Antoni Dehmel we wspomnieniach syna Bogdana

Wspomnienia Bogdana Dehmela

Nazwisko Dehmel jest – oczywiście – niemieckie, tak z pisowni, jak i z wymowy z racji wydłużającego niemieckiego „h”. Takie nazwisko nosił również jeden z niemieckich pisarzy imieniem Richard, żyjący na przełomie XIX i XX w. To nazwisko było jakby cieniutką błonką na korzeniach mego rodu, bo ich rdzeń, a także wyrosłe z nich drzewo, pozostaje do głębi polskie.

Antoni Dehmel, mój ojciec, urodził się 4 czerwca 1877 r. w Poznaniu. Moim dziadkiem, a ojcem Antoniego, był Adam, urodzony w 1845 r. w Świątnikach niedaleko Rogalina, a zmarły w kwietniu 1880 r., z zawodu budowniczy. Jego żoną była Rozalia z domu Cypricka, urodzona w 1854 r. Poznaniu, a zmarła w 1879 r. Z tej rodziny pozostał tylko mój ojciec, gdyż młodszy jego brat urodził się w lipcu 1879 r. i zmarł miesiąc później. Mego ojca, wówczas dwuletniego sierotę, przyjęli do swego domu Wojciech i Michalina Kostrzewscy, mieszkający nieopodal pl. Kolegiackiego przy ul. Za Bramką. Ojciec ukończył Gimnazjum Realne Bergera przy ul. Strzeleckiej, przechodząc od oktawy do primy [numeracja klas ośmioklasowego gimnazjum: najniższa klasa ósma (oktawa), najwyższa – pierwsza (prima)].


Dawne Gimnazjum Realne Bergera w Poznaniu, ul. Strzelecka. ok. 1910 r. Była to pierwsza poznańska szkoła tego typu, stworzona przez niemieckiego przemysłowca i kupca Gotthilfa Bergera, który przekazał miastu 50 tysięcy talarów na budowę szkoły, zastrzegając, że mają do niej chodzić zarówno niemieccy, jak i polscy uczniowie. W szkołach realnych kładziono nacisk na przedmioty przydatne w późniejszej pracy w kupiectwie i przemyśle. Źródło zdjęcia: Fotopolska


Z początkiem lat 1900 razem z przybranymi rodzicami przeniósł się do Koźmina Wielkopolskiego i rozpoczął pracę w handlu. Wkrótce, bo już w 1905 r., został członkiem kierownictwa miejscowego „Rolnika” – polskiej spółdzielni rolniczo-handlowej. Niebawem umarł ojczym, a żona i pasierb pozostali w kupionym po przybyciu do Koźmina dworku o łamanym polskim dachu i kolumnach przy podjeździe. Była to, pochodząca z czasów króla Stanisława Leszczyńskiego, tzw. rezydencja kawaleryjska, położona niedaleko koźmińskiego zamku – dziedzictwa Górków i Przyjemskich.

W 1907 r. Antoni ożenił się z Weroniką Szczepecką, córką kupca kolonialnego Józefa i Marianny z domu Kręgielskiej. Młodzi poznali się w chórze parafialnym, którego próby odbywały się w Bibliotece Czytelni Ludowych. Proboszczem koźmińskiej fary był wówczas prałat ks. Stanisław Łukomski, późniejszy biskup łomżyński. Antoni znajdował też czas i chęć na pracę w Towarzystwie Gimnastycznym „Sokół”, był w nim członkiem okręgu ostrowskiego. Pamiętam, że w tzw. odświętnym pokoju za narzutą nad leżanką przechowywano sztandar „Sokoła”. Ze ślubu zachowały się oryginalne telegramy gratulacyjne pełne polskiej treści – niemało nabiedził się „Postbeamter”, aby polskie słowa pisać z niemiecka.


Antoni Dehmel na fotografiach z 1902 r. i 1912 r.


W 1909 r. urodził się pierwszy syn, któremu nadano imię „Jarogniew”. Miało to głęboki sens. Było wybiegiem niepozwalającym na napisanie w dokumencie urodzenia imienia w niemieckim tłumaczeniu. Chodziło o zachowanie polskiego czy słowiańskiego brzmienia, co przy niemieckim nazwisku nie było w polskim środowisku bez znaczenia. Stąd moje imię brzmi „Bogdan”, a dla zachowania tradycji moja córka to „Ludomira” [ur. 1946], a syn „Jaromir” [ur. 1948]. W czasie okupacji niemało nasłuchałem się uwag, skąd przy niemieckim nazwisku takie imię.

A i nazwisko stwarzało kłopoty. Przy wystawianiu po wojnie dowodu osobistego też chciano zmienić jego pisownię i odrzucić nieme „h” lub zmienić je na „j”, czy wreszcie całkowicie pominąć. Nie godziłem się na to, bo z takim nazwiskiem moi rodzice zawsze byli Polakami. Z takim nazwiskiem w 1910 r. mój ojciec wraz ze szwagrem Antonim przez zieloną granicę koło Mysłowic, gdzie zbiegały się granice trzech zaborów w tzw. „Dreikaiserecke”, przedarli się do Krakowa na uroczystości odsłonięcia pomnika Grunwaldzkiego. Z takim nazwiskiem mój brat Jarogniew we wrześniu 1939 r. zginął bez śladu pod Lwowem jako porucznik wojsk łączności.


Przed nieistniejącym domem w Koźminie. Weronika Dehmel z mamą Marianną Szczepecką i dziećmi, ok. 1921 r.


Urodziłem się w 1911 r., w 1914 r. przyszła na świat siostra Zofia. W 1917 r. zostałem uczniem szkoły powszechnej w Koźminie – Katolische Schule zu Koschmin. Nauczycielką pierwszej klasy była Freulein Knop, a kierownikiem szkoły Schulinspektor Koralewski, który znalazł się w Koźminie po słynnym strajku dzieci wrzesińskich. Nieraz z kolegami dostawaliśmy w łapy za polską mowę.

Przyszedł czas pierwszej wojny światowej. Bracia mojej matki – Szczepeccy, jak „Bartki Zwycięzcy”, poszli z woli Wilhelma II na front. Antek zdobył postrzał w łopatkę, Wiktor został zasypany przy wybuchu granatu, ale go odgrzebano i obaj poszli na tyły. Władek z przestrzeloną szczęką znalazł się we francuskiej niewoli i w 1920 r. – po pobycie w obozie w Le Puy-en-Velay – wrócił do domu.

Gdy nie wiodło się boszom pod Verdun, nad Sommą czy Marną, w 1916 r. powołano także mojego ojca do tzw. Landsturmu, a ponieważ chorował, zwolniono go po pobycie w szpitalu. Otrzymał jednak jeden warunek: nie ma powrotu do Koźmina!


Legitymacja posła na Sejm Dzielnicowy, grudzień 1918 r.


I tak zaczęła się wędrówka naszej rodziny. Najpierw – w 1918 r. – był Krzywiń w powiecie kościańskim i nadal praca w tamtejszym „Rolniku”, no i oczywiście polskie kontakty. Stąd udział ojca w delegacji powiatowej na Sejm Dzielnicowy w Poznaniu. Ze względu na konieczność nauki synów w styczniu 1919 r. rozpoczął pracę w „Rolniku” w Środzie, a w sierpniu tego samego roku przeniósł się do Poznania.

Najpierw przez ponad rok był zatrudniony w Banku Zbożowym SA, gdzie kierował handlem i księgowością. W październiku 1920 r. przeszedł do Poznańskiego Związku Ziemian SA. Sprawował tam kolejno funkcje szefa księgowości, prokurenta i wicedyrektora. Jego specjalnością stały się prace bilansowe.

Po redukcji i krótkim okresie bezrobocia wrócił do pracy w spółdzielczości i do końca 1929 r. pracował jako rewizor ksiąg handlowych w Związku Spółdzielni Zarobkowych i Gospodarczych – w tzw. Patronacie. Z polecenia tego Związku od stycznia 1930 r. objął stanowisko członka zarządu Rolnika. Jego zadaniem było uporządkowanie stanu finansowego i organizacyjnego tej spółdzielni. Na tym stanowisku pracował do kwietnia 1933 r., kiedy to nastąpiła likwidacja przedsiębiorstwa. W ówczesnym ogólnym kryzysie Patronat nie znalazł dla niego innego miejsca pracy.


Antoni Dehmel z innymi członkami „Sokoła”, ok. 1918 r.


W tej sytuacji przeniósł się do Kórnika, gdzie objął stanowisko głównego księgowego w Zakładach Fundacji Kórnickiej, stworzonej przez ofiarność hr. Zamoyskiego. W styczniu 1935 r. warunki pracy znowu uległy pogorszeniu. I tu znowu zabrakło miejsca dla poznaniaków. Przyszli inni, między innymi brat ówczesnego prezydenta Ignacego Mościckiego.

Na szczęście przypomniał sobie o nim Patronat i skierował go na podupadłą placówkę, jaką był wówczas Bank Ludowy w Szamotułach. Pracował tam od marca 1935 r. do wybuchu wojny, najpierw jako lustrator, a potem dyrektor.

W czasie okupacji ojciec, usunięty z banku, pracował jako biuralista w niemieckiej spółdzielni rolniczej Ein- Und Verkausverain in Samter. Te lata to także pogorszenie się stanu jego zdrowia, na co wpływ wywarła konfiskata mieszkania z umeblowaniem i ciągłe zmiany lokum na coraz to gorsze. Zmarł w sierpniu 1945 r. i spoczął na cmentarzu w Szamotułach.


Rodzeństwo Dehmelów w latach gimnazjalnych


Nasz ojciec zrobił dla nas bardzo wiele: dał nam wykształcenie, nauczył pracy nie tylko dla siebie, uczył nas kochać swoją Ojczyznę. Bardzo ważne stało się dla niego harcerstwo, z którym zetknął się w roku 1922, kiedy to mój brat Jarogniew wstąpił do 16 Poznańskiej Drużyny Harcerzy im. gen. Józefa Bema. Z inicjatywy mojego ojca w roku 1926 zawiązało się Koło Przyjaciół Harcerzy przy 16-tce. Do pracy w Kole przyciągnął wielu spośród rodziców harcerzy: Gąsiorowskich, Milewskich, Elbanowskich, Szanców i wielu innych. Rozwinęło ono szeroką działalność, szczególnie w zakresie pomocy materialnej na rzecz organizowania akcji letnich.

Ideologia harcerska pociągnęła go tak dalece, że poddał się kolejno próbom harcerskim, aż do uzyskania stopnia harcerza Rzeczpospolitej. Jako inicjator tzw. zastępu Mamutów brał udział w obozach, uzyskał też wiele sprawności. Był zapalonym amatorem fotografem, wykonał bardzo dużo zdjęć z naszych obozów. Swój okres czynnej pracy harcerskiej zakończył w 1933 r. na skutek wyjazdu z Poznania, ale zawsze pozostał wielkim sympatykiem tej organizacji.

Z nim poznawaliśmy nasz kraj. Pieszo z Torunia do Kartuz, po drodze nadwiślańskie stare polskie grody, potem Gdynia budowana przez inż. Eugeniusza Kwiatkowskiego. Widzieliśmy pierwszy pełnomorski statek SS Kentucky, który w sierpniu 1923 r. zawinął do tego pierwszego w pełni naszego portu morskiego. Dalej była wędrówka z Kępna do Żywca, było i Wilno, i hen daleko nad Dniestr za Lwów. Różne jednak były moje odczucia co do polskości wschodnich rubieży międzywojennej Polski. I te, których doznałem na Pokuciu, i te, które odniosłem, gdy w 1938 r. za pracą znalazłem się w Brześciu nad Bugiem.


Antoni Dehmel z żoną Weroniką i córką Zofią w czasie okupacji w Szamotułach, 1943 r.


Szamotuły, 21.12.2021

Rozalia z Cypryckich i Adam Dehmelowie – rodzice Antoniego, przed 1879 r.

Weronika Dehmel z domu Szczepecka (1885-1961)

Antoni Dehmel z braćmi żony: Antonim i Władysławem Szczepeckimi, ok. 1912 r.

Antoni Dehmel w mundurze Landsturmu, 1915 r.

Bogdan i Jarogniew Dehmelowie, ok. 1915 r.

Szkoła w Koźminie, na zdjęciu Jarogniew lub Bogdan

W Koźminie. Marianna Szczepecka (w środku zdjecia) z córkami Martą i Weroniką Dehmel oraz dziećmi Weroniki: Bogdanem, Zofią i Jarogniewem, ok. 1916 r.

Książeczka harcerska Antoniego Dehmela, lata 20. XX w.

Antoni Dehmel jako harcerz, 1929 r.

Bogdan, Zofia i Jarogniew Dehmelowie w czasie wypraw turystycznych po Polsce, 1923 r.

Gdynia, 1923 r.

Weronika Dehmel z dziećmi, 2. połowa lat 20. XX w.

Antoni Dehmel w czasie wędrówki w górach, połowa lat 20. XX w.

Weronika i Antoni Dehmelowie z córką Zofią, Szamotuły 1936 r.

Po ukończeniu gimnazjum humanistycznego im. I.J. Paderewskiego w latach 1933-34 odbyłem obowiązkową służbę wojskową w 57 Pułku Piechoty i 58 Pułku Piechoty – w podchorążówce i w pułku. Po przejściu do cywila zacząłem studiować chemię na Uniwersytecie Poznańskim, dojeżdżając do Poznania z Szamotuł. Studia przerwałem w związku z dużymi wydatkami rodziców związanymi z nauką starszego brata na Politechnice Gdańskiej.

Trochę pracowałem, za przyczyną Zygmunta Langa – kolegi z drużyny harcerskiej, w Komendzie Chorągwi, w Wydziale Obozów i Turystyki. Potem zaproponowano mi wyjazd do Brześcia nad Bugiem, gdzie major Józef Ratajczak, też harcerz, potrzebował ludzi do pracy w tamtejszej Komendzie Chorągwi, oferując zarazem posadę w Wojewódzkim Biurze Funduszu Pracy. Zdecydowałem się przyjąć tę propozycję także dlatego, żeby zejść z garnuszka rodziny. Pojechałem tam w maju 1938 r., posadę objąłem, a w Komendzie trafiłem na takie wzajemne rozrabianie, że po pół roku pożegnałem to bractwo.

Pracę miałem dobrą – jako inspektor zatrudnienia bezrobotnych na robotach wojskowych w Małaszewicach i poligonie brzeskim, finansowanych częściowo przez Wojskowe Biuro Funduszu Pracy. Na początku 1938 r. otrzymałem nominację na podporucznika rezerwy, a pod koniec tego samego roku odbyłem ćwiczenia oficerskie podczas niefortunnej wyprawy na Zaolzie.  


Bogdan Dehmel (pierwszy z prawej) w czasie ćwiczeń wojskowych, 1936 r.


W styczniu 1939 r. ze względu na zmianę miejsca zamieszkania z Poznania na Brześć nad Bugiem odebrano mi kartę mobilizacyjną w celu zamiany przydziału służbowego z 58 Pułku Piechoty na 82 Pułk Piechoty w Brześciu nad Bugiem. Zmiana ta jednak z nieznanych mi przyczyn nie doszła do skutku przed wrześniem 1939 r., a moje zgłoszenie się do Rejonowej Komendy Uzupełnień w Brześciu spełzło na niczym, bowiem w dniu 2 września 1939 r. RKU się ewakuowało i nikt nie interesował się takimi jak ja „luzakami”.

W sierpniu 1939 r., w porze narastających zagrożeń, ożeniłem się z Poznanianką – Jadwigą z domu Szczepańską. Moja żona była córką Bolesława, mistrza kowalskiego pracującego w warsztatach kolejowych w Poznaniu, członka POW i powstańca wielkopolskiego, oraz Moniki z domu Grzesik – Ślązaczki. Przyszła na świat w Berlinie, gdzie przez jakiś czas pracował jej ojciec.


Bogdan Dehmel z Jadwigą Szczepańską, późniejszą żoną


W Brześciu zjawili się Rosjanie. Mój sąsiad, pracownik elektrowni, pociągnął mnie tam do pracy, oczywiście w charakterze robotnika. Zacząłem od układania kabli, a z czasem wyszedłem i na słupy, by zakładać przewody. Awansowałem dalej na montera licznikowego, a wreszcie na inkasenta. Nauczyłem się mówić i pisać po rosyjsku. Życie było niełatwe, wyprzedałem prawie całe wyposażenie domu. W 1941 r. liczyłem się z tym, że możemy być wywiezieni na Wschód.

Na szczęście nowy konflikt [atak Niemiec na ZSRR] zażegnał to zagrożenie i zaczął się nowy czas. Pozostałem w elektrowni, a znajomość niemieckiego awansowała mnie na kierownika kancelarii i tłumacza. Było już trochę lepiej, bo i żona, też znająca język, podjęła pracę tłumaczki.

W maju 1944 r. przedostałem się do Generalnego Gubernatorstwa. Obawiałem się, że zostanę oskarżony o sabotaż w związku z uszkodzeniem zasilania energetycznego szpitala wojskowego, choć w rzeczywistości doszło do niego podczas ćwiczeń strzeleckich niemieckich oddziałów. Zamieszkałem u wujostwa w Częstochowie, wysiedlonych tam tylko z podręcznymi zawiniątkami. Wcześniej schroniła się u nich – jako pomoc domowa – moja siostra Zofia, która chciała uniknąć wywiezienia do Rzeszy. W Częstochowie pracowałem również w tamtejszej elektrowni. Okres pracy w Brześciu to czas ciągłego przeszkadzania okupantowi przez „prywatne” włączanie do sieci wielu domów mieszkalnych rozmyślnie wyłączonych, by zapewnić dostateczną ilość energii placówkom niemieckim. W Częstochowie zajmowałem się rozdziałem artykułów żywnościowych i przemysłowych na tzw. „Bezugscheiny” oraz wystawiałem zaświadczenia o zatrudnieniu, chroniące przed wywozem do Rzeszy, nie zawsze osobom zatrudnionym w elektrowni.


Bogdan Dehmel przy planach bazy Gminnej Spółdzielni w Szamotułach, początek lat 70.


W połowie marca 1945 r. wróciłem z żoną do Szamotuł, by zacząć niemal nowe życie. Pracę podjąłem w starostwie, a po pół roku, wzorem ojca, zatrudniłem się w „Rolniku” w Szamotułach, wchłoniętym w 1948 r. przez spółdzielczość „Samopomocy Chłopskiej”. Zaczynałem jako praktykant, a skończyłem w roku 1976 jako prezes zarządu Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” w Szamotułach i po siedemnastoletnim pełnieniu tej funkcji.

Prawie cały czas mojej pracy w Gminnej Spółdzielni poświęciłem na budowę bazy magazynowej i handlowej, przebrnąwszy jakoś szczęśliwie przez wszystkie ekonomiczne, polityczne i społeczne pomysły minionej ery, a także wszystkie reorganizacje.

Bogdan Dehmel


Szamotuły, kamienica, w której mieszkała rodzina Dehmelów (Rynek 7). W czasie procesji Bożego Ciała, krótko przed II wojną światową.

Książeczka wojskowa Jarogniewa Dehmela, nieznana ręka wpisała do niej „poległ pro patria [za ojczyznę], Lwów 13 września 1939 r. Okoliczności śmierci i miejsce pochówku nie są znane. Książeczkę ktoś w czasie okupacji przysłał do rodziny Dehmelów w Szamotułach.

Jubileusz 100-lecia Banków Spółdzielczych, za stołem prezydialnym Bogdan Dehmel, obok Marian Dobkowicz. szamotuły, 1966 r.

Wyjazd pracowników Banku Spółdzielczego nad morze

Szamotuły, na górce koło cmentarza z modelem szybowca, ok. 1959 r. Od lewej: Antoni Żuromski, Andrzej J. Nowak, Jaromir Dehmel

Przed wyprawą motocyklową, 1965 r. Przy skuterze „Osa” stoi Jaromir Dehmel, za kultowym motocyklem tamtych czasów SHL 175 stoją Krzysztof Szut, Andrzej J. Nowak i Stanisław Żuromski.

Zdjęcia udostępnili Ludomira Kieliba, Jaromir Dehmel i Andrzej J. Nowak

***

Bogdan Dehmel zmarł w 1990 r. Praca w Gminnej Spółdzielni była, jak wspominają jego dzieci, ważną częścią jego życia. Spółdzielnia miała wiele sklepów w okolicznych wsiach, w samych Szamotułach w 1972 r. dysponowała dwoma magazynami zbożowymi, masarnią, piekarnią, 6 punktami skupu i 7 sklepami. Bogdan Dehmel był dumny ze stworzonej za czasów jego prezesury bazy przy ul. Rzecznej. Na emeryturze pracował jeszcze na pół etatu jako doradca prezesa GS, przez wiele lat był członkiem Rady Nadzorczej Banku Spółdzielczego.

Z czasów młodości pozostała mu miłość do wycieczek, bardzo też lubił opowiadać o dawnych wędrówkach po kraju. Dzieci Bogdana Dehmela konsekwentnie do dziś mówią o ojcu „Bohun” – to jego pseudonim z czasów harcerstwa. Dużo czytał, zbierał znaczki i był członkiem Polskiego Związku Filatelistycznego. Działał również w Klubie Motorowym i uczestniczył w organizowanych na stadionie próbach sprawnościowych. Miał przedwojenny polski motocykl SHL, który – jak wspomina Andrzej J. Nowak, szkolny kolega Jaromira i sąsiad z kamienicy Rynek 6, nieustannie rozkręcał „na czynniki pierwsze” i regulował przed garażem na podwórzu banku. Podobny los spotykał potem nowiutki skuter marki „Osa”, który zastąpił starą SHL-kę. 

