnika Powstańca (1929). Był jednym z inicjatorów zebrania obrzędów weselnych i melodii z regionu i stworzenia nich widowiska scenicznego, między innymi dzięki niemu powstało wiec nasze „Wesele szamotulskie”. Należał do Związku Hallerczyków – organizacji kombatanckiej związanej z narodową demokracją, której koło utworzone zostało w Szamotułach w 1920 r. (mogłoby to świadczyć o jego udziale w walkach 19199-20 pod wodzą Hallera; być może brał też udział w powstaniu wielkopolskim). Był członkiem Kurkowego Bractwa Strzeleckiego. Działał w powstałym w 1933 r. oddziale Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego, uznawanym w tym okresie za szczególnie aktywne. Po II wojnie przewodniczył działającemu w Szamotułach Towarzystwu Miłośników Sztuki i Pięknej Książki, z którego inicjatywy powstał pomnik Wacława z Szamotuł (http://regionszamotulski.pl/pomnik-waclawa-z-szamotul/). Przez wiele lat był też członkiem rady parafialnej.

Pracował zawodowo w Miejskiej Komunalnej Kasie Oszczędności (w latach 30. był jej dyrektorem). Na jego grobie na cmentarzu w Szamotułach znajduje się kapliczka wykonana przez Ignacego Pikusę – szamotulskiego rzeźbiarza.


Na zdjęciu Józef Preuss i gen. Józef Haller. 7.06.1931 r. gen. Haller przybył do Szamotuł na poświęcenie sztandaru koła Związku Hallerczyków (koło powstało w 1920 r.).

Zdjęcie – własność Tadeusz Dragoński.


„Foto-Matołki”

Ciekawostka! Te kolorowe zdjęcia w połowie lat 60. wykonali w Szamotułach członkowie kółka fotograficznego „Foto-Matołki”, działającego przy Szkole Podstawowej nr 2. Opiekunem kółka był, widoczny na zdjęciach, Stanisław Tokarz (1902-1981), kierownik szkoły w latach 1949-1969. Miejsce – park Sobieskiego.

Zdjęcia nadesłał Michał Sitowski.


Szamotuły, 08.03.2019

MARZEC 2019

IMPREZY I KONCERTY

Trwające

Wystawa czynna od 08.03. do 31.05.2019 r. – Sala Wystaw Czasowych, Muzeum – Zamek Górków


Minione

13.03.2019 godz. 18.00, Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Szamotuły


KINO

Aktualności – marzec 20192025-01-30T14:25:47+01:00

Imiona współcześnie i w XVII wieku

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Imiona w regionie szamotulskim – współcześnie i w XVII w.

Od Reginy do Leny i od Stanisława do … Stanisława

Jakie imiona najczęściej noszą obecnie urodzone w naszym regionie dzieci, mniej więcej się orientujemy. Uogólniając, można powiedzieć, że dzieciom (zwłaszcza chłopcom) nadaje się imiona, jakie nosiło pokolenie ich pradziadków. Dziś nie decydują o tym ani względy rodzinne, ani religijne, lecz po prostu moda. A jak było w Szamotułach 400 lat temu? Zdecydowanie inaczej.

W ostatnich dziesięcioleciach bardzo widoczna jest pokoleniowa zmienność nadawanych imion. W latach 60. odstąpiono od tradycyjnych – popularnych wcześniej – imion typu Jan, Stanisław, Franciszek, Tadeusz, Henryk, Antoni czy Józef, a wśród kobiet rzadkie stały się imiona Maria, Helena, Zofia czy Krystyna. Dość powiedzieć, że w czasach szkolnych nie miałam żadnych kolegów i koleżanek o tych imionach. Moimi rówieśnicy to: Marek, Piotr, Paweł, Przemysław, Grzegorz, Małgorzata, Katarzyna, Magdalena, Marzena, Renata, Dorota i Beata. Agnieszki stały się popularne na początku lat 70., ja urodziłam się krótko przed tą modą i moje imię uzasadnione było literacko. Mama bardzo lubiła postać Agnieszki Niechcic z powieści Marii Dąbrowskiej Noce i dnie; była to córka Barbary i Bogumiła Niechciców, która połączyła ich najlepsze cechy.

Lata 80. i 90. to powrót imion bardzo popularnych wcześniej: Jan i Maria oraz pojawienie się dotąd rzadkich: Bartosz, Mateusz, Łukasz, Marcin, Michał, Jakub, Mikołaj, Natalia, Marta, Weronika, Karolina, Wiktoria, Paulina, Dominika, Julia, Zofia, Zuzanna. Większość była powrotem do imion występujących dawniej, ale zaczęto też nadawać zupełnie nowe w naszym społeczeństwie obcojęzyczne imiona typu Andżelika, Diana (Dajana). Niektóre z tych imion popularne są do dziś, zwłaszcza Jakub, Zofia, Julia czy Zuzanna.



XXI wiek to powrót po co najmniej 60 latach imion Stanisław, Franciszek czy Antoni – to ostatnie imię było najpopularniejsze w Polsce w latach 2017-2018, także w naszym regionie. Nieco inaczej wygląda sytuacja z imionami żeńskimi. Nie wróciły przecież Stanisławy i Franciszki (małego Kazimierza zdarza się spotkać, Kazimierę – już nie), odwrotnie: popularność Antoniego można wiązać z popularnością Antoniny, która pojawiła się około 10 lat temu. Bardzo popularne stały się nieobecne wcześniej lub bardzo rzadkie w polskim nazewnictwie: Amelia i Oliwia, a ostatnio także Maja i Lena (wcześniej występujące tylko jako warianty imion Maria, Helena czy Magdalena).  

W ostatnich dziesięcioleciach zmieniły się też czynniki decydujące o nadaniu imienia. Niemal nie występuje dziś ważna wcześniej motywacja religijna, czyli nadawanie imienia ze względu na szczególny kult patrona. Rzadkie jest też odwoływanie się do tradycji rodzinnej, uzasadnienia typu „Dziadek miał na imię Franciszek” stanowią jedynie wzmocnienie przy wyborze modnego znowu imienia. Współcześnie imię nadaje się właśnie głównie ze względu na modę. To, co częściej występuje, zaczyna się podobać jak – przepraszam za porównanie – kształt buta czy kolor odzieży. Czasem jako czynnik decydujący o wyborze imienia pojawia się dodatkowo sympatia do znanej postaci, współcześnie rzadko jednak chodzi o bohaterów historycznych, częściej – o osoby znane z mediów czy wręcz bohaterów seriali.


Zdjęcia Agnieszka Teska


Jak sytuacja wyglądała 400 lat temu – w XVII w.? Odwołam się do badań, które na podstawie ksiąg metrykalnych parafii szamotulskiej w latach 80. przeprowadziła dr Bożena Mikołajczakowa.  Najpopularniejszymi imionami męskimi w Szamotułach i okolicy w 17. stuleciu były: Jan, Stanisław, Albert, Jakub, Walenty, Wawrzyniec, Sebastian, Bartłomiej, Kasper i Melchior. Najpopularniejsze  imiona żeńskie to: Regina, Katarzyna, Anna, Marianna, Agnieszka, Małgorzata, Teresa, Barbara, Zofia i Ewa. Oczywiście, pojawiały się także inne imiona, zróżnicowanie imion było jednak stosunkowo małe. Dowodem na to jest fakt, że 10 najczęściej nadawanych imion otrzymywało aż 90% dziewczynek.

Niektórych może zdziwić nieobecność w zestawieniu z XVII w. imienia Maria. Wydawać by się mogło, że powinno ono w tym okresie cieszyć się szczególną popularnością. Był to przecież czas pogłębienia kultu maryjnego, król Jan Kazimierz oddał Rzeczpospolitą pod opiekę Maryi – Królowej Polski (śluby lwowskie, 1656 r.), a do Szamotuł przywieziona została ikona, zwana współcześnie obrazem Matki Bożej Pocieszenia. Do XIX w. jednak imię to w Polsce obłożone było tabu religijnym, to znaczy traktowano je jako zarezerwowane dla Matki Jezusa, a dziewczynkom nadawano – popularne także w Szamotułach w XVII w. – imię Marianna.

Badania pokazały jeszcze jedną bardzo istotną zależność – chodzi o zależność od kalendarza, a dokładniej o związek między nadawaniem imienia a dniem, który Kościół katolicki wybrał jako tzw. wspomnienie  danego świętego czy błogosławionego. Nadanie imienia w Kościele katolickim jest wyborem świętego patrona, w tej sytuacji można mówić, że dziecko – przychodząc na świat w dniu (tygodniu czy miesiącu) szczególnego kultu danego świętego – jakby „samo wybierało sobie imię”. Oto przykłady: w styczniu większość dziewczynek otrzymywała imię Agnieszka, w listopadzie Katarzyna, Jan był najczęstszy w czerwcu, Jakub w lipcu, a Stanisław w maju i we wrześniu.

