Andrzej Niziołek

Przypadek  – o wielkopolskich Sprawiedliwych wśród Narodów Świata

Ten reportaż opowiada o jednych z wielkopolskich Sprawiedliwych wśród Narodów Świata –Aurelii i Alfonsie Gawlakach z Wrześni. Jaki jest ich związek z Szamotułami?

Historie Wielkopolan uhonorowanych przez Izrael medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata wyjątkowym tytułem otrzymywanym za uratowanie czyjegoś żydowskiego życia w czasie wojny i Holokaustu polegają właśnie na tym, że niemal nie rozgrywają się tu, w Wielkopolsce. Żydów po I wojnie światowej (nie licząc terenów, które należały do zaboru rosyjskiego) prawie już nie ma w regionie, a resztę tych, którzy Niemcy zastają tu w 1939 roku, szybko wywożą do Generalnego Gubernatorstwa. Wielkopolska jako Kraj Warty zostaje wcielona do III Rzeszy, a Żydzi w kolejnych latach są tu sprowadzani tylko jako niewolnicy, robotnicy licznych obozów pracy przymusowej, którzy zmuszani są do ciężkiej pracy i masowo podczas niej giną z wycieńczenia i głodu.

Niemcy wywożą z regionu do GG także około 250 tysięcy Polaków. Osiedlają na ich miejsce Niemców z Rosji, krajów nadbałtyckich czy Besarabii i Bukowiny. I właśnie ci wysiedleni na tereny Mazowsza, Podlasia, Świętokrzyskiego czy innych obszarów Polski, z których utworzono Generalne Gubernatorstwo, Wielkopolanie, zdarza się, że ratują Żydów, których spotykają tam na swojej drodze.

Aurelia i Alfons Gawlakowie pochodzili więc z Wrześni. Historia, którą tu opowiadam, wydarzyła się w Warszawie. A w Szamotułach po wojnie zamieszkała córka Gawlaków Ewa, do opieki nad którą w czasie wojny małżeństwo zatrudnia niejaką Helenę Zakrzewską. Pomoc domową, która wkrótce okazuje się Żydówką. I to do Szamotuł trafia medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, który w imieniu nieżyjących rodziców odbiera w 2004 roku w Yad Vashem ich córka.

Czy do któregoś z tych miejsc ta historia przynależy bardziej? Ona przynależy po prostu do ludzi.


Przypadek? Zrządzenie? Co to było?

Dziennikarz, pojechałem do Yad Vashem, by oglądać i rozmawiać. Interesował mnie leksykon Sprawiedliwi wśród Narodów Świata – jego trzecia, dwutomowa, opasła część całkowicie poświęcona Polakom, którzy ratowali Żydów. – Chce Pan zobaczyć, jak wygląda wręczanie medalu? – spytał mnie podczas rozmowy prof. Israel Gutman, szef zespołu historyków przygotowujących leksykon. – Ma Pan szczęście, za godzinę wręczamy go komuś.

Chciałem, oczywiście.

Okazało się, że medal Sprawiedliwi wśród Narodów Świata dostają Polacy.

Okazało się, że za zmarłych rodziców odbiera go ich córka.

Okazało się, że mieszka w Szamotułach. Pod Poznaniem, w którym ja mieszkam.


Ewa Bielaczyk z domu Gawlak i Hellen Motro, 14 października 2004 r. Jerozolima, Instytut Yad Vashem


Nazwa Szamotuły w Ogrodzie Pamięci – Instytut Yad Vashem

Dyplom Sprawiedliwych wśród Narodów Świata

Miejsce: Warszawa. Czas: 1943-44 rok. Mała Ewa Gawlak urodzona prawie jak Pan Jezus, 26 grudnia 1939 roku, dostaje opiekunkę. Jest nią niewysoka, czarnowłosa, o trochę pucołowatej twarzy Helena Zakrzewska. Rodzice Ewuni są zajęci, zwłaszcza ojciec – często siedzi w zakładzie, gdzieś wyjeżdża, wychodzi, znika. Mama pomaga mu w księgowości. Zakład jest elektrotechniczny. Zatrudnia kilka osób. Produkuje lampy, dobre na ten czas, więc cieszące się wzięciem, czajniki elektryczne, żelazka, lampki na choinkę… Trwa wojna. Ojciec ma dryg do interesów. Jeździ po części aż pod Kraków. Ma stałych odbiorców (sklepu nie prowadzą). Powodzi im się dobrze. Trzeba tylko nie dać się zabić.