Największą jego pasją było modelarstwo. Zaczął od kartonowych modeli wycinanych z popularnego wówczas miesięcznika „Mały Modelarz”. Mebelki dla lalek, które wykonał dla córki Ludomiry, rodzina przekazała do muzeum. Syn Jaromir przejął po ojcu zamiłowanie do modelarstwa i przechowuje zrobiony przez „Bohuna” wiatrak, ciężarówkę do ciągnięcia na sznurku oraz kolejkę. Na emeryturze Bogdan Dehmel zainteresował się genealogią.

Żona Bogdana Jadwiga przed wojną pracowała w Banku Kwilecki-Potocki, w czasach szamotulskich przez jakiś czas była zatrudniona w olejarni. Lubiła haft i szydełkowanie. Zmarła 7 lat przed mężem – w 1983 r.

Bogdan i Jadwiga Dehmelowie, a także Antoni i Weronika spoczywają na cmentarzu w Szamotułach.

Antoni Dehmel we wspomnieniach syna Bogdana2025-01-03T11:01:08+01:00

Michał Musiał – powstaniec wielkopolski

Wojciech Musiał

90 lat temu pobrali się Michał Musiał i Katarzyna z domu Nowak

Mój dziadek powstaniec

W dniu 18 listopada 1892 r. w Szamotułach zawarli związek małżeński: robotnik Wojciech Musiał, ur. 11 kwietnia 1870 r. w Kopaninie, zamieszkały w Kaźmierzu, syn zmarłego w Górze robotnika Stanisława i mieszkającej aktualnie w Kiączynie jego żony Marianny z domu Bosa, oraz panna służąca (Dienstmagd) Marianna Nowak, urodzona 13 grudnia 1872 r. w Ostrolesiu koło Szamotuł, zamieszkała obecnie w Chlewiskach koło Kaźmierza, córka zamieszkałego i zmarłego w Jastrowie robotnika dniówkowego (najemnika) Andrzeja Nowaka oraz jego żony Marianny z domu Przybył, zamieszkałej obecnie w Chlewiskach.

Wojciech i Marianna – moi pradziadkowie – zamieszkali w Chlewiskach, gdzie na świat przyszło pięcioro ich dzieci – 3 synów i dwie córki: w dniu 9 grudnia 1893 r. urodziła się Wiktoria, która zmarła w Chlewiskach trzy dni później, 9 kwietnia 1895 r. – Wojciech, 23 września 1897 r. – Michał (mój dziadek), 17 lutego 1900 r. – Józefa (zmarła w Chlewiskach w wieku półtora roku), a 9 lipca 1902 r. –Wincenty


Chlewiska – dwór, zabudowania gospodarcze i kapliczka. Zdjęcia współczesne Andrzej Bednarski


Chlewiska znajdują się ok. 3 km od Kaźmierza. Od 1805 r. dziedzicem Chlewisk był Chryzostom Niegolewski, mieszkający przeważnie w Młodasku. Majątek składał się z folwarku Chlewiska i Brzezna oraz 11 gospodarstw włościańskich (10 zaciężnych – w tym dworskiego owczarza i 1 rolne). W 1826 r. włościanie wystąpili do dziedzica o zwolnienie ich z pańszczyzny, na co dziedzic przystał. W 1865 r. klucz dóbr bytyńskich (w tym Chlewiska) kupił od Niegolewskich Bronisław Gąsiorowski. Ponieważ mieszkał stale w Paryżu, majątek przepisał na swą jedyną córkę Helenę Gąsiorowską. Chociaż była osobą ułomną – kulała, osobiście doglądała prac w gospodarstwie. W 1908 r., na krótko przed śmiercią, przekazała klucz bytyński w ręce Niegolewskich, a szczególnie na rzecz małoletniego Zygmunta z Niegolewa [majątek w Bytyniu objął Andrzej Niegolewski – przyp. red.]. W 1891 r. zniesiono gminę Chlewiska drogą wykupienia gospodarstw. Na początku lat 30. XX w. dzierżawcą folwarku Chlewiska był kpt. rezerwy Frydrychowicz. Na krańcu wsi, przy drodze do Radzyn, znajdował się niewielki (1 morga) gminny cmentarz wiejski („Gazeta Szamotulska” 1932).

Pomiędzy sierpniem 1902 r. a wrześniem 1903 r. Musiałowie przenieśli się do majątku w Niemieczkowie koło Popówka. Tam Wojciech Musiał uzyskał stanowisko włodarza, ponieważ w kolejnych dokumentach określany jest jako wójt (Vogt). Z księgi meldunkowej Popówka (1870-1902) wynika, że przeprowadzka nastąpiła 1 kwietnia 1903 r.

W dniu 17 września 1903 r. w USC Popówko wójt Wojciech Musiał zgłosił, że dnia 14 września 1903 r. w Niemieczkowie jego żona, Marianna z domu Nowak zamieszkała wraz z nim, urodziła syna Stanisława. Z karty meldunkowej wynika, że Stanisław zdobył później zawód kołodzieja (czyżby uczył się zawodu wraz z bratem Michałem w szamotulskim zakładzie Dorny?), a w 1926 r. przeniósł się z Szamotuł do Poznania. Zmarł dnia 1 października 1928 r., najprawdopodobniej w Poznaniu.


Dawny szpital diakonis w Szamotułach przy pl. Sienkiewicza, po II wojnie światowej przez wiele lat mieścił się tam sąd. Budynek z lewej strony był pierwotnie pastorówką. Na górze fragment pocztówki z początku XX w. Poniżej zdjęcia Andrzeja Bednarskiego z 2010 r.


W Niemieczkowie Wojciech Musiał (starszy) poważnie zachorował (zapalenie płuc) i został umieszczony w szpitalu diakonis w Szamotułach (obecnie jest to dawny budynek sądu przy placu Sienkiewicza). 13 marca 1905 r. w USC Szamotuły stawiła się diakonisa Jadwiga Schneider i poinformowała, że tego samego dnia o godz. 11.30 we wspomnianym szpitalu zmarł zamieszkały w Niemieczkowie wójt Wojciech Musiał.

Wdowa Marianna Musiał po śmierci męża wraz z dziećmi pozostała w Niemieczkowie. Po czterech latach ponownie wyszła za mąż – 18 czerwca 1909 r. zawarła związek małżeński z robotnikiem Kazimierzem Maciejem Ludkiem, urodzonym 10 lutego 1882 r. w Jastrowie koło Szamotuł, zamieszkałym w Niemieczkowie, a przebywającym wcześniej w Oberhausen w Nadrenii, synem robotnika Michała Ludka, zamieszkałego w Niemieczkowie, oraz zmarłej w Górze jego żony Franciszki z domu Nowak. W księdze meldunkowej Niemieczkowa widnieje wpis, iż przybył na stałe z Oberhausen i zameldował się 30 czerwca 1909 r. Ze związku Kazimierza i Marianny urodziły się dzieci: w 1910 r. – Józef, a w 1912 r. – Jakub (obaj przyszli na świat w Niemieczkowie).


Michał Musiał wcielony do armii niemieckiej, 1916 r.


W sierpniu 1914 r. wybuchła I Wojna Światowa. W tym samym roku lub w roku następnym Kazimierz Ludek otrzymał powołanie do wojska niemieckiego. Walczył na froncie rosyjskim w Królewskim Pruskim 37 Regimencie Piechoty Landwehry. 8 sierpnia 1915 r. urzędnik USC Niemieczkowo sporządził akt zgonu nr 47 informujący, iż komendantura tej jednostki zawiadomiła, że Wehrmann (szeregowy) 9 kompanii Kazimierz Maciej Ludek, lat 33 i 9 dni, zamieszkały ostatnio w Niemieczkowie, w dniu 19 maja 1915 r. poległ „na polu chwały” pod miejscowością Tychów. Na podstawie, m.in., szlaku bojowego wymienionego regimentu można ustalić, że chodzi tu o Tychów leżący około 20 km na północ od Piotrkowa Trybunalskiego. Miejsce pochówku Kazimierza Ludka pozostaje dotychczas nieznane.

W 1914 lub 1915 do wojska powołany został także Wojciech Musiał, syn zmarłego wójta Wojciecha i Marianny z domu Nowak. W zbiorach rodzinnych zachowała się kartka pocztowa – fotografia, datowana w Neuruppin niedaleko Berlina w dniu 26 września 1915 r. Znajdowały się tam koszary, w których stacjonowała jego jednostka wojskowa. Tradycja rodzinna przekazuje, że podczas walk na froncie, w trakcie przechodzenia przez cmentarz, ciężko ranił go pocisk i urwał nogę. Formacja z Neuruppin uczestniczyła wówczas w tzw. podwójnej bitwie nad rzeką Aisne w północno-wschodniej Francji. 31 maja 1917 r. urzędnik USC Niemieczkowo sporządził akt zgonu nr 35, z którego wynika, że Zapasowy Batalion Regimentu Piechoty nr 24 w Neuruppin zawiadomił, iż Musketier (szeregowy) Wojciech Musiał z 3 kompanii Inf. Rgt 24, lat 22 i 15 dni, ostatnio zamieszkały w Niemieczkowie, o godz. 4.00 rano dnia 24 kwietnia 1917 r. z powodu otrzymanych na polu bitwy ran zmarł w rezerwowym lazarecie III w Saarbrücken (południowo-zachodnia część Niemiec). Pochowany został na tamtejszym cmentarzu głównym (Hauptfriedhof) w grobie nr 237.


Michał Musiał podczas szkolenia wojskowego, 1916 r. Na zdjęciu powyżej stoi pierwszy z lewej, na zdjęciu poniżej drugi z lewej.


W Niemieczkowie wraz z matką oraz młodszymi braćmi pozostał Michał Musiał. Z jego życiorysu sporządzonego na potrzeby szamotulskiego ZBoWiD-u oraz z przekazów rodzinnych wynika, że w Niemieczkowie ukończył 4-klasową szkołę powszechną, a następnie pracował w miejscowym majątku, m. in. wózkiem zaprzężonym w kucyka przewoził do szamotulskiej mleczarni mleko z udoju.

W 1916 r. został powołany do wojska cesarskiego. Początkowe przeszkolenie przechodził w Poznaniu, gdzie przydzielono go do kompanii karabinów maszynowych. Na jednej z zachowanych fotografii stoi w mundurze wyjściowym wraz z innymi żołnierzami za kulomiotem. Na innej fotografii widać go w towarzystwie kolegów w umocnieniach ziemnych, na odwrocie można przeczytać, że jest to pamiątka z kampanii 1916 r. pod Dineburgiem (obecnie to południowa Łotwa). Jest także zapisek, iż strzelec (Schutze) Michał Musiał wchodził w skład MGK (kompania karabinów maszynowych) 335 Inf. Rgt. Jednostka ta w ramach 84 Dywizji Piechoty w okresie 30.07.16-30.06.17 r. na froncie rosyjskim toczyła walki pozycyjne w rejonie rzek Olszanki, Krewijanki i Berezyny, a potem – m.in. – nad Serweczem, Szczarą i Niemnem. Na początku stycznia 1918 r. została przeniesiona na front zachodni i walczyła m. in. w rejonie Verdun, Noyon, Antwerpii – do listopada 1918 r. Od 12.11.1918 r. rozpoczęła odwrót z zajętych terenów.


Michał Musiał pod Dyneburgiem (drugi z lewej), 1916 r.


Michał Musiał wrócił w rodzinne strony. W dniu 27 grudnia 1918 r. w Poznaniu rozpoczęło się Powstanie Wielkopolskie. Z dokumentu życiorysu Michała Musiała wynika, że w okresie 28.12.1918-06.01.1919 r. wchodził w skład 47 kompanii ciężkich karabinów maszynowych w Poznaniu, po czym od 6 stycznia 1919 do 18 lutego 1919 r. należał do szamotulskiej kompanii powstańczej pod dowództwem por. Matuszewskiego (czyżby por. Antoniego Matuszewskiego?) i walczył pod Wronkami oraz na powstańczym froncie noteckim. Następnie brał udział w walkach pod Lwowem i został odznaczony pamiątkową odznaką za obronę tego miasta. Walczył także w wojnie polsko-bolszewickiej, podczas której – jak przekazuje tradycja rodzinna – pełnił służbę przy sterowcach. Zdemobilizowany został w 1921 r. w stopniu kaprala aeronautyki.

Być może Michał Musiał służył w poznańskim batalionie balonowym. Początki 1 Batalionu Balonowego sięgają roku 1919, kiedy to w Poznaniu sformowano pierwsze pododdziały wojsk aeronautycznych. Zimą 1919/1920 zorganizowano je w grupy aeronautyczne. W związku z trwającą wojną polsko-bolszewicką grupy te skierowano w 1920 r. na front, gdzie przemianowane zostały na bataliony aeronautyczne. Grupa aeronautyczna składała się z dwóch kompanii balonów obserwacyjnych o stanie: 6 oficerów oraz 187 podoficerów i szeregowych każda. Etatowe wyposażenie kompanii stanowiły 2 powłoki balonowe, 2 dźwigarki, 19 samochodów ciężarowych, 2 samochody osobowe, radio, kuchnia i 6 przeciwlotniczych ciężkich karabinów maszynowych oraz polowa wytwórnia wodoru. Jednym z oficerów rezerwy batalionu balonowego w Toruniu był por. rez. Cezary Matuszewski, w latach dwudziestych i na początku trzydziestych XX w. dzierżawca majątku Szamotuły-Zamek.


Pracownicy zakładu Michała Dorny, ok. 1925 r. (więcej o firmie w artykule http://regionszamotulski.pl/fabryka-powozow-i-wozow-michala-dorny/)


W 1921 r. Michał Musiał podjął naukę zawodu kowala w Szamotułach w warsztacie produkującym powozy. Firma należała do Michała Dorny, a mieściła się przy ul. Dworcowej 11 (obecnie to tył zabudowań UMiG, Starostwa i sklepu Komfort). Nauka zawodu oraz praca w firmie Dorny trwała do 1930 r.

W 1930 r. Michał Musiał rozpoczął pracę w szamotulskiej cukrowni, początkowo jako stróż (dyrektor zakładu wymagał, aby tego typu pracownik był po wojsku). Po około 2 latach zatrudniony został w przyzakładowej kuźni, gdzie dokonywano napraw narzędzi, podkuwano konie itp. W cukrowni pracował aż do dnia 29 września 1962 r. kiedy to odszedł na emeryturę. Dniu 1 maja 1955 r. wyróżniony został pamiątkowym dyplomem za „nienaganną i nieprzerwaną 25-letnią pracę w przemyśle cukrowniczym”. W latach 1937-1938 kierownictwo cukrowni przekształciło pierwotny warsztat w zakład kowalsko-ślusarski o charakterze także usługowym, mający zatrudniać docelowo około 15 osób. Po opublikowaniu w miejscowej prasie informacji o planowanym przekształceniu podniosły się protesty szamotulskich rzemieślników argumentujących, że nowy warsztat odbierze im ich dochody oraz obniży poziom usług ślusarskich w mieście. Protest nie został jednak uwzględniony.


Zdjęcie ślubne i akt ślubu Michała Musiała i Katarzyny z domu Nowak


W dniu 10 października 1931 r. (sobota, była wtedy piękna, słoneczna pogoda) w Szamotułach czeladnik kowalski Michał Musiał, zamieszkały w Szamotułach przy ul. Poznańskiej 15, zawarł związek małżeński z panną służącą Katarzyną Nowak, zamieszkałą Szamotuły-Zamek, córką włodarza (zarządcy rolnego) Michała Nowaka i Katarzyny z domu Grupa, urodzoną 14 listopada 1907 r. w Szamotułach.

Z tego czasu pochodzi następująca historyjka:

Michał Musiał: Było to krótko przed moim ślubem, wszyscy o tym wiedzieli, że żenię się. Przez nasze mieszkanie przechodziło się do kolejnego pokoju zajmowanego przez pewną kobietę. Jednego dnia siedzieliśmy przy stole, a ona weszła do pokoju, aby udać się do siebie. Zaraz po jej przejściu, na naszych oczach, firana w oknie sama z siebie zaczęła opadać na podłogę, odczepiając się po kolei z żabek. Innego dnia w domu leżały rozpięte na szpilkach koronki. Nagle okazało się, że – w nie wiadomo w jaki sposób – zostały one stamtąd zdjęte, położone w innym miejscu, a szpilki ułożone obok siebie pod łóżkiem. Gdybym tego nie widział, to nie uwierzyłbym. Pytałem potem kogoś, kto znał się na tych dziwnych sprawach, co to jest. Powiedział mi, że w ten sposób ta kobieta objawia zazdrość, iż to nie ona bierze ślub.

Katarzyna Musiał z domu Nowak uczyła się w szkole powszechnej w Gaju Małym. Następnie – do 22 roku życia – pracowała w rolnictwie w majątkach w Karolinie i Szamotuły-Zamek, a później przez 2 lata jako pomoc domowa u żydowskiej rodziny Gersmanów, posiadającej „skład wyrobów żelaznych” w Szamotułach, w kamienicy przy Rynku (późniejszy budynek PKO, Rynek 17). Po wyjściu za mąż już do pracy zawodowej nie wróciła i zajmowała się prowadzeniem domu.


Dom, w którym na terenie folwarku Szamotuły – Zamek mieszkała rodzina Nowaków. Tam najprawdopodobniej odbyło się wesele Michała i Katarzyny.


Michał i Katarzyna Musiałowie zamieszkali w Szamotułach przy ul. Garncarskiej 11. W tym mieszkaniu w 1932 r. urodził się syn Zygmunt, a w 1935 r. – Stefan. Pomiędzy sierpniem 1935 r. a końcem stycznia 1936 r. Musiałowie przenieśli się do mieszkania czynszowego na parterze kamienicy w Szamotułach przy ul. Lipowej 6.

Po wybuchu II wojny światowej Michał Musiał nadal pracował w szamotulskiej cukrowni, a jego żona zajmowała się domem, czasem wykonywała prace zlecone przez okupanta, np. sadzenie drzew przy moście na ul. Poznańskiej, kopanie stawu przy strudze za szkołą nr 1, prace na okolicznych łąkach itp. Z nieznanych powodów (możliwe przymusowe przesiedlenie) rodzina przeniosła się w inne miejsce, tj. na Hindenburgstrasse nr 7 – lokal w podwórzu od ul. Wąskiej (Hindenburgstrasse to obecna ul. Wroniecka, stary dom nie istnieje, zastąpiony nowszym budynkiem).

Zaraz na początku wojny Michał Musiał przekazał swej teściowej dokumenty świadczące o jego udziale w powstaniu oraz odznaczenia. Rzeczy te zostały zabezpieczone w butelce (?) i ukryte pod posadzką chlewu przyzamkowego gospodarstwa, którego właścicielem był Niemiec Hartmann, a włodarzem teść Michał Nowak. Teściowa jednak, w obawie przed odnalezieniem przez Niemców, wszystko wydobyła i zniszczyła.

Katarzyna Musiał – rekwirowanie odzieży: Po wybuchu wojny ze Związkiem Radzieckim na terenach zajętych przez Niemców zimą 1941/42 r. rozpoczęło się zbieranie ciepłej odzieży dla wojska. Pewnego dnia w Szamotułach, chyba w niedzielę, ul. Poznańską szedł Jakub Ludek. Ubrany był w płaszcz z futrzanym kołnierzem. Podeszło do niego dwóch Niemców, którzy bez słowa zdarli z niego płaszcz i odeszli. Ludek rozpłakał się i wrócił do domu. W tym samym okresie niemieccy żołnierze przeszukiwali domy w Szamotułach w poszukiwaniu ciepłych okryć. Weszli do mieszkania zajmowanego przez nas, które mieściło się przy ul. Wronieckiej od podwórza obok piekarni. Byli to jeszcze młodzi i niedoświadczeni żołnierze. Ja miałam wtedy futrzaną mufkę w rękach. Trzymałam ją na widoku, ale zawiniętą całkowicie w ręcznik. Gdy spytali, czy mamy ciepłe rzeczy, pokazałam na mieszkanie i powiedziałam po niemiecku: to wszystko co posiadam. Ponieważ mieszkanie było ubogo wyposażone, rozejrzeli się, nie szukali, tylko poszli dalej.


Na górze Katarzyna i Michał Musiałowie z synami Zygmuntem i Stefanem. Na dole – miejsce na tyłach ul. Wronieckiej, gdzie stał dom, w którym w czasie wojny mieszkała rodzina Musiałów.


W styczniu 1945 r. kowal Michał Musiał, zamieszkały przy ul. Hindenburgstrasse 7, zgłosił, że jego żona Katarzyna Musiał w swym mieszkaniu urodziła syna Bogdana (to mój ojciec). Chrzciny „zakrapiane” były alkoholem „zdobytym” przez Michała w poniemieckim magazynie, urządzonym w budynku dawnego klasztoru przy ul. Dworcowej. Wkrótce potem rodzina powróciła do poprzedniego miejsca zamieszkania, czyli na ul. Lipową 6, przemianowaną następnie na ul. Marchlewskiego. Przez jakiś czas zamieszkiwali w tej kamienicy na parterze, na prawo przy schodach, a potem na drugim piętrze pod ówczesnym numerem mieszkania 8.