Współcześni rodzice chyba rzadko zgodziliby się na takie „poddanie się” kalendarzowi, chyba że potraktowaliby to jako swego rodzaju „wzmocnienie” dokonanego wyboru lub wyjście z sytuacji, gdy trudno samodzielnie podjąć decyzję.

Szamotuły, 08.03.19

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Od urodzenia związana z Szamotułami. Polonistka (jak mama) i regionalist(k)a (jak tata).

Dr nauk humanistycznych, redaktor i popularyzator nauki. Prezes Stowarzyszenia WOLNA GRUPA TWÓRCZA, wiceprezes Szamotulskiego Stowarzyszenia Charytatywnego POMOC.

Imiona współcześnie i w XVII wieku2025-01-05T12:40:41+01:00

Jerzy Walkowiak – parki w Szamotułach

Szamotulskie parki w obiektywie Jerzego Walkowiaka

Jerzy Walkowiak od dzieciństwa związany z regionem szamotulskim i z robieniem zdjęć. Jak sam mówi, aparat fotograficzny towarzyszył mu w życiu od najmłodszych lat. „Zdjęcia zaczynałem robić jako chłopak, w erze fotografii czarno-białej. Od kilkunastu lat na dobre związałem się z fotografią, która pochłonęła mnie bez reszty. Mimo zaliczenia wielu różnego rodzaju kursów, warsztatów i plenerów oraz zgłębienia wiedzy zawartej w niezliczonych książkach, jestem otwarty na ciągłe odkrywanie tajemnic fotografowania”.

Odniósł już wiele sukcesów w tej dziedzinie: jest laureatem kilkunastu konkursów fotograficznych, organizowanych przez gminę Szamotuły oraz Obrzycko, Ostroróg czy Wronki, a także przez portal zumi.pl. Robi zdjęcia różnego typu: krajobrazowe, przyrodnicze, reporterskie oraz portrety. Zdjęcia jego autorstwa można znaleźć w albumach Spacerem po Szamotułach i okolicy oraz Powiat szamotulski w czterech porach roku oraz w wielu kalendarzach regionalnych. Od połowy lutego do połowy maja 2019 r. trwa jego pierwsza indywidualna wystawa „Zakochani w Szamotułach” (Napoleon Cafe, Szamotuły).

Szamotuły, 26.02.2019

Jerzy Walkowiak – parki w Szamotułach2025-01-07T10:38:58+01:00

Henryk Nowak – sportowiec, nauczyciel i trener

Henryk Nowak (1909-2000)

Wiecznie młody…Trener, nauczyciel, sportowiec

Henryk Nowak urodził się 24 stycznia 1909 roku w miejscowości Czukiew koło Sambora nad Dniestrem (województwo lwowskie). Jego rodzice byli nauczycielami. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w dawnym zaborze pruskim bardzo brakowało pedagogów uczących w języku polskim, stąd rodzina Nowaków zdecydowała się na przeprowadzkę do Wielkopolski. Ojciec – Roman Nowak uczył języka polskiego w Państwowym Seminarium Nauczycielskim w Rawiczu, jego żona Aleksandra była nauczycielką matematyki.

Henryk ukończył Państwowe Gimnazjum Humanistyczne w Rawiczu, maturę zdał w 1929 roku. Postanowił pójść taką samą drogą zawodową jak rodzice, jednak wybrany kierunek studiów całkowicie odzwierciedlał jego własne pasje. W latach 1929-31 studiował w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego w Warszawie (późniejszej Akademii Wychowania Fizycznego im. Józefa Piłsudskiego). 20 czerwca 1931 roku, po zdaniu egzaminów teoretycznych i praktycznych, uzyskał tytuł „Instruktora dyplomowanego ćwiczeń ruchowych”.

W latach nauki ukończył kurs instruktora narciarskiego oraz uzyskał – rzadkie wówczas – prawo jazdy. Nigdy nie miał samochodu, ale bardzo lubił motocykle i odbył nimi mnóstwo wycieczek. Pod koniec życia poruszał się Velorexem – charakterystycznym trójkołowym pojazdem z brezentową kabiną, produkowanym na podstawie  motocykla.


Prawo jazdy z 1. poł. lat 30. XX w.


Po studiach ukończył obowiązkową wówczas Szkołę Podchorążych Rezerwy Piechoty w Biedrusku oraz odbył wymaganą służbę wojskową w 55. Pułku Piechoty w Lesznie. Następnie rozpoczął pracę jako nauczyciel „ćwiczeń cielesnych” (wychowania fizycznego) w szkołach średnich. Najpierw pracował w Państwowym Gimnazjum w Środzie (1932-34), a później – aż do wojny – w szamotulskim Państwowym Gimnazjum im. ks. Piotra Skargi. 14 maja 1936 roku zdał egzamin państwowy i uzyskał Dyplom Nauczyciela szkół średnich, który potwierdzał „kwalifikacje zawodowe do nauczania ćwiczeń cielesnych jako przedmiotu głównego w szkołach średnich ogólnokształcących i seminariach nauczycielskich państwowych i prywatnych w języku wykładowym polskim”. 

Dla dzisiejszego czytelnika interesująca może być rota przyrzeczenia służbowego, jakie Henryk Nowak złożył w 1938 roku w związku z uzyskaniem nauczycielskiego mianowania:


Fragment protokołu z odbioru przyrzeczenia służbowego. Widnieją na nim podpisy dyrektora gimnazjum Kazimierza Beika oraz nauczycieli: Eliasza Arystowa i Franciszka Wojterskiego.


Aleksandra i Roman Nowakowie oraz ich dzieci (1932 r.). Stoją: Henryk (w mundurze), młodszy brat Władysław i starsza siostra Janina (dzieci z 1. małżeństwa Romana). Między rodzicami siedzą przyrodnie siostry Henryka: Krystyna i Barbara.

Kwalifikacje instruktora narciarskiego – 1931 r.

Dyplom nauczyciela szkół średnich – 1936 r.

Profesorowie i uczniowie szamotulskiego gimnazjum. Zdjęcie maturalne, 1934 r. Henryk Nowak siedzi 1. z lewej, w środku – na podwyższeniu – ówczesny dyrektor Kazimierz Beik.

Zdjęcie ślubne – 19.07.1939 r.

Dom Rynek 6 na zdjęciach sprzed 1918 r. i z lat 60. XX w.

Kartka z Fortu VII (17.01.1941 r.) i pismo z Muzeum Martyrologii Fort VII (1991)

Swoją przyszłą żonę Barbarę Iwaszkiewicz (ur. 1915 r.) poznał jeszcze jako uczennicę ostatniej klasy. Zamieszkał na stancji u jej mamy, wdowy Jadwigi Iwaszkiewiczowej z domu Wegner. Ślub odbył się w lipcu 1939 roku. Domem rodzinnym Nowaków była kamienica przy Rynku, nr 6. Przed odzyskaniem niepodległości na parterze mieściła się drukarnia Bernsteina, potem „kiosk po schodkach”, czyli sklepik papierniczy z gazetami prowadzony przez trzy siostry Tomaszewskie, później przejęty przez „Ruch”. Oprócz Nowaków i Jadwigi Iwaszkiewiczowej i Wandy (siostry Barbary Nowakowej) mieszkały tam rodziny Hoffmannów, Żuromskich (Zofia Hoffmannówna wyszła za Mariana Żuromskiego) i – po II wojnie – Wojciechowskich.

Miesiąc po ślubie Henryk Nowak musiał stawić się w jednostce wojskowej. Brał udział w kampanii wrześniowej, wraz z innymi żołnierzami dostał się do niewoli. Przetrzymywano ich w tymczasowym obozie jenieckim – w polu na wsi w okolicach Rzeszowa. Ludzie z okolicznych wiosek dokarmiali żołnierzy; Henrykowi udało się namówić jedną z kobiet, które przynosiły żywność do obozu, aby w koszu z jedzeniem ukryła dla niego cywilne ubranie. Kiedy to nastąpiło, w obozowej latrynie szybko się przebrał i jako jeden z mieszkańców wioski opuścił obóz. W październiku 1939 roku drogę spod Rzeszowa do Szamotuł pokonał na rowerze.