Mama ma na imię Aurelia. Ojciec Alfons. Aurelia i Alfons Gawlakowie dali ogłoszenie w gazecie: „Potrzebna pomoc domowa” i adres: Marszałkowska 131/3.

Helena tego dnia straciła pracę. Wyszła na ulicę. Nie miała dokąd pójść. Kupiła gazetę. Pod adresem Marszałkowska 131/3 był zakład. Do mieszkania przyprowadził ją Alfons. Aurelii się spodobała. Zrównoważona, uśmiechnięta (choć i poważna), może w oczach trochę niepewności, ale kto dziś może czuć się pewnie?

Przyjęli ją.


Alfons Gawlak z córką Ewą i Aurelia Gawlak z trochę starszą Ewą


Byli z Wrześni. On rocznik 1911, ona 1913. Ojciec Reni – jak mówiono na Aurelię – był rzeźnikiem. Miał duży warsztat i czeladników. Ojciec Alfonsa z kolei – szewcem. Także miał warsztat i także czeladników. Zakłady były w podwórzach. Od ulicy były sklepy.

Alfons został architektem budowlanym. Wyjechał do Gdyni i założył firmę. Zleceń było dużo. Wrócił po Renię. Pobrali się we wrześniu 1937 roku. Przenieśli na Wybrzeże. A w 1939 roku jeszcze raz – do Grodna. Alfons otworzył tam oddział firmy. Praca była poważna – miał budować państwowe lotnisko.

Wybuchła wojna. On, podporucznik rezerwy, został zmobilizowany. Ona, w szóstym miesiącu ciąży, została ze służącą i psem w Grodnie. Jego Niemcy wzięli do niewoli. Udało mu się uciec, zanim trafił do oflagu. Jej do ich dużego, ładnego mieszkania sowiecka władza dokwaterowała ważnego oficera. Renia i Alfons okazali się przewidujący. Gdyby nie mógł wrócić, mieli się spotkać w Warszawie, w mieszkaniu znajomych. On dotarł tam przed nią. Ona sprzedała część rzeczy. Spakowała się. Wzięła służącą i najęła chłopa z wozem. Potem przewodnika. Chłodną nocą, w ósmym miesiącu ciąży, zaczęła przekraczać świeżo wytyczoną granicę. Złapali je sowieccy żołnierze. Przewodnik uciekł. One zaczęły krzyczeć, że przechodzą z tamtej, niemieckiej strony. Żeby ich nie oddawali Niemcom. Że tam źle, niedobrze, że tu mają rodzinę. Patrol był trzyosobowy. Dowódca sprawdził dokumenty (polskie, z zameldowaniem jeszcze w Gdyni). Spojrzał na jej brzuch. Potem na swoich żołnierzy. Odprowadził je kawałek i puścił.

Spróbowały znów następnej nocy. Z nowym przewodnikiem. Przeszły. Tej nocy Alfons również przeszedł zieloną granicę. W drugą stronę: do Grodna, po nią. A po kilku dniach znów, z powrotem.

Tak, jak się umówili, spotkali się u znajomych w Warszawie.