W 1955 r. Michał Musiał, jako pracownik cukrowni szamotulskiej, otrzymał przydział na działkę nr 8 na terenie Pracowniczego Ogrodu Działkowego im. Bolesława Chrobrego w Szamotułach przy ul. Sportowej. Pierwotnie działki składały się tylko z dwóch pierwszych rzędów od ulicy i powstały w miejscu, gdzie wybierano piasek na potrzeby budowlane. Ubytki gruntu uzupełniano ziemią przywożoną wózkiem ręcznym z terenu cukrowni, a pozostałą po płukaniu buraków (co ciekawe, w „Gazecie Szamotulskiej” z około połowy 1930 r. znajduje się zarządzenie burmistrza Kontantego Scholla zabraniające wybierania ziemi na terenie Świdlina przy boisku i składania w tym miejscu śmieci). Z czasem postawił tam niewielką murowaną altankę, w latach późniejszych rozbudowaną, zaś ogrody powiększały się o kolejne działki. We wrześniu 1961 r. jego działka uzyskała 95 punktów i była jedną z najlepiej zagospodarowanych i utrzymanych działek w Ogrodzie, za co otrzymał dyplom. W zapiskach z 1962 r. figurował jako członek komisji rozjemczej. W 1963 r. Michał Musiał – członek komisji rozjemczej – został m. in. wytypowany do odznaki z okazji Dnia Działkowca.

Michał Musiał z dniem 29 września 1962 r. przeszedł na emeryturę („rentę starczą” – jak to wtedy pisano). Nie był już zdrowy, jego lekarzem był doktor Z., ponoć postrach niektórych pacjentów. Dziadek wiedział dobrze, które lekarstwa mu służą i gdy lekarz nie chciał ich przepisać, potrafił walnąć laską w biurko i uzyskać potrzebną receptę… W latach sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych, w czasach kłopotów aprowizacyjnych, niejednokrotnie wstawał o godz. 2.00-3.00 w nocy, aby zająć miejsce w kolejce do sklepu mięsnego przy ul. Poznańskiej. Zachowała się w pamięci rodziny anegdota, jak to dziadek w nocy przyszedł jako pierwszy pod sklep, a ponieważ było zimno, schował się w wejściu do kamienicy obok. Siedział na schodach w zupełnych ciemnościach, gdy weszła z ulicy do korytarza jakaś kobieta… i została przez dziadka skutecznie przestraszona.


Dyplom Michała Musiała


W latach sześćdziesiątych, jako były powstaniec wielkopolski, wstąpił do miejscowego koła ZBoWiD. Wkrótce zorientował się, jak wielu jego znajomych podawało się za powstańców – kombatantów, a faktycznie nie uczestniczyli w walkach, jedynie stali na warcie z kijem w ręce przed RKU. Rekomendowany (wprowadzony) został przez poręczającego Wincentego Wojciechowskiego, zamieszkałego w Szamotułach przy ul. Braci Czeskich, uzyskał legitymację nr 9098. Wobec braku dokumentacji potwierdzającej udział w walkach przyjęcie następowało najczęściej na podstawie oświadczenia własnego, popartego świadectwem innego kombatanta, często na zasadzie wzajemności.

W dokumentach ZBoWiD zauważyć też można rzecz charakterystyczną dla tamtych czasów: w przebiegu służby podał, że uczestniczył w Powstaniu do 18 lutego 1919 r. a potem został przeniesiony do „innej formacji”. Milczeniem pominięto fakt walk na froncie rosyjskim, pod Lwowem i udział w wojnie polsko-bolszewickiej.


Zebranie członków szamotulskiego oddziału ZBoWiD (Michał Musiał siedzi trzeci od lewej)


Na mocy uchwały Rady Państwa z 22.12.1969 r. Michał Musiał odznaczony został Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym, wręczonym w roku 1970. W 1972 r., na mocy Uchwały Rady Państwa nr W.4/72 z dnia 24.02.1972 r. wszystkich żyjących powstańców awansowano na stopień podporucznika. Uroczystość państwowa z tym związana odbyła się wiosną lub latem na szamotulskim Rynku, naprzeciwko biblioteki publicznej i zgromadziła licznych jeszcze wówczas byłych powstańców oraz mieszkańców miasta. Około roku 1975 Michał Musiał odznaczony został Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Zmarł w Szamotułach, w swoim mieszkaniu, 4 listopada 1976 r. Jego żona Katarzyna zmarła niecały rok później – 22 października 1977 r. Oboje zostali pochowani na szamotulskim cmentarzu.

Szamotuły, 14.10.2021

Michał Musiał – powstaniec wielkopolski2025-08-18T11:07:08+02:00

Balon nad Szamotułami – wspomnienie Andrzeja J. Nowaka

Andrzej J. Nowak

Balon nad Szamotułami

Moi koledzy „z podwórka” i ja zajmowaliśmy się w latach szkolnych modelarstwem. Budowaliśmy z różnych materiałów modele żaglowców, okrętów, samolotów i balonów. Konstruowaliśmy modele kilkustopniowych rakiet z silnikami na paliwo stałe, którym był czarny proch „produkowany” z saletry amonowej, siarki i węgla drzewnego w… kuchni mojej babci. Materiały do produkcji tego paliwa można było kupić bez przeszkód w drogerii na narożniku Rynku i ul. Dworcowej. Kolorowe gumowe baloniki napełnialiśmy wodorem uzyskiwanym w reakcji kwasu solnego ze ściankami blachy cynkowej. Jednak baloniki to nie balony. Kilka lat wcześniej przed próbą pokazaną na fotografiach przeprowadziliśmy zakończone powodzeniem wypuszczenie balonu na ogrzane powietrze z balkonu naszego domu przy Rynku (nr 6).



Był rok 1960, może 1961, jeszcze czasy podstawówki.. Chcieliśmy zbudować konstrukcję podobną do stworzonej przez braci Montgolfier, którzy w 1782 roku zbudowali z papieru balon na ogrzane powietrze i wypuścili go z przydomowego ogródka. Z kilkudziesięciu arkuszy cienkiej papierowej bibułki kupionej w sklepiku panien Tomaszewskich [później przez lata kiosk „Ruchu” po schodkach], skleiliśmy kilkumetrowej wysokości balon. Na balkonie mojego mieszkania, od strony podwórza, na drugim piętrze, rozpaliliśmy w cynowym wiadrze ogień. Gorącym powietrzem z tego „ogniska” napełniliśmy balon. Trzymał go na wędce nad ogniem Antek Żuromski, stojący na dachu oficyny naszego domu.



To przedsięwzięcie balonowe okazało się spektakularnym sukcesem. Balon pięknie wzniósł się w powietrze na wysokość kilkudziesięciu metrów. Przeleciał nad dachem naszego domu i zawisł majestatycznie nad Rynkiem. Był to moment powrotu z pracy wielu szamotulan. Pojawienie się dużego, czerwonego balonu nad Rynkiem wywołało sensację i zbiegowisko.

Po pewnym czasie ciepłe powietrze wypełniające balon wystygło i balon zaczął powoli opadać. Rozgorączkowało to tłum obserwatorów, interweniowała milicja. Balon zawisł na rynnie w narożniku kamienicy Ciesielczyków (Rynek 1). Żeby go zdjąć, wezwano straż pożarną z drabiną. Trzeba tu wspomnieć, że w tym czasie „siły wrogie naszemu ludowemu ustrojowi”, kiedy wiały sprzyjające zachodnie wiatry, wysyłały z terenu NRF (tak się wtedy mówiło) do Polski balony z ulotkami krytykującymi naszą siermiężną rzeczywistość i ustrój.

Następnego dnia mój Ojciec spotkał swojego przyjaciele Juranda Kurczewskiego. Doktor opowiedział mu, jaki to niezwykły balon pojawił się nad szamotulskim Rynkiem. Spekulował, ile koszul z pięknego czerwonego jedwabiu mógłby sobie uszyć, gdyby taki balon wylądował u niego w ogrodzie…



Już jako licealiści, latem 1965 roku, postanowiliśmy przebić wcześniejsze osiągnięcie konstrukcyjne. Postanowiliśmy zbudować balon większy od poprzedniego. Wraz ze Stachem Żuromskim opracowałem jego projekt. W budowie pomagali nam Jarek Dehmel, Antek Żuromski i Krzychu Szut. Aby zmontować w warunkach domowych tak dużą konstrukcję, trzeba było otworzyć na przestrzał drzwi usytuowanych w amfiladzie trzech pokojów mieszkania państwa Żuromskich, dzięki czemu uzyskaliśmy niezbędną do budowy balonu przestrzeń. Zużyliśmy 140 arkuszy, tym razem żółtej, bibułki.

Nie chcieliśmy powtórzyć wcześniejszego zamieszania i kłopotów spowodowanych startem balonu, postanowiliśmy więc wypuścić go w powietrze na Piaszczychach. Poligonem startowym była piaszczysta polanka na skraju lasku. Przy starcie asystował nam Marek Tokarski (na zdjęciach z papierosem!). młodszy kolega z sąsiedniego podwórka. Niestety, mimo wielu wysiłków, start się nie powiódł. Wiał zbyt silny wiatr, który uniemożliwiał napełnienie balonu rozgrzanym powietrzem. Fotografie dobrze to pokazują. Rozczarowanie było duże.

Szamotuły, 10.10.2021







Zdjęcia udostępnili Andrzej J. Nowak i Jaromir Dehmel

Balon nad Szamotułami – wspomnienie Andrzeja J. Nowaka2025-01-03T11:03:16+01:00

Trzy śluby przodków – Trojankowie i Kowalewscy

O swoich przodkach opowiada Grzegorz Trojanek

Śluby dziadków i rodziców – Trojankowie i Kowalewscy

I. Marcin i Władysława Trojankowie – dziadkowie ze strony ojca



Marcin Trojanek i Władysława z domu Melonek pobrali się 11 listopada 1910 r. w Westfalii, a po odzyskaniu przez Polską niepodległości zamieszkali w Szamotułach.

Marcin Trojanek urodził się 9.10.1886 r. w Chełmnie k. Pniew (w rodzinie Marcina − rolnika), a Władysława Melonek przyszła na świat 21.05.1889 r. w pobliskim Niewierzu (w rodzinie rolnika Michała, który zajmował się też leczeniem ludzi i zwierząt). Ślub odbył się w Reklinghausen w Westfalii, gdzie Marcin pracował w kopalni węgla kamiennego w Langenbochum. W uroczystości uczestniczyli siostry i brat Marcina: Józefa, Cecylia, Stanisława i Franciszek, których Marcin ściągnął do Langenbochum z rodzinnego Chełmna. Na ślub przyjechał również ojciec Marcina − Marcin z drugą żoną Agnieszką, którzy zostali w Niemczech już do końca życia i spoczęli na cmentarzach w Dortmundzie i Meinz.

Władysława miała siedmioro rodzeństwa, kilkoro z nich uczestniczyło w jej ślubie. Na stałe poza Polską osiedliła się siostra Celina, która najpierw zamieszkała w Niemczech, a następnie wyjechała do Francji, gdzie wyszła za mąż za Stanisława Śmierzchalskiego (mieszkali w Lille, a później w Paryżu u syna). Pozostałe rodzeństwo wróciło po odzyskaniu niepodległości do Polski, osiedliło się w Pniewach, Szamotułach, Wrocławiu, Kiekrzu, Tarnowie Podgórnym i Poznaniu.

Marcin i Władysława po ślubie zamieszkali we własnym domu w Langenbochum. Marcin pracował w kopalni, a Władysława w ochronce dla polskich dzieci z rodzin górniczych. W Langenbochum przyszło na świat troje ich dzieci: Aleksander (ur. 11.02.1912 r., zm. 12.07.1978 r. w Szamotułach), Bolesław (ur. 5.09.1913 r., zm. 3.10.1921 r. w Szamotułach, przyczyną śmierci prawdopodobnie była ostra białaczka) i Wanda (ur. 20.01.1917 r., zm. 19.02.2006 r. w Szamotułach).

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości Marcin i Władysława Trojankowie wrócili do Polski. Kupili spory kawał ziemi w Szamotułach przy dzisiejszej ulicy Zielonej, tam też postawili swój dom. Początkowo Marcin wyjeżdżał do pracy w niemieckich kopalniach, a żona wychowywała dzieci i zajmowała się gospodarstwem (tę część Szamotuł nazywano wówczas Osiedlem). W dniu 28.07.1927 r. w Szamotułach urodziło się ostatnie dziecko Marcina i Władysławy − Teresa (1928-2007).

Po ostatecznym powrocie z Niemiec Marcin pracował w mleczarni w Szamotułach (ul. 3 Maja, dzisiaj sklep Biedronka). Na Zielonej miał około 50 uli, piękny ogród i sad, psy, koty i przydomową szklarnię z warzywami. Marcin, mimo że w kopalni nabawił się choroby płuc − pylicy, do końca życia palił cygara; chodził w kapeluszu i nosił spodnie na szelkach.

Córka Wanda całe dorosłe życie przepracowała w laboratorium w szamotulskiej olejarni, w roku 1936 r. wyszła za mąż za Stanisława Najderka (1911-1939), który był chorążym w 8 batalionie saperskim i zginął pod Kutnem w czasie bitwy nad Bzurą we wrześniu 1939 r. (mieli jedynego syna Jerzego, ur. 1937 r., zm. 1998 r. w Poznaniu). Aleksander Trojanek w 1940 r. ożenił się z Anielą Kowalewską; mieli czterech synów.  Córka Teresa w 1949 r. wyszła za Henryka Budycha (1921-1994), mieszkała wraz z rodzicami w domu na Osiedlu. Pracowała w Drukarni u Kawalera, a jej mąż − w Zakładzie Energetycznym w Szamotułach. Na piętrze, do czasu wybudowania własnego domu przy ul. Powstańców Wlkp., mieszkała też córka Wanda (wdowa) z synem Jerzym.

Marcin Trojanek zmarł w wieku 69 lat 10.04.1955 r. w Szamotułach, pochowany został na cmentarzu parafialnym wraz synem Bolesławem. Jego żona Władysława zmarła 28.04.1981 r. w Szamotułach w wieku 92 lat w wyniku grypy(!).


II. Marcin i Marianna Kowalewscy – dziadkowie ze strony matki



Marcin Kowalewski (1896-1926) i Marianna z domu Marciniak (1896-1970) pobrali się 2 marca 1919 r. w szamotulskim kościele św. Stanisława Biskupa, czyli dzisiejszej bazylice kolegiackiej. Marcin ubrany był w galowy strój ułański, a Marianna w tzw. strój wiejski (ludowy). Świadkami ślubu byli: Jakub Kowalewski ze Słopanowa i Antoni Marciniak z Szamotuł. Przyjęcie ślubne odbyło się w domu Marciniaków w Kępie i − jak wspominała Marianna − było skromne, bo dopiero co skończyła się wojna i nastąpiło zawieszenie broni w powstaniu wielkopolskim, a w rodzącym się państwie polskim było po prostu bardzo biednie.

Po ślubie małżonkowie zamieszkali przy ul. Nowowiejskiej (obecnie Nowowiejskiego), w 1920 r. na świat przyszła ich jedyna córka Aniela (zm. 2001). Widywali się jednak rzadko, gdyż Marcin – jako wojskowy – kwaterował w Grudziądzu lub w Gnieźnie, walczył też w wojnie polsko-bolszewickiej. W konsekwencji odniesionych ran zmarł 14.04.1926 r. w szpitalu wojskowym w Gnieźnie i tam został pochowany.

Marianna, jako wdowa po wojskowym, miała dość wysoką rentę, dzięki czemu – razem z dwiema siostrami Anną i Franciszką – wybudowała dom, również przy ul. Nowowiejskiej (nr 27). W miarę dostatnie życie skończyło się w czasach niemieckiej okupacji. Pozbawiona środków do życia pracowała w szpitalu jako sanitariuszka. W czasie wojny przepadły pamiątki po Marcinie: mundur, szabla, czako, zdjęcia i dokumenty, które – w obawie przed Niemcami – zniszczył jeden z członków rodziny. Materialnie Mariannie było ciężko także po wojnie. Do końca życia mieszkała z córką i jej mężem Aleksandrem Trojankiem, w ostatnich latach przy ul. 22 Lipca (obecnie 11 Listopada). Była bardzo wierząca, udzielała w ruchu Żywego Różańca. Zmarła w szpitalu w Poznaniu 21.12.1970 r.


III. Aleksander i Aniela Trojankowie – rodzice



Aleksander Trojanek i Aniela z domu Kowalewska pobrali się 1 września 1940 r. w Szamotułach. Aleksander urodził się w Langenbochum w Niemczech (1912 r.), ale dorastał już w Szamotułach i tu spędził całe dorosłe życie. Zdobył nowoczesny − jak na tamte czasy − zawód. Po szkole podstawowej uczył się w Elektrowni Miejskiej, w 1926 r. zdał egzamin mistrzowski elektromechanika. Kilka lat później zdobył kwalifikacje kinooperatora. Były to jeszcze czasy kina niemego i łatwopalnych taśm filmowych, kursy dla kinooperatorów odbywały się w Poznaniu i kończyły egzaminem państwowym. W ciągu dnia Aleksander Trojanek pracował w elektrowni, a wieczorami − w kinie Józefa Kowandego „Promień” (zwanym też teatrem świetlnym) przy ul. Garncarskiej (dziś mieści się tam laboratorium analityczne). Działał też jako ochotnik w Straży Pożarnej, w Towarzystwie Oświatowym, Teatrze Amatorskim, Towarzystwie Gimnastycznym „Sokół” oraz w harcerstwie. W 1934 r. został powołany do służby w Wojsku Polskim, po powrocie z poznańskich „pancerniaków” nadal pracował w elektrowni, a popołudniami w dzisiejszym kinie „Halszka”. Pływał, lubił wycieczki rowerowe i motocyklowe. Być może ta aktywność w wielu miejscach sprawiła, że około 1935 r. poznał Anielkę Kowalewską.

Po wybuchu II wojny światowej Aleksander Trojanek na krótko znalazł się w obozie przejściowym w Żabikowie, a po powrocie do Szamotuł władze okupacyjne zobowiązały go do dalszej pracy w elektrowni i kinie. W 1940 r. uzyskał zgodę na ślub z Anielą Kowalewską. Do kościoła kolegiackiego młoda para szła pieszo, a przyjęcie weselne trwało tylko do godziny 22.00 i odbyło się przy zaciemnionych oknach w mieszkaniu tzw. czerwonej kamienicy przy ul. Nowowiejskiej (dziś Nowowiejskiego 7). Aniela wraz z matką Marianną (ojciec, powstaniec wielkopolski i ułan WP, nie żył od 1926 r.) zostały wcześniej wysiedlone z własnego domu, też przy ul. Nowowiejskiej. Kiedy w lutym 1945 r. Trojankowie z teściową wrócili do rodzinnego domu, zastali go ograbionego z wszelkich wartościowszych sprzętów, w tym z mebli, które Aniela dostała od koleżanek i kolegów z fabryki mebli Koerpla. Po wojnie Aleksander pracował w tej samej firmie − teraz już pod nazwą Zakład Energetyczny. Do emerytury kierował nim Edmund Kaniewski, Aleksander przez wiele lat był jego najbliższym współpracownikiem. W latach 40. i 50. odbywała się elektryfikacja szamotulskich wsi i osiedli. Podłączenie prądu było wielkim świętem dla całej wsi, zabawa trwała najczęściej do białego rana!

Aniela i Aleksander dochowali się czterech synów: Tadeusza (ur. 1941), Zbigniewa (ur. 1945), Grzegorza (ur. 1949) i Wojciecha (ur. 1952). Życie małżonków było pracowite, żona zajmowała się wychowywaniem i wykształceniem dzieci, Aleksander − pracą w Zakładzie Energetycznym i budową domu na Osiedlu przy ul. Obornickiej, w tzw. Spółdzielni Domków Jednorodzinnych (tam rodzina zamieszkała w 1963 r.). Po 1956 r. Aleksander Trojanek był radnym Rady Miejskiej. Oboje małżonkowie spoczywają na cmentarzu w Szamotułach; Aleksander zmarł w 1978 r., a Aniela w 2001 r.

Zdjęcia i informacje udostępnił Grzegorz Trojanek

Szamotuły, 01.10.2021

Trzy śluby przodków – Trojankowie i Kowalewscy2025-08-18T20:10:24+02:00

Halina Karpińska – spotkanie w setne urodziny

Halina Karpińska – spotkanie w setne urodziny

Idąc na spotkanie z przedwojenną absolwentką Liceum im. ks. Piotra Skargi, nie przypuszczałam, że teraz – w 2021 r. – dane mi będzie porozmawiać z osobą, która podczas niemieckiej okupacji w Generalnym Gubernatorstwie prowadziła tajne nauczanie – przez pięć dni w tygodniu odbywała komplety w 3 miejscach, a wieczorami dwa dni w tygodniu w leśniczówce douczała partyzantów. Nie urodziła się w Szamotułach i od wielu lat mieszka w Poznaniu, jednak to tu spędziła najpiękniejsze lata i czuje się szamotulanką. Halina Karpińska z domu Pokorna (dawniej mówiono: Pokornianka) 26 sierpnia skończyła 100 lat.

Władysław Pokorny (1893-1968), ojciec Haliny, był nauczycielem.  Po maturze w Poznaniu został skierowany do pracy w szkole wiejskiej w Galewie niedaleko Koźmina (obecnie Galew należy do powiatu pleszewskiego). Tam poznał swoją przyszłą żonę – Mieczysławę z domu Sowińską (1900-1990). Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości uzupełnił wykształcenie we Lwowie i jako nauczyciela fizyki i chemii wysłano go do Koźmina. Od 1923 r. do likwidacji szkoły w 1932 r. uczył w tamtejszym Państwowym Seminarium Nauczycielskim Męskim. Małżonkowie mieli troje dzieci, wszystkie na świat przyszły właśnie w Koźminie: najstarsza Ludmiła urodziła się w 1920 r., Halina w 1921 r. i Tadeusz w 1925 r.