Narzeczeni Barbara i Henryk


Jesienią 1939 roku Niemcy dali rodzinie Nowaków 20 minut na opuszczenie mieszkania. Podobny los spotkał wiele szamotulskich rodzin, między innymi moich dziadków. Nowakowie znaleźli schronienie w domu rodziny Bilonów przy ul. Obornickiej. We czworo, a potem pięcioro mieszkali w jednym pokoju. Kiedy z końcem wojny wrócili do swojego mieszkania, zastali je ograbione z wszystkich sprzętów, w tym kupionych z okazji ślubu mebli. Jak wspomina syn Andrzej Nowak, trauma tego wojennego wypędzenia dawała znać jeszcze kilka lat po wojnie. W 1. połowie lat 50., w czasie wojny koreańskiej, kiedy obawiano się wybuchu III wojny światowej, w garderobie ich mieszkania stały dwie spakowane walizki, w każdej chwili gotowe do drogi.

Henryk Nowak zatrudnił się jako kierowca niemieckiego starosty, który gdy był z czegoś niezadowolony, bił go grubą pałką po plecach. W styczniu 1941 roku został aresztowany, ponad miesiąc przesiedział w Forcie VII w Poznaniu. Do końca swojego długiego życia bardzo bał się psów, lęk ten prawdopodobnie był pozostałością przeżyć z tego okresu. W Forcie VII więźniowie byli szczuci psami, które nieraz wygryzały im mięso do kości. 

Żona Barbara, podobnie jak przed wojną, pracowała w banku (Komunalnej Kasie Oszczędności, obecnie mieści się tam Bank Spółdzielczy Duszniki). Któregoś dnia niemiecki dyrektor zauważył, że płacze i zapytał o powód jej łez. Kiedy dowiedział się, że chodzi o uwięzienie męża, obiecał pomoc. Dotrzymał danego słowa i załatwił z szefem szamotulskiej policji zwolnienie. Po tygodniu Henryk Nowak był już w domu z żoną i synem Bohdanem, urodzonym w grudniu 1940 roku.

Zagrożenie ze strony Niemców jednak nie minęło. Kiedy następnym razem przyszli aresztować Henryka, wyskoczył przez okno z tyłu domu przy Obornickiej i uciekł. Udało mu się przedostać do Generalnego Gubernatorstwa, współpracował z Armią Krajową na Rzeszowszczyźnie. Władysław Nowak, brat Henryka, był majorem AK, za co po wojnie spotkały go represje, a z więzienia wyszedł jako wrak człowieka.

Do Szamotuł Henryk wrócił w lutym 1945 roku. W pewnym okresie w Bydgoszczy trenował z Jadwigą Jędrzejowską – najwybitniejszą polską tenisistką przed Agnieszką Radwańską. Nadal pracował jako nauczyciel w Gimnazjum i Liceum. W latach 1949-50 zaocznie kształcił się na Akademii Wychowania Fizycznego; absolutorium uzyskał na warszawskiej AWF w 1950 roku, pracę magisterską obronił na poznańskiej AWF w 1968 roku.

W 1949 roku przyszedł na świat młodszy syn Andrzej, od wczesnego dzieciństwa uzdolniony muzycznie, plastycznie, świetny uczeń i młody sportowiec, później znany architekt. Ojciec wspierał go jako nastoletniego sportowca, nawet zakładał się, jaki wynik osiągnie. Kiedy syn zdecydował się na studiowanie architektury we Wrocławiu, pojechał z nim motocyklem do Wrocławia szukać stancji. Trasę tam i z powrotem pokonali w ciągu jednego dnia. Traktował to jako przygodę czy – mówiąc współczesnym językiem – wyzwanie. Starszy syn Bohdan skończył Poznańską Politechnikę i przez wiele lat prowadził w Szamotułach zakład naprawy telewizorów i radioodbiorników.


Nauczyciele i absolwenci szamotulskiego liceum – 1951 r. W klasie męskiej uczyli się wtedy, m.in., Ryszard Podlewski (późniejszy dziennikarz), Zbigniew Jasiewicz (prof. etnograf), Marian Kubiak (lekarz), Romuald Krygier (regionalista).


Jako nauczyciel Henryk Nowak był bardzo lubiany, dbał nie tylko o rozwój fizyczny młodzieży w ramach prowadzonego przez siebie przedmiotu. Zmarły w 2018 roku Ryszard Podlewski (dziennikarz i autor aforyzmów), wychowanek Henryka Nowaka, z przełomu lat 40. i 50. (matura 1951) wspominał, jak kiedyś na lekcji uczył ich właściwego, eleganckiego „kłaniania się kapeluszem”. Zgodnie z zasadami savoir-vivre’u czynność ta miała wyglądać inaczej w zależności od tego, z której strony mijało się osobę, którą chciało się pozdrowić.

Henryk Nowak ufał młodym ludziom, rozumiał ich potrzeby i przyjaźnił się z kolejnymi pokoleniami wychowanków, czy to uczniów, czy zawodników, których trenował. W 1951 roku z powodu problemów z krtanią  musiał zrezygnować z pracy w szkole. Do przejścia na emeryturę w 1974 roku pracował w szamotulskich zakładach pracy: był specjalistą od spraw bhp w PZGS-ach (Poznańskim Związku Gminnych Spółdzielni), jako pracownik Sanepidu prowadził na wsiach wykłady o zasadach zdrowego odżywiania.


Szkolenie na temat zdrowego żywienia

Próba sprawnościowa na motocyklu

Start rajdu motorowego

Przy Veloreksie

Łowienie ryb z łódki

Po zawodach wędkarskich – Henryk Nowak lubił rywalizację.

Wyprawa na ryby. Buszewko, 1965 (zdjęcie Jana Kulczaka)

Na łyżwach w Warszawie, lata 30. Warto zwrócić uwagę na dawne stroje i sprzęt sportowy.

Sporty zimowe – lata 30. i 40.

Nadzorowanie budowy kortów przy ul. Strzeleckiej (Wojska Polskiego) – 1937 r.

To odznaczenie Henryk Nowak cenił sobie najbardziej

Barbara i Henryk Nowakowie na balu maturalnym, 1958 r.

Interesował go właściwie każdy sport, każdy rodzaj aktywności fizycznej. Sam uprawiał wiele dyscyplin. Lubił sporty zimowe – narciarstwo i łyżwiarstwo. Najpierw było narciarstwo zjazdowe, w okolicach Zakopanego i Szklarskiej Poręby. W późniejszym wieku – narciarstwo biegowe. Kiedy tylko w Szamotułach spadł śnieg, biegał na nartach w parku Sobieskiego i dookoła cmentarza. Bardzo dobrze jeździł na łyżwach, umiał kręcić piruety, wykonywać skoki i inne figury. Grał w kręgle, badmintona i ping-ponga. Najbardziej kochał tenis, grał w każdej wolnej chwili od początku wiosny do końca jesieni. Do później starości startował w zawodach tenisowych „starszych panów” w Sopocie. Był człowiekiem wielkiej energii, szybko się poruszał, a jednocześnie godzinami potrafił łowić ryby i często organizował motocyklowe wypady nad jeziora połączone z łowieniem ryb z łódki.

Henryk Nowak był wzorem, swoją sportową pasją zarażał innych. Trenował młodych szamotulskich lekkoatletów, koszykarzy, siatkarzy, a nawet bokserów. Przede wszystkim jednak uczył tenisa. Był nie tylko trenerem tej dyscypliny, lecz od 1954 roku także sędzią sportowym i działaczem Polskiego Związku Tenisowego. Władze PZT wielokrotnie nagradzały go za działalność dla rozwoju tenisa w Polsce.


Dawne stroje tenisowe – tenis był nazywany „białym sportem”. Zdjęcie z prawej – otwarcie sezonu tenisowego, 1948 r.


Z jego inicjatywy w drugiej połowie lat 30. powstały w Szamotułach – dziś nieistniejące -pierwsze korty tenisowe, usytuowane w parku Sobieskiego (na tzw. Plantach). W 1938 roku powstały kolejne, naprzeciw cukrowni, koło ogródków działkowych. Henryk Nowak nadzorował ich budowę i – co uwieczniono na fotografii – brał udział w otwarciu. Obecnie korty te noszą jego imię.

W latach 60. dzięki jego działaniom na szamotulskich kortach można było podziwiać największe sławy polskiego tenisa – wielokrotnych mistrzów Polski: Józefa Piątka i Wiesława Gąsiorka, a także Wojciecha Fibaka – późniejszą światową  gwiazdę tenisa, a wówczas juniora. W latach 1981-87 Henryk Nowak był fundatorem pucharu przechodniego dla najlepszego szamotulskiego tenisisty.


Pierwsze szamotulskie korty na Plantach (park Sobieskiego), z tyłu widać jeden z parkowych stawów. Zdjęcie z ok. 1936 r.

Otwarcie kortów przy ul. Strzeleckiej (dziś Wojska Polskiego) – koło ogródków działkowych i wieży ciśnień, naprzeciw ówczesnej cukrowni – 1938 r.