Warszawa, nieistniejąca kamienica przy ul. Marszałkowskiej 131. Za: warszawa1939.pl

Aurelia (1913-1974) i Alfons (1911-1945) Gawlakowie

Aurelia i Alfons Gawlakowie na spacerze z psem


W Sali Pamięci Instytutu Yad Vashem

Mrok, w zakamarkach i kątach nieprzenikniony. Pustka. Wysoki mur z wielkich głazów nakryty jest betonowym dachem, jak namiotem. Nad płomieniem lufcik. To znicz. Płonie tu ku pamięci milionów. Jak świętość. Na posadzce wyryte, rozrzucone dwadzieścia jeden dużych napisów. Nazw miejscowości. Obozów zagłady. W większości to polskie nazwy. Tylko jedna jest podwójna: Auschwitz-Oświęcim.

Miejsce jest posępne. Nazywa się Salą Pamięci. To serce Yad Vashem. Jak świątynia. Żeby doń wejść, trzeba nakryć głowę. Każdy kamień tu mówi, każdy napis krzyczy. Płomień spala niepamięć. Panuje milczenie.

Tylko jedna rzecz przerywa to milczenie. Uroczystość wręczenia medalu Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Za ocalenie życia. Tu zaczyna się każda z nich. Ktoś przemawia. Śpiewa kantor. Ewa Bielaczyk z domu Gawlak dotyka gałki i płomień strzela w górę. Ci, którzy przyszli na uroczystość, patrzą z daleka.

Powinni tu być Aurelia i Alfons Gawlakowie, zwykli, najnormalniejsi ludzie. To dla nich jest ta uroczystość. Ale oboje dawno nie żyją.

Teraz trzeba pamiętać i o nich.

Sprzątała, gotowała, zajmowała się Ewunią. Dziewczynka lubiła spacery. Helena Zakrzewska nie lubiła wychodzić, ale z nią szła chętnie. Chodziły razem do Ogrodu Saskiego. Ewa zapamiętała, że przed wyjściem opiekunka zakładała opaskę na głowę. Zawsze. Opaska odsłaniała twarz, utrzymując z tyłu jej długie czarne włosy i zasłaniała uszy. Coś nie tak było z uszami? Wyglądała bardziej aryjsko?

Z domu nazywała się Ola Rotzach. Ola Schary – po mężu. Byli w getcie: oni, rodzice, rodzeństwo. Z mężem zaręczyli się przed wojną. Pobrali w jej pierwszych miesiącach, kiedy jeszcze nie było muru. W marcu 1943 roku mąż pomógł Oli przedostać się na aryjską stronę. Kupiła lewe papiery. Dobre, prawdziwe – po zmarłej Helenie Zakrzewskiej, katoliczce, pomocy domowej. Zawód też był dobry.

Pierwsza zginęła mama. Jesienią 1942 roku została zabrana z ulicy na Umslagplatz. Bydlęcy wagon zawiózł ją do Treblinki. Ojciec zginął w getcie, podczas likwidacji powstania. Mąż za Olą przeszedł do polskiej części Warszawy. Nie miał aryjskiego wyglądu, musiał się ukrywać. Ktoś go wydał. Został schwytany i zamordowany.

Była warszawianką. Urodziła się w 1914 roku w dobrej, dość zamożnej rodzinie. Nie kaleczyła języka, bo w domu mówili po polsku, ale modlitw nie znała. Zdradzały ją szczegóły. Ona, pomoc domowa, podczas rysowania z Ewą mówiła: peacock blue, orange. Przed Bożym Narodzeniem Ewunia zaczęła ją prosić, by pośpiewała jej kolędy. Nie umiała. Dziewczynka zaczęła dopytywać: – Dlaczego nie chcesz mi śpiewać? No, dlaczego, powiedz? Nauczyła się modlitw, ale do kościoła chodzić nie lubiła. Nie była pewna swego zachowania. Bała się błędów, które ją zdradzą. W niedzielne poranki wychodziła z mieszkania z książeczką do nabożeństwa w ręce. Na schodach chowała ją do torebki, za rogiem zmieniała trasę. Spacerowała przez godzinę. – Helenko, co dziś ksiądz mówił na kazaniu? – pytała ją nieraz pani Gawlak. Miała przygotowaną odpowiedź. Na szczęście gospodyni, zdawało jej się, słuchała jednym uchem.