Państwowe Seminarium Nauczycielskie Męskie (przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości: Königliche Evangelische Lehrerseminar) w Koźminie Wielkopolskim oraz Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi (wcześniej Landwirtschaftschule) – w tych szkołach Władysław Pokorny pracował najdłużej. Zdjęcia z okresu 1920-1935 (Koźmin) oraz 1905-1918 (Szamotuły). Źródło: Fotopolska oraz Szamotuły na dawnej pocztówce


Pani Halina zdążyła zdać maturę jeszcze przed wybuchem wojny, gdyż naukę rozpoczęła jako sześciolatka, razem ze starszą siostrą. Żartuje, że nigdy nie zaszła wyżej niż do czwartej klasy. Najpierw chodziła 4 lata do seminaryjnej szkoły ćwiczeń w Koźminie, potem rok dojeżdżały z siostrą do gimnazjum w Krotoszynie. W 1932 r. rodzina Pokornych przeniosła się do Szamotuł. Halina i Ludmiła jeszcze przez rok kontynuowały naukę w gimnazjum. W 1933 r. nastąpiła reforma szkolnictwa (tzw. reforma jędrzejewiczowska), która zakładała, że przed gimnazjum uczniowie kształcą się 6 lat w szkole powszechnej. Pokornianki ukończyły właśnie szósty rok nauki, więc zaczęły edukację w nowym typie gimnazjum (klasy I-IV), po którym zdawało się tzw. małą maturę. Potem kolejne dwa lata nauka w liceum profilowanym i matura.

Rocznik, w którym uczyła się Halina, zdawał maturę tzw. nowego typu. Szamotulskie liceum było szkołą typu humanistycznego, na maturze obowiązkowo zdawało się język polski i francuski, historię i naukę o społeczeństwie – ze wszystkich tych przedmiotów odbywał się egzamin pisemny i ustny. W klasie pani Haliny było 22 uczniów, dwóch nie zostało dopuszczonych do matury, dwóch jej nie zdało.


Halina Pokornianka (na 1. fotografii z lewej, na 2. – w środku) z licealnymi koleżankami, 28.11.1937 r.


Pani Halina wspomina swoją szkołę. Na co dzień dziewczęta chodziły w czarnych fartuchach z białym kołnierzykiem, na głowach nosiły berety, na nogach brązowe buty i grube pończochy. Chłopcy do szkoły przychodzili w granatowych ubraniach, na co dzień, także poza szkołą, nosili czapki z daszkiem. Obowiązkowo do stroju, jak przez kilkadziesiąt następnych lat, musiała być przyszyta tarcza. W szamotulskim Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi była to tarcza z czerwonym tłem i niebieskim napisem: „790”, bo taki numer nosiła wówczas szkoła. Uczniowie mieli też stroje galowe. Na strój dziewcząt składała się bluza z kołnierzem i plisowana spódnica za kolana, na ubiór chłopców garnitury z wypustkami przy spodniach i na czapkach; gimnazjaliści – mieli je w kolorze niebieskim, licealiści – amarantowe.

Wspomina też swoich nauczycieli. Funkcję wychowawcy, jak nazywano dawniej: opiekuna klasy, pełnił Andrzej Hanyż (1901-1973). Dziś określono by go jako nauczyciela – pasjonata. W szamotulskim gimnazjum od 1926 r. uczył historii, geografii, nauki o społeczeństwie, a później także przysposobienia wojskowego. Prowadził Kółko Historyczno-Literackie, był opiekunem szkolnego koła Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego i Męskiej Drużyny Harcerskiej im. Bolesława Chrobrego. Rozumiał, że młodość ma swoje prawa, i swoim wychowankom mówił: „Rozrabiajcie, ale nie dajcie się złapać”. Pod jego opieką działał też szkolny zespół folklorystyczny. Pani Halina wspomina zjazd folklorystycznych zespołów licealnych, w którym uczestniczyła w 1938 r. we Lwowie. Po raz pierwszy mogła wówczas podziwiać Panoramę racławicką. Rok później, latem 1939, razem z dwiema szkolnymi koleżankami: Aleksandrą Głowacką i Anną Górską była w tym samym mieście na miesięcznym szkoleniu Pomocniczej Służby Wojskowej. Przed południem dziewczęta uczestniczyły w wykładach, a po południu – co drugi dzień –  chodziły do rotundy w lwowskim Parku Stryjskim, aby oglądać dzieło Styki i Kossaka. Panorama racławicka wystawiona we Wrocławiu nie zrobiła już na niej takiego wrażenia.


Halina Pokornianka (3. z lewej) ze szkolnym zespołem folklorystycznym we Lwowie, maj 1938 r. Pierwszy z lewej stoi nauczyciel Andrzej Hanyż.


Na lekcjach języka polskiego, prowadzonych przez zakochanego w literaturze romantycznej prof. Wiktora Fabiana, na pamięć uczyli się wielu wierszy Mickiewicza i Słowackiego. Bardzo ciekawe były lekcje z ks. Antonim Szudą z wykładami na temat dziejów Kościoła. Pani Halina najbardziej ceniła matematyka – Eliasza Arystowa (1874-1953). Ten Rosjanin z pochodzenia, a Polak z wyboru, uczył w gimnazjum i liceum w Szamotułach przez blisko 30 lat i był uznawany za świetnego dydaktyka. Rozwiązywanie zadań sprawiało Halinie dużą przyjemność i robiła to bardzo sprawnie, więc w czasie sprawdzianów liczyła zadania także dla przyjaciół z innych grup. Po jakimś czasie profesor Arystow zorientował się w tym i kiedy tylko skończyła pisać swój sprawdzian, kazał jej wychodzić z sali. Po wojnie powitał ją słowami: „Moja ulubiona matematyczka!”.

10 czerwca 1939 r. nastąpiło rozdanie świadectw maturalnych, a wieczorem bal w Sali Sundmanna przy ul. Poznańskiej. Na tę pierwszą uroczystość absolwentki przyszły jeszcze w szkolnych mundurkach, a wieczorem bawiły się już w sukniach długich do ziemi. Prof. Hanyż wspaniale poprowadził poloneza, zabawa była bardzo udana i trwała do rana. Dodać jednak trzeba, że każda z absolwentek musiała pojawić się na balu pod opieką swojej mamy, co więcej – matki siedziały z córkami przy stolikach!


Przedwojenni nauczyciele Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi. W środku zdjęcia siedzi Kazimierz Beik (1886-1966), dyrektor szkoły w latach 1924-1949 (z przerwą wojenną); 2. od prawej siedzi Eliasz Arystow (1874-1953) – nauczyciel matematyki. Stoją (m.in.) : 1. z prawej Andrzej Hanyż (1901-1973) – nauczyciel historii i geografii; 5. od lewej – Stefan Pawela (1904-1964), łacinnik, dyrektor w latach 1955-64; 4. z lewej – Władysław Pokorny (1893-1968), nauczyciel fizyki i chemii; 2. z lewej – Henryk Nowak (1909-2000) – nauczyciel wychowania fizycznego („ćwiczeń cielesnych”); 3 z lewej – Stanisław Owsiany (1888-1940), lekarz szkolny.


Rodzina Pokornych mieszkała na parterze domu przy pl. Sienkiewicza (obecny adres al. 1 Maja 2, wówczas pl. Sienkiewicza 5). Przedwojenni nauczyciele dobrze zarabiali, Pokorni mieszkali w pięciopokojowym mieszkaniu, mama zajmowała się wychowaniem dzieci, w prowadzeniu domu wspierała ją gosposia, a duże prania robiła praczka. Na piętrze nad nimi mieszkała również nauczycielska rodzina Kaniów, a w domu po przeciwnej stronie ulicy – kolega z pracy Władysława Pokornego Stefan Pawela (1904-1964), łacinnik i późniejszy dyrektor szamotulskiego liceum.

Pani Halina lubiła promenadę wokół cmentarza. Kiedyś była to popularna trasa. Często chodziła tam z rodzicami i rodzeństwem na wieczorne spacery, bo ojciec… pełnił tam dyżury. Regulamin szkoły zabraniał uczniom przebywania na ulicy (bez opieki rodziców) po godzinie 20, a latem po 21. Nauczyciele musieli to sprawdzać i przekazywać informacje dyrekcji. Pani Halina mówi, że byli tacy pedagodzy, którzy rzeczywiście to robili, jednak jej ojciec, kiedy z daleka widział jakiegoś ucznia idącego ulicą o nieodpowiedniej godzinie, zaraz skręcał w bok i nigdy nie dochodziło do konfrontacji. Władysław Pokorny uczył w szamotulskim gimnazjum chemii i fizyki, a także prowadził kółko chemiczne. Ponieważ w szkole uczyły się jego dzieci, zyskał przezwisko „Tata”, które przetrwało do końca jego pracy w Szamotułach.


Szkolenie wojskowe we Lwowie, sierpień 1939 r. Halina Pokornianka stoi w 2. rzędzie od góry.


Ze szkolenia wojskowego we Lwowie Halina wróciła do Szamotuł w dniu swoich 18. urodzin. W pociągach było dużo wojska, bo trwała już mobilizacja, jednak do końca nie wierzono, że wojna wybuchnie. W końcu sierpnia Władysław Pokorny został wysłany służbowo na tereny, zdawało się, niezagrożone, za linię Wisły. Nauczycielom z miejscowości położonych niedaleko granicy niemieckiej Związek Nauczycielstwa Polskiego wyznaczył punkt zborny w Puławach. Najbliżsi planowali się z nim spotkać w okolicach Puław, razem z kilkoma innymi rodzinami nauczycielskimi dotarli pociągiem do Warszawy, dalej do Puław i Końskowoli. Kiedy okazało się, że Polskę zaatakowali także Rosjanie, postanowili wrócić do Szamotuł. Krótko potem do Szamotuł wrócił także Władysław.

8 grudnia 1939 r. w Szamotułach i wielu innych miejscowościach w okolicy Niemcy zatrzymali wielu przedstawicieli elit: ziemian, działaczy społecznych, inteligencję. Najpierw przewieziono ich do więzienia we Wronkach, a następnie wysłano pociągami do Generalnego Gubernatorstwa. Władysław i Mieczysława Pokorni trafili do Jędrzejowa na Kielecczyźnie. Ponieważ oboje kształcili się jeszcze w szkołach pod zaborem pruskim i bardzo dobrze znali język niemiecki, znaleźli zatrudnienie jako tłumacze – Władysław w magistracie, a jego żona w tzw. sejmiku. Jeszcze w końcu 1939 r. dołączyło do nich dwoje dzieci: Halina i Tadeusz, a w późniejszym czasie także najstarsza Ludmiła.   


Rodzina Pokornych w czasie niemieckiej okupacji w Jędrzejowie: rodzice – Mieczysława i Władysław oraz dzieci – Halina, Tadeusz i Ludmiła. Ludmiła Pokornianka (1920-1987) po wojnie ukończyła Państwową Wyższą Szkołę Plastyczną w Poznaniu, pracowała jako projektantka i malarka w zakładach ceramicznych. Jej nazwisko wymienia się w gronie najwybitniejszych artystów projektantów ceramiki okresu PRL-u. Narzeczony Ludmiły, Tadeusz Hoffmann, został zamordowany w Charkowie w 1940 r. (więcej w artykule http://regionszamotulski.pl/tadeusz-hoffmann-student-z-szamotul-i-zbrodnia-katynska/). Tadeusz Pokorny ukończył Politechnikę Wrocławską.


Rodzina Pokornych zamieszkała u zamożnej żydowskiej rodziny Horowitzów (pisowni nazwiska pani Halina nie jest pewna), którzy – na polecenie Niemców – odstąpili im dwa pokoje. W początkowym okresie okupacji byli oni dużym wsparciem dla Pokornych, pomagali odnaleźć się w nowej rzeczywistości, dzielili się jedzeniem. Ich najstarszy syn poległ jako polski oficer we wrześniu 1939 r., córka z mężem uciekli na Wschód i zaginął po nich ślad, najmłodszego syna – Samuela ukryli na wsi. W 1940 r. w Niemcy utworzyli w Jędrzejowie getto. Teraz to Mieczysława Pokorna starała się im pomagać i zanosiła do getta jedzenie. Jesienią 1942 r. Żydów z Jędrzejowa wywieziono do obozu w Treblince.  

W Jędrzejowie Pokorni zawarli znajomość z prof. Tadeuszem Konopińskim (1894-1965), dyrektorem Wielkopolskiej Izby Rolniczej. Zyskał on rozgłos w 1929 r., kiedy sukcesem okazała się zorganizowana przez niego ekspozycja polskiego rolnictwa na Powszechnej Wystawy Krajowej w Poznaniu. Tadeusz Konopiński przedostał się do Generalnego Gubernatorstwa, ponieważ obawiał się, że na terenach wcielonych do Rzeszy – jako przedstawiciel wielkopolskiej elity i powstaniec wielkopolski – może być prześladowany. Rozpoczął pracę w izbie rolniczej w Jędrzejowie, natomiast wysiedlone z majątku pod Jarocinem jego żona i córki wydzierżawiły majątek Słowik pod Kielcami.


Otwarcie jednej z wystaw w  czasie Powszechnej Wystawy Krajowej, 1929 r. 1. z lewej stoi Tadeusz Konopiński, 2. z prawej – prezydent Poznania Cyryl Ratajski. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe


Kiedy Tadeusz Konopiński dowiedział się, że Halina Pokornianka jest już po maturze, zaproponował jej prowadzenie tajnych kompletów przygotowujących do egzaminu dojrzałości. W każdym tygodniu dziewczyna jeździła na pięć dni do Słowika i w trzech różnych domach prywatnych uczyła 5-6-osobowe grupki młodzieży. Dwa razy w tygodniu wieczorami chodziła do nieodległej leśniczówki, gdzie prowadziła lekcje dla partyzantów. W soboty i niedziele w Jędrzejowie do matury przygotowywała jeszcze pojedyncze osoby, w nauczaniu łaciny pomagał jej Stefan Pawela, również z rodziną wywieziony z Szamotuł do Generalnego Gubernatorstwa. Pojedyncze osoby fizyki uczył również Władysław Pokorny.

Halina nie tylko sama została członkiem Armii Krajowej, ale wciągnęła do niej także młodszego brata. Tadeusz, w Jędrzejowie pracujący w biurze tartaku, uciekł z domu i wstąpił do partyzantki. Po jakimś czasie pobytu w lesie poważnie się rozchorował i mama przywiozła go z powrotem do Jędrzejowa. W 1944 r., krótko przed powstaniem warszawskim, odbyły się egzaminy maturalne podopiecznych Haliny. Do Słowika przyjechali wówczas członkowie zewnętrznej komisji, którzy je przeprowadzili. Wszyscy zdali – wspomina z dumą pani Halina.


Halina Pokornianka z uczennicami i uczniami z tajnych kompletów, 1944 r.


Po powstaniu do Kielc przyjechało wielu przedwojennych wykładowców uniwersyteckich, którzy wzmocnili działającą tam filię tajnego Uniwersytetu Ziem Zachodnich, powstałą w 1943 r. z inicjatywy prof. Konopińskiego. Pozwoliło to na uruchomienie nowych kierunków studiów, w tym medycyny i chemii. Naukę na tym ostatnim kierunku rozpoczęła Halina Pokornianka.

Na podstawie wydanego zaświadczenia zaliczono jej po wojnie pierwszy rok studiów na Uniwersytecie Poznańskim. Na roku studiowało wówczas 8-9 osób. Pani Halina wspomina studenckie praktyki w cukrowniach i obiady dla studentów za złotówkę. Studenci chemii mieli w tym czasie problemy ze zdobyciem odczynników, a w budynku szamotulskiego liceum Niemcy pozostawili ich w nadmiarze w stosunku do potrzeb szkolnej dydaktyki. Halina otrzymane od ojca – nauczyciela chemii środki woziła pociągiem. Mówi, że było to bardzo niebezpieczne, ale w tamtych czasach jakoś nikt o tym nie myślał. Przeżyli już przecież tyle niebezpiecznych sytuacji!


Bolesław Karpiński (2. od prawej), przyszły mąż Haliny Pokornianki, z rodziną, 1937 r. Więcej można przeczytać w artykule http://regionszamotulski.pl/rodzina-karpinskich/

Z lewej: Halina Pokornianka z rodzicami i rodzeństwem w czasie okupacji w Jędrzejowie. Z prawej: Halina i Bolesław Karpińscy, zdjęcie ślubne, Szamotuły, 1947 r.


Pracę magisterską obroniła w 1949 r., już jako Halina Karpińska i mama rocznego Marka. Bolesław Karpiński (1921-1976) był jej kolegą z licealnej klasy i mieszkał również przy pl. Sienkiewicza (dziś nr 4), przed wojną nic ich jednak jeszcze nie łączyło. Kiedy spotkali się w 1945 r., zaczęli sobie opowiadać, co przeżyli w ciągu ostatnich lat. A że do opowiedzenia mieli dużo, umawiali się na kolejne spacery i tak zrodziła się ich miłość. Bolesław był człowiekiem bardzo inteligentnym, w 1951 r. skończył medycynę, odbył praktyki w szamotulskim szpitalu i był świetnie zapowiadającym się lekarzem. Tuż przed rozpoczęciem pracy zawodowej ujawniła się u niego poważna choroba autoimmunologiczna – SM (stwardnienie rozsiane). Jako lekarz Bolesław Karpiński był świadomy tego, co go czeka, zwłaszcza że akurat tą chorobą zajmował się w jednej ze swoich prac pisanych na studiach. W tamtych czasach nie było leków powstrzymujących chorobę, ale przez wiele lat Halina i Bolesław szukali na całym świecie eksperymentalnych metod leczenia. Bolesław wierzył w postęp medycyny i czekał na nowy lek, choroba jednak szybko postępowała.

W 1954 r. przyszło na świat drugie dziecko Haliny i Bolesława – Lidia. Syn Marek studiował na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza i Politechnice Poznańskiej, od wielu lat jest profesorem informatyki na uniwersytecie w Bonn. Do 1981 r. pracował w Polskiej Akademii Nauk, od czasu do czasu wyjeżdżał też na stypendia zagraniczne i wykłady na uczelniach Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych. Kiedy rozpoczął się stan wojenny, przebywał na wykładach w Edynburgu. Dalszy pobyt na Zachodzie umożliwili prof. Karpińskiemu Niemcy, którzy zaproponowali mu kontrakt w Bonn. Lidia Karpińska-Jazdon – tak jak ojciec – ukończyła medycynę, jest specjalistą z zakresu pulmonologii, przez wiele lat pracowała jako ordynator w szpitalu przy ul. Szamarzewskiego w Poznaniu – dzisiejszym Wielkopolskim Centrum Pulmonologii i Torakochirurgii.    


Z lewej: Halina i Bolesław Karpińscy, 1947 r. Z prawej: Halina Karpińska z dziećmi: Markiem i Lidką, 1956 r.

Kiedy przy pl. Sienkiewicza mieszkała rodzina Pokornych, stał tam kościół ewangelicki. Pocztówki z ok. 1915 r. Źródło: Biblioteka UAM


Halina była zatrudniona w laboratorium analitycznym w Zakładach Hipolita Cegielskiego, dodatkowo uczyła w dwuletniej szkole techników analitycznych. Pracowała bardzo dużo, aby móc utrzymać rodzinę, wspierali ją rodzice, bez których – jak mówi – by sobie nie poradziła. W 1956 r. Karpińscy i Pokorni przenieśli się razem do Poznania, gdzie przy ul. Gostyńskiej kupili nieduży dom z ogrodem. Władysław Pokorny jeszcze przez dwa lata pracował jako nauczyciel w Liceum Ogólnokształcącym nr 1 w Poznaniu, a potem przeszedł na emeryturę. Dużo pomagał w opiece nad zięciem, sam przygotowywał mu posiłki.

Bolesław Karpiński wiele lat był osobą leżącą, zmarł w 1976 r. dokładnie w swoje 55. urodziny. Ostatnią dekadę życia spędził w szpitalu w Gnieźnie, gdzie dyrektorem był jego kolega ze studiów. Sam podjął taką decyzję, aby odciążyć rodzinę i aby dzieci nie oglądały jego stanu. Najbliżsi często go odwiedzali, na końcu miał duże problemy z mówieniem, ale bardzo chciał słuchać opowieści o tym, co dzieje się u innych.  


Halina Karpińska z Andrzejem J. Nowakiem, członkiem zarządu Stowarzyszenia Wychowanków Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi – spotkanie przy placku ze śliwkami – specjalności pani Haliny. Z Antonim Żuromskim w czasie spotkania z okazji 95-lecia Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi. Halina Karpińska, najstarsza absolwentka szkoły, była honorowym gościem uroczystości w 2014 r. Zdjęcia udostępnił Andrzej J. Nowak


Pani Hala była w przeszłości bardzo dzielną kobietą. I wtedy, gdy jeździła do podkieleckiego Słowika, aby uczyć młodzież, i potem, gdy ciężko pracowała na utrzymanie rodziny, zajmowała się chorym mężem i wychowywała dzieci. Dziś też jest dzielna. Nadal chce być niezależna, mieszka sama, odwiedzana przez najbliższych: dzieci, troje wnuków i sześcioro prawnuków. Pierze, gotuje obiady. – Ale piec już przestałam – dodaje jakby z poczuciem winy. Niestety, nie może już grać w brydża, co bardzo lubiła. Z jej kółka brydżowego została już tylko jedna, sporo lat młodsza, koleżanka, a młodzi grać w brydża nie chcą. Trzy razy w tygodniu schodzi ze swojego trzeciego piętra i razem z opiekunką idą na dłuższy spacer. Lubi rozwiązywać sudoku, „bo to gra, przy której trzeba myśleć”. I uwielbia książki. W każdym miesiącu czyta co najmniej trzy. Nic, tylko podziwiać!