Kolejną organizacją, której był aktywnym członkiem, było Towarzystwo Krzewienia Kultury Fizycznej. W szamotulskim ognisku TKKF „Wacław” w latach 1973-1985 pełnił funkcję sekretarza organizacyjnego. W 1987 roku Zarząd Główny nadał Henrykowi Nowakowi odznakę zasłużonego działacza TKKF.

Był człowiekiem-legendą, idealistą, dla którego sprawy materialne nigdy nie były istotne. Ważne było tylko jedno: zdrowie i zdrowy sportowy duch.

Przez lata mógł się oddawać swoim sportowym pasjom i angażować w pracę społeczną dzięki temu, że miał kochającą i wyrozumiałą żonę, z którą przeżył w związku ponad 60 lat. Henryk Nowak zmarł 21 listopada 2000 roku, żona Barbara niecałe 5 lat potem – 15 lutego 2005 roku. Oboje spoczywają na cmentarzu w Szamotułach.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Zdjęcia i dokumenty udostępnił Andrzej Nowak

Na zawodach klasy wojewódzkiej w Gnieźnie, 12.07.1953. Na zdjęciu – oprócz Henryka Nowaka – są m.in. Romana Bezdekowa (nauczycielka szamotulskiego LO w latach 1947-53), Krystyna Bańczykówna (dr chemii), Janusz Malinowski (lekarz).

Na zdjęciu 1. z lewej Zdzisław Ogarzyński, emerytowany ppłk pożarnictwa, wieloletni komendant Powiatowej Straży Pożarnej w Szamotułach, ojciec tenisisty Ryszarda.

Na turnieju w Sopocie z aktorami Tadeuszem Borowskim i Krzysztofem Chamcem (1985 r.)

Międzynarodowy turniej weteranów (oldboyów), Sopot, 1975 r.

Międzynarodowy turniej oldboyów, Sopot, 1981 r.

Rumeli Polish Open, Poznań, korty na Golęcinie, 1996 r. Ostatnie zdjęcie Henryka Nowaka na kortach

Sędzia zawodów lekkoatletycznych

Z szamotulskimi koszykarzami – TKKF

Mistrzostwa Szamotuł, korty na Piaszczychach

Szamotulski Rynek, otwarcie młodzieżowego biegu ulicznego

Odczytywanie aktu erekcyjnego pod budowę szamotulskiej hali „Wacław”, 1984 r. Henryk Nowak był jednym z inicjatorów budowy hali.

Wmurowywanie aktu erekcyjnego. Autorem projektu hali jest syn Andrzej Nowak.


Szamotuły, 24.02.2019

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Od urodzenia związana z Szamotułami. Polonistka (jak mama) i regionalist(k)a (jak tata).

Dr nauk humanistycznych, redaktor i popularyzator nauki. Prezes Stowarzyszenia WOLNA GRUPA TWÓRCZA, wiceprezes Szamotulskiego Stowarzyszenia Charytatywnego POMOC.

Henryk Nowak – sportowiec, nauczyciel i trener2025-01-03T20:58:33+01:00

Zima 1929 roku w Szamotułach

Widok na kościół św. Stanisława spod wiaduktu kolejowego, 20-lecie międzywojenne. Widoki powiatu szamotulskiego na starych pocztówkach 1898-1945, Szamotuły 2016.

Na górze – północna strona szamotulskiego rynku, ok. 1903 r., Szamotuły na dawnej pocztówce 1898-1935, Szamotuły 2000.


Szamotulskie zimy – lata 20. i 30. XX w.

Z archiwum rodzinnego Jana Kulczaka

Jeziorko w Szamotułach, na łyżwach Henryk Nowak (http://regionszamotulski.pl/henryk-nowak-sportowiec-nauczyciel-i-trener/). Zdjęcie udostępnił Andrzej J. Nowak


Ogłoszenia z „Gazety Szamotulskiej” – luty 1929 r.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Zima 1929 roku w Szamotułach

Określenie „zima stulecia” zwykle jest kojarzone z początkiem 1979 roku, kiedy to wyjątkowo obfite opady śniegu sparaliżowały całą Polskę. Odwołano wówczas lekcje w szkołach, pojawiły się problemy w dostawach prądu, transport publiczny niemal przestał funkcjonować. Z bardzo podobnymi problemami zmagano się dokładnie 50 lat wcześniej, zimą z przełomu 1928 i 1929 roku, którą ówczesna prasa okrzyknęła najsurowszą od 1775 roku.

Jak pisano wówczas w „Gazecie Szamotulskiej”, śnieg w regionie spadł na początku grudnia 1928 roku i nie stopniał aż do marca. Pod koniec grudnia mrozy objęły niemal całą Europę, szczególnie ucierpiały nieprzyzwyczajone do tego typu temperatur południe Francji, Włochy i kraje bałkańskie.

Zdecydowanie najtrudniejszym miesiącem, nie tylko w okolicach Szamotuł, ale i w całej Polsce, był luty – najzimniejszy miesiąc w historii polskiej meteorologii. Średnia temperatura miesiąca wyniosła na terenie Polski -14,5̊, dla porównania można podać, że średnia temperatura w lutym 2018 r. – uznawanym za najzimniejszy w ostatnich kilku latach – to -2,5̊. W kronice Szkoły Powszechnej (dzisiejszej Szkoły Podstawowej nr 2) zapisano, że w lutym 1929 roku w Szamotułach temperatura spadła nawet do -38̊.  

Początek miesiąca nie wyglądał jeszcze groźnie. Na łamach miejscowej prasy przeczytać można było informację o tym, że dzięki władzom miasta na jeziorku obok strzelnicy (ul. Strzelecka, dziś Wojska Polskiego) uprzątnięto śnieg, dzięki czemu „młodzież i starsi znów mogą się rozkoszować zdrowym sportem łyżwiarskim”. Kilka dni później jeden z czytelników apelował do dorosłych, aby nie dopuszczali do robienia przez dzieci ślizgawek na chodnikach, bo jest to niebezpieczne dla przechodniów.


Magistrat i Rada Miasta w latach 1929-1930. 4. z lewej siedzi burmistrz Konstanty Scholl. Zdjęcie udostępniła Urszula Dudzik


Jak co roku o tej porze władze miasta martwiły się przede wszystkim losem bezrobotnych i ich rodzin. Po zakończeniu kampanii cukrowniczej do grupy osób bez pracy dołączyło 350 robotników sezonowych, w sumie bez środków do życia pozostawało blisko 450 rodzin. Władze miejskie lub powiatowe zatrudniały co roku pewną grupę bezrobotnych do prac przy utwardzaniu dróg (tłuczeniu kamienia), jednak w tamtym roku z powodu warunków atmosferycznych nie było to możliwe. Burmistrz Konstanty Scholl apelował o zatrudnianie bezrobotnych do drobnych prac przy odśnieżaniu i rąbaniu drewna, prosił też o składanie w ratuszu ofiar na rzecz bezrobotnych; mogło to być wsparcie pieniężne, żywność lub płody rolne. Zachętą dla ofiarodawców miała być  publikacja ich nazwisk w „Gazecie Szamotulskiej”. Na nadzwyczajnym posiedzeniu Rady Miasta zdecydowano o zaciągnięciu krótkoterminowej pożyczki i zakupie dla rodzin bezrobotnych opału, tłuszczów i chleba.



Największe mrozy wystąpiły w drugiej dekadzie miesiąca. Od 11 do 15 lutego w szamotulskich szkołach zawieszono lekcje. Dyrekcja gimnazjum informowała rodziców uczniów, że także po tym terminie, jeśli temperatura spadnie poniżej -20̊ , wolno zatrzymać w domu dzieci słabszego zdrowia i te, które mieszkają daleko od szkoły. Dziś nieco zabawnie brzmi ogłoszenie informujące o zwolnieniu uczniów gimnazjum z obowiązku noszenia nakazanych przez szkolne przepisy czapek z daszkiem i skierowana do ich rodziców prośba o zakup ciepłych czapek lub nauszników. Miejscowa drogeria reklamowała w gazecie środki na odmrożenia i przeziębienie.

Silnych mrozów nie wytrzymywała sieć wodociągowa. Jak pisano, niemal w każdym domu zamarzły rury. Trudności przeżywały zakłady przemysłowe, na przykład w drukarni wodę  potrzebną do pracy niektórych maszyn dostarczano za pomocą gumowych węży, bo woda w rurach zamarzła. Powstawały opóźnienia w pracy.



