Szamotuły w okresie międzywojennym

Fabryka powozów i wozów Michała Dorny

Mój dziadek Michał Musiał (1897-1976) w 1921 r. rozpoczął naukę zawodu kowala w Szamotułach, w warsztacie produkującym powozy. Mieścił się on przy ul. Dworcowej 11 (obecnie to tył zabudowań UMiG, Starostwa i sklepu Komfort) i należał on do kołodzieja Michała Dorny. Nauka zawodu, a potem praca mojego dziadka w tej firmie trwała do 1930 r.

W „Gazecie Szamotulskiej” z lat 1926-27 r. znajdują się liczne ogłoszenia-reklamy opisujące wspomniany zakład jako: „Fabryka powozów i wozów, z własnym kołodziejstwem, kowalstwem i lakiernictwem, w Szamotułach najstarsze i najpoważniejsze przedsiębiorstwo tego rodzaju. Michał Dorna, warsztaty ul. Kościelna 9 i ul. Dworcowa”.


Michał Dorna urodził się w 1876 r. w Kępie pod Szamotułami, jego rodzicami byli Jan i Wiktoria z domu Pracyn. W Szamotułach osiedlił się w 1901 r., już jako mistrz kołodziejski. W tym samym roku ożenił się z Franciszką z domu Spychałą, urodzoną w 1878 r. w Gałowie (zm. 1945).





Z opublikowanego po śmierci w 1935 r. krótkiego wspomnienia o Michale Dornie wynika, że był on aktywny w okresie odzyskiwania przez Wielkopolskę Niepodległości: należał do szamotulskiej Rady Żołnierzy, a następnie Straży Ludowej i „był jednym z tych, którzy na rozkaz Głównej Komendy aresztowali wyższych dygnitarzy niemieckich w Szamotułach, jako odwet za aresztowania obywateli polskich przez Niemców” („Gazeta Szamotulska” 1935, nr 86). Działał w wielu polskich organizacjach i stowarzyszeniach, między innymi w Kurkowym Bractwie Strzeleckim i Towarzystwie Gimnastycznym „Sokół”. Był założycielem i honorowym członkiem szamotulskiego cechu kołodziejskiego. Wspominany był jako „człowiek spokojny, gorliwy katolik i dzielny patriota”.

Małżeństwo doczekało się siedmiorga dzieci – 4 synów: Ludwika (1902-1963), Stanisława (1904-1971), Edmunda (?-1973) i Czesława (1920-2008) oraz 3 córek: Marianny (1906-1985), Wiktorii (po mężu Kowalskiej, 1907-2007) i Zofii (1912-1986).



W kwietniu 1927 r. Michał Dorna wydzierżawił zakład przy ul. Kościelnej 9 (dziś nr 17). Na kilka lat – do 1930 r. – przeniósł się tam wówczas swoją firmę miedziano-kotlarską Stefan Rebelka (od 1930 r. zakład Rebelki działał przy jego domu – Garncarska 6, dziś nr 13).

Prawdopodobnie Dorna chciał wówczas bardziej rozwinąć swoją działalność w jednym miejscu – przy Dworcowej. W numerze „Gazety Szamotulskiej” z połowy maja 1927 r. znajduje się ogłoszenie, że mistrz kołodziejski Michał Dorna zamierza w swej posiadłości przy ul. Dworcowej 11 zainstalować i uruchomić parową lokomobilę do napędu maszyn w warsztatach kołodziejskich, zaś ewentualni przeciwnicy tego projektu mogą w urzędzie policyjnym zapoznać się z planami i opisami.


Pracownicy M. Dorny, wrzesień 1925 r.