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 17.09.2021

Halina Karpińska – spotkanie w setne urodziny2025-08-18T12:02:05+02:00

Edmund Zawadzki – Wspomnienia rodzinne

Edmunda Zawadzkiego opowieść o rodzinie

Moi rodzice byli wspaniałymi ludźmi

Rodzina Edmunda Zawadzkiego od kilku pokoleń mieszka w Szamotułach. Tutaj przyszli na świat jego rodzice: Edmund (1891-1945) i Cecylia z domu Rybarczyk (1907-1998). Ojciec, który zmarł w obozie koncentracyjnym, we wspomnieniach syna pojawia się jako człowiek niemal święty, a mama jako bohaterka, która dzielnie walczyła o rodzinę: najpierw o wypuszczenie męża z więzienia Gestapo, a potem o uwolnienie nastoletnich synów z więzień stalinowskich. 

Ojciec urodził się 29 września 1891 r. Po ukończeniu szkoły powszechnej kształcił się w szkole handlowo-przemysłowej, z zawodu był technikiem budowy maszyn. W czasie I wojny światowej został powołany do armii niemieckiej.

W zachowanej polskiej książeczce wojskowej znalazły się informacje o kolejnych przydziałach Edmunda Zawadzkiego, już w Wojsku Polskim. Od kwietnia 1919 r. służył w oddziale ckm w Poznaniu, w październiku otrzymał stopień oficerski. W czasie wojny polsko-bolszewickiej skierowano go do Batalionu Zapasowego we Lwowie, potem jeszcze kilkakrotnie zmieniano mu przydział do czasu, kiedy w październiku 1921 r. przeniesiono go do rezerwy.

W 1922 r. powstało w Szamotułach Towarzystwo Powstańców i Wojaków, a Edmund Zawadzki został jego pierwszym prezesem. Funkcji tej nie pełnił długo, ale jako członek stowarzyszenia brał udział we wszelkich uroczystościach patriotycznych. Był dumny z munduru polskiego oficera – jest w nim na wielu zdjęciach rodzinnych, także na fotografii ślubnej z początku 1933 r.


Edmund Zawadzki i Cecylia Rybarczyk


Edmund – senior był synem Wawrzyńca (1843-1913) i Apolonii (1852-1926) z domu Polcyn. Miał 3 braci: Bolesława, Stefana i Władysława oraz dwie siostry: Helenę i Joannę. Najbardziej znany w Szamotułach był starszy brat Edmunda – Bolesław (1883-1946), działacz wielu organizacji społecznych, m.in. przez pewien czas prezes znanego szamotulskiego chóru „Lutnia” i długoletni członek magistratu. Kilka lat Bolesław Zawadzki pełnił – społeczną wówczas – funkcję wiceburmistrza. W październiku 1930 r. po wypadku, w którym zginął burmistrz Konstanty Scholl, przejął jego obowiązki na pół roku, do czasu powołania na to stanowisko Leonarda Bartkowskiego.

Siostra Helena (1890-1964) poślubiła Leona Szulczewskiego, pochodzącego ze Swarzędza inżyniera budownictwa (1889-1970), który w 1924 r. przeniósł swoją firmę do Szamotuł – najpierw mieściła się ona przy ul. Ratuszowej, a później przy Franciszkańskiej. Zakład Szulczewskiego do II wojny światowej zrealizował wiele inwestycji w mieście, między innymi w 1926 r. przeprowadził prace adaptacyjne dawnej stajni należącej do folwarku Świdlin, którą przekształcono w Przytulisko dla Starców i Kalek (dziś Bolesława Chrobrego 8). Druga z sióstr – Joanna – wyszła za mąż za Adama Siebrechta i razem prowadzili znajdujący się na rogu ulic 3 Maja i Dworcowej hotel z restauracją o nazwie „Swoboda”.

Firma Wawrzyńca Zawadzkiego, jak wynika z Ilustrowanego kalendarza „Gazety Szamotulskiej” na rok 1931, działała od 1870 r. Po śmierci ojca przejął ją najstarszy syn Bolesław. We wspomnianym wydawnictwie określono ją jako fabrykę maszyn, powozów oraz wozów ciężarowych i rolniczych. Mieściła się ona w zabudowaniach na tyłach domu rodziny Zawadzkich, przy ul. Ratuszowej 10. Budynki te przestały istnieć dopiero niedawno, w 2019 r. 


Członkowie Rady Miasta i magistratu Szamotuł, kadencja 1926-1930. Trzeci z lewej, obok burmistrza Konstantego Scholla, siedzi Bolesław Zawadzki. Własność zdjęcia Urszula Dudzik.


Po przejściu do rezerwy Edmund zajął się bardzo podobną działalnością, jego firma mieściła się początkowo w mniejszym budynku – obok firmy brata. Na przełomie lat 20. i 30. Edmund Zawadzki wzniósł nową siedzibę zakładu. Znajdowała się ona przy ul. Dworcowej 11, wjazd usytuowany był naprzeciw meblarni, w miejscu gdzie w latach 70. stanął Dom Handlowy. Za zakładem Zawadzkiego działała inna szamotulska firma – fabryka powozów Michała Dorny. Na parterze nowego budynku Zawadzkiego mieściły się warsztaty, a na piętrze wygodne mieszkanie dla rodziny. W 1933 r. na świat przyszedł pierwszy syn – Marian (zm. 2012), w 1936 r. urodził się Edmund i w 1938 r. Bożena (później po mężu Pohl).

Żona Edmunda Zawadzkiego była od niego 16 lat młodsza. Była piękną i elegancką kobietą, wiedziała, na czym jej zależy i umiała do tego dążyć. Kiedy w marcu 1929 r. powstało w Szamotułach żeńskie gniazdo towarzystwa „Sokół”, została prezeską. Zawodowo związała się z szamotulskim Bankiem Spółdzielczym i zajmowała tam stanowisko kierownicze. Szybko zdobyta niezależność finansowa umożliwiła jej, jeszcze jako pannie, kupno domu przy Rynku (obecnie nr 36).


Siedzą: Leokadia z domu Rybarczyk Ignasiak, Józef Rybarczyk, Edmund Zawadzki. Stoją: Władysław Ignasiak, Klara z domu Trynka Rybarczyk, Władysław Rybarczyk, Maria Kaniewska, Cecylia z domu Rybarczyk Zawadzka, Marta z domu Rybarczyk Kulczak, Stefan Kulczak, Edmund Kaniewski, ok. 1935 r.


Dom rodzinny Cecylii z domu Rybarczyk znajdował się na terenie szamotulskich wodociągów przy ul. Strzeleckiej (obecnie ul. Wojska Polskiego). Nic dziwnego, jej ojciec – Józef Rybarczyk (1876-1955) – najpierw był jednym z monterów zatrudnionych przez budującą wodociągi firmę Heinricha Schevena z Düsseldorfu, potem magistrat powierzył mu stanowisko ich kierownika. Z żoną – Marią z domu Hetman (1877-1958) doczekali się czworga dzieci. Najstarsi byli Władysław (1901-1991) i Marta (1902-1973, po mężu Kulczak), potem urodziła się właśnie Cecylia i najmłodsza Leokadia (1909-1995, po mężu Ignasiak).

Rybarczykowie mieszkali w budynku, gdzie dziś mieści się dyrekcja Zakładu Gospodarki Komunalnej. Do dyspozycji mieli 3 pokoje z kuchnią i pomieszczenia gospodarcze na strychu. Teren przy wieży ciśnień – co widać na wielu zdjęciach – był naturalnym miejscem spacerów rodzinnych, a w domu odbyły się wesela córek. Za maszynownią znajdowały się sad i pasieka. Józef Rybarczyk nie tylko był zapalonym pszczelarzem, należał także do Kurkowego Bractwa Strzeleckiego i Towarzystwa „Sokół”, gdzie działał w sekcji kołowników, czyli rowerowej.

Cecylia Rybarczyk (1. z prawej) z rodzicami i rodzeństwem. I komunia Władysława i Marty Rybarczyków, 1912 r.

Edmund Zawadzki (w środku) w Wojsku Polskim, ok. połowy lat 20.

Gniazdo żeńskie Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” w Szamotułach. W środku siedzi Cecylia Rybarczyk, ok. 1929 r.

Zdjęcie ślubne Cecylii z domu Rybarczyk i Edmunda Zawadzkich. Z lewej strony brat Edmunda – Bolesław, z prawej ojciec Cecylii – Józef Rybarczyk, początek 1933 r.

Cecylia Zawadzka z siostrą Martą Kulczak i jej mężem Stefanem przy wejściu do wieży ciśnień

Cecylia z domu Rybarczyk i Edmund Zawadzki oraz siostry Cecylii z mężami

Józef Rybarczyk z dziećmi i ich współmałżonkami oraz Edmundem Kaniewskim (kierownikiem elektrowni) i jego żoną Marią

Rodzina Rybarczyków. Od lewej Władysław Ignasiak, Maria z domu Hetman Rybarczyk, Cecylia i Edmund Zawadzcy, Leokadia Ignasiak, Marta Kulczak, Józef Rybarczyk

Cecylia i Edmund Zawadzcy z dziećmi: Marianem, Edmundem i Bożeną, 1939 r.

Cecylia i Edmund Zawadzcy z Józefem Rybarczykiem w Poznaniu

Odpis listu świadka śmierci Edmunda Zawadzkiego

Boże Narodzenie 1947 r. Na górze zdjęcia w środku Cecylia Zawadzka, w drugim rządzie pierwsza z lewej, obok dziadka – Bożena, na dole Marian (w środku) i Edmund (z prawej) Zawadzcy

Edmund Zawadzki w czasach szkolnych

Edmund Zawadzki (stoi) na spotkaniu energetyków, 2. poł. lat 70.

Edmund Zawadzki w obozie koncentracyjnym Bergen-Belsen, gdzie zmarł jego ojciec. 2. poł. lat 90.


Uroczystość z okazji 40-lecia pracy Edmunda Zawadzkiego w energetyce, 1998 r.

Edmund Zawadzki zawsze lubił podróżować. Z żoną Agnieszką w Egipcie, 1998 r.

Z delegacją władz Szamotuł na Polskim Cmentarzu Wojskowym w Bredzie (Holandia), 2000 r.

Z delegacją władz Szamotuł i przedstawicieli stowarzyszeń, 2003 r.



Z Janem Strycharzem i reżyserem Zbysławem Kaczmarkiem podczas realizacji filmu Nie tylko Błękitni Rycerze (cykl Zapomniane Historie, TVP 3), 2017 r.

Link do filmu https://poznan.tvp.pl/34771011/10112017


Zdjęcia rodzinne udostępnili Jan Kulczak i Edmund Zawadzki

W sierpniu 1939 r. por. Edmund Zawadzki został zmobilizowany do macierzystego 63 Pułku Piechoty, który w wojnie obronnej Polski wchodził w skład „Armii Pomorze” pod dowództwem gen. Władysława Bortnowskiego.

Udało mu się uniknąć niewoli i wrócił do Szamotuł. Zawadzcy – podobnie jak inne polskie rodziny – zostali wysiedleni ze swojego domu, a ich miejsce zajęli Niemcy; Edmundowi Zawadzkiemu odebrano też firmę. Mieszkali najpierw przy Rynku, potem w pokoju z kuchnią przy ul. Kapłańskiej. Ojciec rodziny pracował najpierw jako mechanik na stacji przewozów pocztowych, a później na kolei. Żona zatrudniona była w firmie Grundstücksgesellschaft.

Najpierw Marian Zawadzki, a potem także młodsi Edmund i Bożena uczestniczyli w tajnym nauczaniu. Najpierw przychodziła ich uczyć Wiktoria Babczyńska, przedwojenna nauczycielka Szkoły Powszechnej im. Marii Konopnickiej w Szamotułach, później lekcje prowadził Wacław Pruszkowski. Przed wojną pełnił on funkcję kierownika szkoły w Piotrkówku, a przez niemal cały okres okupacji był współpracownikiem Cecylii Zawadzkiej we wspomnianej już firmie.  

Nadszedł 1944 r. Któregoś dnia na ulicy w Poznaniu Edmunda Zawadzkiego rozpoznał jego dawny podwładny z wojska. Doniósł na niego Niemcom. Twierdził, że kiedy ich jednostka wycofywała się na początku wojny z Bydgoszczy, por. Edmund Zawadzki znęcał się nad Niemcami. Naziści mocno grali propagandowo sprawą tzw. bydgoskiej Krwawej Niedzieli, czyli wydarzeniami, do których doszło 3 września 1939 r. Podczas wycofywania Wojsko Polskie zostało ostrzelane, Polacy uznali, że zrobili to niemieccy dywersanci i bez wyroków zabito podejrzane osoby. W poczuciu silnego zagrożenia ze strony Niemców trudno było uniknąć samosądów i nie wiadomo, czy Edmund Zawadzki w jakikolwiek sposób był w te działania zaangażowany. Został aresztowany. Przesłuchiwano go na Gestapo w Poznaniu, przetrzymywany był w poznańskim Forcie VII.


Dom Żołnierza im. marszałka Józefa Piłsudskiego w Poznaniu, w czasie okupacji siedziba Gestapo. Zdjęcie z 1942 r. (źródło Fotopolska)


Próbując wydostać męża z Fortu VII, Cecylia oddała swoją biżuterię. Obiecano jej, że zostanie uwolniony, w lipcu 1944 r. Edmund został jednak wywieziony do obozu koncentracyjnego w Gross Rosen (obecnie Rogoźnica, województwo dolnośląskie), a w marcu 1945 r. – kiedy od wschodu zbliżał się front – razem z innymi więźniami trafił do obozu w Bergen-Belsen w Dolnej Saksonii. O jego dalszych losach nic nie było wiadomo aż do stycznia 1946 r.

Wtedy to Cecylia Zawadzka otrzymała list od współwięźnia Edmunda – Jana Waśkowiaka, mieszkańca Wschowy. Kiedy dowiedziała się, że przebywał i w Gross Rosen, i w Bergen-Belsen, skontaktowała się z nim. Waśkowiak pod przysięgą – jako świadek – potwierdził śmierć Edmunda Zawadzkiego. Warunki ewakuacji więźniów z Gross Rosen były straszne. Więźniowie zostali zmuszeni do 3-tygodniowego marszu, a potem przez 9 dni byli przewożeni pociągiem. W czasie marszu dostawali tylko kawałek chleba co drugi dzień, cierpieli z powodu braku wody i mrozu. Podczas transportu pociągiem do każdego wagonu strażnicy wrzucili tylko kilka brukwi. Bergen-Belsen było miejscem masowej śmierci skrajnie osłabionych więźniów. Edmund Zawadzki zachorował na tyfus plamisty i zmarł w ostatnich dniach marca1945 r., dwa tygodnie przed wyzwoleniem obozu przez wojska brytyjskie. Jego ciało zostało spalone. Czy wyzwolenie obozu uratowałoby Edmunda Zawadzkiego, nie wiadomo. Więźniowie byli w tak złym stanie, że w ciągu dwóch i pół miesiąca po oswobodzeniu i tak zmarło ich 13 000.


Dawny dom Zawadzkich (adres: Dworcowa 11), poł. lat 50. Dziś w tym miejscu znajduje się przychodnia Medkomplex  (budynek został gruntownie przebudowany i rozbudowany)


Cecylia została sama z trojgiem dzieci. Przez kilka lat prowadziła warsztaty męża, podobnie zresztą jak szwagierka Kazimiera, wdowa po zmarłym w grudniu 1946 r. Bolesławie Zawadzkim. W 1950 r. obie firmy rzemieślnicze zostały odebrane właścicielom i upaństwowione. Dawną firmę Edmunda Zawadzkiego przejął najpierw zakład technicznej obsługi rolnictwa, a następnie umieszczono tam warsztaty Zasadniczej Szkoły Metalowej. Cecylia Zawadzka rozpoczęła pracę jako księgowa w zakładach młynarskich. W 1957 r. sprzedała budynek Powiatowym Związkom Gminnych Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”, do końca życia mieszkała z córką Bożeną i jej rodziną w domu przy ul. Powstańców Wielkopolskich.

Obaj synowie: Marian w 1950 r., a Edmund pod koniec 1951 r. zaangażowali się w działalność, którą w czasach stalinowskich określano jako „próbę obalenia przemocą ustroju Państwa Polskiego”.  

W szamotulskim liceum Marian Zawadzki poznał Mieczysława Starostę, ucznia usuniętego wcześniej ze szkoły w Pniewach. Starosta razem ze Zbigniewem Najderkiem i Marianem Zawadzkim przygotowali ulotki, które rozprowadzali w szkole. Jeden z uczniów pokazał je dyrektorowi, a ten zgłosił sprawę na milicję. Chłopcy zostali aresztowani i w pokazowym wyjazdowym procesie Rejonowego Sądu Wojskowego skazani: Starosta na 1,5 roku więzienia, Najderek – na 1 rok, Zawadzki – na 8 miesięcy. Później Mariana Zawadzkiego wysłano do kopalni w Sosnowcu, gdzie odbywał obowiązkową służbę wojskową. W 1958 r.  ukończył szkołę średnią – technikum rolnicze w Szamotułach. Zatrudniony został w spółdzielni produkcyjnej w Buszewku. Był bardzo ambitny, umiał pracować po 16 godzin i stopniowo awansował. Kiedy w 1966 r. spółdzielnię przekształcono w pierwszy. w Polsce Rolniczy Kombinat Spółdzielczy (Buszewko-Dębina), Marian Zawadzki został prezesem zarządu. Był dobrym gospodarzem, jako szef dużo wymagał, ale też jego pracownicy mieli bardzo dobre zarobki. W szczytowym okresie RKS zatrudniał 2,5 tys. osób i prowadził ponad 100 sklepów w całym kraju. Marian Zawadzki w 1989 r. w wyborach do sejmu uzyskał mandat z ramienia PZPR, w kolejnych wyborach już nie startował. Wcześniej trzykrotnie był delegatem na zjazdy partii i przez kilkanaście lat zasiadał w Wojewódzkiej Radzie Narodowej.

Do sprawy z młodości Marian Zawadzki nigdy nie chciał wracać, także po roku 1990. Warto jednak dodać, że jego aresztowanie i skazanie stało się pretekstem do zwolnienia dziadka Józefa Rybarczyka ze stanowiska kierownika szamotulskich wodociągów.


Złote gody Józefa i Marii Rybarczyków, 1950 r. W środku zdjęcia siedzą jubilaci, obok ks. proboszcz Franciszek Forecki. Na górze od prawej Cecylia Zawadzka i syn Edmund, na dole wśród dzieci (trzecia z prawej) – Bożena. W uroczystości rodzinnej nie wziął udziału wnuk Marian Zawadzki, który przebywał wówczas w areszcie.


Młodszy brat Mariana – Edmund często wspomina swój udział w małej organizacji młodzieżowej „Błękitni Rycerze”, wraca pamięcią do aresztowania, jest w stanie wymienić wszystkie cele, w których był przetrzymywany. Miał zaledwie 15 lat, gdy trafił do aresztu Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w piwnicach budynku przy ul. Dzierżyńskiego 10 (dziś Szkoła Muzyczna, 3 Maja 8).

Był uczniem 10 klasy liceum, gdy udział w tajnej organizacji antykomunistycznej zaproponował mu szkolny kolega Józef Urban, pochodzący z rodziny ziemiańskiej spod Wilna, która w 1949 r. zamieszkała w Śmiłowie. Początkowo – od wiosny 1951 r. – członkowie organizacji słuchali audycji z Zachodu i w czasie rozmów w szkolnym środowisku przekazywali wiadomości innym. Po nawiązaniu kontaktu z inną tego typu organizacją w mieście – „Jutrzenką” Jana Strycharza postanowili zintensyfikować działania. Na początek chcieli wydawać i kolportować ulotki. Chłopcy kupili papier, farbę i matryce, a następnie na powielaczu własnej konstrukcji odbili 400 ulotek. Edmund Zawadzki brał udział w ich przygotowaniu, a następnie część przekazał członkom „Jutrzenki”, którzy 15 i 16 lutego 1952 r. rozrzucili je w mieście. Urząd Bezpieczeństwa natychmiast przystąpił do działania. Ponieważ od tzw. kontaktu poufnego w szkole dowiedziano się, że to Urban pytał kolegów o powielacz, zaczęto go śledzić. W niedzielę przed południem, 17 lutego, Józef Urban, Andrzej Sielecki i Edmund Zawadzki zaczęli rozrzucać ulotki na Dworcowej i Wojska Polskiego – wówczas to były ulice Generalissimusa Stalina i Bohaterów Stalingradu. Najpierw zatrzymany został Józef Urban. Edmundowi Zawadzkiemu udało się – w umówionym miejscu przy cmentarzu – przekazać tę informację Janowi Strycharzowi, wyrzucił resztę ulotek, które miał przy sobie, na schodach domu czekali już jednak na niego UB-owcy.  

Jak można było traktować takich 15-16-latków? Nie lepiej niż dorosłych! W czasie przesłuchań świecono im lampą w oczy, wykopywano stołek, aby przewrócili się nagle na podłogę, bito po głowie, ale tak, żeby nie było to widoczne. Obrzucano ich wyzwiskami, próbowano zastraszyć. Sprawę prowadził ppor. Józef Buczek. Po 3-miesięcznym śledztwie Edmund czekał na rozprawę w więzieniu na Młyńskiej w Poznaniu, a po rozprawie przeniesiono go na oddział VIII.