Po kilku dniach bardzo silnych mrozów pojawiły się problemy z opałem. W 12 lutego dziennikarz „Gazety Szamotulskiej” alarmował: „Do tego dokuczliwego mrozu przyłączył się katastrofalny brak węgla i koksu. Doszło do tego, że u żadnego handlarza węgli nie można otrzymać ani pół centnara opału. Co będzie?” Władze miasta interweniowały w kopalniach na Śląsku, 19 lutego otrzymały telegram o wysłaniu do Szamotuł 100 ton węgla, przede wszystkim dla miejscowych firm.

Wstrzymano kursowanie autobusów, a opóźnienia pociągów były tak duże, że rozsądny dziennikarz doradzał: „Ażeby uniknąć takich niespodziewanych przygód, zaleca się siedzieć najlepiej w domu”. Powstała sytuacja stanowiła też okazję do zareklamowania gazety:



Silne wiatry spowodowały powstanie na drogach 2,5-metrowych zasp. Szamotuły odcięte zostały nie tylko od Poznania, ale także od wszystkich miejscowości powiatu. Na wezwanie władz powiatowych w obowiązkowych pracach publicznych przy przywracaniu ruchu na drogach wzięło udział ponad 1500 osób. Komunikacji drogowej z Poznaniem nie udało się jednak przywrócić jeszcze przez co najmniej kilka dni.

Wczoraj, w niedzielę 17 lutego, 90 lat od zimy 1929 roku, mieliśmy w Szamotułach 19̊ C!

Szamotuły, 2019 r.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Od urodzenia związana z Szamotułami. Polonistka (jak mama) i regionalist(k)a (jak tata).

Dr nauk humanistycznych, redaktor i popularyzator nauki. Prezes Stowarzyszenia WOLNA GRUPA TWÓRCZA, wiceprezes Szamotulskiego Stowarzyszenia Charytatywnego POMOC.

Zima 1929 roku w Szamotułach2021-02-11T11:53:22+01:00

Aktualności – luty 2019

„Zakochani w Szamotułach” – trawa wystawa fotografii Jerzego Walkowiaka (Napoleon Cafe, Szamotuły, ul. Kościelna)

Zdjęcia z tej wystawy prezentujemy jako „Zdjęcia dnia”. Tu chcemy pokazać zdjęcia z serii, którą nazywamy „Szamotuły dawniej i dziś” – ich autorem również jest Jerzy Walkowiak. Widoczny na nich budynek młyna powstał w 1905 r. Pierwszym właścicielem zakładu był Israel Gorzelańczyk, na początku lat 20., kupił go Edward Litwiński , jego firma nosiła nazwę „Polski Młyn Parowy”. Po śmierci Litwińskiego w 1931 r. młyn przeszedł na własność Banku Gospodarstwa Krajowego, w latach 1933-39 zakład dzierżawiła firma „Ceralia” z Poznania. Po II wojnie stał się własnością Skarbu Państwa, wchodził w skład Zespołu Spichrzy i Młynów w Szamotułach (młyn nr 10). Rewitalizację obiektu oraz przebudowę na cele mieszkalne przeprowadzono w latach 2013-14. Jest to teraz bardzo ładna i zadbana część miasta. Przebudowę młyna doceniono w 2016 r. w ogólnopolskich plebiscytach: Bryła Roku 2015 (6. miejsce) i Polska Architektura XXL (1. miejsce w kategorii obiekty mieszkaniowe).



Szamotulscy seniorzy piszą ikony

Zakończyła się 3. edycja warsztatów ikonopisarskich, które dla studentów szamotulskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku prowadzi Jarosław Kałużyński. W minionym semestrze studenci UTW pisali ikony Matki Bożej Kazańskiej (przypominamy, że ikoną tego typu jest szamotulski obraz Matki Bożej Pocieszenia). „Jak widać, każda ikona jest inna, piękna i prawdziwa, bo stworzona z ogromnym zaangażowaniem i pasją” – napisał Jarek Kałużyński. Gratulujemy wszystkim twórcom i ich Mistrzowi.

Warsztaty odbywały się w Muzeum – Zamku Górków.


Szamotulska straż pożarna w latach 30. XX w.

Tradycje ochotniczej straży pożarnej w Szamotułach sięgają 1860 r. Strażnica przez wiele lat mieściła się przy ul. Wodnej obok rzeźni miejskiej. Pierwszy wóz motorowy kupiono dla straży w 1928 r., wcześniej jeżdżono do pożarów wozami zaprzężonymi w konie.
Zdjęcie ze zbiorów Aleksandra Trojanka (1912-1978), przesłał syn Grzegorz Aleksander Trojanek.



17 lutego – dzień kota

Mistrzem w malowaniu kotów był urodzony w Szamotułach Janusz Grabiański (1929-1976) – grafik, ilustrator książek, plakacista. Dzieciństwo spędził we Wronkach, studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie i Warszawie (dyplom w pracowni Jana Marcina Szancera). Zilustrował ponad 100 książek z klasyki polskiej i obcej. Jego ilustracje z kotami można znaleźć w różnych wydaniach (także zagranicznych)  „Kota w butach” braci Grimm, „Wierszach o kotach” T.S. Eliota, „Wierszach dla Kaji” Joanny Kulmowej, książkach Jana Tettera o Ryżym Placku, „Przyjaciołach Konstantego” Adama Augustyna, na wielu pocztówkach i specjalnej serii znaczków.

Prezentowana ilustracja to oczywiście Kot w butach z książki „Baśnie dla dzieci i młodzieży braci Grimm”, wyd. Buchgemeinschaft Donauland, 1963, tempera na kartonie. Zdjęcie za rynekisztuka.pl



Szczepankowo w Polskiej Kronice Filmowej

„Odwiedziny w Szczepankowie”, 1952 r. – to zapewne 1. film z tej miejscowości, położonej 5 km od Szamotuł, w gminie Ostroróg. To nie tylko skarb dla lokalnej społeczności, ale także utrwalony na taśmie filmowej nasz folklor i świadectwo historii początku lat 50. Młodzi pracownicy Zakładów Przemysłu Metalowego im. J. Stalina (taką nazwę nosiły wówczas zakłady H.Cegielskiego) jadą do Szczepankowa „zacieśnić braterską więź z młodzieżą chłopską”. „Zlot”, który zapowiada  lektor Andrzej Łapicki, to spotkanie młodzieży, które odbyło się w lipcu 1952 r. w Warszawie (Zlot młodych przodowników pracy i budowniczych socjalizmu). Zespół folklorystyczny ze Szczepankowa prowadziła Gabriela Tomaszkowa – nauczycielka w szamotulskim liceum i bardzo aktywna działaczka społeczna.

Fragment Polskiej Kroniki Filmowej 30/1952 (data wydania 16.07.1952)


Koncert karnawałowy w szamotulskiej szkole muzycznej

Koncerty karnawałowe w Państwowej Szkole Muzycznej I i II stopnia im. Wacława z Szamotuł stają się już tradycją. W tegorocznym koncercie z orkiestrą smyczkową  Capella Samotulinus pod dyrekcją Remigiusza Skorwidera wystąpili soliści: Wojciech Kubica (fortepian), Joanna Szynkowska vel Sęk (sopran), Paweł Kuźniak (trąbka), Piotr Strugała (akordeon) i Marcelina Dera  (skrzypce) – 12-letnia uczennica szamotulskiej szkoły muzycznej, zdobywczyni wielu nagród na konkursach muzycznych oraz zwyciężczyni ubiegłorocznej edycji konkursu „Szamotuły – miejsce dla talentów”.


Baszta Halszki (2015) – obraz Wiery Kalinowskiej

Wiera Kalinowska urodziła się w 1966 r. we Lwowie w rodzinie polskiej. Ukończyła Szkołę Sztuki i Rzemiosła we Lwowie w 1980 r., a w 1989 r. – Kijowski Państwowy Instytut Artystyczny (obecnie Narodowa Akademia Sztuki i Architektury). W latach 1989-1993 odbyła kurs podyplomowy w Akademii Sztuki w Sankt-Petersburgu (kierunek: Konserwacja sztuki, specjalizowała się w konserwacji fresków i polichromii ściennej). Od 1996 r. zajmuje się grafiką i malarstwem tradycyjnym i grafiką komputerową (ilustracje książek). Jej ulubione techniki tradycyjne to pastele i akwarela. Prowadzi warsztaty artystyczne i warsztaty sztuki ludowej. W 2018 r. przeprowadziła się do Polski; mieszka i twórczo pracuje w Bytomiu. Jest członkiem Związku Polskich Artystów Malarzy i Grafików oraz międzynarodowej grupy twórców „Złota linia”. Na koncie ma ponad 20 wystaw indywidualnych i zbiorowych. Jej prace znajdują się w kolekcjach prywatnych i państwowych w Polsce, Ukrainie, Kanadzie, Izraelu, Włoszech, Czechach, Niemczech i Australii.