Miała trochę szczęścia. Pierwsza rodzina, do której się najęła, szybko się domyśliła. Pomoc domowa, a nie wie, jak się obiera i gotuje ziemniaki? Jak zrobić naleśniki? Za często stawała w oknie kuchni. Widać było z niego płonące getto. Pierwsza rodzina powiedziała jej, że ją zwalnia. – Dlaczego? – spytała. – Jest wojna, Helenko – usłyszała.


Powstanie warszawskie, chwila spokoju. Piwnica budynku. Na leżaku Helena Zakrzewska – Ola Schary


Jak ona, taka ostrożna, uwierzyła w te plotki? Wiosną, a może już latem, 1944 roku nagle ludzie zaczęli gadać, że wkrótce do Warszawy wejdą Rosjanie. Może niezbędna była jej ta wiara? Może potrzebowała, żeby ktoś wiedział? Nie wytrzymała. Powiedziała. Powiedziała Gawlakom, że jest Żydówką. – Domyślałam się – usłyszała od Aurelii. – Nie spałam wiele nocy, zastanawiając się, co mam z tobą zrobić.

Rosjanie nie weszli. Przyszli Niemcy. Któregoś dnia wpadli do kamienicy. Ich buciory załomotały po schodach. Szli po kogoś. Renia zamarła, przysiadła na krześle. Ola przy piecu. Spojrzała na Ewunię, która dalej bawiła się lalką, choć nagle ucichła… Nie, nie tu. Po sąsiada.

W lipcu pojechali do Świdra. Mieli tam mały letniskowy domek. Dorosła Ewa niczego nie pamięta. Wszystko mówią jej zdjęcia. Czarno-białe i jedno kolorowe. Jest na nich las, łąka, słońce, leżak. Ona, rodzice, Helenka, jakieś koleżanki. Wojny nie ma. Jest szczęście. Najwięcej go na tym kolorowym. Mama i tatuś w strojach kąpielowych, mama trzyma ją na rękach. Ewa wygłupia się, wygina głowę. Śmieją się.

Wybuchło powstanie. Zakład przestał działać. Renia z Heleną cieszyły się, ale martwiły, co z nimi będzie. Alfons poszedł walczyć… Tak mówiła mama, ale Ewa pamięta, że codziennie wychodził i wracał do domu. Może pomagał?

Kiedy zaczynało się bombardowanie, schodziły do piwnicy. Coraz częściej. Sąsiedzi nie wiedzieli, kim jest Helena. Po co kusić los? Podczas któregoś nalotu bomba trafiła w przód kamienicy. Waląca się ściana zasypała wyjście. Ewa zapamiętała huk, pył, krzyk, swój płacz, ciemność. I to, że uratował je tata. Zbiegli się mężczyźni, ludzie z okolicy. Wśród nich Alfons. Wejścia nie było, chyba że z piwnic sąsiednich domów. Przebili ścianę.



Aurelia i Alfons Gawlakowie z Ewą

Ewunia Gawlak – na głowie ma już modny lok (jak mama)

Miejsce spacerów Heleny z Ewą. Warszawa, Ogród Saski, 1943 r. Źródło: Fotopolska

Powstanie warszawskie, w piwnicy budynku. Na leżaku Aurelia Gawlak

Przemawia dyrektor Instytutu Yad Vashem

Ewa Bielaczyk i Hellen Motro

Jacek, Adam, Anna i Tadeusz Bielaczykowie

Przemawia Tadeusz Bielaczyk

Światło jest inne. Czyste, intensywne, wszechobecne. Jest w nim wiele życia. Otwiera świat, inaczej niż ludzie, którzy często się zamykają.

Światło Jerozolimy. Żółte, nasączone nim skały, z których także zbudowane jest miasto. Rdzawa, wypłowiała ziemia. I drzewa oliwne. Na Górze Oliwnej albo tu, na Wzgórzu Pamięci, wznoszącym się pośród dużego kompleksu Lasu Jerozolimskiego. Kilkanaście tysięcy drzew, zasadzonych pojedynczo, drzewko po drzewku, przez tych, którzy uratowali w czasie wojny choć jedno życie, choć jednego Żyda. To tutaj jest Instytut Pamięci Narodowej Yad Vashem. To nazwa biblijna, z Księgi Izajasza (56,5). Znaczy: Miejsce i Imię. Lub też: Pomnik i Pamięć.