18 czerwca 1952 r. Wojskowy Sąd Rejonowy na rozprawie w Poznaniu skazał „Błękitnych Rycerzy”: Józefa Urbana na 3 lata więzienia, Alojzego Starostę i Stefana Antkowiaka – na 2 lata, Edmunda Zawadzkiego – na 1,5 roku i Andrzeja Sieleckiego – na rok. Z więzienia wyszli wcześniej – po amnestii w grudniu 1952 r.


Wpis w kronice szkolnej z 1950 r. dotyczył wcześniejszej organizacji młodzieżowej („Jutrzenka”), „Błękitni Rycerze” traktowani i oceniani byli jednak tak samo.


W obu sytuacjach: gdy do więzienia trafił Marian, a potem Edmund, Cecylia Zawadzka była niesamowicie dzielna. Z uporem dążyła do tego, aby przynależność do nielegalnych organizacji nie zniszczyła przyszłości synów. Kiedy Edmund odzyskał wolność, starała się, aby umożliwiono mu dalszą edukację w technikum elektromechanicznym w Poznaniu. Dyrektor szkoły chciał mieć zgodę na przyjęcie takiego „niepokornego” ucznia z samej Warszawy. Cecylii Zawadzkiej w styczniu 1953 r. udało się dostać w tej sprawie do kancelarii prezydenta Bolesława Bieruta. Stamtąd skierowano ją z synem do Centralnego Urzędu Szkolnictwa Zawodowego, gdzie po długim wypytywaniu wydano upragnioną zgodę.  

Po ukończeniu szkoły w 1956 r. Edmund Zawadzki przez dwa lata pracował w biurze projektów w Szczecinie, a potem wrócił do rodzinnego miasta. Czasy były już inne i do pracy przyjął go Edmund Kaniewski – jeszcze przedwojenny kierownik szamotulskiej elektrowni, przyjaciel dziadka Józefa Rybarczyka i ojca Edmunda. Do 1975 r. pracował na różnych stanowiskach, od 1975 r. – aż do przejścia na emeryturę w końcu 2002 r. – był dyrektorem, w trakcie pracy ukończył studia na Politechnice Poznańskiej. Wspomina, że czas jego pracy zawodowej był okresem wielkich zmian w polskiej energetyce. Kiedy zaczynał pracę w 1958 r., podstawowym środkiem lokomocji monterów był rower. Lata 50. do 70. były okresem bardzo intensywnej elektryfikacji, niemal codziennie odbywały się jakieś odbiory techniczne. Edmund Zawadzki podkreśla, że jego praca była doceniana. Za zasługi zawodowe otrzymał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, wręczony mu przez ministra podczas centralnej akademii energetycznej w Bełchatowie.  

Przez wiele lat Edmund Zawadzki działał też społecznie: od 1982 r. do 1989 był przewodniczącym miejsko-gminnej rady Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego, przez kilka lat sprawował funkcję prezesa Fundacji Niemiecko-Polskiej „Nadzieja”. Przez dwie kadencje był radnym, w latach 1994-98 pełnił funkcję przewodniczącego komisji prawa i porządku publicznego, a w latach 1998-2002 wchodził w skład Zarządu Gminy. Były to czasy, gdy burmistrzem Szamotuł był Roman Handschuh. Edmund Zawadzki jest dumny z inwestycji, które powstały wówczas w Szamotułach: gazyfikacji miasta, pływalni i al. Jana Pawła II.


Barbara z domu Kabot i Edmund Zawadzcy, 1959 r.


Wszystkie dzieci Cecylii i Edmunda Zawadzkich zawarły związki małżeńskie w odstępie kilku miesięcy 1959 r. Marian ożenił się z Bogumiłą z domu Brust, z zawodu bibliotekarką. Edmund poślubił Barbarę z domu Kabot (1936-1996), żona pracowała jako księgowa. Mieli dwie córki: Ludmiłę i Beatę. Po śmierci Barbary Edmund ożenił się ponownie z Agnieszką Zwierzyk. Dwóch córek: Lidii i Darii doczekali się Bożena i Zenon Pohlowie. Bożena Pohl pracowała jako technik budownictwa w Zakładzie Gospodarki Komunalnej i Rejonie Dróg. Zenon Pohl (1931-1993), z zawodu nauczyciel, wydał kilka tomików poetyckich. Głównym tematem jego wierszy były rodzinne Szamotuły.  

Choć potomków Edmunda i Cecylii Zawadzkich jest kilkunastu i rośnie już pokolenie praprawnuków, nazwisko tej gałęzi rodu nie przetrwa.  

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 30.06.2021

Edmund Zawadzki – Wspomnienia rodzinne2025-01-03T11:09:37+01:00

Ireny Kuczyńskiej wspomnienie o ojcu

Irena Kuczyńska o Ojcu

Tekst o Tacie powstał z okruchów wspomnień i odruchu serca

W tym roku mija 13. rocznica śmierci mojego Taty. Gdyby żył, miałby 110 lat. Może w jego losach odnajdziecie skrawki losów Waszych Ojców, Dziadków i Pradziadków?

Zdawało mi się, że będzie żył zawsze. Kiedy 30 czerwca 2008 roku moja siostra Ela zadzwoniła z wiadomością, że „Nasz tata odchodzi”, na początku nie rozumiałam i pytałam: dokąd odchodzi? Bo nic nie zapowiadało, że to już. Tata po prostu zgasł. Jego serce przestało bić. Odszedł z tego świata we własnym łóżku, w którym spał z żoną Ireną – naszą Mamą, prawie 60 lat.

Przeżył życie długie, pracowite i niełatwe. Urodził się (jeszcze pod zaborem pruskim) 12 sierpnia 1911 roku w Oberhausen, dokąd wyjechali z Wielkopolski do pracy jego rodzice a moi dziadkowie: Anna Brzozowska z Dalewa (pow. gostyński) i Michał Leśny z Wolkowa koło Śmigla. Tam się poznali i wzięli ślub.

Dwa lata później urodziła się taty siostra Wanda, a w 1914 wybuchła I wojna światowa. Ojciec taty został powołany do armii pruskiej i w 1917 roku został ranny, prawdopodobnie pod Verdun. Trafił do szpitala w Opolu. W tej sytuacji babcia z dziećmi przeniosła się bliżej Opola, pod Lubliniec, gdzie mieszkali krewni dziadka. Tu przyjechał ojciec taty ze szpitala. Tu urodził się brat Edmund.

W zapiskach, które tata po sobie pozostawił, czytam, że w końcówce wojny brakowało chleba i opału. W czasie kampanii cukrowej chodziło się na pole i zbierało buraki, z których gotowało się syrop.

Stąd dziadkowie z dziećmi przenieśli się do Strzelina, który po powstaniu II Rzeczpospolitej Polskiej, był w granicach państwa niemieckiego. W roku 1922, jak pisze tata, ,,przez zieloną granicę przechodzili do Polski”. Celnicy ulitowali się, bo dzieci były małe i żal im ich było.

Zamieszkali w rodzinnym domu babci w Dalewie, a potem – jak pisze tata – wyruszyli szukać swojego miejsca na ziemi. Dziadek zajmował się handlem węglem, zbożem, lnem.

Kiedy Michał miał 14 lat, jego rodzice osiedli na dzierżawie koło Międzychodu, gdzie akurat niszczyła drzewa sówka choinówka. Ponieważ szkołę już skończył, częściowo w Niemczech, a częściowo w Polsce, zaczął pracować przy wyrębie lasu. W latach 1933 – 35 służył w wojsku w 58 Pułku Piechoty w Poznaniu. Rok później był na ćwiczeniach wojskowych w 69 Pułku Piechoty w Gnieźnie.

W 1935 roku rodzina przeniosła się do Binina koło Ostroroga, gdzie ojciec taty prowadził wymianę mąki, skupował zboże, rozprowadzał węgiel i nawozy sztuczne. Syn mu pomagał. Jeździł do młynów w Nojewie, w Szamotułach.



W sierpniu 1939 roku był po raz kolejny na ćwiczeniach w Biedrusku pod Poznaniem. 24 sierpnia wrócił do domu, a 29 sierpnia został zmobilizowany do 69 Pułku Piechoty w Gnieźnie. „Tu nas ubrali i ruszyliśmy pieszo do Konina. To był pierwszy chrzest bojowy. Przeszliśmy do Piątku, Łowicza i Łęczycy” – pisze Michał Leśny w swoich wspomnieniach. „19 września, przechodziliśmy Bzurę po pas w wodzie na drugą stronę w Lasy Kampinoskie. Wszystko skończyło się nad torem kolejowym w Szymanowie” – czytamy we wspomnieniach. Potem tata opowiadał, że w Szymanowie w lesie, kiedy już czuli klęskę, wykopał łopatką dołek i zakopał dokumenty. Był ranny, miał ślad po kuli w plecach, ale o tym nie mówił.

Spod Szymanowa zostali zabrani przez Niemców jako jeńcy wojenni i zaprowadzeni do warsztatów kolejowych w Pruszkowie. Nazajutrz maszerowali do Żyrardowa, gdzie na ogrodzonym placu, pod gołym niebem, żyli do 29 września. „Za dach służyła brona” – pisze tata we wspomnieniach. 29 września, w św. Michała, zapakowali jeńców do wagonów kolejowych i powieźli pod Kolonię na zachodzie Niemiec. W halach wystawowych spali kilka dni, po czym ,,30 niewolników pojechało do Herren do cukrowni albo do bambrów”.

W styczniu 1940 roku polskich jeńców przewieziono do lagru w pobliżu granicy z Holandią, „gdzie nam zabrali trzewiki, wojskowe ubrania, gdzie nas odwszawili, ubrali w holenderskie dyby”. Stąd dziewięciu mężczyzn garbaty Franz Braun zabrał do gospodarstwa Fritza w Kauswailer – Esshweiler. Tata wspomina, że z nim przez całą wojnę u Fritza pracowali: Orlik, Siepa, Wachowski, Bak, Jaryga, Ring, Gmerek i Pawlik.


Takie zdjęcie przysłał rodzicom w 1940 roku z Niemiec z niewoli


Tak szczegółowo opisuję ten czas młodości mojego ojca, bo zostawił zapiski. Wiem, że życie na 600-hektarowym gospodarstwie u Fritza i Guduli było znośne. Właściciel ich nie prześladował, ale pracowali ciężko. Potem po wojnie trwała korespondencja pomiędzy tatą a synem bauera, u którego w wojnę pracował. W latach 80. nawet Franz tatę odwiedził w Ostrorogu.

Kiedy w grudniu 1941 roku brat taty Edmund zmarł (po operacji wyrostka robaczkowego) w Jędrzejowie, dokąd wysiedlono dziadków, prawdopodobnie za to, że ojciec taty należał do ,,Sokoła”, Michał jechał na pogrzeb brata. Nie zdążył. Ale mógł potem pocieszyć swoją mamę, dla której stał się całym światem.

W 1946 roku, po pobycie w obozie przejściowym na terenie Niemiec, Michał wrócił do Ostroroga, gdzie jego rodzice a moi dziadkowie, już zdążyli założyć niewielką restaurację.

Na początku Michał pomagał rodzicom. Rzucił się też od razu w wir życia towarzyskiego w Ostrorogu, gdzie zaraz po wojnie odrodził się amatorski zespół teatralny, chóry jeden świecki, drugi kościelny. Tu poznał moją mamę Irenę Ratajczakównę, o której pisałam z okazji Dnia Matki (http://regionszamotulski.pl/irena-kuczynska-o-mamie/). Występowali razem w zespole teatralnym, śpiewali w obu chórach, a 25 października 1948 roku się pobrali.


Chór św. Cecylii w Ostrorogu: pierwszy z lewej Michał Leśny, najniższa od lewej Irena z Ratajczaków Leśna – moi rodzice

Zespół teatralny – drugi od prawej stoi Michał Leśny – mój tata


Jako najstarsza z pięciorga dzieci Ireny i Michała, pamiętam tatę najmłodszego. Kiedy ja się urodziłam, miał 37 lat, ale nawet przez moment nie zazdrościłam koleżankom, które miały młodszych ojców. Bo mój ojciec był najlepszym, jakiego można było sobie wymarzyć w latach 50. czy 60., na które przypadło moje dzieciństwo. Oddany rodzinie bez reszty, wciąż modernizował dom dziadków, w którym po ślubie z mamą zamieszkali.

Umiał zrobić wszystko, za co się wziął. To on budował zabudowania gospodarcze, montował centralne ogrzewanie, wodociąg, kopał łazienkę w piwnicy, uprawiał ogród, pole, do tego pracował w Państwowym Ośrodku Maszynowym w Ostrorogu jako kierownik stolarni. Zrobił papiery najpierw czeladnicze, potem mistrzowskie.

Mam w oczach obraz taty, który po godzinie 14.45, po skończonej pracy w POM-ie, idzie z rowerem od strony firmy i ma na nim worek z trocinami, którymi paliło się latem w letniej kuchni, a w zimie w piecu od centralnego ogrzewania podpalało się nimi. Tata zawsze pachniał trocinami. Tak mi się zdawało.

Chciało mu się chodzić na spacery, robić dla nas zabawki – domki dla lalek, wózki dla lalek, wozy dla brata, a wieczorami prząść wełnę z barana, który chodził po zagrodzie. A potem razem z mamą dziergać dla nas swetry.


Rok 1959. Od lewej – Teresa (Dziunia), Irka (od I Komunii Św.), mama, tata, Kazik u mamy na kolanach Fredka, u taty Elka


Zawsze w niedzielę, po powrocie z kościoła, wychodził z nami do ogrodu, gdzie oglądaliśmy to, co aktualnie wyrosło czy dojrzało. Zawsze czekałam na te wspólne wyjścia. Kupował książki, czasopisma, zawsze po obiedzie czytał „Gazetę Poznańską”, która w naszym domu była prenumerowana od początku. Potem był dumny, że w niej pracuję. Czytał „Poznaj świat” i „Poznaj swój kraj”, „Horyzonty Techniki” i nas tym czytaniem zarażał. I zachęcał do nauki. Nie żałował pieniędzy na dzieci i ich rozwój.

Kiedyś nawet pojechał ze mną na konkurs recytatorski do Czarnkowa, bo nauczycielka nie mogła. Jaki był ze mnie dumny, kiedy dostałam na konkursie wyróżnienie. A ja byłam dumna z takiego taty. Był przystojny, ładnie ubrany i umiał z każdym rozmawiać.
Tata był wielkim społecznikiem i to w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Kiedy trzeba było zrobić nową gwiazdę do żłóbka w kościele, on był pierwszy.

Kiedy chodziliśmy do szkoły, zawsze był w komitecie rodzicielskim (on albo mama) i zawsze wspierał szkołę, kiedy było trzeba. Nigdy nie żałował swojego czasu, pracy a nawet pieniędzy dla innych.


Pierwszy z prawej  z klarnetem Michał Leśny

Z lewej w okularach


I grał. Na wszystkim. Kiedy byliśmy mali, miał zespół, który grał na zabawach. Tata grał na akordeonie, na skrzypcach i na klarnecie. W domu grał kolędy na skrzypcach. Ten talent do grania na wszystkim odziedziczył po tacie brat.

I ten klarnet pozostał najdłużej. Miał prawie 80 lat, kiedy w ostrorogskiej orkiestrze dętej grał na klarnecie w Boże Ciało na procesji, 1 maja w pochodzie oraz na innych imprezach i uroczystościach. Do partii nigdy nie należał. Miał charakter.

W latach 80., kiedy wikariuszem w Ostrorogu był ksiądz Tomasz Maćkowiak, mój tata był w komitecie budowy kaplicy na cmentarzu parafialnym. Pracował tam społecznie. I rozliczał pracę innych. Pozostały notatki z rozpiską roboczogodzin.

Mama do dziś wspomina, jak pod wieczór szła na cmentarz po tatę, a on siedział na dachu kaplicy i montował dzwoneczek. Był sam. Wszyscy już się rozeszli. I przestraszyła się. W końcu był już starszym człowiekiem.

Kiedy kaplicę święcono w 1992 roku, w Ostrorogu gościł biskup pomocniczy Archidiecezji Poznańskiej Stanisław Napierała. To on, dziękując mojemu tacie za pracę przy budowie kaplicy, mówił, że jutro wyjeżdża do Kalisza, gdzie obejmie urząd ordynariusza nowej diecezji kaliskiej.


Kaplica, której jednym z budowniczych, był mój tata


Mój tata był strażakiem, co prawda wspierającym i wspomagającym. Nie było imprezy strażackiej bez Michała Leśnego. Kiedy był już staruszkiem, odbierał w Urzędzie Wojewódzkim w Poznaniu dyplom honorowy dla najstarszego strażaka w Wielkopolsce.

Swoją pracowitość tata przekazał nam w genach. Nigdy nie siedział bezczynnie, zawsze coś robił, nawet wypoczywał czynnie, najczęściej z nami na spacerze albo nad jeziorem. Zawsze z mamą jeździli na wycieczki czy to z taty pracy, czy potem z parafii.

Będąc na emeryturze, pomagał w pracach gospodarskich najbliższym krewnym. Mając 73 lata, był z mamą i z siostrą Elżbietą w Tatrach. Spisywał wspomnienia z tego wyjazdu.

Odkąd pamiętam, tata pisał dziennik. Ot, takie zapiski: „Pogoda ładna, albo pada deszcz. Posadziliśmy w ogródku marchew i buraczki. Irka dzisiaj przyjechała. Zrobiliśmy dach na kaplicy”. Potem, rok do roku porównywał pogodę, zasiewy i wydarzenia rodzinne. Został po tacie stos kalendarzy.

A potem dzieci wyfrunęły z gniazda. Troje skończyło wyższe studia, dwie siostry mają średnie wykształcenie. Przyszły wnuki i chrzciny, pierwsze komunie, przyjazdy do babci i dziadka na wakacje. I absolutoria wnucząt. Cała dziesiątka ukończyła studia wyższe.

Świętowaliśmy jubileusze naszych rodziców, 45. rocznica ślubu, złote gody i 55. rocznica z dziećmi, wnukami i prawnukami. 90. urodziny taty były bardzo uroczyste. Ale na każde kolejne przyjeżdżaliśmy.


Złote gody 1998. W drodze do kościoła. Mama zmarła w listopadzie 2020 r.


Kiedy w latach 90. życie spłatało mi figla, znów zbliżyłam się do rodziców. Tata nigdy nie pytał, dlaczego przyjeżdżam do domu sama. Ale wszystko rozumiał. Zawsze odprowadzali mnie z mamą na rynek na przystanek autobusowy. Potem szli tylko do połowy drogi i stali i kiwali na pożegnanie.

Potem już tylko mama szła, a tato stał pod orzechem i czekał, aż mama wróci. A potem już chodziłam sama, a oni mi kiwali na pożegnanie. Wtedy jeszcze tata wychodził na ogród, gdzie siedział na specjalnie zrobionej stabilnej ławeczce. Potem już tylko na podwórko wychodził.

Często odwiedzała wujaszka Agnieszka – córka mojego kuzyna Mariana, który mieszka naprzeciwko. Wspierała rodziców siostra Elżbieta, która z nimi zamieszkała.

Aż przestał wychodzić z domu. Wiernie towarzyszyła mu nasza mama. Pamiętała o lekarstwach, o diecie, o rozmowach z mężem. A on ją szanował. Przytulony do niej, spokojnie przeszedł 30 czerwca 2008 roku na drugą stronę tęczy. Na pewno był szczęśliwy.

Pogrzeb miał piękny. Żegnała go bliższa i dalsza rodzina, sąsiedzi, znajomi, a nawet burmistrz miasta i gminy Ostroróg. Był najstarszym mieszkańcem miasteczka. Żegnaliśmy go w kaplicy, którą budował. Przy ołtarzu stanęło ośmiu księży zaprzyjaźnionych z rodziną.

Nieśli go do grobu strażacy. Spoczął z rodzicami i bratem na ostrorogskim cmentarzu. A ja, ilekroć jestem w Ostrorogu, zawsze idę na cmentarz, żeby mu szepnąć: Śpij, mój kochany Michałku. Aniołki na grobie ustawiła mu najmłodsza córka Fredka.

23.06.2021 r.


Szamotuły, 23.06.2021

Irena Kuczyńska z domu Leśna

Urodzona w Ostrorogu, absolwentka szamotulskiego liceum (1967).

Emerytowana nauczycielka języka rosyjskiego w pleszewskim liceum, dziennikarka, blogerka  http://irenakuczynska.pl/

Ireny Kuczyńskiej wspomnienie o ojcu2025-01-03T11:10:41+01:00

Karol Kaczmarek – wspomnienie

Karol Kaczmarek – życie zbyt krótkie

Karol Kaczmarek całe życie mył się w zimnej wodzie. Nie było w tym nic z radosnego morsowania, po prostu tak się nauczył w dzieciństwie, które przeżył na zesłaniu w Kazachstanie.

Urodził się 30 października 1939 r. w Pińsku, kilka tygodni po zajęciu miasta przez wojska sowieckie. Jego ojciec, Telesfor Kaczmarek, pochodził z Szamotuł, od 1933 r. pracował w Pińsku w Urzędzie Skarbowym. W połowie kwietnia 1940 r. półroczny Karol, razem z mamą Zuzanną z domu Domańską i jej siostrą Jadwigą, zostali wywiezieni do Kazachstanu.

Miesiąc wcześniej aresztowano Telesfora, który trafił do łagru. Udało mu się wydostać stamtąd we wrześniu 1941 r., po porozumieniu rządu polskiego na emigracji z rządem radzieckim. Telesfor wstąpił do Armii gen. Andersa i dzięki pomocy ambasady dowiedział się, gdzie przebywają jego najbliżsi. W momencie ewakuacji polskiego wojska z ZSRR miał nadzieję, że rodzinie uda się dołączyć do grupy ponad 40 tys. polskich cywilów, która również opuszczała Związek Radziecki. Tak się jednak nie stało ‒ Stalin po wydaniu zgody na wyprowadzenie Armii Polskiej z ZSRR nie brał już pod uwagę jakiejkolwiek dalszej współpracy.