Malarka w Szamotułach nigdy nie była (otoczenie baszty na jej obrazie wygląda inaczej niż w rzeczywistości), współpracowała z Łukaszem Bernadym jako ilustratorka książki Międzychód – legendy, podania, gawędy.


Szamotuły, 11.02.2019

LUTY 2019

IMPREZY I KONCERTY

Trwające

Akordeony Pawła Nowaka – wystawa, Muzeum-Zamek Górków w Szamotułach


Minione


KINO

Aktualności – luty 20192025-01-30T14:26:39+01:00

Ks. Henryk Szklarek-Trzcielski

Wierny Bogu, Ojczyźnie i ludziom

Na początku 2019 roku zrodziła się inicjatywa, aby patronem jednej z ulic w Szamotułach został ks. Henryk Szklarek-Trzcielski. W podpisywanej petycji można przeczytać: „Był skromnym człowiekiem, zawsze skłonnym do pomocy, niezłomnym patriotą, pracującym dla dobra kraju i Szamotuł. Ks. Szklarek-Trzcielski był obywatelem naszego miasta i jego zasługi dla naszego kraju i miasta są bezsporne”.

Michał i Jadwiga (z domu Bielska) Nowakowie – dziadkowie ks. Szklarka

Jan Szklarek-Przygodzicki, 1914 r.

Jan i Józefa (z domu Nowak) Szklarkowie z córką Haliną, 1922 r.

Ignacy i Maria (z domu Strawińska) Nowakowie, 1927 r. (brat matki, dr nauk med., ginekolog, ordynator szpitala w Chorzowie, poseł na Sejm w latach 1930-38)

1934 r., obok ks. Szklarka stoi ojciec, z przodu klęczą brat Edward i siostra Halina

Henryk Szklarek przyszedł na świat 19 lipca 1908 r. w leśniczówce Polesie koło Pakosławia (powiat nowotomyski). Ojciec był leśniczym, przed I wojną pracował w powiecie nowotomyskim: Szklarce Trzcielskiej koło Miedzichowa i wspomnianym Polesiu. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości pełnił funkcję nadleśniczego w Klemensowie koło Wielonka (gmina Ostroróg), w dobrach Kwileckich z Dobrojewa, potem na jakiś czas został delegowany do Wejherowa i powrócił do pracy w Klemensowie. Z małżeństwa z Józefą z domu Nowak przyszło na świat pięcioro dzieci: Władysław, Henryk, Aleksander, Halina (później Kozłowska) i Edward.

Kiedy Henryk miał 15 lat, rodzinę spotkało nieszczęście – na dyzenterię zmarła matka i najstarszy syn, wówczas uczeń szamotulskiego gimnazjum. Ojcu w wychowaniu i kształceniu dzieci w niezwykły sposób zaczęli pomagać bracia zmarłej żony. Henrykiem opiekował się najpierw ks. Antoni Nowak – proboszcz z Biezdrowa, a po jego śmierci, już w czasach nauki seminaryjnej, zajął się nim Ignacy Nowak – lekarz z Chorzowa. Młodszego brata – Aleksandra wychowywał z kolei Franciszek Nowak – nadleśniczy z Kąt koło Murowanej Gośliny.


Henryk Szklarek, 1929 i 1934 r. (z prawej zdjęcie ofiarowane Antoniemu Cieciorze – koledze z lat szkolnych i seminaryjnych)


W Szamotułach Henryk uczył się najpierw w Miejskiej Szkole Przygotowawczej, która znajdowała się w budynku przy ul. Poznańskiej (w późniejszych latach budynek należał do gimnazjum, potem do szkoły zawodowej, obecnie to własność prywatna). Szkoły tego typu uczyły na poziomie pierwszych klas szkół powszechnych i przygotowywały uczniów do pójścia do – wówczas ośmioklasowego i kończącego się maturą – gimnazjum. Henryk Szklarek – podobnie jak w tamtych latach inni uczniowie spoza Szamotuł – mieszkał na stancji, maturę zdał w 1929 roku. W 1990 roku, już na emeryturze, z wielką energią włączył się w działania Stowarzyszenia Wychowanków  Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi. Wielokrotnie bardzo ciepło wspominał swoich dawnych nauczycieli. Cenił sobie nie tylko wysoki poziom kształcenia szamotulskiego gimnazjum (wówczas Państwowego Gimnazjum Humanistycznego), ale także postawę moralno-religijną grona profesorskiego. Z rocznika maturalnego Henryka Szklarka księżmi zostali także Antoni Cieciora i Alojzy Sławski.


Prymicje ks. Henryka Szklarka, 18.06.1934 r., Wroniawy


Rodzina Szklarków dobrze znała się z ówczesnym proboszczem jedynej szamotulskiej parafii – ks. Bolesławem Kaźmierskim. Ks. Kaźmierski wielokrotnie odwiedzał ich w Klemensowie, był kolegą seminaryjnym wuja Antoniego Nowaka, a sam Henryk i jego bracia byli w kolegiacie ministrantami.

Po maturze Henryk Szklarek studiował teologię – najpierw w Seminarium Duchownym w Gnieźnie, a potem w Poznaniu, święcenia kapłańskie otrzymał w 1934 roku. Do wybuchu II wojny był wikariuszem w kilku różnych parafiach: Kamionnej koło Międzychodu, na poznańskich Winiarach, w Rydzynie, Rozdrażewie i Rogoźnie, dokąd trafił w 1939 roku.


Ks. Szklarek jako wikariusz parafii św. Stanisława Kostki (Poznań Winiary) z członkiniami Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Żeńskiej, 1935 r.


Miejsce pobytu zadecydowało o powołaniu ks. Szklarka na kapelana Obornickiego Batalionu Obrony Narodowej. Przed wkroczeniem Niemców schronił się w Budziszewicach koło Skoków; nie wrócił już do Rogoźna, gdzie groziło mu aresztowanie, lecz zamieszkał w Poznaniu i przed poszukującym go Gestapo ukrywał się pod zmienionym nazwiskiem (Henryk Szymański). 7 września w Łankowicach koło Kcyni Niemcy rozstrzelali ojca Henryka – Jana, który od 1929 roku prowadził tam gospodarstwo rolne, w 1943 roku w Bielinach nad Sanem zginął także brat Aleksander (pseudonim „Lech”) – dowódca niewielkiego oddziału partyzanckiego Armii Krajowej, z zawodu leśniczy. W kampanii wrześniowej brał udział także brat Edward i – jako sanitariuszka – siostra Halina, oboje walczyli potem również w Powstaniu Warszawskim.

W Poznaniu Henryk Szklarek od razu włączył się w prace konspiracyjne. 8 grudnia 1939 roku w jego poznańskim mieszkaniu na tyłach kościoła przy ul. Dominikańskiej zawiązano tajną organizację pod nazwą Wojsko Ochotnicze Ziem Zachodnich. Organizacja ta pod dowództwem kpt. Leona Komorskiego zjednoczyła powstałe po klęsce wrześniowej mniejsze organizacje zbrojne działające na tym terenie. Ks. Szklarek pełnił funkcję naczelnego kapelana WOZZ.

W 1940 roku – w sytuacji zagrożenia dekonspiracją – części członków organizacji, wśród nich ks. Szklarkowi, udało się przedostać do Generalnego Gubernatorstwa. W styczniu 1941 roku zamieszkał w Warszawie i jako Henryk Szmytkowski sprawował posługę kapłańską na cmentarzu bródnowskim.

Dzięki spotkaniu z płk. Rudolfem Ostrihanskym, komendantem Okręgu Poznańskiego Związku Walki Zbrojnej, ks. Henryk nawiązał kontakt z tą organizacją i został kapelanem ZWZ (późniejszej Armii Krajowej) przy naczelnym dziekanie ks. płk. Tadeuszu Jachimowskim. W latach 1941-44 był także łącznikiem ks. ppłk. Romana Mielińskiego, dziekana Obszaru Zachód – Poznań z dowódcą Korpusu Zachodniego, Zygmuntem Łęgowskim. Ks. Szklarek w 1942 r. otrzymał awans na majora, a w czasie powstania został podpułkownikiem. W konspiracji używał pseudonimów „Mrówka”, „Trzcielski”, a w powstaniu „Rogoziński”. Od 1958 roku „Trzcielski” było oficjalnie drugim członem jego nazwiska.


Ranny w Powstaniu Warszawskim ks. Henryk Szklarek z siostrą Haliną, 1944 r.