Najstarsze oliwki mają pięćdziesiąt lat. Najmłodsze około dziesięciu. Są wszędzie – wzdłuż alei, ścieżek, zajmują całe zbocza. Żyją za tych, których zamordowano i za tych, którzy przeżyli, ale też już nie żyją. Od pewnego czasu nie sadzi się już nowych. Nie ma miejsca. Na granicy oliwek i lasu powstał Ogród Sprawiedliwych. Na zboczu wzgórza, wśród sosen, pną się tarasy. Na kamiennych tablicach wypisuje się kolejne nazwiska kolejnych Sprawiedliwych. W sumie jest ich już około 21 tysięcy. Polaków – około 6,6 tys.

To tam kończy się uroczystość.



Ewa Bielaczyk po odsłonięciu napisu na „Gawlak Alfons & Aurelia”. Obok Hellen Motro i przedstawiciel ambasady RP w Izraelu


Ewunia Gawlak lubiła się śmiać. Ewie Bielaczyk łzy same napływają do oczu. Kiedy w imieniu rodziców odbiera medal i dyplom. Kiedy z kamiennej ściany zdejmuje kawałek czarnego materiału, który odsłania czarne litery. Aurelia & Alfons Gawlak. Tak ich nazwisko pozostanie wyryte na kamiennej ścianie w dalekim mieście, w którym zmarł Pan Jezus.

To dobre łzy. Radosne. Dobre gesty. Obejmują się i ściskają: córka tych, którzy pomogli Oli i córka Oli, która po 60 latach zaczęła szukać Ewy. Przez chwilę czują się, jakby były dwiema siostrami, które w końcu się odnalazły. A mogło tego nie być.

– Szczerze mówiąc, nie wierzyłam w powodzenie tej misji – przyznaje Hellen Motro, córka Oli Schary.


Ewa nie pamięta ojca. Gdyby nie zdjęcia, nie wiedziałaby, jak wyglądał. Nie pamięta spacerów do Ogrodu Saskiego. Rysowania, kolęd, zabaw. Twarzy Helenki, choć gdy się rozstały, długo pytała, gdzie ona jest. Zdjęcia, na których z nimi została, ocalały przypadkiem. Po wojnie Renia wróciła do Warszawy. Chciała uratować coś z rzeczy. W gruzach był tylko album. Fotografie ze Świdra, z powstania, z zakładu…

Najbardziej pamięta ciepłą dłoń Helenki. I ciepłą dłoń mamy trzymającej ją za drugą rączkę. Wychodziły ze zniszczonej Warszawy w tłumie zmęczonych, sponiewieranych ludzi. Powstanie upadło. To był koniec. Prowadzili ich do Pruszkowa.

Zanim do niego doszły, ostatni raz widziały Alfonsa. Niemcy ich rozdzielili. On był z mężczyznami. Obraz w pamięci Ewy jest niewyraźny. Niewytłumaczalny, ale dziecięco prawdziwy. Jakaś stacja kolejowa. Są tam z matką i Heleną. Wjeżdżają bydlęce wagony. Wychodzą z nich mężczyźni. Jednym z nich jest tatuś. Zbiera kilka cegieł, robi ognisko. Gotują zupę. Jest na chwilę. Potem żołnierze znów go zabierają. Znika. Na zawsze.

W obozie w Pruszkowie są w tłumie ludzi, w fabrycznej hali. Helena choruje. Dostaje wysokiej gorączki. Trafia do obozowego lazaretu. Kiedy z niego wychodzi, muszą się rozstać. Niemcy systematycznie opróżniają obóz. Kobiety z dziećmi idą na prawo, samotne kobiety na lewo. Aurelia i Helena-Ola żegnają się. Życzą sobie, żeby przeżyły. Dziękują. Renia wyjmuje z kieszeni płaszcza zwitek banknotów. Trzy tysiące złotych. – Weź – mówi. – Żebyś coś miała.