Z lewej: Zuzanna i Telesfor Kaczmarkowie na ulicach Pińska, przed 1939 r. Z prawej: Telesfor Kaczmarek w 2 Korpusie Polskim we Włoszech, 1945 r., Wenecja, przed bazyliką św. Marka

Ze wspomnieniami Telesfora Kaczmarka można się zapoznać w artykule http://regionszamotulski.pl/telesfor-kaczmarek-wiezien-lagru-i-zolnierz-armii-gen-andersa/ 


Zuzanna, Jadwiga i Karol pozostali w Kazachstanie do końca wojny. Cierpieli z powodu strasznego głodu i zimna. Kiedy w 1945 r. wracali do Polski, mróz był taki, że przewożący ich furman zamarzł w czasie jazdy. Już po przekroczeniu granicy Karol dostał od jakiejś życzliwej kobiety suchą bułkę. Przyzwyczajony do jedzenia sucharów chłopiec ogryzł skórkę dookoła i zapytał mamę, czy to w środku też się je – nigdy wcześniej nie widział zwykłej bułki. Zuzanna, Jadwiga i Karol zamieszkali w Żelechowie (pow. garwoliński), rodzinnej miejscowości Domańskich. Po powrocie do Polski w 1947 r. odnalazł ich tam Telesfor. To on zdecydował o przeniesieniu się całej rodziny do Szamotuł.


Karol Kaczmarek, koniec lat 60.


W Szamotułach urodziły się dwie siostry Karola: Małgorzata i Urszula oraz brat Stanisław. Starszy brat był dla nich zawsze wzorem i autorytetem. Karol skończył szkołę podstawową, a ponieważ swoją przyszłość zawodową wiązał z szamotulskimi młynami, zdecydował się na naukę w technikum młynarskim w Toruniu. Przez pewien czas rzeczywiście pracował w szamotulskim zakładzie. Kiedy otrzymał powołanie do wojska, wybrał szkołę podoficerską w Olsztynie, ale po tragicznej śmierci ojca w 1960 r. zrezygnował z niej i wrócił do Szamotuł. Kolejnym etapem życia zawodowego Karola Kaczmarka były zakłady młynarskie w Lęborku, tam też ożenił się i urodził mu się syn Marek. Był zawsze pogodnego usposobienia, chętnie pomagał innym.

Zginął tragicznie kilka dni przed Bożym Narodzeniem 1972 r. Razem innymi pracownikami młyna wracał z naprawy urządzeń zakładu w Trójmieście. W Gdyni-Orłowie samochód  lęborskiego młyna zatrzymała kobieta obładowana świątecznymi zakupami. Chciała, żeby podwieźć jej tobołki do Lęborka, a ona sama pojedzie pociągiem. Karol ofiarował jej własne miejsce w służbowej nysie, a sam pobiegł na pociąg. Próbował wskoczyć do pociągu, który już ruszył, niestety – dostał się pod koła.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Szamotuły, 16.04.2021

Karol Kaczmarek w Żelechowie, 1946 r.

Uroczystość z okazji I komunii św. Stanisława Kaczmarka – młodszego brata Karola, 1959 r. Karol w ostatnim rzędzie po lewej stronie.

Karol Kaczmarek z żoną Elżbietą, zdjęcie ślubne

Karol Kaczmarek z synem Markiem

Grób Karola Kaczmarka na cmentarzu w Lęborku, zdjęcie z lat 70.

Zdjęcia rodzinne udostępniła Małgorzata Hołderna (siostra Karola Kaczmarka)

Karol Kaczmarek – wspomnienie2025-08-18T21:16:59+02:00

Marian Orlik – miłośnik folkloru szamotulskiego, żołnierz, ofiara stalinizmu

Marian Orlik – ofiara stalinizmu

Kiedy rozmawia się z kimkolwiek z potomków Mariana Orlika, czuje się ich ból i zarazem wielką dumę. Pierwszy z rodziny zdał przed wojną maturę, został zawodowym oficerem, znał kilka języków, grał na wielu instrumentach. Bliscy nie wierzyli, że można człowieka, który mógłby zrobić jeszcze tyle dobrego, tak po prostu zabić. Ciała zresztą nie było…

5 marca 1953 r. umarł Stalin. Trzy miesiące wcześniej strzałem w tył głowy został zamordowany szamotulanin Marian Orlik (1916-1952) – ofiara straszliwych represji czasu stalinowskiego.

Urodziła się 9 maja 1916 r. w Szamotułach. Był synem Franciszka Orlika (1888-1959), najstarszego z kapeli braci Orlików, i Stanisławy z domu Golon (1891-1975). Marian także zafascynowany był szamotulskim folklorem, umiał grać na kilku instrumentach i ze słuchu spisywał linię melodyczną piosenek (dwa utwory dostarczył do „Śpiewnika szamotulskiego” Wincentego Kani), w czasach szkolnych wielokrotnie grał z ojcem na zabawach. W czasach stalinowskich Informacja Wojskowa, zbierająca materiały przeciwko Marianowi Orlikowi, nada mu kryptonim „Muzykant”.


Franciszek i Stanisława Orlikowie z dziećmi: Czesławem, Marianem, Ireną i Leokadią oraz Janem i Leonem Golonami (braćmi Stanisławy), ok. 1928 r.


Po maturze w szamotulskim Gimnazjum i Liceum im. ks. Piotra Skargi (1936) ukończył szkołę podchorążych w Komorowie, brał udział w wojnie obronnej 1939 r. i dostał się do niewoli. Większość czasu okupacji był przetrzymywany w oflagu w Woldenbergu (Dobiegniew).

Po uwolnieniu wrócił Szamotuł i zaczął pracę jako nauczyciel w miejscowym gimnazjum (z tym zawodem chciał wówczas związać przyszłość). Wkrótce jednak, na początku maja 1945 r., został wcielony do Wojska Polskiego. Zaczął szybko awansować, od września 1947 r. pracował w oddziale operacyjnym Sztabu Generalnego.


Marian Orlik – zdjęcie maturalne (1936 r.) i jako absolwent Szkoły Podchorążych


W 1949 r. w wojsku rozpoczęło się usuwanie niepożądanych osób (tzw. czystki). Aby tego dokonać, władze postawiły tezę istnienia spisku, którego celem miał być przewrót wojskowy i zmiana ustroju państwa. O jego stworzenie oskarżono 9 przedwojennych wojskowych, których w czasie pokazowego tzw. procesu generałów (inne nazwa: proces Tatara) w 1951 r. skazano na dożywocie lub kary długoletniego więzienia.

Konsekwencją wykrycia tego rzekomego spisku były kolejne działania wymierzone przeciwko wyższym oficerom, głównie przedwojennym wojskowym. Tak na celowniku Informacji Wojskowej znalazł się między innymi Marian Orlik, wówczas już podpułkownik.


Po aresztowaniu przez Główny Zarząd Informacji


W grudniu 1951 r. ppłk Orlik został przesunięty na stanowisko wykładowcy taktyki w Centrum Wyszkolenia Medycznego w Łodzi. Czuł się szykanowany (a później także śledzony) i 25 lutego 1952 r. złożył podanie o zwolnienie z wojska. Zanim jednak nadeszła decyzja ministra, 22 maja 1952 r., na poligonie w Biedrusku został aresztowany. Zachował się dokument planu śledztwa przeciwko Marianowi Orlikowi. W  6. punkcie można przeczytać: „Opowiedzcie o swojej wrogiej działalności, jaką prowadziliście w okresie służby w wojsku”. Najistotniejszy jest tu dopisek: „W wypadku jeśli podejrzany nie będzie chciał ujawnić swojej wrogiej działalności, na pytaniu 6. trzymać do załamania”.

Metody, jakie stosowała Informacja Wojskowa, uznawane były nawet za bardziej okrutne od  tych, którymi posługiwał się Urząd Bezpieczeństwa. Długotrwałe przesłuchiwania (20 godz. na dobę) lub konwejer (kilkudniowe nieprzerwane przesłuchania), połączone z biciem i wymyślnymi torturami powodowały, że więzień był w stanie podpisać wszystko, byle tylko skrócić mękę. Prowadzono też szantaż, że rodzinie stanie się coś złego, jeśli przesłuchiwany nie przyzna się do winy.


Plan śledztwa i protokół wykonania wyroku śmierci


Złamany w śledztwie, podobnie jak wszyscy inni, przeciwko którym Informacja Wojskowa toczyła wówczas śledztwo, Marian Orlik przyznał się do rzekomej winy. Sądy Wojskowe w tzw. procesach odpryskowych zasądzały jeszcze cięższe kary niż w samym procesie generałów – z 86 skazanych oficerów 40 wymierzono karę śmierci. Dodać tu należy, że toczyły się one przy drzwiach zamkniętych i oskarżeni nie mieli obrońców.

8 sierpnia 1952 r. Najwyższy Sąd Wojskowy skazał Mariana Orlika na karę śmierci. Według przekazów rodzinnych w czasie uroczystości dożynkowych kapela Orlików próbowała interweniować w tej sprawie u Bolesława Bieruta. Prezydent nie skorzystał jednak z prawa łaski i 3 grudnia 1953 r. w więzieniu na Rakowieckiej wyrok został wykonany.


Ciała Mariana Orlika i Aleksandra Kity, związane skórzanymi pasami, wrzucono do tego samego dołu


Marian Orlik, podobnie jak wielu pozbawionych życia w tamtych latach w więzieniu na Rakowieckiej, nie miał pogrzebu i grobu – jego ciało wrzucono nocą do nieoznakowanego dołu na obrzeżu Cmentarza Powązkowskiego (tzw. Łączce). Było to swego rodzaju odebranie czci, skazanie na niepamięć – dodatkowa kara dla zabitych i przede wszystkim dla ich rodzin.

Rodzina Mariana Orlika przez wiele lat nie wierzyła w tę śmierć. Po rehabilitacji skazanych, która nastąpiła w 1956 r., Orlikowie znów interweniowali u najwyższych władz. Uzyskane dokumenty wydały im się niewiarygodne, nieznane było też miejsce pochówku. Wszystko to sprawiało, że w rodzinnym domu nadal na Mariana czekano.

Szczątki Mariana Orlika odnaleziono dopiero w czasie prac ekshumacyjnych prowadzonych w latach 2012-13. W 2014 r. potomkowie otrzymali w czasie uroczystości w Belwederze notę identyfikacyjną, a w 2015 r. odbyły się państwowe uroczystości pogrzebowe z ceremoniałem wojskowym. Trumna ze szczątkami Mariana Orlika, wraz z innymi 34, umieszczona została w mauzoleum na Powązkach. W styczniu 2016 r. Marian Orlik mianowany został pośmiertnie generałem. W setną rocznicę urodzin generała w rodzinnym mieście odsłonięto poświęcony mu kamień.

Agnieszka Krygier-Łączkowska

Poniżej można się zapoznać z prezentacją poświęconą Marianowi Orlikowi. Znajduje się tam wiele zdjęć i dokumentów historycznych.


MARIAN ORLIK – PREZENTACJA


Postaci Mariana Orlika został poświęcony jeden z odcinków cyklu TVP 3 Zapomniane historie w reżyserii Zbysława Kaczmarka (2017 r.). Można go obejrzeć pod podanym poniżej linkiem.

Szamotuły, 10.03.2021

Marian Orlik w okresie nauki w Szkole Podchorążych Piechoty w Komorowie

Po powrocie z niewoli, 1945 r.

W stopniu majora, 1948 r.

Tablica w starym budynku Gimnazjum i Liceum ku czci dawnych nauczycieli i wychowanków

Nota identyfikacyjna, 2014 r,

Miejsce odnalezienia ciał Mariana Orlika i Aleksandra Kity

Wiesław i Urszula Orlikowie przy trumnie ze szczątkami ojca, Warszawa, 27.09.2015 r.

Miejsce pochówku, 27.09.2015 r.

Po odsłonięciu tablicy w Szamotułach, 9 maja 2016 r.

Marian Orlik – miłośnik folkloru szamotulskiego, żołnierz, ofiara stalinizmu2025-10-05T23:06:17+02:00

Aurelia i Alfons Gawlakowie – Sprawiedliwi wśród Narodów Świata

Andrzej Niziołek

Przypadek  – o wielkopolskich Sprawiedliwych wśród Narodów Świata

Ten reportaż opowiada o jednych z wielkopolskich Sprawiedliwych wśród Narodów Świata – Aurelii i Alfonsie Gawlakach z Wrześni. Jaki jest ich związek z Szamotułami?

Historie Wielkopolan uhonorowanych przez Izrael medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata wyjątkowym tytułem otrzymywanym za uratowanie czyjegoś żydowskiego życia w czasie wojny i Holokaustu polegają właśnie na tym, że niemal nie rozgrywają się tu, w Wielkopolsce. Żydów po I wojnie światowej (nie licząc terenów, które należały do zaboru rosyjskiego) prawie już nie ma w regionie, a resztę tych, którzy Niemcy zastają tu w 1939 roku, szybko wywożą do Generalnego Gubernatorstwa. Wielkopolska jako Kraj Warty zostaje wcielona do III Rzeszy, a Żydzi w kolejnych latach są tu sprowadzani tylko jako niewolnicy, robotnicy licznych obozów pracy przymusowej, którzy zmuszani są do ciężkiej pracy i masowo podczas niej giną z wycieńczenia i głodu.

Niemcy wywożą z regionu do GG także około 250 tysięcy Polaków. Osiedlają na ich miejsce Niemców z Rosji, krajów nadbałtyckich czy Besarabii i Bukowiny. I właśnie ci wysiedleni na tereny Mazowsza, Podlasia, Świętokrzyskiego czy innych obszarów Polski, z których utworzono Generalne Gubernatorstwo, Wielkopolanie, zdarza się, że ratują Żydów, których spotykają tam na swojej drodze.

Aurelia i Alfons Gawlakowie pochodzili więc z Wrześni. Historia, którą tu opowiadam, wydarzyła się w Warszawie. A w Szamotułach po wojnie zamieszkała córka Gawlaków Ewa, do opieki nad którą w czasie wojny małżeństwo zatrudnia niejaką Helenę Zakrzewską. Pomoc domową, która wkrótce okazuje się Żydówką. I to do Szamotuł trafia medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, który w imieniu nieżyjących rodziców odbiera w 2004 roku w Yad Vashem ich córka.

Czy do któregoś z tych miejsc ta historia przynależy bardziej? Ona przynależy po prostu do ludzi.


Przypadek? Zrządzenie? Co to było?

Dziennikarz, pojechałem do Yad Vashem, by oglądać i rozmawiać. Interesował mnie leksykon Sprawiedliwi wśród Narodów Świata – jego trzecia, dwutomowa, opasła część całkowicie poświęcona Polakom, którzy ratowali Żydów. – Chce Pan zobaczyć, jak wygląda wręczanie medalu? – spytał mnie podczas rozmowy prof. Israel Gutman, szef zespołu historyków przygotowujących leksykon. – Ma Pan szczęście, za godzinę wręczamy go komuś.

Chciałem, oczywiście.

Okazało się, że medal Sprawiedliwi wśród Narodów Świata dostają Polacy.

Okazało się, że za zmarłych rodziców odbiera go ich córka.

Okazało się, że mieszka w Szamotułach. Pod Poznaniem, w którym ja mieszkam.


Ewa Bielaczyk z domu Gawlak i Hellen Motro, 14 października 2004 r. Jerozolima, Instytut Yad Vashem


Nazwa Szamotuły w Ogrodzie Pamięci – Instytut Yad Vashem

Dyplom Sprawiedliwych wśród Narodów Świata

Miejsce: Warszawa. Czas: 1943-44 rok. Mała Ewa Gawlak urodzona prawie jak Pan Jezus, 26 grudnia 1939 roku, dostaje opiekunkę. Jest nią niewysoka, czarnowłosa, o trochę pucołowatej twarzy Helena Zakrzewska. Rodzice Ewuni są zajęci, zwłaszcza ojciec – często siedzi w zakładzie, gdzieś wyjeżdża, wychodzi, znika. Mama pomaga mu w księgowości. Zakład jest elektrotechniczny. Zatrudnia kilka osób. Produkuje lampy, dobre na ten czas, więc cieszące się wzięciem, czajniki elektryczne, żelazka, lampki na choinkę… Trwa wojna. Ojciec ma dryg do interesów. Jeździ po części aż pod Kraków. Ma stałych odbiorców (sklepu nie prowadzą). Powodzi im się dobrze. Trzeba tylko nie dać się zabić.

Mama ma na imię Aurelia. Ojciec Alfons. Aurelia i Alfons Gawlakowie dali ogłoszenie w gazecie: „Potrzebna pomoc domowa” i adres: Marszałkowska 131/3.

Helena tego dnia straciła pracę. Wyszła na ulicę. Nie miała dokąd pójść. Kupiła gazetę. Pod adresem Marszałkowska 131/3 był zakład. Do mieszkania przyprowadził ją Alfons. Aurelii się spodobała. Zrównoważona, uśmiechnięta (choć i poważna), może w oczach trochę niepewności, ale kto dziś może czuć się pewnie?

Przyjęli ją.


Alfons Gawlak z córką Ewą i Aurelia Gawlak z trochę starszą Ewą


Byli z Wrześni. On rocznik 1911, ona 1913. Ojciec Reni – jak mówiono na Aurelię – był rzeźnikiem. Miał duży warsztat i czeladników. Ojciec Alfonsa z kolei – szewcem. Także miał warsztat i także czeladników. Zakłady były w podwórzach. Od ulicy były sklepy.

Alfons został architektem budowlanym. Wyjechał do Gdyni i założył firmę. Zleceń było dużo. Wrócił po Renię. Pobrali się we wrześniu 1937 roku. Przenieśli na Wybrzeże. A w 1939 roku jeszcze raz – do Grodna. Alfons otworzył tam oddział firmy. Praca była poważna – miał budować państwowe lotnisko.

Wybuchła wojna. On, podporucznik rezerwy, został zmobilizowany. Ona, w szóstym miesiącu ciąży, została ze służącą i psem w Grodnie. Jego Niemcy wzięli do niewoli. Udało mu się uciec, zanim trafił do oflagu. Jej do ich dużego, ładnego mieszkania sowiecka władza dokwaterowała ważnego oficera. Renia i Alfons okazali się przewidujący. Gdyby nie mógł wrócić, mieli się spotkać w Warszawie, w mieszkaniu znajomych. On dotarł tam przed nią. Ona sprzedała część rzeczy. Spakowała się. Wzięła służącą i najęła chłopa z wozem. Potem przewodnika. Chłodną nocą, w ósmym miesiącu ciąży, zaczęła przekraczać świeżo wytyczoną granicę. Złapali je sowieccy żołnierze. Przewodnik uciekł. One zaczęły krzyczeć, że przechodzą z tamtej, niemieckiej strony. Żeby ich nie oddawali Niemcom. Że tam źle, niedobrze, że tu mają rodzinę. Patrol był trzyosobowy. Dowódca sprawdził dokumenty (polskie, z zameldowaniem jeszcze w Gdyni). Spojrzał na jej brzuch. Potem na swoich żołnierzy. Odprowadził je kawałek i puścił.

Spróbowały znów następnej nocy. Z nowym przewodnikiem. Przeszły. Tej nocy Alfons również przeszedł zieloną granicę. W drugą stronę: do Grodna, po nią. A po kilku dniach znów, z powrotem.

Tak, jak się umówili, spotkali się u znajomych w Warszawie.

Warszawa, nieistniejąca kamienica przy ul. Marszałkowskiej 131. Za: warszawa1939.pl

Aurelia (1913-1974) i Alfons (1911-1945) Gawlakowie

Aurelia i Alfons Gawlakowie na spacerze z psem


W Sali Pamięci Instytutu Yad Vashem

Mrok, w zakamarkach i kątach nieprzenikniony. Pustka. Wysoki mur z wielkich głazów nakryty jest betonowym dachem, jak namiotem. Nad płomieniem lufcik. To znicz. Płonie tu ku pamięci milionów. Jak świętość. Na posadzce wyryte, rozrzucone dwadzieścia jeden dużych napisów. Nazw miejscowości. Obozów zagłady. W większości to polskie nazwy. Tylko jedna jest podwójna: Auschwitz-Oświęcim.

Miejsce jest posępne. Nazywa się Salą Pamięci. To serce Yad Vashem. Jak świątynia. Żeby doń wejść, trzeba nakryć głowę. Każdy kamień tu mówi, każdy napis krzyczy. Płomień spala niepamięć. Panuje milczenie.

Tylko jedna rzecz przerywa to milczenie. Uroczystość wręczenia medalu Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Za ocalenie życia. Tu zaczyna się każda z nich. Ktoś przemawia. Śpiewa kantor. Ewa Bielaczyk z domu Gawlak dotyka gałki i płomień strzela w górę. Ci, którzy przyszli na uroczystość, patrzą z daleka.

Powinni tu być Aurelia i Alfons Gawlakowie, zwykli, najnormalniejsi ludzie. To dla nich jest ta uroczystość. Ale oboje dawno nie żyją.

Teraz trzeba pamiętać i o nich.

Sprzątała, gotowała, zajmowała się Ewunią. Dziewczynka lubiła spacery. Helena Zakrzewska nie lubiła wychodzić, ale z nią szła chętnie. Chodziły razem do Ogrodu Saskiego. Ewa zapamiętała, że przed wyjściem opiekunka zakładała opaskę na głowę. Zawsze. Opaska odsłaniała twarz, utrzymując z tyłu jej długie czarne włosy i zasłaniała uszy. Coś nie tak było z uszami? Wyglądała bardziej aryjsko?