W chwili wybuchu Powstania Warszawskiego ks. Szklarkowi zostało powierzone zadanie zorganizowania duszpasterstwa powstańczego na Starówce. Dzięki niezwykłej ofiarności i zaangażowaniu został dziekanem Grupy Północ, która działa w okresie od 7 sierpnia do 5 września 1944 r. Ks. Szklarek wspierał duchowo powstańców, organizował posługę rannym w szpitalach. Wspomnienia z tego okresu spisał w grudniu 1946 roku w 16-stronicowym maszynopisie „Mój udział w Powstaniu Warszawskim 1944 r.” 20 sierpnia 1944 r. podczas odprawiania polowej mszy dla powstańczych oddziałów przy ul. Bielańskiej został ciężko ranny odłamkiem, najpierw przebywał w szpitalu polowym, a po upadku Starówki w szpitalu na Woli. 3 września 1944 roku został odznaczony Srebrnym Krzyżem Orderu Virtuti Militari V klasy.

W listopadzie 1944 Niemcy załadowali ks. Szklarka wraz z innymi rannymi powstańcami i wieźli ich w niewiadomym kierunku. W Piotrkowie Trybunalskim udało mu się uciec i uniknąć niewoli. Wrócił do Wielkopolski i po wyzwoleniu Rogoźna spod okupacji hitlerowskiej – z polecenia biskupa Walentego Dymka – został tymczasowym proboszczem w tym mieście. 15 lutego, gdy walki o stolicę Wielkopolski jeszcze trwały, ks. Szklarek na pożyczonym rowerze damskim przybył z Poznania do Rogoźna i na nowo zajął się organizacją życia religijnego w tym mieście.

Chociaż żywił ogromną niechęć do Armii Czerwonej i wszelkich prób podporządkowania Polski Związkowi Radzieckiemu, udało mu się nawiązać dobrą relację z sowieckim komendantem miasta Władimirem Lepieninem. Komendant zaufał ks. Szklarkowi na tyle, że sam przyznał się przed nim do wiary, ostrzegł przed oficerami NKWD, ułatwił opróżnienie kościoła św. Wita ze zgromadzonych tam przez Niemców materiałów budowlanych, a także przekazał klucze do dawnego kościoła ewangelickiego i pastorówki. Ks. Szklarek uruchomił oba kościoły, drugi z nich został przystosowany do potrzeb świątyni katolickiej i erygowany jako kościół św. Ducha. Przywrócił nauczanie religii, na nowo zorganizował działalność miejscowego koła „Caritasu”, które wydawało posiłki najbiedniejszym, oraz Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży.


Od lewej: ks. Nikodem Nowaczyński, ks. biskup Walenty Dymek, ks. Henryk Szklarek i ks. Aleksander Przygodzki, X 1952 r.

Poznań, 1940 r.

Ołtarzyk polowy ks. Szklarka, ekspozycja Muzeum Regionalnego w Rogoźnie

Ks. Szklarek przy swojej sutannie z czasów II wojny, Muzeum Regionalne w Rogoźnie, 1995 r. Zdjęcie Małgorzata Skwisz

Ks. Henryk Szklarek jako były dziekan Grupy Północ w Powstaniu Warszawskim, 18.06.1957 r.

Ks. Henryk z opaską Armii Krajowej

Ks. Henryk w 100. urodziny


Zdjęcia archiwalne udostępnione przez Małgorzatę Skwisz i Ewę Prange

Działalność księdza wkrótce napotkała trudności. Nowej władzy zwłaszcza nie podobały się kazania ks. Szklarka, w których wprost  przeciwstawiał się komunizmowi. Wiosną 1946 roku doszło do karnego przeniesienia księdza do parafii w Ludomach (gmina Ryczywół). Mieszkańcy Rogoźna odprowadzili go w spontanicznym pochodzie z plebanii na dworzec kolejowy.

W czasie posługi w parafii św. Jana Chrzciciela w Ludomach, wsi liczącej obecnie ok. 500 mieszkańców, ks. Szklarek zorganizował, m.in., dom księży emerytów i doprowadził do powstania ośrodka zdrowia. Po jednym z jego długich patriotycznych kazań dnia 15 września 1952 roku został zatrzymany przez władze bezpieczeństwa. W trwającym 7 miesięcy śledztwie wobec księdza Henryka stosowano okrutne metody: polewano go lodowatą wodą, bito, kopano, głodzono, a przesłuchania trwały kilkanaście godzin dziennie. Sąd Wojewódzki skazał go na 3 lata więzienia, na mocy amnestii wyrok został zmniejszony do 1,5 roku. Karę więzienia ks. Szklarek odbywał w Poznaniu przy ul. Młyńskiej. Nadal czuł się nękany fizycznie i psychicznie. Odmawiano mu widzeń, starano się upokorzyć, a stosowany regulamin przypominał obozy koncentracyjne.   

Wolność ks. Szklarek odzyskał wiosną 1954 roku. Mimo starań władz kościelnych w Poznaniu przez 4 lata nie mógł objąć żadnej placówki kościelnej w Wielkopolsce i za poradą ks. biskupa Dymka na kilka lat zmienił diecezję. Krążył po Polsce; pracował jako kapłan w Warszawie, Lublinie, w Biernatkach koło Legnicy, Chorzowie i Wiśle. Potem – już w Wielkopolsce –  pomagał w poznańskich parafiach na Górczynie i Dębcu, w Gostyniu i Ostrowie Wielkopolskim.

Wydział do Spraw Wyznań w Poznaniu na pełnienie funkcji kościelnej pozwolił ks. Henrykowi dopiero w 1966 r. Został wówczas proboszczem parafii św. Jadwigi w Wilczynie (gmina Duszniki). Funkcję tę sprawował do przejścia na emeryturę w 1984 roku.


Spotkanie księży wyświęconych w 1934 r,. Pleszew 1971


Lata osiemdziesiąte były okresem współpracy ks. Szklarka-Trzcielskiego z opozycją. W stanie wojennym wspierał finansowo i radą internowanych, w domach wygłaszał patriotyczne wykłady na temat historii Armii Krajowej. W Szamotułach wykłady te odbywały się między innymi w domu Aleksandra Grochowicza, który jest inicjatorem upamiętnienia osoby księdza jako patrona szamotulskiej ulicy.

W 1985 roku zamieszkał w Gałowie pod Szamotułami, a po jedenastu latach przeniósł się do rodziny w Szamotułach. Jako ksiądz emeryt pomagał w parafii św. Krzyża, odprawiał msze, udzielał sakramentów, prowadził pogrzeby. W artykułach dotyczących powojennej działalności ks. Szklarka można znaleźć informacje, że jego kazania trwały godzinę. W Szamotułach było podobnie, ale ludzie wspominają, że zawsze były one ciekawe, bo ksiądz był świetnym gawędziarzem.

Przede wszystkim pamięta się o księdzu Szklarku-Trzcielskim jako o człowieku niesłychanie ciepłym, zawsze mającym czas na rozmowę, starającym się każdego zrozumieć i troszczącym się o innych. Kiedy było trzeba, sam wyrywał z pobocza chwasty, żeby dzieci mogły tamtędy bezpiecznie przejść. W czasie spowiedzi potrafił powiedzieć: „Taki mróz, a ty bez czapki”. Miał duże poczucie humoru, jego kieszenie zawsze pełne były cukierków, którymi chętnie częstował. Potrafił łączyć to, co duchowe, z praktycznym spojrzeniem na życie.

W 2001 r. otrzymał awans na pułkownika rezerwy. W 2009 r. prezydent Lech Kaczyński nadał ks. Henrykowi Szklarkowi-Trzcielskiemu Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi dla niepodległości kraju. W  imieniu prezydenta order  wręczył księdzu w jego mieszkaniu w Szamotułach Andrzej Duda, ówczesny podsekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta. Z okazji 100. rocznicy urodzin ks. Henryka mszę w jego mieszkaniu odprawił ks. arcybiskup Stanisław Gądecki.

Zmarł w Szamotułach 18 grudnia 2010 roku w wieku 102 lat i został pochowany na miejscowym cmentarzu. W ostatniej drodze księdzu Henrykowi towarzyszyła rodzina, duchowieństwo z ks. arcybiskupem Gądeckim, przedstawiciele władz, delegacje oraz licznie przybyli szamotulanie. W uroczystościach pogrzebowych uczestniczyła kompania honorowa, wystawiona przez Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych w Poznaniu, oraz Orkiestra Reprezentacyjna Sił Powietrznych z Poznania.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

100. urodziny ks. Henryka Szklarka – msza św. w domu i kościele św. Krzyża. Zdjęcia Małgorzata Skwisz

Pogrzeb – 22.12.2010 r. Zdjęcia Małgorzata Skwisz

Szamotuły, 09.02.2019

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Od urodzenia związana z Szamotułami. Polonistka (jak mama) i regionalist(k)a (jak tata).

Dr nauk humanistycznych, redaktor i popularyzator nauki. Prezes Stowarzyszenia WOLNA GRUPA TWÓRCZA, wiceprezes Szamotulskiego Stowarzyszenia Charytatywnego POMOC.