Potem jest tułaczka. Parę miesięcy czekania na koniec wojny. Tłum kobiet z dziećmi Niemcy wożą całą noc w otwartych węglowych wagonach. Puszczają w Otwocku. Renię z Ewą mogą iść, gdzie chcą. Zaczyna się mroźna zima. Jadą do Piotrkowa Trybunalskiego, do kuzynostwa ojca. Niemcy uciekają, czym się da. To ich koniec. Wkracza Czerwona Armia.


Ola Schary, 2004 r.


Gdzieś podobnie przeżywa tę chwilę Ola. Gdzie? Co robi? Dziewięćdziesięcioletnia staruszka mieszkająca w pięknie położonym domu opieki w Herzliji pod Tel Avivem, tego nie powie. Traci pamięć. Jak w dzieciństwie rozmawia ze światem głównie po polsku. Kim jest ta starsza, serdecznie uśmiechnięta kobieta, która odwiedza ją w październiku 2004 roku? Hellen uprzedziła matkę, że będzie gość z Polski. Ola myli Ewę z panią Gawlak. Imienia Aurelia nie pamięta. Tak, rozumiem, Ewa. Ewunia…

Zmienia temat.


Alfons Gawlak w czasie powstania warszawskiego

Grupa wypędzonej z Warszawy ludności cywilnej po przybyciu na teren obozu przejściowego w Pruszkowie. W tle największa obozowa hala (nr 5), w której przeprowadzano selekcję nowo przybyłej ludności. Za: dulag121.pl

Transport wysiedlonych w otwartych wagonach (węglarkach). Za: dulag121.pl

Dokument dotyczący śmierci Alfonsa Gawlaka

Cmentarz we Frankfurcie, kwatera zmarłych i zabitych w zakładach Adlera

Tablica z cytowanym w artykule napisem

Ewa Bielaczyk na cmentarzu we Frankfurcie, rok po odnalezieniu grobu Alfonsa przez jego wnuków

Po wojnie Ola znalazła się w Sopocie. Szukają jej brat i siostra. Brat jest w Ameryce, siostra w Kanadzie. Chcą, by do nich przyjechała. Waha się. Boi się. W końcu jedzie. Życie się stabilizuje. Wychodzi drugi raz za mąż. Mieszka w Nowym Jorku. Rodzi córkę. Daje jej imię Hellen. (Czy po Helenie Zakrzewskiej, którą była?) Mąż umiera. Hellen kończy studia prawnicze. Wychodzi za Izraelczyka i w 1987 roku przeprowadzają się do Izraela. Do nadmorskiej miejscowości Herzliya pod Tel Avivem. Ola jedzie z nimi. Hellen wykłada prawo na uniwersytecie w Tel Avivie. Trochę para się dziennikarstwem. Mąż, Michael, jest kardiochirurgiem.

Renia wraca do Wrześni. Też ma drugiego męża. Wraz z nim bierze sobie na wychowanie trójkę jego dzieci: czteroletnie, dwuletnie i ośmiomiesięczne. Apolinary Wiliński – tak się nazywa – czeka na odpowiedź Reni długo. Znają się sprzed wojny. Aurelia i Alfons skojarzyli go z jego żoną. Żona umarła nagle, przy trzecim porodzie. Renia boi się tego ciężaru. Ma innych adoratorów. Wreszcie Apolinary idzie do dziesięcioletniej Ewy i oświadcza się jej o mamę. Zostaje przyjęty. Są dobrą rodziną. Jedną, mocną. Ojczym to ojciec. Ewa jest starszą siostrą swoich braci i siostry.