Z domu nazywała się Ola Rotzach. Ola Schary – po mężu. Byli w getcie: oni, rodzice, rodzeństwo. Z mężem zaręczyli się przed wojną. Pobrali w jej pierwszych miesiącach, kiedy jeszcze nie było muru. W marcu 1943 roku mąż pomógł Oli przedostać się na aryjską stronę. Kupiła lewe papiery. Dobre, prawdziwe – po zmarłej Helenie Zakrzewskiej, katoliczce, pomocy domowej. Zawód też był dobry.

Pierwsza zginęła mama. Jesienią 1942 roku została zabrana z ulicy na Umslagplatz. Bydlęcy wagon zawiózł ją do Treblinki. Ojciec zginął w getcie, podczas likwidacji powstania. Mąż za Olą przeszedł do polskiej części Warszawy. Nie miał aryjskiego wyglądu, musiał się ukrywać. Ktoś go wydał. Został schwytany i zamordowany.

Była warszawianką. Urodziła się w 1914 roku w dobrej, dość zamożnej rodzinie. Nie kaleczyła języka, bo w domu mówili po polsku, ale modlitw nie znała. Zdradzały ją szczegóły. Ona, pomoc domowa, podczas rysowania z Ewą mówiła: peacock blue, orange. Przed Bożym Narodzeniem Ewunia zaczęła ją prosić, by pośpiewała jej kolędy. Nie umiała. Dziewczynka zaczęła dopytywać: – Dlaczego nie chcesz mi śpiewać? No, dlaczego, powiedz? Nauczyła się modlitw, ale do kościoła chodzić nie lubiła. Nie była pewna swego zachowania. Bała się błędów, które ją zdradzą. W niedzielne poranki wychodziła z mieszkania z książeczką do nabożeństwa w ręce. Na schodach chowała ją do torebki, za rogiem zmieniała trasę. Spacerowała przez godzinę. – Helenko, co dziś ksiądz mówił na kazaniu? – pytała ją nieraz pani Gawlak. Miała przygotowaną odpowiedź. Na szczęście gospodyni, zdawało jej się, słuchała jednym uchem.

Miała trochę szczęścia. Pierwsza rodzina, do której się najęła, szybko się domyśliła. Pomoc domowa, a nie wie, jak się obiera i gotuje ziemniaki? Jak zrobić naleśniki? Za często stawała w oknie kuchni. Widać było z niego płonące getto. Pierwsza rodzina powiedziała jej, że ją zwalnia. – Dlaczego? – spytała. – Jest wojna, Helenko – usłyszała.


Powstanie warszawskie, chwila spokoju. Piwnica budynku. Na leżaku Helena Zakrzewska – Ola Schary


Jak ona, taka ostrożna, uwierzyła w te plotki? Wiosną, a może już latem, 1944 roku nagle ludzie zaczęli gadać, że wkrótce do Warszawy wejdą Rosjanie. Może niezbędna była jej ta wiara? Może potrzebowała, żeby ktoś wiedział? Nie wytrzymała. Powiedziała. Powiedziała Gawlakom, że jest Żydówką. – Domyślałam się – usłyszała od Aurelii. – Nie spałam wiele nocy, zastanawiając się, co mam z tobą zrobić.

Rosjanie nie weszli. Przyszli Niemcy. Któregoś dnia wpadli do kamienicy. Ich buciory załomotały po schodach. Szli po kogoś. Renia zamarła, przysiadła na krześle. Ola przy piecu. Spojrzała na Ewunię, która dalej bawiła się lalką, choć nagle ucichła… Nie, nie tu. Po sąsiada.

W lipcu pojechali do Świdra. Mieli tam mały letniskowy domek. Dorosła Ewa niczego nie pamięta. Wszystko mówią jej zdjęcia. Czarno-białe i jedno kolorowe. Jest na nich las, łąka, słońce, leżak. Ona, rodzice, Helenka, jakieś koleżanki. Wojny nie ma. Jest szczęście. Najwięcej go na tym kolorowym. Mama i tatuś w strojach kąpielowych, mama trzyma ją na rękach. Ewa wygłupia się, wygina głowę. Śmieją się.

Wybuchło powstanie. Zakład przestał działać. Renia z Heleną cieszyły się, ale martwiły, co z nimi będzie. Alfons poszedł walczyć… Tak mówiła mama, ale Ewa pamięta, że codziennie wychodził i wracał do domu. Może pomagał?

Kiedy zaczynało się bombardowanie, schodziły do piwnicy. Coraz częściej. Sąsiedzi nie wiedzieli, kim jest Helena. Po co kusić los? Podczas któregoś nalotu bomba trafiła w przód kamienicy. Waląca się ściana zasypała wyjście. Ewa zapamiętała huk, pył, krzyk, swój płacz, ciemność. I to, że uratował je tata. Zbiegli się mężczyźni, ludzie z okolicy. Wśród nich Alfons. Wejścia nie było, chyba że z piwnic sąsiednich domów. Przebili ścianę.



Aurelia i Alfons Gawlakowie z Ewą

Ewunia Gawlak – na głowie ma już modny lok (jak mama)

Miejsce spacerów Heleny z Ewą. Warszawa, Ogród Saski, 1943 r. Źródło: Fotopolska

Powstanie warszawskie, w piwnicy budynku. Na leżaku Aurelia Gawlak

Przemawia dyrektor Instytutu Yad Vashem

Ewa Bielaczyk i Hellen Motro

Jacek, Adam, Anna i Tadeusz Bielaczykowie

Przemawia Tadeusz Bielaczyk

Światło jest inne. Czyste, intensywne, wszechobecne. Jest w nim wiele życia. Otwiera świat, inaczej niż ludzie, którzy często się zamykają.

Światło Jerozolimy. Żółte, nasączone nim skały, z których także zbudowane jest miasto. Rdzawa, wypłowiała ziemia. I drzewa oliwne. Na Górze Oliwnej albo tu, na Wzgórzu Pamięci, wznoszącym się pośród dużego kompleksu Lasu Jerozolimskiego. Kilkanaście tysięcy drzew, zasadzonych pojedynczo, drzewko po drzewku, przez tych, którzy uratowali w czasie wojny choć jedno życie, choć jednego Żyda. To tutaj jest Instytut Pamięci Narodowej Yad Vashem. To nazwa biblijna, z Księgi Izajasza (56,5). Znaczy: Miejsce i Imię. Lub też: Pomnik i Pamięć.

Najstarsze oliwki mają pięćdziesiąt lat. Najmłodsze około dziesięciu. Są wszędzie – wzdłuż alei, ścieżek, zajmują całe zbocza. Żyją za tych, których zamordowano i za tych, którzy przeżyli, ale też już nie żyją. Od pewnego czasu nie sadzi się już nowych. Nie ma miejsca. Na granicy oliwek i lasu powstał Ogród Sprawiedliwych. Na zboczu wzgórza, wśród sosen, pną się tarasy. Na kamiennych tablicach wypisuje się kolejne nazwiska kolejnych Sprawiedliwych. W sumie jest ich już około 21 tysięcy. Polaków – około 6,6 tys.

To tam kończy się uroczystość.



Ewa Bielaczyk po odsłonięciu napisu na „Gawlak Alfons & Aurelia”. Obok Hellen Motro i przedstawiciel ambasady RP w Izraelu


Ewunia Gawlak lubiła się śmiać. Ewie Bielaczyk łzy same napływają do oczu. Kiedy w imieniu rodziców odbiera medal i dyplom. Kiedy z kamiennej ściany zdejmuje kawałek czarnego materiału, który odsłania czarne litery. Aurelia & Alfons Gawlak. Tak ich nazwisko pozostanie wyryte na kamiennej ścianie w dalekim mieście, w którym zmarł Pan Jezus.

To dobre łzy. Radosne. Dobre gesty. Obejmują się i ściskają: córka tych, którzy pomogli Oli i córka Oli, która po 60 latach zaczęła szukać Ewy. Przez chwilę czują się, jakby były dwiema siostrami, które w końcu się odnalazły. A mogło tego nie być.

– Szczerze mówiąc, nie wierzyłam w powodzenie tej misji – przyznaje Hellen Motro, córka Oli Schary.


Ewa nie pamięta ojca. Gdyby nie zdjęcia, nie wiedziałaby, jak wyglądał. Nie pamięta spacerów do Ogrodu Saskiego. Rysowania, kolęd, zabaw. Twarzy Helenki, choć gdy się rozstały, długo pytała, gdzie ona jest. Zdjęcia, na których z nimi została, ocalały przypadkiem. Po wojnie Renia wróciła do Warszawy. Chciała uratować coś z rzeczy. W gruzach był tylko album. Fotografie ze Świdra, z powstania, z zakładu…

Najbardziej pamięta ciepłą dłoń Helenki. I ciepłą dłoń mamy trzymającej ją za drugą rączkę. Wychodziły ze zniszczonej Warszawy w tłumie zmęczonych, sponiewieranych ludzi. Powstanie upadło. To był koniec. Prowadzili ich do Pruszkowa.

Zanim do niego doszły, ostatni raz widziały Alfonsa. Niemcy ich rozdzielili. On był z mężczyznami. Obraz w pamięci Ewy jest niewyraźny. Niewytłumaczalny, ale dziecięco prawdziwy. Jakaś stacja kolejowa. Są tam z matką i Heleną. Wjeżdżają bydlęce wagony. Wychodzą z nich mężczyźni. Jednym z nich jest tatuś. Zbiera kilka cegieł, robi ognisko. Gotują zupę. Jest na chwilę. Potem żołnierze znów go zabierają. Znika. Na zawsze.

W obozie w Pruszkowie są w tłumie ludzi, w fabrycznej hali. Helena choruje. Dostaje wysokiej gorączki. Trafia do obozowego lazaretu. Kiedy z niego wychodzi, muszą się rozstać. Niemcy systematycznie opróżniają obóz. Kobiety z dziećmi idą na prawo, samotne kobiety na lewo. Aurelia i Helena-Ola żegnają się. Życzą sobie, żeby przeżyły. Dziękują. Renia wyjmuje z kieszeni płaszcza zwitek banknotów. Trzy tysiące złotych. – Weź – mówi. – Żebyś coś miała.

Potem jest tułaczka. Parę miesięcy czekania na koniec wojny. Tłum kobiet z dziećmi Niemcy wożą całą noc w otwartych węglowych wagonach. Puszczają w Otwocku. Renię z Ewą mogą iść, gdzie chcą. Zaczyna się mroźna zima. Jadą do Piotrkowa Trybunalskiego, do kuzynostwa ojca. Niemcy uciekają, czym się da. To ich koniec. Wkracza Czerwona Armia.


Ola Schary, 2004 r.


Gdzieś podobnie przeżywa tę chwilę Ola. Gdzie? Co robi? Dziewięćdziesięcioletnia staruszka mieszkająca w pięknie położonym domu opieki w Herzliji pod Tel Avivem, tego nie powie. Traci pamięć. Jak w dzieciństwie rozmawia ze światem głównie po polsku. Kim jest ta starsza, serdecznie uśmiechnięta kobieta, która odwiedza ją w październiku 2004 roku? Hellen uprzedziła matkę, że będzie gość z Polski. Ola myli Ewę z panią Gawlak. Imienia Aurelia nie pamięta. Tak, rozumiem, Ewa. Ewunia…

Zmienia temat.


Alfons Gawlak w czasie powstania warszawskiego

Grupa wypędzonej z Warszawy ludności cywilnej po przybyciu na teren obozu przejściowego w Pruszkowie. W tle największa obozowa hala (nr 5), w której przeprowadzano selekcję nowo przybyłej ludności. Za: dulag121.pl

Transport wysiedlonych w otwartych wagonach (węglarkach). Za: dulag121.pl

Dokument dotyczący śmierci Alfonsa Gawlaka

Cmentarz we Frankfurcie, kwatera zmarłych i zabitych w zakładach Adlera

Tablica z cytowanym w artykule napisem

Ewa Bielaczyk na cmentarzu we Frankfurcie, rok po odnalezieniu grobu Alfonsa przez jego wnuków

Po wojnie Ola znalazła się w Sopocie. Szukają jej brat i siostra. Brat jest w Ameryce, siostra w Kanadzie. Chcą, by do nich przyjechała. Waha się. Boi się. W końcu jedzie. Życie się stabilizuje. Wychodzi drugi raz za mąż. Mieszka w Nowym Jorku. Rodzi córkę. Daje jej imię Hellen. (Czy po Helenie Zakrzewskiej, którą była?) Mąż umiera. Hellen kończy studia prawnicze. Wychodzi za Izraelczyka i w 1987 roku przeprowadzają się do Izraela. Do nadmorskiej miejscowości Herzliya pod Tel Avivem. Ola jedzie z nimi. Hellen wykłada prawo na uniwersytecie w Tel Avivie. Trochę para się dziennikarstwem. Mąż, Michael, jest kardiochirurgiem.

Renia wraca do Wrześni. Też ma drugiego męża. Wraz z nim bierze sobie na wychowanie trójkę jego dzieci: czteroletnie, dwuletnie i ośmiomiesięczne. Apolinary Wiliński – tak się nazywa – czeka na odpowiedź Reni długo. Znają się sprzed wojny. Aurelia i Alfons skojarzyli go z jego żoną. Żona umarła nagle, przy trzecim porodzie. Renia boi się tego ciężaru. Ma innych adoratorów. Wreszcie Apolinary idzie do dziesięcioletniej Ewy i oświadcza się jej o mamę. Zostaje przyjęty. Są dobrą rodziną. Jedną, mocną. Ojczym to ojciec. Ewa jest starszą siostrą swoich braci i siostry.

Ewa Gawlak w 1960 roku wyszła za mąż. Została szkolną bibliotekarką. Mąż, Tadeusz Bielaczyk, jest inżynierem rolnikiem. Pracuje w instytutach i szkołach rolniczych. Uczy, jest inspektorem, dyrektoruje. Przenosi się z miejsca na miejsce. Sielinek, Nowy Tomyśl, Szamotuły… Rodzi im się Adam, potem Jacek, potem Ania. Wychowują dzieci. Żyją spokojnie. Tak, jak można w PRL.

Aurelia została we Wrześni. W 1974 roku zabrali ją na wspólne wakacje nad morze. Ewa pamięta, że była w świetnej formie. Zmarła dzień po powrocie, w czasie snu.

Alfons został we Frankfurcie nad Menem. Z Warszawy trafił do Dachau. Zabrali go z innymi więźniami do baukomando. Odgruzowywali niszczony przez bombardowania Frankfurt. Umiera 5 marca 1945 roku, tuż przed wejściem aliantów. „Na gruźlicę kości” – napisze poszukującej go Reni Czerwony Krzyż. Ewa w to nie wierzy. Ojciec był zdrowy. Silny. Może więźniowie zostali rozstrzelani?


Jacek i Adam Bielaczykowie na cmentarzu we Frankfurcie, 2002 r. Znicze i kwiaty stoją przy nazwisku dziadka Alfonsa.


W długi majowy weekend 2002 roku synowie Ewy Bielaczyk: Adam i Jacek, razem z żoną Jacka, pojechali do przyjaciółki w Niemczech. Mieszkała niedaleko Frankfurtu nad Menem. Ciągle padało. Pamiętali, że we Frankfurcie umarł dziadek. Zadzwonili do domu. Ewa odszukała pożółkły dokument Czerwonego Krzyża z 1945 roku. Alfonsa pochowano – podawało pismo – na cmentarzu przy Kleyerstrasse 17.

Nekropolia ogromna, większa od Powązek. Nie mieli szans. Z nieba lały się strugi wody. Poza tym tyle lat minęło. W zamkniętym już cmentarnym biurze ktoś jeszcze był. Zastukali w okno. Urzędnik podał im wydruk z mapką i zaznaczoną kwaterą. – Tam – usłyszeli – jest zbiorowy grób Polaków z czasu wojny.

Rzeczywiście był. Dwa duże kwadraty zieleni obwiedzione chodnikami z czerwonych cegieł, pośrodku kamień. Napis głosił, że leży tu 528 osób zmarłych między sierpniem 1944 a marcem 1945 roku w zakładach Adlera. Zakłady Adlera były filią obozu koncentracyjnego w Natzweiler. „Wyniszczyła je praca, roboty przymusowe, zmarły z głodu, wycieńczenia, w wyniku nie leczonych chorób, zachłostano je na śmierć, zginęły w centrum Frankfurtu”. Tablicy z nazwiskami nie było. Może to tu, może nie. Szukać dalej nie było sensu. Mieli kwiaty i znicze. Przestało padać. Na chwilę zaświeciło słońce. Stawiając znicz, Adam odgarnął dłonią wodę z chodnika. W cegle coś było wyciśnięte. Jakieś słowa. Odgarnął jeszcze raz. Przeczytał… „Alfons Gawlak”…

Na cegłach były nazwiska tych, którzy zginęli. Przypadkiem trafił.


Dlaczego nie szukała Aurelii i Alfonsa? Dlaczego przez dziesiątki lat nie czuła potrzeby odnalezienia ich i podziękowania? Ola nie wie. Pomogli jej w decydującym momencie. Dali szansę na życie. Wykorzystała ją. Dlaczego więc milczała?

I dlaczego Renia nigdy nie wspominała „Helenki”? – Nie miałem pojęcia, że kobieta, która robiła najlepszy na świecie placek z jabłkami, była bohaterką – powie podczas uroczystości w Yad Vashem jej wnuk Adam. – Nie miałem pojęcia, że jej losy połączone są z losami pewnej żydowskiej młodej kobiety, która opiekowała się moją mamą.

Dlaczego? Może dlatego, że obie uważały tak samo: to nie było nic nadzwyczajnego. Mimo wielkiego ryzyka. Mimo jego świadomości. Mimo że była Ewa. Ktoś potrzebował pomocy. Ktoś pomógł. Po ludzku. Po prostu?

1 listopada 2003 roku Ewa była na grobie mamy we Wrześni. Wróciła do domu, zadzwonił telefon. To była przyjaciółka z podstawówki. Nie widziały się czterdzieści lat. Szukała jej pół roku. Powiedziała że przyjeżdża do Szamotuł. Że ma dla Ewy gazetę. Że szuka jej pewna Żydówka z Izraela. Że chce dać jej rodzicom medal. Że…

Przed śmiercią robi się rachunki. 88-letnia Ola poczuła żal, że nie odwdzięczyła się. Powiedziała o tym córce.

Gdzie, jak szukać? Tylko Ewa mogła jeszcze żyć. Prawdopodobnie zmieniła nazwisko. Jakie są szanse? Jak 1 do 38 000 000? Hellen napisała tekst. Dla mamy. I w imieniu mamy. Poszukała polskiej gazety, masowej i popularnej. Wybrała „Super Ekspres”. Wysłała list z prośbą. Dołączyła artykuł i zdjęcie ze Świdra, na którym obok Oli widać głowę dziewczynki, którą się opiekowała. Tekst ukazały się w długi majowy weekend 2003 roku.

W ten weekend, gdy gazeta poszukiwała ją i jej rodziców, Ewa Bielaczyk była w drodze do Frankfurtu nad Menem. Po raz pierwszy w życiu jechała na grób swego ojca.

Do niej też wracał czas sprzed 60 lat.

A „Super Ekspresu” i tak by nie kupiła. Nie czyta go.


Potomkowie Aurelii i Alfonsa Gawlaków oraz Oli Schary


Kiedy Ewa Bielaczyk odbierała w Yad Vashem medal dla rodziców – Sprawiedliwych wśród Narodów Świata – był tam Józio, brat Oli, który przeżył wojnę w obozie pracy w Rosji. Był Michael, mąż Hellen, którego matka uciekła z Berlina. Była siostrzenica Oli Barbara, której rodzice uciekli przez Japonię do Ameryki. Była Lidia, która jako dziecko została przewieziona przez Teheran do Palestyny. Były trzy wnuczki Oli.

Cała jej najbliższa rodzina.

W archiwum Yad Vashem jest ponad trzy miliony stron świadectw Zagłady, opisanych przez jej ofiary. Przez tych, którzy ocaleli.

Ta historia jest jedną z nich. Zwykłą historią. Jedną z milionów, których nikt nie opisze. Nie wiedziałem, że ją napotkam.

Wszystko to przypadek? Nic więcej?

Przypadkiem Adam odnalazł grób dziadka, a Ola zapragnęła odnaleźć Aurelię i Alfonsa? Przypadkiem, kiedy Ewa jechała na grób ojca, Hellen zaczęła jej szukać? Przypadkiem w majowy weekend 2004 roku, gdy Ewa miała operację, Hellen – nic nie wiedząc o jej chorobie – wysłała maile, w którym chce, aby medal dla Aurelii i Alfonsa odebrała w Yad Vashem, a nie w warszawskiej ambasadzie?

Przypadkiem pojechałem do Yad Vashem właśnie tego dnia?

Tak, przypadkiem.

Czym jest przypadek?


Tekst ukazał się w styczniu 2005 roku w miesięczniku „W Drodze”.
Zamieszczony został również na portalu http://chaim-zycie.pl/

Szamotuły, 07.01.2021

Przy grobie Aurelii Wilińskiej (primo voto Gawlak), 2003 r.

Medal Sprawiedliwi wśród Narodów Świata

Rodzina Bielaczyków po uroczystości w Yad Vashem: Adam, Anna, Tadeusz (zm. 2006), Ewa i Jacek


Zdjęcia rodzinne udostępniła Anna Bielaczyk

Aurelia i Alfons Gawlakowie – Sprawiedliwi wśród Narodów Świata2025-01-03T11:14:27+01:00
Go to Top