Ks. Henryk Szklarek-Trzcielski2025-10-04T15:06:49+02:00

Irena Kuczyńska, Studniówka 1967

Irena Kuczyńska

Biała bluzka, tapirowane włosy i pierwsze buty na obcasie, czyli moja studniówka z lat 60.

Pewnie nie uwierzycie, że był taki czas, kiedy na studniówkach strojem balowym była granatowa spódniczka i biała bluzka albo czarna sukienka z białym kołnierzykiem. W takim właśnie stroju wystąpiłam na swojej studniówce w Liceum Ogólnokształcącym w Szamotułach w styczniu 1967 roku. Zabawa, jak zawsze w tamtych czasach, odbywała się w budynku szkoły. 

Mój strój uzupełniały półszpilki, pierwsze w życiu. I fryzura zrobiona w modnym w latach 60. zakładzie fryzjerskim „Krystyna”. Nawijane na wałki loki, tapir i haczyki nad uszami. Wszystkie byłyśmy takie eleganckie. My z XI B miałyśmy te półszpilki, ale dziewczyny z równoległej XI A, miały zwyczajne płaskie buciki. Ich wychowawczyni nie dała się przekonać do szpilek.

Studniówka w latach 60. tym różniła się od zwykłej szkolnej zabawy, że trwała (chyba) do 22.00, a najwyżej do północy. Dokładnie nie pamiętam. No i tym, że można było mieć fryzurę od fryzjera i te buty. Ale odbywała się w szkole, w auli, udekorowanej na tę okoliczność bibułkami.

Nie było też żadnej kolacji, żadnej kawy czy herbaty. Być może popijali kawę profesorowie, którzy siedzieli przy długim stole pod oknem i przyglądali się zabawie. Wśród nich na pewno był Józef Śmigielski – nasz wychowawca w klasach VIII-X, Teodozja Bąkowa i Rafał Pisula, którzy byli naszymi wychowawcami w klasie maturalnej.

Oczywiście, byli przez maturzystów zapraszani do tańca. Dziewczyny prosiły do tańca profesorów. Ja na pewno poprosiłam do tańca mojego ulubionego profesora matematyki Władysława Paśkę. W klasie się śmiali, że załatwiam sobie ocenę z matmy, która była moją piętą achillesową. Ale to nie była prawda. Lubiłam „Władka” i chyba z wzajemnością. Na pewno tańczyłam z moim ulubionym „Trąbolem”, czyli Konradem Roszczakiem – panem od przysposobienia obronnego. Czy poszłam po dyrektora Stanisława Krzyśkę? Być może tak, bo też się lubiliśmy.

Panie profesorki były wyprowadzane na parkiet przez chłopaków. Także oni wyglądali bardzo elegancko. Wszyscy mieli nowe garnitury, białe koszule i krawaty. Ten strój był już kupiony na maturę. Do dobrego tonu należało zaproszenie do tańca profesorów. Nie wypadało, żeby goście, przez nas na studniówkę zaproszeni, siedzieli i nie tańczyli.

Może to zabrzmi banalnie, ale w latach 60. w szkole średniej przestrzegano dobrych manier. Zapraszania pań do tańca z ukłonem, odprowadzanie po tańcu z ukłonem i podziękowaniem za taniec.


Takie tarcze uczniowie szamotulskiego ogólniaka nosili do końca lat 70.


Na studniówce obowiązywał regulamin szkolny. Wszyscy chłopcy mieli na rękawach tarcze szkolne. Pamiętam do dziś jedno ze studniówkowych haseł: „U nas nawet na zabawie, trza mieć tarczę na rękawie”. Wracając do jedzenia, to na pewno były pączki, albo jakieś inne ciastka, które (chyba) roznosiły na tacach mamy z komitetu rodzicielskiego. A może się je brało w bufecie urządzonym w klasie przy auli?

Oczywiście był program artystyczny, który przygotowywali uczniowie. Byłam w zespole, przygotowującym program. Jak dziś pamiętam, że przedstawienie było podsłuchiwaniem i podpatrywaniem tego, o czym się mówi w pokoju nauczycielskim. W pamięci została mi wielka (może obciągnięta papierem) rama z wielką dziurką od klucza. Z jednej strony uczniowie, z drugiej też uczniowie, udający profesorów.

No i tańce, bo one były najważniejsze. Poloneza nie pamiętam. Może był, może go nie było. Co się tańczyło w latach 60.? W 1967 hitem były przeboje Piotra Szczepanika Puste koperty, Goniąc kormorany… Tańczono w parach. Był też twist, a jakże! Ale wszystko tańczyło się w parach. Raczej nie pamiętam tańców w kółeczkach.

Pamiętam emocje, kiedy zespół zaczynał grać. Spod męskiej ściany ruszali ku żeńskiej ścianie chłopcy. Każda czekała, kto ją zaprosi do tańca. I czy będzie to ten, który się podoba. Można było, oczywiście, odmówić, ale raczej się tańczyło. Nawet jeśli partner deptał po nogach, bo słoń mu na ucho nadepnął.

O i jeszcze jedno! Były tak zwane białe walczyki i białe tanga, kiedy to dziewczyny zapraszały do tańca chłopaków. I trzeba było się śpieszyć, żeby upatrzonego chłopaka koleżanka nie sprzątnęła sprzed nosa. Były też szkolne pary. One tańczyły tylko ze sobą, no i z profesorami. Czasem znikały na chwilę i szukały samotności na szkolnych korytarzach.

Z kim się bawiły dziewczyny z dwóch żeńskich klas? Z maturzystami zaproszonymi z Technikum Mechaniczno-Elektrycznego we Wronkach. Przyjeżdżali ze swoimi opiekunami, aby bawić się z nami. Tydzień później my jechałyśmy do Wronek na ich studniówkę.

O osobach towarzyszących nikt nawet nie myślał. Jeśli dziewczyna miała sympatię w niższej klasie, to kombinowała, żeby wszedł na imprezę jako delegat samorządu klas młodszych.

Późnym wieczorem impreza się kończyła. Nazajutrz w auli przy muzyce tego samego zespołu bawiły się klasy młodsze. A my od studniówki do matury nosiliśmy (kto chciał) zielone koniczynki wycięte z filcu. Na szczęście…


Oprócz studniówek były też komersy (bale maturalne). Na zdjęciu z lewej komers w szamotulskim LO, 1958 r. Od lewej siedzą nauczyciele: Gabiela Tomaszkowa, Aldona Grabarczyk, Ewa Budzyńska (później Krygierowa), Elwira Dobkowiczowa i Konrad Roszczak.

Zdjęcie z prawej: Ewa Krygier i Rafał Pisula (studniówka w 1972 r.)

Szamotuły, 01.02.2019

W tym budynku Liceum Ogólnokształcące im. ks. Piotra Skargi (przed wojną Państwowe Gimnazjum Humanistyczne) mieściło się w latach 1919-1976

Okna auli szkoły

Zdjęcia współczesne Jan Kulczak i Andrzej Bednarski


Zabawa karnawałowa uczniów liceum, 1956 r.

„Wspomnienie. Jest rok 1956. Karnawałowy bal kostiumowy w szamotulskim Liceum. Konkurs walca. Tańczymy. On frak, cylinder, białe rękawiczki. Ja w babcinie, brukselskie koronki odziana. W zuchwalstwie młodości jestem królową nocy, on przybyszem z odległej planety, nie chłopcem z tej samej ulicy. Połączył nas czar… Wygraliśmy tort. Niesiony tanecznie, spłynął po schodach, jak ciąg dalszy muzyki. Powiedziałeś: lekko przyszło, lekko poszło. Tak, Wojtku, Ciebie już nie ma, ja nie tańczę. Tylko walczyk pobrzmiewa do dziś…ˮ

Maria Osińska z domu Zielińska, szamotulanka mieszkająca w Suwałkach, na zdjęciu w środku pierwszego rzędu. Jej taneczny partner – Wojciech Piechota, polonista i wroniecki regionalista, zmarł w 2008 r.

Ta sama zabawa, przed wejściem do auli. Pierwszy z lewej Konrad Roszczak

Zdjęcia z archiwum Jana Kulczaka

Zapraszamy do przeczytania wspomnień Ireny Kuczyńskiej http://regionszamotulski.pl/budynek-dawnego-liceum/.

Irena Kuczyńska z domu Leśna

Urodzona w Ostrorogu, absolwentka szamotulskiego liceum (1967).

Emerytowana nauczycielka języka rosyjskiego w pleszewskim liceum, dziennikarka, blogerka

Irena Kuczyńska, Studniówka 19672025-01-03T21:01:21+01:00
Go to Top