Ewa Gawlak w 1960 roku wyszła za mąż. Została szkolną bibliotekarką. Mąż, Tadeusz Bielaczyk, jest inżynierem rolnikiem. Pracuje w instytutach i szkołach rolniczych. Uczy, jest inspektorem, dyrektoruje. Przenosi się z miejsca na miejsce. Sielinek, Nowy Tomyśl, Szamotuły… Rodzi im się Adam, potem Jacek, potem Ania. Wychowują dzieci. Żyją spokojnie. Tak, jak można w PRL.

Aurelia została we Wrześni. W 1974 roku zabrali ją na wspólne wakacje nad morze. Ewa pamięta, że była w świetnej formie. Zmarła dzień po powrocie, w czasie snu.

Alfons został we Frankfurcie nad Menem. Z Warszawy trafił do Dachau. Zabrali go z innymi więźniami do baukomando. Odgruzowywali niszczony przez bombardowania Frankfurt. Umiera 5 marca 1945 roku, tuż przed wejściem aliantów. „Na gruźlicę kości” – napisze poszukującej go Reni Czerwony Krzyż. Ewa w to nie wierzy. Ojciec był zdrowy. Silny. Może więźniowie zostali rozstrzelani?


Jacek i Adam Bielaczykowie na cmentarzu we Frankfurcie, 2002 r. Znicze i kwiaty stoją przy nazwisku dziadka Alfonsa.


W długi majowy weekend 2002 roku synowie Ewy Bielaczyk: Adam i Jacek, razem z żoną Jacka, pojechali do przyjaciółki w Niemczech. Mieszkała niedaleko Frankfurtu nad Menem. Ciągle padało. Pamiętali, że we Frankfurcie umarł dziadek. Zadzwonili do domu. Ewa odszukała pożółkły dokument Czerwonego Krzyża z 1945 roku. Alfonsa pochowano – podawało pismo – na cmentarzu przy Kleyerstrasse 17.

Nekropolia ogromna, większa od Powązek. Nie mieli szans. Z nieba lały się strugi wody. Poza tym tyle lat minęło. W zamkniętym już cmentarnym biurze ktoś jeszcze był. Zastukali w okno. Urzędnik podał im wydruk z mapką i zaznaczoną kwaterą. – Tam – usłyszeli – jest zbiorowy grób Polaków z czasu wojny.

Rzeczywiście był. Dwa duże kwadraty zieleni obwiedzione chodnikami z czerwonych cegieł, pośrodku kamień. Napis głosił, że leży tu 528 osób zmarłych między sierpniem 1944 a marcem 1945 roku w zakładach Adlera. Zakłady Adlera były filią obozu koncentracyjnego w Natzweiler. „Wyniszczyła je praca, roboty przymusowe, zmarły z głodu, wycieńczenia, w wyniku nie leczonych chorób, zachłostano je na śmierć, zginęły w centrum Frankfurtu”. Tablicy z nazwiskami nie było. Może to tu, może nie. Szukać dalej nie było sensu. Mieli kwiaty i znicze. Przestało padać. Na chwilę zaświeciło słońce. Stawiając znicz, Adam odgarnął dłonią wodę z chodnika. W cegle coś było wyciśnięte. Jakieś słowa. Odgarnął jeszcze raz. Przeczytał… „Alfons Gawlak”…

Na cegłach były nazwiska tych, którzy zginęli. Przypadkiem trafił.


Dlaczego nie szukała Aurelii i Alfonsa? Dlaczego przez dziesiątki lat nie czuła potrzeby odnalezienia ich i podziękowania? Ola nie wie. Pomogli jej w decydującym momencie. Dali szansę na życie. Wykorzystała ją. Dlaczego więc milczała?

I dlaczego Renia nigdy nie wspominała „Helenki”? – Nie miałem pojęcia, że kobieta, która robiła najlepszy na świecie placek z jabłkami, była bohaterką – powie podczas uroczystości w Yad Vashem jej wnuk Adam. – Nie miałem pojęcia, że jej losy połączone są z losami pewnej żydowskiej młodej kobiety, która opiekowała się moją mamą.