W 1928 r. zakład Michała Dorny zaczyna przeżywać kryzys. W prasie lokalnej zanikają, dotąd liczne, reklamy jego firmy, pojawia się natomiast ogłoszenie o przymusowej licytacji dwóch należących do niego powozów. Działalność firmy w 1. połowie lat 30. została znacznie ograniczona, ale nadal trwa. W 1933 r. jako osoba prowadząca wymieniany jest najstarszy syn Ludwik, a zakres działalności określany jest jako „parowa obróbka drzewa i tartak, budowa wozów i powozów”. Drugi z synów – Stanisław, mistrz siodlarski, prowadził w tym czasie swój własny zakład przy Kościelnej 9; zajmował się wyrobem tapczanów, leżanek, materacy i wszelkich wyrobów skórzanych. Najmłodszy syn Dornów – Czesław w momencie śmierci ojca jeszcze się kształcił. Po wojnie pracował jako nauczyciel wychowania fizycznego w szamotulskich szkołach podstawowych nr 1 i 2, a później przeniósł się do Piły, gdzie – między innymi – trenował bokserów. Nauczycielką była także jego starsza siostra Wiktoria Kowalska, absolwentka szamotulskiego Gimnazjum im. ks. Piotra Skargi (matura 1927), członkini Akademickiego Koła Szamotulan, która w macierzystej szkole po wojnie uczyła biologii i geografii (1945-52).

Upadek świetnie rozwijającej się dekadę wcześniej firmy nastąpił w 1937 r., kiedy to na przetarg przymusowy wystawiono na wniosek Powiatowej kasy Komunalnej w Szamotułach całą posiadłość przy ul. Dworcowej 11: dom mieszkalny z ogrodem, szopę, kuźnię, budynek lokomobili, halę maszyn, tartak, lakiernię i tapicernię („Dziennik Poznański” 1937, nr 296).



Zakład Parowej Obróbki Drewna Ludwika Dorny działał do 1. połowy lat 50., kiedy to podzielił los innych szamotulskich firm: Fabryki Maszyn Braci Gielniak, Kotlarni Stefana Rebelki czy Zakładu Naprawy Maszyn Rolniczych Bolesława Zawadzkiego. Przestały one istnieć na skutek różnego typu restrykcji finansowo-administracyjnych ówczesnych władz.

***

Michał Musiał często wspominał swoją pierwszą pracę i opowiadał na jej temat anegdoty:

 W Szamotułach przy ul. Dworcowej  znajdował się warsztat – powozownia należący do p. Dorny. Przy warsztacie tym była też kuźnia, w której uczyłem się zawodu kowala na początku lat dwudziestych. Wcześniej byłem na wojnie, potem w powstaniu i pod Lwowem i nie miałem czasu na naukę.  Pracowało nas tam 12 osób. Na obiady gotowane przez żonę właściciela  chodziliśmy do domu Dornów.  Za warsztatem rosła lebioda, gdzie też wszyscy chodziliśmy „za potrzebą”. Pewnego dnia, jak zwykle bardzo głodni, poszliśmy na obiad. Gospodyni podała zupę wyglądającą jak szczawiowa, ale okazało się, że ugotowała ją z lebiody zerwanej przy warsztacie, właśnie w „tym” miejscu.  Nagle wszyscy stwierdzili, że tak właściwie to nam się nie chce jeść…

Pewnego dnia jak zwykle pracowałem młotem. Do kuźni weszły jakieś nieznane mi paniusie. Dla żartu postanowiłem je przestraszyć. Wyjąłem z paleniska gorący metal, położyłem na kowadle, zasłoniłem ręką i poplułem na nie. Następnie silnie uderzyłem młotem w żelazo. Zrobił się wielki huk, posypały iskry. Paniusie wystraszyły się i uciekły…

W zakładzie tym było więcej takich jak ja pracowników, którzy mieszkali na stancji u Dornów, w pobliżu warsztatu. Co sobotę chodziliśmy na zabawy do sali Sundmanna przy ul. Poznańskiej. Tuż przy scenie mieliśmy stolik, który zawsze zajmowaliśmy, a przy którym nikt inny nie ważył się usiąść. Gdy wchodziliśmy na salę, to zawsze jeden z nas już od wejścia   rzucał „cylinderek” pod stół na znak, że zajmujemy to miejsce, a po sali rozchodził się pomruk niezadowolenia. Ale z kowalami nikt nie chciał zaczynać…

Wojciech Musiał

Agnieszka Krygier-Łączkowska