Dlaczego? Może dlatego, że obie uważały tak samo: to nie było nic nadzwyczajnego. Mimo wielkiego ryzyka. Mimo jego świadomości. Mimo że była Ewa. Ktoś potrzebował pomocy. Ktoś pomógł. Po ludzku. Po prostu?

1 listopada 2003 roku Ewa była na grobie mamy we Wrześni. Wróciła do domu, zadzwonił telefon. To była przyjaciółka z podstawówki. Nie widziały się czterdzieści lat. Szukała jej pół roku. Powiedziała że przyjeżdża do Szamotuł. Że ma dla Ewy gazetę. Że szuka jej pewna Żydówka z Izraela. Że chce dać jej rodzicom medal. Że…

Przed śmiercią robi się rachunki. 88-letnia Ola poczuła żal, że nie odwdzięczyła się. Powiedziała o tym córce.

Gdzie, jak szukać? Tylko Ewa mogła jeszcze żyć. Prawdopodobnie zmieniła nazwisko. Jakie są szanse? Jak 1 do 38 000 000? Hellen napisała tekst. Dla mamy. I w imieniu mamy. Poszukała polskiej gazety, masowej i popularnej. Wybrała „Super Ekspres”. Wysłała list z prośbą. Dołączyła artykuł i zdjęcie ze Świdra, na którym obok Oli widać głowę dziewczynki, którą się opiekowała. Tekst ukazały się w długi majowy weekend 2003 roku.

W ten weekend, gdy gazeta poszukiwała ją i jej rodziców, Ewa Bielaczyk była w drodze do Frankfurtu nad Menem. Po raz pierwszy w życiu jechała na grób swego ojca.

Do niej też wracał czas sprzed 60 lat.

A „Super Ekspresu” i tak by nie kupiła. Nie czyta go.


Potomkowie Aurelii i Alfonsa Gawlaków oraz Oli Schary


Kiedy Ewa Bielaczyk odbierała w Yad Vashem medal dla rodziców – Sprawiedliwych wśród Narodów Świata – był tam Józio, brat Oli, który przeżył wojnę w obozie pracy w Rosji. Był Michael, mąż Hellen, którego matka uciekła z Berlina. Była siostrzenica Oli Barbara, której rodzice uciekli przez Japonię do Ameryki. Była Lidia, która jako dziecko została przewieziona przez Teheran do Palestyny. Były trzy wnuczki Oli.

Cała jej najbliższa rodzina.

W archiwum Yad Vashem jest ponad trzy miliony stron świadectw Zagłady, opisanych przez jej ofiary. Przez tych, którzy ocaleli.

Ta historia jest jedną z nich. Zwykłą historią. Jedną z milionów, których nikt nie opisze. Nie wiedziałem, że ją napotkam.

Wszystko to przypadek? Nic więcej?

Przypadkiem Adam odnalazł grób dziadka, a Ola zapragnęła odnaleźć Aurelię i Alfonsa? Przypadkiem, kiedy Ewa jechała na grób ojca, Hellen zaczęła jej szukać? Przypadkiem w majowy weekend 2004 roku, gdy Ewa miała operację, Hellen – nic nie wiedząc o jej chorobie – wysłała maile, w którym chce, aby medal dla Aurelii i Alfonsa odebrała w Yad Vashem, a nie w warszawskiej ambasadzie?

Przypadkiem pojechałem do Yad Vashem właśnie tego dnia?

Tak, przypadkiem.

Czym jest przypadek?


Tekst ukazał się w styczniu 2005 roku w miesięczniku „W Drodze”.
Zamieszczony został również na portalu http://chaim-zycie.pl/

Przy grobie Aurelii Wilińskiej (primo voto Gawlak), 2003 r.

Medal Sprawiedliwi wśród Narodów Świata

Rodzina Bielaczyków po uroczystości w Yad Vashem: Adam, Anna, Tadeusz (zm. 2006), Ewa i Jacek


Zdjęcia rodzinne udostępniła Anna Bielaczyk